Perwersja - T.M. Frazier - ebook + audiobook

Perwersja ebook i audiobook

T. M. Frazier

3,9

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

17 osób interesuje się tą książką

Opis

W mieście, w którym przemoc jest codziennością, a lojalność bywa śmiertelnie niebezpieczna, rodzi się uczucie skazane na porażkę. Tristan „Ponury” Paine to bezwzględny zabójca Bractwa Bedlam, człowiek zmagający się z demonami przeszłości. Pewnego dnia poznaje Emmę Jean Parish i od tego momentu nie potrafi o niej zapomnieć…

Choć stoją po przeciwnych stronach krwawego konfliktu, los nieustannie splata ich drogi. Nigdy nie powinni się pokochać – a jednak nie potrafią bez siebie żyć.

„Perwersja” to pierwsza część trylogii o pierwszej miłości, zemście i moralnych granicach, jakie trzeba przekroczyć, aby nie stracić ukochanej osoby.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 217

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 34 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Karina Kruk & Mikołaj Sierociuk

Oceny
3,9 (14 ocen)
5
4
3
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
ewabed13

Dobrze spędzony czas

spoko ale bez szału
00
Balbas100

Całkiem niezła

spodziewałam się czegoś innego, jestem trochę zawiedziona
00
UrszulaLila

Nie oderwiesz się od lektury

Wciągająca historia.
00
LadySerafin

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam warto .
00
maltal

Nie oderwiesz się od lektury

Wiedziałam, że ta książka mnie zniszczy. Bohaterka, która od pierwszych stron wzbudza sympatię. Dlatego jej historia łamie serce. Jest naiwnie, niewiarygodnie i brutalnie, ale wciąga uzależniająco.
00

Popularność




Fragment

Ty­tuł ory­gi­nału: Per­ver­sion. Per­wer­sja. Per­ver­sion Tri­logy. T. 1

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego:

Co­py­ri­ght © T.M. Fra­zier, 2026

This edi­tion: © Ri­sky Ro­mance/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt okładki: Ma­ria Le­pian

Re­dak­cja: Ju­styna Yiği­tler

Ko­rekta: Grze­gorz Go­łęb­ski

ISBN 978-91-8153-413-9

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Ri­sky Ro­mance / Gyl­den­dal A/S Kla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

Mi­łość po­winna być jak bajka.

Na­sza mi­łość jest jak ży­cze­nieśmierci.

Je­stem za­bójcą Brac­twa Be­dlam.

Ona jest na­cią­gaczką pra­cu­jącą na zle­ce­nie mo­jego naj­więk­szego wroga.

Ja ją wy­ko­rzy­stuję. Ona mną ma­ni­pu­luje.

Sto­imy po dwóch stro­nach krwa­wej wojny.

Serce i głowa pod­po­wia­dają mi,

że po­wi­nie­nem się od niej trzy­mać z da­leka.

Żą­dza pod­po­wiada mi, że chuj z tym.

W mi­ło­ści i woj­nie gan­gów wszyst­kie chwyty są do­zwo­lone.

Dla tych, któ­rzy my­ślą, że są na świe­cie sami.

Nie je­ste­ście sami.

Je­ste­ście ko­chani.

Je­ste­ście je­dyni w swoim ro­dzaju.

Je­ste­ście ważni.

Je­ste­ście WSZYST­KIM.

Dla ma­łego chłopca, Ja­mesa, zna­nego też jako Uczniak,

który wła­śnie do­stał nowe ser­duszko.

Cała moja mi­łość i znacz­nie wię­cej.

A także dla L&C.

ZA­WSZE.

per­wer­sja

rze­czow­nik

odej­ście od pier­wot­nego zna­cze­nia, stanu lub kie­runku ku znie­kształ­ce­niu bądź roz­pa­dowi pier­wot­nego za­mie­rze­nia: Wszel­kie zło jest per­wer­sją do­braza­cho­wa­nia lub po­trzeby sek­su­alne uwa­żane za anor­malne albo nie­ak­cep­to­walne

LAC­KING, FLO­RYDA

IN­FOR­MA­CJE STA­TY­STYCZNE:

Liczba miesz­kań­ców: 15 224

Średni wiek miesz­kań­ców: 26,6

Prze­ciętny do­chód w prze­li­cze­niu na go­spo­dar­stwo do­mowe: 13 372 $

Wskaź­nik ubó­stwa: 74,8

Ocena po­ziomu bez­pie­czeń­stwa w mie­ście (w skali 1–100): 2

Złu brak wła­snej po­staci, jest wy­łącz­nie de­fek­tem, nad­mia­rem, per­wer­sją i roz­kła­dem tego, co po­stać ma.

JOHN HENRY NEW­MAN

PRO­LOG

Po­nury

OD WIELU LAT ulice Lac­king spły­wają krwią. Prze­moc eska­luje z każ­dym mi­ja­ją­cym dniem. Ciała po­dziu­ra­wione ku­lami gniją na uli­cach i chod­ni­kach. Jako ostrze­że­nie. Jako oznaka wła­dzy.

Jako przy­po­mnie­nie o tym, kto tu de­cy­duje o śmierci i ży­ciu. Trzy naj­więk­sze gangi nie­ustan­nie kon­ku­rują o ten za­szczyt.

Lu­dzie w tym po­kry­tym graf­fiti mie­ście żyją w lęku przed cią­głym roz­le­wem krwi, ku­ląc się na dźwięki nie­usta­ją­cych ka­no­nad broni pal­nej; przed zna­le­zie­niem się w złym miej­scu w złym cza­sie, za­ło­że­niem ubrań nie­wła­ści­wego ko­loru lub po­wie­dze­niem cze­goś nie tak. Przed opo­wie­dze­niem się po nie­wła­ści­wej stro­nie w ob­li­czu typa trzy­ma­ją­cego pier­do­loną spluwę w ich ustach. Lu­dzie nie wy­cho­dzą z domu po zmroku. Nie­któ­rzy w ogóle nie wy­cho­dzą już z domu.

