Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czy miłość może doprowadzić świat do upadku?
Radamena słyszy myśli innych. Przez lata ten dar pozwalał jej lepiej rozumieć ludzi, aż do dnia, w którym w jednej chwili traci córkę i rodziców. Od tej pory cudze emocje przestają być szeptem, a stają się chaosem. Rozpacz Radameny zaczyna wpływać na rzeczywistość w sposób, którego nie potrafi już kontrolować.
Kaelon, strażnik światła i jej najbliższy towarzysz, wierzy, że tylko ich głębokie uczucie może powstrzymać narastające zagrożenie. Trwa u jej boku i gotów jest zapłacić każdą cenę, nie dostrzegając, że im silniejsza staje się jego miłość, tym większe niesie ryzyko.
Tymczasem Elan, dawny przyjaciel Radameny, podejmuje decyzję podyktowaną zazdrością i poczuciem straty. Jego wybór burzy kruchą równowagę i uruchamia ciąg zdarzeń, które szybko przestają dotyczyć wyłącznie osobistych dramatów.
Gdy losy tej trójki splatają się w sieci miłości, zdrady i poświęcenia, staje się jasne, że nie każde uczucie prowadzi ku ocaleniu. Pieśń utkana ze światła to epicka opowieść o emocjach, które mają realną moc i o granicy, po której przekroczeniu nie ma już odwrotu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 81
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ta opowieść nie powstała, by zabawić. Powstała, bo wróciła.
Pewnej nocy miałam sen o dziewczynie nie z tego świata. Miała imię, które brzmi we mnie do dziś – Radamena. Potrafiła dostrzec to, czego inni nie chcieli lub nie umieli. Przyszła z głębokiego snu, ale jej historia miała w sobie zbyt wiele emocji, żebym mogła ją zignorować.
Nie wiem, czy to opowieść fikcyjna, czy może zapis czegoś, co wydarzyło się gdzieś poza czasem. Ale wiem, że chcę się nią podzielić.
Dla tych, którzy czują, że pamiętają coś, czego nie powinni.
Dla tych, którzy kiedyś myśleli, że stracili światło, ale nadal je niosą.
Zanim rozpadło się światło, był jeszcze oddech.
Nie czas. Nie historia. Nie imię.
Tylko puls – cichy, ledwie wyczuwalny.
Świat chyba dopiero próbował sobie przypomnieć, że istniał.
W tym pulsie istniały dwie energie,
dwa źródła, dwa przeznaczenia.
Spotkały się nie po raz pierwszy,
lecz może po raz ostatni.
Niebo znało ich imiona, zanim jeszcze wypowiedzieli je rodzice.
Ziemia nosiła ich kroki, zanim zrozumieli, dokąd idą.
A gwiazdy…
Gwiazdy milczały. Czekały.
Na światło, które zgaśnie.
Na cień, który się odrodzi.
Na dusze, które przypomną sobie, kim były
i co utraciły.
Może ich ojcowie widzieli ślady zapisane w świetle
albo przeczuwali więcej, niż potrafili przyznać.
A może milczeli tylko po to, by nie wypowiedzieć tego,
co zostało zapisane poza słowami.
I może właśnie dlatego...
To nie była tylko historia światła i cienia.
To była opowieść o tych, których przeznaczenie
zostało zapisane na długo przed ich narodzinami.
Był kiedyś dzień, gdy dwóch mężczyzn
– generał i mędrzec –
złożyło sobie cichą przysięgę.
Ich dzieci będą się przyjaźnić.
Będą dla siebie bezpiecznym światem.
Nie przewidzieli jednego.
Że przyjaźń zrodzona z pokoju przekształci się w miłość zdolną przetrwać mrok.
Że uczucie, które miało być tłem historii, stanie się jej rdzeniem.
Że to, co wydawało się tylko darem chwil, okaże się wiecznym splotem dusz.
Bo był kiedyś czas, gdy wszystko śpiewało jednym tonem.
Gdy światło i cień nie walczyły – istniały w równowadze.
Dusze rozpoznawały się bez słów.
Świadomość płynęła jak rzeka – łagodna i nieskończona.
Nie pamiętamy już kształtów tamtego świata,
ale pamiętamy drżenie.
Dotyk światła w sercu.
Ciszę, która była pełnią.
A potem… pęknięcie.
Nie dźwięk, nie krzyk, lecz przerwę w harmonii.
Wybór, który nie powinien zapaść.
Rozłam, który wyrył ślad w każdym z nas.
Wciąż niesiemy echo tamtego dnia.
W spojrzeniach.
W snach.
W tchnieniach, które nie potrafią ulecieć.
W pytaniu, które nie milknie:
„Czy można odnaleźć siebie, gdy zgaśnie światło, a dźwięk przestanie brzmieć?”.
To nie jest historia o końcu.
To pieśń o pamięci.
I o tych, którzy niosą ją dalej,
nawet przez rozpad światów.
Wracaliśmy z udanej misji w odległym układzie w Galaktyce Syriusza. Zawarliśmy porozumienie między dwiema zwaśnionymi społecznościami na kolonii T’Ashe. Rozmowy były trudne, długie, ale zakończone sukcesem.
Misje, których się podejmowaliśmy, od początku miały charakter dyplomatyczny. Nasza rola nie polegała na militarnej dominacji, lecz na dążeniu do harmonii. Pokój był wartością, którą wynosiliśmy z domu – ze świata, gdzie światło i emocje łączyły się w nierozerwalną całość. Wierzyliśmy, że każde istnienie pulsuje własnym rytmem, a harmonia możliwa jest wtedy, gdy różnice spotykają się we wzajemnym szacunku. Zawsze próbowaliśmy zachować balans.
W mesie statku Calthea panowała atmosfera ulgi.
Przy jednym stole siedzieliśmy ja, Kaelon, Elan, Luna oraz trójka inżynierów z Akademii.
Luna śmiała się, opowiadając jeden z tych niewinnych żartów, które nie przestają bawić w gronie starych przyjaciół.
– A pamiętacie, jak Radamena wysłała drona zwiadowczego na własną pozycję? – rzuciła przez śmiech. – Mistrzyni precyzyjnego nadawania współrzędnych!
Wszyscy się zaśmiali. Nawet Kaelon.
– Do dziś nie wiemy, czy był to sabotaż, czy może test lojalności – dodał i trącił mnie ramieniem.
– Oczywiście. Został wysłany w najbezpieczniejsze miejsce we wszechświecie – mruknęłam z udawaną powagą.
Kaelon siedział obok mnie, rozluźniony, z radością w oczach. Przeciągnęłam palcami po jego włosach. Zwykły gest, na który mogłam sobie pozwolić tylko ja.
I nagle to poczułam.
Elan.
Jego myśli otworzyły się zbyt mocno. Nieświadomie. A może zbyt gwałtownie, by zdążył je ukryć.
Zazdrość. Pęknięcie. Decyzja. Wysłanie. Współrzędne. Pozycja. Dom moich rodziców. Naszej córki.
Nie zdążyłam nic powiedzieć. Poczułam światło. Coś we mnie eksplodowało. Niesymbolicznie. Fizycznie. Czułam, że moje ciało nie było w stanie znieść tego bólu.
Zabrali ją.
W tej chwili Kaelon doznał tego samego.
Nie pytał. Czytał ze mnie wszystko.
To, co zobaczyłam.
To, co poczułam.
To, co wiedziałam.
Śmierć moich rodziców. Jej krzyk. Mój.
Krzyczałam do wewnątrz. Tak głośno, że aż światło zaczęło się zaginać. Skóra mi drżała. Każdy ruch napotykał niewidzialny opór. Przestrzeń była gęsta, ciężka, gotowa pęknąć pod własnym naporem.
Kaelon rzucił się do systemu.
– Przejmuję stery! Luna, ustabilizuj trajektorię! – krzyknął. Ale tak naprawdę działał w myślach szybciej, niż mówił.
Radameno, słyszysz mnie? Uspokój. Uspokój to, proszę. Jesteśmy tu. Ja jestem.
Czułam jego obecność w swojej głowie. Jedyną osobę, którą kiedykolwiek do niej wpuszczałam.
Nie pal ich. Nie pal siebie.
Otoczył mnie własnym polem ochronnym.
Luna rzuciła się do kokpitu.
– Elan! Cofnij to! – krzyknęła.
Ale było już za późno.
Elan stał na środku pomieszczenia, blady.
– Ja… nie tak… nie wiedziałem… – szeptał. Może błagał system lub własne sumienie, ale nie było już odwrotu.
Kaelon ustabilizował silniki, skorygował trajektorię i przyspieszył, łamiąc wszystkie protokoły. Wracaliśmy na Avelan zdecydowanie szybciej, niż było dozwolone.
*
Avelan nie był tylko miejscem. On żył. Oddychał razem z nami. Reagował na każdą zmianę rytmu serca, na każde poruszenie duszy.
Jego powierzchnię pokrywały miękkie, falujące równiny światłokryształów – struktur, które zmieniały barwę w zależności od emocji istot zamieszkujących planetę. Był jak organizm – czujący, oddychający, pamiętający.
Wieże z lewitujących kamieni, unoszone przez pola grawitacyjne, poruszały się wolno jak drzewa na nieprzerwanym, cichym wietrze. Szlaki świetlnych prądów oplatały miasta i sanktuaria niczym nerwy, którymi płynęły impulsy świadomości planety.
Nad nami wznosiły się dwa księżyce – Eiar i Thalen – a ich blask łagodził ciemność nocy, jak dawne pieśni przodków. Natomiast w dole rozciągały się monumentalne góry i bezkresne oceany, pośród których czas płynął wolniej, zanurzony w kontemplacji.
Niebo nad Avelanem nigdy nie miało jednej barwy. Tworzyło płynną zasłonę energii, migotliwą mieszaninę błękitu, srebra i fioletu, a jego światło zdawało się pulsować w rytmie samej planety.
W dzień rozlewała się nad nim jedwabna poświata – miękka, przejrzysta, wolna od oślepiającego blasku. Słońce nie wisiało w jednym punkcie, było wszędzie, rozproszone w powietrzu.
Nocą niebo stawało się żywą mapą konstelacji. Gwiazdy odpowiadały tym, którzy umieli je czytać. A gdy pojawiały się świetliste fale, układały się w symbole i melodie – echo dusz przodków, chcących powrócić w pamięci.
Stworzona przez nas technologia opierała się na świetlistej energii uwięzionej w kryształach – żywych strukturach reagujących na intencje. Wszystko – od statków po narzędzia medyczne – współdziałało z naszymi myślami i emocjami.
To nie były tylko przedmioty. One żyły razem z nami. Miały własną tożsamość.
Tworzyliśmy część tego świata, a on – część nas. Światło. Barwy. Harmonia dźwięku i energii.
To one stanowiły nasze dziedzictwo.
Jednak od jakiegoś czasu coś zaczęło się zmieniać. Nieświadomie wszyscy to czuliśmy.
Wielkie Świątynie Światła, niegdyś tętniące mocą i równowagą, zaczęły kruszeć od środka. Ich dźwięk stawał się stłumiony. Fala, która kiedyś była czysta, traciła harmonię.
Wśród mieszkańców narastał niepokój nie tylko z powodu napięć politycznych, ale czegoś znacznie głębszego. Duchowej pustki.
Pod powierzchnią świata coś niewidzialnego pękało. Kryształy planety zaczęły drżeć i migać, sprawiając wrażenie, że samo światło oddzielało się od swojego źródła.
Pośrodku natomiast, niezależnie od okoliczności, tętniło Święte Źródło. Było sercem naszej kultury, nosicielem pamięci i błogosławieństwa. Miejscem, gdzie każde nowe życie było witane, a odejście – opłakiwane w świetle.
Tam jeszcze zdążyli ją zanurzyć.
Woda przyjęła jej imię.
I wtedy wszystko się skończyło.
Akademia Światła była jak sen utkany z mgły i szkła. Wznosiła się wysoko w kręgach Avelanu – miasta zbudowanego z energii i wspomnień dawnych cywilizacji. Wieże z półprzezroczystych minerałów lśniły nawet w cieniu, a marmurowe korytarze niosły echo dawnych pokoleń. Było to miejsce otwartych przestrzeni, do których prowadziły nie tylko predyspozycje, lecz także wewnętrzna gotowość.
Tam właśnie się poznaliśmy.
W miejscu, gdzie każdy zaczynał. Gdzie dzieci uczyły się słów, zdolnych zmieniać materię, i spojrzeń, które mogły leczyć albo ranić. Gdzie uważność była formą istnienia, a cisza mówiła więcej niż głos.
Zanim przekroczyłam próg Akademii, świat znał mnie tylko jako szept.
Urodziłam się jako jedyna córka najwyższego przedstawiciela Rady Starszych – tej, która od pokoleń czuwała nad równowagą Avelanu – ale nikt nie znał mojego imienia. Ukrywałam tożsamość ze względu na swój dar.
Wyjątek stanowił Elan. On wiedział. Później odkryłam, że podsłuchał jedną z rozmów Rady.
Kaelon tylko się domyślał, ale nigdy tego nie przyznał. Szanował mnie właśnie taką – bez tytułów, bez masek, bez oczekiwań.
Miałam pięć avelańskich lat, gdy po raz pierwszy stanęłam w sali medytacyjnej. Byłam najmłodsza w grupie, choć wyglądałam dojrzalej. Mówiłam cicho, patrzyłam zbyt głęboko. To wystarczyło, by uznali mnie za jedną z nich. Choć nie do końca.
Sukienka, którą miałam na sobie pierwszego dnia, lśniła. Nie była uszyta ze światła – to ja nie potrafiłam go jeszcze zatrzymać w sobie. Świeciła, gdy się bałam. Błyskała, kiedy chciałam zniknąć.
– Zgubiłaś gwiezdny szlak?
– Może szuka matki w chmurach?
– Nie wie, jak się wyłącza…
Stałam wśród nich i milczałam. Czytałam ich myśli – gwałtowne, małe, złośliwe. Nie potrafiłam się przed nimi obronić.
I wtedy podszedł on. Starszy o kilka lat, o szarych oczach i spojrzeniu, które nie oceniało. Po prostu zobaczył.
– Zostawcie ją – powiedział cicho. – Światło nie jest śmieszne.
– Ale ona świeci! – zaprotestowała dziewczynka.
– A ty ziejesz nudą – odparł i odszedł.
Znałam imię, które nosił, choć nigdy mi go nie powiedział.
Kaelon.
Czytałam jego myśli od pierwszej chwili. Były spokojne, logiczne, uporządkowane. Nie chciał nikogo skrzywdzić. Dzieci go szanowały nie dlatego, że był starszy, ale dlatego, że jego obecność wyciszała wszystko wokół.
Był synem bliskiego przyjaciela mojego taty. Od urodzenia nosił w sobie przeznaczenie – miał kiedyś zastąpić swojego ojca, doradcę Rady, głównego generała, wychowanego w strukturze i lojalności wobec zasad.
Ale Kaelon nie pragnął władzy ani tytułów. Chciał pomagać innym odnaleźć drogę do pokoju. To właśnie jawiło się jako jego światło.
Jego myśli różniły się od tych, które znałam. Nie wtargnęły we mnie niczym fala. Przychodziły spokojnie, świadome, zapraszane. Nie raniły.
On nie wiedział, że mnie chroni, ale ja to czułam. Nie mówił do mnie przez pierwsze dni, tylko patrzył, próbując zrozumieć. Bez litości i ciekawości. Po prostu… był.
Potem usiedliśmy razem na zajęciach z geometrii przestrzennej. Jeszcze później bawiliśmy się na dziedzińcu z dryfującymi płytami. Nie potrzebowaliśmy słów. Każdy gest, spojrzenie, wspólny śmiech w ciszy sprawiały, że czuliśmy, jakbyśmy znali się od zawsze, choć tak naprawdę dopiero poznawaliśmy siebie.
Pewnego popołudnia wymknęłam się z Akademii, żeby wejść na stare drzewo za murami. Marzyłam o widoku na całe miasto.
Wdrapałam się wysoko, gałęzie były gęste, z niektórych dostrzegałam horyzont – ten, o którym opowiadano nam na lekcjach kartografii snów. Chciałam poczuć, że mogę wszystko. Że świat nade mną nie podlega regułom.
Zerwał się wiatr. Gałąź pękła. Straciłam balans.
I wtedy, w ostatnim momencie, Kaelon mnie złapał. Nie mam pojęcia, skąd wiedział, że tam jestem. Po prostu się pojawił – cichy, skupiony, obecny.
Oparłam się o jego ramię
Milczał. I na mnie popatrzył.
– Nie mów nikomu – szepnęłam.
– Nie powiem. Ale nie rób tak więcej.
Nie było w tym rozkazu ani wyrzutu, tylko troska.
Od tej chwili łączyła nas tajemnica. Milczące porozumienie. Spojrzenie, które nigdy się nie kończy.
Odszedł bez słowa, ale ja wiedziałam, że nie był tylko chłopcem o szarych oczach, ale pierwszym, który mnie zobaczył. Tak naprawdę.
*
Wtedy poznałam też Elana. Był w wieku Kaelona, lecz jego energia miała zupełnie inny ton. Śmiał się głośno, mówił szybko, lubił improwizować. Razem z Kaelonem tworzyli doskonały duet podczas ćwiczeń strategicznych – balansowali pomiędzy logiką a błyskiem intuicji.
Elan nie był jednak tylko iskierką ruchu. W jego spojrzeniu kryło się coś więcej. Próbował dostrzec to, co ukryte pod powierzchnią. Od dawna mnie obserwował. Czasem mignął w tłumie, innym razem zbyt długo zatrzymywał wzrok. Nie chodziło o zwykłą ciekawość, ale o coś, czego wtedy jeszcze nie umiałam nazwać.
Pewnego dnia w przerwie między zajęciami podszedł i się przywitał. Miał łagodny uśmiech i głos, który nie brzmiał ani nauczycielsko, ani pobłażliwie.
– Kojarzę twojego ojca. Nie sądziłem, że jego córka trafi tu tak wcześnie. – Zamilkł na chwilę, patrząc uważnie. – Trochę szkoda… Ale skoro już jesteś, postaraj się nie świecić zbyt mocno.
Na jego twarzy zagościł żartobliwy uśmiech, lecz oczy zdradzały więcej niż słowa. Widział mnie na swój sposób.
Od tamtej chwili mówił do mnie po imieniu. Nie próbował się narzucać, nie zadawał pytań, których nie chciałam słyszeć. Po prostu był – obecny i uważny. Czasem rzucał uwagę w tłumie, czasem siadał bliżej niż wcześniej. Z Kaelonem rozumieli się bez słów, a ja wciąż pozostawałam trochę z boku. Ich równowaga – spokój jednego i impuls drugiego – tworzyła przestrzeń, w której mogłam poznawać siebie.
Nie ufałam Elanowi od razu. Wydawał się zbyt zmienny, zbyt jasny. Z upływem czasu dostrzegłam jednak, że jego słowa kryją warstwę, którą mało kto był w stanie zauważyć. Nie oceniał, nie wyśmiewał, nie próbował mnie złamać. I choć nigdy nie powiedział tego wprost, czułam, że wie. Wiedział nie tylko, kim jestem, ale też jak trudno jest nie świecić, gdy cały świat patrzy.
[…]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Pieśń utkana ze światła
isbn: 978-83-8423-465-5
© Karolina Chruściak i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Aleksandra Kacianowska-Wernik
korekta: Izabela Ornal
okładka: Oliwia Błaszczyk
ilustracje: Oliwia Błaszczyk
konwersjae-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
