Pod kluczem - Ruth Ware - ebook
NOWOŚĆ

Pod kluczem ebook

Ruth Ware

4,2

279 osób interesuje się tą książką

Opis

„Panie Wrexham, to ja jestem tą nianią ze sprawy Elincourtów.

I nie zabiłam tego dziecka.”

Intratna oferta pracy w charakterze niani skłania Rowan do złożenia aplikacji. Gdy dziewczyna dostaje odpowiedź na swoje zgłoszenie, dowiaduje się, że wokół domu państwa Elincourtów krąży wiele przesądów dotyczących jego historii – mówi się nawet, że jest on nawiedzony. Co więcej, w ciągu ostatnich czternastu miesięcy aż cztery nianie zrezygnowały z pracy w tym miejscu.

 

To jednak nie zniechęca Rowan, która udaje się na rozmowę kwalifikacyjną. Wiktoriański dom, zbudowany w pewnym oddaleniu od miasta, urządzony jest nowocześnie, a w jego wnętrzach widać przepych. Rowan od razu czuje, że pragnie tej pracy, tego domu, pragnie być częścią tej idealnej rodziny. I to mimo ostrzeżeń i narastającego niepokoju, który zaczyna odczuwać, przebywając w domu Elincourtów.

 

Ale przecież to wszystko jest zbyt piękne, żeby było realne. Prawda?

 

„Nie bez powodu Ruth Ware nazywa się Agathą Christie naszych czasów. Pod kluczem to wspaniała lektura, będziecie zachwyceni!”

David Baldacci

 

„Wspaniała książka. Stopniowo odsłania swoje tajemnice, przez co nie oderwiecie się aż do genialnego finału”.

Shari Lapeña

 

„Gotycki thriller z postaciami, których będzie wam szczerze żal. Wystraszy was i pochłonie, a do tego nie będziecie w stanie go odłożyć”.

JP Delaney

 

„Diabolicznie zmyślna. Pokręcona i pełna zwrotów akcji. Trzymajcie w pogotowiu jakiś koc, będziecie mieć dreszcze”.

Riley Sager

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 426

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: The Turn of The Key

Copyright © Ruth Ware, 2019

First published by Harvill Secker 2019. Harvill Secker is part of the Penguin Random House group companies.

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor inicjujący: Adrian Tomczyk

Redaktor prowadzący: Szymon Langowski

Marketing i promocja: Greta Kaczmarek

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Karolina Borowiec-Pieniak, Joanna Pawłowska

Projekt typograficzny i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt graficzny okładki i stron tytułowych: Mariusz Banachowicz

Fotografia na okładce: © Eric Murh | Unsplash

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66553-67-5

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Dla Iana, którego kocham tak bardzo,

że nawet nie umiem tego wyrazić słowami.

3 września 2017

Szanowny Panie Wrexham!

Wiem, że Pan mnie nie zna, ale bardzo, bardzo proszę, musi mi Pan pomóc

3 września 2017

Więzienie Jej Królewskiej Mości w Charnworth

Szanowny Panie Wrexham!

Nie zna mnie Pan, ale być może czytał Pan o mojej sprawie w gazetach. Piszę do Pana, ponieważ chcę Pana uprzejmie prosić

4 września 2017

Więzienie Jej Królewskiej Mości w Charnworth

Szanowny Panie Wrexham!

Mam nadzieję, że mogę się do Pana tak zwracać. Jeszcze nigdy nie pisałam do żadnego notariusza.

Po pierwsze chcę zaznaczyć, że wiem, iż postępuję wbrew zasadom. Wiem, że powinnam się kontaktować przez mojego prawnika, ale on

5 września 2017

Szanowny Panie Wrexham!

Czy jest Pan ojcem? Albo wujkiem? Jeśli tak, to pozwolę sobie odnieść się

Szanowny Panie Wrexham!

Proszę mi pomóc. Ja nikogo nie zabiłam.

7 września 2017

Więzienie Jej Królewskiej Mości w Charnworth

Szanowny Panie Wrexham!

Nie ma Pan pojęcia, ile razy zaczynałam pisać ten list, a potem gniotłam te bzdury, które mi wychodziły, aż w końcu zrozumiałam, że niczego tu nie wyczaruję. Nie mogę Pana w żaden sposób ZMUSIĆ do wysłuchania mnie. Więc po prostu postaram się wyjaśnić wszystko jak najlepiej. Niezależnie od tego, ile to potrwa i jak bardzo to pogmatwam, zamierzam się nie poddawać i powiedzieć prawdę.

Nazywam się… I tutaj przerywam, znowu chcę podrzeć tę kartkę.

Bo jeśli się przedstawię, będzie Pan wiedział, dlaczego piszę. O mojej sprawie było głośno w prasie, moje nazwisko krzyczało z nagłówków, moja zbolała twarz wyglądała z pierwszych stron wszystkich gazet – a każdy artykuł sugerował, że wśród moich win brakuje już tylko obrazy instytucji Sądu. Mam okropne przeczucie, że jeśli podam swoje nazwisko, spisze mnie Pan na straty jako z góry przegraną sprawę i wyrzuci mój list. Wcale bym się Panu nie dziwiła – ale najpierw proszę mnie wysłuchać.

Jestem młodą kobietą, mam dwadzieścia siedem lat i jak Pan wywnioskował na podstawie powyższego adresu nadawcy, przebywam obecnie w szkockim więzieniu dla kobiet w Charnworth. Sama nigdy nie dostałam od nikogo listu z więzienia, więc nie wiem, jak wyglądają, kiedy trafiają do adresata, ale wyobrażam sobie, że moje obecne położenie było dla Pana oczywiste, jeszcze zanim otworzył Pan tę kopertę.

Pewnie Pan nie wie, że przebywam w areszcie śledczym.

I nie może Pan wiedzieć, że jestem niewinna.

Wiem, wiem. Wszyscy tak mówią. Każdy, kogo tu spotkałam, jest niewinny – a przynajmniej sami tak twierdzą. Ale w moim przypadku to prawda.

Być może domyślił się Pan, co będzie dalej. Piszę, aby poprosić Pana o reprezentowanie mnie podczas procesu.

Zdaję sobie sprawę z tego, że to wbrew zasadom i oskarżeni nie powinni się zwracać bezpośrednio do adwokata (w poprzednim szkicu tego listu nazwałam Pana notariuszem – nie mam pojęcia o prawie, a już na pewno nie o szkockim systemie prawnym. Wszystko, co wiem, włącznie z tym, jak się Pan nazywa, pochodzi od kobiet, które tu ze mną siedzą).

Mam już prawnika – pana Gatesa – i jeśli dobrze rozumiem, to on powinien wybrać adwokata do procesu. Ale to właśnie on jest człowiekiem, który mnie tu umieścił. Nie wybrałam go – wskazali mi go policjanci, kiedy zaczęłam się bać i w końcu nabrałam dość rozumu, by się zamknąć i odmówić dalszych odpowiedzi, dopóki nie znajdą mi prawnika.

Myślałam, że on wszystko wyjaśni – pomoże mi dowieść moich racji. Ale kiedy przyjechał… Nie wiem, nie potrafię tego wytłumaczyć. On po prostu wszystko pogorszył. Zabronił mi mówić. Wszystko, co próbowałam powiedzieć, ucinał stwierdzeniem: „Moja klientka odmawia w tej chwili komentarza”, a przez to wydawałam się jeszcze bardziej winna. Czuję, że gdybym tylko mogła złożyć odpowiednie wyjaśnienia, to nigdy nie znalazłabym się w tym miejscu. Ale dziwnym trafem nie potrafię jasno przedstawić faktów, a policja sprawiła, że to wszystko brzmi bardzo źle, bardzo obciążająco.

To nie jest do końca tak, że pan Gates nie wysłuchał mojej wersji historii. Oczywiście, zrobił to, ale w jakiś sposób… O Boże, strasznie trudno to wytłumaczyć na piśmie. Usiadł i porozmawiał ze mną, ale on nie słucha. A nawet jeśli, to mi nie wierzy. Za każdym razem, kiedy próbuję mu powiedzieć, co się stało, od samego początku, przerywa mi tymi pytaniami, które zbijają mnie z tropu, i moja historia cała się plącze, a ja mam ochotę wrzasnąć na niego, żeby zamknął się w cholerę.

A on ciągle mówi mi o tym, co jest na nagraniach z tej pierwszej okropnej nocy na komisariacie, kiedy mnie maglowali i maglowali, a ja im powiedziałam… Boże, nie wiem, co powiedziałam. Przepraszam. Teraz płaczę. Przepraszam – strasznie przepraszam za te plamy na kartce. Mam nadzieję, że da Pan radę to rozczytać mimo kleksów.

Co powiedziałam… co ja wtedy powiedziałam, tego się nie da cofnąć. Wiem o tym. Mają wszystko na tamtym nagraniu. A to jest złe – naprawdę bardzo złe. Wiem o tym. Ale źle wyszło, czuję, że gdybym tylko dostała szansę wyłożenia swoich racji komuś, kto by naprawdę posłuchał… rozumie Pan, o co mi chodzi?

