Poryw - Kinga Wójcik - ebook + książka

Poryw ebook

Kinga Wójcik

4,1

29 osób interesuje się tą książką

Opis

Seria o komisarz Lenie Rudnickiej.

Klemens Chmielny, sumienny księgowy, wzorowy syn i mąż pada ofiarą morderstwa. Żona, przyjaciel, pracownicy hotelu, w którym pracował, oraz zagadkowa kobieta ze zdjęcia, a nawet matka i ojciec ofiary - każde z nich mogło mieć motyw, aby pozbyć się Klemensa. Wszystko wskazuje na to, że ten niepozorny mężczyzna wiódł podwójne życie…
Śledztwo prowadzi nowy tandem śledczy łódzkiej komendy - bezkompromisowa i ekscentryczna komisarz Lena Rudnicka wraz z nieśmiałym nowicjuszem, sierżantem Marcelem Wolskim. Znajomość tej pary, za sprawą zaskakującego i nieco pikantnego początku, zapowiada się interesująco i burzliwe. Temperatura śledztwa wrośnie jeszcze bardziej, gdy dołączy do nich prokurator Krzysztof Nawrocki, którego relacje z komisarz Rudnicką są nader skomplikowane.

Kinga Wójcik urodziła się w 1994 roku w Tomaszowie Mazowieckim. Z wykształcenia jest politologiem. Ukończyła Wydział Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego. Pochodzi z rodziny policyjnej. Prywatnie fanka buldogów francuskich i filmów z serii "Transformers".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 441

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

Copyright © Kinga Wójcik, 2020

 

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

 

Zdjęcie na okładce

© Reilika Landen/Arcangel Images

 

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

 

Redakcja

Joanna Habiera

 

Korekta

Małgorzata Denys

 

ISBN 978-83-8169-898-6

 

Warszawa 2020

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

Rozdział I

 

1

Oksykodon.

Dwadzieścia miligramów.

Przez chwilę przyglądała się dwóm okrągłym kuleczkom w zagłębieniu swojej dłoni. Poruszyła barkiem i poczuła, jak przez ramię przetacza się tabun ostrych igiełek. Syknęła z bólu i popiła tabletki wodą z kranu.

Wczorajszą nieostrożność okupi bólem głowy i kacem, ale świadomość, że mogła skończyć znacznie gorzej, dołowała ją jeszcze bardziej. Leki opioidowe i alkohol stanowią fatalne połączenie, a ona wtłoczyła wczoraj do swojego krwiobiegu iście wybuchową mieszankę, której ceną mogło być życie.

Wypłukała usta, by usunąć poalkoholową woń, oparła dłonie o umywalkę i spojrzała w zakurzone lustro. Przetarła taflę ręką, by ocenić swój stan. Rzadko piła alkohol, bo następnego dnia zawsze wyglądała koszmarnie. Ten poranek nie był wyjątkiem.

Proste włosy w kolorze orzecha włoskiego opadały bezładnie na ramiona, a niektóre pasma zbiły się w jedno, tworząc sztywne strąki. Grzywka na czole rozchyliła się na boki, odsłaniając piegi tuż przy górnej linii włosów. Intensywnie zielone źrenice otaczały cienkie, czerwone żyłki, a resztki tuszu do rzęs oprószyły zapuchnięte oczy. Według zapewnień producenta wodoodporna mascara powinna trzymać dwadzieścia cztery godziny, jednak makijaż nie poradził sobie z intensywną nocą. Kolejny dowód na oszustwo wobec naiwnych konsumentów, pomyślała i przejechała dłonią po suchej skórze. Czuła, jak pot zmieszany z alkoholem wydostaje się przez pory. Wyglądała, jakby przebiegło po niej stado rozjuszonych byków.

I tak się czuła. Każdy, nawet najmniejszy mięsień dawał o sobie znać. Rozprostowała kark i rozluźniła ramiona. Mięśnie pleców zapiekły, jakby odbyła wczoraj intensywny trening. Dwa lata temu zakochała się w kick-boxingu, ale dzisiaj dawne hobby wydawało się odległym wspomnieniem. Choć ciało nie było już tak sprawne i jędrne, udało się jej utrzymać sportową sylwetkę – na brzuchu nie było grama zbędnego tłuszczu, ale codzienne pochłanianie batoników sprawiło, że piersi się zaokrągliły. Nawet nie zauważyła, kiedy przestała prosić ekspedientki o najmniejszy rozmiar stanika w sklepie. Nigdy nie zostanie drugą Pamelą Anderson, ale przynajmniej w wieku trzydziestu pięciu lat nie musi zaopatrywać się w dziale dla nastolatek.

Otworzyła drzwi i wyszła na ciasny korytarz. Kawalerka stanowiła jedno pomieszczenie, łączące sypialnię z aneksem kuchennym, i miała nie więcej niż dwadzieścia pięć metrów. Szafki z okleiną pamiętały dobre, gierkowskie czasy, a pożółkła mikrofalówka i turystyczna kuchenka na prąd były jedynymi sprzętami w niedużej wnęce.

Tekturowe pudła ustawione w rzędzie sprawiały wrażenie, jakby właściciel wprowadził się dopiero wczoraj. Pod ścianą leżał wysoki materac i kilka kartonów, obok których stał stół z Ikei i podręczna wkrętarka. Nowy lokator nie zdążył złożyć wszystkich krzeseł, a i dwa ukończone wyglądały niezbyt solidnie.

Wnętrze mieszkanie prezentowało się surowo i nieco odpychająco. Białe ściany, proszące się o odmalowanie; duże okna, typowe dla lokali w starych kamienicach, i wysokie na ponad trzy metry sufity.

Ściągnęła z krzesła czarną marynarkę i sprawdziła kieszenie, czy podczas nocnej zabawy przypadkiem czegoś nie zgubiła. Nie miała w zwyczaju nosić torebki, więc wszystkie potrzebne rzeczy upychała w kieszeni razem z telefonem, a kartę płatniczą wsuwała do etui policyjnej legitymacji.

Na szczęście wszystko było na swoim miejscu, zarzuciła więc marynarkę na ramiona, wsunęła stopy w buty i ostrożnie ominęła wyrwaną klepkę w podłodze, kierując się w stronę wyjścia. Mimowolnie się zatrzymała, by omieść pokój wzrokiem.

Mężczyzna spał na materacu, a jego szerokie, nieprzesadnie umięśnione plecy unosiły się w górę i w dół. Oddychał spokojnie, zapominając, że gości w swoim domu nieznajomą kobietę. Z łatwością mogłaby go okraść. Albo zabić. Gdyby starannie zatarła ślady, nikt nie powiązałby jej z morderstwem. Na klatce starej kamienicy nie wisiała żadna kamera, więc namierzenie ewentualnego sprawcy wiązałoby się ze sporymi trudnościami.

