Półpacierz - Maciej Lewandowski - ebook

Półpacierz ebook

Maciej Lewandowski

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Od dziesięcioleci życiem i śmiercią w górskiej dolinie rządzi istota, uwięziona w cieniu Appalachów. Teraz gdy ma szansę wreszcie zrzucić okowy, pojawia się człowiek zdolny zniweczyć dekady przygotowań.

Łowca nagród Abner Ephraim Ranoux, zwany Półpacierzem, przybywa do Nowego Narakort tropem ściganego przestępcy. W egzystencję miasta wkracza nowoczesny świat, nie zawsze za sprawą uczciwych przedsięwzięć.

Ranouxa, żywą legendę, wyprzedza sława, ściągając nań uwagę ludzi trzymających Nowe Narakort w szachu gangsterskiej zimnej wojny. Sprawy bardzo szybko przybierają niekorzystny obrót.

Półpacierz meandruje pomiędzy interesami i wpływami gangsterów, polityków i zabójców na pasku wszechwładnej agencji detektywistycznej. Odkrywa ciało młodej dziewczyny: córka burmistrza została zamordowana za pomocą narkotyku. Podejrzenie pada na łowcę, który sam staje się od tej chwili ściganą zwierzyną.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 520

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © 2026 by Maciej Lewandowski

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Ewa Salwin

Korekta: Dorota Piekarska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: [email protected]

www.drageus.com

ISBN EPUB 978-83-68593-36-5

ISBN MOBI 978-83-68593-37-2

Kilka słów od autora

Western jest jak stara ballada: znasz refren nawet jeśli nigdy go nie słyszałeś. Koń, pył pogranicza, miasteczko z jedną ulicą i ostatni sprawiedliwy. Ma to swój nieodparty urok. Historie o twardych mężczyznach i nie mniej twardych kobietach, o honorze i robieniu „właściwej rzeczy”. To jedna z tych rzeczy, która albo chwyta człowieka od razu, albo na zawsze pozostaje obojętną.

Mnie chwyciło, gdy siedząc na dywanie, oglądałem z dziadkiem Bonanzę. Zresztą gdyby nie dziadek Józek (choć tak naprawdę miał na imię Tomasz) nie zobaczyłbym Trylogii Dolarowej. Dziadek uwielbiał wes­terny. Żałuję, że nie zdążyłem mu pokazać tego, który napisałem.

Półpacierz to bohater, który czekał długo na swoją opowieść. Jako rewolwerowiec zmagający się z osobowością wieloraką, narodził się dawno temu na warszawskim Żoliborzu. Sama postać to jednak za mało. Po kilku nieudanych próbach, chybionych pomysłach i wyrzuconych rozdziałach, zacząłem pisać tę wersję powieści w dwa tysiące szesnastym roku. Skończyłem pisać w dwa tysiące dwudziestym pierwszym. Niniejszy wstęp piszę pod koniec grudnia roku dwa tysiące dwudziestego piątego, na krótko przed oddaniem maszynopisu do wydawnictwa. Szmat czasu.

Półpacierz powstawał długo, bo od samego początku nie miał być zwykłą opowieścią o pograniczu. Chciałem opowieści, która zaskakuje, myli tropy i jednocześ­nie bawi się konwencją. Gdy już sądziłem, że ta opowieść, w nawet skrajnie pulpowym wariancie nigdy nie powstanie, znalazłem do niej wytrych. Bo cóż by się stało – zapytałem sam siebie – gdyby wampir trafił na pustynię? I czegóż miałby tam szukać?

Pif paf! Strzelam z biodra, powtarzając za AC/DC. Zapadki przeskoczyły, mechanizm w mojej głowie zaszumiał, układając wzór fabuły.

To był moment olśnienia. W jednej chwili nie pisałem już westernu o poganiaczach bydła, rewolwerowcach i nieuczciwych ranczerach. Pisałem western, w którym w pewnej mieścinie spotyka się bardzo niecodzienna menażeria. Menażeria wyekwipowana w butaforia i kostiumy z rekwizytorni horroru. A skoro już udziwniać, to czemu nie sięgnąć po detale ze steampunka? Western ma swoich wiernych wyznawców, horror ma swoich wiernych wyznawców. Hybryda tych gatunków to stąpanie po cienkim lodzie. Z drugiej strony któż nie lubi Wild Wild West albo Cowboys & Aliens? Kto nie pamięta gonitwy za pociągiem w trzeciej części Back to the Future? Weird West to cudowny gatunek, w którym wszystkie chwyty są dozwolone.

W tym miejscu powinienem napisać coś mądrego o „przekraczaniu granic gatunków”, ale prawda jest prostsza: bałem się, że wszyscy pokręcą głowami i pójdą czytać coś bardziej przewidywalnego. Szczęśliwie przypomniał mi się Popalong Cassidy – kowboj-potwór z telewizorem zamiast głowy i apetytem na ludzinę – powołany do życia przez Joego Lansdale’a w The Drive-In 2. Zresztą cała ta powieść zgina wyobraźnię pod zadziwiającymi kątami. Półpacierz przy tym typku mógłby uchodzić za postać z kart książek Jacka Schaefera.

Finalnie, ta powieść jest listem miłosnym. Kocham 3:10 do Yumy, Bez przebaczenia, Prawdziwe męstwo, Trylogię dolarową, Siedmiu wspaniałych (nawet jeśli to tani rip-off Siedmiu samurajów), filmy Kurosawy. No bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że bez Yojimbo nie powstałby Za garść dolarów. Kocham b-klasowe horrory z lat osiemdziesiątych. Mam nadzieję, drogi czytelniku, że jeśli lubisz klasyczny western, odnajdziesz tutaj znajome migawki. A jeśli lubisz horror — mam nadzieję, że uśmiechniesz się, widząc gatunkowe kalki puszczone w ruch w nieco niestandardowej oprawie.

A jeśli nie lubisz ani jednego, ani drugiego… cóż. Być może i tak zostaniesz na chwilę. Bo dziwne historie działają jak ognisko w rozgwieżdżoną noc: przyciągają.

Na koniec — parę słów podziękowań. Minęła prawie dekada od napisania pierwszego akapitu tej opowieści. Wiele się zmieniło w międzyczasie. Dziękuję za tę podróż wszystkim, którzy pomogli „­Półpacierzowi” szczęśliwie dotrzeć do celu. Jestem wdzięczny mojej żonie, która towarzyszyła mi od początku, wierzyła w Półpacierza i zachęcała do jego ukończenia. Jestem także wdzięczny Tobie, drogi Czytelniku, że zechciałeś po niego sięgnąć. Myślę, że starczy. Pora ruszyć na szlak, mamy coś do załatwienia.

Akt IAbner

Prolog

Tu nadal można było znaleźć porośnięte chwastami groby bezimiennych głupców. Tu nadal ziemię znaczyły koleiny dróg wyżłobione kołami dyliżansów poczty ekspresowej. Miasta na Wschodnim Wybrzeżu z wolna oplatała sieć telegraficzna, kończąca się na granicy morza traw. Dolina, choć ciągnęła się wraz z rzeką aż po północne Missisipi, gdzie osiągała swój kres w hrabstwie Yoknapatawpha[1], zdawała się być ostatnią rubieżą pierwotnej natury w krainie stali oraz postępu.

Pochód ludzi ciągnął w popołudniowym słońcu, skrzącym liście miedzianą barwą. Farmerzy, czarnoskórzy robotnicy, biali domokrążcy, osadnicy oraz imigranci sunęli błotnistą drogą. Nikt jednak nie krzyczał, nikt nie klął, nie poganiał i złorzeczył. Wszyscy zdawali się w pełni skupieni na pokonaniu duktu. Ci, co szli pierwszy raz rozmawiali szeptem, strzelając na boki oczami. Ci, którzy choć raz przeszli szlak trwali w pełnym milczenia napięciu, rachując kolejne zakręty i punkty orientacyjne.

Nieliczni rozglądali się, szukając w zaroślach kamieni milowych, majaczących pośród poskręcanych krzaków oraz skarlałych drzew.

Droga przez dolinę nie była bezpieczna. Nie o tej porze roku, gdy licho chodziło między ludźmi, igrając z życiem i śmiercią.

Wóz zakołysał się nagle, grzęznąc na moment w koleinie. Zadzwoniły szklane butle i słoiki poustawiane w skrzyniach na pace. Koń, zabiedzona chabeta, zarżał boleśnie, ale nikogo to nie obeszło.

– Patrz tam! – Mężczyzna o twarzy ciemnej i pomarszczonej klepnął siedzące obok dziecko. – Patrz uważnie. Wygląda jak przegniły, rozłupany słup. Widzisz?

Chłopiec niechętnie spojrzał we wskazanym kierunku. Oczy dziecka rozszerzyły się w wyrazie zainteresowania i strachu.

– Możesz przemierzyć wszystkie stany, a nigdzie takiego widoku nie uświadczysz. Tak jest… Babka mi opowiadała o tych rzeźbionych palach, sterczących przy drodze i zapomnianych rozstajach. Tak jest – powtórzył, spoglądając wymownie na potomka. – Onegdaj ludzie palili przy tych słupach ognie.

– Po co?

Stary mężczyzna uśmiechnął się, widząc spojrzenie siedzącej naprzeciw kobieciny. W jej oczach dostrzegł niepokój.

– Nie należy o takich sprawach mówić – odparł w końcu, nabijając kukurydzianą fajkę. – O diabłach, smyku, co między ludźmi chadzały… – zaniósł się kaszlem. – Ale to już dawne dzieje, bo teraz ludzie jak ziemia długa i szeroka, noszą w sobie Dobrą Nowinę. Nawet ci czerwonoskórzy poganie.

Zdawało się, że starzec całkowicie utonął we własnych myślach. Z pochmurną miną spoglądał na drogę wypełnioną zakurzonym tłumem. Ludzie maszerowali, prowadząc objuczone zwierzęta oraz wozy, wspomagając się wzajemnie ukłonami, gestykulacjami, zdawkowymi uśmiechami. Urywane rozmowy zlewały się z szumem starych drzew, porastających brzegi Yoknapatawphy. Starzy i młodzi liczyli niecierpliwie zakręty pozostałe do granicy lasu. Do umownej linii, za którą będą mogli porzucić wymuszoną przez dukt kolumnę i iść swobodniej. Ostatnia prosta przez zielone morze i, jak Bóg da, przed zachodem słońca dotrą do Nowego Narakort.

Wszyscy, za wyjątkiem siedzącego na mule mężczyzny. Zamarł z uniesioną ręką i rozdziawionymi ustami.

– Uciszcie się wszyscy!

Gorączkowo potoczył wzrokiem po mijających go ludziach. Nikt jednak nie podchwycił jego rozgorączkowanego spojrzenia. Jedynie samotny jeździec na karym wierzchowcu przystanął z boku, przyglądając się z uwagą.

– Cisza! Czy nic nie słyszycie?!

Mężczyzna przytknął wymięty kapelusz do ucha, po czym uderzył piętami w boki zwierzęcia i ruszył w poprzek drogi ku gęstwinie porastającej skarpę. Przestraszone zwierzę zaparło się na skraju zbocza. Mężczyzna z krzykiem runął w dół.