O Boże, może Pan nie zrozumiał. W końcu nigdy tu Pana nie było. Nigdy nie siedział Pan po drugiej stronie biurka tak wykończony, że miał Pan ochotę się przewrócić, i tak przerażony, że chciał Pan wymiotować, podczas gdy policja pytała i pytała, i pytała, aż w końcu nie wiedział Pan, co sam mówi.

Wydaje mi się, że to by było na tyle.

Panie Wrexham, to ja jestem tą nianią ze sprawy Elincourtów.

I nie zabiłam tego dziecka.

Zaczęłam pisać do Pana wczoraj wieczorem, Panie Wrexham, a kiedy obudziłam się rano i spojrzałam na wymięte kartki pokryte moimi błagalnymi gryzmołami, w pierwszym odruchu chciałam je podrzeć i zacząć od nowa, jak to już wcześniej zrobiłam kilkanaście razy. Planowałam być taka niewzruszona, taka spokojna, taka opanowana – zamierzałam wszystko przejrzyście wyjaśnić i sprawić, żeby Pan to zrozumiał. A zamiast tego wypłakałam się na kartkę pełną oskarżeń.

Ale potem przeczytałam to, co napisałam, i pomyślałam, że nie. Nie mogę zacząć od nowa. Muszę po prostu kontynuować.

Cały czas powtarzam sobie, że gdyby tylko ktoś mi pozwolił oczyścić umysł i wyłożyć jasno moją wersję tej historii, nie przerywając mi, może udałoby się uporządkować cały ten koszmarny bałagan.

I oto piszę. To jest właśnie moja szansa, prawda?

W Szkocji można zamknąć człowieka przed procesem na sto czterdzieści dni. Chociaż tutaj jest nawet kobieta, która czeka już prawie dziesięć miesięcy. Dziesięć miesięcy! Wie Pan, Panie Wrexham, jak to długo? Pewnie wydaje się Panu, że tak, ale ja coś Panu powiem. W jej wypadku to dwieście dziewięćdziesiąt siedem dni. Ominęło ją Boże Narodzenie z dziećmi. Ominęły ją ich wszystkie urodziny. Ominęły ją Dzień Matki, Wielkanoc oraz ich pierwsze dni w szkole.

Dwieście dziewięćdziesiąt siedem dni. A oni ciągle przesuwają datę jej procesu.

Pan Gates mówi, że jego zdaniem ze mną nie potrwa to tak długo, ze względu na medialny rozgłos, ale nie wiem, czy może być tego taki pewien.

W każdym razie sto dni, sto czterdzieści dni, dwieście dziewięćdziesiąt siedem dni… To dużo czasu na pisanie, Panie Wrexham. Dużo czasu na myślenie, na rozpamiętywanie, na próby zrozumienia, co się tak naprawdę stało. Bo wielu rzeczy nie rozumiem, ale wiem jedno. Ja nie zabiłam tej dziewczynki. Nie zabiłam. Chociaż policja próbuje przekręcać fakty i mnie zagiąć, tego nie mogą zmienić.

Ja jej nie zabiłam. Czyli zrobił to ktoś inny. I on jest na wolności.

A tymczasem ja tu siedzę i gniję.

Kończę już, bo wiem, że ten list nie powinien być zbyt długi – jest Pan zajętym człowiekiem i w pewnym momencie po prostu przestanie Pan czytać.

Ale proszę, musi mi Pan uwierzyć. Jest Pan jedyną osobą, która może mi pomóc.

Proszę, niech Pan przyjedzie do mnie na widzenie, Panie Wrexham. Proszę mi pozwolić wyjaśnić sobie tę sytuację oraz to, jak wplątałam się w ten koszmar. Jeśli ktokolwiek może przekonać ławę przysięgłych, to Pan.

Poprosiłam o wpisanie Pana nazwiska na listę odwiedzających – albo może Pan tu do mnie napisać, jeśli ma Pan więcej pytań. W końcu nigdzie się nie wybieram. Ha, ha.

Przepraszam, nie miałam zamiaru kończyć dowcipem. Wiem, że nie ma się z czego śmiać. Jeśli zostanę skazana, czeka mnie…

Ale nie. Nie mogę o tym myśleć. Nie teraz. Nie zostanę. Nie skażą mnie, bo jestem niewinna. Muszę tylko sprawić, by wszyscy to zrozumieli. Poczynając od Pana.

Proszę, Panie Wrexham, proszę powiedzieć, że Pan mi pomoże. Proszę mi odpisać. Nie chcę dramatyzować, ale czuję, że jest Pan moją jedyną nadzieją.

Pan Gates mi nie wierzy, widzę to w jego oczach.

Ale myślę, że Pan może to zrobić.

12 września 2017

Więzienie Jej Królewskiej Mości w Charnworth

Szanowny Panie Wrexham!

Minęły trzy dni od mojego listu i szczerze mówiąc, czekam na odpowiedź ze ściśniętym gardłem. Każdego dnia przychodzi poczta, a ja czuję, z jakąś bolesną nadzieją czuję, jak przyspiesza mi puls, i każdego dnia (jak dotąd) mnie Pan zawodzi.

Przepraszam. To brzmi jak szantaż emocjonalny. Nie o to mi chodziło. Rozumiem. Jest Pan zajętym człowiekiem i minęły dopiero trzy dni, odkąd wysłałam list, ale… Chyba po części miałam nadzieję, że cały ten rozgłos przyda mi się przynajmniej na tyle, że zrobi ze mnie jakąś pokręconą celebrytkę – dzięki czemu wybrałby Pan mój list spośród wszystkich innych, które prawdopodobnie dostaje Pan od klientów, potencjalnych klientów i świrów.

Nie chce Pan się dowiedzieć, co się stało, Panie Wrexham? Ja bym chciała.

W każdym razie minęły trzy dni (czy już o tym wspominałam?) i… no, zaczynam się martwić. Nie ma tu za dużo do roboty, jest za to mnóstwo czasu na myślenie, przejmowanie się i projektowanie katastrof w głowie.

Spędziłam na tym kilka ostatnich dni i nocy. Na zamartwianiu się, że nie dostał Pan mojego listu. Zamartwianiu się, że władze więzienia nie przekazały go dalej (mogą tak zrobić i mi o tym nie powiedzieć? Naprawdę nie mam pojęcia). Zamartwianiu się, że nie udało mi się tego dobrze wyjaśnić.

To ostatnie sprawia, że nie śpię po nocach. Bo jeśli tak się stało, to moja wina.

Starałam się, żeby list był krótki i zgrabny, ale teraz wydaje mi się, że nie powinnam go była tak szybko kończyć. Powinnam była umieścić w nim więcej faktów, spróbować wyjaśnić, DLACZEGO jestem niewinna. Bo nie może Pan tak po prostu uwierzyć mi na słowo – rozumiem to.

Kiedy tu przyjechałam, inne kobiety – mogę być chyba z Panem szczera, Panie Wrexham – były dla mnie tak obce, jakby z innego gatunku. Nie żebym uważała się za jakąś lepszą. Ale one wszystkie zdawały się… Zdawały się tu pasować. Nawet te przestraszone, te, które się samookaleczały, oraz te, które krzyczały, waląc głowami w ściany celi, i płakały nocami, nawet te dziewczyny ledwo po szkole. Wyglądały… Sama nie wiem. Wyglądały, jakby tu pasowały, przez te ich twarze, blade i wychudłe, związane włosy i niewyraźne tatuaże. Wyglądały… No, po prostu wyglądały na winne.

Ale ja byłam inna od nich.

Przede wszystkim jestem Angielką, a to mi w niczym nie pomogło. Nie potrafiłam ich zrozumieć, kiedy się wściekały i zaczynały krzyczeć, wydzierać mi się w twarz. Nie rozumiałam połowy ich slangu. Do tego jeszcze wyraźnie widać, że pochodzę z klasy średniej – nie potrafię tego wyjaśnić, ale jeśli chodzi o inne kobiety, to równie dobrze mogłabym mieć to wypisane na czole.

Przede wszystkim jednak nigdy dotąd nie byłam w więzieniu. Wydaje mi się, że przed przyjazdem tutaj nigdy nawet nie spotkałam nikogo, kto by siedział. Istnieją tu tajemnicze szyfry, których nie potrafiłam złamać, oraz prądy, po których nie potrafiłam się poruszać. Nie rozumiałam, co się dzieje, kiedy jedna kobieta podała coś drugiej na korytarzu i nagle pędem przybiegli wrzeszczący strażnicy. Nie umiałam przewidzieć sprzeczek. Nie wiedziałam, kto nie wziął leków ani kto jest na odwyku i może dostać na głowę. Nie wiedziałam, których lepiej unikać albo które mają wiecznie PMS. Nie wiedziałam, w co się ubrać ani co robić, ani też co sprawi, że inne osadzone pobiją mnie albo oplują, ani też co sprowokuje strażników do brutalnego traktowania.

