Players' Deal #2 - Dominika Hajs - ebook
NOWOŚĆ

Players' Deal #2 ebook

Dominika Hajs

5,0

343 osoby interesują się tą książką

Opis

Zakończenie historii Bambi i Ridge'a!

Ona uciekła, żeby ocalić samą siebie.
On płaci wysoką cenę za przeszłość.
W wypadku tej pary czas nie leczy ran. Pokazuje, że można nauczyć się żyć z bólem.
Ridge Rivers spełnił swoje marzenia – gra dla Chicago Blackhawks i wreszcie uwolnił się spod wpływu toksycznych rodziców. Na lodzie jest zwycięzcą, lecz poza areną mierzy się z konsekwencjami decyzji, które wciąż rzucają cień na jego życie. Sukces nie ucisza wyrzutów sumienia, a przeszłość nie zamierza pozwolić mu o sobie zapomnieć.
Bambi Jackson po wyjeździe z Grand Forks mozolnie odbudowuje swój świat. Krok po kroku odzyskuje kontrolę, uczy się stawiać granice i wreszcie mówić własnym głosem. Wierzy, że zostawiła dawne rany za sobą… ale los ma wobec niej inne plany.
Nad Chicago nadciąga burza, a jedno spotkanie może zatrząść wszystkim, co udało się im poskładać. Nawałnica staje się zapowiedzią konfrontacji z tym, co wciąż jest bolesne. To, co miało być zamkniętym rozdziałem, okazuje się kolejną próbą uczuć.
Im bardziej Bambi próbuje trzymać Ridge’a na dystans, tym mocniej on walczy o jej wybaczenie. A gdy na jaw wychodzi tajemnica skrywana przez nią od lat, jedno jest pewne – ktoś z tej dwójki znów będzie musiał poskładać swoje serce z kawałków.
Bo światem Players’ Deal rządzą umowy, niekoniecznie korzystne dla obu stron.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 436

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
zaneta9700

Nie oderwiesz się od lektury

wspaniała książka ❤
10
mikkaa28

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna historia, którą pokochałam całą sobą 🩷🥹
10



Dla tych, któ­rzy wie­dzą, że do mi­ło­ści trze­ba doj­rzeć.

I dla tych, któ­rzy po­tra­fią dać dru­gą szan­sę.

Nie tyl­ko in­nym, ale ta­kże so­bie.

Prolog

Podświa­do­mie za­wsze czu­łam się sa­mot­na. Od kie­dy tyl­ko pa­mi­ęta­łam, nie było przy mnie ni­ko­go. W szko­le pod­sta­wo­wej i li­ceum trzy­ma­łam się ra­czej na ubo­czu. Do­pie­ro na stu­diach pró­bo­wa­łam wy­jść ze swo­jej sko­ru­py.

Za­częłam więc uda­wać, że je­stem ca­łko­wi­cie wy­lu­zo­wa­na. Pro­blem po­le­gał na tym, że za cho­le­rę mi to nie wy­cho­dzi­ło. Usi­ło­wa­łam grać przed zna­jo­my­mi pew­ną sie­bie – nie wy­szło. Za­my­ka­łam się na ży­cie, choć wci­ąż bra­łam udział w gru­po­wych pro­jek­tach. By­łam ide­al­ną uczen­ni­cą, pry­mu­ską na Uni­wer­sy­te­cie Da­ko­ty Pó­łnoc­nej. W oczach stu­den­tów sta­łam się sym­bo­lem wie­lo­za­da­nio­wo­ści i przede wszyst­kim oso­bą, któ­ra ni­g­dy nie od­ma­wia po­mo­cy. Kimś, kto nie po­tra­fi po­sta­wić gra­nic.

I to mnie znisz­czy­ło.

Pod fa­sa­dą szczęścia by­łam tak na­praw­dę zu­pe­łnie in­nym czło­wie­kiem – mło­dą, zła­ma­ną dziew­czyn­ką. Ka­żde­go ran­ka bu­dzi­łam się z na­dzie­ją, że to dziś odej­dzie uczu­cie, któ­re mia­żdży mi ser­ce. Do­słow­nie tak, jak­by ktoś wsa­dził dłoń w moją pie­rś i za­ci­snął ją na de­li­kat­nym or­ga­nie. Po­tem wsta­wa­łam z łó­żka. Cho­dzi­łam, mó­wi­łam, ja­dłam. Wdy­cha­łam w płu­ca hau­sty po­wie­trza, któ­re ni­jak mia­ły się do od­dy­cha­nia. Były le­d­wie jego na­miast­ką, po­trzeb­ną do pod­trzy­ma­nia funk­cji ży­cio­wych. Bo we­wnętrz­nie czu­łam się mar­twa.

Trwa­łam w za­wie­sze­niu. Otępia­jącym sta­nie, kie­dy cze­ka­łam na roz­wi­ąza­nie lub za­ko­ńcze­nie cze­goś. Tym czy­mś były ból i mi­ło­ść.

Tego pierw­sze­go chcia­łam się po­zbyć choć na chwi­lę, a dru­gie­go już ni­g­dy wi­ęcej nie czuć.

Los bywa jed­nak prze­wrot­ny. Cie­szy­łam się, że za­wa­rłam układ, któ­ry po­zwo­lił mi nie tyle od­zy­skać, ile po­znać smak praw­dzi­we­go szczęścia. Bo to dzi­ęki temu po­now­nie się do sie­bie zbli­ży­li­śmy.

Rozdział 1

Ridge

Wci­ąż nie mo­głem uwie­rzyć, że mi się uda­ło. Spe­łni­łem swo­je ma­rze­nie.

Sta­łem na środ­ku lo­do­wi­ska i roz­gląda­łem się po are­nie. Mo­gła po­mie­ścić pra­wie dwa­dzie­ścia ty­si­ęcy osób. Na myśl, że wła­śnie tylu ki­bi­ców przyj­dzie obej­rzeć ko­lej­ny mecz za ty­dzień, skręcał mi się żo­łądek.

Ko­cha­łem ho­ke­ja. Kie­dy wy­cho­dzi­łem na lód, na­kręca­ła mnie wrza­wa. Pod­czas gry sku­pia­łem się tyl­ko i wy­łącz­nie na czar­nym krążku. Od­su­wa­łem inne my­śli na bok, nie mo­głem się roz­pra­szać.

Jed­nak po wszyst­kim za­wsze tu wra­ca­łem. Sam.

Ko­le­dzy z dru­ży­ny roz­je­żdża­li się do do­mów lub ba­rów, żeby opła­ki­wać prze­gra­ne albo świ­ęto­wać wy­gra­ne me­cze. Tym­cza­sem ja tra­fia­łem z po­wro­tem do opu­sto­sza­łe­go Uni­ted Cen­ter i… cze­ka­łem. Nie wie­dzia­łem na co. Może na cho­ler­ne prze­ba­cze­nie sa­me­mu so­bie.

Mi­nęły już dwa lata, a ja da­lej nie do ko­ńca po­go­dzi­łem się z tym, ja­kim to­rem po­to­czy­ło się moje ży­cie po jej ode­jściu. Nie po­tra­fi­łem na­wet w my­ślach wy­po­wie­dzieć imie­nia mo­jej eks. Naj­zwy­czaj­niej w świe­cie nie by­łem tego go­dzien. Ta ko­bie­ta sta­ła się moją świ­ęto­ścią, ra­do­ścią, wy­tchnie­niem od pędu ży­cia.

Po­wo­li za­po­mi­na­łem, jak wy­gląda­ła. Nad­sze­dł mo­ment, w któ­rym wspo­mnie­nia za­czy­na­ły blak­nąć, a my, za­miast wy­ro­bić nowe… prze­sta­li­śmy ist­nieć. Tak po pro­stu. W gło­wie ni­czym nisz­czy­ciel­skie tor­na­do wi­ro­wa­ły mi mgli­ste ob­ra­zy oczu, wło­sów, pie­gów, w uszach wi­bro­wa­ło wspo­mnie­nie gło­su i śmie­chu. Tra­fi­łem do oso­bi­ste­go pie­kła.

Je­den dzień. Jed­na roz­mo­wa. Jed­na mi­nu­ta, a na­wet se­kun­da.

Dwa pęk­ni­ęta ser­ca.

I po wszyst­kim.

Usia­dłem na lo­dzie, nie zwa­żyw­szy na to, że za­pew­ne jak już wsta­nę, będę miał mo­kry ty­łek. Wpa­try­wa­łem się w pla­sti­ko­we krze­se­łka z tyl­ko jed­ną my­ślą. Mo­gła na nich sie­dzieć. Gdy­bym nie był taki upar­ty, dum­ny i głu­pi, mo­gła­by wła­śnie na nich sie­dzieć.

Nie wie­dzia­łem, ile cza­su mi­nęło. Pół go­dzi­ny? Go­dzi­na? Dwie? Czte­ry? Nie mia­ło to żad­ne­go zna­cze­nia. Cho­ciaż po­wi­nie­nem cie­szyć się z dru­ży­ną, że tego wie­czo­ra wy­gra­li­śmy, nie umia­łem wy­krze­sać z sie­bie krzty ra­do­ści. Zrzu­ci­łem na swo­ją oso­bę klątwę, kie­dy się z nią roz­sta­łem. Mia­łem już ni­g­dy wi­ęcej nie znaj­do­wać przy­jem­no­ści w moim ulu­bio­nym spo­rcie ze­spo­ło­wym, bo wci­ąż przy­po­mi­nał mi o tym, co bez­pow­rot­nie utra­ci­łem.

– Ri­vers? Co tu ro­bisz o tej po­rze? – Mar­ty Wi­th­lock stał przy we­jściu na lód. Pa­trzył na mnie spod zmarsz­czo­nych brwi. Tak bar­dzo przy­po­mi­nał mi Gra­dy’ego, że mo­men­tal­nie za­tęsk­ni­łem za przy­ja­cie­lem.

Wci­ąż mie­li­śmy kon­takt, choć grał dla No­we­go Jor­ku. Spo­ty­ka­li­śmy się po wspól­nych me­czach, a w prze­rwach mi­ędzy se­zo­na­mi wy­bie­ra­li­śmy się na wy­pa­dy z Lia­mem i Da­xem.

Tyl­ko Ca­me­ron ca­łko­wi­cie się od nas od­ci­ął i nie mo­głem go za to wi­nić. Ostat­ni rok jego – te­raz już – żony był trud­ny. Prze­ze mnie. Stra­ci­ła naj­lep­szą przy­ja­ció­łkę, bo po­pe­łni­łem głu­pi błąd.