Przyglądający się temu jeździec rozejrzał się uważnie, ale nikt z wlokących się leśnym szlakiem nie zainteresował się losem szaleńca. Jedynie niewielka grupa Indian, przyspieszając kroku, pochyliła głowy, wskazując na rozkołysane drzewa i krzewy.

Konny przez chwilę zastanawiał się, co zrobić. Nie było wyraźnego powodu, dla którego powinien ruszać śladem najwyraźniej obłąkanego człowieka. Intrygowało go jednak to, że nikt z podróżnych nawet nie spojrzał za człowiekiem, który przepadł w gęstwinie. Niespodziewanie poczuł lekki ucisk w skroniach. Po chwili znajomy, śpiewny głos rozległ się w jego głowie:

Ludzie cisi są zakałą świata!

I odpycha on ich ustawicznie,

Coraz dalej, coraz skorzej, z ziemi…

Aż nareszcie mówią: to jest wariat![2]

Jeździec na czarnym koniu nie lubił, gdy myśli nieoczekiwanie rozpadały się na dwie mętne połówki. Przez lata usiłował na wiele sposobów ograniczyć natarczywe wtręty obcego bytu gnieżdżącego się w jego umyśle, ale przypominało to beznadziejną walkę z wiatrakami.

– Milcz – mruknął pod nosem, ledwie poruszając spękanymi ustami. – Nie potrzebuję twoich rad. I tych diabelskich deklamacji też nie.

Zacisnął szczęki, chrząknął i splunął przez zęby. Odprowadzany samymi spojrzeniami, w milczeniu ruszył śladem szaleńca, łowiąc uchem niesiony przez wiatr śpiew. Ledwie zjechał ze szlaku, poczuł znajome mrowienie. Skóra na piersi ścierpła przenikana raz po raz falami delikatnego swędzenia rozlewającymi się wokół talizmanu. Ignorując nieprzyjemne doznania, powoli sunął przez chaszcze, pozwalając koniowi wybierać drogę.

Zwierzęta były znacznie czulsze na wibracje świata niż ludzie.

Spadek otwierał się na szerokie, kamieniste rozlewisko rzeki, płynącej leniwym nurtem. Wzdłuż obu brzegów ciągnęły się długie płycizny oddzielone ciemną smugą wody.

Było już za późno.

Przy zwalonym pniaku w przemoczonej bieliźnie klęczały dwie kobiety. Śpiewając i przybierając co rusz bardziej wyzywającą pozycję, prały zszarzałe łachmany. Niedbale namaczały poszarpane koszule i spodnie, uśmiechając się zalotnie do mężczyzny stojącego po kostki w rzece. Miętolił kapelusz w dłoni, niewiele robiąc sobie z rozbitej głowy.

Jak zahipnotyzowany przyglądał się kusicielkom. Raz po raz oblizywał usta, dysząc trąc krocze.

Jedna z kobiet uniosła głowę, spoglądając ponad ramieniem głupca wchodzącego coraz głębiej w topiel. Siedzący w siodle kowboj pozdrowił kusicielkę skinieniem głowy, zaciskając przy tym dłoń na łęku. Drugą wsparł na udzie, blisko broni.

Kobieta dotknęła koniuszkiem języka dolnej wargi, posyłając konnemu wyzywający uśmiech. Odgarnęła mokre włosy, wyginając lubieżnie ciało. Kowboj ani drgnął.

Naraz obie kobiety uniosły się z kolan i, wciąż śpiewając, ruszyły przez wodę w stronę mężczyzny w kapeluszu. Ich biodra kołysały się jak nadbrzeżne trzciny. Plusk Yoknapatawphy nasilał się, zlewając ze śpiewem w jeden nęcący szum.

Siedzący na karym koniu jeździec nie patrzył na sunące przez lodowatą wodę kobiety. Nie patrzył na mężczyznę wpatrzonego w ślicznotki. Jego uwagę zwróciło porzucone pranie; dostrzegł brunatne plamy, wyglądające na zaschnięte plamy krwi.

Na przekór woli, śpiew obu nimf wbijał się w umysł mężczyzny, starając się ukoić błogością i uśpić. Pieśń jednak gubiła się pośród strzępów myśli w refleksach obcej duszy. Łowca uśmiechnął się chłodno, widząc zdziwienie malujące się na obliczach kobiet. Na jedno uderzenie serca słowa przeklętego śpiewu załamały się, gubiąc hipnotyczną harmonię.

Ukryj się, Skierko – patrzaj! Balladyna

Zbłąkana w lesie tu nadchodzi, sina

Okropnie blada, z rozpuszczonym włosem[3].

– Zamilcz – syknął. – Nic mi to nie mówi.

Tymczasem kusicielki zbliżyły się do nieświadomej zagrożenia zdobyczy. Zaśmiały się, jednocześnie otaczając naiwnego głupca. Smukłe dłonie oraz ramiona oplatały tors mężczyzny niczym wijące się węże, raz po raz smagając jego policzki. Czarnowłosa uśmiechnęła się drapieżnie. Mężczyzna otworzył usta, wpatrując się pożądliwie w jej krągłe piersi oblepione mokrym płótnem. Nieporadnie spróbował położyć jej dłoń na biodrze, ale potknął się, wpadając prosto w toń. Kobiety zakołysały się nad nim, posyłając jednocześnie łowcy butne spojrzenia.

– I co powiesz, przystojniaku? – melodyjnie zaszczebiotała pierwsza.

– Jaki tam z niego przystojniak – prychnęła druga. – Stary dziad z siwą brodą i krzywo zrośniętą gębą! Tego już mamy, nim będziemy się radować.

Zakołysały biodrami. Blade dłonie bez trudu wyciągnęły mężczyznę z wody. Zasypały go krwawymi pocałunkami, kąsając policzki, gryząc wargi, zlizując strużki krwi.

– Chciałbyś dotknąć moich cycuszków?

– Niczego bardziej…

Zaśmiały się dziko.

Wtenczas by dziki zapęd, co mną dotąd miota,

Wypadł z duszy, jak z łodzi miotanej niecnota,

Który burze sprowadza i bałwany pieni.

Płynęlibyśmy cicho po życia przestrzeni,

Chociażby los groźnymi falami powiewał,

Jak syrena bym nad nie wzbijał się i śpiewał[4].

– Domyśliłem się – mruknął jeździec. Położył dłoń na rękojeści rewolwera, ale nie dobył broni. Nie potrafił jednak zdecydować, czy powinien interweniować. W umyśle łowcy rozbrzmiał głos:

One go zeżrą!

– Coś muszą – szepnął pod nosem.

Porzucony muł spoglądał smętnie na swego pana, którego los za chwilę miał się dopełnić. Jedna z kobiet odwróciła się nagle w stronę jeźdźca. Mokre włosy oplatały alabastrową, napiętą skórę, a czarne oczy rozszerzyły się gwałtownie.

Łowca skrzywił się w nieszczerym uśmiechu. Jedna z syren w odpowiedzi gniewnie błysnęła rzędem igłowatych zębów. Druga złożyła łapczywy pocałunek na karku ofiary, chwyciła nieszczęśnika za kołnierz i jednym pchnięciem posłała w odmęty.

– Był stracony nim tu zlazł – mruknął łowca nosowym, południowym akcentem.

– Możliwe – głos mężczyzny zafalował, łamiąc się pod naporem świszczących głosek, wibrującym zgłoskami i manierą mieszkańców Nowego Yorku. – Może prowadziła go zła gwiazda. A może to twoja wina.

– Może – zgodził się jeździec, odzyskując swój głos i lekko śpiewny akcent. Odczekał chwilę, aż ustanie drapanie w gardle i splunął przez zęby. Ciemna toń bez śladu zamknęła się nad głową nieszczęsnego miłośnika syrenich śpiewów. Jedynie stary kapelusz obracał się jeszcze pomiędzy wirami. Przerażony muł kwilił, kopiąc bezradnie nabrzeżne kamienie.

Zwierzęta są czulsze na wibracje świata niż ludzie.

***

Jeździec zawrócił karego, wracając na szlak. Idący od doliny wiatr przyniósł zapach butwiejącego drewna. Gdzieś trzasnęły uderzające o siebie konary, skrzypiąc niczym uchylane wieko trumny. Upiorne echo niosło się po całym lesie. Łowca postawił kołnierz płaszcza, ruszając śladem pielgrzymów wędrujących znikąd donikąd.

Podróżny wjechał wreszcie na rozległą dolinę przeciętą wstęgą rzeki. Falujące morze traw rozbijało się o liczne pagórki oraz skalne zaczyny górskich gigantów. Sine szczyty rzucały chłodne cienie na rozsiane w dole, niezbyt liczne farmy.

Nad lasem, ponad górskim zboczem szybował jastrząb. Zatoczył krąg, grzejąc się w promieniach słońca i nagle runął w dół, ku trawom, ku zdobyczy. Łowca kiwnął z uznaniem głową, kierując się ku miastu. Czuł coraz większy głód.

Rozdział pierwszy

Ta historia zaczęła się od awantury o trupa.

Na przedmieściu znajdowało się puste klepisko i każdy, kto chciał minąć słupy podtrzymujące tablicę z nazwą „Nowe Narakort”, musiał przejechać obok szubienicy. Stała na samym środku placu, trudna do zignorowania. Po górnej belce dreptały rozwrzeszczane wrony, zerkające raz po raz ku kłębiącemu się w dole ludzkiemu potokowi.

Popołudniowe słońce przeciskało się pomiędzy górskimi graniami, ale tłum nadal okupował upstrzoną nis­kimi budynkami Maine Street. Główną ulicę miasta otaczały równe kwartały, zabudowane przysadzistymi budynkami zaspokajającymi potrzeby potomków traperów, osadników oraz ludzi lasu. Wszystkie jak jeden dekorowały barwne wstęgi, przydając otoczeniu pompatycznego kiczu. Obrazu dopełniały drewniane budy transformatorów Jabłoczkowa, widoczny znak postępu a zarazem prawdziwa karta atutowa miasta.

Nowe Narakort, jak wiele innych mieścin uprzywilejowanych potęgą apeironu, usiłowało pozbyć się opinii prowincjonalnej dziury na rzecz dobrze rokującego przyczółka industrializacji. I jak wiele innych miast aspirujących do miana amerykańskiego snu puchło chorobliwie, strasząc koszmarem bezguścia. Żywe dekoracje, jarmarczny duch oraz serpentyny nieudolnie tuszowały nieoheblowaną surowość zabudowy. Charakteru miejsca, ani zamieszkujących go ludzi, nie można jednak zmienić z dnia na dzień. Pstre wstęgi oraz chińskie lampiony migotały w kałużach zbierających się w co głębszych koleinach i wydeptanych dołach.

Mężczyzna prowadzący konia, meandrował pomiędzy zlewiskami gnojówki i błocka. Wytarty, wojskowy płaszcz łopotał na wietrze niczym porwany żagiel. Wszechobecny pył, chłonąc pot, lgnął do ciała lepką skorupą, od której cierpła skóra. Przybysz wyglądał jak kroczące pośród śmiertelników Licho. Pilnując ronda kapelusza, sunął pośród farmerskich wozów oraz wózków obwoźnych sprzedawców i wędrownych rzemieślników. Ciżba przesączała się przez ulice miasta wabiona ułudą zarobku, obietnicą wątpliwej zabawy i iluzją równości.