Inaczej brzmiałam. Inaczej wyglądałam. Inaczej się czułam.

Aż któregoś dnia weszłam do łazienki i kątem oka dostrzegłam kobietę, która szła w moją stronę z przeciwległego końca. Miała związane włosy, jak one wszystkie, jej oczy przypominały odłamki granitu, a twarz miała zastygłą, surową i białą. W pierwszej chwili pomyślałam: o Boże, wygląda na wkurwioną, ciekawe, za co tu siedzi.

Moją drugą myślą było to, że może powinnam skorzystać z innej łazienki.

A potem zrozumiałam.

Na przeciwległej ścianie wisiało lustro. Ta kobieta była mną.

To powinien być szok – zrozumienie, że nie jestem wcale nikim innym, tylko po prostu kolejną kobietą wciągniętą w ten bezduszny system. Ale, co dziwne, to mi pomogło.

Nadal nie do końca tu pasuję. Nadal jestem dziewczyną z Anglii, a one wszystkie wiedzą, za co tu siedzę. Pewnie Pan wie, że w więzieniu ludzie krzywdzący dzieci nie są lubiani. Oczywiście powiedziałam im, że to nieprawda – to, o co mnie oskarżają. Ale one mi się przyglądają i wiem, co sobie myślą: Wszystkie tak mówią.

Wiem też – wiem, że Pan też tak pomyśli. To właśnie chciałam powiedzieć. Rozumiem, że może Pan być sceptyczny. W końcu nie udało mi się przekonać policji. Jestem tutaj. Bez możliwości wyjścia za kaucją. Muszę być winna.

Ale to nieprawda.

Mam sto czterdzieści dni, aby Pana o tym przekonać. Wiadomo, muszę tylko powiedzieć prawdę. Muszę tylko zacząć od początku, przedstawić to wszystko jasno i spokojnie, a potem zakończyć.

A na początku było to ogłoszenie.

OFERTA: Duża rodzina poszukuje doświadczonej niani. Oferta obejmuje zakwaterowanie.

O NAS: Jesteśmy zapracowaną rodziną z czwórką dzieci, mieszkamy w pięknym (ale położonym na uboczu!) domu w szkockim rejonie Highlands. Mama i tata wspólnie prowadzą rodzinne biuro architektoniczne.

O TOBIE: Poszukujemy doświadczonej niani, przyzwyczajonej do pracy z dziećmi w każdym wieku, od niemowlaka do nastolatka. Musisz być rozsądna, zdecydowana i chętna do samodzielnej opieki nad dziećmi. Wymagane świetne referencje, zaświadczenie o niekaralności, świadectwo ukończenia kursu pierwszej pomocy oraz prawo jazdy bez punktów karnych.

O STANOWISKU: Mama i tata pracują głównie w domu. W tym czasie będziesz miała zwykły etat w godzinach 8-17 plus jeden wieczór w tygodniu z dziećmi, z wolnymi weekendami. O ile to możliwe, układamy nasz harmonogram tak, żeby jeden rodzic zawsze był na miejscu, jednak zdarza się, że musimy wyjechać oboje (bardzo sporadycznie nawet na dwa tygodnie), i wówczas będziesz zastępować rodziców.

W zamian możemy zaoferować bardzo atrakcyjny pakiet wynagrodzeń: 55 000 funtów rocznie (brutto, włącznie z premią), samochód do dyspozycji oraz ośmiotygodniowe wakacje raz w roku.

Zgłoszenia proszę wysyłać na adres Sandry i Billa Elincourtów: Heatherbrae House, Carn Bridge.

Pamiętam niemal każde słowo. Co zabawne, kiedy wyskoczyło mi w Google, wcale nie szukałam pracy – wyszukiwałam… No, to naprawdę nie ma znaczenia, czego wtedy szukałam. Ale czegoś zupełnie innego. I oto się pojawiło – jak prezent rzucony mi tak niespodziewanie, że omal nie zdołałam go złapać.

Przeczytałam je raz, a potem znowu, za drugim razem serce biło mi już szybciej, bo to było idealne. Niemal zbyt idealne.

Kiedy czytałam je po raz trzeci, bałam się spojrzeć na datę zakończenia naboru – byłam pewna, że ją przegapiłam.

Ale to był właśnie nadchodzący wieczór.

To niewiarygodne. Nie tylko pensja – chociaż, na Boga, kwota była zadziwiająca. Nie tylko stanowisko. Szczęśliwy traf. Pełen pakiet – po prostu wpadł mi w ręce właśnie wtedy, kiedy byłam w idealnej sytuacji, żeby się tam zgłosić.

Wie Pan, moja współlokatorka wyjechała, podróżowała. Poznałyśmy się w żłobku Little Nippers w Peckham, pracowałyśmy razem przy niemowlętach, śmiałyśmy się z naszej okropnej szefowej oraz nachalnych, stukniętych rodziców, z tymi ich cholernymi pieluszkami wielorazowymi i domowymi…

Przepraszam. Nie powinnam przeklinać. Zamazałam długopisem, ale pewnie jest Pan to w stanie odczytać przez papier i, na Boga, może ma Pan dzieci i może nawet ubierał je Pan w Małe Miękkie Pupki, czy jaka tam marka była modna w tamtych czasach.

I rozumiem to, naprawdę. To Pańskie dzieci. Dla nich warto zrobić wszystko. Po prostu, jeśli jest się tą osobą, która ma stos zasikanych, osranych kawałków materiału z całego dnia i wręcza go rodzicowi po południu, podczas gdy oczy łzawią od amoniaku… Nie żebym miała coś przeciwko, rozumie Pan? To część tej pracy. Wiem o tym. Ale każdy może sobie ponarzekać, prawda? Wszyscy musimy znaleźć jakieś ujście, bo inaczej można wybuchnąć z frustracji.

Przepraszam. Piszę bez ładu i składu. Może właśnie dlatego pan Gates zawsze próbuje zamknąć mi usta. Ponieważ kopię słowami dołek pod sobą i nie wiem, kiedy powinnam przestać, zawsze kopię dalej. Prawdopodobnie łączy Pan teraz fakty. „Nie sprawia wrażenia, jakby bardzo lubiła dzieci. Sama przyznała, że jest sfrustrowana pracą. Co się stało, kiedy została zamknięta z czwórką dzieci bez dorosłych, którzy pomogliby jej »znaleźć ujście«?”

To właśnie zrobiła policja. Te wszystkie drobne, rzucone mimochodem uwagi – te wszystkie żenujące fakty. Dostrzegałam triumf na ich twarzach za każdym razem, kiedy coś takiego wtrącałam, i widziałam, że zbierają słowa jak okruszki, a potem dokładają je do stosu obciążających mnie dowodów.

Ale o to właśnie chodzi, Panie Wrexham. Mogłabym uprząść sieć bzdur o tym, jaką to jestem idealną, troskliwą, świętą osobą – ale nie byłoby to niczym więcej. Bzdurą. A ja nie zamierzam tu opowiadać Panu bzdur. Chciałabym, żeby Pan w to uwierzył – niczego bardziej na świecie nie pragnę.

Mówię Panu prawdę. Nieupiększoną, brzydką prawdę. I ona tak właśnie wygląda. Jest nieokrzesana i nieprzyjemna, a ja nie udaję, że byłam aniołem. Ale nikogo nie zabiłam. Nie zabiłam, do cholery.

Przepraszam. Teraz też nie chciałam przeklinać.

Boże, tak strasznie to wszystko mieszam. Muszę zachować jasny umysł – poukładać to sobie w głowie. Tak jak mówi pan Gates, powinnam trzymać się faktów.

No dobra. Fakt. Ogłoszenie. Ogłoszenie jest faktem, prawda?

To ogłoszenie… z zachwycającą, oszałamiającą, bajeczną pensją.

Wie Pan, to powinien być pierwszy sygnał ostrzegawczy. Ta pensja. Oferta była idiotycznie szczodra. To znaczy byłaby szczodra nawet w Londynie, nawet dla niani mieszkającej poza domem. Ale dla niani na miejscu, z zapewnionym darmowym dachem nad głową i opłaconymi rachunkami, z samochodem… to było absurdalne.

Tak absurdalne, że zastanawiałam się nawet trochę, czy tam się nie wkradł jakiś błąd. Albo czy czegoś nie pominęli – może dziecko o jakichś specjalnych potrzebach? Ale czy nie napisaliby tego w ogłoszeniu?

Pół roku wcześniej pewnie bym się zatrzymała, zmarszczyła brwi i zignorowała to bez większego namysłu. Ale jednak pół roku wcześniej w ogóle nie zaglądałabym na tę stronę. Pół roku wcześniej miałam współlokatorkę i pracę, którą lubiłam, a nawet perspektywę awansu. Pół roku wcześniej byłam na całkiem niezłej pozycji. Ale wtedy… No, wtedy było trochę inaczej.

