Zasłona światów. Księga I: Przysięga dusz - Gabriel van Robern - ebook

Zasłona światów. Księga I: Przysięga dusz ebook

Gabriel Van Robern

0,0

Opis

Za Zasłoną istnieje świat, którego ludzie nie znają.

Wampiry, wilkołaki, aniołowie, demony, zmiennokształtni i inne pradawne istoty żyją tam od wieków, strzegąc własnych praw i tajemnic.

Elara należy do jednego z najpotężniejszych wampirzych rodów. Od dziecka wie, czego się od niej oczekuje. Jej przyszłość została zaplanowana, a małżeństwo ma stać się częścią politycznego sojuszu, który pomoże utrzymać kruchą równowagę między zwaśnionymi ludami.

Kael jest wilkiem.

Wychowany pośród tych, którzy od pokoleń uważają wampiry za swoich największych wrogów, zna tylko jedną zasadę: lojalność wobec stada jest ważniejsza od wszystkiego.

Kiedy ich drogi krzyżują się po raz pierwszy, nie wiedzą jeszcze, że właśnie rozpoczęło się coś, czego nie przewidział żaden z ich rodów.

Przysięga Dusz.

Starożytna więź łącząca dwoje istot — silniejsza od krwi, prawa i nienawiści. Więź, której nie można zerwać bez konsekwencji. Więź, która w świecie podzielonym na wrogie gatunki może być zarówno największym darem, jak i największym zagrożeniem.

Gdy między zwaśnionymi ludami narasta napięcie, a dawne przymierza zaczynają pękać, ich uczucie staje się politycznym zagrożeniem. Każda decyzja może doprowadzić do wojny. Każdy krok ku sobie może kosztować ich życie.

A jednak najgorsze dopiero nadchodzi.

Za Zasłoną, która od wieków oddziela świat ludzi od krain zamieszkanych przez istoty magiczne, budzi się coś, o czym większość ludów zapomniała.

Coś starszego niż ich waśnie.

lara i Kael będą musieli wybrać między obowiązkiem a wolnością, lojalnością wobec swoich ludów a uczuciem, którego nie potrafią wymazać.

Bo czasem największym zagrożeniem nie jest wojna.

Jest nim prawda, która może sprawić, że wojna przestanie mieć znaczenie.

Zasłona Światów. Księga I: Przysięga Dusz to opowieść o zakazanej miłości, przeznaczeniu i wolnej woli, ale także o świecie, w którym stare legendy nie są jedynie legendami, magia zawsze ma swoją cenę, a pokój może być tylko ciszą poprzedzającą wojnę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 692

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Zasłona światów. Księga I: Przysięga dusz — Gabriel van Robern. Okładka: czerwony i srebrny księżyc rozdzielone złotą szczeliną światła. U dołu czarny kot.

Gabriel van Robern

Zasłona światów

KSIĘGA I

Przysięgadusz

GVR

2026

Informacje wydawnicze

Gabriel van RobernZasłona światówKsięga I: Przysięga dusz

© Gabriel van Robern, 2026© GVR, 2026 — opracowanie wydawnicze

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemach wyszukiwania ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i jakimikolwiek środkami bez uprzedniej pisemnej zgody uprawnionych, z wyjątkiem przypadków przewidzianych przepisami prawa.

Wydanie pierwszeWydanie elektroniczne

Wydawca: GVRRedakcja: GVRKorekta: GVRProjekt typograficzny i ozdobniki: GVROpracowanie wersji elektronicznej: GVRIlustracje: opracowanie GVR z wykorzystaniem narzędzi AI

Prolog

Pierwsza kropla krwi spadła z rozciętego nadgarstka Lysandry na czarną płytę sanktuarium. Zadrżała, po czym wsiąkła w cienką szczelinę biegnącą ku środkowi kręgu. Druga podążyła za nią. I trzecia. Na skórze krew jeszcze płynęła; na kamieniu zostawiała już ciemny osad.

Wokół kręgu ustawiono trzynaście mis bez drewna ani oleju. Dwanaście płonęło naprzeciw miejsc Rady. Osiem należało na stałe do wampirzych rodów, wilczych klanów, aniołów, demonów, ludów wody, fae, czarownic i zmiennokształtnych. Cztery pozostałe dzieliły między sobą ludy kamienia, mieszkańcy pogranicza, duchy miejsc i narody bez własnych krain. W jednej misie trzaskał niebieski ogień aniołów, w drugiej pełzały czerwone płomienie. Kolejną wypełniało zielonkawe światło drżące pod wodą. Nad następną krążyły białe ćmy; wpadały w płomień i wylatywały całe, tylko bardziej przezroczyste. Przedstawiciele przynieśli własne ognie. Żaden nie chciał oddać pozostałym kontroli nad rytuałem.

Trzynasta misa stała na północnej krawędzi kręgu, osobno. Nie należała do żadnego ludu. Symbolizowała Zasłonę, której dobro Rada miała przedkładać nad własne spory. Nie płonęła. Na dnie leżał gładki czarny kamień.

Lysandra klęczała pośrodku sanktuarium. Ręce krępowała jej nić spleciona ze światła i cienia. Skóra pod nią pozostawała cała, lecz ból sięgał kości. Kiedy Lysandra próbowała przypomnieć sobie drogę do sanktuarium, zacisk czuła również we wspomnieniu. Naprzeciwko klęczał Eryon. Miał koszulę rozdartą na ramieniu i włosy posklejane krwią przy skroni. Srebrne kajdany wrzynały mu się w nadgarstki; palce już siniały. Oddychał płytko. Przy każdej próbie głębszego wdechu zaciskał szczękę. Patrzył na nią.

Nawet gdy strażnik przesunął ostrze pod stopy Najwyższego Sędziego, Eryon nie odwrócił głowy.

— Nie powinnaś była tu wracać.

Głos miał zdarty, ale spokojny. Lysandra zacisnęła dłonie.

— Ty też nie powinieneś.

— Ja wróciłem po ciebie.

— A ja po ciebie.

Drgnął mu kącik ust. Lysandra znała ten uśmiech. Chciała odpowiedzieć tym samym, ale więź szarpnęła ją pod mostkiem: ból Eryona, chłód srebra na jego rękach. Przysięga nie pozwalała im cierpieć osobno. Dotąd nie przyszło jej do głowy, że można ją tak wykorzystać. Każdy jego oddech czuła teraz pod własnymi żebrami.

— Cisza — rozkazał Najwyższy Sędzia.

Nie był najstarszy spośród zgromadzonych, lecz siedział najwyżej. Jego tron wykuto z jasnego kamienia, na który nie padał cień. Dwa blade skrzydła niemal stapiały się ze ścianą. Arathiel. Jeszcze przed tygodniem ucztował przy stole ojca Lysandry. Wypił trzy kielichy krwi z południowych winnic i zapewniał jej matkę, że narody ocali tylko wzajemny szacunek. Teraz przypatrywał się Lysandrze bez śladu rozpoznania.

Po jego prawej stronie zasiadał lord Severan, przedstawiciel wampirzych rodów. Wuj Lysandry. Człowiek, który nauczył ją rozpoznawać truciznę po zapachu i dworski fałsz po sposobie trzymania kielicha. Nie patrzył jej w oczy. Dalej siedziała matka Clava, stara wilkołacza uzdrowicielka z twarzą pooraną bliznami. Jej siwe włosy spleciono z kośćmi małych zwierząt, a lewe oko przesłaniała mleczna błona. Nie reprezentowała klanu Eryona. Żaden członek jego stada nie został dopuszczony do procesu. Clava poruszała ustami, jakby bezgłośnie odmawiała modlitwę. Lysandra znała ją z opowieści. Mówiono, że odebrała więcej porodów, niż przeżyła zim, i że potrafiła rozpoznać kłamcę po tym, jak pachniała jego krew.

Kiedy ich spojrzenia się spotkały, stara kobieta nie odwróciła wzroku. Bała się. Po lewej stronie Arathiela siedzieli przedstawiciele demonów, ludów wody, zmiennokształtnych, fae i czarownic. Nie wszyscy mieli ludzkie kształty. Fae nosił poroże obrośnięte drobnymi białymi kwiatami. Kobieta z Neressy oddychała przez cienkie szczeliny na szyi; woda wypływająca spod jej ciemnej sukni znikała między płytami posadzki. Demon o złotych źrenicach obracał w palcach monetę. Przyszli zobaczyć, czy Przysięgę można przeciąć, i zapamiętać sposób.

Za tronami wielkich ludów stały cztery niższe siedziska. Ich przedstawiciele przemawiali w imieniu dziesiątek społeczności pozbawionych własnych krain albo dość silnego wojska, by wywalczyć osobny głos. Rada nazywała to równowagą. Lysandra wiedziała, jak rzadko dopuszczano ich do słowa.

Na obrzeżu kręgu poruszył się czarny kot. Gdy strażnicy wprowadzali Lysandrę, siedział na przewróconej kolumnie i lizał łapę. Teraz przechadzał się pomiędzy płomieniami. Jedno oko miał złote, drugie bladoniebieskie. Przekroczył linię ochronnych znaków. Nie zareagowały. Strażnik zrobił krok w jego stronę, ale Clava uniosła kościstą dłoń.

— Zostaw.

Strażnik spojrzał na nią pytająco. Clava splunęła w ogień.

— Kot chodzi tam, gdzie śmierć nie ma klucza. Tak mówiły moje babki, a ich kości są starsze od twojego rodu.

Sędzia Arathiel zacisnął usta.

— Nie zebraliśmy się tutaj, by słuchać wiejskich zabobonów.

— To nie słuchaj. Kota zostaw w spokoju.

Severan spojrzał na nią z niesmakiem.

— Naprawdę wierzysz w te bajki?

— Wierzę własnym oczom. Znaki go przepuściły. Twoje też.

Severan spojrzał na krąg i umilkł. Kot usiadł pomiędzy Eryonem a Lysandrą, owijając ogon wokół łap. Arathiel wstał. Skrzydła rozsunęły mu się z cichym szelestem.

— Lysandra z rodu Vaelor. Eryon, syn Garrena z klanu Szarej Kniei. Stajecie przed Radą Dwunastu oskarżeni o pogwałcenie praw krwi, naruszenie traktatu rozdzielenia oraz świadome stworzenie więzi zagrażającej równowadze Zasłony.

— Nie stworzyliśmy jej — powiedziała Lysandra.

Srebrzyste światło na jej więzach zadrżało.

— Sama się pojawiła.

— Magia nie pojawia się sama.

— Nas też nie pytała o zgodę — wtrącił Eryon.

Jeden ze strażników uderzył go drzewcem włóczni w kark. Lysandra poczuła cios tak wyraźnie, że zachwiała się na kolanach. W jej gardle wyrósł warkot. Nie należał do wampira. Był niski, głęboki i wilczy. Kilku członków Rady cofnęło się odruchowo. Demon przestał obracać monetę. Arathiel spojrzał na Lysandrę z uwagą.

— Właśnie tego się obawiamy.

Eryon uniósł głowę. Z jego rozciętej wargi spływała krew.

— Boicie się, że poczuła mój gniew?

— Boimy się, że użyła go jak własnego.

— Czyli nie wiecie, czyja jest, i dlatego nas tu trzymacie?

Sędzia potarł skroń.

— Nie rozumiesz, z czym mamy do czynienia.

