Płomyk, który zgasił świecę (Sali Półtoraucha #1) - Maciej Kur - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Płomyk, który zgasił świecę (Sali Półtoraucha #1) ebook i audiobook

Kur Maciej

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

30 osób interesuje się tą książką

Opis

Witajcie w Mirasol
mieście doskonałości, gdzie ideał jest religią, a każdy odstający od normy płaci za to wysoką cenę.Płomyk, niskorosły elf i świątynny skryba, wie aż za dobrze, że do ideału mu daleko. Gdy los rzuca go w sam środek szalonej przygody u boku równie „nieidealnej” poszukiwaczki przygód, odkrywa, że jego przeznaczenie sięga znacznie dalej niż mury Świątyni Piękna.

Przed nim pierwsza wyprawa, krwiożercze bestie, zagadka zaginionych kosztowności, bardzo rozrywkowy cmentarz i poszukiwania legendarnej Świecy Narodzin – artefaktu, którego moc może zmienić wszystko… za odpowiednią cenę.

Pełna humoru opowieść o przyjaźni, marzeniach i podróży, która okazuje się ważniejsza niż cel. Bo ideał bywa złudzeniem, a prawdziwa magia rodzi się tam, gdzie najmniej się jej spodziewamy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 563

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 27 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Jakub Kamieński

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Prolog

Tańczyła, tańczyła. Ciągle tańczyła.

Tyle było pewne.

Tańczyła na przekór mrokom, płonąc ciepłym, szmaragdowym blaskiem. Nigdy się nie męcząc, nigdy nie gasnąc, wiecznie żywa, wiecznie młoda i wiecznie figlarna. Nie parzyła, co najwyżej łaskotała. Tak samo tysiąc lat temu, jak czternaście tysięcy lat wcześniej.

Całkiem nieźle jak na świecę.

Wiele baśni powiadało o tych, którzy ruszyli jej szukać.

Po co? Nikt już nie pamiętał.

Legendy głosiły, że skrywała w sobie nieprześcignioną potęgę.

Jaką? Nikt też nie pamiętał.

Szeptali, że potrafiła ujarzmiać bieg dziejów i urzeczywistniać pragnienia.

Jak? To akurat wiedziałem… aaale mi umknęło.

Piaski czasu mają paskudną tendencję do zasypywania wszystkiego, nawet tego, dlaczego nazwano ją ŚWIECĄ NARODZIN.

Jedno tylko było pewne: gdziekolwiek teraz się znajdowała, otaczały ją zapomnienie i ciemność.

I tańczyła, tańczyła, tańczyła…

Rozdział 1

SZCZĘŚLIWE ZAKOŃCZENIE

Pachnące wonnymi różami szczury przebiegły po rubinowych kafelkach, czmychając do krystalicznego ścieku. Poranne słońce powoli wznosiło się nad slumsami w Mirasol. Na tle reszty stolicy elfów ta dzielnica prezentowała się dosyć obskurnie. Wille zbudowane były zaledwie z kości słoniowej, drzewa w okolicznych parkach rodziły tylko po jednym gatunku owoców, a zdobiące ulice posągi miały co najwyżej kilkanaście metrów wysokości. (Bida z nędzą!)

Ale jednak oszczędzimy wam tego przygnębiającego opisu, nasza historia zaczyna się bowiem na osiedlu obok, a to było (całe szczęście) znacznie okazalsze, choć wciąż dalekie od przepychu uchodzącego za przyzwoity. Przez środek biegł kanał pełen musującej wody, a po bokach królował szeroki, ozdobiony lampionami bulwar. Już przed świtem zalał się hordą ulicznych malarzy, żonglerów, tancerek i popisujących się magów. Rzecz jasna nikt nie demonstrował swoich talentów dla zarobku, jak to się zdarzało w miastach centaurów, ludzi czy sfinksów. Elfy robiły wszystko z pasji, a tą było chlubienie się swoim kunsztem, by budzić upragnioną zazdrość sąsiadów.

Tłumek krytyków gromadził się właśnie wokół pudła, na którym pewien początkujący balladzista miał odśpiewać swój – jak to ujmował – „debiutancki przebój”. Wszyscy szeptali, jak niską ocenę planują wystawić po pokazie, gdy nagle coś małego wybiegło ze slumsów i pośpiesznie ruszyło między nogami przechodniów.

– Prze-przepraszam! – zająknął się podenerwowany głos. – Ju-już mnie nie ma! Pardon!

Dumne twarze mirasolczyków w osłupieniu podskakiwały.

– A co to? Gnom?

– Nie, nie, skarbie, to małolud.

– A gdzie, tam! Niziołek! Różnica spora, bo…

– Leprykan! To leprykan! A myślałam, że odziewają się tylko na zielono!

– Ktoś wpuścił do miasta krasnala? Mówię wam, Mirasol schodzi na psy!

– Och-ach!

O dziwo ów budzący zamieszanie jegomość sam był elfem, w dodatku liczącym dwadzieścia lat. Traf chciał, że urodził się niskorosły, więc sięgał swoim pobratymcom do pasa. Wielkie z kolei miał uszy, spore nawet jak na elfa, choć wyróżniał go także nos niczym żądełko i lisio miedziana grzywka.

Płomyk, bo takie imię nosił, przywykł już, że jego widok budzi powszechne zaskoczenie. Elfy znane były ze swej postawnej budowy, w szczególności te z Mirasol – kolebki najwybitniejszych i najdorodniejszych przedstawicieli rasy. I tu zapewne stwierdzilibyście, że miejscowi są próżni, jednak spokojnie! Ci poprawiliby was od razu, że po prostu kultywują piękno – ich cechę narodową. Każdy dążył do ideału i większość dnia poświęcał na kuracje samodoskonalące, mające na celu wyeliminowanie każdego, nawet najbardziej błahego detalu zahaczającego o defekt.

Płomyk z trudem przecisnął się przez tłum, aż wydostał się wreszcie, podbiegł do wąskiej alejki między dwiema siłowniami, spokojnej i nie tak dostojnej jak bulwar, więc większość miejscowych nie czuła potrzeby się tam zapuszczać. Miedzianowłosy elf stanął, by złapać oddech, i już miał popędzić skrótem, gdy do jego uszu dotarł płacz dziecka. Dobiegał z przejeżdżającej obok dorożki. Roczne na pierwszy rzut oka elfiątko szlochało, trzymane na rękach przez matkę.

– Co mu? – spytał dorożkarz, poprawiając złote loki.

– Nie wiem – odparła matka, poprawiając swoje. – Już, już skarbie! Gdzie twoja foczka?

„Foczka”? Zdziwiony Płomyk obejrzał się na bruk. Przykucnął. Prędko wypatrzył bielutką pluszową fokę leżącą na zatłoczonym chodniku. Bez namysłu skoczył naprzód, prześlizgnął się między nogami gawiedzi i pochwycił zabawkę, nim ktoś zdążył przycisnąć ją butem. Wsadził pluszaka pod pachę i pognał za dorożką.

– Przepraszam! Prze-prze-praszam! Mam co-coś pani dziecka!

Wóz stanął. Maluch zapiszczał i uradowany wyciągnął rączki. Mniej cieszyła się matka. Krzywiąc się, chwyciła zabawkę i oddała ją maleństwu.

– Widzisz? I po co te łzy? – rzekła i machnęła, by dorożkarz czym prędzej ruszył.

– Mi-mi-miłego dnia! – zawołał wesoło Płomyk i pognał dalej.

Tu rodzi się pytanie, gdzie podziękowania, ale trzeba zrozumieć wrażliwość miejscowych. Nikt nie chciał narażać swojej reputacji, nawiązując znajomość z kimś tak dalece odstającym od normy. Zgodnie z mirasolską tradycją każda nieperfekcja była wyszydzana publicznie, a nic nie przerażało wiecznie młodych elfów tak, jak śmierć socjalna. Tak więc ci obdarzeni krzywymi trzonowcami nosili szale, by zakryć usta, a urodzeni z nierównymi tęczówkami inwestowali w okulary o czarnych szkłach (wynalazek stworzony dokładnie w tym celu, pod naiwnym pretekstem ochrony przed słońcem).

Płomyk, jak się można domyślić, nie miał lekko. Ujmując sprawę bardziej poetycko: miał przekichane. Pogodził się jednak, że taki jego los, i starał się tylko cierpliwie dotrwać kolejnego wieczora. Jak na razie dzień był pomyślny – popchnięto go wyłącznie dwukrotnie. (Tych przypadkowych razów nie liczył).

Doczłapał nareszcie do placu Weny, gdzie kręciło się kilku elegancko ubranych żebraków, zbierających na życiodajny eliksir zwany botoksem (chleb mógł poczekać). Na środku placu wznosiły się ogromne schody, prowadzące do majestatycznej porcelanowej katedry z gigantyczną fontanną na dachu. Jej wody opływały ściany budowli, budząc porastające ją irysy, a woń nektaru ściągała śnieżnobiałe kolibry. Była to ŚWIĄTYNIA PIĘKNA.

Płomyk dobiegł do dwójki mięśniakowatych strażników dyskutujących u stóp schodów.

