Opis

Sugestywna opowieść „z czasów gospodarczo-uczuciowego zamętu”, z akcją w Warszawie, napisana językiem pomysłowym i ostrym, jak nasza rzeczywistość. Gutkowski, trzydziestotrzylatek, jest coraz bardziej sfrustrowany: miał być dramaturgiem, a nie pracownikiem reklamy! W korporacji czuje się fatalnie. Wyrzucony, powinien się cieszyć z wolności, ale ma do spłacenia wielki kredyt. Przerażony, wraca do firmy w towarzystwie pewnego ducha... Dlaczego stajemy się konformistami? Gdzie giną nasze marzenia? Mocne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 306

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redaktor prowadzący

Katarzyna Krawczyk

Redakcja

Ludwik Janion

Redakcja techniczna

Agnieszka Gąsior

Korekta

Grażyna Henel

Anna Sidorek

Copyright © by Dawid Kornaga 2011

Copyright © by Świat Książki Sp. z o.o., Warszawa 2011

Copyright © for the e-book édition by Świat Książki Sp. z o.o., Warszawa 2011

Świat Książki

Warszawa 2011

Świat Książki Sp. z o.o.

ul. Hankiewicza 2

02-103 Warszawa

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

ISBN 978-83-247-2710-0

Nr 45123

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Cytat

Każdy nieporządek był usprawiedliwiony, jeżeli przekraczał sam siebie, może przez zupełne szaleństwo można było dojść do jakiejś mądrości, innej niż ta, której słabością jest właśnie szaleństwo.

Julio Cortázar,Gra w klasy

Ponieważ największą tragedią człowieka, bez emfazy i puszczania oka, jest nie bycie innym człowiekiem, tylko sobą.

Gutkowski,Cięcia

[Carmen i po włosach]

Pozostają fakty.

Hipoteka, co wali jak karateka. Trzysta tysięcy do spłacenia. Gdyby przyjrzeć się z kalkulatorową lupą podanym w umowie marżom, spreadom, słowem matematycznemu rżnięciu gołodupca, wychodzi prawie drugie tyle. Rozłożone niewinnie na dwadzieścia pięć lat. Ćwierć wieku! W tym czasie możesz spłodzić dziecko, wychować je, posłać na studia, wyprawić mu wesele i cieszyć się przyjściem na świat wnuka w dniu spłaty ostatniej raty. Więc... Spokojnie, nie rozpędzam się, nabrałem dystansu do sztuczek typu pierwsze zdanie ma wbić czytelnika w fotel czy cokolwiek, na czym siedzi, łącznie z nadużywanym przez pozornych skandalistów klozetem. Ponieważ to dopiero początek tej historii z czasów gospodarczo-uczuciowego zamętu, więc niech przynajmniej niektóre wydarzenia następują konwencjonalnie jedno po drugim.

Zatem: wczoraj znów to zrobił.

Pewnie dlatego, że od pobytu na Riwierze zamiast stale zastanawiać się nad życiem – po prostu zaczął żyć. Z ograniczoną odpowiedzialnością za swoje czyny, na tyle na ile, lepsze to niż nic.

Ale Gutkowski to zrobił.

I pewnie dlatego, że gmach kryjący w sobie pierwszą rozśpiewaną scenę Rzeczpospolitej Polskiej, salę Moniuszki w Teatrze Narodowym, nie jest portem lotniczym i przy wejściu nie ma zainstalowanych bramek wyczulonych na intencje niegodziwych zamachowców. To tak, jakby na deptaku przed wejściem na stację stołecznego metra podrzucić wypchany portfel z naklejoną żółtą karteczką Post-it.

Przechodniu, nie mów nic nikomu,

jak ci starożytny poeta zaleca,

tylko rusz siedzisko, podnieś mnie śmiało

i nie przejmując się postronnymi zazdrośnikami,

włóż do swojej kieszeni.