Tłum jak ławica zbijał się i rozciągał, rozstępując we wszystkich kierunkach. W oczekiwaniu na nadchodzące obchody ludzie ciągnęli niczym sępy do padliny, zataczając coraz ciaśniejsze kręgi. Dostojne damy, mężczyźni w garniturach, farmerzy, kowboje, praczki, szwaczki, umorusane dzieciaki oraz Bóg jeden wie, kto jeszcze.

Nieznajomy zatrzymał się nieopodal budynku zajmowanego przez biuro szeryfa. Ledwie kilka kroków dalej masywne drewniane pale dźwigały dwupiętrowy budynek, a za nim kolejny i kolejny. Tak otwierało się Nowe Narakort na zbłąkanych podróżnych: szubienicą oraz więzieniem.

Nikt jednak nie zwracał uwagi na ponure symbole miasta. Wszyscy skupiali uwagę na rozgorączkowanym bohaterze ulicznego przedstawienia.

A temu wcale nie było do śmiechu.

Wokół obalonego wozu wrzało. Dwójka dzieci z pełnym napięcia oczekiwaniem wtulała się w poły spłowiałej sukienki matki. Kobieta nerwowo spoglądała to na męża dźwigającego się z kolan, to na starowinkę pochyloną nad rozbitą trumną. Siwowłosa kobiecina starała się domknąć wieko w asyście grabarzy.

Rodzina otoczyła przewrócony wóz, niczym ostatni punkt obrony. Grabarz wraz z pomocnikiem usiłowali przyjść im w sukurs, wpychając nieporadnie zwłoki do trumny. Ku uciesze gawiedzi znaleźli się tacy, co utrzymywali, że sam fakt pakowania Murzyna do sosnowego pudła to zbędna fatyga.

– A może jeszcze konie i bydło tam zaczniecie grzebać? Albo starego Borga!

Od jednej z grup mężczyzn odkleiła się garstka poganiaczy bydła w poplamionych koszulach i wyświechtanych kapeluszach. Zagrzani do boju alkoholem i okrzykami gawiedzi, puścili w ruch łokcie oraz pięści.

– Mój ojciec to weteran! – krzyczał przygarbiony czarnoskóry mężczyzna o szybko puchnącym policzku. Mimo gniewu, nie zdobył się na odwagę, by spojrzeć białym w oczy. – Walczył jako ochotnik w pięćdziesiątym czwartym regimencie piechoty Massachusetts! Bił się o Fort Wagner i ocalił…

Jeden z osiłków doskoczył do czarnoskórego i wymierzył mu cios w twarz. Zaatakowany zatoczył się, upadając na przewrócony wóz, obok którego leżała trumna. Kolejnemu uderzeniu zawtórował nieprzyjemny dźwięk pękającej kości.

– Kop w pysk! Się czarnuchowi należy!

Łowca nagród pokręcił głową, spoglądając na stojącego opodal szeryfa. Stał ze skrzyżowanymi ramionami, wsparty o słup podtrzymujący dach i przyglądał się rozbojowi.

– Zamilcz, chłopcze – rzucił pogardliwie napastnik i zarechotał, patrząc na plującego krwią mężczyznę. – Może tu takich jak ty nie wiesza się za uszy, ale znaj swoje miejsce.

Jeden z poganiaczy zbliżył się do roztrzęsionego właściciela zakładu pogrzebowego i bezceremonialnie wyrżnął pięścią pomocnika.

– Precz stąd, kopidole! Wynocha!

– Nie godzi się…

Uderzony grabarz zawirował na pięcie, mało nie padając w błoto. Czerwone plamy znaczyły elegancki frak oraz koszulę.

Przybysz ponownie spojrzał w kierunku mężczyzny noszącego lśniącą gwiazdę wpiętą w połę marynarki. Szeryf, przygładził wąsy, odbierając kubek od zastępcy. Nieśpiesznie upił łyk, jakby to był kolejny leniwy dzień, zesłany przez Pana ku wytchnieniu maluczkich.

Tymczasem poganiacze robili swoje. Kopniakami wepchnęli czarnoskórego w koleinę wypełnioną spienioną gnojówką. Jeden z kowbojów studził, pilnował, aby ani grabarz, ani jego pomocnicy, ani nikt z gapiów nie przyszedł z pomocą. Tłukł na odlew każdego, kto choćby chciał pomóc wstać bitym. Chudy przedsiębiorca pogrzebowy po kolejnym razie z jękiem zgiął się wpół. Nie miał szans w starciu z młodszymi i silniejszymi osiłkami zahartowanymi życiem w siodle.

– Wyprzęgnij konia, Johnny! – krzyknął zwalisty poganiacz ze spłowiałą czerwoną chustą zasupłaną wokół szyi. – Bez chabety nigdzie nie pojadą.

Pielgrzym sam jeden, zaśmiał się złośliwie,

Wzniósł rękę, ścisnął i uderzył mściwie.[5]

Łowca się skrzywił.

– To zły pomysł – mruknął pod nosem.

Masz lepszy, kapitanie?

Mężczyzna w wojskowym płaszczu westchnął pod nosem, jakby nie do końca był zadowolony z tego, co właśnie postanowił zrobić.

– Odsuńcie się. – Głos miał szorstki niczym żwir chrzęszczący pod obcasem.

Dopiero teraz spojrzenia gapiów skupiły się na obcym. Nie był stary, ani młody, lecz przydługie włosy oraz broda miały kolor pieprzu zmieszanego z solą. Odrzucił poły płaszcza, odsłaniając zawieszone na biod­rach dwa pasy z rewolwerami. Oba zdobiły owalne klamry. Na jednej wybito litery „US”, na drugiej „CSA[6]” w wieńcu laurowym.

Dłonie w skórzanych rękawicach oparł na rękojeściach. Ale to nie broń wzbudziła konsternację. W tym dzikim kraju, w cieniu wiecznie ośnieżonych gór Appalachów, każdy chodził uzbrojony. Nikt już jednak nie nosił barw wojsk Konfederacji. Stare uniformy potrafiły ściągać kłopoty, zwłaszcza po północnej stronie ­Mount Mitchell. Mężczyzna w znoszonym mundurze wyglądał jak siewca kłopotów, obłąkany upiór przeszłości. Brakowało jedynie pary sępów, szybujących pośród chmur w oczekiwaniu na żer.

Nieznajomy uśmiechnął się brzydko, spoglądając na karawan i pobitego grabarza.

Rosły kowboj wyprostował się, otwierając i zamykając dłonie. Pięści miał jak kule armatnie. Jego towarzysze rozsypali się wokół, otaczając intruza. Dwóch miało złamane nosy. Jeden siną pręgę blizny wokół policzka. Cała piątka zaś wyglądała jak chodzące kłopoty. Ospowaty olbrzym splunął, szczerząc czarne od tytoniu zęby.

– Precz! – sarknął. – Nie potrzeba nam tu takich.

Konfederat powolnym ruchem uniósł dłonie, ale zamiast podnieść ręce w geście poddania, co nakazywałby zdrowy rozsądek, zatknął kciuki za pasy z bronią.

– Pięknie – mruknął obcy ni to do siebie, ni to do lokalsów. Kątem oka dostrzegł nerwowy gest jednego z nich. Natychmiast ruszył szybkim krokiem w jego stronę. Ze wszystkich możliwych scenariuszy wybrał ten najprostszy, najbrutalniejszy i najskuteczniejszy: frontalny atak.

Konfederat wykonał zwód, przenosząc ciężar ciała na drugą nogę i wyrżnął draba prosto w szczękę, równocześnie wyrywając mu rewolwer. Zakręcił nim młynka i, chwytając za lufę, zamienił go w tłuczek do mięsa. Zręcznie uskoczył, unikając potężnego uderzenia i oddał cios.

Zakotłowało się. Przybysz był szybki. Cios, garda, obrót zwieńczony kolejnym ciosem; uskok i atak gruchoczący zęby. Zadawał bezlitosne uderzenia, które łamały kości i wyrywały stawy.

Muskularna sylwetka zdawała się płynąć w powiet­rzu, gdy kolejny unik zakończył się piorunującym uderzeniem po błyskawicznym wypadzie. Ktoś krzyknął, zachrzęściły kości i następny oponent, ciągnąc za sobą krwawą smugę, padł w uliczne błocko. Trzech mężczyzn leżało, czwarty, charcząc i dławiąc się własną krwią, usiłował dźwignąć się z kolan. Szło mu nietęgo. Piąty uniósł ręce w geście poddania.

Nieznajomy omiótł wzrokiem widzów. Żaden z gapiów, patrząc na pobitych, nie miał odwagi podejść.

W tym momencie szeryf wkroczył do akcji. Huk wystrzału zamroził czas, wstrzymując wszelki ruch.

– Dość tego! – ryknął szeryf. – Jeff, pozbieraj kuzynów. Wy zakopcie go w końcu. – Wskazał palcem na grabarza. – W ziemi dla czarnych, za miastem. A ty do mnie! – Wymierzył czarne oko rewolweru Smith & Wesson Model 3 w obcego.

Przybysz westchnął, pokręcił głową i spokojnym krokiem ruszył za stróżem prawa.

***

Wszystko w biurze szeryfa wyglądało na nowe, nawet fotel trzeszczał świeżo spasowanymi łączeniami. Tylko strach oraz kwaśny zapach potu były takie jak zawsze.

Rosły, młody czarnoskóry stojący z uniesionymi rękami przywiązanymi do nisko osadzonej poziomej belki. Niedzielną koszulę znaczyły plamy krwi. Szeryf minął nieszczęśnika i usadowił się w fotelu. Spojrzał na łowcę nagród, ale na jego surowym obliczu nie dostrzegł żadnych emocji. Przez chwilę przyglądał się znoszonemu płaszczowi wojskowemu z wciąż widocznymi obszyciami oficerskimi armii konfederackiej. Nie podobał mu się ten człowiek, nie podobał mu się spokój i pewność siebie bijące od rewolwerowca. A najbardziej nie podobał mu się ten znoszony łach armii, która pochłonęła część jego życia. Zabębnił palcami o blat stołu i skupił uwagę na chłopaku szarpiącym się na powrozie.

– Jak masz na imię, synu?

Pobity rozchylił wyschnięte usta.

– Wergil.

Szeryf rozparł się na krześle, podziwiając guziki włas­nej koszuli. Zerknął na łowcę nagród, jakby to wszystko tłumaczyło.

– Otóż Wergil twierdzi, że w jego osadzie grasują nocą jacyś biali rabusie. I ponoć kogoś podziurawili! – Szeryf zadudnił palcami. – Nie znoszę, gdy ktoś łamie prawo. Dlatego zapytałem młodego Wergila, kto, jak, dlaczego. Ale równie dobrze mógłbym zapytać o sens życia! Nie usłyszałem żadnych odpowiedzi.

Świsnęła rózga. Chłopak, uderzony przez zastępcę szeryfa, zatrząsł się z bólu, ale nie wydał z siebie ani jednego dźwięku. Łowca widział, jak Murzyn zagryza usta do krwi.