– He-hej… – zaczął nieśmiało.

– Chyba szalejem się schlałeś! – wykłócał się pierwszy strażnik.

– Nie, mówię ci! – zapierał się drugi z urażoną miną. – Moje włosy są bardziej lśniące!

– Bredzisz!

– Zacznijmy od tego, że mam droższy szampon…

– Chło-chłopaki. – Płomyk uniósł dwa palce. – Ja wiem, że lubicie udawać, że mnie nie-nie ma, ale jeśli znów się spóźnię…

– Ty, Izydor. – Pierwszy rozejrzał się na boki. – Słyszysz coś?

– Tylko twoje majaki o kudłach, Bonifacy! – mruknął drugi.

– Chłopaki, błagam!

Strażnicy roześmiali się grubiańsko i przepuścili Płomyka.

– Może mu dopomóc kopniakiem? – rzucił Bonifacy. – Szybciej doleci do góry.

– Nawet tak nie żartuj! – Izydor stuknął się w głowę. – Buty chcesz potem czyścić?

– Właśnie, Bonifacy, myślałbyś! – dodał Płomyk i widząc groźne spojrzenie strażnika, prędko pomknął w górę schodów, jak zawsze po nich wskakując.

Hop! Hop! Hop! Hop! Hop… BACH! Wywrócił się niezgrabnie. Strażnicy donośnie zarechotali. Płomyk westchnął bez entuzjazmu.

– Tak, tak…

Już miał się podnieść, gdy wyczuł, że spod płaszcza wyleciał mu notes. PUK! PUK! Odbijał się od schodów, lecąc w dół. Płomyk prędko ruszył za nim… Za późno! Notes plasnął – PLASK! – pod nogi strażnika Izydora, gubiąc przy okazji kilka kartek. Osiłek podniósł jedną z nich, zdumiony.

– „Była raz Królewna Dżinów”? – odczytał, drapiąc się po brodzie. – „Nie byle jaka królewna. Córka samego Emira, którego państwo dumnie wznosiło się wśród obłoków nad oceanami. Nie w głowie jej jednak były obowiązki, lecz figle i zew przygody…” CO TO?

Zerknął na Płomyka, który od pewnego czasu podskakiwał, próbując pochwycić kartkę.

– Oddaj, proszę… – spróbował grzecznie.

– Czy to naszej muzy?

– Może. Oddaj… Proszę.

– Zatem plotki są prawdziwe? Nasza muza pisze książkę? Redagujesz ją?

– Błagam, śpieszę się!

– Dobrze, już dobrze…

Izydor puścił kartkę, by powoli opadła na ziemię. Płomyk pochwycił ją wreszcie, schował do notesu i czym prędzej wznowił wspinaczkę. Nie zamierzał nawet dać po sobie poznać, że dzieło wyszło spod jego pióra, bo do końca życia musiałby wysłuchiwać kpin na ten temat. Wszak pisanie powieści było zaszczytem przeznaczonym jedynie dla najsławniejszych elfów. Żaden szanujący się wydawca nie spojrzałby na utwór niecieszący się głośnym nazwiskiem autora, a co dopiero porwał się na publikację takiego dzieła. Zresztą Płomyk nawet nie marzył o karierze pisarza. Było to po prostu zajęcie, któremu oddawał się po ciężkim dniu. Zamykał się w mieszkanku po zmarłych rodzicach i spędzali wieczór we dwoje: tylko on i jego wyobraźnia. Egzotyczne lądy, sprytna królewna dżinów i przygody pełne napięcia, potworów, pojedynków, ale kończące się dobrze, ucieczka od mozolnego żywota w świecie goblinów i smoków. Pisał, co lubił, i robił to sam dla siebie. No bo dla kogo?

Płomyk dotarł wreszcie do wrót świątyni. Złapał oddech i przystąpił do długiego procesu starannego wycierania butów. Nie chciał dopuścić się świętokradztwa, wnosząc do wnętrza jakiś paproch czy, co gorsza, błoto. Z trudem popchnął ciężkie wrota. Udało się – uchyliły się bez pisku. Przecisnął się ostrożnie przez niewielką szparę i zajrzał w głąb świątyni. Rząd mlecznych kolumn i szklanych posągów ciągnął się w prostej linii, prowadząc do ołtarza, gdzie stał wielki, pusty tron.

Płomyk odetchnął z ulgą. Wszyscy musieli być w katakumbach urody na próbie chóru. Przekroczył próg i postawił krok…

TRZASK! Drzwi za jego plecami zamknęły się głośno i Płomyk aż podskoczył. Odwrócił się i ujrzał przy wejściu opartą dłonią o wrota Elizję. Tak, tak! Nie przesłyszeliście się (bądź nie przeczytaliście się, jeśli nie czytacie na głos)! Była to Elizja! TA słynna Elizja! Muza wszystkich mirasolskich poetów! Chodząca perfekcja! Elfka, której urodę uważano za tak idealną i nieskazitelną, że całe miasto ogłosiło ją żywym dziełem sztuki. Nawet teraz jej skrywana pod woalką twarz przypominała szlifowaną latami rzeźbę. Miętowe oczy iskrzyły się namiętnością, jej usta zaś oszołamiały swą naturalną, soczysto krwistą czerwienią. Gęste, kasztanowe włosy dotykały podłogi, zakrywając oba ramiona niczym czekoladowy wodospad. Wszystko w niej wydawało się delikatne, a zarazem tętniące pasją – od zmysłowych brwi po słodkie paluszki u bosych stóp wystających spod srebrnej sukni.

Zerkając w dal, rzekła z akcentem przeciągającego się kota:

– O co prosiłam? Korzystasz z tylnych drzwi. Chcesz, by któryś z moich wiernych dostał zawału?

– Prze-przepraszam! – zająknął się Płomyk. – Po-po prostu nie chciałem się spó-spóźnić, a-a bym… musiałbym okrążyć świątynię, potem iść zapleczem, a…

Muza minęła go. Wpatrywała się w sufit – nie lubiła marnować swojego cennego wzroku na twarze innych. Wbrew pozorom dla Płomyka była to ulga, bo w obecności Elizji czuł się mniejszy niż zwykle. Gdy nawet przypadkiem zahaczała go spojrzeniem, jej twarz emanowała odrazą, przeszywając deprawującą pogardą i wstrętem.

Prędko podbiegł do stojącego w kącie pudła. Wypełniały je maski – drewniane, pozbawione rysów. Nosiła je obsługa świątyni – od wiernych kultystów po pociesznych fanatyków. Chroniły Elizję przed przypadkowym ujrzeniem kogoś kaleczącego jej gusta. Płomyk zdezynfekował prędko ręce wiszącym na ścianie płynem i niezdarnie złapał jedną z masek, lecz ta wyślizgnęła się – PONG! Odbiwszy się od podłogi, przeturlała się, turlu-turlu, aż pod nogi Elizji.

Płomyk zamarł. Bał się podejść. Narażenie muzy na to, by na niego spojrzała, było dosyć zuchwałym wyczynem.

– Dobrze, już dobrze. – Potarła swoje ramiona. – Nie zakładaj. I tak muszę cię tolerować. W końcu zatrudniłam cię w ramach programu wsparcia dla perfekcyjnie skrzywionych. – Wzruszyła się własnym miłosierdziem. – Elita ciągle chwali, jaką łaską obdarzam potrzebujących, dopuszczając ich do przebywania przed moim obliczem. Chciałam wprawdzie kogoś trędowatego, by do reszty wykazać się bezinteresownością… ale cóż! Tylko ciebie ze slumsów wygrzebali. Lepszy rydz niż nic.

– To-to ogromny zaszczyt – zapewnił Płomyk. – Notować twoje myśli, roznosić wiadomości…

– Tak, tak, ale to, że elita rozczula się nad moim altruizmem, nie znaczy, że ma ochotę cię oglądać. Wkrótce zaczną tu napływać pragnące mnie masy i nie chcę, by ktoś cię tu znów zobaczył. – Zatrzęsła się, ciarki przebiegły bowiem po jej ciele. – Jeden taki incydent nam wystarczy. Przez miesiąc gadali! Musiałam zapewnić, że odkaziłam całą świątynię i to się nie powtórzy… Kompromitacja!

Elizja wkroczyła po schodkach ołtarza i rozsiadłszy się na tronie, popatrzyła na jeden z witraży. Naturalnie przedstawiał ją. Serdeczną, życzliwą, promieniującą matczyną troską.

– Łaknący piękna nie zasługują, by im psuć dobry humor, prawda?

– Pra-prawda… – Płomyk nerwowo kiwnął głową.

– Gdybyś jeszcze był trędowaty… – westchnęła zasmucona, a Płomyk, nie chcąc, by trwała w tym stanie, wyciągnął z notesu niewielki plik kartek i upewniwszy się, że nie pomylił ich przypadkiem ze swoim opowiadaniem, wręczył rękopis Elizji.

– Oto prze-przedostatni rozdział.

– Brawo. – Elfka mlasnęła, a ponieważ zbyt szanowała swój wzrok, by czytać, odrzuciła kartki na szklany stolik obok tronu. – Moja autobiografia już prawie skończona.

