Pokój 706 - Levenson Ellie - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Pokój 706 ebook i audiobook

Levenson Ellie

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

18 osób interesuje się tą książką

Opis

Poznajcie Kate. Zapytana o to, co jest dla niej najważniejsze, bez chwili zawahania odpowiedziałaby: moje dzieci. Mój mąż. Ponieważ kocha swoje życie. Kocha je, kiedy do późna w nocy szyje strój dla dziecka na Światowy Dzień Książki, kocha, kiedy przeczesuje sklep w poszukiwaniu dokładnie takich bułek, jakie lubią jej dzieci, kocha je w szaleńczym biegu między pracą a domem, ale jednocześnie próbuje całkowicie nie zatracić siebie w tym wirze. I znajduje sposób, by to osiągnąć. Raz na kilka miesięcy wykrada parę chwil, kiedy może być sobą. Kiedy nikt niczego od niej nie chce. Kiedy oczekuje się od niej tylko jej ciała. Kiedy uprawia seks z mężczyzną, którego ledwie zna, w anonimowych przestrzeniach. Nie do końca rozumie, dlaczego to robi – wie tylko, że to pozwala jej pozostać przy zdrowych zmysłach. Bez oceniania.

Czy to co robi, jest naprawdę złe? Niektóre kobiety mają jogę. Ona ma romans.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 374

Data ważności licencji: 2/6/2030

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 46 min

Lektor: Agnieszka Postrzygacz

Data ważności licencji: 2/6/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Room 706

Projekt okładki: Karolina Żelazińska-Sobiech

Redaktorka inicjująca: Katarzyna Lipnicka-Kołtuniak

Redaktorka prowadząca: Aleksandra Janecka, Magdalena Zabrocka

Redakcja techniczna: Grzegorz Włodek

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Redakcja: Kamil Kowalski

Korekta: Barbara Milanowska, Aleksandra Zok-Smoła (Lingventa)

© 2022 by Ellie Levenson

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2026

© for the Polish translation by Katarzyna Bieńkowska

ISBN 978-83-287-3569-9

MUZA SA

Wydanie I 

Warszawa 2026

–fragment–

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz

I tak się właśnie kończy świat

Nie hukiem, ale skomleniem.

T.S. Eliot, Wydrążeni ludzie*

* * *

Sonder (rzeczownik) – uświadomienie sobie, że każdy przypadkowy przechodzień wiedzie równie intensywne i złożone życie jak my – ma swoje ambicje, przyjaciół, swoje nawyki, zmartwienia i dziwactwa. To cała epopeja, która niezauważenie rozgrywa się wokół nas, niczym mrowisko rozciągające się głęboko pod ziemią, z siecią skomplikowanych korytarzy wiodących do tysięcy innych ludzkich istnień, o których nigdy nie będziemy mieli pojęcia, a w których być może pojawimy się zaledwie raz jako statyści popijający kawę na drugim planie; niewyraźna smuga samochodów śmigających autostradą albo oświetlone okno po zmroku.

John Koenig, Słownik nieoczywistych smutków

Rozdział 1

13:05 Pokój 706

Kate oparła się w hotelowym fotelu. Zegar na półce przy łóżku wskazywał, że dopiero minęła trzynasta, co oznaczało, że miała jeszcze około godziny, zanim będzie musiała opuścić pokój. Naprzeciwko fotela stał mały podnóżek z taką samą tapicerką, a na nim leżało hotelowe menu. Kopnięciem strąciła je na podłogę i wyciągnęła nogi, poczuwszy napięcie w łydkach. Kiedy zadarła stopy w górę, poodpryskiwany burgundowy lakier na paznokciach u nóg rozbłysł, odbijając światło ściennych lamp, a jej nagie uda były ściśnięte w wąskim fotelu. Czuła, że policzki ma zaróżowione. Słyszała szum prysznica w łazience i wiedziała, że James właśnie starannie zmywa z siebie wszelkie jej ślady. Na pewno przywiózł w małej skórzanej kosmetyczce własny żel do kąpieli o jakimś męskim zapachu. Pomyślała, że łatwo byłoby kupować mu prezenty. Lubiłby eleganckie męskie gadżety – drewniane pudełeczka, skórzane teczki, spinki do mankietów.

Kate nie przywoziła własnego żelu do kąpieli, kiedy się spotykali. Lubiła używać hotelowych kosmetyków. W ciągu kilku ostatnich lat pokochała hotele, z tą ich firmową troskliwością. Podobało jej się nawet w bliżej nieznanych trzygwiazdkowych przybytkach, z których zwykle korzystali, gdzie w holu widniały afisze z informacjami na temat wyjazdów integracyjnych dla pracowników korporacji i seminariów, jak choćby: „Autentyczne zarządzanie: apartament Eden”. Dziś natomiast znajdowali się w lepszym hotelu, odległym o jedną zaledwie przecznicę od Tamizy.

To James zawsze rezerwował pokoje. Kate wiedziała, że zwykle robił to za pośrednictwem strony internetowej, która specjalizowała się w wynajmie pokojów na godziny w ciągu dnia. Kate nie znała nazwy tej strony, zawsze jednak myślała o niej jako o fuck.com. Od czasu do czasu trafiały się tam korzystne oferty w nieco bardziej luksusowych, usytuowanych w lepszym miejscu hotelach, takich jak ten, przyciągający turystów i zakochane pary na krótki wypad do Londynu z innych części kraju, a także osoby podróżujące służbowo i korzystające z funduszu reprezentacyjnego.

Oprócz seksu właśnie te darmowe kosmetyki do higieny osobistej były w tym wszystkim najlepsze. Gdyby Kate była w podróży służbowej, czułaby się w obowiązku zgarnąć te małe buteleczki do torebki i zabrać do domu dla Annie, której kolekcja, zasilana głównie przez Vica, rzadko trafiała do łazienki, stanowiła natomiast podstawę ulubionej zabawy jej córki w „laboratorium naukowe”, która polegała na tym, żeby raz po raz ustawiać buteleczki zgodnie z wielkością lub kolorem i łączyć ich zawartość, tworząc różne mikstury.

