Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
28 osób interesuje się tą książką
Piraci nie pytają o drogę. Oni ją wyznaczają.
Czerwony Dredd, a właściwie kapitan Albuss Dredd, jest chodzącą legendą – piracką legendą, należałoby uściślić. Wraz ze swoją załogą, szumnie zwaną Piratami z Międzymorza, napada na transporty kompanii dalekomorskiej bądź magazyny bogatych arystokratów, kradnie, pali i plądruje…
Zuchwałe występki morskich łotrów coraz bardziej irytują mieszkańców okolicznych miast portowych, szczególnie jednego z nich – markiza Estebana, który postanawia raz na zawsze rozprawić się z piratami. Pomaga mu w tym infant Xisco de Gualanoche.
Czerwony Dredd nic sobie jednak nie robi z uzbrojonego pościgu, który podąża w ślad za nim. Właśnie rozpoczyna swoją największą misję: wyprawę po Srebrne Oko, tajemniczy skarb, który od lat rozpala jego piracką wyobraźnię. I nie spocznie, dopóki go nie odnajdzie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 208
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jest rok 1712 wedle rachuby endalmarskiej.
Dryfujemy już trzeci tydzień, dzień po dniu to samo! Pokrzykujące lustro ciemnobłękitnej masy, gotowej pochłonąć cię w okamgnieniu! Ptactwa ni śladu, szmat mil od jakiegokolwiek brzegu. Mile od pokrewnej ludzkiej duszyczki…
Słony powiew wichru w nosie i uszach, mostek wszędy zarzygany, a oparem grogu przeszły już bodaj wszystkie szmaty na tym okręcie! I te zapijaczone gęby przy byle okazji dorwą cię, wrzeszcząc: ostatni kurs, tam i z powrotem, i nigdy więcej! Tak… wesołe jest życie marynarza.
Nie zamieniłbym go na żadne inne.
***
Trudno byłoby sobie wyobrazić nadmorską spelunę o gorszej reputacji niźli skryta nieopodal wejścia do kanałów, bezimienna izdebka dla ostatnich włóczęgów. Drzwi miała otwarte na oścież, zgniłe od spodu stałym wpływem wilgoci. Pijackie burdy niosły się daleko aż na nadbrzeże. Czapla, przechodząc nieopodal, nawet okiem nie mrugnęła.
Była wściekła.
Nigdy więcej – myślała gniewnie. – Choćbym miała do końca mych dni dryfować bez celu, milsze mi to niż jeszcze godzina czy dwie więcej na tych zapchlonych brzegach!
Jej chód nie przypominał pełnego gracji i szyku kroku okolicznych dziewcząt, kręcących się wkoło grobli do późnych godzin wieczornych. Była wysoka i ponadprzeciętnie mocno zbudowana w ramionach, na wzór marynarskich dokerów tuż przed przedawkowaniem grogu i wzrostem piwnego brzuszyska.
Czapla unikała spojrzeń. Zasadniczo, nie cierpiała spoufalać się z nieznajomymi, a zawieranie nowych więzi szło jej jak po grudzie. Zresztą… nie potrzebowała tego. Jeśli już jej wzrok zetknął się z jakimś przechodnim marynarzem, zwyczajowo było w nim pełno pogardy. A że sama przyciągała wzrok, zdarzało się jej to nader często.
Z zewnątrz przypominała wysokiej rangi oficera. Damskich przedstawicieli w palmerskiej marynarce było jak na lekarstwo, toteż obecność Pani Oficer zawsze powodowała zwiększone zainteresowanie. Nosiła ciemne, ciasno przylegające bryczesy i wpuszczoną w nie lnianą koszulę. Buty, mocne i wysokie, sięgające niemalże do kolan. Pas okalający biodra, z dyndającą luźno szablą o grawerowanej złotem rękojeści i wzorzystym, chroniącym dłoń jelcu. Czapla nie wyglądała na kogoś, z kim warto zadzierać.