– S-s-staram się…

– Nikt nie rozumie, jak trudno być mną, karzełku. – Elizja zasmuciła się swoim losem. – Jak trudno jest nosić tak ciężkie brzemię. Być wybraną przez lud do tak ważnej funkcji. Siedzieć całe dnie na ołtarzu i zaszczycać przybyłych swoją obecnością. Dawać mieszkańcom nasycać się mą aurą, pozwalać artystom czerpać ze mnie estetyczne inspiracje… A za dodatkową opłatą pozwolić im posłuchać mego głosu.

Znów wzruszyła się własną szczodrością, ze skromności nie wspomniała nawet, że w pakiecie premium mogła także dotknąć kogoś palcem.

– O-obiecuję to wszystko zawrzeć w ostatnim rozdziale – zapewnił Płomyk. – Twoja książka za-zasługuje na szczęśliwe zakończenie.

– Błogosławiony niech będzie dzień twoich narodzin. – Elizja wzniosła dłonie, a jej głos ociekał egzaltacją. – Tego też dnia i JA się bowiem urodziłam, by stać się gwiazdą rozjaśniającą mirasolski nieboskłon. Nawet jak nie jesteś trędowaty… – podkreśliła melancholijnie i dodała z optymizmem: – Łaska, którą cię obdarzam, jest tak chwytająca za serce… Ale proszę, nie wspominaj w książce o sobie. Nie chcę nikogo przygnębić.

– N-naturalnie.

– Rozpiera mnie duma, że na to wpadłam! Wciąż wspominam ten moment natchnienia: „Chwila! Przecież mój skryba sam potrafi pisać!”. Ileż bym się namęczyła, by dyktować ci moje osobiste przemyślenia i historię. A tak możesz to robić po godzinach. Za mnie.

– Cieszę się, że mo-mogę pomóc.

Płomyk istotnie przykładał się do pracy. Być może zbytecznie. Choć każdy elf lubił się chlubić posiadaniem pokaźnej biblioteki, nikt w Mirasol, nie licząc magów i wariatów, nie czytał książek. Nawet Płomyk nieczęsto to robił, bo większość tutejszej literatury prezentowała dosyć mizerną jakość. Pisarze się nie starali, rzadko bowiem ktoś wnikał w treść powieści. Najważniejsze, by okładka pięknie zdobiła półkę, wszak „im książka piękniejsza, tym wyższa jej wartość literacka”.

– Ale dość już celebrowania mojej kariery pisarskiej. – Elizji znudziło się radowanie własnym przeznaczeniem. – Jak już jesteś, możesz roznieść służbie kilka wiadomości.

Klasnęła. Płomyk kiwnął głową i błyskawicznie wyciągnął wierny rysik.

– Przekaż kuchtom, że dziś na obiad ma być feniksie jajo. Niech nie żałują soli. Wino ma na mnie czekać, zarówno chłodzone, jak i podgrzane. Nie wiem jeszcze, na co się zdecyduję. Potrzebna mi nowa poduszka pod nogi. Na obecnej dostrzegłam dwa ziarnka kurzu. Wiem, wiem. Służki mogą ją uprać, ale niedobre wspomnienie pozostanie! Spalcie starą, by się kurz nie mnożył.

– „Poducha niebudząca złych wspomnień”. – Płomyk bacznie notował.

– Wreszcie trzeba obwieścić, że podnoszę cenę za moje usługi. Osiem złociszy to stanowczo za mało, bym strzępiła swój jęzorek…

– Czy… Czy to mądre? – spytał nieśmiało Płomyk. – To już druga taka podwyżka w tym kwartale…

– Zło konieczne. – Elizja westchnęła z bólem. – Gawiedź zrobiła się pazerna na moje słówka, a wczoraj dotknęłam aż trzech elfów i jednej elfki. W dodatku dziecka! – Wzdrygnęła się. – Czego to nie wymyślą? Jeśli mam pracować w takich warunkach… Zresztą czemu się tłumaczę TOBIE?

– Ch-chcę tylko pomóc. Nie wypada zniechęcać ludu…

– Oj, malutki, malutki! – przemówiła słodkim, acz protekcjonalnym głosem muza, wciąż nie patrząc na swego skrybę. – Niech już cię o to ta twoja główka nie boli, dobrze? Jesteś tu tylko od rozsyłania moich poleceń. Nie, by udawać, że je rozumiesz.

– Przepraszam. – Płomyk się skulił. – Po-po prostu po ostatniej podwyżce na mieście krążyły plotki, że to podejrzane i…

– Plotki? – Elizja uniosła brwi. Nie tolerowała pomówień. Prędko przybrała uśmiech, jakby nie przejmowała się zdaniem innych. – Chcesz powiedzieć, mój karzełku, że ktoś chciał z tobą plotkować? Toż to musiało być dla ciebie socjalne wydarzenie roku!

Płomyk spuścił głowę.

– A może wypytują cię o mnie? – spytała muza, rozkładając się w poprzek tronu. – Masy chcą wiedzieć, jak to jest słuchać za darmo głosu gwiazdy zlepiającej całą mirasolską konstelację?

– Nie. Przy-przypadkiem usłyszałem na jarmarku w slumsach. Nawet ci, co wiedzą, że tu pracuję, nie chcą wierzyć, że mam taką posadę. Myślą, że pewnie myję podłogę w piwnicy…

– Oj, karzełku, karzełku! I właśnie dlatego jesteś idealny do tej roboty! – Roześmiała się z osobliwą serdecznością. – Jeszcze nie narodził się taki, co nie kochałby się w mojej osobie. Wiesz, jak każdy inny by się puszył, że może słuchać mojego głosu i jeszcze brać za to pieniądze? No ale z tobą mi to nie grozi, prawda?

– Wyraziłaś się precyzyjnie. – Płomyk hamował smutek w oczach.

– A co to ja słyszę w twoim głosie? – Elizja nadstawiła ucha. – Ojejku-jej! Czy tyci elf będzie płakać? Pójdzie w kąt i będzie ssał paluszek? Cio? Cio?

– Aż tak źle ze mną nie jest! – Elf spróbował się bronić.

– Dobrze, dobrze! – roześmiała się Elizja i nagle przez boczne drzwi wkroczyła jedna z jej kultystek. Jej twarz zasłaniała maska, a w dłoniach trzymała spore prostokątne zawiniątko.

– Wasza Wysublimowaność! – Oddała pokłon. – Przybyła okładka twojej powieści.

– Autobiografii – poprawiła ją Elizja. – Choć w sumie taka podróż przez moje dzieje… Dobrze, nazwijmy to powieścią. Nie gniewam się. Daj to skrybie i się oddal.

Kultystka wręczyła zawiniątko Płomykowi i nie przerywając pokłonu, oddaliła się. Skryba wyciągnął obramowany wydruk na grubym płótnie. Okładka prezentowała się zacnie. Na środku widniał wypisany diamentową czcionką tytuł „ELIZJA: ZBAWIENIE I MISJA!”, niżej zaś znajdowała się wymalowana złocistą akwarelą podobizna Elizji patrzącej w dal z refleksją.

– CO TO MA BYĆ?! – ryknęła muza, gwałtownie powstając z tronu. Ruszyła sztywnym krokiem przed siebie i wyrwała z rąk Płomyka okładkę. – Spójrz tylko! To ma być kształt mojego noska? Gdzie jego nieskazitelna zadziorność? Spartolił to!

– Trudno się dziwić – rzekł Płomyk. – Nie pozwoliłaś ilustratorowi oglądać twojej twarzy. Musiał posiłkować się rzeźbami.

Ręce Elizji zadrżały.

– Któ-któ-które, jak wie-wiemy, są przedawnione…

– Jak zawsze wszystkie nieszczęścia spadają na mnie! – Zrozpaczona Elizja cisnęła okładkę o kolumnę i zdruzgotana klapnęła na tronie. – Premiera książki już w przyszłym miesiącu. Miała to być niespodzianka z okazji mej trzeciej rocznicy! Cudownego dnia, gdy Mirasol okrzyknęło mnie swoją muzą, i to w moje urodziny! Już słyszę, jak szydzą: „Czemu wybraliśmy Elizję? Nawet nie umie zachować ideału własnego wizerunku!”.

– Jeszcze szmat czasu! – Płomyk uśmiechnął się pocieszająco.

Elizja powoli uniosła głowę i wyciągnęła drżący palec wskazujący.

– Olej kucharza! Olej strażników! Moje zranione serce przeboleje nawet tę poduszkę, ale na litość boską, pędź do ilustratora i niech jak najprędzej naprawi tę kompromitację! Wracając, zajmiesz się resztą listy. A teraz idź! Pewnie już wpuszczają gawiedź!

– A nie lepiej, jeśli wpierw…

Lodowaty dreszcz przeszył Płomyka. Pierwszy raz od tygodni Elizja wbiła w niego wzrok. Jej oczy przebijały woalkę, łącząc desperację z ledwo hamowanym szałem.

– Już-już mnie nie ma! – Elf mknął do tylnego wyjścia.

