Pielgrzym śmierci - Artur Kawka - ebook + książka
NOWOŚĆ

Pielgrzym śmierci ebook

Kawka Artur

0,0

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Poznaj historię inspirowaną realnymi wydarzeniami. Jeśli tak chaotyczne państwo jak ZSRR posiada tak znaczny arsenał jądrowy to nietrudno o to by śmiercionośna broń wpadła w ręce terrorystów. Czy rzeczywiście wiemy, jaki był los radzieckich głowic nuklearnych? Czy część wpadła w niepowołane ręce? Jak naprawdę działają terroryści? Co o tym wiedzą polskie służby specjalne? To pytania trudne a konkretną odpowiedź na nie można by przypłacić życiem.
Konwencja fikcji literackiej pozwala na opowiedzenie (między wierszami) o sprawach o których trudno (lub niebezpiecznie ) mówić operując rzeczywistymi zdarzeniami i osobami. Uważny czytelnik dostrzeże jednak wiele treści przypominających realne zdarzenia, zjawiska i problemy współczesnego świata takie jak: międzynarodowy terroryzm czy ciemne interesy służb.
W Hiszpanii, niedaleko Barcelony dochodzi do wypadku drogowego, w wyniku którego ginie kierowca samochodu osobowego. Przybyła policja odnajduje w samochodzie denata broń, torby wypełnione pieniędzmi i aparat telefoniczny, na którego ktoś próbuję się bezskutecznie dodzwonić. W ten sposób policja trafia na trop narkotykowych przemytników. Jeden z nich (Polak) po aresztowaniu decyduje się współpracować z organami ścigania. Naprowadza hiszpańskich śledczych na przerażającą wiedzę o kazachskim arsenale jądrowym, który może trafić w ręce ISIS...
Wszystkie służby światowych mocarstw zostają postawione w stan gotowości, ktoś z najbogatszych ludzi na świecie chce zapłacić za śmiercionośną broń, zaczyna się gra z czasem
Polecamy również cykl "Usta mordercy." Gotowy scenariusz, na ostry polski film kryminalny.", "Świetna książka, świetnie przeczytana. Bardzo polecam!".- opinia słuchaczy audiobooka.
Artur Kawka - właściciel rodzinnej firmy handlowej, autor między innymi "Niebezpiecznego sąsiedztwa" oraz "Nawróconego".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 555

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



ARTUR KAWKA

Pielgrzym śmierci

@lindcopl

e-mail: [email protected]

Tytuł oryginału:

Pielgrzym śmierci

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana

ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana

w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody

Wydawnictwa Lind&Co Polska sp. z o.o.

Ten e-book jest zgodny z wymogami

Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

Wydanie I, 2026

Redakcja: Magdalena Olejnik

Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz

(Grafiki wygenerowane przy użyciu AI)

Copyright © dla tej edycji:

Wydawnictwo Lind&Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026

ISBN 978-83-67718-55-4

Czytacie na własne ryzyko… (zamiast przedmowy)

Do gabinetu szefa Centralnego Biura Śledczego w Częstochowie wparowałem wraz z ekipą filmową w momencie, gdy wiedziałem już więcej niż częstochowscy śledczy.

Chwilę rozmawialiśmy podniesionymi głosami, aż wreszcie naczelnik CBŚ rozpoczął swoje rytualne matactwa. Cel tej wizyty był jednak inny. Chciałem mieć ostateczne potwierdzenie tego, że się nie mylę, i z gangiem powiązany jest przynajmniej jeden funkcjonariusz. Wiedziałem, że są skorumpowani, znałem historię obrzydliwego prokuratora, który miał na sumieniu więcej niż niejeden gangster od mokrej roboty, wiedziałem, że od dawna miasto toczy ciężka, śmiertelna choroba.

Spalenie młodego chłopca w ognisku było tylko jednym z jej przejawów. W Częstochowie spotykałem się z gangsterami, miałem godziny nagranych rozmów, w hotelu „Patria” (zanim zostałem z niego wyrzucony) „przesłuchiwałem” generała policji, który niedługo później został aresztowany za związki z mafią paliwową, przy aresztowaniu nie zdążył wystrzelić z trzymanego w dłoniach pistoletu.

Po wielu tygodniach rozwikływania jednej z najtrudniejszych moich dziennikarskich zagadek wiedziałem, że Częstochowa to nie Jasna Góra, to miasto toczone układami pomiędzy gangsterami, policją i wymiarem sprawiedliwości. Dość powiedzieć, że jedna z tutejszych sędzin była kochanką gangstera, a jego sprawa miała być rozpatrywana w tym właśnie sądzie.

Gangrena, niejasne powiązania i korupcja w najbardziej niespodziewanych miejscach – to był obraz tego miasta na przełomie XX i XXI wieku. Nawet miejskie szalety były wtedy pod kontrolą gangu.

Po nic niewnoszącej kłótni z naczelnikiem CBŚ wyszliśmy z jego gabinetu, niepostrzeżenie zostawiając pod stołem włączony sprzęt nagrywający. Okazało się, że zaraz po naszym wyjściu naczelnik zwołał „wojenną naradę”, przybyli wszyscy zamieszani w sprawę, o której rozmawialiśmy. Dyktafon pracowicie nagrywał, a oni przerzucali się pomysłami na to, jak uciszyć „pismaków”. Ja w tym czasie siedziałem na fotelu fryzjerskim w zakładzie, który prowadziła narzeczona zastrzelonego w miejscowych rozrachunkach gangstera, która właśnie przeszła do łóżka funkcjonariusza CBŚ i pod jego parasol. Strzygła mnie i nie wiedziała, skąd na mojej twarzy błąkał się nieznaczny uśmiech. W tym czasie mój dźwiękowiec bezczelnie wszedł do pokoju narad częstochowskiego CBŚ i zabrał leżący pod stołem dyktafon. Byli tak zbaraniali, że żaden z nich nie oponował.

Potem słyszeliśmy, jak zdenerwowany do granic naczelnik wykrzykuje: Oni już wszystko wiedzą! Co robić?!

Zaczęło się od tego, że w Częstochowie kokainą zaczął rządzić gang „M”, niewykształconego, ale sprytnego i bezwzględnego bandyty. Zadzwoniła do mnie pewna osoba. Zainspirowała mnie do zrobienia filmu o tym, jak to funkcjonariusz Centralnego Biura Śledczego krył grasujących w mieście bandytów. W zamian otrzymał od nich charakterystyczny luksusowy samochód i… byłą kochankę zastrzelonego bandyty.

W sidła gangsterów wpadł młody chłopak pochodzący z bardzo bogatego domu. Porwali go dla okupu, a potem… żywcem spalili. Nikt nie chciał o tym mówić. Odbijałem się od drzwi do drzwi. Jednak mozolnie – nitka po nitce – zdobyłem dowody na to, że policjant współpracuje z gangiem i stąd wynika nietykalność przestępców. Wraz z ekipą filmową trafiłem nawet na bardzo ważnego świadka, który potwierdził przebieg wydarzeń. Na szczęście świadek został przez nas nagrany. Zmarł bowiem jakiś czas po tych wydarzeniach.

To było jedno z najtrudniejszych śledztw, ale jednocześnie – po ludzku – trudne doświadczenie wszechogarniającej zgnilizny i pustki.

Wszystko to nagle stanęło mi przed oczami, gdy czytałem powieść Pielgrzym śmierci Artura Kawki, którego notabene poznałem właśnie w tamtych czasach.

W powieści wszystko co prawda brzmi inaczej, inne są postaci, szczegóły, przebieg wypadków, jednak czytając ją, ciągle mam wrażenie déjà vu, powrotu do tamtych wydarzeń. Dramatycznych kolei losu, które spowodowały śmierć młodego człowieka, nasze śledztwo, kilka niebezpiecznych zdarzeń… to wszystko nagle stanęło mi przed oczami.

