Piraci z Międzymorza - Hadrian DeLore - ebook
NOWOŚĆ

Piraci z Międzymorza ebook

Hadrian DeLore

3,3

28 osób interesuje się tą książką

Opis

Piraci nie pytają o drogę. Oni ją wyznaczają.

Czerwony Dredd, a właściwie kapitan Albuss Dredd, jest chodzącą legendą – piracką legendą, należałoby uściślić. Wraz ze swoją załogą, szumnie zwaną Piratami z Międzymorza, napada na transporty kompanii dalekomorskiej bądź magazyny bogatych arystokratów, kradnie, pali i plądruje…

Zuchwałe występki morskich łotrów coraz bardziej irytują mieszkańców okolicznych miast portowych, szczególnie jednego z nich – markiza Estebana, który postanawia raz na zawsze rozprawić się z piratami. Pomaga mu w tym infant Xisco de Gualanoche.

Czerwony Dredd nic sobie jednak nie robi z uzbrojonego pościgu, który podąża w ślad za nim. Właśnie rozpoczyna swoją największą misję: wyprawę po Srebrne Oko, tajemniczy skarb, który od lat rozpala jego piracką wyobraźnię. I nie spocznie, dopóki go nie odnajdzie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 208

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,3 (3 oceny)
1
1
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Garfieldi

Nie polecam

Słabiutko . Cala naprzod na zaglowcu? Fabuła kiepsciutka, postacie przerysowane , odradzam.
00



Roz­dział 1

Mor­skie psy

Jest rok 1712 we­dle ra­chu­by en­dal­mar­skiej.

Dry­fu­je­my już trze­ci ty­dzień, dzień po dniu to sa­mo! Po­krzy­ku­ją­ce lu­stro ciem­no­błę­kit­nej ma­sy, go­to­wej po­chło­nąć cię w oka­mgnie­niu! Ptac­twa ni śla­du, szmat mil od ja­kie­go­kol­wiek brze­gu. Mi­le od po­krew­nej ludz­kiej du­szycz­ki…

Sło­ny po­wiew wi­chru w no­sie i uszach, mo­stek wszę­dy za­rzy­ga­ny, a opa­rem gro­gu prze­szły już bo­daj wszyst­kie szma­ty na tym okrę­cie! I te za­pi­ja­czo­ne gę­by przy by­le oka­zji do­rwą cię, wrzesz­cząc: ostat­ni kurs, tam i z po­wro­tem, i ni­g­dy wię­cej! Tak… we­so­łe jest ży­cie ma­ry­na­rza.

Nie za­mie­nił­bym go na żad­ne in­ne.

***

Cza­pla. Pierw­sza Sza­bla Mię­dzy­mo­rza.

Trud­no by­ło­by so­bie wy­obra­zić nad­mor­ską spe­lu­nę o gor­szej re­pu­ta­cji niź­li skry­ta nie­opo­dal wej­ścia do ka­na­łów, bez­i­mien­na iz­deb­ka dla ostat­nich włó­czę­gów. Drzwi mia­ła otwar­te na oścież, zgni­łe od spodu sta­łym wpły­wem wil­go­ci. Pi­jac­kie bur­dy nio­sły się da­le­ko aż na nad­brze­że. Cza­pla, prze­cho­dząc nie­opo­dal, na­wet okiem nie mru­gnę­ła.

By­ła wście­kła.

Ni­g­dy wię­cej – my­śla­ła gniew­nie. – Choć­bym mia­ła do koń­ca mych dni dry­fo­wać bez ce­lu, mil­sze mi to niż jesz­cze go­dzi­na czy dwie wię­cej na tych za­pchlo­nych brze­gach!

Jej chód nie przy­po­mi­nał peł­ne­go gra­cji i szy­ku kro­ku oko­licz­nych dziew­cząt, krę­cą­cych się wko­ło gro­bli do póź­nych go­dzin wie­czor­nych. By­ła wy­so­ka i po­nad­prze­cięt­nie moc­no zbu­do­wa­na w ra­mio­nach, na wzór ma­ry­nar­skich do­ke­rów tuż przed przedaw­ko­wa­niem gro­gu i wzro­stem piw­ne­go brzu­szy­ska.

Cza­pla uni­ka­ła spoj­rzeń. Za­sad­ni­czo, nie cier­pia­ła spo­ufa­lać się z nie­zna­jo­my­mi, a za­wie­ra­nie no­wych wię­zi szło jej jak po gru­dzie. Zresz­tą… nie po­trze­bo­wa­ła te­go. Je­śli już jej wzrok ze­tknął się z ja­kimś prze­chod­nim ma­ry­na­rzem, zwy­cza­jo­wo by­ło w nim peł­no po­gar­dy. A że sa­ma przy­cią­ga­ła wzrok, zda­rza­ło się jej to na­der czę­sto.

Z ze­wnątrz przy­po­mi­na­ła wy­so­kiej ran­gi ofi­ce­ra. Dam­skich przed­sta­wi­cie­li w pal­mer­skiej ma­ry­nar­ce by­ło jak na le­kar­stwo, to­też obec­ność Pa­ni Ofi­cer za­wsze po­wo­do­wa­ła zwięk­szo­ne za­in­te­re­so­wa­nie. No­si­ła ciem­ne, cia­sno przy­le­ga­ją­ce bry­cze­sy i wpusz­czo­ną w nie lnia­ną ko­szu­lę. Bu­ty, moc­ne i wy­so­kie, się­ga­ją­ce nie­mal­że do ko­lan. Pas oka­la­ją­cy bio­dra, z dyn­da­ją­cą luź­no sza­blą o gra­we­ro­wa­nej zło­tem rę­ko­je­ści i wzo­rzy­stym, chro­nią­cym dłoń jel­cu. Cza­pla nie wy­glą­da­ła na ko­goś, z kim war­to za­dzie­rać.

Su­nąc na­brze­żem, mi­ja­ła ca­łe zgra­je tra­ga­rzy, krę­cą­cych się we wszyst­kie stro­ny. Na­stał wła­śnie czas roz­ła­dun­ku kon­wo­jów, na re­dę wpły­wa­ły ko­lej­ne jed­nost­ki, po brze­gi wy­ła­do­wa­ne do­bra­mi z ko­lo­nij­nych wy­se­pek.

Roz­gar­diasz ta­ki, że wzię­ła­bym so­bie, co bym tyl­ko ze­chcia­ła – po­my­śla­ła. Na­raz jed­nak na głos wy­ce­dzi­ła ca­ły kom­plet prze­kleństw, gdy jej weł­nia­ny ka­pe­lusz po­rwa­ło tchnie­nie mor­skiej bry­zy. Cza­pla do­rwa­ła go tuż przed wy­dzie­lo­ną za­gro­dą dla świń prze­zna­czo­nych na han­del. Błoc­ko i smród by­ły wszę­do­byl­skie; ko­bie­ta wzdry­gnę­ła się i splu­nę­ła, po czym na­ło­ży­ła głę­bo­ko ka­pe­lusz na czar­ne, się­ga­ją­ce do ło­pa­tek wło­sy. Te też by­ły oso­bli­we, bo­wiem zwy­kła ma­lo­wać ich koń­ców­ki na rdza­wo-czer­wo­ny ko­lor, imi­tu­ją­cy ży­wy ogień, fan­ta­stycz­nie kon­tra­stu­ją­cy z na­tu­ral­ną czer­nią.

Przy­spie­szy­ła kro­ku. Sta­le usi­ło­wa­ła trzy­mać się z da­la od do­ke­rów, po­mna nie­daw­nych wy­da­rzeń, gdy w por­to­wych oko­li­cach po­czę­ła pa­no­wać praw­dzi­wa pla­ga wszy. By­ły tak uciąż­li­we, że po­ło­wa pra­cu­ją­cych w do­kach ścię­ła się na ły­so. Dla Cza­pli by­ła­by to ist­na tra­ge­dia.

La­wi­ru­jąc po­mię­dzy sto­sa­mi skrzyń, pa­kun­ków, lnia­nych wor­ków, omi­ja­jąc co więk­sze ka­łu­że i śla­dy ury­ny, Cza­pla ze­szła na naj­niż­szy po­ziom na­brze­ża. Oba­wia­ła się, by jej wro­dzo­na klep­to­ma­nia znów nie wy­pły­nę­ła na wierzch i nie przy­pra­wi­ła o kło­po­ty. Tych i tak mia­ła już nad­to z ra­cji ob­ra­nej pro­fe­sji.

Wnet jej wzrok, wbi­ty do­tych­czas w ku­piec­kie bry­gi i wy­no­szo­ne z nich po­kła­dy ja­ko­wejś ru­dy, mi­mo­wol­nie po­dą­żył za gwa­rem i ma­łym tłum­kiem wi­wa­tu­ją­cym na czy­jąś cześć. a dzia­ło się to nie­opo­dal ka­mien­nych scho­dów pro­wa­dzą­cych do gma­chu za­rząd­cy por­tu. Stał tam dę­bo­wy stół, nad­gry­zio­ny zę­bem cza­su. Na sto­le zaś si­ło­wa­ły się dwie rę­ce, obie mu­sku­lar­ne i za­ro­śnię­te, ni­by gę­ba bro­da­cza. I wte­dy go zo­ba­czy­ła.

– Nie mo­że być – rze­kła ci­chut­ko, pod­cho­dząc bli­żej, pod kra­niec tłu­mu. – A jak­że, to on!

W tej sa­mej chwi­li da­ło się sły­szeć wes­tchnie­nie ulgi, a lu­dzie, ob­siadł­szy stół jak mu­chy na gno­ju, po­czę­li wrzesz­czeć i okla­ski­wać zwy­cięz­cę. Tym oka­zał się po­kaź­nych roz­mia­rów ma­ry­narz, mi­mo chłod­ne­go wia­tru sie­dzą­cy z roz­cheł­sta­ną ko­szu­li­ną.

– Wi­wat, bos­man­mat! – krzy­cze­li. – Nie ma moc­nych! Któż jesz­cze mógł­by się z nim mie­rzyć…

– Ja.

Gło­sy za­mil­kły, a spoj­rze­nia po­wę­dro­wa­ły na wy­cho­dzą­cą przed sze­reg Cza­plę. Chwi­lę póź­niej chi­chot wstrzą­snął wręcz fun­da­men­ta­mi por­tu.

– Pa­trz­cie ją! – Wy­ty­ka­li pal­ca­mi. – Chu­cher­ko czy czło­wiek, czy to ko­bi­ta jed­nak?!

– Do ku­ka, dziw­ko! Ziem­nia­ki obie­rać.

Cza­pla za­gry­zła war­gi. Tym ra­zem nie mo­gła się po­wstrzy­mać.

– Na­zwij mnie jesz­cze raz dziw­ką – wy­sy­cza­ła strasz­nym to­nem – a ziem­nia­ki bę­dziesz miał za­raz we­tknię­te w wy­dłu­ba­ne oczo­do­ły.

Męż­czy­zna za­milkł, prze­ra­żo­ny su­ro­wym spoj­rze­niem. Za­iste, ona mo­gła­by to uczy­nić.

– Daj­cie jej przejść! – po­le­cił ktoś roz­sąd­niej­szy, ra­tu­jąc sy­tu­ację. – Je­śli chce, niech sia­da.

Prze­szła za­tem po­mię­dzy ni­mi, stu­ka­jąc ob­ca­sa­mi. Nim za­sia­dła na roz­kle­ko­ta­nym krze­śle, zwy­cię­ski bos­man­mat mruk­nął:

– Wpi­so­we na stół. Dzie­sięć zen­ni­ków.

Cza­pla usia­dła spo­koj­nie i wbi­ła w nie­go swo­je spoj­rze­nie. Mie­rzy­li się dłu­go, a z każ­dą chwi­lą wzrok męż­czy­zny ła­god­niał. W pew­nej chwi­li chrząk­nął, po­cie­ra­jąc ogrom­ny nos. Ko­bie­ta tym­cza­sem się­gnę­ła do kie­szon­ki u pa­sa, wy­dłu­ba­ła pa­rę mo­net i de­li­kat­nie po­ło­ży­ła je na bla­cie, tuż obok więk­szej sum­ki zgro­ma­dzo­nej przez bos­man­ma­ta. Za­raz po­tem pierw­sza uło­ży­ła ło­kieć na sto­le.

Męż­czy­zna wy­cią­gnął rę­kę, lecz wów­czas drgnął nie­znacz­nie. Wie­dział, że jest ob­ser­wo­wa­ny przez gro­ma­dę zna­nych mu ma­ry­na­rzy. Ci zaś do­tych­czas nie do­strze­gli, w co wła­ści­wie gra Cza­pla.

Bos­man­mat po­ło­żył rę­kę na sto­le i do­tknął jej dło­ni. Wte­dy drgnął po raz wtó­ry. Oto bo­wiem no­ga ko­bie­ty, do­tych­czas lek­ko do­ty­ka­ją­ca je­go no­ga­wek, po­wę­dro­wa­ła wy­żej. Męż­czy­zna ob­li­zał war­gi, nie mo­gąc ode­rwać wzro­ku od prze­szy­wa­ją­cych go oczu Cza­pli. Wi­dząc to, ta uczy­ni­ła to sa­mo. Jej ję­zyk wy­ko­nał wy­so­ce oso­bli­we ru­chy, a rzę­sy za­trze­po­ta­ły za­lot­nie.

– Za­czną kie­dyś?! – Po­sły­sze­li obo­je na­rze­ka­nia po­śród ma­ry­na­rzy. – Co to, roz­po­zna­nie prze­ciw­ni­ka?!

Sple­tli dło­nie. Cza­pla nie­znacz­nie uśmiech­nę­ła się i od­kry­ła le­wą rę­ką swe ra­mię. Nie mia­ła cze­go się wsty­dzić, znać by­ło, że nie­je­den cię­żar sa­mo­pas prze­tar­ga­ła. I wten­czas bos­man­mat drgnął raz jesz­cze. Cel był dlań ja­sny, by­le głu­piec, zdro­wy na cie­le i umy­śle, do­my­ślił­by się, w czym rzecz. Bos­man­mat prze­tarł spo­co­ną twarz, raz jesz­cze spoj­rzał w oczy Cza­pli i był pe­wien.

– Za­czę­li! Wresz­cie, do stu par­ta­czy!

Mię­śnie na­pię­ły się w zdob­nym po­je­dyn­ku, stół za­trzesz­czał lek­ko. Nie spusz­cza­li z sie­bie wzro­ku, gdy przez mo­ment po­zo­sta­wa­li w swo­istym klin­czu. Lecz po chwi­li, kro­czek po krocz­ku, bos­man­mat słabł. Po Cza­pli nie znać by­ło więk­sze­go wy­sił­ku, zaś męż­czy­zna skro­plił się ni­by wo­dą, z tor­su pa­da­ły mu gru­be kro­ple, czo­ło zmarsz­czy­ło się jak u sta­rusz­ka.

– Tam, do ka­ta! – wrzesz­cze­li ma­ry­na­rze. – Nie mo­że być…

Klang. Wy­gię­ty nad­gar­stek prze­wa­żył, ko­ści za­chrzęsz­cza­ły o pła­ski blat. Wy­gra­ła.

– Wi­wat, nie­zna­jo­ma! – krzy­cze­li zno­wu, klasz­cząc w star­te od so­li dło­nie.

Cza­pla wsta­ła ja­ko pierw­sza, sta­le spo­glą­da­jąc na sa­pią­ce­go bos­man­ma­ta. Kiw­nę­ła lek­ko gło­wą, po czym po­wio­dła wzro­kiem w stro­nę scho­dów, by za­raz znów za­trzy­mać się na męż­czyź­nie. Gdy od­cho­dzi­ła, ma­ry­na­rze już się roz­stą­pi­li. Wten­czas i sam bos­man­mat wstał, a ser­ce bi­ło mu ni­by skal­ne źró­dło. Szedł w ślad za nią, ta zaś umyśl­nie pro­wa­dzi­ła go na wą­ską par­ce­lę, tuż przy gma­chu władz.

– A to mor­ski pies! – za­krzyk­nął je­den z ma­ry­na­rzy, wska­zu­jąc ich kam­ra­to­wi. – Pa­trzaj no. Sku­ba­ny… prze­grał, a ja­ko­by wy­grał.

Znik­nę­li im z oczu. Par­ce­la by­ła ustron­na, oto­czo­na mu­rem i buj­nym krze­wem dzi­kiej wi­no­ro­śli. Cze­ka­ła tam na nie­go. Gdy się zja­wił, sta­ła od­wró­co­na, spla­ta­jąc rę­ce z ty­łu. Bos­man­mat chciał coś po­wie­dzieć, lecz wte­dy wła­śnie od­wró­ci­ła się, po­de­szła doń dwa kro­ki i po­ło­ży­ła mu pa­lec na ustach. Ni sło­wa nie wy­rze­kła, je­no wy­cią­gnę­ła rę­ce i do­tknę­ła je­go wy­so­kich ra­mion. Po­wio­dła po nich dło­nią, po czym przy­bli­ży­ła swą twarz do nie­go tak, że po­czuł jej od­dech. Przy­mknął oczy, wy­cze­ku­jąc. Wów­czas po­czuł coś, jak gdy­by uką­sze­nie wę­ża, tyl­ko po kil­ka­kroć bo­le­śniej­sze. Wes­tchnął w szo­ku, ale Cza­pla za­tka­ła mu usta. Spoj­rzał w dół. Szty­let prze­szedł go na wy­lot.

Po­czuł, że od­pły­wa. Nie za­re­ago­wał, był tak otu­ma­nio­ny i sko­ło­wa­co­ny, że na­wet nie pod­niósł rę­ki we wła­snej obro­nie. Gdy osu­wał się na ko­la­na, już go nie pod­trzy­my­wa­ła. Klęk­nę­ła tuż obok i na­chy­li­ła się doń. Je­go wzrok, choć wciąż wbi­ty w nie­zna­jo­mą, po­wo­li za­cho­dził mgłą.

– Wio­sen­ne prze­si­le­nie – szep­nę­ła, a jej głos brzmiał mu w gło­wie ni­by sztorm. – Pa­mię­tasz? Wo­do­wa­nie two­je­go szku­ne­ra, nów­ki jak spod igły.

Chciał coś po­wie­dzieć, lecz sło­wa znów utknę­ły mu w gar­dle.

– Pa­mię­tasz tę pie­go­wa­tą dziew­czy­nę? – mó­wi­ła da­lej, czu­jąc na so­bie drże­nie je­go cia­ła. – Wiem, że pa­mię­tasz. Ty wzią­łeś ją ja­ko pierw­szą. Gdy się uba­wi­łeś, od­da­łeś po­zo­sta­łym. Tak by­ło, czyż nie? Twoi ma­ry­na­rze zgwał­ci­li ją sześć ra­zy, po czym zwią­za­li i wy­rzu­ci­li do mo­rza.

Bos­man­mat zbladł w jed­nej chwi­li, krew od­pły­nę­ła mu od czo­ła aż do szyi.

– A te­raz… – wy­cią­gnę­ła szty­let jed­nym ru­chem – za­pa­mię­taj to imię. Ca­ta­li­nae, Cza­pla. Pierw­sza Sza­bla Mię­dzy­mo­rza. z tym to mia­nem przyj­dzie ci tu ze­mrzeć, aże­byś sły­szał je po wsze cza­sy!

Padł na twarz, krwa­wiąc ob­fi­cie, a Ca­ta­li­nae nie­zwłocz­nie opu­ści­ła za­ułek. Gdy zna­leź­li je­go mar­twe cia­ło, opły­wa­ła już Ar­chi­pe­lag Pal­mer­ski.

***

Me­dran. Naj­więk­szy wrzód Ory­oness.

Krót­ki świst szty­le­tu, roz­ry­wa­ją­cy po­wie­trze jak pła­ty mię­sa. Na­gły stu­kot, stal za­głę­bia­ją­ca się w kau­czu­ko­wą tar­czę. Peł­ne cza­sze cy­dru, szczę­ka­nie bu­tel­czyn ru­mu, śmie­chy i ry­wa­li­za­cja.

– W Ory­oness to wie­dzą, jak się za­ba­wić!

– Nie­zna­jo­my, je­steś naj­lep­szy! Jak­że cię zwać, toć nie go­dzi się pić przed in­tro­ni­za­cją.

– Wy­bacz­cie, szla­chet­ni pa­no­wie – brą­zo­wa­wo opa­lo­ny ma­ry­narz z kol­czy­kiem w uchu i wło­sa­mi do bro­dy skło­nił się dwor­sko – zmu­szo­ny je­stem po­zo­stać in­co­gni­to, gdyż ma sła­wa żyć mi nie da, kie­dy tu­tej­si się o mnie do­wie­dzą.

– Pie­przysz pan zdro­wo! Ani mun­du­ra, ani płasz­cza, rę­ce li­na­mi po­szar­pa­ne, a gę­ba ogo­rza­ła… Ża­den ty pan, je­no je­den z nas. Ahoj, choć kam­ra­ta­mi swy­mi nas zwij, a wy­pi­je­my z to­bą.

Ma­ry­narz z kol­czy­kiem pod­wi­nął rę­ka­wy, po­wziął ku­fel cy­dru i wzniósł go, mó­wiąc:

– Zdro­wie kam­ra­tów! Aże­by wam wia­try za­wsze sprzy­ja­ły!

– Zdro­wie!

Pia­na la­ła się po bro­dach, ku­fle trza­ska­ły we wza­jem­nych to­a­stach i ży­cze­niach po­myśl­no­ści. Za­iste, ma­ry­nar­ska brać trzy­ma­ła się har­do.

– Hej­że, kam­ra­cie! – Ów głos in­ny był niż wszyst­kie. Brzmiał bar­dziej wy­twor­nie, znać by­ło, że nie wy­po­wia­da­ła go by­le za­pi­ja­czo­na mor­da. – A ze mną się spró­bu­jesz?!

Ma­ry­narz z kol­czy­kiem wo­dził wzro­kiem po oko­li­cy. To­wa­rzy­sze wska­za­li mu stół pod ba­lu­stra­dą, w ro­gu. Sie­dział tam sa­mot­ny męż­czy­zna, znać by­ło, że co naj­mniej ofi­cer. Ta­wer­na nie na­le­ża­ła do naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­nych w wiel­kim mie­ście, to­też je­go byt­ność tu­taj za­sad­ni­czo za­sta­na­wia­ła.

– Oczy­wi­sta! – zgo­dził się ma­ry­narz. – A z kim­że mi ta przy­jem­ność wy­pa­dła? Nie wi­dzia­łem wasz­mo­ści wcze­śniej w tych pro­gach.

Ofi­cer wstał, a każ­dy z to­wa­rzy­szy ma­ry­na­rza prze­le­ciał wzro­kiem je­go ubiór. Czy­sta, ak­sa­mit­na wręcz biel uni­for­mu, no­szą­ca błę­kit­no-zło­te em­ble­ma­ty Pal­me­rii, na­zna­czo­na mnó­stwem wcięć, roz­cięć, frędz­li, spi­nek, pa­sów i szarf. Sło­wem… w por­to­wej ta­wer­nie pa­so­wał do oto­cze­nia jak szczur na wy­sta­wie ber­nar­dy­nów.

– Tre­jo, le­gat ko­ro­ny pal­mer­skiej – przed­sta­wił się.

Ma­ry­na­rze onie­mie­li, ki­wa­jąc gło­wa­mi i nie wie­dząc, jak wła­ści­wie ma­ją się za­cho­wać. Le­ga­ci by­li w pal­mer­skiej ar­mii zwierzch­ni­ka­mi le­gio­nów, po­sia­da­li bar­dzo sze­ro­ką wła­dzę i po­słu­gi­wa­li je­dy­nie pod na­czel­nym do­wódz­twem sił lą­do­wych.

– Nie wiem, czy śmiał­bym…

– Śmiał­byś – prze­rwał za­raz Tre­jo. – Po­gar­dę otrzy­mał­byś je­no wte­dy, ma­ry­na­rzu, gdy­byś to ty wy­zwał do po­je­dyn­ku mnie. Sko­ro zaś to ja pod­ją­łem do wy­zwa­nia cie­bie, wsty­dem okry­jesz się ino wte­dy, gdy wy­zwa­nia nie przyj­miesz.

Dwa zda­nia wy­star­czą, by wy­ro­bić so­bie opi­nię, któ­rej zwy­kle nie da się już wy­ma­zać. Tre­jo ja­wił się ja­ko pan z wyż­szych sfer, bo­ga­ty i pew­ny sie­bie, a przy tym wy­jąt­ko­wo but­ny. Ma­ry­na­rze pręd­ko go przej­rze­li, lecz cóż by­ło zro­bić.

– Zga­dzam się te­dy. – Ma­ry­narz z kol­czy­kiem roz­ło­żył rę­ce. – Za­czy­naj­my.

– Ten to wy­żej sra, niż du­pę ma! – po­nio­sły się stłu­mio­ne wy­ra­zy drwi­ny. – Do­łóż pa­ja­co­wi!

Tre­jo nie sły­szał żad­nych obelg, praw­do­po­dob­nie od ma­łe­go uczo­ny, by nie zwra­cać uwa­gi na opi­nię po­spól­stwa. Je­go byt­ność w ta­wer­nie da­lej sta­no­wi­ła za­gad­kę, acz­kol­wiek rze­czy­wi­stość do­pro­wa­dzi­ła do ich ry­wa­li­za­cji. Na ma­łej we­ran­dzie, pod­nie­sio­nej nie­co od po­zio­mu grun­tu war­stwą cia­sno uło­żo­nych be­lek, usta­wio­no po­le tur­nie­jo­we. Na dwóch pnia­kach le­ża­ły ze­sta­wy szty­le­tów, każ­dy ze­staw li­czył po trzy sztu­ki. Na wprost nich, ja­kieś dzie­sięć łok­ci od rzu­ca­ją­cych, wbi­to dwa ko­na­ry drze­wa he­ba­no­we­go, do któ­rych przy­bi­to gwoź­dzia­mi dwie kau­czu­ko­we tar­cze. Wy­ma­lo­wa­ne bia­łą i czer­wo­ną far­bą, wska­zy­wa­ły po­la tra­fień. Pro­sta, acz efek­tow­na roz­ryw­ka, któ­rą ma­ry­na­rze uwiel­bia­li jak ma­ło co. No, mo­że mniej ani­że­li bu­tel­czy­nę cy­dru…

– Go­tów? – za­krzyk­nął po­szar­pa­ny na kar­ku do­ker, peł­nią­cy ro­lę se­kun­dan­ta. – Pró­ba pierw­sza. Hop!

Tre­jo i je­go ry­wal, li­der tłu­mu, po­wzię­li szty­le­ty w tym sa­mym mo­men­cie, po czym ci­snę­li w stro­nę tar­czy, moc­no i cel­nie. Ostrza wbi­ły się w ze­wnętrz­ny pier­ścień. Re­mis. Dru­gą pa­rę znów cap­nę­li obaj i rzu­ci­li bliź­nia­czo po­dob­nie. Przy trze­ciej pró­bie wzię­li głęb­szy wdech. Je­den ukrad­kiem spo­glą­dał na dru­gie­go, lecz znów od­da­li swe rzu­ty w tym sa­mym mo­men­cie. Le­gat po raz ko­lej­ny tra­fił w ze­wnętrz­ne ob­ra­mo­wa­nie. Szty­let ma­ry­na­rza z kol­czy­kiem po­fru­nął o pier­ścień bli­żej tar­czy.

– Re­wanż! – za­sy­czał Tre­jo, nim kto­kol­wiek zdą­żył pod­nieść wi­wa­ty. Brzmia­ło to bar­dziej jak roz­kaz niż pro­po­zy­cja.

Ry­wal kiw­nął gło­wą, a ma­ry­narz–se­kun­dant przy­niósł obu po trzy szty­le­ty. Tym ra­zem nie zdą­żył na­wet oznaj­mić star­tu, ry­wa­li­zu­ją­cy zła­pa­li ostrza i ci­ska­li ni­mi na­prze­mien­nie. Wy­nik… znów ten sam!

– Jesz­cze raz – mruk­nął po­now­nie Tre­jo.

Nikt nie wa­żył się pro­te­sto­wać. Po trze­cim po­dej­ściu by­ło zaś i czwar­te. Ner­wy i wście­kłość zro­bi­ły swo­je, ostat­nie dwa rzu­ty le­ga­ta po­fru­nę­ły obok tar­czy, prze­ci­na­jąc wpół wi­szą­cy tam kwiet­nik.

– Es­ta pla­ga! – za­klął i jak gdy­by ni­g­dy nic wy­padł z ta­ra­su na ze­wnątrz.

Wów­czas ode­zwa­ły się wi­wa­ty, a zwy­cię­ski po czte­ro­kroć ma­ry­narz lśnił sze­ro­kim uśmie­chem i ge­stem wznie­sio­nych w gó­rę rąk.

– A gdzie cydr dla zwy­cięz­cy?! – krzyk­nął ktoś rów­nie od­waż­ny, co nie­roz­trop­ny.

– Daj spo­kój – zga­ni­li go za­raz ko­le­dzy, sa­dza­jąc na miej­sce. – Po­raż­ka do­syć sło­ną mu bę­dzie. Ta­ki to jesz­cze go­to­wy straż w od­we­cie na­słać.

– Ale! Pa­trzaj­cie, bu­tel­czy­ny zo­sta­wił. Szko­da, co by się zmar­no­wa­ło…

– Ostaw, do­brze ci mó­wię! Ła­py przy so­bie. Pew­no jesz­cze wró­ci, gdy zgry­zo­ta mu przej­dzie.

– Pij­cie, kam­ra­ci – ozwał się zwy­cię­ski ma­ry­narz, od­gar­nia­jąc wło­sy za ucho. – Ja też się przej­dę, od cy­dru łeb mi się co­sik prze­krę­ca na le­wą stro­nę.

Po­że­gna­li go z praw­dzi­wym uwiel­bie­niem, po­le­ca­jąc z na­ci­skiem, by pręd­ko do nich po­wró­cił. Ten po­wziął swój płaszcz, umo­ru­sa­ny co nie­co na nad­brzeż­nym ba­gni­sku, i od­szedł, sa­lu­tu­jąc na po­że­gna­nie. Za­trzy­mał się ukrad­kiem przy sto­le w ro­gu, te­raz pu­stym, lecz z nie­do­pi­tą ćwiart­ką cy­dru. Ro­zej­rzał się. Kam­ra­ci nie zwra­ca­li już na nie­go uwa­gi, le­gat wciąż nie po­wró­cił, a karcz­marz krzą­tał się gdzieś z da­la, na za­ple­czu.

– Tre­jo, Tre­jo – szep­tał sam do sie­bie, uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko – za­pa­mię­tam ja cie­bie, lecz nie tak, jak ty po­pa­mię­tasz mą pa­miąt­kę. Aż szko­da, że nie przyj­dzie mi zo­ba­czyć twej mi­ny!

Nie­ba­wem, gdy ma­ry­narz opu­ścił ta­wer­nę, Tre­jo po­wró­cił na swo­je miej­sce. Śmier­dział dy­mem, pew­no z ner­wów opróż­nił ca­łe pu­de­łecz­ko ty­to­niu. Siadł te­raz ina­czej, ty­łem, by nie wi­dzieć wska­zu­ją­cych go pal­ca­mi ma­ry­na­rzy. Wy­chy­lił pręd­ko po­zo­sta­ły cydr, a chcąc zo­sta­wić na bla­cie drob­ne na na­pi­wek, przy­pad­ko­wym ru­chem od­sło­nił ka­wa­łek wy­ło­żo­nej na nim ce­ra­ty. Przyj­rzał się jej bli­żej, marsz­cząc brwi.

Wi­dzia­łem już gdzieś ten em­ble­mat? – za­sta­na­wiał się.

Na bla­cie wy­stru­ga­no ja­kimś ostrym na­rzę­dziem cał­kiem zgrab­ny ry­su­nek. Przed­sta­wiał on ludz­kie ser­ce prze­bi­te strza­łą, bar­dzo do­kład­nie od­wzo­ro­wa­ne. I na­raz, olśnie­nie – Me­dran. Za­ka­ła, Me­dran z Ory­oness!

Le­gat ze­rwał się na rów­ne no­gi i pod­szedł z na­gła do sto­li­ka ma­ry­na­rzy, aż co po­nie­któ­ry za­chły­snął się cy­drem, ob­le­wa­jąc na­gi tors.

– Gdzie po­szedł?! – spy­tał krót­ko, a gło­sem tak ostrym i nie­przy­jem­nym, że by­le tyl­ko go spła­wić.

Ma­ry­na­rze go­to­wi by­li do kłam­stwa. Ode­zwał się wów­czas je­den z bro­da­tych je­go­mo­ściów, wy­ja­wia­jąc, że pra­wie nic o nim nie wie­dzą, a i żad­ną po­dró­żą nie zwykł się chwa­lić. Tre­jo zo­sta­wił ich te­dy, uzna­jąc za zbęd­nych i nie­uży­tecz­nych. Szyb­kim mar­szem udał się na na­brze­że. Wszedł­szy na wol­ne od jed­no­stek skraj­ne mo­lo, ob­ser­wo­wał port i re­dę, aż wresz­cie w oczy wpadł mu od­da­la­ją­cy się już slup pod peł­ny­mi ża­gla­mi. Wów­czas, wi­dząc prze­cho­dzą­ce­go nie­opo­dal adep­ta że­glar­stwa z za­pew­ne nie­sio­ną ka­pi­ta­no­wi lu­ne­tą, pod­sko­czył doń i wy­rwał mu ją bez słów wy­ja­śnie­nia.

– Slup, tak – wy­po­wia­dał na głos swe ob­ser­wa­cje. – Mmm, to… Ka­me­le­on! Es­ta pla­ga! To on!

– Któż ta­ki? – spy­tał nie­pew­nie mło­dzian, ocze­ku­jąc zwro­tu sprzę­tu.

Tre­jo praw­do­po­dob­nie na­wet go nie sły­szał.

– Uda­ło ci się, śmie­ciu – wy­ce­dził ofi­cer w stro­nę od­pły­wa­ją­ce­go, wpy­cha­jąc lu­ne­tę w rę­ce pra­wo­wi­te­go wła­ści­cie­la. – Uda­ło ci się. Ostat­ni raz.

***

Ka­pi­tan Al­buss Dredd. Czer­wo­ny Dredd.

– Ale he­ca! A ka­pi­ta­na wi­dzia­łeś?

– Noo! Od­kąd po tra­pie prze­la­złem, doj­rzeć go chcia­łem. Mó­wi­li, że każ­den wilk mor­ski przy nim to wy­glą­da jak płot­ka przy wie­lo­ry­bie!

– I co? Doj­rza­łeś go? Ja ni chy­bi, na­wet je­go gło­su żem nie sły­szał.

– A wi­dzia­łem i sły­sza­łem też, i star­czy.

– He? Có­że ple­ciesz?

– No, mó­wię ci, ja­kem do­bry. Czer­wo­nym go zo­wią, ale on czar­ny ni­by smo­ła. Zna­czy, nie gę­ba no, ale wło­si­ska na czo­ło mu wy­ła­żą, i bro­da, o, z tej to war­ko­cze by mógł pleść! A wiel­ki to chłop jak po­ło­wa grot­masz­tu! Głos ma ta­ki cierp­ny, ja­ko­by z wię­zień po stu­le­ciu do­pie­ro co wy­lazł, bu­cio­ry pod­ku­te, a płaszcz tak ogrom­ny, że od szyi aż do ko­stek pra­wie mu się­ga!

– I ja… O ja­sny gwint, idzie tu! Bierz szma­tę, w try­mi­ga!

Al­buss Dredd rze­czy­wi­ście po­ja­wił się na po­kła­dzie. Wra­cał wła­śnie z in­spek­cji skła­dzi­ku żyw­no­ści, gdy je­go spoj­rze­nie spo­czę­ło na dwóch mło­dych, roz­pra­wia­ją­cych ze so­bą nie­do­rost­kach. Ka­pi­tan uśmiech­nął się, choć był to uśmiech z na­tu­ry ra­czej zło­wro­gi. Brak dwóch zę­bów z pew­no­ścią nie po­ma­gał.

No­wy na­bór był ko­niecz­no­ścią. Co oczy­wi­ste, na­ry­bek mu­siał zo­stać ścią­gnię­ty z in­nych źró­deł niź­li pal­mer­skie brze­gi, w któ­rych to, co by nie mó­wić, Al­buss nie był mi­le wi­dzia­ny. To zna­czy, mo­że i by go chęt­nie przy­gar­nię­to, jed­nak­że je­dy­nie do naj­głęb­szych ka­za­ma­tów. To zaś do­świad­czo­ne­mu ka­pi­ta­no­wi nie wi­dzia­ło się, szcze­gól­nie ja­ko wi­dok na sta­rość.

Ostat­nie rej­sy, a ra­czej tu­łacz­ki po Za­to­ce Fior­dów ze­bra­ły swe żni­wo, a ich owo­cem by­li owi dwaj majt­ko­wie, przy­ucza­ją­cy się do­pie­ro do za­wo­du, acz przy tym nie­zwy­kle su­mien­ni. Dredd, ja­ko czło­wiek świa­do­my, na­le­ży­cie wa­żył po­wa­gę mo­ra­le i at­mos­fe­ry na po­kła­dzie. Chcąc dać te­mu przy­kład, pod­szedł swym cięż­kim, dłu­gim kro­kiem do bak­bur­ty nie­opo­dal sto­su szmat, gdzie no­wi­cju­sze szo­ro­wa­li po­kład.

– A wie­cie, mło­dzi przy­ja­cie­le – ryk­nął ba­ry­to­nem, włą­cza­jąc się do roz­mo­wy, aż mło­dzień­com bla­dość wy­stą­pi­ła na li­ca – że ta oto Ko­ro­na Mórz, ma pe­reł­ka, nie jest pierw­szym by­le ga­le­onem? Po­jem­ne to mo­je sre­ber­ko na po­nad osiem­set łasz­tów. Wskaż­cie mi dru­gi, rów­nie wspa­nia­ły, a sre­brem i bursz­ty­nem ob­da­ru­ję!

Mło­dzi ani nie prze­rwa­li pra­cy, ani nie wa­ży­li się na­wet pod­nieść spoj­rze­nia. Al­buss ob­ru­szył się na to, py­ta­jąc:

– A ja­kież to wra­że­nia na was spra­wia ma pe­reł­ka?!

Majt­ko­wie po­wsta­li, drżą­cy i sku­le­ni. Je­den z nich, ten, któ­ry wi­dział Dred­da po raz pierw­szy, za­pisz­czał:

– Wspa-wspa­nia­ły to okręt… ka­pi­ta­nie! Ni­g­dy… nie wi­dzia­łem tak wy­nio­słe­go… buksz­pry­tu.

Dredd znów się uśmiech­nął, opie­ra­jąc się o bur­tę. Twarz zry­ła mu już fał­da zmarsz­czek, czo­ło spę­ka­ne by­ło od mor­skie­go wia­tru, okry­te je­no od słoń­ca nie­re­gu­lar­nym ka­pe­lu­szem. Ka­pi­tan spo­glą­dał chwi­lę w ła­god­ne mo­rze, le­d­wo co chlu­pią­ce o je­go wła­sny ga­le­on. Wresz­cie splu­nął po dwa­kroć, wy­su­płał z kie­sze­ni pa­rę orze­chów la­sko­wych i rzu­cił je majt­kom. Ci zła­pa­li w lot, lecz nie od­wa­ży­li się jeść.

– To dla was – za­chę­cał ka­pi­tan. – Jesz­cze że­ście szczu­ry lą­do­we, onie­śmie­le­ni. I jam ta­ki był, gdym za­czy­nał! Acz by­ło to tak daw­no, że omal­że za­po­mnia­łem, jak to jest, pierw­sze dni na mo­rzu. Ach… Wszy­scy je­ste­śmy za­ło­gą, kam­ra­ci! Mu­si­my być jed­no­ścią! Kie­dy taj­fun sro­go ude­rzy, wi­cher za­cznie sma­gać ni­by ba­tem, wte­dy tyl­ko ra­zem ży­wio­łom się oprze­my. Py­taj­cie prze­to, bacz­nie się roz­glą­daj­cie i uczcie. Ale to tak, aże­by ta­kie­lu­nek po ciem­ku ob­słu­gi­wać!

Po tych sło­wach Dredd ob­ró­cił się na pię­cie i za­mie­rzał udać się na mo­stek. Wtem w miej­scu wstrzy­mał go głos jed­ne­go z mło­dzia­nów.

– Prze­pra­szam, ja… mam za­py­ta­nie.

Ka­pi­tan skrzy­wił się, po­dra­pał po gło­wie i od­wró­cił. Nie spo­dzie­wał się py­tań, wbrew te­mu co po­wie­dział, i nie­zbyt miał na nie ocho­tę. Acz­kol­wiek czuł, że nie mo­że się wy­co­fać z wła­snych słów.

– Py­taj­że za­tem!

– Ja… – za­plą­tał się maj­tek – bo… no, bo ja się za­sta­na­wia­łem, jak to jest. Bo ka­pi­tan sła­wet­ny jest, ni­g­dy nie chy­bia, ni­g­dy go zła­pać nie idzie… Jak­że ka­pi­tan to ro­bi? Jak­że ce­le do­bie­ra?

Dredd zło­żył rę­ce na brzu­chu i uśmiech­nął się. Tym ra­zem był to naj­szczer­szy uśmiech, naj­bar­dziej jo­wial­ny, na ja­ki tyl­ko by­ło go stać.

– A, żad­na to ta­jem­ni­ca, mój mło­dy bu­ka­nie­rze – wy­re­cy­to­wał. – Je­no kość do gry po­trzeb­na, abo szty­let, co tam, gdzie na ma­pę spad­nie, abor­daż się przy­tra­fia.

Na­raz ka­pi­ta­na spo­tka­ło roz­cza­ro­wa­nie. Mło­dzi otwo­rzy­li usta, po­rzu­ci­li utkwio­ne w nim spoj­rze­nia i z wol­na wró­ci­li do szo­ro­wa­nia be­lek. Dredd znów się zmarsz­czył, nie­ja­ko do­tknię­ty ową nie­wia­rą. Wów­czas pręd­ko się­gnął do kie­sze­ni, wy­jął pro­sto­pa­dło­ścien­ną kost­kę i rzu­cił nią po­mię­dzy majt­ków. Ci, wi­dząc czar­ne po­la na bia­łym tle, onie­mie­li.

– A te­raz za mną! – za­ko­men­de­ro­wał.

Obaj majt­ko­wie wsta­li z du­szą na ra­mie­niu i po­szli w ślad za Dred­dem. Ten po­pro­wa­dził ich na gór­ny po­kład. Na most­ku, przy ścian­ce przy­bu­dów­ki, wi­siał ka­wa­łek po­dłuż­nej de­ski, peł­nią­cej tam ro­lę oko­licz­no­ścio­we­go sto­łu. Nie­opo­dal znaj­do­wał się ster, za któ­rym stał te­raz wą­sa­ty ma­ry­narz z pod­wi­nię­ty­mi no­gaw­ka­mi. Dredd rzu­cił na de­skę ru­lon, roz­wi­nął i za­tknął na koń­cach ka­wał­ki drew­na. By­ła to ma­pa Mię­dzy­mo­rza wraz z wy­brze­ża­mi Pal­me­rii, roz­ry­so­wa­ny­mi ska­ła­mi po­łu­dnio­wych skra­jów Per­sin­gu i po­bież­nym szki­cem Za­chod­nich Brze­gów.

Gdy mło­dzi wpa­try­wa­li się w szki­ce, nie­wie­le ro­zu­mie­jąc, Dredd z na­gła wy­cią­gnął zza pa­sa szty­let. Od­błysk sta­li za­ma­ja­czył w mło­dych źre­ni­cach, krót­kie ży­cie prze­le­cia­ło im przed ocza­mi, gdy doj­rze­li le­cą­cą klin­gę. Ta jed­nak in­ny mia­ła cel niź­li ich sła­be pier­si. Szty­let wbił się w ma­pę, dyn­da­jąc chwi­lę z me­ta­licz­nym zgrzy­tem.

– Umie­ta czy­tać? – spy­tał Dredd, krzy­żu­jąc rę­ce na pier­siach. – Niech no któ­ry rzek­nie, gdzie bę­dzie­my pły­nąć!

– Ar­chi­pe­lag… Pal­mer­ski – prze­czy­tał z tru­dem je­den z mło­dych, ten, któ­ry znał przy­naj­mniej więk­szość li­ter.

– Bos­man! – za­krzyk­nął Dredd, aż majt­ko­wie pod­sko­czy­li ni­by kan­gu­ry. – Kurs na pół­noc­no-pół­noc­ny wschód! Na Ar­chi­pe­lag Pal­mer­ski!

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Pi­ra­ci z Mię­dzy­mo­rza

isbn: 978-83-8423-222-4

© Ha­drian De­Lo­re i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Aga­ta Do­bosz

ko­rek­ta: Mag­da­le­na Brze­zow­ska-Borcz

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

przy­go­to­wa­nie e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-ma­il: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.