Trzcinowisko - Kinga Wójcik - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Trzcinowisko ebook i audiobook

Kinga Wójcik

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

150 osób interesuje się tą książką

Opis

Jak daleko jesteśmy gotowi się posunąć, aby chronić swoich bliskich i ich dobre imię?

Pierwsza część serii z detektywem Aleksandrem Zamojskim.

We wrześniu 1999 roku Ewa Ostaszewska wychodzi na spotkanie z przyjaciółką. Rankiem następnego dnia w trzcinowisku policjanci odnajdują zwłoki dziewczyny. Śledztwo prowadzi Jakub Sułecki. Na miejscu zbrodni nie ma żadnych śladów prowadzących do sprawcy. Tygodnie zamieniają się w lata, a rodzice zamordowanej wciąż nie mogą poznać tożsamości mordercy córki.

Po dwudziestu czterech latach Waldemar Ostaszewski, ojciec Ewy, podejmuje kolejną próbę i decyduje się wynająć jednego z najlepszych prywatnych detektywów w Polsce. Aleksander Zamojski ma przed sobą trudne zadanie. Świadkowie zdarzenia zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach, a mieszkańcy miasta boją się rozmawiać o wydarzeniach sprzed lat, bo wieść niesie, że w śmierć dziewczyny byli zamieszani policjanci. Do Zamojskiego dołącza dziennikarz i córka Jakuba Sułeckiego. Czy uda im się odkryć, co tak naprawdę wydarzyło się przed laty?

Kinga Wójcik (ur. 1994) z wykształcenia jest politologiem. Ukończyła Wydział Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego. Pochodzi z rodziny policyjnej. Prywatnie fanka buldogów francuskich i filmów z serii „Transformers”. Autorka znakomitej serii kryminalnej z Leną Rudnicką.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 375

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 35 min

Lektor: Kamil Kula

Oceny
4,6 (213 oceny)
156
38
13
4
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Weganka_i_Tajga

Całkiem niezła

Ciekawa historia, której zakończenia można się było domyśleć. Szkoda, że trochę przegadana i zbyt długa a akcji mało. Bohaterowie też dość nijacy.
10
machinka

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniały kryminał ! Można napisać książkę bez wulgarnego tekstu! Brawo dla autora
10
lsmedowski

Nie oderwiesz się od lektury

.
00
dominikanous

Dobrze spędzony czas

dużo się dzieje, polecam
00
widar

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobrze się czyta, dobra fabuła i ciekawi bohaterowie. Teraz pozostaje czekać na kolejne części.
00

Popularność




Copyright © Kinga Wójcik, 2024

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Joanna Serocka

Korekta

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8352-744-4

Warszawa 2024

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Kiedy przyjdzie maszerować,

wielu nie uświadamia sobie,

Że wróg maszeruje na ich czele.

Bertolt Brecht z cyklu

„Niemiecki elementarz wojenny”

PROLOG

Wrzesień 1999

Mężczyzna był przekonany, że zaledwie kilka minut dzieli go od śmierci.

Położył dłoń na wilgotnej ziemi. Zdrętwiały mu nogi, ale nie wykonał żadnego ruchu, który mógłby zdradzić jego obecność. Serce dudniło mu w piersi. Wydawało się, iż stojący niedaleko mężczyźni słyszą każde uderzenie. Wziął trzy głębokie wdechy, aby się uspokoić. Chciał zniknąć. Rozpłynąć się w powietrzu, byleby tylko nie być świadkiem tego, co rozgrywało się w pobliżu.

Wrześniową noc spowiła mgła. Unosiła się nad rzeką i okrywała ją niczym mleczny całun. W oknach okolicznych domów było ciemno. Mieszkańcy spali, nie wiedząc, że tuż obok nich umiera młodziutka kobieta.

Mężczyzna nadal nie dostrzegał twarzy oprawców stojących przy trzcinowisku. Znał natomiast dziewczynę. Nie widział jej twarzy ani oczu, ale rozpoznał ją po charakterystycznej burzy włosów. Był pewien, że to ona. Znał przecież jej rodziców.