Pielgrzym śmierci jest literacką fikcją, ale znakomicie kreśli atmosferę tamtych zdarzeń, postaci morderców, gangsterów… typy są takie, jakby niedawno odeszli od mojego dziennikarskiego stolika. Przy okazji autor z wielka swadą buduje napięcie i dawkuje czytelnikowi wzruszenia. Kilka wątków to prawdziwe fabularne perełki.

Gdy poznałem autora, był przedsiębiorcą walczącym z esbeckimi układami. Nigdy nie przypuszczałem, że wyrośnie z niego taki rasowy autor pasjonujących thrillerów. Widać jednak, że doświadczenie życiowe znakomicie procentuje w literaturze.

Tak się złożyło, że mamy wspólny krąg znajomych w mieście pod Jasną Górą, a ci znajomi znakomicie znają specyfikę półświatka. Czytając Pielgrzyma śmierci, często miałem wrażenie, jakbym czytał pasjonujący, acz przygnębiający reportaż, czułem w tej powieści znakomitą znajomość realiów, zdarzeń i postaci. Tu musieli maczać swoje palce znajomi eksperci.

To bardzo frapujące, jak Artur Kawka składa to wszystko w całość dystansującą okrzyczane gwiazdy polskiej literatury kryminalnej. Kawka wie, o czym pisze, i porusza się po dobrze znanych sobie zaułkach. Imponująca jest także znajomość realiów działania choćby hiszpańskiej policji. Miałem pewne doświadczenia hiszpańskie. W Hiszpanii – dokładnie w Alicante – wytropiłem bossa mafii paliwowej bezskutecznie poszukiwanego w Polsce międzynarodowym listem gończym. Nagrałem z nim wywiad telewizyjny, który spowodował w Polsce wielki skandal. Wcześniej od Barcelony jechaliśmy wypożyczonymi samochodami, starając się zgubić ewentualną obserwację. Wiele lat później hiszpańscy oficerowie gratulowali nam tej wyprawy. Możecie więc mi zaufać, że wiem, o czym piszę, twierdząc, że Kawka zna się na iberyjskich metodach działania policji.

Kiedy prowadziłem swoje dziennikarskie śledztwo w Częstochowie, byłem już doświadczonym reporterem, a jednak realia tego miasta całkowicie mnie zaskoczyły. Stopień zżycia świata przestępczego w niektórymi przedstawicielami wymiaru sprawiedliwości był wprost szokujący i tak ostentacyjny, że gasił wszelką nadzieję na zmiany.

W czasie, gdy wyjaśniałem powiązania Aleksandra Żagla i Andrzeja Kuny – wiedeńczyków – z dziwaczną prywatyzacją wielkich częstochowskich zakładów, jednym z moim ważnych świadków był oficer Wojskowych Służb Wewnętrznych. Kiedy jednak przyszło mu wystąpić w charakterze świadka przed sądem, stwierdził: Wysoki Sądzie, przez pewien czas pracowałem na lotnisku i pewnego dnia dostałem skrzydłem samolotu w głowę – nic nie pamiętam!

Szokujące dla mnie było poznanie kulis przestępczego interesu dowodzonego przez… byłego prokuratora, który zbudował własny potężny gang paliwowy. Jego ochroniarzem był pewien sympatyczny bokser, z którym potem zdarzyło mi się trenować ten sport.

Innym razem nagrywaliśmy z ukrytej kamery wysokiego urzędnika odpowiedzialnego w Częstochowie za pobór podatków. W pewnej chwili mężczyzna rozpłakał się i znacząco przejechał palcem po szyi i wyszeptał: Panowie, ja muszę milczeć bo inaczej oni nas wszystkich załatwią, tu ludzie padają jak muchy. Za duże pieniądze.

Oglądaliśmy podczęstochowskie pałace i latyfundia paliwowych baronów…

Piszę o tym wszystkim nie z chełpliwości, ale po to, by przekonać państwa, że w odniesieniu do realiów opisywanych w Pielgrzymie śmierci nie jest mnie łatwo ani wziąć na plewy, ani mi specjalnie zaimponować, a jednak powieść Artura Kawki pochłonąłem z wypiekami na twarzy. To nie tylko prawdziwe zanurzenie czytelnika w realnie istniejącym świecie zła, ale także doskonała znajomość mechanizmów zdarzeń i psychologii postaci.

Przyznam, że nie przepadam za czytaniem rodzimej twórczości kryminalnej. Z reguły wzdycham nad papierowością fabuł i bohaterów, okrzyczane gwiazdy tego gatunku pewnie spociłyby się z wrażenia, gdyby przyszło im spędzić dzień wśród prawdziwych bandytów. Stąd ich produkcje tyle mają wspólnego z życiem, co polskie komedie romantyczne z prawdziwymi komediami i miłością.

Kawce udaje się pokonywać pułapki łatwego pisania i grafomańskich fabuł. Jest szczery do bólu i czasem nawet przesadza z dokumentalnością opisywanych przez siebie sytuacji. Wróżę mu sporą karierę w tym gatunku, a Pielgrzym śmierci – wstrząsająca opowieść o świecie służb i bezprawia – to na pewno jeden z najlepszych thrillerów, jakie ostatnio trzymałem w dłoniach.

Jeśli nie boicie się zanurzyć w świecie, który was prawdziwie przerazi, zacznijcie czytać. Nie oderwiecie się aż do ostatniej sceny i niestety wiele spraw nie będzie już dla was tak prostych jak dawniej.

Cóż, czytacie na własne ryzyko…

Rozdział 1

Dochodziła godzina 10.00 w czwartek 28 lutego 2019 roku, kiedy starszy sierżant César Zamora, funkcjonariusz katalońskiej policji Mossos d’Esquadra pełniący służbę patrolową na przedmieściach Barcelony wraz ze swoim partnerem Pepe Sánchezem otrzymali zgłoszenie o wypadku na autostradzie niedaleko miasteczka Montgat. Znajdowali się najbliżej miejsca zdarzenia, dlatego niezwłocznie przystąpili do akcji, informując o tym oficera dyżurnego. Pogoda jak na tę porę roku była wyjątkowo paskudna. Od trzech dni nieustannie padał deszcz, więc policjantom natychmiast przyszło na myśl, że przyczyną kolizji mogły być fatalne warunki pogodowe. Radiowóz pędził na sygnale, omijając ustępujące mu pojazdy i wkrótce wjechał na trzypasmową autostradę prowadzącą do Barcelony. Po przejechaniu trzech kilometrów dotarli na miejsce. Wieloletnia służba obu funkcjonariuszy katalońskiej policji przyzwyczaiła ich do tego rodzaju scen i uodporniła na stres związany z widokiem zabitych i rannych ofiar wypadków. Po zatrzymaniu radiowozu ich oczom ukazała się ciężarówka, która z włączonymi światłami awaryjnymi stała w poprzek autostrady, blokując ruch. Zaparkowali radiowóz w odległości pięćdziesięciu metrów od pojazdu, pozostawiając go na sygnałach i wybiegli, aby sprawdzić skutki kolizji. Kiedy dotarli do tyłu ciężarówki, ujrzeli volkswagena tourana, który wypadł z autostrady i rozbił się, z całym impetem uderzając o skały przypominające w tym miejscu wielkie schody. Samochód musiał jechać z dużą prędkością, gdyż na jezdni nie widać było żadnych śladów hamowania. Mocno rozbity tył naczepy chłodni świadczył o ogromnej sile, z jaką w nią uderzył.