– Mu­sia­łem po­my­śleć – od­pa­rłem, po czym wsta­łem. Otrze­pa­łem je­an­sy i zsze­dłem z lo­do­wi­ska. – A ty? Cze­mu wpa­dłeś tu­taj o tej go­dzi­nie? – Na­wet nie wie­dzia­łem, któ­rą już wy­bi­ły ze­ga­ry. Po ciem­no­ści za okna­mi je­dy­nie się do­my­śla­łem, że było bar­dzo pó­źno.

Mar­ty za­czer­wie­nił się i po­ta­rł ner­wo­wo kark.

– Mam… rand­kę – wy­krztu­sił wresz­cie, na co w du­chu się zdzi­wi­łem.

Na ze­wnątrz po­zo­sta­wa­łem zdy­stan­so­wa­ny, bez­na­mi­ęt­ny.

Za­pro­si­łem na rand­kę tyl­ko jed­ną ko­bie­tę w swo­im ży­ciu. Sko­ńczy­ło się to ka­ta­stro­fą, więc ca­łko­wi­cie wy­ka­so­wa­łem ten zbiór li­ter ze swo­je­go słow­ni­ka.

– Baw się do­brze. – Uści­snąłem ra­mię ko­le­gi i wy­sze­dłem, bo nie chcia­łem mu prze­szka­dzać.

Ho­ke­iści często za­pra­sza­li swo­je part­ner­ki na are­nę, żeby po­ka­zać im, gdzie pra­cu­ją i co po­tra­fią. Te wszyst­kie za­ko­cha­ne pary… Rzy­ga­łem ser­dusz­ka­mi, na­praw­dę. Wie­dzia­łem, że wy­ni­ka­ło to je­dy­nie z czy­stej za­zdro­ści, bo sam znisz­czy­łem ko­goś, z kim mo­głem coś ta­kie­go prze­ży­wać. Dzie­lić się wy­gra­ny­mi i prze­gra­ny­mi. Pod­no­sić na du­chu i być pod­no­szo­nym na du­chu. Ko­chać i być ko­cha­nym.

Do­jazd do domu za­jął mi dużo wi­ęcej cza­su niż zwy­kle. Za­je­cha­łem po żar­cie na wy­nos z prze­ko­na­niem, że Bla­ke opró­żnił lo­dów­kę do ostat­nie­go okrusz­ka. Na stu­diach miesz­ka­łem z czte­re­ma ho­ke­ista­mi i już wte­dy był pro­blem, żeby ją do­brze za­opa­trzyć. Te­raz dzie­li­łem prze­strzeń z wiel­kim fut­bo­li­stą, by­li­śmy we dwóch, a je­dli­śmy za dzie­si­ęciu.

Po­tem wpa­ko­wa­łem się w ko­rek. Lu­dzie ru­szy­li po za­pa­sy do su­per­mar­ke­tów. W ra­diu mó­wi­li, że nad Chi­ca­go nad­ci­ąga po­tężna bu­rza śnie­żna. Po­noć po­ło­wa Wschod­nie­go Wy­brze­ża zo­sta­ła spa­ra­li­żo­wa­na po jej prze­jściu. Po­go­dyn­ki jed­nak uspo­ka­ja­ły, że za­nim na­wa­łni­ca do­trze do na­sze­go mia­sta, będzie już roz­pro­szo­na i nie aż tak bar­dzo gro­źna, jak mo­gło­by się wy­da­wać.

Wes­tchnąłem więc ci­ężko i sam pod­je­cha­łem po ja­kiś pro­wiant. Do­dat­ko­wo ku­pi­łem trzy zgrzew­ki wody i pacz­kę ba­te­rii oraz świecz­ki. Jak to mó­wią – prze­zor­ny za­wsze ubez­pie­czo­ny. Na­wet je­śli nie wy­stąpią pro­ble­my z do­sta­wa­mi prądu, nie chcia­łem ry­zy­ko­wać.

Drzwi do apar­ta­men­tu otwo­rzy­łem kil­ka go­dzin po za­ko­ńczo­nym me­czu. Oczy­wi­ście na sa­mym we­jściu po­tknąłem się o kar­to­ny. Bla­ke po­wo­li za­czy­nał pa­ko­wać swo­je rze­czy. Miał w ko­ńcu prze­nie­ść się z part­ner­ką do no­we­go lo­kum. Za­cząłem za­ra­biać tyle, że nie prze­szka­dza­ło mi miesz­ka­nie sa­me­mu. Stać mnie. W do­dat­ku cie­szy­łem się ich szczęściem.

Mar­got Bel­la­my była na­praw­dę wy­ro­zu­mia­ła dla mo­je­go kum­pla. Wy­ka­zał się wi­ęk­szą in­te­li­gen­cją niż ja i opo­wie­dział jej o wszyst­kim za­wcza­su. Ni­cze­go ani ni­ko­go nie uda­wał, tak że dla ko­bie­ty nie było za­sko­cze­niem, że jej bie­li­zna znaj­do­wa­ła się w domu brac­twa.

Cza­sa­mi sia­da­łem i za­sta­na­wia­łam się, cze­mu ona nie mo­gła mi wy­ba­czyć, tak jak Mar­got Bla­ke’owi. Wte­dy do­cho­dzi­łem do wnio­sku, że to zu­pe­łnie dwa ró­żne przy­pad­ki. Wy­bran­ka kum­pla nie mia­ła ta­kich prze­żyć i traum z by­łym jak ona.

Prze­sze­dłem przez sa­lon. Skrzy­wi­łem się z nie­sma­kiem. Wszędzie wa­la­ły się ubra­nia i pu­ste bu­tel­ki po wo­dzie mi­ne­ral­nej. Mia­łem za­miar to po­sprzątać za­raz po je­dze­niu. W żo­łąd­ku mi bur­cza­ło, od rana nie mia­łem ni­cze­go w ustach, a prze­cież mu­sia­łem te­raz dbać o syl­wet­kę.

Łok­ciem na­ci­snąłem włącz­nik świa­tła. Rze­czy do ho­ke­ja rzu­ci­łem nie­dba­le na podło­gę w prze­jściu, a pa­pie­ro­wą tor­bę z za­ku­pa­mi po­ło­ży­łem na bla­cie wy­spy ku­chen­nej. Drzwi lo­dów­ki na ogół były wol­ne od wszel­kich „ozdób” typu ma­gne­sy czy kart­ki. Te­raz jed­nak do­strze­głem na nich wia­do­mo­ść od wspó­łlo­ka­to­ra.

Je­stem u Mar­got. Zja­dłem two­je­go kur­cza­ka, wy­bacz. B. x

Ca­łu­ski na ko­ńców­kach li­ści­ków zo­sta­wiał z przy­zwy­cza­je­nia. Wie­dzia­łem to, bo ta­kie same pi­sał dla swo­jej na­rze­czo­nej, kie­dy u nas no­co­wa­ła. Ży­czył jej wte­dy mi­łe­go dnia i do­da­wał inne bzde­ty, któ­re ro­bi­li za­ko­cha­ni.

Zgnio­tłem pa­pier w dło­ni, po czym wrzu­ci­łem go do ko­sza na śmie­ci. Wci­ągnąłem przy­wie­zio­ne je­dze­nie, a na­stęp­nie, zgod­nie z po­sta­no­wie­niem, po­sprząta­łem cały sa­lon. Wszyst­ko ide­al­nie po­ukła­da­łem, wy­ta­rłem ku­rze i umy­łem podło­gę. Do sy­pial­ni tego skur­czy­by­ka nie mia­łem za­mia­ru się za­pędzać. Ba­łem się, co mo­gło­by mnie tam cze­kać.

Ja­kiś czas pó­źniej po­sze­dłem pod prysz­nic z na­dzie­ją, że go­rąca woda roz­lu­źni obo­la­łe mi­ęśnie. Du­pek z prze­ciw­nej dru­ży­ny wci­snął mnie kil­ka razy w ban­dę, przez co cały bok przy­ozdo­bio­ny zo­stał ró­żnej wiel­ko­ści si­nia­ka­mi. Fi­nal­nie zro­zu­mia­łem, że ma do mnie ja­kiś pro­blem, więc zdjąłem ręka­wi­ce i za­częli­śmy się bić na środ­ku lo­do­wi­ska. Obaj do­sta­li­śmy karę, ale tre­ner nie wy­gło­sił re­pry­men­dy. Po­kle­pał mnie tyl­ko po ra­mie­niu, ka­zał wy­ko­rzy­stać te kil­ka mi­nut na za­czerp­ni­ęcie od­de­chu.

Wie­czór mia­łem za­miar spędzić przy ja­kie­jś tan­det­nej grze na kon­so­li. Nie­ste­ty, nie było mi to dane. Dzwo­nek do drzwi roz­brzmiał tuż po tym, jak usa­dzi­łem za­dek na skó­rza­nym fo­te­lu.

Tyl­ko jed­ną oso­bę mo­gło nie­ść o tej go­dzi­nie. Tym bar­dziej że nie od­bie­ra­łem od nie­go te­le­fo­nów ani rano, ani wie­czo­rem. Nie mia­łem ocho­ty na ko­lej­ne gad­ki umo­ral­nia­jące o tym, że po­wi­nie­nem bar­dziej dbać o swój wi­ze­ru­nek.

Uwiel­bia­łem swo­ich fa­nów. Za­wsze przy­sta­wa­łem, ro­bi­łem so­bie z nimi zdjęcia, pod­pi­sy­wa­łem się im, gdzie chcie­li, i chwi­lę roz­ma­wia­łem. Jed­nak Nel­son ocze­ki­wał ode mnie wi­ęcej.

Na­ci­snąłem klam­kę i wpu­ści­łem go do środ­ka bez sło­wa przy­wi­ta­nia.

– Rid­ge. – Zrzu­cił we­łnia­ny płaszcz z ra­mion. – Mu­si­my po­roz­ma­wiać.

Prze­wró­ci­łem ocza­mi, cze­go nie był w sta­nie zo­ba­czyć, bo ru­szy­łem już z po­wro­tem do sa­lo­nu. Mógł co naj­wy­żej mó­wić do mo­ich ple­ców. Albo we­jść mi w dupę, co często ro­bił, pró­bu­jąc na­mó­wić na ja­kieś idio­tycz­ne po­my­sły.

– To na­praw­dę wa­żne. – Drep­tał za mną ni­czym za­gu­bio­ny szcze­nia­czek.

– Co tym ra­zem wy­my­śli­łeś? – za­py­ta­łem bez za­in­te­re­so­wa­nia.