Wyobraził sobie, jak podrywa się z ziemi, wyskakuje z zarośli i nokautuje mężczyzn. Wzywa pomoc, bo może jeszcze nie jest za późno. Dzięki bohaterskiej postawie udaje mu się uratować dziewczynę. Zostaje bohaterem. Wszyscy go podziwiają za odwagę i męstwo. Gdyby miał trochę odwagi, może tak by się stało. Ale on był tchórzem i pijakiem, który zasnął w krzakach, a gdy się obudził, zobaczył coś, czego nie powinien. Bał się jak diabli. Zaciskał zęby i czuł odrazę do siebie.

Jeden z oprawców zapalił papierosa. Mężczyzna łakomie obserwował żarzącą się końcówkę. Sam chętnie by zapalił.

Zimno i strach przeszyły go do szpiku kości. Zadrżał, poruszając przy tym gałąź, i natychmiast zastygł w bezruchu. Ten z papierosem zerknął w jego kierunku. Nie mógł go widzieć, ale wydawało się, że patrzy wprost na niego. Poczuł, jak wszystkie mięśnie się napinają, a ciało sztywnieje. Gdyby tamci go zobaczyli, byłby martwy.

Dopiero gdy obaj stanęli nad ciałem nastolatki, zobaczył ich twarze. I uświadomił sobie, że nie ma do kogo zwrócić się o pomoc.

CZĘŚĆ I

1

Kiedy Aleksander Zamojski otworzył oczy, zobaczył jędrne kobiece piersi. Przetarł powieki i podciągnął się do pozycji siedzącej. Wylądował w obcym mieszkaniu? Na szczęście nie. Był w swoim apartamencie. Przez duże okna wpadały promienie porannego słońca. Ubrania leżały złożone w kostkę na krześle, a w jego łóżku leżała jakaś kobieta, której imienia nie pamiętał.

Odrzucił kołdrę i postawił stopy na miękkim dywanie, który dostał w prezencie od ojca. Podobnie zresztą jak mieszkanie na ostatnim piętrze apartamentowca. Do tej pory zastanawiał się, dlaczego stary podarował mu tak ekstrawagancki i drogi prezent. Ich stosunki, delikatnie mówiąc, pozostawiały wiele do życzenia.

Aleksander przeszedł do salonu, otworzył lodówkę i wyjął półlitrową butelkę wody. Wypił całą, zgniótł i wrzucił do kosza na plastikowe odpady. Hałas musiał zbudzić śpiącą kobietę, bo usłyszał, jak przekręca się na łóżku. Po chwili stanęła przed nim z nieśmiałym, lekko zawstydzonym uśmiechem na ustach.

– Cześć – przywitał się.

W odpowiedzi tylko skinęła głową. Była ładna i miała nie więcej niż trzydzieści lat. Prosta grzywka, słomkowe włosy i krągła sylwetka. Aleksander nie był typem faceta, który spotyka się z kobietami na jedną noc, ale w przypadku tej dziewczyny wcale się sobie nie dziwił.

– Pójdę się ubrać – bąknęła, a gdy po chwili wróciła, miała na sobie T-shirt z głębokim dekoltem i krótkie szorty w morskim kolorze.

– Strasznie gorąco było w nocy – oznajmiła niespodziewanie.

– Przepraszam. Chyba nie włączyłem klimy – odparł i dopiero po chwili zorientował się, że jej słowa mogły mieć inne znaczenie. Odchrząknął. – Może zrobię coś do jedzenia?

– Daj spokój.

Zmieszał się. Nie wyglądała na złą. Nie sądził, aby wczorajszej nocy zrobił coś głupiego, ale pewności nie miał.

– Wszystko w porządku? – zapytała.

– Nie. To znaczy… Czy my… Przepraszam, ale…

– Nie – ucięła. – Zero seksu. Po prostu w nocy było cholernie gorąco.

– Aha.

Niewiele rozumiał z tej sytuacji. Posłał towarzyszce przepraszający uśmiech i zajął się przygotowywaniem kawy w ekspresie. Wyjął dwa kubki, dosypał ziaren i opróżnił pojemnik na fusy. Gdy się schylał, poczuł tępy ucisk w głowie.