Sierżanci Zamora i Sánchez ujrzeli grupkę ludzi usiłujących dostać się do wnętrza rozbitego pojazdu. Ktoś przyniósł metalową brechę, pod naporem której udało się otworzyć zablokowane drzwi samochodu i oczom zebranych ukazał się makabryczny widok. Ciało kierowcy leżało na dźwigni zmiany biegów, a twarz i głowa były zmasakrowane i pokryte krwią. César wraz z Pepe poprosili pomagających i gapiów o odsunięcie się od auta. Wkrótce dłoń sierżanta Zamory dotknęła przegubu ręki, a potem szyi kierowcy. Niestety nie udało się wyczuć pulsu. Policjanci chcieli wyciągnąć ciało z rozbitego pojazdu, ale nogi kierowcy zakleszczyły się na skutek ogromnej siły uderzenia w skały.

– Nie damy rady! Muszą przyjechać strażacy z piłami. Bez nich nie wydobędziemy tego człowieka – powiedział z rezygnacją w głosie César i pokręcił głową z niedowierzaniem.

Zdążył zrobić parę kroków do tyłu, gdy poczuł uchwyt na swojej ręce. Odwrócił się i ujrzał młodego, dwudziestokilkuletniego mężczyznę, który łamiącym się głosem zaczął nerwowo objaśniać przyczyny wypadku.

– Panowie, to nie była moja wina – tłumaczył gorączkowo kierowca tira, wskazując na samochód osobowy z włączonymi światłami awaryjnymi na środkowym pasie autostrady, tuż przed ciężarówką. – W strugach deszczu zobaczyłem stojące auto i zacząłem hamować. Chciałem go ominąć, gdy poczułem uderzenie w naczepę.

Policjanci jak na komendę spojrzeli w stronę czerwonego seata ibiza. Obok niego stała przerażona starsza kobieta, która bała się podejść w stronę rozbitego auta, jakby świadoma swojej winy.

– Idź do niej – zwrócił się do kolegi César. – Ja wezwę pomoc, choć temu nieszczęśnikowi na niewiele się to zda.

Po pięciu minutach zjawili się strażacy, którzy błyskawicznie rozcięli przód wraku, uwalniając zakleszczone w nim zwłoki. Przybyły lekarz pogotowia stwierdził zgon w wyniku rozległych obrażeń głowy, powstałych na skutek uderzenia samochodu w skalną półkę z ogromną szybkością. Dodatkowym powodem tak rozległych obrażeń były niezapięte pasy bezpieczeństwa u kierowcy.

Sierżant pochylił się nad zwłokami i zaczął przeszukiwać kieszenie denata. Kiedy rozpiął skórzaną kurtkę, nagle zamarł z wrażenia. Pod kurtką, a dokładnie pod lewą pachą znajdował się pistolet przypięty do szelek. W kieszeniach nie było żadnych dokumentów. César wszedł do samochodu i obejrzał drzwi, ale oprócz niedojedzonych chipsów, puszek po napojach i grubej warstwy kurzu nie znalazł tam niczego, co byłoby godne uwagi. Obszedł samochód z drugiej strony. Drzwi po stronie pasażera również nie chciały ustąpić, więc zawrócił i klękając na prawym kolanie na fotelu kierowcy, nachylił się w kierunku schowka. Próbował go otworzyć, ale wskutek uderzenia zamek został uszkodzony i zablokowany. Miał się już wycofać z wraku, gdy do jego uszu dotarł dźwięk dzwonka telefonu komórkowego. Sierżant rozejrzał się i wkrótce odnalazł aparat leżący na wycieraczce pod fotelem pasażera. Wziął go do ręki i spojrzał na numer dzwoniącego. Postanowił nie odbierać połączenia i po chwili dzwonek umilkł. César wygramolił się na zewnątrz rozbitego samochodu. Przybywało coraz więcej jednostek policji i ratownictwa, które dokonywały oględzin miejsca wypadku i wykonywały liczne zdjęcia oraz pomiary konieczne do sporządzenia dokumentacji. Gapie zostali odsunięci na odległość stu metrów, a miejsce wypadku ogrodzono specjalnymi taśmami. Sierżant miał zamiar powiadomić sekcję kryminalną w związku ze znalezieniem tajemniczego pistoletu i brakiem dokumentów, co uniemożliwiało ustalenie tożsamości denata. Podszedł do tyłu samochodu, aby odczytać numery rejestracyjne. Trzymając w ręku radiotelefon, już miał wywołać oficera dyżurnego i prosić o przysłanie sekcji kryminalnej w celu zabezpieczenia śladów z rozbitego pojazdu, gdy jego wzrok spoczął na bagażniku. Inspektor Zamora odłożył krótkofalówkę i nacisnął zamek bagażnika. Kiedy klapa się uniosła, ukazały się cztery duże torby podróżne, które siła uderzenia przesunęła w głąb bagażnika. Sierżant założył rękawiczki, przyciągnął do siebie jedną z toreb i rozsunął jej zamek. To, co zobaczył, spowodowało u niego głębszy oddech i kołatanie serca. Torba była wypełniona po brzegi paczkami banknotów studolarowych. Zamora sprawdził zawartość pozostałych toreb i natychmiast podjął decyzję. Był zbyt doświadczonym funkcjonariuszem, aby nie zdawać sobie sprawy z wagi odkrycia. Błyskawicznie wyjął swój prywatny telefon i wybrał numer. Po chwili w słuchawce odezwał się męski głos:

– Halo, tak, tato, coś się stało? – zapytał rozmówca.

– Cześć, przed trzydziestoma minutami koło miejscowości Montgat, na autostradzie w kierunku Barcelony miał miejsce śmiertelny wypadek. Kierowca, który zginął, miał przy sobie pistolet beretta oraz cztery torby wypełnione banknotami studolarowymi. Na oko jest tego jakieś trzy do czterech milionów dolarów – wyrecytował César.

W słuchawce nastąpiła chwila ciszy. Człowiek, do którego zadzwonił sierżant, był jego synem. Rafael miał trzydzieści osiem lat i był szefem katalońskiego oddziału UDYCO (Unidad de Droga y Crimen Organizado – jednostki narkotykowej współpracującej bezpośrednio z DEA), podlegającego bezpośrednio pod Madryt. Cała historia potoczyłaby się zapewne zupełnie inaczej, ale los chciał, aby to César Zamora znalazł się jako pierwszy na miejscu wypadku i odnalazł broń oraz tajemniczą przesyłkę. Miał przeczucie, że pieniądze pochodziły z handlu narkotykami i nie mylił się. Wiedział, że jego syn jest jedyną w całej Katalonii osobą, która może wykorzystać natychmiast tajemnicze odkrycie. Nie wiedział, że to odkrycie spowoduje istne trzęsienie ziemi w mieście odległym o 2200 kilometrów od Barcelony. W mieście, z którego pochodził zabity w wypadku kierowca tourana.

Zanim został szefem katalońskiego oddziału UDYCO, Rafael Zamora ukończył prestiżową Narodową Akademię Policyjną A Villa koło Madrytu z oceną wyróżniającą. Ale w młodości Rafael nie zamierzał zostać policjantem. Pochodził z portowej dzielnicy Barcelony – Sant Martí, gdzie każdy młody chłopak chce być piłkarzem i rodzi się kibicem ukochanej Barçy. Rafael od piątego roku życia uczęszczał na zajęcia w Akademii Piłkarskiej i każdą wolną chwilę spędzał na uganianiu się za piłką na szkolnym boisku razem z rówieśnikami z dzielnicy. Chłopcu nie brakowało talentu piłkarskiego. Trenerzy zauważyli u niego niezwykłą inteligencję w rozgrywaniu piłki, szybkość i waleczność. Młody Rafael Zamora nie umiał przegrywać i na boisku walczył do końca. Ale nazwisko, jak żartował jego ojciec, do czegoś zobowiązywało. Nie wiadomo, jak potoczyłoby się życie szefa katalońskiego oddziału UDYCO, gdyby nie wypadek, a raczej kontuzja, która przydarzyła mu się w czasie turnieju trampkarzy w wieku dziesięciu lat. W czasie meczu, w walce o piłkę, zawodnik drużyny przeciwnej bezpardonowo zaatakował Rafaela nakładką, trafiając go w więzadło prawego kolana. Chłopak prosto z boiska trafił do szpitala, gdzie przeszedł operację. Diagnoza lekarska przewidywała roczną przerwę w uprawianiu sportu, co było ogromnym ciosem dla ambitnego młodego piłkarza. Rafael postanowił wszelkimi możliwymi sposobami wrócić jak najszybciej do uprawiania ukochanej dyscypliny sportu.