Ponieważ jednak Kate nie była w podróży służbowej i nie mogła zabrać do domu niczego, co by sugerowało, że przebywała w hotelu, sama czerpała przyjemność z wykorzystania do ostatniej kropelki żelu pod prysznic, szamponu i balsamu do ciała z maleńkich buteleczek, czasami nawet dwukrotnie myjąc włosy, żeby wszystko zużyć.

Dlatego właśnie nie miała nic przeciwko temu, że James zawsze pierwszy brał prysznic i wychodził. W jego terminarzu rzadko było więcej niż parę wolnych godzin. Po jego wyjściu Kate nieśpiesznie rozkoszowała się spokojem. Brała kąpiel albo prysznic, jeśli akurat nie było wanny, a potem na krótko kładła się jeszcze na łóżku, żeby leniwie odtworzyć w głowie wszystko, co właśnie robili, czasami nawet znów doprowadzała się do orgazmu, nastawiwszy budzik, by mieć pewność, że nie zaśpi i zdąży odebrać dzieci ze szkoły. Choć i tak po seksie z Jamesem zapadała najwyżej w krótką drzemkę. Zostawiał ją wyczerpaną, a jednocześnie całkowicie obudzoną.

Kate czuła się trochę obnażona, siedząc tak nago w fotelu. Po sześciu latach tych spotkań co kilka miesięcy była przy Jamesie fizycznie zrelaksowana, a podczas seksu pozbawiona zahamowań i w pełni swobodna. Później jednak, kiedy on był już ubrany i przełączał się z powrotem na bardziej sztywny, oficjalny tryb, zaczynała czuć się skrępowana swoją nagością.

Podniosła z podłogi dużą poduszkę. Leżało ich tam całe mnóstwo. Zrzucili je z łóżka zaraz po przyjściu do tego pokoju. Poszewki zostały specjalnie zaprojektowane dla tej sieci hoteli, a logo wydrukowano z przodu każdej z nich czcionką, która wyglądała jak haft. Kate przytuliła poduszkę do siebie, dzięki czemu skutecznie się zasłoniła. Teraz, kiedy nie byli już skupieni na dawaniu sobie nawzajem przyjemności, słyszała odgłosy miasta przez grube hotelowe okna, nieustanne dudnienie helikopterów i wycie syren.

James wystawił głowę zza drzwi łazienki. Energicznie wycierał się ręcznikiem, ciało miał już właściwie suche, ale woda lśniła na jego krótko przyciętych, szpakowatych włosach. Miała ochotę wyciągnąć rękę i znowu go dotknąć, ale po tym, jak wziął już prysznic, dotykanie nie wchodziło w grę. Przed wyjściem z pokoju usuwali wszelkie ślady swoich wzajemnych kontaktów.

– Wszystko w porządku? – zapytał. Kate uśmiechnęła się i kiwnęła głową, a on znów zniknął w łazience.

Na biurku obok fotela leżał pilot do telewizora, a przy staroświeckim telefonie małe pudełeczko z wzorem brytyjskiej flagi oraz bloczek papieru i długopis z hotelowym logo. Kate sięgnęła po pudełeczko i otworzyła je. W środku był ręcznie napisany liścik, rzekomo od kierownika hotelu. Dla naszych Drogich Gości – w podziękowaniu, że zatrzymali się Państwo właśnie tutaj. Pod liścikiem znajdowały się dwie czekoladowe trufle. Kate wzięła jedną, ugryzła ją, po czym chwyciła pilota i wycelowała go w telewizor zamontowany na ścianie nad biurkiem.

Był włączony już od paru minut, z przyciszonym dźwiękiem, i ustawiony na kanale całodobowych wiadomości, ale Kate w swoim postorgazmicznym upojeniu w większości je ignorowała. Później, w drodze do domu, być może zacznie czuć się winna i będzie musiała się postarać, żeby zachowywać się normalnie, kiedy odbierze dzieci ze szkoły i ponownie zanurzy się w życiu rodzinnym, na razie jednak nie mogła powstrzymać się od uśmiechu. Dojadła nadgryzioną czekoladkę i znów wyciągnęła się w fotelu, opierając stopy na podnóżku. Słyszała, że James myje zęby w łazience.

Jej uwagę przykuło parę słów z telewizyjnych wiadomości. Wydawało jej się, że słyszy „Londyn” i „hotel”. Jakkolwiek brzmiały te słowa, wystarczyły, by wstała i skupiła się na ekranie.

– O kurwa!

Rozdział 2

Wcześniej tego samego ranka

Gdyby ten poranek był dziesięć lat wcześniej, zanim Kate miała dzieci, które trzeba zawozić tu i tam w odpowiednich strojach, o odpowiedniej godzinie i z odpowiednim drugim śniadaniem, zapewne ubierałaby się i szykowała do wyjścia znacznie dłużej. Ale dziś nie miała na to czasu. Zdążyła jedynie wyjąć z szafki w łazience lepszy żel pod prysznic i użyć go zamiast tego paskudztwa o słodkim zapachu arbuza i ananasa, który wyciskało się z bladoróżowej buteleczki w kształcie syrenki, i tyle. Włosy zabezpieczyła czepkiem kąpielowym, który wyglądał tak, jakby należał do bohaterki jakiejś wiktoriańskiej książki z obrazkami. Wiedziała, że po południu i tak je umyje.

– Potrzebujemy więcej bułek – powiedział Vic, kiedy Kate weszła do kuchni, i podał jej herbatę w kubku z napisem „Najlepszy tato na świecie”. – Wystarczyło ich na dzisiejsze drugie śniadania, ale na jutro już nie ma.