Poznali się wczoraj w irlandzkim pubie, w klimacie amerykańskiego baru o zapachu beczkowego piwa. Przy akompaniamencie granej na żywo muzyki i przy talerzu ze średnio wysmażonym stekiem można było zasmakować tradycyjnego guinnessa, co stanowiło miłą odskocznię od wielkomiejskiego nadęcia i wysoko zadartych głów, patrzących znad muli we francuskim winie.

Kiedy popijała ulubiony gin z tonikiem, podszedł do niej pewien mężczyzna. Oceniła go na nieco ponad dwadzieścia pięć lat, ale biorąc pod uwagę, że sama zbliżała się do magicznej liczby z czwórką z przodu, chłopak jawił się bardziej jako niedojrzały młodzieniec aniżeli pełnokrwisty mężczyzna, w jakich zazwyczaj gustowała. Jego zagubiony wzrok kazał sądzić, że szukał towarzystwa, niekoniecznie na jedną noc. Oboje jednak wlali w siebie wystarczająco dużo, by stracić kontrolę nad dalszym przebiegiem wydarzeń. Nie przypominała sobie, kiedy podjęli decyzję o zmianie lokalizacji na kawalerkę, ale wszystkie wcześniejsze obiekcje, łącznie z dzielącą ich różnicą wieku, ulotniły się w momencie, gdy zamknęli za sobą drzwi irlandzkiego pubu.

Seks był zaskakująco dobry. Wielokrotnie przekonała się, że technika u młodych zazwyczaj kuleje, ale widocznie wczorajszy egzemplarz posiadał wyjątkowy talent albo wybrał się na ekranizację Sztuki kochania Michaliny Wisłockiej i miał w tym względzie sporo do zaoferowania.

Przebłysk trzeźwości zakwitł nagle, kiedy przekroczyli próg mieszkania, jednak wyparował równie szybko, jak się pojawił. Liczące prawie siedemset tysięcy mieszkańców miasto nie było dziewięciomilionowym Londynem, ale i tak ryzyko kolejnego spotkania oscylowało wokół jednego procentu. Jeśli przyjdzie im się kiedyś spotkać, wybrnie z tej sytuacji tak jak zazwyczaj – uda, że nic nie pamięta.

Poza tym to ona była górą. Znała adres i personalia nocnej zdobyczy. Głupi dzieciak okazał się na tyle nierozsądny, że podał nie tylko prawdziwe imię i nazwisko, ale także opowiedział historię swojego niedługiego życia.

Po kilku latach mieszkania w Warszawie wrócił do rodzinnego miasta. Koledzy ze szkolnej ławy założyli rodziny lub rozjechali się do innych miejscowości, więc zwyczajnie szukał towarzystwa.

No cóż, pomyślała, niech szuka dalej. Żaden z niej materiał na przyjaciółkę. Funkcjonowanie w grupie zawsze przychodziło jej z trudem i nawet w podstawówce nie ufała nikomu na tyle, by nazywać go swoim przyjacielem. W tym aspekcie była zdecydowaną samotniczką, a jej introwertyczna natura kazała odcinać się od nierentownych relacji. Kontakty z drugą osobą opierały się na obopólnych korzyściach, a ona należała do osób, które zdecydowanie nie lubiły dzielić się swoimi przemyśleniami i uczuciami. Zresztą, kierowała się w życiu żelazną zasadą, której nigdy nie łamała – przelotne znajomości kończyły się rankiem, gdy zamykała za sobą drzwi cudzego mieszkania.

Kultura i zasady savoir-vivre’u nakazywały podziękować za miłą noc i możliwość noclegu, ale dobre wychowanie znajdowało się na ostatnim miejscu listy zasad obowiązujących po przelotnym seksie. Nie oglądając się za siebie, wyszła na zewnątrz.

Chłodne, marcowe powietrze rozwiało przetłuszczone włosy. Ściągnęła gumkę z nadgarstka i zebrała je w kok na czubku głowy, a następnie rozejrzała się wokół.

Ulica Piotrkowska właśnie budziła się do życia. Niegdyś główna arteria komunikacyjna miasta Łodzi, dzisiaj była swoistym centrum kultury i rozrywki. Ponadczterokilometrową promenadę zaliczano do najdłuższych alei handlowych w Europie. Dawniejszy łódzki bigiel, dziś pieszczotliwie nazywany Pietryną, stał się wizytówką miasta, wokół której wyrosły kolorowe puby, eleganckie restauracje i biznesowe kompleksy.

Przyklejone do siebie niczym syjamskie bliźniaki dziewiętnastowieczne kamienice otaczały deptak z obu stron, hipnotyzując przechodniów niekwestionowanym wdziękiem. Zdawały się żywe, jakby tłoczyły tlen, którym oddychali mieszkańcy. Wielkie, miejskie płuca z finezyjnymi ślimakami na murach przyciągały uwagę, jak gdyby próbowały za wszelką cenę udowodnić swoją wartość. Było w nich coś magicznego, co sprawiało, że albo ktoś zakocha się w tym mieście od pierwszego wejrzenia, albo je znienawidzi i nigdy więcej nie postawi stopy na łódzkich nizinach.

Ruszyła wzdłuż Piotrkowskiej i skierowała się w stronę pasażu Rubinsteina. Przeszła aleją Gwiazd, ominęła mosiężne figury wmurowane w chodnikowe płyty i poszukała wzrokiem taksówki. Zacisnęła usta, bo jak na złość nie wypatrzyła żadnego wolnego kierowcy. Zaklęła pod nosem i przystanęła w półkroku, zastanawiając się nad porannym spacerem do domu.

Właściciele kawiarni przygotowywali się do otworzenia lokali dla gości, a do sklepu obok podjechała dostawa świeżego pieczywa. Korpulentny kierowca wysunął tacę z podpieczonymi bochnami chleba i wniósł ją dostojnie, jakby wypieki stanowiły strawę dla samej królowej angielskiej. Kilkoro ludzi, ziewając, spacerowało z psami wzdłuż chodnika. Biały, kudłaty piesek, przypominający wyrośniętą świnkę morską, spojrzał w jej stronę i popędził przed siebie. Zatrzymał się dopiero, kiedy automatyczna smycz szarpnęła wątły korpus do tyłu. Kudłacz rzucił zaspanemu właścicielowi pełne wyrzutu spojrzenie i z nosem przy ziemi podreptał w stronę ulicznego kosza.

Przeszła przez jezdnię i dostrzegła w oddali starego mercedesa z napisem „Taxi”. Kierowca dusił silnik, dociskając pedał gazu, uchylił okno i spojrzał pytająco.

– Wolny pan? – zapytała.

Mężczyzna gestem zaprosił do środka.

– Dokąd jedziemy?

Odwrócił się, a jego długi kucyk srebrnych włosów przeciął powietrze, rozsiewając, i tak już mocno wyczuwalny, zapach samochodowego odświeżacza. Zielona beczułka huśtała się przy lusterku, uwalniając cukierkową woń.