– Nic nie pamiętasz? – zapytała.

– Wybacz.

– Jestem Ania.

– Aleksander.

– Wiem.

Wybrał odpowiedni przycisk i poszukał wzrokiem tabletek z paracetamolem. Kuchnię wypełnił szum mielonych ziaren.

– Spoko! – rzuciła dziewczyna, usiłując przekrzyczeć maszynę. Odczekała, aż młynek zmieli ziarna, i odezwała się ponownie: – Nic się nie stało. Mogło, ale zanim wyszłam spod prysznica, już spałeś. Nie masz kaca? Wczoraj wyglądałeś niezbyt ciekawie.

– Rzadko mam kaca, ale chyba tym razem mnie dopadł. Sporo wypiłem.

Luki w pamięci dawno mu się nie przytrafiły, ale minionej nocy urwał mu się film.

– Będę lecieć. – Dziewczyna rozejrzała się w poszukiwaniu torebki.

– Nie chcesz… No wiesz.

– Jesteśmy dorośli.

– No tak.

Poszła do sypialni. Wróciła z torbą w jednej ręce i telefonem w drugiej. Pomachała mu na pożegnanie i już jej nie było. Odstawił drugi kubek do szafki i sięgnął po ten, który napełnił się czarną kawą. Dolał mleka i wyszedł na taras. Było chwilę po siódmej, więc w parku spacerowali głównie właściciele psów. Wyczekująco spoglądali na zegarki i przebierali nogami, w milczeniu ponaglając swoich pupili do pośpiechu.

Usiadł w ratanowym fotelu i pomasował skronie. Wziął tabletkę, popił ją kawą i odstawił kubek. Nie było tak źle, chociaż do najlepszej formy sporo brakowało. Doszedł do wniosku, że chłodny prysznic powinien postawić go na nogi. Z kawą uporał się szybciej niż zazwyczaj. Lubił letnie ranki spędzane na tarasie, ale dziś nie miał na to czasu.

Gdy wyszedł spod prysznica, poczuł się znacznie lepiej. Będzie musiał przeżyć dzień z lekkim pulsowaniem w głowie. Nie miał innego wyjścia. Odszukał ubranie, które już czekało na wieszaku w garderobie. W niedzielne wieczory zawsze szykował sobie ciuchy na cały tydzień. Wybierał siedem zestawów, prasował i wieszał w szafie, dzięki czemu rano oszczędzał sporo czasu. Robił tak, odkąd pamiętał, choć jego garderoba nie była szczególnie różnorodna. Do pracy zakładał białą koszulę i garniturową kamizelkę. I mimo że był środek lata, a w ciągu dnia temperatury dochodziły do trzydziestu pięciu stopni, nie zamieniłby swojego uniformu na krótkie spodnie i lekki T-shirt. Uważał, że to nieprofesjonalne. Był prywatnym detektywem. Jak postrzegaliby go klienci, gdyby rozmawiał z nimi w szortach?

Przed wyjściem zerknął w lustro. Wyglądał nieźle. I choć wiele lat ćwiczył na siłowni, nie miał aparycji osiłka. Przy wzroście metr dziewięćdziesiąt nikt nie miał odwagi z nim zadzierać. Z żalem musiał jednak przyznać, że przytył kilka kilogramów. Materiał kamizelki powoli robił się opięty na brzuchu. Przygładził dłonią krótkie blond włosy i poszukał wzrokiem kluczy. Zazwyczaj kładł je na komodzie przy drzwiach, ale teraz ich tam nie było.

Rozejrzał się.

– Kurwa – mruknął. – Gdzie są te cholerne klucze?

Zawrócił do łazienki, gdzie z kosza na pranie wyciągnął spodnie, które miał na sobie poprzedniego dnia. Obmacał kieszenie. Nic.

– Szlag by to!

Ponownie stanął w korytarzu. Drugi komplet z pewnością miał ojciec. Aleksander sięgnął po telefon i wybrał numer Adama Zamojskiego, ale w tym momencie zauważył w bucie coś błyszczącego. Szybko przerwał połączenie. Schylił się i wyjął pęk kluczy z lakierowanych oksfordek.