Kate skwitowała to kiwnięciem głowy. Nie wiedziała, dlaczego jej dzieci żywiły patologiczną niechęć do zwykłych kanapek, z radością natomiast pałaszowały bułki.

– Jakie masz plany na dziś? – zapytał Vic.

– Przeprowadzam wywiad z psycholożką do artykułu, który piszę. O śnie i zdrowiu psychicznym.

– Gdzie się spotykacie? W jakimś eleganckim lokalu?

– Muszę jeszcze sprawdzić, gdzie dokładnie – odparła Kate lekko. – Ale to chyba nic specjalnego. Jakaś kawiarnia w okolicach Waterloo, o ile pamiętam.

Kłamstwa przychodziły jej tak łatwo.

– Nie chciałaś załatwić tego wirtualnie? – zapytał Vic. Wiedział, jak lubiła pracować z domu, kiedy tylko mogła, korzystając z luksusu ciszy i spokoju.

Kate wzruszyła ramionami. Lubiła trzymać się jak najbliżej prawdy.

– Babka przyjechała na jeden dzień do Londynu, więc uznałam, że spotkamy się osobiście. A tak w ogóle to twój. – Kate podsunęła mu kubek. Dzieci kupiły mu go na Dzień Ojca parę lat temu. No, Kate go kupiła. Była zachwycona, kiedy znalazła go w sklepie z upominkami przy London Bridge, ujął ją ten „tato” wśród innych w wersji „tata”, „ojciec” i „tatuś”.

– Kocham cię na tyle, żeby pozwolić ci go używać – rzucił Vic przez ramię, idąc na górę, żeby też wziąć prysznic.

Kate wzięła śniadaniówki dzieci i włożyła do nich bułki z serem, które przygotował Vic. Wyjął też dla nich po paczuszce prażynek i jogurcie, ale zapomniał, że Annie lubi tylko malinowy. Kate zamieniła jogurt, dołożyła im jeszcze po jabłku i nalała wody do ich bidonów.

A potem szybko pokroiła kilka marchewek i ziemniaków, wyjęła z lodówki saszetkę z gotowym bulionem i udka kurczaka i wrzuciła to wszystko do wolnowaru. Dodała jeszcze garść kaszy jęczmiennej. I tyle. Otworzyła listę zakupów w telefonie i dopisała kaszę jęczmienną i bułki pod papierem toaletowym i ketchupem. Kurczaka powinno się najpierw podsmażyć, ale nie było na to czasu, no i nie chciała cuchnąć olejem. Poza tym ten obiad był tylko dla nich – nie musiał być idealny.

Tego ranka najwięcej czasu zajęło jej odnalezienie w stosie czystego prania skarpetek do pary dla dzieci. Była zgrzana i udręczona, zanim wreszcie udało jej się jakieś znaleźć, a potem jeszcze nakłonić wiercące się dzieci do ich włożenia.

– Zaraz musimy wychodzić! – zawołała Kate z kuchni, gdzie korzystając z lustra przyklejonego do wewnętrznej strony drzwiczek szafki z talerzami oraz z pęsety z apteczki, wyrywała właśnie niesforny pojedynczy włosek brwi, który wyrósł w nocy. Jej słowa wcześniej niż ona dotarły do salonu, w którym dzieci siedziały po obu krańcach kanapy, dotykając się stopami, i oglądały filmik o amerykańskiej rodzinie ze środkowego zachodu, która też szykowała się do szkoły. – Zęby. Buty.

– Nie możemy, mamusiu. Ashleigh nie dokończyła jeszcze jeść swoich płatków Golden Nuggets – powiedziała Annie.

– Która to Ashleigh? – zapytała Kate.

– Ta dziewczynka.

Na ekranie rudowłosa dziewczynka, mniej więcej dziesięcioletnia, w baseballówce i ogrodniczkach, włożyła właśnie do buzi łyżkę płatków śniadaniowych. Kate przesunęła nogi dzieci, usiadła między nimi i zaczęła wkładać im buty.

– Wygląda więc na to, że Ashleigh spóźni się dziś do szkoły, co?

– Oj, mamusiu, to jest odcinek sprzed kilku miesięcy. – Annie popatrzyła na nią z politowaniem.

Dzieci uwielbiały tę rodzinę i z fanatyczną skrupulatnością oglądały ich filmiki. Pięciu synów i córka, wszyscy niebywale grzeczni, samodzielnie wkładający buty, a ich rodzice co tydzień mieli wolny wieczór tylko dla dwojga i nosili takie same piżamy.

– Zresztą Ashleigh nie chodzi do szkoły.

– Nie?

– Nie, mama i tato uczą ją w domu, a po południu codziennie chodzą do lasu i mają lekcje na świeżym powietrzu. Możemy też tak robić?

– Nie. Tu nie ma żadnego lasu. A ja nauczyłam cię już wszystkiego, co wiem.

– Wszystkiego? – Annie spojrzała na nią z powątpiewaniem.

– Tak.

– Ale ja mam dopiero siedem lat.

– Wiem.

Annie milczała przez chwilę, zanim znów się odezwała.

– Mamusiu, tęsknię za Puszkiem.

– Wiem, skarbie. Ale wieczorem znowu go zobaczysz. Wracając ze szkoły, wstąpimy do kliniki i zabierzemy go do domu.