Dwa miesiące po operacji rozpoczął rehabilitację kontuzjowanego kolana. Codziennie po zajęciach szkolnych sześć godzin spędzał w sali Akademii Piłkarskiej. Ćwicząc i kontynuując rehabilitację, nie mógł się doczekać chwili, gdy znów wybiegnie na boisko. Jego upór został nagrodzony, a lekarze i trenerzy nie kryli podziwu dla młodego chłopca, który swoją determinacją doprowadził do powrotu na boisko pięć miesięcy po kontuzji. Podczas rozgrywek trener nie chciał go forsować i dlatego wpuszczał go na boisko tylko w końcówce meczu. Przyszedł kolejny sezon i młody piłkarz zapomniał o kontuzji, choć kiedy kończył trening lub mecz, odczuwał ból w operowanym kolanie. W czasie jednego z treningów doszło do wypadku, który przekreślił dalszą karierę młodego chłopca. Ćwicząc stałe fragmenty gry, Rafael wbiegł w pole karne i zaatakował piłkę, chcąc skierować ją do bramki. Kiedy wykonywał zamach prawą nogą, kontuzjowane przed rokiem kolano trafiło na kolano obrońcy, który starał się zablokować strzał. Młody piłkarz poczuł silny ból, a jego kolano wyskoczyło prawie ze stawu. Ze łzami w oczach, z wściekłością uderzał pięściami w murawę boiska. Czekała go kolejna operacja i tragiczna diagnoza – koniec kariery piłkarskiej. Rafael załamał się, nie mogąc uwierzyć, że już nie będzie mógł grać zawodowo w piłkę i nie zostanie gwiazdą ukochanej Barcelony. Z pomocą przyszli mu rodzice oraz najlepsza przyjaciółka – rówieśniczka z bloku, gdzie mieszkał od dziecka – Patricia Rivero. Dziewczyna od najmłodszych lat wychowywała się z chłopcami z bloku, grając z nimi w piłkę. Rafael z Patricią zostali najlepszymi przyjaciółmi. Dziewczyna kibicowała mu w czasie meczów, a później pomagała nadrobić materiał w czasie zajęć szkolnych. Ponieważ uczyła się bardzo dobrze, chciała dostać się na uniwersytet w Madrycie, aby studiować medycynę. Jej marzeniem było leczenie dzieci. W czasie wspólnych niekończących się dyskusji pokazała Rafaelowi miesięcznik opisujący pracę lekarzy bez granic, którzy nieśli pomoc mieszkańcom Afryki. Potem stwierdziła stanowczo:

– Ja też tam kiedyś pojadę i będę ratowała im życie.

Lata mijały i przyjaźń z podwórka przerodziła się w młodzieńczą miłość. Kiedy Rafael i Patricia ukończyli liceum, byli już parą młodych, wpatrzonych w siebie ludzi snujących wspólne plany na przyszłość. Rafael dostał się na prestiżową uczelnię policyjną, a Patricia rozpoczęła wymarzone studia medyczne w stolicy. Spotykali się tylko w weekendy, najczęściej w Madrycie, gdyż nadmiar zajęć nie pozwalał im na zbyt częste wizyty w tak bliskiej ich sercu Barcelonie. Wyjątkiem były ważne mecze ukochanej Barçy, na których choćby waliło się i paliło, musieli zjawić się na stadionie i kibicować swej drużynie. Wszystko wskazywało na to, że młodzi ludzie będą realizować swoje młodzieńcze marzenia, jednak na przeszkodzie temu stanęło zdarzenie, do którego doszło po pierwszym roku studiów. Cała paczka z podwórka Rafaela i Patricii, po długiej rozłące, postanowiła uczcić wakacje wspólnym wyjazdem na Ibizę. Rezerwując hotel na wyspie, nikt z sześciu przyjaciół nie przypuszczał, że wymarzone wspólne wakacje okażą się koszmarem. W dniu wyjazdu na Ibizę matka Rafaela – Marisa – została potrącona przez samochód na przejściu dla pieszych. Pierwsze diagnozy mówiły o złamaniu nogi i ogólnych potłuczeniach. Rafael i Patricia spędzili cały dzień w szpitalu, troszcząc się o ranną kobietę, która, jak się wydawało, szybko odzyskiwała siły. Kiedy zbliżała się godzina wyjazdu, matka zapewniła Rafaela, że czuje się lepiej i mimo jego oporu wręcz nakazała mu udanie się na wymarzone pierwsze młodzieńcze wczasy. Rafael bił się z myślami, czy powinien wyjechać. Ostatecznie ustalił z Patricią, że pozostanie jeszcze jeden dzień, czekając, aż matka przejdzie badanie tomograficzne głowy i jeśli wszystko będzie w porządku, to następnego dnia zjawi się na Ibizie. Dziewczyna zaproponowała, że będzie mu towarzyszyć i wyjadą razem, ale chłopak, nie chcąc jej obarczać własnymi rodzinnymi problemami, poprosił, aby jechała z pozostałymi przyjaciółmi. Rafael nie przypuszczał, że ta decyzja okaże się brzemienna w skutki i będzie mu ciążyła przez całe życie.

Wykonane nazajutrz badania tomografem nie wykazały żadnych urazów wewnętrznych ani krwotoków. Rafael mógł z czystym sumieniem zostawić matkę w szpitalu i udać się na pierwsze dorosłe wczasy z ukochaną. Pojechał na lotnisko i pierwszym samolotem poleciał na Ibizę. Po przylocie dowiedział się, że hotel oddalony jest od lotniska o około pół godziny jazdy. Był zmęczony przeżyciami ostatnich dwóch dni, dlatego postanowił wziąć taksówkę. Kiedy pod lotniskiem wsiadł do taryfy i wymienił nazwę hotelu, stary otyły taksówkarz zaczął z przejęciem kręcić głową.

– Niedobrze wybrałeś, synu – stwierdził z przejęciem w głosie.

– Jak to? Nie rozumiem. Dlaczego źle wybrałem hotel? – zapytał zdziwiony Rafael.

Kiedy odjechali spod lotniska, kierowca zaczął gestykulować i objaśniać:

– Widzisz, przed godziną odnaleziono dziewczynę, która nie wróciła z imprezy poprzedniej nocy. Mieszkała w tym hotelu. Wiesz, to tutaj normalne, że dzień i noc to dla was młodych jedna niekończąca się impreza, ale – taksówkarz zawiesił głos i po chwili kontynuował – ale jakieś bydlę zamordowało to biedne dziecko.

W tym momencie Rafaelowi wystąpiły na czole krople potu. Wziął do ręki telefon komórkowy i zaczął wybierać numer Patricii. Serce waliło mu jak oszalałe, bo w tej chwili uświadomił sobie, że nie dzwonił dzisiaj do niej, nie chcąc jej budzić zbyt wcześnie. Ale czemu ona nie zadzwoniła? Przecież to do niej niepodobne, by nie zapytała, co ze zdrowiem jego matki.

– Ten bydlak chciał ją zgwałcić, ale dziewczyna się broniła – przez szum myśli w głowie przebijały się słowa taksówkarza. – Pociął ją nożem. Mówią, że mogło być ich dwóch.

– Kiedy to się stało? – dopytywał Rafael.