– Podejrzewam więc – szeryf kiwnął na więźnia – że ten tu łże. Stroi sobie żarty z majestatu prawa. Ze mnie. Możliwe, że chce mnie i moich ludzi wprowadzić w błąd, gdy w mieście coś ważnego się wydarzy. Poproszę jeszcze dwa razy, Joseph.

Kat z uśmiechem uderzył namaczaną w wodzie róz­gą. Sprężysta witka z oczaru wirginijskiego na krótki moment owinęła się wokół żeber chłopaka, zostawiając rubinową pręgę. Plecy chłopaka wyglądały jak jedna wielka gorejąca rana.

– Frederick Warren jest jednak na to za mądry.

Chłopak, kołysząc się na powrozie, załkał boleśnie.

– Tak jest, „Munny”! Tak jest! Głupio zrobiłem.

Frederick „Munny” Warren uśmiechnął się pobłażliwie, prawie przepraszająco, jakby ktoś przez pomyłkę stwierdził, że właśnie został nowym prezydentem USA. Odchrząknął znacząco.

– Prawo to podstawa naszej cywilizacji.

Niespodziewanie uchyliły się boczne drzwi. Nim przejście przesłonił beczkowaty wąsacz, pomiędzy framugą, a tęgim ramieniem mignął rząd stalowych krat. Strażnik zatrzymał się w progu, tarasując przejście.

– Myślę, że wystarczy tej lekcji. – „Munny” strzelił palcami, puszczając oko do oprawców. Ci jak na komendę zluzowali linę, pozwalając chłopakowi opaść na kolana. – Wergil, zabieraj się stąd. Tylnymi drzwiami. I jak Boga kocham, nie pokazuj mi się więcej na oczy. Nie zapomnij kapelusza!

Jeden z mężczyzn noszących odznakę zastępcy chwycił filcowy kapelusz, który najpewniej więcej czasu spędzał w pudle niż na głowie właściciela i z uśmiechem go zgniótł. Chłopak trzęsącymi się dłońmi odebrał własność i, słaniając się na nogach, wytoczył tylnymi drzwiami.

Dwóch zastępców szeryfa o obliczach ludzi skorych do bitki natychmiast straciło zainteresowanie ofiarą. Szurając nogami, wychynęli na zewnątrz, obstawiając wejście do biura. Ze strzelbami w dłoniach leniwie wodzili wzrokiem za przechodniami. Nie przeszkadzało im to jednak od czasu do czasu zaglądać do wnętrza biura, na obcego w konfederackim płaszczu.

Błysk w oku zdradzał, że Frederick „Munny” Warren znalazł się w swoim żywiole. Kopnięciem popchnął krzesło ku przybyszowi, wskazując miejsce po przeciwnej stronie biurka.

– Poharatałeś Delorejów. Niezbyt mądrze. Masz jakieś imię, Johnny Reb[7]?

Miał bokobrody, ciemne przeszyte srebrnym włosem, teraz gniewnie nastroszone, przez co przypominał rozjuszonego rosomaka. Czubkiem palca podsunął zjeżdżające z nosa okulary. Przyjrzał się podwójnemu splotowi zdobiącemu rękawy konfederackiego płaszcza.

– Nie pytam z ciekawości, a dla ułatwienia rozmowy. Normalnie, niewiele by mnie to obchodziło, ale dzisiaj masz pecha.

Stróż prawa zmierzył obcego nieprzychylnym, taksującym spojrzeniem doświadczonego zabijaki.

– Zacznijmy raz jeszcze. Nazywam się Warren, ale zwykle ludzie mówią do mnie szeryfie. Pewnie ciężko teraz dostać pasujące do kompletu? – Wycelował palcem w przetrzebione mosiężne guziki kamizelki. – Przestaliście je produkować niedługo po tym, jak spuściliśmy wam łomot.

Mężczyzna w płaszczu kiwnął głową. Przygładził brodę, świdrując Warrena spojrzeniem. Szeryf poprawił okulary, nie odwracając wzroku. Rewolwerowiec uśmiechnął się cierpko.

– Abner Ephraim Ranoux.

Szeryf kiwnął głową.

– Słyszałem o tobie. A może raczej czytałem. Jak chyba każdy… Myślałem, że będziesz wyższy.

Zastępcy szeryfa zarechotali jak na komendę.

– Osobiście uważam te historyjki o tobie za kupę końskiego łajna. Ta o pociągu widmo – prychnął rozbawiony. – Pismaka mocno poniosło. Ale do rzeczy. To jest porządne miasto i nie potrzebujemy tu takich, do których jeszcze nie dotarło, że wojna się skończyła.

– Byłem pod Gettysburgiem[8]. Widziałem, jak się kończy.

Warren w milczeniu obrócił się do stojącej nieopodal kozy i zdjął z palnika dzbanek. Po chwili namysłu ustawił na biurku dwa emaliowane kubki. Zapachniało lekko przypaloną kawą.

– Ja też. Broniłem Wzgórza Cmentarnego, gdy wysłaliście na śmierć hordy tych waszych nieszczęśników.

Ranoux uśmiechnął się, choć paskudna blizna przecinająca twarz sprawiała, że bardziej wyglądało to na szyderczy grymas niż przyjazny gest. Szeryf ukrył twarz za kubkiem kawy.

– To było piekielnie długie tysiąc pięćset jardów – odparł obojętnie przybysz. – Pamiętam każdy krok, każdy lej, każdy rów. Pamiętam krzyk i gwizd kul. – Głos mężczyzny stał się chropowaty. – Wiesz, jak świszczą nadlatujące kartacze? – Południowiec sięgnął po kubek i pociągnął solidny łyk. – Brzmią jak jęk palonych w piekle dusz, Jankesie.

Odstawił prawie całkowicie opróżnione naczynie. Szeryf przygładził wąsy, kiwając porozumiewawczo na swoich ludzi. Dopiero teraz opuścili strzelby.

– Wojna się skończyła – powtórzył szeryf Warren. – Dla wszystkich.

– Tak mówią – zgodził się Południowiec. – Mam tu sprawę do załatwienia. Szukam kogoś – oznajmił Ranoux i rzucił na stół wyjęty zza pazuchy wymięty list gończy.

Warren przyjrzał się wizerunkowi utrwalonemu pomiędzy krzykliwym „Ścigany”, a działającą na wyobraźnię sumką. Odruchowo zerknął na ścianę upstrzoną podobnymi afiszami, ale nie znalazł duplikatu.

Pokręcił głową. Z uśmiechem błąkającym się wokół ust sięgnął do szuflady, wyciągając zaczytany egzemplarz powieści groszowej. Postrzępione kartki sterczały spomiędzy okładek.

– Przez chwilę myślałem, żeś przywlókł się tu, żeby zakatrupić jakieś monstrum – burknął, rzucając na stół sfatygowany egzemplarz taniej powieści, której bohater z okładki dziwnie przypominał Ranouxa. – Trochę mi ulżyło! Już się bałem, że jakieś piekielne wendigo[9] zalęg­ło się w tutejszych górach. Bo wiesz, akurat w dolinie coś ludzi mocno poszarpało.

Łowca nagród przeniósł spojrzenie z wymiętej okładki na list gończy.

– Nie pamiętam tego – zełgał gładko. – Nigdy nie wiem, co on tam wypisuje.

– Nie pamięta… – Szeryf parsknął. – A ten tu, chyba aż tak bardzo nie narozrabiał na tym łez padole. Inaczej jego gęba by szpeciła moją ścianę. – Zwrócił ogłoszenie łowcy nagród.

– Przyjrzyj się uważnie. Zabił trzech ludzi.

Strażnik poruszył się, zerkając na drabów stojących przy wejściu do biura. Obaj skupili swoją uwagę na plecach przybysza.

Warren nie dał się zepchnąć do defensywy. Zsunął okulary, spojrzał wymownie na grubasa. To wystarczyło, aby strażnik stanął prosto jak Bóg przykazał.

– Może zabił, może nie – odparł siwiejący stróż prawa. – Nie mam czasu na domniemania. Ktoś napadł na farmę. Straszna jatka. Do tego dwóch ludzi wykrwawiło się na śmierć, po tym jak ktoś ich pociął w zaułku. A na dokładkę właśnie zaczął się nasz doroczny festyn. – Szeryf huknął dłonią o blat biurka. – Masa przybłędów, farmerów z okolicznych dolin oraz czerwonoskórych ze swoimi squaw, skórami i kocami. Już jeden samosąd na czarnuchu się odbył, a zaraz będzie kolejny, dla odmiany na Indiańcu. Wybacz więc, ale twój chłoptyś i trzy obce trupy gdzieś daleko, nic mnie nie obchodzą.

Łowca nagród w milczeniu przyglądał się ciskającemu gromy mężczyźnie. Dopiero teraz zrozumiał, że to, co brał za obojętność, faktycznie było zmęczeniem.

– Jest tu jakiś porządny koński doktor?

– Langston. Prowadzi publiczną stajnię. – Warren opadł na fotel. – Załatw, co musisz, zaznaj północnej gościnności, zjedz placek i ruszaj w swoją stronę. Nie potrzeba mi tu dodatkowych kłopotów. – Uśmiechnął się krzywo, ale już bez nuty złośliwości. – Na twoim miejscu poszukałbym innego zlecenia. Gdzieś daleko stąd.

Ranoux nie odpowiedział. Złożył list gończy i ruszył do drzwi. Zerknął jeszcze na ślady krwi na podłodze i, patrząc strażnikowi prosto w oczy, splunął mu pod nogi.

Rozdział drugi

Na głównej ulicy nie było śladu po zbiegowisku. Krew zamieniła się w bure błocko. Wieści jednak się rozeszły. Ludzie kręcili się przy biurze szeryfa, to przystając, to pokazując sobie palcami okolicę, odpalali papierosy, czytali wspólnie gazetę. I wszyscy co do jednego zerkali z zainteresowaniem ku wejściu do urzędu. Usmarkane dzieciaki krążyły w bezpiecznej odległości, zezując na przybysza.

Mijani mężczyźni spoglądali z mieszaniną ciekawości, nienawiści i tego specyficznego rodzaju dystansu, który łatwo przemieniał się w tępy gniew. Niektóre kobiety chwytały swych partnerów mocniej pod rękę, inne odwracały oczy, ale wszystkie pąsowiały.

– Stój, Rosie. – Ściągnął wodze. Wierzchowiec zarea­gował natychmiast.

Ranoux zeskoczył z siodła, poklepał zwierzę po szyi i zawiązał rzemienie na belce przed wejściem do baru. Puszczając mimo uszu zaczepki dwóch miejscowych, przekroczył próg „Keystone Hall”, który równie dob­rze mógł być zakładem golibrody, a z halą miał tyle wspólnego, co kokota z mniszką.

Z miejsca uderzyła go gryząca mieszanina potu, alkoholu oraz dymu tytoniowego. Pomieszczenie było całkowitym zaprzeczeniem hali biesiadnej. Kilka stolików stłoczonych wokół żeliwnego pieca, pianino i podest, który z trudem można było nazwać sceną. Południowiec rozejrzał się, wyłapując uchem resztki rwanych rozmów.