Wbrew pozorom, wielu chętnych dwa razy by się zastanowiło przed chapnięciem zdobyczy, węsząc podstęp typu ukryta kamera i kompromitacja aż po grób na YouTube i Dailymotion. Uploady, podobnie jak rękopisy, nie płoną, nie dilejtują się samoczynnie, linkowane kompulsywnie gdzie popadnie, by trwać na wieki wieków amen, jak przesądy typu czarny kot czy trzynastka; przetrwają przewartościowania wartości, coparoletnie modernizacje Windowsa i innowacje w dizajnie iPoda.

W Narodowym nie groziło żadne niebezpieczeństwo, przebieg procesów związanych z wystawieniem sztuki był przewidywalny jak dezaprobata opozycji podczas debaty nad budżetem.

Wchodzą eleganccy ludzie, okazując eleganckie bilety, eleganccy bileterzy elegancko przytakują, zapraszając elegancko do środka, eleganckie szatniarki odbierają eleganckie stroje wieczorowe i wieszają na eleganckich wieszakach. Jakby ktoś uwziął się i zapragnął zafundować miłośnikom sztuki zaawansowane efekty specjalne pod postacią dupnięcia bomby domowej roboty, żaden problem, dopnie swego za pierwszym podejściem, porozpruwane, zakrwawione fraki, suknie i szale będą latały elegancko, że hej, ho.

Gutkowski zrobił to dokładnie w chwili największego uniesienia, wykorzystując zgrabnie, niczym wprawny kieszonkowiec, fabularny rozgardiasz, zamieszanie i patronujące im napuszone emocje.

Oto chwila tego uniesienia. Kilkadziesiąt osób poprzebieranych w pstrokate szaty hiszpańskich chłopów i sołdatów, wszyscy macho, dokazuje na scenie wystylizowanej wiernie na sewilską, wczesnodziewiętnastowieczną gospodę. Kiedy rozdarli kilkuoktawowe gardła na oścież, dołączył do nich toreador-matador. Już pierwszym wersem arii cisnął swój miażdżący tenor w uszy korridowej publiczności, przemieniając skórę byczą w ludzką, a ludzką w gęsią:

Toréador, en garde! Toréador, Toréador!

Et songe bien, oui, songe en combattant

Qu'un œil noir te regarde,

Et que l'amour t'attend,

Toréador, L'amour, l'amour t'attend

Niel'amour,tylko dreszcz ryzyka czekał na Gutkowskiego. Nie czekał, dokonywał się, rozchodząc się po nim jak muśnięcie nastawionego na fullporażenie paralizatora. Pamiętacie tego nieszczęsnego Polaka wykończonego przez kanadyjskich policjantów na lotnisku w Vancouver;

pięćdziesiąt tysięcy wolt w żywą tkankę, dopalacz i dociskacz absolutny, amfetamina i mina przeciwpiechotna w jednym?

Tak mniej więcej wyglądał teraz Gutkowski, choć to nie jemu działa się krzywda.

Bizet zmarł niedługo po premierze swojego arcydzieła. W ślady genialnego kompozytora wybierała się właśnie narzeczona Gutkowskiego: kiedy robił, co robil, ona dociskała prawą dłonią okolice swojej lewej, nabrzmiałej strachem piersi, powstrzymując rychłe wypadnięcie serca.

Jej blackmetalowe włosy na te kilkanaście sekund, podczas których Gutkowski robił swoje, tnąc, zgarniając i chowając, umoczone zostały w wybielaczu nieukrywanej trwogi. Bała się; zwyczajnie, po kobiecemu, choć w wersji zaawansowanie feministycznej, czyli po kobie-, lecz nie – cemu, czyli: „A weź się stary opanuj, nie tyś tu królem imprezy, o nie, bo ci walnę po skroni, aż zobaczysz, że nic nie widzisz...”.

I słusznie, ten jej facet pokręcony w wersji hard light znów sobie pozwalał, nie zważając na uwagi: Znormalniej, proszę, choć na chwilę, proszę.

Nabrzmiała strachem pierś oddała się marzeniu: Jestem świadkiem nie podstępnego uczynku, a upragnionego, odprężającego przyjemnie masażu. Na tę dwuznaczną okoliczność zamerdała ochoczo sutkiem pod malinowo-śmietankową miseczką stanika (który, czując się rozciągnięty i wypchany do granic możliwości, zacisnął dziarsko plastikowe sprzączki i postanowił nie dać się piersiowemu rozpanoszeniu).