– Na Tymienieckiego, do Scheiblera – powiedziała, przełykając ślinę. Przesadnie słodki bukiet poruszył w nozdrzach strunę, która sprawiła, że momentalnie ją zemdliło. – Byle szybko – dodała.

– Proszę pani, gwarantuję, że szybko można robić wiele rzeczy, ale na pewno nie przebijać się przez poranne korki – odparł kierowca, pocierając drugi podbródek.

Wycofał samochód. Autem zabujało, a jej do gardła podeszła żółć, zostawiając w przełyku kwaśny posmak.

– Do pracy na pierwszą zmianę? – spytał.

– A która godzina?

– Po szóstej trzydzieści.

– To jeszcze nie skończyłam poprzedniej zmiany.

Kierowca cmoknął przeciągle, spoglądając w lusterko.

– A szef wie, że pani się urwała? – zapytał. – Pracuje pani w hotelu? Moja żona też jest pokojówką. Jak koleżanka przyjdzie wcześniej, to czasem uda się jej wyjść przed czasem.

Dlaczego akurat pokojówką? pomyślała, a taksówkarz jakby odczytał jej myśli.

– O tej porze często rozwożę pracownice hoteli, bo kończą nocne zmiany po szóstej. Chociaż pani na pokojówkę nie wygląda, bardziej na menedżerkę, ale jak to mówią – nie wolno oceniać książki po okładce, nieprawdaż?

Zerknęła na swoje luźne dżinsy i zaplamiony ginem biały podkoszulek. Ciekawe, odkąd menedżerki z samego rana śmierdzą procentami?

– Dzisiaj w pogodzie zapowiadali deszcz – ciągnął kierowca. – A pani zobaczy, jakie słońce od rana!

Westchnęła z irytacją. Taksówkarzy łączyła jedna, specyficzna cecha – męczące gawędziarstwo. Jakby zabawianie pasażera rozmową wpisywano im jako główny punkt umowy o pracę, o który dbali ze szczególną pasją. Nie spotkała jeszcze kierowcy, który nie zagadywałby jej choćby na tematy aury. W momencie trzaśnięcia drzwiami każdy z nich rozpoczynał niezobowiązujący small talk, który przy poalkoholowym bólu głowy okazywał się nie do zniesienia.

Wjechali w aleję Piłsudskiego. W wysokich biurowcach dzień już dawno się zaczął. Ważniacy w garniturach wysiadali z czarnych audi i pospiesznym krokiem pokonywali ostatnie metry dzielące ich od korporacyjnego świata.

Duży SUV wyprzedził mercedesa, ale nie zdążył umknąć przed zmianą świateł. Taksówkarz zatrzymał się tuż za nim. Nieopodal, na mieniącym się kolorami tęczy centralnym przystanku przesiadkowym, tłoczyło się kilka osób. Starsza pani przebierała nogami, ściskając w rękach torbę na zakupy. Zapewne jechała na rynek. Starsi ludzie z upodobaniem załatwiali sprawunki w porze największego ruchu, jak gdyby wszyscy naraz postanowili zapełniać i tak już zatłoczone tramwaje. Nastąpiła sprawna wymiana pasażerska. Z niskopodłogowego pojazdu wyskoczyła grupka podróżnych, a ich miejsce zajęli kolejni.

Taksówka ruszyła i po niespełna dziesięciu minutach skręciła w osiedle Księży Młyn. Samochód jechał powoli wybrukowaną kocimi łbami uliczką. Stare przędzalnie Karola Scheiblera zamajaczyły w oddali. Czas w tym miejscu się zatrzymał. Ceglaste mury nie zdawały sobie sprawy, że ciężkie maszyny do produkcji bawełny zastąpiono eleganckimi loftami.

Dawne robotnicze osiedle, założone w drugiej połowie dziewiętnastego wieku, skrywało w sobie wiele tajemnic. Rodowici mieszkańcy Księżego Młyna mówili o nim: miasto w mieście. I rzeczywiście dawne budynki przemysłowe tworzyły wielki kompleks założony przez przedsiębiorcę niemieckiego pochodzenia – Karola Scheiblera. Na przełomie wieków słynny fabrykant, wiodący prym na bawełnianym rynku Królestwa Polskiego, otworzył pierwszą w pełni zmechanizowaną przędzalnię. Teren wokół fabryki się rozrastał, a dziś w miejsce dawnego imperium wyrosły drogie apartamenty.

Gdy człowiek przechadzał się pośród starych budynków, zdawało mu się, że zaraz usłyszy stukot końskich kopyt, że zza rogu wyjedzie wóz po brzegi wypełniony słomą, zza drzew wyłonią się kończący zmianę robotnicy i uchylą kaszkietu, kłaniając się każdej mijanej damie. Klimat ponadstupięćdziesięcioletnich budynków pozostał żywy nie tylko w pamięci mieszkańców. Wydawało się, że unosi się nad głowami łodzian i przypomina o świetnej przeszłości.

Przechodząc przez żelazną bramę, ukłoniła się rosłemu ochroniarzowi. Odpowiedział skinieniem głowy, któremu towarzyszył szeroki uśmiech. Od incydentu z bronią emerytowany policjant traktował ją ze szczególnym szacunkiem. Kilka miesięcy temu zobaczył zwisającą przy spodniach kaburę ze służbowym glockiem i podjął brutalną próbę aresztowania potencjalnej przestępczyni. Legitymacja policyjna skutecznie pohamowała zapędy ochroniarza, który najpierw zmierzył się z umiejętnościami policjantki, nabytymi podczas treningów kick-boxingu.

Przystanęła i spojrzała w kierunku schodów, ale zniechęciła ją wizja wspinaczki. Skapitulowała, przywołała windę i jednocześnie definitywnie rozstała się z noworocznym postanowieniem o zwiększeniu aktywności fizycznej.

Pchnęła dwuskrzydłowe drzwi i weszła do mieszkania. Uśmiechnęła się w duchu. W porównaniu z lichą kawalerką wielki apartament uderzał przepychem, ale pomimo tej okazałości nie czuła się tutaj jak w domu. Wręcz przeciwnie, czasem miała wrażenie, że jest tu jedynie gościem, który wpada na chwilę, w przelocie pomiędzy kolejnymi punktami w życiu.

Wzięła długi, gorący prysznic; nabalsamowała suchą skórę i spryskała się eleganckimi i drogimi perfumami. Gdyby była koneserką kosztownych przyjemności, pewnie zachwyciłaby się mocną, orientalną nutą. Nie przywiązywała jednak do tego wagi, ponieważ cel zabiegu był inny – musiała pozbyć się zapachu innego mężczyzny. Wysuszyła włosy, doprowadziła się do stanu względnej używalności, bo jak mawiała jej babcia – nieważne, jak kobieta się czuje, ważne, jak wygląda. Szybko stwierdziła, że podkład nie sprostał zadaniu. Cienie pod oczami przebijały przez beżowy fluid, a pomoc lekkiego pudru też okazała się daremna. Przyjrzała się sobie w lustrze i wzruszyła ramionami. Trudno. Ludzie, którzy zawsze wyglądają perfekcyjnie, nie istnieją. Oczywiście, oprócz modelek na rozkładówkach czasopism. One zawsze prezentują najwyższą formę.