Wyszedł z mieszkania i zjechał windą do podziemnego garażu.

2

Na parterze jednego z bloków właściciel budynku wygospodarował kilka lokali usługowych. Gdy Aleksander wyjechał z terenu osiedla, przepuścił dostawczaka, który zaparkował przed pizzerią. Wjechał pod górkę, obserwując budzące się do życia miasto. W Tomaszowie Mazowieckim mieszkał od urodzenia, ale na kilkanaście lat wyjechał do Warszawy. Najpierw studiował, a później pracował w stolicy. Do rodzinnego miasta wrócił z ulgą. Kiepsko odnajdywał się w tłumie, a w sześćdziesięciotysięcznym Tomaszowie było wszystko, czego potrzebował.

Skręcił w prawo w Mościckiego. Gdy minął budynek sądu, usłyszał dźwięk telefonu. Zdjął rękę z drążka zmiany biegów i niezdarnie usiłował wyciągnąć smartfon z kieszeni spodni. Zaklął pod nosem, wrzucił kierunkowskaz i skręcił w uliczkę przy przeszklonym biurowcu. Udało mu się wyciągnąć komórkę w chwili, kiedy jego samochód uderzył w zderzak srebrnego opla corsy, który wyjeżdżał z miejsca parkingowego.

Zaciągnął ręczny.

Obserwował, jak z samochodu wysiada kobieta. Zanim jednak dostrzegł jej twarz, zobaczył burzę rudych włosów. Była po trzydziestce, drobnej budowy, ale Aleksander był przekonany, że regularnie biega albo ćwiczy. Miała na sobie koszulkę z logo Nirvany i dżinsowe szorty odsłaniające umięśnione uda.

– Pogrzało cię?! – krzyknęła. – Ślepy jesteś?

Zamojski otworzył drzwi, przygotowując się na trudną rozmowę z rozwścieczoną kobietą. Powoli wysiadł z samochodu, ale zanim zdążył się wyprostować, ona była już przy nim.

– Rozwaliłeś mi zderzak!

– Przepraszam. Zagapiłem się.

– Zagapiłem się? – warknęła i otworzyła usta, jakby chciała coś dodać, lecz umilkła. Patrzyła na niego dłuższą chwilę, po czym powiedziała: – Znam cię.

– Skąd?

– Jesteś tym detektywem.

– Co znaczy „tym”?

Wzruszyła ramionami, ale jej nastawienie się zmieniło.

– Nie mam teraz czasu – rzuciła. – Zapisz mój numer i się rozliczymy za naprawę.

– Jasne. – Aleksander wyjął telefon i wpisał ciąg cyfr, który mu podyktowała. – Znam dobrego mechanika. Wyślę ci póżniej jego adres i przedzwonię do niego, żeby naprawił na mój koszt.

Ale ona już nie słuchała. Patrzyła na uszkodzony zderzak, szacując straty. Najwyraźniej doszła do wniosku, że nic wielkiego się nie stało i samochód nadaje się do jazdy, bo zawróciła do samochodu, usiadła za kierownicą i odjechała, a Aleksander po chwili usłyszał dźwięk klaksonu. Obrócił się i zerknął na czekającą za nim toyotę. Uniósł dłoń w geście przeprosin, wsiadł do wozu i ruszył.

Jego biuro znajdowało się w centrum na ostatnim piętrze kamienicy przy placu Kościuszki. Zatrzymał się na parkingu przed budynkiem i powiódł wzrokiem po wybetonowanym kawałku ziemi. Rewitalizacja centralnego placu w mieście nie wszystkim mieszkańcom się spodobała. Brakowało drzew, przez co plac skąpany był w słońcu. Latem upał stawał się nie do zniesienia.

Przeszedł na drugą stronę ulicy i wszedł do budynku. Przywitał się z sekretarką Honoratą Morel. Dobiegała sześćdziesiątki i miała krwistoczerwone włosy, od których trudno było oderwać wzrok.