Sunąc nabrzeżem, mijała całe zgraje tragarzy, kręcących się we wszystkie strony. Nastał właśnie czas rozładunku konwojów, na redę wpływały kolejne jednostki, po brzegi wyładowane dobrami z kolonijnych wysepek.
Rozgardiasz taki, że wzięłabym sobie, co bym tylko zechciała – pomyślała. Naraz jednak na głos wycedziła cały komplet przekleństw, gdy jej wełniany kapelusz porwało tchnienie morskiej bryzy. Czapla dorwała go tuż przed wydzieloną zagrodą dla świń przeznaczonych na handel. Błocko i smród były wszędobylskie; kobieta wzdrygnęła się i splunęła, po czym nałożyła głęboko kapelusz na czarne, sięgające do łopatek włosy. Te też były osobliwe, bowiem zwykła malować ich końcówki na rdzawo-czerwony kolor, imitujący żywy ogień, fantastycznie kontrastujący z naturalną czernią.
Przyspieszyła kroku. Stale usiłowała trzymać się z dala od dokerów, pomna niedawnych wydarzeń, gdy w portowych okolicach poczęła panować prawdziwa plaga wszy. Były tak uciążliwe, że połowa pracujących w dokach ścięła się na łyso. Dla Czapli byłaby to istna tragedia.
Lawirując pomiędzy stosami skrzyń, pakunków, lnianych worków, omijając co większe kałuże i ślady uryny, Czapla zeszła na najniższy poziom nabrzeża. Obawiała się, by jej wrodzona kleptomania znów nie wypłynęła na wierzch i nie przyprawiła o kłopoty. Tych i tak miała już nadto z racji obranej profesji.
Wnet jej wzrok, wbity dotychczas w kupieckie brygi i wynoszone z nich pokłady jakowejś rudy, mimowolnie podążył za gwarem i małym tłumkiem wiwatującym na czyjąś cześć. a działo się to nieopodal kamiennych schodów prowadzących do gmachu zarządcy portu. Stał tam dębowy stół, nadgryziony zębem czasu. Na stole zaś siłowały się dwie ręce, obie muskularne i zarośnięte, niby gęba brodacza. I wtedy go zobaczyła.
– Nie może być – rzekła cichutko, podchodząc bliżej, pod kraniec tłumu. – A jakże, to on!
W tej samej chwili dało się słyszeć westchnienie ulgi, a ludzie, obsiadłszy stół jak muchy na gnoju, poczęli wrzeszczeć i oklaskiwać zwycięzcę. Tym okazał się pokaźnych rozmiarów marynarz, mimo chłodnego wiatru siedzący z rozchełstaną koszuliną.
– Wiwat, bosmanmat! – krzyczeli. – Nie ma mocnych! Któż jeszcze mógłby się z nim mierzyć…
– Ja.
Głosy zamilkły, a spojrzenia powędrowały na wychodzącą przed szereg Czaplę. Chwilę później chichot wstrząsnął wręcz fundamentami portu.
– Patrzcie ją! – Wytykali palcami. – Chucherko czy człowiek, czy to kobita jednak?!
– Do kuka, dziwko! Ziemniaki obierać.
Czapla zagryzła wargi. Tym razem nie mogła się powstrzymać.
– Nazwij mnie jeszcze raz dziwką – wysyczała strasznym tonem – a ziemniaki będziesz miał zaraz wetknięte w wydłubane oczodoły.
Mężczyzna zamilkł, przerażony surowym spojrzeniem. Zaiste, ona mogłaby to uczynić.
– Dajcie jej przejść! – polecił ktoś rozsądniejszy, ratując sytuację. – Jeśli chce, niech siada.
Przeszła zatem pomiędzy nimi, stukając obcasami. Nim zasiadła na rozklekotanym krześle, zwycięski bosmanmat mruknął:
– Wpisowe na stół. Dziesięć zenników.
Czapla usiadła spokojnie i wbiła w niego swoje spojrzenie. Mierzyli się długo, a z każdą chwilą wzrok mężczyzny łagodniał. W pewnej chwili chrząknął, pocierając ogromny nos. Kobieta tymczasem sięgnęła do kieszonki u pasa, wydłubała parę monet i delikatnie położyła je na blacie, tuż obok większej sumki zgromadzonej przez bosmanmata. Zaraz potem pierwsza ułożyła łokieć na stole.
Mężczyzna wyciągnął rękę, lecz wówczas drgnął nieznacznie. Wiedział, że jest obserwowany przez gromadę znanych mu marynarzy. Ci zaś dotychczas nie dostrzegli, w co właściwie gra Czapla.
Bosmanmat położył rękę na stole i dotknął jej dłoni. Wtedy drgnął po raz wtóry. Oto bowiem noga kobiety, dotychczas lekko dotykająca jego nogawek, powędrowała wyżej. Mężczyzna oblizał wargi, nie mogąc oderwać wzroku od przeszywających go oczu Czapli. Widząc to, ta uczyniła to samo. Jej język wykonał wysoce osobliwe ruchy, a rzęsy zatrzepotały zalotnie.
– Zaczną kiedyś?! – Posłyszeli oboje narzekania pośród marynarzy. – Co to, rozpoznanie przeciwnika?!
Spletli dłonie. Czapla nieznacznie uśmiechnęła się i odkryła lewą ręką swe ramię. Nie miała czego się wstydzić, znać było, że niejeden ciężar samopas przetargała. I wtenczas bosmanmat drgnął raz jeszcze. Cel był dlań jasny, byle głupiec, zdrowy na ciele i umyśle, domyśliłby się, w czym rzecz. Bosmanmat przetarł spoconą twarz, raz jeszcze spojrzał w oczy Czapli i był pewien.
– Zaczęli! Wreszcie, do stu partaczy!
Mięśnie napięły się w zdobnym pojedynku, stół zatrzeszczał lekko. Nie spuszczali z siebie wzroku, gdy przez moment pozostawali w swoistym klinczu. Lecz po chwili, kroczek po kroczku, bosmanmat słabł. Po Czapli nie znać było większego wysiłku, zaś mężczyzna skroplił się niby wodą, z torsu padały mu grube krople, czoło zmarszczyło się jak u staruszka.
– Tam, do kata! – wrzeszczeli marynarze. – Nie może być…
Klang. Wygięty nadgarstek przeważył, kości zachrzęszczały o płaski blat. Wygrała.
– Wiwat, nieznajoma! – krzyczeli znowu, klaszcząc w starte od soli dłonie.
Czapla wstała jako pierwsza, stale spoglądając na sapiącego bosmanmata. Kiwnęła lekko głową, po czym powiodła wzrokiem w stronę schodów, by zaraz znów zatrzymać się na mężczyźnie. Gdy odchodziła, marynarze już się rozstąpili. Wtenczas i sam bosmanmat wstał, a serce biło mu niby skalne źródło. Szedł w ślad za nią, ta zaś umyślnie prowadziła go na wąską parcelę, tuż przy gmachu władz.
– A to morski pies! – zakrzyknął jeden z marynarzy, wskazując ich kamratowi. – Patrzaj no. Skubany… przegrał, a jakoby wygrał.
Zniknęli im z oczu. Parcela była ustronna, otoczona murem i bujnym krzewem dzikiej winorośli. Czekała tam na niego. Gdy się zjawił, stała odwrócona, splatając ręce z tyłu. Bosmanmat chciał coś powiedzieć, lecz wtedy właśnie odwróciła się, podeszła doń dwa kroki i położyła mu palec na ustach. Ni słowa nie wyrzekła, jeno wyciągnęła ręce i dotknęła jego wysokich ramion. Powiodła po nich dłonią, po czym przybliżyła swą twarz do niego tak, że poczuł jej oddech. Przymknął oczy, wyczekując. Wówczas poczuł coś, jak gdyby ukąszenie węża, tylko po kilkakroć boleśniejsze. Westchnął w szoku, ale Czapla zatkała mu usta. Spojrzał w dół. Sztylet przeszedł go na wylot.
Poczuł, że odpływa. Nie zareagował, był tak otumaniony i skołowacony, że nawet nie podniósł ręki we własnej obronie. Gdy osuwał się na kolana, już go nie podtrzymywała. Klęknęła tuż obok i nachyliła się doń. Jego wzrok, choć wciąż wbity w nieznajomą, powoli zachodził mgłą.
– Wiosenne przesilenie – szepnęła, a jej głos brzmiał mu w głowie niby sztorm. – Pamiętasz? Wodowanie twojego szkunera, nówki jak spod igły.
Chciał coś powiedzieć, lecz słowa znów utknęły mu w gardle.
– Pamiętasz tę piegowatą dziewczynę? – mówiła dalej, czując na sobie drżenie jego ciała. – Wiem, że pamiętasz. Ty wziąłeś ją jako pierwszą. Gdy się ubawiłeś, oddałeś pozostałym. Tak było, czyż nie? Twoi marynarze zgwałcili ją sześć razy, po czym związali i wyrzucili do morza.
Bosmanmat zbladł w jednej chwili, krew odpłynęła mu od czoła aż do szyi.
– A teraz… – wyciągnęła sztylet jednym ruchem – zapamiętaj to imię. Catalinae, Czapla. Pierwsza Szabla Międzymorza. z tym to mianem przyjdzie ci tu zemrzeć, ażebyś słyszał je po wsze czasy!
Padł na twarz, krwawiąc obficie, a Catalinae niezwłocznie opuściła zaułek. Gdy znaleźli jego martwe ciało, opływała już Archipelag Palmerski.
***
Krótki świst sztyletu, rozrywający powietrze jak płaty mięsa. Nagły stukot, stal zagłębiająca się w kauczukową tarczę. Pełne czasze cydru, szczękanie butelczyn rumu, śmiechy i rywalizacja.
– W Oryoness to wiedzą, jak się zabawić!
– Nieznajomy, jesteś najlepszy! Jakże cię zwać, toć nie godzi się pić przed intronizacją.
– Wybaczcie, szlachetni panowie – brązowawo opalony marynarz z kolczykiem w uchu i włosami do brody skłonił się dworsko – zmuszony jestem pozostać incognito, gdyż ma sława żyć mi nie da, kiedy tutejsi się o mnie dowiedzą.
– Pieprzysz pan zdrowo! Ani mundura, ani płaszcza, ręce linami poszarpane, a gęba ogorzała… Żaden ty pan, jeno jeden z nas. Ahoj, choć kamratami swymi nas zwij, a wypijemy z tobą.
Marynarz z kolczykiem podwinął rękawy, powziął kufel cydru i wzniósł go, mówiąc:
– Zdrowie kamratów! Ażeby wam wiatry zawsze sprzyjały!
– Zdrowie!
Piana lała się po brodach, kufle trzaskały we wzajemnych toastach i życzeniach pomyślności. Zaiste, marynarska brać trzymała się hardo.
– Hejże, kamracie! – Ów głos inny był niż wszystkie. Brzmiał bardziej wytwornie, znać było, że nie wypowiadała go byle zapijaczona morda. – A ze mną się spróbujesz?!
Marynarz z kolczykiem wodził wzrokiem po okolicy. Towarzysze wskazali mu stół pod balustradą, w rogu. Siedział tam samotny mężczyzna, znać było, że co najmniej oficer. Tawerna nie należała do najbardziej rozpoznawalnych w wielkim mieście, toteż jego bytność tutaj zasadniczo zastanawiała.
– Oczywista! – zgodził się marynarz. – A z kimże mi ta przyjemność wypadła? Nie widziałem waszmości wcześniej w tych progach.
Oficer wstał, a każdy z towarzyszy marynarza przeleciał wzrokiem jego ubiór. Czysta, aksamitna wręcz biel uniformu, nosząca błękitno-złote emblematy Palmerii, naznaczona mnóstwem wcięć, rozcięć, frędzli, spinek, pasów i szarf. Słowem… w portowej tawernie pasował do otoczenia jak szczur na wystawie bernardynów.
– Trejo, legat korony palmerskiej – przedstawił się.
Marynarze oniemieli, kiwając głowami i nie wiedząc, jak właściwie mają się zachować. Legaci byli w palmerskiej armii zwierzchnikami legionów, posiadali bardzo szeroką władzę i posługiwali jedynie pod naczelnym dowództwem sił lądowych.
– Nie wiem, czy śmiałbym…
– Śmiałbyś – przerwał zaraz Trejo. – Pogardę otrzymałbyś jeno wtedy, marynarzu, gdybyś to ty wyzwał do pojedynku mnie. Skoro zaś to ja podjąłem do wyzwania ciebie, wstydem okryjesz się ino wtedy, gdy wyzwania nie przyjmiesz.
Dwa zdania wystarczą, by wyrobić sobie opinię, której zwykle nie da się już wymazać. Trejo jawił się jako pan z wyższych sfer, bogaty i pewny siebie, a przy tym wyjątkowo butny. Marynarze prędko go przejrzeli, lecz cóż było zrobić.
– Zgadzam się tedy. – Marynarz z kolczykiem rozłożył ręce. – Zaczynajmy.
– Ten to wyżej sra, niż dupę ma! – poniosły się stłumione wyrazy drwiny. – Dołóż pajacowi!
Trejo nie słyszał żadnych obelg, prawdopodobnie od małego uczony, by nie zwracać uwagi na opinię pospólstwa. Jego bytność w tawernie dalej stanowiła zagadkę, aczkolwiek rzeczywistość doprowadziła do ich rywalizacji. Na małej werandzie, podniesionej nieco od poziomu gruntu warstwą ciasno ułożonych belek, ustawiono pole turniejowe. Na dwóch pniakach leżały zestawy sztyletów, każdy zestaw liczył po trzy sztuki. Na wprost nich, jakieś dziesięć łokci od rzucających, wbito dwa konary drzewa hebanowego, do których przybito gwoździami dwie kauczukowe tarcze. Wymalowane białą i czerwoną farbą, wskazywały pola trafień. Prosta, acz efektowna rozrywka, którą marynarze uwielbiali jak mało co. No, może mniej aniżeli butelczynę cydru…
– Gotów? – zakrzyknął poszarpany na karku doker, pełniący rolę sekundanta. – Próba pierwsza. Hop!
Trejo i jego rywal, lider tłumu, powzięli sztylety w tym samym momencie, po czym cisnęli w stronę tarczy, mocno i celnie. Ostrza wbiły się w zewnętrzny pierścień. Remis. Drugą parę znów capnęli obaj i rzucili bliźniaczo podobnie. Przy trzeciej próbie wzięli głębszy wdech. Jeden ukradkiem spoglądał na drugiego, lecz znów oddali swe rzuty w tym samym momencie. Legat po raz kolejny trafił w zewnętrzne obramowanie. Sztylet marynarza z kolczykiem pofrunął o pierścień bliżej tarczy.
– Rewanż! – zasyczał Trejo, nim ktokolwiek zdążył podnieść wiwaty. Brzmiało to bardziej jak rozkaz niż propozycja.
Rywal kiwnął głową, a marynarz–sekundant przyniósł obu po trzy sztylety. Tym razem nie zdążył nawet oznajmić startu, rywalizujący złapali ostrza i ciskali nimi naprzemiennie. Wynik… znów ten sam!
– Jeszcze raz – mruknął ponownie Trejo.
Nikt nie ważył się protestować. Po trzecim podejściu było zaś i czwarte. Nerwy i wściekłość zrobiły swoje, ostatnie dwa rzuty legata pofrunęły obok tarczy, przecinając wpół wiszący tam kwietnik.
– Esta plaga! – zaklął i jak gdyby nigdy nic wypadł z tarasu na zewnątrz.
Wówczas odezwały się wiwaty, a zwycięski po czterokroć marynarz lśnił szerokim uśmiechem i gestem wzniesionych w górę rąk.
– A gdzie cydr dla zwycięzcy?! – krzyknął ktoś równie odważny, co nieroztropny.
– Daj spokój – zganili go zaraz koledzy, sadzając na miejsce. – Porażka dosyć słoną mu będzie. Taki to jeszcze gotowy straż w odwecie nasłać.
– Ale! Patrzajcie, butelczyny zostawił. Szkoda, co by się zmarnowało…
– Ostaw, dobrze ci mówię! Łapy przy sobie. Pewno jeszcze wróci, gdy zgryzota mu przejdzie.
– Pijcie, kamraci – ozwał się zwycięski marynarz, odgarniając włosy za ucho. – Ja też się przejdę, od cydru łeb mi się cosik przekręca na lewą stronę.
Pożegnali go z prawdziwym uwielbieniem, polecając z naciskiem, by prędko do nich powrócił. Ten powziął swój płaszcz, umorusany co nieco na nadbrzeżnym bagnisku, i odszedł, salutując na pożegnanie. Zatrzymał się ukradkiem przy stole w rogu, teraz pustym, lecz z niedopitą ćwiartką cydru. Rozejrzał się. Kamraci nie zwracali już na niego uwagi, legat wciąż nie powrócił, a karczmarz krzątał się gdzieś z dala, na zapleczu.
– Trejo, Trejo – szeptał sam do siebie, uśmiechając się szeroko – zapamiętam ja ciebie, lecz nie tak, jak ty popamiętasz mą pamiątkę. Aż szkoda, że nie przyjdzie mi zobaczyć twej miny!
Niebawem, gdy marynarz opuścił tawernę, Trejo powrócił na swoje miejsce. Śmierdział dymem, pewno z nerwów opróżnił całe pudełeczko tytoniu. Siadł teraz inaczej, tyłem, by nie widzieć wskazujących go palcami marynarzy. Wychylił prędko pozostały cydr, a chcąc zostawić na blacie drobne na napiwek, przypadkowym ruchem odsłonił kawałek wyłożonej na nim ceraty. Przyjrzał się jej bliżej, marszcząc brwi.
Widziałem już gdzieś ten emblemat? – zastanawiał się.
Na blacie wystrugano jakimś ostrym narzędziem całkiem zgrabny rysunek. Przedstawiał on ludzkie serce przebite strzałą, bardzo dokładnie odwzorowane. I naraz, olśnienie – Medran. Zakała, Medran z Oryoness!
Legat zerwał się na równe nogi i podszedł z nagła do stolika marynarzy, aż co poniektóry zachłysnął się cydrem, oblewając nagi tors.
– Gdzie poszedł?! – spytał krótko, a głosem tak ostrym i nieprzyjemnym, że byle tylko go spławić.
Marynarze gotowi byli do kłamstwa. Odezwał się wówczas jeden z brodatych jegomościów, wyjawiając, że prawie nic o nim nie wiedzą, a i żadną podróżą nie zwykł się chwalić. Trejo zostawił ich tedy, uznając za zbędnych i nieużytecznych. Szybkim marszem udał się na nabrzeże. Wszedłszy na wolne od jednostek skrajne molo, obserwował port i redę, aż wreszcie w oczy wpadł mu oddalający się już slup pod pełnymi żaglami. Wówczas, widząc przechodzącego nieopodal adepta żeglarstwa z zapewne niesioną kapitanowi lunetą, podskoczył doń i wyrwał mu ją bez słów wyjaśnienia.
– Slup, tak – wypowiadał na głos swe obserwacje. – Mmm, to… Kameleon! Esta plaga! To on!
– Któż taki? – spytał niepewnie młodzian, oczekując zwrotu sprzętu.
Trejo prawdopodobnie nawet go nie słyszał.
– Udało ci się, śmieciu – wycedził oficer w stronę odpływającego, wpychając lunetę w ręce prawowitego właściciela. – Udało ci się. Ostatni raz.
***
– Ale heca! A kapitana widziałeś?
– Noo! Odkąd po trapie przelazłem, dojrzeć go chciałem. Mówili, że każden wilk morski przy nim to wygląda jak płotka przy wielorybie!
– I co? Dojrzałeś go? Ja ni chybi, nawet jego głosu żem nie słyszał.
– A widziałem i słyszałem też, i starczy.
– He? Cóże pleciesz?
– No, mówię ci, jakem dobry. Czerwonym go zowią, ale on czarny niby smoła. Znaczy, nie gęba no, ale włosiska na czoło mu wyłażą, i broda, o, z tej to warkocze by mógł pleść! A wielki to chłop jak połowa grotmasztu! Głos ma taki cierpny, jakoby z więzień po stuleciu dopiero co wylazł, buciory podkute, a płaszcz tak ogromny, że od szyi aż do kostek prawie mu sięga!
– I ja… O jasny gwint, idzie tu! Bierz szmatę, w trymiga!
Albuss Dredd rzeczywiście pojawił się na pokładzie. Wracał właśnie z inspekcji składziku żywności, gdy jego spojrzenie spoczęło na dwóch młodych, rozprawiających ze sobą niedorostkach. Kapitan uśmiechnął się, choć był to uśmiech z natury raczej złowrogi. Brak dwóch zębów z pewnością nie pomagał.
Nowy nabór był koniecznością. Co oczywiste, narybek musiał zostać ściągnięty z innych źródeł niźli palmerskie brzegi, w których to, co by nie mówić, Albuss nie był mile widziany. To znaczy, może i by go chętnie przygarnięto, jednakże jedynie do najgłębszych kazamatów. To zaś doświadczonemu kapitanowi nie widziało się, szczególnie jako widok na starość.
Ostatnie rejsy, a raczej tułaczki po Zatoce Fiordów zebrały swe żniwo, a ich owocem byli owi dwaj majtkowie, przyuczający się dopiero do zawodu, acz przy tym niezwykle sumienni. Dredd, jako człowiek świadomy, należycie ważył powagę morale i atmosfery na pokładzie. Chcąc dać temu przykład, podszedł swym ciężkim, długim krokiem do bakburty nieopodal stosu szmat, gdzie nowicjusze szorowali pokład.
– A wiecie, młodzi przyjaciele – ryknął barytonem, włączając się do rozmowy, aż młodzieńcom bladość wystąpiła na lica – że ta oto Korona Mórz, ma perełka, nie jest pierwszym byle galeonem? Pojemne to moje sreberko na ponad osiemset łasztów. Wskażcie mi drugi, równie wspaniały, a srebrem i bursztynem obdaruję!
Młodzi ani nie przerwali pracy, ani nie ważyli się nawet podnieść spojrzenia. Albuss obruszył się na to, pytając:
– A jakież to wrażenia na was sprawia ma perełka?!
Majtkowie powstali, drżący i skuleni. Jeden z nich, ten, który widział Dredda po raz pierwszy, zapiszczał:
– Wspa-wspaniały to okręt… kapitanie! Nigdy… nie widziałem tak wyniosłego… bukszprytu.
Dredd znów się uśmiechnął, opierając się o burtę. Twarz zryła mu już fałda zmarszczek, czoło spękane było od morskiego wiatru, okryte jeno od słońca nieregularnym kapeluszem. Kapitan spoglądał chwilę w łagodne morze, ledwo co chlupiące o jego własny galeon. Wreszcie splunął po dwakroć, wysupłał z kieszeni parę orzechów laskowych i rzucił je majtkom. Ci złapali w lot, lecz nie odważyli się jeść.
– To dla was – zachęcał kapitan. – Jeszcze żeście szczury lądowe, onieśmieleni. I jam taki był, gdym zaczynał! Acz było to tak dawno, że omalże zapomniałem, jak to jest, pierwsze dni na morzu. Ach… Wszyscy jesteśmy załogą, kamraci! Musimy być jednością! Kiedy tajfun srogo uderzy, wicher zacznie smagać niby batem, wtedy tylko razem żywiołom się oprzemy. Pytajcie przeto, bacznie się rozglądajcie i uczcie. Ale to tak, ażeby takielunek po ciemku obsługiwać!
Po tych słowach Dredd obrócił się na pięcie i zamierzał udać się na mostek. Wtem w miejscu wstrzymał go głos jednego z młodzianów.
– Przepraszam, ja… mam zapytanie.
Kapitan skrzywił się, podrapał po głowie i odwrócił. Nie spodziewał się pytań, wbrew temu co powiedział, i niezbyt miał na nie ochotę. Aczkolwiek czuł, że nie może się wycofać z własnych słów.
– Pytajże zatem!
– Ja… – zaplątał się majtek – bo… no, bo ja się zastanawiałem, jak to jest. Bo kapitan sławetny jest, nigdy nie chybia, nigdy go złapać nie idzie… Jakże kapitan to robi? Jakże cele dobiera?
Dredd złożył ręce na brzuchu i uśmiechnął się. Tym razem był to najszczerszy uśmiech, najbardziej jowialny, na jaki tylko było go stać.
– A, żadna to tajemnica, mój młody bukanierze – wyrecytował. – Jeno kość do gry potrzebna, abo sztylet, co tam, gdzie na mapę spadnie, abordaż się przytrafia.
Naraz kapitana spotkało rozczarowanie. Młodzi otworzyli usta, porzucili utkwione w nim spojrzenia i z wolna wrócili do szorowania belek. Dredd znów się zmarszczył, niejako dotknięty ową niewiarą. Wówczas prędko sięgnął do kieszeni, wyjął prostopadłościenną kostkę i rzucił nią pomiędzy majtków. Ci, widząc czarne pola na białym tle, oniemieli.
– A teraz za mną! – zakomenderował.
Obaj majtkowie wstali z duszą na ramieniu i poszli w ślad za Dreddem. Ten poprowadził ich na górny pokład. Na mostku, przy ściance przybudówki, wisiał kawałek podłużnej deski, pełniącej tam rolę okolicznościowego stołu. Nieopodal znajdował się ster, za którym stał teraz wąsaty marynarz z podwiniętymi nogawkami. Dredd rzucił na deskę rulon, rozwinął i zatknął na końcach kawałki drewna. Była to mapa Międzymorza wraz z wybrzeżami Palmerii, rozrysowanymi skałami południowych skrajów Persingu i pobieżnym szkicem Zachodnich Brzegów.
Gdy młodzi wpatrywali się w szkice, niewiele rozumiejąc, Dredd z nagła wyciągnął zza pasa sztylet. Odbłysk stali zamajaczył w młodych źrenicach, krótkie życie przeleciało im przed oczami, gdy dojrzeli lecącą klingę. Ta jednak inny miała cel niźli ich słabe piersi. Sztylet wbił się w mapę, dyndając chwilę z metalicznym zgrzytem.
– Umieta czytać? – spytał Dredd, krzyżując ręce na piersiach. – Niech no który rzeknie, gdzie będziemy płynąć!
– Archipelag… Palmerski – przeczytał z trudem jeden z młodych, ten, który znał przynajmniej większość liter.
– Bosman! – zakrzyknął Dredd, aż majtkowie podskoczyli niby kangury. – Kurs na północno-północny wschód! Na Archipelag Palmerski!
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Piraci z Międzymorza
isbn: 978-83-8423-222-4
© Hadrian DeLore i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Agata Dobosz
korekta: Magdalena Brzezowska-Borcz
okładka: Oliwia Błaszczyk
przygotowanie e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