Wywrócił się na śliskiej podłodze, ale błyskawicznie się podniósł. Na szczęście, jak spostrzegł, Elizja leżała na tronie z zamkniętymi oczami. Włożyła dłonie pod woalkę i w skupieniu masowała czoło. W końcu musiała się wprawić w odpowiedni stan ducha: serdecznej dziewki, otwartej i radującej się z widoku tych, którzy jej łakną i potrzebują.

Gdy otworzyła oko, skryby już nie było.

Płomyk wybiegł tylnym wyjściem i okrążył świątynię. Zbiegł po schodach, mijając kolejkę elfów przybyłych podziwiać Elizję.

– A co to znowu?

– Toć ci mówiłem, że małolud!

– E, pewnie jakiś mag znów tworzy cuda niewidy!

– Ale żeby tak przy Świątyni Piękna się takie coś pałętało? Dekadencja i upadek moralny!

– Że-na-da!

– Och, ach!

Jak było napomknięte, Płomyk już przywyknął, choć „sianie paniki moralnej” nie cieszyło go mimo wszystko. Teraz najważniejsze było zaspokoić kaprysy… przepraszam, potrzeby Elizji. Nie była to lekka praca, ale dobrze płatna, do tego z podatków. Zresztą Płomyk nie mógł być wybredny. Nikt w Mirasol nie traktował go wystarczająco poważnie, aby zatrudnić. Dla miejscowych, najważniejsza była „estetyka pracy”, a co za tym szło – wymagali, by elf był postawny, zapierających dech w piersiach i o urzekającym spojrzeniu. Sam się dziwił, że Elizja go tolerowała. Czasem odnosił wrażenie, że chciała po prostu mieć kogoś, z kim mogła pogadać. Myśl absurdalna, jak powszechnie bowiem wiadomo, słuchanie echa jej własnego głosu, odbijającego się po świątyni, było dla Elizji najpiękniejszą melodią, do której aspirowały mirasolskie chóry.

Niestety cech ilustratorów miał siedzibę za murami miasta, w otaczającej go wiosce. Ilustratorzy byli dziwacznymi artystami – nie lubili się chwalić swoimi pracami, nim te były ukończone. Różniło ich to od innych lokalnych twórców, którzy jeszcze nim zaczęli dane dzieło, już wysyłali obwieszczenie, jakie jest genialne.

Zwykle Płomyk, biegnąc na posyłki, korzystał z czasu, by kreować w głowie dalszy ciąg swoich opowiadań. Dziś jednak jego myśli okupowało spojrzenie Elizji. Było jak trucizna, która ciągle wiła się w jego żyłach, piekąc i kąsając. Co gorsza, wiedział, że w jego tempie tułaczka do cechu ilustratorów zajmie cały dzień, a już padał z wyczerpania. Królewna Dżinów z opowiadania może i została wrobiona w zbrodnię i skazana na banicję, jednak zawsze miała na wszystko jakiś sprytny fortel. Jej autor – już nie bardzo.

Płomyk przystanął, aby złapać oddech. Rynek był bardziej zatłoczony niż zwykle. W dodatku kręciły się po nim jakieś centaury, jedne z nielicznych istot, które mirasolskie elfy szanowały, uważając je za bliskie własnej wspaniałości (choć, jak podkreślały, „nie szalejmy”). Na oko byli to atleci o oliwkowej skórze, lśniących kopytach i muskularnych łydkach, z bujnymi grzywami idącymi od czubka głowy, przez środek pleców, aż po zacne ogony. Mimo iż centaury były tylko od pasa w górę elfami (lub, jak twierdziły centaury, to elfy były raptem od pasa w górę centaurami), łączyły je też zapędy kulturalne – wszak w ich mieście, jeśli ktoś nie był sportowcem, to przynajmniej aktorem bądź filozofem.

Płomyk przypatrywał się właśnie centaurom, gdy nagle wzrok jego uchwycił mijający go kupiecki powóz. Opuszczał bazar, kierując się ulicą prowadzącą do bram miasta. Należał ewidentnie do kogoś spoza Mirasol. Woźnicą był co prawda elf o pięknym obliczu i hebanowych włosach, jednak pojazd w żaden sposób nie spełniał tutejszych standardów. Zamiast dostojnego ogiera wóz ciągnęła popielata szkapa, okrywająca go płachta była postrzępiona i bogata w łaty, koła zaś nie dość, że drewniane, to w dodatku nie były zdobione żadnymi kamieniami szlachetnymi (cud, że go wpuszczono). Kupiec zatrzymał się na moment tuż obok Płomyka, by przepuścić robiących fikołki akrobatów.

Gdyby Płomyk był Królewną Dżinów, pewnie władowałby się do środka i podjechał te kilka kilometrów do wioski. Ale cóż, nie był ani Królewną Dżinów, ani nawet jej przyjacielem: prostym, acz miłym dżinem, mieszkającym w butelce, jak ten żul, co – spoiler – okazał się zaginionym księciem. Płomyk poczuł znajomy impuls. Pojawiał się od czasu do czasu jak mały czort i kusił do zrobienia czegoś na przekór zdrowemu rozsądkowi. Płomyk zbyt bał się takich instynktów i tłumił je zawsze skutecznie. Dziś jednak coś go podkusiło. Raz kozie śmierć! Zrobi czortowi przyjemność i posłucha.

Wdrapał się prędko na tył wozu. SIUP! Wskoczył za kotarę! Udało się! UFFF! Nikt nic nie spostrzegł. Poczuł dumę z własnego sprytu: oszczędzi sobie trochę trudu, ukradkiem opuści powóz w wiosce i wróci do Mirasol spacerkiem.

Rozejrzał się wokoło. Same standardy: naczynia, mebelki, firanki, obrazy, wazy, flakoniki perfum, pozłacane popiersie, harfy… WRÓĆ! Nie było to byle jakie popiersie. Twarz smukłej lwicy o ludzkich, pomalowanych oczach, a na jej głowie tkwił wspaniały nemes. Była to podobizna Klefretete VII – królowej sfinksów! Płomyk pamiętał, jak gościła zeszłej wiosny w Mirasol i w ramach wizyty zahaczyła o Świątynię Piękna. Miała czarne, gładkie futro i wyrastające z pleców potężne orle skrzydła, jednak w jego pamięci najbardziej utkwił pysk królowej. Tak, to bez dwóch zdań była ona!

Elf rozejrzał się po reszcie wozu, prędko wychwytując więcej kosztowności. Smocze klejnoty?! Perłowe naszyjniki z Kraju Dżinów?! Sygnety pradawnych królów?! To nie były pierwsze lepsze dobra, ale absurdalnie drogie bibeloty, na które mogła pozwolić sobie tylko elita pokroju Elizji. Ajajaj! Pojazd należał do wysublimowanego kupca handlującego z arystokracją incognito. Co, jeśli uzna go za złodzieja? Do tej pory Płomyk wnioskował, że jeśli zostanie nakryty, kupiec najwyżej da mu burę i go pogoni. Teraz do niego doszło, że reakcja będzie o wiele, wiele, WIELE ostrzejsza.

Już chciał dać nogę i skoczyć z wozu. No pięknie! Byli już w bramie miasta. Skulił się prędko, chwycił porcelanową misę i zakrył miedziane włosy. Jeśli straż by uznała, że musi przeszukać powóz, skończy się to pobytem w mirasolskim lochu – zdobionym aksamitkami, o szafirowych kratach i z prywatną galerią dla więźniów, ale jednak!

Powóz stanął. Kupiec wszedł z wartownikiem w dyskusję o ulubionych typach szamponu. Płomyk zastygł. Serce waliło mu jak opętane. Z całych sił starał się stłumić nerwowy oddech, ale stres był silniejszy. W myślach modlił się i błagał, by jego niski wzrost choć raz go wyratował. Co on narobił? Po co ten jeden akt brawury? Czemu nie mógł pozostać zlękniony życia, jak zawsze?

Powóz ruszył dalej. UFFF! Płomyk pozostał w skulonej pozie, tak na wszelki wypadek. Po paru minutach wyjrzał niepewnie zza kotary. Mury miasta były daleko. Mimo wszystko skryba czuł dziwną ekscytację. Co za przygoda! Owszem, stresująca, ale jakie zwroty akcji! O mało nie został oskarżony o przestępstwo! Ha! Niezbyt szlachetne dokonanie, ale duma, że z własnej woli wpakował się w taką kabałę, była olbrzymia! Królewna Dżinów byłaby z niego dumna! Będzie co opowiadać! No… tylko komu?

Teraz tylko czekać, aż wóz stanie. A to pech! Kupiec minął wioskę i skręcił w las. Logiczne, w końcu jakiego elfiego chłopa stać, by dekorować sobie piec podobizną samej Klefretete VII? Płomyk zamyślił się nad tym, co robić dalej – skakać czy odczekać jeszcze chwilę, aż las zrobi się ciemniejszy i będzie większa pewność, że woźnica go nie dostrzeże? Czuł, jakby z każdą chwilą dokładał cegiełkę do własnej legendy. Nie była to może epika na miarę wielkich elfickich herosów, ale brał, co mógł. Niezrozumiała satysfakcja, ale dziwnie sycąca.

