Pod ciężarem win - Andrzej Konefał - ebook
NOWOŚĆ

Pod ciężarem win ebook

Andrzej Konefał

0,0

15 osób interesuje się tą książką

Opis

Tamta noc nad zalewem zaczęła się jak zabawa, a skończyła się jak wyrok.

 

Jolka, Piotrek, Miron i Alicja od piętnastu lat próbują żyć tak, jakby nic się nie stało, ale wydarzenia tamtej nocy wgryzły się w ich pamięć jak rana, która nigdy się nie zabliźniła.

Jedna noc, która zniszczyła cztery życia.

Jedna tajemnica, która nigdy nie przestała krwawić.

Dziś każdy z nich płaci za tamto milczenie inaczej – lękiem, agresją, samotnością, wstydem. A gdy ich drogi znów zaczynają się przecinać, przeszłość nie zamierza odpuścić. 

 

Kiedy prawda w końcu wyjdzie na powierzchnię, ktoś się złamie.

Ktoś skłamie.

A ktoś nie wróci.

 

W tej historii nie ma niewinnych. Granica między winą a usprawiedliwieniem zaciera się z każdym kolejnym kłamstwem. Kto poniesie karę, a kto zostanie odkupiony? Kogo przygniecie ciężar własnych win?

 

„Pod ciężarem win” to mroczny thriller psychologiczny o tym, jak daleko człowiek jest w stanie posunąć się, by nie powiedzieć prawdy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 373

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dla przyjaciół

Prolog

Siedział w przytulnej kuchni. Był tutaj może ze dwa razy w ciągu swojego życia. Tuż obok niego na blacie stołu stał kubek z kawą, talerz z ciastkiem i kluczyki od samochodu. Mężczyzna nie mógł się skupić, rozpamiętując to, co zrobił minionej nocy.

– W życiu zdarzają się różne rzeczy. Nie zmienimy tego. Tak już jest. – Stojąca tyłem do niego kobieta miała na sobie szary znoszony dres i wyglądała, jakby w pośpiechu założyła na siebie to, co jej wpadło w ręce.

Nigdy nie zwracał się do niej z prośbą o pomoc. Zawsze sam rozwiązywał kłopoty, aż dotąd… Tym razem było inaczej.

– Przepraszam… – Spojrzał w bok, jakby szukając przysłowiowej deski ratunkowej, lecz zamiast tego zwrócił uwagę na skulonego mężczyznę, który siedział na niskim taborecie.

Co rusz oblizywał loda na patyku, robiąc to z niebywałym zaangażowaniem i uważając, aby kawałki czekolady nie spadły na podłogę. Gość za nim nie przepadał. Spoglądał ze wstrętem na syna gospodyni i zastanawiał się, gdzie podział się jego jeszcze głupszy brat.

– Nie masz za co przepraszać. – Kobieta odłożyła nóż, wyprostowała się i odwróciła.

Miała przyjazną twarz. Życie spędzone na wsi odcisnęło na niej swoje piętno, lecz mimo to mężczyzna był pod wrażeniem tego, że tak dobrze radziła sobie ze wszystkim. Nie była najmłodsza, a poruszała się zgrabnie, jakby nic nie sprawiało jej trudności. Postawiła przed gościem talerz z pokrojonym w równe plastry pomidorem, po czym sięgnęła do lodówki i wyjęła z niej żółty ser, szynkę, paprykę i margarynę do smarowania.

– Żałuję tego, co zrobiłem, ale ona mnie oszukała… Całe życie mnie okłamywała. – Poczuł, jak po policzkach spływają gorące łzy. Wytarł je szybko. – Nie byłem wtedy sobą. I jeszcze Agnieszka…

Gospodyni usiadła naprzeciwko. Zrobiła kanapkę, po czym podsunęła ją gościowi. Westchnęła.

– Musisz coś zjeść. Czekają cię ciężkie dni.

– Nie chcę. Nic mi nie przejdzie przez gardło.

Usłyszał za sobą nieporadne kroki. Wzdłuż kręgosłupa przeszedł mu nieprzyjemny dreszcz, lecz zanim zdołał się odwrócić, poczuł mocne uderzenie w tył głowy. Upadł na podłogę, lecz nie stracił przytomności. Nadal rejestrował wszystko, co działo się wokół.

– Skończ jeść i zajmij się jego samochodem – nakazała w stanowczy sposób kobieta. – A ty zanieś go… wiesz, gdzie.

Leżący mężczyzna nie zdołał się obronić. Ktoś nim szarpnął i przerzucił przez ramię. Zwisając głową w dół, widział idącą za nimi gospodynię. Zaufał jej. Pierwszy raz w życiu zdecydował się poprosić o pomoc, a otrzymał coś zupełnie odmiennego.

– Wyświadczyłeś mi tylko przysługę. – Głos kobiety zniknął, podobnie jak ona sama, w ciemności pomieszczenia, do którego weszli. – Biedny, głupi chłopiec…

Został zrzucony na twardą, zimną podłogę. Śmierdziało tu starym drewnem i pleśnią. Kaszlnął i zamknął oczy. Ból głowy go paraliżował. Dotarło do niego, że dopadła go sprawiedliwość, a jego okrutne postępowanie wczorajszej nocy oraz występki z całego życia skończą się w tym miejscu.

Nadszedł czas zapłaty.

1

Wielki kasztanowiec, pod którym siedział nastolatek, powoli budził się do życia. Mimo że kalendarzowa wiosna miała rozpocząć się dopiero za dwa dni, temperatura powietrza sprzyjała wcześniejszej wegetacji. Las wokół ożywał, a ciepłe promienie marcowego słońca ogrzewały bladą twarz chłopaka. Przesiadując na wytartym kocu w kratę, Oskar Krajewski skupił się na lekturze książki. Od czasu do czasu gryzł jabłko i z zainteresowaniem podążał za poczynaniami bohaterów czytanej powieści. Kiedy zerwał się zimniejszy wiatr, zapiął kurtkę i nałożył na głowę kaptur. Obiecał sobie, że zostanie na miejscu jeszcze piętnaście minut, a potem pójdzie do domu. Nie miał zamiaru czekać i marnować całego dnia, zważywszy na to, że matka i brat poprosili go o pomoc, a on im odmówił. Zrobiło mu się trochę głupio. Widział minę mamy, która z pewnością miała żal o ten zaskakujący akt nastoletniego buntu. Starszy brat nic nie powiedział, wzruszył tylko ramionami.

Krajewski nie był niepokornym nastolatkiem. Miał szacunek do starszych, ustępował miejsca w autobusie, grzecznie dziękował i służył pomocą. Lecz czasami po prostu miał chęć oderwać się od wszystkiego, wziąć książkę i pójść tam, gdzie nikt go nie będzie szukać. Nie miał dziewczyny. Trzymał się na uboczu przez wzgląd na sytuację w domu, która go zawstydzała. Zawsze dobrze się uczył i często pomagał innym uczniom w klasie.

Powodem jego alienacji był brak pieniędzy. Nie chwalił się nowymi butami, ubraniami ani nawet pachnącym nowością plecakiem. Zazwyczaj matka kupowała rzeczy w lumpeksie, a buty dostawał po starszym bracie. Tak wyglądało jego życie. Był jak ostatnie ogniwo w łańcuchu pokarmowym rodziny Krajewskich.

Po piętnastu minutach skończył czytać kolejny rozdział, zamknął książkę, wkładając uprzednio zakładkę między strony. Wrzucił też do plecaka pusty pojemnik, w którym jeszcze jakieś pół godziny temu znajdowało się jedzenie. Kiedy podnosił się z kolan, usłyszał pisk hamulców roweru. Wyprostował się i odwrócił w kierunku wąskiej, wydeptanej ścieżki, wzdłuż której rosły poplątane wicie dzikiej jeżyny. Uśmiechnął się na samą myśl, że jednak jego pobyt w lesie zostanie przedłużony. Z bijącym sercem patrzył w kierunku ciemnej kniei.

Jola Ferenc prowadziła swój rower, przeklinając pod nosem, aż w pewnym momencie zaczęła nim szarpać, kiedy pnącza jeżyn owinęły się wokół koła jednośladu. Oskar podbiegł i pomógł koleżance. Dziewczyna ostatni raz siarczyście przeklęła i zostawiając rower koledze, udała się w stronę kasztanowca.

Krajewski obserwował każdy jej ruch z wypiekami na twarzy. Mimo że Jolka nie zachowywała się jak typowa nastolatka w jego wieku, posiadała coś, co na niego mocno działało.

– Długo tu siedzisz? – zapytała, wypluwając gumę. Usiadła po turecku na kocu i spojrzała w kierunku książki.

– Nie za długo. Chwilkę – skłamał. Tak naprawdę czekał na nią od dwóch godzin.

Oparł rower o drzewo i dosiadł się do niej.

– Chwilkę? Co to za słowo w ogóle?

Zawstydził się i zmienił temat. Rozmawiali o głupotach, co jakiś czas śmiejąc się do rozpuku. Oskar już od pierwszej klasy szkoły podstawowej mógł liczyć tylko na nią. Co prawda, nie rozmawiali za każdym razem, a na szkolnym korytarzu dziewczyna zdawała się często go nie zauważać, choć mówił jej zawsze ,,cześć”, to i tak, gdy przychodziły soboty, spotykali się w tym magicznym miejscu. Nie pamiętał już, jak to się stało, że znaleźli ten azyl. Prawdopodobnie podczas którejś wycieczki szkolnej, zupełnym przypadkiem.

Co jakiś czas chłopak zerkał na pełne, słodkie usta koleżanki, soczystozielone oczy i piękną, porcelanową twarz. Jej wizerunek tak bardzo nie pasował do sposobu bycia, że czasami się zastanawiał, czy koleżanka nie udawała twardszej, niż była w rzeczywistości. Możliwe, że chowała się za maską, żeby nikt nie mógł doszukać się w niej delikatności i dobra w sercu.

– Wkurza mnie ta Frankowska. Znowu dostałam pałę. – Dziewczyna założyła ręce na piersi i zrobiła skwaszoną minę.

– Z klasówki?

– No przecież mówię! – Wywróciła oczami i chwyciła książkę. Wyjęła z niej zakładkę. – Co to jest? Ty to czytasz?

Spalił go wstyd. Miał wrażenie, że czytanie Rozważnej i romantycznej jest po prostu mało męskie. By jej pokazać, że książka nie ma dla niego żadnego znaczenia, odebrał od niej światowy bestseller i poszedł w stronę rzeki.

– Poczekaj, kurde! – zawołała. – Ej, Oskar!

Szum potoku z kamieniami wystającymi ponad powierzchnią wody ogłuszał. Był to piękny widok, stworzony przez matkę naturę.

– Co chcesz zrobić? – zapytała, wyciągając gumę do żucia z kieszeni kurtki.

– Zobaczysz. – Wyszczerzył się.

Było mu niezwykle szkoda tego pięknego egzemplarza. Dostał go od ciotki na dziesiąte urodziny, a kolekcja bestsellerów Jane Austen wciąż rosła w jego pokoju. Wziął zamach i rzucił książką przed siebie. Szelest kartek zniknął w rzece. Patrzył jeszcze w dal ze smutkiem w oczach, aż poczuł na sobie spojrzenie dziewczyny.

– Nie musiałeś tego robić. – Nie spuszczała z niego wzroku. – Jak chcesz, to sobie czytaj. To jest nawet fajne.

– Naprawdę? – zdziwił się.

– No.

Spędzili pod ulubionym drzewem jeszcze dwie godziny. Leżeli blisko siebie, patrząc w niebo. Nastolatek czuł ciepło dziewczyny, cieszył się, że mógł sobie pozwolić na nieznaczny dotyk. Dawało mu to więcej szczęścia niż tysiąc książek ulubionej autorki razem wziętych.

Wracając przez las, Jola zaproponowała koledze wspólny wypad nad zalew w poniedziałek po szkole. Jej propozycja zaskoczyła go na tyle, że przez chwilę nie wiedział, co odpowiedzieć. Ostatecznie, mniej więcej w połowie drogi, z ciężkim sercem odmówił. Trochę się przestraszył – nie miał pojęcia, czego Jola oczekuje ani jakie ma plany.

Dziewczyna nie do końca rozumiała jego decyzję, ale postanowiła ją uszanować. Mimo to poczuła lekką irytację – wiedziała, że jej kumpel unika ludzi i zamyka się w swoim świecie, do którego wstęp miała tylko ona. Z jednej strony sprawiało jej to radość, bo lubiła jego towarzystwo, choć nie zawsze umiała to okazać. Był inny niż reszta chłopaków w szkole – nie zabiegał o uwagę, nie udawał kogoś, kim nie jest. Imponował jej swoją prostolinijnością, skromnością i kulturą. Cechami, których często brakowało jego rówieśnikom.

– No, nie daj się prosić. – Postanowiła spróbować jeszcze raz.

Zatrzymali się przy rozdrożu.

– Będę ja, Ala, Miron i Piotrek. Napijemy się piwka… Może nawet rozpalimy ognisko, kto wie?

– Nie lubię piwa. – Skrzywił się i zaczął denerwować. Miał nadzieję, że wyraził się jasno. – To nie moje towarzystwo.

Pożegnali się i rozeszli w swoich kierunkach.

Idąc już samotnie przez łąkę, Oskar wciąż myślał o spotkaniu. Żałował jedynie książki – dał się ponieść chwili, chcąc zaimponować dziewczynie, i teraz miał do siebie pretensje. Wolał nawet nie wyobrażać sobie reakcji ciotki, gdy się o tym dowie. Była równie wielką miłośniczką literatury jak on, a może nawet jeszcze większą.

Uwielbiał spędzać u niej czas, zwłaszcza w weekendy i podczas wakacji. Gdy tylko do niej przyjeżdżał, znikał w dużym pokoju pełnym regałów uginających się pod ciężarem książek. Czuł się tam jak w prawdziwej bibliotece, otoczony światem opowieści, który zawsze dawał mu ukojenie.

Piotrek Szabłowski nie lubił kujonów, a na pewno nie takich, którzy kręcili się koło jego lasek. Już kilka razy widział, jak Jolka spotykała się z tym kurduplem, Krajewskim.

Zapadł zmierzch. Szabłowski zapalił papierosa w swoim pokoju i usiadł przy uchylonym oknie. Zaczął palić w wieku trzynastu lat, a teraz, jako piętnastolatek, wypalał pół paczki dziennie. Jego matka nie akceptowała tytoniu, więc będąc nadal na jej garnuszku, musiał stosować się do tego, co nakazywała. Na swój sposób ją kochał, chociaż od jakiegoś czasu działała mu na nerwy.

Wydychając dym, rozejrzał się po podwórku. Jedyna latarnia, która powinna o tej porze się świecić, była wyłączona, więc chłopak nie widział niczego prócz nieprzeniknionej ciemności. Nastolatek z roku na rok coraz bardziej upodabniał się z wyglądu do swojego ojca. Codziennie przeglądał się w lustrze i zamiast siebie, widział zapitą mordę starego, który przyłaził na czworakach do domu i lał matkę do nieprzytomności. Chłopak nie miał jeszcze wtedy wystarczającej siły i odwagi, aby reagować na jego brutalne zapędy. Zmieniło się to zaraz po trzynastych urodzinach. Zlał ojca na kwaśne jabłko i zagroził, że jeśli jeszcze raz podniesie rękę na matkę, to go zabije. Jedna, jedyna groźba poskutkowała. Ojciec przestał pić, wziął się do roboty, a nawet zaczął ogarniać chlew wokół domu. Niestety, któregoś słonecznego dnia Romuald Szabłowski spadł z drabiny. Upadek był tak niefortunny, że skręcił sobie kark. Piotrek i matka zostali sami na podupadającej gospodarce.

– Jesteś pewny?

Naprzeciwko Piotrka stał Miron Kolter i dłubał palcem w uchu. Był najlepszym przyjacielem Szabłowskiego i jego jedynym powiernikiem tajemnic. Znali się jak łyse konie i traktowali jak bracia. Kolter także był jedynakiem. Jego rodzice się rozwiedli, kiedy skończył pięć lat.

Piotrek popatrzył na kolegę, zamknął okno i zgasił peta na parapecie. Ściągając przepoconą koszulkę, poszedł do szafki założyć nową.

– Będzie zajebiście, zobaczysz. Już wszystko załatwiłem. – Przybił piątkę Mironowi. – Poza tym, ten pajac nie przyjdzie, a my będziemy sam na sam z Jolką i Alką.

– Stary, to będzie coś!

Miron i Piotrek byli prawiczkami. Mimo że uchodzili za twardzieli i lali się z każdym o wszystko, by pokazać, kto rządził, nie zaliczyli jeszcze ani jednej panienki. Choć zmieniali dziewczyny jak rękawiczki, nadal nie doszli do magicznej strefy, po której przekroczeniu staliby się prawdziwymi mężczyznami z krwi i kości. Teraz wszystko miało się zmienić. Piotrek przygotował plan, w którym on, jak i jego przyjaciel, pozbędą się wstydliwego problemu.

– Załatwię na poniedziałek kilka tabsów. To wystarczy, żeby rozluźnić dziewczyny – zapewnił Szabłowski.

Kolter uśmiechnął się na samą myśl o zbliżeniu z blondwłosą Alicją Popiel. Ala była najlepszą przyjaciółką Jolki i miała tylko jeden defekt. Dziewczyna nikogo do siebie nie dopuszczała. Wszyscy w szkole wiedzieli, że jest żelazną dziewicą. Nikomu nie dała się jeszcze pocałować, a co dopiero bzyknąć. Na samą myśl o niej twardniało Mironowi w rozporku. Teraz również pod luźnymi spodniami odkrył podnoszące się przyrodzenie. Usiadł szybko i ukrył swój sprzęt pod poduszką, aby przyjaciel niczego nie zobaczył.

– Tylko wkurwia mnie ta cipa, która kręci się koło Jolki. On sobie myśli, że bzyknie mi dziewczynę? – Piotrek grzmotnął pięścią w gruszkę treningową wiszącą w rogu pokoju.

Szabłowski ćwiczył codziennie. Dbał też o dietę. Jego klatka piersiowa, bicepsy i płaski brzuch z wyraźnie zarysowanym kaloryferem były idealnym wabikiem na laski. Dodatkowo sam musiał przyznać przed sobą, że był cholernie przystojny. Miał czarne włosy zgolone po bokach na zero, a na górze stawiał wszystko na żel. Zauważył też, że dziewczyny lubią go z dwudniowym zarostem, więc zazwyczaj starał się wyglądać tak, jak sobie tego życzyły.

Miron z kolei nie posiadał tak idealnego ciała jak jego brat krwi, ale był nieco wyższy od kumpla i bardziej napakowany. Kawał chłopa, któremu doskwierał trądzik na twarzy. Używał przeróżnych maści, toników, kremów, ale nic to nie dawało. Choć dwoił się i troił, to nadal nie mógł pozbyć się okropnej szpetoty skóry twarzy.

– Daj spokój. On przecież nie ma kutasa – zaśmiał się kolega.

Piotrek chwycił kolejnego papierosa, ale po chwili zastanowienia zrezygnował. Chciał w jakiś sposób odreagować stres, więc usiadł na łóżku i położył laptopa na kolanach. Przez chwilę musiał czekać, aby stare pudło się włączyło. Przez ponad trzy minuty wyklinał pod nosem, patrząc na obracające się logo systemu operacyjnego.

Przyjaciel wyłączył górne światło i przekręcił zamek w drzwiach. Doskonale wiedział, co zamierzał zrobić przyjaciel. Usiadł obok niego i wlepił wzrok w ekran.

Szabłowski wklepał w wyszukiwarkę dwa słowa i wcisnął ENTER na klawiaturze. Ich oczom ukazała się strona poświęcona filmom z kategorii BDSM. Oboje lubowali się w oglądaniu zakazanych materiałów – im więcej było widać, tym lepiej.

Kursor powędrował na jedno z nagrań i młody mężczyzna kliknął PLAY.

– O kurwa. Ale ją załatwi… – mruknął Kolter, napawając się widokiem brutalnego gwałtu.

Kamera rejestrowała każdy moment cierpienia. Dziewczyna była unieruchomiona łańcuchem przy kostkach i nadgarstkach, skazana na łaskę człowieka, którego twarz skrywała biała maska. Łańcuch przytwierdzony do łóżka brzęczał cicho przy każdym jej ruchu, ale… jej się to podobało. Mimo że opierała się każdemu razowi wymyślnych tortur, cicho zawodziła w ekstazie. Im mocniej zamaskowany mężczyzna tłukł delikatne ciało, tym chciała więcej i intensywniej. Operator kamery podążał obiektywem za wszystkim, co sprawiało pożądany, satysfakcjonujący ból. Na ekranie okrucieństwo rosło, przekraczając granice tego, co można pojąć.

– Stary, to mnie kręci! – Piotrek zaczął masować swojego penisa.

Miron nie był tak perwersyjny jak kolega, lecz lubił przyglądać się poniżaniu i szmaceniu kobiet. Ukradkiem zerkał też na przyjaciela, którego erekcja była dosyć dobrze widoczna. Kolter nie był gejem, podobały mu się dziewczyny i ich ponętne ciała. Najbardziej uwielbiał biusty – im większe, tym lepsze. Jednakże jakiś czas temu odkrył, że jego fascynacja nie ogranicza się tylko do płci pięknej. Od czasu do czasu zerkał na chłopaków w szkole, w szatni, kiedy przebierali się po lekcjach wychowania fizycznego. Czasami też włączał sobie filmy, w których bzykali się sami faceci. W tej chwili akurat zainteresował się Piotrkiem pocierającym swój sprzęt. Zaczął wyobrażać sobie, co kryło się w rozporku, i to go podnieciło. Nastolatek zacisnął dłoń, aby nie posunąć się do nieodwracalnej reakcji. Nie chciał stracić kumpla. Skupił się na filmie, choć pociąg do Szabłowskiego siedział mu w głowie jak cierń w skórze.

Późną nocą, kiedy zrobiło się niebywale zimno, a zza okna dochodziły pomruki wzmagającego się wiatru, Oskar otworzył oczy i zaspany usiadł na łóżku. Świszczące podmuchy przywodziły na myśl ujadanie wściekłych psów, a donośne szuranie gałęzi o dach i ściany wzmagały tylko uczucie niepokoju. Chłopak wstał i zasłonił okno. Chciało mu się pić, jak zawsze, kiedy w mieszkaniu kaloryfery zaczęły grzać pełną parą. Wyszedł z pokoju.

Idąc ciasnym korytarzem, miał nieodparte wrażenie, że ściany powoli się zwężają, jakby chciały go uwięzić. Ciemność nigdy nie była jego sprzymierzeńcem – nawet delikatny półmrok czający się w zakamarkach budził w nim niepokój.

Wszedł do kuchni i stanął jak wryty. Obok lodówki stał wielki jak dąb mężczyzna. W pierwszym odruchu nastolatek chciał czmychnąć w głąb korytarza i zacząć krzyczeć w niebogłosy. Włosy zjeżyły mu się na karku. Po chwili jednak rozpoznał w twarzy kolosa swojego brata. Chłopak uśmiechnął się i uspokoił. Ostre rysy zniknęły, twarz brata odzyskała smukłe linie, a złowrogi wzrok zmienił się w miękki materiał dobroci.

Sławek Krajewski wyjął z lodówki mleko w butelce, a następnie ją zamknął. Przywitał się z bratem i oboje usiedli przy stole.

Pomieszczenie zostało wyposażone w meble solidnej roboty. Zrobił je na wymiar ojciec chłopców. Kierując się sugestiami matki, odwzorował każdy szczegół, o który poprosiła kobieta. Było to niezwykle ważne, gdyż Alina Krajewska ze szczególną starannością przygotowała ten projekt.

Sławek nalał mleka do dwóch szklanek i zakręcił butelkę. Jego krótkie włosy, ścięte na jeża, dodawały mu niebezpiecznego wyrazu, lecz w głębi duszy był miły i uczynny. Dwudziestojednolatek nawet ubrany w same spodnie od piżamy emanował męskością. Był barczystym, muskularnym facetem, dla którego zdrowie i rodzina stały się życiowym priorytetem.

– Nie możesz spać? – zapytał młodszego.

– Tato znowu nagrzał w piecu jak wściekły. Jakby były mrozy po minus pięćdziesiąt – odparł Oskar, chwytając za szklankę.

– Mamie jest zawsze zimno. – Sławek uśmiechnął się i spojrzał życzliwie na brata. – Widziałem cię dzisiaj z tą Jolką. Podoba ci się, co?

Chociaż w kuchni panował mrok, światło sączące się z okapu rzucało delikatny blask na twarz Oskara. Miał wrażenie, że rozpalone policzki świecą w ciemności. Starał się robić wszystko, aby brat niczego nie zauważył. Napił się mleka i uciekł wzrokiem w stronę okna, gdzie silny wiatr miotał gałęziami pobliskiej jabłoni. Chłopak czuł się teraz jak to drzewo – targany sprzecznymi uczuciami, bezsilny wobec kaprysów pogody.

– Nie wstydź się, bracie. To bardzo fajna dziewczyna. Trochę pyskata, ale fajna.

Oskar go kochał. Nigdy nie miał odczucia, że Sławek jest przeciwko niemu. Zazwyczaj gadali godzinami, zwierzali się sobie i wspierali wzajemnie. Niestety, od jakiegoś czasu Sławek zaczął pracować i poznał dziewczynę, u której spędzał sporo czasu. Mimo tych niepokojących nowości zawsze mógł na niego liczyć. Rozumieli się bez słów. Młodszy z braci potrafił rozpoznać humor starszego, a nawet w nieznany mu sposób poprawić jego wisielczy nastrój. Byli kompanami na dobre i złe.

– Jolka zaprosiła mnie nad zalew z okazji pierwszego dnia wiosny i takie tam. Ale wiesz, że ja nie lubię grup… – Zamyślił się. – No i odmówiłem.

– Daj spokój. Przecież to świetna okazja, żeby wyrwać się do ludzi. Powinieneś pójść. – Sławek wychylił szklankę i odstawił na blat puste naczynie. – Takie jest moje zdanie, ale zrobisz, jak zechcesz.

– Gdybyśmy poszli tam tylko we dwoje, to… – Oskar wbił wzrok w swoją szklankę. Obejmował naczynie obiema dłońmi. Czuł zimno pod opuszkami i delikatne mrowienie. – Wiesz? Chyba masz rację.

Jeszcze przez jakiś czas siedzieli w kuchni i rozmawiali o przeróżnych rzeczach, które przydarzyły się im w ciągu dnia. Sławek opowiedział więcej o swojej dziewczynie, Majce, o tym, że strasznie mu na niej zależy. Wyglądał na naprawdę zakochanego, co wpędzało Oskara w niemałe zakłopotanie.

– Dobra, czas spać. Trzymaj się. – Starszy klepnął młodszego w ramię.

Pożegnali się tuż po północy. Sławek musiał wstać wcześnie rano do pracy, choć była niedziela. Pracował w tartaku. Praca fizyczna dobrze go ukształtowała, a mięśnie i idealna postawa stały się dla młodszego z braci celem w życiu.

Kładąc się do łóżka, Oskar już nie zwracał uwagi na niemiłosierny hałas dochodzący z zewnątrz. W tej chwili jego myśli krążyły wokół Joli, jej niezwykłej propozycji i szczęściu, które niewątpliwie rozgrzewało jego serce. Słowa brata zmotywowały go, aby coś zmienić. Może pożegnanie zimy w towarzystwie koleżanki odmieni jego relacje z ludźmi? Alienacja, chowanie głowy w piasek, zagrzebywanie się w świecie książek nie przynosiło już takiej satysfakcji, co kiedyś. Chłopak odczuwał pustkę, którą ignorował, ale z każdym dniem było mu coraz ciężej przyjmować do wiadomości, że życie to nie tylko cztery ściany pokoju i książki Jane Austen.

2

Tego poranka Alicja Popiel miała nigdy nie zapomnieć. Otworzyła powieki tuż przed siódmą i już wiedziała, że coś jest nie tak. Czuła ogólne rozdrażnienie i niechęć do wszystkiego. Biorąc pod uwagę to, że sny miała przyjemne, a wręcz podniecające, nie powinno się tak stać. Skąd więc ten podły, wisielczy humor z samego rana?

– Jezu, znowu… – jęknęła.

Od kilku dni czuła, że zbliża się ten czas w miesiącu, którego nie lubiła. Lecz która kobieta czeka na dni pełne bólu i wkurwienia? Odpowiedz była jedna: żadna.

W domu, w którym mieszkała, nie brakowało luksusów. Ala podniosła się ociężale i zajrzała pod kołdrę. Skrzywiła się, widząc brunatnoczerwoną plamę tuż pod pośladkami. Białe figi, teraz w kolorze brudnego szkarłatu, wzbudziły w niej obrzydzenie. Zrzuciła posłanie na ziemię i szybko wstała z łóżka.

– Pierdolony okres. Kurwa!

Udała się do łazienki, która została wybudowana specjalnie dla niej w czasie aranżacji pomieszczeń. Jako jedyna córeczka tatusia – nie licząc głupiego jak but brata – Ala wymagała od architekta i ojca, aby w jej pokoju było wszystko to, czego potrzebowała. Jak za dotknięciem różdżki w pokoju dziewczyny powstała łazienka jak z bajki. Prywatna toaleta, przeszklona kabina prysznicowa połączona z wanną, w której brała długie i relaksujące kąpiele. Dodatkowo wymarzyła sobie złote kafle, które kiedyś widziała w reklamie sklepu budowlanego. Tak oto powstała jej prywatna świątynia relaksu.

Dziewczyna często nadwyrężała cierpliwość rodziców. Jej matki nie dało się aż tak łatwo przekabacić jak ojca. Aldona Popiel kochała swoje dzieci, lecz trzymała je krótko. Jednakże w przypadku Alicji utrzymanie kontroli stawało się coraz trudniejsze.

Nastolatka związała gumką swoje kręcone blond włosy i weszła do kabiny. Musiała zmyć z siebie krew i brud. Woda przyjemnie zaczęła obmywać jej ciało, aż poczuła chęć na małe co nieco. Masowała się delikatnie po ramionach, po czym zjechała dłonią niżej. Jej lewa ręka zatrzymała się na sutku. Uszczypnęła się w brodawkę, aż poczuła rozlewający się dreszcz podniecenia, najpierw wzdłuż kręgosłupa, a potem miłe doznanie objęło całe ciało. Drugą rękę włożyła między uda i zaczęła się pocierać. Woda koiła zdenerwowanie, a miły aromat żelu do kąpieli sprawiał, że się rozpływała. Zamknęła oczy i ujrzała pod powiekami twarz Pawła Szabłowskiego. Co prawda był poza jej zasięgiem, bo on wolał Jolkę, lecz za marzenia nikt jej przecież nie ukarze. Wyobraźnia podsuwała jej coraz pikantniejsze sceny z udziałem przystojnego chłopaka. Palce na łechtaczce intensywnie działały na nabrzmiałe i rozpalone ścianki jej gorącej cipki… Doszła.

Otworzyła oczy i zakręciła kurki. Przez moment musiała stać w bezruchu, gdyż nadal czuła przyjemne odrętwienie. Uśmiechała się do siebie, myśląc o jutrzejszym spotkaniu nad zalewem. Miała plan, aby pokusić nieco Piotrusia. Już od dawna się jej podobał, lecz będąc lojalną koleżanką, trzymała w ryzach swoją fascynację. Uznała jednak, że szkoda czasu na głupie kobiece i etyczne sprawy. Ten dzień będzie idealny, by coś zmienić. Wielokrotnie widziała wzrok Piotrka na jej cyckach i tyłku. On jej pragnął, więc jutro dostanie to, co zakazane.

Dziewczyna wyszła z łazienki. Wróciła do pokoju i przygotowała sobie zestaw ubrań. Cienka bluzka z długim rękawem w pionowe żółto-czarne pasy, czarne legginsy i żółte skarpetki z motywem osy. Uwielbiała takie rażące zestawienia. Usiadła przed białą toaletką, wyjęła z szuflady szczotkę i zaczęła się czesać. Nie lubiła długo przebywać przed lustrem. Nie potrzebowała też kosmetyków, bo jej naturalna uroda przyćmiewała najznakomitszy make-up. Pomalowała tylko usta błyszczykiem, uśmiechnęła się do siebie, spoglądając na swój mały nosek i duże, błękitne oczy.

– Jestem taka śliczna – powiedziała na głos i wyszła z pokoju, czując wilczy głód.

W domu rozchodził się aromat tostów i kawy. Dziewczyna uwielbiała jedno i drugie, choć czarny napar piła tylko, gdy miała dużo nauki. Weszła do kuchni i usiadła przy wyspie. Przywitała się z matką, lecz bez odzewu.

Podła, zimna suka – pomyślała.

Aldona Popiel była adwokatem. Skrupulatna, niecierpiąca biedoty i okazywania uczuć. Nade wszystko nie tolerowała lenistwa i sprzeciwu. Z córką od kilku tygodni prowadziła regularne wojny, lecz zawsze wychodziła z nich obronną ręką. Alicja uciekała z podkulonym ogonem, choć emocje paliły ją od środka jeszcze kilka godzin po awanturach.

– Jak sprawdzian z angielskiego? – Kobieta wyjęła z tostera dwa gorące tosty. Położywszy je na białym jak śnieg talerzu, ruszyła w kierunku lodówki. Wyjęła z niej słoik z majonezem. – Głucha jesteś?

– Dobrze – odparła od niechcenia córka. – Jestem głodna.

– To sobie zrób coś. – Odwróciła się w końcu do dziewczyny i spojrzała na nią badawczo.

Ala przypominała ją za młodu. Aldona nie mogła się nadziwić, że była to jej idealna kopia… Chociaż charakter odziedziczyła po ojcu, niestety. Popiel względem swoich dzieci była surowa, ale kierowała nią namiastka miłości, którą okazywała w stonowany, według niej, sposób.

– Poprawiłaś tę piątkę z historii? – Oczy pani mecenas zwęziły się w taki sposób, jakby na sali sądowej zamierzła ukręcić łeb przeciwnikowi. Ona nie znała półśrodków. Wszystko albo nic.

– Piątka to dobra ocena, mamo. W porównaniu z tymi osłami z mojej klasy…

– Posłuchaj mnie! – Aldona odstawiła talerz na blat, nie spróbowawszy tosta. – Mnie nie obchodzą inni, mam to w nosie. Ale ty, moja córka, Alicja Danuta Popiel, masz mieć same szóstki, wzorowe zachowanie i nie widzę żadnej alternatywy. Zrozumiałaś? Dopóki się nie poprawisz, zabieram ci wszystkie przywileje. Zresztą, sama wiesz, co mam na myśli. Skończyłam rozmowę. Weź się do roboty i zrób coś z tymi włosami. Wyglądasz jak czarownica. – Kobieta spiorunowała córkę, zabrała jedzenie oraz filiżankę z kawą i wyszła do salonu.

Dziewczyna czuła wściekłość, brak pomysłów i straszną ochotę na to, aby wyjść z tego domu i już nigdy nie wrócić. Rozejrzała się po czystej kuchni. Wszystko, co ją otaczało, było idealne. W oczach innych Popielowie byli przykładem szczęśliwej, wzorowej rodziny, nad którą nigdy nie wisiały burzowe chmury. Niestety, na idealnej powierzchni nikt nie widział rys, które niszczyły każdego z domowników.

Piotrek przebudził się tuż po dziewiątej. Zlustrował cały pokój, ale Mirona już nie było. Przez chwilę jeszcze leżał, aby dojść do siebie po wczorajszym seansie. Przetarł twarz, aby pozbyć się resztek snu. W końcu zwlókł się z łóżka, zdjął spodnie i bokserki. Jeszcze przez chwilę obserwował swoje przyrodzenie, płaski brzuch i umięśnione uda.

– Piotruś, wstałeś? – Zza drzwi dobiegł głos matki.

– Zaraz przyjdę.

Otworzył okno i nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Śnieg. Zewsząd sypały się z nieba grube, mokre płatki. Musiało zacząć padać już w nocy, bo na drzewach znajdowała się kilkucentymetrowa warstwa białego puchu. Temperatura też spadła, co od razu sprawiło, że Piotrek zadrżał z zimna. Zamknął okiennicę i poszedł do szafy po ubranie.

– Kurwa, z tym śniegiem. Już prawie kwiecień! – burknął.

Mieszkał w domu położonym na kompletnym odludziu, z dala od innych zabudowań. Zimą bez samochodu nie dało się stąd wydostać, ale w cieplejsze miesiące wystarczył spacer lub przejażdżka rowerem. Dawno temu stał tu niewielki dworek należący do jakiegoś hrabiego, choć Piotrek nigdy nie zagłębiał się w historię tego miejsca. Z biegiem lat posiadłość przechodziła z rąk do rąk, niszczała, aż w końcu trafiła w ręce dziadka Stanisława. Po latach kolejnych zmian i zawirowań ostatnim właścicielem dawnego dworku – a raczej tego, co z niego zostało – został Romuald, syn Stanisława i ojciec Piotrka.

Nastolatek ubrał dres i koszulkę. Wyszedł z pokoju bez skarpetek i prawie od razu wpadł na matkę. Kobieta zakładała właśnie kurtkę. Uśmiechnęła się szczerze do syna, a jej zmarszczki się pogłębiły.

– Idę do kościoła.

– W taką pogodę? Mogłabyś sobie darować, chociaż raz. – Pocałował ją w policzek.

– Jezus Chrystus ofiarował nam swoje ciało i krew, synku. Umarł na krzyżu i cierpiał za nas męki. On sobie nie mógł darować, więc ja także nie mogę. Niedzielna msza to rzecz święta. Może wybierzesz się ze mną?

Szabłowski podniósł brew, słuchając głupot, które wygadywała matka. Przestał być religijny po pierwszej komunii świętej, gdy się okazało, że katecheta, który uczył jego klasę, molestował młodsze dziewczynki. W małym miasteczku, w którym mieszkali, wieści rozniosły się lotem błyskawicy. Katechetę przeniesiono i – z tego, co się dowiedział – okazało się, że dostał kilka lat w zawiasach. Od tamtego czasu nie zwracał się o pomoc do Boga, liczył tylko na siebie i opiekował się matką. Po śmierci ojca był jedynym mężczyzną w domu i to na niego spadła cała odpowiedzialność. Został głową rodziny.

Anna Szabłowska założyła na głowę czapkę i wyszła z domu, machając do syna na pożegnanie. Młody mężczyzna jeszcze przez chwilę patrzył za nią. Kobieta miała trudności z utrzymywaniem równowagi w gwałtownych podmuchach wiatru. Kiedy jej sylwetka zniknęła w mroźnej zadymie, chłopak poszedł do kuchni coś zjeść.

Na stole czekały na niego wyśmienite kanapki z szynką, serem żółtym, pomidorem i sałatą. Obok talerza stał brązowy kubek z herbatą owocową, a tuż obok na deser naleśniki z białym serem. Nastolatek usiadł przy stole i zaczął jeść. Dumał nad jutrem. Przede wszystkim miał plan z rana pójść na umówione spotkanie z Bajzlem, który dilował. Kilka dni temu zamówił u niego kilka fiolek GHB i dwie pigułki ekstazy.

Upił łyk herbaty i wyciągnął się leniwie na krześle, spoglądając na śnieżny krajobraz za oknem. Martwił się trochę, że jeśli będzie tak sypać, to dziewczyny raczej nie przyjdą nad zalew. Załamanie pogody trochę go irytowało, bo chciał mieć dogodne warunki, żeby w końcu przelecieć Jolkę i stać się prawdziwym mężczyzną.

Zjadł kolejną kanapkę ze smakiem i wstał. Porozciągał się trochę, pogimnastykował i zaczął robić pompki. Po piętnastu minutach intensywnych ćwiczeń dyszał ciężko, oblany potem. Rozebrał się z mokrych ubrań i poszedł do łazienki.

Chłodna woda była cudownym antidotum na zmęczenie i pozbycie się napięcia. Uwielbiał stać pod zimnym strumieniem z deszczownicy.

– Jutro będę prawdziwym facetem – mówił do siebie. – Z tym jebanym śniegiem czy bez niego.

Śnieżna zawierucha nie ustępowała aż do późnych godzin nocnych, siejąc chaos na drogach i paraliżując ruch w całej okolicy. Intensywne opady śniegu sprawiły, że mieszkańcy Śrutowa oraz pobliskich wiosek mieli ogromne trudności z poruszaniem się, zarówno pieszo, jak i samochodami. Drogi szybko pokryła gruba warstwa białego puchu, który w niektórych miejscach sięgał nawet do kolan.

Miejskie służby drogowe, mimo nieustających prób opanowania sytuacji, nie były w stanie sprostać wyzwaniu. Dysponowały bowiem tylko jedną odśnieżarką, która niemal bez przerwy kursowała tam i z powrotem po głównej drodze, starając się utrzymać ją w przejezdnym stanie. Niestety, boczne, gminne trasy prowadzące do okolicznych miejscowości pozostawały wciąż zasypane, odcinając niektórych mieszkańców od świata.

Dodatkowo silny wiatr powodował zawieje, które niemal natychmiast zasypywały dopiero co odśnieżone odcinki. Kierowcy musieli poruszać się niezwykle ostrożnie. Wielu z nich decydowało się w ogóle nie wyjeżdżać z domów, obawiając się utknięcia w śnieżnych zaspach. Niektóre gospodarstwa, położone w bardziej odległych rejonach, zostały całkowicie odizolowane – ich mieszkańcy z niepokojem wyglądali przez okna, zastanawiając się, kiedy dotrą do nich z pomocą służby lub sąsiedzi. Z kolei w samym Śrutowie na głównych ulicach powstawały coraz większe zaspy, a piesi, brnąc przez zasypane chodniki, z trudem przedzierali się do sklepów czy pracy. Niektórzy próbowali samodzielnie odgarniać śnieg sprzed domów i posesji, ale przy tak intensywnych opadach wydawało się to walką z wiatrakami.

Śnieżyca była tak intensywna, że nawet prognozy pogody nie przewidziały jej pełnej skali. Mieszkańcy zastanawiali się, ile jeszcze potrwa ten zimowy kataklizm i czy uda się w najbliższym czasie przywrócić normalne funkcjonowanie w okolicy.

Jolka Ferenc spacerowała razem z psem po zaśnieżonym polu. Trzymając w dłoni latarkę, przesuwała nią w prawo i lewo, wodząc wzrokiem za Zoją, jej suczką. Dziewczyna zatrzymała się i zagwizdała w dal. Pies gdzieś pobiegł i nie mogła go zlokalizować. Śnieg już nie padał tak intensywnie, ale zrobiło się okropnie zimno. Czuła na rzęsach osiadający szron, a jej nos zmarzł do tego stopnia, że prawie go nie czuła. Całe szczęście założyła ciepłą kurtkę, wełnianą czapkę, szalik i rękawice.

– Zoja! – zawołała w noc.

Dziewczyna obawiała się, że suczka mogła pobiec za sarną bądź innym zwierzęciem. W chwili samotności fantazja podsuwała jej mroczne wizje tego, co mogłoby się stać w szczerym polu z młodą, bezbronną nastolatką. Odwróciła się i zobaczyła w słupie światła latarki cień, który bardzo szybko przebiegł jej przed oczami, po czym zniknął w ciemności. Ferenc zagryzła dolną wargę i znieruchomiała. Wiatr, który jeszcze chwilę temu zawodził w bezlistnych krzakach rosnących nieopodal, ucichł. Drżącą dłonią przesunęła strumień światła w prawo i wstrzymała oddech. Usłyszała szybki bieg. Śnieg pod naporem nóg lub łap skrzypiał niemiłosiernie i wtedy tuż obok niej pojawił się pies. Merdając ogonem, suka skoczyła na tylne łapy i cieszyła się na widok właścicielki. Jola nie chciała ryzykować, by znów nie stracić pupila z oczu. Wyjęła z kieszeni smycz i przypięła ją do obroży.

– Wracamy. Ale się najadłam strachu przez ciebie. Niedobra sunia!

Droga powrotna przebiegła bez niespodzianek. Widząc światła domu, Jola zaczęła myśleć o Oskarze. Była bardzo ciekawa, czy przyjaciel zdecyduje się przyjść nad zalew. Szczerze mówiąc, bardzo na to liczyła, choć na pierwszy rzut oka nie było tego po niej widać. Chłopak sprawiał, że chciało się jej śmiać. Przy Krajewskim mogła być sobą, a to najważniejszy aspekt ich znajomości.

Otworzyła drzwi domu i weszła do ciepłego wnętrza. Natychmiast pozbyła się kurtki, butów i odpięła psa. Zoja położyła się grzecznie na legowisku, które leżało tuż przy szafce na buty.

Nie budząc domowników, dziewczyna udała się do swojego pokoju. Włączyła po omacku lampkę stojącą na biurku i usiadła zmarznięta na łóżku. Rozejrzała się po pokoju. Pomyślała wtedy, że chociaż jest ciasny, to ma własny kąt. Nie wiedzieć czemu, odniosła niemiłe wrażenie, że wkrótce coś się zmieni. Coś, co na zawsze zamknie pewien rozdział w jej młodym życiu. Może to było chwilowe uczucie? Czasami tak miała przed okresem.

Ściągnęła spodnie i sweter, pozostając tylko w koszuli i granatowych bokserkach w żółte kropki. Uczucie niepokoju nadal ją męczyło, lecz zrzuciła to na jutrzejszy, szczególny dzień.

Jola nigdy nie lubiła zimy. Wolała pławić się w cieple, wystawiać twarz na działanie promieni słonecznych, smażyć się do upadłego na leżaku i łazić godzinami po lesie, łąkach bądź miasteczku. Jesień i zima zdecydowanie nie były jej ulubieńcami. Jednakże od jutra, choć pogoda za oknem na to nie wskazywała, zacznie się wiosna. Postanowiła, że to będzie idealny moment, aby coś postanowić, zrobić dalekosiężne plany i pozbyć się miana dziewczyny, która nie dba o nic ani o nikogo. Oczywiście miała część rzeczy głęboko w poważaniu, starała się ukryć swoją wrażliwość pod płaszczykiem sarkazmu, buńczuczności i agresji. Były to wyuczone cechy, którymi nie robiła nikomu krzywdy. Bycie twardą babką w szkole opłacało się, bo nikt nie lubił ciepłych kluch i wrażliwych cnotek. To był powód, dla którego tak bardzo ciągnęło ją do Oskara. Oboje zostali ulepieni z tej samej gliny, razem czuli się dobrze w swoim towarzystwie, dogadywali się bez słów. Była nieco zła na niego, że postanowił wyrzucić do rzeki książkę, którą czytał. Wstydziła się wyznać, że także lubi literaturę, a w szczególności Jane Austen. Niestety, chłopak musiał czuć się z tym źle i dlatego postanowił przy niej się popisać.

Westchnęła i się położyła. Pod powiekami ujrzała uśmiechniętą twarz swojego przyjaciela. Usnęła.

Całość dostępna w pełnej wersji książki.

Copyright © Andrzej Konefał

Copyright © Wydawnictwo ReWizja

Wydanie I 

Wilkszyn 2026

ISBN 978-83-67520-89-8

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji w jakiejkolwiek postaci zabronione bez wcześniejszej pisemnej zgody autora oraz wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pomocą nośników elektronicznych.

Projekt okładki: D.B. Foryś, dbforys.pl

Zdjęcie na okładce: Karolina Maluchnik

Redaktor prowadzący: Angelika Kuszła, poradniaredakcyjna.pl

Redakcja: Angelika Kuszła, poradniaredakcyjna.pl

Korekta I: Sylwia Dziemińska, korektaprzykawie.pl

Skład i łamanie: D.B. Foryś, dbforys.pl

Korekta II: Monika Całka, kropkaispolka.pl

Wydawnictwo ReWizja

Książka dostępna również w wersji drukowanej.