Trzech starszych datą jegomości leniwie przerzucało się kartami przy bocznym stoliku. Przez chwilę przyglądali się nieznajomemu, błądząc spojrzeniem po pozostałościach oficerskich dystynkcji. Wymienili między sobą kilka uwag, by, kręcąc głowami, zaraz wrócić do rozdania. Kierujące się zawodowym poczuciem troski o klienta stojące na antresoli prostytutki wykazały nieco więcej zainteresowania. Dla równowagi, urzędujący za kontuarem mężczyzna w białym fartuchu komp­letnie zignorował nowego gościa. Ranoux bez wahania ruszył w jego stronę.

– Czego potrzeba?

– Piwo. I whiskey – zadysponował Południowiec. – W odwrotnej kolejności.

Barman spojrzał cierpko na rewolwerowca, na jego bliznę niknącą pod brodą. Na obszycia mankietów płaszcza i guziki kamizelki z wyświeconymi tłoczeniami CSA. Zmełł pod nosem przekleństwo i beznamiętnym ruchem zrealizował zamówienie. Nim cienkie piwo wypełniło gliniane naczynie, szklanka po whiskey była już osuszona.

– Należy się pięć centów za burbona, dwadzieścia centów za piwo i drugie tyle za straty moralne – oznajmił barman. – Razem pół dolara.

Ranoux upił łyk z wyszczerbionego kufla, spłukując smak podłej whiskey niewiele lepszym piwem.

– A cóż to za straty moralne?

Jeden z grających do tej pory mężczyzn podszedł do baru. Wsparł się łokciem o kontuar i, wymieniwszy z barmanem spojrzenia i gesty, złożył zamówienie.

Karta mu widać nie szła, postanowił więc się napić.

– Nasz William nie przepada za Południowcami – wyjaśnił. – Na tej piekielnej wojnie musieliśmy pochować zbyt wielu braci i kuzynów. Panie kapitanie. – Siwowłosy stuknął palcami w rondo spłowiałego kapelusza.

– Owszem. – Mężczyzna upił następny łyk, nie spuszczając wzroku z rozmówcy. Jak wielu weteranów także i ten miał włosy gęsto poprzetykane siwizną. Wyciągnął prawą dłoń.

– John H. Eicher, sierżant w czterdziestym czwartym z Illinois. Mój brat był po waszej stronie. Zginął pod Fredericksburgiem.

– Przykro mi. Kapitan Abner Ephraim Ranoux, służyłem pod Braxtonem Braggiem. – Uścisnął dłoń sierżanta.

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. W końcu Eicher cofnął się o krok, rzucił na kontuar pięćdziesiąt centów.

– Ja płacę za tego weterana. A nam do stołu daj jeszcze coś do przegryzienia. Kapitanie! – Skłonił się nieznacznie i chciał wracać do swoich towarzyszy, ale Ranoux go zatrzymał.

– Sierżancie, za tamte parszywe czasy. – Konfederat wzniósł toast i natychmiast go spełnił. Jego jankeski, czysty nowojorski akcent na moment wzbudził konsternację. Łowca stuknął wymownie w srebrny krążek na blacie kontuaru. – Kolejka dla wszystkich.

Skinął oszczędnie Eicherowi i jego kompanom. Tylko sierżant odwdzięczył gest, reszta wiarusów ostentacyjnie ignorowała konfederata.

– Szukam tu kogoś. – Wyłożył list gończy na blat. Jego głos na powrót stał się szorstki, nieustępliwy i podszyty francuskim akcentem. – Może też zszargał ci delikatne nerwy, co?

Barman leniwie przetarł kufel.

– Nie.

– Jesteś absolutnie pewien, czy tylko zgrywasz durnia?

William uśmiechnął się chytrze, zgarniając leżącą na blacie monetę.

– Kolejka zgodnie z życzeniem pana kapitana. I owszem, jestem absolutnie pewien.

Łowca nagród skrzywił się i z kuflem w jednej dłoni i afiszem w drugiej ruszył ku kobiecie siedzącej nad otwartą książką. Jedno spojrzenie na ciągi liczb oraz haseł zestawionych w ciasnych tabelach starczyło, by rozpoznać księgę rachunkową. Ranoux ponownie przyjrzał się kobiecie. Z metodycznym spokojem nanosiła kolejne wartości, kartkując kolejne kwity. Biła od niej pewność siebie wyrażająca się w koronkach, falbankach oraz głęboko wykrojonym dekolcie. Zdawało się, że z pełną premedytacją odsłaniała pokryte piegami oraz tatuażami ciało. Indiańskie wzory pokrywały policzki, kark oraz ramiona, niknąc w wycięciu dekoltu.

Ciekawe, ile kosztowała ją wolność…

Ranoux nie odpowiedział. Znał kilka historii uprowadzonych córek ranczerów. Żadna z nich, bez względu na finał, nie była tak naprawdę szczęśliwa. Nawet gdy Indianie sami z siebie pozwalali dziewczynie wrócić do swoich.

– Uszanowanie. – Trącił rondo kapelusza, kłaniając się sztywno. – Zamówiona kolejka obejmuje też tę uroczą damę. – Głos Ranouxa odzyskał na powrót ciepły tembr mieszkańców Południa. Kobieta przekrzywiła głowę, przypatrując się z zaciekawieniem byłemu kapitanowi konfederatów. Zamknęła rejestr kosztów, odsuwając księgę poza zasięg ręki nieznajomego.

– Will, dla mnie O.F.C – rzuciła beznamiętnie. – W szklance z lodem.

– Oczywiście, Jane.

– I na Boga, zrób wreszcie coś z tym pudłem! Znowu rzęzi. Lester miał to naprawić już dawno temu.

Barman nalał whiskey zgodnie z instrukcjami i, wycierając dłonie w krawędź fartucha, ruszył poskramiać pianino.

– Old Fire Copper. – Łowca pociągnął solidny łyk piwa, krzywiąc się nieznacznie. Było ciepłe i lurowate. – Nie sądziłem, że ktoś poza Kentucky to pije. A już na pewno nie kobieta.

– Za to Iron City żłopie każdy dziadyga z Północy – odparła, nie siląc się nawet na złośliwy uśmiech. Po chwili namysłu przepiła do Ranouxa. – Zawsze sądziłam, że mężczyźni z Południa są na tyle szarmanccy, by umieć się przedstawić w obecności damy.

Ranoux kiwnął głową. Wojna i lata na szlaku w pogoni za wszelkiej maści mętami zrobiły swoje.

– Zaiste. Abner Ephraim Ranoux.

– Jest pan sławny, kapitanie. Jane Oakley. – Uśmiechnęła się promiennie. – Opowieści o pana dokonaniach zna chyba każdy. Muszę przyznać, że nie spotkałam jeszcze żadnego Abnera.

– A ja i owszem, nawet kilka Jane.

– W takim razie myślę, że możemy pominąć kurtuazyjne formułki. Co o tym sądzisz?

– Myślę, że i tak moje zdanie nie ma tu znaczenia.

Kobieta ponownie się uśmiechnęła, unosząc szklankę do ust. Tym razem mniej kokieteryjnie.

– Słyszałam, jak mówisz przy barze. Zmieniasz akcenty niczym rękawiczki. Zupełnie nie brzmisz jak te dzikusy z Alabamy. I twoje oczy są dwukolorowe. – Zmarszczyła brwi i nos, przez co regiment piegów zmienił nieco swe rozlokowanie. – Nie jesteś chory? Jak chcesz mogę cię przebadać. Albo kazać, by któraś z moich dziewczynek to zrobiła.

Jane była piękną kobietą w nieokreślonym wieku. Jedną z tych, które bez trudu potrafią złamać serce każdego mężczyzny. Takie kobiety zwykle wspominało się, zachodząc w głowę, czemu w kluczowym momencie zabrakło odwagi oraz mądrości do podjęcia lepszej decyzji. Ranoux wydobył list gończy, podtykając papier kobiecie pod nos.

– Czy rozpoznajesz tego człowieka?

Odsunęła się, ignorując afisz i z cierpkim uśmiechem zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów. Szybko wstała, chwyciła pod łokieć i pociągnęła w kierunku parkietu.

– Zatańczmy! – Ścisnęła go mocno za dłoń, ciągnąc ku sobie. Pachniała owocami i alkoholem. – Klient ma swoje prawa – rzuciła w pustkę za plecami Ranouxa. Dopiero teraz obejrzał się przez ramię, dostrzegając tłoczących się przy wyjściu obdartusów.

– Wyobraź sobie muzykę, przybyszu – szepnęła mu do ucha, wymuszając taneczny krok. – Albo ci pod drzwiami narobią głupstw i poleje się krew.

Południowiec mruknął pod nosem, pozwalając prowadzić się kobiecie. Hołota przy wejściu zarechotała obleśnie w reakcji na dowcip opowiedziany przez jednego z nich. Jane wyczuła napinające się mięśnie Ranouxa.

– Dbam o swój biznes. – Obróciła się w zgrabnym piruecie, łopocząc falbankami zielonej sukienki. – A strzelaniny źle służą interesom.

Chwycił ją w pasie, pozwalając dłoni ześlizgnąć się na jej krągłą pupę.

– Biznes się kręci?

– Ta mieścina, panie kapitanie, wbrew pozorom oferuje wszelkie, nawet najbardziej wyuzdane przyjemności oraz wygody. – Jane mrugnęła porozumiewawczo. – Mamy tu francuskiego krawca, białe obrusy w jednej z restauracji, lód wykorzystywany do drinków i bodaj najbardziej luksusowe dziwactwo, o jakim świat słyszał: stół bilardowy. I jeszcze pawie. Łażą i użyźniają ogród burmistrza.

Zawirowali w obrocie niepasującym do żadnej sali balowej innej niż barowej. Brzegi spódnicy uniosły się, odsłaniając smukłe łydki.

– Nie wiem, gdzie się zatrzymał – szepnęła, gdy ich twarze były blisko siebie. – Był tu raz, rozpytywał się jak i ty. Dlatego zapamiętałam… Z tyłu jest drugie wyjście.

Zawahał się, zerkając w stronę przejścia prowadzącego na zaplecze, gdzie dobijano mniej oficjalne interesy. Poganiacze bydła rozproszyli się pomiędzy stolikami. Ranoux skinął kobiecie zdawkowo.

– Dziękuję, ale wyjdę tak jak wszedłem.

Ledwie odstąpił od Jane, draby zastąpiły mu drogę jak na zawołanie. Podpici kowboje i robotnicy rolni, w większości młokosy z ledwie sypiącym się wąsem, uśmiechali się wyzywająco. Południowiec odwrócił głowę, spoglądając na barmana, ale ten nie zamierzał interweniować.

Ranoux poczuł dopadające go znużenie. Obrazy przemknęły przed oczyma: parne letnie noce w Luizjanie; setki mil przebytych przez spalone słońcem Wyoming. Upał na pustyni, mgły nad bagnami, skrzący się lodem śnieg. Poznał to wszystko podczas wielu lat wędrówki. Przymknął oczy.

– Z drogi.

Uderzyła go fala zjadliwego śmiechu, doprawiona mdlącym odorem przetrawionej cebuli i alkoholu. Któryś z młodych charknął, prowokacyjnie spluwając pod nogi Ranouxa. Brud ich ubrań zlewał się z brudem wżartym w skórę. Wyglądali na mętów, lubujących się w sprawianiu ludziom kłopotów.

