Pieśń utkana ze Światła - Chruściak Karolina - ebook + książka

Pieśń utkana ze Światła ebook

Chruściak Karolina

0,0

Opis

Czy miłość może doprowadzić świat do upadku?

Radamena słyszy myśli innych. Przez lata ten dar pozwalał jej lepiej rozumieć ludzi, aż do dnia, w którym w jednej chwili traci córkę i rodziców. Od tej pory cudze emocje przestają być szeptem, a stają się chaosem. Rozpacz Radameny zaczyna wpływać na rzeczywistość w sposób, którego nie potrafi już kontrolować.

Kaelon, strażnik światła i jej najbliższy towarzysz, wierzy, że tylko ich głębokie uczucie może powstrzymać narastające zagrożenie. Trwa u jej boku i gotów jest zapłacić każdą cenę, nie dostrzegając, że im silniejsza staje się jego miłość, tym większe niesie ryzyko.

Tymczasem Elan, dawny przyjaciel Radameny, podejmuje decyzję podyktowaną zazdrością i poczuciem straty. Jego wybór burzy kruchą równowagę i uruchamia ciąg zdarzeń, które szybko przestają dotyczyć wyłącznie osobistych dramatów.

Gdy losy tej trójki splatają się w sieci miłości, zdrady i poświęcenia, staje się jasne, że nie każde uczucie prowadzi ku ocaleniu. Pieśń utkana ze światła to epicka opowieść o emocjach, które mają realną moc i o granicy, po której przekroczeniu nie ma już odwrotu.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 81

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Od autorki

Ta opo­wieść nie po­wsta­ła, by za­ba­wić. Po­wsta­ła, bo wró­ci­ła.

Pew­nej nocy mia­łam sen o dziew­czy­nie nie z tego świa­ta. Mia­ła imię, któ­re brzmi we mnie do dziś – Ra­da­me­na. Po­tra­fi­ła do­strzec to, cze­go inni nie chcie­li lub nie umie­li. Przy­szła z głę­bo­kie­go snu, ale jej hi­sto­ria mia­ła w so­bie zbyt wie­le emo­cji, że­bym mo­gła ją zi­gno­ro­wać.

Nie wiem, czy to opo­wieść fik­cyj­na, czy może za­pis cze­goś, co wy­da­rzy­ło się gdzieś poza cza­sem. Ale wiem, że chcę się nią po­dzie­lić.

Dla tych, któ­rzy czu­ją, że pa­mię­ta­ją coś, cze­go nie po­win­ni.

Dla tych, któ­rzy kie­dyś my­śle­li, że stra­ci­li świa­tło, ale na­dal je nio­są.

Prolog

Za­nim roz­pa­dło się świa­tło, był jesz­cze od­dech.

Nie czas. Nie hi­sto­ria. Nie imię.

Tyl­ko puls – ci­chy, le­d­wie wy­czu­wal­ny.

Świat chy­ba do­pie­ro pró­bo­wał so­bie przy­po­mnieć, że ist­niał.

W tym pul­sie ist­nia­ły dwie ener­gie,

dwa źró­dła, dwa prze­zna­cze­nia.

Spo­tka­ły się nie po raz pierw­szy,

lecz może po raz ostat­ni.

Nie­bo zna­ło ich imio­na, za­nim jesz­cze wy­po­wie­dzie­li je ro­dzi­ce.

Zie­mia no­si­ła ich kro­ki, za­nim zro­zu­mie­li, do­kąd idą.

A gwiaz­dy…

Gwiaz­dy mil­cza­ły. Cze­ka­ły.

Na świa­tło, któ­re zga­śnie.

Na cień, któ­ry się od­ro­dzi.

Na du­sze, któ­re przy­po­mną so­bie, kim były

i co utra­ci­ły.

Może ich oj­co­wie wi­dzie­li śla­dy za­pi­sa­ne w świe­tle

albo prze­czu­wa­li wię­cej, niż po­tra­fi­li przy­znać.

A może mil­cze­li tyl­ko po to, by nie wy­po­wie­dzieć tego,

co zo­sta­ło za­pi­sa­ne poza sło­wa­mi.

I może wła­śnie dla­te­go...

To nie była tyl­ko hi­sto­ria świa­tła i cie­nia.

To była opo­wieść o tych, któ­rych prze­zna­cze­nie

zo­sta­ło za­pi­sa­ne na dłu­go przed ich na­ro­dzi­na­mi.

Był kie­dyś dzień, gdy dwóch męż­czyzn

– ge­ne­rał i mę­drzec –

zło­ży­ło so­bie ci­chą przy­się­gę.

Ich dzie­ci będą się przy­jaź­nić.

Będą dla sie­bie bez­piecz­nym świa­tem.

Nie prze­wi­dzie­li jed­ne­go.

Że przy­jaźń zro­dzo­na z po­ko­ju prze­kształ­ci się w mi­łość zdol­ną prze­trwać mrok.

Że uczu­cie, któ­re mia­ło być tłem hi­sto­rii, sta­nie się jej rdze­niem.

Że to, co wy­da­wa­ło się tyl­ko da­rem chwil, oka­że się wiecz­nym splo­tem dusz.

Bo był kie­dyś czas, gdy wszyst­ko śpie­wa­ło jed­nym to­nem.

Gdy świa­tło i cień nie wal­czy­ły – ist­nia­ły w rów­no­wa­dze.

Du­sze roz­po­zna­wa­ły się bez słów.

Świa­do­mość pły­nę­ła jak rze­ka – ła­god­na i nie­skoń­czo­na.

Nie pa­mię­ta­my już kształ­tów tam­te­go świa­ta,

ale pa­mię­ta­my drże­nie.

Do­tyk świa­tła w ser­cu.

Ci­szę, któ­ra była peł­nią.

A po­tem… pęk­nię­cie.

Nie dźwięk, nie krzyk, lecz prze­rwę w har­mo­nii.

Wy­bór, któ­ry nie po­wi­nien za­paść.

Roz­łam, któ­ry wy­rył ślad w każ­dym z nas.

Wciąż nie­sie­my echo tam­te­go dnia.

W spoj­rze­niach.

W snach.

W tchnie­niach, któ­re nie po­tra­fią ule­cieć.

W py­ta­niu, któ­re nie milk­nie:

„Czy moż­na od­na­leźć sie­bie, gdy zga­śnie świa­tło, a dźwięk prze­sta­nie brzmieć?”.

To nie jest hi­sto­ria o koń­cu.

To pieśń o pa­mię­ci.

I o tych, któ­rzy nio­są ją da­lej,

na­wet przez roz­pad świa­tów.

Roz­dział I

Zanim zgasło źródło

Wra­ca­li­śmy z uda­nej mi­sji w od­le­głym ukła­dzie w Ga­lak­ty­ce Sy­riu­sza. Za­war­li­śmy po­ro­zu­mie­nie mię­dzy dwie­ma zwa­śnio­ny­mi spo­łecz­no­ścia­mi na ko­lo­nii T’Ashe. Roz­mo­wy były trud­ne, dłu­gie, ale za­koń­czo­ne suk­ce­sem.

Mi­sje, któ­rych się po­dej­mo­wa­li­śmy, od po­cząt­ku mia­ły cha­rak­ter dy­plo­ma­tycz­ny. Na­sza rola nie po­le­ga­ła na mi­li­tar­nej do­mi­na­cji, lecz na dą­że­niu do har­mo­nii. Po­kój był war­to­ścią, któ­rą wy­no­si­li­śmy z domu – ze świa­ta, gdzie świa­tło i emo­cje łą­czy­ły się w nie­ro­ze­rwal­ną ca­łość. Wie­rzy­li­śmy, że każ­de ist­nie­nie pul­su­je wła­snym ryt­mem, a har­mo­nia moż­li­wa jest wte­dy, gdy róż­ni­ce spo­ty­ka­ją się we wza­jem­nym sza­cun­ku. Za­wsze pró­bo­wa­li­śmy za­cho­wać ba­lans.

W me­sie stat­ku Cal­thea pa­no­wa­ła at­mos­fe­ra ulgi.

Przy jed­nym sto­le sie­dzie­li­śmy ja, Ka­elon, Elan, Luna oraz trój­ka in­ży­nie­rów z Aka­de­mii.

Luna śmia­ła się, opo­wia­da­jąc je­den z tych nie­win­nych żar­tów, któ­re nie prze­sta­ją ba­wić w gro­nie sta­rych przy­ja­ciół.

– A pa­mię­ta­cie, jak Ra­da­me­na wy­sła­ła dro­na zwia­dow­cze­go na wła­sną po­zy­cję? – rzu­ci­ła przez śmiech. – Mi­strzy­ni pre­cy­zyj­ne­go nada­wa­nia współ­rzęd­nych!

Wszy­scy się za­śmia­li. Na­wet Ka­elon.

– Do dziś nie wie­my, czy był to sa­bo­taż, czy może test lo­jal­no­ści – do­dał i trą­cił mnie ra­mie­niem.

– Oczy­wi­ście. Zo­stał wy­sła­ny w naj­bez­piecz­niej­sze miej­sce we wszech­świe­cie – mruk­nę­łam z uda­wa­ną po­wa­gą.

Ka­elon sie­dział obok mnie, roz­luź­nio­ny, z ra­do­ścią w oczach. Prze­cią­gnę­łam pal­ca­mi po jego wło­sach. Zwy­kły gest, na któ­ry mo­głam so­bie po­zwo­lić tyl­ko ja.

I na­gle to po­czu­łam.

Elan.

Jego my­śli otwo­rzy­ły się zbyt moc­no. Nie­świa­do­mie. A może zbyt gwał­tow­nie, by zdą­żył je ukryć.

Za­zdrość. Pęk­nię­cie. De­cy­zja. Wy­sła­nie. Współ­rzęd­ne. Po­zy­cja. Dom mo­ich ro­dzi­ców. Na­szej cór­ki.

Nie zdą­ży­łam nic po­wie­dzieć. Po­czu­łam świa­tło. Coś we mnie eks­plo­do­wa­ło. Nie­sym­bo­licz­nie. Fi­zycz­nie. Czu­łam, że moje cia­ło nie było w sta­nie znieść tego bólu.

Za­bra­li ją.

W tej chwi­li Ka­elon do­znał tego sa­me­go.

Nie py­tał. Czy­tał ze mnie wszyst­ko.

To, co zo­ba­czy­łam.

To, co po­czu­łam.

To, co wie­dzia­łam.

Śmierć mo­ich ro­dzi­ców. Jej krzyk. Mój.

Krzy­cza­łam do we­wnątrz. Tak gło­śno, że aż świa­tło za­czę­ło się za­gi­nać. Skó­ra mi drża­ła. Każ­dy ruch na­po­ty­kał nie­wi­dzial­ny opór. Prze­strzeń była gę­sta, cięż­ka, go­to­wa pęk­nąć pod wła­snym na­po­rem.

Ka­elon rzu­cił się do sys­te­mu.

– Przej­mu­ję ste­ry! Luna, usta­bi­li­zuj tra­jek­to­rię! – krzyk­nął. Ale tak na­praw­dę dzia­łał w my­ślach szyb­ciej, niż mó­wił.

Ra­da­me­no, sły­szysz mnie? Uspo­kój. Uspo­kój to, pro­szę. Je­ste­śmy tu. Ja je­stem.

Czu­łam jego obec­ność w swo­jej gło­wie. Je­dy­ną oso­bę, któ­rą kie­dy­kol­wiek do niej wpusz­cza­łam.

Nie pal ich. Nie pal sie­bie.

Oto­czył mnie wła­snym po­lem ochron­nym.

Luna rzu­ci­ła się do kok­pi­tu.

– Elan! Cof­nij to! – krzyk­nę­ła.

Ale było już za póź­no.

Elan stał na środ­ku po­miesz­cze­nia, bla­dy.

– Ja… nie tak… nie wie­dzia­łem… – szep­tał. Może bła­gał sys­tem lub wła­sne su­mie­nie, ale nie było już od­wro­tu.

Ka­elon usta­bi­li­zo­wał sil­ni­ki, sko­ry­go­wał tra­jek­to­rię i przy­spie­szył, ła­miąc wszyst­kie pro­to­ko­ły. Wra­ca­li­śmy na Ave­lan zde­cy­do­wa­nie szyb­ciej, niż było do­zwo­lo­ne.

*

Ave­lan nie był tyl­ko miej­scem. On żył. Od­dy­chał ra­zem z nami. Re­ago­wał na każ­dą zmia­nę ryt­mu ser­ca, na każ­de po­ru­sze­nie du­szy.

Jego po­wierzch­nię po­kry­wa­ły mięk­kie, fa­lu­ją­ce rów­ni­ny świa­tło­krysz­ta­łów – struk­tur, któ­re zmie­nia­ły bar­wę w za­leż­no­ści od emo­cji istot za­miesz­ku­ją­cych pla­ne­tę. Był jak or­ga­nizm – czu­ją­cy, od­dy­cha­ją­cy, pa­mię­ta­ją­cy.

Wie­że z le­wi­tu­ją­cych ka­mie­ni, uno­szo­ne przez pola gra­wi­ta­cyj­ne, po­ru­sza­ły się wol­no jak drze­wa na nie­prze­rwa­nym, ci­chym wie­trze. Szla­ki świetl­nych prą­dów opla­ta­ły mia­sta i sank­tu­aria ni­czym ner­wy, któ­ry­mi pły­nę­ły im­pul­sy świa­do­mo­ści pla­ne­ty.

Nad nami wzno­si­ły się dwa księ­ży­ce – Eiar i Tha­len – a ich blask ła­go­dził ciem­ność nocy, jak daw­ne pie­śni przod­ków. Na­to­miast w dole roz­cią­ga­ły się mo­nu­men­tal­ne góry i bez­kre­sne oce­any, po­śród któ­rych czas pły­nął wol­niej, za­nu­rzo­ny w kon­tem­pla­cji.

Nie­bo nad Ave­la­nem ni­g­dy nie mia­ło jed­nej bar­wy. Two­rzy­ło płyn­ną za­sło­nę ener­gii, mi­go­tli­wą mie­sza­ni­nę błę­ki­tu, sre­bra i fio­le­tu, a jego świa­tło zda­wa­ło się pul­so­wać w ryt­mie sa­mej pla­ne­ty.

W dzień roz­le­wa­ła się nad nim je­dwab­na po­świa­ta – mięk­ka, przej­rzy­sta, wol­na od ośle­pia­ją­ce­go bla­sku. Słoń­ce nie wi­sia­ło w jed­nym punk­cie, było wszę­dzie, roz­pro­szo­ne w po­wie­trzu.

Nocą nie­bo sta­wa­ło się żywą mapą kon­ste­la­cji. Gwiaz­dy od­po­wia­da­ły tym, któ­rzy umie­li je czy­tać. A gdy po­ja­wia­ły się świe­tli­ste fale, ukła­da­ły się w sym­bo­le i me­lo­die – echo dusz przod­ków, chcą­cych po­wró­cić w pa­mię­ci.

Stwo­rzo­na przez nas tech­no­lo­gia opie­ra­ła się na świe­tli­stej ener­gii uwię­zio­nej w krysz­ta­łach – ży­wych struk­tu­rach re­agu­ją­cych na in­ten­cje. Wszyst­ko – od stat­ków po na­rzę­dzia me­dycz­ne – współ­dzia­ła­ło z na­szy­mi my­śla­mi i emo­cja­mi.

To nie były tyl­ko przed­mio­ty. One żyły ra­zem z nami. Mia­ły wła­sną toż­sa­mość.

Two­rzy­li­śmy część tego świa­ta, a on – część nas. Świa­tło. Bar­wy. Har­mo­nia dźwię­ku i ener­gii.

To one sta­no­wi­ły na­sze dzie­dzic­two.

Jed­nak od ja­kie­goś cza­su coś za­czę­ło się zmie­niać. Nie­świa­do­mie wszy­scy to czu­li­śmy.

Wiel­kie Świą­ty­nie Świa­tła, nie­gdyś tęt­nią­ce mocą i rów­no­wa­gą, za­czę­ły kru­szeć od środ­ka. Ich dźwięk sta­wał się stłu­mio­ny. Fala, któ­ra kie­dyś była czy­sta, tra­ci­ła har­mo­nię.

Wśród miesz­kań­ców na­ra­stał nie­po­kój nie tyl­ko z po­wo­du na­pięć po­li­tycz­nych, ale cze­goś znacz­nie głęb­sze­go. Du­cho­wej pust­ki.

Pod po­wierzch­nią świa­ta coś nie­wi­dzial­ne­go pę­ka­ło. Krysz­ta­ły pla­ne­ty za­czę­ły drżeć i mi­gać, spra­wia­jąc wra­że­nie, że samo świa­tło od­dzie­la­ło się od swo­je­go źró­dła.

Po­środ­ku na­to­miast, nie­za­leż­nie od oko­licz­no­ści, tęt­ni­ło Świę­te Źró­dło. Było ser­cem na­szej kul­tu­ry, no­si­cie­lem pa­mię­ci i bło­go­sła­wień­stwa. Miej­scem, gdzie każ­de nowe ży­cie było wi­ta­ne, a odej­ście – opła­ki­wa­ne w świe­tle.

Tam jesz­cze zdą­ży­li ją za­nu­rzyć.

Woda przy­ję­ła jej imię.

I wte­dy wszyst­ko się skoń­czy­ło.

Roz­dział II

Blask dzieciństwa

Aka­de­mia Świa­tła była jak sen utka­ny z mgły i szkła. Wzno­si­ła się wy­so­ko w krę­gach Ave­la­nu – mia­sta zbu­do­wa­ne­go z ener­gii i wspo­mnień daw­nych cy­wi­li­za­cji. Wie­że z pół­prze­zro­czy­stych mi­ne­ra­łów lśni­ły na­wet w cie­niu, a mar­mu­ro­we ko­ry­ta­rze nio­sły echo daw­nych po­ko­leń. Było to miej­sce otwar­tych prze­strze­ni, do któ­rych pro­wa­dzi­ły nie tyl­ko pre­dys­po­zy­cje, lecz tak­że we­wnętrz­na go­to­wość.

Tam wła­śnie się po­zna­li­śmy.

W miej­scu, gdzie każ­dy za­czy­nał. Gdzie dzie­ci uczy­ły się słów, zdol­nych zmie­niać ma­te­rię, i spoj­rzeń, któ­re mo­gły le­czyć albo ra­nić. Gdzie uważ­ność była for­mą ist­nie­nia, a ci­sza mó­wi­ła wię­cej niż głos.

Za­nim prze­kro­czy­łam próg Aka­de­mii, świat znał mnie tyl­ko jako szept.

Uro­dzi­łam się jako je­dy­na cór­ka naj­wyż­sze­go przed­sta­wi­cie­la Rady Star­szych – tej, któ­ra od po­ko­leń czu­wa­ła nad rów­no­wa­gą Ave­la­nu – ale nikt nie znał mo­je­go imie­nia. Ukry­wa­łam toż­sa­mość ze wzglę­du na swój dar.

Wy­ją­tek sta­no­wił Elan. On wie­dział. Póź­niej od­kry­łam, że pod­słu­chał jed­ną z roz­mów Rady.

Ka­elon tyl­ko się do­my­ślał, ale ni­g­dy tego nie przy­znał. Sza­no­wał mnie wła­śnie taką – bez ty­tu­łów, bez ma­sek, bez ocze­ki­wań.

Mia­łam pięć ave­lań­skich lat, gdy po raz pierw­szy sta­nę­łam w sali me­dy­ta­cyj­nej. By­łam naj­młod­sza w gru­pie, choć wy­glą­da­łam doj­rza­lej. Mó­wi­łam ci­cho, pa­trzy­łam zbyt głę­bo­ko. To wy­star­czy­ło, by uzna­li mnie za jed­ną z nich. Choć nie do koń­ca.

Su­kien­ka, któ­rą mia­łam na so­bie pierw­sze­go dnia, lśni­ła. Nie była uszy­ta ze świa­tła – to ja nie po­tra­fi­łam go jesz­cze za­trzy­mać w so­bie. Świe­ci­ła, gdy się ba­łam. Bły­ska­ła, kie­dy chcia­łam znik­nąć.

– Zgu­bi­łaś gwiezd­ny szlak?

– Może szu­ka mat­ki w chmu­rach?

– Nie wie, jak się wy­łą­cza…

Sta­łam wśród nich i mil­cza­łam. Czy­ta­łam ich my­śli – gwał­tow­ne, małe, zło­śli­we. Nie po­tra­fi­łam się przed nimi obro­nić.

I wte­dy pod­szedł on. Star­szy o kil­ka lat, o sza­rych oczach i spoj­rze­niu, któ­re nie oce­nia­ło. Po pro­stu zo­ba­czył.

– Zo­staw­cie ją – po­wie­dział ci­cho. – Świa­tło nie jest śmiesz­ne.

– Ale ona świe­ci! – za­pro­te­sto­wa­ła dziew­czyn­ka.

– A ty zie­jesz nudą – od­parł i od­szedł.

Zna­łam imię, któ­re no­sił, choć ni­g­dy mi go nie po­wie­dział.

Ka­elon.

Czy­ta­łam jego my­śli od pierw­szej chwi­li. Były spo­koj­ne, lo­gicz­ne, upo­rząd­ko­wa­ne. Nie chciał ni­ko­go skrzyw­dzić. Dzie­ci go sza­no­wa­ły nie dla­te­go, że był star­szy, ale dla­te­go, że jego obec­ność wy­ci­sza­ła wszyst­ko wo­kół.

Był sy­nem bli­skie­go przy­ja­cie­la mo­je­go taty. Od uro­dze­nia no­sił w so­bie prze­zna­cze­nie – miał kie­dyś za­stą­pić swo­je­go ojca, do­rad­cę Rady, głów­ne­go ge­ne­ra­ła, wy­cho­wa­ne­go w struk­tu­rze i lo­jal­no­ści wo­bec za­sad.

Ale Ka­elon nie pra­gnął wła­dzy ani ty­tu­łów. Chciał po­ma­gać in­nym od­na­leźć dro­gę do po­ko­ju. To wła­śnie ja­wi­ło się jako jego świa­tło.

Jego my­śli róż­ni­ły się od tych, któ­re zna­łam. Nie wtar­gnę­ły we mnie ni­czym fala. Przy­cho­dzi­ły spo­koj­nie, świa­do­me, za­pra­sza­ne. Nie ra­ni­ły.

On nie wie­dział, że mnie chro­ni, ale ja to czu­łam. Nie mó­wił do mnie przez pierw­sze dni, tyl­ko pa­trzył, pró­bu­jąc zro­zu­mieć. Bez li­to­ści i cie­ka­wo­ści. Po pro­stu… był.

Po­tem usie­dli­śmy ra­zem na za­ję­ciach z geo­me­trii prze­strzen­nej. Jesz­cze póź­niej ba­wi­li­śmy się na dzie­dziń­cu z dry­fu­ją­cy­mi pły­ta­mi. Nie po­trze­bo­wa­li­śmy słów. Każ­dy gest, spoj­rze­nie, wspól­ny śmiech w ci­szy spra­wia­ły, że czu­li­śmy, jak­by­śmy zna­li się od za­wsze, choć tak na­praw­dę do­pie­ro po­zna­wa­li­śmy sie­bie.

Pew­ne­go po­po­łu­dnia wy­mknę­łam się z Aka­de­mii, żeby wejść na sta­re drze­wo za mu­ra­mi. Ma­rzy­łam o wi­do­ku na całe mia­sto.

Wdra­pa­łam się wy­so­ko, ga­łę­zie były gę­ste, z nie­któ­rych do­strze­ga­łam ho­ry­zont – ten, o któ­rym opo­wia­da­no nam na lek­cjach kar­to­gra­fii snów. Chcia­łam po­czuć, że mogę wszyst­ko. Że świat nade mną nie pod­le­ga re­gu­łom.

Ze­rwał się wiatr. Ga­łąź pę­kła. Stra­ci­łam ba­lans.

I wte­dy, w ostat­nim mo­men­cie, Ka­elon mnie zła­pał. Nie mam po­ję­cia, skąd wie­dział, że tam je­stem. Po pro­stu się po­ja­wił – ci­chy, sku­pio­ny, obec­ny.

Opar­łam się o jego ra­mię

Mil­czał. I na mnie po­pa­trzył.

– Nie mów ni­ko­mu – szep­nę­łam.