Blackmetalowe włosy, konkretnie w kolorze przesłania albumuEvangelionzespołu Behemoth, prawie, prawie skwierczały, tak się im udzieliło rozgrzanie skóry pokrywającej czaszkę.

Klaszcząca w ciemnościach, orgazmująca z przejęcia i estetycznego zachwytu publiczność – eleganckie panie i panowie bliżej siedemdziesiątki niż sześćdziesiątki, kilkanaście pulchniutkich zakonnic, patykowate, bladolice panienki z elitarnej, prywatnej szkoły za kilka tysięcy euro za semestr, z wykładowym bbcangielskim i jak być bogatą oraz zawsze wykształconą, a do tego pozostać nastawioną przyjaźnie, najlepiej biseksualnie, do bliźnich, poza tym francuski konsul, kochanka francuskiego konsula, dyrektor francuskiego banku, dwóch kierowników francuskiego hipermarketu, trzech agentów francuskiego wywiadu, pewnie do tego kilkudziesięciu niekwalifikujących się do jakiejś przeciętnej zawodowej fonoamatorów – ta spijająca z ust tenora arię publiczność zagłuszała brzmienie narzędzia w dłoni Gutkowskiego, które zlało się z fletami, bębnami i skrzypcami orkiestry.

Ciach, ciach, kolejny do kolekcji. I dialog niedialogowy, dialog umowny, nie taki, jaki był w istocie, bez akustycznej realizacji, wypowiadany bardziej myślami niż ruchami ust:

- Dlaczego to robisz? – zapytała narzeczona. Miała do Gutkowskiego słuszne pretensje, jawił się jej jako paskudny chłopczyk, który gdziekolwiek się znajdzie, tam zakłada swoje prywatne, jednoosobowe przedszkole z merdającym obleśnie siusiakiem na wierzchu.

- Taka z ciebie artystka – kontratakował bez rozdrażnienia zapytany. – Nie widzisz mojego zamysłu? Nie chwytasz, co chcę osiągnąć?

- Co?

- Znów to pytanie, opuszczenie powiek, ramion, tętnic, nie powiem czego.

- Bo nigdy na nie nie odpowiedziałeś.

- Owszem.

- Proszę o powtórkę, alogiczna jestem.

- Ile razy mam ci tłumaczyć, że to jest mój projekt.

- Raczej psychopatia.

- Raczej wizja.

- Proszę, tylko bez szastania bliskoznacznikami – poprosiła.

Wyglądali przezabawnie, za każdym razem, chcąc wypowiedzieć swoją kwestię, musieli zbliżyć się do ucha partnera, jakby na zmianę się w nie całowali. Jak ty mnie, to ja ciebie, jak ty mnie, to ja ciebie.

- Jesteś uszczypliwa. Robisz zdjęcia. To zajęcie bezpieczne. Przychodzisz, ustawiasz się i okradasz rzeczywistość z jej wizerunku. Ona nie jest świadoma tego, co wyczyniasz. Jest, bo jest. Ty wyrywasz z niej interesujące cię mięso. Poproszę osiemdziesiąt deka widoku schodów plus pięć latarni w środku. Nikt nie protestuje. Przelatujące ptaki wchodzą ci w plan, je też kopiujesz. Nie mają nic do powiedzenia. Mogą co najwyżej podskoczyć, a przynajmniej wzlecieć. Ja... Ja stawiam sobie nieco inne poprzeczki, bardziej spontaniczne.

- Lepsze, tak?

- Wisienko, słuchaj toreadora.

- Wiesz co, Gutkowski?

- Co?

- Mam go w otchłaniach jelita grubego byka.

- Chyba krowy.

- Weź się stuknij.

Gutkowski nie odpowiedział. Nie miał na to czasu. Na tyle go rozproszyła, że tylko sobie znanym wysiłkiem woli powrócił do realizacji swojego zabiegu.