Puszek był królikiem Annie, a nazwała go tak, kiedy był małą puszystą kuleczką. Pojawił się w domu w dzień piątych urodzin Annie, chociaż bynajmniej nie był prezentem urodzinowym. „Zwierzęta to nie są prezenty na urodziny czy na Gwiazdkę”, tłumaczyli jej Kate i Vic. „Zwierzęta to duża odpowiedzialność, a nie zabawka czy chwilowy kaprys. Tak więc to tylko zbieg okoliczności, że ten króliczek, którego zamierzaliśmy kupić i o którym tak marzyłaś, zamieszkał z nami w dniu twoich urodzin”. Natomiast całe wyposażenie dla króliczka doskonale nadawało się już na podarunek urodzinowy, toteż klatka i miseczki do karmienia zostały ładnie zapakowane i umieszczone wraz z innymi prezentami Annie.

W tej chwili króliczek był na badaniach w klinice weterynaryjnej w związku z nawracającymi infekcjami dróg moczowych. Zważywszy, że Annie ostatnio ignorowała Puszka, po tym, jak parę miesięcy temu ugryzł ją w palec, Kate lekko się zdziwiła, że córeczka w ogóle spostrzegła jego nieobecność.

To był udany poranek. Nikt nie krzyczał. Nikt nie wpadał w histerię, ponieważ chciał sweter wkładany przez głowę, a nie rozpinany. Nikt nie odmawiał zjedzenia śniadania, chociaż Lenny ledwie tknął swoje płatki, co Kate zauważyła, kiedy wygrzebywała łyżką skawalone resztki, żeby wyrzucić je do śmieci, zanim wstawi miseczkę do zmywarki. Dziewięcioletni Lenny przechodził, jak się zdawało, trudny okres, jeśli chodziło o jedzenie. Zdarzały się dni, kiedy pałaszował za dwóch, pochłaniając dwie porcje płatków i tosta na dokładkę, a na drogę do szkoły przemycając jeszcze kilka ciasteczek zbożowych. Ale zdarzały się również takie, kiedy nie jadł właściwie nic. Kate też nie miała dziś ochoty na śniadanie. Była zbyt zdenerwowana.

Zmywarka okazała się pełna czystych naczyń. Kate zamknęła ją z powrotem i wstawiła miseczkę do zlewu, przepłukała ją pobieżnie, po czym stanęła u podnóża schodów i krzyknęła Vicowi: „Do zobaczenia potem!”.

Vic pracował w literackiej organizacji charytatywnej, która łączyła przedsiębiorców dysponujących funduszami na zakup książek ze szkołami, które ich potrzebowały. To była duża zmiana w stosunku do jego wcześniejszej kariery w usługach finansowych, ale lubił spokojną atmosferę w biurze, jak również poczucie, że robi coś dobrego dla świata. No i dostawali gratis książki dla dzieci – półki w pokojach Annie i Lenny’ego uginały się pod nimi. Zazwyczaj Vic wychodził do pracy o wcześniejszej porze, ale dzisiaj miał dentystę o dziesiątej.

Droga do szkoły przebiegała bez większych wyzwań. Był listopad, ale nieszczególnie zimny. Lenny i Annie biegli przodem, a Kate wlekła się dziesięć metrów za nimi. Od czasu do czasu wołała: „Poczekajcie na przejściu”, chociaż oni wiedzieli, jaka jest umowa, i czekali sami z siebie, a potem znów pędzili do przodu, gdy przeszli przez jezdnię.

A potem jeszcze pocałunki na pożegnanie: w czubek głowy Lenny’ego, który zaczął się wzbraniać przed publicznym okazywaniem uczuć przez mamę, i cmok w usta Annie, która wciąż się tego domagała. A potem szybkie: „kocham cię” do każdego z nich, pomachali sobie i dzieci przebiegły przez szkolną bramę.

Kate oddaliła się spod szkoły zdecydowanym krokiem. Gdyby zwolniła, choćby trochę, ktoś by na pewno próbował wciągnąć ją w rozmowę, pytając, czy zgłosiła się na opiekunkę najbliższej wycieczki, ciekawiąc się, jakie mają plany na weekend, albo narzekając na błędy nauczycieli popełnione przy poprawianiu prac domowych. Otuliła się ciaśniej szalikiem, pozdrowiła skinieniem głowy rodziców zmierzających ze swoimi dziećmi w stronę bramy i odeszła pośpiesznie. Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że Vic miał wizytę u dentysty na tyle późno, że zdążyłby jeszcze odprowadzić dzieci do szkoły. Zdusiła irytację na myśl, że mógł się cieszyć leniwym porankiem, być może znajdzie czas, żeby przystrzyc sobie brodę, a potem spokojnie wypić kawę, słuchając podcastu. Biorąc pod uwagę jej własne plany na dziś, nie miała prawa się wściekać, ale i tak ją to ubodło.

Szybkim krokiem spod szkoły na dworzec szło się dziesięć minut, stamtąd jechało jeszcze pół godziny pociągiem, żeby dostać się do centrum Londynu z ich niezbyt modnej podmiejskiej dzielnicy. Zazwyczaj Kate lubiła sobie poczytać w pociągu, ale dzisiaj jakoś nie mogła się na niczym skupić. Kiedy wysiadła na Waterloo, miała jeszcze czterdzieści pięć minut do spotkania z Jamesem.

Zajrzała do minimarketu na stacji, żeby zobaczyć, czy mają bułki, ale zostały tylko takie z ziarnami, a tych Annie z całą pewnością by nie tknęła. Kate wyjęła telefon i napisała wiadomość do Vica. Widzę same bułki, które Annie uzna za „ble”. Możesz kupić jakieś? W odpowiedzi przysłał jej kciuk w górę, ale wiedziała, że wracając z pracy, pewnie kupi po prostu paczkowane bułki ze sklepiku koło domu. Nie były świeże, a Kate wzdrygnęła się na myśl, ile tam jest ulepszaczy wypisanych na opakowaniu. Nie powinno się przecież dodawać barwników spożywczych do bułek. Nastawiła sobie powiadomienie w telefonie, żeby nie zapomnieć, że sama musi jednak poszukać jakichś porządnych.