Nagle koń zarżał! Wóz stanął gwałtownie! Płomyk runął – BACH! – na plecy, a na Płomyka runęło – ŁUP! ŁUP! ŁUP! – kilka obrazów. Wychylił głowę spod malowideł, próbując ogarnąć sytuację.

Oto w stronę wozu biegła młoda elfka. Śliczna, acz ubrana w męski, poszarpany i usmolony strój zawadiaki, o odkrytych ramionach. Jej włosy były słoneczne, zebrane w długi kucyk z tyłu głowy, a twarz opalona. Szyję miała oplecioną turkusową apaszką, miecz za czarnym pasem, a w lewej dłoni trzymała kufel z litego złota.

– Nim pan coś powie, zapewniam, że to nie napad! – sapnęła, ładując się obok kupca, i oglądając się, krzyknęła: – SZARP PAN I WIEJMY!

– Wolnego! – warknął kupiec. – Myślisz, że nie wiem, co tu się dzieje? Kogo okradłaś? Straż cię ściga?

Już miał zamachnąć się batem, gdy elfka podskoczyła i – KOPS! – potraktowała jego szczękę skórzanym obuwiem, wywalając kupca hen poza wóz! Zszokowany Płomyk nie zdążył nawet przyswoić, co się stało, gdy – PACH! – w miejsce, w którym siedział kupiec, wbiła się strzała.

– Najmocniej przepraszam! – zawołała elfka, łapiąc za lejce. – Zostawię wóz przy najbliższej możliwej wsi, to sobie pan odbierze! Słowo!

Płomyk widział, że szykuje się coś grubszego. W panice wygramolił się spod obrazów i ruszył na koniec wozu. Już miał skoczyć, gdy…

– WIO! – Elfka szarpnęła, koń ruszył, a Płomyk znów odleciał w tył! BACH! ŁUP! ŁUP! ŁUP! (zwaliły się na niego kolejne obrazy).

Wóz pomknął, zostawiając w kurzu podnoszącego się z ziemi kupca. Nie zdążył dokończyć pierwszego bluzgu, nim po jego plecach przebiegła czwórka rozpędzonych krasnoludów. Wszyscy w rogatych hełmach, o mocarnych dłoniach, które niejedno już zmasakrowały, i rozdrażnieni jak diabli.

– Ubić elfickie łajno! – ryczał siwy, machając mieczem.

– Ubić, ubić! – przytakiwał czarnobrody, podnosząc topór.

– W rzeczy samej, koledzy, w rzeczy samej – podkreślał najmasywniejszy, rudy, poprawiając oparty o ramię młot.

– Hie, hie! – śmiał się do siebie (jak miał w zwyczaju) smukły zezowaty i tragicznie pozbawiony brody krasnolud, niezdarnie próbując załadować kuszę.

– Gońcie się, kopalniane dziady! – Elfka się zaśmiała, podrywając w górę złocisty kufel i CMOK!, ucałowała go mocno.

– Prze-przepraszam… – rozległ się cichutki głosik.

Zdziwiona elfka spojrzała w dół i ujrzała Płomyka. Doczłapał właśnie do miejsca woźnicy i wymuszając uśmiech, wyszczerzył zęby.

– Ja tylko chcę wysiąść – rzekł najgrzeczniej, jak potrafił.

– Trochę kiepski moment. – Elfka cmoknęła. – Potrzymasz?

Nie czekając na odpowiedź, wręczyła Płomykowi lejce.

– Ale… – Chciał wyjaśnić, że nigdy jeszcze nie powoził, jednak elfka już pognała na tył i wyjrzała zza kotary.

– Cholera, nie zwalniają! – fuknęła i złapawszy jakiś obraz, zasłoniła się nim prędko.

PACH! Strzała wbiła się w twarz namalowanej damy.

– Hej, drogie to? – Elfka odwróciła się do Płomyka.

– N-nie-nie wiem! – zawołał, nerwowo próbując utrzymać lejce. – Nie moje! Ja tu tylko na gapę! Słowo!

– Ach, to zmienia sprawę! – odparła, stając na krawędzi wozu, i zamachnąwszy się obrazem niczym dyskiem, cisnęła nim w krasnoludy.

BACH! Wirujący róg trafił czarnobrodego w gębę.

– Nie będę miała wyrzutów sumienia, że pozbawiam cię środków utrzymania! – zawołała wesoło elfka do Płomyka.

– Doceniam! – sapnął, starając się okiełznać panikę.

Elfka spostrzegła sporą fiolkę perfum. Wyjęła korek i powąchała.

– Ble! – Zmarszczyła nos, zakorkowała i cisnęła flakon. Trafiała rudego krasnoluda w czoło. BRZDĘK! Znokautowała go na kilka sekund, nim powstał i wznowił pogoń.

Elfka otrzepała dłonie i SIUP! Padła, by uniknąć kolejnej strzały.

– Hie, hie! – zaśmiał się kusznik.

Elfka taktycznie odczołgała się do miejsca woźnicy.

– Czego te oszołomy chcą?! – krzyknął Płomyk i zerknął na złocisty kufel, który walał się w małym wgłębieniu dla nóg powożącego. – Ukradłaś im to, prawda?

– Jak by ci to… – Na twarzy elfki pojawił się grymas skrępowania. – Nie… i tak!

– Aha… – Płomyk z sarkazmem zmrużył oczy.

– Ej, serio! „Nie”, bo uczciwie znalazłam go w ruinach świątyni górniczej. „Tak”, bo ci tutaj też go szukali, twierdzili, że im się należy, bo to prakrasnoludzka robota, bla, bla, bla. Bez znaczenia! Istotne, że byłam pierwsza, a zgodnie z prawem hien cmentarnych…

Przerwała, gdyż nad głową Płomyka śmignęła kolejna strzała, o mało nie ucinając jego rudej czuprynki.

– Hie, hie! – niosło się z oddali.

Elfka prędko przejęła lejce.

– Chętnie pogadam, ale na razie byłbyś miły i w nich czymś rzucił? – zaproponowała. – Przy okazji. Sali! – przedstawiła się. – Sali Półtoraucha!

– Pło-pło-płomyk! – Kiwnął głową i łapiąc oddech, poczłapał na tył.

Rozejrzał się nerwowo. Czym tu rzucić? Czym tu rzucić? Waza! Dobra! Płomyk z wysiłkiem uniósł sporawe naczynie, odwrócił się, zamachnął z całej siły, cisnął… BRZDĘK! Dopiero teraz dostrzegł siwego krasnoluda, który uchwycił się wozu i próbował się na niego wdrapać! Trzymał się go jednak ciągle, co gorsza, tylko bardziej wściekły, bo Płomyk właśnie rozbił wazę o jego twarz.

Bez namysłu chwycił kolejny przedmiot i… ŁUP! Krasnolud oberwał z główki od samej Klefretete VII! Popiersie rozsypało się w proch, jednak siwy dziad, choć otumaniony, uparcie trzymał się wozu. Płomyk spostrzegł szkatułkę, z której wysypała się chmara sygnetów. Jeden zdobiony był małym, ostrym diamentem w kształcie gryfiego szpona.

– Daruj! – Płomyk uśmiechnął się głupio i wbił sygnet krasnoludowi w palce.

Wojownik wrzasnął, a co ważniejsze, nareszcie puścił się wozu i spadł na trójkę doganiających go kompanów.

Płomyk poczuł zew adrenaliny. Z całą parą w dłoniach rozpoczął rzucanie resztą drogocenności w krasnoludy – ŁUP! BAM! BRZDĘK! TUM! To chybiał, to trafiał, a czasem któryś krasnolud rozbił przedmiot w locie orężem – co można było określić mianem remisu. Żeby nie było wątpliwości: Płomyk czuł się głupio, że tak nonszalancko rozporządza czyjąś własnością, jednak uznał, że kupiec zapewne podąża za nimi i pozbiera drogocenności po drodze. Jeśli nie… mówi się trudno. Miał dobre intencje.

Ostatecznie kosztowności się skończyły bądź były za ciężkie, by Płomyk mógł je udźwignąć. Co gorsza, tempo krasnoludów nie zwolniło specjalnie, wzrósł zaś ich zapał do rzucania wulgaryzmami. Nie mając pomysłu, co dalej, Płomyk powrócił na przód, do Sali.

– Dobra robota! – zawołała i gdy zobaczyła leśne rozdroże, skręciła wóz w lewą stronę. – Przynajmniej mniejszy balast, choć obawiam się, że ten pościg może jeszcze potrwać. Krasnale nie męczą się łatwo, a już na pewno nie wtedy, gdy w grę wchodzi coś, co może im umilić biesiadę. No i fakt, że jesteśmy elfami, też nie pomaga, bo zraniliśmy ich ego.

– No tak… Chwila! „Elfami”?

– A co? Wyglądam ci na ogrzycę?

– Skąd, skąd! Tak tylko głośno… myślałem…

Płomyk poczuł się dziwnie. Pierwszy raz mu się zdarzyło, by jakaś elfka nie brała go na dzień dobry za małoluda czy innego skrzata. Uczucie nowe, ale dziwnie przyjemne.