Wyszła na korytarz i przeszła boso po zimnej, marmurowej posadzce, starając się nie patrzeć na obrazy wiszące na ścianach. Dla niej były zwykłymi bohomazami, które ludzie szumnie nazywają sztuką. Trzy czarne plamy poprzecinane czerwonymi kreskami, za które nie dałaby nawet złotówki.

Królewski styl, w jakim zostało urządzone mieszkanie, nagle wydał się jej odpychający. Nie przepadała za łączeniem klasyki z nowoczesnością, tyle tylko że jej zdanie straciło znaczenie, kiedy próg apartamentu przestąpił architekt wnętrz. Ona urządziłaby pomieszczenia bardziej przytulnie. Dla niej liczył się nastrój tworzony przez odpowiednie oświetlenie i miłe drobiazgi, ale w tym wypadku główną rolę odgrywała cena i wystawność. Zgodziła się na przedstawione propozycje i nie marudziła, gdy firma meblarska wnosiła tapicerowane fotele rodem z brytyjskich seriali o majętnych lordach. Przecież i tak była w domu tylko gościem.

– Dzień dobry, kochanie.

Spojrzała na męża. Siedział przy stole i sączył espresso z mikroskopijnej filiżanki. Przez te wszystkie wspólne lata wciąż zastanawiała się, jak można pić kawę z tak małego naczynia. Ona preferowała duże kubki, najlepiej wielkości porządnego wiadra, a to idiotyczne espresso wypiłaby jednym łykiem.

– Cześć.

– Znowu zostałaś w pracy na noc – powiedział, rysując palcem po tablecie. – Rozmawialiśmy na ten temat, a ty ciągle się przepracowujesz. – Zmarszczył czoło i zawiesił palec w powietrzu, przebiegając wzrokiem po tekście. Po kilku sekundach poprawił splot jedwabnego krawata i zerknął na żonę. – Lena, mówię poważnie. Powinnaś się oszczędzać.

– Byłeś u fryzjera?

– Wczoraj, ale chyba coś źle przyciął – stwierdził, dotykając wygolonych boków. Na jego skroniach pojawiła się już pierwsza siwizna, ale nadal miał urokliwy błysk w oku. Kiedyś podsłuchała, jak pewna kobieta nazwała go szpakowatym mężczyzną, i uznała, że to określenie idealnie pasuje do jej męża.

– Mnie się podoba.

– Nie zmieniaj tematu, Lena. – Westchnął. – Odpuść, bo nie każda sprawa potrzebuje twojej osobistej interwencji.

– Krzysztof, proszę cię.

Uśmiechnął się. Żona była pracoholiczką i choć miał nadzieję, że sytuacja sprzed sześciu miesięcy zmieni jej nastawienie, ona wciąż harowała za troje. Musiał się z tym pogodzić.

– Czas na wiadomości? – spytał.

– Dawaj.

– Więc tak: premier przyznał nagrody swoim ministrom. Wzbudziło to wiele kontrowersji. – Zastanowił się. – Wiesz w ogóle, że mamy nowy rząd?

– Obiło mi się o uszy.

– No więc przyznał te nagrody. Dość wysokie, po kilkadziesiąt tysięcy.

– Nuda. Dalej.

– Zawaliła się kamienica w Poznaniu. Kilka ofiar śmiertelnych, prawdopodobnie wybuch gazu. Rozdali też Oscary, ale polski film niestety przepadł.

– Nie wiedziałam, że dostał nominację. Dalej.

– Polscy lekkoatleci zdobyli kilka medali na mistrzostwach.

– To dobra nowina – skwitowała, nalewając do kubka solidną porcję czarnej kawy. Spojrzała tęsknie w stronę lodówki, ale wciąż czuła posmak trawionego ginu, więc wolała nie ryzykować.

– Na dzisiaj to tyle – powiedział Krzysztof. – Nic więcej się nie wydarzyło.

– Co tak słabo?

Zamknął tablet w skórzanym etui, odłożył na blat i pociągnął łyk espresso.

– Wiem, że wolałabyś strzelaninę w Stanach albo krwawe jatki, ale na szczęście nie codziennie dochodzi do bestialskich morderstw.

Uśmiechnął się na wspomnienie poranka, kiedy czytał żonie relację ze strzelaniny w amerykańskiej szkole. Interesowały ją wyłącznie sprawy kryminalne. Do sportowych ani politycznych newsów nie przywiązywała wagi.

Przegląd informacji z kraju i ze świata stanowił ich mały rytuał. Krzysztof każdego ranka pełnił rolę prywatnego prezentera wiadomości. Oglądanie telewizji Lena uważała za stratę czasu, radia nie słuchała, nigdy nie widział jej z powieścią czy gazetą w ręku. Czasem zdawało mu się, że czytała wyłącznie akta prowadzonej aktualnie sprawy, ewentualnie wielotomowe pozycje naukowe.

– Podobno co pięć sekund na świecie umiera dziewięcioro ludzi – rzuciła. – Wyobrażasz to sobie?

– Skarbie, nie przy śniadaniu.

– Przecież nie jesz śniadania.

– Piję kawę.

– Sączysz – odparła, przewracając oczami.

Wsunął palec wskazujący w małe uszko ceramicznej filiżanki i upił łyk.

– Zbieram się do pracy – powiedział po chwili, odkładając filiżankę do zmywarki. Opłukał dłonie, wytarł w czystą ściereczkę, którą ponownie złożył w kostkę i umieścił na szczycie wieży ze śnieżnobiałych szmatek.

– Podrzucisz mnie? – zapytała.

– Nie wzięłaś samochodu?

Wzruszyła ramionami, przeszła na korytarz, wsunęła stopy w czarne trapery i owinęła szyję kraciastym szalikiem.

– Chyba nie piłaś? – spytał, a jego niebieskie tęczówki zwęziły się nieufnie.

– Nie jestem idiotką.

– Dlaczego więc nie wróciłaś samochodem?

– Przyjechałam taksówką.

Nie była to odpowiedź na pytanie, ale na szczęście Krzysztofa zadowoliło zdawkowe wytłumaczenie.

– Wszystko w porządku?

– Tak, nie przejmuj się – odparła, patrząc mężowi prosto w oczy.

Objął ją ramieniem i delikatnie pocałował w czoło.

– Martwię się o ciebie, bo cię kocham.

Nie odpowiedziała.

 

2

Władysława Chmielna stała w kuchni. Dłonie wsparła o blat, a wzrok zawiesiła w przestrzeni za oknem. Powinnam coś zrobić. W końcu Klemens jest moim jedynym dzieckiem, pomyślała. Instynkt matki podpowiadał, że wydarzyło się coś złego. Nie mogła tego tak zostawić.

