Players' Club. Tom 1 - Dominika Hajs - ebook
BESTSELLER

Players' Club. Tom 1 ebook

Dominika Hajs

4,3

76 osób interesuje się tą książką

Opis

DYLOGIA PLAYERS!

 

Ona przysięgła, że nigdy więcej nie zaufa sportowcowi.
On nie zwykł przegrywać.

 

Tam, gdzie zabawa staje się rywalizacją, a zakłady rządzą sercami, nikt nie może być bezpieczny.


Ridge Rivers w oczach ludzi uchodzi za osobę godną naśladowania. W rzeczywistości jednak jest chłopakiem, dla którego najważniejsza jest pozycja zwycięzcy – i do tego za wszelką cenę dąży.


Bambi Jackson mimo silnego charakteru skrywa w swoim wnętrzu blizny po zdradzie i złamane serce, którego nie zamierza więcej składać w ręce żadnego sportowca.


Gdy przez jeden z wielu zakładów los splata ich drogi, zaczyna się gra, w której granice – między prawdą a kłamstwem, rozrywką a uczuciem – zacierają się z każdym dniem coraz mocniej. 

To, co miało być tylko wygraną Ridge'a, staje się niebezpiecznym testem uczuć. Im mocniej próbuje zdobyć Bambi, tym bardziej wpada w sidła, których nie przewidział.
A kiedy prawda o zakładzie wyjdzie na jaw, tylko jedno jest pewne – ktoś przegra.
Bo w Players' Club zwycięzca bierze wszystko, a przegrany traci serce

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 391

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (114 oceny)
70
21
14
7
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
bodzio86

Nie oderwiesz się od lektury

Czekam na kolejne 😎
81
thegirlfromstarsxox

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna historia, trzyma w napięciu od samego początku aż do końca ❤️ Zakochałam się w bohaterach, chociaż część z nich podejmowała wątpliwe decyzje - autorka jednak bardzo porządnie ugruntowała to w ich charakterze, co nadało fabule niesamowitej spójności. Players Club zostanie ze mną na dłużej, jest to historia, do której z pewnością będę wracać
81
Abodych

Nie oderwiesz się od lektury

To było serio dobre! Zdziwiło mnie sporo słabych ocen ale historia mnie bardzo wciągnęła. Żadne z bohaterów nie było irytujące i polubiłam każdego. Niby znów romans niby znów hokej ale historia nowa i naprawdę fajna 🙂 czekam na drugi tom!
70
siyah_kiki

Nie oderwiesz się od lektury

romans sportowy? ✅️ kapitan drużyny hokejowej ? ✅️ campus drama? ✅️ zakład? ✅️ a do tego układ? ✅️ znajdziecie to i wiele więcej. A końcówka zostawi Was z errorem. No, to już wiecie co dzisiaj czytać. Nie ma za co! 🤩
70
zaneta9700

Nie oderwiesz się od lektury

Książka bardzo ciekawa i wciągająca ❤ nie moge doczekać się kolejnej części ❤
93

Popularność




Dla tych, któ­rzy choć raz pra­gnęli być czy­imś wszyst­kim.

I dla tych, któ­rzy po­sta­no­wi­li być wszyst­kim dla sie­bie.

Wi­taj­cie w Play­ers’ Club.

Prolog

Podświa­do­mie za­wsze czu­łem, że by­łem po­psu­ty. Oczy­wi­ście nie uro­dzi­łem się taki. Pro­ces gni­cia du­szy za­czął się na eta­pie wcze­snosz­kol­nym. Ro­dzi­ce nie da­wa­li mi do­brych wzor­ców, nie chwa­li­li za wy­so­kie stop­nie czy osi­ągni­ęcia. By­łem świad­kiem wiecz­nych spo­rów do­ro­słych, któ­rzy nie po­tra­fi­li po­ro­zu­mieć się na żad­nym polu. My­śla­łem, że to nor­mal­ne, że wła­śnie tak po­win­na wy­glądać re­la­cja dwóch osób.

Wte­dy jesz­cze nie wie­dzia­łem, jak bar­dzo się my­li­łem.

Z cza­sem za­cząłem pra­gnąć ich uwa­gi, jed­nak żad­ne uczyn­ki nie były w sta­nie spra­wić, żeby ro­dzi­cie w ogó­le na mnie spoj­rze­li. Dziad­ko­wie z ca­łych sił sta­ra­li się dać mi na­miast­kę mi­ło­ści, ale rzad­kie spo­tka­nia roz­pły­wa­ły się w mo­rzu tłu­mio­nej zło­ści. A gdy przy­sze­dł na­sto­let­ni bunt, sy­tu­acja tyl­ko eska­lo­wa­ła. Fu­ria bu­zo­wa­ła w mo­ich ży­łach, fru­stra­cja szu­ka­ła ujścia.

I wła­śnie od tego wszyst­ko się za­częło.

Pierw­szą bój­kę za­li­czy­łem pod ko­niec szko­ły pod­sta­wo­wej, co sko­ńczy­ło się zła­ma­nym no­sem. W li­ceum bra­łem udział w usta­wio­nych mi­ędzy na­sto­lat­ka­mi wal­kach. Przed oj­cem i mat­ką gra­łem wspa­nia­łe­go syna, któ­ry ro­bił to, cze­go tyl­ko za­pra­gnęli – uczest­ni­czy­łem w ak­cjach cha­ry­ta­tyw­nych, do­brze się uczy­łem, by­łem ka­pi­ta­nem dru­ży­ny ho­ke­jo­wej. Po­pro­wa­dzi­łem swój ze­spół do zwy­ci­ęstwa, po­sze­dłem na stu­dia, gdzie rów­nież sta­nąłem na szczy­cie pi­ra­mi­dy. W oczach pro­fe­so­rów oraz tre­ne­rów sta­łem się sym­bo­lem wie­lo­za­da­nio­wo­ści i przede wszyst­kim, oso­bą god­ną na­śla­do­wa­nia.

Tyle że moje we­wnętrz­ne znisz­cze­nie na­bie­ra­ło tem­pa.

Pod fa­sa­dą grzecz­ne­go chłop­ca by­łem tak na­praw­dę kimś zu­pe­łnie in­nym – na­sto­lat­kiem lu­bu­jącym się w im­pre­zach i ko­bie­tach. Z tego też po­wo­du na pierw­szym roku stu­diów za­ło­ży­łem Play­ers’ Club. Roz­ryw­ko­we miej­sce, w któ­rym z in­ny­mi gra­cza­mi wy­mie­nia­li­śmy się pod­bo­ja­mi i po­ma­ga­li­śmy so­bie w kwe­stiach pod­ry­wu.

Przede wszyst­kim jed­nak ro­bi­li­śmy za­kła­dy.

Stop­nie by­wa­ły ró­żne. Cza­sem udo­wad­nia­li­śmy osi­ągni­ęcie celu zdjęciem, a in­nym ra­zem do­wo­dem była skra­dzio­na bie­li­zna. Nic nie wy­cho­dzi­ło jed­nak poza nasz krąg, a sami nie ro­bi­li­śmy ni­cze­go, na co dziew­czy­ny się nie zga­dza­ły. By­li­śmy stu­den­ta­mi ró­żnych kie­run­ków, z in­nych rocz­ni­ków. Mie­li­śmy za­ba­wę z by­cia człon­ka­mi tej gru­py, któ­rej za­sa­dy zo­sta­ły ja­sno okre­ślo­ne:

Ni­g­dy się nie za­ko­chuj.

Ka­żdy za­kład musi być po­twier­dzo­ny przez przy­naj­mniej jed­ne­go świad­ka.

Fil­mi­ki kręci­my tyl­ko za zgo­dą dru­giej stro­ny.

Nie wy­sy­ła­my so­bie na­gich zdjęć.

Na je­den za­kład mo­żna po­świ­ęcić mak­sy­mal­nie dwa mie­si­ące.

Za po­ka­za­nie ko­muś scre­enów kon­wer­sa­cji – wy­la­tu­jesz.

Za zła­ma­nie któ­re­jś z za­sad – wy­la­tu­jesz.

Wy­gra­na nie może prze­kra­czać stu do­la­rów.

I wszyst­ko szło świet­nie, do­pó­ki na mo­jej dro­dze nie sta­nęła ona. Nie mia­łem bla­de­go po­jęcia, że wy­zwa­nie, któ­re­go się pod­jąłem, będzie mnie kosz­to­wa­ło utra­tę wi­ze­run­ku, przy­szło­ści i ser­ca. Stra­ci­łem wszyst­ko i nie mo­głem cof­nąć cza­su.

Gdy­bym zła­pał zło­tą ryb­kę, ka­żdym z trzech mo­ich ży­czeń by­łby po­wrót do po­cząt­ku se­me­stru, za­nim zgo­dzi­łem się zła­mać jej ser­ce.

Rozdział 1

Bambi

Sta­łam na środ­ku chod­ni­ka mi­ędzy wy­dzie­lo­ny­mi traw­ni­ka­mi. Li­ście na drze­wach po­sa­dzo­nych wzdłuż alej­ki wci­ąż były zie­lo­ne, jed­nak w po­wie­trzu dało się już wy­czuć nad­cho­dzącą wiel­ki­mi kro­ka­mi je­sień. Lada mo­ment i wszyst­ko za­cznie mie­nić się od­cie­nia­mi żó­łci, czer­wie­ni, po­ma­ra­ńczu i brązu. Na samą myśl ro­bi­ło mi się sła­bo. Naj­gor­sza pora roku. Do­pa­da­ła mnie wte­dy bez­li­to­sna chan­dra, a nad­mier­ne ana­li­zo­wa­nie wzra­sta­ło na sile. W tym okre­sie by­wa­łam słab­sza psy­chicz­nie.

Bu­dy­nek Wy­dzia­łu Ko­mu­ni­ka­cji na Uni­wer­sy­te­cie Da­ko­ty Pó­łnoc­nej wy­ró­sł tuż przed mo­imi ocza­mi. Nie mo­głam prze­stać go po­dzi­wiać, choć to już trze­ci rok mo­ich stu­diów dzien­ni­kar­skich. Łączył w so­bie ele­men­ty kla­sycz­ne, ta­kie jak czer­wo­na ce­gła, oświe­tle­nie w sty­lu re­tro przy we­jściu, z no­wo­cze­sno­ścią – du­ży­mi, pro­sto­kąt­ny­mi okna­mi.

Wzi­ęłam głęb­szy wdech. Pierw­sze dni za­wsze mnie stre­so­wa­ły. Nie mia­łam po­jęcia, cze­go się spo­dzie­wać po no­wym roku. Wszyst­ko roz­wa­ża­łam i naj­le­piej, gdy­bym zna­ła prze­bieg ka­żde­go dnia od po­cząt­ku do ko­ńca. Zda­wa­łam so­bie jed­nak spra­wę, że na stu­diach nie było to mo­żli­we. W tym miej­scu żyło się z dnia na dzień i cie­szy­ło tym, co przy­nie­sie ko­lej­na doba, a spon­ta­nicz­no­ść po­win­na być dru­gim imie­niem ka­żde­go stu­den­ta. Unio­słam wy­so­ko pod­bró­dek z fa­łszy­wą pew­no­ścią sie­bie. Od­czu­wa­łam wie­le, jed­nak nie od­wa­gę.

