4,99 zł
"Kultura chłopska dożyła swojego kresu. Wieś nadal może jednak stanowić nieprzebrane i niezwykle żywe źródło inspiracji, o czym świadczy twórczość autorów, którzy literacko czerpiąc z doświadczenia życia na prowincji, nasycają swoje utwory niezwykłą wrażliwością.
Zamieszone w tym minibooku teksty Wioletty Grzegorzewskiej i Andrzeja Muszyńskiego powstały w nawiązaniu do Kresu kultury chłopskiej Wiesława Myśliwskiego i stanowią swoistą na niego odpowiedź. Słynny esej z 2004 r. kończą słowa: „Właśnie w tej triadzie: słowo – pamięć – wyobraźnia, kultura chłopska, przechodząc dziś w sferę już tylko tęsknoty i sztuki, przekazuje nam swoje nie stanowe, lecz w najpełniejszym tego słowa znaczeniu człowiecze dziedzictwo”. Co o tym dziedzictwie mówią głosy młodych twórców? "
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 27
Plik opracował i przygotował Woblink
woblink.com
Prowincjonalne mozaiki
W 2004 r. Wiesław Myśliwski ogłosił głośny tekst, w którym obwieścił śmierć kultury chłopskiej opartej na związku człowieka z miejscem i przyrodą, a kształtowanej dzięki doświadczeniom pokoleniowym oraz wspólnotowym. Myśliwski wskazał jednak na fakt, że dzięki trzem elementom: słowu, pamięci i wyobraźni ta kultura ciągle może przekazywać „w najpełniejszym sensie tego słowa znaczeniu człowiecze dziedzictwo”.
Jak to dziedzictwo postrzegają młodzi twórcy? W jaki sposób odnoszą się do stwierdzeń z Kresu kultury chłopskiej? Czym jest dla nich prowincja?
W minobooku „Polska prowincja” prezentujemy dwa teksty: Wioletty Grzegorzewskiej Za Bożym Stokiem oraz Andrzej Muszyńskiego Pod pozorem. Grzegorzewska pisze o życiu na wsi Hektary, tajemniczym beboku, stojącym na straży porządku oraz dziadku, który opowiada: „Teroz nie idzie spać w polu. Ja od razu wiedzioł, że to tak się skończy, jak przestali my kosić”. Muszyński natomiast mówi o rozpadzie wspólnoty, kulturze chłopskiej jako stanie umysłu lub pakiecie światopoglądowym oraz sile prowincji, która stanowi „wielką pożywkę dla sztuki”.
Życzymy inspirującej lektury! Redakcja miesięcznika „Znak”
Ps. Wszystkim autorom i spadkobiercom praw autorskich serdecznie dziękujemy za udostępnienie tekstów do minibooków. Jednocześnie informujemy, że dołożyliśmy wszelkich starań, by odnaleźć ich spadkobierców i właścicieli. Przychody ze sprzedaży minibooków nieposiadających ambicji komercyjnych, zostaną przeznaczone na kontynuowanie działalności miesięcznika „Znak”.
Prawa autorskie do tekstów zamieszczonych w minibooku przysługują ich autorom lub spadkobiercom.
Dołożyliśmy wszelkich starań, by odszukać i skontaktować się ze wszystkimi właścicielami praw autorskich wykorzystanych tekstów. W przypadku ewentualnych niejasności zapewniamy, że prawa wszystkich właścicieli będą respektowane. Jednocześnie informujemy, że projekt minibooków „Znaku” nie jest komercyjny. Wykorzystane przychody przeznaczymy na dalszą działalność miesięcznika „Znak”.
Wstęp: W imieniu redakcji miesięcznika „Znak” – Ilona Klimek
Opracowanie redakcyjne tekstów: Ilona Klimek
Projekt okładki: Piotr Cebo
Zdjęcie na okładce: Sebastian Maćkiewicz, Autobus Autosan H9-21 (nr rej. GAC 6661) we Władysławowie, należący do przewoźnika z Pucka
Licencja: Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported
Opracowanie techniczne i konwersja: Woblink
Andrzej Muszyński
Prowincja, nawet pozbawiona pierwotnej kultury, to ciągle wielka pożywka dla sztuki. Można z tego czerpać bez końca. Zderzają się tam sylwetki, osobowości, światopoglądy, jeszcze wyraźniejsze na tle mroku
Do szesnastego roku życia w ogóle nie znałem wielkiego miasta. W zasadzie – do dwudziestego, chyba że za wielką uznać 37-tysięczną miejscowość. Kiedyś we wsi wysłali mnie na drogę czatować na pekaes i zapamiętać jego numer. Zapamiętałem ten seryjny. Niespecjalnie mnie to wszystko interesowało. Mówili tylko, żeby w wielkim mieście raczej nie nosić spodenek, bo nie wypada. Nikomu nie przychodziło do głowy, żeby wyjechać do Anglii albo Stanów. Zostawało się i jakoś, zwykle w bólu, układało z ojcami, dziadkami, pradziadkami i sąsiadem. To był mały świat. Za krzyżówką nie było lamp. Kolega jechał w dół rowerem, może z trzydzieści na godzinę. Drugi biegł do góry. Zderzyli się głowami.
Może się wydawać, że dla autora wieś i prowincja to los wygrany na loterii, bo dla czytelników, z których większość pochodzi z miasta, to swojska egzotyka albo margines, a ten – jak apokalipsa – dobrze się sprzedaje. Łatwo nabić ją na dzidę, podnieść nad głowę i oznajmić: „Patrzcie, dupki żołędne, i uczcie się prawdziwego życia”. Problem w tym, że ona nigdy nie była dla nas żadnym marginesem. Raczej epicentrum myśli i wydarzeń. Obce terytorium zaczynało się już za wygonem. Szło się przez las watahą i darło ryja, aż niosło się to za Kopański Dół: „Krzykawa tu, Krzykawa tam, Krzykawa w......l spuści wam!”. W miejsce Krzykawy można wpisać dowolną polską wieś, a jest ich ponad 50 tysięcy. Ale i tak najlepiej to brzmi, kiedy ma trzy sylaby. Jaką tam polską. Srae Kan, Amezril, Dzembronia, Puerto Suarez, Tocuco de la Sierra. Pójść, powalczyć, trochę pożyć.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Wioletta Grzegorzewska
Dostępne w wersji pełnej