Usłyszała kroki w korytarzu i szybko się wyprostowała. Mąż szurał kapciami po panelach, jakby unoszenie nóg sprawiało mu ból. Zdumiewające, że jeszcze niedawno jawił się jako krzepki mężczyzna w kwiecie wieku. Pamiętała jego dziarskie i sprężyste ruchy. Żadne wyzwanie nie stanowiło dla niego problemu, tymczasem dzisiaj był zwykłym starcem. Wprawdzie nie podpierał się groteskową laską, ale Władysława wiedziała, że to tylko kwestia czasu. Mąż z każdym dniem podupadał na zdrowiu.

Już dawno przestała zwracać uwagę na jego narzekanie. Po niemal czterdziestu latach małżeństwa człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego. Zresztą, jej ciało też powoli odmawiało posłuszeństwa. Kocia zwinność odeszła bezpowrotnie w przeszłość, wszystkie kości bolały dwa razy mocniej, a zwykłe wstanie z łóżka okazywało się sporym wyzwaniem.

Znowu spojrzała w okno. Przydałoby się przyciąć jabłonie, pomyślała. Gałęzie rozrastały się zbyt szybko i utworzyły splątaną sieć. Mąż nie przepadał za pracami ogrodowymi i najchętniej wyciąłby wszystkie rośliny, ale Władysława nie mogła na to pozwolić. Przydomowy ogródek to jedyne zajęcie, jakie jej pozostało. Nie chciała zmienić się w zrzędliwą staruszkę, dbała więc o utrzymanie dobrej formy fizycznej. Codzienne pielęgnowanie grządek postrzegała jako przyjemność i miłą odskocznię od łzawych telenowel. Postanowiła, że po południu sama wejdzie na drabinę i przytnie niesforne odrosty.

Szuranie przybrało na sile. Władysława wbiła na patelnię sześć jajek, doprawiła solą i szczyptą pieprzu, a następnie zamieszała drewnianą łopatką, by połączyć żółtko z białkiem. Dopiero po chwili zorientowała się, że pod naczyniem nie pali się płomień. Uruchomiła gaz, rozpaliła ogień i ponownie przemieszała papkę.

– Jajecznica dzisiaj? – spytał mąż, sadowiąc się przy stole.

Pomimo wczesnej pory stawił się w pełni przygotowany na nadchodzący dzień. Pachniał płynem po goleniu i perfumami, które Władysława kupiła mu na urodziny. Siwy włos przylizał na prawą stronę, zwilżywszy go lekko wodą.

– Jak zawsze – odpowiedziała beznamiętnie.

Od zawsze przygotowywała mu poranną jajecznicę. Mąż tylko taką formę śniadania uznawał za słuszną. Parę miesięcy temu lekarz zalecił ograniczenie smażonych potraw, ale przyzwyczajenie okazało się silniejsze. Próbowała zmienić nawyki żywieniowe męża, ale trudno zrewolucjonizować wieloletnią tradycję.

– Wcześnie dzisiaj wstałaś – podjął, smarując kromkę wieloziarnistego chleba. Władysława uśmiechnęła się w duchu. Kwestię przerzucenia się na zdrowszą wersję pieczywa okupiła tygodniami walki – zamiłowanie do świeżych kajzerek było równie silnie jak do jajecznicy, ale małżonek w końcu skapitulował.

– Nie mogłam spać.

– Dlaczego?

– Przecież wiesz – odparła, mieszając jajka. – Patelnia się popsuła. Strasznie przywiera.

– A podlałaś masłem?

Zamieszała jeszcze raz, zeskrobując z dna przyklejoną jajecznicę.

– Tak – skłamała.

– Trzeba kupić nową.

– Trzeba iść na policję – wypaliła, odwracając się do męża. – Wiem, co o tym myślisz, ale ja uważam, że tak trzeba.

– Władka, dajże spokój.

– Nasz syn zaginął, a ty mówisz, żebym dała sobie spokój?

– Nie zaginął – odparł twardo. – Prędzej czy później Klemens się znajdzie, a ty narobisz niepotrzebnej paniki. Nie wiesz, jak jest? Policja zaraz zacznie węszyć w naszym życiu, a po co to nam?

– Nie obchodzi mnie to. – Zdjęła patelnię z gazu, wyłożyła kopiec na talerz i podała mężowi.

– Ale mnie tak. Poczekajmy jeszcze kilka dni.

– Nie. Już podjęłam decyzję.

 

3

Komenda Miejska przy ulicy Sienkiewicza prezentowała się znacznie lepiej niż dwanaście lat temu, kiedy Lena rozpoczynała policyjną karierę. Nowoczesny budynek nie odstraszał już swoim wyglądem i wreszcie zasługiwał na swoją nazwę.

Przemknęła na piętro do gabinetu i zamknęła drzwi, by odciąć się od porannego zgiełku. Prawdziwa praca w policji znacznie odbiegała od stereotypów panujących w detektywistycznych serialach. W rzeczywistości większość policjantów zaczynała dzień od kubka kawy, snucia się po korytarzach, wypełniania stosu dokumentów lub pogawędkach z kolegami po fachu.

Usiadła przy biurku i potarła skronie. Ból głowy na kacu nadchodził powoli, ale kiedy już uderzał, robił to szybko i znienacka. Łyknęła dwie pigułki paracetamolu. Każda po pięćset miligramów. Opadła na oparcie skórzanego fotela, przyglądając się swemu małemu królestwu.

Jej koledzy pracowali w łączonych pokojach, a ona – mimo sprzeciwów naczelnika wydziału – miała własny gabinet, który zawdzięczała wyjątkowym względom komendanta jednostki. Wnętrze urządziła wedle własnego uznania. Przynajmniej w pracy nie musiała przebywać wśród groteskowych mebli.

Niewygodne krzesło zastąpiła dużym, obrotowym fotelem; wymieniła biurko, które może nie było himalajami designu, ale biały blat prezentował się znacznie lepiej niż ciężkie biurko z przydziału. W rogu stanął stół, służący podczas odpraw, oraz regały z aktami i książkami, których nigdy nie przeczytała. Wyposażyła się również w tablicę prosto ze szwedzkiej sieciówki, która wraz z kompletem mazaków zawisła na ścianie nad stołem. Jedynym ożywiającym pomieszczenie elementem był kaktus, towarzyszący jej od początku pracy w policji. Kiedy go kupiła, wystawał ledwie pięć centymetrów ponad ziemię. Natomiast teraz prezentował dumnie długie igły, przepasane czerwoną wstążeczką. Choć przyznawała się do tego niechętnie, była przesądna.

Usłyszała ciche pukanie i zerknęła w kierunku drzwi.

– Lena? Można?

– Co cię do mnie sprowadza o tak wczesnej porze? – spytała urzędowym tonem.