Moja koleżanka, dziewczyna z Little Nippers, o której wspomniałam, dwa miesiące wcześniej wyruszyła w podróż. Kiedy mnie powiadomiła, nie był to dla mnie koniec świata – szczerze mówiąc, dość mnie irytowała, z tymi jej zwyczajami pakowania zmywarki, ale bez włączania, słuchaniem dyskotekowych hitów europopowych, sykami za ścianą mojej sypialni, kiedy próbowałam spać. To znaczy wiedziałam, że będę za nią tęsknić, ale nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo.

Zostawiła rzeczy w swoim pokoju i zgodziłyśmy się, że ona zapłaci połowę czynszu, a ja zatrzymam dla niej wolny pokój. Wydawało mi się to dobrym kompromisem – wcześniej, zanim na siebie trafiłyśmy, miałam wiele okropnych współlokatorek, wcale nie chciałam wracać do wrzucania ogłoszeń na Facebook oraz prób odsiewania dziwaków poprzez SMS-y i e-maile, a dzięki temu ona była trochę zakotwiczona – miałam gwarancję, że wróci.

Jednak kiedy minęło pierwsze upojenie wolnością, a nowość posiadania całego mieszkania dla siebie i oglądania na wspólnym telewizorze w salonie tego, co mi się żywnie podoba, zaczęła trochę blaknąć, okazało się, że jestem samotna. Tęskniłam za tym, jak pytała: „Czy to godzina wina, kochana?”, kiedy obie wracałyśmy z pracy. Tęskniłam za jej wywnętrzaniem się na temat Val, właścicielki Little Nippers, i za dzieleniem się anegdotami o najgorszych rodzicach. Kiedy poprosiłam o awans i go nie dostałam, poszłam sama do pubu, żeby utopić smutki, a skończyło się na tym, że płakałam do swojego piwa, rozmyślając, jak by to wyglądało, gdyby ona nadal tam była. Mogłybyśmy się z tego razem pośmiać, w pracy pokazywałaby Val faki za plecami i wybuchałaby tym swoim prostackim, gromkim śmiechem, kiedy Val obracałaby się i prawie łapała ją na gorącym uczynku.

Panie Wrexham, chodzi o to, że ja źle znoszę porażki. Na egzaminach. Na randkach. W pracy. Naprawdę, na wszelkich testach. Mój instynkt zawsze nakazuje mi celować niezbyt wysoko, żeby oszczędzić sobie nieco cierpienia. Albo, jak w przypadku randkowania, po prostu nie mieć żadnych celów, zamiast ryzykować odrzucenie przez kogoś. To dlatego w końcu nie poszłam na studia. Miałam dobre oceny, ale nie mogłam znieść myśli o tym, że mogliby mnie odrzucić. Wyobrażałam sobie, jak czytają moje podanie z pogardliwym chichotem. Za kogo ona się uważa?

Lepiej osiągnąć świetne wyniki w prostym teście niż oblać trudny, takie było moje motto. Zawsze to o sobie wiedziałam. Ale dopóki nie wyprowadziła się moja współlokatorka, nie wiedziałam za to, że nie jestem też za dobra w byciu samej. Wydaje mi się, że przede wszystkim to wypchnęło mnie poza moją strefę komfortu i zmusiło do przeczytania tego ogłoszenia, wstrzymania oddechu i wyobrażenia sobie, co musi się kryć po drugiej stronie.

Dla policji oferowana pensja miała ogromne znaczenie, kiedy mnie po raz pierwszy przesłuchiwali. Ale szczerze mówiąc, wcale nie pieniądze były powodem mojego zgłoszenia na to stanowisko. Nie chodziło też o moją współlokatorkę, choć nie ukrywam, że gdyby nie wyjechała, nic z tego by się nie wydarzyło. Nie, prawdziwym powodem… Cóż, Pan prawdopodobnie wie, jaka była prawdziwa przyczyna. W końcu pisały o niej wszystkie gazety.

Wzięłam chorobowe w Little Nippers i spędziłam cały dzień na tworzeniu CV oraz zbieraniu wszystkiego, co wiedziałam, że jest potrzebne, by przekonać Elincourtów, iż jestem właśnie tą osobą, której szukali. Zaświadczenie o niekaralności – jest. Świadectwo ukończenia kursu pierwszej pomocy – jest. Idealne referencje – są, są i są.

Jedynym problemem było prawo jazdy. Ale na razie odłożyłam to na później. Uznałam, że wrócę do niego, jak przyjdzie pora – o ile zajdę tak daleko. Na razie nie myślałam o tym, co będzie po rozmowie kwalifikacyjnej.

Do listu motywacyjnego dodałam notatkę z prośbą, żeby Elincourtowie nie kontaktowali się w sprawie referencji z Little Nippers – wyjaśniłam, że nie chcę, aby obecni pracodawcy wiedzieli o moich staraniach o inną posadę, co było prawdą – a potem wysłałam wszystko na podany adres, wstrzymałam oddech i czekałam.

Dałam z siebie wszystko, żeby zyskać szansę spotkania się z nimi twarzą w twarz. W tamtej chwili nie byłam w stanie zrobić więcej.

Kilka kolejnych dni było trudnych, Panie Wrexham. Nie tak trudnych, jak czas spędzony tutaj, ale i tak niełatwych. Bo, Boże, tak strasznie pragnęłam tej rozmowy kwalifikacyjnej. Dopiero zaczynało do mnie docierać, jak bardzo. Z każdym mijającym dniem moja duma coraz bardziej topniała i musiałam walczyć, żeby znów do nich nie napisać i nie błagać o odpowiedź. Powstrzymywała mnie tylko świadomość, że jeśli nadal podejmują decyzję, to takie żałosne zachowanie na pewno mi nie pomoże.

Ale oto sześć dni później przyszedł i piknął w mojej skrzynce e-mail.

Do: [email protected]

Od: sa[email protected]

Temat: Stanowisko niani

Elincourt. To nazwisko wystarczyło, żeby w brzuchu zaczęło mi wirować jak w pralce. Ręce tak mi się trzęsły, że ledwo zdołałam otworzyć wiadomość, a serce podeszło mi do gardła. Pewnie, pewnie, ludzie rzadko się kontaktują z odrzuconymi aplikantami… Więc e-mail musiał oznaczać, że…?

Kliknęłam.

Cześć, Rowan!

Dziękuję Ci za zgłoszenie i przepraszam, że dopiero teraz dostajesz odpowiedź. Muszę przyznać, że nieco nas zaskoczyła liczba chętnych. Twoje CV było niezwykle imponujące i chcielibyśmy Cię zaprosić na rozmowę. Nasz dom jest dość daleko, więc chętnie opłacimy Ci podróż pociągiem, a także możemy zaproponować nocleg, jeśli nie dasz rady tego samego dnia wrócić do Londynu.

Muszę Cię jednak od razu przed czymś ostrzec, bo to mogłoby ostudzić Twój entuzjazm do tej pracy.

Kiedy kupiliśmy Heatherbrae, poznaliśmy wiele plotek o historii tego domu. Jest to stary budynek i nie ma w swojej przeszłości więcej zgonów i tragedii niż inne mu podobne, ale z jakiegoś powodu stały się one zaczątkiem lokalnych opowieści o duchach i tak dalej. Niestety ten fakt przeszkadzał naszym dotychczasowym nianiom do tego stopnia, że w ciągu ostatnich 14 miesięcy cztery zrezygnowały z pracy.

Jak możesz sobie wyobrazić, bardzo zaburzyło to rytm życia naszych dzieci, nie wspominając już o tym, jak niekorzystne zawodowo było dla mnie i mojego męża.

Dlatego właśnie chcemy postawić sprawę jasno i proponujemy hojne wynagrodzenie z nadzieją, że przyciągniemy osobę, która naprawdę będzie w stanie się zaangażować i zostać z naszą rodziną na dłużej – przynajmniej na rok.

Jeśli nie czujesz, że to możesz być Ty, albo jeśli masz jakieś obawy dotyczące historii naszego domu, powiedz nam, proszę, od razu, bo bardzo chcemy oszczędzić naszym dzieciom kolejnych przykrości. W związku z powyższym pensja będzie się składać ze zwykłej comiesięcznej diety oraz hojnej podsumowującej premii w rocznicę zatrudnienia.

Jeśli nadal chcesz wziąć udział w rozmowie kwalifikacyjnej, poinformuj mnie, proszę, kiedy jesteś dyspozycyjna w najbliższym tygodniu.

Pozdrawiam i nie mogę się doczekać naszego spotkania

Sandra Elincourt

Zamknęłam e-mail i przez chwilę po prostu siedziałam, gapiąc się w ekran. Potem wstałam, wydałam z siebie niemy okrzyk i triumfalnie uniosłam ręce w górę.

Udało mi się. Udało mi się.

Powinnam była wiedzieć, że to zbyt piękne, by było prawdziwe.

