Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Najtrudniej jest się obudzić, gdy nie wiesz, która z was zasnęła.
Maja nie pamięta, kiedy poznała Linę. Zna każdy szczegół jej twarzy, każdy grymas i sposób, w jaki milknie, gdy rozmowa staje się niewygodna. Lina zawsze była obok. Tyle że nikt inny jej nie widzi.
Dla matki to wyobraźnia. Dla terapeutki — mechanizm obronny. Dla Mai — jedyna osoba, przy której nie musi udawać, że wszystko jest w porządku.
Bo w szkole wystarczy krótki film, żeby stać się pośmiewiskiem. Kilkanaście sekund nagrania, setki komentarzy i upokorzenie, przed którym nie chronią nawet zamknięte drzwi własnego pokoju. Kiedy Maja coraz bardziej potrzebuje przyjaciółki, obecność Liny przestaje przynosić ukojenie.
Pojawiają się pytania o wspomnienia, którym nie można ufać. O rysunki, które budzą niepokój. I o to, co naprawdę widać w starym lustrze.
Maja chce zrozumieć, co się z nią dzieje. Boi się jednak, że odpowiedź odbierze jej ostatnią osobę, która została po jej stronie.
„Po drugiej stronie lustra” to mroczny thriller psychologiczny z grozą przenikającą codzienność.
Dosadna, niepokojąca opowieść o szkolnym hejcie, samotności i traumie, która znajduje własny sposób, by przemówić.
Zanim zajrzysz do środka, spójrz w lustro.
Czy twoje odbicie mrugnęło dokładnie wtedy, kiedy ty?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 417
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Gabriel van Robern
GVR
© Gabriel van RobernWszelkie prawa zastrzeżone.
Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana bez pisemnej zgody autora, z wyjątkiem przypadków dozwolonych przez prawo.
Wydanie pierwszeWydanie elektroniczne
Wydawca: GVRRedakcja: GVRSkład i opracowanie wersji elektronicznej: GVR
„Najtrudniej jest się obudzić,gdy nie wiesz, która z was zasnęła.”
Od Autora
Cień
Niewidoczny obserwator
Bez sensu
Kino grozy
Gabinet koszmaru
Terapia na budyniu
Konsekwencje
Cyfrowy lincz
Nieznośny ciężar bytu nastolatki
Cisza przed lustrem
Shopping i kompleksy
Hejt, zrozumienie i On
Maja 2.0
Niedzielny obiad u Thermomisia
Jadowita babka
Nowa ja wkracza na scenę
Bestie, czy już nie?
Głos z kosmosu
Coś, co nie powinno tu być
Po drugiej stronie
Kim ja jestem?
To nie koniec, prawda?
Władca cieni
On nie pozwala odchodzić
Nie oglądaj się
On zawsze tu był
Ostatni rozdział
Okładka
Spis treści
Początek powieści
Jest takie pytanie, które każdy z nas zadał sobie przynajmniej raz — zazwyczaj o trzeciej w nocy, kiedy dom milczy, a w ciszy słychać coś, co nie powinno wydawać dźwięku.
Czy ja na pewno jestem sam w swojej głowie?
Możecie się teraz uśmiechnąć i odłożyć tę książkę. Powiedzieć, że to tylko literatura. Że autor próbuje was nastraszyć, bo na tym polega jego praca. Macie do tego pełne prawo. Ale zanim to zrobicie — proszę, dokończcie tę stronę. Bo pewne rzeczy lepiej wiedzieć z wyprzedzeniem.
Religie, filozofia, nauka — w każdej szukamy odpowiedzi na pytanie, co właściwie siedzi w człowieku. Mnie w tej książce interesuje chwila, kiedy odpowiedź przestaje uspokajać. Kiedy nie pamiętamy, skąd wzięła się blizna. Kiedy ktoś zna nas doskonale, a my nie potrafimy przypomnieć sobie pierwszego spotkania. Albo kiedy w starym lustrze w przedpokoju dostrzegamy grymas, którego wcale nie zamierzaliśmy zrobić.
Czytam o ciemnej materii i wracam do jednej myśli: można nie widzieć czegoś, a jednak szukać śladów jego obecności. To nie dowód na istnienie duchów. To początek pytania, z którego mogła powstać ta powieść. Co, jeśli w pokoju zajętym przez jedną osobę jest ktoś jeszcze? Nie za szafą, nie pod łóżkiem. Bliżej. Tak blisko, że nie sposób wskazać miejsca, w którym kończy się jedno z nich, a zaczyna drugie. Wyobrażam sobie, że ten ktoś widzi nas bardzo dobrze.
A potem zaczynam podejrzewać sny. Te, które wracają po latach bez żadnego uprzedzenia: z konkretnym zapachem, skrzypnięciem drzwi, cudzą ręką na ramieniu. Po przebudzeniu trudno się ich pozbyć. Człowiek myje twarz, idzie do pracy, odpowiada na wiadomości, a pod tym wszystkim nadal słyszy tamten głos. Czy coś próbuje powiedzieć? Czy raczej to my, nie mogąc powiedzieć czegoś na jawie, wciąż musimy do tego wracać?
Jungowska zbiorowa nieświadomość podsuwa pisarzowi kuszącą możliwość: że w głowie znajduje się więcej, niż sami tam świadomie włożyliśmy. Tutaj zaczyna się moja opowieść, a nie naukowe wyjaśnienie. W ciszy przed świtem, kiedy myśl przychodzi nieproszona i brzmi tak wyraźnie, że człowiek odwraca głowę. Czy naprawdę usłyszał głos? A jeśli nie — dlaczego odpowiedział na niego szeptem, żeby nie obudzić kogoś w sąsiednim pokoju?
Dzieci miewają wyimaginowanych przyjaciół. Zostawiają im miejsce na kanapie, opowiadają o nich przy obiedzie, czasem płaczą, kiedy tamten ktoś musi już iść. Dorośli próbują zrozumieć tę zabawę. Jedni pytają, jak wygląda nowy kolega, inni sprawdzają, czy dziecko ma z kim bawić się poza domem. W tej historii zwykłe pytanie o przyjaciółkę okazuje się trudniejsze, niż można było przypuszczać.
Przyglądając się takiemu dziecku, dorosły widzi pusty kąt. Dziecko widzi kogoś, komu właśnie opowiada o swoim dniu. Wystarczy ta różnica, żeby powstał niepokój, którego nie usuwa żadne zapewnienie, że wszystko jest w porządku. Na potrzeby tej historii zostałem po stronie dziecka. Chciałem posłuchać rozmowy do końca, również tam, gdzie rozmówca milknie albo mówi coś, czego dziecko nie powinno wiedzieć.
Maja ma trzynaście lat. Chodzi do szkoły, próbuje wytrzymać do ostatniego dzwonka i nie lubi pytań dorosłych.
To historia o tym, że każdy z nas — wy też, czytelniku, właśnie ty — nosi w sobie kopię. Cień, który cierpliwie czeka po drugiej stronie lustra. Który zna każde wasze wspomnienie, każdą tajemnicę, każdy szept zostawiony na poduszce. I który czasem — szczególnie w trudnych momentach, gdy stajecie się słabsi, samotniejsi, bardziej zmęczeni — staje się zbyt ciekawy. Chce poczuć smak prawdziwego jabłka. Zapach deszczu na rozgrzanym asfalcie. Ciepło cudzego oddechu na karku.
Chce wyjść.
Clarke pisał o technologii tak zaawansowanej, że nie da się jej odróżnić od magii. Mnie pociąga inne nieporozumienie: doświadczenie tak przekonujące, że nie da się odróżnić go od wspomnienia. Nie potrzebuję do tego pożyczonego dowodu z fizyki kwantowej. Wystarczy wyobrazić sobie drugą wersję siebie — tę, której nie wypowiadamy na głos, którą uciszamy przy rodzinnym stole. Gdzie podziewa się potem? Czy wraca dopiero w snach? I co zrobi, kiedy uzna, że milczała już wystarczająco długo?
Zanim przewrócicie kartkę, zróbcie dla mnie jedną rzecz. Tylko jedną.
Spójrzcie w lustro.
Niech to będzie najbliższe, jakie macie pod ręką — ekran wyłączonego telefonu, ciemna szyba okna, woda w szklance. Patrzcie na siebie przez pełne pięć sekund. Nie odwracajcie wzroku.
Czy mrugnęło dokładnie wtedy, kiedy wy? Czy oddycha w tym samym rytmie? Czy uśmiech, który właśnie zauważyliście w kąciku jego ust, na pewno zaczął się od was?
Jeśli macie choć cień wątpliwości — ta książka jest dla was.
Za chwilę Maja zacznie opowiadać. Będzie miała swoje odpowiedzi; niektórych uczepi się tak mocno, że wszystko inne wyda jej się kłamstwem. Spróbujcie zapamiętać nie tylko to, co mówi, lecz także to, na co patrzy, kiedy milknie. Kto odsuwa krzesło. Kto otwiera drzwi. Którego imienia nie chce wypowiedzieć. W tej historii rzeczy pozornie zwyczajne potrafią niepokoić najbardziej.
Pisząc ją, najczęściej wracałem do scen, w których nikt nie krzyczy. Do dziecka siedzącego na skraju łóżka i matki zatrzymanej w drzwiach. Do wiadomości, na którą nie przyszła odpowiedź. Do rysunku schowanego pod następną kartką. Strach nie zawsze robi hałas; czasem pozwala człowiekowi spokojnie odłożyć książkę i dopiero wtedy przypomina o sobie.
Na przykład wtedy, gdy w przedpokoju trzeba minąć lustro.
Przewróćcie stronę.
Maja czeka. Jeszcze wierzy, że wie, kto jest obok niej.
Gabriel van Robern
ROZDZIAŁ 01
Nie pamiętałam pierwszego spotkania z Liną. Żadnego przedstawiania się, żadnego: „Mogę tu usiąść?”. Kiedy próbowałam cofnąć się do dnia, w którym jej jeszcze nie było, nic nie przychodziło mi do głowy. Znałam za to każdy szczegół jej twarzy i tę irytującą minę, którą robiła, kiedy czegoś nie rozumiałam. Była przy mnie. Reszta wydawała się nieważna.
Mama mówiła, że mam bujną wyobraźnię. Przeważnie wieczorem, kiedy stała w drzwiach z kubkiem i pytała, czy potrzebuję czegoś jeszcze. Na jej nocnym stoliku leżały tabletki Hydroxyzinum; czytałam nazwę, obracając pudełko w rękach, gdy nie było jej w domu. Pani Krawiec używała innych słów: „dysocjacja”, „mechanizm obronny”. W jej gabinecie pachniało lawendą, a na chuście miała drobne ptaki, które liczyłam, kiedy nie chciałam odpowiadać. Każda próbowała wyjaśnić mi Linę. Ja czekałam, aż wreszcie ktoś ją zobaczy.
Bo Lina była prawdziwa. Słyszałam jej kroki, wiedziałam, w którym miejscu łóżka usiądzie. Gdy kładła palce na mojej dłoni, chowałam rękę pod kołdrę, żeby ją ogrzać. Czasem budziłam się przed jej pierwszym słowem. Leżałam z zamkniętymi oczami i czekałam na ten cichy oddech tuż obok ucha.
* * *
Różniłyśmy się. Ja byłam za chuda; chłopaki z klasy mówili na mnie „wieszak” albo „patyczak”, zależnie od dnia. Lina miała czarne włosy, bladą twarz i nigdy nie poprawiała na sobie bluzy, nie chowała dłoni w rękawach, nie zastanawiała się, czy zajmuje za dużo miejsca. Kiedy patrzyła na mnie, czułam się tak, jakby wiedziała już, co powiem. Czasem zanim ja sama zdążyłam o tym pomyśleć.
Śmiała się, kiedy naciągałam kołdrę na uszy. Za oknem coś szurało po parapecie, na klatce trzaskały drzwi; wystarczał jeden z tych dźwięków, żebym znów usiadła. Lina nawet nie podnosiła głowy. Ciemność najwyraźniej jej nie przeszkadzała. Ja nie potrafiłam wystawić spod kołdry stopy.
— Jesteś dramatyczna — mówiła czasem, gdy zwijałam się pod kołdrą, a za oknem wiatr szarpał konarami starych świerków. — Ciemność to nie wróg. To tylko druga strona tego samego świata. Nie bój się jej.
Łatwo jej było mówić. Leżała nieruchomo, z oczami otwartymi w ciemności. Sprawdzałam je, ilekroć zapalałam lampkę. Nie mrużyła powiek. Ja musiałam zasłaniać twarz ręką.
* * *
Tamtego dnia świeciło słońce. Widoczny z mojej ławki parapet odbijał światło tak ostro, że musiałam się odwrócić, ale po kilku minutach siedzenia nadal marzły mi uda. Naciągnęłam rękawy na dłonie. Pomyślałam, że znowu źle się ubrałam. Wtedy nie miałam jeszcze innych powodów, żeby wrócić do mieszkania.
Siedziałam w swoim kącie podwórka, na ławce przy piaskownicy, z której dawno wyjęto piasek. Teraz rosły w niej chwasty i leżały niedopałki petów, które zostawiał pan Marian z parteru, bo „nie będzie chodził na drugą stronę bloku jak jakiś idiota, skoro tu bliżej”. Miałam słuchawki w uszach, ale nic nie grało — lubiłam mieć je jako tarczę, żeby nikt się do mnie nie odzywał. A Lina kręciła się obok, rozciągając się na trawie w sposób, w jaki nie potrafi tego zrobić żaden ludzki kręgosłup — jakby jej kości były z miękkiego wosku.
— Myślisz, że cień może się od nas oderwać? — zapytała nagle.
Mówiła cicho, ale słyszałam ją wyraźnie mimo szumu samochodów za blokiem. Wskazała czarną plamę u swoich stóp. Przy kostkach cień poruszał się inaczej niż trawa.
— Co? — Zaśmiałam się, ale zaraz obejrzałam własne buty. — Cień to brak światła. Tak nam tłumaczył Kowalski. Zasłaniasz światło i masz cień. Nie ma się co odrywać.
Spróbowałam przesunąć stopę. Czarna plama ruszyła za nią. Z Liną nie chciałam robić tego eksperymentu.
— Nie zawsze. — Patrzyła na mnie, nie na trawę. W jej oczach nie widziałam odbicia jasnego okna. — Czasem ma dość bycia tłem. Tego, że stoisz na nim i nawet nie spojrzysz pod nogi. Ty byś nie miała dość?
Chciałam ją zapytać, co to do cholery znaczy, bo jej gadanie stawało się coraz bardziej pokręcone, ale chrzęst żwiru przerwał tę chwilę. Odwróciłam się gwałtownie.
Nadia.
Moja koleżanka „z przymusu”. Ruda, rozczochrana, z piegami na nosie i zapachem taniego błyszczyka z Rossmanna. Marzyła o dziesięciu tysiącach followersów; raz nawet policzyła, ilu jej brakuje, i przez resztę przerwy była obrażona na cały Instagram. Mama powtarzała, że powinnam częściej wychodzić do ludzi. Jakby wystarczyło posiedzieć na ławce i od razu przestać widzieć Linę. Nadia przynajmniej nie pytała co pięć minut, czy już czuję się lepiej.
Nie była zła. Przy Kamilu czy Kubie nawet jej najgłupsze uwagi wydawały się do zniesienia. Nadia gadała za dużo, przerywała i na wszystko miała pomysł, zwykle idiotyczny. Ale w stołówce odstawiała plecak, siadała obok mnie i podkradała ziemniaki z mojego talerza. Inni z tacą w rękach szukali wolnego miejsca. To przy mnie omijali.
— Co tam, stara? Znowu gadasz do siebie? — Usiadła obok i potrąciła mnie kolanem.
Nie miałam ochoty oglądać jej piegów ani słuchać, co znowu odkryła w telefonie. Odwróciłam wzrok. Miałam wrażenie, że przyszła właśnie po to, żeby zepsuć mi resztę dnia.
— Odwal się. Odpoczywam — skłamałam, starając się nie patrzeć na Linę, która teraz stała tuż za Nadią. Niemal dotykała jej karku swoimi długimi, bladymi palcami. Jakby przymierzała się do czegoś. Jakby testowała, czy Nadia poczuje ten dotyk.
Nadia nie poczuła. Oczywiście. Nigdy nie czuła.
* * *
— Chodźmy na polanę, tam do tej starej chatki — zaproponowała Nadia, drapiąc się po kolanie, na którym miała starą bliznę po upadku z roweru. — Podobno jacyś menele tam nocują, może będzie co nagrać. Wrzucę story, zobaczysz, ile będzie polubień.
— Chatka? — Lina pochyliła się nad moim ramieniem. Na szyi poczułam chłód i odruchowo podciągnęłam kołnierz. — Nie idź tam, Maja. Tam jest coś, czego nie umiem ci nazwać. Proszę.
Pierwszy raz usłyszałam w jej głosie coś podobnego do prośby. Do strachu. Lina, która śmiała się z ciemności, która drwiła z moich lęków — teraz brzmiała jak dziecko, które zobaczyło coś za drzwiami i nie potrafi tego opisać.
Nadia już stała. Złapała mnie za rękę i pociągnęła, zanim zdążyłam wstać. Miała wilgotną dłoń. Mój rękaw zsunął się do łokcia; szarpnęłam go drugą ręką i przez chwilę nie widziałam Liny.
— No chodź, to tylko kupa próchniejących dech, czego się cykasz? — Jej oczy błyszczały tym entuzjazmem, który u Nadii mógł oznaczać wszystko — od nowej paczki chipsów po odkrycie ciała w rowie. Dla niej wszystko było „contentem”. — Przestań być takim chicken i chodź.
Ruszyłyśmy. Lina szła za nami, ale im bliżej byłyśmy lasu, tym bardziej jej sylwetka traciła ostrość. Zlewała się z wydłużającymi się cieniami drzew, jakby las ją wchłaniał, jakby odbierał mi jedyną osobę, która rozumiała, że coś jest nie tak z tym światem. Raz czy dwa odwróciłam się, żeby sprawdzić — widziałam tylko zarys, migotanie, jak obraz na starym telewizorze, który zaraz zgaśnie.
Chatka przechyliła się na jedną stronę. Na dachu rosła trawa, a dolne deski ściany były czarne od wilgoci. Może ktoś trzymał tu kiedyś narzędzia, może pracował w lesie; teraz drzwi wisiały na jednym zawiasie. Przez szparę nie widziałam wnętrza. Coś skrobało w środku. Przyłożyłam ucho do framugi, ale dźwięk umilkł.
— Idziemy! — Nadia przecisnęła się obok mnie i wbiegła do środka. Jeszcze przez chwilę widziałam jej rude włosy. Potem zniknęły za framugą. Nie zdążyłam nawet poprosić, żeby poczekała.
Lina złapała mnie za ramię. Jej dotyk był jak dotyk lodu — nie zimny, nie, to za słabe słowo. Palący. Jakby ktoś przyłożył mi do skóry zamrożony metal.
— Nie wchodź, Maja — powiedziała, a każde słowo brzmiało jak oddzielne ostrzeżenie. — Tam czeka Cień, który nie należy do nikogo.
— Dlaczego? — spytałam, patrząc jej w te puste oczy. — Co tam jest?
— Bo tam jest za blisko — wyszeptała. — Nie umiem ci tego inaczej powiedzieć. Stąd możesz jeszcze odejść. Z tamtej strony może ci nie pozwolić.
Nadia zawołała mnie z głębi mroku. Jej głos brzmiał teraz inaczej — jakby był przepuszczony przez grubą warstwę waty. Jakby krzyczała przez wodę.
Zrobiłam krok. Za mną Lina wyszeptała ostatnie ostrzeżenie:
— Nie idź.
Weszłam.
* * *
Drzwi zatrzasnęły się za mną. Szarpnęłam się na ten huk, ale nie odwróciłam głowy. Nadia była gdzieś przede mną.
Pachniało wilgotnym drewnem i czymś metalicznym, co osiadało na języku. Krew? Wolałam uznać, że rdza. Przez szczeliny w deskach wpadały wąskie pasma światła. W jednym z nich zobaczyłam kurz poruszony moim krokiem; dalej, choć wysilałam wzrok, nie mogłam rozpoznać nawet ściany. Oddychałam przez usta, żeby nie czuć tego zapachu.
— Nadia?
Odpowiedzi nie było. Powiedziałam jej imię jeszcze raz, ciszej, bo za pierwszym zabrzmiało za głośno w tym małym pomieszczeniu.
Czekałam. Nic nie zaszeleściło, nie skrzypnęła ani jedna deska. Próbowałam usłyszeć szum lasu za ścianą i nie mogłam. Nawet kiedy przycisnęłam język do podniebienia, żeby uciszyć własny oddech.
Pod butami miałam suche liście. Przesuwałam stopy ostrożnie, ale każdy krok chrzęścił. Stanęłam i odczekałam, aż ten dźwięk przebrzmi. Potem ruszyłam znowu. Wolałam już robić hałas niż stać tutaj bez Nadii i nasłuchiwać.
Zauważyłam go wtedy.
Cień na ścianie. Zbyt długi. Zbyt czarny. Nie kończył się tam, gdzie powinien — nie przy podłodze, nie przy kącie, gdzie ściana spotykała się z sufitem. Pełzł dalej, wyginając się po suficie w kształt, który nie miał nic wspólnego z anatomią człowieka. Miał za dużo kątów. Za dużo stawów. Wyglądał jak postać narysowana przez dziecko, które jeszcze nie wie, jak wyglądają prawdziwi ludzie, ale już wie, czego powinno się bać.
— Jej już nie ma — usłyszałam szept.
Szept dobiegł spoza pasma światła. Niski, chropawy; poczułam go w zębach, zanim zrozumiałam słowa. Nie poznałam w nim głosu Nadii. Nie przypominał niczego, co przed chwilą słyszałam na zewnątrz.
Odwróciłam się, ale za mną była tylko pustka. A potem znalazłam Nadię.
Stała w drugim pomieszczeniu. Twarzą do ściany. Nieruchoma jak manekin w witrynie sklepowej, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, z głową lekko przechyloną, jakby nasłuchiwała czegoś w betonie. Długi, oleisty cień wychodził prosto z jej kręgosłupa — nie z jej stóp, jak normalny cień — z kręgosłupa, wijąc się jak pępowina, jak sznur, jak smycz podłączona do samego mroku.
— Nadia? — szepnęłam, choć każda komórka mojego ciała wrzeszczała, żeby uciekać. Nogi miałam jak z betonu. Serce waliło tak głośno, że byłam pewna, że to coś — cokolwiek to było — słyszy każde uderzenie i liczy je, jakby sprawdzało, ile mi jeszcze zostało.
Kiedy się odwróciła, jej twarz była tylko maską.
W oczach Nadii nie widziałam białek ani źrenic. Tylko czerń, także w tym oku, na które padało światło ze szczeliny. Przed godziną patrzyła tak, kiedy próbowała mnie do czegoś namówić: szeroko otwarte oczy, głowa przechylona na bok. Teraz nie mrugała. Szukałam na jej twarzy piegów, znajomego grymasu, czegokolwiek.
Uśmiechnęła się. Kąciki jej ust uniosły się tak wysoko, że niemal rozdzierały skórę na policzkach.
— On tu jest — zachrypiała głosem, który nie należał do żadnej trzynastolatki. — Bo szuka ciebie. Ty też nie jesteś stąd.
Jej słowa uderzyły mnie z siłą fizycznego ciosu. Cofnęłam się o krok, a pod moją stopą coś chrupnęło — nie chciałam wiedzieć, co to było.
Wtedy cień wystrzelił.
Cień znalazł się między nami, zanim zdążyłam zrobić następny krok. Nie widziałam, jak odrywa się od ściany. Po prostu zasłonił światło. Zimno przeszło przez bluzę i kurtkę; zacisnęłam szczęki, ale zęby nadal o siebie uderzały. Za Nadią nie było już widać framugi.
Lina pojawiła się znikąd.
Złapała mnie za rękę. Jej przerażenie — to Liny przerażenie — było jedyną rzeczą, która wydawała mi się teraz prawdziwa. Jedynym dowodem, że to, co się działo, nie było kolejnym odlotem mojej spierdolonej psychiki, jak twierdził każdy dorosły, którego znałam.
— Biegnij! — krzyknęła, a jej głos pękł jak szkło o beton.
* * *
Wypadłyśmy z chatki. Zahaczyłam butem o korzeń i Lina szarpnęła mnie w górę, zanim upadłam. Pachniało żywicą, mokrą ziemią i tym ostrym zapachem, który czuje się po burzy. Biegłam, nie osłaniając twarzy. Gałąź zahaczyła o ucho, druga przecięła policzek. Nie zwolniłam. Jej ręki trzymałam się tak mocno, że nie czułam własnych palców.
Chatka została w tyle. Ale kiedy odwróciłam się — bo odwróciłam się, chociaż wiedziałam, że nie powinnam — Nadia stała w progu. Patrzyła na nas tymi pustymi oczami. Jej usta poruszały się, formując słowa, które dotarły do mnie dopiero po kilku sekundach, jakby dźwięk podróżował wolniej niż powinien:
— Nie uciekniesz przed własną naturą.
A potem czarna fala cienia po prostu ją wessała. Nie połknęła — wessała, jak odkurzacz wciąga papierowy skrawek. Zniknęła. Jakby nigdy nie istniała. Jakby nigdy nie siedziała obok mnie na ławce, nie wklejała mi głupich naklejek do zeszytu, nie nawijała o swoim kocie.
Po Nadii został tylko zapach ozonu i cisza tak głęboka, że słyszałam w niej bicie własnego serca.
* * *
Obudziłam się z krzykiem uwięzionym w gardle.
Kołdra lepiła mi się do brzucha. Siedziałam we własnym łóżku, oddychając z otwartymi ustami. Serce nie zwalniało. Sprawdziłam ścianę, biurko, stertę ubrań na krześle. Wszystko na miejscu. Przez roletę wpadały cienkie paski księżycowego światła; jeden przecinał nogę krzesła dokładnie tam, gdzie wcześniej widziałam cień.
To tylko sen. To tylko sen. To tylko pieprzony sen.
Powtarzałam to, żeby usłyszeć własny głos. Oddech urywał się w połowie zdania. Usiadłam wyżej, oparłam plecy o ścianę i spróbowałam chwycić kołdrę. Ręce trzęsły mi się tak, że dopiero za drugim razem trafiłam palcami w jej brzeg. Nie chciałam wołać mamy. Jeszcze nie.
Spojrzałam na szkicownik leżący na nocnym stoliku. Otworzyłam na ostatniej stronie, na której rysowałam wczoraj wieczorem — rysowałam, bo pani Krawiec mówiła, że „rysowanie pomaga wyrażać emocje”, jakby moje emocje dało się zamknąć w kredkowych konturach.
Ostatni rysunek. Trzy dziewczynki trzymające się za ręce. Ja, Lina i Nadia. Uśmiechnięte. Kolorowe. Takie, jakimi byłyśmy — albo chciałam, żebyśmy były — zanim wszystko zaczęło się sypać.
Ale w tle, tam gdzie wcześniej był tylko niewyraźny bohomaz, bazgroł z niebieskiej kredki imitujący niebo — teraz widniała postać.
Wysoka. Bez twarzy. Z palcami długimi jak szpony.
Nie rysowałam jej.
Przysięgam na wszystko — nie rysowałam jej.
Zatrzasnęłam szkicownik i rzuciłam go na drugi koniec łóżka. Upadł otwarty, kartkami do dołu. Nie chciałam go podnosić. Ręce znowu zaczęły mi drżeć.
Podeszłam do okna. Mogłam sprawdzić, czy na ławce nikogo nie ma, i wrócić do łóżka. Tylko tyle. Oparłam kolano na kaloryferze, żeby podciągnąć roletę bez hałasu. Chłód szyby poczułam na czole, zanim zdążyłam zajrzeć na podwórko.
Przy furtce leżało coś białego. Kwiat, pomyślałam. Mały, jasny punkt na ciemnej ziemi. Na podwórku rosły pokrzywy i podeptane stokrotki; pan Marian wycinał je starą kosą, dopiero kiedy dosięgały ławki. Ten kwiat miał inne płatki. W świetle księżyca nie potrafiłam policzyć, ile ich jest. Nie pamiętałam, żebym widziała go tam wieczorem.
Wyglądał jak zaproszenie.
Albo jak ostrzeżenie.
Przyglądałam mu się, aż rozbolały mnie oczy. Nie umiałam stwierdzić, czy rzeczywiście jest kwiatem. Na dół nie zejdę. Nie o tej godzinie.
* * *
Wróciłam do łóżka. Kołdra nadal była wilgotna, więc odwróciłam ją i podciągnęłam kolana pod brodę. Patrzyłam na okno. Nie mogłam znaleźć takiego miejsca na poduszce, z którego nie byłoby widać światła pomiędzy listwami rolety.
Gdzieś na korytarzu mama kaszlnęła przez sen. Za ścianą sąsiad puścił wodę w kiblu. Świat żył sobie dalej, jakby nic się nie stało. Jakby nikt nie zniknął. Jakby cień na suficie chatki był tylko grą światła i tyle.
Ale ja wiedziałam lepiej.
I jedno było pewne — tej nocy już nie zasnę.
A jutro będę musiała wstać, zjeść owsiankę i iść do szkoły. Kamil nazwie mnie wariatką, Kuba zapyta, czy Lina mi dzisiaj odpisała. Będę siedzieć cicho. Tak robiłam najczęściej: miałam trzynaście lat, a oni już wiedzieli o mnie wszystko, co chcieli wiedzieć.
Zacisnęłam oczy.
W ciemności pod powiekami zobaczyłam twarz Nadii. Tę prawdziwą — rudą, roześmianą, z piegami i resztkami błyszczyka na dolnej wardze. A potem tę drugą. Tę z pustymi oczami i uśmiechem, który rozdzierał jej twarz.
Nie uciekniesz przed własną naturą.
Naciągnęłam kołdrę na głowę i czekałam na rano, które — miałam nadzieję — przyniesie przynajmniej kilka godzin normalności.
Nie przyniosło.
ROZDZIAŁ 02
Rano miałam w ustach sucho. Przez chwilę nie otwierałam oczu. Słyszałam samochody i szuranie mamy w kuchni, ale czekałam na inny dźwięk. Ten z chatki. Kiedy wreszcie uniosłam powieki, najpierw zajrzałam pod krzesło. Leżały tam skarpetki, które rzuciłam przed snem. Nic więcej.
Słońce wpadało przez roletę prosto na poduszkę. Odwróciłam się do ściany. W dziennym świetle wszystko powinno wyglądać zwyczajnie: szkicownik, rysunek, podwórko. Chciałam znowu w to wierzyć. Jeszcze przez chwilę nie sprawdzałam ostatniej strony ani furtki, jakby odkładanie tego mogło coś zmienić.
Przeleżałam tak z dziesięć minut, gapiąc się w sufit i katalogując pęknięcia w tynku, których wcześniej nie zauważałam. Jedno wyglądało jak drzewo. Drugie jak ręka z za dużą ilością palców. Zamknęłam oczy, otworzyłam je. Pęknięcie nadal wyglądało jak ręka.
Super. Dzień zapowiadał się świetnie.
* * *
Mama kroiła jabłko. Szary szlafrok miała zmechacony na łokciach, na lewym rękawie tę samą starą plamę po kawie, której nie mogła doprać. Włosy ściągnęła ciasno; przy skroni wystawał kosmyk, który co chwilę odgarniała nadgarstkiem. Nóż stukał o deskę. Znałam kolejność: jabłko, owsianka, kubek, spojrzenie na zegar. Wszystko bez chwili przerwy.
Na stole czekała miska owsianki. Szara maź o konsystencji tapety. Obok szklanka soku, który miał kolor zakreślacza i smakował jak rozcieńczony płyn do mycia naczyń z dodatkiem cukru, żeby udawał coś zdrowego.
— Wstawaj, Majka, bo znowu się spóźnisz. Wiecznie cię usprawiedliwiać nie będę — rzuciła, nawet na mnie nie patrząc.
Mówiła coś jeszcze. Nie słuchałam. Potrzebowała odpowiedzi na jedno z porannych pytań, pewnie o strój na wuef albo o klucze. Zwykle wystarczało przytaknąć. Tym razem chciałam, żeby sama przerwała, spojrzała na mnie i zapytała inaczej. Nie wiedziałam, jak jej to powiedzieć bez kolejnej rozmowy o spaniu.
Usiadłam. Mama spojrzała na mnie znad jabłka, potem na moje ręce. Znałam ten sposób sprawdzania: twarz, nadgarstki, czy mam rozpiętą bluzę. Szukała śladów płaczu albo czegoś niepokojącego, jak mówiła pani Krawiec. Nie chciałam dać jej niczego do znalezienia. Zsunęłam dłonie pod stół i sięgnęłam tylko po łyżkę.
— Wyglądasz, jakbyś nie spała od tygodnia. Znowu siedziałaś w telefonie?
— Nie, mamo. Po prostu… słabo się czułam — skłamałam.
Owsianka smakowała jak mokry karton. Każda łyżka była małym aktem woli. Mama mówiła coś jeszcze o kartkach na wycieczkę szkolną, o tym, że trzeba zapłacić za obiad w stołówce, i o tym, że tata dzwonił — oczywiście nie do mnie, tylko w sprawie alimentów. Jak co miesiąc. Jak co pieprzony miesiąc.
Ojciec miał nową żonę i nowe dziecko. O mnie przypominał sobie przy ustalaniu weekendu albo wtedy, kiedy mama pisała o pieniądzach. Wiedziałam, że ma mój numer. Wyświetlał się przecież na jego telefonie, gdy dzwoniłam. Czasem nie odbierał, czasem pisał: „Oddzwonię”. Patrzyłam potem na ekran, dopóki nie gasł.
— Jedz, nie mieszaj w kółko. — Mama spojrzała na miskę.
Też miała podkrążone oczy. Wiedziałam, że źle spała, lecz nie chciałam myśleć o tym tak samo jak o moim spaniu. Ona miała rachunki, pracę, telefon do ojca. Nie miała Liny przy poduszce ani Cienia, którego trzeba było znaleźć wzrokiem przed wystawieniem stóp z łóżka. Spróbowałam nabrać następny kęs. Owsianka spadła z łyżki, zanim podniosłam ją do ust.
Zjadłam trzy łyżki. Wstałam. Mama nawet nie zauważyła, że miska jest prawie pełna.
* * *
Na zewnątrz było chłodno. Przy chodniku stał autobus; kiedy ruszył, dym poleciał prosto na mnie. Dalej pachniało mokrymi sosnami. Szklarska Poręba budziła się jak co dzień: dostawa przy sklepie, dwa psy szarpiące smycze, ktoś niosący pieczywo w cienkiej torbie. Patrzyłam na te rzeczy, bo ich cienie przynajmniej potrafiłam rozpoznać. Niebo było prawie białe.
Na rogu, przy kiosku pana Kowala, który sprzedawał gazety i gumy do żucia ludziom, którzy kupowali wyłącznie papierosy, stała Nadia. Ruda, rozczochrana, z nosem w jakiejś książce — pewnie znowu ten romans o wampirach, który „jest o uczuciach, a nie o krwi, stara, no serio”. Wyglądała tak normalnie, tak zwyczajnie, tak bezpiecznie, że przez chwilę poczułam do niej fizyczną zazdrość. Zazdrość tak ostrą, że aż bolała pod żebrami.
— Stara! No w końcu. Myślałam, że zasnęłaś na kiblu. — Nadia zamknęła książkę i wsunęła ją pod pachę.
Uśmiechnęła się tak szeroko, że przez moment chciałam zapytać ją o chatkę. Potem przypomniałam sobie jej twarz ze snu. Nie mogłam zacząć od tego pytania.
— Nie, po prostu system mi się długo ładował — mruknęłam i ruszyłyśmy.
Nadia nawijała. O swoim kocie Burku, który znów obsikał dywan. O nowym edicie na TikToku, który „zrobił milion wyświetleń i to jest totalnie iconic”. O tym, że matka znowu kazała jej sprzątać w szafie, bo „przyjeżdża babcia i nie może zobaczyć, jaki burdel”. Słuchałam jej jednym uchem, bo drugie wyłapywało dźwięki, których nie powinno tu być — szelesty w krzakach, które nie mogły być wiatrem, bo wiatr nie szeleścił w jednym miejscu przez trzydzieści sekund, a potem nagle milkł.
— Serio, wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha — stwierdziła Nadia, zerkając na mnie z ukosa. Jej piegi ruszały się, kiedy marszczyła nos. — Może jakiś challenge? Wiesz, takie „nie śpij całą noc i nagraj jak walisz twarzą o stół”? Bo to byłoby viral.
— To tylko brak snu i ten cały szkolny brainrot — ucięłam.
Sprawdzałam cienie płotu, latarni, drzew. Jeden dochodził do krawężnika, drugi zatrzymywał się przy moim bucie. Powinny zmieniać się, kiedy szłyśmy, i zmieniały się. Mimo to patrzyłam za długo w miejsca, gdzie były najciemniejsze. Za każdym razem musiałam unieść głowę, żeby przypomnieć sobie, co je rzuca. Nadia mówiła dalej, a ja nie wiedziałam już, na które zdanie mam odpowiedzieć.
* * *
Szkoła przywitała nas hałasem, który był jak uderzenie patelnią w głowę.
W korytarzu pachniało perfumami, potem i kanapką, którą ktoś zostawił w szafce. Jedna z jarzeniówek migała; pod nią twarze wyglądały na szare. Buty piszczały na linoleum, drzwi klas trzaskały, ktoś przeciągał zamek plecaka tam i z powrotem. Próbowałam przejść między tymi wszystkimi ludźmi tak, żeby o nikogo nie zahaczyć.
Kamil stał na środku korytarza. Zobaczyłam go za późno, żeby zawrócić. Mogłam jeszcze udać, że szukam czegoś w plecaku, ale już podnosił telefon.
Kamil Szymański. Fryzura, która wyglądała, jakby polizała go krowa. Ego większe niż całe Karkonosze. I ten telefon — zawsze w ręku, zawsze nagrywający, zawsze gotowy zrobić z kogoś mema. Otaczała go armia „sigm”: Kuba, Bartek i Paweł — trzech chłopaków, którzy sami z siebie nie mieli odwagi nawet głośno pierdnąć, ale w stadzie czuli się jak wilki. Kuba z tym swoim wiecznym uśmiechem, który nie sięgał oczu. Bartek z rękami w kieszeniach i wzrokiem, który skanował korytarz w poszukiwaniu ofiary jak dron w poszukiwaniu celu. Paweł — ten najcichszy, który śmiał się ze wszystkiego, bo bał się, że jeśli przestanie, to on będzie następny.
— Ej, patrzcie, idzie Schizofreniczka! — wrzasnął Kamil, a jego głos przebił się przez szum korytarza jak alarm pożarowy.
Kumple zarechotali. Tym swoim bezmyślnym, stadnym śmiechem, który nie wynikał z poczucia humoru, tylko ze strachu przed byciem po niewłaściwej stronie żartu. Kilka osób na korytarzu obejrzało się, ale nikt nie zareagował. Nikt nigdy nie reagował. To była niepisana zasada tej szkoły: jeśli to nie ty dostajesz, stoisz cicho i cieszysz się, że tym razem ominęło.
— Co tam, wariatko? Nadal gadasz do siebie? — kontynuował Kamil, pochylając się w moją stronę z telefonem wycelowanym jak broń. Czerwona kropka nagrywania migała na ekranie.
Serce mi zamarło. Każdy mięsień w moim ciele chciał uciec — do klasy, do łazienki, gdziekolwiek. Ale nogi się nie ruszyły. Stałam jak zamrożona, czując, jak twarz mi płonie, jak żołądek podchodzi do gardła, jak wszystko we mnie kurczy się w małą, twardą kulkę wstydu.
— Odłóż ten telefon, debilu — rzuciła Nadia, stając między mną a obiektywem. — Nie słyszysz, że nie chce?
Patrzyłam na jej plecy. Mówiła głośno, bez tego drżenia, które zdradzało mnie przy pierwszym słowie. Chciałam umieć tak stanąć. Nie przepraszać samym wyglądem, że zajmuję miejsce na korytarzu.
Kamil pokazał zęby. Nawet nie spojrzał na ekran, tylko przesunął telefon za moją twarzą, kiedy próbowałam odwrócić głowę. Wiedział, że nie wejdę do klasy, dopóki nie zrobi mi miejsca.
— Majka, nie chowaj się. — Kamil uniósł telefon nad moim ramieniem. — Dawaj Sigma Face! Pokaż nam te swoje urojenia! Co, Lina ci dzisiaj nie odpisała? A może cię rzuciła?
Kuba parsknął śmiechem. Bartek pokiwał głową, jakby to było najzabawniejsze, co słyszał w życiu. Paweł — ten cichy, ten najgorszy — stał z tyłu i filmował swoim telefonem. Dwa telefony. Dwa kąty. Żaden ze mnie nie schodził.
— Serio nie masz co nagrywać? — Nadia przesunęła się bliżej mnie. — Idź sobie robić te swoje miny.
Kamil nie odpowiedział. Trzymał telefon dalej, jakby nic nie usłyszał. Wbiłam wzrok w klamkę za jego ramieniem. Gdybym była przy niej, mogłabym już wejść.
Zacisnęłam usta. Bolały mnie skronie i szczęka, dłonie miałam mokre. Chciałam wyrwać mu telefon, ale widziałam też drugi, w rękach Pawła. Nagraliby sam moment, w którym rzucam się na Kamila. Znów ja wyglądałabym jak wariatka. Stałam więc i czekałam, aż skończą. Próbowałam nie dać im nawet łez.
„Wariatka”, „psycholka”, „schizofreniczka”. Nie musieli wymyślać nic nowego. Jedno słowo i już wiedzieli, kiedy się roześmiać. Wystarczył mój głos na nagraniu, twarz, próba ominięcia ich. Paweł potem wybierał najgorszy moment i wrzucał. Nie znałam wszystkich ludzi, którzy dawali pod nim serduszka. Oni też nie znali mnie.
Chciałam, żeby po prostu zniknęli. Rozpłynęli się w powietrzu jak dym z e-papierosa. Ale nie zniknęli. Stali tam, rechocząc, filmując, istniejąc — i to było najgorsze. Że oni mogli stać i rechotać, a ja nie mogłam nawet powiedzieć głośno, co czuję, bo wiedzieli, że im się nie postawię. Wiedzieli, że jestem cicha. Że jestem Maja-wieszak-na-kości, Maja-która-gada-do-siebie, Maja-która-nic-nie-zrobi.
— Spierdalaj, gnomie — rzuciłam przez zęby, tak cicho, że pewnie tylko Nadia usłyszała. I weszłam do klasy, czując na plecach ich wzrok jak fizyczny ciężar.
* * *
Lekcje ciągnęły się jak nieskończony tutorial w nudnej grze, w której nie można pominąć cutscenki.
Na historii pani Koryncka — kobieta o głosie tak monotonnym, że mogłaby usypiać ludzi na odległość — mówiła o mitach starożytnej Grecji. O potworach, bogach i herosach. O Minotaurze uwięzionym w labiryncie, o Meduzie, której spojrzenie zamieniało ludzi w kamień. Słuchałam jednym uchem i myślałam, że starożytni Grecy mieli łatwiej. Ich potwory miały przynajmniej imiona i instrukcję obsługi: utnij głowę, nie patrz w oczy, użyj miecza. Moje potwory nie mieściły się w żadnym micie.
I wtedy zobaczyłam to.
Między regałem z atlasami a ścianą przesunęła się ciemna plama. Nie tak, jak przesuwałby się ktoś, kto wstał z ławki. Jej brzeg falował po tynku, przy listwie zrobił się grubszy. Patrzyłam, dokąd dojdzie. Mogła być cieniem gałęzi za oknem, ale szła w przeciwną stronę. Przy samej szafie zatrzymała się na wysokości mojej twarzy.
Zamrugałam. Plama zniknęła.
Ale w uszach czułam dziwne ciśnienie — jak przed burzą, jak ten moment, kiedy w samolocie zaczyna spadać ciśnienie i uszy ci się zatykają. I zapach. Ledwo wyczuwalny, ale znajomy. Ozon. Ten sam, co w chatce. Ten sam, co na podwórku w nocy.
— Stara, weź się ogarnij — szepnęła Nadia, która siedziała obok i bazgrała mi w zeszycie małe fiutki z podpisem „Kamil”. — Zbladłaś jak kreda. Zaraz ci idioci pomyślą, że naprawdę widzisz duchy.
Nie widziałam duchów. Duchy to były stworzenia z bajek — przezroczyste, zabawne, machające łańcuchami jak w tandetnych horrorach. To, co widziałam, nie było duchem. Nie wiem, czym było. Ale było tam i patrzyło na mnie oczami, których nie miało.
— Nic mi nie jest. Po prostu duszno tu — skłamałam. Kolejne kłamstwo dorzucone na stos. Zaczynam tracić rachubę.
* * *
Wracałyśmy przez wąski park między szkołą a osiedlem. Zwykle przechodziło się tam szybko. Na ławkach siedzieli starsi chłopcy, palili, pluli pod nogi i wołali za dziewczynami. Nigdy nie wiedziałam, czy udawać, że nie słyszę, czy obejrzeć się, żeby nie ruszyli za mną. Nadia mówiła, żeby się nie oglądać.
Dziś ławki były puste. Park wydawał się inny. Drzewa kołysały się na wietrze, ale ich gałęzie nie wyglądały jak gałęzie — wyglądały jak chude ramiona kogoś, kto próbuje nas złapać za plecak. Cienie pod nimi były zbyt ciemne, zbyt ostre, jakby ktoś obrysował je markerem.
— Wiesz… — powiedziała nagle Nadia, kopiąc kamień, który potoczył się po alejce z suchym stukiem. — Czasem ten park jest naprawdę strasznie creepy. Jakby drzewa miały nas dosyć i tylko czekały, aż się odwrócimy.
Nie spodobało mi się, że powiedziała to pierwsza. Właśnie patrzyłam na gałąź zwieszoną nad alejką; mogłabym przejść pod nią bez schylania głowy, a jednak się schyliłam. Nadia zauważyła i zatrzymała nogę nad następnym kamieniem. Czekała, czy też obrócę to w żart.
— Może po prostu mają dość bycia tłem — powiedziałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Nadia spojrzała na mnie dziwnie.
— Co?
— Nic. Zapominaj.
Ale ona nie zapomniała. Widziałam, jak zerka na mnie kątem oka przez resztę drogi, jakby próbowała dopasować moje słowa do jakiegoś wzoru, który jej się nie zgadzał.
* * *
Wieczorem sprawdziłam zamek w drzwiach wejściowych. Raz przekręciłam klucz, potem jeszcze nacisnęłam klamkę. Z mieszkania dochodziły znajome dźwięki, ale przy każdym trzasku na klatce znów odwracałam głowę. Nie powiedziałam mamie, co robię. Nie chciałam, żeby musiała wstawać i sprawdzać razem ze mną.
Mama oglądała jakiś serial w salonie. Słyszałam stamtąd stłumione dialogi i od czasu do czasu jej śmiech — krótki, suchy, zmęczony, jakby śmiała się z obowiązku, a nie z radości. Zamknęłam się w pokoju.
Siedziałam w łóżku, z kolanami podciągniętymi pod brodę, a księżyc — blady i nienaturalnie wielki — gapił mi się prosto w twarz przez szpary w roletach. Nie dało się od niego uciec. Był jak reflektor wycelowany prosto w moje okno, jakby ktoś tam na górze chciał się upewnić, że wszystko widzę.
Lina siedziała na parapecie. Wyglądała jak wycięta z białego papieru — nierealna i piękna w ten przerażający sposób, w jaki piękne są rzeczy, które nie powinny istnieć. Jej oczy lśniły jak ekrany telefonów w ciemnym pokoju, zimnym, niebieskim światłem.
— Księżyc wszystko widział — szepnęła, a jej głos był jak dotyk szronu na szybie. — Widział, jak ten mrok stał w twojej klasie. Jak słuchał ich śmiechu. Jak karmił się każdym „wariatko”, każdym „schizofreniczko”, każdym nagraniem, które wrzucili na story.
— Przestań, Lina — mruknęłam, wbijając wzrok w kołdrę. — To tylko moja głowa. Tak mówi psycholog. Tak mówi mama. To stres, projekcja, dysocjacja, czy jak tam oni to nazywają. Wymyśliłam sobie ciebie, bo nie umiem sobie radzić z rzeczywistością. Tak jest w aktach. Czytałam, kiedy mama zostawiła teczkę na stole.
Znałam te słowa z teczki. Mogłam powtórzyć je po kolei, nawet teraz, półgłosem. Lina stała na parapecie i słuchała. Nie znikała po żadnym z nich. Zaczęłam skubać nitkę przy brzegu kołdry, żeby nie musieć patrzeć, jak unosi brwi.
— Twoja mama nie widzi nic poza blatem w kuchni i kolejnym dniem, który musi przetrwać — Lina zeskoczyła z parapetu. Lekka jak piórko. Bezszelestna. Jej bose stopy nie dotknęły podłogi — zatrzymały się milimetr nad nią, jakby grawitacja bała się jej dotknąć. — On tam był, Maja. Na korytarzu. W klasie. Czekał. Karmił się ich śmiechem. Strach i nienawiść to dla niego darmowy bufet. On czeka w każdej szczelinie tego świata — w cieniach pod ławkami, w kątach, które omiatasz wzrokiem, ale nigdy nie patrzysz w nie naprawdę.
— Pieprz się ze swoim poetyckim gadaniem — syknęłam, ale głos mi drżał. Bo wiedziałam, że ma rację. Widziałam ten mrok w klasie. Czułam go. Nie dało się tego wytłumaczyć brakiem snu ani telefonem, który trzymam za blisko oczu przed snem.
Podeszłam do okna. Nie chciałam. Nogi same mnie zaniosły — przyciągane tym samym chorobliwym magnesem, co wczoraj.
I serce mi stanęło.
Na dole, przy samej furtce, stało coś, co nie miało prawa tam być.
Miało ręce prawie do kolan. Stało pod latarnią i nie poruszało się, choć światło migało. Nie widziałam kurtki, butów, nawet granicy między nogami a ziemią. Wpatrywałam się w miejsce, gdzie powinien być jego cień. Cała sylwetka była tak samo czarna. Kiedy latarnia znów przygasła, nadal umiałam wskazać, gdzie stoi.
I gapiło się prosto w moje okno.
Nie widziałam twarzy. Próbowałam znaleźć jej jaśniejszą plamę nad ramionami, odróżnić głowę od kaptura. Nic. Mimo to wiedziałam, w które okno patrzy. Cofnęłam się, aż łydkami dotknęłam łóżka. Z tego miejsca już nie widziałam furtki, ale nie przestałam czuć jego wzroku.
— Widzisz go teraz? — szept Liny był jak zimny powiew na karku, od którego stają wszystkie włoski.
— Zamknij okno! — syknęłam, choć było zamknięte. Szarpnęłam klamkę, dokręcając ją tak mocno, jak się dało, i ściągnęłam roletę, która huknęła o parapet jak miniaturowy grzmot. Moje dłonie trzęsły się tak bardzo, że ledwo trafiłam w sznurek. Palce ślizgały się po plastiku, mokre od potu.
— To nie pomoże — mruknęła Lina, siadając na skraju mojego łóżka. Materac nie ugiął się pod jej ciężarem, bo Lina nie miała ciężaru. — Drzwi i okna to tylko sugestia dla kogoś, kto nie ma ciała. To jak próba zamknięcia wiatru w słoiku.
* * *
Nagle usłyszałam pukanie.
Nie do okna. Do drzwi mojego pokoju. Trzy ciche, miarowe uderzenia. Puk. Puk. Puk. Odliczone jak metronom.
Przez sekundę — jedną długą, rozciągniętą sekundę — pomyślałam, że to ono. Że przeszło przez ściany, przez klatkę schodową, przez drzwi wejściowe, i teraz stoi po drugiej stronie mojego pokoju i puka grzecznie, jakby to miało cokolwiek zmienić.
Drzwi otworzyły się i stanęła w nich mama.
Pachniała płynem do płukania i herbatą z miodem. Wyglądała tak boleśnie normalnie — w swoich dresowych spodniach i za dużej koszulce z napisem „Najlepsza Mama”, którą dostała ode mnie na Dzień Matki trzy lata temu — że niemal chciało mi się wyć. Bo normalność w tym momencie wydawała się czymś niemożliwie cennym i niemożliwie dalekim.
— Majka, dlaczego jeszcze nie śpisz? Słyszałam, jak szarpiesz te rolety, aż ściany chodzą.
— Miałam koszmar, mamo — powiedziałam. To nie było do końca kłamstwo. — Przestraszyłam się cienia na podwórku. Znowu.
Mama usiadła. Materac zapadł się i zsunęłam się trochę w jej stronę. Położyła mi dłoń na głowie; pachniała kremem i płynem do naczyń. Nie cofnęłam się. Chciałam, żeby została tak dłużej, zanim powie mi, co powinnam zrobić, żeby zasnąć.
— To tylko wyobraźnia, kochanie — powiedziała tym swoim głosem do uspokajania, który miała wyćwiczony do perfekcji przez ostatnie lata wizyt u psychologów i pielęgniarek. — Ten cały hejt w internecie, te głupie żarty w szkole… to cię wykańcza. Jutro rano wszystko będzie wyglądać inaczej. Wypij trochę wody i spróbuj zasnąć. Nie daj się tym durniom z klasy wpędzić w paranoję.
Chciałam jej powiedzieć. Chciałam otworzyć usta i powiedzieć: mamo, to nie paranoja. Coś stoi przy naszej furtce. Coś było w mojej klasie. Coś wessało Nadię w chatce, którą widziałam we śnie, który nie był snem, który…
Ale co bym usłyszała? „To stres, kochanie”. „Weźmiesz tabletkę i będzie dobrze”. „Może trzeba zwiększyć dawkę”.
Więc nie powiedziałam nic. Skinęłam głową. Pozwoliłam się pogłaskać. Udałam, że jej dotyk wystarczy.
Kiedy wyszła i zamknęła za sobą drzwi — cicho, ostrożnie, jak zamyka się drzwi do pokoju chorego — Lina patrzyła na mnie z politowaniem. Jej sylwetka drżała w świetle, które wpadało spod drzwi, jakby miała problemy z utrzymaniem formy.
— Nie powiedziałaś jej prawdy — stwierdziła. To nie było pytanie.
— A co miałam powiedzieć? — odszepnęłam. — Że potrzebuję egzorcysty zamiast psychologa? Że ten debil Kamil ma rację i jestem wariatką? Że widzę postać pod furtką, mrok w klasie, cienie, które nie powinny istnieć? Mamo, wiesz co, może jednak oddaj mnie na oddział zamknięty, bo twoja córka naprawdę jest spierdolona?
Lina nie odpowiedziała od razu. Przez chwilę tylko stała i patrzyła na mnie tymi swoimi oczami — głębokimi, czarnymi, pełnymi czegoś, czego nie potrafiłam nazwać. A potem, bez słowa, wślizgnęła się pod kołdrę.
Pościel przy Linie zrobiła się zimna. Przesunęłam nogi, ale nie odsunęłam się od niej. Mama mówiła, że rano będzie lepiej. Pani Krawiec, że to stres. Lina nie obiecywała ani jednego, ani drugiego. Bałam się tego, co mówi, a mimo to właśnie jej chciałam teraz słuchać. Nadia nie widziała tego przy furtce. Nie mogła mi pomóc.
— Śpijmy razem — wyszeptałam, zaciskając oczy tak mocno, że aż widziałam pod powiekami iskry, małe eksplozje koloru na czarnym tle.
Lina chwyciła moją rękę. Jej dłoń była mała i twarda, jakby zrobiona z kamienia wyjętego z rzeki w środku zimy.
— Cienie nie zawsze są złe — szepnęła, a jej głos był teraz łagodny, prawie czuły, prawie ludzki. — One po prostu chcą, żeby ktoś je zauważył. Bo czują się samotne w swojej ciemności. Jak ty na tym korytarzu. Jak ty przy stole z owsianką, której nikt nie zauważa, że nie jesz.
Przełknęłam ślinę. Słowa Liny wbijały mi się pod skórę.
— Ale ten na dole… — kontynuowała ciszej. — On nie jest tylko cieniem. On jest czymś starszym. Głodniejszym. Szuka światła, którego ty masz w sobie aż za dużo. I nie przestanie, dopóki go nie nakarmisz. Albo dopóki cię nie zgasi.
* * *
Zasnęłam, trzymając rękę dziewczyny, która nie istniała — a przynajmniej tak twierdziły wszystkie teczki w gabinecie pani Krawiec.
We śnie uciekałam i nie umiałam dobiec dalej niż za następne drzewo. Gdzieś pomiędzy jednym snem a drugim wróciły głosy chłopaków. Próbowałam je uciszyć, lecz słyszałam własne odpowiedzi, których nie wypowiedziałam na korytarzu. Zaczęłam się bać, że mają rację. Że jestem zepsuta nie odrobinę, tylko tak, że nawet sama nie umiem tego zauważyć. Nie chciałam budzić się z tą myślą.
A rano, jak zwykle, łóżko obok mnie było puste.
Na poduszce leżało białe piórko. Wzięłam je między palce. Cienka stosina uwierała w opuszek, chorągiewka rozdzieliła się pod paznokciem. Przyłożyłam je do nosa. Pachniało chłodem, kojarzyło mi się z górami po pierwszym śniegu. Lina musiała je zostawić. Chciałam, żeby właśnie to znaczyło. Z czegoś takiego można przecież zrobić dowód.
Prawda?
Schowałam piórko pod poduszkę, zanim mama je zobaczy. Kolejny sekret dorzucony na stos. Kolejna rzecz, której nie powiem nikomu.
Przed wyjściem jeszcze raz sięgnęłam pod poduszkę. Piórko tam było. Mama zawołała mnie na śniadanie, znowu czekała owsianka i znowu miałam się spieszyć. Patrzyłam na drzwi. Nie chciałam wyjść na korytarz, ale jeszcze mniej chciałam zostać w pokoju i sprawdzać furtkę za każdym razem, kiedy coś zaszumi.
I to coś wiedziało, jak mam na imię.
ROZDZIAŁ 03
Sobota rano.
Słońce świeciło przez firankę na lampkę nocną. Widziałam kurz na jej kloszu; przetarłam go dwa dni temu, a już znowu osiadł. Leżałam wciśnięta pod kołdrę i czekałam, aż mama zajrzy. Głowa bolała mnie przy każdym ruchu. Próbowałam policzyć, ile spałam, ale nie pamiętałam nawet chwili, w której zamknęłam oczy. Sobota. Ojciec miał dziś po mnie przyjechać.
Wczorajsza noc wciąż pulsowała mi pod czaszką. Chatka. Nadia z pustymi oczami. Cień pod furtką. Piórko na poduszce, które teraz leżało schowane w szufladzie pod starymi skarpetkami — jedyny fizyczny dowód, że nie jestem wariatką. Albo jedyny fizyczny dowód, że jestem, ale moja choroba potrafi produkować rekwizyty.
Lina, jak to miała w zwyczaju, wyparowała wraz z pierwszymi promieniami światła, zostawiając po sobie chłód na pościeli i wrażenie, że pokój jest nagle za duży, za pusty, za cichy. Jakby ktoś ściszył dźwięk w moim życiu i zapomniał go podkręcić.
* * *
— Maja, śniadanie! Ruchy, bo cię ojciec zastanie w piżamie! — Głos mamy dobiegł z kuchni, niosąc ze sobą brzęk łyżeczki o ceramikę i zapach przypalonej grzanki.
Ojciec.
To słowo uderzyło mnie jak szklanka zimnej wody w twarz. Dzisiaj był ten dzień. Co drugi weekend — regularny jak ból zęba, który wraca, bo nie stać cię na dentystę. Co drugi pieprzony weekend musiałam udawać, że cieszy mnie widok mężczyzny, który odszedł, kiedy miałam osiem lat, bo „potrzebował przestrzeni”. Przestrzeń. Tak to wtedy nazwał. Jakby córka i żona były meblami, które zajmowały za dużo miejsca w jego idealnym, wypolerowanym życiu.
Zwlokłam się z łóżka. Moje ciało ważyło tonę. Każdy mięsień protestował, jakbym przez całą noc dźwigała na plecach tamtą chatkę w lesie. Wypełzłam do kuchni, gdzie mama, w swoim wiecznym, zmechaconym dresie, toczyła poranną walkę z ekspresem do kawy, który od trzech miesięcy działał na zasadzie loterii — raz robił kawę, raz wydawał z siebie dźwięk konającego odkurzacza i pluł wodą na blat. Telefon miała oparty o miskę z owocami — na ekranie migały jakieś kolorowe powiadomienia z Facebooka, których nie miałam siły odczytać.
Na stole czekała miska granoli z jabłkami. Cynamon pachniał tak intensywnie, że aż kręciło mnie w nosie. Mama ostatnio wpadła w fazę „zdrowego odżywiania” po przeczytaniu jakiegoś artykułu o tym, że śniadania budują odporność psychiczną u nastolatków. Jakby garść płatków i jabłko mogły naprawić to, co naprawdę było ze mną nie tak.
— Dzień dobry — mruknęłam, opadając na krzesło. Krzesło jęknęło pode mną, jakby też miało dość.
— Dzień dobry, kochanie. Wyspałaś się? — Mama zerknęła na mnie znad kubka, a jej oczy były podkrążone tak samo jak moje. Jakby ona też toczyła nocne bitwy, o których mi nie mówiła. Albo po prostu znowu nie mogła spać, bo rachunki za prąd przyszły wyższe niż oczekiwała. — Znowu miałaś koszmary?
— Dobrze — skłamałam. Granola stanęła mi w gardle. Cynamon smakował jak kurz zmieszany z wyrzutami sumienia. — Po prostu nie mogłam zasnąć.
— Pamiętasz, że tata ma dzisiaj po ciebie przyjechać? — Mama usiadła naprzeciwko, a jej głos stał się nienaturalnie miękki. Znałam ten ton. To był ton, którego używa się, gdy trzeba przekazać komuś złą wiadomość, ale nie chce się przy tym wyglądać na złego gońca. Ton lekarza, który mówi „wyniki wykazały” zamiast „jest źle”.
Przewróciłam oczami tak mocno, że aż mnie zabolało.
— Tak, mamo. Pamiętam. Jak mogłabym zapomnieć o tym święcie państwowym?
— Maja, proszę… Wiem, że między wami jest trudno, ale to twój ojciec.
— Trudno? — Odłożyłam łyżkę. Złość, którą upychałam w sobie od rana, nagle zaczęła kipieć, jakby ktoś podkręcił gaz pod garnkiem, o którego istnieniu zapomniałam. — Mamo, to nie jest „trudno”. Trudno to jest matma. Trudno to jest wstać rano, kiedy wiesz, że w szkole czeka na ciebie Kamil z telefonem. To, co jest między mną a tatą, to jest po prostu bez sensu.
Mama milczała, więc kontynuowałam, bo kiedy już zaczęłam, nie umiałam przestać. Słowa leciały ze mnie jak woda z pękniętej rury.
— Jestem dla niego punktem w kalendarzu, który trzeba wykreślić. Jak wizyta u dentysty albo przegląd samochodu. „Zabrać córkę. Zaliczyć weekend. Odhaczyć obowiązek rodzicielski. Oddać matce. Zapomnieć.” Jesteśmy dla siebie jak obcy ludzie, którzy przypadkiem mają to samo nazwisko. On woli swoje nowe, sterylne życie w apartamentowcu, z tą swoją Magdą, która uśmiecha się, jakby odgrywała rolę życia w „Ukrytej Prawdzie”, i z tym małym gnomem Marcelem, który drze się jak poparzony o każdą zabawkę.
Mama westchnęła i spuściła wzrok na swój kubek. Na powierzchni kawy dryfowała samotna bańka piany. Patrzyła na nią, jakby szukała tam odpowiedzi.
— On cię kocha, Maju. Na swój sposób. Może po prostu nie potrafi tego pokazać.
„Na swój sposób”. To było najgorsze wyrażenie w języku polskim. Ono pozwalało usprawiedliwić dosłownie wszystko. Hitler kochał Niemcy „na swój sposób”. Kamil bawił się ze mną „na swój sposób”. Ojciec kochał mnie „na swój sposób”, czyli nie kochał wcale, ale nikt nie miał odwagi tego powiedzieć na głos.
— Kocha? — Zaśmiałam się, aż zabolało mnie gardło. — Mamo, przecież ty też słyszysz te wymówki. Wiecznie „coś mu wypada”. Chyba że Magda patrzy. Wtedy jestem córeczką, chodź tu, uśmiechnij się. Na ich obiady ma czas. Na wycieczki też. Na te zdjęcia z „familytime”. Widziałaś ostatnie? — Patrzyłam na mamę, chociaż chciałam się odwrócić. — Nie ma mnie na żadnym.
Poczułam łzy pod powiekami i wbiłam wzrok w talerz. Gdybym zaczęła płakać, mama zaraz podeszłaby mnie przytulić. A potem zadzwoniłaby do niego, on powiedziałby, że przesadzam, i znowu słuchałabym rozmowy o sobie przez ścianę. Zacisnęłam usta. Na widelcu zostało trochę jajecznicy; stygła, zanim zdołałam ją przełknąć.
Mama spróbowała położyć rękę na mojej dłoni. Odsunęłam ją. Nie gwałtownie, nie ze złością. Po prostu — odsunęłam. Jakbym oparzyła się o jej litość. Bo litość to nie to samo co zrozumienie, a ja potrzebowałam zrozumienia, nie głaskania po głowie.
* * *
Przez następne dwie godziny siedziałam w pokoju, gapiąc się w okno. Czekałam na wyrok. Tak to nazywałam w myślach — „wyrok”, nie „odwiedziny”, nie „weekend z tatą”. Bo odwiedziny to jest coś, na co się czekasz. Wyrok to jest coś, co ci się przydarza.
Próbowałam czytać. Próbowałam scrollować TikToka. Próbowałam rysować w szkicowniku, ale za każdym razem, gdy ołówek dotykał papieru, wychodziły mi same cienie. Długie, za chude, z za dużą ilością kątów. W końcu zamknęłam szkicownik i wrzuciłam go pod łóżko.
Pod blok zajechał czarny, lśniący SUV.
Wyglądał jak wielki, mechaniczny karaluch — błyszczący, twardy i obojętny na wszystko, co nie jest asfaltem. Ojciec oczywiście nie wysiadł. Stał się tylko sylwetką za przyciemnianą szybą, z niebieską poświatą telefonu oświetlającą jego twarz. Nawet z drugiego piętra widziałam, że gapi się w ekran. Dla niego wejście na naszą klatkę schodową — która pachniała starą kapustą, mokrym psem sąsiadów z parteru i czymś, co mogło być pleśnią albo zgnilizną rury — było widocznie zbyt dużym wyzwaniem estetycznym.
Trzy minuty. Tyle czekał, zanim zatrąbił. Nie zadzwonił. Nie napisał SMS-a. Zatrąbił. Jak na taksówkę.
Wzięłam plecak, chociaż nie wiedziałam po co. Nawyk. Coś do trzymania w ręce.
