Płatki na wietrze - Virginia C. Andrews - ebook
Opis

Dalszy ciąg "Kwiatów na poddaszu", jednej z najlepszych amerykańskich powieści.

Carrie, Chris i Cathy po latach więzienia na strychu trafiają pod opiekę doktora Sheffielda, ale dawny koszmar wciąż nie pozwala im normalnie żyć.
Cathy wie jednak, jak temu zaradzić: czas pokazać matce i babce, że cierpienie i strach, które zafundowały dzieciom, nie zostaną zapomniane. I trzeba to pokazać raz a dobrze…
V.C. Andrews opowiada o rodzinnej tajemnicy, poszukiwaniu miłości i trudach wchodzenia w dorosłość, łącząc w "Płatkach na wietrze" elementy powieści obyczajowej, psychologicznej i gotyckiej z thrillerem najwyższej próby.

"Płatki na wietrze" to druga - po "Kwiatach na poddaszu" - księga sagi rodziny Dollangangerów, najsłynniejszej serii w dorobku amerykańskiej pisarki Virginii C. Andrews. Jej książki, tworzące prawie dwadzieścia bestsellerowych serii, sprzedały się dotąd na całym świecie w ponad 100 milionach egzemplarzy.

W przygotowaniu są kolejne części sagi: "A jeśli ciernie", "Kto wiatr sieje" i "Ogród cieni".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 455

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

Tytuł oryginału

PETALS ON THE WIND

 

Copyright © 1980 by Virginia Andrews

All rights reserved

 

Projekt okładki

Joanna Wasilewska

 

Zdjęcie na okładce

© Elisabeth Ansley/Arcangel

 

Redaktor prowadzący

Milena Rachid Chehab

 

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

 

Korekta

Katarzyna Kusojć

Bożena Hulewicz

 

ISBN 978-83-8169-746-0

 

Warszawa 2019

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych − żywych czy martwych − jest całkowicie przypadkowe.

 

Billowi i Gene,

którzy pamiętają, kiedy…

 

Ziemia znów pokryje się kwieciem,

Gdy promień słońca przeniknie mrok,

Powiew ciepła wyprze chłód,

I poczuję wtedy zapach róż.

Thomas Hood

 

Część pierwsza

NARESZCIE WOLNI!

W dniu ucieczki byliśmy tacy młodzi. Jakże szczęśliwi powinniśmy się czuć − w końcu wolni, oswobodzeni z tego przytłaczającego, ponurego miejsca. Nasza radość była jednak żałosna. Siedzieliśmy w pędzącym autobusie − bladzi, przerażeni tym, co widzieliśmy za oknem.

Wolność… Czy istnieje wspanialsze słowo? Nie, nawet jeśli śmierć wyciągałaby po nas lodowate szpony, a niebo byłoby puste. A może Bóg też jechał autobusem i czuwał nad naszą trójką? Człowiek musi w coś wierzyć.

Mijały godziny. W napięciu obserwowaliśmy, jak kierowca zatrzymywał się na kolejnych przystankach i zabierał pasażerów. Kilkakrotnie stawał, aby odpocząć, zjeść śniadanie, w końcu zabrał tęgą Murzynkę, która stała samotnie na krawężniku. Z trudem wdrapała się do autobusu, taszcząc niesamowitą ilość siatek i tobołków. Akurat gdy sadowiła się wygodnie na siedzeniu, minę­liśmy granicę Wirginii i Karoliny Północnej. Autobus ­toczył się teraz wolno na południe.

Po raz pierwszy od wielu lat poczułam ulgę. Opuściliśmy stan, w którym spotkało nas tyle nieszczęść.

Byliśmy najmłodszymi pasażerami. Chris miał dziewiętnaście lat. Jego długie, falujące, jasne włosy spadały na ramiona, a ich końcówki wywijały się ku górze. Błękitne oczy otoczone czarnymi rzęsami przypominały letnie niebo. Był przystojnym i pogodnym chłopcem, o miłym, ciepłym usposobieniu. Prosty, klasyczny nos wskazywał, że ten młody człowiek staje się mężczyzną, którego ujmująca powierzchowność przyprawi o drżenie niejedno kobiece serce. Twarz Chrisa wyrażała pewność siebie. Wyglądał na szczęśliwego. Przynajmniej do momentu, kiedy zerknął na Carrie. Gdy zobaczył bladą twarz siostry, zmarszczył brwi, a w jego oczach ujrzałam niepokój. Zaczął powoli uderzać w struny gitary, wydobywając dźwięki melodii Oh Susannah. Jego delikatny, melancholijny głos przeszył mi serce. Oboje poczuliśmy smutek. Piosenka przywoływała niemiłe wspomnienia, a my stanowiliśmy jedność. Nie mogłam patrzeć na brata, bałam się, że wybuchnę płaczem.

Na moich kolanach kuliła się młodsza siostra. Chociaż miała osiem lat, była tak mała i krucha, że wyglądała na trzylatkę. Smutne duże niebieskie oczy widziały tyle cierpień, kryły w sobie tyle tajemnic. Straciła wszystko, co było treścią jej życia. Nie oczekiwała już niczego: ani szczęścia, ani miłości. Słaba, apatyczna, niemalże gotowa na śmierć − i taka samotna, przerażająco samotna.

Miałam piętnaście lat. Był listopad tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego roku. Patrzyłam na świat z ogromną zachłannością. Panicznie się bałam, że już nigdy w życiu nie nadrobię tego, co straciłam. Siedziałam spięta, gotowa pokonać każdą przeciwność, jaką los postawi na mojej drodze. Czułam w sobie tlący się lont, wiedziałam, że wcześniej czy później eksploduję i zniszczę tych, którzy mieszkali w Foxworth Hall.