Udało mi się, Panie Wrexham. Pokonałam pierwszą przeszkodę. Ale to była dopiero pierwsza przeszkoda. Musiałam teraz przetrwać rozmowę – i to bez potknięcia.

Niemal dokładnie tydzień po tym, jak otworzyłam e-mail od Sandry Elincourt, siedziałam w pociągu do Szkocji, odgrywając najlepiej, jak umiałam, Idealną Nianię Rowan. Moje zwykle bujne włosy wyszczotkowałam tak, że lśniły, i związałam je w schludny, wesoły kucyk; paznokcie miałam wypolerowane, a makijaż odpowiednio dyskretny, do tego jeszcze włożyłam swój strój „przyjaznej, ale rozsądnej, wesołej, ale pracowitej, profesjonalnej, ale nie nazbyt dumnej, by uklęknąć i powycierać wymiociny z podłogi” – schludną tweedową spódnicę oraz dopasowaną, bawełnianą, białą koszulę, a na wierzch kaszmirowy kardigan. Nie do końca jak z college’u dla niań Norland, ale zdecydowanie był to ukłon w tę stronę.

Czułam motylki w brzuchu. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie robiłam. Oczywiście nie chodzi o opiekę nad dziećmi. Tym się zajmowałam od prawie dziesięciu lat, chociaż raczej w żłobkach niż domach prywatnych.

Ale… tego. Podejmowania ryzyka. Narażania się w taki sposób na odrzucenie.

Tak strasznie tego chciałam. Tak bardzo, że byłam niemal przerażona tym, co mnie czeka.

Ku mojej irytacji pociąg był opóźniony, więc podróż do Edynburga zajęła mi prawie sześć godzin zamiast rozkładowych czterech i pół, a kiedy wysiadłam na stacji Waverley, z trudem rozprostowując nogi, zorientowałam się, że minęła już siedemnasta i spóźniłam się na przesiadkę dobrą godzinę. Na szczęście według rozkładu miał przyjechać kolejny pociąg i czekając na niego, wysłałam pani Elincourt SMS z obszernymi przeprosinami oraz informacją, że spóźnię się do Carn Bridge.

W końcu przyjechał – dużo mniejszy od wielkiego Intercity i starszy. Usadowiłam się przy oknie, a kiedy pociąg ruszył na północ, oglądałam, jak wiejskie krajobrazy zmieniają się z pofalowanych zielonych pól w przydymiony błękit i fiolety wrzosowisk. Dalej wznosiły się góry, z każdą mijaną stacją coraz ciemniejsze i bardziej ponure. Było tam tak pięknie, że zapomniałam o rozdrażnieniu spóźnieniem. Widok wielkich wzgórz nieubłaganie wznoszących się wokół nas sprawiał, że wszystko inne odsuwało się na dalszy plan. Czułam, jak twarda gula strachu w moim gardle zaczyna się roztapiać. A we mnie coś zaczęło… Nie wiem, Panie Wrexham. Tak jakbym zaczęła mieć nadzieję. Nadzieję, że to może się dziać naprawdę.

W jakiś dziwaczny sposób czułam się, jakbym jechała do domu.

Mijaliśmy stacje, których nazwy były na wpół znajome, Perth, Pitlochry, Aviemore, a niebo cały czas ciemniało. W końcu usłyszałam: „Carn Bridge, następna stacja Carn Bridge”, i pociąg zatrzymał się na maleńkim wiktoriańskim dworcu, a ja wysiadłam. Stanęłam na peronie, cała w nerwach, i zastanawiałam się, co zrobić.

„Ktoś po Ciebie wyjdzie” – padło w e-mailu od pani Elinocurt. Co to miało znaczyć? Taksówka? Ktoś z tabliczką z moim nazwiskiem?

Poszłam do wyjścia za garstką podróżnych i przystanęłam zakłopotana, podczas gdy inni pasażerowie rozeszli się do samochodów oraz czekających przyjaciół i krewnych. Miałam ciężką walizkę, postawiłam ją przy stopie i rozejrzałam się po ciemniejącym peronie. Cienie wydłużały się wieczornie, a przelotny optymizm, który ogarnął mnie w pociągu, zaczął blaknąć. Co, jeśli pani Elincourt nie dostała mojej wiadomości? Nie odpisała. Może zamówiona wcześniej taksówka przyjechała i odjechała wiele godzin temu, a mnie odhaczono jako tę, która się nie pojawiła?

Nagle wróciły motylki w brzuchu – i to nieprzyjemne.

Zaczął się czerwiec, ale byliśmy dość daleko na północy i tutaj wieczorne powietrze okazało się zaskakująco chłodne w porównaniu z dusznym, ciepłym londyńskim latem. Otuliłam się płaszczem i zauważyłam, że się trzęsę, a ze wzgórz zawiewał zimny wiatr. Peron opustoszał, zostałam sama.

Naszła mnie wielka ochota na papierosa, ale z doświadczenia wiedziałam, że nie robi się dobrego wrażenia, gdy śmierdzi się fajkami podczas rozmowy o pracę. Zamiast tego spojrzałam w telefon. Pociąg przyjechał idealnie na czas – a przynajmniej ten poprawiony czas, który podałam pani Elincourt w SMS-ie. Postanowiłam poczekać pięć minut i potem do niej zadzwonić.

Minęło pięć minut, ale uznałam, że poczekam jeszcze kolejne pięć. Nie chciałam robić złego wrażenia na wejściu, zadręczając ich, skoro może tylko utknęli w korku.

Minęło kolejne pięć minut i właśnie grzebałam w torebce, szukając wydruku e-maila od pani Elincourt, kiedy zobaczyłam mężczyznę idącego peronem, z rękoma w kieszeniach.

Na chwilę przestało bić mi serce, ale potem on podszedł bliżej, przyjrzałam się mu, nasze spojrzenia się spotkały i zdałam sobie sprawę, że to na pewno nie on. Był dużo za młody. Wyglądał na trzydzieści, trzydzieści pięć lat. Był także – i nie umknęło mi to nawet mimo zdenerwowania – wyjątkowo przystojny, miał szorstki zarost, zmierzwione ciemne włosy i wysoką, szczupłą sylwetkę.

Był ubrany w kombinezon roboczy, a kiedy do mnie podszedł, wyjął ręce z kieszeni i zobaczyłam, że są brudne od ziemi albo oleju silnikowego, chociaż musiał próbować je wyczyścić. Przez chwilę wydawało mi się, że może jest pracownikiem kolei, ale kiedy się do mnie zbliżył, odezwał się:

– Rowan Caine?

Skinęłam głową.

– Cześć, jestem Jack Grant. – Uśmiechnął się, kąciki jego ust uniosły się rozbrajająco, jakby cieszył się z jakiegoś swojego dowcipu. Miał szkocki akcent, ale łagodniejszy i nieco inny niż dziewczyna z Glasgow, z którą pracowałam po szkole. Wymówił swoje nazwisko z zaśpiewem, tak że rymowało się z angielskim „ant”, a nie dłuższym „aunt”.

– Pracuję w Heatherbrae House. Sandra poprosiła, żebym cię odebrał. Przepraszam za spóźnienie.

– Cześć – odpowiedziałam, nagle z jakiegoś niewyjaśnionego powodu zawstydzona. Odkaszlnęłam, próbując wymyślić, co mogłabym powiedzieć. – Yyy, nie ma sprawy. Nic się nie stało.

– Dlatego tak wyglądam. – Spojrzał z żalem na swoje dłonie. – Dopiero pół godziny temu powiedziała mi, że trzeba będzie po ciebie jechać. Byłem w połowie naprawy kosiarki, ale bałem się, że nie zdążę na twój pociąg, więc ruszyłem od razu, cały brudny. Mogę wziąć twoją walizkę?

– Naprawdę nie trzeba. – Podniosłam swój bagaż. – Nie jest ciężka. Dziękuję, że przyjechałeś.

Wzruszył ramionami.

– Nie musisz mi dziękować, to moja praca.

– Pracujesz dla Elincourtów?

– Dla Billa i Sandry, no. Jestem… w sumie sam nie wiem, jak się nazywa moja praca. Wydaje mi się, że Bill wpisał mnie na listę płac w swojej firmie jako kierowcę, ale bardziej pasowałby człowiek od wszystkiego. Zajmuję się ogrodem, naprawiam samochody, jeżdżę nimi po Carn Bridge i nie tylko. A ty jesteś nową nianią?

– Jeszcze nie jestem – odparłam nerwowo, a on uśmiechnął się do mnie kącikiem ust i mimo wszystko też musiałam się uśmiechnąć. To było zaraźliwe. – To znaczy ubiegam się o to stanowisko, tak. Mieli już dużo chętnych na rozmowach?

– Dwie albo trzy. Jak dotąd idzie ci lepiej niż tej pierwszej. Nie mówiła za bardzo po angielsku. Nie wiem, kto jej napisał zgłoszenie, ale z tego, co mówiła Sandra, nie zrobiła tego sama.