Ner­wi­ca nie była je­dy­nym, co mia­ło ne­ga­tyw­ny wpływ na moje ży­cie. Ostat­ni rok dał mi w kość. Zdra­da, wy­ko­rzy­sta­nie i za­ba­wa moim ser­cem były ide­al­ny­mi sy­no­ni­ma­mi dla mo­je­go eks. To, co zro­bił mi ten du­pek, od­ci­snęło swo­je pi­ęt­no na za­wsze. Cie­szy­łam się tyl­ko, że moje na­gie zdjęcie nie obie­gło ca­łe­go kam­pu­su w Grand Forks. Przy­znał się do zro­bie­nia go, gdy nie pa­trzy­łam. Przy­si­ęgał, że ni­ko­mu nie po­ka­zał fo­to­gra­fii, a ja mu na­iw­nie uwie­rzy­łam. Po­tem ża­ło­wa­łam, że tego nie zgło­si­łam.

Mimo że zła­mał mi ser­ce, by­łam w nie­go śle­po za­pa­trzo­na i wci­ąż coś do nie­go czu­łam. Nie po­tra­fi­łam go skrzyw­dzić, choć do­sko­na­le wie­dzia­łam, że je­śli ko­muś po­wiem, zo­sta­nie bez­pow­rot­nie skre­ślo­ny z li­sty stu­den­tów. By­łam pew­na, że w ko­ńcu gdzieś się na nie­go na­tknę.

Ru­szy­łam w stro­nę ma­je­sta­tycz­nych, sze­ro­kich scho­dów, gdzie cze­ka­ła na mnie Pa­ige – je­dy­na oso­ba, któ­ra za­wsze mnie ro­zu­mia­ła i wspie­ra­ła. Była moją wspó­łlo­ka­tor­ką i naj­lep­szą przy­ja­ció­łką. Za­wsze uśmiech­ni­ęta, życz­li­wa, a do tego po­nad­prze­ci­ęt­nie in­te­li­gen­ta, oczy­ta­na i od­wa­żna. Za­rzu­ca­ła wła­śnie ru­dy­mi lo­ka­mi, kie­dy po­de­szłam bli­żej.

– Je­steś! – Było to coś na kszta­łt okrzy­ku prze­pe­łnio­ne­go ulgą. – Już my­śla­łam, że po­rwa­li cię ko­smi­ci.

Prze­wró­ci­łam ocza­mi. Do­sko­na­le wie­dzia­ła, dla­cze­go się parę mi­nut spó­źni­łam. Obie uda­wa­ły­śmy, że po prze­kro­cze­niu kam­pu­su wca­le nie za­mknęłam się w dam­skiej to­a­le­cie w naj­bli­ższym bu­dyn­ku i nie pła­ka­łam przez do­bre pół go­dzi­ny. Ci­ągle mia­łam wra­że­nie, że wszy­scy się na mnie ga­pią. W ko­ńcu by­łam tą, któ­rą rzu­cił słyn­ny ba­se­bal­li­sta – Troy Par­ker.

– Nie­ła­two prze­do­stać się przez te tłu­my za­gu­bio­nych pierw­szo­rocz­nia­ków. – Zła­pa­łam ją pod rękę, po czym ru­szy­ły­śmy w stro­nę we­jścia. Jak to mó­wią, wió­dł śle­py ku­la­we­go. Obie mia­ły­śmy nie­złe uro­je­nia, sko­ro po­sta­no­wi­ły­śmy spra­wiać po­zo­ry, że nie wy­da­rzy­ło się nic złe­go.

– Och, mnie tego mó­wić nie mu­sisz. Pra­wie ko­goś po­trąci­łam, tylu ich jest na uli­cach – rzu­ci­ła na­bur­mu­szo­nym to­nem. Piw­ne oczy błysz­cza­ły dez­apro­ba­tą. – Mo­głaś je­chać ze mną, wiesz o tym? – Mi­ędzy sło­wa­mi ukry­te było zmar­twie­nie.

– Nie mo­głam. By­łaś u Ca­me­ro­na. – Nie po­chwa­la­łam jej zwi­ąz­ku, o czym do­sko­na­le wie­dzia­ła, ale nie pa­ko­wa­łam się z bu­ta­mi mi­ędzy tę dwój­kę. Była do­ro­sła, ro­bi­ła, co uwa­ża­ła za słusz­ne, a ja mo­głam tyl­ko w od­po­wied­nim mo­men­cie albo po­da­wać jej chu­s­tecz­ki, je­śli chło­pak coś od­sta­wił, albo cie­szyć się ra­zem z nią. – Wiesz, że gar­dzę wszel­kiej ma­ści spor­tow­ca­mi. Niech spło­ną w pie­kle.

Pa­ige za­ci­snęła usta, żeby się nie ro­ze­śmiać. Obie mia­ły­śmy świa­do­mo­ść, skąd moja nie­na­wi­ść do wy­spor­to­wa­nych fa­ce­tów z ja­kiej­kol­wiek dru­ży­ny uni­wer­sy­tec­kiej. Już raz wy­ra­zi­ła swo­je zda­nie, że nie po­win­nam wrzu­cać wszyst­kich do jed­ne­go wora. Jed­nak sko­ro po­ło­wa dru­ży­ny ba­se­bal­lo­wej wi­dzia­ła mój nagi ty­łek, wo­la­łam dru­gi raz nie pa­ko­wać się w po­dob­ne ba­gno. Troy za­ręczał, że ni­ko­mu nie wy­słał zdjęcia, po pro­stu któ­ryś z ko­le­gów przy­pad­kiem je za­uwa­żył. Po­tem po­noć za­brał mu te­le­fon i bie­gał po szat­ni, po­ka­zu­jąc ekran.

Pod­ry­wa­nie na­ukow­ców wy­da­wa­ło się lep­szym po­my­słem, oni nie mie­li ta­kiej pap­ki w gło­wie. A przy­naj­mniej mia­łam taką na­dzie­ję.

– Niech spło­ną w pie­kle – przy­tak­nęła fi­nal­nie, choć obie wie­dzia­ły­śmy, że wca­le nie mia­ła tego na my­śli.

Jej chło­pak był ho­ke­istą, i to nie byle ja­kim. Miał duże szan­se na osi­ągni­ęcie suk­ce­su w tej dzie­dzi­nie spor­tu rów­nież po stu­diach. Zo­stał okrzyk­ni­ęty dru­gim naj­lep­szym za­wod­ni­kiem ligi uni­wer­sy­tec­kiej, a w do­dat­ku pod­pi­sa­nie kon­trak­tu z jed­nym z ze­spo­łów ligi NHL1.

Kto był na pierw­szym miej­scu? Nikt inny jak mi­ja­jący nas wła­śnie Rid­ge Ri­vers. Cen­tral­ny na­past­nik, ka­pi­tan dru­ży­ny. Ide­al­ny w ka­żdym calu, przy­naj­mniej dla tych, któ­rzy jesz­cze nie zdąży­li do­brze go po­znać. Ja mia­łam tę nie­przy­jem­no­ść. Wie­dzia­łam, że był aro­ganc­kim dup­kiem z wy­bu­ja­łym ego. Prze­bie­rał w ko­bie­tach, głów­nie stu­dent­kach, cho­ciaż cho­dzi­ły po­gło­ski o kil­ku pro­fe­sor­kach, a je­dy­ne, czym fak­tycz­nie mógł się po­chwa­lić, było atle­tycz­nie wy­rze­źbio­ne cia­ło.

Ski­nął gło­wą w stro­nę mo­jej przy­ja­ció­łki. Na­sze oczy spo­tka­ły się na mo­ment. Ja­sno­nie­bie­skie tęczów­ki zo­sta­ły nie­mal ca­łko­wi­cie po­chło­ni­ęte przez roz­sze­rzo­ne źre­ni­ce. Roz­trze­pa­ne, ciem­no­brązo­we wło­sy i wy­mi­ęta ko­szul­ka wy­ra­źnie wska­zy­wa­ły na to, co ro­bił w bu­dyn­ku Wy­dzia­łu Ko­mu­ni­ka­cji. Unio­słam brew w nie­mym wy­zna­niu, a on w od­po­wie­dzi po­słał mi wred­ny uśmie­szek. Do tego spro­wa­dzał się nasz kon­takt. Mo­głam dać so­bie rękę uci­ąć, że na­wet nie pa­mi­ętał mo­je­go imie­nia. To­nęłam w mo­rzu ota­cza­jących go la­sek.

– A ten zno­wu tu­taj – mruk­nęłam znie­sma­czo­na, gdy znik­nął z mo­je­go pola wi­dze­nia. – Cie­ka­we, kie­dy znu­dzi mu się spa­nie z dzien­ni­kar­ka­mi.

Pa­ige wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Jest mło­dy, niech się wy­sza­le­je.

Wy­swo­bo­dzi­łam swo­ją rękę z jej uści­sku. Zwi­nęłam dłoń w pi­ęść i ude­rzy­łam przy­ja­ció­łkę w ra­mię. Moc­no.

– Auć! – Za­częła po­cie­rać bo­lące miej­sce. – Za co?

– Za wy­ga­dy­wa­nie głu­pot. Obie do­brze wie­my, że nie sy­pia z nimi z czy­stych po­bu­dek – za­uwa­ży­łam cierp­ko, marsz­cząc przy tym nos.

Pa­ige kiw­nęła gło­wą.

– Masz ra­cję, wy­so­ko się ceni. Trze­ba jed­nak przy­znać, że nie­źle to so­bie wy­my­ślił. Seks za wy­wiad? – Gwizd­nęła z uzna­niem, jak­by to mia­ło być od­po­wie­dzią na za­da­ne przez nią py­ta­nie.

– Cie­ka­we, czy to­bie za­pro­po­no­wa­łby taki układ – za­sta­no­wi­łam się na głos.

Przy­ja­ció­łka prych­nęła w od­po­wie­dzi.

– Pro­szę cię. Po pierw­sze, gdy­bym chcia­ła zro­bić wy­wiad z ho­ke­istą, po­szła­bym do swo­je­go chło­pa­ka. – Osten­ta­cyj­nie unio­sła pa­lec wska­zu­jący, a po chwi­li do­da­ła do nie­go środ­ko­wy. – Po dru­gie, gdy­bym na­wet nie była z Ca­me­ro­nem, ni­g­dy w ży­ciu nie po­pro­si­ła­bym o przy­słu­gę Ri­ver­sa. To jak pod­pi­sa­nie pak­tu z dia­błem.

Za­śmia­łam się. Mia­ła ca­łko­wi­tą ra­cję. Rid­ge Ri­vers wy­glądał jak anioł, na ta­kie­go się kre­ował, ale w rze­czy­wi­sto­ści był sie­dzącym na ra­mie­niu sza­ta­nem, na­kła­nia­jącym do ro­bie­nia złych uczyn­ków. Na­le­ża­ło trzy­mać się od nie­go z da­le­ka.

