Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
73 osoby interesują się tą książką
Ona ma się nauczyć uwodzić. On jest uosobieniem pokusy.
W królestwie, w którym kruchy pokój między ludźmi a bazyliszkami może runąć od jednego pocałunku, rozkosz staje się narzędziem władzy. Temperance Verus, dziewczyna z najniższego stanu, trafia na elitarny trening mający przygotować ją do roli żony księcia.
Jej mentorem zostaje Caspen, legendarny Król Węży, którego spojrzenie zniewala, a dotyk uzależnia. Każda lekcja z nim to testowanie granic ciała, lojalności i pożądania. Tymczasem książę Leo również zaczyna walczyć o Tem. Gdy dziewczyna odkrywa, że jest związana ze światem bazyliszków mocniej, niż ośmieliłaby się przypuszczać, a władcy obu królestw planują przewrót, będzie musiała wybrać, po której stronie stanąć. Którego władcę jednak wybrać, kiedy jej serce i ciało nie potrafią zdecydować?
Ta historia jest naprawdę HOT. Sugerowany wiek: 18+
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 797
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
O NINIEJSZEJ KSIĄŻCE
Ponoć najlepiej sięgnąć po tę książkę, nie wiedząc zupełnie nic o jej treści. Dlatego nie znajdziesz tu żadnej notki ani streszczenia. Zostawię ci tylko szczere ostrzeżenie: zapnij pasy. Seria Split or Swallow nie przypomina niczego, co do tej pory czytałaś – i prawdopodobnie nigdy więcej nie przeczytasz nic podobnego.
Pożegnaj się z osobą, którą byłaś, zanim otworzyłaś tę powieść. A gdy już skończysz czytać, podaj ją swojej przyjaciółce, żeby ona też mogła ją poznać.
Nie zgadniesz, co mi się wczoraj przydarzyło – wyszeptała Vera.
Tem westchnęła. Przyszła do piekarni, żeby dostarczyć jajka, a w zamian dostała plotki. Z Verą zawsze tak było.
– Co takiego? – zapytała.
Vera pochyliła się nad ladą, tak by tylko Tem mogła ją usłyszeć.
– Jonathan zabrał mnie pod most.
Tem otworzyła usta ze zdumienia. Każdy wiedział, co oznaczało, gdy chłopak zabierał cię pod most.
– Mówisz serio?
– Tak. – Vera uśmiechnęła się zawadiacko. – Widziałam jego… – zerknęła przez ramię, po czym wróciła spojrzeniem do Tem – kutasa.
Pod wpływem tego słowa dziewczyna się zarumieniła.
– Nigdy jeszcze żadnego nie widziałaś? – Zachichotała Vera, zarzucając swoje blond loki na ramię z wyniosłą satysfakcją.
– Nie – wymamrotała Tem. Koleżanka doskonale wiedziała, że żadnego nie widziała, przynajmniej nie na żywo. Owszem, widywała marmurowe posągi ustawione na schodach prowadzących do kościoła, ale tamte kutasy nie były godne uwagi, bo wyglądały jak małe marchewki. – I jaki był?
Vera się pochyliła, formując usta w konspiracyjny dzióbek.
– Twardy – wyszeptała. – Jak ogórek. Ale ciepły. I idealnie leżał w mojej dłoni.
– Trzymałaś go?
Dziewczyna się roześmiała.
Tem powstrzymała się przed ciśnięciem w nią jajkiem.
– Jego się nie tylko trzyma. Należy się nim bawić. Głaskać go w górę i w dół. – Vera poruszyła dłonią, naśladując ruch, a Tem natychmiast zapamiętała gest. – Aż skończy. – Na widok miny koleżanki zachichotała złośliwie. – Och, Tem – jęknęła nieznośnie protekcjonalnym tonem. – Nie martw się. Jutro sama wszystkiego się dowiesz. Po to właśnie jest bazyliszek.
Każdy wiedział, po co był bazyliszek.
– Oczywiście – ciągnęła Vera – nie zaszkodzi mieć przewagi. W końcu książę wybierze najbardziej wprawną dziewczynę. Dlatego zamierzam zdobyć jak najwięcej doświadczenia.
Tylko Tem znała bolesną prawdę: nie miała z kim ćwiczyć. Chłopcy w jej wieku z nią nie rozmawiali, a jeśli już, to tylko pytali, czy w gospodarstwie jej matki nie zostały jakieś koguty na sprzedaż. Przyjaźniła się jedynie z Gabrielem, ale on w ogóle nie interesował się dziewczynami. Nie miało to jednak większego znaczenia. Tem od zawsze wiedziała, że nie ma szans u księcia, bez względu na to, czego nauczy ją bazyliszek. O wiele bardziej prawdopodobne było to, że książę wybierze do roli żony tak doświadczoną dziewczynę jak Vera.
A ta, jakby wiedziała, co chodzi Tem po głowie, rzuciła:
– Zawsze możesz poćwiczyć w domu.
Tem uniosła brwi.
– Jak?
– Dotykaj się. Jeśli wiesz, jak to robić, łatwiej zrozumiesz, jak dotykać kogoś innego.
Po raz pierwszy Tem poczuła przypływ triumfu.
Już dawno dotykała się sama, w zaciszu własnego pokoju. Robiła to, odkąd tylko pamiętała, i doskonale wiedziała, jak sprawić sobie przyjemność. Te samotne chwile były dla niej ważne – dzięki nim czuła się żywą istotą seksualną. Uwielbiała euforyczną słabość po orgazmie i zastanawiała się, czy gdy mężczyźni kończą, odczuwają coś podobnego.
– Spróbuję dziś wieczorem – odparła, zachowując swój sekret dla siebie.
Poczucie wyższości szybko zniknęło, gdy Vera dodała:
– Oczywiście byłam zachwycona, kiedy Jonathan odwdzięczył się tym samym.
Tem opadła szczęka.
– On ciebie też dotykał?
Vera uśmiechnęła się szeroko, chętna do dalszego snucia opowieści.
– Nie tylko dotykał. On mnie tam smakował.
Tem zmarszczyła czoło.
– Nie rozumiem.
Vera się zaśmiała, a ten dźwięk ugodził Tem prosto w serce.
– No tak, nic dziwnego. Przecież nawet nigdy nie byłaś całowana.
Poczucie upokorzenia tylko się pogłębiło. Skoro Vera nie mówiła o pocałunku w usta, musiała mieć na myśli ten drugi, bardziej intymny akt – taki, jaki Tem tylko sobie wyobrażała, ale nigdy nie spodziewała się go doświadczyć. Jej policzki znów spłonęły rumieńcem wstydu.
– I jak to było? – zapytała, choć wcale nie chciała tego robić. Nie cierpiała dawać Verze okazji do popisów, ale desperacko pragnęła znać odpowiedź.
– Och, Tem… – Vera znowu zachichotała. – Kiedyś sama się przekonasz. – Zawahała się, a potem wykrzywiła usta w okrutnym uśmiechu. – A może i nie. Bo i kto by chciał dziewczynę, która smakuje jak kurze gówno?
Tego już było dla Tem za wiele. Vera trafiła prosto w jej kompleksy, potwierdzając wszystkie mroczne, okropne myśli, jakie kiedykolwiek miała na swój temat – że jest tylko prostą dziewczyną ze wsi, brudną i niekochaną, i że żaden mężczyzna nigdy nie spojrzy na nią w sposób, o jakim marzyła. Odpychanie ich od siebie wymagało od niej ogromnego wysiłku, a gdy już jej się to udawało, to takie dziewczyny jak Vera wszystko psuły.
Tem miała już dość tej głupiej rozmowy.
– Chcesz je czy nie? – Uniosła karton jajek, które wciąż trzymała w ramionach.
– Tak – westchnęła Vera, wyraźnie rozczarowana, że rozmowa przestała się toczyć wokół jej doświadczeń. – Chwileczkę. – Złapała jajka i odeszła, przesadnie kręcąc biodrami.
Tem wykorzystała chwilę na dojście do siebie. Za każdym razem, gdy pozwalała, by Vera wzięła nad nią górę, czuła się żałosna i śmieszna. Ale przecież trudno było nie czuć się gorszą, skoro nigdy nawet nie pocałowała żadnego chłopaka. Nigdy nie będzie taka jak Vera z tymi jej jedwabnymi różowymi wstążkami, którymi prowokacyjnie wymachiwała przed chłopakami na targu. A Tem już zawsze będzie smakowała jak kurze gówno.
Kiedy Vera wróciła z zapłatą, rzuciła jej jeszcze jedno pogardliwe spojrzenie.
– Odpocznij trochę. Przyda ci się to.
W drodze do domu Tem pozwoliła sobie na płacz.
Wybrała okrężną drogę przez las, żeby nikt nie zobaczył jej łez. Szła wzdłuż muru otaczającego całą wioskę. Miał on trzy i pół metra wysokości i był zbudowany z drewna. Od środka wyglądał niepozornie, ale z zewnątrz został obłożony lustrami.
Wieki temu, gdy ludzie przybyli w te strony, nie mieli jeszcze pojęcia o żyjących tu bazyliszkach. Początkowo potwory nie stanowiły zagrożenia – w ludzkiej postaci wyglądały jak zwyczajni ludzie, do tego wyjątkowo atrakcyjni. Ich seksualny urok był nie do odparcia i właśnie dlatego mieszkańcy tak długo potrafili z nimi współistnieć. Ale gdy przybierały swoją prawdziwą postać – ogromnych, bezwzględnych węży – stawały się niebezpieczne.
W końcu wybuchła krwawa wojna. Bazyliszki dysponowały magią, przed którą wieśniacy nie potrafili się bronić. Dopiero gdy odkryto słabości potworów – pianie koguta, zapach łasicy – pojawiła się nadzieja. Kiedy jeden wąż padł martwy po tym, jak spojrzał na swe odbicie w kałuży, mieszkańcy zrozumieli, że bazyliszki stanowią zagrożenie również dla siebie. I wygrali wojnę dzięki lustrzanym tarczom. W zamian za ziemie znajdujące się poza murem węże zgodziły się wykorzystywać swój uwodzicielski dar do szkolenia przyszłej żony księcia, aby ta zapewniła mu potomka. Zawarto kruchy rozejm i odtąd obie strony żyły we względnym pokoju.
Wreszcie Tem zobaczyła małą chatkę na skraju lasu, w której mieszkała z matką, i poczuła, jak zalewa ją fala ciepła. To zawsze będzie jej dom, bez względu na to, co spotka ją poza jego murami.
Gdy weszła do środka, matka podniosła wzrok znad kuchennego stołu.
– Jak ci poszło w piekarni, kochanie?
– Okropnie – odpowiedziała Tem.
– Z jajkami czy z Verą?
– Z Verą.
– Mówiłam ci, żebyś nie zwracała na nią uwagi.
– Ona jest jak giez. A gzy trudno zignorować.
Matka westchnęła i wytarła ręce w fartuch.
– Musisz nauczyć się od tego odcinać.
– Tak jak ty? – Tem doskonale wiedziała, że to cios poniżej pasa. Matka była jedyną osobą, którą wiejskie plotki dotykały jeszcze bardziej niż ją. Samotne wychowywanie dziecka w społeczności, która czciła ojcostwo i ubóstwiała męskich dziedziców, nie było łatwe. Do tego dochodziła jeszcze praca przy kurach, co czyniło z niej zakałę. A z Tem – córkę zakały. – Przepraszam, mamo – dodała szybko, by nie zdążyły paść kolejne słowa.
Matka zacisnęła usta, wyraźnie tłumiąc ból.
– Nie myśl o tym, kochanie. Wiem, że denerwujesz się przed jutrzejszym dniem.
„Denerwować się” to mało powiedziane.
Żeby nie palnąć kolejnej gafy, Tem uciekła do swojego pokoju. Pod wieloma względami był dla niej jak sanktuarium – za każdym razem, gdy świat wydawał się jej zbyt wielki, wiedziała, że może zakończyć dzień samotnie w łóżku.
Tem odwiesiła pelerynę do szafy, po czym położyła się i wbiła pusty wzrok w sufit. Czuła się nieskończenie zmęczona, jakby cały świat spoczywał na jej barkach. I w sumie tak właśnie było. Jeśli jutro nie pójdzie jej dobrze, zawiedzie matkę. Były tylko skromnymi rolniczkami, a ludzie tacy jak Vera patrzyli na nie z góry. Nie miały nic. Ale gdyby Tem zdobyła rękę księcia, mogłaby odmienić ich los.
Dziewczyna pragnęła jedynie uszczęśliwić matkę, co oznaczało zajście jak najdalej w procesie szkolenia. Nie miała szans na zwycięstwo. Ale gdyby udało jej się przejść choćby pierwszą rundę eliminacji – a jeśli Kora pozwoli, może nawet drugą – wtedy matka mogłaby wybaczyć jej to, że książę wybierze inną. Dziewczęta, które zajęły wysokie miejsca podczas szkolenia, ale nie wychodziły za księcia, i tak mogły liczyć na dobre partie i stawały się żonami lordów. Ale nawet gdyby książę się nią zachwycił – co oczywiście było niemożliwe – prawdziwą szansę Tem otrzyma dopiero wtedy, jeśli znajdzie się w finałowej trójce. To właśnie trzy najlepsze dziewczyny spały z księciem, by zademonstrować mu wszystko, czego nauczyły się podczas szkolenia. Dopiero po tym książę wybierał żonę.
Westchnęła i obróciła się na bok. Wpatrywała się w swoje usiane piegami ręce. Maleńkie plamki pigmentu ciągnęły się od jednego końca dłoni do drugiego, tworząc na skórze wzór przypominający konstelację. „Trzymasz w dłoniach gwiazdy – mawiała jej matka, rozcierając palce Tem. – Tak jak twój ojciec”.
Ale gdy dziewczyna chciała dowiedzieć się czegoś więcej, matka milkła i Tem szybko nauczyła się, by nie drążyć tematu. Wiedziała, że ojciec był bolesnym wspomnieniem. Udało jej się ustalić tylko tyle, że matka odeszła od niego, jeszcze gdy była w ciąży. Tem często się zastanawiała, co takiego zrobił, że matka go porzuciła, choć przecież miała świadomość, jak trudno jest prowadzić gospodarstwo bez mężczyzny dźwigającego część ciężaru. Ale to były daremne rozmyślania. No i w sumie to Tem wcale nie chciała się dowiedzieć. To nie zmieniłoby sposobu, w jaki wieśniacy o nich szeptali, ani spojrzeń Very, która patrzyła na nią jak na obrzydliwego robaka, którego trzeba rozgnieść. Nigdy nie będą sprawiedliwie traktowane. Tem już dawno się z tym pogodziła.
Liczyło się tylko to, co miało wydarzyć się jutro w jaskiniach.
W jej głowie wciąż rozbrzmiewały słowa Very: „Odpocznij trochę. Przyda ci się to”.
Tem zamknęła oczy, a kiedy się obudziła, nadeszła już pora kolacji.
Matka stała przy kuchence i mieszała w garnku z gulaszem. Tem wyjęła z szafki bochenek chleba i właśnie zaczęła go kroić, gdy ktoś zapukał do drzwi. Po pięciu krótkich, ostrych puknięciach dziewczyna od razu poznała, że to Gabriel.
Matka podniosła wzrok znad garnka.
– Nie wpuszczaj tego przeklętego chłopaka.
Tem przewróciła oczami. Ostatnim razem, gdy Gabriel wszedł do środka, przewrócił suszarkę i rozbił kilka ulubionych półmisków matki. Potem całymi godzinami Tem próbowała posklejać ceramikę, ale jej się to nie udało. Gabriel nie robił tego specjalnie, ale jego kończyny jakby poruszały się same, zupełnie ignorując przedmioty, a nawet innych ludzi.
– Nie wpuszczę – obiecała Tem, sięgając już po pelerynę.
Przypomniała sobie, że Gabriel chciał się dziś napić, i teraz, gdy o tym pomyślała, wydało jej się to najlepszym pomysłem na świecie.
– I nie wracaj zbyt późno – dorzuciła matka.
– Nie wrócę.
– I jeszcze nie…
– Na pewno tego nie zrobię. – Tem położyła dłonie na ramionach matki.
Ta na nią spojrzała.
– Skarbie, jutro ważny dzień. Chcę tylko, żebyś…
– Zrobiła wrażenie. Wiem. I tak właśnie będzie.
– Chcę, żebyś zrobiła dobre wrażenie.
– Zrobię.
Matka nie wyglądała na przekonaną. Tem też nie.
Puk, puk, puk, puk, puk.
Dziewczyna spojrzała w kierunku drzwi.
– Muszę iść. Wrócę wcześnie, obiecuję.
Szybko pocałowała matkę w skroń, zarzuciła pelerynę i otworzyła drzwi.
W progu stał Gabriel – całe metr osiemdziesiąt czystego chaosu. Miał na sobie długą skórzaną kurtkę, a jego karmelowe włosy były lekko zmierzwione od szybkiego marszu.
– Skóra? – Tem uniosła brew. – Serio? A mówiłeś, że nie będziesz dzisiaj nikogo podrywać.
– Ja zawsze próbuję kogoś poderwać. – Gabriel zajrzał do środka, by wesoło pomachać matce Tem. – Dobry wieczór, pani Verus. Olśniewająco pani dziś wygląda.
Kobieta posłała mu mordercze spojrzenie.
Niewzruszony Gabriel ciągnął dalej:
– Co się gotuje? Cudownie pachnie – zaszczebiotał.
– Zaraz wracamy – rzuciła pospiesznie Tem i wypchnęła chłopaka na ganek.
Gdy ruszyli przez ogród, objął ją ramieniem.
– Twoja mama już mnie chyba nie lubi.
– Wytłukłeś jej półmiski. A ona jest pamiętliwa.
– Phi. – Strzelił z palców, jakby nie miało to większego znaczenia. – Daj mi tydzień i znów znajdę się w jej łaskach.
Wiedziała, że tak pewnie będzie.
– Ale dość o mnie. – Ścisnął ją mocniej. – Czujesz to, Tem?
– Co niby mam czuć?
Wykonał przesadnie teatralny gest i nabrał głośno powietrza.
– To zapach twojego rozwiewającego się na wietrze dziewictwa – powiedział, na co Tem z całej siły go popchnęła, nie osiągnęła jednak niemal żadnego efektu. – Może jednak powinniśmy skupić się na tym, żebyś to ty się z kimś dzisiaj przespała? – ciągnął dalej. – Trochę praktyki przed jutrem by ci nie zaszkodziło.
– Z kim niby miałabym się przespać? – spytała rozgoryczona.
– Z pewnością znajdzie się jakiś pełen życia barman, który ucieszyłby się z twojego towarzystwa.
– Jedyny barman w Jeźdźcu to Stary Steve. Chcesz, żebym przespała się ze Starym Steve’em?
– Nie. Ale jestem pewien, że Stary Steve nie miałby nic przeciwko, żeby przelecieć taką młodą, ładną dziewczynę jak ty…
Walnęła go w ramię.
– To może ty prześpij się ze Starym Steve’em.
Gabriel teatralnie westchnął.
– Proszę cię, Tem. Mam swoje standardy.
– Nie zauważyłam.
– Oho, jesteśmy dziś zadziorni? – Tym razem, gdy go klepnęła, podniósł ręce w geście poddania. – No dobrze, żadne z nas nie prześpi się ze Starym Steve’em. Jego strata. Ja natomiast – chwycił się za klapy kurtki i z przesadną elegancją strzepnął pyłek z ramienia – mam misję, żeby stajenny wreszcie zwrócił na mnie uwagę.
Tem zmarszczyła czoło.
– Z tego, co widziałam wczoraj, Henry już zwrócił na ciebie uwagę.
– Nie, nie Henry. Peter.
– A co jest nie tak z Henrym?
– Nic. Został wysłany w podróż. Przez dwa tygodnie go nie będzie.
– W jaką podróż?
– Pomaga przewozić ludzi na eliminacje.
Zgodnie ze zwyczajem dalsza rodzina księcia zbierała się na czas szkolenia. Ci o wyższym statusie mieszkali w zamku, a reszta zajmowała pokoje w wiejskich zajazdach. Był to czas wyjątkowo korzystny dla lokalnej gospodarki. Dzięki napływowi zamożnych gości wzrost dochodów odnotowywały nawet najbardziej obskurne pensjonaty.
– Serio nie możesz wytrzymać dwóch tygodni bez całowania się ze stajennym? – spytała Tem.
Gabriel się roześmiał.
– Mogę. Ale po co miałbym chcieć?
Na to nie miała już odpowiedzi.
Kiedy dotarli do Jeźdźca, Tem marzyła już tylko o drinku. Bar był zatłoczony bardziej niż zwykle, co wcale jej nie dziwiło. Cała wieś żyła w napięciu, oczekując wydarzeń nadchodzących tygodni.
– Piwa? – zapytał Gabriel.
– Ty stawiasz.
– Dla ciebie wszystko, najdroższa.
Tem usiadła na swoim stałym miejscu i rozejrzała się po sali. W rogu lokalu siedzieli Vera z Jonathanem. Dziewczyna przysunęła się do niego agresywnie blisko, niemalże usiadła mu na kolanach, piersi miała ściśnięte i wypięte. Dwa stoliki dalej rozmawiała grupka podekscytowanych dziewczyn. Tem je rozpoznała – miały przechodzić szkolenie razem z nią. Zastanawiała się, czy były równie zdenerwowane jak ona. Ale śmiały się tak głośno, że w to wątpiła.
Zanim Gabriel wrócił z piwami, żołądek zestresowanej Tem zdążył już zacisnąć się w supeł.
– Za Korę – powiedział, unosząc swoją szklankę w jej stronę.
To był tradycyjny toast.
– Za Korę – odparła i jednym haustem wychyliła połowę piwa.
Uniósł brew.
– Spragniona?
– Bardzo.
Podążył za jej spojrzeniem ku Jonathanowi i Verze, którzy całowali się tak namiętnie, jakby to była ostatnia noc w ich życiu. Gabriel znów uniósł brew.