Postanowiła kupić sobie wrapa z kurczakiem na lunch. Zawsze po seksie była strasznie głodna. Lenny miał po szkole iść się pobawić do swojego kolegi, Henry’ego, ale powinna wybrać jakąś przekąskę dla Annie. Zatrzymała wzrok na ciasteczkach owsianych i winogronach, ale ostatecznie ich nie wzięła. Jeśli zjawi się w hotelu objuczona zakupami, będzie miała poczucie, że jej życie rodzinne za bardzo wkracza w tę drugą, sekretną sferę. Kupi je później, wracając do domu.

Kate udała się do luksusowej drogerii, która również mieściła się w hali dworcowej. Ta część zawsze przyprawiała ją o zdenerwowanie. Starała się sprawiać wrażenie, jakby zaszła po prostu po szampon albo płyn do demakijażu, znalazła alejkę wciąż nazywaną uroczo „planowanie rodziny” i wzięła paczkę prezerwatyw i tubkę lubrykantu. Kate szczerze wątpiła, czy można kupować prezerwatywy i nie czuć się przy tym jak nastolatka. Z ulgą stwierdziła, że wśród większych opakowań są też trzypaki – nie znosiła wydawać pieniędzy na coś, co i tak wyrzuci w hotelu. Wszystkie paczuszki prezerwatyw były w plastikowych pudełeczkach z etykietami antykradzieżowymi, co oznaczało, że musiała podejść do kasjerki, żeby je kupić, zamiast skorzystać z kasy samoobsługowej.

Jestem dorosłą kobietą, powtarzała w myślach raz po raz, przez cały czas trwania transakcji. Jestem dorosłą kobietą. Jestem dorosłą kobietą.

Gdy już wyszła z dworca, zasiadła z filiżanką cappuccino w kawiarni na parterze biurowca naprzeciwko hotelu. Ze stolika przy oknie widziała wejście do hotelowego foyer, minipalemki w gigantycznych donicach po obu stronach obrotowych drzwi i portiera ubranego dość nieprawdopodobnie – w krótką czerwoną marynarkę ze złotym szamerunkiem, trwającego na posterunku z wózkiem bagażowym u boku. Dwoje względnie młodych ludzi z wielkimi plecakami przymierzało się właśnie do przejścia przez obrotowe drzwi i Kate patrzyła, jak portier gestem odsyła ich do otwieranych na zewnątrz drzwi hotelowego baru, a oni odmownym machnięciem ręki dziękują mu za propozycję pomocy z bagażem.

Była już kiedyś w tym hotelu, brała udział w konferencji dla kobiet w mediach i wiedziała, że na pierwszym i drugim piętrze są sale konferencyjne. Ale sypialni nigdy nie widziała.

James miał się tam zjawić o 10.30, a potem przysłać jej numer pokoju, w którym ona do niego dołączy, tak jak to zwykle robili. Jej telefon zapikał dokładnie o umówionej porze. Kate wstała, dopiła kawę, włożyła do ust wyjętą z torebki miętówkę, wzięła swój płaszcz z oparcia krzesła i dopiero potem odczytała wiadomość. Trochę się spóźnię, będę przed 11. Westchnęła, usiadła z powrotem i wyjęła laptopa.

Próbowała wykorzystać ten czas, żeby poczytać coś jeszcze przed swoim wywiadem z psycholożką. Naprawdę miała go przeprowadzić, to akurat nie było kłamstwem. Tyle że miał się odbyć jutro, przez telefon, i musiała się jeszcze do niego przygotować. To był prawdziwy luksus móc drążyć głębiej takie fascynujące tematy. Dlatego właśnie krótko po zakończeniu drugiego urlopu macierzyńskiego z radością przyjęła pracę redaktorki w „Ukrytej Głębi”, gazecie znajdującej się gdzieś w pół drogi między ilustrowanym magazynem a czasopismem naukowym, reklamowanej jako pismo Dla kobiet, które są bystre, acz zmęczone. Do zadań Kate należał mentoring młodszych dziennikarek, reprezentowanie pisma na rozmaitych konferencjach branżowych oraz pisanie jednego długiego artykułu do co drugiego numeru. Doskonale mogła zajmować się tym między odprowadzaniem dzieci do i ze szkoły, zwłaszcza że większość pracy wykonywała w domu.

Trudno było natomiast skoncentrować się na artykule dotyczącym aplikacji z medytacjami wyciszającymi przed snem, jednocześnie czując ekscytację i co chwila zerkając na wejście do hotelu. James najwidoczniej wszedł do środka, kiedy akurat nie patrzyła, bo nagle zaskoczyło ją kolejne piknięcie telefonu. Pokój 706.

Rozdział 3

14:07 Pokój 706

Najwyraźniej James usłyszał z łazienki okrzyk Kate. Wszedł do pokoju, jedną ręką przytrzymując ręcznik, którym był owinięty w pasie, w drugiej zaś ściskając szczoteczkę do zębów.

– Napuszczam ci wody do wanny. – Podążając za wzrokiem Kate, spojrzał na ekran telewizora i wypuścił z rąk zarówno szczoteczkę, jak i ręcznik.

– O kurwa! – powtórzyła raz jeszcze.

Oboje wpatrywali się w ekran.

Kate miała poczucie, że pędzi do góry na ogromnym rollercoasterze, a narządy wewnętrzne podjeżdżają jej do gardła i zaraz je zwymiotuje. Wzięła głęboki wdech. To z pewnością jakiś żart. Jakieś ćwiczenia ewakuacyjne czy coś takiego.

– Czy to na pewno my? – James podszedł bliżej do telewizora i nachylił się do ekranu.

– Tak mi się zdaje – odparła Kate, upuszczając poduszkę na ziemię i podchodząc nago do swojej torebki leżącej koło drzwi.