Chris położył rękę na mojej dłoni. Wiedział, że pragnę piekła dla naszych prześladowców.

− Odpręż się, Cathy − powiedział cicho. − Wszystko będzie dobrze. Musi nam się udać.

Wciąż był tym niepoprawnym optymistą, wierzącym, że pomimo przeszkód wreszcie znajdziemy szczęście. Boże, jak mógł tak myśleć – teraz, gdy Cory nie żył? Cóż dobrego mogło nam się przydarzyć?

− Cathy − szepnął. − Mamy tylko siebie. Musimy się pogodzić z tym, co się stało, i żyć dalej. Jeśli uwierzymy w siebie, w nasze uzdolnienia, świat stanie przed nami otworem. Na tym to polega, Cathy, naprawdę.

No tak, mój brat chciał zostać statecznym prowincjonalnym lekarzem, spędzającym dni w izbach przyjęć. Ale ja pragnęłam czegoś bardziej wyszukanego, romantycznego. Pragnęłam spełnienia na scenie wszystkich moich marzeń o miłości i romansie, chciałam być najwspanialszą primabaleriną świata. Tylko to dałoby mi satysfakcję. Wtedy pokazałabym mamie. Niech cię diabli, mamo! Mam nadzieję, że ogień pochłonie Fox­worth Hall, a ty nigdy więcej nie zaznasz spokoju w tym wielkim łabędzim łożu. Nigdy więcej! Życzę ci, aby twój młody mąż znalazł sobie kochankę − młodszą i piękniejszą od ciebie − a z twojego życia uczynił piek­ło, na które zasługujesz!

− Nie czuję się dobrze, Cathy − jęknęła Carrie. − Mój żołądek. Mam dziwne uczucie…

Ogarnął mnie strach. Była taka nienaturalnie blada. Włosy, niegdyś tak piękne i błyszczące, teraz matowe, zwisały w nieładzie. Jej głos był ledwie szeptem.

− Kochanie! − Przytuliłam ją i pocałowałam. − Wytrzymaj jeszcze trochę. Zabierzemy cię do lekarza. Wkrótce dojedziemy na Florydę, a tam nikt już nas nie zamknie.

Carrie leżała bezwładnie w moich ramionach. Patrząc przez okno, zorientowałam się, że dopiero dotarliśmy do Karoliny Południowej. Musieliśmy jeszcze przejechać przez Georgię. Do Sarasoty było bardzo daleko. Carrie gwałtownie drgnęła, dostała torsji i zaczęła się dusić.

Oczyściłam jej twarz papierowymi serwetkami, którymi przezornie wypchałam kieszenie podczas ostatniego postoju. Podałam małą bratu, uklękłam i wyczyściłam podłogę.

Chris usiłował się pozbyć brudnych serwetek. Z całej siły pchnął okno, ale nie ustąpiło. Carrie wybuchnęła płaczem.

− Wepchnij serwetki w szczelinę pomiędzy siedzenie a ścianę autobusu − szepnął Chris.

Ale kierowca musiał nas obserwować przez wsteczne lusterko, bo nagle wybuchnął:

− Hej, wy tam z tyłu! Pozbądźcie się tego cuchnącego fantu w inny sposób!

Ostatecznie wepchnęłam serwetki do zewnętrznej kieszeni obudowy aparatu fotograficznego, której używałam jako portmonetki.

− Przepraszam… − Carrie szlochała rozpaczliwie, tuląc się do Chrisa. − Nie chciałam tego zrobić. Czy pójdziemy teraz do więzienia?

− Oczywiście, że nie − odpowiedział Chris po ojcowsku. − Za dwie godziny dojedziemy na Florydę. Postaraj się wytrzymać. Jeśli teraz wysiądziemy, stracimy pieniądze, za które kupiliśmy bilety. A zostało nam ich bardzo mało.

Carrie drżała na całym ciele. Dotknęłam jej czoła − było zimne i wilgotne. Twarz, biała niczym kreda, przypominała twarz Cory’ego przed śmiercią.

Modliłam się, prosząc Boga, by choć raz zlitował się nad nami. Czyż nie wycierpieliśmy już wystarczająco dużo? Czy tak miało być zawsze? Kiedy siostra ponownie dostała torsji, poczułam nadchodzącą falę mdłości. Carrie zasłabła w ramionach Chrisa, traciła przytomność.

− Chyba jest w szoku − szepnął. Jego twarz była równie biała jak twarz Carrie.

Jakiś bezduszny pasażer zaczął głośno narzekać. Ci, którzy nam współczuli, przyglądali się całej tej scenie nieco zakłopotani, niezdecydowani. Spojrzałam na Chrisa. Nasze oczy się spotkały, oboje nie wiedzieliśmy, co robić.

Wpadłam w panikę. Nagle zauważyłam potężną Murzynkę; uśmiechając się, szła w naszym kierunku. W ręku trzymała papierowe torebki. Uspokajająco poklepała mnie po ramieniu i wręczyła garść szmat, które wyjęła ze swoich tobołków. Potem dobrotliwie pogłaskała Carrie pod brodą.

− Dziękuję − szepnęłam, uśmiechając się słabo, po czym dokładnie oczyściłam siebie, Carrie i Chrisa.

Kobieta wzięła szmaty i schowała je z powrotem do tobołków.

Popatrzyłam z wdzięcznością na tę bardzo tęgą istotę, która swoim ciałem wypełniała całe przejście autobusu. Mrugnęła do mnie i znowu się uśmiechnęła.

− Cathy − powiedział Chris z zatroskaną miną − musimy zawieźć Carrie do lekarza. I to szybko!

− Ale przecież zapłaciliśmy za bilet do Sarasoty!

− Wiem. Ale Carrie jest w bardzo ciężkim stanie.

Sympatyczna nieznajoma pochyliła się i zajrzała w twarz Carrie. Położyła duże czarne dłonie na wilgotnych od potu skroniach mojej siostry, a następnie zbadała jej puls. Potem zwróciła się do nas, wykonując dziwne gesty rękami.

− Chyba jest niemową − szepnął Chris. − To język migowy.

Murzynka wsunęła rękę pod czerwony sweter i z kieszeni sukienki pośpiesznie wyciągnęła plik kolo­rowego papieru listowego. Na jednej z kartek ­zręcznie napisała: „Ja, Henrietta Beech, słyszę, ale nie mówię. Dziewczynka jest bardzo chora. Potrzeba dobrego ­lekarza”.

Spojrzałam na nią w nadziei, że uzyskam więcej ­informacji.

− Czy znasz dobrego lekarza? − spytałam.

Skinęła głową i pośpiesznie nabazgrała: „Los jest dla was łaskawy. Mogę zaprowadzić was do mężczyzny, który jest najlepszym lekarzem”.

− Hej, panie kierowco! − wrzasnął jakiś wściekły pasażer. – Odstaw tego dzieciaka do szpitala! Cholera, nie po to płaciłem, żeby teraz jechać śmierdzącym autobusem!

Pasażerowie popatrzyli na niego z dezaprobatą. We wstecznym lusterku ujrzałam czerwoną ze złości twarz kierowcy. Kiedy nasze oczy się spotkały, zawołał bez przekonania:

− Przykro mi, ale sam mam żonę i pięcioro dzieci. I jeśli nie będę się trzymał rozkładu jazdy, wylecę z pracy, a moja rodzina pozostanie bez środków do życia.

Patrzyłam na niego błagalnie, aż zaczął mamrotać pod nosem:

− Cholerne niedziele. Tydzień mija dobrze i przychodzi ta cholerna niedziela.

Henrietta Beech nie wytrzymała. Wzięła ołówek i znów napisała: „W porządku. Kierowca nienawidzi niedziel. Nie zwraca uwagi na małą chorą dziewczynkę, więc jej rodzice zaskarżą właściciela autobusu na dwa miliony”.

Chris zaledwie zdążył rzucić okiem na kartkę, gdy kobieta ruszyła w stronę kierowcy, kołysząc obfitymi biodrami. Niecierpliwie odepchnął skrawek papieru, który podsunęła mu pod nos, ale ponowiła próbę. Tym razem, nie odrywając wzroku od szosy, kierowca starał się kątem oka przeczytać skreślone słowa.

− O Boże… − westchnął. − Najbliższy szpital jest ze trzydzieści kilometrów stąd!

Oboje z Chrisem z podziwem patrzyliśmy na przyjaz­ną nam Murzynkę. Swoją gestykulacją wprawiała kierowcę w zakłopotanie. Znowu napisała coś na kartce − cokolwiek to było, poskutkowało, bo autobus skręcił z autostrady w boczną drogę, wiodącą do małego miasteczka Clairmont. Henrietta Beech stała teraz przy kierowcy i wskazywała mu kierunek, od czasu do czasu zerkając na nas. Uśmiechała się łagodnie, jakby chciała zapewnić, że wszystko będzie dobrze.

Jechaliśmy spokojnymi szerokimi ulicami. Korony drzew rosnących po obu stronach jezdni tworzyły ­gęste sklepienie. W głębi stały duże arystokratyczne domy z wieżyczkami i werandami. Mimo że w górach Wirginii spadł już śnieg, tutaj była jeszcze ciepła słoneczna jesień. Klony, buki, dęby i magnolie nie straciły wszystkich liści, a niektóre kwiaty dopiero zakwitały.

Kierowca miał wątpliwości co do trasy, którą wskazywała Henrietta Beech, i prawdę mówiąc, ja także. Szpitale i przychodnie na ogół nie były usytuowane na takich ulicach. Już zaczynałam się denerwować, gdy zatrzymaliśmy się naprzeciw dużego białego domu, stojącego na niewielkim wzniesieniu wśród klombów pełnych kwiatów.

− Hej, dzieciaki! − zawołał kierowca. − Zabierajcie swoje manatki! Odbierzcie pieniądze za bilety lub wykorzystajcie je, póki są jeszcze ważne!

Pośpiesznie wyszedł z autobusu, otworzył bagażnik i wyciągnął ze czterdzieści walizek, zanim znalazł nasze dwie torby. Zarzuciłam na ramię gitarę i banjo Cory’ego, a Chris bardzo delikatnie wziął na ręce Carrie.

Henrietta Beech niby gruba kwoka prowadziła nas pośpiesznie w stronę frontowej werandy. Przez chwilę się wahałam, przyglądając się dwuskrzydłowym czarnym drzwiom. Po prawej stronie widniał czerwony napis: „Tylko dla chorych”. Niewątpliwie był tam lekarz, który prowadził prywatną praktykę. Nesesery zostawiliśmy obok schodów. Przyjrzałam się badawczo mężczyźnie, który spał w białym wiklinowym fotelu. Nasza samarytanka uśmiechnęła się i delikatnie dotknęła jego ramienia, a gdy ten się nie obudził, skinęła głową i przywołała nas ruchem ręki. Wskazała na dom i kolejnymi gestami dała znać, że musi wejść do środka i przygotować coś do jedzenia.

Żałowałam, że nie została, aby nas przedstawić i wyjaśnić powód tej nieoczekiwanej wizyty. Nieśmiało podeszliśmy do śpiącego lekarza. Wdychając zapach róż, miałam wrażenie, że kiedyś już tu byłam i że dobrze znam to miejsce. Dziwne, zważywszy, że przez ostatnie dwa lata wbijano mi do głowy, że nie mam prawa oddychać powietrzem pachnącym różami.

− Jest niedziela, cholerna niedziela − szepnęłam do Chrisa. − Może nie będzie zadowolony z naszej wizyty?

− Jest lekarzem − odparł mój brat − i na pewno się przyzwyczaił do niespodziewanych pacjentów, nawet w niedzielę. Możesz go obudzić.

Powoli zbliżyłam się do wysokiego mężczyzny ubranego w jasnoszary garnitur z białym goździkiem w butonierce. Długie nogi oparł o balustradę werandy. Wyglądał nawet elegancko, pomimo że siedział swobodnie wyciągnięty, ze zwisającymi bezwładnie rękami. Żal było go budzić.

− Czy pan doktor Paul Sheffield? − zapytał Chris, który przeczytał wizytówkę na drzwiach.

Z odchyloną głową i zamkniętymi oczami Carrie wciąż spoczywała w jego ramionach. Jej długie włosy ­falowały na ciepłym delikatnym wietrze.

Lekarz niechętnie otworzył oczy. Przyglądał się nam przez dłuższy czas, jakby nie wierzył w to, co widzi. Musieliśmy wyglądać dość dziwnie, mając na sobie kilka warstw ubrań. Poruszył głową, by lepiej widzieć. Miał piękne orzechowe oczy nakrapiane błękitem, zielenią i złotem. Nie spuszczał ze mnie wzroku! Zdawał się zahipnotyzowany moją twarzą i zbyt długimi, niezdarnie obciętymi włosami o cienkich wyblakłych końcówkach. Oszołomiony i zbyt zaspany, by przybrać zawodową maskę, nie mógł powstrzymać wzroku, który przesuwał kolejno po mojej twarzy, piersiach i nogach, w końcu po całej postaci.

− Pan jest lekarzem, prawda? – naciskał Chris.

− Tak. Jestem doktor Sheffield − odrzekł w końcu, zerkając teraz na Carrie i Chrisa.

Zadziwiająco zręcznie zdjął nogi z poręczy, wstał, przygładził palcami czarną czuprynę, po czym podszedł bliżej i zerknął na bladą twarz Carrie. Rozchylił zamknięte powieki i przez moment przyglądał się jej niebieskim oczom.

− Jak długo jest nieprzytomna? − spytał.

− Parę minut − odparł Chris. Gdy byliśmy zamknięci na strychu, dużo się uczył i teraz też mógłby zostać lekarzem. − W autobusie Carrie wymiotowała trzy razy, później dostała dreszczy, zaczęła się pocić. Jechała z nami kobieta, Henrietta Beech, która nas do pana przyprowadziła.

Lekarz skinął głową, wyjaśniając, że Henrietta Beech jest jego gospodynią i kucharką, po czym wprowadził nas do domu przez drzwi z napisem „Tylko dla chorych”. Na parterze znajdowały się dwa pokoje przyjęć i biuro. Doktor przeprosił za nieobecność pielęgniarki, po czym polecił:

− Rozbierzcie dziecko.

Zaczęłam rozbierać Carrie, a Chris pobiegł po bagaże. Potem, pełni niepokoju, stanęliśmy pod ścianą i obserwowaliśmy, jak lekarz bada naszą siostrę − mierzy ciśnienie, temperaturę i puls, osłuchuje serce. Carrie odzyskała już przytomność, więc poprosił ją, by zakasłała. Zastanawiałam się, dlaczego wszystko, co złe, przytrafia się właśnie nam. Dlaczego los jest tak nieprzyjazny? Czy jesteśmy aż tak niedobrzy, jak mówiła babcia? Czy Carrie też musi umrzeć?

Gdy po badaniu ubrałam Carrie, doktor Sheffield zwrócił się do niej miękkim głosem:

− Carrie, teraz zostawimy cię w tym pokoju, żebyś trochę odpoczęła. − Okrył ją cienkim kocem i dodał: − Nie bój się. Będziemy na dole, w moim biurze. Ten stół może nie jest zbyt wygodny, ale postaraj się zasnąć. A ja porozmawiam z twoim bratem i siostrą.

Spojrzała na niego nieobecnymi oczami; na pewno nie przywiązywała wagi do tego, czy stół jest miękki, czy twardy.

Parę minut później lekarz siedział za imponująco dużym biurkiem, trzymając łokcie na bibule do atramentu. Ze szczerze zatroskaną twarzą rzekł:

− Wyglądacie na zakłopotanych. Nie obawiajcie się, że pozbawiacie mnie niedzielnego odpoczynku. Jestem wdowcem i traktuję niedzielę prawie tak jak dzień powszedni. − Wyglądał na zmęczonego, widać było, że dużo pracuje.

Zażenowana usiadłam na miękkiej skórzanej kanapie obok Chrisa. Promienie słońca padały wprost na nasze twarze. Lekarz siedział w cieniu. Dopiero w tej chwili poczułam, że moje ubranie jest wilgotne i brudne; pośpiesznie zdjęłam wierzchnie okrycie. Teraz miałam na sobie tylko niebieską sukienkę, która na szczęście była czysta i gustowna.

− Czy w każdą niedzielę zakładacie na siebie kilka warstw odzieży? – spytał medyk.

− Jedynie wtedy, gdy uciekamy − odparłam. − Mamy z sobą tylko dwie torby i musimy mieć miejsce na cenniejsze rzeczy, które później, w razie potrzeby, moglibyśmy zastawić.

Chris trącił mnie łokciem, dając do zrozumienia, że zdradzam zbyt wiele. Ale ja czułam, że temu lekarzowi możemy zaufać − mówiły to jego oczy. Mogliśmy wyznać mu wszystko.

− Więc uciekacie – powiedział powoli. − A przed kim? Przed rodzicami, którzy odmówili spełnienia ­waszych ­zachcianek?

Och, gdyby tylko wiedział!

− To długa historia − odparł Chris. − W tej chwili chcemy rozmawiać tylko o Carrie.

− Słusznie. Porozmawiajmy o Carrie. Nie wiem, kim jesteście, skąd pochodzicie i dlaczego uciekacie, ale ta dziewczynka potrzebuje natychmiastowej pomocy. Gdyby to nie była niedziela, od razu umieściłbym ją w szpitalu i zlecił badania, których nie mogę wykonać tutaj. Sądzę, że powinniście jak najszybciej skontaktować się z rodzicami.

Wpadłam w panikę.

− Jesteśmy sierotami – powiedział Chris. − Ale niech pan się nie martwi, zapłacimy panu. Zapłacimy na swój sposób.

− To dobrze, że macie pieniądze − zaznaczył lekarz. − Przydadzą się wam. − Przez chwilę patrzył na nas badawczym wzrokiem, po czym dodał: − Dwutygodniowy pobyt w szpitalu powinien wystarczyć, by ustalić przyczynę choroby waszej siostry.

Ogarnęło nas przerażenie. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że Carrie jest w tak ciężkim stanie. Gdy lekarz podał nam orientacyjne koszty leczenia, ponownie się zdumieliśmy. Dobry Boże! Nasze pieniądze nie wystarczą nawet na tydzień pobytu Carrie w szpitalu!

Zerknęłam na Chrisa. Na jego twarzy malowały się smutek i lęk. Co teraz zrobimy? Nie możemy tyle zapłacić.

Lekarz szybko zorientował się w naszej sytuacji.

− Czy wciąż jesteście sierotami? − spytał.

− Tak, wciąż jesteśmy sierotami − odparł Chris, po czym spojrzał na mnie groźnie, dając do zrozumienia, abym trzymała język za zębami. „Kiedy staniesz się sierotą, pozostaniesz nią na całe życie”. − A teraz proszę mi powiedzieć, co dolega siostrze i jak może pan jej pomóc.

− Chwileczkę. Najpierw musicie odpowiedzieć na kilka pytań − powiedział lekarz łagodnie, a zarazem stanowczo. To on był panem sytuacji. − Przede wszystkim jak się nazywacie?

− Nazywam się Christopher Dollanganger, a to jest moja siostra Catherine Leigh Dollanganger. Może pan wierzyć lub nie, ale Carrie ma już osiem lat.

− Dlaczego miałbym nie wierzyć? – zapytał doktor, mimo że parę minut temu, w gabinecie, był bardzo zdziwiony, gdy podałam jej wiek.

− Jest bardzo mała jak na swój wiek − dodał Chris.

− Rzeczywiście, jest nieduża i drobna. − Mówiąc to, doktor zerknął na mnie, a potem na Chrisa. – Słuchajcie, przestańmy się nawzajem podejrzewać. Jestem lekarzem i cokolwiek powiecie, zostanie między nami. Jeśli naprawdę chcecie pomóc swojej siostrze, musicie powiedzieć prawdę, w przeciwnym razie narażacie jej życie, a ja tylko tracę czas.

Milczeliśmy, trzymając się za ręce. Czułam, że Chris drży. Tak bardzo się baliśmy wyjawić prawdę, bo któż by w nią uwierzył? Już raz zaufaliśmy ludziom, którzy wydawali się uczciwi. Czy mogliśmy ponownie popełnić ten błąd? A jednak ten człowiek za biurkiem… budził zaufanie. Wydawał mi się znajomy, jakbym go już gdzieś widziała.

− W porządku – powiedział po chwili. − Pozwólcie, że zadam wam parę pytań. Co ostatnio jedliście?

Chris odetchnął z ulgą.

− Nasz ostatni posiłek to śniadanie. Wszyscy jedliśmy to samo: hot doga z przyprawami, frytki z keczupem i gorącą czekoladę z mlekiem. Carrie zjadła mało. Jest bardzo wybrednym dzieckiem. Zawsze była niejadkiem.

Lekarz zapisał coś w notesie, marszcząc brwi.

− Czy wszyscy jedliście dokładnie to samo? I tylko Carrie dostała torsji?

− Tak, tylko ona.

− Czy często jej się to zdarza?

− Czasami. Nie jest to regułą. W zeszłym tygodniu zwróciła dwa razy, a w poprzednim miesiącu może pięć. Bardzo mnie to martwi, gdyż te ataki są coraz silniejsze.

Chris nie powiedział całej prawdy. Ogarnęła mnie złość. Nawet teraz, po tym wszystkim, co się wydarzyło, wciąż chronił matkę.

Lekarz, jakby czując, że ode mnie usłyszy bardziej ­wyczerpującą odpowiedź, zwrócił się w moją stronę:

− Słuchajcie, pomogę wam. Uczynię wszystko, co będę mógł, ale musicie mi powiedzieć całą prawdę. Jeśli Carrie odczuwa jakiś ból, którego nie będę mógł wykryć, to wy możecie dostarczyć mi niezbędnych informacji. Obecnie mogę stwierdzić, że wasza siostra jest niedożywiona, słabo rozwinięta jak na swój wiek, najwyraźniej miała za mało ruchu. Zauważyłem też, że wszyscy macie rozszerzone źrenice, jesteście bladzi i wychudzeni. Nie rozumiem, dlaczego martwicie się o pieniądze. Wasze ubrania są drogie, gustowne i nieco za duże. Siedzicie tu w tenisówkach, ze złotymi zegarkami wysadzanymi brylantami i nie mówicie całej prawdy. Powiem wam, co o tym sądzę. − Głos doktora stał się mocniejszy. − Podejrzewam, że Carrie ma ciężką anemię i że to jest przyczyną podatności na wszelkie infekcje. Ma niebezpiecznie niskie ciśnienie. Podejrzewam też coś znacznie poważniejszego. Tak więc czy wam się to podoba, czy nie, Carrie zostanie umieszczona w szpitalu, a wy zastawicie swoje zegarki i opłacicie jej leczenie. Gdybyśmy zawieźli ją do szpitala dziś wieczorem, jutro z samego rana poddano by ją badaniom.

− Niech pan robi to, co uważa za stosowne − odparł posępnie Chris.

− Chwileczkę! − Zerwałam się z kanapy i podbiegłam do biurka. − Mój brat nie powiedział panu wszystkiego!

Zerknęłam na Chrisa z wyrzutem, on zaś posłał mi groźne spojrzenie, jakby chciał mnie powstrzymać przed wyjawieniem prawdy. Nie martw się. Nie zdradzę naszej ukochanej matki, pomyślałam z goryczą. Chyba zrozumiał, bo w jego oczach ujrzałam łzy. Ta kobieta tak bardzo nas skrzywdziła, a on wciąż ją opłakiwał! Jego łzy raniły mi serce, ale moja dusza też płakała. Tak bardzo kochał matkę…

Skinął głową, a ja rozpoczęłam tę niewiarygodną opowieść. Lekarz słuchał z niedowierzaniem; sądził pewnie, że kłamię lub przynajmniej wyolbrzymiam całą historię.

− Nasz tata zginął w wypadku samochodowym. Po jego śmierci mama wyznała, że ma długi i nie jest w stanie utrzymać naszej piątki. Wielokrotnie pisała do swojej rodziny w Wirginii, ale nie było żadnej odpowiedzi. Pewnego dnia przyszedł list od jej bogatych rodziców, którzy wydziedziczyli ją, gdy wyszła za mąż za swojego wujka. Teraz musieliśmy się rozstać ze wszystkim, co posiadaliśmy. Nie mieliśmy nawet czasu, by się pożegnać z przyjaciółmi. Tego samego wieczoru wyruszyliśmy do Blue Ridge Mountains. Byliśmy ufni i ciekawi nowego wspaniałego domu, a jednocześnie rozmyślaliśmy o spotkaniu z okrutnym dziadkiem. Mama uprzedziła nas, że będziemy musieli się ukryć przez noc, a ona w tym czasie odzyska miłość swojego ojca. Obiecała, że potrwa to jedną noc, góra trzy, a później wyjdziemy z ukrycia i poznamy naszego nieuleczalnie chorego na serce dziadka. Babcia przeznaczyła dla nas duży brudny strych, w którym roiło się od robaków i pająków. Tam upływały nam dni w oczekiwaniu na chwilę, gdy będziemy mogli wyjść z ukrycia i stać się częścią tej bogatej rodziny. Wkrótce mieliśmy się przekonać, że dziadek nigdy nie wybaczy mamie tego, iż wyszła za jego przyrodniego brata, a my mieliśmy na zawsze pozostać „diabelskim nasieniem”. Skazano nas na życie w ukryciu aż do jego śmierci.

W oczach lekarza ujrzałam przerażenie. Kontynuowałam jednak:

− Zostaliśmy zamknięci na strychu, który stał się naszym domem i miejscem zabaw. Wkrótce przekonaliśmy się, że babcia nas nienawidzi. Pewnego dnia wręczyła nam długą listę zakazów i rzeczy, których pod żadnym pozorem nie możemy robić. Na przykład nie mogliśmy wyglądać przez frontowe okno, a kotary musiały być zawsze zasunięte. Początkowo posiłki, które babcia przynosiła co rano w wiklinowym koszyku, były dość smaczne, ale wkrótce jedliśmy już tylko kanapki, sałatkę z ziemniaków i pieczonego kurczaka. Deserów nie otrzymywaliśmy nigdy, bo od słodyczy psują się zęby, a przecież nie mogliśmy chodzić do dentysty. Jedynie w nasze urodziny mama przemycała trochę lodów lub ciasto − i zawsze bardzo dużo prezentów. Kupowała wszystko, co mogłoby pomniejszyć jej winę i oczyścić sumienie; jakby zabawki, gry i książki mog­ły zastąpić nam normalne dzieciństwo, przywrócić zdrowie i wiarę w siebie. Najgorsze jednak było to, że już jej nie wierzyliśmy. Minął rok. Latem przestała nas odwiedzać. Przyszła dopiero w październiku i poinformowała, że ponownie wyszła za mąż. W wakacje była w podróży poślubnej po Europie. Miałam ochotę ją zabić. Dlaczego nic nie powiedziała, tylko wyjechała bez słowa? Przywiozła nam drogie zbyt duże ubrania, sądząc, że prezentami nas udobrucha i wynagrodzi samotność. Ale nic z tego! W końcu przekonałam Chrisa, że powinniśmy uciec z domu, który był dla nas więzieniem, i zapomnieć o fortunie. On jednak nie chciał. Sądził, że gdy tylko dziadek umrze, będzie mógł iść do szkoły, a później studiować medycynę i zostać lekarzem, tak jak pan.

− Tak jak ja… − westchnął doktor Sheffield. Jego oczy wyrażały współczucie i coś, czego nie potrafiłam określić. − To bardzo dziwna historia, Cathy. Aż trudno w nią uwierzyć.

− Chwileczkę! − zawołałam. − Jeszcze nie skończyłam. Nie opowiedziałam o najgorszym. Dziadek umarł i wprawdzie umieścił mamę w swoim testamencie, ale zastrzegł, że odziedziczy po nim wszystko, pod warunkiem że nie będzie miała dzieci. Jeśli kiedykolwiek wyszłoby na jaw, że ma dzieci z pierwszego małżeństwa, utraciłaby wszystko, co odziedziczyła bądź kupiła za pieniądze swojego ojca.

Spojrzałam na bladą twarz Chrisa. Wpatrywał się we mnie błagalnym wzrokiem. Niepotrzebnie się martwił. Nie miałam zamiaru mówić o Corym. Ponownie zwróciłam się do doktora Sheffielda:

− Mówił pan, że trudno określić, co powoduje wymioty u naszej siostry. To bardzo proste. Kiedy matka dowiedziała się, że nie może mieć i dzieci, i fortuny, postanowiła się nas pozbyć. Do koszyczka z jedzeniem babcia zaczęła dodawać pączki, które jedliśmy z wielką chęcią, nie zdając sobie sprawy, że posypano je arszenikiem. Zatrute pączki miały osłodzić nasze życie w odosobnieniu. Z czasem, kiedy Chris dorobił do drzwi drewniany klucz, zaczęliśmy się wymykać ze strychu. Przekradaliśmy się do pięknej sypialni mamy, skąd zabieraliśmy jedno- i pięciodolarowe banknoty. Przez cały rok, powoli umierając, błąkaliśmy się po tych wielkich ponurych korytarzach. Panie doktorze, byliśmy więźniami dokładnie przez trzy lata, cztery miesiące i szesnaście dni.

Doktor Sheffield patrzył na mnie ze współczującą, ­zatroskaną miną.

− Teraz sam pan widzi − dodałam − że nie możemy pójść na policję i wyjawić prawdy. Matka i babka mogłyby się znaleźć w więzieniu, ale wtedy my też byśmy cierpieli. Nie tylko z powodu rozgłosu, ale także z powodu rozdzielenia. Wysłano by nas do zastępczych rodzin lub oddano pod opiekę kuratora, a przecież przysięgliśmy ­sobie, że na zawsze zostaniemy razem.

− Niech pan zaopiekuje się Carrie – odezwał się Chris. − Niech pan zrobi wszystko, by jej pomóc, a oboje z Cathy jakoś to panu wynagrodzimy.

− Posłuchaj, chłopcze – odparł powoli lekarz. − Was też karmiono arszenikiem i dlatego wy też powinniście się poddać badaniom. Spójrzcie na siebie, jesteście bladzi i słabi. Potrzebujecie odpoczynku, świeżego powietrza, słońca i odpowiedniej diety. Chciałbym wam pomóc.

− Jesteśmy dla pana obcymi ludźmi – powiedział Chris z szacunkiem. − Nie oczekujemy i nie chcemy niczyjej litości ani współczucia, nie jesteśmy aż tak chorzy. To Carrie potrzebuje pomocy.

Oburzona odwróciłam się do brata. Nie mogliśmy przecież odrzucić pomocy tego szlachetnego człowieka tylko dlatego, że chcieliśmy ocalić resztki naszej dumy, która w przeszłości tyle razy została podeptana. Czy ten jeden raz sprawiłby jakąś różnicę?

− Tak − kontynuował lekarz, uznając, że zaakceptowaliśmy jego propozycję pomocy. − Koszty leczenia pacjenta, który przebywa w szpitalu, są o wiele wyższe niż pacjentów, którzy tylko poddają się badaniom. Trzeba zapłacić za łóżko i za utrzymanie. Traktujcie to jako propozycję, którą możecie przyjąć lub odrzucić. A właściwie dokąd jechaliście?

− Do Sarasoty na Florydzie − odparł Chris. − Oboje z Cathy często huśtaliśmy się na linach przymocowanych do krokwi poddasza, więc postanowiliśmy zostać akrobatami.

Zabrzmiało to naiwnie, ale lekarz nawet się nie uśmiechnął. Wyglądał na zasmuconego.