Aspirant sztabowy Tymon Milewski nieśmiało wszedł do pokoju. Odchrząknął, splatając dłonie na lekko zaokrąglonym brzuchu. Odkąd siedem lat temu ożenił się ze swoją licealną miłością, jego wcześniejsza nienaganna sylwetka znacznie się zaokrągliła, a uśmiech zastąpiła poważna twarz zmęczonego ojca. Z dawnego Tymona zostało jedynie upodobanie do luźnych swetrów i gładko ogolone policzki. Blond czupryna też się przerzedziła.

– Mam prośbę – zaczął.

– Mów.

– Dzwonili interesanci. Nie bardzo zrozumiałem przez telefon, więc poprosiłem, by przyszli na komendę. Myślałem, że Paulina weźmie wolne w pracy, ale dostała jakiś ważny projekt i nie da rady się urwać. A Karolinka nam się rozchorowała i obiecałem, że podjadę z nią do pediatry. Potrzebuję godziny, góra półtorej.

– Jaki ważny projekt można mieć w urzędzie miasta? Zabrakło im stempelków czy co?

– Nie wiem. – Wzruszył ramionami. – W każdym razie muszę jechać z Karolinką do lekarza, a potem podrzucę ją do teściowej. Zajmie mi to dosłownie chwilę.

– No to jedź.

– Ale mam prośbę.

– Myślałam, że godzina poza miejscem pracy to jest wystarczająca prośba.

– Przyjmiesz tych ludzi? – zapytał.

Zmierzyła Tymona wzrokiem.

– Czego chcą?

– Mówili o zaginięciu syna – odparł. – Nie wiem dokładnie, bo coś trzeszczało w słuchawce. Wygodniej będzie porozmawiać u nas.

– Nie interesują mnie zaginięcia.

– Wiem, ale zrób wyjątek dla swojego ulubionego podwładnego. – Uśmiechnął się szelmowsko.

– Niepokoi mnie fakt, że twoje życie rodzinne zbyt głęboko wchodzi w sferę zawodową. Powiedziałabym wręcz, że wdziera się wszelkimi możliwymi otworami, co niespecjalnie mi się podoba.

– W przeciwieństwie do twojego moje małżeństwo istnieje nie tylko na papierze – odparł z udawaną powagą.

Kąciki jej ust drgnęły.

– Szczegół. – Machnęła ręką. – Dobra, niech przyjdą.

– Dzięki. Jesteś kochana.

– Jasna sprawa – mruknęła, przenosząc wzrok na kolejnego gościa.

– Dzień dobry, można?

– Oczywiście, panie komendancie – powiedział Tymon, wycofując się z gabinetu. – Ja już wychodzę.

– Czy ja o czymś nie wiem? – Lena prychnęła, unosząc dłonie w geście bezradności. – Odbywa się jakieś poranne tournée, a u mnie jest punkt przystankowy? Może powinnam zainwestować w drzwi obrotowe albo przyjmować na zapisy jak lekarze w NFZ? – Spojrzała na wychodzącego Tymona, potem przeniosła wzrok na komendanta. – Kawy? – zaproponowała z uśmiechem.

– Chętnie.

Pomieszczenie wypełnił zapach mielonych ziaren i cichy chrobot młynka. Ciśnieniowy ekspres był prezentem od Krzysztofa, który nie mógł znieść codziennego narzekania na rozpuszczalną neskę, jaką Lena serwowała mu każdego ranka. Ostatnia rocznica była jedyną, na którą dostała trafiony prezent.

– O co chodzi? – spytała, stawiając kubki na biurku. Obeszła je i usiadła naprzeciwko.

– Już węszysz podstęp?

– Przeważnie to ja jestem zmuszona stawiać się u pana na poranne audiencje – odparła. – Więc tak. Wyczuwam podstęp.

– Masz rację – przyznał. – Słusznie okrzyknięto cię najlepszym śledczym w komendzie.

– Przeczuwam, że wieści, jakie pan przynosi, mogą mi się nie spodobać.

Wąskie usta komendanta wykrzywiły się w uśmiechu, naznaczając twarz kilkoma dodatkowymi zmarszczkami. Zdjął druciane okulary, złożył je i schował w dłoni.

– Mam prośbę – powiedział.

– Już to dzisiaj słyszałam.

– Jak to?

– Nieważne – ucięła. – Proszę mówić, co to za prośba?

– Chciałbym, żebyś zajęła się moim synem.

Parsknęła.

– Skończył kurs dochodzeniowo-śledczy w Szczytnie – ciąg­nął komendant. – I przydzieliłem go do twojej grupy.

– Gratuluję zdolnego potomstwa, ale są dwa aspekty tej sprawy. Po pierwsze: powinien pan zawczasu poradzić juniorowi, żeby nie wciskał się w policyjny mundur, bo odznaka czasem uwiera. A po drugie: nie wiedziałam, że ma pan syna.

– Nigdy nie pytałaś.

To prawda, nie obchodziły jej prywatne sprawy komendanta. Lena uświadomiła sobie, że jej wiedza dotycząca osobistego życia ograniczała się do kilku policjantów, z którymi współpracowała.

– No i co z tym synem? – spytała po chwili.

– Będzie z tobą pracował.

– Wykluczone – zaoponowała. – Może trafić do mojej grupy, ale nie zamierzam go niańczyć.

– Chcę, żebyś go czegoś nauczyła.

– To kiepski pomysł.

– Chciałbym, żeby został dobrym gliną. A tylko przy tobie ma taką szansę.

– Odpada.

– Lena.

– Szefie, ja nie jestem wzorem do naśladowania dla młodych adeptów policji. Powinien pan to wiedzieć.

Komendant nie odpowiedział. Uniósł powoli kubek z kawą i upił kilka łyków. Wystające jabłko Adama poruszało się rytmicznie, jakby gorący napar wcale nie parzył go w przełyk.

– Nie mam nic do gadania, prawda? – podjęła Lena.

– Nie chciałem używać niewygodnych argumentów.

– Ale?

– Pamiętaj, dzięki komu masz to biuro…

– Gabinet – sprostowała. – W biurze pracują panie w urzędzie miejskim. To jest gabinet.

– Gabinet – powtórzył, pocierając łysy placek na środku głowy. – I dzięki komu sprawa sprzed sześciu miesięcy skończyła się dla ciebie bez przykrych konsekwencji.

Komendant pomógł jej, gdy tego potrzebowała, ale nie spodziewała się, że wykorzysta to przeciwko niej. Skrzywiła się, napiła kawy i opadła na oparcie krzesła.

– A skoro już o tym rozmawiamy, nie powinnaś przerywać wizyt u Beaty – dodał.

– Nie potrzebuję psychologa.