– Wynocha, przybłędo!

Był to jeden z tych trwających w nieskończoność momentów. Łowca uznał, że nie ma nic do powiedzenia. Bezceremonialnie wyrżnął pierwszego z brzegu. Nim zaatakowany zdążył się pozbierać, zgiął się wpół powalony drugim uderzeniem, gruchoczącym żebra. Kop okutego buta powalił draba na dechy baru. Za plecami Południowca zawrzało. Trzasnęły obalane krzes­ła. Ktoś krzyknął niezrozumiale, zgrzytnął zamek pośpiesznie dobywanego rewolweru.

Łowca nagród odwrócił się ku opryszkom, wyszarpując rewolwer. Lewa dłoń opierała się na rękojeści drugiego bębenkowca, nadal spoczywającego w kaburze. Ranoux pokręcił znacząco głową. Docisnął obcasem powalonego. Plujący krwią obszarpaniec zawył boleśnie.

– Sfajdali się w gacie – zahuczał sierżant Eicher, stając w progu pomiędzy konfederatem a chłystkami. Pomimo jowialnego tonu oczy mężczyzny błyszczały ze strachu. – Jak matulę kocham, co to się dzieje teraz z tymi młodymi. Poniechaj, kapitanie. Nie godzi się strzelać do podpitych szczeniaków.

Zaszurały krzesła. Weterani, do tej pory zapatrzeni w karty dźwignęli się, kiwając głowami Eicherowi. Każdy z wiarusów był pod bronią. To zupełnie pozbawiło awanturników rezonu. Spoglądając po sobie, cofnęli się w głąb baru. Łowca mrugnął do stojącej przy kontuarze Jane i wyszedł na zewnątrz. Koń prychnął na widok właściciela.

– Czy wiecie, obszczymury, kogoście zaczepili? – huknął ze środka Eicher. W głosie starszego mężczyz­ny pobrzmiewał na równi strach, gniew oraz szacunek.

Ranoux nie słuchał dłużej. Wiedział doskonale, jaki bę­dzie finał tego przedstawienia. Wskoczył na konia i poczłapał w górę ulicy, możliwie jak najdalej od baru i pode­nerwowanego głosu emerytowanego sierżanta.

– Samego Abnera Ephraima Ranouxa, Rzeźnika z Shiloh – mruknął, słysząc gładki, nowojorski akcent Ignacego.

– Półpacierza. Sława cię przegania, kapitanie – prychnął Polak.

– Zamknij się! – warknął gniewnie.

Przechodnie oglądali się, spoglądając na gadającego do siebie, siwiejącego mężczyznę w spłowiałym konfederackim płaszczu. Ot, kolejny obłąkany cień wojny. Takich lepiej unikać, nie patrzeć im w oczy i nie prowokować. Widma ludzi stawiające się ponad życie innych były nieobliczalne oraz skore do walki. Mimo to, kilku obdartusów splunęło na jego widok.

***

Hotel „Szara Przepiórka” sąsiadował z budynkiem stacji dyliżansu. Zszarzała biel elewacji współgrała z prostą bryłą budynku, zapowiadając funkcjonalność i umiarkowane ceny. Wkoło kłębili się liczni przechodnie, konni, wozy drabiniaste oraz automobile napędzane ogniwami apeironu. Nasilony festynem zgiełk miasta przyprawiał o zawrót głowy.

Zostawił konia przy koźle, zdjął siodło i, zarzuciwszy je sobie na ramię, przekroczył próg. Rozejrzał się po schludnym holu oraz przyległej recepcji, odruchowo sięgając po kieszonkowy zegarek. Wskazówki nieubłaganie wskazywały dawno minioną godzinę trwogi. Nie potrafił przypomnieć sobie, kiedy spoglądanie na zamarły czasomierz stało się nawykiem. W tarczy wciąż tkwił niewielki odłamek, ale to nie on zatrzymał mechanizm.

– Mogę w czymś pomóc? Potrzebna restauracja? Mamy też otwartą łaźnię.

Niski mężczyzna pojawił się znikąd, nie dając przybyszowi satysfakcji z użycia dzwonka portierskiego. Precyzyjnie ułożone włosy oraz wypielęgnowany wąsik współgrały z uporządkowanym wnętrzem hotelu. Ranoux nie miał wątpliwości, że rozmawia z właścicielem.

– Chciałbym pokój.

Liliput zastrzygł wąsem niczym szczurzy król, postukał dłonią w otwarte strony rejestru i po raz wtóry uważnie popatrzył na rozmówcę. Westchnął wymownie, ale szybko zmitygował się, pozwalając profesjonalizmowi wygrać nad uprzedzeniami.

– Szczęśliwie ostatnio nam się zwolnił jeden pokój. Płatne z góry – dodał pospiesznie. – Gość nie zapłacił za dwie doby.

Właściciel „Szarej Przepiórki” odwrócił rejestr, wskazując palcem nazwisko przekreślone czerwoną kreską, opatrzone równie czerwoną adnotacją o braku zapłaty. Ranoux od niechcenia spojrzał na księgę meldunkową i błyskawicznie przesunął palcem po kolumnach. Zgodnie z przypuszczeniami, Jim Bunting nie zameldował się dzień wcześniej, ani w żaden inny sposób nie zdradził swojej obecności.

Ale mógł tu być – pomyślał Ignacy.

– Zaiste – zaśmiał się Ranoux, wpisując swoje nazwisko, ignorując skonsternowaną minę hotelarza. Nie miał pewności, czy człowiek, którego tropił jest w mieś­cie. Z drugiej strony, Nowe Narakort odległe od dużych metropolii oraz uczęszczanych szlaków nie rzucało się w oczy. Tu łatwo było się zamelinować lub wykorzystać miasto jako odskocznię do dalszej ucieczki. Jeżeli wskoczył do pociągu do Yumy, mógł być już w połowie drogi do Arizony. A to oznaczało, że…

– Mała zmiana planów. – Odwrócił się do właściciela hotelu. – Skorzystam z łaźni. Cena nie gra roli, dob­ry człowieku. Oczywiście w granicach rozsądku, albo różnicę dopłacę ołowiem. – Uśmiechnął się złośliwie.

– Oczywiście. – Właściciel „Szarej Przepiórki” wyszczerzył się przymilnie. – Pokój na górze. Do łaźni korytarzem w głąb i w lewo. Na mydle nie trzeba oszczędzać. Dla gości usługa jest w cenie. Inni muszą dodatkowo dopłacić – wyjaśnił pospiesznie.

Południowiec przez chwilę przyglądał się wystrojonemu Chińczykowi, schodzącemu z piętra z miną króla na włościach. Cuchnął alkoholem i tytoniem. Minął rewolwerowca, rzucając wyzywające spojrzenie. Ranoux zignorował zaczepkę.

– W takim razie ma być balia z gorącą wodą. I jak macie, to brzytwa, lustro i butelka burbona. Potrzeba mi… odpoczynku.

– Oczywiście.

Drzwi zamknęły się za Chińczykiem. Hotelarz wyraźnie odetchnął z ulgą, poprawiając nerwowo przylizane włosy.

– I jeszcze jedno. – Położył srebrną monetę na kontuarze i przez chwilę szukał w pamięci nazwiska człowieka sugerowanego przez szeryfa. – Niech ktoś odprowadzi mojego konia do Langstona. Rachunek proszę przysłać tutaj.

– Oczywiście. – Hotelarz skwapliwie zgarnął zapłatę. – Siodło i resztę rzeczy zabiera pan do pokoju czy zostawi w przechowalni?

– Pokój.

– Doskonale.

Właściciel zniknął równie nieoczekiwanie, jak się pojawił. Tym razem jednak sztuczce towarzyszył dźwięk dzwonka, który ściągnął do holu młodzika w wykrochmalonej koszuli i przydużej kamizelce. Chłopak musiał przysłuchiwać się całej rozmowie, bo bez słowa wybiegł z budynku i po chwili już odprowadzał Rosie do stajni.

Ranoux leniwym krokiem ruszył korytarzem do ­łaźni. Na jego widok bury kocur, wylegujący się do tej pory na fotelu, poderwał się na cztery łapy, jakby pogłaskał go sam diabeł. Gniewny syk przeszedł w nienaturalny skrzek, dobiegający z samego dna kociego jestestwa. Łowca zdążył przywyknąć do histerycznej reakcji kotów na jego widok. Mimo to, ilekroć widział nerwowo obnażane kły oraz pazury czuł nieprzyjemny dreszcz.

Pomiędzy myślami mężczyzny rozlał się podszyty kpiną głos Polaka:

Lecz wprzód zostaniesz na ziemi upiorem

I trup twój, z grobu wyłażąc wieczorem,

Pójdzie nawiedzać krainę rodzinną[10].

– Przysięgam, gdy się od ciebie uwolnię, znajdę jakiegoś poetę. Znajdę jakiegoś cherlawego, załzawionego gnojka i przykładnie zatłukę – rzucił groźnym tonem.

Ignacy miał denerwujący zwyczaj wymądrzania się, co Abner szybko nauczył się ignorować. Niezmiennie jednak irytowała go maniera komentowania rzeczywistości za pośrednictwem fragmentów wierszy. Zwykle jedynym sposobem, aby stłumić napór romantycznego patosu, było bezceremonialne obsobaczenie.

Ciesząc się chwilą ciszy we własnej głowie, pchnął drzwi prowadzące do łaźni. Ciepła, pachnąca mydlinami kałuża wylała się przez framugę. W przebieralni było pusto. Na środku wyłożonego cegłą i kamieniami pomieszczenia znajdował się nieduży odpływ, a obok czekały cebry z wodą i lichy zydel.

Abner rozebrał się do rosołu. Z każdą ściąganą warstwą ubrań czuł coraz większe swędzenie skóry i drażniący odór potu. Przyjrzał się sobie w dużym lustrze. Kiedyś mógł uchodzić za przystojnego mężczyznę. Nim na jego ciele pojawiła się długa szrama ciągnącą się od obojczyka przez szyję, aż do szczęki. Przed kleksami zrośniętej skóry, znaczących ukąszenia karabi­nowych kul kalibru .69 cala. Przed śladami sinych blizn pozostałych po pchnięciach bagnetów i oficerskiej szabli na udach oraz brzuchu. Nim ciało oplotły żmijowate sznury nieczytelnych symboli, zapętlających się na piersi w koncentryczny wzór talizmanu hoodoo.

– Wyglądam jak trup – mruknął. – Jak ocaleni z obozu w Andersonville[11].

– Pomyśl, jak ja bym wyglądał – głos Ignacego bez trudu przecisnął się przez gardło. Brzmiał prawie szelmowsko. Abner wiedział, że to pozory. Nie chciał przywoływać myśli Polaka, potrzaskanych widm wspomnień z ostatniej sekundy sprzed uderzenia kuli armatniej. Mimo to poczuł palący ból rozdzieranego ciała. Ranoux ostrożnie przysiadł na zydelku, schował głowę w ramionach i chlusnął wodą. Dla pewności opróżnił jeszcze jedno wiadro.

Trzymając pasy z bronią w jednej dłoni, a lichy ręcznik w drugiej, ruszył na poszukiwania balii. Trafił do nisko sklepionego pomieszczenia z żeliwnym piecem, od którego biło przyjemne ciepło. Wokół rozstawiono cztery pokaźne kadzie.

Jedna z nich była zajęta.

Łowca przyjrzał się mężczyźnie z cygarem w zębach, rozpartemu w jednej z balii.

– Woda jest świetna – oznajmił nieznajomy. – A te maleństwa trzymają ciepło, jak panna dziewictwo. – Umilkł, jakby dopiero teraz dostrzegł przybysza. – Do kroćset! Człowieku, wyglądasz jak mapa cierpienia.

Nieznajomy z niezdrową fascynacją przyglądał się bliznom pokrywającym ciało weterana. Poniewczasie pojął gafę i bąknął niewyraźne przeprosiny. Abner westchnął, gdy uzmysłowił sobie, że żadna balia nie jest dostatecznie daleko. Od sąsiada oddzielał go wąski pas ceglastej posadzki, zydel oraz do połowy opróżniona flaszka burbona. Nie rozpoznał etykietki, ale nie spodziewał się cudów. Grunt, że ciecz miała odpowiedni kolor.

Bez namysłu zanurzył się w parującej wodzie. Ledwie oparł się o zagłówek, a poczuł jak rozluźniają się napięte mięśnie. Miodowy blask lampy naftowej koił nerwy, a ciepło usypiało. Powieki opadły, niosąc obietnicę wytchnienia.

– Stiepan Aleksandrowicz Lebiediew – przedstawił się sąsiad.

Nim zdążył do końca przeanalizować znaczenie wypowiedzianych słów, umysł Kreola zamienił się w kłębowisko jadowitych myśli.

Patrz – oto żołdak Moskal z kopiją przyskoczył

I krew niewinną mego narodu wytoczył.

Cóżeś zrobił, najgłupszy, najsroższy z siepaczy![12]

Abner z trudem powstrzymał się od śmiechu.

Skąd wiesz.

Może nie jest lojalistą.

Kpina odbiła się od litego pancerza kulturowych oraz politycznych uprzedzeń Ignacego. Rosjanie doprowadzali zazwyczaj spokojnego Polaka do białej gorączki. Gorzej reagował tylko na Prusaków i nie miało znaczenia, czy był to potomek najemnika heskiego, imigrant w drugim pokoleniu, czy świeżo przybyły emigrant z Europy. Gdy Ignacy słyszał „Otto” lub „Friedrich” jego towarzysz jedynie dzięki wieloletniemu treningowi oraz sile woli, był w stanie powstrzymać rękę sięgającą po broń.

Południowiec z ociąganiem otworzył oczy i zerknął na natręta. Ku jego zdziwieniu, ten przechylał się przez krawędź balii, podając szklankę wypełnioną trunkiem. Sięgnął po grubo rżnięte szkło, czując w nozdrzach przyjemny, słodkawy zapach.

– Nu – mruknął Rosjanin, z przymilnie ponaglającą miną.

– Abner Ephraim Ranoux – odrzekł i lekko uniósł szkło w geście oszczędnego toastu. – Kapitan wojsk Konfederacji w stanie spoczynku – dodał łagodniej.

Oblicze Rosjanina rozpromieniło się w jednej chwili. Zamaszyście zasalutował swoją szklanką, rozlewając przy tym część trunku.

– Pli!

Abner jednym haustem przełknął trunek, a Ignacy zagotował się raptownie.

Tylko Rosjanin może krzyczeć „ognia!” wznosząc toast!

– Och, na litość boską, zamknij się – warknął gniewnie Ranoux. Natychmiast zrozumiał gafę i spojrzał na skonfundowanego sąsiada. Wykonał uspokajający gest.

– Gadałem do siebie – bąknął, pomstując w myślach na Polaka.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu, delektując się smakiem alkoholu. Południowiec wyciągnął się wygodnie, błądząc wzrokiem po suficie. Ze zdziwieniem zauważył, że pomiędzy belkami nie ma pajęczyn. Odwykł od takiej czystości. Mimowolnie wzdrygnął się na myśl o pluskwach kryjących się w materacach hotelowych łóżek.

– Ten Ranoux? – zapytał Lebiediew.

– Bardzo możliwe.

Rosjanin zamyślił się, zerkając z ukosa na sąsiada. W końcu sięgnął ku zydlowi skrytemu po drugiej stronie balii. Łowca odruchowo drgnął, pozwalając dłoni opaść na rewolwer. Lebiediew dostrzegł ten ruch i w pokojowym geście uniósł cygaro w jednej ręce, a w drugiej kieszonkowe wydanie powieści „Gambit umarlaka”. Tandetny tytuł został wypisany czcionką, której krój miał imitować formę listu gończego.

– Ten Abner Ranoux?

Południowiec parsknął pod nosem, kręcąc głową w niedowierzaniu. Ilekroć wydawało mu się, że już przywykł do taniej sławy bohatera tanich historyjek, tylekroć ktoś go zaskakiwał w najmniej odpowiednim miejscu. Do długiej listy dołączyła właśnie wanna.

– Kolejna opowiastka Zacka?

Lebiediew zaśmiał się radośnie.

– Tak! Simon Zack! Utrzymuje, że poznał pana osobiście i spisuje historie poznane przy kielichu.

Ranoux mimowolnie uśmiechnął się do wspomnienia poczciwego pisarza, poznanego którejś nocy w Memphis.

– Wendigo na oczy nie widziałem – skłamał gładko. – A czerwonoskórzy to przyzwoici, choć nerwowi ludzie. Ale widzę, nie wygram z tym szaleńcem.

Rosjanin przeniósł niepewne spojrzenie z książki na żywą legendę Dzikiego Zachodu, którego przygodami ekscytowała się połowa znanego mu świata.

– Chce pan powiedzieć…

– Mówię tylko, że Jehowa przy następnym potopie posłuży się nie wodą, lecz papierem.

Przez chwilę trwali w ciszy, kontemplując kojące od­dzia­ływanie gorącej wody w baliach wykładanych miedzia­ną blachą oraz woalu pary.

– Wie pan co to za święto? – zapytał spod wpółprzymkniętych powiek Ranoux.

– Festyn – odrzekł Rosjanin. Na chwilę zniknął za obłokiem cygarowego dymu. – Bywam tu niemal co rok. Ilekroć nadchodzi czas tego ich Święta Nocy, mam wrażenie, że nawet okoliczne zakazane mordy obowiązkowo się kąpią.

– Święto Nocy?

Lebiediew wyjął cygaro z ust i lekko dmuchnął w żar.

– Ano. Nazwa jak nazwa – odparł w zadumie. – Lepsze to niż Święto Dyni. Reszta taka sama, jak wszędzie: tańce, alkohol, ciasto i dobry czas dla sprzedawców.

– Dziwna ta nazwa – mruknął Ranoux. – Jakaś lokalna tradycja?

Na litość boską…

Ignacy nawet nie próbował ukrywać niechęci wobec Rosjanina. Abner wiedział, że gdyby choć na moment stracił kontrolę nad sobą, Polak sprowokowałby strzelaninę.

– W sumie, święto jak święto. – Rosjanin uzupełnił zawartość szkła. – Jestem tu czwarty raz i zauważyłem, że na fiestę przyjeżdżają nawet ci, co mieszkają daleko, u stóp gór. Cała okolica, jak na komendę, wali do miasta, jakby od tego zależało ich życie. Podobno wszystko to na cześć jakiegoś zapomnianego bożka czerwonoskórych – dodał, rozbryzgując wodę dłonią. – Jak dla mnie to brednie, mające napędzić sklepikarzom głupców. Ale co tam! Jest muzyka, alkohol, stoły z jedzeniem i kramy ze wszystkim, co tylko sobie, gaspadin, wydumasz. Gliniany gwizdek w kształcie kury? Jest. Plecione kosze? Owszem. Indiańskie paciorki też. Są i spryciarze wystawiający piryt jako złoto i szurnięci bajarze wystający po skrzyżowaniach – prychnął, kręcąc głową.

– Burbon też pewnie jest, co? – Perspektywa kupienia kilku flaszek na zapas wydała mu się całkiem rozsądna.

– Ano. Ale co ja tam wiem. – Rosjanin chlupnął wodą na swój niedźwiedzi tors. – Jestem tylko aptekarzem uzupełniającym zapasy. Godnym pożałowania mieszczuchem w kraju dzikich – zaśmiał się pod nosem.

– Zapasy?

– A tak. O tej porze roku warto nazbierać niektórych ziół. Wiesz ty, gaspadin Ranoux, czym jest medycyna spagiryczna?

– Coś słyszałem. Takie dorzucanie mistycyzmu do maści na lumbago.

Aptekarz zaśmiał się serdecznie, mało nie topiąc cygara.

– Blisko. Ale proszę, nie wypowiadaj tu na głos słowa mistycyzm.

– Bo?

– Miejscowi są bardzo przewrażliwieni. Nawet ten ich kaznodzieja, swoją drogą do rany przyłóż człowiek. Jak tylko powiesz coś, co kojarzy się z czymś niezbadanym, to ludzie natychmiast robią się strasznie nerwowi. Widziałem, jak jeden zrobił znak krzyża, gdy dowiedział się, że do chleba dodano garść kminku.

– Może boją się diabła? Nie wszyscy ufają okładom z liści na krwawiące rany. Moja babka, choć światła kobieta, z niedowierzaniem patrzyła na medyka, gdy przepisywał smarowidła. Wyznawała zasadę, że i kaszel można potraktować rozgrzanym żelazem.

Rosjanin zaśmiał się radośnie.

– Kiedyś rozmawiałem z tutejszym konowałem. Nieborak blisko rok żył o chlebie i wodzie, bo miejscowi woleli sami się leczyć, niż kupować u niego medykamenty. Nie to, by po roku nagle mu interes rozkwitł. Ale w końcu coś tam zarobił.

– To czemu nie wyjechał?

Wzruszył ramionami.

– Po tej waszej wojnie sporo felczerów błąkało się z wozami, podając za doktorów. Jest poszukiwany w dwóch stanach. Lepsza bieda na wolności niż stryczek. Zresztą, zna się na fachu, zęby też leczy. Ot, ludziska musieli się przekonać, że to nie drugi Borg.

– A ten, to co za jeden?

Lebiediew zachichotał.

– Wszyscy o nim mówią. – Stuknęli się szkłem. – Podobno ma dwie głowy i zionie ogniem z tyłka. Straszą nim małe dzieci.

– Mówisz pan, żeś aptekarz. I zioła nocami zbierasz, raz do roku…

– Owszem. Położenie planet oraz księżyca ma wpływ na działanie medykamentów. Ludzie chętnie płacą za cuda.

– Cuda, których nie ma. Kwiat paproci też pan ucierasz do maści na trypra?

Stiepan Aleksandrowicz Lebiediew zaciągnął się cygarem, wpatrując się w rozkołysany w szklance alkohol. Wydął w końcu mięsiste usta, wbijając wzrok w rewolwerowca.