Wyjęła z niej telefon. Alert wiadomości na blokadzie ekranu głosił: Poważny incydent w londyńskim hotelu. Kate zrobiło się niedobrze. W ustach wciąż czuła smak dopiero co zjedzonej czekoladki. Dopiero po drugiej próbie udało jej się odblokować telefon, ręce tak jej się trzęsły, że za pierwszym razem wciskała nie to, co trzeba. Wiadomości z ostatniej chwili okraszono zdjęciem ich hotelu, na którym było widać wyraźnie gigantyczne donice i różowe światełka za szybą baru. Kate wystarczająco się napatrzyła na fasadę budynku, czekając rano na Jamesa, żeby rozpoznać go bez cienia wątpliwości. A teraz przed budynkiem stał kordon policyjny i migały dziesiątki niebieskich świateł.

Kate czytała pośpiesznie. W hotelu w centrum Londynu doszło do poważnego incydentu, jak ustalono, grupa uzbrojonych mężczyzn przejęła budynek. Dalsze doniesienia w tej sprawie już wkrótce. Żołądek jej się ścisnął. To się działo naprawdę.

Pokazała swój telefon Jamesowi, który na swoim własnym przeglądał wiadomości na innej stronie, używającej tego samego zdjęcia.

– Może to nie tutaj – powiedział James. – To mógłby być każdy hotel, one wszystkie wyglądają tak samo. To może być w ogóle zdjęcie stockowe. Usłyszelibyśmy jakieś hałasy, gdyby coś takiego działo się tutaj.

– Myślisz? Jesteśmy na siódmym piętrze.

Kate znów spojrzała na ekran telewizora. Nadawany na żywo materiał filmowy pokazał na chwilę zbliżenie na fasadę hotelu i ponownie zobaczyła te minipalemki w ogromnych donicach.

– To tutaj – powiedziała. – Jestem pewna.

U dołu ekranu pojawił się pasek informacyjny: Uzbrojeni napastnicy opanowali londyński hotel. W środku znajdują się setki uwięzionych ludzi. Są już doniesienia o pierwszych ofiarach.

Kate zaczęła chodzić tam i z powrotem, przenosząc wzrok to na swój telefon, to znów na telewizor. Czuła łomot własnego serca. Oddychaj, powtarzała sobie, po prostu oddychaj.

– Kurwa, James. I co my teraz zrobimy? Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę. Może dziennikarze wyolbrzymiają całą sprawę, bo akurat nie mają żadnych innych ważnych wiadomości. To pewnie tylko jakiś drobny incydent w foyer albo przed wejściem, a oni rozdmuchali to ponad miarę. – Nawet w jej własnych uszach nie zabrzmiało to przekonująco. – Może powinniśmy po prostu teraz stąd wyjść. Całe wieki potrwa, zanim dotrzemy do domu, jeśli zamkną ulice i dworce. Myślisz, że moglibyśmy po prostu wyjść, znaleźć jakieś tylne drzwi czy coś? – Kate zawiesiła niepewnie głos, zanim jeszcze dokończyła to pytanie.

Dostrzegła w lustrze swoje nagie ciało. Jej sukienka leżała na podłodze obok łóżka. Kate schyliła się po nią i włożyła ją przez głowę, mimo że cała lepiła się od potu, płynów ustrojowych i lubrykantu.

Pasek u dołu ekranu wciąż się przesuwał: Potwierdzamy poważny stan zagrożenia. Będziemy udostępniać najnowsze informacje w miarę ich otrzymywania.

James patrzył na schemat wyjścia ewakuacyjnego oprawionego w ramkę przy drzwiach. Pokazywał on pokoje na ich piętrze oraz najbliższe wyjścia. Kate podeszła do Jamesa i też przyjrzała się rysunkowi. Hotel zbudowano na planie prostokąta z korytarzami po obu stronach, a pośrodku znajdował się wewnętrzny dziedziniec z ogrodem i barem na tarasie. Pokoje od zewnętrznej strony, takie jak ten ich, wychodziły na ulice wokół hotelu. Te po drugiej stronie korytarza wychodziły na wewnętrzny dziedziniec i pokoje naprzeciwko.

Windy i schody tworzyły hole pośrodku obydwu korytarzy, tego od frontu i tego od tyłu, a po bokach znajdowały się dodatkowe schody i windy towarowe.

James wskazał je na planie.

– Musielibyśmy przedostać się do jednych z tych schodów – oznajmił. – A potem albo zejść na dół do foyer, albo wspiąć się na dach.

– Pod warunkiem, że tam nie byłoby uzbrojonych ludzi pilnujących wyjścia – odparła Kate. – Cholera, James, to naprawdę nie jest ryzyko, które gotowa jestem podjąć.

– No tak, racja.

– I to naprawdę już wszystko? – zapytała Kate. – Nie ma innych możliwości?

Czuła mrowienie w rękach i nogach, powoli ogarniające także jej głowę. Miała wrażenie, że zaraz zemdleje. Cofnęła się na środek pokoju i oparła o biurko, znowu spoglądając na telewizor, w którym pokazywano właśnie mapę centralnego Londynu. Położenie ich hotelu zaznaczono czerwonym kółkiem.

– Nie ruszam się stąd – oznajmiła Kate. – Oni mogą być na korytarzu tuż za drzwiami. Nie mamy jeszcze wystarczających informacji.

– To wyłącz, kurczę, dźwięk – wybuchnął James, podchodząc do niej.

No jasne. Nie pomyślała o tym. W ogóle nie była w stanie trzeźwo myśleć. Dźwięk telewizora byłby oczywistą wskazówką, gdyby ktoś sprawdzał, które pokoje są zajęte. Znalazła pilota i wyciszyła dźwięk.

– Przepraszam.

– Ja też. – James wziął głęboki wdech i przeczesał sobie palcami włosy. – Cholera, Kate, to jest… – Zawiesił głos.

– Tak – powiedziała Kate.

Przez chwilę milczeli. Warkot helikopterów wydawał się coraz bliższy. To nie helikoptery, uświadomiła sobie Kate, tylko woda lejąca się do wanny. Poszła do łazienki, po drodze zbierając z podłogi ręcznik i szczoteczkę Jamesa, i zakręciła kurki.

Kiedy wróciła, James wpatrywał się w niemy telewizor.

– To tutaj – poświadczył. Kate popatrzyła na ekran, gdzie na pasku z wiadomościami wyświetlono nazwę ich hotelu.

Klapnęła na łóżko.

– Kurwa, atak terrorystyczny. To niemożliwe. Ja mam dzieci.

– Nie wiemy, czy to terroryści – powiedział James po długiej chwili milczenia.

– No a kto inny atakowałby z bronią w ręku hotel? – zapytała Kate.

James pocierał sobie skronie.

– Może to jakiś poroniony napad rabunkowy. Teraz wszyscy od razu zakładają, że to terroryzm, prawda? Ale istnieje znacznie większe prawdopodobieństwo, że człowiek będzie świadkiem napadu rabunkowego.

– Ale co by tu mieli rabować? Poduszki? – Kate kopnęła jedną z mniejszych, leżącą u jej stóp.

Znowu spojrzała na niemy telewizor i złapała gwałtownie powietrze. W górnym lewym roku ekranu widniał mały napis Na żywo, a w oknie jednej z hotelowych sal konferencyjnych na drugim piętrze wyraźnie było teraz widać wywieszoną ogromną flagę, którą oboje rozpoznali z wcześniejszych incydentów na całym świecie.

James potarł dłonią czoło i zamknął oczy.

– Cholera. – A po chwili zapytał: – Na którym, mówiłaś, jesteśmy piętrze?

– Na siódmym.

Kate krzyknęła nagle, bo coś sobie przypomniała.

– Jak tu przyszłam, umieściłam na klamce zawieszkę „Nie przeszkadzać”.

James kiwnął głową, natychmiast rozumiejąc, o co jej chodzi. Nic nie wskazywało równie dobitnie, że pokój jest zajęty, niż zawieszka „Nie przeszkadzać”.

– Pójdę po nią – oznajmił.

– No nie wiem. A jeśli tam naprawdę są faceci z bronią? – zastanowiła się Kate.

– To ta zawieszka i tak im powie, że tu jesteśmy – odparł James, idąc w stronę drzwi, nadal nagi. Nasłuchiwał chwilę, po czym uchylił je ostrożnie.

Kate patrzyła, jak wygląda na korytarz, w prawo i w lewo, a potem wyciąga rękę, żeby zdjąć zawieszkę z drzwi, i znów je zamyka, cały czas przytrzymując klamkę, żeby nimi nie trzasnąć. Zamknęły się bezgłośnie. W każdych innych okolicznościach jego nagość przy wykonywaniu tych ostrożnych czynności mogłaby być komiczna.

James przekręcił klucz w zamku i założył łańcuch na drzwi, po czym usiadł koło Kate na łóżku. Otarł dłonią pot z czoła i wziął kilka głębokich oddechów.

– Widziałeś coś? – zapytała Kate.

– Nie.

James był teraz skupiony, chodził po pokoju i dotykał mebli. Biurko było wbudowane w ścianę, podobnie jak półeczki, które służyły za stoliki nocne. Łóżko było zbyt wysokie i szerokie, żeby można je ustawić gdziekolwiek indziej w pokoju.

Nie było niczego, co można by wykorzystać do zabarykadowania drzwi, nie licząc fotela, w którym wcześniej siedziała Kate, i małego podnóżka. James jedno i drugie przyciągnął do drzwi. Nie sprawiały wrażenia, jakby mogły powstrzymać kogokolwiek przed wejściem do środka. Kate dokonała w głowie obliczeń. Zgodnie z planem ewakuacyjnym było po osiem pokoi przy bocznych korytarzach oraz szesnaście od frontu i od tyłu. Hotel miał dziewięć pięter, z sypialniami od trzeciego piętra wzwyż. Przemnożyła wszystko w głowie – 336 pokojów, z których każdy mógł być zajęty lub wolny.

Wróciła do rzeczywistości, kiedy James podszedł do okna. Oczywiście to był najprostszy sposób, żeby sprawdzić, co się dzieje, powinni byli od tego zacząć. James zaczął odchylać firankę zasłaniającą szybę.

– Nie!

Napięcie w jej głosie powstrzymało go skutecznie.

– Dlaczego nie? Wątpię, że mają snajperów mierzących w każde okno.

– Nie, ale nasze okna wychodzą na ulicę. A kamery telewizyjne obejmują cały budynek. Chcesz, żeby twój penis znalazł się w wiadomościach?

Kiwnął głową i zaczął się ubierać. Włożył majtki, spodnie i koszulę. Zazwyczaj Kate uwielbiała styl ubierania Jamesa. Jego ciuchy były eleganckie, świetnej jakości. Granatowy garnitur z szarą jedwabną podszewką, jasnoniebieska koszula, jedwabny krawat w gustownym odcieniu złota. Teraz natomiast wydawały jej się zbyt wyrafinowane jak na tę sytuację, to był strój dla kogoś, kto lubi mieć nad wszystkim kontrolę, a nie chodzi w panice po hotelowym pokoju, nie mając pojęcia, co robić.

– Teraz?

– Okej.

James ostrożnie odchylił firankę i do pokoju wpadł strumień jaskrawego światła.

Kate wyjrzała zza ramienia Jamesa. Niebieskie światła błyskały, odbijając się w szybach budynku naprzeciwko, a potem w szybach ich hotelu, tam i z powrotem, w nieskończoność, miliony niebieskich błyskających świateł.

Jej dzieci przeszły fazę fascynacji syrenami alarmowymi, jak wszystkie maluchy, machały strażakom i naśladowały dźwięki wozów policyjnych i karetek. Nawet teraz, po latach, kiedy miały już zupełnie inne zainteresowania, trudno było im nie pokazać ich na ulicy i nie powiedzieć: „Patrzcie, dzieci, radiowóz/karetka/wóz strażacki”.

A teraz liczba tych wozów przekraczała ich najbardziej szalone dziecięce wyobrażenia. Kate rozpaczliwie pragnęła znaleźć się w domu i przytulić swoje dzieci. Czy jeszcze kiedykolwiek będzie miała szansę to zrobić?

Nie myśl tak, Kate, upomniała samą siebie.

Zamknęła na chwilę oczy i wyobraziła sobie Lenny’ego i Annie, a potem uniosła powieki i znowu spojrzała na te niebieskie światła.

Kiedy Lenny uczył się liczyć, mawiał: „Raz, dwa, dużo”. Teraz miała takie właśnie wrażenie – raz, dwa, dużo. Och, Lenny. Dziewięciolatek wyglądający dokładnie jak komiksowa wersja dziewięciolatka. Potargany i niechlujny, uśmiechnięty, wysportowany, najpewniej pachnący błotem i czekoladą i nie do końca pewny, czy odburknąć coś niechętnie, czy się przytulić.

Uświadomiła sobie, że wstrzymuje oddech. Oddychaj, przykazała sobie znowu. Wdech, wydech. Odwróciła się od niebieskich świateł, firanek i Jamesa. W telewizji pokazywano tę samą scenę, którą właśnie widziała z okna, tylko pod innym kątem. Starała się myśleć, ale jej mózg nie pracował tak dobrze, jak by tego chciała. Kurwa. Nie wyglądało to najlepiej. Stała nieruchomo, próbując się uspokoić. Wdech, wydech.

Nagle rozległ się przenikliwy dźwięk.

– To budzik w moim telefonie. Cholera. A niech to. Przepraszam.

– Chryste, Kate, wyłącz to cholerstwo – syknął James. Wydawał się jednocześnie przerażony i wściekły, jakby został okradziony na ulicy i w ułamku sekundy podjął decyzję, żeby ścigać złodziei.

– Przepraszam. Wybacz. Już prawie go mam. – Dźwięk był głośny i nieprzerwany.

Znalazła telefon na łóżku i wyłączyła budzik.

– Przepraszam. Przepraszam.

Telefon umilkł, ale błyskał teraz na nią. Nazwała ten alarm: Wyjść za godzinę. Kolejny miał się włączyć za pięćdziesiąt minut, dziesięć minut przed wyjściem. Kate anulowała go i wyciszyła telefon.

– Mogłem zostać zastrzelony, bo zapomniałaś wyłączyć budzik w telefonie. Jasna cholera.

– Przestań. Zachowujesz się jak ostatni dupek. – Spojrzał na nią zaskoczony, jakby nikt się tak nigdy do niego nie odezwał. Może tak właśnie było, pomyślała Kate. Złagodniała odrobinę. – Ustawiłam alarm, żebym nie zapomniała, że mam wyjść. Muszę być pod szkołą o piętnastej piętnaście.

– Masz rację, przepraszam. Puszczają mi nerwy. Po prostu… – James się zawahał.

– Po prostu…?

– Sytuacja nie jest komfortowa.

– Mhm.

Oboje nasłuchiwali. Za drzwiami nie było nic słychać.

– W porządku – powiedział James. – Nic nie słyszę. – Kate też nie słyszała. – Nie wiem, czy to dobrze, czy źle – dodał James.

– Uznajmy, że to dobrze – odparła Kate. Skoro Jamesowi puszczały nerwy, to ona musiała zachować spokój.

Myśl o tym, co możesz zmienić, i ignoruj to, na co nie masz wpływu. Takie mądrości wygłaszała swego czasu jej mama. Kate nie mogła zmienić tego, że jest uwięziona w tym pokoju z Jamesem. Ale mogła się zająć praktycznymi sprawami. 15:15. To już za niecałe dwie godziny. Będzie musiała powiadomić Vica, że nie zdąży na czas do szkoły, nawet jeśli nie wyjaśni dlaczego. Albo może mogła po prostu poprosić kogoś z rodziców, żeby odebrał Annie, bo Lenny miał już umówioną zabawę u Henry’ego. Wtedy musiałaby być w domu dopiero koło szóstej. Vic wróci jeszcze później, bo zostanie w pracy dłużej, żeby nadrobić poranną wizytę u dentysty, więc nie musiałby nawet nic wiedzieć o jej dzisiejszym dniu. Policja z pewnością wkrótce opanuje sytuację i Kate wróci do domu na kolację, nawet jeśli nie zdąży po Annie do szkoły.

Na myśl o Vicu znowu zaczęła gwałtownie oddychać. Jak by zareagował, gdyby wiedział, gdzie ona jest i z kim? Wyobraziła sobie jego twarz i oczy zapiekły ją od łez. Nie zniosłaby tego, gdyby myślał o niej w ten sposób. Kate zacisnęła powieki i policzyła w myślach do dziesięciu, starając się zapanować nad oddechem, po czym znów otworzyła oczy.

Jak na zawołanie, jakby Vic wyczuł, że o nim pomyślała, jej telefon rozbłysnął bezgłośnie, wyświetlając wiadomość od niego. Podobno doszło do jakiegoś ataku w centrum Londynu. Wszystko w porządku? Kate wpatrywała się w ekran. Nie odpisała.

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Przypisy

*   T.S. Eliot, Poezje, przekład Czesława Miłosza, wybrał i posłowiem opatrzył Michał Sprusiński, WL, Kraków 1978, s. 91. [wróć]