– Idź do niej. Wiesz, że chcę dla ciebie dobrze. – Wziął głęboki oddech i nałożył okulary. – W każdym razie mój syn nie jest takim młodzikiem. Ma za sobą parę lat służby w stolicy…

– Nie porównywałabym wypisywania mandatów za złe parkowanie do pracy w Wydziale Kryminalnym.

– Nauczysz go wszystkiego. Żadnej taryfy ulgowej, Lena. Zapomnij, że jest moim synem. Po prostu pracuj z nim tak, jakbyś pracowała ze swoim partnerem.

– Partnerem? – Uniosła brwi. Wizja pracy z dzieciakiem przełożonego nie brzmiała zachęcająco.

– Będziecie pracować we dwoje – rzekł tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Świetnie. – Zabębniła palcami o blat. – Świetnie. Zapowiada się ciekawy okres w mojej karierze.

– Trzymam kciuki. – Komendant wstał i skierował się do wyjścia. Zatrzymał się, zawieszając dłoń nad klamką. – Pójdziesz do Beaty?

– Jak znajdę trochę wolnego czasu, co w moim przypadku będzie dość trudne. Ale gdybym chciała sobie gdzieś poleżeć, wyskoczę na Barbados. Leżaki nad Atlantykiem są wygodniejsze niż twarda kozetka. Wiem, co mówię, bo testowałam parę razy. Obie opcje.

Komendant zaczerpnął powietrza. Chciał dodać coś jeszcze, ale rozległo się pukanie. Uchylił drzwi.

– Dzień dobry. – Do pokoju zajrzała starsza kobieta. Zacis­kała dłonie na niewielkiej torebce w azteckie wzory. – Byliśmy umówieni. Jakaś pani nas tu skierowała.

– Proszę – powiedziała Lena, wrzucając snickersa z powrotem do szuflady. Organizm dopominał się śniadania i zaczynało burczeć jej w brzuchu. – Państwo siądą. – Wskazała na krzesła naprzeciwko i skinęła głową wychodzącemu komendantowi.

Starsi państwo stali w bezruchu. Po chwili mężczyzna zrobił krok do przodu, krótko i energicznie, jakby wystąpił przed szereg na rozkaz przełożonego.

– Rozmawialiśmy z policjantem Milewskim – powiedział.

– Aspirant Milewski musiał wyjść w ważnej sprawie – wyjaśniła Lena, przyglądając się parze. Mężczyzna zmrużył oczy, nawet nie próbując ukryć niezadowolenia z zaistniałej sytuacji. Lena znała to pogardliwe spojrzenie. Wielokrotnie zderzała się z opiniami, że mundur przeznaczony jest wyłącznie dla mężczyzn, a kobieta w policji to utrapienie dla prawdziwych policjantów. Czasami była skłonna się z tym zgodzić, ale dzisiejszy dzień nie należał do tych wyjątków. – Ale gwarantuję, że zdałam ciężki egzamin policyjny, oglądam Kryminalnych albo W11, a wieczorami zaczytuję się w Kodeksie karnym, więc mam jakieś mgliste pojęcie w kwestii łapania przestępców, a zajmowanego stanowiska nie wygrałam w zdrapce.

– Wolelibyśmy rozmawiać z mężczyzną – odparł twardo.

– Dobrze, usiądźmy… – zaczęła kobieta, ale mąż szybko uciszył ją ruchem dłoni.

Wciąż patrzyli na Lenę z góry, odmawiając zajęcia miejsc, jakby za wszelką cenę chcieli zamanifestować swoją wyższość. Nie spodobało się jej to.

– Słyszał pan o równouprawnieniu? – zapytała. – Zadziwiające, że Polska jako jedno z pierwszych państw wprowadziła prawo wyborcze dla kobiet, a wciąż znajdują się ludzie dyskryminujący płeć przeciwną. Daleko mi do walczących feministek, ale jestem idealnym przykładem na to, że kobieta może być znacznie lepszym gliną niż dżentelmeni znajdujący się w tym budynku.

Stary człowiek spojrzał na nią zaskoczony i potarł jedną dłoń o drugą.

– Wolałbym rozmawiać z mężczyzną – powtórzył głośno, akcentując każde słowo.

Lena z westchnieniem przymknęła oczy.

– Proszę pana – zaczęła. – Komenda to jest nie amfiteatr, a nasza rozmowa to nie koncert życzeń. Nie ma mojego kolegi. Jestem ja, ale jeżeli nie odpowiada państwu taki stan rzeczy, to dziękuję za miłą pogawędkę. Do widzenia.

– Słucham? Jesteśmy obywatelami tego kraju, płacimy podatki i mamy prawo żądać…

– Jasne – przerwała mu. – Słyszę to codziennie, więc darujmy sobie pogaduszki o podatkach. Daję państwu ostatnią szansę na wyjaśnienie, z czym przyszliście. Macie przed sobą najlepszego śledczego w tej komendzie, jeżeli nie w województwie. Cytuję komendanta. Przed chwilą wyszedł, więc może dogonicie go na korytarzu.

– Słucham?

– Będziemy rozmawiać na stojąco?

Kobieta mocniej ścisnęła torebkę. Spodziewała się wyrozumiałego stróża prawa. Ta butna policjantka nie wzbudzała zaufania, ale nie powinni odpuszczać tak łatwo. W końcu chodziło o ich dziecko. Usiadła na krześle, mimo potępiającego spojrzenia męża. Zagarnęła kosmyk siwych włosów za ucho i uśmiechnęła się przepraszająco. Mężczyzna z zaciśniętymi ustami gniewnie przestąpił z nogi na nogę, ale po namyśle zajął miejsce obok żony.

– Chcielibyśmy zgłosić zaginięcie – podjęła starsza pani.

– Zacznijmy od początku. Jak się państwo nazywacie?

– Władysława Chmielna, a to mój mąż Klemens.

Klemens Chmielny kiwnął głową, poprawiając się na krześle. Nienaturalnie wyprostowane plecy, wypięta pierś i wysoko uniesiony podbródek – prawdopodobnie emerytowany żołnierz, pomyślała. To tłumaczyłoby niechętny stosunek do kobiet piastujących męskie zawody.

– Komisarz Lena Rudnicka – poinformowała. – Czyje zaginięcie chcą państwo zgłosić?

– Nasz syn Klemens nie wrócił do domu…

– Syn ma na imię Klemens?

– Tak.

– Chyba należy pan do nielicznych osób, które lubią własne imię, prawda? – spytała Klemensa seniora, ale ten nie odpowiedział.

– Więc nasz syn zaginął – ciągnęła Władysława. – Wyszedł z domu i nie wrócił…

– Jak większość zaginionych.

– Coś mogło mu się stać. Nigdy nie znikał bez powodu.

– Nie znikał bez powodu? – podjęła Rudnicka. – Czyli zdarzało mu się znikać?

– Nie! – zaoponowała kobieta. – Nigdy!

– To dość obszerne pojęcie – stwierdziła Lena. – Ja nigdy nie byłam na Sri Lance, co nie oznacza, że nie mogę tam polecieć choćby jutro.