W tro­chę lep­szym na­stro­ju, choć wci­ąż wy­sta­wio­na na szep­ty tej części stu­den­tów, któ­ra zna­ła Troya, uda­łam się na pierw­sze za­jęcia w tym roku. Do­pie­ro gdy usia­dłam w auli na jed­nym z naj­wy­ższych miejsc, zda­łam so­bie spra­wę, jak bar­dzo po­ci­ły mi się dło­nie. Otu­chy do­da­wa­ła obec­no­ść wspó­łlo­ka­tor­ki. Pa­ige była go­to­wa roz­szar­pać zęba­mi ka­żde­go, kto mi za­gra­żał, co oczy­wi­ście dzia­ła­ło ze wza­jem­no­ścią.

Przez wi­ęk­szo­ść wy­kła­du sie­dzia­łam roz­ba­wio­na jej wia­do­mo­ścia­mi, w któ­rych ob­ga­dy­wa­ła obec­nych. Pod­czas let­niej prze­rwy dużo się zmie­ni­ło. Mu­sia­łam przy­znać, że mnie ta­kże kop­nął ten za­szczyt. Po spra­wie z by­łym po­sta­no­wi­łam tro­chę o sie­bie za­dbać. Zrzu­ci­łam parę fun­tów, za­miast grzyw­ki wy­bie­ra­łam prze­dzia­łek na środ­ku gło­wy, a do tego, dzi­ęki sło­ńcu w ro­dzin­nym Los An­ge­les, na mo­ich wło­sach po­ja­wi­ły się ja­sne re­flek­sy. Za­częłam no­sić wi­ęcej bi­żu­te­rii, by po­czuć się bar­dziej ko­bie­co, a ta­kże wró­ci­łam do ma­lo­wa­nia pa­znok­ci. Bla­da skó­ra po­kry­ła się ide­al­ną, brązo­wą opa­le­ni­zną. Drob­ne zmia­ny bar­dzo po­mo­gły w wal­ce ze zła­ma­nym ser­cem i trau­mą.

Cały do­bry na­strój pry­snął ni­czym my­dla­na ba­ńka, kie­dy na ko­lej­nych za­jęciach po­ja­wi­ła się nowa dziew­czy­na Troya. Ma­di­son Black. Prze­pi­ęk­na bru­net­ka o brązo­wych oczach, z do­sko­na­łą fi­gu­rą. Po­ku­si­ła­bym się na­wet o stwier­dze­nie, że wo­rek wy­gląda­łby na niej per­fek­cyj­nie. Cza­sem nie dzi­wi­łam się swo­je­mu by­łe­mu, że tyl­ko się mną ba­wił, sko­ro pod no­sem miał taki kąsek. Mu­sia­łam się bar­dzo po­sta­rać, żeby coś na mnie do­brze le­ża­ło, a mo­głam się za­ło­żyć, że Ma­di­son wy­gląda­ła ide­al­nie na­wet pod­czas śli­nie­nia po­dusz­ki.

Nie­ste­ty, pod­czas gdy ja by­łam skłon­na za­sy­pać ją mnó­stwem kom­ple­men­tów, ona po­sy­ła­ła mi tyl­ko nie­na­wist­ne spoj­rze­nia. Nie mia­łam po­jęcia, czy zda­wa­ła so­bie spra­wę, co jej chło­pak mi zro­bił, ale wy­gląda­ło na to, że żyła w ca­łko­wi­tej nie­wie­dzy. Szłam o za­kład, że Troy wci­snął jej ja­kąś ba­jecz­kę, gdzie od­gry­wa­łam rolę szur­ni­ętej i za­zdro­snej eks.

Pa­ige sztur­cha­ła mnie łok­ciem w że­bra. Je­den raz – nie zwró­ci­łam uwa­gi. Sku­pi­łam się na spo­so­bie, w jaki Ma­di­son za­rzu­ca ciem­ne wło­sy pod­czas zaj­mo­wa­nia miej­sca. Dru­gi raz – za­częłam się za­sta­na­wiać, czy da­ła­bym radę po­ru­szać się z taką gra­cją, jak nowa dziew­czy­na Troya. Trze­ci raz nie nad­sze­dł. Trzep­nęła mnie w tył gło­wy, aż syk­nęłam z bólu.

Spoj­rza­łam na przy­ja­ció­łkę gniew­nie.

– Co jest?

– Ga­pisz się na nią! – wark­nęła pod no­sem, żeby nie usły­szał wy­kła­dow­ca. – Prze­stań, bo wy­glądasz na za­zdro­sną dziew­czy­nę z ni­ższej ligi.

– Ale ja je­stem z ni­żej ligi, Pa­ige – burk­nęłam, po czym opa­dłam na opar­cie krze­sła.

– Pie­przysz głu­po­ty. Ma­di­son jest pu­sta jak wy­czysz­czo­na sza­fa. Do tego pła­ska jak de­ska. Ty masz coś wi­ęcej.

– Niby co? – Z nu­dów za­częłam ry­so­wać w rogu kart­ki ser­dusz­ko. No do­bra, nie chcia­łam, żeby zo­ba­czy­ła w mo­ich oczach błysk bólu i roz­cza­ro­wa­nia.

– Cha­rak­ter – po­wie­dzia­ła z dumą. – Masz pi­ęk­ny umy­sł i cu­dow­ne krągło­ści. My­ślisz, że dla­cze­go Troy z nią jest?

– Bo jest pi­ęk­na?

Wca­le nie ocze­ki­wa­łam od­po­wie­dzi, jed­nak Pa­ige i tak mi jej udzie­li­ła:

– Nie, idiot­ko! Bo jest ła­twa. Ty mu nie da­łaś, więc po­sze­dł tam, gdzie ktoś wy­sta­wi mu dupę za parę mi­łych słó­wek. – Wska­za­ła kciu­kiem na bru­net­kę, pod­kre­śla­jąc tym ge­stem, o kogo jej cho­dzi.

Wy­pu­ści­łam sfru­stro­wa­ny od­dech. Ostat­nie, cze­go chcia­łam, to roz­mo­wa o no­wym zwi­ąz­ku mo­je­go by­łe­go, któ­ry wy­da­rł mi ser­ce pro­sto z pier­si i zmia­żdżył w swo­jej dło­ni. Do tego obo­je byli lu­bia­ni, więc ucho­dzi­li za ide­al­ną parę. Ka­żdy ich po­dzi­wiał. Mia­łam ocho­tę się zrzy­gać.

– Od­pu­ść. I tak nie po­pra­wisz mi hu­mo­ru, a przy­naj­mniej nie w tej spra­wie – wy­ce­dzi­łam przez za­ci­śni­ęte zęby. – Obie wie­my, że Troy po­zo­sta­wił po so­bie bli­zny nie do wy­le­cze­nia.

Pa­ige wes­tchnęła ci­ężko.

– Wiem, że to trud­ne, ale po­win­naś prze­stać my­śleć o tym dup­ku. Nie jest wart ani jed­nej se­kun­dy two­je­go ży­cia.

– To nie ta­kie pro­ste. Sta­ram się. Jed­nak do­pó­ki coś mi o nim sta­le przy­po­mi­na, będę się za­dręczać. – Mój ton stał się smut­ny. Pod­czas ko­lo­ro­wa­nia nie­kszta­łt­ne­go ser­ca na mar­gi­ne­sie moc­niej do­ci­snęłam dłu­go­pis do kart­ki. Zro­bi­łam w niej dziu­rę na wy­lot.

– Nie. Do­pó­ki to wspo­mi­nasz i nie ru­szasz na­przód, do­pó­ty Troy będzie dręczyć cię w my­ślach i kosz­ma­rach.

Po chwi­li na jej ustach wy­kwi­tł sze­ro­ki uśmiech, a ja już wie­dzia­łam, że to zwia­stun ja­kie­goś sza­ta­ńskie­go pla­nu.

– No, co już wy­my­śli­łaś? – za­py­ta­łam z re­zy­gna­cją.

– Im­pre­za w ten week­end. W domu ho­ke­istów co praw­da, ale będzie tam mnó­stwo prze­ró­żnych fa­ce­tów. Do wy­bo­ru, do ko­lo­ru! – za­świer­go­ta­ła pod no­sem. – Po­win­naś się ze mną wy­brać.

– Żeby pa­trzeć, jak obści­sku­jesz się w kącie z Ca­me­ro­nem? Nie, dzi­ęki.

Przy­ja­ció­łka prze­wró­ci­ła ocza­mi.

– Że­byś też zna­la­zła so­bie ko­goś do obści­ski­wa­nia – od­pa­rła, nie­zra­żo­na moją jaw­ną nie­chęcią.

Odło­ży­łam dłu­go­pis na blat. By­łam na sie­bie tro­chę zła, że za­miast ro­bić no­tat­ki na pierw­szych za­jęciach, dys­ku­tu­ję z nią na te­mat ja­kie­jś dur­nej im­pre­zy.

– To nie jest naj­lep­szy po­my­sł. Znasz mnie. Nie lu­bię lu­dzi.

– Prze­sa­dzasz. Mnie lu­bisz.

– Ale in­nych lu­dzi nie lu­bię – do­da­łam z na­ci­skiem na „in­nych”, żeby zro­zu­mia­ła alu­zję.

– Bre­dzisz. – Gdy­by mo­gła, mach­nęła­by lek­ce­wa­żąco ręką. – Po pro­stu nie po­zna­łaś od­po­wied­nich osób do lu­bie­nia.

Zła­pa­łam dwo­ma pal­ca­mi za na­sa­dę nosa. Na­praw­dę nie chcia­łam ni­g­dzie iść. Im­pre­zy to ostat­nie, na co mia­łam ocho­tę, od­kąd ze­rwa­łam z Troy­em. Wo­la­łam za­szyć się w kącie aka­de­mic­kie­go po­ko­ju, gdzie nie będę pod sta­łym ostrza­łem wro­gich spoj­rzeń. Nie mia­łam ocho­ty iść, upić się, po­znać chło­pa­ka i ża­lić mu w ra­mię, jak to ktoś mnie zra­nił. By­łam pew­na, że tak by się to wła­śnie sko­ńczy­ło.

– Pan­no Jack­son, czy wszyst­ko w po­rząd­ku? – Głos wy­kła­dow­cy prze­bił się przez tu­ma­ny my­śli.

Za­mru­ga­łam kil­ka razy, żeby roz­go­nić mgłę mó­zgo­wą. Od­chrząk­nęłam, by oczy­ścić gar­dło, i od­po­wie­dzia­łam:

– Wszyst­ko w po­rząd­ku. Tro­chę roz­bo­la­ła mnie gło­wa, cier­pię na okrop­ne mi­gre­ny – skła­ma­łam gład­ko, żeby nie wy­dać się z iry­ta­cją, jaką od­czu­wa­łam względem przy­ja­ció­łki.

– Chce pani wy­jść i na­pić się wody z au­to­ma­tu na ko­ry­ta­rzu? – Nad­zwy­czaj­na tro­ska prze­bi­ja­ła się przez ton mężczy­zny. – Sam cier­pię na mi­gre­ny, więc wiem, jak ci­ężkie po­tra­fią być.