– Och. – Te słowa mnie trochę pokrzepiły. Wyobrażałam sobie paradę wykrochmalonych i wściekle kompetentnych dziewczyn w stylu Mary Poppins. Wyprostowałam się i wygładziłam zagniecenia na tweedowej spódnicy. – To dobrze. To znaczy pewnie nie dla niej. Dobrze dla mnie.

Znaleźliśmy się już na zewnątrz dworca, szliśmy małym, pustawym parkingiem w stronę długiego, czarnego samochodu stojącego po przeciwnej stronie drogi. Jack przycisnął coś na breloczku w kieszeni, a wtedy rozbłysły świata i drzwi otworzyły się, strzelając w górę niczym skrzydła nietoperza, co sprawiło, że mimo woli opadła mi szczęka. Pomyślałam o nieciekawym, szarym volvo mojego ojczyma, które napawało go radością oraz dumą, i parsknęłam. Jack znowu się uśmiechnął.

– Odrobinę krzykliwe, co nie? To tesla. Elektryk. Nie wiem, czy sam wybrałbym taki pojazd, ale Bill… No, sama zobaczysz. Lubi technologię.

– Tak? – Moje słowa nie miały żadnego znaczenia, ale w jakiś sposób… sama znajomość tego drobnego szczegółu była maleńkim okruchem, połączeniem z tym mężczyzną bez twarzy.

Jack się odsunął, a ja włożyłam walizkę do bagażnika.

– Chcesz jechać z tyłu czy z przodu? – spytał, a ja poczułam, że się rumienię.

– Och, poproszę z przodu!

Myśl, że miałabym siedzieć po królewsku z tyłu, traktując go niczym szofera, wystarczyła, żebym poczuła zażenowanie.

– Stamtąd będą lepsze widoki – powiedział tylko, ale przycisnął coś, co sprawiło, że nietoperze skrzydło bagażnika się zasunęło, a potem przytrzymał otwarte przednie drzwi od strony pasażera.

Przez moment się nie poruszyłam, niemal zapominając, do kogo to powiedział. Po chwili nagle zebrałam się w sobie i wsiadłam do auta.

W pewnym sensie chyba już wcześniej wiedziałam, że Elincourtowie są bogaci. To znaczy mieli kierowcę łamane przez faceta od wszystkiego i proponowali pięćdziesiąt pięć kawałków za stanowisko niani, więc musieli mieć jakiś nadmiar gotówki, ale dopiero kiedy dojechaliśmy do Domu Heatherbrae, zaczęło do mnie docierać, jak bardzo są zamożni.

Ta świadomość sprawiła, że poczułam się dziwnie.

„Nie zależy mi na pieniądzach” – chciałam powiedzieć do Jacka, kiedy zatrzymaliśmy się przed wysoką, stalową bramą, która zaczęła powoli otwierać się do środka, bo najwyraźniej wyczuła jakiś nadajnik w samochodzie. Ale to nie była do końca prawda.

Ile zarabiają Sandra i Bill? –zaczęłam się zastanawiać. Tesla pracowała niesamowicie cicho, gdy jechaliśmy długim, krętym podjazdem. Chrzęst żwiru pod kołami był znacznie głośniejszy niż szum elektrycznego silnika.

– Jezu – wymamrotałam pod nosem, kiedy weszliśmy w kolejny zakręt, a domu nadal nie było widać. Jack zerknął na mnie kątem oka.

– Spora posiadłość, co?

– Dość.

Oczywiście ziemia musiała być tutaj tańsza niż na południu, ale nie aż tak tania. Przejechaliśmy przez most nad wartkim strumieniem, woda była ciemna od torfu, po czym minęliśmy kępę sosen. Wydawało się, że między drzewami mignęło coś szkarłatnego, i zaczęłam tego wypatrywać, ale ściemniało się, a ja nie byłam zupełnie pewna, czy nie wyobraziłam sobie tego ruchu.

Kiedy w końcu wyjechaliśmy z zacisza drzew na otwartą przestrzeń, po raz pierwszy ujrzałam Heatherbrae.

Spodziewałam się czegoś ostentacyjnego, w rodzaju typowego domu z katalogu albo rozległego rancza zbudowanego z bali. Ale nie spotkało mnie tam nic takiego. Przede mną stał wiktoriański dom, kubikowy, jak dziecięcy rysunek domu, z błyszczącymi czarnymi drzwiami pośrodku oraz oknami po ich obu stronach. Nie był wielki, ale solidnie zbudowany z bloków granitu, z jednej strony piął się po nim bujny winobluszcz, a ja nie wiedziałam dokładnie dlaczego, ale biły z niego ciepło, luksus i wygoda.

Zapadł już zmierzch, kiedy Jack wyłączył silnik tesli i zgasił przednie światła auta. Jedynymi jasnymi punktami w okolicy pozostawały gwiazdy oraz lampy z wnętrza samego domu, oświetlające żwirową ścieżkę. Wszystko to przypominało widok z sentymentalnej ilustracji, jednej z tych przesiąkniętych nostalgią, z błyszczących puzzli, które uwielbiała moja babcia.

Łagodny szary kamień, porośnięty i nadgryziony zębem czasu, złote lampy świecące przez czyste, pofalowane szyby w oknach, ogromne róże gubiące płatki w zmroku – to było niemal zbyt idealne, w jakiś dziwny sposób nieznośnie idealne.

Kiedy wysiadłam z samochodu i spowiło mnie chłodne, wieczorne powietrze, przesiąknięte zapachem sosen i czyste jak woda mineralna, nagle poczułam, że dławi mnie tęsknota za takim życiem oraz wszystkim, co to miejsce sobą reprezentuje. Kontrast pomiędzy moim własnym dzieciństwem na przygnębiających, kanciastych przedmieściach, w szablonowym domu parterowym z lat pięćdziesiątych należącym do moich rodziców, gdzie każdy pokój poza moim był czysty i schludny, za to kompletnie pozbawiony charakteru lub wygody, był trudny do zniesienia, i kiedy poszłam schronić się na osłoniętym ganku, to bardziej po to, by odegnać od siebie te myśli, niż dlatego że byłam już gotowa na spotkanie z Sandrą.

Natychmiast coś wydało mi się dziwne. Ale co takiego? Drzwi przede mną były dość tradycyjne, z drewnianych desek, pomalowane na głęboką, błyszczącą czerń, ale coś wydawało się nie w porządku, nawet jakby czegoś brakowało. Minęła chwila, zanim się zorientowałam, o co chodzi. Nie było w nich dziurki od klucza.

To spostrzeżenie było z jakiegoś powodu niepokojące. Taki maleńki szczegół, a jednak sprawił, że zaczęłam się zastanawiać – czy te drzwi to atrapa? Powinnam iść na drugą stronę domu?

Nie było też kołatki, więc zerknęłam przez ramię, oczekując od Jacka wskazówki, jak powinnam się zapowiedzieć. Ale on nadal siedział w aucie, sprawdzał coś na dużym, rozświetlonym ekranie dotykowym, który służył za deskę rozdzielczą.

Odwróciłam się i wyciągnęłam rękę, gotowa zastukać w drewno własnymi knykciami, wtedy jednak mój wzrok przyciągnęło coś wbudowanego w ścianę na lewo od drzwi. Widmowa, podświetlona ikona w kształcie dzwonka pojawiła się znikąd, świeciła na czymś, co przypominało lity kamień, i zobaczyłam, że coś, co miałam za zwykłą ścianę, jest w istocie sprytnie zamontowanym panelem. Chciałam coś na niej nacisnąć, ale musiała być aktywowana ruchem, bo nie zdążyłam nawet jej dotknąć, kiedy w domu rozbrzmiał dźwięk dzwonka.

Zamrugałam i nagle przypomniało mi się, co powiedział Jack przy samochodzie. „Bill… No, sama zobaczysz. Lubi technologię”. Czy właśnie o to mu chodziło?

– Rowan! Witaj! – Kobiecy głos zdawał się nie dochodzić z żadnego konkretnego miejsca, a ja podskoczyłam, rozglądając się za kamerą, za mikrofonem, za jakąś maskownicą, do której mogłabym odpowiedzieć. Niczego takiego nie było. A przynajmniej niczego, co bym zauważyła.

– Yyyy… Ta-ak – odpowiedziałam po prostu w przestrzeń, czując się jak kompletna idiotka. – Cześć. Czy to… Sandra?

– Tak! Przebieram się właśnie. Będę na dole za dziesięć sekund. Przepraszam, że każę ci tam czekać.

Nie było żadnego kliknięcia, które powiedziałoby mi, że odłożyła słuchawkę, ani żadnej innej wskazówki, że to koniec rozmowy, lecz panel powoli zgasł, a ja czekałam dalej, czując się jednocześnie obserwowana oraz ignorowana.

W końcu, po czasie, który wydawał się bardzo długi, ale pewnie wyniósł mniej niż trzydzieści sekund, rozlała się nagła kakofonia szczekania i frontowe drzwi zostały otwarte. Wystrzeliły zza nich dwa czarne labradory, a za nimi pojawiła się szczupła blondynka o miodowym odcieniu włosów, pewnie koło czterdziestki, śmiejąc się i nieskutecznie łapiąc je za obroże, podczas gdy psy biegały wokół niej, radośnie skamląc.