– Ale…

– Czy zdarzały się wcześniej sytuacje, kiedy syn wyjeżdżał gdzieś na kilka dni, nie informując wcześniej o podróży?

– Nie.

– Ale powiedziała pani, że nie znikał bez powodu.

– Przejęzyczenie – odparła kobieta, przesuwając torebkę bliżej ciała. Na zewnętrznej stronie dłoni pojawiły się wystające żyły.

– Kiedy ostatni raz widzieliście syna?

– W poniedziałek rano Klemens zawiózł mnie do lekarza.

– O której?

– Około dziewiątej.

– Ostatni raz widziała pani syna w poniedziałek o dziewiątej?

– Tak.

– Czy potem kontaktowaliście się? Rozmawialiście przez telefon?

– Nie. Od tamtej pory nie rozmawiałam z synem.

– Czy Klemens mieszka z państwem?

– Nie, ze swoją żoną.

– Dlaczego jej tu nie ma? – spytała komisarz. – Czemu ona nie zgłasza zaginięcia?

– Dorota chciała przyjść, ale powiedziałam, że my to załatwimy. Nie chciałam, żeby się denerwowała.

– Samotne oczekiwanie w czterech ścianach raczej nie ukoi nerwów zaniepokojonej żony.

Klemens senior odchrząknął głośno. Lena spostrzegła, że na jego palcu brakuje obrączki.

– Gdzie ostatni raz był widziany syn?

– W domu – odparła Władysława. – To znaczy w hotelu. Syn prowadzi z żoną hotel. Mieszkają w apartamencie małżeńskim na ostatnim piętrze. Wie pani, bliżej do pracy i tak dalej. Klemens jest księgowym, zajmuje się finansami hotelu. W poniedziałek wyszedł z domu do sklepu i już nie wrócił.

– O której wybrał się do sklepu?

– O osiemnastej.

– Czyli minęły dwie doby, odkąd widział go ktoś po raz ostatni?

– Tak.

– Gdzie może przebywać syn?

– Nie wiem. Syn to odpowiedzialny człowiek i gdyby postanowił wyjechać, z pewnością skontaktowałby się z nami albo z żoną. Takie zachowanie nie pasuje do niego.

– Po co poszedł do sklepu?

– Czy to ważne? – warknął senior.

Zmarszczył czoło, pokrywając je kilkoma poziomymi bruzdami. Przypominał indora gotowego w każdej chwili nastroszyć pióra i rzucić się do ataku.

Rudnicka przeniosła wzrok na mężczyznę i uśmiechnęła się uspokajająco.

– To się okaże – powiedziała.

– Dorotka mówiła, że Klemens poszedł po wodę – szybko wyjaśniła Władysława.

– Dobrze. – Lena powoli pokiwała głową, po czym splotła dłonie na blacie. – Proszę mi coś opowiedzieć o małżeństwie syna.

Chmielna podrapała się w skroń i wzięła głęboki oddech.

– To zgodne małżeństwo – oznajmiła sztywno. – Mieszkają i pracują razem. Bardzo się kochają. Klemens przychyliłby nieba Dorotce. Naprawdę nie wiem, co się mogło stać…

– Może syn pokłócił się z żoną i postanowił wziąć parę dni urlopu?

– To niemożliwe! Oni nigdy się nie kłócili, a poza tym Dorotka powiedziałaby nam o takiej sytuacji. Przecież wie, że odchodzimy od zmysłów.

Rudnicka zerknęła na Klemensa seniora. Nie wyglądał na specjalnie zestresowanego.

– Perfekcyjne małżeństwa nie istnieją – stwierdziła.

– Mój Klemens to spokojny i wyrozumiały człowiek. Zawsze powtarzał, że wszystko można rozwiązać rozmową, więc jeśli pojawiały się jakieś sporne kwestie, rozstrzygali je właśnie w ten sposób.

– A co sądzi pani o synowej?

– To dobra kobieta – odparła Władysława, wpatrując się w torebkę na kolanach.

– Lubi ją pani?

– Słucham? – Uniosła brwi. – A jakie to ma znaczenie?

– Po prostu pytam – odparła Rudnicka. – Czy żony nie zaniepokoił fakt, że jej mąż nie pojawia się w domu drugi dzień?

– Była zdenerwowana! – zawołała Władysława. – Zadzwoniła do nas, a potem skontaktowała się ze znajomymi, ale żaden nie widział Klemensa i nie wiedział, gdzie mógłby być. To niemożliwe, przecież człowiek nie rozpływa się w powietrzu. – Otarła łzę, która samotnie płynęła po policzku.

Gdyby żona Klemensa faktycznie szalała z niepokoju, nie czekałaby ze zgłoszeniem zaginięcia dwie doby i przyszłaby na komendę razem z Chmielnymi. Rudnicka pracowała przy kilku zaginięciach i przy każdej z tych spraw jako pierwszy na komisariacie zjawiał się spanikowany małżonek. Swoje przemyślenia zachowała jednak dla siebie.

– Skoro żona to ostatnia osoba, która miała kontakt z Klemensem, chciałabym z nią porozmawiać – oznajmiła. – Potrzebuję również aktualnego zdjęcia syna.

Władysława otworzyła torebkę i wyciągnęła dwie fotografie. Przesunęła je na biurku w stronę komisarz. Rudnicka przyjrzała się mężczyźnie. Nie wyróżniał się niczym szczególnym. Przedwcześnie łysiejące czoło, ogolone na gładko policzki, pospolita twarz.

– Odnajdzie go pani? – z nadzieją spytała Chmielna.

Zaginięcia nie były specjalnością Leny. Poza tym sprawa pierwotnie trafiła do aspiranta sztabowego Milewskiego. Rudnicka jednak w zniknięciu Klemensa Chmielnego wyczuwała drugie dno. Coś tu nie pasowało, a ze zbieraniem i dopasowywaniem brakujących elementów Lena radziła sobie nadzwyczaj dobrze.

– Nie zajmuję się zaginięciami – odparła bez przekonania.

Władysława siedziała skoncentrowana, a napięcie na pomarszczonej twarzy rosło z każdą sekundą.

– Więc dlaczego pani z nami rozmawia? – syknął Klemens senior. – Mamy powtarzać wszystko od początku innemu policjantowi? To jakieś żarty?

– Mogę zatrzymać to zdjęcie?

– Oczywiście – szybko zapewniła Władysława.

Lena przyjrzała się fotografii. Właściwie nic nie stało na przeszkodzie, by wzięła tę sprawę. Była szefem grupy Wydziału Kryminalnego i to ona podejmowała decyzje. Ewentualnie włączy Milewskiego w poszukiwania, żeby nie czuł się pominięty.

– Dobrze – stwierdziła po chwili. – Postaram się znaleźć waszego syna, ale potrzebuję więcej informacji.

– Powiem wszystko, co tylko pani zechce.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI