Kobieta z pokoju jedenastego - Ruth Ware - ebook + książka
NOWOŚĆ

Kobieta z pokoju jedenastego ebook

Ruth Ware

5,0

143 osoby interesują się tą książką

Opis

Ruth Ware powraca z elektryzującym thrillerem, w którym 

Lo Blacklock znów staje oko w oko z niebezpieczeństwem.

Tym razem na stałym lądzie.

 

Po urodzeniu dzieci i związanej z tym przerwie od pracy zawodowej Lo Blacklock otrzymuje zaproszenie, które może na nowo rozruszać jej karierę. Wyjeżdża nad Jezioro Genewskie do luksusowego hotelu należącego do tajemniczego, ceniącego swoją prywatność miliardera Marcusa Leidmanna. To szansa na wielki powrót do świata dziennikarstwa podróżniczego – i może nawet na wywiad życia.

Ale nocna wizyta w apartamencie Marcusa kończy się niespodziewanie – Lo spotyka kobietę, której miała nadzieję już nigdy nie zobaczyć. Twierdzi ona, że jest kochanką Leidmanna, i błaga dziennikarkę o pomoc. Od tej chwili Lo zostaje wciągnięta w niebezpieczną grę, która prowadzi ją przez granice i miasta Europy, zmuszając do podjęcia dramatycznych decyzji.

Ile Lo będzie skłonna poświęcić, aby uratować kobietę, której zawdzięcza życie? I czy aby na pewno może jej zaufać?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 471

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: The Woman In Suite 11

First published in the United States by Simon & Schuster, LLC, 2025

First published in Great Britain by Simon & Schuster UK Ltd, 2025

Copyright © Ruth Ware, 2025

Copyright © for the Polish translation by Dobromiła Jankowska, 2026

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Redaktorka prowadząca: Joanna Pawłowska

Marketing i promocja: Karolina Guzik

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Anna Nowak, Magdalena Owczarzak

Projekt okładki i strony tytułowe: Magda Bloch

Ilustracja na okładce: © todamo | iStock

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68692-50-1

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Fragment

Część pierwsza

1

2

3

4

5

6

7

Część druga

8

9

10

11

12

13

Część trzecia

14

15

16

17

18

19

Część czwarta

20

21

22

23

24

25

26

27

Część piąta

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

Podziękowania

Przypisy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Dla wszystkich, którzy chcieli więcej

Wtym śnie byłam uwięziona. Zamknięta wceli głęboko pod wodą, gdzie nikt nie słyszał moich krzyków.

Nie znalazłam drogi ucieczki, mogłam tylko biegać od jednej ściany niewielkiego pokoju do drugiej, drapać wzamknięte drzwi irozdzierać pomarańczowe nylonowe zasłony, za którymi nie było okna, ajedynie okrutnie ze mnie szydzący czarny, plastikowy panel.

Rozpaczliwie próbowałam znaleźć coś, co pomogłoby mi uciec ztego więzienia: kawałek drewna, by podważyć drzwi, jakiś ciężki przedmiot, by rozwalić zamek. Bez powodzenia – były tam tylko przymocowana do ściany metalowa prycza igumowa taca na podłodze.

Wdokładnie dopasowanych drzwiach nie znalazłam żadnej dziury, wktórą mogłabym wcisnąć palce, żadnej szpary na dole, przez którą mogłabym wyjrzeć albo krzyknąć.

Kiedy drapałam wbezlitosny plastik połamanymi, zakrwawionymi paznokciami, dotarło do mnie, że wyjścia nie ma. Byłam uwięziona na dobre ina zawsze. Ita przerażająca świadomość mnie przytłoczyła.

Gdy się obudziłam, poczułam ogromną, wszechogarniającą ulgę. Leżałam zzamkniętymi oczami, słuchając swego mocno bijącego serca iszumiącej wuszach krwi. To był tylko sen – znajomy zły sen, który już niezliczoną ilość razy pojawiał się nocą. Głupi, nawracający koszmar – wspomnienie horroru, od którego dawno temu uciekłam. Byłam wdomu, bezpieczna, tu nikt nie mógł mnie skrzywdzić.

Ale… czy na pewno? Jeszcze zanim otworzyłam oczy, wiedziałam, że coś jest nie tak. Nie leżałam we własnym, wygodnym łóżku, mojego męża nie było obok, stópki kilkulatka nie wbijały się wmój brzuch. Byłam sama na cienkim, twardym materacu. Bolały mnie plecy ibiodra. Pomieszczenie nie pachniało dziecięcym potem iświeżą pościelą, ale środkiem do dezynfekcji ipłynem do mycia toalet. Dźwięki również były niepokojące – brak znajomego turkotu starego klimatyzatora, żadnych klaksonów ani syren typowych dla nowojorskiej nocy.

Nie, tu rozlegały się tylko trzask drzwi, odgłos kroków, uniesione wgniewie męskie głosy.

– Jeśli się nie uspokoisz… – padło, apotem coś jeszcze, czego już nie zrozumiałam.

Serce znów zaczęło bić szybciej, usiadłam więc iotworzyłam oczy, ogarnięta strachem, bo nagle powróciły do mnie wydarzenia poprzedniego dnia. Nie było tu fałszywego okna, beżowego panelu za nylonowymi zasłonami. Adrzwi nie zrobiono zplastiku. Ale owszem, były tu drzwi. Metalowe izakratowane. Izdecydowanie zamknięte.

Mój sen nie był tylko snem. Naprawdę zostałam uwięziona. Zamknięta wceli. Inie miałam pojęcia, jak się zniej wydostanę.

1

Kiedy weszłam do pokoju, zaparło mi dech. Wyglądał jak po wybuchu granatu. Opróżnione szuflady, kołdra i poduszki na podłodze, stolik kawowy przewrócony na łóżko, krzesła porozrzucane tak, jakby ktoś wziął je za kręgle i po kolei zbijał. Wszędzie leżały ubrania – na nocnej szafce, na żaluzjach, na podłodze – w tym bałaganie ledwie widziałam dywan. A na samym środku Delilah, moja stara, pręgowana kotka, spokojnie myła się na przewróconym stosie tego, co jeszcze kilka godzin temu było czystym i złożonym praniem.

Istniały tylko dwa możliwe wyjaśnienia. Pierwsze: w nocy obrabował mnie ktoś, kto szukał tu czegoś z przerażającą determinacją. Drugie: Judah pozwolił chłopcom samodzielnie ubrać się do przedszkola i oto mieliśmy efekt. Byłam niemal pewna, która opcja wygrywa.

Z westchnieniem podniosłam krzesła, zgarnęłam kubek niekapek Teddy’ego spod jego łóżka i zrzuciłam Delilah ze zmiętolonej kupy prania. Potem zaczęłam upychać ubrania Elego z powrotem w komodzie. Na ziemi leżała mała bluza z kapturem, z wyszywanym ryczącym dinozaurem i napisem „Jesteś superrrrr!”. Dlaczego na ubraniach dla dorosłych nie ma podobnych afirmacji? Zdarzało się, że naprawdę potrzebowałam pozytywnego kopa od uśmiechniętego T. rexa, który we mnie wierzył – dziś był właśnie taki dzień.

– Jak poszła rozmowa? – Judah zdjął słuchawki i podniósł wzrok znad laptopa, kiedy stawiałam kubek niekapek na kuchennym blacie.

W największym pokoju zawsze czuję się lepiej – przede wszystkim dla niego kupiliśmy to mieszkanie. Ciągnie się przez prawie całą długość starej kamienicy, ma lśniące podłogi z ciemnego drewna i wysokie okna wychodzące na sąsiednie dachy. Tego dnia tonął w nisko wiszącym jesiennym słońcu i błyszczących drobinkach kurzu.

Po podpisaniu umowy mieliśmy tu dwie sypialnie – jedną urządziliśmy dla siebie, w drugiej zrobiliśmy gabinet i pokój gościnny. Potem jednak zaszłam w ciążę, więc gabinet najpierw zmienił się w pokój dziecięcy, a potem w sypialnię dla dwóch małych chłopców. Teraz zwykle pracowaliśmy – no dobrze, Judah pracował – przy kuchennym stole w niewielkiej wnęce obok głównej przestrzeni mieszkalnej.

Gdy wróciłam do domu, mój mąż był bardzo skupiony na prowadzonej na Zoomie rozmowie, ale teraz wyglądał jak ktoś, kto wyraźnie chce zmienić temat. Potrząsnęłam głową.