Przypatrzył się Sali – była bez dwóch zdań śliczna, choć wybrudzona na twarzy, co w Mirasol by nie przeszło. Nietypowe było jej lewe ucho. Miało poszarpany koniuszek, jakby ktoś uciął je nierówno w pół bądź próbował je odgryźć. Co najdziwniejsze, choć Płomyk sięgał Sali, jak każdemu innemu dorosłemu elfowi, do pasa, miał poczucie, jakby mówiła do niego na równi.

Powóz opuścił las. Wkoło rozpościerały się rozległe pola zbóż, ciągnące się po horyzont. Płomyk osłonił oczy. Niebo było czyste, a dochodzące południa słońce – mocne.

– Mam plan! – zawołała pewnie Sali. – Jesteś dobry w fechtunku?

– CO?! NIE!

– Dobra. Hmm… Umiesz rzucać sztyletem?

– Nie!

– Walka wręcz? Czary nekromantyczne? Styl pijanego mistrza?

– NIE!!!

– Okej. To mój plan, by zatrzymać wóz i w dwójkę skopać im tyłki, jak Pan Bóg przykazał, odpada…

– SERIO!?

– No co? Jestem religijna! – odparła dumnie Sali i spojrzała na drogę przed nimi. Ta od jakiegoś czasu prowadziła pod górkę, by po chwili stromo zejść w dolinę. – Ale skoro konfrontacja odpada, to zmiana planu. Robimy zmyłkę!

Nim Płomyk zdążył dopytać o szczegóły, Sali chwyciła go za ramię i wzięła kufel pod pachę. Ledwie powóz zjechał w dół, znikając na kilka chwil krasnoludom z oczu, elfka skoczyła w wysokie zboże, PUF!, i miękko wylądowała pośród źdźbeł. Płomyk upadł na brzuch i prędko obrócił się na plecy. Usiadł i już miał otworzyć usta, gdy – SLAP! – przykucnięta Sali zakryła je ręką. Zza łanów zboża rozległy się tupot i wściekłe sapanie.

– UBIĆ… ELFICKIE… ŁAJNO!!!

– Hie, hie! Hie, hie! Ano! Ano!

Powstrzymująca śmiech Sali pisnęła lekko. Jej twarz mówiła: „Patrz, jak się jełopy nabrały!”. Elfy dyskretnie wyjrzały zza zboża na drogę. Od pędzących krasnoludów dzieliło ich kilkanaście metrów.

– STAĆ! – ryknął nagle Siwy i gromada wyhamowała. – Nie ma ich w wozie!

– Potwierdzam! – Czarnobrody wytężył wzrok. – Klasyczna zmyłka!

– Cholera! – mruknęła Sali.

– Rozdzielamy się – zarządził Siwy. – Kurdupla zakatrupić na miejscu, ale dobicie blondyny rezerwuję sobie!

– Oooo… – zasmucił się kusznik.

Rudy położył rękę na jego ramieniu i wstawiając się za kompanem, popatrzył na Siwego niczym szczeniaczek proszący o szyneczkę.

– No dobrze, już dobrze. Iwan Siwy jest dziś w dobrym humorze. Możecie zakatrupić ich w komplecie!

– Hurra!!!

– A teraz szukać, bo jak nam zwieją, macie kolektywnie w zęby!

– NORMA!

Sali chwyciła się miecza u pasa, gotowa przejść do ofensywy. Płomyk już miał paść plackiem błagać, by się powstrzymała, gdy nagle coś rzuciło mu się w oczy. Szarpnął elfkę za ramię. W oddali, na pokrytym łanami wzgórzu, stała niewielka chatka. Sali, załapawszy, kiwnęła głową i w dwójkę poczołgali się, usiłując powodować jak najmniejszy szelest.

Słońce paliło niemiłosiernie.

Po kilku minutach czołganiny opuścili zboże i ukazało im się gospodarstwo otoczone przez pole. Ot, mały płotek, kurnik, obora, chlew i rzecz jasna chatka. Z komina nie wzlatywał dym, więc być może mieszkańców nie było. Płomyk zamyślił się, gdzie by się tu ukryć, gdy nagle spostrzegł Sali ładującą się przez okno do chaty.

– Oszalałaś?! – Szarpnął elfkę za spodnie.

– Daj spokój, jest pusto! Chyba że wolisz chować się w chlewie?

– Prawdę mówiąc… – Płomyk pobujał niezręcznie głową, ale Sali już pognała do chlewu i zniknęła w środku. Wzruszył tylko bezradnie ramionami i poszedł za elfką. Ostatecznie nie chciał awansować z rabusia wozów na włamywacza.

Wnętrze chlewu nie pachniało szczególnie aromatycznie. Kilka wieprzków baraszkowało sobie, niespecjalnie zainteresowanych obcymi. Płomyk zamknął drewniane drzwiczki i podbiegł do okna. Stanął na palcach, ale niestety, okno było za wysoko, by mógł przez nie wyjrzeć.

Sali kręciła się jakby nigdy nic. Poklepała jedną świnkę i zauważywszy beczkę wody, zanurzyła w niej złoty kufel.

– Twoje zdrowie! – zawołała i wzięła solidny łyk.

– Ciii! – szepnął przez zęby Płomyk, machając drżącymi rękoma.

– Oj, nie martw się! – odparła Sali ciszej, choć głosem dalekim od szeptu. – Rozdzielili się, więc jak nas który znajdzie, będzie łatwiej ich sprać jednego po drugim.

Dostrzegła leżącą na ziemi marchewkę. Podniosła ją i odgryzła kawałek.

– Chcesz gryza? – spytała, żując.

Płomyk podziękował ze skwaszoną miną.

– No co? Nie ruszały jej! – Sali wskazała wieprze i zwróciła uwagę na sporawego pająka, który przechadzał się po marchewce. Wzięła go w palce i oblizała się. – Mmmm! Przysmak pustelnika! Dużo witaminy B!

Elf wytrzeszczył oczy.

– Żartuję przecież! Aż tak rąbnięta nie jestem! – Sali roześmiała się donośnie.

Uszy Płomyka się uniosły. Nigdy nie słyszał tak ślicznego śmiechu. Z charakterkiem, a zarazem słodkiego i beztroskiego. Nagle poczuł, jak wszystkie nerwy powoli z niego spływają. Elfka rozprostowała dłoń i pozwoliła, by pająk podreptał sobie na jej rękaw.

– Nie bądź taki nerwusek! – Mrugnęła swojsko.

– Chyba się jednak skuszę… – westchnął Płomyk, a Sali ułamała mu połowę marchewki.

Obejrzała swoje odbicie w beczce i starannie poprawiła turkusową apaszkę.

– Napij się. – Ponownie napełniła kufel. – Trzeba uzupełnić zapas płynów, byśmy mieli czym się pocić. Nie martw się, to woda bezalkoholowa. Chyba.

Płomyk z niewielkim zawahaniem wziął kufel i spojrzał w górę, na Sali. Uśmiechnął się nieśmiało. Elfka zerknęła za okno.

– Zero krasnali – zapewniła i zamknęła okiennice. – Więc… skąd jesteś?

– Mirasol.

Sali gwałtownie drgnęła z awersją.

– O rany! Serio? – Zmarszczyła nos, po czym, poprawiając się, chrząknęła niezręcznie. – Znaczy się… Wiesz, nie chcę, by brzmiało, że chcę ci pojechać po rodowodzie czy coś, po prostu mdli mnie na samą myśl o tej wylęgarni wydmuszek. Snoby prześcigające się o to, kto głębiej sobie wsadził kija w… Sam wiesz gdzie… – Wrzuciła do ust resztę marchewki i żując, dodała: – Zawsze – MLASK! – powtarzam: nie ma – MLASK! – większego prostactwa – MNIAM! – niż jakiś mirasolski cham! – Połknęła marchew. – Bez urazy!

– A jak się tu gniewać za prawdę? – Płomyk zdał sobie sprawę, że pierwszy raz ma okazję wygadać się, co go boli w mieście. – Żeby nie było, doceniam lokalną sztukę, zwłaszcza muzykę, ale to ciągłe ocenianie… Nawet w szkołach uczą dzieci, jak starannie wytykać palcem wady kolegów, aby „zmotywować ich do dążenia do zacniejszej doskonałości”. – Zamyślił się chwilę i zły mruknął: – Indoktrynacja bucostwa!

– To co ktoś normalny jak ty tam robi? – zaciekawiła się Sali, opierając się o zagrodę.

Płomyk wbił oczy w ziemię. Nigdy o tym nie myślał. To nie tak, że miał wybór i mógł się dokądś udać. Świat był zbyt niebezpieczny dla takich jak on, zwłaszcza samotnych w drodze. Przygody wolał zostawiać swojej Królewnie Dżinów. Czuł się taki nieporadny, ale wstyd był zbyt ogromny, aby to przyznać.

Sali, widząc jego zakłopotanie, uznała, że zmieni temat. Zwróciła uwagę na wbity w ścianę nóż.

– Wiesz co? Masz dobrego cela – powiedziała, wyciągając ostrze, które następnie podrzuciła. Zakręciło się w locie. – Ale noszenie wazonów i popiersi, by ciskać nimi krasnalom w gęby, nie jest najporęczniejsze. Jak mogę coś doradzić, skombinuj sobie sztylety. – Zamachnęła się nożem, a ten SIUP! Poleciał i CIACH! Wbił się w drzwi. – Trochę potrwa, nim je opanujesz, ale ile frajdy, jak już nabierzesz wprawy!

– Radzisz mi, jak odganiać mirasolskie chamstwo? – Płomyk zaśmiał się lekko.

– Hej, nigdy nie wiesz, co ci z lasu wylezie! – Sali wyciągnęła nóż z drzwi. – Troll, baradźwiedź, śliniący się goblin… i tak, uchowaj Boże, nawet mirasolczyk!

Wsunęła nóż w dłoń Płomyka, wskazując miejsce, które właśnie trafiła, i ukłoniła się, jakby chciała powiedzieć: „Pana kolej”.

– Więc okradasz grobowce? – zapytał Płomyk, przymierzając się do rzutu.

– Nieee… Co ty! No… Czasem. – Sali poprawiła chwyt elfa. – Wolę określenie „poszukiwaczka przygód”. Łażę, gdzie mnie nogi poniosą, i szukam ciekawych wyzwań.

– Wyzwań? – Płomyk rzucił niezgrabnie nożem, ale ten upadł tylko metr przed nim. – Na przykład jakich?

– Ha! A co masz? – Sali podała mu broń i pomogła się ustawić. – Zresztą znasz truizm: nie liczy się cel, tylko frajda po drodze. Czasem w zespole, czasem solo. Jak akurat pasuje. Jasne, fajnie wywołać bunt, gdy się wcześniej ukryło na statku, albo rozgniewać jakieś samozwańcze bóstwo, co to się później okazuje raptem demonem z przerośniętym ego…

SIUP! Nóż Płomyka doleciał do drzwi, ale PĄG! Odbił się od nich.

– Ale i tak najbardziej kocham – ciągnęła rozmarzona Sali, znów podając elfowi ostrze – gdy zapada zmrok i zaczyna się szukanie, czy dziś śpimy na sianie, w krzakach czy w łóżku skopanego przeciwnika. – Ponownie ustawiła elfa. – Skoncentruj się na celu – szepnęła, klepiąc go w ramię. – Choć nekromanci twierdzą inaczej: „Raz się żyje!”. Niebawem wybije mi dwudziestkajedynka, więc kto wie, co przede mną?

– Też masz dwadzieścia lat? – Płomyk uświadomił sobie, że rozmawia z rówieśniczką. Tyle już widziała, tyle już przeżyła, a on… a on…

– TU SĄ, BORYS! – ryknął nagle siwobrody krasnolud, TRACH!, z hukiem otwierając drzwi kopniakiem.

Przerażony Płomyk odruchowo – SIUP! – cisnął nożem i – CIACH! – wbił go Siwemu w wytatuowane ramię.

– Nieźle! – zawołała Sali.

– O rany, o rany! Daruj!

Panikujący Płomyk już ruszył, by wyciągnąć ostrze z wyjącego z bólu Siwego, lecz Sali prędko złapała go za rękę i odepchnęła na bok. Spłoszone wrzaskiem świnie wybiegły z chlewu – TRUCHT! – taranując krasnoluda na swojej drodze.

BACH! Topór przebił okiennice i z rykiem do środka zajrzał czarnobrody krasnolud.

– Co się odwlecze… – Sali niefrasobliwie wyciągnęła miecz zza pasa.

Czarnobrody władował się oknem. Był o głowę wyższy od Płomyka, ale szeroki jak trzy przeciętne elfy. Jego gniew był skoncentrowany na Sali, która spokojnie kręciła mieczem młynka, z zadziornym uśmiechem czekając na ruch przeciwnika. Zamachnął się toporem.

KLANG!Sali zablokowała cios swym ostrzem. Krasnolud zamachnął się ponownie!

KLANG! Elfka znów odparła uderzenie! Ziewnęła. Zbierając w sobie furię, napastnik przystąpił do kolejnego ataku…

ŁUP! Płomyk rąbnął go kuflem w tył głowy. Krasnolud odwrócił się powoli i wytrzeszczył oczy. Złoty kufel miał teraz spore wklęśnięcie. Uszkodzony artefakt skupił całą uwagę barbarzyńcy.

– Uż, ty świętokradco! – Zamachnął się bronią.

CIACH! To Sali przecięła w pół trzon topora. Ledwie krasnolud się odwrócił – BACH! Walnęła go w twarz głownią miecza. Nim wypluł ząb, Sali chwyciła go za brodę i zamachnąwszy się, z całej siły przerzuciła, ciskając w stronę drzwi. ŁUP! Trafił w podnoszącego się Siwego, który nareszcie wyciągnął nóż z ramienia.

– Prze-prze-przepra… – próbował wydukać Płomyk, wpatrując się w kufel. Nie wiedział, czy przepraszać Sali, czy barbarzyńców.

– Pokaż! – Elfka przejęła kufel, obejrzała go zamyślona, a następnie, BACH! BACH!, przywaliła dwóm krasnoludom po głowach, ogłuszając ich skutecznie. – To twoje! – Podała Płomykowi nóż. – Sądzisz, że zaraz zjawi się reszta? – Wyszczerzyła ząbki.

Rozpoznawszy, że kompan nastresował się na dzisiaj, machnęła głową, dając znać, by czmychnęli stąd czym prędzej, a następnie ruszyła pierwsza. Płomyk już miał podążyć jej śladem, jednak miał dosyć wyrzutów sumienia jak na jeden życiorys. Podbiegł do miejsca, z którego Sali wyrwała nóż, i położył na parapecie srebrnika – żeby nie było, że ukradł ostrze – a następnie poczłapał za koleżanką.

Świnie uspokoiły się wreszcie i obojętne na świat, zaczęły wałęsać się spokojnie po terenie gospodarstwa. Sporawy wieprzek zerknął na oddalających się elfickich gości. Wszystko to było dla świni strasznie dziwne, ale niegodne większych przemyśleń. Zauważywszy na ziemi majaczące krasnoludy, wieprzek powąchał Siwego i ze spokojem przystąpił do żucia apetycznie wyglądającej brody.

Zmierzchało. Płomyk i Sali szli spokojnie leśną ścieżką. Na końcu szlaku powoli rysowała się wieś otaczająca Mirasol.

– Al-ale na pewno nie jesteś zła za ten kufel? – dopytywał Płomyk.

– Po raz ostatni: „nie”! – zaśmiała się Sali, unosząc naczynie. – Tak czy siak, wszystko, co znajdę, oddaję zakonnicom prowadzącym sierocińce. Szukam skarbów i artefaktów dla frajdy, nie po to, by zagracać sobie nimi kieszenie.

– Cóż, ciągle jest ze złota. Nawet jak obity, siostry mogą go spieniężyć…

– Eee, ten chyba zatrzymam. Teraz opowiada historię! Będzie fajna pamiątka! – Przekroczywszy granicę lasu, Sali dojrzała widniejące na horyzoncie mury miasta i zwolniła. – No cóż, obiecałam, że cię odeskortuję w ramach rekompensaty za kłopoty, ale chyba tu muszę zawrócić. – Pomacała się po poszarpanym uchu. – Nie obraź się, ale nie mam ochoty się tam zapuszczać…

– A co ja mam powiedzieć? – zaśmiał się Płomyk i nagle poczuł ciepły uścisk elfki.

Przyklękła i przytuliła go mocno. Zastygł. Ostatni raz ktoś okazał mu czułość tego typu, gdy żyli jego rodzice, pół dekady temu. Zawahał się chwilę i odwzajemnił błogi uścisk.

– No, trzymaj się! – szepnęła Sali. – Miło wiedzieć, że choć jedna osoba w tym waszym pawim dudku jest coś warta…

Płomyk zarumienił się i nagle jego uwagę przykuła szyja elfki. Oto spod turkusowej apaszki wyglądała blizna. Na środku miała głęboką rysę, lecz jej brzegi ciągnęły się, fałdując skórę. Kształtem przypominała plamę atramentu. Płomyk nie umiał tego określić, lecz w bliźnie było coś hipnotycznego, na swój sposób wręcz malarskiego.

– Coś się stało? – zdziwiła się Sali.

– N-nic, nic takiego. – Elf się speszył i wtem rozległ się stukot kopyt.

Płomyk przygasł. Oto nieopodal przejeżdżała lawendowa karoca ciągnięta przez pięć purpurowych rumaków. Na szczycie znajdował się szpikulec z małym czarnoksięskim światełkiem, które narastało, kiedy okolica ciemniała. Powoziła dwójka znajomych, strażników, Izydor i Bonifacy.

BYŁA TO KAROCA ELIZJI!

Sali się podniosła. Lęk na twarzy Płomyka przyćmiewał ten, który naszedł go przy krasnoludzkich barbarzyńcach. Szykowało się coś grubego. Elfka pomacała się po szyi i czując, że jej apaszka się podwinęła, poprawiła ją prędko, chowając bliznę.