— A wy rozumiecie? — Lysandra spojrzała na ostrze u jego stóp.

Tym razem strażnik uderzył ją. Nie zdążyła zobaczyć jego ręki. Poczuła tylko nagły ból przy skroni i smak krwi w ustach. Eryon szarpnął się w kajdanach. Srebro syknęło na jego skórze.

— Jeszcze raz jej dotkniesz…

— I co zrobisz? — zapytał Arathiel.

Eryon szarpnął kajdanami. Powietrze w sanktuarium zgęstniało, płomienie pochyliły się ku niemu. Lysandra poczuła pod kolanami drżenie kamienia. Nacisk pod mostkiem narastał; z trudem utrzymała się prosto. Arathiel podniósł dłoń.

— Wystarczy.

Płomienie znów paliły się pionowo.

— Wasza więź przekracza granice natury. Przenosi zdolności, wspomnienia i emocje. Osłabia rozdział ustanowiony po Wielkim Pęknięciu. Jeśli pozwolimy jej się rozwinąć, może dojść do trwałego zmieszania esencji.

— Może właśnie esencje nigdy nie były oddzielne — powiedziała Lysandra.

Severan wreszcie spojrzał na bratanicę. Źrenice zwęziły mu się gwałtownie. W sanktuarium słychać było trzask ognia.

— Uważaj, Lysandro.

Lysandra uśmiechnęła się krwawiącymi ustami.

— Przed czym? Przed prawdą czy przed tobą?

— Przed tym, czego nie rozumiesz.

— Rozumiem wystarczająco dużo. Wampirza krew nie odrzuciła wilczej magii. Jego dusza nie spaliła się od mojej. Moja nie zgniła od jego. Wszystko, czym straszyliście nas od dzieciństwa, okazało się kłamstwem.

— Jedno odstępstwo nie obala prawa natury.

— Więc po co wam nóż? Żeby usunąć odstępstwo?

Eryon patrzył na nią z mieszaniną dumy i rozpaczy. Czuła obie emocje w sobie. Zacisnęła palce. Nić światła i cienia przecięła skórę, choć wcześniej tego nie robiła. Sędzia zszedł z podwyższenia.

— Rada nie wydała wyroku śmierci.

Lysandra słyszała bicie serca Eryona. Przyspieszyło.

— Jeszcze nie — powiedział.

Arathiel zatrzymał się przy ostrzu leżącym na posadzce. Było długie i cienkie, wykute z metalu, który wydawał się przezroczysty. W jego wnętrzu przesuwały się ciemne żyłki.

— Istnieje możliwość rozdzielenia więzi.

Matka Clava przestała szeptać modlitwę.

— Nie — powiedziała.

Arathiel odwrócił głowę. Clava oparła obie dłonie na poręczach.

— Zostałaś wezwana jako świadek, nie doradca.

— Widziałam więzi przeznaczonych. Przecinałam węzły gorączki, odczyniałam klątwy krwi i wyciągałam martwe dzieci z brzuchów kobiet. Wiem, co można rozdzielić, a czego nie.

— To nie jest zwykła więź przeznaczonych.

— Właśnie dlatego nie dotykajcie jej ostrzem.

— Rytuał został opracowany przez przedstawicieli wszystkich dwunastu miejsc Rady.

Clava zaśmiała się krótko. Bez radości.

— Któryś z nich choć raz to robił?

— Starczy.

— Nie. — Clava wstała. — Nie sprawdzajcie tego na nich. Arathielu, słyszysz? Nie wiecie, co przetniecie.

Dwóch strażników ruszyło w jej stronę. Stara kobieta nie drgnęła. Lysandra zobaczyła jednak, że palce Clavy zacisnęły się na amulecie z wilczego zęba.

— Ta więź wrosła w obie dusze. Jeśli ją przetniecie, rozerwiecie je razem z nią.

Arathiel podniósł ostrze.

— Właśnie to zamierzamy naprawić.

Wtedy Eryon spojrzał na Lysandrę. Nie poruszył ustami. A jednak usłyszała jego głos.

Pozwól mi odejść.

Zamarła. Nigdy wcześniej nie przekazywali sobie słów. Emocje, obrazy, ból — tak. Czasem urywki wspomnień podczas snu. Czasem echo smaku albo zapachu. Nigdy słowa.

Nie.

Jeśli jedno z nas odrzuci więź, może oszczędzą drugie.

Nie wierzysz w to.

Nie.

Ogarnął ją jego smutek. Zadrżała, choć nie było jej zimno.

Ale może wystarczy, że oni uwierzą.

Lysandra pokręciła głową. Arathiel podszedł bliżej. Strażnicy ustawili pomiędzy nią a Eryonem niski kamienny ołtarz. Wyryto na nim dwa kręgi połączone linią przeciętą pośrodku. Demon ze złotymi oczami położył na kamieniu monetę. Kobieta z Neressy wylała wodę z muszli, fae odłamał biały kwiat z poroża. Severan upuścił do misy kroplę krwi. Lysandra patrzyła na dłonie wuja. Nie zadrżały.

— Rytuał wymaga świadomego rozluźnienia więzi — oznajmił Arathiel. — Jeżeli jedno z was spróbuje się opierać, ból wzrośnie.

— To niech wzrasta.

— Możesz umrzeć.

— Teraz przypomniałeś sobie, że możesz mnie zabić?

— Śmierć nie jest najgorszą możliwością.

Arathiel wypowiedział to ciszej. Lysandra poczuła chłód na plecach.

— Co może być gorsze?

Arathiel milczał. Severan patrzył na nią z litością i dopiero ten widok ją przeraził. Zebrali magię wszystkich ludów, przygotowali ostrze i znaki, lecz nie wiedzieli, co się stanie. Mieli sprawdzić to na niej i Eryonie. Kot wstał, przeszedł pomiędzy nimi i usiadł przy Lysandrze. Musnął ogonem jej suknię. Przez cienką tkaninę poczuła ciepło.

— Boicie się nas — powiedziała.

— Boimy się skutków — odparł Arathiel.

— Nawet nie próbowaliście się dowiedzieć, jakie będą. Chcecie nas usunąć, zanim ktokolwiek nas zobaczy.

Severan zacisnął dłoń na poręczy.

— Lysandro, wystarczy.

— Dlaczego? Bo ktoś mógłby zapytać, ile innych Przysiąg ukryliście? Ile par rozdzieliliście? Ile kronik spaliliście?

Matka Clava zamknęła oczy. To wystarczyło za odpowiedź. Lysandra spojrzała na nią.

— Ile?

Stara uzdrowicielka nie odpowiedziała.

— Ile? — powtórzyła Lysandra.

— Sześć, o których wiem — szepnęła Clava.

Wokół kręgu rozległy się głosy. Przedstawiciel fae odwrócił głowę w stronę Severana. Kobieta z Neressy poruszyła skrzelami. Nawet demon przestał się uśmiechać. Arathiel uniósł ostrze.

— Rozpocząć rytuał.

Znaki na posadzce zapłonęły. Ustał trzask ognia, szmer szat, szept Clavy. Lysandra przestała słyszeć serce Eryona. Otworzyła usta, ale własnego głosu też nie usłyszała. Dwanaście rodzajów magii zacisnęło się wokół Przysięgi i pociągnęło w przeciwnych kierunkach. Pod mostkiem rozbłysło jej światło.

Przysięga nie wyglądała jak nić. Była rozległą siecią korzeni, rozchodzących się z jej duszy do duszy Eryona. Niektóre były cienkie jak włosy. Inne grube jak konary. W ich wnętrzu płynęły wspomnienia: pierwszy raz, gdy zobaczyła go nad rzeką; zapach deszczu na jego skórze; smak krwi po ich pierwszej kłótni; śmiech, którego próbował się wstydzić; noc, podczas której spał obok niej, choć oboje wiedzieli, że o świcie powinni się rozstać. Rada próbowała przeciąć wszystko naraz. Lysandra wygięła się w tył. Głos wrócił. Krzyk wyrwał się z jej gardła i rozbił o ściany sanktuarium. Eryon również krzyczał. Poczuła, jak jeden z korzeni pęka. Straciła wspomnienie.

Nie wiedziała, jakie. Próbowała do niego wrócić, natrafiała jednak na pustkę. Jeszcze przed chwilą coś tam było. Co? Napiął się drugi korzeń. Zobaczyła twarz matki i zaraz ją straciła. Pamiętała głos, perfumy, chłód dłoni poprawiających jej włosy przed pierwszym balem. Oczu nie mogła już sobie przypomnieć.

— Przestańcie! — zawołała Clava.

Strażnicy trzymali Clavę za ramiona. Arathiel opuścił ostrze w miejsce przecięcia linii na ołtarzu. Kamienne płyty rozsunęły się z hukiem. Spod sanktuarium wytrysnęła czerń, w której Lysandra dostrzegła wszystkie kolory naraz. Dwanaście płomieni zgasło. Trzynasta misa rozjarzyła się; czarny kamień otworzył się jak źrenica i wypuścił pod posadzkę srebrne korzenie. Członkowie Rady poderwali się z miejsc. Na porożu fae zwiędły kwiaty. Kobieta z Neressy chwyciła się za gardło, choć wokół jej nóg wciąż płynęła woda. Skrzydła Arathiela skurczyły się gwałtownie. Nacisk na więź zelżał, a potem wrócił ze zdwojoną siłą. Przysięga stawiała opór.

Głód Lysandry zmieszał się z wilkiem Eryona. Jego instynkt połączył się z jej nocnym widzeniem. Czuła oba serca: jego przyspieszone strachem, własne spowolnione od Dojrzewania Krwi. Przez kilka uderzeń biły razem. Srebrne korzenie zarosły kamień, z pęknięć wysunęły się blade kwiaty. Woda z misy Neressy zawisła w powietrzu w kształcie skrzydeł. Cienie oderwały się od stóp strażników. Nad sanktuarium rozległo się wycie, chociaż żaden wilkołak nie przeszedł pełnej przemiany. Przysięga łączyła rozdzielone części świata.

— Zatrzymać rytuał! — krzyknął ktoś.

Za późno. Eryon spojrzał na Lysandrę. Jego oczy nie były już szare. Jedno płonęło czerwienią wampirzej krwi. Drugie złotem wilka.

Nie utrzymają tego.

My też nie.

Wiem.

Poczuła jego decyzję, zanim ją zrozumiała.

— Nie — powiedziała.

Eryon się uśmiechnął. Tak samo jak nad rzeką, kiedy rzuciła w niego nożem, a on zapytał, czy wszystkie wampirzyce przedstawiają się w ten sposób.

— Nie — powtórzyła Lysandra.

— Mówiłaś kiedyś, że nie boisz się śmierci.

— Kłamałam.

— Wiem.

Szarpnął rękami. Kajdany przecięły skórę aż do kości. Strażnicy chwycili mocniej łańcuchy, lecz Eryon nie próbował ich zerwać. Otworzył więź i przepuścił przez siebie całą energię rytuału. Ból Lysandry ustał. Przez jedno uderzenie serca nie czuła nic. Potem napłynęły jego wspomnienia: pierwszy śnieg na języku, dłoń ojca na głowie, zapach matki. Miała sześć lat i nie potrafiła znaleźć drogi z lasu. Przeszła pierwszą przemianę, zabiła po raz pierwszy. Wstyd Eryona ścisnął jej gardło. Przychodziły następne obrazy, coraz szybsze, aż w końcu zobaczyła siebie jego oczami.

Przy rozmowie, w kłótni, podczas jednej z ucieczek. Pamiętał słowa, o których dawno zapomniała. Kochał ją. Widziała, jak do tego doszło, jak wracał do niej pomimo strachu i gniewu.

— Eryon!

Jego ciało wygięło się pod naporem magii. Srebrne korzenie oplotły mu ramiona. Przez skórę przebiegły pęknięcia wypełnione światłem. Lysandra próbowała dosięgnąć go ręką, ale więzy zacisnęły się mocniej.

— Spójrz na mnie — powiedział.

— Nie rób tego.

— Spójrz.

Patrzyła. Nie mogła zrobić niczego innego.

— Nie pozwól im powiedzieć, że byliśmy pomyłką.

Jego głos załamał się po raz pierwszy.

— Nie pozwolę.

— I nie pozwól, żeby zrobili z nas legendę.

Łzy napłynęły jej do oczu.

— Dlaczego?

— Bo zrobią z nas kogoś, kogo w ogóle nie znaliśmy.

Kamień pod jego kolanami pękł.

— Powiedz im prawdę — wyszeptał. — Że się baliśmy. Że czasem się nienawidziliśmy. Że prawie uciekłem. Że ty prawie mnie zabiłaś.

Pomimo bólu parsknęła krótkim, zduszonym śmiechem.

— Dwa razy.

— Trzy.

— Trzeci się nie liczy. Byłeś nieznośny.

— Byłem.

Światło wypełniło jego usta.

— Ale wróciłaś.

— Zawsze.

— Więc wróć jeszcze raz.

Nie rozumiała. Więź pękła po stronie Eryona: odciął duszę od własnego ciała, przyjmując niszczącą siłę rytuału. Jego serce stanęło. Lysandra próbowała wyczuć go obok siebie. Przez tyle miesięcy wiedziała, gdzie jest, nawet kiedy dzieliły ich lasy i mury. Teraz klęczał na wyciągnięcie ręki, a nie mogła go odnaleźć. Krzyknęła. Fala magii wyrwała się z jej ciała i uderzyła w krąg. Pękły kamienne trony, strażnicy polecieli na ściany. Arathiel zasłonił twarz skrzydłami. Pióra zajęły się czarnym ogniem.

Severan upadł na kolana. Matka Clava wyrwała się strażnikom.

— Dziewczyno! — krzyknęła. — Zamknij serce!

Lysandra spojrzała na nią.

— On nie żyje.

Clava zatrzymała się. Opuściła ręce.

— Wiem.

— Oni go zabili.

— Zabili.

— Więc niech zobaczą.

Lysandra podniosła się. Więzy na jej dłoniach stopiły się i spłynęły na posadzkę jak płynne światło. Każdy krok rozrywał kamień. Włosy unosiły się wokół jej twarzy. W żyłach płynęła obca moc — wilcza, wodna, anielska, demoniczna, fae. Rytuał otworzył w niej coś, czego Rada nie potrafiła zamknąć. Spojrzała na zgromadzonych.

— Posłuchajcie mnie.

Jej głos zabrzmiał z wielu miejsc naraz. Z pęknięć w posadzce. Z płomieni. Z cieni. Z wody. Z gardeł kruków siedzących na dachu sanktuarium.

— Kiedy krew i księżyc wybiorą siebie bez rozkazu nieba, stare korony utracą prawo do imion.

Arathiel próbował wstać.

— Zatrzymać ją!

Nikt się nie poruszył. Nawet strażnicy patrzyli na Lysandrę z przerażeniem.

— Przysięga powróci — mówiła. — Nie dlatego, że dusze są posłuszne przeznaczeniu. Dlatego, że pamiętają to, co wy kazaliście światu zapomnieć.

Severan pobladł.

— Lysandro…

— Zapiszecie, że byliśmy przeklęci. Że on mnie porwał. Że uwiodłam go magią krwi. Że wilki napadły na wasz pokój.

Pod jego stopami rozszerzała się szczelina.

— Ale koty będą pamiętać drogę. Korzenie zachowają naszą krew. Woda przechowa nasze głosy. A kiedy Zasłona stanie się zbyt cienka, prawda przejdzie przez nią pierwsza.

Czarny kot obwąchał dłoń Eryona, a potem spojrzał na Lysandrę. W złotym oku odbijał się ogień. W niebieskim widziała gwiazdy, choć nad nimi był dach. Uklękła przy Eryonie i dotknęła jego twarzy. Jeszcze ciepła.

— Powiedziałeś, żebym wróciła — wyszeptała.

Kot zamruczał. Zadrżała posadzka. Przed Lysandrą rozsunęło się powietrze i w szczelinie zobaczyła las białych drzew. Korzenie oplatały wielkie kamienne kształty podobne do jaj. W oddali poruszyło się coś skrzydlatego. Z przejścia napłynął nieznany zapach. Tak mógł pachnieć świat sprzed podziału. Clava wyciągnęła do niej rękę.

— Nie idź tam.

Lysandra spojrzała na starą wilczycę.

— Dlaczego?

— Nie wiemy, co tam jest. Możesz już nie wrócić.

Lysandra spojrzała na ciało Eryona. Nie czuła Przysięgi, lecz gdzieś w głębi rozdarcia pozostało słabe ciepło. Wyciągnęła ku niemu rękę. Kot wszedł w szczelinę, zatrzymał się po drugiej stronie i obejrzał. Arathiel odzyskał głos.

— Zamknąć przejście!

Członkowie Rady zaczęli kreślić znaki. Lysandra pochyliła się i pocałowała Eryona w czoło.

— Wrócę — powiedziała.

Potem wstała. Nie zdążyła zrobić kroku. Ostrze Arathiela przebiło ją od tyłu. Przez moment nie czuła bólu. Spojrzała w dół na przezroczysty czubek wychodzący z jej piersi. Na metalu nie było krwi. Pochłaniał ją. Szczelina zaczęła się zamykać. Kot syknął. Las białych drzew zniknął za zwężającą się linią światła. Lysandra upadła obok Eryona. Jej dłoń odnalazła jego palce. Były chłodniejsze niż przed chwilą. Arathiel stanął nad nią, ciężko oddychając. Jedno skrzydło miał spalone.

— Nie mogłem pozwolić, abyś przeszła.

Lysandra spojrzała na niego.

— Nie powstrzymałeś mnie.

— Umierasz.

— To nie to samo.

Kaszel wstrząsnął jej ciałem. Na ustach pojawiła się krew. Arathiel uklęknął.

— Gdzie prowadziło przejście?

Lysandra uśmiechnęła się.

— Tam, gdzie wasze korony nic nie znaczą.

— Co widziałaś?

— Początek.

Sędzia chwycił ją za ramiona.

— Co widziałaś?

— To, co obudzicie, próbując nas wymazać.

Jego palce zacisnęły się mocniej.

— Powiedz mi.

Ponad ramieniem Arathiela zobaczyła kota. Siedział na przewróconej kolumnie i lizał łapę. Przecież widziała, jak szczelina zamknęła się za nim. Zaśmiała się cicho. Sędzia obejrzał się, lecz na kolumnie nic już nie było.

— Co cię bawi?

— Śmierć nie miała klucza.

Nie zrozumiał. To dobrze. Lysandra zamknęła oczy. Przez chwilę znów czuła rzekę, nad którą poznała Eryona. Wodę ogrzaną letnim słońcem. Kamienie pod bosymi stopami. Jego śmiech, gdy nóż przeleciał mu obok ucha.

Wróć jeszcze raz.

Wspomnienie? Głos zza Zasłony? Nie miała siły się zastanawiać.

Zawsze.

Jej palce zacisnęły się na dłoni Eryona. Potem wszystko zgasło.

Według oficjalnej kroniki Rady wilkołak Eryon z klanu Szarej Kniei uwiódł wampirzą dziedziczkę zakazaną magią, po czym wykorzystał ją do zamachu na pokojowe zgromadzenie. Lysandra Vaelor miała zginąć, próbując go powstrzymać. Katastrofą uzasadniono zaostrzenie praw krwi. W kronice pominięto przepowiednię, sześć wcześniejszych Przysiąg, ostrzeżenie Clavy i przejście do białego lasu. Imiona Eryona i Lysandry wykreślono z rodowych ksiąg. Ciała spalono osobno; popioły rozsypano po przeciwnych stronach świata. Pod sanktuarium ich krew pozostała w korzeniach.

Woda pod kamieniami wciąż niosła echo dwóch głosów. Kot o złotym i bladoniebieskim oku pamiętał drogę.

Elara Veyne

Część IKrew i księżyc

Rozdział IDziedziczka rodu Veyne

Zasłona zawsze smakowała popiołem. Nie miało znaczenia, przez którą bramę się ją przekraczało ani jak potężne zaklęcia chroniły podróżnych przed skutkami przejścia. W chwili, gdy koła karety dotknęły kamieni starego mostu, na języku Elary pojawiła się sucha gorycz, jakby połknęła garść sadzy z wygaszonego paleniska. Odwróciła twarz ku oknu. Po drugiej stronie szyby rozciągał się świat ludzi. Padał deszcz. Krople spływały po szkle, zniekształcając fasady kamienic, światła samochodów i pochylone sylwetki przechodniów. Mężczyzna w ciemnym płaszczu biegł przez ulicę, osłaniając głowę gazetą. Kobieta stała pod czerwonym parasolem i z irytacją spoglądała na ekran telefonu. Przy wejściu do kawiarni skulił się bezdomny pies. Zwyczajny wieczór.

Ludzie przechodzili kilka kroków od granicy światów. Kareta zwolniła między przęsłami mostu. Rumaki parsknęły jednocześnie. Dla przechodniów były parą karych ogierów w staromodnym zaprzęgu. Elara widziała sześć nóg, rogowe narośla od nozdrzy po oczy i dymne grzywy pełzające po mokrym bruku. Dodatkowe nogi pomagały zwierzętom utrzymać równowagę na styku światów. W grzywach osiadał popiół Zasłony, którym żywiły się podczas przeprawy.

Samochody przejeżdżały przez największe, wzmacniane bramy. Na starym moście silniki gasły, elektronika zawodziła, a metalowe nadwozia rozszczepiały słabe przejście. Bywało, że nawigacja zapamiętywała ulicę po drugiej stronie. Taki adres, raz zapisany, mógł otworzyć ludziom drogę przez Zasłonę. Dlatego rodzina Veyne przyjechała karetą.

Jeden z rumaków potrząsnął łbem. Z nozdrzy wypłynęła smuga błękitnego ognia. Woźnica zaklął pod nosem.

— Spokojnie, Srogi. Jeszcze chwila.

Srogi odpowiedział czymś, co brzmiało jak pogardliwe kichnięcie. Elara uśmiechnęła się mimo woli. Naprzeciw niej Darius Veyne uniósł wzrok znad dokumentów. Uśmiech zniknął z jej twarzy. Ojciec miał na sobie czarny surdut z wysokim kołnierzem, pozbawiony ozdób poza wąską srebrną nicią biegnącą wzdłuż mankietów. Nawet podczas podróży wyglądał tak, jakby za chwilę miał stanąć przed Radą: plecy proste, dłonie spokojne, każda linia stroju starannie ułożona. Nie pytał, co ją rozbawiło. Darius rzadko zadawał pytania, na które odpowiedzi nie uważał za użyteczne.