– Hero! Claude! Do domu!

Jednak psy nie zwracały na to uwagi, skakały na mnie, a ja cofnęłam się kilka kroków. Jeden z nich wepchnął mi nos w krocze, boleśnie mocno, i zaczęłam śmiać się nerwowo, próbując odsunąć jego pysk i myśląc o zapasowej parze rajstop w walizce, a także zgrzytając zębami na myśl, że pies może mi podrzeć te, które mam na sobie. Znowu na mnie skoczył i kichnęłam. Poczułam swędzenie z tyłu czaszki. Cholera. Czy spakowałam inhalator?

– Hero! – odezwała się znowu kobieta. – Hero, przestań. – Wyszła do mnie spod osłony ganku i wyciągnęła dłoń. – Rowan, prawda? Uspokój się, Hero, natychmiast! – Udało jej się przypiąć trzymaną w ręku smycz do obroży i pociągnęła psa do siebie. – Przepraszam, jest taka towarzyska. Przeszkadzają ci psy?

– Ani trochę – odpowiedziałam, co było tylko częściowo prawdą. Nie przeszkadzały mi same psy, ale jeśli nie brałam leków antyhistaminowych, powodowały u mnie nasilenie astmy. Poza tym, pomijając astmę, nie chciałam, żeby w oficjalnej sytuacji wpychały mi nosy między nogi. Poczułam, że zaciska mi się klatka piersiowa, chociaż w tym przypadku to musiała być wyłącznie reakcja psychosomatyczna. – Dobry pies – dodałam z całym entuzjazmem, na jaki zdołałam się zdobyć, i poklepałam zwierzę po głowie.

– Właściwie to dobra suka. Hero jest suczką, a Claude psem. To rodzeństwo.

– Dobra suka – poprawiłam się bez przekonania. Hero entuzjastycznie polizała moją rękę, a ja powstrzymałam odruch wytarcia dłoni w spódnicę. Usłyszałam za sobą trzaśnięcie drzwi i kroki Jacka chrzęszczące na żwirze. Z pewną ulgą zobaczyłam, że psy zwróciły swoją uwagę na niego, szczekając radośnie, kiedy przyniósł moją walizkę z bagażnika.

– Proszę, twój bagaż, Rowan. Miło było cię poznać – oznajmił, stawiając ją obok mnie, a potem zwrócił się do pani Elincourt: – Jeśli pozwolisz, wrócę do naprawy kosiarki, Sandro. Chyba że potrzebujesz mnie do czegoś innego?

– Co takiego? – spytała nieuważnie pani Elincourt, po czym pokiwała głową. – Ach, kosiarka. Tak, proszę. Dasz radę ją naprawić?

– Mam nadzieję. Jeśli nie, zadzwonię rano do Aleckiego Browna.

– Dziękuję, Jack – odparła Sandra i pokręciła głową, kiedy odchodził na bok budynku; jego wysoka, barczysta sylwetka ciemniała na tle wieczornego nieba. – Naprawdę, ten człowiek to taki skarb. Nie wiem, co byśmy bez niego zrobili. On i Jean są tacy solidni. Tym samym cała ta afera z nianiami wydaje się jeszcze mniej zrozumiała.

Cała ta afera z nianiami. A jednak. Pierwsze odniesienie do owego dziwnego faktu, który miałam z tyłu głowy przez całą podróż: już cztery kobiety zrezygnowały z tego stanowiska.

Na początku w przypływie radości tak naprawdę nie przejmowałam się zbytnio tą częścią listu Sandry. W kontekście rozmowy kwalifikacyjnej nie wydawało się to zbyt ważne, ale kiedy czytałam ponownie jej e-maile oraz instrukcje dojazdu do Carn Bridge, ponownie się na to natknęłam, a tym razem ta uwaga bardziej rzucała się w oczy – była trochę dziwaczna i lekko absurdalna. Spędziłam nieco czasu, rozmyślając o tym podczas długich, nudnych godzin w pociągu. Obracałam jej słowa w głowie, rozdarta między ochotą, by się roześmiać, a czymś bardziej zagadkowym i niepokojącym.

Nie wierzyłam w moce nadprzyrodzone – powinnam to od razu zaznaczyć, Panie Wrexham. Dlatego legendy o tym domu były mi obojętne, właściwie sam pomysł, że nianie i służący mogliby zostać wypędzeni przez jakieś tajemnicze, upiorne wydarzenie, przedstawiał się absurdalnie – niemal wiktoriańsko.

Jednak cztery kobiety zrezygnowały z zatrudnienia u Elincourtów w ostatnim roku, to był fakt. Całkiem prawdopodobne wydawało się pechowe zatrudnienie nerwowej, przesądnej dziewczyny. Ale czterech z rzędu wyglądało na… już mniej prawdopodobne.

Co oznaczało, że istniało spore ryzyko, że chodziło o coś jeszcze, a w trakcie długiej drogi do Szkocji po głowie chodziły mi najprzeróżniejsze scenariusze. Trochę spodziewałam się, że Heatherbrae okaże się pełną przeciągów ruderą albo że pani Elincourt będzie bardzo wymagającą pracodawczynią. Przynajmniej do tej pory się na to nie zanosiło. Ale nie spieszyłam się z oceną.

W domu psy były jeszcze bardziej rozochocone i przejęte, że wpuszczono kogoś obcego, aż w końcu pani Elincourt zaprzestała prób okiełznania ich i zaciągnęła oba za obroże do pokoju gdzieś na tyłach, żeby je zamknąć.

Kiedy zniknęła, pospiesznie wyszperałam z kieszeni swój inhalator i zaciągnęłam się ukradkiem, a potem czekałam na nią tuż przy frontowych drzwiach, czując, jak ogarnia mnie atmosfera tego miejsca.

Nie był to duży budynek, zwykły dom jednorodzinny. A meble nie wyglądały ostentacyjnie, po prostu były niesamowicie wygodne i dobrze wykonane. Czuć jednak było… pieniądze. Tylko tak potrafię to opisać. Od wypolerowanej drewnianej poręczy schodów oraz chodnika w głębokim kolorze torfu, który wił się po długich, eleganckich schodach, po miękkie, brązowe, wyściełane aksamitem krzesło, wciśnięte pomiędzy schody a postrzępiony perski dywanik rozciągnięty na wytartych kamiennych płytach w korytarzu. Od powolnego, pewnego tykania pięknego stojącego zegara przy wysokim oknie po głęboką patynę lat na jadalnianym stole przy ścianie: wszystko to składało się na niemal przytłaczające poczucie luksusu. Nie było tam wcale schludnie – na kanapie walały się stosy gazet, a pod drzwiami frontowymi leżał porzucony dziecięcy kalosz – ale nie znalazłam ani jednej niepasującej rzeczy. Poduszki na kanapie były grubo wypchane piórami, nie było widać ani kłębków psiej sierści w kątach pokoju, ani śladów błota na schodach.

Nawet zapach był odpowiedni – bez śladu mokrego psa czy starego gotowania, tylko pasta z wosku pszczelego, palone drewno i delikatna nuta suszonych płatków róż.

Tam było… tam było idealnie, Panie Wrexham. To był dom, który sama chciałabym mieć, gdyby wystarczyło mi pieniędzy, smaku i czasu, by stworzyć coś tak głęboko, nieskończenie przyjaznego i ciepłego.

Właśnie o tym wszystkim myślałam, kiedy usłyszałam dźwięk zamykanych drzwi i zobaczyłam Sandrę wracającą z odległej strony korytarza. Odgarnęła z twarzy gęste włosy w kolorze miodu i uśmiechnęła się.

– Jejku, przepraszam, nie widują zbyt często obcych, więc strasznie się ekscytują na widok kogoś nowego. Zapewniam cię, że nie zachowują się tak przez cały czas. Zacznijmy jeszcze raz. Cześć, Rowan, jestem Sandra.

Wyciągnęła rękę po raz drugi, szczupłą, silną i opaloną, a do tego ozdobioną trzema lub czterema kosztownie wyglądającymi pierścionkami. Uścisnęłam ją i poczułam, że jej palce obejmują moje z niespotykaną stanowczością. Odwzajemniłam uśmiech.

– Dobrze, pewnie umierasz z głodu i padasz z nóg po takiej długiej podróży. Przyjechałaś z Londynu, prawda?

Skinęłam głową.

– Pokażę ci twój pokój, a jak już się przebierzesz i rozgościsz, zejdź na dół, zjemy coś. Nie wiedziałam, że jest tak późno. Już po dwudziestej pierwszej. Miałaś koszmarną podróż?

– Nie, nie była koszmarna – odparłam. – Tylko powolna. W Yorku mieli jakąś awarię trakcji, więc nie zdążyłam na przesiadkę. Naprawdę przepraszam, zwykle jestem bardzo punktualna.