Kiw­nęłam gło­wą, po­dzi­ęko­wa­łam i za­częłam zbie­rać się z miej­sca. Oczy­wi­ście dla nie­po­zna­ki zo­sta­wi­łam wszyst­kie rze­czy, scho­wa­łam do kie­sze­ni je­dy­nie te­le­fon. Mru­gnęłam po­ro­zu­mie­waw­czo do Pa­ige, ale ta bez­gło­śnie wy­po­wie­dzia­ła sło­wo „im­pre­za” i na nowo mnie wku­rzy­ła.

Wy­szłam z sali, na­praw­dę na­pi­łam się wody, po czym wy­sła­łam do przy­ja­ció­łki wia­do­mo­ść, żeby za­bra­ła moją tor­bę po za­ko­ńcze­niu za­jęć. Nie mia­łam za­mia­ru na nie wra­cać, żeby znów być na języ­kach.

Usia­dłam na mur­ku i ob­ser­wo­wa­łam grup­ki stu­den­tów. Zaj­mo­wa­li miej­sca na traw­ni­kach, ko­rzy­sta­li z ostat­nich let­nich dni. Za­zdro­ści­łam im. Chcia­łam kie­dyś mieć wi­ęk­szą licz­bę zna­jo­mych, na któ­rych mo­gła­bym po­le­gać.

Były to jed­nak tyl­ko ma­rze­nia nie do spe­łnie­nia. Zda­wa­łam so­bie spra­wę, że na dłu­ższą metę nie dało się mnie lu­bić. By­łam zbyt zdy­stan­so­wa­na, zim­na i tak bar­dzo wra­żli­wa, że po­tra­fi­łam czuć się zra­nio­na przez jed­no źle wy­po­wie­dzia­ne sło­wo.

Rozdział 2

Ridge

Tłu­my ni­g­dy mi nie prze­szka­dza­ły, lu­bi­łem ota­czać się lu­dźmi, szcze­gól­nie gdy po­tra­fi­li się do­brze ba­wić. Pro­mi­le we krwi przy­jem­nie krąży­ły, przy­pra­wia­jąc mnie o za­wro­ty gło­wy, ale nie na tyle moc­ne, że­bym do ni­cze­go się nie nada­wał. Wci­ąż mia­łem siłę, by świ­ęto­wać roz­po­częcie no­we­go se­zo­nu.

Pod­sze­dłem do jed­nej z be­czek i za­cząłem na­le­wać so­bie piwa. Sma­ko­wa­ło wy­bit­nie pa­skud­nie, ale nie na­rze­ka­łem. Pierw­sze przy­ka­za­nie stu­den­ta brzmi – dar­mo­we­go al­ko­ho­lu się nie od­ma­wia. Dru­gie – za czy­jeś pie­ni­ądze bar­dziej kle­pie.

Z pe­łnym kub­kiem skie­ro­wa­łem się w stro­nę ka­nap usta­wio­nych pod ścia­ną, tuż przy scho­dach. Opa­dłem na jed­no z wol­nych miejsc, upi­łem po­rząd­ny łyk roz­wod­nio­ne­go trun­ku, a na­stęp­nie od­rzu­ci­łem gło­wę na opar­cie. Przy­mknąłem po­wie­ki. Bas dud­nił w uszach, ale by­łem do tego przy­zwy­cza­jo­ny, więc nie wi­dzia­łem w tym pro­ble­mu.

– Jak tam?

Otwo­rzy­łem oczy, żeby na­po­tkać wzrok Ca­me­ro­na, bli­skie­go ko­le­gi z dru­ży­ny, a za­ra­zem jed­ne­go z mo­ich wspó­łlo­ka­to­rów. Wci­ąż miał na so­bie ko­szul­kę z bar­wa­mi na­sze­go ze­spo­łu. Żółć, zie­leń i cze­rń. Ko­lo­ry zwy­ci­ęstwa, jak ma­wia­li­śmy.

– W po­rząd­ku – od­pa­rłem znu­dzo­nym to­nem.

– Wy­glądasz na zmęczo­ne­go, a se­mestr do­pie­ro się za­czął. – Roz­ba­wie­nie gło­śno wy­brzmia­ło mi­ędzy sło­wa­mi chło­pa­ka.

Nie dało się ukryć, że dzi­siej­szy tre­ning dał mi nie­źle w kość. Bo­la­ły mnie wszyst­kie mi­ęśnie i mia­łem ocho­tę po­ło­żyć się do łó­żka, a po­tem prze­spać ci­ągiem dwa dni. Wie­dzia­łem jed­nak, że w naj­bli­ższym cza­sie nie ma co li­czyć na żad­ne fory ze stro­ny tre­ne­ra.

– Nie ukry­wam, tro­chę za­ba­lo­wa­łem na wol­nym.

Ca­me­ron za­ło­żył ręce na pier­siach, gdy ja wy­ła­pa­łem spoj­rze­niem pod­bój tego lata. Ma­di­son po­ru­sza­ła ku­sząco bio­dra­mi w rytm mu­zy­ki, co ja­kiś czas po­sy­ła­jąc mi jed­no­znacz­ne spoj­rze­nia. Ewi­dent­nie mia­ła ocho­tę na po­wtór­kę, ale wy­zna­wa­łem za­sa­dę, że co dzie­je się na wa­ka­cjach, zo­sta­je na wa­ka­cjach.

– Trud­no za­prze­czyć. – Cam ob­rzu­cił dziew­czy­nę krót­kim spoj­rze­niem, ale za­nim zdążył ja­koś ją sko­men­to­wać, po­ja­wił się przy nas Bla­ke Do­no­van, roz­gry­wa­jący w dru­ży­nie fut­bo­lo­wej na­sze­go uni­wer­ku. Po­zna­łem go, gdy do­łączył do klu­bu gra­czy.

– Sie­masz, Ri­vers. – Zbił ze mną pi­ąt­kę i opa­dł po mo­jej dru­giej stro­nie. – Ja­kieś pro­po­zy­cje na po­czątek se­me­stru, żeby umi­lić so­bie nowy rok aka­de­mic­ki?

Ca­me­ron prze­wró­cił ocza­mi. Nie ro­zu­miał na­szej za­ba­wy, nie chciał brać w tym udzia­łu, ale za ka­żdym ra­zem wie­dział, o co to­czy­ła się gra i ja­kie były staw­ki.

– Masz za mało wol­ne­go cza­su? Chcesz, żeby ci wy­brać któ­rąś z obec­nych tu pa­nie­nek? – Ge­stem ręki, w któ­rej trzy­ma­łem piwo, wska­za­łem na prze­strzeń wy­pe­łnio­ną po brze­gi stu­dent­ka­mi. Mi­mo­wol­nie za­cząłem się roz­glądać. Mój wzrok za­trzy­mał się na naj­bar­dziej nie­śmia­łej dziew­czy­nie w po­ko­ju. Spło­nęła ru­mie­ńcem pod ostrza­łem mo­je­go spoj­rze­nia, co tyl­ko utwier­dzi­ło mnie w prze­ko­na­niu, że nie będzie ła­twym ce­lem.

Bla­ke podążył za moim wzro­kiem.

– Mar­got Bel­la­my? Ta od li­te­ra­tu­ry? Se­rio? – Par­sk­nął prze­śmiew­czo. – Bu­łka z ma­słem. Po­dob­no nie jest już dzie­wi­cą, więc nie będzie pro­ble­mu z za­ci­ągni­ęciem jej do łó­żka. Je­stem go­tów zro­bić to za osiem­dzie­si­ąt do­lców.

W za­my­śle­niu za­kręci­łem cie­czą w ku­becz­ku.

– Ktoś po­wie­dział „dzie­wi­ca”? – Troy Par­ker prze­sko­czył przez opar­cie ka­na­py i wy­lądo­wał obok Ca­me­ro­na, a ten prze­wró­cił tyl­ko ocza­mi i wstał.

Do­sko­na­le wie­dzia­łem, jak bar­dzo nie­na­wi­dził Troya. Tam­ten zra­nił słod­ką, małą Bam­bi Jack­son, naj­lep­szą przy­ja­ció­łkę jego dziew­czy­ny, u któ­rej sta­le pró­bo­wał za­plu­so­wać.

– Z tego, co wiem, to to­bie nie idzie na­wet z dzie­wi­ca­mi – mruk­nąłem, nie­za­do­wo­lo­ny z jego obec­no­ści. Nie mo­głem tego jed­nak oka­zać w inny spo­sób, bo był człon­kiem klu­bu, a stam­tąd nie wy­rzu­ca­li­śmy ni­ko­go na zbi­ty pysk, na­wet je­śli nie uda­ło mu się z wy­zwa­niem. No, chy­ba że zła­ma­łby któ­rąś z za­sad.

Troy za­ci­snął gniew­nie szczęki.

– Gdy­byś miał uwie­ść Bam­bi Jack­son, też byś po­le­gł – wark­nął.

Unio­słem brew na ten nie­mal agre­syw­ny atak. Troy ni­g­dy nie wy­le­cia­łby do mnie z pi­ęścia­mi, ale ugo­dzi­łem w jego ego, więc się za­go­to­wał. Teo­re­tycz­nie nor­mal­na spra­wa, ale w prak­ty­ce chcia­łem utrzeć mu nosa. Od ja­kie­goś cza­su za­czął się strasz­nie pa­no­szyć i dzia­łać mi na ner­wy. Trzy­ma­li się za rącz­ki z Ma­di­son i uda­wa­li zgra­ną parę, kie­dy jesz­cze dwa ty­go­dnie temu ob­ci­ąga­ła mi w męskiej to­a­le­cie pod­czas let­nich kur­sów. Nie­sa­mo­wi­te.

– Mogę ci po­ka­zać, jak to się robi. Je­stem pe­wien, że nie oprze się mo­je­mu uro­ko­wi. – Uśmiech­nąłem się szy­der­czo.

Bla­ke wy­buch­nął śmie­chem, a Ca­me­ron wy­krzy­wił twarz w gry­ma­sie. Nie po­do­ba­ło mu się, że ta dziew­czy­na po­now­nie sta­je się obiek­tem ja­kie­goś za­kła­du, ro­zu­mia­łem to. Zresz­tą sam by­łem świad­kiem wy­wo­dów, któ­re ro­bi­ła mu Pa­ige, kie­dy mar­twi­ła się o swo­ją przy­ja­ció­łkę po ca­łej tej spra­wie z Par­ke­rem.

– Wspa­nia­ły po­my­sł. Po­każ, co po­tra­fisz – po­wie­dział zło­wiesz­czo. – Też sta­wiam osiem­dzie­si­ąt do­la­rów, na two­ją prze­gra­ną oczy­wi­ście. – Po tych sło­wach zer­k­nął na punkt znaj­du­jący się po dru­giej stro­nie sa­lo­nu. Spoj­rza­łem z cie­ka­wo­ści, na czym za­wie­sił wzrok.