Karoca stanęła. Drzwiczki otworzyły się z hukiem i z wnętrza wyszła jak zawsze bosa Elizja, odziana w odświętną karmazynową suknię.

– Tu jesteś! – fuknęła spod woalki, zbliżając się pośpiesznie. – Czekałam cały dzień, aż wrócisz! – Wskazała palcem słońce, które właśnie znikło za horyzontem. – Ten zadufany ilustrator cię przytrzymał?

– Ilustrator? – Płomyk klepnął się w czoło, a to zlało się potem. – Ja… Ja…

Elizja stanęła nad nim niczym kłoda, która miała za moment runąć.

– Ależ… Fuj! Ty jesteś brudny! Ble! Tfu! – Skrzywiła się jak elfiątko na widok kaszy mannej. – Mam nadzieję, że idziesz do łaźni na odkażenie, bo nie chcę, byś się do mnie zbliżał w takim stanie!

Płomyk spuścił głowę, mógł tylko trząść się ze strachu.

– Twoje szczęście, że się śpieszę! Mirasolska elita zrzuciła się, bym robiła za atrakcję wieczoru na bankiecie w Centauropolis. Jutro porozmawiamy, karle!

– Przepraszam – wtrąciła spokojnie Sali. – On ma na imię Płomyk.

– Słucham? – Elizja drgnęła, jakby po raz pierwszy ktoś wszedł jej w słowo.

– I nie mówi się „karzeł”, tylko „osoba niskorosła”. Ale luz! Mnie też się zdarza palnąć coś bez namysłu i zrobić z siebie idiotkę.

– WIESZ, Z KIM ROZMAWIASZ?!

– Kilka określeń ciśnie mi się na język – przyznała Sali. – Ale czy na pewno chcesz, bym sprofanowała mym plebejskim głosem twe cherubińskie bębenki?

Rozdrażniona piękność zaczęła sapać nosem z intensywnością, która mniej uchodziła elfiej niewiaście, ale była dosyć powszechna wśród minotaurów. Płomyk z trudem wytrzymał. Wybuchnął donośnym śmiechem. Śmiał się, śmiał się i… zamarł. Twarz Elizji była zwrócona na niego. Wściekłe oczy płonęły spod woalki, jakby miały ją przepalić i usmażyć elfa na popiół. Izydor i Bonifacy zeskoczyli z karocy z donośnym szelestem – SZUST! – wyciągając miecze z pochew.

– Nie trzeba! – Elizja uniosła rękę, hamując eskortę. – Pozwalałam mu łazić w mym cieniu i się rozbestwił. Mam nauczkę, by nie litować się nad perfekcyjnie skrzywionymi. – Delikatnie poprawiła włosy i cisnęła gromy z oczu w Płomyka. – ZWALNIAM CIĘ!!! – syknęła. – Masz dożywotni zakaz wstępu do mej świątyni. A co do ciebie…

Z drgającą powieką zmierzyła Sali bacznym spojrzeniem. Szybko dostrzegła poszarpane ucho. Pewny uśmiech zagościł na twarzy Elizji. Wypięła pierś i z wyższością fuknęła. Odmaszerowała z eskortą do karocy i zatrzymała się w jej drzwiach.

– I nie martw się – zwróciła się do Płomyka. – Nie potrzebuję cię do ostatniego rozdziału książki. Sama wiem, jak to spuentować: „I życie jej toczyło się bez zmartwień, bo tylko tacy jak ona mają szczęśliwe zakończenie. Taki los!”.

TRZASK! Walnęła drzwiami. Izydor strzelił batem – TRZASK! – i karoca odjechała.

Płomyk powoli obmacał twarz. Choć właśnie stracił źródło utrzymania, miał ochotę rzucić się Sali na szyję, wdzięczny, że stanęła w jego obronie. Tak zazdrościł jej pewności siebie, charyzmy i odwagi. A jednak mimo to elfka wyglądała, jakby hamowała płacz. Wpatrywała się w odjeżdżający wóz, ściskając drgające pięści.

– Sali? – Płomyk niepewnie wyciągnął rękę.

– Jak mnie to wnerwia! – Elfka mocno kopnęła niewielki kamyk.

– Kto? Elizja?

– Ta cała niesprawiedliwość! Taka harpia od dnia narodzin ma wszystko podane na srebrnej tacy, a używa swoich przywilejów, by pastwić się nad słabszymi i pławić we własnej pustce! Tymczasem ktoś taki jak ty, kto jest spoko, wartościowym ziomem, musi mieć w życiu pod górkę! – Sali usiadła na trawie. – I czemu? Bo wygrała na loterii gębę lalki?

– „Taki los”. – Płomyk przysiadł się i westchnął z żalem. – Gdybym ja był kimś takim jak Elizja… Cóż, łatwo powiedzieć, ale zrobiłbym, co w mojej mocy, aby pomóc słabszym czuć się lepiej, zamiast obrzydzać im życie. Ach, szkoda gadać! – Machnął dłonią i widząc smutek w oczach Sali, spróbował rzucić trochę optymizmu: – Ale nie martw się, ważne, że są tacy jak ty czy ja! – Poklepał ją w ramię i zarymował: – Normalni-solidarni.

– Właśnie… – Sali popatrzyła zadumana w niebo. – „Normalni…”

Pomilczeli chwilę. W końcu elfka spytała cicho:

– Chcesz radę?

– Też pytanie! – zaśmiał się Płomyk.

– Wynoś się z Mirasol! – powiedziała, podnosząc się, i chwyciła Płomyka za ręce, podrywając go na równe nogi. – Mam zebrać się z ekipą w sobotę i wspólnie planować kolejną wyprawę! Chodź! Rozerwiesz się! Jeden wariat więcej, zawsze weselej!

– Nie… nie wiem… – Płomyk zrobił krok do tyłu.

– Pomyśl tylko: skoki w nieznane! Noce pod gwiazdami! Pełna wolność!

– Po-posłuchaj Sa-Sa-Sali. Fajnie było potłuc się z krasnoludami, pozbawić kupca dorobku życia i jeść marchewki z chlewu, ale… ale…

Złapał oddech i spuścił głowę, jakby nawet samo wyjaśnienie go przerastało. Wysilił się, by coś w końcu z siebie wykrzesać, ale zwyczajnie nie umiał. Sali położyła dłoń na jego ramieniu i uśmiechnęła się ciepło.

– Spokojnie, rozumiem. Czasem zapominam, że mój tryb życia jest zbyt… – poszukała słów – ekstrawagancki dla większości elfów. Słuchaj, będziemy w tawernie „Swoja Muszelka”. Masz pięć dni, by to przemyśleć. – Uśmiechnęła się lekko. – Ale hej, jeśli uznasz, że to nie dla ciebie, to zero hańby! Serio! Wszystko w swoim czasie, nie?

– Pomyślę, ale nie… Nie obiecuję. – Odwrócił głowę. – Późno już, a jeszcze kawał drogi do domu przez miasto… Do zobaczenia. Może. Kiedyś.

– Na razie, ziom! – Sali szturchnęła go w ramię.

Płomyk zaczął się oddalać. Dziś o mało nie zginął, o jakieś dziesięć razy za wiele. Poza tym… „Taka pokraka jak ja – pomyślał – tylko będzie spowalniała Sali i jej przyjaciół. Po co mam jej komplikować życie?”

Stanął i odwrócił się, by po raz ostatni spojrzeć na elfkę. Jej sylwetka ciągle była widoczna, Sali szła w głąb ciemnego lasu. Kroczyła nieco tanecznie, tak frywolna i pełna wolności. Chyba nuciła coś do siebie.

Nagle się odwróciła! Nie przerywając kroku w tył, uniosła kufel, wznosząc toast na cześć nowego przyjaciela.

Jego serce zabiło mocno jak nigdy!

Tę noc aż do świtu Płomyk spędził w swym małym pokoju, z zacięciem ćwicząc rzucanie nożem do celu. Nie mógł spać, pogrążony w pięknych fantazjach o swojej pierwszej wyprawie… Już niebawem. Już wkrótce!

Płomyk, który zgasił świecę

Copyright © by Maciej Kur 2026

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026

Redakcja – Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta – Julia Młodzińska, Aneta Wieczorek

Opracowanie typograficzne i skład – Paulina Soból-Hara

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Ilustracja na okładce – Piotr Bednarczyk

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek

inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana

elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu

bez pisemnej zgody wydawcy.

Drogi Czytelniku,

niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.

Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.

Dziękujemy!

Ekipa Wydawnictwa SQN

Wydanie I, Kraków 2026

ISBN epub: 9788384062012

ISBN mobi: 9788384062005

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia

Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska

Promocja: Aleksandra Parzyszek, Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Magdalena Ignaciuk-Rakowska, Martyna Całusińska, Aleksandra Doligalska

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Małgorzata Pokrywka, Patrycja Talaga

E-commerce i IT: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz

Administracja: Monika Czekaj, Anna Bosowiec

Finanse: Karolina Żak

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.wsqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl

Spis treści

Okładka

Strony tytułowe

Prolog

Rozdział 1. SZCZĘŚLIWE ZAKOŃCZENIE

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Cover