– Dzisiaj, prawdopodobnie po północy – wyjaśnił kierowca.

Rafael począł modlić się w myślach: „Odbierz! Odbierz telefon, proszę cię”.

Ale telefon milczał nieubłaganie, a po chwili włączyła się poczta głosowa, prosząc o nagranie wiadomości. Chłopak wybrał numer Jessiki, która była jedną z najbliższych przyjaciółek Patricii. Czekał, aż odbierze, a serce waliło mu jak oszalałe. Modlił się w myślach i prosił Boga, aby zamordowana dziewczyna nie była jego miłością. Nagle ktoś odebrał telefon, ale nie był to głos Jessiki.

– Hallo, kto mówi? – zapytał Rafael.

– Tu komisariat policji na Ibizie – wyjaśnił męski głos.

Rafael przedstawił się, ale na swoje pytania otrzymywał tylko wymijające odpowiedzi. Jego przerażenie sięgnęło zenitu. Poprosił kierowcę o zmianę kursu. Kiedy taksówkarz usłyszał adres, zapytał z przerażeniem w głosie:

– A więc ta dziewczyna to ktoś bliski?

Rafael, pełen najgorszych przeczuć, ze łzami w oczach pokręcił przecząco głową i odparł drżącym głosem:

– Jeszcze nie wiem.

Po pół godzinie siedział przed inspektorem Pedrem Correą prowadzącym sprawę brutalnego morderstwa dokonanego na dziewczynie poprzedniej nocy na jednej z plaż. Po upewnieniu się, że Rafael poprzednią noc spędził w Barcelonie i nie miał nic wspólnego z zabójstwem dziewczyny, policjant zapytał:

– Czy Patricia Rivero była dla pana kimś bliskim?

Po tych słowach Rafael zrozumiał, że stracił najbliższą mu osobę. Nie mógł się opanować i wybuchnął płaczem. Inspektor podszedł do chłopaka, położył mu rękę na ramieniu i poklepał go po przyjacielsku.

– Jesteś po pierwszym roku akademii?

Rafael pokiwał głową. Rozpacz ściskała mu gardło, ale po chwili zapytał:

– Jak zginęła Patricia?

Inspektor obszedł biurko, pogładził się po brodzie i spojrzał badawczo na chłopaka, zastanawiając się, czy na tym etapie śledztwa powinien zdradzać szczegóły morderstwa. Z przesłuchań pozostałych przyjaciół wiedział jednak, kim dla Rafaela była zamordowana dziewczyna.

– Niech to na razie pozostanie twoją tajemnicą. Nie możesz nikomu o tym mówić, szczególnie dziennikarzom. Gdy tylko dowiedzą się, kim byłeś dla zamordowanej, rzucą się na ciebie jak wściekłe sępy – powiedział policjant.

Rafael spojrzał błagalnie w stronę starszego kolegi. Inspektor pokiwał głową, jakby starał się zrozumieć młodego adepta swego fachu i po chwili zaczął mówić:

– Twoja dziewczyna została brutalnie zakatowana. Ktoś chciał ją zgwałcić, ale się broniła. Pod paznokciami znaleźliśmy naskórek i krew napastnika. Musiała go, albo ich, ostro wkurzyć i dlatego zakatowali ją na śmierć.

– A więc było ich kilku? – dopytywał się Rafael.

– Ślady pozostawione na plaży wskazują, że było ich co najmniej dwóch – powiedział inspektor.

Rafael zaczął nerwowo uderzać pięścią w swoją dłoń i kręcić z niedowierzaniem głową:

– A gdzie byli nasi przyjaciele?

Inspektor podszedł do szafki, wyjął butelkę wody mineralnej i podał ją chłopakowi.

– Twoja dziewczyna po północy postanowiła wyjść z klubu. Reszta waszych przyjaciół bawiła się dobrze, więc zostali. Kiedy nad ranem wrócili do hotelu, nie zauważyli jej braku. Myśleli, że śpi w pokoju, w którym ty miałeś z nią spać.

Rafael pokiwał ze zrozumieniem głową, otarł ręką łzy, odkręcił butelkę z wodą i napił się łyk, po czym zapytał:

– Czy dał pan, inspektorze, komunikat na lotnisko i do portu, że ktoś z widocznymi śladami podrapań może próbować opuścić wyspę?

Inspektor zagwizdał z uznaniem, wyjął papierosa, zapalił go i wyszedł z pokoju. Wkrótce lotnisko, port i przystanie zostały powiadomione o możliwości ucieczki sprawców morderstwa z wyspy. Działania te przyniosły efekty szybciej, niż by się można spodziewać.

Już po dwóch godzinach przyszła informacja od służb policyjnych na lotnisku, że w grupie osób odlatujących do Londynu, jeden z młodych mężczyzn ma na twarzy wyraźne ślady, mogące świadczyć o tym, że mógł być sprawcą morderstwa. Inspektor Correa słusznie dedukował, że sprawców mogło być co najmniej dwóch. Udał się natychmiast na lotnisko, gdzie oprócz mężczyzny z widocznymi obrażeniami na twarzy zatrzymano jeszcze jednego młodzieńca, który osobno kupił bilet, ale pochodził z tego samego miasta. Ponadto kamery na lotnisku wychwyciły wielokrotny kontakt wzrokowy obu mężczyzn. Już pierwsze przesłuchanie przyniosło nieoczekiwane efekty. Okazało się, że mężczyźni przylecieli jednym lotem i wynajmowali pokoje w tym samym hotelu. Inspektor postanowił zagrać va banque. Po pobraniu materiału do badań poddał ostremu przesłuchaniu mężczyznę, który nie posiadał żadnych obrażeń. Przyprowadzony do pokoju przesłuchań Anglik zażądał natychmiast powiadomienia ambasady brytyjskiej i przysłania adwokata.

– Spokojnie Mark – powiedział dobrotliwie inspektor Correa, częstując przesłuchiwanego papierosem.

Po chwili drzwi się otworzyły i do pokoju weszła młoda kobieta w asyście policjanta. Spojrzała na młodego Anglika i pokiwała głową. Wyglądało to tak, jakby dawała znak, że go rozpoznaje. Dwudziestopięcioletni Anglik zaczął nerwowo łapać powietrze. Inspektor gestem ręki podziękował kobiecie i policjantowi, po czym gwałtownie odwrócił się w obrotowym fotelu w stronę przesłuchiwanego i spoglądając mu w oczy, przemówił płynną angielszczyzną:

– No co, Mark? Masz teraz dwadzieścia pięć lat, więc gdy wyjdziesz za drugie tyle, będziesz starym dziadem. Spieprzyłeś sobie życie, ale nie to jest najgorsze – stwierdził z politowaniem.

Anglik z wrażenia zaniemówił, a policjant postanowił kontynuować atak.

– Kamery, kolego, ukryte kamery. Tego nie przewidzieliście, ale to też nie jest jeszcze najgorsze.

Anglik wciągnął powietrze i zapytał:

– A co jest najgorsze?

– Najgorsze jest to, że trafisz do ciężkiego więzienia niedaleko Barcelony. Tam, oprócz religii wyznawanej przez więźnia, drugą obowiązującą religią jest miłość do Barçy. Wiesz, co ci zrobią więźniowie, jeżeli dowiedzą się, że zabiłeś dziewczynę, która była kibicem ich ukochanej drużyny?

W pokoju zapanowała cisza. Inspektor wyjął paczkę papierosów i po chwili zaciągnął się dymem, obserwując przesłuchiwanego, który patrzył mętnym wzrokiem w okno. Widać było, że gorączkowo myśli.