– W porządku, ale raczej nie dostanę tej pracy. Dziewczyna, z którą rozmawiałam, była bardzo miła, tyle że jej zdaniem mam za wysokie kwalifikacje. Powtórzyła to dwukrotnie.

– Tłumaczenie: uważają, że ich na ciebie nie stać – odparł Judah, wzruszając ramionami. Podniósł okulary na czoło. – Mówiłem ci: powinnaś mierzyć wyżej.

– Łatwo ci to powtarzać, ale tak dawno temu wypadłam z obiegu…

Próbowałam nie zdradzać irytacji, która mnie zjadała, ale nie jestem pewna, czy mi się to udawało. Judah naprawdę miał łatwiej: tuż przed początkiem pandemii dostał ciepłą posadkę, i to w „New York Timesie”. Wygrał dziennikarską wersję loterii, a fakt, że o tym wiedział, wcale nie zmieniał tego, że wciąż porównywałam przebieg naszych karier.

– Nie jest łatwo dostać etat, Jude, szczególnie komuś, kto ma pięcioletnią dziurę w CV.

– Wiem – odparł. Wstał i podszedł bliżej, by wziąć mnie w ramiona. – Wiem, przepraszam, zdaję sobie sprawę, że posady nie wiszą na drzewie, czekając, aż je zerwiesz, tylko myślę po prostu, że… czasami się nie doceniasz.

– Doceniam się w wystarczającym stopniu, uwierz. Jednak od urodzenia Elego właściwie nie pracowałam, a to dla wielu zatrudniających jest sygnał alarmowy.

Eli nie był dokładnie covidowym dzieckiem, ale urodził się tuż przed wybuchem pandemii. Wcześniej długo unosiłam się, niemal dosłownie, na fali sukcesu mojej pierwszej i jedynej książki, Mroczne wody, opowiadającej o koszmarze, który przeżyłam na statku wycieczkowym Aurora w norweskich fiordach. Judah właśnie dostał etat w „New York Timesie”. Dzięki zaliczce za książkę i jego pensji kupiliśmy mieszkanie w modnej dzielnicy Tribeca na Manhattanie. Zakładaliśmy, że następnym krokiem powinny być starania o dziecko.

Z jakiegoś powodu – być może niepewności zawartej w słowie „starania” – założyłam, że cały proces zajmie kilka miesięcy albo i lat. Jednak Eli pojawił się wcześniej, niż się spodziewaliśmy, a opieka nad noworodkiem spadła na nas niczym tona cegieł. Nie mogliśmy uwierzyć, że tak maleńka istota może siać aż tak wielkie spustoszenie w uporządkowanym życiu dwóch osób, a mnie – oddaloną pięć i pół tysiąca kilometrów od ojczyzny i mamy – dotknęło ono wyjątkowo mocno. Przez jakiś czas było naprawdę ciężko. Czułam, że moja psychika ponownie ucieka w bardzo mroczne miejsca, poprzednie leki działały coraz słabiej, a nowe oznaczały nieoczekiwane skutki uboczne i komplikacje związane z dawkowaniem. Ale daliśmy radę i wróciliśmy na właściwe tory. Hormonalne tsunami się cofnęło. Eli przyzwyczaił się do naszej rutyny. Judah i ja ułożyliśmy codzienne sprawy, a ja w końcu znalazłam takie połączenie antydepresantów, które przywróciło mi równowagę. A kiedy zaczęłam rozważać zatrudnienie opiekunki do dziecka (babysitterki, jak je tutaj nazywają) i powrót do pracy, wybuchła pandemia.

W pewnym sensie się ucieszyłam (choć nigdy nie powiem tego głośno). Oczywiście, że było mi ciężko z powodu izolacji i troski o mamę mieszkającą w miejscu, które „Guardian” nazwał „wyspą zadżumionych”. Ale też poczułam się swobodniej. Zamknięcie szkół i przedszkoli oznaczało, że miałam przed sobą dwa cudowne lata w domu z Elim, bez możliwości szukania stałej posady, a potem, kiedy urodził się Teddy, zegar się zresetował, a ja wróciłam do dziecięcej krainy, tyle że z lepszymi lekami i większą kontrolą nad codziennym życiem.

Teraz jednak jakimś cudem minęło już sześć lat. Eli chodził do przedszkola, Teddy niedawno je zaczął. Honorarium za książkę rozeszło się na codzienne wydatki. Judah i ja zgodnie stwierdziliśmy, że nadeszła pora, bym wsiadła z powrotem na konia.

Niestety miałam problem ze znalezieniem konia.

Wcześniej dużo pracowałam jako wolny strzelec – trochę tutaj, w Stanach, ale też dla dawnych szefów i współpracowników z Wielkiej Brytanii. Potrzebowałam jednak etatu, składek emerytalnych i ubezpieczenia zdrowotnego. Teraz przynajmniej byłam już obywatelką USA, co dawało mi jako takie bezpieczeństwo. Jedną z rzeczy, o których obsesyjnie myślałam, pocąc się nocami w mrocznym czasie poporodowego niepokoju, było to, że wygaśnie mi zielona karta, a służby imigracyjne któregoś dnia zadudnią do drzwi. I ta obawa dręczyła mnie bez względu na to, ile razy Judah powtarzał, że nic podobnego się nie wydarzy, bo jako żona amerykańskiego obywatela oraz matka dwojga dzieci z pewnością nie zostanę deportowana. Jednak nawet trzymając w dłoni bezcenny amerykański paszport, wciąż zdawałam sobie sprawę, że jeśli cokolwiek stanie się Judah, będę miała przechlapane. Nasze życie w tym kraju, ubezpieczenie zdrowotne, kredyt hipoteczny, wszystko zależało od jego pracy. A tego nie chciałam. I nie chodziło tylko o mnie – nie chciałam też, by to na jego ramionach spoczywał cały ciężar utrzymania naszej małej rodziny.

Objęłam go mocno, na chwilę oparłam czoło o szeroką męską pierś, a potem wyprostowałam się i uśmiechnęłam.

– Wiesz co, na pewno będzie dobrze. Coś się znajdzie. To tylko kwestia pukania do kolejnych drzwi, aż któreś się otworzą, prawda?

– No pewnie. – Judah odgarnął włosy z mojej twarzy i się uśmiechnął. – Przecież posada w „Timesie” wydawała mi się kiedyś zupełnie nieosiągalna, a nagle się pojawiła. Świetnie piszesz i masz w CV naprawdę imponujące punkty. Znajdziesz stałą pracę. A w międzyczasie możesz trzymać rękę na pulsie i dalej pisać jako freelancerka. Te właściwe drzwi w końcu się otworzą, wiem to.

– Kocham cię, Judah Lewisie – odparłam. I mówiłam poważnie. Śmiertelnie poważnie.

– Kocham cię, Lauro Blacklock – powiedział i uśmiechnął się tym swoim jednym kącikiem, czym zawsze bardzo mnie wzruszał.

Przez długą chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, a ja znów pomyślałam, jak tysiące razy wcześniej: mam wielkie szczęście, że tu jestem – z mężczyzną, którego kocham, który wciąż przyprawia mnie o szybsze bicie serca, nawet po dziesięciu latach i dwojgu dzieciach, w tym pięknym mieszkaniu, o którym dekadę temu żadne z nas nawet nie marzyło. Moje życie mogło skończyć się w podmorskim grobie w Norwegii. I niewiele brakowało, by tak się stało. Każdy dzień był darem i nigdy nie przestałam być za niego wdzięczna.

Ze służbowego laptopa Judah dobiegło pingnięcie, które nas rozdzieliło, ale dalej się do siebie uśmiechaliśmy.

– Przepraszam – powiedział. – Przypominajka z kalendarza. Zaraz mam calla z zespołem.

– Trzeba zarobić na życie – odparłam. A potem, na widok sterty przesyłek leżących na stole, przypomniałam sobie: – Przy okazji, przyniosłam pocztę. Kilka przesyłek jest dla ciebie. Jedna to chyba te koszule, które zamówiłeś.

Judah skinął głową i zaczął przeglądać kupkę ulotek, paczek i rachunków, aż nagle jęknął na widok grubej wytłaczanej koperty, którą od razu mi rzucił.

– Pewnie kolejny ślub. Myślałem, że już wszyscy twoi znajomi zdążyli się ożenić i wyjść za mąż. Kto tym razem?