– Pro­po­zy­cja su­per wy­wia­du. Mo­że­my na tym nie­źle za­ro­bić i tro­chę pod­ra­so­wać twój wi­ze­ru­nek w me­diach. – Za­czął wy­ci­ągać z ak­tów­ki ja­kieś pa­pie­ry. Pró­bo­wał wci­snąć je w moje dło­nie, ale się od­su­nąłem. – Mo­żesz po­wie­dzieć, co ty, do dia­bła, wy­pra­wiasz?

– Igno­ru­ję cię? – Sar­kazm prze­bi­jał się przez ka­żdą sy­la­bę wy­po­wie­dzia­ne­go py­ta­nia.

– Tyle zdąży­łem za­uwa­żyć. Bar­dziej cho­dzi­ło mi o to, co ty, do dia­bła, wy­pra­wiasz ze swo­im ży­ciem? – Zła­pał się pod boki, zmie­rzył mnie kry­tycz­nym spoj­rze­niem.

– Daj spo­kój, Nel­son. Nie je­stem dziś w na­stro­ju na głu­pie prze­py­chan­ki – mruk­nąłem, po czym si­ęgnąłem po bu­tel­kę wody, któ­rą zo­sta­wi­łem na sto­li­ku.

Jed­nym ru­chem wy­rwał ją z mo­ich rąk. Od­sta­wił pla­stik na szkla­ny blat mi­ędzy nami.

– Ten wy­wiad to nie była pro­śba.

Unio­słem brew w wy­zy­wa­jącym ge­ście.

– A ktoś mnie do nie­go zmu­si?

– Pre­zes za­rządu Chi­ca­go Blac­khawks.

No do­bra, tu mnie miał. A ra­czej po­wi­nie­nem rzec – za­in­try­go­wał mnie.

– Co ma pre­zes do mo­je­go me­dial­ne­go wi­ze­run­ku?

Agent jęk­nął w prze­strzeń.

– Nie mów, że mu­szę wy­ja­śniać ci tak ba­nal­ne spra­wy! – Po­pa­trzył na mnie z nie­do­wie­rza­niem, na co uśmiech­nąłem się kąci­kiem ust.

Nie pa­mi­ęta­łem, kie­dy śmia­łem się tak na­praw­dę, gło­śno i szcze­rze. Było to gdzieś w za­mierz­chłych cza­sach, kie­dy jesz­cze… Kie­dy mia­łem ja­kiś cel w ży­ciu. I ko­goś, kto ten uśmiech wy­wo­ły­wał.

– Mu­sisz. Po to cię za­trud­ni­łem – od­po­wie­dzia­łem, w pe­łni sku­pia­jąc na nim uwa­gę.

Wie­dzia­łem, że do­pó­ki tego nie zro­bi i nie po­wie, cze­go chce, nie wyj­dzie i nie da mi świ­ęte­go spo­ko­ju, któ­re­go te­raz pra­gnąłem. To nie tak, że po­lu­bi­łem się z sa­mot­no­ścią. Zda­wa­łem so­bie jed­nak spra­wę z cze­go wy­ni­ka­ła. Z po­ko­rą przyj­mo­wa­łem kon­se­kwen­cje zła­ma­nia jej ser­ca.

– W po­rząd­ku. – Za­ka­sał ręka­wy ko­szu­li, jak gdy­by szy­ko­wał się na wiel­kie star­cie. W ostat­nich mie­si­ącach roz­mo­wy ze mną mo­gły coś ta­kie­go przy­po­mi­nać. Za­trzy­mał dło­nie na wy­so­ko­ści swo­jej twa­rzy, jak­by trzy­mał w nich pi­łkę. – Słu­chaj uwa­żnie. Dla Hawk­sów nie je­steś tyl­ko ko­lej­nym gra­czem. Masz być me­dial­ny, brać udział w ak­cjach cha­ry­ta­tyw­nych i god­nie re­pre­zen­to­wać na­zwę, któ­rą no­sisz na ko­szul­ce. Ro­zu­miesz?

Za­śmia­łem się pod no­sem w szy­der­czy spo­sób. Wszyst­ko to, cze­go kie­dyś żąda­li ode mnie ro­dzi­ce. A po­noć mia­łem się od nich uwol­nić.

– I co zmie­ni ten je­den wy­wiad? – do­py­ta­łem zre­zy­gno­wa­ny.

Za cho­le­rę nie chcia­łem ga­dać o swo­im ży­ciu z żad­nym mar­nym dzien­ni­ka­rzy­ną. Z pew­no­ścią ktoś w ko­ńcu do­ko­pie się do hi­sto­rii mo­jej ro­dzi­ny i za­czną o to wy­py­ty­wać, a ja po­mi­mo tylu lat wci­ąż nie po­tra­fi­łem o tym mó­wić. Zresz­tą, nie ob­cho­dzi­ły mnie plot­ki pi­sma­ków. Nie czy­ta­łem ich, nie ogląda­łem wia­do­mo­ści, z wy­jąt­kiem tych spor­to­wych.

– Po pierw­sze, za­rząd się od cie­bie od­cze­pi, przy­naj­mniej na ja­kiś czas. Po dru­gie, roz­mo­wa będzie po­śred­nio do­ty­czy­ła naj­bli­ższej gali cha­ry­ta­tyw­nej. Zbio­rą tam pie­ni­ądze na roz­bu­do­wa­nie aka­de­mii spor­to­wych w bied­niej­szych dziel­ni­cach miast na Wschod­nim Wy­brze­żu.

Za­sta­no­wi­łem się przez chwi­lę. Zda­wa­łem so­bie spra­wę, że je­śli się nie zgo­dzę, za­wio­dę pre­ze­sa klu­bu. Czy tego chcia­łem? Oczy­wi­ście, że nie. Po­sta­no­wi­łem so­bie, że już nikt ni­g­dy się na mnie nie prze­je­dzie, a gra­nie dla Chi­ca­go Blac­khawks od za­wsze było moim ma­rze­niem. Nie mo­głem tego kon­cer­to­wo spie­przyć.

Nie, gdy za­pła­ci­łem tak wy­so­ką cenę, żeby tu być.

– Kie­dy ma być ten wy­wiad? I gdzie?

Nie za­le­ża­ło mi, żeby brał to za pew­nik, choć w mo­jej gło­wie klam­ka już za­pa­dła.

– Ju­tro. Może być na­wet tu­taj. Ma­ga­zyn wy­śle swo­je­go pra­cow­ni­ka. – Ro­zej­rzał się po prze­strze­ni. – Mu­sie­li­by­śmy tu tyl­ko tro­chę ogar­nąć. Mogę za­dzwo­nić do fir­my sprząta­jącej, żeby przy­je­cha­li w po­łud­nie. Pa­su­je ci?

Ostat­nie, cze­go chcia­łem, to wpu­ścić do swo­je­go miesz­ka­nia ja­kąś obcą oso­bę. Z in­nej zaś stro­ny lep­sze to, niż jak sam mia­łbym się fa­ty­go­wać gdzieś do cen­trum mia­sta. Tym bar­dziej że za­po­wia­da­li cho­ler­ną bu­rzę śnie­żną.

A jesz­cze z ko­lej­nej per­spek­ty­wy – nie ro­zu­mia­łem, o co mu cho­dzi­ło. Wy­sprząta­łem tego dnia cały ba­ła­gan, któ­re­go spraw­cą był Bla­ke. Eki­pa sprząta­jąca mo­gła co naj­wy­żej uło­żyć pu­dła wspó­łlo­ka­to­ra, żeby ni­ko­mu nie wa­dzi­ły. No i ewen­tu­al­nie we­jść do jego sy­pial­ni, bo ja w dal­szym ci­ągu nie mia­łem za­mia­ru tego ro­bić. I szcze­rze wąt­pi­łem, żeby dzien­ni­karz tego ocze­ki­wał. Ra­czej nie będę z nim ro­bić to­ur­née po swo­im domu.

– W po­rząd­ku. O któ­rej będzie ten wy­wiad? I ile osób przy­je­dzie z tego ma­ga­zy­nu?

– Dla two­je­go kom­for­tu za­ła­twi­łem, że będzie jed­na. Nie po­trze­ba nam wi­ęcej wi­dow­ni, kie­dy będziesz od­po­wia­dał na py­ta­nia – od­pa­rł spo­koj­nie.

– Będziesz przy tym?

– A chcesz, że­bym był?

Od­po­wie­dź przy­szła, za­nim zdąży­łem się do­brze za­sta­no­wić:

– Nie.

Cóż, od za­wsze szyb­ciej dzia­ła­łem, niż my­śla­łem.

– Więc będziesz ty i dzien­ni­karz. A kil­ka dni pó­źniej zro­bi­my zdjęcia do tego ar­ty­ku­łu.

Zmarsz­czy­łem brwi skon­ster­no­wa­ny sło­wa­mi agen­ta.

– O tym nie było mowy – za­uwa­ży­łem z prze­kąsem.

Je­stem ho­ke­istą, do cho­le­ry, czy mo­de­lem?

– To idzie w pa­kie­cie – po­wie­dział z sze­ro­kim uśmie­chem, po czym opu­ścił mój apar­ta­ment.

A ja znów zo­sta­łem sam z de­mo­na­mi prze­szło­ści.

Rozdział 2

Bambi

Nad­ci­ąga­ła bu­rza.

Po­wie­trze prze­ci­na­ły od­gło­sy gło­śnych grzmo­tów. Nie­bo ja­śnia­ło raz po raz za spra­wą bły­ska­wic. Śnieg za­ci­nał pod kątem, zmie­sza­ny z mar­z­nącym desz­czem.

Na­wa­łni­ca nie mia­ła nic wspól­ne­go z let­ni­mi za­wie­ru­cha­mi – te były oczysz­cza­jące, tem­pe­ra­tu­ra nie­co spa­da­ła i dało się w mia­rę nor­mal­nie od­dy­chać. Tym­cza­sem bu­rza śnie­żna nio­sła ze sobą za­po­wie­dź cze­goś złe­go. Na samą myśl, że znów coś po­szło­by nie po mo­jej my­śli, krew za­ma­rza­ła w ży­łach.

Obie­ca­łam so­bie, że mój pierw­szy wy­wiad będzie suk­ce­sem. Od­po­wied­nio się do nie­go przy­go­to­wa­łam – przej­rza­łam cały ży­cio­rys wscho­dzącej gwiaz­dy mu­zy­ki pop, prze­śle­dzi­łam wszyst­kie skan­da­le z udzia­łem tego czło­wie­ka, za­pi­sa­łam in­te­re­su­jące mnie kwe­stie na kart­ce.

I co?

Jed­no wiel­kie nic.