– Najpierw cię zgwałcą, potem skatują tak, że trafisz do więziennego szpitala. Tam każdy będzie chciał cię otruć. Wyjdziesz z niego, ale oni będą nadal na ciebie polować. Będziesz niczym karaluch, którego każdy będzie mógł rozdeptać. Tyle tylko, że nie zostaniesz rozdeptany. Budząc się co rano, będziesz nieustannie przeklinał dzień, kiedy zabiłeś tę niewinną dziewczynę. I każdego dnia będziesz czekał na kolejne wymierzenie kary – objaśnił inspektor, gestykulując rękoma.

Po chwili dodał:

– Wiesz, kiedy to się skończy?

Anglik spojrzał w jego kierunku wzrokiem zwierzyny zagonionej przez drapieżnika na skraj przepaści.

– W dniu, gdy dojdziesz do wniosku, że dłużej tego nie wytrzymasz i postanowisz ze sobą skończyć – oświadczył dobitnie inspektor. – Skończysz ze sobą, Mark, gwarantuję ci, że po paru latach takiego wycisku zrobisz to.

Anglik spojrzał na inspektora ze łzami w oczach.

– Ale ja jej nie zabiłem – wyznał ze szczerością chłopca.

– Wiem Mark, ale twój kolega zeznał, że to ty, a wiesz, że kto pierwszy zacznie zeznawać, uzyskuje szansę oczyszczenia się z zarzutów zabójstwa.

– Ale ja jej nie zabiłem! To Joe – krzyknął chłopak, spoglądając błagalnie na inspektora.

– Wiem, ale jeżeli powiesz prawdę, to może dostaniesz za współudział piętnaście lat i zakład karny, gdzie nie lubią Barcelony – zakończył komisarz.

Po dwóch godzinach inspektor Correa wszedł do pokoju, w którym przebywał Rafael z czwórką przyjaciół. Wspólnie przeżywali śmierć przyjaciółki. Chłopak nie mógł wybaczyć sobie, że nie pozwolił Patricii zostać ze sobą w Barcelonie, zaś pozostała czwórka obwiniała się nawzajem za to, że nikt nie odprowadził dziewczyny do hotelu. Correa wskazał ręką Rafaela i przywołał go gestem. Chłopak wyszedł z pokoju i udał się do gabinetu inspektora. Wszedł do pokoju i poczuł intensywny zapach nikotyny, więc instynktownie rzucił okiem na popielniczkę wypełnioną po brzegi petami. Inspektor wskazał ręką na obrotowy fotel. Rafael usiadł, nie spuszczając oczu z policjanta.

– Przyznali się – stwierdził Correa, wyjmując z paczki kolejnego papierosa – naćpali się gnoje i wdali się w bójkę z naszymi kibicami. Kiedy dostali omłot, postanowili się zemścić. Zobaczyli twoją dziewczynę wychodzącą z klubu. Miała na sobie koszulkę Barçy, więc ją zaatakowali – kontynuował policjant. – Na początku chcieli ją pobić, ale narkotyki i jej obrona spowodowały wzrost agresji. Ten podrapany skatował Patricię na śmierć, ale ten drugi za napad i nieudzielenie pomocy też piętnaście lat na pewno spędzi za kratami.

Rafael, mimo że patrzył na inspektora, myślami był gdzie indziej. Zastanawiał się, czy coś może mu zwrócić ukochaną osobę. Osobę, z którą wychowywał się od dziecka, a ich dziecięca przyjaźń zamieniła się w młodzieńczą miłość. Patricia była zawsze przy Rafaelu, kiedy tylko tego potrzebował. Podnosiła go na duchu po kontuzji, kiedy cały jego świat się zawalił. A on, jej chłopak i przyszły policjant, nie potrafił jej ochronić i zabrakło go w tej najważniejszej chwili jej życia.

Minęła krótka chwila. Inspektor wiedział, że chłopak przeżywa mocno śmierć ukochanej i starał się znaleźć jakieś słowa otuchy.

– Wiesz, mój syn Sergio skończył akademię w tamtym roku. Jest teraz w Stanach na specjalnym kursie. Będzie zwalczał handel narkotykami w hiszpańskim oddziale UDYCO ściśle współpracującym z amerykańskim DEA.

Rafaela jednak nie interesowały w tej chwili losy syna inspektora. Nie wiedział, że za parę lat jego i Sergia Correi drogi życiowe się skrzyżują.

– Mam do pana prośbę, komisarzu – powiedział cicho Rafael.

– Słucham. W czym mogę ci pomóc?

W pokoju zapanowała przejmująca cisza. Chłopak spojrzał głęboko w oczy policjanta i prawie szeptem zapytał:

– Mogę ją zobaczyć?

Inspektor wyjął papierosa, nerwowo zapalił i wbijając wzrok w podłogę, odparł:

– Na pewno tego chcesz?

Rafael pokiwał głową.

Po pół godzinie stał w kostnicy nad ciałem Patricii, którą poddano sekcji zwłok. Wpatrywał się w bladą twarz swojej ukochanej, pokrytą sińcami i krwiakami, które zmieniły się w granatową opuchliznę. Przymknął oczy i w myślach usiłował przywołać obraz jej uśmiechniętego i radosnego oblicza, ale zamiast tego pojawiał się koszmar ujrzany przed chwilą. Rafael stał nieruchomo i nie wiadomo jak długo by to trwało, gdyby z letargu nie wyrwał go głos inspektora:

– Poznajesz ją?

Rafael bez słowa skinął głową i zaniósł się płaczem, a po chwili z wściekłością uderzył z całej siły pięścią w metalową szafę, w której patolodzy przechowywali fartuchy.

– Skurwysyny! Skurwysyny, zabiję ich, zabiję te zwierzęta – wrzasnął.

Correa chwycił Rafaela i po ojcowsku go przytulił.

– Nie, synu! Nie będziesz zabijał, będziesz ścigał takie ścierwa i wsadzał ich do więzienia, aby nigdy nikogo więcej nie skrzywdzili.

Sąd okazał się surowy i za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem skazał sprawcę na dwadzieścia pięć lat więzienia, a jego kolegę za współudział na piętnaście.

Życie Rafaela Zamory po stracie ukochanej zmieniło się diametralnie. Chłopak zamknął się w sobie. Myślał o porzuceniu służby, ale ojciec wraz z matką Patricii wyperswadowali mu ten pomysł. Wydarzenia na Ibizie poskutkowały rozpadem przyjaźni młodych ludzi, którzy obwiniali się nawzajem za pozostawienie dziewczyny samej. Oddalili się od siebie. Dopiero w rocznicę śmierci dziewczyny cała piątka spotkała się na cmentarzu. Rafael ze łzami w oczach podchodził do każdego z przyjaciół, ściskając go serdecznie, po czym przemówił:

– Ona na pewno teraz patrzy na nas i nie chce, abyśmy rozeszli się każdy w swoją stronę. Musimy razem pokonać ten ból.

Wszyscy mu przytaknęli, ale tak naprawdę było to ich ostatnie wspólne spotkanie. Później pomimo SMS-ów i e-maili, młodzi poszli osobnymi ścieżkami. Każdy zajął się swoim życiem, chcąc wymazać z pamięci i z serca koszmarne przeżycie, jakim była śmierć przyjaciółki. Czwórce z nich udało się tę ranę zabliźnić. Wyjątkiem pozostał Rafael, który nie mógł poradzić sobie ze stratą ukochanej. Jedynym lekarstwem okazała się nauka i praca w policji. Po czterech latach skończył akademię z wyróżnieniem i był gotów wrócić do ukochanej Barcelony, kiedy tuż po promocji został zaproszony do gabinetu szefa szkoły. Wszedł do środka i zobaczył obok komendanta placówki młodego, trzydziestoparoletniego, wysokiego mężczyznę wygolonego na łyso. W pierwszej chwili wziął go za funkcjonariusza jednostki antyterrorystycznej. Kiedy stanął przed komendantem i zameldował swoje przybycie, ten uśmiechnął się i wskazał na krzesło obok przybysza. Rafael usiadł przy stole, a gość spojrzał na komendanta, który zareagował natychmiast i zwrócił się do chłopaka:

– Pora, mój chłopcze, abyś poznał komisarza Sergia Correę, który przybył na naszą uczelnię, aby złożyć ci pewną propozycję.

