Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
61 osób interesuje się tą książką
Nawet w najbardziej urokliwym miejscu kryć się może mniej lub bardziej mroczna tajemnica. Wesoła obyczajówka z odrobiną magii i kryminalną zagadką zabierze Cię w niezwykłą podróż.
Zapraszamy do Clover – niewielkiego miasteczka gdzieś na końcu świata…
Po śmierci ciotki jej imienniczka, Lucy Anderson, staje się właścicielką tajemniczego dziewiętnastowiecznego domu usytuowanego przy mrocznej ulicy Forest Street. Nie jest zachwycona spadkiem, ale ogromna biblioteka, a w niej zagadkowy księgozbiór, przyciąga ją jak magnes. Warunkiem zatrzymania spadku jest spędzenie w tym starym domu trzech miesięcy. Lucy podejmuje wyzwanie, a z każdym dniem odkrywa nowe tajemnice domostwa oraz to, że nie jest w nim sama.
Historia z pozoru jak z horroru? Nic bardziej mylnego.
Pełna ciepła opowieść o poszukiwaniu siebie, o powrocie w rodzinne strony, zderzeniu wielkomiejskich przyzwyczajeń z małomiasteczkową tradycją. Chociaż zaściankowa rodzina, wszędobylska plotka i reguły, które zatrzymały się w minionym wieku, mogą przyprawiać o ciarki, to w świecie tym nietrudno znaleźć przyjaźń, miłość i wsparcie.
Sielanki jednak nie będzie, bo po piętach depcze tajemnica związana ze starym domem zmarłej Lucy Margaret Anderson i zagadka kryminalna.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 370
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by W. L. Białe Pióro & Renata Wasilewska
Warszawa 2026
Okładka – zdjęcia i grafika: Renata Wasilewska
Projekt okładki: Renata Wasilewska
Redakcja: Agnieszka Kazała
Korekta: Daria Siwek
Skład i łamanie: WLBP
Wydawnictwo Literackie Białe Pióro
www.wydawnictwobialepioro.pl
Wydanie: I, Warszawa 2026
ISBN: 978-83-67788-95-3
Pamiętasz bajkę słowną:
Był sobie ciemny czarny las… A w tym ciemnym czarnym lesie, była ciemna czarna polana. A na tej ciemnej czarnej polanie, stał ciemny czarny dom…
Zaczynamy?
Gdzieś na końcu świata było sobie niewielkie miasteczko – Clover. W tej niedużej mieścinie znajdowała się mroczna ponura ulica – Forest Street. Przy tej ciemnej cichej drodze stał tajemniczy dziewiętnastowieczny dom. W tym starym budynku mieściła się ogromna biblioteka, a w niej zagadkowy księgozbiór… Boisz się? Nie bój! Jestem tu…
Historia z pozoru jak z horroru? Nic bardziej mylnego. To pełna ciepła opowieść o poszukiwaniu siebie, o powrocie w rodzinne strony, zderzeniu wielkomiejskich przyzwyczajeń z małomiasteczkową tradycją. Chociaż zaściankowa rodzina, wszędobylska plotka i reguły, które zatrzymały się w minionym wieku, mogą przyprawiać o ciarki, to w świecie tym nietrudno znaleźć przyjaźń, miłość i wsparcie. Sielanki jednak nie będzie, bo po piętach depcze tajemnica związana ze starym domem Lucy Margaret Anderson i zagadka kryminalna.
Renata Wasilewska
Drodzy Czytelnicy,
jeśli tylko zechcecie, zabiorę Was dzisiaj w podróż do niewielkiego miasteczka. Razem odwiedzimy Clover, które na pierwszy rzut oka przypomina wiele innych podobnych miejsc, lecz przy bliższym poznaniu przekonacie się, że jest niezwykłe, a swój nietuzinkowy czar zawdzięcza niebanalnym mieszkańcom i wyjątkowym miejscom. Zapytacie, gdzie jest Clover. Tuż obok, niedaleko, rozejrzyjcie się wokoło…
W jego centrum znajduje się kościół z wieżyczką. To tutaj pastor Anthony odprawia co niedzielę nabożeństwo, a burmistrz George O’Brien prowadzi zebrania rady miejskiej, w których wyjątkowo aktywnie uczestniczą Regina i Frances Guzman – córka i matka. Niedaleko znajduje się sławny bar Wilsona, gdzie na owalnych półmiskach serwują potężne sześciowarstwowe hamburgery. To jadłodajnia, w której mieszkańcy wspólnie świętują zarówno miłe jak i smutne chwile. Jeśli jednak wolicie pizzę, to Stefano upiecze ją dla was według włoskiego przepisu, przekazywanego w rodzinie z pokolenia na pokolenie. Jesienią możecie wybrać się na grzyby w okolice Forest Street, a latem na ryby nad River Heat. Podobno najlepiej biorą w ciszy. W sklepie Boba znajdziecie wszystko, co jest potrzebne do takiej wyprawy. Powinniście zatrzymać się w Hotelu pod Trzema Krukami, gdzie w środy przyjmuje Wróżka Idalia. Może zapragniecie poznać swoją przyszłość…
Ja już dziś uchylę jej rąbka…
Wystarczy, że przerzucicie kartki tej powieści, a spotkacie cudownych ludzi. Nie są idealni, mają swoje wady, pokonują życiowe trudności i czasem podejmują błędne decyzje – jak my wszyscy, ale znajomość z nimi, pozostawia niezapomniane wspomnienia.
Chcę Wam przedstawić LucyAnderson – główną bohaterkę, jej rodzinę i przyjaciół: babcię Elaine, dziadka Johna, ciotkę Isabel, jej męża Maxa, kuzyna Jace’a, przyjaciółkę Camilę, a także Teklę, Charlesa, Ilię, Katy i wiele innych osób.
To tu, w Clover, odnajdziecie miłość, przeznaczenie i tajemnicę. Jesteście gotowi na tę podróż?...
Zapraszam więc
Autorka
„Dom jest tam, gdzie chcą, żebyś został dłużej”
Stephen King Przebudzenie
Aleksandrze,
aby odnalazła swoje własne Clover…
Wiadomość o śmierci Lucy Margaret Anderson spadła na Lucy jak grom z jasnego nieba. Pamiętała starą ciotkę, głównie z rodzinnych spotkań, na których bywała jednak rzadko. Po siostrze dziadka otrzymała imię, a teraz, jak się miało okazać, również część spadku. A ponieważ gust starej ciotki pozostawiał wiele do życzenia, jedyne czego się spodziewała to zastawy stołowej wymalowanej w jaskrawe słoneczniki albo równie niemodnego kompletu pościeli.
– Kiedy przyjedziesz? – zapytała w słuchawce babcia Elaine.
– Jeszcze nie wiem… Muszę pogadać z szefem. Wziąć kilka dni urlopu…
– Zostań chociaż na Powitanie Lata. Dziadek już szykuje wędki na wasze wspólne wypady nad wodę. Zawsze lubiłaś to święto. Jeśli nie pojedziecie nad rzekę, John będzie niepocieszony. – Babcia nalegała, a Lucy myślała o wszystkich tych podwieczorkach, które przypadną jej w udziale, kiedy zawita w rodzinne strony.
Nie przepadała za towarzystwem małomiasteczkowych ciotek i wujków wraz z ich równie zaściankowymi poglądami. W tamtym świecie czas zatrzymał się w poprzedniej epoce. Z wiekiem, coraz częściej zarzucana pytaniami o zamążpójście, ograniczyła znacznie wizyty w rodzinnym miasteczku. Odwiedzała oczywiście swoich dziadków, głównie w święta i ważne rocznice. Pozostałych krewnych widywała zwykle tylko na ślubach lub pogrzebach. Teraz przyjazd był nieunikniony. Wiedziała, że nie wykręci się brakiem urlopu, bo w ten właśnie sposób przez kilka ostatnich lat unikała wakacyjnych wycieczek do Clover.
– Postaram się, babciu… – odpowiedziała z ponurym westchnieniem, które próbowała jeszcze zakamuflować dwukrotnym kaszlnięciem. Nie udało się. Elaine szybko wyczuła jej intencje.
– Tak rzadko ostatnio u nas bywasz… – zauważyła, wzbudzając u wnuczki zamierzone poczucie winy. Kochała ją bardzo i tęskniła, ale jednocześnie miała w sobie coś z egocentryka. Lubiła, gdy wszystko kręciło się wokół niej i to zgodnie z planem, jaki ustaliła. – Ja wiem, że w Clover nie ma tylu atrakcji co w wielkim mieście… Nie mamy teatru, szklanych apartamentowców, metra, ale nigdzie nikt tak na ciebie nie czeka, jak my tutaj.
Temu argumentowi nie dało się w żaden sposób zaprzeczyć. Tym bardziej, że Lucy często czuła się w nowoczesnej, ogromnej metropolii samotna jak palec. Miała dwadzieścia sześć lat, dobrą pracę i pieniądze. Mieszkała w kawalerce na trzecim piętrze. Niewielkie lokum wynajmowała do spółki z Camilą, swoją najlepszą przyjaciółką poznaną na studiach i jedyną osobą, której zwierzała się ze swoich wewnętrznych rozterek. Był co prawda jeszcze kuzyn Jace, ale on… mieszkał w Clover. Cóż… Należało spojrzeć prawdzie w oczy. W opinii babci Elaine i dziadka Johna oraz mieszkańców małego miasteczka, w którym się wychowała, mogła już uchodzić za starą pannę, życiowego przegrywa bez męża, dzieci, chłopaka, a nawet psa. Urlop będzie więc musiała spędzić w jakiejś dziurze, odwiedzając przypudrowane ciotki i rubasznych wujaszków, odpowiadając na pytania typu: dlaczego nie wyszła jeszcze za mąż i czy ma już narzeczonego. Gdy tylko zaprzeczy, zostanie zasypana słowotokiem wychwalającym syna kuzyna brata trzeciego męża ciotki jej dalekiej krewnej od strony ojca i otrzyma tuzin zaproszeń na podwieczorki lub kolacje, na których akurat przypadkiem zjawi się również ów wspomniany kawaler. Kuzynki będą przed nią roztaczać wizję kobiety spełnionej, a osiągnięcie tego spełnienia możliwe będzie wyłącznie w jeden sposób – poprzez ślub i dzieci.
– Dobrze, babciu. Zostanę do końca czerwca, ale nie dłużej, bo naprawdę mnie wywalą z redakcji – oświadczyła zupełnie szczerze. Pracowała jako redaktorka i korektorka w jednym z największych na rynku wydawnictw. Przez jej ręce rocznie przechodziły dziesiątki książek. Miała ten komfort, że znaczną część swojej pracy mogła wykonywać zdalnie, ale o tym nie zamierzała mówić Elaine, by nie wywoływać kolejnego tematu dyskusji, który od lat towarzyszył familijnym spotkaniom, a mianowicie – powrotu w rodzinne strony na stałe.
– Przecież nic cię tam nie trzyma w tym wielkim mieście – mawiała zwykle babcia, co należało odczytywać jednoznacznie: jako brak męża i dzieci.
– Niedawno Logan szukał redaktora do lokalnej gazety… – dorzucał ochoczo dziadek. – To pewna praca. Clover News ukazuje się co tydzień od czterdziestu lat. A jeśli nie chcesz tam pracować, to zawsze przyjmą cię do szkoły. Pani Johnson wciąż narzeka na brak nauczycieli.
I tak było niemal za każdym razem, kiedy zjawiała się w domu dziadków.
Tam się wychowała. Matka Lucy zmarła po porodzie w wyniku sepsy, a ojciec zaraz potem wyruszył na „podbój świata”. Przepadł bez wieści, nie wspierając w żaden sposób utrzymania i wychowania swojej pierworodnej. Zresztą o synu Elaine i Johna Andersonów nigdy nie mówiło się głośno. Wszyscy uznali go za zmarłego i jeśli nawet gdzieś wiódł swoje nędzne życie, nikt nie interesował się jego losem. Dla Andersonów Lucy urodziła się w wyniku niepokalanego poczęcia, a jej faktycznymi rodzicami stali się dziadkowie.
– Kochanie, pogrzeb w najbliższą środę o dziesiątej. – Babcia zmierzała do końca rozmowy, kolejny raz przypominając o terminie uroczystego pożegnania. – Nie spóźnij się… Najlepiej przyjedź dzień wcześniej i pamiętaj o czarnej sukience. Tylko nie tej sylwestrowej, którą miałaś na pogrzebie wujka Leona.
Seniorka nie omieszkała oczywiście nawiązać do oryginalnej stylizacji Lucy przy okazji ostatniej wizyty w Clover, kiedy to w pośpiechu pakowała bagaże, między jednym redakcyjnym spotkaniem a drugim, i dopiero na stacji benzynowej, na której zrobiła postój, aby się przebrać w niewygodny żałobny strój, okazało się, że omyłkowo spakowała czarną sylwestrową kieckę. Zamiast właściwej, dostojnej i przyzwoitej szaty, miała ze sobą sukienkę bogato zdobioną cekinami, bez rękawów i z dekoltem do pępka. W takiej kreacji nie mogła się pokazać na tym pogrzebie, bo wprawdzie Bóg przymknąłby zapewne oko na jej wygląd, ale nie ciotka Tekla, która gromadziła i rozpowszechniała informacje o mieszkańcach Clover szybciej niż lokalna gazeta Logana.
– Jasne. Będę na czas. Pozdrów dziadka. – Lucy z nieukrywaną ulgą nacisnęła czerwoną słuchawkę w swoim smartfonie. Padła na kanapę, zerkając wymownie w stronę przyjaciółki. Camila stała w drzwiach pokoju z dwoma kieliszkami słodkiego wina w dłoniach. Chwilę wcześniej, słysząc czego dotyczy rozmowa Lucy z babcią, ulotniła się dyskretnie do kuchni.
– Kiedy wyjeżdżasz? – zapytała, siadając obok.
– We wtorek albo w środę o świcie, jeśli nie zdążę zamknąć ostatniej książki. Umarła ciotka Lucy…
– To starsza siostra twojego dziadka? – upewniła się przyjaciółka. Lucy pokiwała twierdząco głową, unosząc do ust kieliszek.
– Była stara… – zauważyła pocieszająco Camila.
– Wiem. Nie łączyła nas jakaś wyjątkowo silna emocjonalna więź. Ale to zawsze część mojego dzieciństwa. Po ciotce wraz z imieniem odziedziczyłam coś jeszcze…
– Co?
– Staropanieństwo.
– Nie jesteśmy starymi pannami, tylko singielkami z wyboru.
Panna Anderson spojrzała wymownie na przyjaciółkę i sarkastycznym tonem skwitowała jej słowa:
– I mówi to ktoś, kto piątkowy wieczór spędza z przyjaciółką w domu na kanapie, oglądając serial na Disney Chanel.
– Mamy wino, piwo. Zamówimy jeszcze pizzę – nie dała się zbić z tropu Camila. – Będzie prawie jak na studenckiej imprezie w kampusie.
W związku z planowanym wyjazdem część weekendu Lucy spędziła, zajmując się służbowymi obowiązkami. W poniedziałek złożyła projekt u szefa wraz z podaniem o urlop. We wtorek spakowała do swojego starego auta wszystkie niezbędne rzeczy. Jedną walizkę wypełniła wyłącznie czarną garderobą, zabierając tak na wszelki wypadek wszystko, co było w pożądanym kolorze.
Tym razem czuła się nieźle przygotowana. Miała dwie czarne sukienki, czarne spodnie, żakiet, czarny kombinezon, koszulę i spódnicę. Do tego trzy pary czarnych rajstop, czarny kardigan i wełnianą kamizelkę tej samej barwy.
W środę, godzinę przed pogrzebem, uświadomiła sobie, że nie wzięła żadnych butów na zmianę i miała tylko czerwone trampki, w których przyjechała.
– Ładne buty – zauważył Jace, siadając w kościele obok Lucy. – Będzie cię łatwiej znaleźć na stypie wśród tego czarnego tłumu.
– Cześć, Jace, towarzyszu niedoli… – Lucy ucieszyła się na widok kuzyna, ścisnęła na powitanie jego ramię. – Czyli jednak będzie stypa?
Jace Moore miał tyle lat co ona, ale nikt mu nie wypominał braku żony ani tego, że wciąż mieszkał z rodzicami. Przeciwnie – chłopak często słyszał, że ma jeszcze czas, aby się ustatkować. Tak wyglądała małomiasteczkowa sprawiedliwość. Lucy i Jace znali się od urodzenia. Chodzili do jednej szkoły. Mieli wspólnych dziadków. Mama Jace’a była rodzoną siostrą ojca Lucy. Kuzyn pracował w rodzinnej firmie. Do Clover wrócił zaraz po studiach i nie planował z niego uciekać. To była jedna z tych rzeczy, która ich różniła. Lucy od zawsze marzyła o mieszkaniu i pracy w wielkim nowoczesnym mieście, z dostępem do teatrów, kin i innych atrakcji, o których w małej mieścinie można było tylko śnić lub czytać.
Pastor Anthony nie mówił długo, goście również nie wyrywali się do mikrofonu, więc już przed trzynastą zaczęli się wszyscy schodzić do Baru Wilsona, który został tego dnia wynajęty jako miejsce konsolacji po zmarłej Lucy Margaret Anderson. Zresztą Clover było niewielkim miasteczkiem, gdzie wszyscy dobrze się znali, a znaczną część jego mieszkańców łączyło nawet pokrewieństwo. Pochówek w tym mieście oznaczał więc uroczystość całej społeczności. Stara ciotka Lucy, osoba dość zamożna, udzielała się do końca swoich dni zarówno w kościele jak i w radzie miasta, dlatego przyszło ją pożegnać wiele osób.
Lucy stała samotnie w tym czarnym tłumie, w którym jak wyrzut sumienia z daleka odznaczały się jej czerwone trampki, i rozglądała się za Jace’em. Chłopak wybiegł z kościoła jako pierwszy i zniknął jej z oczu. A tak liczyła na jego obecność i wsparcie w walce z ciekawskimi ciotkami. Elaine i John Anderson w swoich nieskazitelnych eleganckich strojach zginęli gdzieś wśród gości, przyjmując kondolencje.
Koło Lucy stanęła starsza kobieta. Wyglądała na sto lat. Podpierała się laską i mrużyła oczy mimo okularów korekcyjnych, które miała na nosie. Przez grube szkła zmierzyła najpierw stopy panny Anderson, następnie jej uda i brzuch. W końcu dotarła do twarzy. Lucy uśmiechnęła się kurtuazyjnie.
– A ty, to kto? – zapytała bez ogródek kobieta.
– Lucy.
– Jaka Lucy?
– Lucy Anderson.
– Nonsens! – oburzyła się staruszka. – Lucy nie żyje. Przed chwilą ją pochowano.
– To nie ta Lucy, mamo. – Na ratunek dziewczynie przyszła inna kobieta, której wiek trudno było jednoznacznie określić. Miała długą suknię z koronkowymi wstawkami. Złapała za ramiona staruszkę i oznajmiła jej wprost do ucha: – To jest wnuczka Andersonów.
– Których Andersonów? – Starsza niewiasta nie dawała za wygraną. Była dociekliwa niczym Sherlock Holmes.
– Elaine i Johna. Przyjechała ze stolicy – wyjaśniała cierpliwie jej córka.
– A dlaczego ma czerwone trampki? – Kobieta wskazała laską stopy Lucy i czekała na odpowiedź, a ponieważ nie uzyskała jej od swojej towarzyszki, skierowała pytające spojrzenie na pannę Anderson.
Lucy chwilę myślała nad wyjaśnieniem usprawiedliwiającym jej nietypowe obuwie, aż w końcu zauważyła:
– Nogi mnie bolały…
– A co? Szła pieszo ze stolicy? – zdziwiła się starsza dama.
Z trudnej sytuacji wyratował ją Jace, który wyrósł obok jak spod ziemi. Chwycił Lucy za rękę i wyciągnął z tłumu. Pobiegli razem na zaplecze. Jace dobrze znał bar, bo jako nastolatek dorabiał w nim po szkole.
– Trzymaj. – Wyjął zza pleców papierową torbę i podał Lucy. Dziewczyna zajrzała do środka. – Pojechałem do domu. Wziąłem z mamy szafy. Nosicie ten sam rozmiar, jeśli mnie pamięć nie myli.– Na dnie torby leżały czarne czółenka na niewielkim słupku. Lucy ucieszyła się. Usiadła na skrzynkach po piwie i założyła szybko buty. – Daj tenisówki. Zaniosę do samochodu. Odbierzesz po imprezie.
Jace pobiegł do auta, a Lucy wróciła do głównej sali. Ktoś wcisnął jej do ręki talerzyk z ciastem. Ktoś inny wręczył szklaneczkę z napojem.
Nim wrócił Jace, ciotka Tekla dopadła ją w rogu sali. Była to wielka kobieta. Wysoka i szeroka w biodrach. W falbaniastej spódnicy przykrytej długą marynarką wyglądała na jeszcze większą.
– Lucy! A ty ciągle sama? Poznałam ostatnio bardzo sympatycznego młodzieńca… Świetny kandydat na męża.
– O ile mi wiadomo, masz już męża… ciociu – odpaliła Lucy.
Stypa wlokła się niemiłosiernie długo. Tym bardziej że dziewczyna musiała towarzyszyć dziadkom do samego końca. To oni, jako najbliżsi krewni zmarłej, byli gospodarzami. Siostra dziadka Johna umarła bezpotomnie. Panna Anderson wyobraziła sobie, że podobny los czeka i ją, z tą tylko różnicą, iż nie jest bogata i na jej pogrzeb przyjdzie co najwyżej Camila. Może jeszcze Jace, na którego liczyć mogła zawsze.
Lucy obudziła się około ósmej i dłuższą chwilę zastanawiała nad tym, co właściwie wyrwało ją ze snu. Jeszcze kilka sekund wcześniej smacznie spała wtulona w pachnącą świeżością pościel. Teraz siedziała na łóżku i wpatrywała się w okno, przez które do jej sypialni wdzierało się już poranne słońce. Noc spędziła w swoim dawnym pokoju, tym samym i takim samym odkąd opuściła Clover, wyjeżdżając na studia. Babcia i dziadek nic w nim nie zmienili. Jej rozmyślanie przerwał nagle doniosły głos Elaine. Dochodził z dołu domu. Lucy nagle przypomniała sobie, co ją obudziło. Dziadkowie się kłócili. To było dość niespotykane zjawisko w domu Andersonów, a już z pewnością nie miało prawa się zdarzyć podczas wizyty wnuczki. Babcia bardzo dbała o atmosferę panującą w rodzinie. Nie znaczy to, że w tym domu nigdy nie dochodziło do różnicy zdań. Państwo Andersonowie kłócili się, i owszem, ale w sposób bardzo ucywilizowany i pełen kultury. Raczej spierali się lub dyskutowali. Rzadko podnosili głos. Nigdy nie obrzucali się wzajemnie wyzwiskami. Nie byli też pamiętliwi, więc wszelkie niesnaski bardzo szybko szły w zapomnienie. Tym razem było inaczej. Krzyczeli oboje. Lucy wstała z łóżka i boso, na palcach podeszła do drzwi. Uchyliła je odrobinę i nasłuchiwała.
– Ty stary pierniku! Na amory w tym wieku ci się zebrało! – wołała babcia.
– Głucha jesteś? Przecież ci tłumaczę, że nic mnie z nią nie łączy! – krzyczał dziadek.
– Ludzie mówią co innego!
– Co mówią?! Jacy ludzie?!
– Tekla wczoraj na stypie powiedziała, że…
– Wierzysz tej starej wiedźmie?!
Andersonowie przenieśli się w inną część domu i do Lucy nie docierały już żadne słowa. Kiedy kilka minut później, w piżamie, schodziła po schodach, usłyszała już tylko trzaśnięcie drzwi. W kuchni zastała wyłącznie babcię.
– Napijesz się kawy? – zapytała kobieta, zerkając w stronę wnuczki smutnym wzrokiem.
– Chętnie.
Babcia postawiła na stole dwa kubki i nalała do nich gorącego, czarnego naparu. Kolor kawy odzwierciedlał obecny stan duszy Lucy. Elaine usiadła obok dziewczyny. Obie milczały dłuższą chwilę. Pierwsza odezwała się starsza pani Anderson. Jak zwykle rzeczowo i konkretnie:
– Będziesz gotowa na trzynastą?
– Co jest o trzynastej?
– Odczytanie testamentu. Zapomniałaś już?
Panna Anderson uśmiechnęła się niepewnie. Nie wiedziała, jak nawiązać do niedawnej kłótni, którą usłyszała. A od środka wprost zżerała ją ciekawość.
– Stypa się udała – wydusiła w końcu. – Wszyscy przyszli pożegnać ciotkę Lucy. Nawet Tekla trzymała język w ryzach.
– Nie rozmawiajmy o tej starej zrzędzie – ucięła temat babcia. Stara zrzęda była od niej młodsza co najmniej o dwadzieścia lat. – Słyszałam, że pożyczyłaś buty od Isabel. Może potem pójdziemy na zakupy? Nie będziesz przecież biegać w jednych trampach przez trzy tygodnie…
– Będę chodzić w twoich albo dziadka – zażartowała. Babcia doskonale wiedziała, że żadna z opcji nie jest możliwa. Sama nosiła najmniejszy damski rozmiar. Miała niemal dziecięcą stópkę. W butach Johna natomiast Lucy utonęłaby na dobre. Nie oburzyła się więc, tylko z politowaniem patrzyła w oczy wnuczki, cierpliwie oczekując satysfakcjonującej ją odpowiedzi. – Bardzo chętnie. Muszę kupić nie tylko buty na zmianę – dodała po chwili Lucy z nadzieją na ostateczne zamkniecie tematu zakupów. Czasem wzrok babci mówił więcej niż niejeden komentarz.
Punktualnie o trzynastej najbliższa rodzina starej ciotki Lucy siedziała w gabinecie lokalnego prawnika Toma Millera. Całe pomieszczenie obito mahoniową boazerią, co miało zapewne przydawać powagi temu miejscu, a sprawiało, że było w nim ciemno i nieprzyjemnie. Do tego w powietrzu unosił się dym z fajki, którą trzymał w zębach notariusz. Lucy miała ochotę, jak najszybciej opuścić ten pokój.
– Skoro są już wszyscy zainteresowani, możemy zacząć – oświadczył Miller chrapliwym niskim głosem. W spotkaniu uczestniczyli: Elaine i John Anderson, ich córka Isabel z mężem, Maxem, Jace, Lucy oraz druga siostra dziadka, wdowa Eleanor Davis ze swoją córką, Teklą. Po odczytaniu oficjalnego wstępu i potwierdzeniu tożsamości wszystkich zebranych, Tom Miller przeszedł do meritum spotkania: – W chwili obecnej w skład mojego majątku wchodzą… – Tu prawnik odczytał wszelkie wartościowe ruchomości i nieruchomości po zmarłej. Potem kontynuował zawieszając raz po raz teatralnie głos: – Moją wolą jest, aby dom w Clover po mojej śmierci otrzymała moja cioteczna wnuczka Lucy Anderson, zaś zabytkowy Lincoln Victoria Coupe z tysiąc dziewięćset trzydziestego drugiego roku trafił do Jace’a Moore’a. Wszelkie moje oszczędności znajdujące się na kontach w Morgan Chase i Bank of Hope zapisuję w równych częściach mojej siostrze Eleanor Davis i bratu Johnowi Andersonowi. Isabel Moore przekazuję fortepian z bawialni, o którym zawsze marzyła, a Tekli Walker komplet srebrnych sztućców i porcelanową zastawę stołową z jadalni. Ponadto polecam mojej ciotecznej wnuczce, Lucy Anderson, aby zamieszkała w moim domu na okres trzech miesięcy i dopiero po tym czasie otrzymała akt własności. Mam także nadzieję, że w okresie tym przemyśli raz jeszcze powrót w rodzinne strony. Jako wykonawcę mojego testamentu wskazuję Toma Millera, jeśli do tego czasu nie umrze na raka płuc przez swoją fajkę. – To odczytawszy prawnik zaczerwienił się od nasady włosów aż po szyję. Rozejrzał po zebranych i zauważył: – To byłoby na tyle. Czy przyjmujecie państwo spadek? Jeśli tak, proszę o złożenie stosownych podpisów.
Tekla natychmiast rzuciła się do biurka pana Millera, Eleanor zaczęła powoli podnosić się z fotela, a babcia Elaine spojrzała na Lucy, przeczuwając, że wnuczka nie pozostawi testamentu bez komentarza. Nie myliła się.
– Przepraszam, panie Miller… Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam – zaczęła cicho. – Dom mojej ciotecznej babki Lucy Margaret należy teraz do mnie?
– Tak. – Kiwnął głową notariusz.
– Pod warunkiem, że zamieszkam w Clover?
– Tak. Na trzy miesiące. Po tym okresie dom przejdzie na twoją własność. – Miller nie zwracał się do panny Anderson oficjalnie, ponieważ znał ją od dziecka. Był przyjacielem rodziny i często bywał w domu jej dziadków. Do dwunastego roku życia Lucy nazywała go nawet wujkiem.
– A potem? – upewniała się dziewczyna. – Co stanie się z domem i ze mną po tych trzech miesiącach?
– Przecież wiesz, że stara ciotka Lucy, podobnie jak my wszyscy uważała, że powinnaś wrócić do Clover. Zamieszkać blisko rodziny – wtrąciła się babcia. – Chciała ci ułatwić podjęcie tej decyzji.
– Lucy, dostałaś dom – dorzucił dziadek. W tej kwestii był wyjątkowo zgodny ze swoją żoną. – Możesz tu zostać…
Lucy spojrzała na prawnika, potem na dziadka i na Jace’a, szukając u niego wsparcia. Chłopak stał z nieodgadnioną miną i słuchał uważnie dyskusji, jaka się wywiązała. Sprawiał przy tym wrażenie, jakby się całkiem nieźle bawił. Znał doskonale swoją kuzynkę i wiedział, w jaką panikę musiała wpaść, słysząc o osiedleniu się w rodzinnym miasteczku.
– Lucy… Po trzech miesiącach zrobisz z domem, co będziesz chciała. Jeśli zostaniesz w Clover, to w nim zamieszkasz. Jeśli będziesz chciała wrócić do swojej metropolii, możesz go sprzedać… – podsumował Tom Miller nieco zniecierpliwiony. Kiszki grały mu marsza. Chciał już iść na lunch do Baru Wilsona.
– To wspaniała nieruchomość – wtrąciła ciotka Tekla. – Sama chętnie ją od ciebie kupię. Po rozsądnej cenie, oczywiście.
Elaine zmierzyła Teklę wzrokiem, który zamknął jej szybko usta. Potem zwróciła się do wnuczki:
– Nie ma co tutaj deliberować. Podpisuj, Lucy…
I Lucy podpisała. W jednej chwili stała się posiadaczką dużego domu, w którym miała spędzić najbliższe trzy miesiące. Kiedy wszyscy opuszczali gabinet notariusza, Jace podszedł do kuzynki, szturchnął ją ramieniem i cicho zapytał:
– To kiedy robimy imprezę?
– Najbliższa impreza to będzie stypa po mnie. Kiedy mój szef dowie się, że zamierzam zostać w Clover nie trzy tygodnie, a trzy miesiące, zabije mnie – dramatyzowała, choć wiedziała dobrze, że zawsze po urlopie może popracować zdalnie. – Uszczypnij mnie, bo mam wrażenie, że to sen…
Po spotkaniu u Millera, Lucy odebrała z samochodu Jace’a trampki, które woził od środy i oddała czółenka Isabel.
– Co zrobisz z Lincolnem od ciotki? Przecież nie będziesz nim jeździł… – zapytała. Siedziała na tylnym siedzeniu auta Jace’a i wiązała trampki. Chłopak stał oparty o otwarte drzwiczki kombi i patrzył gdzieś w przestrzeń.
– Będę na niego wyrywał laski…
– Głupek! Pytam poważnie.
– Pewnie wystawię na sprzedaż. To zabytkowy okaz, pójdzie za sporą kasę… To nie lada gratka dla kolekcjonerów starych aut. A ty? Sprzedasz dom za trzy miesiące?
– Nie zostanę tutaj na stałe. Przecież znasz mnie… – Lucy wyskoczyła z samochodu i stanęła obok kuzyna. Poklepała go po ramieniu. – Tylko ty masz tyle samozaparcia, żeby żyć w tej mieścinie. Serio… Znacznie obniżasz średnią wieku w Clover.
– Tu jest lepiej, niż myślisz – zauważył.
– Przecież mieszkałam w tej dziurze całe dzieciństwo. Od tamtego czasu nic się tutaj nie zmieniło. Nawet pan Smith nosi ten sam fartuch. – Ruchem głowy wskazała pobliską lodziarnię.
Jace i Lucy stali przy rynku. Tu znajdował się gabinet Millera, Bar Wilsona i większość budynków użyteczności publicznej. Było to centrum miasteczka, od którego rozchodziły się cztery główne drogi. Jedna, Forest Street, prowadziła tam, gdzie stał dom zmarłej ciotki Anderson i dalej nad rzekę. Druga, zwana Long Street, przy której mieszkańcy Clover zwykle robili zakupy, wiodła do Hotelu pod Trzema Krukami. Main Street była ulicą reprezentacyjną. Tam znajdowała się siedziba władz miejskich. W zabytkowym budynku mieściło się biuro burmistrza Georga O’Briena, obok komisariat policji i poczta kurierska. Z kolei przy Fox Street stał między innym dom Moore’ów, w którym Lucy w dzieciństwie bywała bardzo często. Spędzała tam czas głównie na zabawach z kuzynem i rozmowach z ciotką.