W ostat­niej chwi­li wszyst­ko zo­sta­ło po­zmie­nia­ne, a re­dak­tor na­czel­ny ga­ze­ty oznaj­mił mi, że mam się udać pod wska­za­ny przez nie­go ad­res, bo ja­kiś ge­nial­ny pan spor­to­wiec zgo­dził się w ko­ńcu na roz­mo­wę. Moją fu­chę do­sta­ła Lau­ra, a ja po­je­cha­łam za Ben­ja­mi­na, któ­ry utknął w za­spie śnie­żnej poza mia­stem.

Mia­łam ci­chą na­dzie­ję, że śnieg wsze­dł mu tam, gdzie nie do­cie­ra świa­tło sło­necz­ne.

Nie mia­łam po­jęcia, dla­cze­go szef tak po­sta­no­wił. Mo­głam się je­dy­nie do­my­ślać, o co cho­dzi­ło. Lau­ra nie dość, że dłu­żej pra­co­wa­ła w ma­ga­zy­nie, to miesz­ka­ła zde­cy­do­wa­nie bli­żej cen­trum. Spo­koj­nie do­ta­rła­by do domu przed za­ła­ma­niem po­go­dy. Za nic w świe­cie nie zgo­dzi­ła­by się je­chać gdzieś da­lej. Na­to­miast ja mu­sia­łam po­ko­nać tak­sów­ką pół go­dzi­ny dro­gi z Ro­se­land do Gold Co­ast, ale by­łam młod­sza sta­żem, więc nie mia­łam nic do ga­da­nia.

Szan­se na to, że zdążę do swo­je­go cia­sne­go miesz­kan­ka przed za­mie­cią, prak­tycz­nie nie ist­nia­ły.

Cze­ka­łam pod luk­su­so­wym apar­ta­men­tow­cem na wia­do­mo­ść od Geo­r­ge’a, mo­je­go pra­co­daw­cy. Prze­stępo­wa­łam nie­spo­koj­nie z nogi na nogę. Stres zja­dał mnie z ka­żdą mi­nu­tą co­raz bar­dziej. Po­win­nam już do­stać od nie­go spis wszyst­kich po­trzeb­nych mi in­for­ma­cji i py­tań, ja­kie przy­go­to­wał Ben. Mia­łam nie­wie­le cza­su, żeby się z nimi za­po­znać. Tak na­praw­dę tyl­ko szyb­ko bym je prze­czy­ta­ła, a po­tem po­zo­sta­ła­by im­pro­wi­za­cja.

Po­ci­ąga­łam czer­wo­nym z zim­na no­sem, ob­ser­wo­wa­łam bie­ga­jących w po­pło­chu lu­dzi. Wszy­scy szu­ka­li schro­nie­nia, jak­by co naj­mniej nad­cho­dzi­ło tor­na­do. Za­częłam się za­sta­na­wiać, czy w pro­gno­zie po­go­dy nie za­szły ja­kieś zmia­ny.

Te­le­fon za­wi­bro­wał w kie­sze­ni. We­szłam pod da­szek, żeby osło­nić ekran przed bia­łym pu­chem. Zdjęłam ręka­wicz­kę z dło­ni i prze­je­cha­łam po nim pal­cem. Zi­gno­ro­wa­łam pierw­sze po­wia­do­mie­nie od Pre­sto­na. W ci­ągu ostat­nich dzie­si­ęciu dni do­sta­łam od nie­go mnó­stwo wia­do­mo­ści z pro­śba­mi.

Pre­ston: Po­roz­ma­wiaj­my, pro­szę.

Pre­ston: Nie mo­żesz tak tego wszyst­kie­go rzu­cić w kąt.

Pre­ston: Je­steś mi po­trzeb­na.

Pre­ston: Za­war­li­śmy umo­wę, Bam­bi.

Pre­ston: Wróć do domu.

Dzi­siej­sza ró­żni­ła się od po­przed­nich tym, że w ko­ńcu otwar­cie mi za­gro­ził.

Pre­ston: Za­dzwo­nię do Ro­ber­ta.

Prych­nęłam pod no­sem. Mój oj­ciec nie mógł już ni­cze­go zro­bić wo­bec za­ist­nia­łej sy­tu­acji. Ow­szem, obie­ca­łam mu coś w za­mian za po­moc dwa lata temu, ale by­łam go­to­wa od­dać Ro­ber­to­wi wszyst­ko, co do cen­ta, na­wet je­śli ozna­cza­ło to wzi­ęcie kre­dy­tu. A po­tem po­wie­dzieć, żeby spie­przał z mo­je­go ży­cia.

Ni­g­dy nie zmu­si mnie do ma­łże­ństwa z kimś, kogo nie ko­cham. Wła­śnie tego ocze­ki­wał – że po­ślu­bię Pre­sto­na. Po­cho­dził z za­mo­żnej ro­dzi­ny, a Ro­bert Jack­son chciał utrwa­lić wspó­łpra­cę swo­jej fir­my z kor­po­ra­cją ro­dzi­ców „mo­je­go na­rze­czo­ne­go”.

By­łam tyl­ko środ­kiem do celu, co w porę do­strze­głam. Obu­dzi­łam się w ko­ńcu z le­tar­gu, od­rętwie­nia, tego cho­ler­ne­go za­wie­sze­nia. Jed­ne­go dnia za­kła­da­łam pie­rścio­nek z pie­przo­nym dia­men­tem na pa­lec, a dru­gie­go pa­ko­wa­łam wa­liz­ki i wy­je­cha­łam do Chi­ca­go, gdzie kil­ka ty­go­dni po od­by­ciu sta­żu uda­ło mi się do­stać pra­cę w tu­tej­szym od­dzia­le Fu­sion.

Tak na­praw­dę do­pie­ro co uko­ńczy­łam stu­dia. Tyl­ko uczel­nia w Chi­ca­go mia­ła miej­sce, żeby mnie przy­jąć po mo­jej uciecz­ce z Grand Forks. I tak za­wa­li­łam se­mestr. A po­tem prze­nio­słam się do Los An­ge­les i tam schrza­ni­łam dru­gi raz, cho­ciaż za to winę po­no­si­ło moje za­ła­ma­nie ner­wo­we.

O nie z ko­lei ob­wi­nia­łam dwóch by­łych chło­pa­ków. Głów­nie ho­ke­istę. Du­pek za­ba­wił się mną i zmia­żdżył moje uczu­cia. Choć tam­te­go fe­ral­ne­go dnia po­wie­dzia­łam, że mu wy­ba­czam, ni­g­dy tak na­praw­dę tego nie zro­bi­łam. Chcia­łam je­dy­nie, żeby mógł ru­szyć da­lej, a do­sko­na­le wie­dzia­łam, że cza­sa­mi brak prze­ba­cze­nia jest je­dy­nym, co trzy­ma nas w miej­scu.

We­szłam w kon­wer­sa­cję z sze­fem. Po prze­czy­ta­niu imie­nia i na­zwi­ska mój mózg do­stał za­wiesz­ki. Na­stąpi­ło zwar­cie tak wiel­kie, że nie po­tra­fi­łam się ru­szyć. Drgnęłam do­pie­ro, kie­dy uświa­do­mi­łam so­bie, że sto­ję pod jego apar­ta­men­tem.

Rid­ge Ri­vers.

Mój naj­wi­ęk­szy kosz­mar.

Moja bo­le­sna prze­szło­ść.

Mi­ło­ść, o któ­rej nie po­tra­fi­łam za­po­mnieć.

W du­chu bła­ga­łam Boga, żeby oka­za­ło się to tyl­ko zbie­żno­ścią osób i na­zwisk, ale wie­dzia­łam, że to nie­mo­żli­we. Mój błąd, że nie za­py­ta­łam, o ja­kim spor­tow­cu była mowa. Praw­do­po­dob­nie już wte­dy po­łączy­ła­bym krop­ki. Prze­cież ma­rzył o gra­niu dla Chi­ca­go Blac­khawks. To dla­te­go mnie zo­sta­wił.

Bo jego przy­szło­ść była wa­żniej­sza ode mnie. Miał się sku­pić na so­bie, na ho­ke­ju, a po­tem… No cóż, po­tem wy­da­rze­nia przy­bra­ły nie­ocze­ki­wa­ny ob­rót.

Po­trząsnęłam gło­wą. Nie, los na pew­no aż tak by so­bie ze mnie nie za­drwił. Klik­nęłam za­łącz­nik, żeby zo­ba­czyć zdjęcie. Te­le­fon nie­mal wy­pa­dł mi z rąk, kie­dy doj­rza­łam tę twarz. Do tej pory na­wie­dza­ła mnie w snach, nie da­wa­ła o so­bie za­po­mnieć.

Przy­mknęłam na mo­ment po­wie­ki. Za­ci­snęłam pal­ce wo­kół urządze­nia.

Myśl. Myśl. Myśl. Myśl.

Mu­sia­łam się ja­koś z tego wy­ka­ra­skać. Nie ist­niał cień szan­sy, że­bym dała radę prze­pro­wa­dzić wy­wiad z moim eks. A w szcze­gól­no­ści z tym by­łym. Ogląda­nie go z od­le­gło­ści? Ża­den pro­blem. Roz­mo­wa w czte­ry oczy? Wy­klu­czo­ne.

Wy­bra­łam nu­mer re­dak­to­ra. Ode­brał po trzech sy­gna­łach.

– Geo­r­ge Lang­ford, w czym mogę po­móc?

Jak zwy­kle pew­nie nie spoj­rzał, kto dzwo­ni. Prze­cież miał mój nu­mer. Prze­wró­ci­łam ocza­mi.

– To ja, Bam­bi – po­wie­dzia­łam na jed­nym wy­de­chu, a gęsta para ule­cia­ła z mo­ich płuc.

Scho­wa­łam wol­ną dłoń do kie­sze­ni pu­cho­wej kurt­ki.

– Co się sta­ło? Je­steś już na miej­scu? A może mam po­in­for­mo­wać pana Ri­ver­sa, że się spó­źnisz przez bu­rzę? – za­py­tał spo­koj­nie, choć wie­dzia­łam, że to tyl­ko po­zo­ry.

Cho­ler­nie mu za­le­ża­ło, żeby mieć wy­wiad z tym kon­kret­nym spor­tow­cem. W in­nym wy­pad­ku by to od­wo­łał ze świa­do­mo­ścią, że mo­głam gdzieś utknąć przez na­wa­łni­cę.

Za­zgrzy­ta­łam zęba­mi. In­ten­syw­nie się za­sta­na­wia­łam, co mam po­wie­dzieć swo­je­mu pra­co­daw­cy. Stwier­dzi­łam, że może tym ra­zem szcze­ro­ść mi po­pła­ci.

