Pociąg nr 13 - Renata Wasilewska - ebook
NOWOŚĆ

Pociąg nr 13 ebook

Wasilewska Renata

0,0

Opis

Na mapie Polski znajdują się takie miejsca, w których historia przeplata się z legendą. Któż z nas nie zna postaci Mistrza Twardowskiego – czarnoksiężnika, okultysty, alchemika, który zaprzedał swoją duszę diabłu, a którego ślady odnajdujemy w Węgrowie.

Historycy i miłośnicy kolejnictwa zapewne znają losy pociągu „Generał Sosnkowski” – pancernego pociągu o numerze 13, którego niezwykle odważna wojenna misja zakończyła się w sposób nie do końca jednoznaczny 10 września 1939 roku w Łochowie.

Czy to możliwe, że te dwa zdarzenia odległe od siebie o cztery wieki i 30 km mają ze sobą związek?

Rozrywkowi Warszawiacy – dziennikarz Jakub Gaj i fotograf Tomasz Zarzecki zostają wysłani przez naczelnego „Na Pierwszej Stronie” do Łochowa. W niewielkim mazowieckim miasteczku wydarzył się kolejowy wypadek. Z pozoru nudny artykuł, który mają stworzyć, staje się absorbującą zagadką. Bohaterowie odkrywają, że dolina Liwca i Bugu to miejsce pełne legend, sekretów i niewyjaśnionych zdarzeń. To tu w niejasnych okolicznościach przepadają ludzie. Tu dochodzi do nieuzasadnionych i wyjątkowo częstych kolejowych wypadków, a mieszkańcy okolicznych wsi z pokolenia na pokolenie przekazują sobie enigmatyczne historie o przeklętym peronie. Kuba i Tomek zostają wciągnięci w wir tajemnicy, gdzie wątpliwości i nie zawsze realnych zdarzeń przybywa z każdym dniem, a rozwiązanie zagadki łączy się z zaskakującymi historycznymi faktami i nieoczywistymi legendarnymi postaciami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 370

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Okładka książki Pocig nr 13, Renata Wasilewska

Copyright © by W. L. Białe Pióro & Renata Wasilewska

Warszawa 2026

 

Okładka – zdjęcia i grafika: Renata Wasilewska

Projekt okładki: Renata Wasilewska

Konsultacja historyczna: Dariusz Wieleba

Redakcja: Agnieszka Kazała

Korekta: Daria Siwek

Skład i łamanie: WLBP

Wydawnictwo Literackie Białe Pióro

www.wydawnictwobialepioro.pl

Wydanie: I, Warszawa 2026

ISBN: 978-83-68905-02-1

 

 

Prolog

 

Dzień kończył chłodny sierpniowy wieczór. Słońce otoczone purpurą chowało się powoli za pokryte wrotyczem żółte łąki. W oddali majaczyły ciemnozielone plamy licznych w tych stronach lasów sosnowych. Wąska ścieżka, którą mieszkańcy Barchowa zwykle pieszo lub na rowerze docierali do najbliższego miasteczka, biegła równolegle do torów. Amelia i Sebastian szli wzdłuż nich dobrych kilkanaście minut. Wracali z Łochowa. Dziewczyna z rękoma wciśniętymi w kieszenie niebieskiej bluzy stąpała wolno wpatrzona w czubki swoich trampek. Chłopak spojrzał na towarzyszkę spaceru z diabolicznym uśmiechem, uniósł brwi i niespodziewanie wskoczył na pobliskie torowisko.

– Zejdź, Seba. Nie wygłupiaj się! – poprosiła.

W odpowiedzi Sebastian zaśmiał się tylko głośno. Przyspieszył kroku i kilka metrów dalej położył się w poprzek torów, przyjmując pozę greckiego boga rozpartego na złotym szezlongu.

– Zrób mi fotę! – zawołał z szerokim uśmiechem. Amelia wyjęła z tylnej kieszeni dżinsów smartfon i cyknęła chłopakowi kilka zdjęć. – Też chcesz? A może zrobimy sobie selfie. Chodź.

– Nie mam zamiaru. Tu jest straszny syf. – Skrzywiła się. – Mam nową bluzę.

– Żałosne, ale jak chcesz – mruknął pod nosem chłopak i usiadł między szynami z podkulonymi nogami. Założył ręce za głowę i wpatrywał się wyzywająco w twarz Amelii. Ta odwróciła wzrok, nieco zirytowana jego chojrakowaniem i spojrzała w stronę Łochowa. W oddali można już było dostrzec zarys pociągu zbliżającego się do tamtejszej stacji. Dziewczyna zaniepokoiła się tym widokiem. Znała swojego przyjaciela na tyle długo, że wiedziała, jak napawał się rosnącą adrenaliną, prowokując często nazbyt nerwowe i niebezpieczne sytuacje.

– Wstawaj, Seba. Będziesz miał całe ubranie uświnione – zauważyła jeszcze spokojnym tonem, apelując do rozsądku młodego człowieka. – Chodźmy już. Robi się zimno. – Widząc, że jej słowa nie odnoszą żadnego skutku, dodała już nieco groźniej: – Sebastian, zejdź już stamtąd. Nie bądź idiotą. Zaraz Hańczaruszy z Łochowa!

Tak nazywał się bezpośredni pociąć Intercity, który dwa razy dziennie o stałych porach pokonywał trasę Suwałki – Warszawa. Siedemnastolatek zaśmiał się tylko raz jeszcze i ospale podniósł z ziemi. Ani myślał jednak opuszczać torowiska. Stanął w szerokim rozkroku, przodem do zbliżającego się pociągu. Potem przeskoczył na szynę znajdującą się bliżej środka, rozłożył na boki ramiona i unosząc wysoko nogi kroczył przed siebie jak linoskoczek. Skład ruszył już z Łochowa i z każdą sekundą zbliżał się w ich stronę. Chłopak szedł w jego kierunku, skupionym wzrokiem mierzył się z czołem pociągu niczym torreador z bykiem podczas korridy. Czuł, jak napinają się wszystkie jego mięśnie, jak rośnie ciśnienie w jego czaszce i charakterystycznym głuchym biciem pulsują skronie. Znajomy odgłos pędzących po szynach kół brzmiał coraz głośniej.

– Sebastian, złaź, do cholery! – wrzasnęła Amelia teraz już z całej siły.

– Nie pękaj, mała! – odkrzyknął, nie spuszczając wzroku z pociągu, którego przód był w tej chwili bardzo wyraźnie widoczny. Naraz powietrze przeciął sygnał alarmowy ostrzegający wszystkich dookoła o pędzącej z zawrotną prędkością maszynie. Seba pomachał do przyjaciółki, wyszczerzył zęby w szerokim zawadiackim uśmiechu i do samego końca wyczekiwał. Chciał w ostatniej chwili umknąć na sąsiedni tor, tuż przed rozpędzoną lokomotywą.

– Sebaaa! Ty idiotooo!!! Aaaa!!! – krzyk dziewczyny zlał się z odgłosem przemykającego obok niej pociągu. Amelia zasłoniła oczy i stała na ścieżce bez ruchu kilkanaście sekund aż cały skład minął ją ze złowrogim świstem. Pęd powietrza targał jej długimi włosami i szerokimi nogawkami spodni. Nie miała pojęcia, czy Seba zdążył uskoczyć, czy też rozpłaszczyła go na torowisku pędząca kolej. Oczami duszy widziała zmasakrowane zwłoki nastolatka, rozczłonkowane po szynach jego ciało oraz rozmazaną wszędzie krew.

Tymczasem chłopak, tuż przed czołem Hańczy, przeskoczył sprawnie na sąsiednie tory. Śmiał się z udanego uniku, kiedy rozpędzony pociąg intercity mijał go o włos, oddzielając od przyjaciółki. Sekundę później odwrócił się w przeciwną stronę. Na moment w jego oczach zagościło przerażenie i w tej samej chwili pociąg nadjeżdżający równie szybko z przeciwnej strony uderzył w niego z całym impetem. Drugi skład jadący z Warszawy w kierunku Łochowa pojawił się znikąd, wyrósł nagle jak spod ziemi, objawił się na torach nie wiadomo skąd. To była ostatnia myśl Sebastiana, nim pochłonęła go ciemność.

Kiedy pociąg Hańcza odjechał na tyle daleko, że jego pęd i odgłos wydawał się już tylko wspomnieniem, Amelia oderwała od oczu spocone ze strachu dłonie. Skład mijał właśnie most na rzece Liwiec, pędząc w kierunku stolicy. Jego charakterystyczny stukot woda niosła po okolicznych wsiach i polach. Był już za daleko, by śledzić go wzrokiem. Dziewczyna chwilę stała oniemiała. Nad torami unosiła się złowróżbna mgła. Chłód przeszył jej ciało, kiedy niepewnym wzrokiem lustrowała tory. Bardzo bała się tego, co może tam zobaczyć. Ale nie ujrzała nic ponad puste torowisko. Nie leżały na nim zwłoki jej przyjaciela, nigdzie też nie sączyła się jego krew. Odetchnęła z ulgą.

– Sebastian! – zawołała w stronę nasypu. – Chodź już. Udało ci się przyprawić mnie prawie o zawał! – Przyjaciel nie odpowiadał. – Słyszysz? Przestań się wygłupiać, kretynie! Musimy wracać, zaraz zrobi się ciemno.– Nikt się jednak nie odzywał. Tylko wrony niespodziewanie zerwały się z pobliskiego drzewa i poszybowały w kierunku lasu. Dziewczyna wdrapała się, na torowisko i stanęła pomiędzy parami szyn. Rozejrzała w lewo i w prawo. Potem przeszła na drugą stronę nasypu. Sebastiana nie było nigdzie. – Seba!! – zawołała raz jeszcze. – Seba!!!

Odpowiedziała jej głucha cisza. Wzruszyła więc ramionami i wróciła na ścieżkę biegnącą wzdłuż trasy kolejowej. Nerwowym krokiem ruszyła w stronę Barchowa. Idąc wąską dróżką, aż do drzwi swojego domu przeklinała w duchu przyjaciela, który wyciął jej głupi numer z pociągiem, i na dodatek zostawił samą na drodze. Palant! – oceniła go ostatecznie w myślach i weszła do domu, z impetem zatrzaskując za sobą drzwi.

 

 

Rozdział pierwszy

 

Dokładnie rok później Jakub Gaj kroczył do siedziby internetowej gazety „Na pierwszej stronie”. Pracował w niej od czterech lat w charakterze reportera. Marzył o dziennikarstwie śledczym, ale na razie skazany był na nudne relacje z wypadków drogowych, bójek w obskurnych barach oraz samobójczych skoków z wysokości. I chociaż co tydzień, kiedy wkraczał do gabinetu naczelnego, łudził się, że tym razem dostanie jakiś fascynujący temat, bardzo szybko szef sprowadzał go na ziemię. Przydzielał Kubie kolejny tragiczny w skutkach wypadek. Dziennikarz miał więc na swoim koncie artykuły o karambolu na trasie E8, zamieszkach stadionowych po meczu Legia Warszawa – Śląsk Wrocław oraz samobójczym skoku w Złotych Tarasach. Czekał na temat życia, który pozwoliłby mu rozwinąć skrzydła.

– Cześć – przywitał się z obecnymi i, nie czekając na zaproszenie, rozsiadł się wygodnie w szerokim, kubełkowym fotelu stojącym naprzeciw biurka szefa.

Na siedzeniu obok spoczywał już Tomasz Zarzecki – firmowy fotograf, a prywatnie najlepszy kumpel Gaja. Kiwnął do przyjaciela głową. Prośba o przyjazd do biura późnym popołudniem mogła oznaczać tylko jedno – nagłe zdarzenie, czyli nowy temat na artykuł.

– Chłopcy – zaczął jak zwykle naczelny tonem poważnym i spokojnym. Był równym gościem, opanowanym i przewidywalnym. Mimo wieku emerytalnego angażował się w sprawy gazety całym sercem. Na przekór zasadom rynku medialnego nie zaskakiwał jednak, unikał ryzyka i niezdrowego rozgłosu, ale konsekwentnie budował od dziesięciu lat popularność portalu i odnosił na tym polu spore sukcesy. – Przepraszam za późną godzinę i to w piątek, ale sami rozumiecie, wypadki nie chodzą po ludziach od ósmej do szesnastej. Mam dla was nowy temat. Pewnie już słyszeliście, co się dzisiaj wydarzyło – spojrzał na wiszący na ścianie obok drzwi zegar – dokładnie trzy i pół godziny temu, pod Warszawą, na trasie do Małkini.

– Wykoleił się pociąg – stwierdził bez entuzjazmu Kuba. Usłyszał o tym w radiu, kiedy jechał autem do biura.

– No tak. – przyznał zwierzchnik, kiwając głową. – Pojedźcie tam, pokręćcie się po okolicy. Tomasz, zrób kilka zdjęć, a ty, Kuba, pogadaj z obsługą kolei, policją. Może znajdziesz jakichś świadków albo pasażerów. Co wam zresztą będę tłumaczył, nie od dzisiaj tu pracujecie. Wiecie, co robić – zakończył swój wywód. Oparł łokcie na blacie biurka i oczekiwał reakcji swojej ekipy.

Zarzecki westchnął, zaplatając ręce na klatce piersiowej. Gaj odparł od niechcenia:

– Okej.

– Chłopcy, nie reagujcie tak entuzjastycznie, bo mi rozniesiecie gabinet – zażartował naczelny. – Wiem, że to nie jest temat waszych marzeń, ale z czegoś trzeba żyć, więc do roboty, do roboty. – Po tych słowach młodzi mężczyźni wstali z foteli i udali się wolnym krokiem w kierunku drzwi. – A! Jeszcze jedno! – Szef zatrzymał ich. – Nie zapomnijcie tym razem o wypełnieniu delegacji i bierzcie rachunki, jeśli chcecie otrzymać zwroty. Przed wyjściem zajrzyjcie do Ani i podpiszcie, co trzeba. Nazbierało się trochę papierów z ostatniego kwartału.– Chociaż tembr głosu zwierzchnika nie był groźny, to jego spojrzenie zdecydowanie miało charakter przygany. Wyjaśniło się w tym momencie, dlaczego naczelny ściągnął ich wieczorową porą do firmy, zamiast przydzielić temat telefonicznie. Chodziło o służbowe dokumenty. Z tym rzeczywiście przyjaciele byli na bakier. Nigdy nie pamiętali, jakie druki trzeba wypełnić, w jakim złożyć terminie, co wypisać lub podpisać, by ich działalność nie miała charakteru wolnej amerykanki. Nie zaprzątali sobie głów zbędną, jak uważali, papierologią. Gdy opuścili gabinet szefa, popatrzyli na siebie krótko i bez słowa pokiwali zgodnie głowami. Następnie szerokim łukiem ominęli biurko sekretarki Ani i skierowali się prosto do windy. Kiedy do niej wsiedli Tomasz, bez wprowadzającego w temat wstępu, zapytał krótko:

– Piwna Szyszka czy Beczka Chmielu?

Po czym obaj jednocześnie i niezwykle zgodnie oznajmili:

– Dzisiaj Szyszka.

Kuba zostawił więc swoje auto na służbowym parkingu przed biurowcem i pieszo udali się do metra. Gdy dotarli na miejsce, zamówili kufle ulubionego ciemnego piwa i usiedli przy stoliku w rogu sali. Tomasz zdjął z ramienia swój aparat fotograficzny, który umocowany na długim pasku nosił cały czas przy sobie. W każdej chwili był gotowy do pracy. Położył go na stoliku obok siebie. Ruch w knajpce był spory, ale nie większy niż zwykle. Należeli do stałych bywalców nie tylko tego pubu. Obaj przed trzydziestką i bez zobowiązań często spędzali czas po pracy, odwiedzając warszawskie bary, w których zazwyczaj przesiadywali do białego rana.

– Dzisiaj jest już późno. Nie ma sensu tłuc się po nocy do tego Łochowa – ocenił Jakub, szukając w oczach przyjaciela wsparcia dla swoich słów. – Pojedziemy tam z samego rana.

– To samo pomyślałem. Poza tym trzeba się dobrze nawilżyć przed podróżą. – Tomasz kontynuował pokrętnie wywód przyjaciela – zrobić jakiś plan działania, ustalić priorytety. Nie można tak na łapu-capu.

Gaj zerknął na niego swoimi zielonymi, dużymi oczami, których spojrzenie onieśmielało niemal każdą niewiastę, a w tej chwili krzyczało: Zgłupiałeś do reszty?! Wszystko można im było zarzucić, ale nie skłonności do samobójczego rozsądku, planowości, strategicznego działania czy wrodzonej przewidywalności. Należeli do lekkoduchów, działających pod wpływem emocji, lubiących wyzwania, ale i błogie lenistwo na kanapie przed telewizorem. I nigdy nie wiadomo było, co w danej chwili stanie się dla nich najważniejsze – globtroterskie wyzwania czy ciepły koc i kakao.

– Nie no, brachu, żartowałem. Nie rób takich oczu – zaśmiał się Zarzecki i wziął dwa łyki piwa. Biała pianka osiadła na jego wąskich ustach. Zlizał ją szybko i dodał: – Gdzie to w ogóle jest?

– Poczekaj. – Jakub wyjął z kieszeni kurtki telefon i zaczął przeszukiwać internet. W tym czasie Zarzecki zrobił kilka fotek kuflom piwa, w których światło kinkietu wiszącego na pobliskiej ścianie odbijało malownicze refleksy. – Wypadek miał miejsce koło Łochowa. A pociąg jechał z Warszawy, z dworca Wileńskiego do Małkini. Wykoleił się tuż za Łochowem.

– Daleko to?

– Jakaś godzina jazdy, z hakiem.

– To blisko, mamy czas – ocenił Tomek, wyciągając przed siebie swoje długie i chude nogi. Zarzecki był dryblasem. Miał dwa metry wzrostu. Nosił włosy do ramion, które często zakładał za lekko odstające uszy. Szare oczy, zadarty nieco nos i zawsze uśmiechnięte usta sprawiały, że jego twarz nieodzownie kojarzyła się z bajkowymi elfami. Wzbudzał sympatię, nie tylko u płci przeciwnej.

– Szmata czasu – zażartował Kuba, przytaczając powiedzonko swojej młodszej siostry, które w błędnej formie weszło do ich rodzinnej gwary już na stałe i cytowane bywało wielokrotnie podczas rodzinnych biesiad.

W barze przybywało gości. Nastrojowa muzyka, gwar i wesoła atmosfera sprawiały, że czas pędził jak TGV1. Nim się spostrzegli, wybiła północ.

– Godzina zero. Nowy dzień, nowe wyzwania – zażartował Jakub. – Licznik startuje od nowa. Idę po następne piwka.

Podniósł się ostrożnie, bo obaj byli już podchmieleni, i, przesadnie prostując plecy, ruszył do baru. Gaj był bardzo przystojnym facetem. Nosił krótką fryzurę z podniesioną zalotnie grzywką. Jego szczupła, ale jednocześnie silnie umięśniona, sylwetka nie uchodziła uwadze kobiet. Jedna z niewiast – wysoka, długonoga brunetka – spojrzała na niego wymownie, a kiedy dotarł do baru i stanął tuż obok, wypięła do przodu biust, oblizała słomkę, którą chwilę wcześniej wyjęła ze swojego drinka, i uśmiechnęła się do Jakuba kokieteryjnie. Chłopak odpowiedział równie zalotnym uśmieszkiem. Podrapał się po niewielkim zaroście i odwrócił w stronę dziewczyny.

– Witaj, nieznajoma – rzekł niskim głosem. Dobrze zdawał sobie sprawę z tego, jak działał na kobiety.

– Witaj, nieznajomy – odpowiedziała. Wyciągnęła rękę w stronę Gaja i dodała, trzepocząc rzęsami: – Jola jestem.

Kubie natychmiast przyszedł do głowy tekst o lojalnej Joli, ale miał już trochę w czubie i obawiał się, że ten łamaniec językowy nie przejdzie mu w tej chwili przez usta. Aby się nie zbłaźnić, odparł tylko, ściskając dłoń dziewczyny:

– Kuba.

Jola razem z piwem i drinkiem dołączyła do stolika chłopaków. Po pierwszej trzydzieści do Joli przysiadła się Ewa z burzą jasnych loków, a potem jeszcze Edzia z Martą. O trzeciej nad ranem przy stoliku Kuby i Tomka zabrakło miejsca. Pili, śmiali się, śpiewali i dowcipkowali. Tomasz zrobił sobie i swojemu przyjacielowi milion fotek z towarzyszkami zabawy. Ewa zażyczyła sobie prywatnej sesji zdjęciowej i przez kwadrans prężyła ciało w seksownych pozach, a Zarzecki pstrykał swoim magicznym aparatem raz po raz uśmiechając się szeroko. Bawili się głośno i próbowali nawet tańczyć, co nie spodobało się pozostałym gościom. Czterech barczystych i łysych panów siedzących samotnie przy barze zerkało zazdrośnie w stronę gwarnych biesiadników. Zarzecki i Gaj jawili im się w tej chwili jako natrętni rywale. Otoczeni wianuszkiem pięknych dziewczyn, które spijały z ich ust słowa i nie tylko, czuli rosnącą zawiść. Kiedy Edzia wstała, by zamówić w barze kolejnego drinka, jeden z nich chwycił dziewczynę za nadgarstek i oznajmił tonem nie znoszącym sprzeciwu:

– Może ja ci postawię. A potem ty postawisz mi.

Te dwuznaczne słowa oburzyły młodą kobietę i, niewiele myśląc, wymierzyła łysolowi wolną ręką siarczysty policzek. Natychmiast zerwał się jeden z jego sklonowanych koleżków. Kuba i Tomek również wstali. Pozostałe dziewczyny z piskiem podbiegły do przyjaciółki i zanim barman zdążył zareagować, zaczęła się regularna bitka. Ewa wskoczyła na plecy jednemu z osiłków, a Marta zaczęła okładać go swoją torebką, a że – jak wszystkim wiadomo – kobiety w torebkach oprócz samych potrzebnych rzeczy noszą także niezbędne kamienie, toteż razy, które wymierzała były silne i bolesne. Jola wbiła różowe szpony w policzki drugiego mężczyzny, a Edzia pokrzykiwała piskliwym głosikiem, atakując tym samym bębenki swojej ofiary. Dwóch pozostałych drabów Jakub i Tomasz celnymi ciosami wkrótce powalili na podłogę. Do całej kotłowaniny ludzkich ciał dobiegli w końcu ochroniarze. Sprawnie wyprowadzili z pubu dwie tyki chmielowe unieszkodliwione chwilę wcześniej przez Gaja i Zarzeckiego. Jeden z umundurowanych mężczyzn próbował oderwać Jolę przyszpiloną do łysiny wytatuowanego byczka, przez co sam również stał się obiektem jej ataku. Dwóch pozostałych wróciło do sali, by unieruchomić kolejnych drabów i wyrzucić ich z baru. Kiedy czwarty ochroniarz spojrzał na Kubę, ten natychmiast uniósł dłonie w uspokajającym geście i oznajmił z uśmiechem na twarzy:

– My wyjdziemy sami! – Potem szybko zapłacił za drinki i, nim jeszcze cała plątanina ludzkich ciał została okiełznana, razem z Zarzeckim opuścili Piwną Szyszkę. Ruszyli w kierunku metra. Na dworze było chłodno i ciemno. Gaj spojrzał na zegarek w telefonie. Dochodziła piąta. – Co robimy z tak pięknie rozpoczętym dniem? – zapytał. Nadal czuł jeszcze cierpki smak piwa na języku i przyjemne mrowienie w głowie. Choć jego blond fryzura straciła misternie ustylizowany fason, a twarze, dłonie i ubrania ich obu nosiły wyraźne ślady stoczonej przed chwilą bitwy, przez co wyglądali jak siedem nieszczęść, nie tracili jednak rezonu.

– Obowiązki wzywają – oznajmił bez zastanowienia Zarzecki. – Dzisiaj mieliśmy jechać do Łochowa. Pamiętasz, brachu? Mamy temat do zrobienia. Jest już dzisiaj, a ja mam aparat! – Uniósł zawieszone na szyi narzędzie pracy, z którym prawie nigdy się nie rozstawał. Stuknął dłonią w czoło przyjaciela i dodał: – A ty masz swoją makówkę, więc możemy pracować!

– Czyli co? Kierunek Dworzec Wileński?

– Tak jest! – Tomek zasalutował. Docierali właśnie do stacji metra Młociny. O tej porze na szczęście było niewielu podróżnych, ale i ci pojedynczy, co z nimi jechali, podejrzliwym wzrokiem spoglądali na ich poszarpane koszule i poranione dłonie. Jakub założył ręce na piersi i ukrył pięści pod pachami, a Zarzecki połami kurtki zasłonił dziurę w koszulce widoczną na środku jego brzucha, tuż obok ciemnego śladu podeszwy męskiego obuwia. Po krótkiej przebieżce i przesiadce dotarli w końcu na Pragę. Przez internet kupili bilety do Łochowa i przyspieszyli kroku, bo usłyszeli w głośnikach zapowiedź ich pociągu. Wskoczyli do najbliższego wagonu i usiedli na pierwszych z brzegu miejscach.

W całym przedziale oprócz nich, jechał tylko jeden mężczyzna w granatowym prochowcu. Pasażer ten, gdy pociąg ruszył, niemal natychmiast zasnął głębokim snem.

Kuba doszedł do wniosku, że to niegłupi pomysł i sam również rozłożył się wygodnie na kanapie.

– Piąta trzydzieści dwie – zauważył. – Obudź mnie, jak dojedziemy. Albo nie. Na wszelki wypadek nastawię alarm. Za godzinę.

Decyzja była słuszna, bo pociąg turkotał miarowo, kojąc ich nerwy i czujność. Pod wpływem tej przedziwnej kolejowej kołysanki i zmęczeni niedawnymi przeżyciami pięć minut później obydwaj zasnęli jak niemowlęta.

 

 

 

Rozdział drugi

 

– To nasza stacja – zauważył w panice Tomek i obaj jak na komendę ruszyli z miejsc. W ostatniej chwili wyskoczyli przez otwarte drzwi wagonu. Ledwo stanęli na peronie, w pociągu zamknęły się automatyczne drzwi i po chwili odjechał on w stronę Małkini.

Kuba odprowadził skład wzrokiem, a potem rozejrzał się niepewnie dookoła. Poranek był szary, ponury i raczej przygnębiający.

– Zimno jak cholera – skonstatował, podnosząc kołnierz kurtki.

Stali skuleni na całkowicie pustym peronie, wciskając ręce w kieszenie, by choć trochę się ogrzać. Po drugiej stronie torów ujrzeli w oddali tylko spowite szarością lasy i łąki. Żadnych domostw czy sklepów. Krajobraz jak z Hobbita otulony majestatyczną poranną mgłą. Za ich plecami stał śnieżnobiały dworcowy budynek. Na frontowej ścianie znajdował się wielki granatowy napis z nazwą miejscowości, a nad nim herb przedstawiający dostojną głowę łosia w kolorze żółtym umieszczoną na zielonym tle.

– Powiedz, co nam strzeliło do łbów, żeby przyjeżdżać tu o tej porze – westchnął Gaj i, nie czekając na odpowiedź przyjaciela, szybko dodał: – Tak wcześnie tutaj psa z kulawą nogą nie spotkamy.

Jakby na przekór słowom dziennikarza, zza rogu budynku wyłonił się niespodziewanie średniej wielkości kundel. Zobaczywszy, że nie jest na dworcu sam, stanął na chwilę i przyglądał się nieznanym przybyszom. Potem odwrócił głowę i pokuśtykał do końca peronu, niezdarnie unosząc jedną z przednich łap. Tomasz pokiwał głową, westchnął i oświadczył w podobnie malkontenckim tonie:

– Strasznie mnie suszy. I zjadłbym coś. Poszukajmy jakiegoś baru. – Potem odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę poczekalni. Jego wyprawa nie była długa, bo kiedy chwycił za klamkę okazało się, że niestety drzwi do niej są zamknięte.

– Chodź, rozejrzymy się po okolicy. Tutaj musi być jakaś jadłodajnia – oznajmił z nadzieją w głosie Jakub i poszedł przodem w kierunku miasta. Gdy minęli dworcowy budynek, tuż za zakrętem wpadli na prowadzącego rower mężczyznę.

– Przepraszam, gdzie tu można coś zjeść? – zapytał niemal natychmiast Zarzecki, któremu głód dawał się we znaki.

Nieznajomy spojrzał na przybysza zaskoczonym wzrokiem. Chwilę przetwarzał komunikat do niego wysłany. W końcu podrapał się po skroni i głośno oznajmił:

– Panie kochany! W sobotę? O tej porze?! – zaśmiał się pobłażliwie. Twarz miał pogodną i opaloną. Patrzył na turystów, jakby się urwali z choinki. – Tu wszystkie bary od dwunastej otwarte. To nie Warszawa.

– Aha – konsternacja fotografa trwała zaledwie chwilę. – Oookeeej. Dzięęękiii – odparł wolno i rozczarowany wiadomością, zaczął natychmiast zastanawiać się nad alternatywą. Nie mógł się jednak skupić. Za bardzo burczało mu w brzuchu. Zarzecki w rozpaczy zaczął trawić swój żołądek.

Starszy rowerzysta odszedł na kilka kroków, ale po chwili odwrócił się jeszcze w ich stronę i zawołał:

– O tej porze otwarty będzie już Supermarket, ale to kawałek stąd. – Głową wskazał kierunek, gdzie znajdował się popularny dyskont. – Będzie ze dwa kilometry wzdłuż szosy.

– Dobra. Dziękujemy – odpowiedział tym razem Kuba, podnosząc w geście podziękowania rękę. Potem zwrócił się do swojego współtowarzysza głodu i niedoli: – To co? Idziemy, nie?

Zarzecki kiwnął głową, wepchnął głębiej ręce w kieszenie i z odzyskanym w ilościach śladowych animuszem ruszył przodem. Szedł na swoich wysokich jak szczudła nogach. Gaj, niższy od niego o piętnaście centymetrów, podążał za przyjacielem, starając się dorównać mu kroku. Po kilkunastu minutach marszu wzdłuż drogi, po której od czasu do czasu przejeżdżały głównie tiry, dotarli do żółtego marketu. Szybki spacer rozgrzał mężczyzn, więc i humory im się poprawiły. W sklepie ruch był niewielki, nie brali nawet wózka, bo nie planowali robić ogromnych zakupów. Cztery drożdżówki, dwa kefiry i woda mineralna z pewnością zaspokoją ich pierwszy głód. Po zapłaceniu, gdy tylko odeszli od kasy, Tomek natychmiast wygrzebał z papierowej torebki bułkę i zaczął pochłaniać ją z takim zaangażowaniem i w takim tempie, jakby nic nie jadł od wieków.

– Co dalej? – zapytał z wypchanymi ustami. Stali chwilę przed sklepem, rozglądając się po prawie pustym parkingu.

– Mogliśmy przyjechać tutaj autem. To był głupi pomysł, by tłuc się pociągiem do takiej mieściny – zauważył Gaj. Wyjął z kieszeni telefon, by sprawdzić godzinę. Na wyświetlaczu zobaczył ikonę nieodebranej rozmowy i SMS-a. Otworzył wiadomość tekstową. W tym czasie Tomasz podszedł do przypadkowej kobiety, która przed chwilą zaparkowała wysłużoną Skodę i szła teraz w stronę altanki z wózkami.

– Przepraszam panią – zaczął niepewnie – czy wie pani może, gdzie wczoraj miał miejsce wypadek pociągu?

– Tego do Małkini? – zapytała, jakby kilka razy dziennie dochodziło w tych stronach do podobnych zdarzeń. Mężczyzna skinął twierdząco. – Wykoleił się tam, za stacją. Spory kawał. Podobno byli ranni. – Wskazała palcem kierunek, z którego chwilę wcześniej przyszli. Zarzecki kiwnął w podziękowaniu głową.

– Szefunio dzwonił wczoraj i pisał do nas – oznajmił Gaj, kiedy kobieta oddaliła się na tyle, by nie słyszeć ich rozmowy. Otworzył kefir i duszkiem wypił całą butelkę. Wrzucił ją do kosza, stojącego przy drzwiach i kontynuował swój wywód: – Podał namiary na jakiegoś miejscowego gościa, który nam pokaże co i jak. Podobno załatwi wszystko, czego będziemy potrzebowali.

– To dzwoń – ucieszył się Tomasz. – Nie będziemy jak te kołki sterczeć pod marketem.

– Problem w tym, że facet może być na stacji najwcześniej o ósmej. Pracuje gdzieś na nocki. Mamy mu wysłać SMS-a, kiedy dojedziemy i czekać na niego na dworcu. Napiszę do gościa, że jesteśmy.

– Psi ryj! – zaklął przyjaciel. – Która jest?

– Siódma dziesięć. Wracamy na dworzec?

– Chodźmy.

Wędrówka wzdłuż szosy tym razem upłynęła im szybciej, prawdopodobnie dlatego, iż zapoznali się już co nieco z topografią okolicy. Po prawej stronie minęli zamknięty na cztery spusty bar, po lewej boisko do piłki nożnej z trybunami. Stacja Łochów mieściła się za wiaduktem. Kiedy dotarli do parkingu Park & Ride dostrzegli na jego tyłach kilka stojących w rzędzie barów szybkiej obsługi. Wszystkie oczywiście o tej porze nieczynne. Mogli się jednak zorientować, że oferowały spory wybór dań, od kuchni orientalnej, poprzez amerykańską, włoską, po tureckie kebaby. Tomasz z żalem wepchnął do ust ostatni kęs suchej drożdżówki i popił mineralną. Na stacji ruch był już znacznie większy. Podróżni spieszyli do pracy i na zakupy do stolicy. Gaj i Tomasz usiedli na ławce obok drzwi do poczekalni. W milczeniu obserwowali peron po drugiej stronie. Po kilku minutach podjechał pociąg do Warszawy i oczekujący zaczęli wsiadać do niego zgodnym rytmem, jak wędrujące do mrowiska mrówki. Stacja znowu opustoszała. Zarzecki zsunął się maksymalnie na twardym siedzeniu, wyciągnął przed siebie swoje pajęcze kończyny, zamknął oczy i po chwili odpłynął w błogi sen. Kuba słyszał jego miarowe pochrapywania i zazdrościł przyjacielowi tej umiejętności. Tomek potrafił zasnąć w każdych warunkach. Nikt i nic nie było w stanie mu w tym przeszkodzić. Gaj próbował uczynić to samo. Przymknął powieki i byłoby mu się to nawet udało, gdyby jego głowa znalazła jakiekolwiek oparcie. Niewygodna pozycja sprawiła, że opadała natychmiast między ramiona i za każdym razem się rozbudzał. Po kolejnej nieudanej próbie, usiadł wyprostowany i nerwowo zamrugał, by odgonić uporczywą senność. Przyjaciel spał niewzruszenie tuż obok. Na stacji znów wiatr hulał między pustymi peronami. Mgła, zamiast znikać wraz z ociepleniem, potęgowała się i unosiła coraz wyżej i wyżej. Bardzo szybko utworzyła mleczny kożuch, który ograniczał znacznie widoczność. Po chwili Gaj nie mógł dostrzec nawet prowadzących do stolicy torów po drugiej stronie, tak była gęsta. Ponownie zrobiło się szaro jak o świcie. I nagle do uszu Jakuba zaczęło docierać jakieś bliżej nieokreślone, nieprzyjemnie turkotanie. Dźwięk nie brzmiał jak typowy odgłos jadącego pociągu i z każdą sekundą stawał się coraz bliższy oraz głośniejszy. Przypominał stare sapiące maszyny parowe. Naraz z tej mlecznej mgły otaczającej stację wyłonił się pociąg. Zbliżał się do Łochowa od strony stolicy. W pierwszej chwili nie wydało się to Kubie ani trochę dziwne. W końcu znajdowali się na dworcu. Dopiero po minucie zorientował się, że zbliżający się skład jest nietypowy. Wyglądał staro, a ponadto sprawiał wrażenie, jakby jechał bez lokomotywy, bo pierwsze co dziennikarz ujrzał to dziwne platformy i zabudowane wagony. Skądś jednak brał się ten szary dym unoszący nad składem. Po pewnym czasie Gaj stracił orientację, czy to, co go otacza, jest zjawiskiem atmosferycznym czy wytworem rąk zapracowanego palacza. Pociąg nie zwolnił przed miasteczkiem. Jechał przed siebie w równym niezbyt szybkim tempie. Minął siedzących na ławce mężczyzn i, nie robiąc postoju, zaczął oddalać się w stronę Małkini. Gaj szturchnął łokciem towarzysza.

– Tomek, patrz.

Zarzecki tylko sapnął i przez sen odgonił się od kumpla, jak od natrętnej muchy, nie podnosząc nawet na moment powiek. Przed oczami Jakuba migały właśnie: szaro-piaskowa lokomotywa i wagony, częściowo otulone mgłą, a częściowo ukryte za prowizorycznym kamuflażem z gałęzi.

– Co jest? – pytał sam siebie. Podążył wzrokiem za odjeżdżającym składem i nawet on, laik w dziedzinie wojskowości, dostrzegł w nim wojenne uzbrojenie. Logika podpowiadała mu, że to zapewne techniczny przejazd zabytkowego pojazdu, być może na potrzeby kręcenia jakiegoś filmu lub na organizowaną wystawę.

Gdy pociąg odjechał już i całkiem zniknął z oczu młodego dziennikarza, jego wzrok na ułamek sekundy zatrzymał się na dziwnym oznakowaniu peronów i starodawnych tabliczkach informacyjnych, których wcześniej z pewnością tam nie widział. Od tej właśnie strony zbliżał się ku nim jakiś mężczyzna. Niewyraźna sylwetka majaczyła z daleka. Szedł wolnym, ale pewnym krokiem. Odgłos jego ciężkich butów niósł się echem po peronie. Po chwili stanął przed nim w całej okazałości. Był to kolejarz i Gaj mógłby przysiąc, że odziany w charakterystyczny mundur polski z okresu drugiej wojny światowej, z ciemnogranatową czapką „maciejówką” dumnie noszoną na głowie. Widywał takie czasami w podręcznikach szkolnych, na filmach dokumentalnych i fabularnych, opowiadających o tamtym okresie historii. Chłopak zamrugał raz, drugi, trzeci. Czyżby umysł płatał mu figle po nocy spędzonej w Piwnej Szyszce? Przeczesał dłońmi włosy, zacisnął mocno powieki na kilka sekund z nadzieją, że przedziwny obraz zniknie. W tej samej chwili ktoś trącił go w ramię. Otworzył oczy.

Zamiast kolejarza w historycznym stroju ujrzał przed sobą nieznajomego mężczyznę. Gaj nawet nie wiedział, że udało mu się jednak zasnąć. Śnił tak realnie. Już od bardzo dawna nie miewał snów. Chwilę trwało nim powrócił do rzeczywistości.

Tomasz także się rozbudził i spojrzał nieobecnym jeszcze wzrokiem na przyjaciela, a potem na stojącego przed nimi osobnika – średniego wzrostu, około czterdziestki, ubranego w dżinsową kurtkę, koszulę w kratę i czarne spodnie. Miał krótko przystrzyżoną rudą brodę i lekko kręcone włosy w tym samym kolorze, a jego zielone oczy patrzyły na nich przyjaźnie. Nieznajomy uśmiechał się pod wąsem, w końcu zapytał:

– Jesteście z „Na Pierwszej Stronie”? Jeśli tak, to czekacie na mnie. Piotr Mech. – Wyciągnął rękę w stronę dziennikarzy. – Byliśmy umówieni na ósmą. Długo tu siedzicie?

– Cześć. Jakub Gaj, a to jest Tomasz Zarzecki – przedstawił ich Kuba i uścisnął podaną dłoń. – Dotarliśmy na miejsce jakoś po szóstej trzydzieści.

– To sporo. Nie mogłem wcześniej przyjechać. Byłem w robocie. Pracuję głównie na nocki, bo mam pod opieką niedomagającego już dziadka, a w nocy staruszek śpi jak zabity. – Mech uśmiechnął się szeroko, zlustrował wygląd młodych Warszawiaków i zapytał, puszczając oko: – Ciężka noc?

Sprawiał wrażenie człowieka przyjaźnie nastawionego do świata, gaduły, który bardzo szybko skraca dystans z rozmówcą. Wydawał się sympatyczny. W każdym razie przyjaciele od razu go polubili.

– Nawet nie wiesz, jak bardzo – zaśmiał się Zarzecki.

Nie dało się ukryć, iż młodzi mężczyźni byli skacowani, niewyspani i padnięci. Prezentowali się jak obraz nędzy i rozpaczy w swoich podartych, pomiętych i brudnych ubraniach, nieogoleni, z podkrążonymi oczami i nieświeżym oddechem. Nie był to pierwszy raz, kiedy ich szalona natura brała górę nad poczuciem obowiązku.

– Proponuję szybkie śniadanie u mnie, a potem pojedziemy na miejsce wypadku – oznajmił Piotr. – Na dwunastą umówiłem was z komendantem.

Kuba i Tomek wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia.

– Władza pracuje w sobotę? – zdziwił się Tomasz.

Słowa Piotra otrzeźwiły ich natychmiast. Głupio im się nagle zrobiło. W końcu reprezentowali „Na Pierwszej Stronie” i w takim stanie nie wypadało pokazywać się policji.

– Jak jest mus, to robią i w niedzielę – odparł Mech.

– Możemy po drodze zatrzymać się na szybkie zakupy w Supermarkecie? – zapytał Zarzecki.

– Jeśli chcecie, nie ma problemu. Będziemy przejeżdżać obok.

Piotr Mech ruszył przodem, dziennikarz i fotograf podążyli za nim. Na parkingu wsiedli do granatowego SUV-a i udali się szosą do celu. Tą samą, wzdłuż której szli już dwukrotnie. W markecie zakupili jednorazowe maszynki do golenia, szczoteczki do zębów i dezodoranty. Tomasz wygrzebał z promocyjnego kosza jakiś niedrogi biały T-shirt. Zapłacili w samoobsługowej kasie i wrócili do auta.

Ich gospodarz skręcił zaraz za marketem, przejechał kilka przecznic i zatrzymał samochód przed niewielkim, parterowym domem. Budynek lata świetlności miał już za sobą. Od furtki prowadziła do jego drzwi wąska dróżka wyłożona płytami chodnikowymi. Na podwórku, oprócz wysokiego świerku i rozłożystej hortensji, nie rosło nic więcej. Krótko przystrzyżona trawa traciła już swój letni urok. W obejściu zdecydowanie brakowało damskiej ręki.

– Mieszkam sam z dziadkiem – oznajmił od progu Mech, przepuszczając przodem gości. – Staruszek ma już osiemdziesiąt siedem lat, nie wszystko kojarzy, więc wybaczcie, jeśli będzie gadał jakieś dyrdymały. Rano jest raczej w dobrej formie, ale różnie bywa.

Kuba ze zrozumieniem pokiwał głową i zapytał:

– Możemy skorzystać z łazienki?

– Oczywiście. Ogarnijcie się w spokoju, a ja zaparzę kawę i przygotuję śniadanie.

Po dwudziestu minutach goście jak nowo narodzeni dotarli do salonu. O nieprzespanej nocy świadczyły tylko ich podkrążone oczy. Gładko ogolone twarze uśmiechnęły się na widok gospodarza. Piotr stawiał właśnie na okrągłym stole z lat pięćdziesiątych dzbanek z kawą. Znajdowały się już na nim talerze, szklanki i kopiasty półmisek kanapek oraz kubek z ziołową herbatą, której zapach unosił się w pomieszczeniu. Na fotelu pod oknem siedział nieduży staruszek.

– To właśnie jest mój dziadek, Stefan – zauważył Mech. Starszy pan miał przerzedzoną białą fryzurę i nieogoloną twarz pooraną licznymi zmarszczkami, na grzbiecie szary sweter, na nogach spodnie od piżamy w bordowo-czarną kratkę i góralskie, wsuwane kapcie, obszyte białym futerkiem.– Poznajcie się.

– Dzień dobry – przywitali się. Goście podchodzili po kolei do pana Stefana i ściskali mu dłoń. Mężczyzna był zadowolony z zainteresowania, jakie mu okazali. Potem wstał z fotela, powolnym krokiem dotarł do stołu i wtedy dopiero wszyscy zasiedli do śniadania. Dłuższy czas jedli w milczeniu. Piotr rozlał kawę do duraleksowych szklanek. Ciszę przerwał senior, zagajając tylko z pozoru kurtuazyjną rozmowę.

– Panowie dziennikarze z Warszawy? – zapytał, biorąc w dłoń kolejną kanapkę z żółtym serem i pomidorem.

– Tak, dziadku – odparł Piotr. – Mówiłem ci przecież, że przyjadą dzisiaj.

– Tak, tak, pamiętam, chłopcze. Panowie będziecie pisać o naszym pociągu?

– Takie mamy zadanie – wyjaśnił Tomasz. – Ja jestem fotografem, więc tylko zrobię zdjęcia na miejscu zdarzenia. Pisać będzie Kuba.

Staruszek pokiwał ze zrozumieniem głową. Połknął kęs chleba i popił ziółkami. Potem spojrzał wymownie w oczy Gaja. Chłopak poczuł się odrobinę nieswojo, ale nie dał tego po sobie poznać.

– Niech pan napisze wszystko, jak jest naprawdę – zażyczył sobie grobowym głosem staruszek. W powietrzu zawisła naraz jakaś gradowa chmura. Dziwny dreszcz niepokoju przeszył młodego dziennikarza. Uśmiechnął się zdawkowo, a dziadek Piotra drżącą ręką dotknął przedramienia Jakuba i kontynuował przejęty: – Nic nie pomijaj, drogi chłopcze. To jest przeklęty peron. Ludzie w końcu powinni się o tym dowiedzieć. Niczego nie ukrywaj! To jest miejsce zapomniane przez Boga. Powinni je zamknąć raz na zawsze wiele lat temu. Tu sam czart wkłada palce!

– Dziadku, co ty mówisz – Piotr westchnął i dodał do swoich gości: – Mówiłem wam. Alzheimer.

– Alzheimera do tego nie mieszaj. Ja tam swoje wiem. To już trwa ponad osiemdziesiąt lat. To jest przeklęty peron, mówię wam! Trzeba go zamknąć! – denerwował się starszy pan, podnosząc głos. Zrobił się czerwony na twarzy i nagle uderzył pięścią w stół. Zabrzęczały groźnie sztućce. – A najlepiej wysadzić w powietrze!

– Przepraszam was – powiedział Mech, a potem zwrócił się do pana Stefana: – Chodź, dziadku, weźmiemy lekarstwa. Położysz się i pooglądasz telewizję.

Senior nie stawiał oporu. Pogroził tylko palcem w powietrzu do wyimaginowanej postaci. Raz jeszcze rzucił wzrokiem na dziennikarza, następnie dał się wnukowi wyprowadzić z salonu. Przez uchylone drzwi sypialni goście, widzieli jak pan Stefan kładzie się do łóżka, a jego wnuk podaje mu tabletki i szklankę wody.

– Przyniosę ci jeszcze kanapki – zaproponował z autentyczną troską w głosie.

– Nie, już nie chcę. Najadłem się. Powiedz im, żeby napisali prawdę. Słyszysz? Powiedz, żeby nic nie ukrywali. Ludzie muszą się o tym dowiedzieć – nie ustępował pan Stefan.

– Dobrze, dziadku. Powiem.

Zapewnienie Piotra uspokoiło staruszka. Poczuł się usatysfakcjonowany odpowiedzią wnuka, a może po prostu lekarstwa zaczęły działać. Grunt, że się uśmiechnął i dodał już całkiem opanowanym tonem:

– A kanapki były bardzo dobre. Jutro zrób takie same.

– Zrobię, dziadku – zapewnił Piotr i wrócił do swoich gości.

 

Rozdział trzeci

 

Po obfitym śniadaniu Mech zajrzał do pokoju swojego dziadka. Staruszek spał z łagodnym wyrazem twarzy. Jego miarowe chrapanie rozchodziło się echem po całym domu. Potem Piotr napisał SMS-a do przyjaciółki rodziny, która pełniła także rolę opiekunki, kiedy on sam wybywał z domu. Rozalia była wiekową wdową i znała pana Stefana od ich dzieciństwa. Dla niej czas okazał się znacznie łaskawszy – miała doskonałą kondycję zarówno fizyczną jak i psychiczną, a Gaj dziękował Bogu, że mogą korzystać z jej wsparcia. Drzwi do sypialni zostawił lekko uchylone.

– Możemy już jechać na stację – oznajmił, wchodząc do dużego pokoju. Goście wstali od stołu, w przedpokoju założyli kurtki. Po porannej toalecie, smacznym śniadaniu i, co najważniejsze, mocnej kawie prezentowali się i czuli o niebo lepiej.

– Chodźmy więc. – Tomasz ruszył przodem. Strop domu nie był wysoki, więc przechodząc przez drzwi wyjściowe, musiał pochylić głowę, by nie uderzyć nią o framugę.

Na zewnątrz dzień obudził się już na dobre. Po niedawnych sierpniowych upałach nic nie zostało. Czuć było w powietrzu zbliżającą się nieuchronnie jesień. Nie zapowiadała się na złotą i piękną, straszyła szarą, ponurą aurą i wiszącą w powietrzu mżawką. Kuba dołączył do przyjaciela i wziął głęboki wdech. Mimo niezbyt przyjaznej pogody do jego nozdrzy dotarło tylko świeże powietrze, co podnosiło na duchu i dawało dziwnego kopa niczym dopalacze. Wokół żadnego smrodu spalin, wszędobylskiego warszawskiego smogu. Oddychał pełną piersią. Mech zamknął drzwi na klucz i wszyscy zapakowali się do samochodu. Zaraz też odjechali w kierunku stacji.

Piotr zaparkował na przestronnym parkingu. Gaj tęsknie zerknął na pawilony z barami. Nie były jeszcze otwarte. Dochodziła dopiero dziesiąta.

– Polecam Łódeczkę – oznajmił ich tymczasowy przewodnik, widząc zainteresowanie gości pobliskimi jadłodajniami. – Mają gigantyczne porcje i naprawdę smaczne.

Zarzecki pokiwał głową i zatrzymał na chwilę wzrok na szyldzie restauracji. Z zamyślenia wyrwał go głos Piotra.

– Dalej musimy iść pieszo. Nie dojedziemy autem do samego miejsca wypadku.

– Okej. – Gaj zgodnie kiwnął głową i ruszyli za gospodarzem.

Po paru minutach szybkiego marszu, ujrzeli tył wykolejonego pociągu. Na sąsiednim torze sunął wolno jakiś towarowy skład. Z powodu wypadku pociągi kierowane były na bocznicę i przejeżdżały obok miejsca zdarzenia w sposób wahadłowy, co powodowało niewielkie opóźnienia w rozkładzie jazdy.

Gdy znaleźli się już na miejscu, Tomasz natychmiast zaczął robić zdjęcia. Część wagonów przypominała zburzoną konstrukcję z klocków lego. Dwa z nich unosiły się wysoko nad pozostałymi, opierając się jeden na drugim. Wyglądały jak majestatyczny współczesny pomnik stworzony w kanonie abstrakcjonizmu. Ich rozmiar i fakt, że znajdowały się wysoko nad głowami przechodniów, sprawiał, że miejsce wypadku nabierało jakiegoś dziwnego, mistycznego wymiaru. Tomkowi po plecach przebiegły ciarki, a Jakub zaczął się zastanawiać nad ubraniem w słowa pierwszego wrażenia, jakie na nim wywołał ten wykolejony skład osobowy i monumentalna piramida z wagonów. Jeden z nich leżał na boku. Wokół poniewierały się jakieś fragmenty oderwanej i wygiętej blachy, porozrzucane kamienie, papiery, jednorazowe opakowania z Warsu i bagaże. Tych ostatnich pilnował umundurowany policjant, by nie stały się łupem szabrowników. Całość otaczała policyjna taśma.

Kuba podszedł do funkcjonariusza, przedstawił się, pokazał legitymację służbową i zapytał:

– Możemy chwilę porozmawiać? Piszę artykuł o tym wypadku.

Policjant nie był zachwycony. Skrzywił się, westchnął, podrapał po skroni. Sprawiał wrażenie, jakby był tu za karę i ostatnie, czego potrzebował, to rozgłosu.

– Niewiele mam do powiedzenia – oznajmił nieco chrapliwym głosem. Odchrząknął i dodał: – Chyba złapię od tego stania jakieś choróbsko. Zmarzłem jak cholera. – Dla potwierdzenia swoich słów pociągnął dwukrotnie nosem i odkaszlnął głośno. Potem dodał: – Nie było mnie tutaj w chwili zdarzenia.

– Kiedy to się stało?

– Z tego, co wiem, to o czternastej trzydzieści. Pociąg wypadł z torów. O, tamten wagon. – Wskazał ręką leżący na boku widoczny z ich perspektywy fragment pojazdu. – A kolejny siłą rozpędu najechał na ten przed nim. Według mnie poruszał się z nadmierną prędkością. Jeszcze trwają ustalenia, ale podobno nie zatrzymał się nawet na stacji. Tu jest rozjazd. Zwykle pociągi zwalniają w tym miejscu. Ten nie. Wszystko trwało kilkadziesiąt sekund. Ludzie mówili, że był najpierw ogromny pisk, huk, później trzask. A potem już tylko cisza.

– Ta cisza była najgorsza – oświadczyła niespodziewanie jakaś kobieta, która jak spod ziemi wyrosła obok i chwilę przysłuchiwała się rozmowie mężczyzn. – Powiedzenie „grobowa cisza” pasowało jak ulał. Mówię panu, trwało to wieczność. Później zaczął się ruch, krzyk i płacz ludzi. Ogólne zamieszanie.

– Widziała pani wypadek? Była w tym pociągu? Zatrzymał się w Łochowie czy nie? – zainteresował się dziennikarz.

Kobieta podeszła bliżej Jakuba, który w tym czasie w swoim telefonie zanotował pierwsze spostrzeżenia i komentarze. Artykuł pisał się sam. Jeśli dobrze pójdzie, załatwimy sprawę w godzinę i będziemy mogli wracać do Warszawy – pomyślał. Kac dawał się mu we znaki. Marzył o swoim wygodnym łóżku. Potem jednak przypomniał sobie, że Piotr Mech umówił ich na rozmowę z komendantem i humor znacznie mu się pogorszył.

– Przyjechałam z Warszawy wcześniejszym, zrobiłam szybkie zakupy i szłam na skróty do domu – opowiadała. – Nie wiem, czy stanął czy nie. Z tego miejsca nie widać już stacji, ale rzeczywiście gnał jak szalony. Musiał się gdzieś rozpędzić. Gdyby stał w Łochowie, chyba nie dałby rady.

– Nie dałby. Za krótki dystans – wtrącił policjant.

– To był straszny widok. Niech pan napisze, że byli ranni – poprosiła rozmówczyni. Jej twarz na wspomnienie wypadku zbladła.

– Wielu? – Gaj pytanie skierował do funkcjonariusza, ale odpowiedzi udzieliła mu niemal natychmiast rozmowna niewiasta.

– Karetki krążyły tam i z powrotem. W pewnym momencie były aż trzy. Z Węgrowa, Łochowa i Wyszkowa. Moja sąsiadka jechała tym pociągiem. Leży teraz w szpitalu w Wyszkowie. Ma połamane obie nogi.

Gaj zamyślił się na moment, potem zwrócił do policjanta:

– A ofiary śmiertelne?

– Na szczęście nie – odparł szybko funkcjonariusz. – Większość rannych trafiła do szpitala w Wyszkowie.

– Wiadomo już, co było przyczyną tego wypadku?

– Licho wie – mruknęła pod nosem kobiecina, unosząc cienkie brwi prawie do połowy czoła.

– Jeszcze nie. Czekamy na ekipę. Dopiero będą badać teren – wyjaśnił policjant. W tym momencie za plecami Jakuba rozległ się męski głos.

– A co tu badać. Moim zdaniem, skoro skład tak nagle zaczął hamować, to musiało coś wyskoczyć na tory. – Starszy mężczyzna w beżowej kufajce przeszedł kilka kroków, bliżej wagonów i kiwnął ręką na Gaja, więc ten dołączył do niego. – Zobacz pan. Tam widać ślady. Maszynista wyraźnie próbował się zatrzymać. Coś musiało mu wyskoczyć znienacka z przodu. Może łoś. Tutaj ich sporo. Ale na torach nie leży żadna padlina. Sprawdzałem. Chyba że gdzieś pod składem. Tam dalej.

– Dziękuję za pomoc. – Kuba kiwnął głową w kierunku policjanta i kobiety. Przykleił się teraz do mężczyzny, który, wyraźnie w swoim żywiole, ukucnął koło pociągu i próbował między kołami dostrzec ciało zwierzyny, upragniony dowód na swoją teorię.

– O, widzicie? – Kiwnął ręką na Zarzeckiego. – Niech pan to sfotografuje. Tu są ślady nagłego hamowania. Wiem, co mówię. Robiłem trzydzieści pięć lat na kolei. Ludziom to się wydaje, że pociąg to jak samochód zatrzyma się w kilka sekund. A to jest ciężka machina. Moim zdaniem trzeba sprawdzić teren dużo wcześniej. Może tam są jakieś ślady zwierzyny. Może nawet truchło leży gdzieś w zaroślach. – Mówiąc to, szybkim krokiem zaczął dreptać w stronę tyłu wykolejonego pociągu. Dziennikarze szli za nim. – Wiecie panowie, mnie to wcale nie dziwi. Jak się buduje dookoła domy bez pomyślunku, to się zabiera zwierzętom ich teren. One potem głupieją, wchodzą pod koła, na jezdnię, na tory i o nieszczęście nietrudno.

– Dużo było ofiar? Wie pan coś na ten temat? – Gaj zignorował życiowe obserwacje autochtona, przywracając rozmowę na, nomen omen, właściwe tory.

– Trudno powiedzieć, ale karetki do wieczora jeździły w te i we w te. – Mężczyzna zatrzymał się nagle, rozejrzał i stwierdził zawiedzionym głosem: – Musiał uciec do lasu. Łosie to cwane bestie. Kiedyś jednego spotkałem w lesie, jak byłem na grzybach. Niedaleko, koło Kalisk. Chodzę ja sobie z nosem przy ziemi, a tu nagle… jak nie wyskoczy obok mnie. Wielki jak żyrafa. Wcale go wcześniej nie widziałem. Wyglądał jak kora sosny, zlewał się z drzewami. A później uciekł, cwaniak, głębiej w las, ale najadłem się strachu.

Wieść o dziennikarzach ze stolicy bardzo szybko rozeszła się po okolicy i wkrótce Jakub oraz Tomasz zgromadzili wokół siebie całkiem niezły tłumek. Każdy z obecnych miał swoją teorię wypadku, każdy chciał coś opowiedzieć, dorzucić od siebie chociaż kilka słów w nadziei, że trafią one do artykułu. Ostatecznie kwadrans przed samym południem mieli wystarczająco informacji i zdjęć, by zakończyć pracę. Czekało ich jednak jeszcze spotkanie z komendantem łochowskiej policji.

– Podrzucę was do komisariatu i wracam do dziadka – oznajmił Piotr Mech, drapiąc się otwartą dłonią po rudej brodzie. – Muszę się zdrzemnąć kilka godzin, bo wieczorem znów do roboty.

Jazda do siedziby komendanta nie zajęła więcej niż dziesięć minut. Ich przewodnik zaparkował auto przed świeżo malowanym budynkiem w kształcie równobocznego klocka, na którego szczycie widniał neonowym napis „Policja”.

– Chyba traficie sami z powrotem na stację. A ja już będę leciał. Muszę wracać do staruszka. Pewnie się zaraz obudzi. W razie problemów, dzwońcie. – Wyciągnął dłoń do dziennikarzy. Gaj uścisnął ją i zauważył:

– Dzięki, że poświęciłeś nam czas. Myślę, że poradzimy już sobie sami.

– Nie ma sprawy. Macie mój numer w razie czego.

– Jasne. – Tym razem Zarzecki ścisnął dłoń mężczyzny i dodał: – Miło było cię poznać.

– Wzajemnie.

Piotr wsiadł do samochodu. Na koniec uniósł jeszcze rękę w pożegnalnym geście, potem uruchomił silnik wozu i odjechał.

– Wchodzimy w paszczę lwa – ocenił Kuba i ruszył w stronę drzwi wejściowych. Dziennikarz nawet nie podejrzewał, jak prorocze były to słowa, ponieważ komendant nosił imię Leon i był miłośnikiem polowań. Na ścianie w jego gabinecie wisiała ogromna skóra dzika. I chociaż Zarzecki nie mógł oprzeć się wrażeniu, iż została zakupiona na Ebay-u, pochwalił na wstępie łup łowiecki, czym zaskarbił sobie natychmiast sympatię komendanta. Rozmowa nie trwała długo. Mężczyźni uzyskali niezbędne informacje, głównie o liczbie rannych i przebiegu akcji ratunkowej. Znacznie więcej czasu od rozmowy zajęła sesja fotograficzna. Tomek robił zdjęcia zwierzchnikowi łochowskiej policji w wielu pozach, tak długo aż efekty zadowoliły funkcjonariusza. Uśmiechnął się w końcu do ekranu aparatu i westchnął z głębi płuc:

– Och. To zdjęcie jest niezłe. Może zostać.

Potem komendant musiał już wracać do innych swoich obowiązków, więc dziennikarze pożegnali się i opuścili posterunek policji z wyraźną ulgą wymalowaną na twarzach.

– Takie miejsca przyprawiają mnie zawsze o ciarki – zauważył Jakub.

– Ale dlaczego? Musisz coś mieć na sumieniu, brachu – stwierdził kategorycznie Tomasz i dorzucił: – Ja się świetnie bawiłem.

– Chyba jeszcze nie wytrzeźwiałeś – ocenił przyjaciel. – Co robimy z tak pięknie rozpoczętym dniem?

Zarzecki nie namyślał się długo i niemal natychmiast odpowiedział:

– Chodźmy coś zjeść. Mech polecał Łódeczkę. O której mamy pociąg?

– Za półtorej godziny. Następny za dwie i pół. Zdążymy.

I poszli. Spacer do stacji zajął im prawie pół godziny, więc już po drodze ustalili, że wrócą do stolicy późniejszym pociągiem, aby obiad zjeść bez pośpiechu.

Łódeczka okazała się niewielkim barem z jednym długim stołem i kilkoma małymi. Usiedli pod ścianą, naprzeciw wejścia. Rozglądali się po pomieszczeniu. Szybko doszli do wniosku, skąd wzięła się taka właśnie nazwa restauracji. Przy kilku stolikach zamiast typowych krzeseł, stały drewniane ławy kształtem przypominające odwrócone dnem do góry łodzie. Pod sufitem zaś wisiała pełnowymiarowa szalupa pomalowana w niebiesko-białe romby. Tomek sfotografował tę oryginalną ozdobę i nietypowe siedziska, a następnie skierował aparat na bar. Przez jego obiektyw obserwował stojącą za kontuarem piękną barmankę – szczupłą brunetkę o dużych czarnych jak heban oczach, ubraną w obcisłą fioletową bluzeczkę. Porządkowała na blacie jakieś dokumenty. Spodobała się Zarzeckiemu. Nawet bardzo. Zrobił jej kilka zdjęć, co nie umknęło uwadze dziewczyny. O tej porze byli jedynymi klientami i odgłos pstrykanych fotek słychać było bardzo dobrze.

– Wypadałoby zapytać – zauważyła młoda barmanka. Porzuciła swoje dotychczasowe zajęcie i podeszła do stolika dziennikarzy. Podała mężczyznom dwie kolorowe karty dań. Tomasz wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Kuba dobrze znał ten wyraz twarzy. Piękna brunetka wpadła koledze w oko.

– To pytam w takim razie. Umówimy się? – Fotograf bez zbędnego wstępu rzucił w kierunku dziewczyny, co tylko na sekundę zbiło ją z tropu. Uśmiechnęła się uroczo i sprostowała:

– Miałam na myśli zdjęcia. – Po chwili jednak zapytała, przybierając najlepszą ze swoich póz. Wysoki mężczyzna również wzbudził jej zainteresowanie. – Jesteście przejazdem, czy zatrzymaliście się w Łochowie na dłużej?

– Robimy materiał do „Na Pierwszej Stronie”. Może słyszałaś? – wyjaśnił Gaj.

– Chyba tak. A więc dziennikarze – stwierdziła pod nosem.

– On jest – odparł pośpiesznie Zarzecki. Zorientował się, że zabrzmiał jak uczniak w szkole, który na pytanie nauczyciela, niezależnie od tego, czego ono dotyczy, odpowiada natychmiast „to nie ja”. – Ja jestem fotografem – dodał dumnie i wykorzystując okazję, wyciągnął dłoń w kierunku dziewczyny: – Tomasz. A to mój kumpel i współpracownik.

– Kuba – dokończył za przyjaciela Gaj i również uścisnął dłoń barmanki.

– Klaudia – odpowiedziała dziewczyna, kolejny raz uśmiechając się czarująco. – Piszecie o tym wykolejonym pociągu?

– Tak – potwierdził Jakub.

Pokiwała ze zrozumieniem głową i stwierdziła:

– Tu się nic nie dzieje. Straszliwa nuda. Gdyby nie ten wypadek. Teraz wszyscy chodzą na tory i oglądają to miejsce. Największa atrakcja Łochowa. Co podać?

Kuba złożył zamówienie. Tomek uniósł obiektyw aparatu i skierował go na twarz kelnerki. Była śliczna. Miała regularne rysy twarzy, długie rzęsy i kształtne usta. Idealna modelka.

– Mogę? – zapytał tym razem.

Klaudia kiwnęła nieznacznie głową. Kiedy skończył pstrykać fotki, zagaiła:

– Podam ci mojego maila. Wyślesz je dla mnie? Będę miała, co wrzucić na Insta.

– Jasne! – Zarzecki ucieszył się otrzymaną propozycją, która gwarantowała mu kontakt z dziewczyną. I nawet nie musiał o niego prosić. Uśmiechnął się znowu szatańsko i dodał: – Zadałem ci wcześniej pytanie.

– Ja tobie również. – Klaudia wskazała karty z menu restauracji. – Nasz kucharz czeka na instrukcje.

Tomasz z każdą chwilą podobał jej się coraz bardziej i decyzję o randce z nim podjęła niemal natychmiast po usłyszeniu pytania, ale chciała go jeszcze chwilę potrzymać w niepewności. Fotograf westchnął ostentacyjnie i zamówił burger drwala.

– Dobry wybór – oceniła barmanka i ruszyła w stronę baru, gdzie znajdowało się okienko do kuchni. Po drodze odwróciła się jeszcze, uśmiechnęła zalotnie i rzuciła niby od niechcenia przez ramię: – A o co ty pytałeś?

– Umówisz się ze mną?

Klaudia zawahała się teatralnie. Westchnęła z głębi płuc i zauważyła wymijająco:

– Codziennie jestem tutaj i kończę zawsze o dwudziestej. – I aby nie zabrzmieć zbyt oschle, dorzuciła wesoło na koniec: – Wpadaj, kiedy chcesz!

Zarzecki, zadowolony bardzo ze swojego sukcesu, kolejny raz wyszczerzył uzębienie. Dziś muszą wracać do Warszawy, ale już planował następny pretekst, by tu przyjechać. W końcu Łochów nie był tak daleko od stolicy. Można tu wpadać nawet w tygodniu po pracy – kalkulował w głowie. Kilka minut później Klaudia przyniosła do ich stolika ogromne hamburgery. Były tak wielkie, że należało je jeść warstwami, bo w całości nawet nie zmieściliby ich w ustach. Kiedy płacili, dziewczyna podała Tomaszowi nie tylko swój adres mailowy, ale i numer telefonu. Zarzecki obiecał, że zadzwoni albo napisze i przy obopólnej radości opuścili lokal.

– Widzę, że nie tracisz czasu – ocenił postępowanie kumpla Gaj.

– Ty też powinieneś sobie w końcu kogoś znaleźć – stwierdził w odpowiedzi Tomek. – Byłbyś mniej marudny.