– Czy oni nie wiedzą, że są w miejscu publicznym?
– Prawdziwa miłość nie zna przeszkód – odparła Tem z rozgoryczeniem.
Gabriel parsknął śmiechem.
– Przecież to żadna miłość tylko nieplanowana ciąża, która zaraz się wydarzy.
Siłą rzeczy Tem się roześmiała. Wątpiła, by Vera była na tyle nierozsądna, żeby nie brać ziela niepłodności, zwłaszcza przy częstotliwości, z jaką uprawiała seks. Wszystkie dziewczyny je stosowały, Tem również, chociaż w trakcie szkolenia i tak nie miało to większego znaczenia – bo z bazyliszkiem nie dało się zajść w ciążę. Tak przynajmniej wszyscy twierdzili. Jednak od lat w wiosce krążyły pogłoski, że w niezwykle rzadkich przypadkach jest to możliwe. A gdyby do tego doszło, dziecko byłoby wynaturzeniem: pół-człowiekiem, pół-bazyliszkiem, na zawsze rozdarte między dwoma gatunkami, nigdy w pełni nienależące do żadnego z nich. Ale to przecież bzdury. Nikt, kogo znała Tem, nigdy nie spotkał takiej istoty i nie było żadnego powodu, by wierzyć plotkom.
Z rozmyślań wyrwał ją głos Gabriela:
– Jak sądzisz, kto wygra?
Spojrzała na niego.
– Co wygra?
– Rękę księcia, oczywiście. Która będzie tą szczęściarą?
Jakie to wymowne, że nie założył od razu, iż będzie to ona. Nie wierzył w nią nawet najlepszy przyjaciel. Ale na takie pytanie mogła odpowiedzieć wyłącznie prawdą.
– Vera. Przecież ona nawet nie potrzebuje szkolenia.
– Hm… – mruknął w zamyśleniu Gabriel, popijając piwo. – Jest zbyt łatwa. Mężczyźni tego nie lubią.
Tem uniosła brew, kiwając głową w stronę Jonathana, którego ręce bezwstydnie wsunęły się pod suknię Very.
– Chyba jednak lubią.
– Tem, ale to nie mężczyzna. To chłopiec.
Ledwo dostrzegała różnicę.
– A ty jak myślisz, kto wygra?
Wzruszył ramionami.
– Przecież to oczywiste, że ty.
Zamrugała. Może jednak w nią wierzył.
– Chyba żartujesz.
– Wcale nie. Dlaczego książę nie miałby wybrać właśnie ciebie?
– Mogę wymienić sto powodów.
– Podaj jeden.
Mogła wymienić wszystkie, ale wskazała ten najbardziej oczywisty.
– Nie mam doświadczenia.
– Od tego właśnie jest bazyliszek.
Zaczynała się ta sama rozmowa co w piekarni.
Tem zesztywniała.
– Wiem, po co jest bazyliszek. Ale nawet jeśli nauczę się wszystkiego, co trzeba, nigdy nie będę wyglądać tak jak ona. – Skinęła głową w stronę Very, która niemalże zlewała się w jedno z Jonathanem.
Gabriel prychnął.
– Jeśli kiedykolwiek będziesz wyglądać tak jak ona, przestanę się z tobą zadawać.
Rzuciła mu mordercze spojrzenie.
– Bądź poważny.
– Ależ ja jestem poważny, Tem. Zdecydowanie traktujesz siebie zbyt surowo. Jesteś świetną partią.
– Twoje zdanie się nie liczy.
– A liczyłoby się, gdyby powiedział to Stary Steve? Bo jestem pewien, że gdybyśmy go o to zapytali, odparłby to samo.
Tem musiała się powstrzymać, by nie wylać mu piwa na kolana.
– To książę musi uznać, że jestem świetną partią. A zapewniam cię, że tak nie będzie.
Gabriel stuknął ją dwa razy w nos.
– Z takim nastawieniem nigdy nie zdobędziesz mężczyzny.
– Książę ledwo jest mężczyzną – burknęła, odtrącając jego rękę.
Książę miał dwadzieścia lat, tak jak ona. Tylko dziewczęta urodzone w tym samym roku co on mogły przystąpić do szkolenia. Tem nigdy nie widziała księcia z bliska, choć jeśli wierzyć głupiej opowieści Very o przypadkowym spotkaniu na rynku, miał zielone oczy. Ale Tem jej nie wierzyła i na pewno nie obchodziło jej, jakiego koloru były jego oczy.
– Wiesz, mogło być gorzej – zauważył Gabriel.
– Niby z czym?
– Z tym szkoleniem. Przynajmniej książę dokona wyboru na podstawie tego, z kim jest mu dobrze w łóżku. Gdyby decydowały inne umiejętności, nie miałabyś żadnych szans.
Zmarszczyła czoło.
– Jakie inne umiejętności?
– Och, no nie wiem. Na przykład gotowania.
– Gotowania?
– Tem, jadłem twoją zapiekankę pasterską. – Skrzywił się. – Strasznie twarda.
Na szczęście w tym momencie do środka wszedł Peter.
Gabriel zerwał się na równe nogi, poprawił kurtkę i przeczesał włosy dłonią.
– Obowiązki wzywają – rzucił, po czym ruszył prosto do chłopaka ze stajni.
Tem nie miała innego wyjścia, jak tylko patrzeć, jak Vera i Jonathan badają granice tego, co wypada robić publicznie. Po dwóch kolejnych piwach postanowiła stąd wyjść.
Zgodnie ze swoją obietnicą nie wróciła zbyt późno. Kiedy jednak dotarła do chaty, panowała w niej cisza – matka była już w swoim pokoju i zapewne spała, bo od świtu czekała ją praca na farmie. Tem obmyła twarz w łazience, po czym wpełzła do łóżka i znów utkwiła wzrok w suficie. Zazwyczaj dotykała się przed snem, ale myśl o jutrzejszym spotkaniu z bazyliszkiem tak ją onieśmielała, że nie była w stanie zrobić nawet tego. Cały czas niespokojnie się wierciła.
Gdy wreszcie zasnęła, śnił jej się ogień.
Nie parzył jej, wręcz przeciwnie – ogrzewał delikatnie, od czubków palców u stóp aż po podstawę czaszki. Wydawał się znajomy, jakby przysłany przez kogoś, kogo znała dawno temu. Płomienie lizały jej palce, dłonie, ramiona. Pojedynczy oddech musnął policzek. A potem wszystko się skończyło.
Następny poranek był jak każdy inny. Tem zajęła się obowiązkami: jak zawsze roznosiła jajka i pomagała matce w kuchni. Z tyłu głowy ciągle miała jednak świadomość, że za mniej niż dwanaście godzin stanie twarzą w twarz z bazyliszkiem.
Kiedy nadszedł wieczór, wyładowywała swój niepokój na ziemniakach.
– Uważaj, Tem – ostrzegła ją matka. – Bo się pokaleczysz.
To byłoby najmniejszym z jej problemów.
Rozzłoszczona rzuciła nóż.
– Matko, nie jestem gotowa – powiedziała. – Skąd będę wiedzieć, co robić?
Matka westchnęła i odgarnęła włosy z jej twarzy.
– Wszystkiego się nauczysz. Bazyliszek cię nauczy.
– A jeśli się nie sprawdzę?
– Przed wejściem do jaskiń żadna z dziewcząt nie jest właściwie przygotowana.
– Nieprawda – mruknęła Tem, myśląc o Verze z Jonathanem.
– Wierz mi, moja droga. Poradzisz sobie doskonale.
Tem westchnęła. To nie miało sensu – matka i tak nic nie zrozumie. A przecież dziewczyna miała wszelkie powody, by się bać. Brak doświadczenia był zaledwie jednym piórem w skrzydle jej lęków. Nie potrafiła wyobrazić sobie straszniejszego scenariusza niż ten, który ją czekał.
A jednak wciąż powracało do niej wspomnienie snu.
Jeśli to, co wydarzy się w jaskiniach, miało być podobne do tego, co stało się we śnie, to może nie ma powodu do strachu.
– Już prawie zmierzch. Może idź się przygotować?
Tem skinęła głową. Wszystko było lepsze niż obieranie ziemniaków.
Wycofała się do łazienki, przygotowała sobie kąpiel i szybko się umyła, starając się nie myśleć o każdym fragmencie swojego nagiego ciała. Kiedy wróciła do kuchni, matka wskazała ławkę.
– Usiądź.
Dziewczyna spełniła polecenie.
Matka stuknęła ją lekko w kolana.
– Podciągnij spódnicę, moja droga.
– Dlaczego?
Kobieta uniosła dwie bursztynowe fiolki.
– Musimy posmarować twoje uda olejkami.
Tem zmarszczyła czoło. Nie chciała wchodzić do jaskiń z tłustymi udami.
– Po co?
– Ylang-ylang jest na odwagę. Drzewo sandałowe – na żar. Dodadzą ci odwagi i przyciągną spojrzenie bazyliszka.
– Byle nie dosłownie – mruknęła Tem, podciągając spódnicę.
– Oczywiście, że nie, moja droga. Przecież wiesz, o co chodzi.
Dziewczyna westchnęła, patrząc, jak matka zdejmuje korki z fiolek i rozprowadza olejki po jej udach. Wtarła je ciepłymi palcami, pozostawiając skórę gładką i błyszczącą. Głęboki, leśny aromat drzewa sandałowego doskonale łączył się z kwiatową intensywnością ylang-ylang. Tem wyobrażała sobie, jak takie zapachy działają na mężczyznę.
Ale przecież to nie mężczyznę miała uwieść...
– Matko – powiedziała niepewnie, gdy ta zakorkowała fiolki. – Jak to będzie?
Nigdy wcześniej nie pytała jej o jej pobyt w jaskiniach. A jednak i ona była jak Tem – urodzona w tym samym roku co książę uczestniczyła w tym samym szkoleniu. Obecny król nie wybrał matki Tem na żonę, ale dziewczyna często się zastanawiała, jak potoczyłoby się jej życie, gdyby jednak to uczynił.
Matka westchnęła głęboko i po raz pierwszy tego wieczoru jej twarz złagodniała. Wyglądała, jakby wspominała coś istotnego.
– To będzie… przemieniające. Zrobisz pierwszy krok ku staniu się kobietą.
– Myślałam, że już nią jestem.
– Jeszcze nie, moja droga. Ledwie zaczęłaś żyć. Nie jesteś w stanie nawet wyobrazić sobie podróży, w którą wyruszysz. – Matka naciągnęła sukienkę Tem, odsunęła się i objęła wzrokiem całą jej sylwetkę. – Pamiętaj, to tylko pierwsza z wielu nocy. Nie obraź go, bo inaczej może nie pozwolić ci wrócić.
– Jak mogłabym go obrazić?
– Jeśli Kora pozwoli, nie zrobisz tego. Ale znając ciebie, znajdziesz jakiś sposób.
Tem westchnęła. Matka nie do końca się myliła.
– Musisz pamiętać, by być grzeczna – kontynuowała. – I całkowicie mu się podporządkować. Ty jesteś uczennicą, on – nauczycielem. To nie czas na twój upór i fanaberie. Masz robić, co ci każe, i spróbować się czegoś nauczyć.
Tem skinęła głową, choć miała wrażenie, że jej żołądek znów zawiązał się w supeł. Nigdy nie była dobra w wykonywaniu poleceń – dlaczego miałoby jej się udać akurat w tej najważniejszej, fundamentalnej kwestii?
– Jestem beznadziejna, matko – wyszeptała, wpatrzona w ziemię.
– Nie, moja droga – odparła łagodnie kobieta, kładąc dłonie na jej ramionach. – Żadna dziewczyna nie jest beznadziejna.
Te słowa nie przyniosły Tem ulgi. Łaknęła od matki konkretów – pragnęła usłyszeć, że ona sama nie jest beznadziejna. Ale nie tego się spodziewała i nie to matka chciała jej dać. Nie będzie konkretów; nie będzie pieszczot dla Tem ani dziś, ani żadnego innego dnia. Były tylko zadanie i jej gotowość, by je wypełnić.
– Już prawie czas – powiedziała jej matka. – Chodź.
Tem skinęła głową, po czym ruszyła za nią przez frontowe drzwi i dalej, brukowaną ścieżką prowadzącą na ulicę. Przed sobą dostrzegła Verę idącą za swoją matką, która właśnie wychodziła z ich chaty. Kiedy dotarły na skraj lasu, Tem znalazła się na końcu szeregu czternastu dziewcząt i ich matek.
Szły jak w transie, żadna z nich nie odezwała się ani słowem, gdy podążały długą ścieżką w głąb lasu. Noc była chłodna – jedna z pierwszych takich tej jesieni. Tem na próżno próbowała się uspokoić. Jej uda były wilgotne, kręciło jej się w głowie i czuła, że zaraz zwymiotuje. Poważnie rozważała zawrócenie i ucieczkę do domu, gdy nagle przed nimi wyrosła ściana.
Dziewczyna nigdy nie była po jej drugiej stronie. Wiedziała, że w różnych miejscach znajdują się wrota, ale nigdy jeszcze przez żadne nie przeszła. Nawet ich nie zamykano – skoro lustrzana powierzchnia stanowiła wystarczającą ochronę, zamki były zbędne. Sama myśl o spotkaniu bazyliszka w jego prawdziwej postaci – i ryzyku, że skamienieje od jego zabójczego spojrzenia – stanowiła dostateczny powód, by pozostawać wewnątrz murów.
Przechodząc przez bramę, Tem w duchu modliła się do Kory.
Po drugiej stronie ściany zobaczyła podnóża góry. Dziewczęta zatrzymały się przed długą linią jaskiń, których wejścia ziały w świetle księżyca niczym otwarte paszcze. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Aż wreszcie, w wieczornym mroku, z cienia wyłoniła się postać.
Serce podskoczyło Tem do gardła. Stała zbyt daleko, by dostrzec szczegóły, lecz wystarczająco blisko, by wiedzieć, że zgodnie z oczekiwaniami przybrał ludzką postać. To był element układu: żadna z dziewcząt, które starały się o rękę księcia, nie zginie w jaskiniach. Bo wtedy rozejm zostałby złamany. Oczywiście Tem trudno było zaufać porozumieniu zawartemu setki lat temu. Ale nie miała wyboru.
Stojąca obok matka ścisnęła jej nadgarstek.
– Bądź dzielna, dziecko.
Dziewczyna nie musiała się odwracać, by wiedzieć, że została sama. Wszystkie inne matki też zaczęły całować i przytulać swoje córki, po czym zawracały ścieżką do domu, aż w końcu na chłodzie zostały już tylko dziewczęta.
Wszystkie milczały.
Tem uświadomiła sobie, że choć słyszała o treningu niemal codziennie przez większą część swojego życia, nie ma pojęcia, co właściwie się teraz wydarzy. Skąd miała wiedzieć, z którym bazyliszkiem zostanie połączona? I czy to ona miała wybierać, czy one?
Nim zdążyła zapytać o to swoją sąsiadkę, bazyliszek wyszedł naprzód.
– Przybyłyście tu, aby się uczyć – powiedział, a jego głos odbił się echem od skał. – Na końcu treningu książę wybierze jedną z was na swoją żonę.
Zapadła cisza.
Ta informacja wcale ich nie zaskoczyła. A jednak usłyszenie tego właśnie w tej chwili, tuż przed rozpoczęciem szkolenia, wstrząsnęło nimi wszystkimi.
– Naszym zadaniem jest przygotować was na ten zaszczyt. – Jego spojrzenie przesunęło się po dziewczętach, a Tem aż drgnęła, gdy zatrzymało się na niej. – Wejdźcie do swoich jaskiń.
Żadna z nich się nie poruszyła.
Skąd miały wiedzieć, która jaskinia należy do której? Czekały na dalsze instrukcje, lecz bazyliszek już się nie odezwał. Ku satysfakcji Tem nawet Vera wyglądała na zaniepokojoną.
Nagle dziewczyna stojąca przed Tem wydała z siebie krótki, zduszony krzyk, odwróciła się i pobiegła z powrotem w stronę muru. Chwilę później zniknęła w bramie.
Jedna mniej, zostało trzynaście.
W dziwny sposób ta ucieczka dodała Tem siły. Nie była tchórzem; nie ucieknie. Przyszła tu, by napełnić dumą serce matki, a co ważniejsze – by napełnić dumą swoje serce. Mogło jej nie zależeć na księciu, zależało jej jednak na odnalezieniu życia poza kurnikiem. Sama była to sobie winna.
Zanim zdążyła się rozmyślić, zrobiła krok do przodu.
Wszystkie dziewczyny na nią spojrzały, lecz je zignorowała. Skupiła się na jaskiniach i zaczęła przyglądać każdej po kolei. Czternaście jaskiń. Czternaście bazyliszków. Takie przyglądanie się nic jej nie da. Zamknęła oczy. I wtedy, niespodziewanie, coś do niej przyszło. Jakby wzywające ją z ciemności światło. Ruszyła za nim, kierując się ku najdalszej jaskini, czując cień tego, co przeżyła we śnie – kojące ciepło, które ją przyciągało. W jakiś sposób była pewna, że idzie we właściwą stronę.
Nie widziała, czy inne dziewczęta poszły za jej przykładem. Wspięła się na skały, by dotrzeć do wejścia jaskini, po czym wkroczyła w całkowitą ciemność. Było tu tak gorąco, że niemal nieprzyjemnie. Jej wzrok przyzwyczaił się do mroku dopiero po dłuższej chwili, ale gdy w końcu się to udało, dostrzegła w oddali nikłe światło. Ruszyła ku niemu i wkrótce znalazła się w komnacie oświetlonej blaskiem ognia.
A przed nią stał jej bazyliszek.
Wcale nie wyglądał tak, jak Tem go sobie wyobrażała.
W jej wyobraźni nigdy nie miał twarzy. Bazyliszek, którego obraz dziewczyna malowała sobie w myślach, zawsze był tajemniczy – istota bez rysów, puste płótno, którego nie dało się powiązać z niczym ludzkim. Tymczasem rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Prawdziwy bazyliszek wyglądał jak najbardziej oszałamiająco atrakcyjny mężczyzna, jakiego Tem kiedykolwiek widziała. Był zlepkiem wszystkich cech, które uważała za piękne – do tego stopnia, że przez chwilę zastanawiała się, czy to nie celowe. Bazyliszki słynęły przecież z mocy uwodzenia. Czy dostosował swój wygląd, wiedząc, że właśnie taki trafi w jej gusta?
Był bardzo wysoki – znacznie wyższy od niej – o szerokich, dumnie wyprostowanych ramionach i prostej, nieugiętej postawie. Migotliwy blask ognia tańczący na jego twarzy podkreślał rysy, które przypominały rzeźbę z ostrych, bezlitosnych kątów, jakby został wykuty w kamieniu. Miał ciemne włosy, dłuższe, niż nakazywała obecna moda, lecz idealnie do niego pasujące. Włożył lekką lnianą koszulę i spodnie, które wcale nie ukrywały wyrazistych zarysów jego sylwetki. Ciepło. Tylko to czuła Tem.
Kiedy bazyliszek zrobił krok naprzód, jej umysł kompletnie się wyłączył.
– Jak masz na imię? – Z jego ust wydobył się głęboki, rozżarzony pomruk.
Głos Tem jakby przestał działać.
– Temperance – zdołała ledwie wyszeptać. – Ale mówią na mnie Tem.
W kamiennej ścianie płonął kominek, jego płomienie odbijały się w złotych oczach istoty. Oczach, które w prawdziwej postaci zabiłyby ją jednym spojrzeniem. Bazyliszek przekrzywił głowę, przyglądając się jej. Pod wpływem jego spojrzenia poczuła się obnażona.
– Ja nazywam się Caspenon. Ale mówią na mnie Caspen.
– Caspen – powtórzyła, a jego imię utknęło jej w gardle niczym ość.
Na długą chwilę zapadła cisza. W tym czasie wciąż uważnie ją obserwował. Nagle Tem ogarnął strach, że właśnie teraz zostanie odrzucona. Czy można zostać wyrzuconą ze szkolenia, jeszcze zanim w ogóle się je zaczęło? Nigdy o czymś takim nie słyszała, ale nie zdziwiłaby się, gdyby to spotkało akurat ją. Zanim zdążyła wpaść w panikę, odezwał się ponownie:
– Boisz się.
Przytaknęła, bo przecież to była prawda. Gdy zrobił krok ku niej, jej gardło zupełnie się zacisnęło.
– Nie musisz się mnie bać.
– Nie boję się ciebie.
Przechylił głowę w drugą stronę.
– Czego więc się boisz?
Nie potrafiła ubrać tego w słowa. Powiedziała więc tylko:
– Porażki.
Ściągnął brwi.
– W czym?
– W… – zaczęła, ale nie potrafiła się wyrazić.
– W seksie – dokończył za nią.
Tem nie była przyzwyczajona do tego słowa – jej matka nigdy nie wypowiadała go na głos, a Vera zawsze mówiła „kochanie się”, co było w jej odczuciu odrażające. Sama Tem nigdy nie słyszała tego określenia w ustach mężczyzny. W szkole na ten temat uczyły ją wyłącznie kobiece głosy. To jednak było dawno, a teraz Tem żałowała, że wtedy nie uważała bardziej.
– Chyba tak – wyszeptała.
– Uważasz mnie za nieudolnego nauczyciela? – zapytał.
– Nic o tobie nie wiem.
Nieznacznie się uśmiechnął. Coś w niej się rozluźniło.
– Książęta wybierali moje uczennice od wielu pokoleń. Możesz być pewna, że nie pozwolę ci ponieść porażki.
Pod wpływem tego wyznania otworzyła usta ze zdziwienia. Jeśli mówił prawdę, oznaczało to, że był Wężowym Królem – legendarnym bazyliszkiem, którego moc przewyższała wszystkie inne. W wiosce miał nieskazitelną reputację; mówiono o nim jak o bogu. Tem otrzymała więc najbardziej pożądanego nauczyciela.
Zamiast ją uspokoić, informacja ta wywołała odwrotny efekt. Teraz dziewczyna czuła jeszcze większą presję niż wcześniej. Jeśli nie zdoła zdobyć księcia, mimo że uczył ją sam Wężowy Król, byłoby to gorzej niż upokarzające. Matka nigdy by jej tego nie wybaczyła.
Caspen wciąż ją obserwował.
– Nie wyglądasz, jakbyś rozpaczliwie chciała tu być – zauważył w końcu.
Dziwne sformułowanie. „Rozpaczliwie”?
Zmarszczyła czoło.
– A powinnam?
Wzruszył ramionami.
– Większość dziewcząt tak właśnie czuje. To zaszczyt zostać wybraną przez księcia. A jeszcze większy zaszczyt, gdy ostatecznie zostaje się królową. Nie pragniesz tego?
Tem zastanowiła się nad tym pytaniem. Jej matka z pewnością tego pragnęła. Było to zwieńczenie społecznego sukcesu i najpewniejsza droga do wyrwania się z prostego życia na wsi. Wiedziała, jak bardzo matka pragnie tego sukcesu – wręcz go potrzebowała. Ale prawda wyglądała tak, że nie było to pragnienie Tem. Nie miała żadnych szans u księcia. Prześladowcy ze szkolnego podwórka wbijali jej to do głowy każdego dnia, odkąd tylko zrozumiała, gdzie jest jej miejsce w wiejskiej hierarchii. Więc czy rzeczywiście rozpaczliwie pragnęła tu być?
Doszła do wniosku, że tak.
Może nie w taki sposób jak inne dziewczęta – może nie marzyła o koronie tak jak Vera – ale na własny sposób pragnęła tu być. Niczego nie chciała bardziej, niż dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi – jak to jest dotknąć mężczyzny i pozwolić, by on dotknął jej, jak to jest pożądać i być pożądaną.
Jej rozmyślania przerwał głos bazyliszka.
– Możesz odejść w każdej chwili.
Tem parsknęła i natychmiast tego pożałowała.
Wyglądał na rozbawionego jej reakcją.
– Nie wierzysz mi?
– Nie mogę sobie tak po prostu stąd odejść.
Przekrzywił głowę.
– Nie da się skutecznie uczyć niechętnej uczennicy.
Musiała przyznać, że ma to sens.
– Czy ktoś kiedykolwiek opuścił szkolenie? – zapytała.
– Raz – odparł Caspen. Na ułamek sekundy się skrzywił, jakby to wspomnienie sprawiło mu ból. Ale jego twarz natychmiast się wygładziła. – Ale to nie ja ją uczyłem.
Tem się nad tym zastanowiła. Jeśli to prawda, było to coś niesłychanego. Zawsze przedstawiano szkolenie jako zaszczyt dla każdej dziewczyny urodzonej w tym samym roku co książę. Ciekawe, dlaczego akurat tę informację pominięto w szkolnym programie. Tem pomyślała o tej, która niedawno uciekła za mur, i zastanowiła się, czy kiedyś będzie tego żałować.
– Cóż – powiedziała, wydymając wargi. – Ja nie odejdę.
Kąciki ust Caspena znów drgnęły w rozbawieniu. Kiedy zrobił kolejny krok ku niej, każda komórka w jej ciele zapłonęła.
– Powiedz mi, Tem. Czy kiedykolwiek byłaś całowana?
Oblała się rumieńcem. Nigdy nawet nie była blisko pocałunku. Nagle sobie uświadomiła, że mogła poprosić o to Gabriela. Jako jej najlepszy przyjaciel na pewno by to zrobił, zwłaszcza gdyby wiedział, że to ukoi jej nerwy. Ale teraz było już zdecydowanie za późno. Stała przed Caspenem, Wężowym Królem, który oczekiwał od niej znacznie więcej, niż mogła mu dać.
– Nie – wyszeptała, a to słowo potoczyło się jak rzucony kamyk.
Caspen uśmiechnął się szeroko, odsłaniając zęby.
– To dobrze – powiedział. – To znaczy, że nie muszę oduczać cię złych nawyków.
Tem skinęła głową, choć nie do końca mu wierzyła. Nie potrafiła sobie wyobrazić, że brak doświadczenia jest lepszy niż jakiekolwiek doświadczenie. A jednak bazyliszki z natury nie potrafiły kłamać – tak przynajmniej głosiły wszystkie legendy. Skoro więc musiał mówić prawdę, to znaczyło, że Tem znalazła się w lepszej sytuacji niż Vera. Ta myśl dodała jej otuchy.
– Czy to właśnie mamy robić dzisiaj? – spytała, nabrawszy nagle odwagi. – Całować się?
– Nie. – Caspen pokręcił głową. – Dziś cię nie tknę.
– Och.
Chyba wyczuł jej zaskoczenie, bo dodał:
– Zanim cię dotknę, muszę cię zobaczyć.
Zmarszczyła czoło.
– Przecież mnie widzisz.
Uśmiechnął się.
– Nie całą.
Poczuła w żołądku ścisk oczekiwania. Przypomniała sobie sen, tę otaczającą ją ciepłą ciemność. Oddech muskający nagą skórę. Zastanowiła się, czy to przypadkiem nie był oddech Caspena, czy sen nie zapowiadał właśnie tego.
Cofnął się o krok i rozłożył ręce.
– Proszę. Kiedy tylko będziesz gotowa.
Serce podskoczyło jej w piersi. Wiedziała, że bazyliszki wyczuwają strach, a nie chciała, by Caspen pomyślał, że się boi. A jednak się wahała. Nigdy wcześniej przed nikim się nie rozbierała, a już na pewno nie przed mężczyzną. Naga bywała tylko w domu – kiedy się kąpała albo gdy dotykała samej siebie. A nawet wtedy unikała lustra. Nie czuła się z tym naturalnie – nie wiedziała, jak odsłonić się przed kimś innym. Nawet sen nie mógł jej na to przygotować.
Pod wpływem jej wahania Caspen złożył dłonie.
– Każda podróż zaczyna się od jednego kroku, Tem.
Nadal się nie poruszyła. W jej głowie dudnił głos matki: „Masz robić, co ci każe, i spróbować się czegoś nauczyć”.
Ale Tem nie była przyzwyczajona do wykonywania rozkazów. To było wbrew wszystkim jej instynktom – przeczyło temu, kim była. Nie mogła ślepo mu się podporządkować. Została stworzona inaczej. Dlatego powiedziała:
– Ty pierwszy.
Uniósł brwi, po czym natychmiast je ściągnął. Na ten widok pierś Tem przeszyło ostrze lęku.
Nie obraź go, bo inaczej może nie pozwolić ci wrócić.
Podłamała się. A jeśli właśnie go obraziła? A jeśli ją skrzywdzi? Albo jeszcze gorzej – jeśli przybierze swoją prawdziwą formę, spojrzy jej prosto w oczy i ją zabije? Przeprosi go. Padnie na kolana i zacznie błagać o wybaczenie. Rozbierze się i pozwoli mu patrzeć tak długo, jak zechce.
Zanim jednak zdążyła wcielić w życie którąkolwiek z tych myśli, Caspen powiedział:
– Jak sobie życzysz.
Teraz to Tem była zaskoczona. Nie miała pojęcia, czy ktokolwiek kiedykolwiek tego od niego zażądał. Ale nie mogła się już wycofać – i nawet nie chciała.
Caspen podszedł bliżej, zatrzymał się tylko dwa metry przed nią. Był o wiele wyższy niż ona; by spojrzeć mu w oczy, musiała zadrzeć głowę.
Przyglądał się jej ze spokojem, tak jakby cały ten proces nie miał dla niego żadnego znaczenia. I może rzeczywiście tak właśnie było. Widział dziesiątki dziewcząt przed nią i zobaczy setki po niej. To dla niego obowiązek – nic więcej.
A dla niej to było wszystko.
Caspen powoli zdjął koszulę, złapał ją za dół i ściągnął przez głowę jednym płynnym ruchem. Połowa jego ciała nadal pozostawała ubrana, ale Tem ledwo mogła znieść to, co już widziała. Miał niesamowicie wysportowane ciało, na jego tułowiu odznaczały się twarde mięśnie. Spodnie miał opuszczone na tyle, że widać było ostre kąty dolnej części brzucha, skierowane w dół niczym dwie strzały. Tem poczuła, jak jej twarz rumieni się pod wpływem tego widoku, a towarzyszyło temu dzikie pragnienie, by osobiście ściągnąć mu spodnie. Ale ręce Caspena już rozwiązywały sznurek i zanim Tem zdążyła nabrać powietrza po raz kolejny, spodnie spadły na ziemię.
Penis Caspena nie przypominał tych z marmurowych posągów prowadzących do kościoła.
Był niewyobrażalnie długi i prosty jak struna. Jeszcze nawet nie stwardniał, a Tem już zastanawiała się, jak, u diabła, on się w niej zmieści. Nigdy nie miała w sobie czegoś tak dużego. Nie wiedziała nawet, czy to w ogóle możliwe. Było to idealne przedłużenie jego samego – tak samo potężne i piękne jak on. Przyglądała mu się z podziwem.
Nagle zrozumiała, skąd wzięła się jego reputacja Wężowego Króla. Wszystko, co kiedykolwiek słyszała o Caspenie, nabrało sensu, gdy zobaczyła tę ostatnią część jego ciała. Sposób, w jaki mieszkańcy wsi o nim szeptali, to, że to jego uczennice były zawsze wybierane przez księcia… uzasadnienie tego wszystkiego znajdowało się między jego nogami. Dlaczego miałby podporządkowywać się komukolwiek, skoro był lepszy w tej najbardziej fundamentalnej kwestii? Dlaczego miałby oddawać swoją władzę, skoro była ona o wiele większa niż reszty?
Jego widok przytłoczył dziewczynę. Chciała go w sobie poczuć. Zastanowiła się, czy on też tego pragnie, natychmiast jednak odrzuciła tę myśl. Nie była pierwszą, którą miał w swojej jaskini. A jednak czuła, że w tej chwili istniał tylko dla niej.
Caspen pozwolił jej patrzeć, obserwując jej reakcję z ledwie widocznym cieniem arogancji na twarzy. W końcu szepnął:
– Teraz ty.
Słusznie.
Odkąd stał przed nią nagi, w jakiś sposób jej zdenerwowanie minęło. Widok bezbronnego Caspena dodał jej pewności siebie i wiedziała, że jest gotowa na to, co ma nadejść. Pewnymi ruchami rozsznurowała suknię i pozwoliła jej opaść na ziemię. Została w samej bieliźnie.
Oczy Caspena nie odrywały się od jej twarzy, kiedy powiedział:
– Reszta też.
Zdjęła bieliznę.
Ciepłe powietrze jaskini musnęło jej skórę, oplatając ją duszną falą. Nie potrafiła przestać myśleć o tym, że stoi tu naga. Zanim jednak zdążyła się na tym skupić, Caspen zaczął w milczeniu ją okrążać, nie spuszczając z niej wzroku. Ona też na niego patrzyła, obserwowała, jak się porusza z niezaprzeczalną kontrolą, jak płynne są jego kroki mimo chropowatego podłoża jaskini. Zauważyła też, że z chłodem i bez emocji analizuje jej wygląd. I nagle do niej dotarło, że chociaż dla niej to wszystko było nowe, on nie widział w tym niczego niezwykłego. Robił to już wiele razy. Nie była dla niego niczym więcej niż kolejną pozycją na liście – i teraz nie widział niczego, czego wcześniej by nie oglądał.
Wreszcie się przed nią zatrzymał. Przyglądał się jej oczom, policzkom, włosom. Potem jego wzrok zsunął się na szyję, obojczyki, przesunął po piersiach i zatrzymał na brzuchu. Wyciągnął rękę, niemal dotknął jej skóry opuszkami palców… I wtedy Tem poczuła nagłe ciepło poniżej pępka, a światło ognia przygasło.
– Co robisz? – zapytała.
– Sprawdzam, czy jesteś płodna – odparł, nie patrząc jej w oczy.
– I co? Jestem?
Zerknął w jej twarz.
– Cierpliwość jest cnotą, Tem – powiedział z naganą w głosie.
Westchnęła.
– Tak mi mówiono.
Jego spojrzenie wróciło na jej brzuch. Tem powstrzymała się przed nerwowym poruszaniem nogą i cierpliwie czekała na wynik badania. Powinna była się tego spodziewać. Bazyliszki miały wpływ na seks i płodność. Krążyły plotki, że czerpią z tego siłę – że ich zdolność do uwodzenia ludzi stanowi część ich natury. Dlatego właśnie powierzono im zadanie szkolenia przyszłej żony księcia: bo były jedynymi istotami, które z całą pewnością umożliwią przemianę dziewcząt w kobiety.
Wreszcie, po nieznośnie długim czasie, Caspen powiedział:
– Jesteś płodna.
Nie wiedziała, jak przyjąć tę informację. Część niej pragnęła bezpłodności – oznaczałoby to, że nie wejdzie w grę jako kandydatka dla księcia. Ale wtedy nie osiągnęłaby tego, po co tu przyszła. Nigdy nie zostałaby pocałowana, nigdy nie zostałaby przeleciana. A to wcale by jej nie odpowiadało.
Caspen odezwał się ponownie:
– Będziesz musiała przybrać na wadze. Książę zażyczył sobie dziewczyny o pełniejszych kształtach.
– Nie mogę – wyrwało się Tem.
Zmrużył oczy.
– Dlaczego?
Zwiesiła głowę.
– W domu… nie mamy dużo jedzenia. Nie mam jak więcej jeść. – Jajek im nie brakowało, ale innych pokarmów było mało, a ich status społeczny jako hodowczyń kur już dawno pozbawił je życzliwości sąsiadów.
– W takim razie będziesz jadła tutaj – odrzekł Caspen. – Począwszy od jutra, będę karmić cię po naszych sesjach.
Tem skinęła głową, wciąż wpatrując się w ziemię.
– I nie ścinaj włosów – dodał. – Książę lubi długie.
Włosy Tem sięgały obecnie tuż poniżej ramion, choć na mokro były dłuższe, zanim potem skręcały się w loki.
– Unieś podbródek – rozkazał Caspen.
Zrobiła to.
– Usiądź. – Wskazał na skalną półkę za nią. – I rozchyl nogi.
Zrobiła to.
Gdy tylko rozsunęła kolana, Caspen zacisnął szczękę. Do tej pory jego spojrzenie było obojętne, niemal pozbawione uczuć. Teraz w jego oczach pojawił się jasny, intensywny blask. Nagle przed nią uklęknął, pochylił się do przodu i zamknął oczy. Zgodnie ze swoją obietnicą nadal jej nie dotykał. Nabrał jednak głęboko powietrza, a ona dostrzegła, jak jego nozdrza się rozszerzają, podkreślając ostre rysy twarzy.
– Ylang-ylang – powiedział cicho – i drzewo sandałowe. – Otworzył oczy. – Kto ci kazał to zrobić?
– Matka – odparła, próbując skupić się na czymkolwiek innym niż na tym, że klęczy między jej nagimi udami. – Powiedziała, że to doda mi odwagi.
Wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę.
– I pomogło? – spytał szeptem.
Wzruszyła lekko ramionami.
– Nie wiem.
Wciąż klęczał, wciąż patrzył jej w oczy. Jednak po chwili jego wzrok powrócił do jej intymnego miejsca i Caspen wydał kolejne polecenie:
– Otwórz się.
Poczuła skurcz w żołądku.
– Nie rozumiem – wyszeptała.
– Użyj palców – wyjaśnił powoli. – I pozwól mi zajrzeć do środka.
Znajdował się zaledwie kilka centymetrów od niej. Tem nie pojmowała, jak mogłaby ujawnić tę część siebie, ale wiedziała, że tego chce. Rozchyliła się więc palcami, pokazując mu to, czego nigdy wcześniej nikomu nie pokazywała. Gdy tylko to zrobiła, źrenice Caspena rozszerzyły się w złotych tęczówkach, tak samo jak jej własne. Patrzył na nią przez długi czas, tak długo, że trudno jej było utrzymać się w tej pozycji, gdy pod wpływem jego spojrzenia powoli stawała się mokra. Co on tam robił? Zapamiętywał jej anatomię? Zastanawiał się, jak ją uczyć? Tak czy inaczej obnażanie się przed nim było podniecające. Pragnęła jego aprobaty i zastanawiała się, czy ją otrzyma.
Cała ta sytuacja działała nie tylko na nią.
Po raz pierwszy doświadczyła, jak to jest wpływać na mężczyznę. Podniecenie Caspena było niezaprzeczalne – im dłużej na nią patrzył, tym twardszy się stawał, a ona poczuła się dumna, że to wszystko dzięki niej. Pojawiła się też intensywna ciekawość, którą ledwo mogła powstrzymać. Pragnęła go dotknąć – poczuć wpływ, jaki wywiera na jego ciało. Chciała zrobić to, czym tak chwaliła się Vera – wziąć go w dłonie i pieścić, aż dojdzie. Ta myśl podnieciła ją tak bardzo, że palce wręcz wślizgnęły się w jej wilgotność. Ten ruch sprawił jej przyjemność i bez zastanowienia wykonała go ponownie, na oczach Caspena.
Myślała, że może ją zgani, ale tego nie uczynił. Zamiast tego usłyszała niski syk i zrozumiała, że to z jego ust. Odgłos odbił się echem po całej jaskini, rozszedł po ścianach i otoczył ich swoim drganiem. Tem nie wiedziała, czy powinna bać się tego dźwięku, czy nie.
– Aprobujesz mnie? – zapytała.
Syk natychmiast ustał. Oczy Caspena spoczęły na jej twarzy.
– Moja aprobata nie ma tu znaczenia – odparł ostrym tonem. – To aprobaty księcia powinnaś szukać.
Nagle poczuła skrępowanie. Stłumiła falę pożądania, która wręcz sprawiła jej ból, i skarciła się w myślach za taką zuchwałość. Caspen był bazyliszkiem – a ona była idiotką, jeśli sądziła, że mogłaby w jakikolwiek sposób na niego wpłynąć.
Cofnęła rękę, zawstydzona swoją śmiałością.
– Nie powiedziałem ci, żebyś przestawała – rzucił.
Znowu na niego spojrzała. Jego źrenice się rozszerzyły; złote tęczówki niemalże stały się niewidoczne. To było jak patrzenie w samą otchłań; dziewczyna widziała jedynie bezkresną czerń. Instynktownie poczuła, że wkraczają na nieznany teren.
Niepewnie znów zaczęła się dotykać.
Na początku robiła to powoli, wsuwając i wysuwając dwa palce, obserwując Caspena, który się w nią wpatrywał. Potem przyspieszyła, pieszcząc części ciała, do których wkrótce on też miał zyskać dostęp, doprowadzając się do czegoś, czego nie potrafiła powstrzymać. Pokazała mu, jak lubi – robiąc to, co robiła, gdy była sama w swoim pokoju, po tym, jak jej matka szła spać, świat pogrążał się w mroku, a w domku zapadała cisza. Wtedy Tem zamykała oczy i udawała, że ktoś ją obserwuje. Pragnęła, by Caspen widział ją taką, jaką zawsze chciała być postrzegana: jako kogoś godnego męskiego dotyku.
W końcu syk powrócił.
Spojrzenie bazyliszka się nie zmieniło. Światło ognia odbijało się od jego lśniącej skóry i Tem mogłaby przysiąc, że widziała cień łusek na jego klatce piersiowej.
Już była mokra, ale jego widok sprawił, że wilgoci zrobiło się jeszcze więcej.
Był całkowicie twardy, jego penis stał wyprostowany jak żołnierz, którego natura została określona przez to, co znajdowało się między jego nogami. Dziewczyna pragnęła, żeby się temu poddał. Żeby ją złapał, wszedł w nią z niecierpliwym pchnięciem, żeby zapadł się w niej niczym umierająca gwiazda.
Ale wiedziała, że tej nocy się to nie wydarzy. Caspen tak powiedział, a ona to szanowała. Uczeń nie mógł prześcignąć nauczyciela. Nie oznaczało to jednak, że nie mogli dzielić tego razem, że nie mógł okazać zaangażowania w inny sposób, udowadniając swoją wartość aktem wzajemności. Miała nadzieję, że weźmie udział w jej doświadczeniu. I ku jej ogromnej radości tak właśnie zrobił.
Bez słowa sięgnął ręką między swe nogi.
Złapał się i zaczął pocierać, napinając ramiona przy każdym długim pociągnięciu, pokazując Tem, co wkrótce zrobi. Nie mogła oderwać wzroku od jego dłoni, która poruszała się w nieustępliwym rytmie, mocno u podstawy, a następnie płynnie po wierzchu, nieustannie pocierając penisa długimi, równomiernymi ruchami. Po każdym pociągnięciu bazyliszek oddychał odrobinę gwałtowniej.
Najpierw poruszał się powoli, potem coraz szybciej. W górę i w dół, tak jak powiedziała Vera. Z jego oczu zniknęło wszelkie wahanie, gdy kontrolę nad nim przejęły pierwotne instynkty, a jego pożądanie zniszczyły wszelkie bariery między nimi. Odchylił głowę do tyłu, odsłaniając gardło. Jego cichy syk rozbrzmiewał wokół nich, otaczając Tem swoją natarczywą częstotliwością.
Następnie wstał i patrzył na nią z góry, cały czas z oddaniem zwiększając szybkość ruchów.
Tem wiedziała, że nie jest pierwszą dziewczyną, która rozebrała się w tej jaskini. Wiedziała, że nie jest wyjątkowa, że nie może dać Caspenowi niczego, czego by już nie widział. A jednak odnosiła wrażenie, że właśnie przeżywają coś wyjątkowego, tak jakby on nigdy wcześniej nie patrzył w ten sposób na żadną dziewczynę, jakby była jedyną, dla której to robił. Zastanawiała się, czy to prawda. Miała ogromną nadzieję, że tak.
Nagle bazyliszek zrobił krok naprzód i oddech uwiązł jej w gardle.
Przez moment pomyślała, że może się złamie – że ulegnie i ją posiądzie. Zamiast tego pochylił się, drugą rękę oparł o skałę obok jej głowy i ustawił ciało dokładnie nad nią. Jego ręka nie przestawała się poruszać, Tem także ciągle się dotykała. Patrzenie, jak on to robi, było bardzo podniecające. A świadomość, że robi to z jej powodu, była bardziej niż euforyczna. Tem pragnęła przesunąć dłońmi po jego ciele. Chciała poczuć go pod palcami, zrozumieć, kim naprawdę jest, dotknąć wszystkiego, co przed nią odsłonił.
Ale on był nieprzystępny. Jedynym sposobem na połączenie się z Caspenem tej nocy było robienie właśnie tego, co robili teraz. Tem dopasowała się więc do jego rytmu, udowadniając, że ich kadencje są ze sobą zgodne, zsynchronizowane.
Drugą ręką dotknęła swoich piersi, zaczęła je ściskać i obejmować, dając mu do zrozumienia, co mógłby mieć, gdyby tylko zechciał. Znajdował się tak blisko, że czuła na twarzy jego rozpaczliwy, urywany oddech. Stał między jej nogami, a ich ciała dzieliły ledwie centymetry.
Tem się zastanawiała, czy pomyśli o niej następnym razem, gdy będzie to robił. Czy wyobrazi sobie ją – tak jak ona z pewnością wyobrazi sobie jego? Czy będzie pragnął, by to jej ręka go dotykała, zamiast jego własnej, dodając mu zachęty? A może wyobrazi ją sobie w innych sytuacjach, na przykład jak ona klęczy przed nim, bierze go do ust i konsumuje go tak, jak teraz pragnęła?
Tak bardzo chciała go posmakować. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek jej na to pozwoli.
Na razie jednak jego spojrzenie błądziło po jej ciele, śledziło każdy jej ruch, chłonęło nagą skórę, jakby była mu niezbędna do przetrwania. Zawsze jednak jego wzrok wracał do tego, co jej ręka robiła między nogami. Tem też go obserwowała. Miała plecy wygięte w łuk, odsłoniła przed nim każdy fragment siebie. Była kompletnie bezbronna, a jednak czuła się w pełni bezpieczna.
– Głębiej – powiedział chrapliwym głosem.
Przepełniała ją duma. Zaakceptował ją. I chciał więcej.
Ale ona też pragnęła więcej.
Zamiast wejść głębiej, wycofała rękę, położyła dłonie na udach i szeroko je rozchyliła, otwierając się tylko dla niego.
– Nie zrobisz tego? – szepnęła.
Pochylił się jeszcze bardziej, tak że jego twarz znalazła się bezpośrednio nad jej twarzą. Znajdował się tak blisko, że niemal jej dotykał, jego klatka piersiowa była zaledwie kilka centymetrów od niej.
Tem czuła zapach dymu na jego skórze.
– Ty to zrobisz – powiedział głosem przypominającym warkot.
Pod wpływem tego władczego tonu przez jej ciało przebiegł dreszcz. To on tu rządził – nie powinna była mu się stawiać. A jednak Tem wiedziała, że ma tu pewną władzę. Chciał, żeby weszła głębiej – sam to powiedział. Chętnie dałaby mu to, czego pragnął, o ile tylko zostanie to docenione.
– Wyprostuj się – odparła. Chciała, żeby patrzył.
Caspen zmarszczył czoło ze zdziwienia. Zaczęła się zastanawiać, czy kiedykolwiek wcześniej ktoś mu coś rozkazał. Przez chwilę myślała, że zostanie skarcona. Potem się wyprostował i już wiedziała, że go ma. Weszła więc głębiej, używając obu rąk. Doprowadziła się do krawędzi, nie próbowała już opóźniać nieuniknionego, drażniąc się tak, jak chciała, żeby on ją drażnił. Caspen wpatrywał się w jej dłonie między udami, obserwował, jak jej palce poruszają się w przód i w tył – równomiernie jak fale – patrzył, jak pociera swoją najbardziej wrażliwą część ciała, kreśląc małe, idealne kółka.
Doskonale widział, jak bardzo jest mokra. I wiedział, że to wszystko dla niego.
Tem była bliska zakończenia. Ale desperacko próbowała to wszystko przeciągnąć, robiąc to powoli, pragnąc, aby doświadczyli tego razem. Chciała, aby Caspen skończył w tym samym czasie, tak by mogli podzielić się tym przeżyciem, by połączyło ich coś więcej niż tylko relacja nauczyciel–uczennica. Pragnęła wiedzieć, że on oddycha dla niej, tak jak ona oddychała dla niego.
Caspen też był już blisko.
Widziała to po tym, jak zmieniał tempo w nieregularnych odstępach, jak zwalniał za każdym razem, gdy tylko zbyt długo na nią patrzył. Zamykał wtedy oczy, a kiedy je otwierał, było tak, jakby widział ją po raz pierwszy. Jego dłoń kontynuowała ruch, jakby nigdy się nie zatrzymywała. Oddech bazyliszka stał się przerywany, na jego szyi pojawiło się nieregularne pulsowanie. Razem zbliżali się do krawędzi, zmierzając ku nieuchronnemu zakończeniu.
Tem nie mogła już dłużej wytrzymać.
– Razem? – zdołała wykrztusić.
– Nie. – Caspen pokręcił głową, a jego głos był cichy jak szept. – Ty pierwsza.
Była tak blisko, że nie mogła już protestować. Skoro tego właśnie chciał, to ona chętnie mu to da. Spojrzała więc na niego, czując narastającą nieuchronność. Nie mogła już oprzeć się fali, która właśnie miała osiągnąć szczyt. Poddanie się Caspenowi, pokazanie się w swojej najbardziej wrażliwej postaci, zburzenie murów tylko dla niego, było najłatwiejszą rzeczą na świecie. Wyobrażała sobie, jak by się czuł, jak by smakował, jak by to było, gdyby odsunął jej ręce i pozwolił sobie ją posiąść. Sama myśl o tym wystarczyła, by doprowadzić ją do orgazmu.
Wreszcie skończyła.
Sekundę później Caspen również doszedł z jękiem. Oddychał ciężko, tak samo jak ona. Gdy pochylił głowę, w blasku ognia jego kark i ramiona lśniły od potu, a ścięgna pulsowały pod skórą, kiedy po wszystkim cicho dyszał.
Tem nie mogła złapać tchu. Poczuła niezaprzeczalny przypływ mocy od świadomości, że doprowadziła go do orgazmu, nawet go nie dotykając. Nie śmiała sobie wyobrażać, co by się stało, gdyby mogła go tknąć.
Caspen podniósł głowę i spojrzał na nią.
Zapragnęła go pocałować. Zamiast tego wytrzymała jego spojrzenie i spróbowała wyczytać coś z jego oczu. Co o niej myślał? Czy go zadowoliła? Czy to umocniło ich więź, czy też była dla niego tylko głupią dziewczynką, niczym nieróżniącą się od dziesiątek innych dziewcząt, które przychodziły do jego jaskini? Bo przecież z pewnością nie myślał tak samo jak ona – że nigdy nie czuła takiej więzi z nikim innym, że łączy ich coś wyjątkowego, coś znaczącego.
Chciała coś powiedzieć, ale wyrażenie słowami czegoś tak ogromnego wydało jej się niewłaściwe. Teraz, gdy wiedziała, co potrafił zrobić na jej oczach, musiała się dowiedzieć, co potrafi zrobić w niej. Jeśli nigdy nie dostanie szansy być z nim w pełni, to chyba umrze.
Caspen wyprostował się i rozluźnił ramiona.
Tem również się wyprostowała, patrząc z podziwem na substancję między jego palcami. Odbijało się od niej migoczące światło ognia i nagle dziewczyna wstała i bez zastanowienia wyciągnęła po nią rękę.
Caspen gwałtownie cofnął swoją.
– Och. Przepraszam… – wyjąkała, natychmiast bowiem poczuła się zawstydzona. – Po prostu jeszcze nigdy… tego nie widziałam.
Przekrzywił głowę i uważnie na nią popatrzył.
– Jest podobna do twojej substancji. – Powoli wyciągnął dłoń. – Jeśli chcesz, możesz się przyjrzeć.
Skinęła głową z wdzięcznością i pochyliła się do przodu.
Jego sperma była czymś pomiędzy płynem a ciałem stałym, gęsta i błyszcząca niczym garść płynnych pereł.
– Jest piękna – wyszeptała.
– W takim razie jest taka jak ty.
Powiedział to tak cicho, że ledwo dosłyszała te słowa. Ale on je wypowiedział, a Tem wiedziała, że już nigdy nie zapomni, kiedy po raz pierwszy mężczyzna nazwał ją piękną.
Poczuła ścisk w gardle. Czy to możliwe, że nie był tak ambiwalentny, jak jej się wydawało? Czy to możliwe, że pragnął jej tak samo, jak ona pragnęła jego? W ciepłym blasku tego, co właśnie przeżyli, wszystko wydawało się możliwe. Tem się zastanawiała, czy zrobiłby to samo z Verą. Czy ona nawiązała podobną więź ze swoim bazyliszkiem? A może po prostu ledwo się rozebrała i po prostu stała, tak jak pierwotnie miała to zrobić Tem?
Patrzyli na siebie jakby przez całą wieczność, a prawda tej chwili odcisnęła się w obojgu. I wtedy Caspen złożył ręce, trzymając w nich swoje perły. Z jakiegoś powodu Tem wiedziała, że powinna milczeć, gdy zamknął oczy, ściągnął brwi i pochylił głowę. Poczuła nagły podmuch powietrza i ogień całkowicie przygasł, rozległo się jedno szuuu. Chwilę później rozbłysnął ponownie. W jego świetle Tem zobaczyła, że w dłoniach Caspena pojawił się przedmiot. Bazyliszek wyciągnął go w jej stronę.
– Weź to – powiedział.
Spojrzała na jego ręce, w których spoczywało coś przypominającego pazur. Było gładkie i zakrzywione, grubsze na jednym końcu i zwężające się aż do rozmiaru palca na drugim. Wzięła to do rąk, poczuła twardość. Być może zostało wykonane z kamienia.
– Co to? – zapytała, unosząc przedmiot do światła.
Był ciepły i cięższy, niż mogłoby się wydawać. Zafascynowana gładkością, przyglądała się jego krzywiźnie.
– Nie ma nazwy – odparł Caspen. – Przynajmniej nie w twoim języku.
– A jaki ma cel?
– Połączy nas, gdy będziemy osobno.
– W jaki sposób?
Caspen podszedł bliżej.
– Będziesz to trzymać w sobie.
– W sobie?
– Tak. – Gdy jego wzrok powędrował w dół jej ciała i zatrzymał się między jej udami, Tem zrozumiała. I znów się zarumieniła. – Powinno idealnie pasować – dodał, a gdy na niego spojrzała, stwierdziła ze zdumieniem, że jest bardzo podekscytowany. – Nie mów nikomu, że to masz. I nikomu tego nie pokazuj. To jest dla ciebie i tylko dla ciebie.
Patrzył na nią z intensywnością, której nie rozumiała. Pod wpływem tego silnego spojrzenia mogła jedynie skinąć głową. Spojrzała na pazur.
– Jakie to będzie? – szepnęła.
– Ciepłe – odpowiedział. – Ma dokładnie taką samą temperaturę jak moja ludzka postać. – Gdy skinęła głową, kontynuował: – Będzie przyjemne. Zadbam o to.
– Jak?
– Jak powiedziałem: połączy nas. Mogę sprawić, że będzie… pulsować.
– Pulsować?
Na jego ustach pojawił się uśmiech, a ona stopniała pod jego wpływem.
– Kiedy zacznie pulsować, będziesz wiedziała, że o tobie myślę.
Tem wpatrywała się w ten niezwykły przedmiot. Obracała go w palcach, czując jego ciężar. Zauważyła, że lśni, jakby został stworzony ze światła gwiazd. Nie mogła uwierzyć, że powstał z istoty bazyliszka. Nigdy wcześniej nie widziała takiej magii.
– Spróbuj. – Głos Caspena wyrwał ją z zamyślenia.
Spojrzała na niego.
– Teraz?
– Tak.
Jeszcze tego ranka Tem nie pomyślałaby, że kiedykolwiek zrobi coś takiego. Ale po tym, co wydarzyło się w ciągu ostatniej godziny, poczuła nieznaną sobie dotąd odwagę i wiedziała, że jest w stanie wykonać jego polecenie. Usiadła więc z powrotem na skalnej półce i ponownie rozłożyła nogi przed Caspenem.
Spojrzała na niego, czekając na instrukcje.
– Włóż większym końcem – powiedział.
Zrobiła, jak jej kazał. Powoli włożyła grubszy koniec pazura, trzymając rękę nieruchomo. Nigdy nie miała w sobie czegoś tak dużego – był twardy i gładki, inny niż jej palce, kiedy się dotykała, i choć była mokra, wsunięcie go przyszło jej z trudem.
Kiedy skrzywiła się z bólu, Caspen rzekł:
– Rób to powoli. To nie powinno boleć.
Skinęła głową, nabrała powietrza i włożyła go tak głęboko, jak tylko zdołała. I nagle odkryła, że to dziwne uczucie jej się podoba. Ale skoro już ten przedmiot tak ciasno ją wypełniał, to jak miałby się w niej zmieścić penis bazyliszka?
Zatrzymała się, gdy zwężająca się końcówka była nadal widoczna, wygięta w górę w kierunku najbardziej wrażliwej części jej ciała. Delikatnie przycisnęła do niej palec, czując, jak ją otacza.
– Czy to przyjemne? – zapytał cicho Caspen.
Spojrzała na niego i nagle zdała sobie sprawę, że znów jest podniecony. Nie tak bardzo jak poprzednio, ale to wszystko dzięki niej.
– Tak – wyszeptała.
Patrzyli na siebie przez dłuższą chwilę, Tem siedząc, a Caspen stojąc. Wydawało się, że to bardzo znaczący moment, i dziewczyna nie chciała go przerywać. Zastanawiała się, czy Caspen znów zacznie się dotykać, ale tego nie zrobił. Tak jakby samo patrzenie na nią sprawiało mu przyjemność – a ona się cieszyła, pozwalając mu na to.
Ogień dogasał, gdy Caspen w końcu wyszeptał:
– Na dziś koniec. Możesz się ubrać.
Tem nabrała odwagi i odpowiedziała:
– Ty też możesz.
Uśmiechnął się przewrotnie.
– Doceniam twoje pozwolenie.
– Chętnie ci je daję.
Uśmiechnął się jeszcze szerzej. Tem zauważyła, że obserwował ją nawet wtedy, gdy zakładała ubranie, wodził wzrokiem po jej ciele aż do ostatniej chwili. Ona również na niego patrzyła, widziała falujące mięśnie w jego ramionach, gdy zakładał koszulę, obserwowała wyraźne żyły na przedramionach, kiedy wiązał spodnie. Wyczuwała w jego ciele powściąganą energię i nie mogła się doczekać, aż da jej upust.
Kiedy oboje byli już ubrani, Caspen z gracją machnął ręką.
– Odprowadzę cię.
Tem skinęła głową i ruszyła za nim ku wyjściu z jaskini. Czuła w sobie pazur – i była pewna, że nigdy się do niego nie przyzwyczai. Samo normalne chodzenie wymagało od niej sporego wysiłku.
Wyjście z ciepłych objęć jaskini na zimne wieczorne powietrze było tak szokująco nieprzyjemne, że już na zewnątrz dziewczyna zaczęła drżeć. Poczuła pod stopami wilgotną trawę – gdy byli w środku, najwyraźniej się rozpadało. Na początku ścieżki Caspen na nią spojrzał. Jego twarz była uważna, oczy lśniły w ciemności.
– Jutro wieczorem tu wrócisz. Nie spóźnij się.
Potem bez słowa odwrócił się do odejścia.
– Poczekaj! – zawołała, choć nie wiedziała po co.
Zatrzymał się, ale nie zwrócił się w jej stronę.
– Czy będziesz o mnie myślał? – wyszeptała.
Nadal się nie odwrócił. Patrzyła na jego ramiona, szerokie i mocne w ciemności. Wciąż milczał; w tle własnego walącego serca słyszała tylko szelest lasu wokół. Bazyliszek stał tak długo, że zaczęła się zastanawiać, czy w ogóle ją usłyszał. Wreszcie powiedział:
– Przecież ci mówiłem, że będę.
– Wiem. Ja tylko… – Przerwała, skrzyżowała ręce na piersi i nabrała głęboko powietrza, zanim dokończyła: – Chciałam to usłyszeć jeszcze raz.
Nadal się nie odwrócił.
Zamiast tego nagle poczuła pulsujący wstrząs między nogami. Przeszył ją tak gwałtownie, że sapnęła i pochyliła się, zaskoczona, przytłoczona czystą intensywnością. Pod wpływem tak silnego doznania z jej ust wyrwał się krzyk. Nigdy nie czuła czegoś tak przyjemnego – przyćmiło to wszystkie wrażenia, jakie kiedykolwiek dała sobie sama; miała wrażenie, że całe jej wnętrze rozwinęło się niczym spiralny kielich płatków, tak jakby stała się jednością z księżycem i gwiazdami.
Ledwo zdołała utrzymać równowagę, gdy pulsowanie narastało, i wreszcie zmusiło ją do przyklęknięcia. Skuliła się, zaciskając palce na trawie. Nie mogła oddychać; nie mogła myśleć. Czuła jedynie największą rozkosz swojego życia. I w tej chwili nie miała ani cienia wątpliwości, że żyje.
A potem wszystko się skończyło.
Kiedy w końcu podniosła głowę, Caspena już nie było.
Następnego ranka matka jak zwykle przyrządziła na śniadanie jajka. Tem pokroiła jabłko i postawiła na stole garnuszek z miodem – tak jak robiła to każdego dnia. Wszystko było tak jak zawsze – wszystko dokładnie takie samo. Z wyjątkiem Tem.
Po tym, co wydarzyło się w jaskini, już na zawsze była odmieniona. Całą noc przewracała się na łóżku, wciąż na nowo odtwarzając w pamięci to, co się stało. Pamiętała, co zobaczyła, gdy Caspen opuścił spodnie. Pamiętała, jakie to było uczucie, kiedy się dotykała, kiedy patrzyła, jak bazyliszek stwardniał na jej widok, kiedy na jego oczach doprowadziła się do szczytu.
Tem próbowała jeść, ale nie mogła. Gdy uniosła łyżkę, pazur zapulsował, a ona nabrała gwałtownie powietrza.
„Kiedy zacznie pulsować, będziesz wiedziała, że o tobie myślę”.
Ta myśl była jak poranna rosa na wiosennej trawie. Tem nie potrafiła wyobrazić sobie niczego piękniejszego niż świadomość, że jest obecna w myślach Caspena. Pragnęła kolejnego impulsu – chciała, by znów o niej pomyślał, by myślał o niej nieustannie, aż do wieczornego spotkania.
Ale kolejny impuls nie nadszedł.
Dziewczyna posmutniała. Czyli tylko tyle dla niego znaczyła? Jeden impuls i to wszystko? A może to przypadek, może wcale o niej nie myślał? Oblała się rumieńcem wstydu, więc ponownie pochyliła się nad talerzem.
Śniadanie minęło w ciszy. Oczywiście matka umierała z ciekawości, jak Tem spędziła czas w jaskiniach, ale za każdym razem, gdy otwierała usta, córka rzucała jej spojrzenie, które dawało jasno do zrozumienia, że nie chce o tym rozmawiać. Nie mogła przecież opowiedzieć, co tak naprawdę się wydarzyło. Musiała wymyślić jakąś historię – taką, która nie opowiadałaby o przekroczeniu wszystkich granic, jakie miało wyznaczać szkolenie.
Tymczasem była niedziela, a to oznaczało, że wszyscy mieszkańcy wioski poszli do kościoła.
Wchodząc po kamiennych schodach, Tem spojrzała na rzeźby bogów – pod względem anatomii tak bardzo różnili się od Caspena, że aż zachciało jej się śmiać. Jeśli tak wyglądali bogowie, to kim był on?
Spóźniły się i świątynia była już pełna. Tem podążyła za matką do ostatniej ławki. Gdy usiadła na twardym drewnie, pazur znów stanowczo dał o sobie znać. Poczuła żar między nogami i zapragnęła zostać sama. Musiała siedzieć ostrożnie, z napiętymi udami, zaciskając dłonie na kolanach.
– Coś się stało, kochanie? – zapytała matka.
Tem pokręciła głową. Nie potrafiła opisać tego, co czuła.
– Nie, mamo.
Rozejrzała się po kościele, próbując rozproszyć myśli i wypatrując Gabriela. Siedział na końcu ich rzędu i obejmował ramieniem chłopaka, który zdecydowanie nie był Peterem. Tem nie mogła powstrzymać uśmiechu.
Rozpoczęło się nabożeństwo. Modlili się do Kory, bogini płodności. To dzięki jej łasce istniało szkolenie, to ona błogosławiła dziewczęta płodnością, tak by książę mógł spłodzić męskiego potomka. To w imię Kory Tem miała ofiarować swoje ciało jako jedną z opcji dla księcia. Kora była matką wszystkich, a ludzie wierzyli, że odwiedza kobiety tuż przed porodem, by błogosławić je bezpiecznym rozwiązaniem. Dziewczyna nie wiedziała, czy w to wierzyć. Zbyt wiele kobiet umierało podczas porodu. Na przykład sama królowa. Wszyscy wiedzieli, że książę wychował się bez matki. Czyżby Kora zapomniała ją odwiedzić?
W połowie nabożeństwa nadszedł pierwszy impuls.
Zanim Tem zdążyła złapać oddech, pojawił się drugi. Ale przecież to nie mogło dziać się właśnie teraz. Nie teraz, nie obok matki, nie w kościele. Siedzenie bez ruchu było niemożliwe. Dziewczyna chwyciła się ławki i zacisnęła powieki, żeby spróbować opanować oddech.
Gdy nadszedł kolejny impuls, cicho jęknęła.
Musisz być cicho.