— Kiedy przejedziemy przez bramę, zasłony powinny pozostać opuszczone — powiedział. — Do czasu przybycia do rezydencji.

Elara spojrzała ponownie za okno.

— Myślałam, że Asterion jest bezpieczny.

— Jest. Pod warunkiem że przestrzegamy pewnych zasad.

Obok Dariusa siedziała Seraphine. Przez większą część podróży milczała, trzymając dłonie na kolanach. Miała suknię koloru ciemnego wina i włosy upięte tak ciasno, że napinały skórę na skroniach. Tkwił w nich srebrny grzebień w kształcie skrzydeł ćmy — jedyna ozdoba bez rodowego znaku. Matka śledziła krople biegnące po szybie.

— Brama jest niestabilna — powiedziała cicho.

Darius nie podniósł głowy.

— Strażnicy zapewnili, że została wzmocniona.

— Ostatnim razem też zapewniali.

— Nie wydarzy się żadna katastrofa.

Seraphine odwróciła się ku niemu.

— Skąd możesz to wiedzieć?

Darius złożył dokumenty. Ruch był powolny i precyzyjny.

— Nie zaczynaj.

— Jeszcze nie zaczęłam.

Elara czekała, czy matka doda coś jeszcze. Znała te rozmowy: Seraphine urywała w pół myśli, Darius ją upominał, a potem przez resztę wieczoru nie odzywali się do siebie. Kareta wjechała między kamienne filary. Deszcz zastygł. Przez chwilę każda kropla wisiała nieruchomo w powietrzu. Za szybą ludzkie miasto rozdzieliło się na dwie warstwy.

Kamienice wydłużyły się. Dachy wspięły ku górze, wyrastając w ostre wieże. Światła samochodów zamieniły się w złote kule sunące tuż nad ziemią, a asfalt pod kołami pękł, odsłaniając stary trakt ułożony z czarnego kamienia. Elara zobaczyła oba światy jednocześnie. Ludzką kobietę z czerwonym parasolem. I smukłą istotę idącą dokładnie przez jej ciało, z rogami pokrytymi mchem i płaszczem uszytym z jesiennych liści. Bezdomnego psa. I trzy małe ogary cienia skulone pod tym samym daszkiem, niewidoczne dla swojego ludzkiego kuzyna. Stary tramwaj z żółtym światłem w oknach. I długi srebrny powóz przejeżdżający przez jego środek, ciągnięty przez parę jeleni o porożach pełnych płonących świec.

Obrazy nakładały się na siebie, ślizgały, rozszczepiały. Elara zacisnęła dłoń na siedzeniu. Gorycz w ustach stała się intensywniejsza. Dołączył do niej zapach mokrej ziemi, ozonu, krwi i czegoś słodkiego, niemal mdłego — aromatu kwiatów rosnących wyłącznie w miejscach, gdzie Zasłona była bliska pęknięcia. Seraphine wyciągnęła rękę. Nie dotknęła córki. Zatrzymała palce kilka centymetrów nad jej nadgarstkiem.

— Oddychaj wolniej.

Elara nie zdawała sobie sprawy, że wstrzymała oddech. Zamknęła oczy. Wampiry nie potrzebowały powietrza tak jak ludzie. Mogły nie oddychać przez długi czas, czasem godzinami, lecz nie powstawały z ludzkich ciał. Rodziły się wampirami. W dzieciństwie ich serca biły niemal ludzkim rytmem; dopiero Dojrzewanie Krwi, wraz z pierwszym głodem i przebudzeniem rodowej magii, spowalniało je na resztę życia. Serce Elary uderzało raz na kilka minut, wolno i głęboko, jakby odmierzało czas w skali dłuższej niż ludzkie ciało. Wzięła oddech. Powoli. Zasłona przesunęła się po jej skórze. Przypominała zimne palce sprawdzające, czy Elara nadal jest tą samą osobą, która weszła na most. Coś szepnęło przy jej uchu. Nie zrozumiała słów. Otworzyła oczy. Na zewnątrz nie było już ludzkiego miasta.

Kareta wjechała do Asterionu.

Pierwsze wrażenie było zawsze takie samo. Asterion wyglądał, jakby ktoś zbudował go z ruin kilkunastu światów, a potem uznał, że najlepszym sposobem na ukrycie pęknięć będzie pokrycie ich złotem. Ulica za bramą opadała ku szerokiemu placowi. Kamienne fasady piętrzyły się po obu stronach, lecz żadna nie należała do tego samego stylu ani epoki. Obok pałacu z czarnego szkła stała kamienica porośnięta żywym pnączem. Jej liście zmieniały kolor w zależności od emocji przechodniów. Dalej wznosiła się niska, okrągła budowla bez okien, z której komina wypływały srebrne ryby. Nad dachami unosiły się mosty. Nie wszystkie prowadziły do innych budynków.

Jeden kończył się w otwartym powietrzu, gdzie jego kamienne stopnie znikały w błękitnej szczelinie. Drugi wspinał się niemal pionowo i ginął w chmurach. Trzeci zataczał krąg, wracając dokładnie do miejsca, z którego się zaczynał. Tłum gęstniał. Na chodnikach przesuwali się mieszkańcy wielu krain. Wampiry w ciemnych płaszczach. Wiedźmy z koszami pełnymi szeleszczących ziół. Fae o oczach pozbawionych białek. Zmiennokształtni, których cienie przybierały inne formy niż ciała. Dwaj wodnicy prowadzili beczkę wypełnioną morską wodą, a w środku coś stukało od wewnątrz i przeklinało w języku Neressy. Na dachu pobliskiej kamienicy siedziało sześć gargulców. Pięć udawało nieruchome rzeźby. Szósty jadł jabłko.

Kiedy kareta przejeżdżała pod budynkiem, gargulec splunął pestką. Trafiła w kapelusz wampirzego kupca idącego chodnikiem. Kupiec spojrzał w górę. Wszystkie gargulce znów wyglądały jak kamień. Elara zakryła usta dłonią. Darius westchnął.

— Naprawdę?

— Nic nie powiedziałam.

— Nie musiałaś.

— To wygodne. Możesz krytykować moje myśli, zanim zdążę je wypowiedzieć.

— Gdybyś częściej myślała przed wypowiedzeniem słów, nie byłoby to konieczne.

Seraphine spojrzała na męża.

— To po kim odziedziczyła tę wadę?

Darius nie odpowiedział. Elara pochyliła głowę, ukrywając uśmiech. Kareta skręciła w Aleję Traktatów, między ambasady i siedziby rodów Rady. Tłum poruszał się tu wolniej. Za ogrodzeniami piętrzyły się fasady, których przepych z trudem mieścił się w urzędowych zasadach skromności. Ambasadę Neressy otaczał kanał. Woda wspinała się po ścianach, a pod jej powierzchnią przesuwały się ogromne twarze.

Rezydencja fae nie stała dwa razy w tym samym miejscu. Elara widziała ją pomiędzy budynkiem czarownic a wieżą anielskiego poselstwa, lecz kiedy mrugnęła, w jej miejscu pojawił się ogród pełen białych lisów. Przed ambasadą demonów ustawiono żelazną tablicę:

WEJŚCIE OZNACZA AKCEPTACJĘ WARUNKÓW.

Pod spodem ktoś dopisał kredą:

KTÓRYCH?

A jeszcze niżej, innym charakterem pisma:

WŁAŚNIE.

Tym razem nawet Seraphine się uśmiechnęła. Darius spojrzał w przeciwną stronę.

— Ktoś powinien wreszcie to zmyć — mruknął Darius.

— Jutro napiszą nowe.

— Wystarczy pilnować wejścia.

— Całego miasta nie upilnujesz.

Seraphine odprowadziła tablicę wzrokiem. Darius obracał na palcu srebrny pierścień.

— Nie muszę. Od tego są strażnicy.

Elara ponownie spojrzała przez okno. Na murach, parapetach i schodach siedziały koty. Były wszędzie. Rude, czarne, białe, pręgowane, długowłose i prawie nagie. Niektóre wyglądały całkowicie zwyczajnie. Inne miały zbyt wiele ogonów, przezroczyste uszy albo oczy, w których przesuwały się fazy księżyca. Mieszkańcy omijali je. Koty roznosiły na łapach zarodniki mchu progowego, który zasklepiał najdrobniejsze pęknięcia Zasłony; tam, gdzie ich brakowało, lęgły się blade ćmy żywiące się cudzymi snami. Dlatego niektórzy przechodnie kłaniali się kotom dyskretnie. Jedna z wiedźm zostawiła na schodach miseczkę mleka, a stary demon w szerokim kapeluszu położył obok kawałek surowego mięsa. Elara zauważyła małego czarnego kota siedzącego pośrodku ulicy. Nie ruszył się, choć kareta zbliżała się prosto ku niemu. Woźnica pociągnął za lejce.

— Zejdź z drogi, futrzaku.

Kot spojrzał na niego. Srogi zatrzymał się tak gwałtownie, że kareta zakołysała się na resorach. Drugi rumak cofnął uszy. Kot wstał. Przeciągnął się. Następnie podszedł do bocznej ściany budynku i przeszedł przez kamień. Bez błysku. Bez otwarcia przejścia. Po prostu zniknął w murze. Woźnica dotknął dwóch palców do ust i do serca. Stary gest ochronny.

— Na mokrą noc kotu się nie złorzeczy — mruknął. — Bo wróci suchy, a człowiek nie wróci wcale.

Darius zastukał w dach karety.

— Jedź.

— Oczywiście, panie.

Woźnica nie ruszył jednak, dopóki nie upewnił się, że po kocie nie został nawet ślad ogona. Elara obserwowała mur.

— To prawda? — zapytała.

— Co?

— Powiedzenie.

— Nie — odpowiedział Darius.

Seraphine odwróciła twarz ku oknu.

— Mężczyzna, który je wymyślił, utonął we własnej wannie po tym, jak kopnął kota.

Darius spojrzał na nią.

— Zmarł z powodu udaru.

— Kot zapewne znał nazwę choroby.

Elara parsknęła śmiechem. Ojciec zamknął oczy. Na jedną krótką chwilę wnętrze karety przestało przypominać salę przesłuchań. Potem pojazd ruszył dalej, a cień pałacu Rady zasłonił ulicę.

Główna siedziba Rady Zasłony nie przypominała pałacu zbudowanego przez jednego architekta. Przypominała twierdzę, którą przez stulecia rozbudowywali ludzie nieufający ani sobie nawzajem, ani prawom geometrii. Najniższa część została wykuta z ciemnego kamienia. Nad nią wznosiły się wieże ze szkła, drewna, metalu i czegoś przypominającego zastygłą wodę. Jedno skrzydło rosło niczym drzewo, tworząc balkony z gałęzi. Drugie unosiło się kilka metrów nad ziemią, podtrzymywane przez anielskie znaki. Pod głównym dziedzińcem płynęła rzeka, a w jej nurcie jarzyły się zielone światła. Na schodach czekali przedstawiciele Rady, służba oraz strażnicy kilku ludów.

Elara rozpoznała wampirzych żołnierzy po czarnych zbrojach i srebrnych maskach zasłaniających dolną część twarzy. Obok nich stali wysocy aniołowie w białych płaszczach. Nie mieli odsłoniętych skrzydeł, lecz powietrze za ich plecami drżało lekko, jak nad rozgrzanym kamieniem. Było ich zbyt wielu. Elara policzyła odruchowo. Dwunastu przy bramie. Ośmiu na schodach. Co najmniej sześciu na balkonach. Trzech na dachu. Nie licząc tych, których mogła nie widzieć. Darius zauważył kierunek jej spojrzenia.

— Nie gap się.

— Liczę.

— Tym bardziej przestań.

Kareta stanęła. Służący otworzył drzwi. Do środka napłynął zapach deszczu i mokrego metalu, a pod nim woń krwi: wilkołaczej, wampirzej, ludzkiej, słodszej krwi fae. Elara wysiadła pierwsza. Na schodach odwracały się ku niej głowy. Wyprostowała się i uniosła podbródek. Prostą granatową suknię podróżną zdobił tylko srebrny wisior Veyne: półotwarta korona opleciona cierniem. Zsunęła go z szorstkiego szwu przy dekolcie. Władza i cena, jaką ród gotów był za nią zapłacić — tak tłumaczono jej ten znak od dziecka.

Za trzy noce mieli ogłosić jej zaręczyny.

— Lady Elara.

Głos dobiegł z góry schodów. Lucien Aeris schodził ku niej powoli. Zobaczyła go wcześniej jedynie dwa razy. Pierwszy raz podczas narady w Vesperze, gdy rozmawiał głównie z jej ojcem. Drugi podczas ceremonii żałobnej po anielskim dowódcy, którego imienia Elara już nie pamiętała. Wtedy Lucien wyglądał młodziej. Teraz jego twarz stała się ostrzejsza, pozbawiona chłopięcej miękkości. Jasne włosy sięgały mu do kołnierza. Oczy miał szare, lecz wokół źrenic przesuwał się blady blask, jak światło pod cienkim lodem. Nie wyglądał na zachwyconego jej przyjazdem. Nie wyglądał też na rozczarowanego. Był uprzejmy z dokładnością człowieka, który każde uczucie najpierw mierzył, a dopiero potem pozwalał mu wyjść na powierzchnię.

Lucien zatrzymał się dwa stopnie nad nią. Elara zaczekała. Dopiero wtedy zszedł na ostatni, jak nakazywała etykieta.

— Lordzie Lucienie — odpowiedziała.

Skłonił głowę. Nie podał jej ręki; aniołowie mogli uznać dotyk przed oficjalnym zobowiązaniem za obietnicę. Elara zostawiła dłonie przy bokach. Odpowiadał jej ten zwyczaj.

— Mam nadzieję, że podróż była spokojna — powiedział Lucien.

— Tylko jeden kot zatrzymał ruch.

W jego oczach pojawiło się coś bliskiego rozbawieniu.

— To i tak mniej niż zazwyczaj.

— Mam rozumieć, że koty pełnią tu funkcję administracyjną?

— Byłyby skuteczniejsze od połowy urzędników.

Darius wysiadł z karety. Lucien natychmiast spoważniał.

— Lordzie Veyne.

Mężczyźni powitali się krótkim ukłonem. Seraphine dołączyła do nich ostatnia. Gdy Lucien ją zobaczył, jego twarz złagodniała.

— Lady Seraphine.

— Lucienie.

Nie użyła tytułu. Darius spojrzał na nią, ale matka Elary zdawała się tego nie zauważać.

— Twoja matka nie przybyła? — zapytała.

— Przybędzie przed Nocą Konstelacji.

— Rozumiem.

Tylko tyle. Jednak coś w tonie Seraphine sprawiło, że Lucien przez chwilę wyglądał, jakby chciał powiedzieć więcej. Nie zrobił tego. Na szczycie schodów pojawił się niski mężczyzna w szacie kanclerza Rady. Był człowiekiem, ale na skroniach miał wszczepione dwa drobne kryształy pozwalające mu dostrzegać nadprzyrodzone istoty.

— Lordzie Veyne, Rada oczekuje pańskiej obecności natychmiast po zakwaterowaniu.

Darius nie ukrył niezadowolenia.

— Ustalono, że pierwsze posiedzenie odbędzie się jutro.

— Nastąpiły zmiany.

— Jakie?

Kanclerz zawahał się.

— Delegacja Kharadu przybyła wcześniej.

Elara zauważyła, że jeden z anielskich strażników na schodach zacisnął dłoń na włóczni. Darius natomiast wyglądał tak, jakby usłyszał informację, na którą czekał.

— Ronan Raven? — zapytał.

— Przybył wraz z synem i dwudziestoma wojownikami.

— Dwudziestoma?

— Twierdzi, że to zwyczajowa ochrona dziedzica.

— Zwyczajowa ochrona? Dwudziestu wojowników na szczyt pokojowy?

Stary służący stojący przy drzwiach pałacu poruszył ustami. Elara prawie nie usłyszała jego słów.

— Nasi też przecież nie przyjechali sami.

Służący miał pomarszczoną twarz i włosy białe jak pajęczyna. Na ramieniu siedziała mu mała, ruda jaszczurka z błoniastymi skrzydłami. Darius odwrócił głowę.

— Powiedziałeś coś?

Starzec skłonił się.

— Że przygotowano już pokoje, panie.

Jaszczurka na jego ramieniu kichnęła maleńkim płomieniem. Elara spuściła wzrok, by ukryć uśmiech. Lucien chrząknął.

— Odprowadzę lady Elarę i lady Seraphine do skrzydła północnego.

— Nie ma potrzeby — powiedział Darius.

— Oczywiście.

Lucien nie okazał urazy. Elara pomyślała, że jeśli przyszłe małżeństwo będzie wyglądało podobnie, oboje umrą z uprzejmości, zanim zdążą się znienawidzić.

— Właściwie — odezwała się — chciałabym zobaczyć pałac.

Darius przeniósł na nią spojrzenie.

— Później.

— Nie jestem zmęczona.

— Elaro.

Urwała. Służący przy karecie patrzył w bruk, kanclerz udawał, że sprawdza dokumenty. Wszyscy słuchali. Elara skłoniła głowę.

— Oczywiście.

Lucien nie skomentował wymiany. Jedynie jego wzrok zatrzymał się na niej odrobinę dłużej.

Skrzydło północne należało do wampirzych rodów od czasu podpisania Traktatu Dwunastu. Korytarze były tam szersze, światło słabsze, a okna pokryte szkłem zatrzymującym bezpośrednie promienie słońca. Choć na zewnątrz panowała noc, szkło nadal pozostawało aktywne. Przesuwały się w nim drobne ciemne smugi, przypominające ławice ryb. Elara szła pomiędzy rodzicami. Za nimi podążała służba z bagażami. Jedna ze skrzyń poruszała się sama, drepcząc na czterech metalowych nóżkach. Co kilka kroków próbowała zboczyć w stronę bocznego korytarza, a młody służący ciągnął ją za uchwyt.

— Do pokoju lady — syknął.

Skrzynia usiadła.

— Nie zachowuj się jak osioł.

Skrzynia kopnęła go w kostkę. Seraphine spojrzała przez ramię.

— Jest zaklęta przez krasnoludzkiego rzemieślnika?

— Tak, pani — odpowiedział służący, zaciskając zęby z bólu.

— Nie nazywaj jej osłem. Krasnoludy nie lubią, kiedy obraża się ich wyroby. Jak widać, wyroby też nie.

— Tak, pani.

Skrzynia ruszyła posłusznie. Elara podejrzewała, że to nie rada Seraphine zadziałała, tylko satysfakcja przedmiotu. Dotarli do apartamentów przeznaczonych dla rodziny Veyne. Darius zatrzymał się przy drzwiach.

— Za godzinę zjemy kolację w małej sali. Potem odpoczniesz.

— Chciałabym wyjść do ogrodów.

— Nie.

— Dlaczego?

— Ponieważ do miasta przybyli Ravenowie.

— Wątpię, by czekali na mnie wśród róż.

— Nie lekceważ wilkołaków.

— Nie lekceważę. Po prostu nie zakładam, że każdy z nich poświęca całe życie na planowanie mojego morderstwa.

Darius spojrzał na nią chłodno.

— To dlatego ja muszę zakładać to za ciebie.

— Oczywiście.

— Nie używaj tego tonu.

— Jakiego?

Seraphine zamknęła oczy. Darius podszedł bliżej. Nie musiał podnosić głosu. Nigdy tego nie robił, gdy naprawdę się gniewał.

— Przyjechałaś tutaj reprezentować ród Veyne. Za trzy noce odbędzie się Noc Konstelacji. W obecności całej Rady zostanie ogłoszone porozumienie z rodem Aeris. Każde twoje zachowanie będzie obserwowane, oceniane i wykorzystane przez naszych przeciwników. Nie będziesz spacerować samotnie. Nie będziesz opuszczać skrzydła bez eskorty. Nie będziesz rozmawiać z przedstawicielami Kharadu bez mojej zgody.

Elara zacisnęła szczękę.

— Czy jest jeszcze coś, czego nie będę robić?

— Nie będziesz sprawdzać, jak daleko sięga moja cierpliwość.

Seraphine otworzyła drzwi apartamentu.

— Dariusie, Rada czeka.

Ojciec nie odrywał wzroku od córki.

— Zapamiętałaś?

— Tak.

— Powtórz.

Elara miała siedemnaście lat. Znała sześć języków. Potrafiła rozpoznać siedemnaście rodzajów trucizn, trzydzieści dwa układy rodowych pieczęci i większość rytuałów wymaganych podczas spotkań Rady. Była przygotowywana do politycznego małżeństwa od czasu, gdy zrozumiała znaczenie słowa „sojusz”. A jednak ojciec nadal kazał jej powtarzać polecenia jak dziecku.

— Nie wyjdę bez eskorty. Nie porozmawiam z Ravenami bez twojej zgody. Mam też udawać, że sama tego chcę?

Seraphine odwróciła twarz. Zbyt późno. Darius chwycił Elarę za podbródek. Nie mocno. Nigdy nie zostawiał śladów w miejscach, które mogli zobaczyć inni.

— Myślisz, że to zabawa?

— Nie.

— W takim razie przestań zachowywać się jak rozpieszczone dziecko.

Wyczuwała puls pod skórą jego szyi. Powolny, równy; ojciec nawet teraz nie tracił panowania nad sobą. Chciała odsunąć jego dłoń. Wyobraziła sobie, jak obejmuje palcami nadgarstek i odpycha go od twarzy. Nie ruszyła się. Darius sam ją puścił.

— Za godzinę.

Odwrócił się i odszedł. Służba ruszyła za nim. Drzwi zamknęły się. Elara została z matką. Przez chwilę żadna się nie odezwała. Seraphine podeszła do okna. Apartament znajdował się wysoko. Z tego miejsca widać było dachy Asterionu, świecące kanały i krążące pomiędzy wieżami gryfy. W oddali unosiła się srebrna kopuła ambasady Neressy.

Elara przysunęła do siebie skrzynkę podróżną. Między zapasowymi rękawiczkami leżał drewniany ptak z utrąconym czubkiem dzioba. Alren wyrzeźbił go dla niej przed ostatnim wyjazdem. Miał to być sokół, lecz brat za krótko przyciął skrzydła i wyszedł mu napuszony gołąb. Elara schowała figurkę do kieszeni. Matka zobaczyła ten ruch. Nie skomentowała go.

— Mogłaś go nie prowokować — powiedziała matka.

Elara roześmiała się bez humoru.

— Oczywiście. Mogłam też podziękować za zamknięcie mnie w pokoju.

— Nie jesteś zamknięta.

— Mam zakaz wychodzenia bez eskorty i rozmawiania z połową gości.

— To nie jest więzienie.

— Jak więc je nazwiesz?

Seraphine dotknęła palcami szyby.

— Przygotowaniem.

— Do czego?

Matka milczała. Elara podeszła bliżej.

— Do małżeństwa?

— Między innymi.

— Ojciec przywiózł mnie do Asterionu jak przedmiot, który ma zostać przekazany po podpisaniu umowy.

— Wszystkie małżeństwa wielkich rodów są umowami.

— Ty również byłaś umową?

Seraphine znieruchomiała. Elara pożałowała pytania, zanim matka zdążyła odpowiedzieć.

— Tak — odpowiedziała.

— I wystarczyło ci to?

— Wystarczyło do czego?

— Do życia.

Seraphine powoli odwróciła głowę.

— A co miałam zrobić?

— Spróbować coś zmienić.

W oczach matki pojawił się błysk. Pierwszy prawdziwy gniew.

— Nie wiesz, czego próbowałam.

— Bo nigdy mi nie mówisz.

— Nie mówiłam, bo chciałam cię chronić.

— Przed czym? Matko, ja naprawdę nie wiem.

Seraphine spojrzała na miasto.

— Kiedy sprzeciwiasz się rodowi, nie tylko ty ponosisz konsekwencje.

— Kto jeszcze?

— Ludzie, którym na tobie zależy.

— Tobie coś grozi?

Seraphine zamknęła oczy.

— Nie o mnie teraz chodzi.

Elara przysunęła się do matki.

— Chcesz mi coś powiedzieć? — zapytała.

— Chcę, żebyś była ostrożna.

— Ojciec też tego chce.

— Twój ojciec chce, żebyś była posłuszna. To nie zawsze jest to samo.

Elara puściła zaciśniętą w dłoni fałdę sukni.

— Czego mam się bać?

Seraphine spojrzała na drzwi.

— Nie wiem.

— To bardzo pomocne.

— Bałabym się każdego, kto twierdzi, że zna jedyną drogę do pokoju.

— Luciena?

— Każdego.

— Ojca?

Na korytarzu rozległy się kroki. Seraphine odsunęła się od córki i wyprostowała. Weszła dziewczyna w szarej sukni z tacą ciemnego napoju. Kręcone włosy związała niedbale na karku, na policzku miała smugę zielonego pyłu.

— Lady Elara — powiedziała, wykonując ukłon, którego brakowało może pół palca do poprawności. — Lady Seraphine.

Elara rozpoznała ją od razu.

— Thessa.

Czarownica podniosła głowę. Uśmiechnęła się szeroko.

— Nadal żyjesz.

— Ty również.

— Ku rozczarowaniu kilku nauczycieli.

Seraphine spojrzała na tacę.

— Co to?

— Napar z nocnego kopru, pani. Na skutki przejścia przez Zasłonę.

— Wygląda jak woda po myciu pędzli.

— Smakuje gorzej.

Elara roześmiała się. Thessa postawiła tacę na stole. Była córką jednej z pałacowych zielarek i jedyną osobą z czasów dzieciństwa, przy której Elara nie czuła, że każde jej słowo zostanie później przekazane Dariusowi. Spędziły razem kilka lat w Vesperze, dopóki Thessa nie została wysłana na naukę do Asterionu. Ostatni raz widziały się prawie rok wcześniej.

— Przydzielono mnie do ogrodów północnych — wyjaśniła Thessa. — Oficjalnie mam dbać o rośliny dyplomatyczne.

— Rośliny dyplomatyczne?

— Takie, które nie powinny zjadać ambasadorów bez pozwolenia.

Seraphine uniosła brew.

— Zdarza się to często?

— Znacznie rzadziej, odkąd zaczęliśmy je karmić przed posiedzeniami.

— Nie wiem, czy żartujesz.

— Ja również czasem nie wiem.

Matka Elary podeszła do drzwi.

— Zostawię was.

Elara spojrzała na nią zaskoczona. Seraphine zatrzymała się.

— Za pół godziny przyjdzie służąca pomóc ci przygotować się do kolacji.

— Matko…

— Nie spóźnij się.

Kiedy drzwi się zamknęły, Thessa odstawiła tacę i objęła Elarę. Ta przez chwilę stała sztywno, z rękami wzdłuż boków. W końcu przycisnęła przyjaciółkę do siebie. Pachniała ziołami i mokrą ziemią.

— Wyglądasz źle.

— Dziękuję.

— Nie mówię o sukni. Suknia wygląda na droższą od całej mojej pracowni.

— Ojciec kazałby ci podziękować za komplement.

— No widzisz. Dobrze, że wyszedł.

Thessa podała jej kubek naparu. Elara powąchała.

— To naprawdę pachnie jak błoto.

— Nie wąchaj, będzie łatwiej.

— Muszę to pić?

— Nie. Możesz zemdleć przy kolacji. Lucien cię złapie. Wszyscy uznają to za romantyczny znak.

Elara wypiła. Napar był gorzki, kwaśny i miał posmak starego metalu.

— Nienawidzę cię.

— Wypij do końca.

— Łatwo ci mówić. Przyniosłaś tylko jeden kubek.

Thessa usiadła na skraju fotela.

— Więc? Jak się czujesz?

— Ojciec zabronił mi opuszczać skrzydło.

— Unikasz pytania.

— Bo nie wiem, co mam ci powiedzieć.

— Elaro.

Poważny ton przyjaciółki sprawił, że przestała żartować.

— Czuję się jak część umowy.

Thessa pokiwała głową. Przesunęła palcem po wyszczerbionym brzegu tacy.

— Widziałaś Luciena?

— Tak.

— I?

— Jest uprzejmy.

Thessa skrzywiła się.

— Tragiczne.

— To zaleta.

— Z twoim ojcem też potrafi być miło, kiedy ktoś go słucha.

— Lucien nie wygląda na takiego.

— Obyś miała rację.

Elara odstawiła kubek.

— Znasz go?

— Nie. Ale znam jego ludzi. W ogrodach anielskiej ambasady przycięto wszystkie rośliny do identycznej wysokości.

— To poważne oskarżenie.

— Kwiaty nie powinny wyglądać jak oddział wojskowy.

— Może mają dyscyplinę.

— Jedna róża rosła krzywo. Zniknęła następnego dnia.

Elara spojrzała na przyjaciółkę.

— Mówisz o roślinach czy mieszkańcach Eirenu?

— Zaczęłam od roślin.

Z korytarza dobiegł odległy dźwięk dzwonu. Nie był to zwykły dzwon oznaczający godzinę. Ton był niski i rozchodził się przez kamień. Thessa spoważniała.

— Brama południowa.

— Co z nią?

— Ktoś właśnie wszedł do miasta w pełnej eskorcie wojskowej.

Elara podeszła do okna. Z tej strony nie widziała bramy, lecz nad dachami wzbiło się stado kruków. Ich skrzydła lśniły bladym światłem.

— Ravenowie — powiedziała.

— Prawdopodobnie.

— Ojciec dostał wiadomość na schodach.

Thessa podeszła obok.

— Mówią, że Kael Raven zabił pierwszego człowieka, zanim nauczył się czytać.

— Ludzie mówią wiele rzeczy.

— To prawda. O tobie mówią, że kąpiesz się w krwi dziewic.

— Tylko w środy.

Thessa spojrzała na nią poważnie.

— Dzisiaj jest środa.

Elara odwróciła głowę. Obie wybuchnęły śmiechem. Trwał krótko. Na dziedziniec poniżej weszła kolumna anielskich żołnierzy. Nie przybyli przez główną bramę. Wyłonili się z bocznego przejścia prowadzącego pod pałacem. Dwudziestu. Potem następnych dziesięciu. Wszyscy w pełnych zbrojach. Thessa przestała się uśmiechać.

— Nie było ich tu rano.

Elara obserwowała, jak żołnierze rozchodzą się po dziedzińcu.

— Pewnie powiedzą, że to ochrona szczytu.

— Do szczytu nie sprowadza się łuczników ze świętymi grotami.

— Skąd wiesz, jakie mają groty?

— Po kolorze futerałów. Białe oznaczają srebro słoneczne.

Srebro słoneczne. Metal stworzony do walki z istotami nocy. Szczególnie skuteczny przeciwko wampirom i wilkołakom.

— Dlaczego aniołowie wnoszą taką broń do pałacu Rady? — zapytała Elara.

Thessa nie odpowiedziała. Na dole jeden z żołnierzy zdjął hełm. Spojrzał w górę. Prosto na okno Elary. Nie mógł jej widzieć przez przyciemnione szkło. A jednak przez moment miała wrażenie, że patrzą sobie w oczy. Żołnierz dotknął dłonią piersi. Nie był to anielski gest powitania. Raczej sygnał. Drugi strażnik odpowiedział z drugiego końca dziedzińca. Elara cofnęła się od okna.

— Dlaczego się tu ustawiają? — Thessa odsunęła się razem z nią.

— Ojciec mówił, że mamy być bezpieczni.

— Moja nauczycielka też tak mówi, zanim da mi coś do wypicia.

— Właśnie przypomniałam sobie, u kogo się uczysz.

— Ma sto czterdzieści lat i raz otruła męża, bo chrapał.

— To podważa jej autorytet.

— Pozostali czterej nie narzekali.

Ktoś zapukał do drzwi. Thessa natychmiast sięgnęła po tacę. Weszła służąca.

— Lady Elara, lord Veyne prosi, aby przygotowała się pani do kolacji.

— Oczywiście.

Dziewczyna skłoniła się i cofnęła. Thessa ruszyła za nią. Przy drzwiach zatrzymała się.

— Przyjdę jutro rano.

— Jeśli ojciec pozwoli.

— Nie pytałam twojego ojca.

— Thesso.

Czarownica obejrzała się.

— Co?

— Uważaj.

Na twarzy przyjaciółki pojawił się łagodniejszy wyraz.

— Ty też.

Drzwi się zamknęły. Elara została sama. Za oknem anielscy żołnierze zajmowali pozycje wokół pałacu. Na jednym z dachów siedział czarny kot. Nie ten sam, którego widziała na ulicy. Ten miał białą plamkę na piersi i tylko jeden ogon. Patrzył na żołnierzy. Po chwili odwrócił głowę ku oknu Elary. Ich spojrzenia spotkały się. Kot wstał. Przeszedł po krawędzi dachu, zeskoczył na wąski gzyms i zniknął w ścianie wieży. Elara podeszła do szyby. Na kamieniu nie pozostał żaden ślad. W oddali odezwał się kolejny dzwon. Tym razem z południowej części miasta dobiegło wycie. Jeden wilk. Potem drugi. Po chwili odpowiedziały im dziesiątki gardeł.

Wycie przetoczyło się nad dachami. W kilku oknach pogasły światła, gargulce uniosły głowy. Z wież zerwały się ptaki. Elara przyłożyła dłoń do zimnej szyby i nasłuchiwała.

Rozdział IIPokój przygotowany do wojny

Elara śniła o lesie, którego nigdy nie widziała. Drzewa były ogromne, ciemne i tak stare, że ich korzenie wypychały ziemię ku górze niczym żebra zakopanego olbrzyma. Pomiędzy pniami wisiała mgła. Nie biała, lecz srebrzysta, przesycona chłodnym światłem księżyca, choć nad lasem nie było nieba. Biegła. Nie wiedziała, przed czym ucieka. Gałęzie smagały ją po twarzy. Mokre liście przyklejały się do sukni, a ziemia uginała się pod stopami jak ciało czegoś śpiącego płytko pod powierzchnią. Słyszała za sobą ciężki oddech, łamane gałęzie i rytmiczne uderzenia łap. Nie bała się tego, co ją ścigało. Bała się, że przestanie ją ścigać. Odwróciła głowę. Między drzewami poruszał się wilk.

Był większy od konia, o czarnej sierści. Nie widziała jego pyska, tylko oczy: jedno złote, drugie czerwone. Wpatrywały się w nią z gniewem, którego nie potrafiła odróżnić od bólu.

— Zaczekaj — powiedziała.

Głos nie wydostał się z jej gardła. Wilk zwolnił. Las ucichł. Elara zatrzymała się na skraju przepaści. Po drugiej stronie stał czarny kot. Mały, niepozorny, z ogonem owiniętym wokół łap. Jedno jego oko było złote, drugie bladoniebieskie. Za nim wyrastały białe drzewa. Wśród korzeni leżały kamienne jaja. Jedno z nich pękło. Ze szczeliny wysunęły się smukłe palce. Nie pazury. Palce.

— Nie oglądaj się — powiedział ktoś za plecami Elary.

Młody męski głos, lekko zachrypnięty. Chociaż nigdy go nie słyszała, natychmiast chciała podejść bliżej. Odwróciła się. Wilka już nie było. Stał tam chłopak z krwią na dłoniach. Nie widziała jego twarzy. Cień zasłaniał wszystko powyżej ust. Dostrzegała jedynie napiętą linię szczęki i rozciętą wargę.

— Za późno — powiedział.

Przepaść pomiędzy nimi otworzyła oczy. Elara obudziła się z dłonią zaciśniętą na własnym gardle. Przez kilka sekund nie wiedziała, gdzie się znajduje. Nad głową widziała ciemny baldachim, którego tkanina poruszała się lekko, choć wszystkie okna pozostawały zamknięte. Na ścianach apartamentu płonęły szklane lampy wypełnione błękitnym światłem. Z korytarza dobiegały kroki służby, stuk porcelany i cichy szelest skrzydeł pałacowych ciem. Asterion. Pałac Rady. Noc Konstelacji za dwa dni. Uspokoiła oddech. Sen nie pozostawił po sobie obrazów tak wyraźnych, jak zwykłe koszmary. Rozpadał się szybko, cofając w ciemne miejsca pamięci. Został tylko las, dwa różne oczy kota i wrażenie, że czyjś głos nadal drży wewnątrz jej kości.

Za późno.

Elara usiadła. Na stoliku przy łóżku leżała kartka zapisana równym, ostrym pismem. Śniadanie w Sali Wschodniej. Dziewiąta godzina. Strój formalny. Obecni przedstawiciele rodu Aeris. Pod spodem znajdował się podpis ojca. Nie musiał zostawiać podpisu. Nikt inny w pałacu nie potrafił zmienić zaproszenia na śniadanie w rozkaz wojskowy. Obok kartki siedziała ćma. Była wielkości dłoni, z aksamitnymi skrzydłami pokrytymi wzorem przypominającym ludzkie oczy. Zwykłe pałacowe ćmy żywiły się resztkami zaklęć i rzadko interesowały papierem, lecz ta uparcie skubała róg wiadomości.

— Rozumiem cię — powiedziała Elara.

Ćma oderwała kolejny fragment.

— Ale jeśli zjesz podpis, on nadal przyjdzie.

Owad zastygł, jakby rozważał ostrzeżenie. Następnie połknął połowę nazwiska Dariusa. Elara wyciągnęła palec. Ćma wspięła się na niego, lekka jak płatek popiołu.

— Odważna.

Ćma rozłożyła skrzydła. Wszystkie namalowane na nich oczy mrugnęły. Elara przestała się uśmiechać. Owad odleciał i zniknął w szczelinie pod sufitem.

— Oczywiście — mruknęła. — W tym mieście nawet owady muszą być niepokojące.

Drzwi do sypialni otworzyły się bez pukania. Do środka weszły dwie służące. Pierwsza niosła misę z ciepłą wodą, druga suknię w kolorze ciemnej czerwieni. Za nimi pojawiła się wysoka kobieta o skórze szarej jak granit. Była gargulicą, choć w ludzkiej postaci zdradzały ją drobne pęknięcia wokół oczu oraz dwa kamienne rogi ukryte częściowo we włosach. Na szyi nosiła znak pałacowej ochmistrzyni.

— Lady Elara — powiedziała. — Jest ósma.

Elara spojrzała na przyciemnione okna.

— Skąd pewność?

Gargulica uniosła rękę i wskazała na własne ramię. Kamień na jej skórze powoli jaśniał.

— O świcie robię się cięższa.

— To brzmi nieprzyjemnie.

— Przywykłam. Proszę wstać, mamy niewiele czasu.

Gargulica odstawiła misę. Kamień cicho stuknął o porcelanę.

— Nazywam się Odria — dodała. — Będę odpowiadała za pani potrzeby podczas pobytu.

— Sama odpowiadam za większość swoich potrzeb.

Odria spojrzała na suknię, potem na rozczochrane włosy Elary.

— A guziki na plecach też pani sama zapina?

Jedna ze służących ukryła uśmiech. Elara wstała.

— Czy wszyscy przedstawiciele Aeris już przybyli?

— Lord Azael przybył przed świtem.

— Przed świtem?

— Aniołowie lubią pojawiać się w chwili, gdy inni wyglądają najmniej godnie.

— To tradycja?

— Tak twierdzą. My twierdzimy, że lubią mieć przewagę.

Odria odebrała od służącej suknię i przyjrzała się jej krytycznie.

— Za dużo czerwieni.

— To barwa mojego rodu.

— Wiem. Wystarczyłoby jej na trzy suknie.

— Nie ja ją wybrałam.

— Domyślam się.

Elara zaczynała ją lubić, choć nie wiedziała jeszcze, komu ochmistrzyni zdaje sprawę z tych rozmów. Pozwoliła służącym przygotować się do śniadania. Czerwona suknia miała wysoki kołnierz i długie rękawy. Na gorsecie wyszyto czarne gałęzie, które łączyły się na piersi w symbol cierniowej korony. Tkanina została podszyta srebrnymi nićmi chroniącymi przed prostymi klątwami, co niewiele mogło pomóc przy spotkaniu z ojcem. Odria upięła jej włosy.

— Nie za wysoko — powiedziała Elara.

— Wiem.

— Skąd?

— Wysoko upięte włosy odsłaniają szyję. Na spotkaniu z aniołami jest to znak zaufania albo głupoty.

— A nisko upięte?

— Że jesteś gotowa uciekać.

— Doskonale.

Odria wpięła we włosy srebrną spinkę.

— Gotowa pani nie jest. Ale może uda się ich przekonać.

Sala Wschodnia nie znajdowała się po wschodniej stronie pałacu. Kiedyś zapewne tak było, lecz po dobudowaniu kolejnych skrzydeł, przesunięciu anielskiej wieży i sporze fae z architektami pomieszczenie znalazło się prawie dokładnie na zachodzie. Nikt nie zmienił nazwy, ponieważ Rada przez dwieście lat nie potrafiła uzgodnić nowej. Elara przeszła przez trzy korytarze, galerię portretów i most rozciągnięty nad wewnętrznym ogrodem. Towarzyszyła jej Odria oraz dwóch wampirzych strażników przysłanych przez Dariusa.

Ogród poniżej był jeszcze pogrążony w cieniu. Rosły w nim drzewa z Neressy, których liście poruszały się jak płetwy, oraz ogromne paprocie księżycowe sprowadzone z Kharadu. Na kamiennych ścieżkach leżały błękitne płatki kwiatów śniących. Jeśli człowiek nadepnął na jeden z nich, przez kilka sekund widział sen osoby, która ostatnio dotknęła rośliny. Jeden ze strażników omijał płatki przesadnie szerokim łukiem. Odria zauważyła to.

— Znowu śniłeś o kanclerzu? — zapytała.

Mężczyzna zesztywniał. Elara odwróciła twarz, by nie było widać jej uśmiechu.

— To był koszmar — odpowiedział strażnik.

— Oczywiście.

— Był nagi.

— W takim razie z pewnością koszmar.

Drugi strażnik zakaszlał. Elara spojrzała na Odrię.

— Czy służba zawsze wie wszystko?

— Nie.

— To pocieszające.

— Wiemy tylko rzeczy ważne, kompromitujące albo zabawne. Resztę zostawiamy Radzie.

Z dziedzińca gospodarczego dobiegł trzask, a po nim krótki krzyk. Odria uderzyła barkiem w boczne drzwi. Elara wybiegła za nią na galerię.

Pod łukiem bramy stała młoda służąca. Wywrócony wózek przycisnął jej spódnicę do muru, a kamienny zwornik obniżał się z suchym chrzęstem. Dwie osoby chwyciły wózek. Nie drgnął.

Mężczyzna w bieli dopadł do dziewczyny pierwszy. Jedną dłonią podtrzymał pękający łuk, drugą rozdarł materiał przy jej kolanie. Światło wystrzeliło spod jego palców. Dziewczyna odpełzła i dopiero wtedy puścił kamień. Odłamki posypały się na opróżniony wózek.

— Nikt pod tę bramę — rzucił do strażnika.

Służąca siedziała w rozlanej śmietanie. Próbowała podziękować, ale nie mogła złapać oddechu. Mężczyzna przykucnął, sprawdził jej nogę i zdjął z ramion płaszcz.

— Oddasz, kiedy przestaniesz się trząść.

Elara rozpoznała Azaela z portretów. Miał poparzoną dłoń. Nie obejrzał się na galerię.

Odria zacisnęła kamienne szczęki.

— Zgłaszałam ten łuk jesienią. Trzy razy.

Odwróciła się do jednego z pomocników, kazała sprowadzić uzdrowiciela, potem poprowadziła Elarę dalej.

Przed wejściem do Sali Wschodniej stali anielscy wojownicy. Dwóch po każdej stronie drzwi. Białe zbroje miały matowy odcień kości. Na naramiennikach znajdował się symbol rodu Aeris: otwarte oko przebite pionowym promieniem. Każdy wojownik miał przy pasie krótkie ostrze. Futerały były białe. Srebro słoneczne. Elara zwolniła. Jeden ze strażników spojrzał na nią. Nie poruszył głową, tylko oczami.

Miał tę samą nieruchomą twarz co żołnierz, który poprzedniego wieczoru patrzył na jej okno. Nie była pewna, czy to ta sama osoba. Anielscy wojownicy nosili podobnie ścięte włosy i takie same zbroje, jakby indywidualność stanowiła niedopuszczalny błąd w umundurowaniu. Odria zatrzymała się przed drzwiami.

— Słoneczne ostrza nie powinny znajdować się w pałacu — powiedziała.

Anielski strażnik nie odpowiedział.

— Traktat Dziewiątego Kamienia — ciągnęła. — Punkt siedemnasty. Broń przeznaczona do zabijania konkretnych ludów może być wnoszona wyłącznie w przypadku ogłoszenia stanu oblężenia.

— Ostrza są ceremonialne — odparł wojownik.

— Mimo to proszę ją oddać do zbrojowni.

— Ochrona lorda Aerisa podlega prawu Eirenu.

— Nie w murach Rady.

Strażnik spojrzał na nią chłodno. Odria uniosła kamienną brew.

— Młody człowieku, stałam przy tych drzwiach, kiedy twój pradziad uczył się nie brudzić skrzydeł własnymi odchodami. Nie próbuj przekonywać mnie, gdzie obowiązuje prawo.

Na policzku anioła drgnął mięsień. Elara z trudem ukryła uśmiech. Drzwi się otworzyły.

— Lady Elara — oznajmił służący.

Rozmowy w sali ucichły. Stół był długi, wykonany z jasnego kamienia przeciętego ciemnymi żyłami. Ustawiono na nim srebrne dzbanki, kryształowe puchary oraz misy pełne potraw przeznaczonych dla kilku gatunków. Z jednej unosiła się para o zapachu ziół i smażonego mięsa. Inna zawierała owoce wyglądające jak małe zachody słońca. Przed miejscami wampirów stały karafki z krwią. Przy stole siedzieli Darius, Seraphine i Lucien. Obok Luciena znajdował się mężczyzna, którego Elara do dzisiejszego ranka widziała wyłącznie na portretach i podczas oficjalnych transmisji Rady. Azael Aeris. Władca Wschodniego Eirenu. Ojciec Luciena.

Azael miał jasne włosy związane nisko na karku. Jego twarz była spokojna, niemal łagodna. Wokół oczu widniały drobne linie, które u innego mężczyzny mogłyby świadczyć o częstym uśmiechu. Na sobie miał prostą białą szatę ze złotym zapięciem. Nie pokazywał skrzydeł. Jedynie cień za jego plecami układał się niewłaściwie. Zbyt szeroko. Jakby na ścianie za nim znajdowało się coś większego niż ciało. Azael wstał.

— Lady Elara.

Zszedł jej na spotkanie. Darius obserwował córkę uważnie. Elara wykonała ukłon właściwy wobec władcy sprzymierzonego rodu: głęboki, lecz nie poddańczy.

— Lordzie Aeris.

Azael wyciągnął dłoń. W Eirenie dotyk mógł być przysięgą, ale jedynie wtedy, gdy obie strony odsłaniały wnętrza dłoni. Azael podał jej rękę grzbietem ku górze, pozostawiając wybór formy powitania. Elara lekko dotknęła palcami jego pierścienia. Metal był ciepły. Zbyt ciepły.

— Ostatni raz widziałem cię, gdy miałaś dziesięć lat — powiedział. — Próbowałaś przekonać pałacowego gryfa, by zjadł nauczyciela historii.

Elara uniosła wzrok.

— To nieprawda.

Lucien spojrzał na nią z zainteresowaniem.

— Próbowałam przekonać nauczyciela, aby podszedł bliżej do gryfa. Resztę pozostawiłam naturze.

Azael roześmiał się. Głos miał głęboki i przyjemny.

— Dariusie, nie mówiłeś, że twoja córka zachowała poczucie humoru.

— Nie zawsze uznaję to za zaletę.

— Wolę dowcipną rozmówczynię od kolejnego milczącego gościa.

— Wolałbym, żeby wiedziała, kiedy przestać.

— Przy śniadaniu też będziesz ją pouczał? — Seraphine odstawiła kielich.

Azael spojrzał na nią. Na krótką chwilę w sali zrobiło się ciszej.

— Dajmy jej usiąść, Dariusie.

— Właśnie.

Darius wskazał Elarze miejsce obok Luciena. Usiadła. Przed nią stała karafka z krwią oraz mały kielich z czarnego szkła. Barwa płynu była zbyt jasna jak na krew przechowywaną dłużej niż kilka godzin. Świeża. Najprawdopodobniej ludzka. Elara nie sięgnęła po kielich. Lucien zauważył to, ale niczego nie powiedział. Służący nalali napoje. Azael usiadł naprzeciwko Elary.

Nalewając sobie wody, Azael przytrzymał dzbanek przez serwetę. Przesiąkała żółtawym płynem z oparzenia. Na pytające spojrzenie Luciena odpowiedział drobnym ruchem głowy. Śniadanie toczyło się dalej.

— Jak zniosłaś przejście przez Zasłonę?

— Dobrze.

— Brama zachodnia jest kapryśna.

— Przejechaliśmy północną.

Darius przeniósł na nią spojrzenie. Azael nie zmienił wyrazu twarzy.

— Oczywiście. Pomyliłem bramy.

Elara nie wierzyła mu. Władca Eirenu nie należał do ludzi, którzy mylili drogi prowadzące do najważniejszego miasta magicznego świata. Zwłaszcza gdy jego żołnierze zajmowali pozycje przy wszystkich przejściach.

— Północna brama również jest niestabilna — powiedziała Seraphine.

— Wszystkie są — odpowiedział Azael. — Zasłona słabnie.

Darius uniósł kielich.

— Właśnie dlatego potrzebujemy porozumienia.

— Potrzebujemy czegoś więcej niż porozumienia — odparł Azael. — Potrzebujemy wspólnego dowództwa.

Lucien poruszył się lekko. Elara to zauważyła. Nie wyglądał na zaskoczonego, ale wyprostował się, jakby rozmowa zeszła na teren, którego nie chciał poruszać przy niej.

— Rada nigdy nie zaakceptuje jednego dowództwa — powiedziała Seraphine.

— Bramy słabną, Seraphine. Nie poczekają, aż skończymy głosować.

— A twoi żołnierze też nie mogli poczekać na zgodę Rady?

Azael uśmiechnął się.

— Widzę, że niczego nie przeoczyłaś.

— Trudno przeoczyć tylu zbrojnych pod oknami.

Darius odstawił kielich.

— Nie zebraliśmy się, aby wymieniać uprzejmości.

— Szkoda — powiedział Lucien. — Wydawało mi się, że właśnie to robimy.

Azael spojrzał na syna. Uśmiech nie zniknął z jego twarzy, lecz Lucien opuścił wzrok. Elara zapamiętała tę reakcję. Darius przesunął po stole zapieczętowany dokument.

— W nocy otrzymaliśmy wiadomość z południowego Pogranicza.

Azael zerwał pieczęć. Lucien nachylił się nad tekstem. Elara nie widziała treści.

— Co się wydarzyło? — zapytała.

Ojciec nie odpowiedział od razu.

— Wilkołaczy patrol przekroczył granicę terenów objętych traktatem.

— Który klan?

— Krwawy Księżyc.

— Ludzie Ronana Ravena?

— Tak.

— Dlaczego?

— Tego patrolu nie pytano.

Seraphine podniosła kielich, ale nie napiła się.

— Co znaleziono na miejscu? — Seraphine nie odrywała wzroku od dokumentu.

Darius zmarszczył brwi.

— Raport masz przed sobą.

— Pytam o dowody.

— Są świadkowie.

— Czyi?

— Mieszkańcy osady.

— Jakiej?

Azael złożył dokument.

— Osada została spalona.

— W całości?

— Prawie.

— Ilu zginęło?

Darius nie lubił pytań, których nie przewidział.

— Nie ustalono.

— Kto przeżył?

— Dwóch strażników.

— Z jakiego rodu?

— Elaro — upomniał ją ojciec.

— Pytam, ponieważ świadectwo dwóch strażników zależnych od jednego rodu nie jest tym samym co relacja niezależnych mieszkańców.

Azael obserwował ją z uwagą.

— Rozsądna uwaga — powiedział.

Darius zesztywniał.

— Osada należała do wampirzego rodu Merrow.

Elara znała nazwisko. Merrowowie od lat rywalizowali z klanem Krwawego Księżyca o dostęp do przejść górskich. Utracili znaczną część ziem podczas ostatniego traktatu.

— Czy znaleziono ciała wilkołaków? — zapytała.

— Nie.

— Wilczą krew?

— Nie znam szczegółów.

— Zapach?

Darius położył dłonie na stole.

— Nie prowadzimy przesłuchania.

— W takim razie co prowadzimy?

— Rozmowę o bezpieczeństwie.

— Bez informacji?

— Z informacjami, do których nie masz pełnego dostępu.

— Ale skutki tej rozmowy mają zdecydować o moim małżeństwie.

Darius patrzył na nią przez dłuższą chwilę. Elara słyszała krew w jego żyłach. Nadal płynęła spokojnie. To było gorsze niż gniew.

— Twoje małżeństwo zostało uzgodnione wcześniej — powiedział.

— Wstępnie.

— Wystarczająco.

Lucien odłożył sztućce.

— Być może powinniśmy oddzielić dwa tematy.

— Są nierozłączne — stwierdził Azael. — Sojusz naszych rodów ma znaczenie właśnie dlatego, że świat znalazł się na krawędzi konfliktu.

Elara spojrzała na niego.

— I my mamy temu zapobiec, biorąc ślub?

— Ma pokazać, że dwa potężne ludy mogą połączyć siły.

— Dwa potężne ludy przeciwko komu?

— Przeciwko chaosowi.

— Chaos ma twarz wilka?

Azael nie odpowiedział natychmiast. Lucien wpatrywał się w stół.

— Klan, który nie respektuje traktatu, zagraża wszystkim pozostałym.

— Wilkołaki mają prawo.

— Mają tradycje.

— My również nazywaliśmy tradycją picie krwi z żywych służących podczas uczt.

Darius uderzył palcami w stół. Nie mocno. Wystarczyło.

— Dosyć.

Elara odwróciła się ku niemu.

— Powiedziałam coś nieprawdziwego?

— Mówisz o zwyczaju zniesionym przed twoimi narodzinami.

— Został zniesiony, ponieważ ktoś zakwestionował tradycję.

— Został zniesiony decyzją rodu.

— Po buncie służby.

Seraphine przymknęła oczy. Lucien przestał jeść i przyglądał się Elarze. Azael oparł łokcie na stole.

— Co proponujesz, lady Elaro?

Pytanie było uprzejme. Pułapka również. Jeśli zaproponuje ustępstwa wobec wilkołaków, ojciec uzna ją za naiwną. Jeśli poprze działania zbrojne, sama potwierdzi sens sojuszu. Elara spojrzała na dokument.

— Najpierw chciałabym wiedzieć, co naprawdę wydarzyło się w osadzie Merrowów.

— A później? — zapytał Azael.

— Później chciałabym dowiedzieć się, dlaczego anielscy żołnierze wnoszą do pałacu słoneczne srebro.

Lucien znieruchomiał. Darius odsunął krzesło.

— Wystarczy.

Azael pozostał spokojny.

— Moi strażnicy odpowiadają za ochronę delegacji.

— Traktat zabrania tej broni.

— Traktat dopuszcza wyjątek w przypadku wiarygodnego zagrożenia.

— Stan oblężenia nie został ogłoszony.

— Jeszcze nie.

Elara poczuła chłód na karku.

— Oczekuje pan oblężenia?

— Przygotowuję się na taką możliwość.

— I co zrobi Ronan, kiedy zobaczy twoją armię? — Seraphine przesunęła kielich.

Darius odwrócił się do żony.

— Powiedziałaś wystarczająco dużo.

— Dopiero zaczynam.

Azael uniósł dłoń.