– W tym roku ma nowy smak lodów. Porzeczkowe. Idziemy?
– Nie dziś, Jace. Babcia na mnie czeka… – Panna Anderson pomachała stojącej nieopodal Elaine, która rozmawiała z Teklą i Eleanor. – Idziemy na zakupy. Muszę sobie kupić buty, bo zapomniałam zabrać z domu i mam tylko te… – Wskazała czerwone, zniszczone, ale jakże wygodne tenisówki.
– A ja naiwny, sądziłem, że to jakaś wielkomiejska moda – podsumował Jace i podszedł do swojego auta od strony kierowcy. – Jadę w takim razie. Wrócimy jeszcze do tematu imprezy w twoim nowym domu. Nie myśl, że zapomniałem.– Wskoczył za kierownicę, machnął ręką i odjechał.
Lucy podeszła do Elaine i pozostałych kobiet.
– Idziemy?
– Jasne. – Pożegnały się z kuzynkami i ruszyły w stronę Long Street, gdzie znajdowało się najwięcej sklepów. Były to głównie niewielkie butiki, prowadzone z pokolenia na pokolenie przez te same rodziny. Kiedy mijały pierwszy z nich, babcia powiedziała poważnym głosem.
– Nie sprzedawaj domu Tekli. To wścibskie babsko nie zasługuje na niego.
– Nie zamierzam – odpowiedziała Lucy całkiem szczerze. Szły wolno w kierunku obuwniczego.
– A co z nim zrobisz?
Słowa Jace’a o wyrywaniu lasek miała na końcu języka, ale w porę się w niego ugryzła.
– Jeszcze nie wiem. Zastanowię się.
Nie chciała dawać Elaine złudnych nadziei. Powrót do Clover nie wchodził w grę w żadnym ze scenariuszy, który mogłaby rozważać. Teraz jednak, zaskoczona spadkiem, nie miała do tego głowy. W tej chwili bardziej od dwupiętrowego domu na skraju miasta, potrzebowała czarnych czółenek lub szpilek. A najlepiej jednych i drugich, jeśli impreza, na której zorganizowanie namawiał ją Jace, dojdzie do skutku.
Okazało się, że i w niewielkich mieścinach można znaleźć całkiem niezłe buty. Oprócz czółenek, szpilek i sandałów, Lucy kupiła jeszcze klapki i dwie pary trampek, które wielbiła miłością czystą i prawdziwą. Potem obie z babcią wróciły na Main Street, gdzie panna Anderson wypatrzyła cudowną sukienkę w kolorze butelkowej zieleni, idealną na imprezę powitalną. Zielony nie był jej ulubionym kolorem, znacznie lepiej prezentowała się w niebieskim, który pasował do jej błękitnych oczu, ale w tym odcieniu podobała się sobie.
Wieczorem, po kolacji, już w swoim pokoju przymierzyła sukienkę raz jeszcze. Z nowymi szpilkami tworzyła wyjątkowo zgrany duet. Jej komórka zadzwoniła dokładnie w chwili, gdy wyplątywała się z obcisłej kiecki. Odebrała w ostatnim momencie.
– Dlaczego nie dzwonisz? – Usłyszała w słuchawce głos Camili. – Jak pogrzeb?
– Całkiem nieźle. Tylko trzydzieści trzy razy musiałam wyjaśniać, dlaczego jeszcze nie mam męża i dwadzieścia cztery, dlaczego nie wracam do Clover – odparła Lucy. Położyła się na łóżku i patrząc w sufit, kontynuowała: – Jak na stypę to całkiem niezły wynik. Na weselu kuzyna Derecka padło dwa razy więcej pytań. Dzisiaj odbyło się odczytanie testamentu. Dostałam dom po ciotce. A wiesz, co się stało? Zapomniałam zabrać z domu buty na zmianę, ale już sobie kupiłam nowe. I piękną, zieloną sukienkę. Jace namawia mnie na zorganizowanie imprezy, a babcia i dziadek od rana…
– Zwolnij! – przerwała jej przyjaciółka. Z tego słowotoku udało jej się wyłowić jedno, zaskakujące zdanie. – Czy ja dobrze usłyszałam? Odziedziczyłaś dom? Ten wielki dom ciotki? Ten, w którym mieszkała?
– Tak. A mój kuzyn dostał osiemdziesięcioletniego Lincolna…
– Zakładam, że mówisz o samochodzie, nie o zabalsamowanych zwłokach szesnastego prezydenta Ameryki… Lucy! Dostałaś dom!
– Tak jakby…
– Co zamierzasz z nim zrobić?
– Jeszcze nie wiem… – odpowiedziała dokładnie tak samo, jak w rozmowie z babcią. Chyba informacja o spadku nie do końca dotarła do jej świadomości. W kancelarii, po odczytaniu testamentu, musiała zawisnąć gdzieś w przestrzeni między ustami notariusza Millera a mózgiem Lucy. Pewnie przez ten gęsty dym z fajki, który wypełniał całe pomieszczenie, drażnił oczy i nozdrza, błądziła dłuższy czas po okolicy, i dopiero teraz doczołgała się do celu, bo panna Anderson wrzasnęła nagle: – Rany Boskie! Dostałam dom! Muszę w nim zamieszkać!
– Co to znaczy „muszę w nim zamieszkać”? Nie podoba mi się to, co słyszę… Czy z domem w pakiecie był jakiś przystojniak? Przeprowadzasz się do Clover?
– Na trzy miesiące… Muszę tutaj zostać – mruknęła pod nosem Lucy i powtórzyła z przerażeniem w swoich niebieskich oczach: – Trzy miesiące w Clover… – Zabrzmiało jak wyrok dożywocia.
– Masz trzy tygodnie urlopu – zauważyła roztropnie Camila. – Jak zamierzasz trzy tygodnie rozciągnąć do trzech miesięcy? I po co?
– Muszę trzy miesiące tutaj mieszkać. Wtedy dom będzie mój. Kiedy skończy mi się urlop, wezmę bezpłatny albo będę pracować zdalnie… Nie wiem… Jakoś to ogarnę.
Lucy święcie wierzyła w to, co mówiła przyjaciółce. Wiedziała, że nie będzie to zadanie proste, nie tylko logistycznie, ale jakiś dziwny wewnętrzny głos podpowiadał jej, że warto spróbować. Nigdy nie należała do osób, które poddawały się łatwo. Z drugiej strony była niecierpliwa i uparta. Jeśli czegoś nie potrafiła rozwiązać natychmiast, odkładała w nieskończoność, licząc, że rozwikła się w końcu samo. Te cechy tworzyły prawdziwą mieszankę wybuchową, co mogło się źle skończyć dla niej samej i dla jej bliskich. Ale dom ciotki Lucy Margaret Anderson wart był tego ryzyka.
– Halo? – Jace odebrał telefon wyjątkowo szybko. Dzwoniła Lucy.
– Jesteś w pracy? – zapytała bez żadnych kurtuazyjnych wstępów. Młody Moore był prawie jak Camila. Widział Lucy w niejednej dziwnej sytuacji i nieraz pomagał jej wyplątywać się z kłopotów. Taka już była jego kuzynka. Roztrzepana i narwana. Oprócz więzów krwi, łączyła ich szczera przyjaźń, więc spodziewał się po dziewczynie wszystkiego.
– Tak…
– A musisz tam być?
– Wypadałoby…
– A do której musisz być w pracy? – nie ustępowała.
– Powiedz, co chcesz… A ja powiem ci, dlaczego to jest głupi pomysł – uciął krótko serię dalszych pytań.
– Chciałabym pojechać do domu ciotki Lucy…
– To jedź…
– Chciałabym z tobą.
Jace chwilę milczał, analizując na szybko sytuację w firmie. Zwiedzanie całego domu starej Lucy Margaret, od piwnic aż po strych, korciło go bardzo. Jeszcze gdy bywali w nim jako dzieci, wyobrażał sobie, że budynek kryje wiele tajemnic. Tym bardziej, że ciotka nie pozwalała włóczyć się po pokojach i zwykle siedzieli w salonie, w jadalni, sporadycznie w bawialni. Pozostała część domu stanowiła dla nich zagadkę. Moore tylko raz był na górze w sypialni ciotki, kiedy zachorowała na grypę i mama wysłała go do apteki po leki, które następnie zanieśli ciotce na piętro. Leżała w wielkim łóżku, przykryta pierzyną z falbankami i wyglądała jak babcia z bajki o Czerwonym Kapturku.
– Za godzinę. Pasuje?
– Bardzo. Wiesz, że cię kocham – ucieszyła się Lucy. – Zdążę jeszcze odebrać klucze od Millera i o szesnastej spotkamy się na miejscu.
Dom zmarłej ciotki Anderson znajdował się na końcu miasta, tuż przy jego rogatkach. Forest Street, przy której stał, ciągnęło się od centrum aż do tablicy informującej o granicy Clover. Po jednej stronie ulicy rósł gęsty las, na który składały się głównie drzewa iglaste – w upalne dni rzucały długie cienie na asfalt. Po drugiej stały domy, poutykane pomiędzy starodrzewem. Nagromadzenie tak wielu potężnych dębów, sosen i świerków w jednym miejscu sprawiało, że okolica była raczej ciemna i mroczna. Lucy zawsze przebiegały po plecach ciarki, kiedy jako dziecko trafiała w te strony. Tym razem było podobnie. Gdy tylko wjechała na podjazd domu, poczuła, że oblewa ją zimny pot, a stado wyimaginowanych mrówek wędruje wzdłuż kręgosłupa. Samochodu Jace’a jeszcze nie było, więc postanowiła posiedzieć w swoim aucie i cierpliwie na kuzyna poczekać.
Dom pochodził z XIX wieku, ale przez lata swojego istnienia przeszedł liczne modernizacje, więc teraz jego styl trudno było jednoznacznie określić. Bryłą trochę przypominał wiktoriańskie kamienice, zdobieniami – zakopiańskie chaty, a kolorystyką – zabytkowe budynki fabryczne. Składał się z trzech poziomów. Pierwszy stanowiło wysokie podpiwniczenie, z dużym owalnym oknem od frontu. Jako jedyne miało jasnobeżową kamienną elewację. Pozostałe piętra pokryte były drobnymi, ceramicznymi płytkami w kolorze czerwonej cegły. Po prawej stronie wybudowano wysokie schody, które sięgały drugiego poziomu i prowadziły do głównego wejścia. Znajdowało się ono, nie w centralnej części budynku, jak w większości innych domów, ale po jego prawej stronie. Stopnie zwieńczały dwie kolumny, połączone łukiem, który stanowił jednocześnie coś na wzór ganku. Na nim też opierał się oszklony taras trzeciego piętra z osobnym, dwuspadowym dachem. Główna część domu na ostatnim poziomie przykryta była również dwuskrzydłowym dachem, ale ułożonym prostopadle do zadaszonego tarasu. Zdobiły go bogato rzeźbione jętki. Z przodu domu witały gości trzy ogromne okna, po jednym na każdym poziomie. Osadzone równolegle, jedno pod drugim i choć każde było inne, razem stanowiły spójną całość. Po lewej stronie budynku, dyskretnie ukryta w cieniu drzew, ze ściany na środkowym poziomie „wyrastała” weranda. Jej podłoga stanowiła jednocześnie zadaszenie dla tarasu z czterema, drewnianymi arkadami. Pod nimi mieściło się boczne wejście, którym zapewne w dawnych czasach wchodziła służba, dostawcy węgla, handlarze itp., gdyż prowadziło ono do kuchni i innych pomieszczeń o charakterze gospodarczym. Dom nie miał okiennic, co było pewnego rodzaju ekstrawagancją w tej okolicy. Miał natomiast profilowane barierki wzdłuż schodów, zwieńczone kulistymi ozdobami i podobne w stylu balustrady na oszklonym tarasie nad głównym wejściem i na długiej werandzie po lewej. Dookoła budynku rosły kwitnące obficie krzewuszki, hortensje i róże. To dzięki nim siedziba ciotki Lucy Margaret Anderson nie wyglądała jak z horroru.
Jace przyjechał kwadrans po szesnastej. Wysiadł z wozu i stanął na pierwszym schodku. Kiedy Lucy dołączyła do niego, oznajmił:
– Mamy jakąś mapę czy coś… Może GPS-a włączę w telefonie… A jeśli się zgubisz w środku, to nie panikuj, krzycz. Odnajdę cię po głosie.
W odpowiedzi jego kuzynka popukała się tylko ostentacyjnie w czoło, włożyła klucz do zamka, przekręciła dwa razy i nacisnęła klamkę. Dom stał przed nimi otworem. Lucy jednak, nim przekroczyła próg, zawahała się na moment.
– Takie pytanie przyszło mi teraz do głowy… Może głupie… Nie wiem… – Przygryzła nerwowo wargę, stojąc nieruchomo w drzwiach. Tymczasem Jace już kroczył długim korytarzem. Rozglądał się po ścianach, szukając włącznika światła. – Czy ciotka umarła w domu? A jeśli tak, to w którym pokoju? Może kazała mi tu mieszkać, żeby mnie straszyć nocami?
– Możesz spać spokojnie. Zmarła w szpitalu – odparł chłopak, oświetlając przedpokój. Na jego końcu znajdowały się schody, które prowadziły zarówno w dół, jak i na piętro. Na tym poziomie mieściły się: salon, bawialnia i jadalnia oraz jedna z czterech łazienek. Jedyne pomieszczenia, w których zdarzało się im bywać. Większą ciekawość wzbudzały w nich dwa poziomy, do tej pory niedostępne dla zwykłych śmiertelników. Jace włączał następne lampy w miarę, jak docierali do kolejnych wnętrz. Mimo popołudniowego słońca za oknami, dom o tej porze tonął już w mroku.
Na dole znaleźli kuchnię z kącikiem śniadaniowym i windą gastronomiczną.
– Pamiętasz, jak próbowaliśmy nią kiedyś zjechać do kuchni zamiast brudnych naczyń – przypomniała sobie panna Anderson. Jace zaglądał ciekawie za kolejne drzwi. Znalazł pralnię. Stała tam wielka pralka bębnowa, suszarka oraz szafka z drewnianymi drzwiczkami i prostokątną, głęboką umywalką w blacie. Po drugiej stronie, oparta o ścianę tkwiła plastikowa, rozkładana suszarka do bielizny.
– Bingo! – krzyknął radośnie, otwierając na oścież następne drzwi tak, by i kuzynka ujrzała wnętrze pomieszczenia. Obok pralni i spiżarni, mieściła się pokaźnych rozmiarów piwniczka pełna win i nalewek. Jace zdjął z regału jedną butelkę, przyjrzał się uważnie umieszczonej na niej etykiecie i zauważył z podziwem w głosie: – Ta butelczyna jest starsza ode mnie.
– Ten dom jest jak muzeum… – zauważyła Lucy, rozglądając się po ścianach.
– Lepiej niż muzeum! Nigdzie nie ma kartek z napisem: Nie dotykać eksponatów i żaden nawiedzony ochroniarz nie będzie nas ganiał… Pamiętasz tamtą sławetną szkolną wycieczkę?
– Nie da się jej zapomnieć! – Panna Anderson zachichotała pod nosem. Klasowy wyjazd zakończył się dla nich wizytą na dywaniku u dyrektora. Powodem był ich niewinny żart, jaki zrobili ochroniarzowi, śpiącemu na fotelu w jednej z muzealnych sal. Młody Moore związał razem sznurowadła obu butów mężczyzny. Jego kumpel Rob posmarował ich podeszwy wazeliną, którą nosił w kieszeni zimowej kurtki. A mała Lucy namalowała ochroniarzowi sztuczne wąsy swoim tuszem do rzęs. Pracownik zwiedzanego pałacu ani dyrektor ich szkoły nie podzielili poczucia humoru młodych wycieczkowiczów i wybryk ten zakończył się dla nich przykrymi konsekwencjami w postaci prac społecznych.
– To były szalone czasy… – ocenił Jace i rzucił wesoło: – Chodźmy na górę! Czas zwiedzić drugie piętro.
Na najwyższej kondygnacji mieściły się trzy sypialnie. Tylko jedna z nich sprawiała wrażenie niedawno zamieszkanej. Domyślili się, że tam właśnie sypiała stara ciotka.
– Jakbyśmy mieli wehikuł czasu i trafili do Londynu w epoce wiktoriańskiej – stwierdziła cicho Lucy. Ściany wyłożono wzorzystymi tapetami i drewnianą boazerią. Fikuśne meble na rzeźbionych nóżkach, stały pod każdą z nich. Na wprost wejścia rzucało się w oczy gigantyczne lustro w złoconej ramie. Wchodząc do pomieszczenia, można się było przestraszyć własnego odbicia. Na komodach, etażerkach i regale kurzyła się kolekcja porcelanowych figurek i innych bibelotów. Na otomanie i łóżku leżały liczne, bogato zdobione jaśki oraz pledy.
– Naliczyłem dwadzieścia trzy portrety tylko w tej sypialni.
– Wyobrażasz sobie wycieranie kurzu w tym pokoju… To musiało trwać wieki – oceniła panna Anderson, wciąż się rozglądając.
– Ciotka zaczynała sprzątać w poniedziałek a kończyła w piątek – dodał półgłosem Jace.
– To rzeczywiście mogło ją wykończyć.
– Ma to sens… O ile mi wiadomo, zmarła na zawał – mruknął z udawaną powagą. – Zauważyłaś, że odkąd weszliśmy tutaj, zaczęliśmy szeptać?
Pokój od frontu, zaskoczył ich niemniej niż wiktoriańska sypialnia ciotki Lucy Margaret. Był urządzony skromnie i nowocześnie. Stała w nim duża szafa, szerokie łóżko i komoda. Pod oknem znajdowało się biurko w stylu skandynawskim i fotel z wysokim oparciem. Panna Anderson usiadła na nim i zauważyła:
– Bardzo wygodny. A ten pokój… To, co prawda, nie Hotel Ritz, ale jest całkiem przyjemny. Mogę tu spać przez te trzy miesiące.
– I widać furtkę. – Jace wyjrzał przez okno. – Będziesz wiedziała, kto idzie z wizytą do ciebie.
– Zastanówmy się, kto byłby na tyle odważny, żeby mnie odwiedzać. Ty?
– Ktoś przecież musi ci pomóc w opróżnieniu tej piwniczki na dole – oświadczył radośnie chłopak.
Trzecia sypialnia była urządzona podobnie jak frontowa, z tą tylko różnicą, że zamiast biurka znajdował się tam drugi tapczan.
Ostatnie drzwi, na końcu korytarza okazały się największą niespodzianką. Niestety były zamknięte na zamek. Lucy rozejrzała się po przedpokoju. Nigdzie jednak nie znalazła klucza. Jace obmacał całą framugę w nadziei, że tam właśnie stara ciotka ukryła pożądany przedmiot. Bez sukcesu.
– W życiu, w tak wielkim domu, nie znajdziemy klucza do tego pokoju – oceniła świeżo upieczona właścicielka posesji przy Forest Street z nutą zawodu w głosie. Zajrzała do środka przez otwór zamka i aż westchnęła ze wzruszenia.
– Czyżby to było to, o czym myślę?
Jace również zerknął przez dziurkę od klucza.
– Wydaje mi się, że to jest… biblioteka – stwierdził niepewnie.
– Teraz to już nie zasnę, jeśli tam nie wejdziemy! – Lucy bardziej niż trampki i sushi, kochała tylko książki. Nawet przez chwilę nie podejrzewała, że jej ciotka pałała do nich podobną miłością. Może rzeczywiście łączyło je znacznie więcej, niż sądziła?
– Mogę wyważyć drzwi, jeśli nie będzie ci ich szkoda…
– Da się je potem naprawić? – upewniała się panna Anderson.
– Naprawię, ale nie dziś. Będę musiał przywieźć z domu narzędzia.
Dziewczyna jeszcze raz zerknęła przez dziurkę od klucza. Chwilę walczyła sama ze sobą. W końcu ciekawość zwyciężyła:
– Wyważaj!
Moore pchnął kilkukrotnie barkiem drzwi, a te po chwili z charakterystycznym zgrzytem ustąpiły. Widok, jaki po ich otwarciu ujrzała Lucy, omal nie przyprawił jej samej o zawał. Rzeczywiście była to biblioteka. Ale jaka! Od podłogi po bardzo wysoki sufit wypełniona regałami z książkami. Jeden rzut oka pozwalał stwierdzić, że ciotka była nie tylko miłośniczką literatury, ale i wytrawną kolekcjonerką. Oprócz aktualnych, całkiem niedawnych wydań współczesnych autorów, stały na półkach także egzemplarze unikatowe, niektóre bardzo wiekowe.
Dziewczyna uwielbiała czytać, więc nie mogła opanować emocji. Oczy błyszczały jej jak po kieliszku wina, a na policzkach pojawiły się malownicze wypieki.
– Nie wiedziałem, że ciotka była taką fanką czytelnictwa – zdziwił się Jace, opierając o stare eklektyczne biurko. Stało pod oknem i zachęcało, by przy nim usiąść i czytać.
– Umarłam i trafiłam do raju… – oznajmiła Lucy, chodząc od regału do regału. Sięgnęła po jedną z książek. Było to cudownie ilustrowane wydanie Moby Dicka. Gdy przerzucała kartki, Moore widział, jak jej ekscytacja z minuty na minutę rośnie.
– Znalazłaś motywację, by tutaj zostać – stwierdził. – Trzy miesiące nie wystarczą, żeby to wszystko przejrzeć, a co dopiero przeczytać.
– Chyba podejmę wyzwanie…
Przyszłość w Clover od tej chwili zaczynała się Lucy jawić w nieco jaśniejszych barwach. W najgorszym razie spędzi trzy miesiące na pochłanianiu lektur z biblioteki, a potem wróci do swojego mieszkanka. Dom wynajmie albo sprzeda. Może nawet kupi coś własnego w stolicy...
Kolacja z dziadkami okazała się koszmarem. Chociaż u notariusza sprawiali wrażenie pogodzonych, w domu znów dąsali się na siebie. Chmury burzowe wisiały nad stołem, gotowe w każdej chwili ciskać piorunami. Siedzieli w jadalni już kilkanaście minut i milczeli.
– Byłam dzisiaj z Jace’em w domu ciotki Lucy – przerwała złowróżbną ciszę panna Anderson.
– Teraz to już twój dom – zauważyła babcia. A dziewczyna pomyślała, że minie jeszcze sporo czasu nim zacznie o tamtym budynku myśleć, jako o swoim.
– No tak…
– Szkoda, że nie powiedziałaś, że tam jedziecie, chętnie zabrałabym się z wami – z wyrzutem w głosie dodała Elaine. – Nie pamiętam kiedy ostatnio, byłam tam w innym pokoju niż salon. Kuchnia jest duża? A piwniczka? Słyszałam, że Lucy miała spore zapasy przetworów i wina…
– Kuchnia jest całkiem spora. Z kącikiem śniadaniowym. Piwniczka też nieźle wyposażona. Ale najlepsza jest biblioteka.
– Biblioteka? – odezwał się, milczący do tej pory dziadek. – Ta stara wiedźma, moja siostra, połowę emerytury wydawała na książki. Sprowadzała je z całego świata. Nic dziwnego, że miała w domu bibliotekę.
– Lucy, powiedz dziadkowi, że nie wypada mówić źle o zmarłych. – Babcia zwróciła się w stronę dziewczyny, a ton jej głosu był mrożący, podobnie jak wymowne spojrzenie.
– Lucy… – Tym razem John dotknął przedramienia wnuczki, skupiając w ten sposób na sobie jej uwagę – przekaż babci, że nie będzie mi mówiła, co wypada, a co nie…
– Powiedz mu… że zdążyłam zorientować się, iż nie ma pojęcia, co przystoi takiemu staremu zgredowi jak on, kiedy rozmawiałam z Teklą na pogrzebie.
– Niech Tekla nie miesza się w nasze życie. A babcia nie powinna wierzyć we wszystko, co jej ta wredna ropucha mówi. Ma swój rozum, a może nie?
Lucy czuła się, jakby była tym mizernym ogrodzeniem, które rozdziela ujadające po dwóch stronach psy. Nie przekazała, żadnej z tych informacji, bo nie było takiej potrzeby. Państwo Andersonowie siedzieli w jednym pomieszczeniu, przy jednym stole i doskonale słyszeli swoje wzajemne wyrzuty. Nałożyła więc tylko na talerz kolejną porcję surówki i przeżuwała ją w milczeniu.
Kiedyś im się to znudzi – pomyślała optymistycznie.
Była to już druga kłótnia dziadków, której stała się świadkiem. Kolejny raz padało w jej trakcie imię ciotki Tekli. Lucy wiedziała, że to straszna plotkara i intrygantka. Ciekawa była, co tym razem nagadała babci, że ta gniewała się tak bardzo na Johna.
– Czy jest jeszcze makaron? – zmieniła temat. Dziadek z uśmiechem podał jej półmisek.
– Pamiętaj, że jutro idziemy na grilla do Isabel i Maxa – rzuciła mimochodem babcia. Lucy pomyślała, że to jedna z tych obowiązkowych wizyt, które ją czekały i jedyna, na którą pójdzie bez oporów. Lubiła rodziców Jace’a. Z Isabel łączyła ją nawet więź podobna do tej, która łączy matkę z córką lub sporo starszą siostrę z młodszym rodzeństwem.
– Pewnie będziesz teraz spędzać każdą wolną chwilę w bibliotece ciotki. Nie zapomnij jednak o nas – rzucił mimochodem John.
– Kiedy planujesz się tam przenieść? – zapytała babcia i tonem nie znoszącym sprzeciwu, zadecydowała: – Będziesz wpadać do nas na obiady. Sama nic nie ugotujesz, a nie możesz codziennie żywić się u Wilsona.
– Przychodź bez zapowiedzi. Kiedy tylko chcesz. Elaine zawsze nagotuje jak dla pułku wojska, a potem jest zła, że się jedzenie marnuje.
– John nie wie, co mówi. Gdybym nie gotowała, umarłby z głodu, bo nawet lodówki sam nie potrafi otworzyć. Ale w jednym ma rację… Jesteś u nas mile widziana każdego dnia. To w końcu nadal twój dom, chociaż masz już swój własny.
Wieczór upłynął dziewczynie na rozmyślaniu. Wzięła wcześniej niż zazwyczaj długi prysznic, potem przebrała się w piżamę. Otworzyła szeroko okno, by nocny chłód zaprosić do wnętrza. Jej sypialnia w domu dziadków mieściła się na piętrze i po upalnym dniu było w niej duszno. Leżąc na kołdrze, z rękoma podłożonymi pod głowę, rozmyślała o domu przy Forest Street, o planowanym wypadzie do Moore’ów i o tym, co powie Gregoriousowi, szefowi wydawnictwa, za trzy tygodnie. Ostatnią sprawą postanowiła na razie nie zaprzątać sobie głowy, licząc, że odłożona w czasie, sama się jakoś rozwiąże. Skupiła się na tym, co teraz stanowiło dla niej największe zaskoczenie i co wymusiło zmianę planów na najbliższe miesiące. Dom w Clover. JEJ dom. Wciąż brzmiało to zaskakująco. Powinna się do niego przenieść, aby zegar jak najszybciej odliczał czas wskazany w testamencie. I chociaż obawiała się trochę tej przeprowadzki, wiedziała, że jest nieunikniona. Dokonała przy okazji kolejnego odkrycia. Nie była małym dzieckiem, a bała się pierwszej samotnej nocy w tym domu, chociaż lęk był zupełnie bezpodstawny. Ciotka, jak poinformował ją kuzyn, nie umarła w tamtym miejscu. Obok, choć był to skraj miasta, mieszkali sąsiedzi, a niedaleko centrum – jej rodzina. W Clover wszędzie było blisko. Dłuższy spacer lub rower właściwie załatwiał transport w każde miejsce. Na dobrą sprawę samochód potrzebny był tylko na większe zakupy w oddalonym o piętnaście kilometrów centrum handlowym, nocne powroty i wycieczki poza granice miasta. Powinna poprosić dziadka albo babcię, aby chociaż na kilka pierwszych dni, a właściwie nocy, przenieśli się razem z nią. Sięgnęła po telefon i ze swoich obaw zwierzyła się Camili. Przyjaciółka nie zastanawiała się długo nad rozwiązaniem problemu.
– Poproś swojego kuzyna – oświadczyła. Lucy czuła przez skórę, że zainteresowanie Camili Bernet Jace’em nie jest tak zupełnie przypadkowe. – Na pewno zgodzi się zostać z tobą przynajmniej na tę pierwszą noc. Ja nie mogę teraz przyjechać, ale za tydzień lub dwa postaram się wyrwać z pracy. Wtedy chętnie cię odwiedzę. I poznam w końcu resztę twojej rodziny. Dawno też nie widziałam Jace’a.
Pomysł przyjaciółki był genialny i oczywisty. Dlaczego jej samej nie przyszło to wcześniej do głowy? Lucy doszła do wniosku, że razem z kuzynem będzie mogła „rozpracować” piwniczkę. Przy okazji Jace naprawi drzwi w bibliotece, a w dzień, kiedy pójdzie do pracy, ona bez najmniejszych wyrzutów sumienia zajmie się przeglądaniem i czytaniem książek. Młody Moore nie będzie strzegł jej pór żywienia i spania, jak to miała w zwyczaju babcia, nie będzie się też domagał domowych obiadów i oprócz poczucia bezpieczeństwa zapewni jej też miłe towarzystwo. Jedyne czego w tej całej układance w tej chwili brakowało, to jego zgody na powyższy plan. Liczyła, że podczas sobotniego grilla ją uzyska. Z tym postanowieniem, wczołgała się pod kołdrę i, wbrew wcześniejszym obawom, bardzo szybko zasnęła.
W nocy miała dziwny sen. Krążyła sama po domu Lucy Margaret Anderson. We wnętrzu panowała ciemność. Podłoga skrzypiała pod jej bosymi stopami. Ubrana była tylko w piżamę. Kiedy obeszła pomieszczenia na środkowym poziomie, ruszyła schodami w górę. Ostrożnie stąpała po stopniach, trzymając się drewnianej poręczy. Gdy stanęła na ostatnim z nich, drzwi do biblioteki otworzyły się z charakterystycznym dla filmów grozy skrzypnięciem. Przez dłuższą chwilę Lucy stała nieruchomo. Nie odczuwała jednak lęku. W końcu ciekawość pchnęła ją do przodu. Weszła do biblioteki. Na biurku pod oknem paliła się niewielka lampa. Rzucała zielonkawe światło na podłogę. Dziewczyna podeszła tam. Na blacie leżał MobyDick. To samo wydanie, które trzymała w rękach, gdy wraz z Jace’em zwiedzała piętro. Dotknęła okładki i pogładziła ostrożnie. Odrobina kurzu osiadła na jej palcach. Za plecami usłyszała kroki. Odwróciła się szybko. W bibliotece była jednak sama. W tym momencie z regału, stojącego vis-à-vis biurka zsunęła się na podłogę jakaś książka. Leżała teraz grzbietem do góry otwarta na przypadkowej stronie. Lucy schyliła się, by ją podnieść. I wtedy z półki spadła kolejna. Chwilę po niej, jeszcze jedna i następna… Nagle stos książek z trzech stron runął z impetem wprost na Lucy, przytłaczając ją swoim ciężarem. Upadła na kolana, zasłaniając głowę rękoma. Obudziła się przestraszona, wygrzebując spod kołdry jak spod sterty woluminów. Chwilę siedziała, łapiąc oddech. Gdy doszła do siebie, wstała. Wyjrzała przez okno. Sprawdziła godzinę na telefonie. Był środek nocy, więc wróciła do łóżka i wkrótce znowu zapadła w sen.
Dom Moore’ów mieścił się przy Fox Street, zaledwie dwie przecznice od domu babci i dziadka, więc udali się do niego pieszo. Po drodze mijali znajome twarze. Przechodząc przez rynek spotkali Jacksonów, którzy byli na spacerze ze swoim terierem. Widok panny Anderson skomentowali radosnym stwierdzeniem:
– Lucy! Wróciłaś do Clover. Na stałe?
– Kto wie... – odpowiedziała babcia, biorąc dziewczynę pod rękę.
– Przyjechałam na urlop – sprostowała Lucy, denerwując się w duchu na Elaine. Takie dwuznaczne odpowiedzi były przecież pokarmem dla miejscowych plotkarek.
Koło parku zaczepił ich stary Bob. Prowadził sklep z narzędziami i materiałami budowlanymi, a jego wnuk chodził kiedyś z Lucy do szkoły. Teraz podobno robił karierę filmową na dużym i małym ekranie. Lucy nie widziała go w żadnej produkcji, więc przypuszczała, że to ciągle były tylko pobożne życzenia jego bliskich.
– Słyszałem, że odziedziczyłaś dom po Lucy Margaret. To piękny, duży budynek, ale trochę straszny, nie uważasz?
– Może odrobinę.