Położył dłoń na dłoni narzeczonej, której udało się powstrzymać rozdrażnione serce przed samobójczą katapultą, chociaż przez palce – wskazujący i środkowy – wystawała końcówka lewej komory; skapywało z niej parę kropli krwi, ale to bez znaczenia, skoro organ nie padł jej na uda, nie rozpłaszczył się serdecznie.

Gutkowski schował rudą zdobycz do kieszonki koszuli. Nożyczki ukrył w drugiej kieszonce. Nikt nie widział. Wszyscy pochłonięci operą. Za chwilę pojawi się Cyganka Carmen; z podekscytowanej, pobudzonej czerwoną płachtą publiczności zejdzie stopniowo napięcie, a narzeczona pogodzi się prawdopodobnie, który to już, sto piąty raz, z występkiem Gutkowskiego.

Tak, właśnie tylu śmiałych cięć dokonał w ciemnościach opery, teatrów, kin i sal widowiskowych. Gdyby to przeliczyć na bilety... Pewnie spotkaliście ludzi pokazujących wam przezroczyste wazony wypełnione korkami od win, z rozmysłem otworzonych, rozlanych i wypitych. Są dumni nie tylko z kolekcji, w podtekście proszą o biesiadny komplement: pięknie, pięknie, toście już nieźle smakowali, szacunek, zasługujecie na miano testerów, przed którymi chylimy czoło, z tych korków można by wybudować jakąś wieżę czy co, a wy, właśnie wy, zgromadziliście je w tym wazonie; morze wina, oceany biało-czerwone, jesteście niesamowici. Pewnie jednak niewielu z was spotkało ludzi, którzy do podobnego flakonu wrzucają zamiast korków ucięte podstępnie kosmyki włosów, kobiecych włosów.

To nie tak, że upatrzoną ofiarę powłoki żeńskiej śledził od kasy biletowej do miejsca na sali, zasiadał zaraz za nią i gotował się do okradzenia jej z pasemka włosów. Zdawał się na przypadek. A kiedy nie gonisz losu, on cię rozpieszcza. Narzeczona wypominała mu, że popełnia tandetną sztukę, którą można co najwyżej wystawić na śmietnisku z najbardziej nieudanymi instalacjami, wymodzonymi przez aspirujące do miana artystycznych dusze.

- Podczas gdy ty masz chyba duszysko – mówiła. – Obrzydłe duszysko. Pomyśl, a gdyby mnie ktoś tak urządził? Cieszyłoby cię to? Nie, no widzisz.

- Całe szczęście, nikomu nie przyjdzie do głowy...

- Pewnego dnia, gdy znudzi ci się polowanie, skierujesz nożyczki w moją stronę.

Gutkowski stukał się w głowę. Proszę, nie mów tak, to nadużycie. Co chcę przez to osiągnąć? Nic. To jest właśnie mój problem, mam pomysł, lecz nie wiem, czemu on służy.

- Poczekam, aż wazon wypełni się po brzegi, wtedy zrobię mu sesję – zadrwiła.

Narzeczona nie potrafiła wykrzyczeć, że wcale nie użala się nad tymi biednymi kobietami, które po powrocie z filmu czy spektaklu odkrywały podczas szczotkowania, że w jednym miejscu włosy są stanowczo za krótkie. Zazdrościła, że Gutkowski dotyka ich, one tego nie czują, a jednak ich dotyka, obcuje z nimi, pokręcony fetyszysta, który wcale się tym nie podnieca; ot, takie hobby, szkodliwe w ułamku procentu dla czyjejś fryzury, jedna z tych miejskich legend o samozwańczym fryzjerze, odreagowującym brak warsztatu na kim popadnie. Gutkowski zarzekał się, że pewnego dnia napisze o tym sztukę teatralną. Widownia będzie miała dwuznaczny ubaw, kobiety zamiast klaskać, zaczną odruchowo odwracać się za siebie...

Gutkowski, by ją udobruchać, zaproponował tę samą operację na jej włosach. Odmówiła.

- To cię nie usatysfakcjonuje. Dozwolone, przewidywalne. Musiałbyś wziąć mnie znienacka – zaproponowała całkiem przytomnie. – Kobiety, jak już oddają się występkowi, robią to z wielką miłością. Z oddaniem.