– Nie dam rady tego zro­bić. Prze­cież wiesz, że to przez nie­go prze­nio­słam się do Chi­ca­go i za­wa­li­łam dwa se­me­stry. Po pro­stu… nie po­tra­fię spoj­rzeć mu w oczy – wy­mam­ro­ta­łam skru­szo­na.

Było mi źle, że mu­sia­łam od­mó­wić swo­je­go pierw­sze­go zle­ce­nia. Zda­wa­łam so­bie jed­nak spra­wę, że gdy­bym się zgo­dzi­ła, z moją psy­chi­ką by­ło­by jesz­cze go­rzej. Cho­ciaż zdo­ła­łam po­sta­wić się na nogi i czer­pa­łam przy­jem­no­ść z ży­cia, wszyst­ko wci­ąż po­zo­sta­wa­ło we mnie wra­żli­we, de­li­kat­ne.

Nie chcia­łam znisz­czyć tego, co uda­ło mi się w so­bie od­bu­do­wać.

Ni­g­dy też nie kry­łam się z tym, co on mi zro­bił. Nie rzu­ca­łam per­so­na­lia­mi, bo nie mia­łam za­mia­ru ni­ko­go oczer­niać, tym bar­dziej że zo­sta­wi­łam tego ko­goś w prze­szło­ści. Geo­r­ge był jed­nak dla mnie mo­men­ta­mi jak oj­ciec, dla­te­go się przed nim otwo­rzy­łam.

– Słu­chaj, Bam­bi. – Wy­obra­zi­łam so­bie, jak wła­śnie zdej­mu­je oku­la­ry w gru­bych opraw­kach i grzbie­tem dło­ni prze­cie­ra zro­szo­ne po­tem czo­ło. – Ro­zu­miem two­ją sy­tu­ację, na­praw­dę. Wiesz o tym. Jed­nak de­cy­zja, że­byś prze­pro­wa­dzi­ła ten wy­wiad, nie na­le­ża­ła do mnie.

Zmarsz­czy­łam brwi.

– Nie? My­śla­łam… my­śla­łam, że to ty… – wy­jąka­łam nie­skład­nie.

Na­wet nie po­tra­fi­łam do­ko­ńczyć py­ta­nia.

Z ust mężczy­zny ule­cia­ło ci­ężkie wes­tchnie­nie.

– Nie­ste­ty, Lau­ra ma wty­ki u dy­rek­to­ra ge­ne­ral­ne­go. Po­le­ce­nie wy­szło z sa­mej góry, więc obo­je mu­si­my się do­sto­so­wać do tej sy­tu­acji. My­ślisz, że świa­do­mie wpu­ści­łbym cię w ta­kie ba­gno?

Opu­ści­łam bez­wied­nie ra­mio­na. Nie było ni­cze­go, co Geo­r­ge mó­głby zro­bić w tej sy­tu­acji.

Jak ja nie­na­wi­dzę Lau­ry.

– Do­brze. Ro­zu­miem. – Za cho­le­rę nie ro­zu­mia­łam. – Po­sta­ram się to zro­bić. Naj­wy­żej pad­nę na za­wał w środ­ku wy­wia­du i będziesz zbie­rał moje zwło­ki. Ad­res znasz.

– Dziec­ko dro­gie! – krzyk­nął obu­rzo­ny. – Na­wet nie mów ta­kich rze­czy. To blu­źnier­stwo. Całe ży­cie przed tobą i nie pad­niesz na ża­den za­wał. Wiesz dla­cze­go?

Wy­czu­wa­łam, że te­raz był czas na umo­ral­nia­jącą gad­kę.

– No da­waj.

– Bo nie dasz się swo­jej prze­szło­ści. Wy­rządzi­ła ci wy­star­cza­jąco szkód i za­bra­ła zbyt wie­le cza­su. Przy­po­mnij so­bie, ile dni spędzi­łaś na pła­czu i skła­da­niu roz­trza­ska­ne­go ser­ca z po­wro­tem w ca­ło­ść. Wiesz, że ni­g­dy wi­ęcej do tego nie do­pu­ścisz – po­wie­dział ostrym to­nem, jak­by mnie kar­cił. – Od­dzie­lisz też ży­cie za­wo­do­we od pry­wat­ne­go, jak pro­fe­sjo­na­list­ka.

Do tego było mi aku­rat jesz­cze da­le­ko, ale – by nie skła­mać – sło­wa sze­fa pod­nio­sły mnie na du­chu.

Przez chwi­lę jesz­cze do­ra­dzał, w jaki spo­sób po­pro­wa­dzić to spo­tka­nie. Nie mo­głam dać się stłam­sić ani we­jść w ja­kąś po­le­mi­kę. Mia­łam za­dać py­ta­nia przy­go­to­wa­ne przez Bena, a po­tem naj­zwy­czaj­niej w świe­cie po­dzi­ęko­wać, uści­snąć roz­mów­cy dłoń i wy­jść.

Ba­nal­nie pro­ste.

Albo i nie.

Za­ko­ńczy­łam po­łącze­nie. Śnieg pa­dał tak gęsto, że le­d­wo wi­dzia­łam auta za­par­ko­wa­ne po dru­giej stro­nie uli­cy. We­szłam do środ­ka bu­dyn­ku.

Hol przy­wi­tał mnie mar­mu­ro­wy­mi podło­ga­mi, zło­ty­mi do­dat­ka­mi i ochro­nia­rzem na re­cep­cji. Głu­pio mi było na­wet otrze­pać buty na wy­cie­racz­ce. Oba­wia­łam się, że mo­gła zo­stać wy­ko­na­na z ja­kie­goś dro­gie­go ma­te­ria­łu i ją znisz­czę. Tak, wy­cie­racz­kę do bu­tów.

Nie­źle mi od­wa­li­ło, a to wszyst­ko za spra­wą zde­ner­wo­wa­nia.

Mimo tego de­li­kat­nie ostu­ka­łam na niej obu­wie, żeby po­zbyć się nad­mia­ru śnie­gu. Zdjęłam czap­kę i ręka­wicz­ki, a kurt­kę roz­pi­ęłam. Cie­pło za­czy­na­ło w przy­jem­ny spo­sób roz­grze­wać zlo­do­wa­cia­łą skó­rę.

– Dzień do­bry. Przy­szłam na wy­wiad do pana Rid­ge’a Ri­ver­sa.

Ochro­niarz na­wet nie za­py­tał o moje na­zwi­sko. Po pro­stu po­dał mi kar­tę do win­dy i po­wie­dział, gdzie mam się kie­ro­wać.

Szłam jak na ści­ęcie. Ba­łam się, że nie wyj­dę z tego bu­dyn­ku taka sama. Spo­tka­nie z Rid­ge’em po dwóch la­tach mo­gło oka­zać się moją klęską.

Z in­nej stro­ny, mi­nęło tyle cza­su… Na pew­no już ru­szył do przo­du i o mnie za­po­mniał. By­łam prze­cież tyl­ko chwi­lo­wą roz­ryw­ką, głu­pim za­kła­dam. Być może na­wet nie będzie pa­mi­ętał mo­je­go imie­nia.

Taki ob­rót wy­da­rzeń by­łby mi na rękę. Mo­gła­bym uda­wać, że ni­g­dy wcze­śniej się nie spo­tka­li­śmy, że nie był dla mnie kimś wa­żnym, o kim ni­g­dy już nie zdo­łam za­po­mnieć. W ko­ńcu od­da­łam mu cząst­kę sie­bie. Wte­dy da­ła­bym radę prze­pro­wa­dzić wy­wiad, a na­stęp­nie wy­jść z bu­dyn­ku i po­now­nie zo­sta­wić Rid­ge’a w prze­szło­ści.

Tam było jego miej­sce. Nie miał pra­wa do mo­jej te­ra­źniej­szo­ści i przy­szło­ści.

Żo­łądek za­ci­snął mi się z ner­wów, kie­dy wsia­da­łam do win­dy. Ni­g­dy nie za­ob­ser­wo­wa­łam u sie­bie klau­stro­fo­bii, ale dziś ścia­ny że­la­znej pusz­ki du­si­ły i przy­pra­wia­ły o za­wro­ty gło­wy. Oczy­wi­ście wie­dzia­łam, że wy­ni­ka­ło to z nad­mier­ne­go stre­su.

Za­częłam się po­cić.

Zdjęłam sza­lik oraz kurt­kę. Dro­ga na trzy­dzie­ste dzie­wi­ąte pi­ętro dłu­ży­ła się w nie­sko­ńczo­no­ść. Je­cha­łam i je­cha­łam, a my­śleć mo­głam je­dy­nie o tym, że za­raz znów go zo­ba­czę.

Mimo ca­łej otocz­ki na­sze­go roz­sta­nia cie­ka­wi­ło mnie, co mo­gło się w nim zmie­nić. Zdjęcie, któ­re do­sta­łam od Geo­r­ge’a, na pew­no nie zo­sta­ło wy­ko­na­ne w ostat­nim cza­sie. Wy­glądał na nim jesz­cze tro­chę jak stu­dent, a nie do­ro­sły mężczy­zna. Wie­dzia­łam prze­cież, że się roz­wi­nął. Ża­ło­wa­łam, że w ra­mach kary za ból, któ­re­go mi przy­spo­rzył, nie zo­stał uwi­ęzio­ny w szpa­ko­wa­tym cie­le.

Wy­ta­rłam mo­kre od potu dło­nie o ma­te­riał czar­nej spód­ni­cy. Na­gle za­częłam się za­sta­na­wiać nad swo­im ubio­rem. Do­szłam do wnio­sku, że nie był od­po­wied­ni. Wy­gląda­łam, jak­bym się dla nie­go wy­stro­iła, a prze­cież mia­łam spo­tkać się z gwiaz­dą mu­zy­ki pop.

Moje ży­cie to cho­ler­ny ba­ła­gan.

W ko­ńcu, po ca­łej wiecz­no­ści, drzwi win­dy się roz­su­nęły. Wy­szłam na ko­ry­tarz wy­ło­żo­ny bor­do­wym dy­wa­nem. Czu­łam się, jak­bym tra­fi­ła do ja­kie­goś cho­ler­ne­go mu­zeum. Krót­ki ob­cas skó­rza­nych ko­za­ków si­ęga­jących za ko­la­no za­to­pił się mi­ęk­ko w wy­kła­dzi­nie.