Rafael spojrzał na przybysza i rzucił nieśmiało:

– Czy pan komisarz jest…?

– Tak, jestem synem inspektora Pedra Correi – powiedział twardym głosem przybysz. – Ojciec opowiadał mi o tobie i o tym, co spotkało na Ibizie twoją dziewczynę. Przyglądałem się z zainteresowaniem twoim wynikom w nauce i chciałem zaproponować ci szkolenie i pracę w jednostce zwalczającej przestępstwa narkotykowe, w UDYCO.

Rafael siedział jak zamurowany. Po chwili wydusił z siebie:

– To znaczy, że miałbym zajmować się narkotykami? – zapytał.

Przybysz pokiwał głową.

– Nie ukrywam, że to elitarna jednostka i idą tam sami najlepsi. Problem jest palący, bo narkotyki zalewają Europę. Mafia włoska zajmuje się nie tylko rozprowadzaniem towaru, ale także inwestuje ogromne pieniądze w Hiszpanii, w hotele i w turystykę. Musimy ostro wziąć się do roboty. Amerykanie stworzyli DEA, coś na wzór oddziałów CIA, nie możemy pozostać w tyle.

– I dają na to pieniądze? – zapytał Rafael.

– Dają, ponieważ siatka przemytu narkotyków w Afryce sympatyzuje i wspiera islamskich fundamentalistów, którzy z kolei sponsorują terroryzm. Tak więc problem staje się światowy – zakończył swój wywód Sergio Correa.

Rafael pokiwał głową na znak, że zdaje sobie z tego sprawę i zapytał:

– Ile czasu mam na odpowiedź?

– Nie masz czasu! Albo wchodzisz do tej łodzi i płyniesz ze mną, albo… – zakończył Sergio, rozkładając ręce – …albo wiedziesz życie policjanta w Barcelonie, tak jak twój ojciec.

Rafael spojrzał na przybysza i w jednej chwili stanęły mu przed oczami obrazy z przeżyć sprzed czterech lat i skatowana na śmierć Patricia.

– Wchodzę w to! – powiedział stanowczo.

I tak życiowe plany młodego człowieka zmieniły się zdecydowanie i nastąpił w nich zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. Rafael Zamora udał się na szkolenie do USA, gdzie przez rok uczył się najnowocześniejszych metod zwalczania handlu narkotykami. Mógł się przekonać, że Wuj Sam nie żałuje grosza na tę walkę – a raczej wojnę. Po powrocie do Hiszpanii, Rafael rozpoczął pracę operacyjną w madryckim oddziale UDYCO, a później został przeniesiony do Barcelony, do nowo utworzonego oddziału, który został ukryty i zakamuflowany na lotnisku w Barcelonie. I tak zaczął się nowy rozdział w jego życiu, który pochłonął całkowicie młodego i ambitnego policjanta. Jego koledzy i przełożeni często zadawali Rafaelowi pytania, czy nic poza pracą go nie interesuje i czy nie ma życia prywatnego. Tajemnicę znał tylko sam Rafael i inspektor Correa – praca dawała mu możliwość zapomnienia i ucieczki przed powrotem do tragicznych przeżyć. Spotkania w czasie pracy z ofiarami narkotyków za każdym razem rozdrapywały na nowo zabliźnione rany w sercu i powodowały powrót myśli o Patricii. Rafael za namową nowych przyjaciół próbował poznać jakąś kobietę, ale żadna z tych dziewczyn nie przypominała mu Patricii i każda kolejna znajomość kończyła się szybkim rozstaniem. Ukojeniem w jego cierpieniu była ucieczka w pracę i chęć prowadzenia nowych śledztw oraz rozwiązywania kryminalnych zagadek. Ilekroć miał do czynienia z narkotykami i całą ich problematyką, począwszy od bezwzględnych handlarzy, a na odbiorcach kończąc, widział twarz swojej skatowanej ukochanej. Mijały lata, a problem handlu narkotykami narastał. Na miejsce jednej rozbitej grupy przestępczej natychmiast pojawiały się następne. Niebotyczne i łatwe zyski przyciągały przestępców jak lep muchy. Nawet zaostrzenie kar nie zniechęcało ludzi do szybkiego zarobienia pieniędzy. Przez Barcelonę i całą Katalonię prowadziło coraz więcej przemytniczych szlaków. Narkotyki najpierw trafiały do Afryki, a stamtąd przemycano je do Europy. W tej sytuacji władze Hiszpanii postanowiły rozbudować sieć placówek UDYCO. Problem skomplikowały wiadomości z Afryki pozyskane przez Amerykanów. Wynikało z nich, że ludzie zajmujący się przemytem narkotyków do Europy powiązani są z ISIS i część zysków przekazują na finansowanie operacji terrorystycznych. Bomba wybuchła po zamachu w Madrycie w 2004 roku. Okazało się, że wykonawcy zamachu w tamtejszym metrze zostali przeszkoleni i przerzuceni do Europy przez ludzi zamieszanych w przemyt narkotyków. Prym w tej działalności wiódł jeden z gangów z Maroka, którego członków bezskutecznie poszukiwała hiszpańska policja. Kiedy Rafael odebrał telefon od ojca, nie przewidywał, jak bardzo najbliższe godziny zmienią wyniki tych poszukiwań.

– Tak, tato. Dobra, wysyłam tam swoich ludzi. Czy mógłbyś przysłać mi numer odnalezionego telefonu oraz zdjęcia samochodu z numerem rejestracyjnym? – poprosił swoim chłopięcym głosem, jakby zaczynał właśnie nową niewinną zabawę.

Jednak Rafael wiedział, że tak naprawdę to śmiertelna rozgrywka. Rozgrywka, w której każda minuta i sekunda jest niezwykle ważna.

Siedziba katalońskiego oddziału UDYCO w Barcelonie znajduje się w budynkach lotniska, jest jednak szczelnie oddzielona i chroniona. Wywiadowcza aparatura satelitarna umożliwia śledzenie samolotów, statków i samochodów oraz podsłuchiwanie wiadomości radiowych i rozmów telefonicznych śledzonych ludzi w promieniu kilku tysięcy kilometrów. Po otrzymaniu numeru telefonu i numerów rejestracyjnych samochodu Rafael przystąpił niezwłocznie do działania. Jedna z sekcji założyła natychmiast podsłuch na telefonie i zaczęła sprawdzać logowanie aparatu w ciągu kilku godzin poprzedzających wypadek. Druga wprowadziła numer rejestracyjny samochodu do systemu komputerowego połączonego z kamerami monitoringu. Po niespełna kwadransie wiadomo było, gdzie logował się telefon ofiary wypadku drogowego. Numer na kartę należał do staruszka mieszkającego pod Barceloną w małej, rybackiej wiosce i został aktywowany parę dni wcześniej. Stała zasada handlarzy narkotyków to zmiana telefonu co kilka dni, aby uniknąć namierzenia i podsłuchu. Telefon przed niespełna godziną logował się na parkingu, odległym o trzydzieści kilometrów od Barcelony w kierunku granicy z Francją. Z kolei trzy godziny wcześniej zalogował się nieopodal Place de Marie Curie. Numer, na który dzwonił nieżyjący mężczyzna, należał do jednego z operatorów telefonii komórkowej w Polsce. Godzinę przed wypadkiem numer polskiego operatora logował się na tym samym parkingu, gdzie telefon znaleziony przy kierowcy tourana. Rafael wiedział, że jedyną możliwością namierzenia ludzi, którzy mieli odebrać pieniądze, było aktywowanie numeru, który próbował się dodzwonić tuż po wypadku do kierowcy tourana. Niestety ktoś wyłączył go po próbie połączenia.