Coś dziw­ne­go osia­dło mi w żo­łąd­ku, kie­dy ob­ser­wo­wa­łem, jak Bam­bi Jack­son po­ru­sza po­wo­li bio­dra­mi. Ró­żo­wa su­kien­ka ide­al­nie opi­na­ła jej ty­łek i wy­dat­ne pier­si, a wci­ęcie w ta­lii do­sko­na­le pod­kre­śla­ło per­fek­cyj­ną fi­gu­rę. Ja­sno­brązo­we wło­sy spły­wa­ły po­ni­żej ło­pa­tek i przy­wo­dzi­ły na myśl gęsty kar­mel. Ku­szący, zwod­ni­czy, nio­sący obiet­ni­cę słod­ko­ści. Zło­ci­ste re­flek­sy nada­wa­ły im głębi, a ja zła­pa­łem się na tym, że my­śla­łem, kur­wa, o czy­ichś wło­sach z dziw­ną fa­scy­na­cją.

Praw­da była taka, że Bam­bi od za­wsze przy­ci­ąga­ła moją uwa­gę. Pro­blem po­ja­wiał się, kie­dy otwie­ra­ła usta. Zia­ła w moją stro­nę czy­stym ogniem nie­chęci i za cho­le­rę nie ro­zu­mia­łem dla­cze­go. Ni­g­dy ni­cze­go jej nie zro­bi­łem, mo­głem się je­dy­nie do­my­ślać, że prze­le­wa­ła swo­je złe do­świad­cze­nia z płcią prze­ciw­ną na mnie. Sko­ro mo­głem być ofia­rą jej zra­nio­nych uczuć, ona mo­gła ta­kże stać się moją. W ra­mach za­do­śću­czy­nie­nia za wszyst­kie przy­kre sło­wa, ja­kie kie­dy­kol­wiek do mnie wy­po­wie­dzia­ła.

– Pier­do­lę to. Je­ste­ście ban­dą de­bi­li. – Ca­me­ron splu­nął i od­sze­dł tam, gdzie w to­wa­rzy­stwie jego dziew­czy­ny stał obiekt mo­jej ko­lej­nej gry, no­we­go za­kła­du.

Wie­dzia­łem, że chło­pak się nie wy­ga­da. Będzie trzy­mał gębę na kłód­kę, bo za bar­dzo za­le­ża­ło mu na apro­ba­cie ze stro­ny dru­ży­ny, a do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę, że to za­pew­ni­ły mu tyl­ko do­bre re­la­cje ze mną. Poza tym mo­głem szep­nąć słów­ko tre­ne­ro­wi i wspó­łlo­ka­tor stra­ci­łby swo­ją po­zy­cję w pierw­szym skła­dzie.

Za­cząłem roz­wa­żać wszyst­kie za i prze­ciw. Je­śli w to wej­dę, to na ca­łe­go, je­śli nie – ni­g­dy się nie do­wiem, jak sma­ku­je ten mały, za­gu­bio­ny je­lo­nek. Coś mi mó­wi­ło, że to może być lep­sze niż ja­błko z raj­skie­go ogro­du.

– Wcho­dzę w to. Bio­rę na sie­bie Bam­bi Jack­son – oznaj­mi­łem, nie od­ry­wa­jąc od niej wzro­ku. – Ty, Bla­ke, masz za za­da­nie zdo­być majt­ki Mar­got. Faj­nie będzie mieć je w na­szej ko­lek­cji.

– Wspa­nia­le. – Za­ta­rł dło­nie, ale spoj­rzał na mnie spod przy­mru­żo­nych po­wiek. – Ja ci jed­nak nie uła­twię za­da­nia. Ostat­nio tro­chę ci od­pusz­cza­li­śmy, ale sko­ro chcesz po­ka­zać, jaki z cie­bie ma­cho, mu­sisz przy­nie­ść nam coś wi­ęcej niż ga­cie tej ma­łej.

Przy­sta­wi­łem ku­bek do ust, ale za­nim się na­pi­łem, par­sk­nąłem sar­ka­stycz­nie:

– Za­krwa­wio­ne prze­ście­ra­dło?

Bla­ke już otwie­rał usta, żeby coś po­wie­dzieć, ale wte­dy wci­ął się Troy:

– Fil­mik.

Za­krztu­si­łem się pi­wem, ale szyb­ko ogar­nąłem spra­wę tak, żeby się nie ochla­pać. Spoj­rza­łem na ba­se­bal­li­stę. Stu­kał pal­cem w usta, in­ten­syw­nie wga­pia­jąc się w swo­ją byłą. Nie po­do­ba­ło mi się, jak wie­le uwa­gi jej po­świ­ęcał. Go­łym okiem było wi­dać, że jesz­cze z nią nie sko­ńczył, i oba­wia­łem się, że wła­śnie sta­łem się częścią jego po­pie­przo­nej za­ba­wy.

– Fil­mik? – po­wtó­rzy­łem głu­pio.

Bla­ke z ko­lei gwizd­nął z uzna­niem.

– Sta­ry, to może być do­bre.

– Mam wam na­grać seks ta­śmę z dzie­wi­cą? – Za­śmia­łem się su­cho.

Troy prze­nió­sł na mnie spoj­rze­nie. Źre­ni­ce miał roz­sze­rzo­ne. Chcia­łem go ude­rzyć, ale tyl­ko za­ci­snąłem moc­niej pal­ce na ku­becz­ku.

– Tak. – Opa­dł le­ni­wie na opar­cie. – Tyl­ko do wglądu dla człon­ków klu­bu.

To było oczy­wi­ste, że w to wej­dę. Nie tchó­rzy­łem. Po pro­stu nie wie­dzia­łem, jak mam to, kur­wa, zro­bić. Na­mó­wie­nie la­ski na seks to jed­no, ode­bra­nie ko­muś dzie­wic­twa to też nie­wiel­ka sztu­ka, cho­ciaż Troy mó­głby z tym po­le­mi­zo­wać. Jed­nak na­kło­nie­nie jej, żeby sfil­mo­wać swój pierw­szy raz? To może być cho­ler­nie trud­ne. I chy­ba spra­wi­ło, że jesz­cze bar­dziej na­kręci­łem się na wy­gra­ną.

– Nie ma spra­wy – mruk­nąłem i wsta­łem.

– Ri­vers nie tra­ci cza­su! – krzyk­nął za mną Bla­ke, kie­dy ru­szy­łem w tyl­ko so­bie zna­nym kie­run­ku.

Prze­sta­łem zwra­cać na nie­go uwa­gę. Prze­ci­snąłem się przez tłum, do­ta­rłem do kuch­ni. Do­pi­łem piwo, a po­tem przy­go­to­wa­łem w dwóch ku­becz­kach drin­ki i ru­szy­łem na łowy.

Ni­g­dzie nie do­strze­głem Ca­me­ro­na i Pa­ige, a co za tym idzie – nie było rów­nież Bam­bi. Mia­łem ci­chą na­dzie­ję, że nie po­sta­no­wi­li się zwi­nąć. Po­trze­bo­wa­łem wcie­lić swój plan w ży­cie. Im­pre­za to naj­lep­sza oka­zja, żeby ko­goś po­znać. Je­śli dziś mi się nie uda, będę mu­siał stwo­rzyć ja­kąś inną, a nie mia­łem ocho­ty za bar­dzo się wy­si­lać dla tak mar­nej spra­wy.

Ru­szy­łem na pi­ętro z co­raz mniej­szym opty­mi­zmem.

Wte­dy wła­śnie ją uj­rza­łem. Pi­sa­ła coś na te­le­fo­nie, co chwi­la od­gar­nia­jąc opa­da­jące wło­sy za ucho. Nie dało się ukryć, że była na­praw­dę pi­ęk­na.

– Cze­ść – po­wie­dzia­łem, sta­jąc obok niej.

Po­wo­li pod­nio­sła wzrok. Brązo­we oczy spo­tka­ły się z mo­imi. Mia­łem wra­że­nie, że coś usia­dło mi na żo­łąd­ku i za­raz zwy­mio­tu­ję. Prze­łk­nąłem gło­śno śli­nę, by po­zbyć się tego uczu­cia. Bam­bi zmarsz­czy­ła brwi, ro­zej­rza­ła się do­oko­ła i po­now­nie na mnie spoj­rza­ła.

– Cze­ść? – od­po­wie­dzia­ła py­ta­jąco, jak­by nie była pew­na, czy mó­wię wła­śnie do niej, choć wo­kół nie było ży­wej du­szy. Nie li­cząc ko­goś oku­pu­jące­go ła­zien­kę, rzecz ja­sna.

– Jak się ba­wisz? – za­py­ta­łem, si­ląc się na miły ton. Wy­ci­ągnąłem w jej stro­nę dłoń z drin­kiem, któ­re­go nie­chęt­nie przy­jęła.

Za­nim tro­chę upi­ła, po­wącha­ła za­war­to­ść ku­becz­ka.

– Co to? – Zmarsz­czy­ła nos. Mu­sia­łem zdu­sić w so­bie po­trze­bę wy­gła­dze­nia jej skó­ry w tym miej­scu opusz­ką pal­ca.

– Wód­ka ja­go­do­wa z colą. Spró­buj. Ca­łkiem do­bre i bab­skie – pal­nąłem bez na­my­słu.

Po­pa­trzy­ła na mnie gniew­nie.

– Bab­skie? – prych­nęła, uno­sząc przy tym brwi. – Czy­li ide­al­ne dla cie­bie, pa­nie Ri­vers. Ja wolę czy­stą whi­sky. – Wsa­dzi­ła ku­bek z po­wro­tem w moją dłoń i ru­szy­ła ko­ry­ta­rzem ku scho­dom.

Prze­kląłem w my­ślach. Nie tak mia­ła po­to­czyć się ta roz­mo­wa, ale z ja­kie­goś po­wo­du czu­łem się w jej obec­no­ści po­de­ner­wo­wa­ny. Bam­bi pa­ła­ła do mnie jaw­ną an­ty­pa­tią, a ja mu­sia­łem spra­wić, żeby w ci­ągu dwóch mie­si­ęcy mi się od­da­ła. Ta­kie za­sa­dy pa­no­wa­ły w Play­ers’ Club.

– Prze­pra­szam. Gdy­bym wie­dział, że wo­lisz czy­sty al­ko­hol, nie da­wa­łbym ci ta­kie­go gów­na – po­wie­dzia­łem, cały czas do­trzy­mu­jąc dziew­czy­nie kro­ku.

Za­nim zdąży­ła ze­jść, za­gro­dzi­łem jej dro­gę. Cof­nęła się i spoj­rza­ła na mnie scep­tycz­nie.

– Cze­go chcesz, Rid­ge? – za­py­ta­ła ze zre­zy­gno­wa­niem. – Ni­g­dy nie by­łeś dla mnie miły, a te­raz mam wie­rzyć, że sam z sie­bie przy­nio­słeś mi drin­ka?

W mo­men­tach ta­kich jak ten zda­wa­łem so­bie spra­wę z ła­two­ści pod­ry­wa­nia tępych pa­nie­nek na­sta­wio­nych tyl­ko na seks bez zo­bo­wi­ązań. Bam­bi nie na­le­ża­ła do tego gro­na. Jej oczy już z da­le­ka błysz­cza­ły in­te­li­gen­cją, nie wda­wa­ła się w byle ja­kie ro­man­se. Je­dy­nym błędem dziew­czy­ny był Troy Par­ker, ale do tej pory nie mia­ła po­jęcia, z ja­kich po­bu­dek zgo­dził się we­jść z nią w zwi­ązek.