A potem wrócili do domu i pogodziwszy się jako tako, poszli spać. Nie mogli inaczej. Fanatycy kłótni kończą w izolatkach, oni, zdaje się, nie byli fanatykami.

[iPhone, człekowirówki]

Nie mógł odkleić oczu od lewego, opalonego na czekoladę uda Fleur. Ono, wyczuwając jego niecne zamiary, uchodziło pod przezroczystą tunikę. Pochylił się i spróbował pocałować jej kolano; jedyna szorstkość na tym lodowisku gładkości, napisałby przepracowany autor romansów. Jego romans był całkiem realny, podatny na zupełnie inną prozę. Wysunął język, ten z wężową zwinnością poleciał przed siebie i kiedy zdawało się, że nie dosięgnie celu, coś puściło mu w przełyku i organ w obfitej panierce ze śliny z łatwością dopadł skóry Fleur. Gutkowski spojrzał zdumiony na czerwoną linę wydostającą się ze swojej gardzieli; język mierzył co najmniej pół metra! Wstyd. Natychmiast trzeba go schować. Chwycił go dłońmi i spróbował zrolować. Nic z tego, wyślizgiwał mu się jak węgorz. Na ciemnym udzie Fleur pojawiły się ślady krwi. Nagle usłyszał jakiś dźwięk, spokojny, ale stały. Gutkowski otworzył oczy.

To dawał o sobie znać budzik w jego komórce.

Jakiej? To nie bez znaczenia, powiedz mi, jaki, jaką nosisz, a powiem, co ci w głowie dzwoni. Model coś tam, coś tam. Ma wszystko oprócz Wi-Fi, co przesądza, pomimo wielu przymiotów, o tym, że jest niedzisiejszy; jest upadłym króliczkiem Playmobile. Prezentuje się rewelacyjnie, kapitalnie i bombowo, co z tego, z założenia idzie w odstawkę; ludzie dobrej woli mówią, że dyskwalifikuje go brak tej jednej unikatowej, bezprecedensowej i fenomenalnej cechy. Gutkowski niby się tym nie przejmuje, nie jest typem gadżeciarza, geeka freaka, co głodem przymiera, lecz kupuje nowe nowości na zasadzie: jest, to biorę, amen; jednak coś tam mu brzęczy: dziś nie wstyd mieć, lepiej mieć, niż nie mieć, bo jak nie masz, nikogo to nie obchodzi, nawet złodzieja, kiedy zaś stanowisz obiekt westchnień złodzieja, to jesteś szycha, jesteś VIP, rodzina cię kocha, przyjaciele poważają, urząd podatkowy obserwuje, lecz czyni to z estymą, zasłużysz kiedyś na granitowy nagrobek, wzruszającą trenową lirykę i dizajnerskie znicze.

Zaraz po Gwiazdce Gutkowski zbuntował się przeciw skutkom kampanii reklamowej iPhone'a. Znajomi w liczbie kilkunastu dusz, których nigdy by nie podejrzewał, że połaszczą się na rewolucyjną nowinę, dołączyli do iSekty. Ujawniali się każdego dnia niewinnie: Wiesz, w promocji kupiłem, w salonie sami proponowali, to co się będę, no co się będę? Gutkowski postawił na malutką prowokację, w której przesłanie niespodziewanie uwierzył. Kupił za cenę trzech książek MyPhone, który przy cudzie produktu Apple, arystokraty, właściciela hektarów pączkujących aplikacji, wydaje się chłopem pańszczyźnianym na malutkim poletku paru wątpliwych bajerów, jak budzik czy radio. Dzwonki rzężą żałośnie, kilka sztuk do wyboru, co kolejny, to gorszy. Lekki przy tym, niemowlę ciskałoby nim jak grzechotką, starzec zaś w hospicjum łączyłby się ze swoim spowiednikiem, nie trudząc ręki trzymaniem ciężaru. Gutkowski, osobnik kontestująco-koncyliacyjny, wmówił sobie małą dezaprobatę i technologiczny dystans, rozpowiadając, że kupił komórkę, która nie ma nic. I waży prawie tyle samo. Równocześnie powtarzał kokieteryjnie, świadomy archaiczności tego typu lansu:

– Ja tam nic nie mam przeciw ajfonowcom, jak oni należę do zwolenników awangardy technologicznej, w końcu wszystko dla ludzi, podobnie jak alkohol, dopalacze, nasadki na penisy czy co tam jeszcze spece od patentów wymyślą i wmówią, że warto używać, bo fajnie, bo lepiej, bo huzia w dupie, że aż gore. Bardziej śmieszy kabaretowość całej sytuacji, te dziecięce, jakże wzruszające zachwyty nad iSmaczkami. Te miodocudne chwile nieposkromionego fartu, do którego każdy ma prawo. Podobno odkrywanie „benefitów” iPhone'a ma coś z poznawania tajników Kamasutry, jej twórczego rozwinięcia przez menedżerów pornoholdingów wyspecjalizowanych w produkcji zaawansowanych technik penetracji. Człowiek, właściwie jego aplikacyjnie rozwinięta wersja, iHomo, kręci głową ze zdumienia. To tak też można – pyta i tysięczny raz w tym dniu przesuwa palcem po reagującym błyskawicznie na dotyk wyświetlaczu smartfona, czułym jak punkty erogenne chętnej na seks, rozkręcającej się dopiero intymnie małolaty.

Tagline (przez amatorów zwany sloganem) autorstwa Gutkowskiego: Lepsze nic niż wszystko, bo nic ma to coś, natomiast wszystko ma za dużo cosiów i to je wyklucza.

Hasło swoje, praktyka swoje.

Gutkowski nie nacieszył się długo telefonem, który nie ma nic. Po wykonaniu kilkunastu połączeń i związanych z nimi skargach rozmówców wyszła na jaw przewrotna zbrodnia pozornie niewinnej komóreczki. Miała jeszcze mniej niż nic! Głośnik o filigranowej mocy sprawiał, że głos Gutkowskiego dochodził z zaświatów; połączenie ziemia-czyściec, słowa rozbijały się na wibrujące sylaby, z których jedna trzecia nie docierała do uszu rozmówcy. Nie miał wyjścia, uwierzył w nową promocję i podpisał umowę na osiemnaście miesięcy. Rebeliancką komórkę schował do pudełka po nowym modelu. Miała mu przypominać antyiPhonowy bunt.

Tagline po tym epizodzie: Rozczarowania łączą cię z większym doświadczeniem. Nie wierzysz? Kup to, co on, posmakujesz frustracji.

Gutkowski nastawił sobie na funkcję budzenia z pozoru idiotyczny dzwonek w wariancie: Krzysztof Krawczyk nucący smuty o trzeciej nad ranem do pustej butelki po wódce, coś pomiędzy wstydliwą balladą a śmiałą kołysanką. Budzi i równocześnie usypia. Kłuje i głaszcze. Bluzga i prawi komplementy. W podkładzie brakuje bodaj gaworzenia niemowlaka. Niech tak będzie, przy trybie zapieprzu od do Gutkowski potrzebuje średnio piętnastu minut na dojście do pełnej przytomności.

Jaki ma z niej, tej przytomności, pożytek?

Nie aż tak wielki; półprzytomni widzą więcej, oniryczne źrenice prześwietlają trzeźwych i rozbudzonych, wychwytując drzemiące w nich paskudy charakteru oraz intencji.

O, tego nie lubił – porannych wniosków, które wydawały się olśnieniem, a rozpatrzone ponownie godzinę później lądowały w kuwecie cuchnącej niemiłosiernie kupą banałów.

Wreszcie wstał, jak zwykle z trudem. Trzeba zaznaczyć, że choć wstawał, to niespecjalnie skutecznie – wstawał i padał, wstawał i padał – więc kiedy wreszcie wstał, to wstał na dobre, wiedząc, że nie postępuje dobrze.

Bo jak wstać, gdy się wie, że będzie ciężko. Nieciekawie. Monotonnie. Jako tako. Tako jako. Ech i ach.

Rozczulające.