– W świecie materialnym tkwią strzępy Woli. Albo jak wolisz boskie cząstki, odpryski boskiej praiskry – rzekł z emfazą Lebiediew. – Czekają one na uwolnienie i powrót do Niego, prawdziwego Boga. Świat, cała materia i ludzie powstali w rezultacie kosmicznej pomyłki. Tworząc świat, Bóg musiał najpierw się wycofać, by dać mu miejsce. W powstałej pustce, tam, gdzie Bóg skruszał sam w sobie, narodziła się ciemność i my. Jesteśmy emanacją woli, a zarazem braku Boga, demiurga. Nazwij go jak chcesz, nie ma to znaczenia. Ludzie, jego dzieło, to nasienie zła.

– Z tym się zgodzę.

– Tylko część duchowa, iskra, dusza, jaźń nieprzemijająca mają wartość pozytywną. Jej resztki tkwią w świecie jak potrzaskane szkło. Iskra musi przejść długą drogę do wyzwolenia ze świata.

Ranoux zaśmiał się gorzko. Całkiem dobry burbon nagle nabrał smaku piołunu. Tak jak Polak nie mógł ścierpieć Rosjan, tak Południowiec nie potrafił zdzierżyć religijnych mistyków.

– A co, jeśli Boga nie ma? – mruknął, dopijając resztę trunku.

– Co przez to rozumiesz?

– Sam powiedziałeś, że wszystko bierze się od upadku Boga, że nasz świat to najniższa emanacja jego istnienia…

– No tak…

– A co, jeśli on się nie podniósł? Padł trupem, a ty i twoi konfratrzy próbujecie zbierać szczątki martwego olbrzyma?

Zaskoczony Rosjanin nie potrafił ukryć zdziwienia. Abner uśmiechnął się blado, unosząc dłoń.

– Tak tylko gadam. Kiepski ze mnie teolog.

– A ja uważam, że ty, gaspadin Półpacierz, mówisz jak człek uczony w mowie i piśmie. – Rosjanin rozlał resztkę trunku. – Religia to filozofia, a filozofia to rzecz dla ludzi inteligentnych. Wypijmy. Niełatwo deliberować o ważnych sprawach tego świata, siedząc o suchym pysku z gołym tyłkiem w lodowatej wodzie. – Choć uśmiechał się szelmowsko, w jego głosie zadźwięczała zadra. – Będę się żegnać, muszę w spokoju ducha przemyśleć nasz dyskurs. A i pan ma co robić w poszukiwaniu boskiej iskry. – Kiwnął głową w kierunku posłańca, stojącego w progu łaźni. – Niemniej, jutro chętnie wrócę do naszej pogawędki…

– Nie wiem, czy to będzie możliwe.

– Zapewniam, że będzie – odparł stanowczo Rosjanin. – Zajdzie pan tylko pod ten adres. – W jego dłoni pojawił się kartonik, który wylądował obok opróżnionej butelki. – To dyskretne miejsce, gdzie można zapalić dobre cygaro i pograć w karty o wysokie sumy bez obawy, że ktoś strzeli w plecy z okazji wygranej. Ale nie jest to miejsce, gdzie można ludzi dręczyć pytaniami, jeśli wie pan, co mam na myśli.

Łowca w milczeniu patrzył, jak Rosjanin niepewnie wychodzi z balii i krokiem pingwina drepcze do szatni.

***

Z namysłem rozłożył kartkę, odczytując po raz kolejny lakoniczną wiadomość loży. Czasy się zmieniły, ale ludzkość ani o jotę. Nawet loża była pełna zadufanych w sobie głupców. Przez takich właśnie karierowiczów, od pokoleń trwali w stagnacji. Każda zmiana, każde działanie stanowiące postęp, było duszone w zarodku. Postęp dla niektórych był groźny, ponieważ mógł oznaczać ukrócenie intratnych interesów, których sieć szczelnie oplatała kontynenty.

Rację miał ojciec, gdy porzucał rodową spuściznę, skupiając się na przyziemnych machinacjach finansowych. „Loża to tylko fasada dla mennicy” – mawiał. Najlepszym tego dowodem była zawrotna kariera Johna D. Rockefellera. Loża dbała, loża doradzała, a złote dziecko z przypadku pomnażało zyski ludzi pozostających w cieniu.

– Już niedługo – syknął, wpatrując się w retorty. Cynkowe rurki pokrywały ścianę, a w znajdującym się poniżej zbiorniku z wolna skraplała się brunatna ciecz. Odkrycie apeironu odwróciło bieg dziejów, ale lożę interesowały tylko zyski i wpływy, jakie dzięki jego zastosowaniu mogła uzyskać.

– Pazerni głupcy – prychnął, otwierając dziennik pozostający w rodzinie od czasów przybycia do Nowego Świata. Apeiron był znany od starożytności, ale mylnie uważano, że stanowi pierwiastek czysto teoretyczny, będący składową sił kosmosu. W częściowo przeszklonej bańce bulgotała brejowata ciecz. Sprowadzenie szlamu z Wełtawy kosztowało krocie, ale jego specyficzny skład chemiczny przyspieszył badania.

Z lubością kartkował wyświechtany dziennik. To, co jeszcze wiek wcześniej uchodziło za czary, za szatańskie konfabulacje strzeżone histerycznie przez przodków, dzisiaj przepisywał na nowo, ubierając we wzory i opisując liczbami.

Wsłuchany w szum krystalizatora wertował pamiętnik Nathaniela Borga, czarownika oraz czciciela diabła, spalonego jeszcze na Starym Kontynencie. W końcu dotarł do luźnej stronicy, która jako jedyna nie była zapisana pochyłym pismem wielkiego przodka. Najwyraźniej karta musiała pochodzić z jakiegoś zapomnianego kodeksu. Zdobienia oraz tekst, naniesiony przed wiekami drżącą dłonią mnicha, były częściowo zatarte, ale to nie świątobliwe ostrzeżenia przed diabłem były istotne.

Obrócił kartę, sunąc palcem wzdłuż linii zagnieceń i po chwili zaczął ją metodycznie zaginać, stopniowo dopasowując kolejne elementy układanki. Rozsiane, przypadkowe kreski oraz plamy dla postronnego obserwatora mogące wyglądać jak zwykłe zabrudzenia, zaczęły składać się we wzór.

Krok po kroku, z chaosu wyłonił się sferyczny diagram, zwany drzewem Qliphoth. Aż westchnął, gdy udało mu się odczytać ukrytą wiadomość. Głęboko w głowie usłyszał głos dziadka rozwodzącego się nad sitra achra – siłami przeciwnymi Bogu. Anthony zadrżał na wspomnienie wykrzywionego irytacją oblicza starego Borga, zżymającego się na ludzką ignorancję.

– Gdyby tylko ci wszyscy udający światłych, ci idioci podający się za wiedzących, ci durnie kupczący strzępami Sztuki odczytali prawdziwe znaczenie – mruknął. – Gdyby tylko…

Utkwił wzrok w więźniu, usiłującym wcisnąć się w najdalszy kąt.

„Błędy zostały popełnione”, takimi słowy ojciec żeg­nał się z rodową spuścizną badań nad prawdą świata, poświęcając swój czas powiększaniu rodzinnej fortuny. Dom, wzniesiony z dala od miasta miał być niedostępny dla postronnych. Górujący nad okolicą niczym śred­niowieczny widmo zamek, miał narzucać dominację Borgów i zniechęcać ciekawskich.

– Błędy zostały popełnione – rzekł na głos. – Nie wszyscy są posłuszni wrodzonym odruchom. Zaprawdę, podziwiam tę cechę w ludziach, choć jest zgubna.

Dzieciak, który miał czelność zakraść się na teren posiadłości, tkwił w zardzewiałej psiej klatce. Anthony Francis Borg, ostatni męski potomek długiej linii alchemików oraz czarowników, wykrzywił usta w złoś­liwym uśmiechu.

– Ci wszyscy durnie dużo by dali, żeby to zobaczyć!

Poczuł przyjemny dreszcz, czując jak duch dziadka przemawia przez niego, zachęcając do czynu. Otarł mięsiste usta dłonią i pełnym namaszczenia gestem zgiął ostatni fragment pożółkłej stronicy, wydobywając w migotliwym świetle lampy pełnię diabelskiego wzoru służącego przywoływaniu demonów.

– Odkąd demony nie są zapraszane, przychodzą same – szepnął, usiłując spojrzeć przez wzór w głąb zimnej pustki wszechświata. – Potrzebują jedynie bramy.

Przesunął ostrożnie palcem po sferach symbolizujących demoniczne zależności. Przez chwilę spoglądał na wzór, naiwnie czekając na sygnał obecności wyższego bytu. Jednak szybko zganił się w myślach. Pożeracz Dusz nie przybywał na wezwanie każdego, nawet włas­nych synów. „Pan czasu oraz przestrzeni, Pierwszy potrzebuje zachęty”, głos dziadka w głowie Anthony’ego zabrzmiał wyraźnie i stanowczo. Alchemik ponownie spojrzał na bezbronnego więźnia. Poczuł przyjemne ciepło rozlewające się po całym ciele – wiedział już, co zrobi ze wścibskim smarkaczem.

– Wszystko w swoim czasie – rzekł na głos, śledząc reakcję dziecka, które unikało jego spojrzenia, kuląc się z przerażenia w kącie. Mag uśmiechnął się przyjacielsko, wykrzywiając pokrytą zmarszczkami twarz, sycąc się wyraźnie wyczuwalnym strachem małego obdartusa.

– Wszystko w swoim czasie – powtórzył, dyscyplinując umysł. – Najpierw obowiązki. Błędy. Zostały popełnione błędy. Trzeba je skorygować. Błąd jest grzechem.

Schował ostrożnie kartę do dziennika, skupiając uwagę na niewielkim pudełku, w którym umieścił część machinerium. Otwarcie bramy, ostateczne ujarzmienie potęgi apeironu wymagało czasu oraz spokoju. Wymagało także kompletu pieczęci. Stworzenie nowej zaś było bardzo kosztowne, choć nie tak, jak odzyskanie pierwowzoru.

Mrucząc i kiwając głową, zaczął spisywać krótką wiadomość, jaką zamierzał wepchnąć w trzewia martwego ciała. Istnieje wiele rodzajów magii, ale nic nie może równać się z potęgą słowa. Trzeba jedynie umieścić w umyśle człowieka odpowiednie wyrażenie i czekać, aż pajęczyna strachu zacznie oblepiać jaźń ofiary.

Anthony Francis Borg uśmiechnął się jadowicie.

[1] Fikcyjna kraina stworzona przez pisarza W. Faulknera, położona w północnej części stanu Missisipi. Tutaj także nazwa rzeki.

[2] Cyprian Kamil Norwid, Pierścień Wielkiej Damy.

[3] Juliusz Słowacki, Balladyna.

[4] Adam Mickiewicz, Sonety odeskie.

[5] Adam Mickiewicz, Dziady cz. III.

[6] CSA: Confederate States of America – Skonfederowane Stany Ameryki

[7] Potocznie: żołnierz Konfederacji. Natomiast żołnierze Północy byli przezywani Billy Yank.

[8] Najkrwawsza bitwa wojny secesyjnej, po której Południe utraciło inicjatywę.

[9] Groźny demon z indiańskich wierzeń.

[10] George Gordon Byron, Giaur, tłum. Adam Mickiewicz.

[11] Cieszący się złą sławą obóz jeniecki dla żołnierzy Południa.

[12] Adam Mickiewicz, Dziady, część III.