– Mam być szcze­ry?

Spoj­rza­ła na mnie jak na to­tal­ne­go idio­tę.

– Nie, py­tam, że­byś skła­mał mi pro­sto w oczy – fuk­nęła sar­ka­stycz­nie. – A jak my­ślisz, Ri­vers?

Nie po­wiem, tro­chę mnie za­tka­ło.

– Do­bra. – Ob­li­za­łem po­wo­li su­che usta, czym przy­ku­łem jej wzrok.

Mam cię, ma­le­ńka.

– Wy­glądasz dziś obłęd­nie i by­łbym idio­tą, gdy­bym do cie­bie nie za­ga­dał.

Wes­tchnęła gło­śno i za­ło­ży­ła ręce na pier­siach. Zna­łem ją na tyle, by móc stwier­dzić, że przy­jęła po­sta­wę obron­ną. Cze­ka­ła na atak, któ­re­go nie mia­łem za­mia­ru przy­pusz­czać. Przy­naj­mniej nie tak ob­ce­so­wo.

– Nie mam ocho­ty na la­ko­nicz­ne roz­mo­wy bez wy­ra­zu i szyb­ki nu­me­rek w jed­nym z po­koi. – Wska­za­ła kciu­kiem za sie­bie. – Nie po to tu przy­szłam, więc je­śli na to li­czysz, spa­daj.

Unio­słem kąci­ki ust w za­wa­diac­kim uśmie­chu, naj­lep­szym, na jaki było mnie stać.

– Sko­ro nie przy­szłaś tu, żeby ko­goś wy­rwać na jed­ną noc, to po co, je­lon­ku? – Nie mia­łem po­jęcia, kie­dy prze­sze­dłem z od­gry­wa­nia pew­ne­go sce­na­riu­sza na au­ten­tycz­ną cie­ka­wo­ść.

Do tego pal­nąłem głu­pią ksyw­ką, któ­rą nada­łem jej już ja­kiś czas temu w swo­jej gło­wie. Na całe szczęście Bam­bi chy­ba nie zwró­ci­ła na to uwa­gi.

– Nie two­ja spra­wa! – Zro­bi­ła krok w stro­nę pierw­sze­go schod­ka, ale po­now­nie za­gro­dzi­łem jej dro­gę, prze­su­wa­jąc się nie­znacz­nie w bok.

Moje ma­syw­ne cia­ło zde­cy­do­wa­nie prze­wa­ża­ło nad ni­ską, drob­ną syl­wet­ką dziew­czy­ny. Po­chy­li­łem się tak, że na­sze usta znaj­do­wa­ły się na tym sa­mym po­zio­mie. Skó­rę od skó­ry le­d­wie dzie­li­ły cale. Je­den ruch, a ota­rłbym się o nią i zli­zał błysz­czyk.

– Och, my­ślę, że jed­nak moja – wy­mru­cza­łem wprost w jej war­gi.

Źre­ni­ce Bam­bi na­tych­miast roz­sze­rzy­ły się w za­sko­cze­niu. Choć tęczów­ki wcze­śniej mia­ły już nie­sa­mo­wi­cie ciem­ną bar­wę, te­raz były nie­mal czar­ne, wy­stra­szo­ne, do­kład­nie jak u za­gu­bio­ne­go je­lon­ka.

– Przy­szłaś, żeby po­znać przy­szłe­go męża w domu ho­ke­istów? – za­kpi­łem, jaw­nie się z niej na­śmie­wa­jąc. Nie po­wi­nie­nem był tego ro­bić, sko­ro chcia­łem ją w pe­wien spo­sób zdo­być, ale je­śli ko­bie­ta nie ule­ga­ła, na­le­ża­ło do­sto­so­wać się do sy­tu­acji i jej cha­rak­te­ru. – Nie licz na to, skar­bie. Tu­taj ka­żdy szu­ka sek­su. Jed­nak stoi przed tobą wy­jątek.

– I mam uwie­rzyć, że ty je­steś inny? – za­py­ta­ła, uno­sząc ide­al­nie wy­re­gu­lo­wa­ną brew. Przy­bli­ży­ła się mi­ni­mal­nie, na­sze usta nie­mal ota­rły się o sie­bie, ale wie­dzia­łem, że za tą fa­sa­dą pew­no­ści sie­bie drża­ła ze stra­chu. – Co cię wy­ró­żnia, Ri­vers?

– To, że chcia­łbym za­brać cię na rand­kę, za­nim zgo­dzisz się pó­jść ze mną do łó­żka – od­pa­rłem szcze­rze.

Pło­mień w jej oczach zga­sł. Po­now­nie się wy­co­fa­ła, a chłod­ne po­wie­trze ko­ry­ta­rza owia­ło skó­rę mo­ich na­gich ra­mion. Na­pręży­łem mi­ęśnie, go­to­wy do od­par­cia ata­ku, ale ona wca­le nie za­mie­rza­ła się na mnie wy­dzie­rać. Ob­rzu­ci­ła moje cia­ło in­ten­syw­nym spoj­rze­niem. Tak­so­wa­ła je od góry do dołu i z po­wro­tem. Na­gle ru­szy­ła. Wy­mi­nęła mnie, by prze­do­stać się na scho­dy.

Za­trzy­ma­ła się obok. Otar­li­śmy się ra­mio­na­mi o sie­bie. Sta­nęła na pal­cach, dzi­ęki cze­mu jej usta zna­la­zły się na wy­so­ko­ści mo­je­go ucha, i wy­szep­ta­ła:

– To się wy­da­rzy tyl­ko w two­ich snach, skar­bie.

Ode­szła, zo­sta­wia­jąc mnie sa­me­go z to­tal­nie po­ci­ętym na ka­wa­łki ego. Uży­ła mo­jej wła­snej bro­ni.

Od­wró­ci­łem się, upi­łem łyk drin­ka i uśmiech­nąłem pod no­sem. Wstąpi­ła we mnie jesz­cze wi­ęk­sza de­ter­mi­na­cja, żeby ją zdo­być.

Rozdział 3

Bambi

Pa­ige po­szła do to­a­le­ty, przy któ­rej mia­łam stać i na nią cze­kać. Nie­ste­ty, nie spo­dzie­wa­łam się ata­ku nad­cho­dzące­go ze stro­ny ka­pi­ta­na ho­ke­istów. Nie wie­rzy­łam w jego do­bre in­ten­cje. Wi­dzia­łam, jak wcze­śniej roz­ma­wiał z Troy­em, samo to już wzbu­dzi­ło moje po­dej­rze­nia.

Mu­sia­łam stam­tąd uciec. Zbie­głam po scho­dach, by zna­le­źć się jak naj­da­lej od Ri­ver­sa. Do­ta­rłam do kuch­ni i po­ta­rłam nos. Od­nio­słam wra­że­nie, że jego za­pach utkwił w mo­ich noz­drzach albo po pro­stu wy­pe­łniał cały dom. Miał strasz­nie in­ten­syw­ne per­fu­my, co oka­za­ło się nie­sa­mo­wi­cie fru­stru­jące.

Co naj­gor­sze, czu­łam na so­bie jego spoj­rze­nie. Zer­k­nęłam przez ra­mię. Rid­ge opie­rał się o jed­ną ze ścian i uwa­żnie mi przy­glądał. Bez za­wsty­dze­nia lu­stro­wał moją syl­wet­kę. Sap­nęłam z fru­stra­cją. Nikt ni­g­dy nie pod­sze­dł do mnie i nie rzu­cał tak zu­chwa­łych, pro­stac­kich tek­sów! Nikt też nie za­pro­sił mnie ni­g­dy na praw­dzi­wą rand­kę, może dla­te­go czu­łam się tak bar­dzo sko­ło­wa­na.

Z jed­nej stro­ny mia­łam ocho­tę po­ka­zać mu środ­ko­wy pa­lec i po­wie­dzieć „wal się”, a z dru­giej jego za­pro­sze­nie tro­chę po­łech­ta­ło moje ego. Mu­sia­łam zro­bić wszyst­ko, byle tyl­ko wy­bić so­bie z gło­wy pó­jście z nim gdzie­kol­wiek. To nie mia­ło pra­wa się udać, na­le­że­li­śmy do ró­żnych świa­tów. Poza tym ja­sno się wy­ra­ził, że za­bra­łby mnie na rand­kę tyl­ko po to, żeby móc się po niej ze mną prze­spać. Taka opcja nie wcho­dzi­ła w ra­chu­bę.

Wy­jęłam ze sto­su pla­sti­ko­wych ku­becz­ków je­den czy­sty i na­la­łam do nie­go whi­sky. Od­wró­ci­łam się w stro­nę chło­pa­ka, te­atral­nie unio­słam dłoń w ge­ście to­a­stu i wy­pi­łam za­war­to­ść za jed­nym ra­zem. Chcia­łam mu po­ka­zać, że na­sza kon­fron­ta­cja sprzed kil­ku mi­nut wca­le nie zro­bi­ła na mnie wra­że­nia. Wy­krzy­wi­łam war­gi w gry­ma­sie za spra­wą gry­zące­go po­sma­ku, a na­stęp­nie si­ęgnęłam po do­lew­kę. Za­nim Pa­ige zdąży­ła wró­cić z to­a­le­ty, okrąży­łam dom w po­szu­ki­wa­niu zna­jo­mych twa­rzy. Po al­ko­ho­lu za­wsze się tro­chę otwie­ra­łam i chęt­niej za­ga­dy­wa­łam do lu­dzi. Ner­wi­ca i wstręt do ka­żde­go poza moją przy­ja­ció­łką sta­wa­ły się wte­dy je­dy­nie nie­wy­ra­źnym echem w gło­wie.

Wy­pi­łam trzy drin­ki, sto­czy­łam po­je­dy­nek na spoj­rze­nia z nie­lu­bia­nym prze­ze mnie ho­ke­istą i dru­gi z tą cho­ler­ną Ma­di­son, któ­rej ide­al­ny wy­gląd sta­le dzia­łał mi na ner­wy.

Z re­gu­ły nie by­łam za­zdro­sną oso­bą, ale tym ra­zem nie po­tra­fi­łam się po­wstrzy­mać. Obec­no­ść no­wej dziew­czy­ny mo­je­go by­łe­go na tej sa­mej im­pre­zie, na któ­rej by­łam ja, do­le­wa­ła oli­wy do ognia. Na do­miar złe­go, gdzie się nie prze­mie­ści­łam, Rid­ge wędro­wał za mną, jak­by tyl­ko cze­kał na oka­zję. Oba­wia­łam się, że pod wpły­wem pro­cen­tów zgo­dzi­ła­bym się z nim gdzieś iść, a tego trze­źwa ja by so­bie nie wy­ba­czy­ła.

Fi­nal­nie wró­ci­łam do kuch­ni, i po­now­nie zła­pa­łam za szyj­kę szkła wy­pe­łnio­ne­go bru­nat­nym trun­kiem. Przez mo­ment za­sta­na­wia­łam się, czy w ogó­le war­to go prze­le­wać do ku­becz­ka, czy nie le­piej po pro­stu po­ci­ągnąć bez­po­śred­nio z bu­tel­ki. Mu­sia­łam być nie­źle wsta­wio­na, sko­ro ten po­my­sł wy­dał mi się na­praw­dę do­bry.

Le­d­wo zdąży­łam unie­ść whi­sky, kie­dy czy­jaś dłoń za­ci­snęła się na moim nad­garst­ku. W pierw­szej chwi­li w ogó­le nie sko­ja­rzy­łam fak­tów. Do­pie­ro po zo­ba­cze­niu po­ma­lo­wa­nych na czer­wo­ny ko­lor pa­znok­ci zda­łam so­bie spra­wę, że tym kimś była Pa­ige.

Ode­tchnęłam z ulgą i od­sta­wi­łam bu­tel­kę na blat.

– Ile mo­żna si­kać? – za­py­ta­łam z wy­rzu­tem, ukła­da­jąc dło­nie na bio­drach. – Zdąży­łam się już nie­źle wsta­wić. Sama.

Przy­ja­ció­łka spoj­rza­ła na mnie z roz­ba­wie­niem. Cho­ciaż wi­dzia­łam już jak przez mgłę, to mo­jej uwa­dze nie umknęła roz­ma­za­na szmin­ka.

– Na­praw­dę masz ni­ską to­le­ran­cję na al­ko­hol, Bam­bi. Mi­nęło z pi­ęt­na­ście mi­nut. – Za­śmia­ła się gło­śno.

Zmru­ży­łam po­wie­ki, by wy­ostrzyć wzrok. Wy­ci­ągnęłam dłoń w stro­nę twa­rzy dziew­czy­ny i prze­je­cha­łam kciu­kiem pod li­nią dol­nej war­gi. Na opusz­ce zo­sta­ła czer­wo­na maź. Osten­ta­cyj­nie unio­słam pa­lec cen­tral­nie przed oczy przy­ja­ció­łki.

– Chy­ba po dro­dze z ła­zien­ki na dół zgu­bi­łaś się i za­ha­czy­łaś o po­kój Ca­me­ro­na – od­pa­ro­wa­łam z głu­pim uśmiesz­kiem. – A po two­im wy­glądzie se­sję ca­ło­wa­nia mogę śmia­ło uznać za za­ko­ńczo­ną suk­ce­sem.

Po­kręci­ła gło­wą, sama zła­pa­ła za bu­tel­kę, z któ­rej chwi­lę temu chcia­łam upić łyk. Oka­za­ła się jesz­cze za­pie­częto­wa­na, naj­wi­docz­niej po­przed­nią ktoś zdążył opró­żnić pod­czas mo­je­go krót­kie­go spa­ce­ru po domu.

– Z Ca­me­ro­nem za­wsze wszyst­ko ko­ńczy się suk­ce­sem. Cza­sem od­no­szę wra­że­nie, że ten fa­cet jest w czep­ku uro­dzo­ny – par­sk­nęła, a na jej po­licz­ki wpły­nął de­li­kat­ny ru­mie­niec. Roz­la­ła po tro­chu whi­sky do ku­becz­ków, je­den mi po­da­ła i stuk­nęła o nie­go swo­im. – Za two­je­go ry­ce­rza w lśni­ącej zbroi. Mam na­dzie­ję, że nie­dłu­go go od­naj­dziesz i w ko­ńcu za­znasz tej roz­ko­szy, jaką jest seks.

Ro­ze­śmia­łam się po usły­sze­niu tych słów. Nie by­łam pew­na, czy zdo­łam otwo­rzyć się przed ja­ki­mś mężczy­zną. Za ka­żdym ra­zem wy­cho­dził z tego nie­wy­pał. Chłop­cy w moim wie­ku chcie­li kil­ku ran­dek i sek­su, a ja pra­gnęłam po­znać do­brze czło­wie­ka, za­nim zde­cy­du­ję się na taki krok. Mo­głam ucho­dzić za sta­ro­świec­ką, jed­nak pó­jście z kimś do łó­żka ozna­cza­ło dla mnie da­rze­nie tej oso­by bez­gra­nicz­nym za­ufa­niem, a tego nie da się zbu­do­wać w ci­ągu chwi­li. Ostat­nio zła­pa­łam się na my­śle­niu, że by­ła­bym sko­ra prze­spać się z kimś, gdy­by­śmy utwo­rzy­li choć nić po­ro­zu­mie­nia. Troy strasz­nie na mnie na­pie­rał, przez co czu­łam się osa­czo­na i od­no­si­łam wra­że­nie, że wszyst­ko, co ro­bił, było tyl­ko po to, żeby za­ci­ągnąć mnie do łó­żka. Z per­spek­ty­wy cza­su za­czy­na­łam ro­zu­mieć, że ten zwi­ązek nie miał ra­cji bytu.

W tym sa­mym cza­sie wy­pi­ły­śmy to­ast. Po­tem zro­bi­łam so­bie miej­sce na bla­cie i na nie­go wsko­czy­łam. Uwa­ża­łam przy tym, żeby ró­żo­wa, ob­ci­sła su­kien­ka, któ­rą po­ży­czy­ła mi Pa­ige, się nie pod­wi­nęła.

Przy­ja­ció­łka za­ło­ży­ła ręce na pier­siach, prze­rzu­ci­ła spoj­rze­nie na coś za mną, by po chwi­li wró­cić nim do mo­jej twa­rzy. Po­wtó­rzy­ła czyn­no­ść kil­ka razy, pod­czas gdy ja nie­win­nie ma­cha­łam no­ga­mi w po­wie­trzu. Nie by­łam zbyt wy­so­ka, więc nie do­si­ęga­łam do podło­gi. Strasz­nie mnie to ba­wi­ło. Zer­k­nęłam na wła­sne sto­py, na któ­rych mia­łam szpil­ki. Na­gle wy­da­ły mi się strasz­nie nie­wy­god­ne. Za­częłam od­pi­nać pa­sek od jed­ne­go buta, kie­dy Pa­ige zwró­ci­ła na sie­bie moją uwa­gę py­ta­niem:

– Cze­mu Ri­vers pa­trzy na cie­bie, jak­by chciał cię po­żreć?

Wy­dęłam war­gi w uda­wa­nym za­sta­no­wie­niu. Od­wró­ci­łam gło­wę i spoj­rza­łam w to samo miej­sce, co ona. Nie­bie­skie tęczów­ki chło­pa­ka prze­szy­ły mnie na wskroś, aż za­drża­łam. Wy­raz twa­rzy miał za­ci­ęty, spoj­rze­nie ostre. Czy­żby źle się ba­wił na wła­snej im­pre­zie?

Wró­ci­łam wzro­kiem do dziew­czy­ny i wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

– Za­cze­pił mnie na ko­ry­ta­rzu, gdy na cie­bie cze­ka­łam. Za­czął rzu­cać te swo­je tan­det­ne tek­sty, przez któ­re la­ski mają prze­mo­czo­ne maj­ty.

Pa­ige za­ci­snęła usta w wąską kre­skę, zro­bi­ła krok w moją stro­nę. Sty­ka­łam się ko­la­nem z jej ta­lią.

– Mam na­dzie­ję, że ni­cze­go mu nie obie­ca­łaś.

To nie było py­ta­nie, ale po­sta­no­wi­łam i tak od­po­wie­dzieć.

– Oczy­wi­ście, że nie. Po­wie­dzia­łam, że je­śli co­kol­wiek się mi­ędzy nami wy­da­rzy, to tyl­ko w jego snach. – Uśmiech­nęłam się dum­nie, a na­stęp­nie za­rzu­ci­łam ręce na szy­ję przy­ja­ció­łki. O mało nie spa­dłam, jed­nak wca­le mnie to nie in­te­re­so­wa­ło. Spoj­rza­łam spod rzęs i mruk­nęłam: – Nie roz­ma­wiaj­my o nim, to idio­ta. Cho­dźmy się ba­wić. Chcę po­ta­ńczyć i się jesz­cze na­pić.

Unio­sła brew w ge­ście za­in­try­go­wa­nia.

– Jesz­cze ci mało? I tak już le­d­wo trzy­masz się na no­gach. – Ton jej gło­su nie był na­ce­cho­wa­ny re­pry­men­dą, po pro­stu często za­bie­ra­ła mnie ze sobą na im­pre­zy i wie­dzia­ła, że mia­łam sła­bą gło­wę.

Nie­wie­le było mi po­trze­ba do szczęścia.

– Ta, no cóż, rano pew­nie będę mia­ła wy­bor­ne­go kaca. – Wes­tchnęłam ci­ężko. – Winą za swo­je cier­pie­nia obar­czę Ri­ver­sa. To przez jego głu­pią gad­kę i ner­wy wy­chy­li­łam trzy drin­ki w ci­ągu kil­ku­na­stu mi­nut. Mu­sia­łam wy­rzu­cić z umy­słu jego sło­wa.

Pa­ige wy­krzy­wi­ła usta w gry­ma­sie nie­za­do­wo­le­nia.

– Wca­le ci się nie dzi­wię. Po roz­mo­wie z nim pew­nie też spa­dłby mi ilo­raz in­te­li­gen­cji, ale trze­ba przy­znać, że jest cho­ler­nie przy­stoj­ny.

– Tego nie mogę mu od­mó­wić – przy­zna­łam z nie­chęcią. – Na całe szczęście nie jest w moim ty­pie. W ogó­le nie przy­po­mi­na ry­ce­rza w lśni­ącej zbroi – spa­ra­fra­zo­wa­łam sło­wa przy­ja­ció­łki, któ­re wy­po­wie­dzia­ła przy to­a­ście.

Za­śmia­ła się, po czym na­la­ła nam po ko­lej­nym drin­ku.

– To za co te­raz pi­je­my? – Nie po­tra­fi­łam ukryć plączące­go się języ­ka, choć bar­dzo się sta­ra­łam trzy­mać go w ry­zach.

– Może po pro­stu za do­brą za­ba­wę? – mruk­nęła, uno­sząc ku­be­czek do ust. – Chy­ba obie jej po­trze­bu­je­my przed tym ro­kiem. Mam prze­czu­cie, że będzie prze­ło­mo­wy.

Ski­nęłam gło­wą na znak zgo­dy, po czym przy­sta­wi­łam rant pla­sti­ko­we­go na­czy­nia do warg. Wla­łam whi­sky do gar­dła. Al­ko­hol już na­wet nie pie­kł. To zły omen, gdy gorz­ki tru­nek za­czy­na sma­ko­wać jak woda. Jed­nak kto by się tym przej­mo­wał? Na pew­no nie ja w fer­wo­rze upo­je­nia.

Po­mi­mo roz­lu­źnie­nia nie sta­łam się na­gle eks­tra­wer­tycz­ką, nie za­wie­ra­łam ła­two przy­ja­źni. Ba­wi­łam się głów­nie z Pa­ige. Tro­chę ta­ńczy­ły­śmy, jesz­cze wi­ęcej pi­ły­śmy, aż w ko­ńcu wpa­dły­śmy na Ca­me­ro­na.