Ro­zej­rza­łam się, ale do­strze­głam tyl­ko wy­jście prze­ciw­po­ża­ro­we i drzwi z nu­me­rem, któ­ry po­dał mi ochro­niarz na dole.

Świa­do­mo­ść tego, co mia­ło się za­raz stać, ude­rzy­ła we mnie ze zdwo­jo­ną mocą. Cof­nęłam się o krok, moc­no za­czerp­nęłam po­wie­trza. Za­trzy­ma­łam wdech na dłu­żej w płu­cach i tak, jak ra­dzi­ła mi moja te­ra­peut­ka, po­wo­li go wy­pu­ści­łam. Od­li­czy­łam w my­ślach kil­ka se­kund. Po­wtó­rzy­łam czyn­no­ść parę razy, aż dłoń za­ci­śni­ęta w pi­ęść się roz­lu­źni­ła.

Dam radę. Mi­ędzy nami go­rzej już być nie może.

Po­pra­wi­łam kra­ńce czar­nej ko­szu­li, po­now­nie wci­snęłam ją za pa­sek spód­ni­cy. Wy­gła­dzi­łam ma­te­riał z przo­du, po czym pew­nym kro­kiem ru­szy­łam przed sie­bie. W du­chu żar­to­wa­łam, że może podświa­do­mie wy­bra­łam taki ko­lor, by raz na za­wsze po­grze­bać swo­ją prze­szło­ść.

Zbli­ża­łam się do we­jścia, a nogi z ka­żdym kro­kiem za­czy­na­ły co­raz bar­dziej wiot­czeć. Od­wa­ga ula­ty­wa­ła w za­stra­sza­jącym tem­pie, choć sta­ra­łam się jej kur­czo­wo trzy­mać.

Za­nim za­pu­ka­łam do drzwi, przez dłu­ższą chwi­lę po pro­stu sta­łam w miej­scu i się w nie wpa­try­wa­łam. Pie­rścio­nek za­ręczy­no­wy wci­ąż ci­ążył mi na pal­cu.

Dla­cze­go go nie zdjęłam?

Od­po­wie­dź była ba­nal­nie pro­sta – nie czu­łam się bez­piecz­nie z my­ślą, że Ro­bert i Pre­ston w ka­żdej chwi­li mo­gli­by się do­wie­dzieć, gdzie miesz­kam, przy­je­chać i zo­ba­czyć nagi pa­lec. Wci­ąż się oba­wia­łam, do cze­go mnie zmu­szą. I w jaki spo­sób to zro­bią. Gdy oj­ciec się zo­rien­tu­je, że ze­rwa­łam za­ręczy­ny, zro­bi z mo­je­go ży­cia pie­kło. Do tej pory obaj nie wie­dzie­li, gdzie prze­by­wa­łam.

Tata żył świa­do­mo­ścią, że tkwi­łam za­mkni­ęta w wil­li Pre­sto­na.

Pre­ston za­pew­ne sądził, że wró­ci­łam do taty.

Tym­cza­sem roz­po­czy­na­łam nowe ży­cie. Jed­nak żeby w pe­łni roz­kwit­nąć, mu­sia­łam sta­wić czo­ła swo­jej prze­szło­ści, któ­ra wy­ci­ąga­ła po mnie pa­zu­ry.

Zmu­si­łam się do ru­chu. Dłoń od­bi­ła się od drew­nia­nej po­wło­ki.

Drzwi otwo­rzył mi mężczy­zna, któ­re­go wło­sy na bo­kach przy­pró­szy­ła si­wi­zna.

– Do­bry wie­czór. Przy­je­cha­łam na wy­wiad z ma­ga­zy­nu Fu­sion. – Wy­sta­wi­łam do nie­zna­jo­me­go rękę, któ­rą uści­snął. – Na­zy­wam się Bam­bi Jack­son.

– Do­bry wie­czór, Bam­bi. Je­stem Nel­son West, agent Rid­ge’a Ri­ver­sa, z któ­rym będziesz roz­ma­wiać.

Od­su­nął się na bok, ge­stem za­pra­sza­jąc mnie do środ­ka. Pierw­sze, co zo­ba­czy­łam, to prze­ra­żo­na twarz mo­je­go eks chło­pa­ka.

Rozdział 3

Ridge

Była tu­taj. W moim miesz­ka­niu. Dwa kro­ki ode mnie. Na wy­ci­ągni­ęcie ręki.

Cho­le­ra. Cho­le­ra. Cho­le­ra.

Zga­ni­łem się w my­ślach. Po­trze­bo­wa­łem za­czerp­nąć głęb­sze­go wde­chu, ale się ba­łem. Co je­śli nie pach­nia­ła już tak samo? A co, je­śli za­pach po­zo­stał ten sam i znów odu­rzy­łby moje zmy­sły? Z ca­łych sił pró­bo­wa­łem za­cho­wać się nor­mal­nie. Uda­wa­łem, że nie sta­ła przede mną ko­bie­ta, któ­rej roz­trza­ska­łem ser­ce na mi­lio­ny drob­nych ka­wa­łecz­ków. Gdy od­pa­da­ły, po­ra­ni­ły ta­kże moje.

Bo okrop­nie za nią tęsk­ni­łem.

Nel­son prze­rzu­cał mi­ędzy nami nie­pew­nym spoj­rze­niem. Nic dziw­ne­go. Na­pi­ęcie w po­wie­trzu na­gle wy­win­do­wa­ło. Wy­star­czy­ła iskra, żeby w po­miesz­cze­niu wy­bu­chł praw­dzi­wy po­żar.

Prze­łk­nąłem gło­śno śli­nę, kie­dy zro­bi­ła krok i we­szła do środ­ka. Agent prze­stał ist­nieć. Wie­dzia­łem, że uwa­żnie nam się przy­glądał. To po mo­jej mi­nie dało się wy­wnio­sko­wać, że coś było nie tak. Bam­bi utrzy­my­wa­ła na twa­rzy ma­skę opa­no­wa­nia i pro­fe­sjo­na­li­zmu. Pe­łne war­gi wy­krzy­wi­ła w uśmie­chu. Fa­łszy­wym. Zna­łem ją na tyle, że by­łem w sta­nie stwier­dzić to po pierw­szym rzu­cie oka.

Mo­gła zmie­nić się cała, w swo­im za­cho­wa­niu czy wy­glądzie, ale pew­nych na­wy­ków nie uda­ło jej się wy­ple­nić.

– Pój­dę już – prze­rwał ci­szę Nel­son. Zwró­cił się do Bam­bi: – Mam na­dzie­ję, że zdąży­cie przed na­de­jściem na­wa­łni­cy. Do­brze by było, że­byś do­ta­rła bez­piecz­nie do domu.

W ko­ńcu wy­ko­na­łem ja­kiś ruch. Zer­k­nąłem za okno, gdzie do­strze­głem śnie­ży­cę i bły­ska­wi­ce prze­ci­na­jące nie­bo. Cu­dow­nie.

Drzwi trza­snęły, co ozna­cza­ło, że mężczy­zna wy­sze­dł. Prze­łk­nąłem gło­śno śli­nę. Zo­sta­li­śmy sami. Mia­łem wra­że­nie, że at­mos­fe­ra gęst­nie­je z ka­żdą mi­ja­jącą se­kun­dą.

Po­wo­li ob­ró­ci­łem się w jej stro­nę i sta­nąłem jak wy­ry­ty. Nie zdjęła swo­jej ma­ski. Sta­li­śmy tak na­prze­ciw sie­bie. Mi­nu­ty mi­ja­ły, tra­ci­li­śmy czas na ob­ser­wo­wa­nie zmian, ja­kie w nas za­szły. Je­dy­ne, na co mia­łem ocho­tę, to wci­snąć nos w jej wło­sy i za­ci­ągnąć się ich wo­nią. Pra­gnąłem, żeby owi­nęła wo­kół mnie swo­je jesz­cze drob­niej­sze niż kie­dyś rącz­ki, że­bym mógł po­czuć się jak w domu. Ni­g­dy wi­ęcej tego nie do­zna­łem i bra­ko­wa­ło mi tego.

Ser­ce wy­bi­ja­ło sza­le­ńczy rytm, gdy li­czy­łem pie­gi na jej no­sie i po­licz­kach. Było ich zde­cy­do­wa­nie wi­ęcej, niż za­pa­mi­ęta­łem. Nie zmie­nia­ło to jed­nak fak­tu, że po­zo­sta­ła tak samo pi­ęk­na.

Cho­ciaż nie.

Była ty­si­ąc razy pi­ęk­niej­sza.

– Le­piej za­cznij­my, pa­nie Ri­vers – mruk­nęła po­sęp­nie, po czym ru­szy­ła w głąb apar­ta­men­tu, pro­sto do sa­lo­nu, któ­ry znaj­do­wał się tuż przed nami.

Naj­pierw za­drża­łem na dźwi­ęk za­chryp­ni­ęte­go gło­su. Mia­łem ocho­tę paść na ko­la­na i bła­gać, żeby ni­g­dy nie prze­sta­wa­ła do mnie mó­wić.

A po­tem zro­zu­mia­łem, co po­wie­dzia­ła.

Pa­nie Ri­vers? Co, do chu­ja?

Za­jęła miej­sce na fo­te­lu. Tak­tycz­ne po­su­ni­ęcie. W ten spo­sób mia­ła pew­no­ść, że nie usi­ądę obok niej na ka­na­pie. Nie mia­łem za­mia­ru na­ru­szać prze­strze­ni oso­bi­stej Bam­bi. Nie zro­bi­łbym tego, bo naj­zwy­czaj­niej w świe­cie nie za­słu­gi­wa­łem na jej to­wa­rzy­stwo. To, że wła­śnie znaj­do­wa­ła się w moim miesz­ka­niu gra­ni­czy­ło z cu­dem.

Usia­dłem więc na­prze­ciw­ko. Dzie­lił nas ni­ski, szkla­ny sto­lik. Roz­ło­ży­łem lu­źno nogi, cho­ciaż żyły na dło­niach aż po­wy­cho­dzi­ły na wierzch przez skry­wa­ne w środ­ku emo­cje. Ona z ko­lei wy­jęła z tor­by dyk­ta­fon i pod­kład­kę, do któ­rej przy­cze­pio­na była kart­ka. Za­ło­ży­ła nogę na nogę. Do­zna­łem déjà vu.

Przy­po­mnia­łem so­bie dzień, w któ­rym udzie­li­łem jej pierw­sze­go wy­wia­du na stu­diach. W moim po­ko­ju. Już wte­dy kry­łem się za gru­bą po­wło­ką kłamstw. Nasz zwi­ązek roz­pa­dł się tak szyb­ko, że ni­g­dy nie opo­wie­dzia­łem jej, o kim tak na­praw­dę wte­dy mó­wi­łem.

– Kie­dy zdał pan so­bie spra­wę, że ho­kej to coś wi­ęcej niż hob­by? – Upo­rczy­wie wpa­try­wa­ła się w pa­pier.

Moc­niej za­ci­snąłem pal­ce na skó­rza­nym obi­ciu. Spe­cy­ficz­ny dźwi­ęk zo­stał za­głu­szo­ny przez grzmot za oknem.

– Na stu­diach – od­pa­rłem bez­na­mi­ęt­nie.

Spi­ęła się nie­znacz­nie, a po chwi­li za­częła za­pi­sy­wać moją od­po­wie­dź. Prze­cież nie mu­sia­ła tego ro­bić, sko­ro uży­wa­ła pie­przo­ne­go dyk­ta­fo­nu. Mo­gła na mnie po­pa­trzeć. Wie­dzia­łem, że nie za­słu­gi­wa­łem na wie­le, ale gdy­bym do­stał cho­ciaż tyle, jed­no spoj­rze­nie, by­łbym usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny.

– A coś wi­ęcej? Może ja­kieś wy­da­rze­nie pana ukszta­łto­wa­ło?

Nie od­po­wie­dzia­łem. Wpa­try­wa­łem się w jej syl­wet­kę spod przy­mru­żo­nych po­wiek. Ści­ągnąłem ta­kże brwi w kon­ster­na­cji.

Ona jed­nak się nie za­trzy­my­wa­ła. Py­ta­ła da­lej:

– Jaki był naj­trud­niej­szy mecz w pana do­tych­cza­so­wej ka­rie­rze?

Mi­ędzy głu­po­tą a zdro­wym roz­sąd­kiem. Nie po­wie­dzia­łem tego na głos. W grun­cie rze­czy to nic nie od­po­wie­dzia­łem. Po pro­stu się w nią wpa­try­wa­łem, a moja klat­ka pier­sio­wa z ka­żdą se­kun­dą uno­si­ła się co­raz szyb­ciej.

Bam­bi brnęła da­lej:

– Jak wy­gląda pana ty­po­wy dzień?

Pró­bu­ję od­dy­chać. Uczę się żyć. Sta­ram się co­dzien­nie wsta­wać rano z łó­żka, choć nie mam ku temu żad­ne­go po­wo­du. A wszyst­ko to usi­łu­ję ro­bić, igno­ru­jąc ogrom­ny ból w pier­si.

Ci­sza. Przez moje gar­dło nie chcia­ło prze­ci­snąć się na­wet jed­no sło­wo. Nie zwró­ci­łem uwa­gi na fakt, że nie za­da­ła żad­ne­go py­ta­nia do­ty­czące­go gali cha­ry­ta­tyw­nej, o któ­rej wspo­mi­nał Nel­son. Kom­plet­nie mnie to nie in­te­re­so­wa­ło.

– Czy ma pan ja­kieś ry­tu­ały, prze­sądy przed me­czem?

Cały dy­go­ta­łem. Spi­ąłem ka­żdy mi­ęsień w cie­le, jak­bym cze­kał na atak fi­zycz­ne­go bólu.

Mam tyl­ko po. Sia­dam na lo­dzie i my­ślę, co by było, gdy­byś była tu­taj ze mną. Wspo­mi­nam wszyst­kie chwi­le spędzo­ne w two­im to­wa­rzy­stwie.

Po raz ko­lej­ny za­trzy­ma­łem tę myśl dla sie­bie.

– Ja­kie ce­chy cha­rak­te­ru po­zwa­la­ją panu od­no­sić suk­ce­sy na lo­dzie? Dąży pan po tru­pach do celu czy jest pan ra­czej wy­znaw­cą gry fair play?

Och, do­bry Boże. To się za­mie­nia w ven­det­tę.

Ści­ągnąłem ło­pat­ki, moc­niej wbi­łem ple­cy w opar­cie fo­te­la. Nie prze­sta­wa­ła. Ci­ągnęła tę far­sę, nie ba­cząc na moją bier­ną po­sta­wę.

– Ja­kie ma pan za­in­te­re­so­wa­nia poza ho­ke­jem?

Wy­obra­ża­nie so­bie, że ni­cze­go mi­ędzy nami tak kon­cer­to­wo nie spier­do­li­łem.

– Gdzie wi­dzi pan sie­bie za dzie­si­ęć lat?

Czu­łem się nie­kom­for­to­wo. Iry­ta­cja jej bez­na­mi­ęt­nym za­cho­wa­niem osi­ągnęła apo­geum. Świa­tła w sa­lo­nie za­mi­go­ta­ły w tym sa­mym mo­men­cie, w któ­rym uda­ło mi się wy­du­sić:

– Prze­stań. Po pro­stu, kur­wa, prze­stań.

Pod­nio­sła wzrok. Brązo­we tęczów­ki pra­wie w ca­ło­ści zo­sta­ły po­chło­ni­ęte przez roz­sze­rzo­ne źre­ni­ce. Niby wy­gląda­ły tak samo jak dwa lata temu, a jed­nak ina­czej. Bra­ko­wa­ło w nich iskry, któ­rą sam zga­si­łem tam­te­go fe­ral­ne­go dnia. Zia­ły bez­den­ną pust­ką. Na mo­ich ra­mio­nach uka­za­ła się gęsia skór­ka.

Uśmiech spe­łzł z ust Bam­bi.

– Za­da­ję py­ta­nia zgod­nie z tym, co zo­sta­ło przy­go­to­wa­ne przez mo­je­go ko­le­gę z re­dak­cji – oznaj­mi­ła ostro­żnie, przy czym moc­niej za­ci­snęła pal­ce na dłu­go­pi­sie. – Nie moja wina, że nie jest pan sko­ry do roz­mo­wy.

– Pan? – wy­sy­cza­łem z po­gar­dą. – Tym dla cie­bie je­stem? Ob­cym czło­wie­kiem?

– A jak mam cię trak­to­wać? – Rzu­ci­ła pod­kład­kę na sto­lik. Świa­tło za­mi­go­ta­ło ko­lej­ny raz. Po­tra­fi­łem je­dy­nie się cie­szyć, że wy­krze­sa­ła z sie­bie krzty­nę praw­dzi­wych emo­cji, nie tyl­ko obo­jęt­no­ść. – Jak­by nic się nie sta­ło?

– Więc le­piej uda­wać, że się nie zna­my? – za­py­ta­łem z prze­kąsem. – By­li­śmy so­bie kie­dyś bli­scy, Bam­bi. – Jej imię w mo­ich ustach za­brzmia­ło dziw­nie przy­jem­nie. Zu­pe­łnie tak, jak­by zdrętwia­ły język obu­dził się do ży­cia.

Od dwóch lat nie mia­łem ocho­ty na kon­wer­sa­cje z ni­kim. Wy­mie­nia­łem rap­tem kil­ka zdań i czu­łem się po­twor­nie zmęczo­ny. Ucie­ka­łem przed lu­dźmi, byle tyl­ko dali mi świ­ęty spo­kój. Po­trze­bo­wa­łem ci­szy, sa­mot­no­ści.

Dziś jed­nak pra­gnąłem, żeby Bam­bi Jack­son mó­wi­ła. Po­win­na wy­krzy­czeć mi w twarz wszyst­kie żale, oszczer­stwa. Mia­ła pra­wo na­wet na mnie na­pluć, gdy­by chcia­ła. Za­słu­ży­łem na to.

A jed­nak nie ro­bi­ła tego. Sie­dzia­ła spo­koj­nie, spo­gląda­jąc na mnie z ni­kłym za­in­te­re­so­wa­niem.

– „Kie­dyś”, sło­wo-klucz. Zo­sta­wi­łam cię w prze­szło­ści, gdzie two­je miej­sce, i od­dzie­li­łam gru­bą kre­ską od te­ra­źniej­szo­ści. Nie ma już ni­cze­go, co by nas łączy­ło. Je­steś mi zu­pe­łnie obcy – od­po­wie­dzia­ła na po­zór spo­koj­nie, choć głos na ko­ńców­ce wy­wo­du za­drżał nie­bez­piecz­nie.

Se­kun­dy przed tym, jak ca­łko­wi­cie wy­sia­dł prąd, do­strze­głem na jej pal­cu pie­rścio­nek z cho­ler­nym dia­men­tem.

Prych­nąłem w ciem­no­ść. Nie mo­głem się jed­nak opa­no­wać i po chwi­li od­chy­li­łem gło­wę na opar­cie fo­te­la. Za­cząłem się gło­śno śmiać, ale bra­ko­wa­ło w tym ra­do­ści. To było… de­spe­rac­kie, bo­le­sne.

– Za­ręczy­łaś się?

W czer­ni nocy kom­plet­nie ni­cze­go nie do­strze­ga­łem, na­wet nie skie­ro­wa­łem swo­je­go wzro­ku w stro­nę miej­sca, któ­re zaj­mo­wa­ła.

Ci­szę prze­ry­wa­ły gło­śne świ­sty wia­tru wy­two­rzo­ne­go przez za­mieć śnie­żną.

– To nie… – Za­wa­ha­ła się na mo­ment. – To nie two­ja spra­wa.

Chcia­łem, żeby to była moja spra­wa. Na­wet nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, jak bar­dzo. W mo­ich snach to ja by­łem tym, któ­ry wsu­wał jej ten za­sra­ny pie­rścio­nek na pa­lec. Ma­rzy­łem o tym wie­le razy, gdy wy­obra­ża­łem so­bie, że nasz zwi­ązek po­to­czył się in­nym to­rem. Wie­czo­ra­mi, kie­dy za­my­ka­łem oczy, snu­łem wy­obra­że­nia al­ter­na­tyw­nej rze­czy­wi­sto­ści.

– Przez dwa lata nie po­tra­fi­łem spoj­rzeć na ni­ko­go in­ne­go w taki spo­sób, jak na cie­bie, a ty mi mó­wisz, że to nie moja spra­wa?

Wsta­łem po­wo­li z miej­sca. Po omac­ku kie­ro­wa­łem się w stro­nę ko­mo­dy, żeby wy­jąć stam­tąd świecz­ki. Kro­ki roz­brzmie­wa­ły echem po chłod­nym po­miesz­cze­niu. Tem­pe­ra­tu­ra dra­stycz­nie spa­da­ła. Mia­łem na­dzie­ję, że wła­ści­ciel bu­dyn­ku zdo­ła włączyć za­pa­so­we ge­ne­ra­to­ry, choć i one mia­ły ogra­ni­czo­ny czas dzia­ła­nia.

– Ni­cze­go to mi­ędzy nami nie zmie­nia. Wci­ąż po­zo­sta­je­my parą nie­zna­jo­mych. – Le­d­wie zdo­ła­łem usły­szeć jej szept.

Nie sko­men­to­wa­łem tego. Tkwi­łem na gra­ni­cy wy­trzy­ma­ło­ści. Przez tyle cza­su ma­rzy­łem o po­now­nym spo­tka­niu z nią, a gdy w ko­ńcu do nie­go do­szło… Zro­zu­mia­łem, że bez­pow­rot­nie ją stra­ci­łem.

Sy­tu­acja wy­gląda­ła­by zu­pe­łnie ina­czej, gdy­by nie mia­ła na pal­cu pie­rścion­ka za­ręczy­no­we­go. Pla­no­wa­ła ślub, a ja nie mo­głem nic z tym zro­bić. Nie by­łem już czło­wie­kiem, któ­ry mie­sza­łby w czy­imś ży­ciu. Zmie­ni­łem się o sto osiem­dzie­si­ąt stop­ni.

Po kil­ku­na­stu dłu­gich mi­nu­tach roz­sta­wi­łem i za­pa­li­łem świecz­ki tak, by w mia­rę do­brze oświe­tla­ły po­miesz­cze­nie. Wy­gląda­ło to, jak­by­śmy wła­śnie byli na ja­kie­jś za­sra­nej rand­ce. Na myśl o tym, że w po­dob­ny spo­sób wy­gląda­ła ta pierw­sza, na któ­rą ją za­bra­łem, zro­bi­ło mi się cho­ler­nie smut­no.

Wsta­ła z miej­sca. Ob­ci­ągnęła krót­ką spód­nicz­kę i od­chrząk­nęła:

– Le­piej, jak już so­bie pój­dę.

Unio­słem brew.

– Niby gdzie pój­dziesz?

– Do domu.

Prze­ta­rłem twarz dło­ńmi. Za­trzy­ma­łem je na po­licz­kach i spoj­rza­łem na nią z nie­do­wie­rza­niem.

– Czy ty wi­dzisz, co się dzie­je na ze­wnątrz? Sza­le­je bu­rza śnie­żna, a w bu­dyn­ku wy­sia­dł prąd. Jak masz za­miar stąd wy­jść? – Ugry­złem się w język, za­nim do­da­łem na ko­ńcu sło­wo „je­lon­ku”.

Nie mo­głem już tak do niej mó­wić.

Zer­k­nęła w stro­nę prze­szklo­nej ścia­ny apar­ta­men­tu. Roz­ci­ągał się za nią wi­dok na je­zio­ro i nie­wiel­ką część mia­sta. W wi­ęk­szo­ści bu­dyn­ków nie pa­li­ły się świa­tła, co mo­gło ozna­czać, że awa­ria była po­wa­żniej­sza, niż się wy­da­wa­ło.

– Drzwia­mi – od­pa­rła w ko­ńcu. Scho­wa­ła swo­je rze­czy do to­reb­ki, po czym za­rzu­ci­ła ją na ra­mię. – Wyj­dę stąd drzwia­mi.

W mo­jej pier­si za­wi­bro­wał śmiech. Pierw­szy raz od dwóch lat szcze­ry, nie­wy­mu­szo­ny. Po­wi­nie­nem być cho­ler­nie za­smu­co­ny fak­tem, że wo­la­ła wy­jść na za­mieć śnie­żną, niż spędzić ze mną kil­ka go­dzin, za­nim bez­piecz­nie wró­ci do domu. Tym­cza­sem jej upór mnie roz­ba­wił.

– Po­wo­dze­nia. – Rzu­ci­łem się na ka­na­pę, roz­ło­ży­łem ra­mio­na na jej opar­ciu. Kost­kę jed­nej nogi uło­ży­łem na udzie dru­giej. – Chęt­nie po­pa­trzę, jak pró­bu­jesz to zro­bić.

Mi­mi­ką wy­ra­ża­ła swo­je zde­ner­wo­wa­nie. Marsz­czy­ła nos, co ozna­cza­ło tyl­ko jed­no – wpa­da­ła w wir nad­mier­ne­go my­śle­nia. Za­pew­ne ana­li­zo­wa­ła za­ist­nia­łą sy­tu­ację. Albo za­czy­na­ła pa­ni­ko­wać.

Mimo to wy­szła na ko­ry­tarz. Na­wet nie za­mknęła za sobą drzwi do apar­ta­men­tu. Po­wstrzy­ma­łem się przed wred­nym ko­men­ta­rzem, że moje miesz­ka­nie to nie obo­ra, mo­gła je do­mknąć. Ta­kie rze­czy robi się od­ru­cho­wo. Poza tym, do cho­le­ry, tego na­ka­zy­wa­ła kul­tu­ra.

Po­de­szła do win­dy i by­łem pe­wien, że przy­ło­ży­ła kar­tę, któ­rą do­sta­ła od ochro­nia­rza na we­jściu. Znik­nęła mi w ciem­no­ściach, więc nie wi­dzia­łem, co dzia­ło się da­lej, ale nie było szans, aby dźwig oso­bo­wy przy­je­chał. Wy­pcha­łem po­li­czek języ­kiem, żeby znów się nie ro­ze­śmiać. Ewi­dent­nie chcia­ła ode mnie uciec.

Roz­ba­wie­nie ode­szło w za­po­mnie­nie, kie­dy usły­sza­łem gło­śne ude­rze­nia w sta­lo­we drzwi. Ze­rwa­łem się z miej­sca i pod­bie­głem w stro­nę, z któ­rej do­cho­dzi­ły. Sta­nąłem mi­ędzy nią a za­mkni­ętym we­jściem do win­dy. Przy­jąłem cios w brzuch. Nie­zbyt moc­ny, ale i tak do­brze go od­czu­łem.

Usły­sza­łem gło­śny od­dech Bam­bi.

Spu­ści­łem gło­wę na wy­so­ko­ść jej twa­rzy.

– To było głu­pie – wy­ce­dzi­łem przez za­ci­śni­ęte zęby. – Chcesz so­bie zro­bić, kur­wa, krzyw­dę?

Tym ra­zem to ona nie od­po­wie­dzia­ła. Wzi­ąłem głębo­ki wdech. Po­wi­nie­nem jej te­raz po­wie­dzieć, że ist­nie­je coś ta­kie­go jak klat­ka scho­do­wa. Wie­dzia­łem jed­nak, że ucie­kła­by ode mnie w mgnie­niu oka, a ja… nie by­łem na to jesz­cze go­to­wy. Poza tym świa­tła nie dzia­ła­ły i mo­gła na przy­kład spa­ść ze schod­ka i skręcić kost­kę. Tak, to wy­da­wa­ło się do­brą wy­mów­ką.

– Wró­ćmy do mo­je­go apar­ta­men­tu – za­pro­po­no­wa­łem ci­cho. – Za ja­kiś czas po­win­ni włączyć za­pa­so­we ge­ne­ra­to­ry prądu i wte­dy się stąd wy­do­sta­niesz, do­brze?

Ci­sza.

Wes­tchnąłem ci­ężko i zro­bi­łem coś, cze­go nie po­wi­nie­nem. Splo­tłem swo­je pla­ce z jej. Prze­sze­dł mnie dreszcz, kie­dy po­czu­łem, jak bar­dzo zim­ne były. Za­cie­śni­łem ucisk i po­ci­ągnąłem Bam­bi w stro­nę miesz­ka­nia. Pu­ści­łem do­pie­ro, gdy prze­kro­czy­li­śmy próg.

– Usi­ądź. Dam ci ja­kiś koc do ogrza­nia.

Nie wie­dzia­łem, w jaki spo­sób się za­cho­wać. Na pew­no w grę nie wcho­dzi­ło ro­bie­nie so­bie złud­nej na­dziei, że jesz­cze coś może mi­ędzy nami być. Przy­po­mi­nał mi o tym ten cho­ler­ny pie­rścio­nek, do któ­re­go co rusz po­wra­ca­łem spoj­rze­niem.

Bez sło­wa wy­ko­na­ła moje po­le­ce­nie. Rzu­ci­ła tor­bę u swych stóp. Za­jęła miej­sce na ka­na­pie. Wy­gląda­ła na ca­łko­wi­cie zre­zy­gno­wa­ną, a ja nie mo­głem jej wi­nić. Sam nie mia­łem po­jęcia, czy chcia­łbym zo­stać za­mkni­ęty w jed­nym miej­scu z oso­bą, któ­ra zła­ma­ła moje ser­ce. I to w tak okrut­ny spo­sób.

Po­sze­dłem na górę do sy­pial­ni. Zdjąłem koc z łó­żka, po czym wró­ci­łem na dół. Po­da­łem go Bam­bi. Owi­nęła się nim szczel­nie, przy­sła­nia­jąc wi­dok na odzia­ne w ka­ba­ret­ki uda.

Ostro­żnie za­jąłem miej­sce obok. Zo­sta­wi­łem mi­ędzy nami tro­chę prze­strze­ni.

Przez chwi­lę obo­je wpa­try­wa­li­śmy się przed sie­bie. Po kil­ku mi­nu­tach za­cząłem jed­nak ner­wo­wo po­dry­gi­wać nogą. Na­pi­ęcie w moim cie­le wzra­sta­ło.

Już raz po­psu­łem na­szą re­la­cję. Nie mo­głem po­zwo­lić jej wy­jść ze swo­je­go miesz­ka­nia, do­pó­ki wszyst­kie­go nie wy­ja­śni­my. To była moja szan­sa, żeby na­praw­dę uzy­skać prze­ba­cze­nie.

– To po­roz­ma­wia­my, jak na do­ro­słych lu­dzi przy­sta­ło, czy będzie­my da­lej ga­pić się w ścia­nę?

Co­py­ri­ght © for the text by Do­mi­ni­ka Hajs

Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Re­bel­de

Lesz­no 2026

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja:

Ju­sty­na Szym­kie­wicz

Ko­rek­ta języ­ko­wa:

Ewa Wo­źniak:

Ko­rek­ta po skła­dzie:

Jo­lan­ta Sza­lak, Ka­mi­la Po­la­ńska

Przy­go­to­wa­nie okład­ki i opra­wa gra­ficz­na:

Ju­sty­na Kna­pik @her­me­tycz­nie­_za­mknie­te

Skład i przy­go­to­wa­nie ebo­oka:

Mi­chał Bog­da­ński

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-68587-80-7

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Punkty orientacyjne

Okład­ka