Przynajmniej to była prawda. Niezależnie od moich innych wad i niedoskonałości, bardzo rzadko się spóźniam.

– Dostałam twój SMS. Przepraszam, że nie odpowiedziałam, ale nie zobaczyłam go od razu, byłam właśnie w trakcie kąpania dzieci, więc ledwo zdążyłam wybiec i powiedzieć Jackowi, żeby cię odebrał. Mam nadzieję, że nie czekałaś sto lat na dworcu.

To nie było do końca pytanie – raczej stwierdzenie, ale i tak odpowiedziałam.

– Niezbyt długo. Czyli dzieci śpią?

– Tak, trójka młodszych. Maddie ma osiem lat, Ellie pięć, a najmłodsza, Petra, dopiero skończyła osiemnaście miesięcy, wszystkie śpią.

– A czwarte? – spytałam, myśląc o czerwonym błysku, który dojrzałam między drzewami na podjeździe. – W ogłoszeniu napisałaś o czwórce…?

– Rhiannon ma czternaście lat i w tygodniu jej nie ma. Chodzi do szkoły z internatem. To nie było moje marzenie, wolałabym, żeby została w domu, ale nie działa tu w pobliżu żadne gimnazjum. Najbliższa zwykła szkoła jest ponad godzinę jazdy stąd i to za daleko na codzienne dojazdy. Mieszka więc w internacie koło Inverness i na większość weekendów wraca do domu. Za każdym razem, kiedy wyjeżdża, serce trochę mi pęka, ale wygląda na to, że jej się tam podoba.

Jeśli tak bardzo chcesz mieć ją w domu, to dlaczego się nie przeprowadzicie? – pomyślałam.

– Czyli się z nią nie spotkam? – spytałam. Sandra pokręciła głową.

– Nie, niestety nie, ale szczerze mówiąc, i tak miałabyś spędzać czas głównie z młodszymi. W każdym razie to oznacza, że możemy sobie teraz spokojnie porozmawiać, a jutro poznasz dzieciaki. Aha, i obawiam się, że mój mąż, Bill, też nie może się pojawić.

– O? – To była niespodzianka, w sumie nawet szok. W takim razie go nie poznam. To było takie oczywiste, że powinien chcieć spotkać się z osobą, którą mogliby zatrudnić jako opiekunkę do swoich dzieci… Próbowałam niczego po sobie nie pokazać. Nie oceniam. – O, to szkoda.

– Tak, wyjechał służbowo. Muszę przyznać, że to była okropna szarpanina, ten rok ze wszystkimi rezygnującymi nianiami. Dzieci, co zrozumiałe, są bardzo rozbite, a firma naprawdę ucierpiała. Jesteśmy architektami, działamy jako wspólnicy. W sumie jeden wspólnik i jedna wspólniczka! – Uśmiechnęła się, pokazując bardzo białe, idealnie równe zęby. – Tylko ja i on, a to oznacza, że w bardziej zajętych okresach, kiedy pracujemy nad więcej niż jednym projektem, bywamy strasznie obciążeni. Staramy się tak to układać, żeby zawsze jedno z nas było w domu, ale po odejściu Katii, to była nasza ostatnia niania, zapanował chaos. Ja musiałam zakasać rękawy tutaj, a Bill usiłuje złożyć do kupy firmę; muszę szczerze przyznać, że ktokolwiek dostanie tę pracę, nie będzie miał zbyt łagodnego okresu adaptacji. Zwykle przez pierwszy miesiąc staram się pracować z domu, by mieć pewność, że wszystko jest w porządku, ale tym razem to nie będzie możliwe. Bill nie może być w dwóch miejscach naraz, a realizacja kilku projektów wymaga pracy w terenie. Potrzebujemy kogoś bardzo doświadczonego, kto nie speszy się tym, że zostanie szybko sam z dziećmi, a do tego musi być gotów rozpocząć pracę jak najszybciej. – Spojrzała na mnie odrobinę zaniepokojona, między jej wyraźnie zaznaczonymi brwiami pojawiła się bruzda. – Myślisz, że to możesz być ty?

Przełknęłam. Pora porzucić zwątpienie i wejść w rolę Idealnej Niani Rowan.

– Zdecydowanie – odparłam, a pewność w moim głosie prawie przekonała mnie samą. – To znaczy widziałaś moje CV…

– Byliśmy pod wielkim wrażeniem twojego CV – oznajmiła Sandra, a ja zarumieniłam się lekko i skinęłam w podziękowaniu głową. – Szczerze mówiąc, robi największe wrażenie ze wszystkich, które otrzymaliśmy do tej pory. Spełniasz wszystkie nasze wymagania w kontekście opieki nad dziećmi w różnym wieku. Ale jaki masz okres wypowiedzenia? To znaczy, oczywiście… – Mówiła teraz szybko, jakby trochę zawstydzona. – Oczywiście wybranie dobrej niani jest najważniejsze, to rozumie się samo przez się. Ale naprawdę potrzebujemy kogoś, kto mógłby zacząć mniej więcej… cóż, mniej więcej teraz, jeśli mam być szczera. Udawanie, że nie odgrywa to żadnej roli, byłoby naiwne.

– Mam czterotygodniowy okres wypowiedzenia. – Zauważyłam, że usta Sandry wydymają się w lekko zatroskany dziubek, więc szybko dodałam: – Ale myślę, że prawdopodobnie mogłabym negocjować i skończyć wcześniej. Zostało mi jeszcze sporo urlopu, musiałabym usiąść z kalendarzem i to policzyć, ale wydaje mi się, że są spore szanse, by skrócić to do dwóch tygodni. Może nawet bardziej.

Tak, o ile Little Nippers jest gotowe na ustępstwa. Bóg raczy wiedzieć. Nie dali mi zbyt wielu powodów, bym była wobec nich lojalna.

Nie umknął mi błysk nadziei i ulgi, który pojawił się w oku Sandry. Ale potem najwyraźniej zorientowała się, gdzie stoimy.

– Spójrz tylko, trzymam cię cały czas w korytarzu. Nie powinnam cię tak wypytywać, skoro nawet nie pozwoliłam ci jeszcze zdjąć płaszcza. Pokażę ci twój pokój, a potem możemy zaszyć się w kuchni i porządnie porozmawiać, a ty sobie coś zjesz.

Odwróciła się, a ja podążyłam za nią długimi, krętymi schodami, jej stopy cicho stąpały po grubym, miękkim jak aksamit dywanie. Na górze zatrzymała się i przyłożyła palec wskazujący do ust. Stanęłam i rozejrzałam się po szerokiej przestrzeni, małym stoliku z wazonem pełnym rumianych piwonii, które właśnie zaczynały gubić płatki. Korytarz znikał w półmroku, oświetlony tylko zabarwioną na różowo nocną lampką wetkniętą do kontaktu w ścianie. Było tu sześcioro drzwi. Do ostatnich na dalekim końcu były przytwierdzone krzywe drewniane litery, a kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do słabego światła, odczytałam słowa. „Księżniczka Ellie” i „Królowa Maddie”. Drzwi najbliżej schodów były na wpół uchylone, z wnętrza blado świeciła lampka nocna. Słyszałam dobiegające stamtąd pochrapywanie malucha.

– Dzieci śpią – szepnęła Sandra. – A przynajmniej taką mam nadzieję. Wcześniej słyszałam jakieś tupanie, ale wygląda na to, że teraz jest cicho! Maddie ma wyjątkowo lekki sen, więc muszę trochę chodzić na palcach. My z Billem śpimy na tym piętrze, ale Rhi na górze. Tędy.

Na drugim piętrze z nieco mniejszego korytarza wychodziło troje kolejnych drzwi. Środkowe były otwarte, a wewnątrz pomieszczenia dostrzegłam małą szafkę pełną mopów i szczotek oraz bezprzewodowy odkurzacz ładujący się przy ścianie. Sandra pospiesznie je zamknęła.

Drzwi na lewo były zamknięte i miały napis: „SPIEPRZAJ, WEJŚCIE GROZI ŚMIERCIĄ” wypisany na drewnianych deskach czymś, co wyglądało jak rozmazana czerwona szminka.

– To pokój Rhiannon – wyjaśniła Sandra, unosząc lekko brwi, co mogło oznaczać cokolwiek od rozbawienia po rezygnację. – Ten – położyła rękę na klamce drzwi najdalej na prawo od schodów – jest twój. No, to znaczy… – Przerwała nieco speszona. – To znaczy ten pokój dajemy zawsze niani, dzisiaj będziesz tu spała. Przepraszam, nie chciałam być bezczelna!

Spróbowałam się lekko roześmiać – wyszło trochę nerwowo – a ona otworzyła drzwi. W środku było ciemno, ale zamiast szukać po omacku włącznika, Sandra wyciągnęła swój telefon. Spodziewałam się, że włączy latarkę, jednak przycisnęła coś i światła w pokoju ożyły.