– Wow! Pa­niom to chy­ba już star­czy. – Za­rzu­cił nam ręce na ra­mio­na i przy­ci­ągnął do bo­ków.

Obie za­chi­cho­ta­ły­śmy pod no­sem. Nor­mal­nie nie za bar­dzo go tra­wi­łam. Oba­wia­łam się, że wyj­dzie z nie­go du­pek, jak z Troya. Nie chcia­łam, żeby Pa­ige prze­cho­dzi­ła przez ta­kie samo za­ła­ma­nie ner­wo­we, jak ja. Ca­me­ron jed­nak ka­żde­go dnia u mnie plu­so­wał, może za ja­kiś czas zmie­nię zda­nie i dam mu tro­chę swo­je­go za­ufa­nia.

– Może te­raz za­miast whi­sky na­pi­je­cie się wody? – za­py­tał, wyj­mu­jąc z na­szych dło­ni czer­wo­ne ku­becz­ki.

Pa­ige wpa­try­wa­ła się w nie­go jak w naj­pi­ęk­niej­szy ob­raz świa­ta. Z ko­lei ja wzru­szy­łam ra­mie­niem. Chło­pak za­czął pro­wa­dzić nas z po­wro­tem do kuch­ni. Po dro­dze mi­nęli­śmy Ri­ver­sa. Ca­me­ron wy­mie­nił z nim dziw­ne spoj­rze­nia, któ­rych nie po­tra­fi­łam roz­szy­fro­wać. Po­tem wzrok ka­pi­ta­na dru­ży­ny ho­ke­jo­wej padł na mnie. Uśmiech­nęłam się do nie­go w iro­nicz­ny spo­sób, a przy­naj­mniej mia­łam na­dzie­ję, że tak wła­śnie było.

W kuch­ni prze­by­wa­ło mało osób. Do środ­ka wdzie­rał się let­ni, ale już chłod­niej­szy niż w szczy­cie tej pory roku wie­trzyk, bo okna zo­sta­ły sze­ro­ko otwar­te. Sta­nęłam przy jed­nym, uło­ży­łam dło­nie na pa­ra­pe­cie i od­chy­li­łam gło­wę do tyłu. Lek­ko za­czy­na­ło mi się w niej kręcić, jed­nak nie od­czu­wa­łam dziw­ne­go ści­sku w żo­łąd­ku, któ­ry mó­głby ozna­czać nad­cho­dzące wy­mio­ty.

Przy­mknęłam po­wie­ki, uśmiech­nęłam się sama do sie­bie. Zro­bi­ło mi się przy­jem­nie. Po chwi­li po­czu­łam chłód na ra­mie­niu. Zer­k­nęłam przez nie i uj­rza­łam twarz Ca­me­ro­na. Do­ty­kał mo­jej skó­ry pla­sti­ko­wą bu­tel­ką, praw­do­po­dob­nie wy­jętą pro­sto z lo­dów­ki. Przy­jęłam ją z wdzi­ęcz­no­ścią.

– Wszyst­ko do­brze?

Z ja­kie­goś po­wo­du wy­da­ło mi się to fa­łszy­we, ale nie chcia­łam się oszu­ki­wać, w ostat­nim cza­sie do ka­żde­go pod­cho­dzi­łam ostro­żnie. We wszyst­kim węszy­łam dru­gie dno.

– Tak – od­po­wie­dzia­łam bez wa­ha­nia. – Za­wsze się do­brze ba­wię na wa­szych im­pre­zach.

Uśmiech­nął się po­bła­żli­wie.

– Nie o to py­ta­łem.

Wes­tchnęłam ci­ężko, po czym za­częłam mo­co­wać się z za­kręt­ką. Wi­dząc moje da­rem­ne pró­by, chło­pak przy­ja­ció­łki przy­sze­dł z po­mo­cą. Otwo­rzył dla mnie wodę i znów mi ją po­dał, na co wy­mam­ro­ta­łam:

– Dzi­ęki.

Upi­łam kil­ka ły­ków, zim­na ciecz wy­wo­ła­ła gęsią skór­kę na roz­grza­nej, spo­co­nej skó­rze. By­łam bar­dzo spra­gnio­na. Łap­czy­wie wy­pi­łam całą za­war­to­ść i do­pie­ro po­tem zde­cy­do­wa­łam się od­po­wie­dzieć na wcze­śniej za­da­ne py­ta­nie:

– Pew­nie zdąży­łeś się zo­rien­to­wać, że nie prze­pa­dam za lu­dźmi. W do­dat­ku twój ko­le­ga trosz­kę mnie podi­ry­to­wał. Wiem, że za­zwy­czaj sku­piasz się na Pa­ige, gdy chcesz nas od­wie­źć, i pro­sisz o po­moc wła­śnie jego, ale chy­ba wo­la­ła­bym po­znać in­ne­go z two­ich wspó­łlo­ka­to­rów. Ri­vers jest… – Urwa­łam, szu­ka­jąc od­po­wied­nich słów.

– Bar­dzo bez­po­śred­ni – do­ko­ńczył za mnie. – Ro­zu­miem, że nie przy­pa­dł ci do gu­stu, ale jako je­dy­ny za­zwy­czaj mało pije i jest w sta­nie mi z wami po­móc. Po pierw­szym ra­zie na­uczy­łem się, żeby nie ro­bić tego sa­me­mu. – Spoj­rzał na mnie po­ro­zu­mie­waw­czo.

Par­sk­nęłam śmie­chem pod no­sem. Wspo­mnie­nia z nocy, gdy po­zna­łam Ca­me­ro­na, prze­le­cia­ły mi przez gło­wę. Fak­tycz­nie da­ły­śmy mu wte­dy tro­chę w kość, bo chło­pak był trze­źwy, a my nie­źle na­wa­lo­ne. Ucie­ka­ły­śmy mu, bo wy­da­wa­ło nam się to strasz­nie za­baw­ne. Na ko­niec wy­kąpa­ły­śmy się w jed­nej z ogrom­nych fon­tann na kam­pu­sie.

Za­pew­ne za­że­no­wa­nie wła­śnie roz­grza­ło­by moje po­licz­ki, gdy­bym je od­czu­wa­ła. Przez al­ko­hol wszyst­ko wy­da­wa­ło mi się ko­micz­ne.

– Trze­ba to kie­dyś po­wtó­rzyć – mruk­nęła z roz­ma­rze­niem Pa­ige, któ­ra naj­wi­docz­niej tak jak ja przy­po­mnia­ła so­bie tam­ten wie­czór.

– Kur­wa, broń Boże. – Ca­me­ron prze­ta­rł twarz jed­ną dło­nią w ge­ście prze­ra­że­nia. – Mogę go­nić jed­ną z was. Solo nie je­ste­ście tak spryt­ne.

Obie wy­buch­nęły­śmy gło­śnym śmie­chem, sztur­cha­jąc się wza­jem­nie ra­mio­na­mi. Chy­ba jed­nak za­czy­na­łam go lu­bić. Na­le­ża­ło mu się moje uzna­nie, cho­cia­żby za to, że za­wsze o mnie dbał. Po­mi­mo że to z Pa­ige był w zwi­ąz­ku, ni­g­dy nie zo­sta­wiał mnie w tyle. Może zda­wał so­bie spra­wę, że by­ły­śmy dla sie­bie jak sio­stry i dziew­czy­na ni­g­dy nie wy­ba­czy­ła­by mu, gdy­by coś mi się sta­ło.

– W po­rząd­ku, ro­zu­miem two­ją de­cy­zję za­bie­ra­nia z nami Rid­ge’a, je­śli jed­nak dziś też będziesz mu­siał go pro­sić o po­moc, nie za­po­mnij mu wspo­mnieć, żeby trzy­mał łapy przy so­bie. – Skie­ro­wa­łam ostrze­gaw­czo pa­lec w stro­nę klat­ki pier­sio­wej Ca­me­ro­na.

Na­sze dro­gi po­wrot­ne za­zwy­czaj wy­gląda­ły tak samo. Pa­ige ze swo­ją dru­gą po­łów­ką szła z tyłu, bo ci­ągle się obści­ski­wa­li. Tuż przed nimi znaj­do­wał się Ri­vers, a w nie­wiel­kiej od­le­gło­ści od nie­go, na przo­dzie, ja. Cza­sem pró­bo­wał mnie za­ga­dy­wać na ba­nal­ne te­ma­ty, ale za­wsze go spła­wia­łam. Od­py­cha­ła mnie od nie­go świa­do­mo­ść, co ro­bił z dzien­ni­kar­ka­mi za wy­wia­dy, i fakt, że lu­bo­wał się w jed­no­noc­nych przy­go­dach. Ba­łam się, że wy­pró­bu­je na mnie swo­ich sztu­czek, a ja po­le­gnę. Ostat­nie, cze­go pra­gnęłam, to sko­ńczyć ze zła­ma­nym ser­cem przez ja­kie­goś play­boya. Naj­wi­docz­niej moje oba­wy były uza­sad­nio­ne, sko­ro dziś zro­bił pierw­szy krok.

Ca­me­ron unió­sł dło­nie w ge­ście pod­da­nia.

– Nie ma pro­ble­mu. – Prze­nió­sł spoj­rze­nie na swo­ją dziew­czy­nę, uca­ło­wał ją w czu­bek gło­wy i do­dał: – Trzy drin­ki, a po­tem za­bie­ram was do domu, do­brze?

Pa­ige z de­li­kat­nym uśmie­chem ski­nęła gło­wą.

Nie­dłu­go pó­źniej oka­za­ło się, że te trzy drin­ki były dla nas obu po pro­stu za­bój­cze.

Przypisy

1 NHL – Na­ro­do­wa Liga Ho­ke­jo­wa; pro­fe­sjo­nal­na liga ho­ke­ja na lo­dzie w Ame­ry­ce Pó­łnoc­nej. To naj­wy­ższy po­ziom roz­gry­wek ho­ke­jo­wych na świe­cie, gdzie gra­ją naj­lep­sze dru­ży­ny z USA i Ka­na­dy.

Co­py­ri­ght© Do­mi­ni­ka Hajs

Co­py­ri­ght© by Wy­daw­nic­two Re­bel­de

All ri­ght re­se­rved

WSZEL­KIE PRA­WA ZA­STRZE­ŻO­NE

LESZ­NO 2026

Re­dak­cja i ko­rek­ta języ­ko­wa:

Ju­sty­na Szym­kie­wicz @daj.mi.slo­wo

Ko­rek­ta po skła­dzie:

Jo­lan­ta Sza­lak, Ka­mi­la Po­la­ńska, Ewa Wo­źniak

Opra­co­wa­nie okład­ki i opra­wa gra­ficz­na:

Ju­sty­na Kna­pik @her­me­tycz­nie­_za­mknie­te

Skład i przy­go­to­wa­nie ebo­oka:

Mi­chał Bog­da­ński

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-68587-29-6

Spis treści

Pro­log

Roz­dział 1

Roz­dział 2

Roz­dział 3

Punkty orientacyjne

Okład­ka