Zamknął się w gabinecie. Miał stąd świetny widok na miasto. Wieczorami siadywał w fotelu i przyglądał się pustoszejącym ulicom i nielicznym mieszkańcom, którzy powoli przygotowywali się na nadchodzącą noc. Nigdy nie spieszyło mu się do domu. Nie miał do kogo wracać i nikt na niego nie czekał. Miał czterdzieści lat, a sensem jego życia była praca. Kiedy odszedł ze służby w policji, nie miał wielkich planów. Chciał odpocząć, a później założyć małą firmę. Zastanawiał się nad sklepem z militariami. Na tym się znał. Ale wtedy pojawił się Jędrzej Litwin, który potrzebował kogoś do pomocy, aby zrealizować zlecenie dla jednego z ważnych polityków. Zadanie było tajne, a Aleksandra polecił jakiś wspólny znajomy. Zamojski do dziś nie dowiedział się kto, ale był tej osobie wdzięczny. To wspólne zlecenie sprawiło, że postanowił założyć agencję. Chciał robić coś, w czym był dobry, a praca w policji nie spełniała jego oczekiwań. Nie umiał się podporządkować. Chadzał własnymi ścieżkami i stosował metody, które jego przełożeni uważali za niedopuszczalne. Odszedł, by pracować na własnych warunkach. Został detektywem i wiedział, że jest dobry w swoim fachu.

Rozległo się pukanie do drzwi.

– Proszę! – zawołał.

– Ma pan gościa – oznajmiła Honorata.

Aleksander posłał jej zaskoczone spojrzenie. Nigdy nie zapominał o umówionych spotkaniach.

– Niezapowiedzianego – wyjaśniła.

– Kto to jest?

– Waldemar Ostaszewski.

Zamojski uniósł lekko brwi. Cukierniczy król?

– Nie mam czasu – mruknął. – Przekaż, że powinien najpierw się umówić.

– Nalega.

Zrobiła dziwny ruch głową. Aleksander zrozumiał, że gość najprawdopodobniej stoi obok niej.

– Dobrze. – Westchnął. – Niech będzie. Proszę, zrób nam kawę.

– Zaraz przyniosę – obiecała i zwróciła się do kogoś, kto stał za drzwiami: – Może pan wejść. Śmiało.

Waldemar Ostaszewski sprawiał wrażenie onieśmielonego.

– Dzień dobry – przywitał się.

Aleksander podał mu dłoń i wskazał miejsce po drugiej stronie biurka. Poczekał, aż gość usiądzie, a potem sam opadł na fotel. Złożył dłonie, stykając je czubkami palców. Ostaszewski przez długą chwilę milczał, wpatrzony w widok rozpościerający się za plecami Zamojskiego. Zastanawiał się, w jaki sposób rozpocząć rozmowę. Zanim przyszedł do agencji, godzinami rozmyślał, jak to rozegrać. Teraz miał w głowie tylko pustkę.

– Wie pan, kim jestem, prawda? – zapytał.

– Cukiernikiem.

Ostaszewski uśmiechnął się przyjaźnie.

– Tak. – Pokiwał głową. – Ma pan rację.

– Ludzie mówią, że jest pan królem tomaszowskich cukierni – dodał Zamojski.

– Ludzie mówią różne rzeczy, często niezgodnych z prawdą – odparł Ostaszewski. – Pierwszą cukiernię założyłem dwadzieścia lat temu. Wie pan, co wtedy mówili?

Zamojski domyślał się, do czego zmierza gość, lecz z grzeczności rozłożył ręce i pozwolił mu dokończyć myśl.

– Powtarzali, żebym zajął się normalną pracą – ciągnął Ostaszewski. – Cukiernia? Przecież było ich kilka w mieście, kto niby potrzebował kolejnej. I wie pan co? Niedawno otworzyliśmy trzeci lokal w Warszawie. W całym województwie mamy ich kilkanaście. Gdybym wierzył w to, co dwadzieścia lat temu wygadywali ludzie, nie doszedłbym do miejsca, w którym jestem.

– Chce pan powiedzieć, że jest pan szczęśliwy? – zapytał Zamojski.

Gość posmutniał. Wielu ludzi po sześćdziesiątce wciąż zachowuje młodzieńczą energię i pasję, lecz mężczyzna siedzący przy biurku wyglądał na zmęczonego życiem. Sukces zawodowy nie był dla niego miarą szczęścia.

– Dlaczego otworzył pan agencję detektywistyczną w Tomaszowie? – zapytał. – Mógłby pan pracować gdziekolwiek indziej.

– To moje rodzinne miasto – odparł Zamojski.

– Pańscy klienci to szychy z kupą forsy – zauważył przedsiębiorca. – Nie prościej byłoby w Warszawie?

– Moi klienci mają tak grube portfele, że jeśli zechcą, mogą przylecieć do mnie własnym helikopterem. – Detektyw się zaśmiał.

Ostaszewski wiedział, że to kłamstwo, ale się uśmiechnął. Sprawiał wrażenie opanowanego, ale zdradzały go drobne gesty. Dłonie mu drżały i nerwowo oblizywał wargi.

– Chciałbym, żeby zajął się pan sprawą mojej córki – oznajmił.

Aleksander nie był zaskoczony. Spodziewał się takiej prośby, choć w głębi ducha się dziwił, że Ostaszewski przyszedł do niego dopiero teraz.

– Ile lat minęło? – zapytał.

– Dwadzieścia cztery – odparł przedsiębiorca.

Wystarczyło kilka sekund, aby wyraz twarzy Waldemara Ostaszewskiego uległ zmianie. Przygarbił się, a jego oddech stał się płytszy. Niektórzy twierdzą, że czas leczy rany, ale w przypadku zranionego i pogrążonego w żałobie ojca upływające lata tylko zaogniły żal i smutek.

Ewa Ostaszewska miała dziewiętnaście lat, kiedy zginęła. Nie każdy rodzic jest w stanie się podnieść po takiej tragedii.

– Muszę odmówić – powiedział Zamojski, pochylając się nad blatem biurka. – Rozumiem, że to bardzo delikatna sprawa, ale mamy natłok śledztw i nie będę w stanie panu pomóc.

– Poczekam – odparł przedsiębiorca. – Dwadzieścia cztery lata czekałem, aż policja znajdzie mordercę Ewy. Wiem, co to cierpliwość.

– Naprawdę… – zaczął detektyw.

– Dobrze zapłacę.

– Nie chodzi o pieniądze – żachnął się Zamojski.

– W takim razie o co? – zapytał jego gość.

Zamojski odchylił się na oparcie fotela. Nie nazwałby siebie empatycznym, ale szanował uczucia innych. Nie chciał urazić ojca, który od lat czekał na sprawiedliwość dla własnego dziecka. Prawda była jednak taka, że śmierć Ewy Ostaszewskiej do dziś wzbudzała ogromne emocje. Dziennikarze, internetowi detektywi czy podcasterzy co jakiś czas wracali do śmierci dziewiętnastolatki, lecz nadal nie było wiadomo, co się stało w trzcinowisku nad Pilicą. Aleksander nie chciał dawać Ostaszewskiemu złudnej nadziei. Nie chciał go oszukiwać ani obiecywać, że znajdzie człowieka, który zabił jego córkę. Uważał tę sprawę z góry za przegraną. A on nie lubił przegrywać.

– Za rok minie dwadzieścia pięć lat – odezwał się Ostaszewski. – Chciałbym… żeby sprawca wreszcie zapłacił za to, co jej zrobił.

– Rozumiem, ale…

– Wiem, co pan myśli. – Przedsiębiorca podniósł głowę i spojrzał na Aleksandra. – Nie jestem głupi. Wiem, że szansa na rozwiązanie tej sprawy jest znikoma, ale przecież zdarzają się takie przypadki, prawda? Archiwum X rozwiązuje podobne zagadki po latach.

– Mają dostęp do lepszych zasobów niż ja – zauważył detektyw.

– Za wszystko zapłacę – zapewnił Ostaszewski. – A za odpowiednią sumę wszystko da się załatwić, mylę się?

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI