Porto Venere. Nowe życie - Eliza Borowiak - ebook
NOWOŚĆ

Porto Venere. Nowe życie ebook

Eliza Borowiak

3,3

Opis

Nie ma silniejszego pragnienia niż życie w miłości. I większego bólu od jej braku.

Ana to wrażliwa dziewczyna, która właśnie rozpoczyna dorosłe życie. Pragnąc zostawić za sobą bolesne wspomnienia nastoletnich lat, ucieka do malowniczego Porto Venere we Włoszech. W nowej pracy w restauracji odnajduje spokój, a w uporządkowanej codzienności – nadzieję na nowy początek.

Niespodziewane spotkanie z Filipem, dawnym znajomym z internatu, budzi w niej emocje, jakie przez długi czas uznawała za wymarłe. Pasja, z jaką chłopak podchodzi do fotografii, jego ciepło i czułość przypominają jej o tym, jak może wyglądać szczęście.

Wkrótce jednak na drodze Any pojawiają się osoby, przez które wracają wspomnienia o jej dawnym, pełnym rozczarowań i cierpienia życiu.

Włoski azyl staje się miejscem próby. Przestrzenią, w której dziewczyna będzie musiała zadecydować, czy ma odwagę znów otworzyć swoje serce… i ponieść ewentualne konsekwencje.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 112

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,3 (6 ocen)
2
0
2
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Grazia58

Nie oderwiesz się od lektury

polecam
00
UrszulaLila

Całkiem niezła

Może być.
00
Alka202095

Z braku laku…

Nie polecam… Trudno mi postawić tej książce ocenę wyższą niż 2 gwiazdki- i to właściwie tylko za sam fakt, że autorce udało się ją dokończyć. Już na początku poznajemy bohaterke która deklaruje, że jest silna, a inni rzekomo tego “nie lubią”, jednak nic w jej zachowaniu tego nie potwierdza. Wręcz przeciwnie- w każdym kolejną stroną widzimy postać zagubioną, naiwną i nispójną ze swoim poglądem. Relacje romantyczne bohaterki są trudne do uwierzenia, Jest zakochana w chłopaku z którym udało jej się dosłownie zamienić 2 lub 3zdania, po których dochodzi do pocałunku. Jej matka domyślając się po zachowaniu swojej córki że ta jest zakochana- wpada na pomysł aby wysłać ją do internatu tylko po to aby tamta mogła rozwijać tę “wielką miłość”. Brzmi to oderwanie od rzeczywistości. Co więcej sam chłopak szybko przestaje się nią interesować, co tylko podkreśla absurd całej sytuacji. Dalej fabuła staje się jeszcze brdziej chaotyczna, Bohaterka dała się jawnie manipulować przez znajomą która dokon...
01

Popularność




Dla Tom­ka – za wszyst­ko

Rozdział 1 Tam, gdzie wszyst­ko się za­czę­ło

„Całe jej ży­cie było pa­smem ci­chych roz­cza­ro­wań i nie­do­po­wie­dzia­nych emo­cji”.

To zda­nie krą­ży­ło w mo­jej gło­wie od lat. Brzmia­ło jak za­klę­cie, któ­re­go nie po­tra­fi­łam od­cza­ro­wać. Lu­dzie przy­cho­dzi­li i od­cho­dzi­li. Zo­sta­wia­li po so­bie nie­do­koń­czo­ne roz­mo­wy, spoj­rze­nia od­wra­ca­ne w po­ło­wie dro­gi, pół­słów­ka, któ­re za­miast koić, ra­ni­ły.

Nie wiem, dla­cze­go tak było. Może się mnie bali. Może nie po­tra­fi­li mnie zro­zu­mieć. A może po pro­stu nie wie­dzie­li, jak ra­dzić so­bie z kimś, kto upar­cie nie chciał się pod­dać.

By­łam inna.

Sil­na.

Za sil­na – jak mó­wi­li nie­któ­rzy. A lu­dzie nie lu­bią siły, któ­rej nie mogą kon­tro­lo­wać.

Szko­ła pod­sta­wo­wa mi­nę­ła jak zdmuch­nię­ta przez wiatr. Zim­ne po­ran­ki pach­ną­ce mro­zem. Kre­da skrzy­pią­ca na ta­bli­cy. Dźwięk dzwon­ka, któ­ry za­wsze przy­cho­dził za póź­no albo za wcze­śnie. By­łam tam. Wśród in­nych. Ale za­wsze o krok za szy­bą.

Ob­ser­wa­tor­ka.

Taka, któ­rej nikt nie za­pra­szał do środ­ka.

Ale po­tem… Po­tem wszyst­ko się zmie­ni­ło.

Po­ja­wił się on.

Był bra­tem mo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciół­ki Roxy. Star­szy ode mnie o kil­ka lat. Nie miesz­kał już z ro­dzi­ca­mi – stu­dio­wał i pra­co­wał w in­nym mie­ście. Przy­jeż­dżał rzad­ko, ale każ­da jego wi­zy­ta była dla mnie świę­tem. Dni, kie­dy miał być w domu, za­czy­na­ły się od tego sa­me­go. Sia­da­łam przy oknie w kuch­ni, ukry­ta za cien­ką fi­ran­ką i cze­ka­łam. Czas wte­dy pły­nął ina­czej. Słoń­ce prze­su­wa­ło się le­ni­wie po nie­bie. Cie­nie drzew tań­czy­ły na bia­łych ścia­nach. Mama krzą­ta­ła się w kuch­ni. Ze­gar na ścia­nie ty­kał jed­no­staj­nym ryt­mem. A ja cze­ka­łam.

Gdy w koń­cu po­ja­wiał się na ścież­ce – wy­so­ki, pew­ny sie­bie – świat za­mie­rał.

Każ­dy jego krok, każ­de ski­nie­nie gło­wy, każ­de spoj­rze­nie były dla mnie czymś wię­cej niż zwy­kłym ge­stem. Nie wie­dział o tym. Nikt nie wie­dział. Tę­sk­no­ta, któ­rą no­si­łam so­bie, była moją naj­pil­niej strze­żo­ną ta­jem­ni­cą.

Któ­re­goś po­po­łu­dnia ze­bra­łam się na od­wa­gę. Sie­dzia­ły­śmy z Roxy w jej po­ko­ju. Za oknem cie­pły sierp­nio­wy wiatr wpra­wiał fi­ran­kę w lek­ki ta­niec. Słoń­ce chy­li­ło się ku za­cho­do­wi, za­le­wa­jąc po­kój mięk­kim zło­tem. Mu­zy­ka są­czy­ła się z ra­dia. Sie­dzia­ły­śmy na pod­ło­dze, prze­glą­da­jąc zdję­cia z wa­ka­cji. Wte­dy sło­wa same wy­pły­nę­ły mi z ust:

– Wiesz… twój brat… bar­dzo mi się po­do­ba.

Roxy unio­sła brwi za­sko­czo­na. Po­tem uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko.

– No pro­szę! A ja my­śla­łam, że tyl­ko uda­jesz, że go nie za­uwa­żasz.

Nie uda­wa­łam. Nie umia­łam już dłu­żej uda­wać.

Tam­ten wie­czór pa­mię­tam do dziś, bo od tam­tej chwi­li każ­dy jego przy­jazd był jesz­cze waż­niej­szy. Jesz­cze bar­dziej wy­cze­ki­wa­ny.

Pew­ne­go dnia tata po­wie­dział coś, co spra­wi­ło, że z tru­dem po­wstrzy­ma­łam okrzyk ra­do­ści.

– Ana, po­pro­si­łem Da­nie­la, żeby po­mógł mi przy kom­pu­te­rze. Przyj­dzie ju­tro.

Tego wie­czo­ru nie zmru­ży­łam oka. W po­ko­ju było dusz­no. Sie­dzia­łam na łóż­ku wpa­trzo­na w su­fit, słu­cha­jąc ty­ka­nia ze­ga­ra.

Jak się ubrać? Co po­wie­dzieć? Jak się za­cho­wać?

Rano szy­ko­wa­łam się jak na naj­waż­niej­sze spo­tka­nie w ży­ciu. Za oknem nie­bo było bez­chmur­ne, po­wie­trze świe­że i rześ­kie. Wło­ży­łam bla­do­ró­żo­wy swe­ter, ulu­bio­ne je­an­sy. Na nad­gar­stek za­ło­ży­łam srebr­ną bran­so­let­kę, któ­rą lu­bi­łam no­sić, gdy chcia­łam do­dać so­bie od­wa­gi.

Gdy za­dzwo­nił dzwo­nek do drzwi, ser­ce nie­mal wy­sko­czy­ło mi z pier­si. Sta­nę­łam w kuch­ni, uda­jąc, że ukła­dam przy­pra­wy.

Sły­sza­łam ich kro­ki. Sły­sza­łam jego głos – cie­pły, spo­koj­ny.

Po chwi­li ze­bra­łam się na od­wa­gę i we­szłam do po­ko­ju.

Da­niel sie­dział z tatą przy kom­pu­te­rze. Świa­tło lam­py pa­da­ło na jego ra­mio­na, pod­kre­śla­jąc każ­dy ruch.

– Cześć, Ana – uśmiech­nął się.

– Cześć… – od­po­wie­dzia­łam ci­cho.

Usia­dłam w rogu po­ko­ju z książ­ką. Nie czy­ta­łam jej. Czu­łam, jak żo­łą­dek za­ci­ska mi się z ner­wów, a pal­ce kur­czo­wo trzy­ma­ją okład­kę. Był dla mnie świa­tem, któ­re­go nie po­tra­fi­łam po­jąć, ale któ­re­go chcia­łam do­tknąć.

W pew­nym mo­men­cie tata wstał.

– Pój­dę po śru­bo­kręt. Za­raz wra­cam.

Zo­sta­li­śmy sami. Da­niel spoj­rzał na mnie i uśmiech­nął się lek­ko.

– In­te­re­su­jesz się kom­pu­te­ra­mi?

Po­krę­ci­łam gło­wą.

– Nie bar­dzo… Ale może za­cznę.

Za­śmiał się ci­cho.

– Jak­by co, to słu­żę po­mo­cą.

Ski­nę­łam gło­wą, czu­jąc, jak po­licz­ki mi pło­ną. Tam­ten mo­ment – choć krót­ki – zo­sta­wił ślad w moim ser­cu na dłu­go. Po­tem przy­szedł dzień, któ­ry zmie­nił wszyst­ko.

Roxy za­dzwo­ni­ła pod­eks­cy­to­wa­na.

– Jest! Wró­cił!

Nie cze­ka­łam ani chwi­li.

Za­ło­ży­łam ulu­bio­ny T-shirt – bla­do­ró­żo­wy, z prze­tar­tym na­pi­sem – i wsu­nę­łam na nogi rol­ki. Za oknem nie­bo było za­snu­te de­li­kat­ny­mi chmu­ra­mi. Chłod­ne, przej­rzy­ste po­wie­trze pach­nia­ło su­chy­mi li­ść­mi. Mi­ja­jąc zna­jo­me uli­ce, czu­łam, jak wiatr roz­wie­wa mi wło­sy, a dło­nie za­ci­ska­ją się na pa­skach ple­ca­ka.

Tyl­ko się nie wy­głup… – po­wta­rza­łam so­bie w my­ślach.

Kie­dy do­tar­łam, zo­ba­czy­łam jego auto. Ser­ce wa­li­ło mi jak sza­lo­ne.

Roxy uśmiech­nę­ła się ta­jem­ni­czo.

– Chodź, coś ci po­ka­żę.

Za­pro­wa­dzi­ła mnie do swo­je­go po­ko­ju, a tam… Da­niel.

Sie­dział przy oknie, z gło­śni­ków pły­nę­ła zna­jo­ma me­lo­dia. To była ta pio­sen­ka. Spoj­rzał na mnie zdzi­wio­ny.

– Znasz ten utwór?

– Tak… Bar­dzo go lu­bię.

Za­czę­łam ci­cho nu­cić me­lo­dię. Pa­trzy­łam w okno, nie ma­jąc od­wa­gi spoj­rzeć mu w oczy. Za szy­bą nie­bo było ma­to­we, po­kry­te cien­ką war­stwą chmur. Mię­dzy ga­łę­zia­mi drzew prze­la­ty­wał chłod­ny wiatr, strą­ca­jąc pierw­sze je­sien­ne li­ście.

Pio­sen­ka pły­nę­ła ci­cho z gło­śni­ków. Nu­ci­łam ją pod no­sem, sta­ra­jąc się uspo­ko­ić drżą­ce dło­nie. Na­gle usły­sza­łam jego kro­ki. Po­wol­ne, ci­che. Po­czu­łam dłoń na ra­mie­niu. Od­wró­cił mnie de­li­kat­nie. Na­sze spoj­rze­nia się spo­tka­ły. W jego oczach zo­ba­czy­łam coś, cze­go wcze­śniej nie do­strze­głam. Cie­ka­wość? Za­in­te­re­so­wa­nie? A może… coś wię­cej?

Nie po­wie­dział ani sło­wa.

Zbli­żył się po­wo­li.

Czu­łam jego od­dech.

Wte­dy… po­ca­ło­wał mnie. De­li­kat­nie. Nie­pew­nie. Dla mnie to był jed­nak cały świat.

Za­trzy­ma­łam od­dech. Czas sta­nął w miej­scu.

Nie pa­mię­tam, ile to trwa­ło. Se­kun­dę? Dwie? Całą wiecz­ność? Kie­dy się od­su­nął, ser­ce wa­li­ło mi jak osza­la­łe. Spoj­rzał na mnie z lek­ko zmie­sza­nym uśmie­chem. Ja nie po­tra­fi­łam wy­do­być z sie­bie gło­su. Za­nim zdą­ży­łam co­kol­wiek po­wie­dzieć, do po­ko­ju we­szła Roxy. Po­pa­trzy­ła na nas uważ­nie, ale nic nie sko­men­to­wa­ła. Ucie­kłam wzro­kiem w stro­nę okna.

Tam­te­go wie­czo­ru nie mo­głam za­snąć. Le­ża­łam w łóż­ku wpa­trzo­na w su­fit. Pal­ca­mi do­ty­ka­łam warg, któ­re jesz­cze kil­ka go­dzin wcze­śniej czu­ły jego do­tyk.

To się wy­da­rzy­ło. Na­praw­dę.

Po raz pierw­szy od daw­na czu­łam się… szczę­śli­wa, a jed­no­cze­śnie by­łam prze­ra­żo­na.

Co to te­raz zna­czy?

Czy coś się zmie­ni?

Czy on bę­dzie mnie te­raz ina­czej trak­to­wał?

Z tymi py­ta­nia­mi za­snę­łam nad ra­nem.

Da­niel wró­cił do swo­je­go in­ter­na­tu. Po­że­gnał się z Roxy i ze mną. Rzu­cił tyl­ko krót­kie:

– Do zo­ba­cze­nia, Ana.

Nie wie­dzia­łam, co my­śleć. Nie wie­dzia­łam, co czuć. Każ­de­go dnia wy­pa­try­wa­łam wia­do­mo­ści od Roxy. Może wró­ci? Może na­pi­sze? Może po­wie coś wię­cej?

Dni mi­ja­ły. Ci­sza bo­la­ła bar­dziej niż wszyst­ko inne.

Mama wi­dzia­ła, co się ze mną dzie­je. By­łam jak cień sa­mej sie­bie. Cho­dzi­łam po domu bez celu. Nie po­tra­fi­łam na ni­czym się sku­pić. Wie­czo­ra­mi sie­dzia­łam w po­ko­ju, słu­cha­jąc tej sa­mej pio­sen­ki – tej, któ­rą nu­ci­łam tam­te­go dnia.

Pew­ne­go wie­czo­ru mama we­szła do po­ko­ju i usia­dła obok mnie na łóż­ku.

– Nie mu­sisz nic mó­wić – po­wie­dzia­ła. – Wi­dzę to i chcę ci po­móc.

Po­czu­łam, jak łzy na­pły­wa­ją mi do oczu. Mama uję­ła moją dłoń.

– Jest szko­ła w jego mie­ście. Pry­wat­na, ale do­bra. Mo­gła­byś tam pójść i… być bli­żej nie­go.

Pa­trzy­łam na nią, nie wie­rząc, że to mówi.

– Na­praw­dę? – wy­szep­ta­łam.

– Tak. Roz­ma­wia­łam już z tatą. Zor­ga­ni­zu­je­my to ja­koś, je­śli tego chcesz.

Ob­ję­łam ją moc­no.

Tam­tej nocy po raz pierw­szy od daw­na po­czu­łam coś, co przy­po­mi­na­ło na­dzie­ję.

Pa­ko­wa­nie było dla mnie nie­mal ry­tu­ałem. Każ­da ko­szul­ka, każ­dy ze­szyt, każ­de zdję­cie lą­do­wa­ły w wa­liz­ce z my­ślą: może on to zo­ba­czy. Może on to za­pa­mię­ta. Wszyst­ko było waż­ne. Każ­dy dro­biazg.

W po­ko­ju pach­nia­ło świe­żym pra­niem i mo­imi ulu­bio­ny­mi per­fu­ma­mi, któ­re spe­cjal­nie ku­pi­łam na tę oka­zję.

Wie­czo­rem nie mo­głam za­snąć. Co chwi­lę wsta­wa­łam, spraw­dza­jąc, czy wszyst­ko spa­ko­wa­łam. W gło­wie ukła­da­łam roz­mo­wy, któ­re mo­gły­by się wy­da­rzyć.

Co po­wiem, gdy go zo­ba­czę? Jak się za­cho­wam?

Ser­ce wa­li­ło mi jak osza­la­łe.

Rano ro­dzi­ce za­wieź­li mnie do no­we­go mia­sta. Po­dróż była ci­cha. Pa­trzy­łam za okno, śle­dząc mi­ja­ją­ce przed mo­imi ocza­mi pola i lasy. Li­ście drża­ły na wie­trze, zwia­stu­jąc nad­cho­dzą­cą je­sień. W gło­wie wciąż brzmia­ło mi jed­no zda­nie: W tym mie­ście jest on. I to mi wy­star­cza­ło.

Pierw­szy dzień w in­ter­na­cie był jak z in­ne­go świa­ta. Gwar, wa­liz­ki, nowi lu­dzie. Dla mnie li­czy­ło się tyl­ko jed­no.

Czy go zo­ba­czę?

Czy wyj­dzie na ko­ry­tarz?

Czy uśmiech­nie się na mój wi­dok?

Każ­dy krok na ko­ry­ta­rzu spra­wiał, że ser­ce mi przy­spie­sza­ło. Każ­de otwar­cie drzwi było jak ist­ny dreszcz emo­cji. I wte­dy…

Pew­ne­go dnia zo­ba­czy­łam go na­praw­dę. Nie z od­da­li. Nie przez okno. Nie w wy­obraź­ni. Po pro­stu stał na ko­ry­ta­rzu in­ter­na­tu. Wy­so­ki, pew­ny sie­bie. Uśmie­chał się, roz­ma­wia­jąc z ko­le­ga­mi.

Za­trzy­ma­łam się jak spa­ra­li­żo­wa­na. Ser­ce biło mi tak moc­no, że nie­mal sły­sza­łam ten dźwięk w uszach. Dło­nie za­czę­ły mi się po­cić. Ty­sią­ce my­śli prze­wi­ja­ły się w mo­jej gło­wie.

Czy po­dej­dzie? Czy jesz­cze pa­mię­ta?

Pa­trzy­łam na nie­go, jak­bym wi­dzia­ła ko­goś z in­ne­go świa­ta. Ko­goś, kto jesz­cze nie­daw­no był moim świa­tem, te­raz… stał tu. Bli­sko, re­al­ny, ale jed­no­cze­śnie tak bar­dzo od­le­gły.

I wte­dy spoj­rzał. Przez uła­mek se­kun­dy na­sze spoj­rze­nia się spo­tka­ły. Uśmiech­nął się lek­ko.

– Cześć, Ana – po­wie­dział i… od­szedł, kon­ty­nu­ując roz­mo­wę z ko­le­ga­mi.

Zo­sta­łam w miej­scu z bi­ją­cym ser­cem. Nie umia­łam od­dy­chać.

Dla­cze­go tyl­ko „cześć”? Dla­cze­go… tak?

Mimo to w tam­tej chwi­li by­łam szczę­śli­wa, bo choć przez mo­ment znów na mnie spoj­rzał.

Nie wie­dzia­łam, co mnie cze­ka, ale jed­ne­go by­łam pew­na: przy­je­cha­łam tam dla nie­go. By­łam go­to­wa zro­bić wszyst­ko, by znów go zo­ba­czyć.

Rozdział 2 Nowa szko­ła, nowe na­dzie­je

Pierw­sze dni w in­ter­na­cie były jak za­nu­rze­nie w inny świat. Nowe miej­sce. Nowe twa­rze. Nowe ryt­my dnia, któ­re do­pie­ro mu­sia­łam po­znać. Wśród tego wszyst­kie­go jed­na myśl nie da­wa­ła mi spo­ko­ju: on był tu gdzieś. Może w są­sied­nim skrzy­dle. Może na tym sa­mym ko­ry­ta­rzu. Może wła­śnie mnie mi­jał, kie­dy wy­cho­dzi­łam do sto­łów­ki. Każ­dy krok na ko­ry­ta­rzu spra­wiał, że ser­ce przy­spie­sza­ło. Każ­de otwar­cie drzwi było jak ist­ny dreszcz emo­cji. Cze­ka­łam.

In­ter­net pach­niał wil­go­cią sta­rych mu­rów i świe­żo pa­rzo­ną kawą, któ­rą ktoś za­wsze przy­go­to­wy­wał w kuch­ni na par­te­rze. Ścia­ny były wy­tar­te przez lata. Okna w moim po­ko­ju wy­cho­dzi­ły na dzie­dzi­niec. Po zmro­ku lu­bi­łam tam sia­dać i pa­trzeć na lam­py, któ­rych żół­te świa­tło tań­czy­ło wśród opa­da­ją­cych li­ści. Nie zna­łam tu ni­ko­go, ale to nie było waż­ne. Li­czy­ło się tyl­ko jed­no. Czy go zo­ba­czę?

To wła­śnie wte­dy po­zna­łam ją.

Mo­nic.

Wpa­dły­śmy na sie­bie na ko­ry­ta­rzu. Mia­ła bu­rzę ciem­nych wło­sów i uśmiech, któ­ry przy­cią­gał spoj­rze­nia.

– Hej, je­steś nowa? – za­gad­nę­ła bez cie­nia nie­śmia­ło­ści.

– Tak – od­po­wie­dzia­łam.

– Mo­nic. Miesz­kam pię­tro wy­żej. Jak­by co, po­mo­gę ci się tu ogar­nąć. – Uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko i tak się za­czę­ło.

Mo­nic szyb­ko sta­ła się kimś, kogo moż­na było na­zwać przy­ja­ciół­ką. Wpro­wa­dzi­ła mnie w świat no­wej szko­ły i in­ter­na­tu. Zna­ła wszyst­kich. Wie­dzia­ła, kto z kim się przy­jaź­ni, kto kogo uni­ka, gdzie war­to ja­dać, a gdzie le­piej się nie za­pusz­czać. Spę­dza­ły­śmy ze sobą co­raz wię­cej cza­su. Była ży­wio­ło­wa, peł­na ener­gii, mia­ła ten ro­dzaj cha­ry­zmy, któ­ry przy­cią­gał lu­dzi. Wie­czo­ra­mi sia­da­ły­śmy na pod­ło­dze w moim po­ko­ju, słu­cha­jąc mu­zy­ki i roz­ma­wia­jąc.

To wła­śnie wte­dy jej się zwie­rzy­łam.

Tam­te­go wie­czo­ru za oknem pa­dał deszcz. Kro­ple bęb­ni­ły w szy­bę, a my sie­dzia­ły­śmy za­wi­nię­te w koce, z kub­ka­mi her­ba­ty w dło­niach.

– Mo­głam iść do szko­ły bli­żej domu… – za­czę­łam ci­cho, ba­wiąc się brze­giem koca.

Mo­nic spoj­rza­ła na mnie uważ­nie.

– To cze­mu tu?

Wzię­łam głę­bo­ki od­dech.

– Jest tu ktoś… kogo ko­cham.

Oczy Mo­nic roz­bły­sły.

– Kto? – za­py­ta­ła z uśmie­chem.

I wte­dy wszyst­ko jej po­wie­dzia­łam.

O Da­nie­lu.

O po­ca­łun­ku.

O tym, jak bar­dzo mi na nim za­le­ży.

Słu­cha­ła uważ­nie, ki­wa­jąc gło­wą.

– To pięk­ne – po­wie­dzia­ła ci­cho – na­praw­dę pięk­ne, Ana.

Uwie­rzy­łam jej. Ufa­łam. Jesz­cze wte­dy nie wie­dzia­łam, jak bar­dzo się mylę. Do­pie­ro z cza­sem za­uwa­ża­łam drob­ne rze­czy. Mo­nic szyb­ko zna­la­zła so­bie miej­sce w no­wym śro­do­wi­sku. Była wszę­dzie. Śmia­ła się ze wszyst­ki­mi, bez skrę­po­wa­nia flir­to­wa­ła. Umia­ła zjed­nać so­bie lu­dzi. Może dla­te­go, że nio­sła ze sobą hi­sto­rię, któ­ra wzbu­dza­ła współ­czu­cie.

Po­cho­dzi­ła z ro­dzi­ny al­ko­ho­li­ków. Jej mat­ka zo­sta­wi­ła ją ciot­ce, kie­dy była jesz­cze małą dziew­czyn­ką. Ciot­ka się nią zaj­mo­wa­ła, ale ni­g­dy nie mó­wi­ła o tym gło­śno, za to Mo­nic sama opo­wia­da­ła o tym bez wsty­du, jak­by była już do tego przy­zwy­cza-jona.

– Mia­łam cięż­ko. Ale daję so­bie radę – tłu­ma­czy­ła z uśmie­chem.

I wszy­scy ją za to po­dzi­wia­li. Wszy­scy… oprócz mnie.

Nie dla­te­go, że jej nie współ­czu­łam, ale dla­te­go, że wi­dzia­łam też dru­gą stro­nę. Tę, któ­rej inni nie chcie­li do­strzec.

Mo­nic szyb­ko po­zna­ła Da­nie­la.

Na po­cząt­ku nie wi­dzia­łam w tym nic złe­go. Czę­sto wi­dy­wa­łam ich ra­zem na ko­ry­ta­rzu, jak sie­dzie­li na pa­ra­pe­cie, śmie­jąc się i roz­ma­wia­jąc.

To tyl­ko zna­jo­mość. To nic nie zna­czy.

Ale z każ­dym dniem czu­łam co­raz więk­szy nie­po­kój. Wie­czo­ra­mi sie­dzia­łam w lob­by, uda­jąc, że czy­tam książ­kę, a tak na­praw­dę cze­ka­łam.

Może przej­dzie. Może spoj­rzy. Może się za­trzy­ma.

Każ­de jego „cześć” było dla mnie jak dar. Każ­de zi­gno­ro­wa­nie jak pchnię­cie no­żem.

Mo­nic wie­dzia­ła, co czu­ję, a jed­nak co­raz czę­ściej wi­dy­wa­łam ją w jego to­wa­rzy­stwie. Co­raz czę­ściej sły­sza­łam jej śmiech, gdy sie­dzia­ła w jego po­ko­ju. I ten błysk w jej oczach… Błysk trium­fu.

Pew­ne­go dnia wró­ci­łam wcze­śniej do po­ko­ju. Drzwi były uchy­lo­ne. W środ­ku zo­ba­czy­łam Mo­nic grze­bią­cą w rze­czach na­szej współ­lo­ka­tor­ki.

– Co ty ro­bisz? – za­py­ta­łam ostro.

Pod­sko­czy­ła.

– Szu­kam bluz­ki. Po­ży­czy­ła mi ją ostat­nio – od­po­wie­dzia­ła bez mru­gnię­cia okiem.

Nie uwie­rzy­łam. Coś we mnie pę­kło. Po­kłó­ci­ły­śmy się. Po­wie­dzia­łam, że prze­szu­ki­wa­nie czy­ichś rze­czy to brak sza­cun­ku, że każ­da z nas po­win­na mieć swo­ją prze­strzeń. Po­tem było tyl­ko go­rzej. Za­czę­ły zni­kać pie­nią­dze. Naj­pierw drob­ne kwo­ty, z cza­sem co­raz więk­sze. Wte­dy przy­szło coś, cze­go się nie spo­dzie­wa­łam.

Któ­re­goś dnia zo­sta­łam we­zwa­na do ga­bi­ne­tu opie­ku­na. We­szłam tam pew­na, że cho­dzi o coś for­mal­ne­go, ale już po pierw­szych sło­wach zro­zu­mia­łam, że dzie­je się coś po­waż­ne­go.

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Por­to Ve­ne­re – nowe ży­cie

isbn: 978-83-8423-379-5

© Eli­za Bo­ro­wiak i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Mag­da­le­na Czar­nec­ka

ko­rek­ta: maq pro­jects

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.