Spojrzałam na kopertę i zmarszczyłam czoło. Rzeczywiście wyglądała jak zaproszenie ślubne: gruby karton, drogi kremowy papier. Znaczek z Europy, ale nie z Wielkiej Brytanii. Nie wiedziałam nawet, z którego kraju. Napisano na nim „Helvetia”, co brzmiało trochę skandynawsko, ale nie znałam ani kraju, ani waluty o tej nazwie. „Mme. Laura Blacklock” – list zaadresowano ręcznie, czarnym atramentem, grubymi, pięknie wykaligrafowanymi literami.

Był tylko jeden sposób, żeby się dowiedzieć.

Rozdarłam górę i skrzywiłam się z bólu, kiedy sztywna krawędź koperty przecięła mi skórę. Wyjęłam kartkę i ssałam palec, czytając treść.

Marcus Leidmann i Leidmann Group

serdecznie zapraszają

Mme. Laurę Blacklock

na otwarcie dla mediów

Le Grand Hotel du Lac

Saint-Cergue les Bains

Jezioro Genewskie

Szwajcaria

poniedziałek, 4 listopada – czwartek, 7 listopada

RSVP na adres [email protected]

Na odwrocie napisano ten sam tekst po francusku, a pod obiema wersjami językowymi znajdował się niewielki kod QR z napisem „więcej informacji / plus d’informations”.

Judah chyba coś dostrzegł, może w mojej twarzy, kiedy kończyłam czytać, bo zaciekawiony podniósł wzrok.

– Jednak nie zaproszenie?

– Nie. Impreza prasowa. – Podałam mu kartkę, którą przeczytał, a potem postukał w nazwisko na górze.

– Słyszałem o nim, o Marcusie Leidmannie. To prezes zarządu Leidmann Group. Znasz ich?

Odebrałam od niego kartkę i pokręciłam głową.

– Jakaś firma z branży turystycznej?

– Robią wszystkiego po trochu, to jakby mniejsza wersja Tata Steel. Zaczęli od przemysłu ciężkiego, a potem zdywersyfikowali działalność i zajęli się rozmaitymi rzeczami, od kolei do komunikacji, ale nie wiedziałem, że prowadzą też hotele. To chyba coś nowego.

Wzruszyłam ramionami.

– Teraz chyba jest dobry czas, żeby wejść w turystykę. Wiele miejsc zamknęło się po pandemii, więc pewnie sprytny inwestor kupuje za bezcen. Cóż, fajna opcja dla kogoś, kto pojedzie się napić i pojeść na koszt tego całego Marcusa.

Wyjęłam kartkę spomiędzy jego palców i miałam już zamiar wrzucić ją do kosza, kiedy Judah mnie powstrzymał.

– Co ty opowiadasz? Fajna opcja dla ciebie, jeśli chcesz.

Zaśmiałam się.

– Judah, przecież nie pojadę do Szwajcarii! Kto odprowadzi chłopców do przedszkola? Kto ich odbierze?

– Hm, ja? – Judah wyglądał na lekko obrażonego. – Tak jak zrobiłem dziś rano, kiedy poszłaś na rozmowę, może pamiętasz? I wszyscy to przeżyliśmy.

Już otwierałam usta, żeby odparować, że pokój chłopców przypominał dziś strefę wojny, choć to tylko jeden poranek, ale się powstrzymałam. Nie chciałam być jedną z tych kobiet, które czepiają się zawsze, kiedy mężowie zrobią coś nieco inaczej, niż one same by zrobiły. A chłopcom pewnie przyda się trochę więcej samodzielności w porannych przygotowaniach. Szkoda po prostu, że przy okazji doprowadzili pokój do ruiny.

– Ale po co miałabym jechać? – zapytałam, zmieniając taktykę. – Nikt nie zlecił mi tekstu. Oczywiście darmowe wakacje są spoko, ale nie jestem nawet pewna, czy rzeczywiście są darmowe. Za lot pewnie będę musiała zapłacić.

– Po pierwsze – zaczął Judah, odhaczając punkty na palcach – od jakichś dwóch lat mówisz o tym, że chciałabyś spotkać się z mamą. Nawet jeśli musiałabyś sama kupić bilet, i tak będzie można odliczyć podatek od podróży do Europy, a to piechotą nie chodzi. Po drugie, prawdopodobnie będzie się tam roiło od redaktorów i autorów piszących o turystyce, więc to świetna szansa na networking. Może nawet spotkasz jakichś starych znajomych. Po trzecie, Lo, od sześciu cholernych lat siedzisz w domu z dziećmi. Jeśli ktokolwiek zasługuje na darmowe wakacje, to ty. Wszechświat mówi ci, żeby wsiadać z powrotem na konia. No i hej, to serio miłe, że pomyśleli akurat o tobie, prawda?

Spojrzałam na kartkę, którą trzymałam w ręku, teraz lekko pobrudzoną krwią z rozcięcia na palcu. Myśl o ponownym spotkaniu starych znajomych w niektórych przypadkach nie była wcale specjalnie zachęcająca, ale pozostałe argumenty Judah przyjęłam. Spotkanie z mamą odkładałam zdecydowanie zbyt długo, no i ta ostatnia uwaga… Nie mogę zaprzeczyć, że do mnie przemówiła. To naprawdę miłe, że ktoś o mnie pomyślał. Po wydaniu Mrocznych wód na jakiś czas stałam się pomniejszą celebrytką w kręgu turystyki i regularnie dostawałam zaproszenia na otwarcia najróżniejszych miejsc, od nowych hoteli po luksusowe linie kolejowe. Podczas pandemii strumyk zaczął wysychać, potem wysechł całkowicie i z jakiegoś powodu nigdy nie popłynął ponownie. Miło pomyśleć, że moje nazwisko dalej gdzieś tam jest, w kołonotatnikach różnych ludzi – o ile jeszcze ktoś używał kołonotatników…

Tak, to naprawdę było miłe, że ktoś o mnie pomyślał. Przypomniałam też sobie, że nawet jeśli po wcześniejszej rozmowie o pracę czułam się średnio, jestem kimś. I może kimś bardziej superrrrr, niż mi się wydawało. I może… może Judah miał rację. Może rzeczywiście wszechświat chciał mi coś powiedzieć.

2

– Mamusia! – Eli niczym mała brązowowłosa petarda wypadł przez drzwi przedszkola, walnął mnie głową w brzuch, a potem uścisnął tak, jakbyśmy nie widzieli się co najmniej od tygodnia. – Tęskniłem za tobą baaaardzo.

– Widziałeś mnie wczoraj przed snem!

– Ale rano cię nie było. Zanim się obudziłem! – oznajmił z naganą.

Teddy, wiszący na mojej drugiej ręce, energicznie przytakiwał.

– Zostawiłaś nas!

– Tak, ale tata się wami opiekował, prawda?

– Musieliśmy się ubrać. – Eli miał zrozpaczoną minę, jakby Judah zostawił go samego w domu na noc, a nie tylko kazał wybrać sobie koszulkę. – Mówiłem, że zawsze wybierasz mi gacie, ale tata powiedział, że jestem duży i mogę to zrobić sam.

„Gacie”. Oczywiście chodziło mu o spodnie, nie o bieliznę. Nigdy nie przyzwyczaję się, że z ust moich dzieci wychodzą niewłaściwe słowa – no ale w połowie byli też dziećmi Judah, w dodatku z każdym dniem stawali się coraz bardziej amerykańscy. Kiedy Eli zaczął chodzić do żłobka, jego akcent był podobny do mojego, ponieważ bardzo dużo czasu spędziliśmy razem w domu i regularnie faszerowałam go tam Świnką Peppą oraz Oktonautami. Jednak pięć minut po tym, jak wszedł do przedszkola, przynajmniej tak mi się zdawało, akcent zmienił się w nienaganny nowojorski, niemal tak brooklyński jak u Judah. Teraz Eli się dostosowywał. Z kolegami rozmawiał po amerykańsku, a ze mną i podczas spotkań z angielską babcią na Zoomie nieco bardziej po brytyjsku. Przynajmniej udało mi się pozostać „mamusią”. Inne matki były „mamami”. Ja nie.

– No choooodźmy – zaczął jęczeć Teddy. Podskakiwał niespokojnie obok mnie. – Chcę iść do parku. Możemy iść do parku?