– Nie po­wiem. Ale nie rób tak wię­cej.

Nie było w tym roz­ka­zu ani wy­rzu­tu, tyl­ko tro­ska.

Od tej chwi­li łą­czy­ła nas ta­jem­ni­ca. Mil­czą­ce po­ro­zu­mie­nie. Spoj­rze­nie, któ­re ni­g­dy się nie koń­czy.

Od­szedł bez sło­wa, ale ja wie­dzia­łam, że nie był tyl­ko chłop­cem o sza­rych oczach, ale pierw­szym, któ­ry mnie zo­ba­czył. Tak na­praw­dę.

*

Wte­dy po­zna­łam też Ela­na. Był w wie­ku Ka­elo­na, lecz jego ener­gia mia­ła zu­peł­nie inny ton. Śmiał się gło­śno, mó­wił szyb­ko, lu­bił im­pro­wi­zo­wać. Ra­zem z Ka­elo­nem two­rzy­li do­sko­na­ły duet pod­czas ćwi­czeń stra­te­gicz­nych – ba­lan­so­wa­li po­mię­dzy lo­gi­ką a bły­skiem in­tu­icji.

Elan nie był jed­nak tyl­ko iskier­ką ru­chu. W jego spoj­rze­niu kry­ło się coś wię­cej. Pró­bo­wał do­strzec to, co ukry­te pod po­wierzch­nią. Od daw­na mnie ob­ser­wo­wał. Cza­sem mi­gnął w tłu­mie, in­nym ra­zem zbyt dłu­go za­trzy­my­wał wzrok. Nie cho­dzi­ło o zwy­kłą cie­ka­wość, ale o coś, cze­go wte­dy jesz­cze nie umia­łam na­zwać.

Pew­ne­go dnia w prze­rwie mię­dzy za­ję­cia­mi pod­szedł i się przy­wi­tał. Miał ła­god­ny uśmiech i głos, któ­ry nie brzmiał ani na­uczy­ciel­sko, ani po­błaż­li­wie.

– Ko­ja­rzę two­je­go ojca. Nie są­dzi­łem, że jego cór­ka tra­fi tu tak wcze­śnie. – Za­milkł na chwi­lę, pa­trząc uważ­nie. – Tro­chę szko­da… Ale sko­ro już je­steś, po­sta­raj się nie świe­cić zbyt moc­no.

Na jego twa­rzy za­go­ścił żar­to­bli­wy uśmiech, lecz oczy zdra­dza­ły wię­cej niż sło­wa. Wi­dział mnie na swój spo­sób.

Od tam­tej chwi­li mó­wił do mnie po imie­niu. Nie pró­bo­wał się na­rzu­cać, nie za­da­wał py­tań, któ­rych nie chcia­łam sły­szeć. Po pro­stu był – obec­ny i uważ­ny. Cza­sem rzu­cał uwa­gę w tłu­mie, cza­sem sia­dał bli­żej niż wcze­śniej. Z Ka­elo­nem ro­zu­mie­li się bez słów, a ja wciąż po­zo­sta­wa­łam tro­chę z boku. Ich rów­no­wa­ga – spo­kój jed­ne­go i im­puls dru­gie­go – two­rzy­ła prze­strzeń, w któ­rej mo­głam po­zna­wać sie­bie.

Nie ufa­łam Ela­no­wi od razu. Wy­da­wał się zbyt zmien­ny, zbyt ja­sny. Z upły­wem cza­su do­strze­głam jed­nak, że jego sło­wa kry­ją war­stwę, któ­rą mało kto był w sta­nie za­uwa­żyć. Nie oce­niał, nie wy­śmie­wał, nie pró­bo­wał mnie zła­mać. I choć ni­g­dy nie po­wie­dział tego wprost, czu­łam, że wie. Wie­dział nie tyl­ko, kim je­stem, ale też jak trud­no jest nie świe­cić, gdy cały świat pa­trzy.

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Pieśń utka­na ze świa­tła

isbn: 978-83-8423-465-5

© Ka­ro­li­na Chru­ściak i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Alek­san­dra Ka­cia­now­ska-Wer­nik

ko­rek­ta: Iza­be­la Or­nal

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

ilu­stra­cje: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sjae-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.