− Prawdę mówiąc, wolałbym, abyście unikali ryzyka. Jako lekarz i człowiek z pewnymi zasadami nie mogę pozwolić wam odejść bez udzielenia niezbędnej pomocy lekarskiej. Nawet gdyby ta niesamowita opowieść była stekiem kłamstw, wymyślonych tylko po to, by zdobyć moje współczucie. − Uśmiechnął się dobrodusznie, jakby chciał dodać nam otuchy. − Ale intuicja podpowiada mi, że powinienem wam uwierzyć. Te drogie ubrania, złote zegarki, tenisówki oraz strach w oczach przekonują mnie o prawdziwości waszych słów. − Jego melodyjny, hipnotyzujący głos nosił ślady południowego akcentu. − Zostańcie − przekonywał. − Zapomnijcie o fałszywej dumie. Zamieszkacie ze mną w tych dwunastu pokojach. Zdaje się, że to opatrzność Boża kierowała Henriettą Beech. Ta kobieta utrzymuje mój dom w nienagannej czystości, ale często narzeka, że dwanaście pokoi i cztery łazienki to zbyt dużo jak na obowiązki jednej osoby. Na tyłach domu jest czteroakrowy ogródek, którym nie mogę się zająć z braku czasu. Do pomocy wynajmuję dwóch ogrodników. − Doktor Sheffield spojrzał na Chrisa. − Mógłbyś im pomóc. Chodzi o strzyżenie trawników, przycinanie żywopłotu i przygotowanie ogrodu do zimy. W ten sposób zarobiłbyś na wasze utrzymanie. Cathy pomagałaby w pracach domowych. − Zerknął na mnie ­badawczo. − Potrafisz gotować?

Gotować? Czy on żartował? Przez ponad trzy lata byliśmy zamknięci na strychu! Nie mieliśmy nawet tostera do grzanek, nie mówiąc już o maśle czy margarynie.

− Nie − odparłam rozdrażniona. − Nie potrafię gotować. Jestem tancerką. Gdy zostanę sławną primabaleriną, zatrudnię kobietę do gotowania, tak jak pan. Nie chcę utknąć w kuchni pierwszego lepszego mężczyzny i zmarnować sobie życia, gotując, zmywając i rodząc mu dzieci.

− Rozumiem.

− Nie chciałabym jednak być niewdzięczna − dodałam. − Uczynię wszystko, aby pomóc pani Beech. Nauczę się nawet gotować.

− Doskonale − odpowiedział wesoło lekarz. − Więc masz zamiar zostać primabaleriną, a Chris sławnym lekarzem. A to wszystko chcecie osiągnąć, uciekając na Florydę i występując w cyrku? Może jestem przedstawicielem innego, konserwatywnego pokolenia i nie rozumiem waszego sposobu myślenia, ale czy w ogóle widzicie w tym jakiś sens?

Miał rację. Teraz, gdy wreszcie odzyskaliśmy wolność, nie miało to żadnego sensu. Brzmiało raczej jak dziecinna fantazja.

− Czy zdajecie sobie sprawę, na co będziecie narażeni, pracując w cyrku? – ciągnął. − Czy jesteście gotowi konkurować z ludźmi, których całe życie związane jest z cyrkiem, a na trapezie po raz pierwszy stawali, gdy tylko nauczyli się chodzić? Nie będzie wam łatwo, chociaż muszę przyznać, że dostrzegam w waszych niebieskich oczach jakąś determinację, która pozwoli wam osiągnąć każdy cel, jaki sobie wyznaczycie. A co ze szkołą? Co z Carrie? Co ona ma robić, gdy wy będziecie się bujać na trapezie? Nie odpowiadajcie od razu − dodał pośpiesznie, widząc, że chcę zabrać głos. − Z pewnością usłyszałbym bardzo przekonującą odpowiedź. Teraz powinniście się zająć przede wszystkim zdrowiem: swoim i Carrie. W każdej chwili, podobnie jak ona, możecie zachorować. Czyż cała wasza trójka nie żyła w tak strasznych warunkach?

Czwórka, nie trójka! − zdawało mi się, że usłyszałam wypowiadane przez siebie słowa.

− Jeśli mówił pan poważnie o możliwości zamieszkania tutaj do czasu, aż Carrie wyzdrowieje – zaczął ostrożnie Chris − zrobimy wszystko, aby się odwdzięczyć. Będziemy ciężko pracować i zwrócimy panu wszystkie pieniądze, które pan na nas wyda.

− Mówiłem poważnie, ale nie musicie mi niczego zwracać. Pomożecie tylko w pracach domowych i w utrzymaniu ogrodu. Sami widzicie, że nie jest to ani litość, ani miłosierdzie, jedynie zwykły interes − zarówno dla was, jak i dla mnie.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

Część pierwsza

NARESZCIE WOLNI!

NOWY DOM

DRUGA SZANSA

Część druga

CUKIERKI

PRÓBA

POWRÓT DO SZKOŁY

JA… UWODZICIELKĄ?

MOJA PIERWSZA RANDKA

SŁODSZA OD RÓŻ

SOWA NA DACHU

CIEŃ MAMY

PREZENT URODZINOWY

POWRÓT DO FOXWORTH HALL

DROGA DO SŁAWY

NOWY JORK, NOWY JORK

SZANSA

ZIMOWE MARZENIA

PRIMA APRILIS

LABIRYNT KŁAMSTW

ZBYT DUŻO DO STRACENIA

Część trzecia

SPEŁNIENIE MARZEŃ

CZARNE CHMURY

TRZYNASTY TANCERZ

INTERLUDIUM

Część czwarta

MAŁY KSIĄŻĘ

PIERWSZY RUCH

POWRÓT W GÓRY

ROMANS

Część piąta

ZEMSTA

IGRANIE Z OGNIEM

ZABAWA W KOTKA I MYSZKĘ

BABCIA

WKRACZAM DO AKCJI

CZAS PRAWDY

ŻNIWO