– Cóż…

Sprawdziłam na telefonie godzinę, potem pogodę – przewidywali deszcz – ale w myślach wzruszyłam ramionami. Nieważne. Judah dostanie jeszcze godzinę, by popracować, a jeśli zacznie padać, mieliśmy kurtki.

– Dobrze, chodźmy. Ale tylko na pół godzinki.

Na niewielkim placu zabaw chłopcy zaczęli łazić po drabinkach, zwieszać się z małpiego gaju, chlapać w kałużach i ogólnie rzecz biorąc, tracić siły, a ja miotałam się między pilnowaniem ich i komponowaniem na telefonie przekonujących maili do kilku dawnych kontaktów, zachęcających do zamówienia tekstu o Grand Hotel du Lac. Problem w tym, że „plus d’informations” pod kodem QR nie zdradzało niestety zbyt wielu konkretów. A przydałoby się coś chwytliwego, punkt zaczepienia, na przykład „pierwszy neutralny węglowo hotel w Alpach Szwajcarskich” lub coś podobnego. „Jedyny europejski hotel z basenem ze złota”. Dobra, to akurat mało prawdopodobne, ale jeśli oceniać po zdjęciach na ich stronie internetowej, odrobinę bardziej prawdopodobne niż neutralność węglowa. Hotel wyglądał naprawdę pięknie i było widać, że nie szczędzono funduszy ani na sam budynek – oszałamiające osiemnastowieczne château bezpośrednio nad Jeziorem Genewskim – ani na wystrój, który wręcz ociekał pieniędzmi; od ręcznie malowanych płytek z Delft w łazienkach do wychodzącego na jezioro ogromnego basenu bez krawędzi, ze szklanymi ścianami. Nie przewidywałam, że w listopadzie będę jakoś często pływać, za to z łatwością potrafiłam sobie wyobrazić, jak przytulam się do jednego ze starych ceramicznych pieców opalanych drewnem, których wiele stało w hotelowych salonikach i bawialniach, albo jak siadam nad martini w koktajlbarze obitym boazerią z lat dwudziestych. Strona internetowa obiecywała cuda, od zimowych zjazdów na sankach do heliskiingu w pobliskim Morzine, wyglądało więc na to, że to całoroczna destynacja dla superbogaczy. Nie byłam tylko przekonana, jak bardzo jest to warte newsa.

Widziałam także problem w tym, że wiele drukowanych czasopism zdążyło zniknąć z rynku, od kiedy ostatnio musiałam sprzedać tekst, a te, które pozostały, były raczej podrasowanymi blogami i miały marne budżety. Kiedy otrzymałam trzecią taką samą odpowiedź („tak, weźmiemy artykuł, ale honorarium zapłacimy tylko symboliczne”), westchnęłam i wylogowałam się z poczty. Judah twierdził, że wszechświat każe mi z powrotem wsiąść na konia, i może kazał, ale mógłby również podarować mi okazały czek na opłacenie lekcji jazdy. Zarobki, które mi proponowano, nie pokryłyby nawet kosztów biletu lotniczego.

Tak czy inaczej, była to bardzo ciekawa propozycja, a także pretekst, by spotkać się z mamą, która dwa lata przed pandemią straciła drugiego męża i od czasu operacji biodra rok temu wyglądała coraz słabiej. Może powinnam po prostu powiedzieć: „Walić to”, i wycisnąć z wyjazdu tyle pustych tekstów, ile się da? Jasne, nie był to odważny temat śledczy, o którym kiedyś marzyłam, ale moje nazwisko wróciłoby do mediów i może w tej chwili jedynie to się liczyło.

Teddy spadł z huśtawki i zaczął ryczeć, gwałtownie przerywając moje rozmyślania. Obaj byli już zmęczeni, gotowi wracać do domu na gorące kakao, Bluey i kolację. Kiedy podniosłam szlochającego syna, otrzepałam go trochę z wody i znalazłam w czeluściach wielkiej torby batonika na pocieszenie, byłam zdecydowana: nadszedł czas. Zamierzałam przyjąć zaproszenie.

Już niemal wyszliśmy z parku, kiedy komórka zabrzęczała sygnałem nowego e-maila. Wyjęłam telefon z torby, zakładając, że to Judah pyta, kiedy wrócimy do domu. Ale to nie był on, tylko odpowiedź od dawnej koleżanki, obecnie zatrudnionej w „Financial Timesie”, jak wynikało z profilu na LinkedIn. Była moją szefową w „Velocity”, czasopiśmie podróżniczym, w którym dekadę temu zbierałam szlify, ale nie miałam pojęcia, czy dalej pracuje w tym biznesie. Wysłałam do niej e-mail z rozpędu, bez specjalnych oczekiwań i nadziei na odpowiedź. Kliknęłam, przekonana, że to kolejna uprzejma odmowa. Ale się pomyliłam.

Lo, fajnie, że się odezwałaś – cieszę się, że wróciłaś na rynek. Przykro mi, ale nie interesuje nas artykuł otym hotelu. Brzmi nieźle, ale bez efektu „wow” to nie temat dla nas. Za to gdyby udało Ci się przeprowadzić wywiad zMarcusem Leidmannem, zpewnością mogłabym go opublikować. Pełna sylwetka, co najmniej 2000 słów, zależy, ile by Ci opowiedział. Tyle że facet ma obsesję na punkcie prywatności, więc może Ci się nie udać. Więc tylko rzucam temat. Kto pyta, nie błądzi, prawda?

Rowan

Kiedy tak stałam, raz po raz czytając wiadomość od Rowan, znowu zaczęło padać i krople deszczu ściekały mi po czole prosto na ekran telefonu.

– Maaaamusiu – jęczał niecierpliwie Eli, przestępując z nogi na nogę. – Chodźmy już, serio, strasznie chce mi się siku!

– Przepraszam, skarbie – odparłam, zamknęłam aplikację i schowałam telefon do kieszeni. – To tylko coś z pracy. Idziemy.

Ruszyliśmy do domu, deszcz ściekał mi z nosa, a Teddy marudził, że ma mokre gacie i boli go pupa, a ja nie mogłam przestać się uśmiechać. Wróciłam. Znów wsiadłam na konia. Świetne uczucie.

3

– O której będzie taksówka? – Judah siedział na łóżku, ale kiedy pakowałam walizkę, czułam jego obecność tuż obok. Zachowywał się jak niespokojny rodzic wysyłający pierworodne dziecko na letni obóz.

– O trzeciej. Powinnam być na lotnisku o wpół do piątej, ale jeśli będą korki…

– Tak, dobry pomysł. Masz wszystkie dokumenty w podręcznym? Ubezpieczenie? Paszporty? Leki?

– Tak, tak i tak. – Paszporty miałam w torebce, wyjęłam i mu je pokazałam: stary, zmęczony brytyjski i sztywny, nowiutki amerykański. – To ekscytujące, że mogę ochrzcić ten amerykański. Jeszcze nigdy nie podróżowałam jako obywatelka USA!

– Wiesz, że podczas kontroli musisz okazać amerykański, prawda? Jeśli masz podwójne obywatelstwo, to żeby wyjechać ze Stanów i tu wjechać, musisz korzystać z amerykańskiego.

– Tak, wiem. Potrafię korzystać z Google, Judah.

– Masz wszystkie informacje, gdzie będziesz mieszkać i kto cię odbiera na lotnisku?

– Tak, Judah, skarbie! Przestań się martwić. Wiem, że minęło trochę czasu, ale kiedyś z tego żyłam, pamiętasz?

– Wiem, wiem, przepraszam. – Judah miał dość przyzwoitości, by przynajmniej udawać skruszonego.

Szczerze mówiąc, mniej martwiłam się o paszporty niż o dress code, który będzie obowiązywał na miejscu, i o to, czy zmieszczę się w przedciążowe sukienki. Od dawna nie wyjeżdżałam służbowo i niemal równie długo nie byłam w żadnym eleganckim lokalu. Nie miałam pewności, czy coś z mojego bardzo ograniczonego zasobu wieczorowych strojów jeszcze się dopina. Jeśli sądzić ze zdjęć zamieszczonych na stronie internetowej, o tej porze roku w Hotel du Lac nosiło się dżinsy rurki, buty z futerkiem i skandynawskie swetry – z tym dam radę. Przynajmniej z dżinsami i swetrem. Księżycowych butów z futerkiem nie miałam. Będą musiały wystarczyć kozaki. Za to na zdjęciach z wieczornych przyjęć prezentowały się szczupłe Europejki odziane w monochromatyczne designerskie sukienki, a to mógł być problem.