– Szefie, mamy nagranie z kamery, pokazujące wjazd tego samochodu na parking odległy trzydzieści kilometrów od Barcelony w kierunku granicy z Francją – powiedział jeden z funkcjonariuszy katalońskiego oddziału UDYCO.

Rafael wstał zza biurka i wyszedł z pomieszczenia, kierując się do pokoju, w którym znajdowały się monitory do kamer monitoringu. Na jednym z nich widoczny był obraz tourana wjeżdżającego na parking.

– Puść! – poprosił podwładnego.

Po chwili na ekranie ukazał się obraz wjeżdżającego na parking samochodu marki Volkswagen Touran. Po zaparkowaniu kamera zarejestrowała, jak kierowca wysiada z pojazdu, wyjmuje torbę z narzędziami oraz plecak i udaje się do tira stojącego na poboczu. Kamera nie obejmowała całego terenu parkingu i na nagraniu zobaczyli tylko, jak kierowca tourana znika za tyłem naczepy chłodni. Policjant przewinął film do przodu, by pokazać szefowi, jak wraca, niosąc oprócz torby z narzędziami, cztery wypchane torby podróżne.

– Ile czasu spędził w tej ciężarówce – zapytał Rafael.

– Prawie godzinę – odparł policjant.

– Namierzyłeś numer ciężarówki, do której właził?

– Tak, to samochód z Polski. – Funkcjonariusz przewinął film do momentu, w którym widać, jak ciężarówka wyjeżdża z parkingu. – Zdejmujemy go?

– Nie! Powinien być jeszcze na naszym terytorium. Odnajdźcie go i przyczepcie mu ogon. Telefon ma mieć na podsłuchu. Jeżeli używa laptopa lub tabletu – namierzcie go, jeśli pali, to chcę wiedzieć, jakie papierosy. Nie spuszczajcie go z oczu. Jeśli będzie się z kimś kontaktował, muszę to wiedzieć natychmiast.

Nie minęła nawet minuta, gdy policjant nadzorujący podsłuch numeru telefonu należącego do nieżyjącego kierowcy tourana, ręką przywołał Rafaela do swojego przeszklonego pomieszczenia. Ze słuchawkami na uszach wskazał na wolną parę słuchawek. Komisarz niezwłocznie założył je na uszy. Na wielkim ściennym ekranie ukazała się mapa Barcelony, którą można było powiększać. Dzięki specjalnemu satelicie wojskowemu USA i najnowszemu izraelskiemu wynalazkowi – szpiegowskiemu oprogramowaniu „Pegasus” – mogli dokładnie określić pozycję dzwoniącego numeru i przejąć nad nim pełną kontrolę. Wkrótce mapa powiększyła się na tyle, że można było rozpoznać budynki, samochody, a także poszczególne sylwetki ludzi. Telefon cały czas dzwonił, próbując połączyć się z numerem denata. Nagle włączyła się poczta głosowa i policjanci usłyszeli nieznajomy język. Po chwili na monitorze ukazała się ramka z tłumaczeniem tekstu i informacją translatora, że to język polski. Rafael zaczął czytać pojawiające się na ekranie monitora słowa:

– Odezwij się. Coś się stało? – dopytywał podenerwowany rozmówca. Po chwili przerwał połączenie.

Rafael nie zdążył jeszcze zdjąć słuchawek, gdy system wskazał na dwupiętrowy, narożny dom stojący przy Plaça de Marie Curie w dzielnicy San Adrián de Besós.

– Bingo – rzekł Rafael, zdejmując słuchawki.

Policjant siedzący obok wskazał palcem na poprzednie logowanie.

– Szefie, ten telefon logował się jeszcze raz w tym samym miejscu.

– Tak, to musi być ich dziupla, gdzie ktoś albo czeka na tę kasę, albo wkrótce się po nią zjawi – odparł inspektor. – Możesz wrzucić w program głos, który nagrał się na skrzynce tego Polaka?

Policjant wpisał w oprogramowanie odpowiedni kod, który umożliwiał porównanie podsłuchanych rozmówców i zweryfikowanie z bazą danych terrorystów i przestępców, których głos udało się zabezpieczyć w czasie wcześniejszych podsłuchów. Nagle komputer wyrzucił informację, że zarejestrowana rozmowa zawiera próbki głosu dwóch osób. Zdumiony inspektor założył słuchawki i nakazał podwładnemu przewinąć nagranie i odtworzyć je jeszcze raz. W słuchawkach ponownie usłyszał polskie pytanie:

– Odezwij się. Coś się stało?

Jednak po chwili ciszy dało się usłyszeć w oddali stłumione słowa wypowiedziane po arabsku.

Inspektor zdjął słuchawki i skoncentrował swą uwagę na monitorze, gdzie komputer cały czas porównywał głos Polaka z tymi zarejestrowanymi w bazie danych, by po chwili zakończyć z wynikiem negatywnym. Następnie komputer przystąpił do analizy drugiego zarejestrowanego głosu, ze słowami wypowiedzianymi po arabsku. Ich znaczenie komputer przetłumaczył następująco:

– Oby twój przyjaciel się pojawił.

Komputer cały czas przeszukiwał bazę danych. Wkrótce skończył pracę i na ekranie pojawiło się zdjęcie wysokiego Araba w charakterystycznym turbanie i wojskowym mundurze wśród bojowników ISIS. Zamiast nazwiska na ekranie ukazał się pseudonim „Alladyn” oraz cała strona opisu czynów, za które ten osobnik był poszukiwany.

Ale Rafael Zamora nie musiał czytać informacji na temat zidentyfikowanego Araba. Wiedział, że mężczyzna ten jest najbardziej poszukiwaną osobą w Hiszpanii, a być może i w Europie. To on zorganizował, sfinansował i nadzorował przeprowadzenie ataków terrorystycznych w Madrycie i ostatnio w Barcelonie. Wiedzieli o nim tylko tyle, że jest Marokańczykiem, nikt nie znał jego prawdziwego imienia i nazwiska. Walczył w szeregach ISIS w Afganistanie, a następnie organizował komórki fanatyków islamskich w północnej Afryce. Przez niespełna dziesięć lat przejął siłą struktury przemytu narkotyków z Afryki do Europy, głównie do Hiszpanii. Wszyscy lokalni watażkowie mieli tylko dwa wyjścia: albo podporządkować się jego całkowitej kontroli, albo zginąć. Większość dołączyła do grupy Alladyna, z którą musieli się dogadać także mafiosi z Włoch, którzy przejęli kontrolę nad handlem narkotykami z Kolumbii. Alladyn wprowadził nową formę przemytu, a mianowicie rozdrobnił przemytników na rybaków posiadających małe kutry wyposażone w boje do oznaczania rozstawienia sieci rybackich. Jednak w ich przypadku oznaczały one miejsce wrzuconych do morza narkotyków, które następnie wyławiał kuter z Hiszpanii. Miejsce odłowu odnajdywał za pomocą GPS-ów w bojach umieszczonych przy sieciach z narkotykami. Po wyciągnięciu sieci ładunek wraz z rybami trafiał do Europy. Metoda rozdrobnienia ładunków dawała dobre wyniki, gdyż straż przybrzeżna i policja nie były w stanie kontrolować wszystkich małych kutrów rybackich, a w razie wpadki tracono niewielką część towaru. Stosunkowo duży, jak na możliwości rybaka, zarobek powodował, że wielu chętnych ryzykowało pomimo grożących srogich kar więzienia. W razie wpadki, w trakcie śledztwa woleli milczeć, gdyż pójście na współpracę z organami ścigania oznaczało zemstę ludzi Alladyna na członkach ich najbliższej rodziny.

DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ

Spis treści

Czytacie na własne ryzyko… (zamiast przedmowy)

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65