Przymierzałam do siebie przed lustrem kiedyś ulubioną małą czarną i próbowałam ocenić, czy jest dość elegancka na restaurację z gwiazdką Michelin, kiedy do pokoju wszedł wyraźnie niepocieszony Teddy z pluszowym dinozaurem w rączce.

– No ale dlaczeeeego musisz jechać? – zapytał chyba po raz setny.

– Bo muszę pracować, skarbie. – Zdjęłam koszulkę i włożyłam przez głowę czarną sukienkę. Tylko tak mogłam sprawdzić, czy pasuje.

– Mamusie nie muszą pracować – oznajmił Teddy. – Tatusie muszą pracować, ale mamusie pracują tylko, jeśli chcą.

– Słucham? – parsknęłam, wystawiając głowę z sukienki. – Gdzie to usłyszałeś?

Teddy nie odpowiedział, ale kiedy się zastanowić, to zgodnie z logiką kilkulatka jego stwierdzenie miało sens. W końcu przez większość jego dzieciństwa nie pracowałam, a choć w naszym kręgu znajomych było zaledwie kilka kobiet mających pełen etat, większość zatrudniała się tylko na część albo wcale. Z perspektywy Teddy’ego tak to najwyraźniej wyglądało: „tatusie” pracowali zawsze, a mamusie tylko wtedy, kiedy chciały.

Zapięłam sukienkę, nie bez satysfakcji odnotowując, że owszem, dopina się bez problemu, i uklękłam przed Teddym.

– Posłuchaj, skarbie, czasami mamusie przestają pracować, kiedy ich dzieci są małe, ja tak zrobiłam, i czasami tatusiowie robią tak samo. Ale zanim się urodziłeś, ja również pracowałam. Teraz jesteś już duży i chcę wrócić do pracy.

„Chcę”. „Chcę” było odpowiednim słowem. Nie „muszę”, bo tak naprawdę nie musiałam. Gdybyśmy odpuścili sobie kilka przyjemnostek, jeszcze przez jakiś czas dawalibyśmy radę utrzymać się z pensji Judah. Ale chciałam to zrobić dla siebie i chyba również dla Teddy’ego oraz Elego.

– Będę bardzo tęsknić za tobą i Elim, kiedy wyjadę, ale to tylko tydzień…

– Cały tydzień! – wtrącił dramatycznie Teddy, jakby dopiero się dowiedział i jakbyśmy nie rozmawiali już kilka razy na ten temat.

– Tak, tydzień – powtórzyłam cierpliwie. – Pamiętasz? Trzy dni spędzę w Szwajcarii, w pracy, a potem na kilka dni pojadę do Anglii, do babci Pam, żeby upewnić się, że wszystko u niej w porządku. I wracam do domu. Będę bardzo za tobą tęsknić, ale razem z tatą i Elim będziecie się świetnie bawić. Tata pewnie pozwoli wam robić różne rzeczy, na które ja nie pozwalam – siedzący w głębi Judah wyszczerzył się i pokiwał energicznie głową – przyjedzie też babcia Gail i pomoże tacie. Lubisz, kiedy babcia przyjeżdża, prawda?

– Przyjeżdża babcia Gail? – Teddy wydawał się udobruchany. Uwielbiał mamę Judah, która ubóstwiała wnuki i pobłażała im we wszystkim, nie stawiając absolutnie żadnych granic.

Skinęłam głową.

– Tak. Na trzy dni. Widzisz? Będziesz się świetnie bawił. A ja przywiozę ci prezent…

– Prezent? – Twarz Teddy’ego się ożywiła. – Jaki?

Wzruszyłam ramionami.

– Niespodziankę. Coś fajnego ze Szwajcarii.

– No ale co?

– Jeśli ci powiem, to już nie będzie niespodzianka, prawda? – Jasny szlag. Co takiego jest w Szwajcarii, czego nie ma w Stanach? Toblerone? Można ją kupić tutaj. Zegary z kukułką? Dobra, dowiem się. Zresztą Teddy miał niecałe cztery lata, i tak nie ogarniał. Mogłabym mu przywieźć klocki Lego, po prostu chciał dostać prezent do odpakowania. – Coś naprawdę fantastycznego.

– To ja chcę prezent teraz! – zawył Teddy, wracając do roli niezadowolonego kilkulatka, którym był, gdy wchodził do pokoju. Za jego plecami Judah zanosił się śmiechem, a ja przewróciłam oczami, wiedząc, że dla takich sytuacji ukuto przysłowie o kręceniu na siebie bicza. – Dlaczego nie dasz mi teraz?

Zdjęłam sukienkę przez głowę, włożyłam z powrotem koszulkę, podniosłam Teddy’ego i ucałowałam jego pulchną buzię, wciąż lekko pachnącą mlekiem i płatkami śniadaniowymi.

– Teraz nie dam ci prezentu, ale dam ci to. – Zrobiłam mu na policzku pierdzioszka, aż zachichotał, a potem uniosłam mu T-shirt i zafundowałam kolejnego na brzuszku. – I jeszcze to.

Zapiszczał z udawanym oburzeniem, choć tak naprawdę to uwielbiał, a ja obróciłam go i zrobiłam trzeciego pierdzioszka na plecach.

– I to. Jeśli dalej będziesz marudził, przyjdzie Łaskotliwy Potwór!

– Nie chcę Łaskotliwego Potwora! – zawołał Teddy w udawanym przerażeniu, wykręcił się, bym go postawiła, i odbiegł roześmiany.

– Tak, Łaskotliwy Potwór! – odkrzyknęłam, ruszając za nim. – Być może już tu jest i zaraz zacznie łaskotać!

– Eli! – krzyczał Teddy, nie przestając się śmiać. – Eli, pomóż mi, przyszedł Łaskotliwy Potwór! Ratunku!

– O rany – odezwał się Judah z drugiej strony pokoju, także bardzo rozbawiony. – Co ty narobiłaś? Nie skończysz się pakować przed przyjazdem taksówki. Teraz będzie chciał Łaskotliwego Potwora aż do wieczora.

– Walić taksówkę – odparłam i podeszłam do męża. Objęłam go w pasie, przebiegłam palcami pod bluzą i wcisnęłam je w miękką skórę nad biodrami. – Musisz wiedzieć, że Łaskotliwy Potwór potrafi bardzo szybko się pakować.

– Co ty nie powiesz? – odparł Judah z szerokim uśmiechem. – A potrafi się pakować tak? – Złapał mnie, przerzucił przez ramię i ciężkim krokiem wyszedł z pokoju niczym jaskiniowiec z kreskówki niosący swoją żonę. – Chłopcy! Złapałem Łaskotliwego Potwora! Pokażcie, co potraficie.

Mniej więcej cztery godziny później, kiedy taksówka odjeżdżała od krawężnika, włączając się w powolny nowojorski ruch, odwróciłam się i patrzyłam na coraz mniejsze twarze Judah, Elego i Teddy’ego. Judah stał na chodniku z szerokim, zachęcającym uśmiechem. Eli trzymał ojca za rękę i machał, ale minę miał wyraźnie nietęgą. Teddy nawet nie czekał, aż zamkną się drzwi taksówki, i wybuchnął płaczem, wyrywając się z ramion Judah i wyciągając rączki w stronę odjeżdżającego samochodu, a łzy toczyły się bez opamiętania po małych, pulchnych policzkach.

Czułam, jak żal ściska mnie za gardło i oczy zaczynają łzawić, kiedy Teddy przytulił się mocno do szyi Judah, a potem taksówka skręciła za róg i małe postaci zniknęły z pola widzenia. Bardziej dlatego, że nie chciałam już myśleć o wszystkim, co zostawiam, niż z rzeczywistej potrzeby, wyjęłam telefon i zaczęłam scrollować press pack od działu PR Leidmann Group – plan pobytu, informacje o hotelu, statystyki dotyczące szwajcarskiej turystyki…

Brakowało tylko dwóch informacji – oczywiście tych, które najbardziej chciałam otrzymać. Przede wszystkim listy gości. Dawno temu kolega powiedział mi, że przed każdym eventem medialnym dzwoni do organizatorów z prośbą o spis, by móc zawczasu wygooglować pozostałych uczestników wydarzenia. Żywiłam do owego kolegi mieszane uczucia. Tak naprawdę był moim eks i nie rozstaliśmy się w miłych okolicznościach. Jednak tamta rada miała sens i robiłam to rutynowo, odkąd podzielił się ze mną swoją sztuczką. Nie zawsze się udawała – niektóre firmy ze zrozumiałych przyczyn wolały zachować tajemnicę. Jeśli na liście gości znajdowały się gwiazdy, organizatorzy martwili się o bezpieczeństwo i prywatność zaproszonych celebrytów. Inni nie chcieli podawać informacji z zupełnie przeciwnego powodu: mało ludzi i brak ciekawych potwierdzeń, do czego nie zamierzali się przyznawać dziennikarce. Jednak zaskakująco często biura prasowe chętnie odpowiadały pozytywnie, a gdy otrzymywałam z wyprzedzeniem nazwiska interesujących osób, wyglądałam później na lepiej poinformowaną i mającą lepsze koneksje.

Niestety biuro prasowe Leidmann Group odpowiedziało, że lista gości jest tajna, jednak zawiera „ważne nazwiska z dziedziny finansów, dziennikarstwa i turystyki”, co zapewne oznaczało tych samych kilku blogerów i influencerów, których zawsze spotykało się na podobnych imprezach.

Jednak bardziej frustrująca była druga niewiadoma. Miałam nadzieję, że dostanę e-mail potwierdzający wywiad z Marcusem Leidmannem podczas mojego pobytu w Szwajcarii, ale decyzja wciąż nie nadeszła. Rzeczniczka prasowa, z którą rozmawiałam, nie odmówiła wprost, ale też nie powiedziała „tak”, nawet kiedy próbowałam kusić ją publikacją w „Financial Timesie”. Bardzo pomogłaby mi konkretna informacja: „tak, porozmawia z panią”, z wyznaczoną na piśmie datą i godziną. Jedyne, co udało mi się wymusić, to potwierdzenie, że Marcus Leidmann osobiście będzie uczestniczył w otwarciu hotelu. Nawet jeśli nie zdołam umówić się na formalny wywiad, być może podczas kolacji dam radę nawiązać z prezesem rozmowę wystarczająco długą, by ulepić z tego później sensowny artykuł.

Problem w tym, że im dłużej szukałam, tym lepiej rozumiałam, że stwierdzenie Rowan o „obsesji na punkcie prywatności” było niedopowiedzeniem. Facet nigdy nie udzielił wywiadu, przynajmniej ja żadnego nie znalazłam, a wszystkie cytowane wypowiedzi były okrągłe i puste, typowa PR-owska gadka z korporacyjnych komunikatów prasowych. Był „zachwycony” nabyciem kolejnej firmy. „Zasmucony” po śmierci jakiegoś przemysłowego giganta. „Zadowolony” z kwartalnych wyników takiego czy innego funduszu. Nic, co pozwoliłoby dowiedzieć się czegokolwiek o człowieku czy odgadnąć cechy jego osobowości.

Istniejące teksty, prawdopodobnie pisane bez jego udziału, były krótkie i zawierały wyłącznie fakty oraz informacje publicznie dostępne, takie jak transakcje biznesowe i inwestycje. Jak dotąd udało mi się dowiedzieć, ile w przybliżeniu Leidmann ma lat (około siedemdziesiątki, jeśli dobrze liczyłam), jaki jest jego stan cywilny (wdowiec, od dawna) oraz ile ma dzieci (syn, Pieter, trzydzieści pięć lat, oczywisty spadkobierca Leidmann Group). Marcus nie musiał gromadzić fortuny – na początku dwudziestego wieku Leidmann i Leidmann zostało założone przez jego dziadka i stryjecznego dziadka, belgijskich przemysłowców z flamandzkiej części kraju. Firmę rozwinął jego ojciec w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Leidmann senior przejął dobrze prosperujące przedsiębiorstwo metalurgiczne i wszedł z nim na międzynarodowy rynek. Była to korporacja działająca w różnych obszarach – od przemysłu samochodowego do okrętowego i wielu innych. Judah porównał ich do Tata Group i się nie pomylił – pod koniec lat dziewięćdziesiątych Leidmann Group rozrosła się niemal tak bardzo, jak indyjskie monstrum.

Ale dopiero kiedy to Marcus na początku dwudziestego pierwszego wieku został prezesem, LG stała się fenomenem na skalę światową i pozostawała nim do dziś. To on okroił działalność tam, gdzie to było konieczne, skonsolidował ją i rozwinął we wcześniej niezagospodarowanych obszarach międzynarodowych inwestycji i finansów, po drodze nie popełniając – z tego, co wiedziałam – żadnego błędu. Biznesowa bańka musiała zgodnie (choć bez entuzjazmu) przyznać, że nawet jeśli już urodził się szczęściarzem, Marcus Leidmann to wyjątkowo utalentowany rynkowy gracz, który prawdopodobnie odniósłby sukces bez względu na to, od czego by zaczynał.

Ponieważ Leidmann Group w większości pozostawała w prywatnych rękach i nie była notowana na giełdzie, znalazłam niewiele informacji o wartości netto dziesiątek powiązanych ze sobą spółek, funduszy i inwestycji, więc jakiekolwiek szacunki dotyczące prywatnej fortuny Marcusa Leidmanna pozostawały wyłącznie w sferze szacunków właśnie. Zarówno „Forbes”, jak i „Sunday Times” umieściły jego nazwisko na listach najbogatszych, obliczając majątek na jakieś dwa miliardy dolarów, inne źródła podawały nawet dużo wyższe kwoty. Tak czy inaczej można było spokojnie zakładać, że ów majątek jest naprawdę pokaźny.

Wiedziałam, że jeśli nie uda mi się choć na chwilę oficjalnie spotkać z Marcusem Leidmannem twarzą w twarz, będę miała problem, żeby przygotować tekst wystarczająco merytoryczny, by Rowan w ogóle go opublikowała. Nie mówiąc już o całej stronie czy dwóch. Ale gdybym cudem dała radę umówić choć krótkie spotkanie, które potem mogłabym przedstawić jako „wywiad na wyłączność”, bardzo by mi się to opłaciło. I nie chodziło tylko o honorarium, choć oczywiście „Financial Times” pozostawał jednym z niewielu mediów, które płaciły przyzwoicie i na czas. Chodziło o naprawdę dobry wpis do mojego CV. „Financial Times” plasował się w czołówce medialnych pracodawców – na równi z „Wall Street Journal” i „New York Timesem” – znany, prestiżowy tytuł, po obu stronach Atlantyku uznawany za synonim rzetelnego dziennikarstwa. Nowa publikacja na ich łamach otworzyłaby mi wiele drzwi, nie miałam co do tego żadnych wątpliwości. A jeśli to oznaczało podróż na drugi kontynent, nawet pod hasłem „może” – trudno, musiałam spróbować. W najgorszym razie miałam darmowy pobyt w luksusowym hotelu. W najlepszym – spotkanie z jednym z najbardziej wpływowych i niedostępnych ludzi w całej Europie. Oraz zgarnęłabym punkt do CV, który pomoże na nowo ruszyć moją karierę. Byłam gotowa zaryzykować.

4

– Momencik, proszę pani. – Kobieta przy stanowisku odprawy linii Swiss Air trzymała mój paszport i marszcząc czoło, wpatrywała się w ekran.

Ścisnęło mnie w żołądku. Szlag. Zapomniałam odhaczyć jakieś okienko? Chodziło o mój paszport? Boże, zrobiłam jakiś błąd w rezerwacji? Choć mieszkałam w Stanach już niemal dziesięć lat, wciąż zdarzało mi się zapominać o amerykańskim zapisie miesiąca przed dniem w dacie. Jeśli niechcący kupiłam bilet na jedenastego kwietnia zamiast czwartego listopada, Judah nie pozwoli mi o tym zapomnieć, ale bez względu na to, jak często próbował mnie przekonać, że logiczną kolejnością jest zapis miesiąc, dzień, rok – nie umiałam się przyzwyczaić. Bo kto, do diabła, pisałby na przykład M, S, L przy rozmiarach? To nie miało sensu.

– Jakiś problem? – wydusiłam, ale kobieta wstała z miejsca i poszła porozmawiać z drugim pracownikiem, który wyglądał trochę strasznie, niczym jakiś kierownik.

Ze stresu żółć podeszła mi do gardła. Nie polecę tym samolotem? Można kogoś usunąć z listy pasażerów na locie transatlantyckim?

– Bardzo przepraszam, pani Blacklock. – Kobieta wróciła na swoje miejsce z uśmiechem, ale to niewiele znaczyło, bo Amerykanie ciągle się uśmiechali. Nawet jeśli przekazywali straszne wieści, wciąż życzliwie szczerzyli zęby. – Po prostu zdziwiłam się, ponieważ pani już odprawiła się online na przypisane miejsce w samolocie, ale to żaden problem. Muszę tylko wydrukować nową kartę pokładową, żeby uwzględnić upgrade. Proszę się upewnić, że skanuje pani tę właściwą, gdy będzie pani przechodzić przez kontrolę.

– Słucham? – Przez chwilę myślałam, że coś źle usłyszałam. – Powiedziała pani „upgrade”?

Spojrzałam na siebie, sprawdzając, czy może mój strój zmienił się cudem w coś czarodziejskiego i eleganckiego, ale nie, wciąż były to po prostu ciuchy w stylu, który młodzież nazywa teraz „athleisure”. Słyszałam, że pasażer czasami otrzymuje wyższy komfort podróży, ale zwykle wiązało się to z długą i wzruszającą historią o tym, że ktoś jedzie na miesiąc miodowy albo pogrzeb bliskiej osoby. Nigdy nie słyszałam, żeby przydarzyło się to komuś absolutnie zwyczajnemu z dobrej woli linii lotniczych.

– Tak, wygląda na to, że pani pracodawca zmienił rezerwację na pierwszą klasę.

– Pierwszą klasę?!

Nigdy w życiu nie podróżowałam pierwszą klasą. Już klasa business byłaby wystarczająco luksusowa i bardzo różniłaby się od tego, co w rzeczywistości zarezerwowałam (czyli premium economy), a zrobiłam to tylko dlatego, że leciałam w nocy, a chciałam rozłożyć fotel i nie mieć koszmarnego poczucia winy z powodu niewygody osoby siedzącej z tyłu.

– Bardzo przepraszam, ale to chyba pomyłka. Jestem freelancerką, nie mam pracodawcy. A sama na pewno się nie (z)upgrade’owałam.

– Hm, cóż, patrzę na pani rezerwację i widzę, że zmiana została opłacona dzisiaj, upgrade do pierwszej klasy, lot z JFK do Genewy. Mam tu potwierdzenie. Może to prezent od kogoś znajomego?

Serce na moment mi stanęło. Czy Judah tak wyobrażał sobie romantyczne gesty? Raczej nie. Zmiana na pierwszą klasę, i to w ostatniej chwili, kosztowałaby… Nie chciałam nawet myśleć o cenie. Z pewnością kilka tysięcy dolarów. Albo i więcej. Nawet klasa biznes to ekstrawagancja, na którą nie było nas stać. A pierwsza? Szaleństwo.

Jedynymi osobami z dostępem do mojej rezerwacji byli pracownicy biura prasowego Leidmann Group – mieli bowiem zorganizować mi odbiór z lotniska – ale mało prawdopodobne, żeby to oni wydali dziesiątki tysięcy dolarów na jakąś dziennikarkę, której nigdy wcześniej nie widzieli na oczy. Myśl, że to po prostu pomyłka, wydawała mi się równie nieprawdopodobna. Przecież linie lotnicze nie popełniają takich błędów, prawda?

Nie, jedyne wyjaśnienie, jakie przychodziło mi do głowy, wyglądało tak, że Judah w ostatniej chwili złożył ofertę na upgrade z najniższą możliwą kwotą, która jakimś cudem okazała się najwyższa. Na pewno nie dałby rady zapłacić całej kwoty, po prostu nie było nas stać, ale mógł postawić kilkaset dolarów, zakładając, że jeśli się uda, dostanę miłą niespodziankę.

– Salonik pierwszej klasy znajduje się na piętrze, za kontrolą bezpieczeństwa – dodała kobieta za ladą, podając mi kartę pokładową. – Mogę jeszcze jakoś pomóc, pani Blacklock?

– Hm… nie.

Oszołomiona jak po bokserskim nokaucie ruszyłam w stronę kontroli bezpieczeństwa i cały czas czekałam, aż ktoś pobiegnie za mną z informacją o pomyłce linii lotniczych, ale nie rozległy się żadne kroki, nikt nie zawołał: „Pani Blacklock! Przepraszamy, zaszło nieporozumienie…”.

Dotarłam do stanowisk kontroli i już miałam automatycznie przejść do kolejki oznaczonej: „Wszyscy pasażerowie”, kiedy zauważyłam drugą, z napisem: „Premium”. Pod spodem mniejszymi literami napisano: „Pierwsza klasa”, oraz: „Priorytet”. Uznałam, że nadarza się okazja, żeby wypróbować drugą kartę pokładową, bo jeśli zawrócą mnie stąd, wstyd będzie mniejszy, niż gdy cofną mnie spod samej bramki. Do wydzielonej kolejki podeszłam z uruchomionym syndromem oszustki. Gdy pokazywałam kartę pokładową stojącej przy wejściu kobiecie w mundurze, cały czas spodziewałam się, że odeśle mnie tam, skąd przyszłam, ale ona tylko skinęła głową i machnęła, przepuszczając mnie obok wijącej się kolejki pasażerów klasy ekonomicznej do dużo krótszej, w której stali ludzie w bardzo drogich okryciach. Przede mną pojawiła się wysoka kobieta z długimi jedwabistymi czarnymi włosami, w ciemnych okularach i na najwyższych obcasach, jakie kiedykolwiek widziałam na lotnisku. Właśnie ściągała z palców, jeden po drugim, grube złote pierścionki i niezadowolona mówiła coś do męża w języku, którego nie rozpoznałam, ale chyba był to arabski. Mężczyzna, zapewne przyzwyczajony do marudzenia żony, stał obok i stukał w iPhone’a, wyraźnie nie słuchając, mamrocząc jedynie jakieś uspokajające komentarze. Potem wrzucił telefon do plastikowego pojemnika i oboje przeszli przez bramkę.

Zaczęłam wykładać rzeczy na tacę, kiedy woreczek z płynami nagle pękł, miniaturowe kosmetyki i produkty do makijażu potoczyły się na taśmę, a potem spadły na podłogę. Zaczerwieniona i zdenerwowana zaczęłam zbierać buteleczki, czekając, aż celnik po drugiej stronie bramki krzyknie, że przekroczyłam dozwolony limit płynów, a potem każe mi wrócić na początek kolejki po nową torebkę i może coś z niej wyrzucić… ale, ku mojemu zaskoczeniu, nic takiego się nie stało. Mężczyzna po prostu podał mi nowy woreczek oraz płyn do demakijażu oczu, który spadł po jego stronie, i uśmiechnął się, słuchając moich niewyraźnych przeprosin.

– Wszystko w porządku. Bez pośpiechu.

– Bardzo dziękuję. I przepraszam. Czy powinnam… – Z powątpiewaniem spojrzałam na trzymaną w dłoni szminkę. Nie mieściła się. – Mam ją wyrzucić?

– Nie, proszę pani, to nie jest płyn ani żel.

– Naprawdę? – Pamiętałam, że kiedy ostatnio byłam na lotnisku, celnik na sto procent powiedział mi, że szminka to również żel, i dlatego w ogóle ją tutaj miałam. – Rany, bardzo dziękuję.

– Nie ma za co – odparł i gestem kazał mi przejść przez bramkę wykrywającą metale.

Kilka minut później było już po kontroli, więc ruszyłam dalej, rzucając jeszcze zawstydzone spojrzenia w stronę niekończących się kolejek po stronie klasy ekonomicznej. Nie wiedziałam, jak to się stało, ale najwyraźniej karta pokładowa była prawdziwa, nikt się nie pomylił, a ja powinnam wysłać Judah najcieplejsze SMS-owe podziękowania w historii całego naszego związku. Odprawa i kontrola zajęły tak mało czasu, że zostały mi jeszcze prawie trzy godziny do odlotu – i dobrze, bo przecież mogłam skorzystać z luksusów saloniku pierwszej klasy, który na mnie czekał. Gdybym tylko potrafiła go znaleźć.

Po dwóch nieudanych podejściach i po tym, jak ostatecznie postanowiłam zapytać o drogę pracownika lotniska, dwadzieścia minut później minęłam niespecjalnie miłą panią w recepcji saloniku i relaksowałam się w wygodnym fotelu z kieliszkiem darmowego szampana w dłoni. Wcześniej leciałam klasą biznes tylko kilka razy, w okresie, kiedy promowałam Mroczne wody i to wydawca organizował podróże, ale nigdy nie minęła mi ekscytacja tym, że wchodzę do pomieszczenia pełnego napojów i przekąsek, którymi mogę się częstować. Obiecywałam sobie, że tym razem zachowam się profesjonalnie – choć przecież był to wyjazd dla przyjemności, który zdarzał się rzadko – i postanowiłam, że nie dam się skusić darmowemu alkoholowi, by nie zrobić z siebie pośmiewiska. W ostatnich latach nieczęsto piłam i miałam pewność, że po dwóch kieliszkach wyląduję pod stołem, a następnego dnia obudzę się z potwornym kacem.

Ale to była inna sytuacja: jeszcze nie dolecieliśmy do Szwajcarii i nie musiałam na nikim robić wrażenia. Jeden kieliszek nie zaszkodzi, zresztą skoro Judah zrobił mi prezent, powinnam jak najlepiej go wykorzystać, prawda?

Na myśl o mężu uświadomiłam sobie, że nawet nie podziękowałam za niespodziankę. Wyciągnęłam telefon, zrobiłam fotkę kieliszka z bąbelkami na tle ogromnych szyb lotniska z widokiem na pas startowy i wysłałam do Judah z podpisem: „Wielkie dzięki! Mam nadzieję, że nie zapłaciłeś fortuny”. Wiadomość pozostała nieodczytana, co mnie nie zdziwiło. Piąta po południu, czyli czas gotowania obiadu, dzieci w histerii, wszyscy zmęczeni i żądni uwagi: Judah na pewno miał pełne ręce roboty.

Dopiero później, kiedy ogłoszono boarding na mój lot, a ja wstałam, dopijając drugą filiżankę darmowej herbaty (przyznaję, nie tak dobrej jak szampan, ale próbowałam zachowywać się profesjonalnie) i zgarniałam płaszcz oraz torbę, telefon zawibrował odpowiedzią od Judah. „??? Sorry, nie wiem, o co chodzi! xo”.

Zmarszczyłam brwi, ale nie miałam już czasu pisać znowu. Komunikat zmienił się z „idź do bramki” na „boarding za 5 min.”, więc zaczęłam się zbierać. Wyjaśnienie musiało poczekać.

Pierwsza klasa była… cóż, pierwszą klasą. Tylko tak mogłam ją opisać. Była po prostu… kosmiczna.

Przede wszystkim przeprowadzono mnie obok stłoczonych pasażerów klasy biznes, którzy powoli skanowali swoje karty pokładowe, i pokierowano oddzielnym korytarzem. Przy drzwiach do samolotu stewardesa witała każdego po nazwisku – oprócz mnie w pierwszej klasie leciało jeszcze tylko troje innych pasażerów – i prowadziła do tak zwanych kabin, które przypominały bardziej pokoje niż zwykłe miejsca. We wszystkich znajdowały się: ogromny telewizor z szerokim ekranem, łóżko, minisofa i przesuwne drzwi, za którymi można było się schować.

– Czy mogę pani zaproponować gratisową piżamę? – zapytała stewardesa, która wcześniej włożyła do schowka moją torbę i powiesiła płaszcz.

Nie żebym potrzebowała z tym pomocy, bo hektary przestrzeni bagażowej zdecydowanie przerastały potrzeby mojej skromnej walizeczki.

– Słucham? – Wydawało mi się, że powiedziała „piżama”, ale na pewno się pomyliłam. Może chodziło o jakąś nieznaną mi przekąskę.

– Piżama – powtórzyła stewardesa. – Oferujemy je wszystkim pasażerom pierwszej klasy podczas nocnych lotów.

– Ja… To znaczy tak, jasne – odparłam zdezorientowana, a kobieta zniknęła za zasłonką, zza której przyniosła woreczek na pranie oraz równo złożoną paczkę z najmiększą piżamą z czesanej bawełny, jaką w życiu widziałam.

Nie wiem, czego właściwie się spodziewałam – chyba czegoś jednorazowego, jak papierowe majtki, które dostajesz na opalaniu natryskowym. Tymczasem otrzymałam najprawdziwszą mięciutką piżamę w rozmiarze S oraz parę wygodnych kapci.

– Proszę je zatrzymać – dodała stewardesa z uśmiechem. – Czy mogę zaproponować coś do picia? Mamy szampana, białe i czerwone wino, mimozę, koktajle…

– Eeee… Chyba poproszę o kieliszek szampana – odparłam.

Słyszałam, jak pasażerowie klasy biznes zajmują kabinę obok, i odwróciłam się, by tam spojrzeć, ale stewardesa natychmiast zasunęła zasłonkę, jakby osób z pierwszej klasy nie można było zmuszać do oglądania poślednich pasażerów klasy biznes.

– Oczywiście. Mamy Laurent-Perrier Grand Siècle Brut, pani Blacklock, czy może być?

Skinęłam tylko głową, a następnych piętnaście albo dwadzieścia minut spędziłam, bawiąc się ustawieniami fotela, popijając szampana, przeglądając kartę dań i scrollując gigantyczny katalog filmów dostępnych na panoramicznym telewizorze. Dopiero kiedy z głośników rozległ się głos kapitana informujący o starcie i proszący pasażerów o wysłuchanie instrukcji bezpieczeństwa, przypomniałam sobie, że nie odpowiedziałam Judah.

Przez chwilę rozważałam, czy po prostu do niego nie zadzwonić – szybciej rozwiązałabym całą zagadkę przez telefon, plus bardzo chciałam usłyszeć jego głos i upewnić się, że z dziećmi wszystko dobrze, że Teddy po moim wyjeździe się rozchmurzył, a Eli nie stresuje się tym, że musi być odważnym dużym chłopcem. Ale było już wpół do ósmej, Judah najpewniej kąpał teraz ich obu i kładł spać, w dodatku stewardzi zaczęli chodzić po kabinach, prosząc pasażerów o wyłączenie telefonów i zamknięcie laptopów.

Przeczytałam ponownie wiadomość od Judah, marszcząc czoło i upewniając się, czy na pewno dobrze wszystko zrozumiałam. Ale tak, najwyraźniej nie miał o niczym pojęcia: „??? Sorry, nie wiem, o co chodzi! xo”.

No dobrze, nie napisałam konkretnie, że mam na myśli upgrade, ale zdjęcie szampana w saloniku pierwszej klasy mówiło samo za siebie… prawda? Jeśli to Judah dopłaciłby za zmianę, na pewno wiedziałby, o co chodzi. A skoro to nie był Judah… to kto? Może jednak bałagan w papierach? Czy za chwilę zjawi się jakiś wściekły pasażer, którego numer rezerwacji różni się od mojego jedną cyfrą, i zażąda swojego miejsca w pierwszej klasie? Niezbyt radosna myśl, ale i tak nie miało sensu się teraz zamartwiać. Zrobiłam, co mogłam, zapytałam i dostałam potwierdzenie. Nie mogli mnie obciążyć za upgrade, o który nie poprosiłam, a jeśli przerzucą mnie do klasy premium economy – cóż, przecież tylko za nią zapłaciłam, a i tak zgarnęłam przy okazji dwa kieliszki darmowego szampana. Nienajgorszy interes, nawet jeśli nie miałam ochoty rezygnować z rozkładanego na płasko łóżka, nielimitowanego szampana i sandacza w marynacie miso z sosem z porto, którego wypatrzyłam w menu.

Tak czy owak, sprawa była zbyt skomplikowana, żebym miała ją teraz tłumaczyć Judah, bo rozległ się warkot silników i ruszyliśmy na pas startowy.

„Nie przejmuj się”, napisałam pospiesznie. „Tajemnicza zmiana, ale wyjaśnię, jak tylko dotrę na miejsce. Startujemy. Kocham Cię”.

Kliknęłam „wyślij”, patrzyłam, jak WhatsAppowa wiadomość znika w czeluściach sieci, i przełączyłam telefon na tryb samolotowy. Potem umościłam się wygodnie i przygotowałam na moje chwile luksusu, nawet jeśli nie miały trwać zbyt długo.