Je­dy­nym pra­wem jest tu prawo gan­gów. Spra­wie­dli­wość wy­mie­rza się no­żem lub spluwą. Coś jak skrzy­żo­wa­nie mia­steczka ro­dem z we­sternu ze świa­tem po je­ba­nej apo­ka­lip­sie.

To także mój dom.

Je­stem jed­nym z po­wo­dów, dla któ­rych lu­dzie tak bar­dzo boją się wy­cho­dzić z do­mów.

W mo­ich ży­łach pły­nie krew mo­ich ofiar.

Nie da się ro­bić cze­goś na­prawdę do­brze, je­śli nie ma się do tego smy­kałki. Gdy­bym był do­bry w czym in­nym, jak sztuka czy biz­nes, lu­dzie po­wie­dzie­liby, że mam ta­lent. Pa­sję. Nie je­stem jed­nak żad­nym ku­rew­skim księ­go­wym. Ani ar­ty­stą. Spe­cja­li­zuję się w ze­mście. Żyję tym. Od­bie­ram ży­cie oso­bom, które za­gra­żają człon­kom mo­jego Brac­twa. Żeby po­ka­zać in­nym, na co nas stać. I kto tu rzą­dzi.

A także dla czy­stej, pier­do­lo­nej przy­jem­no­ści. Je­stem uro­dzo­nym za­bójcą.

Gdy­bym żył w śre­dnio­wie­czu, był­bym ty­pem w kap­tu­rze ści­na­ją­cym lu­dziom głowy na roz­kaz króla. Nie mam wy­rzu­tów su­mie­nia. I ni­gdy się nie wa­ham.

Ba, pra­gnę tego.

Mó­wią na mnie Po­nury.

Je­stem za­bójcą w Brac­twie Be­dlam.

Je­śli kie­dyś mnie zo­ba­czysz, zmów pa­cio­rek. Żar­cik.

Nie zo­ba­czysz mnie.

Ro­zejm zo­stał za­warty wkrótce po tym, jak gu­ber­na­tor za­gro­ził spro­wa­dze­niem Gwar­dii Na­ro­do­wej. Od tam­tego czasu pa­nuje spo­kój.

Aż za bar­dzo.

Gdy się do­brze wsłu­chać, można nie­mal usły­szeć od­głos prze­ła­do­wy­wa­nych spluw.

Klik, klik, klak.

Klik, klik, klak.

Ro­zejm miał trwać rok. Mi­nęło dzie­sięć mie­sięcy. Klik.

Klik.

KLAK.

PRZE­SZŁOŚĆ

ROZ­DZIAŁ 1

Tri­stan

WIEK: SZES­NA­ŚCIE LAT

EMMA JEAN PA­RISH miała dzi­kie krę­cone włosy i pa­su­jący do nich cha­rak­ter.

Po­zna­li­śmy się, kiedy wmu­siła mi swoją pu­się. Mó­wię o ko­cie. Par­szy­wym ma­łym gnojku z pro­ble­mami do­rów­nu­ją­cymi moim.

To był dzień prze­pro­wadzki.

Wła­śnie pa­ko­wa­łem wo­rek na śmieci za­wie­ra­jący wszyst­kie moje do­cze­sne do­bra do sa­mo­chodu ob­cej babki imie­niem Marci. Wzięła się zni­kąd, jak ja­kiś duch prze­szłych po­ko­leń nie­chcia­nych dzieci, i po­wie­działa mi, że mnie za­biera.

Ot tak.

Z jej opo­wie­ści o tej miej­scówce wy­wnio­sko­wa­łem, że to pla­cówka przej­ściowa dla ta­kich jak ja. Za sta­rych na ad­op­cję i zbyt pro­ble­ma­tycz­nych, żeby kto­kol­wiek ich chciał. Nie py­ta­łem o nic wię­cej, nie tylko dla­tego, że nie mia­łem wy­boru, ale też dla­tego, że po pro­stu nie mó­wi­łem. Nie że­bym był niemy. Po pro­stu nie mó­wi­łem, i tyle.

Słowa nic nie zna­czą. Kiedy już zdamy so­bie z tego sprawę, mó­wie­nie staje się gów­nia­nym cię­ża­rem za­miast na­rzę­dziem ko­mu­ni­ka­cji.

Poza tym by­łem dziec­kiem sys­temu. Sze­dłem tam, gdzie mnie za­bie­rali, a po ja­kimś cza­sie za­bie­rali mnie gdzie in­dziej.

Cza­sem tego nie­na­wi­dzi­łem.

Cza­sem po­waż­nie tego nie­na­wi­dzi­łem.

Tym ra­zem było ina­czej. W wielu aspek­tach. Zwy­kle pod­rzu­cała mnie moja opie­kunka so­cjalna, a lu­dzie, któ­rzy mnie przyj­mo­wali, cie­szyli się z tego mniej wię­cej tak samo jak z ulo­tek w skrzynce pocz­to­wej.

Ni­gdy wcze­śniej nikt nie przy­je­chał po mnie oso­bi­ście. Zwi­sało mi to kom­plet­nie, o ile nie pla­no­wała zro­bić ubra­nia z mo­jej skóry. Nie mo­głem się do­cze­kać wyj­ścia z domu opieki dla chłop­ców. Zwłasz­cza że nie by­łem już chłop­cem. Zresztą ni­gdy nie czu­łem się dziec­kiem, na­wet gdy nim by­łem.

Już mia­łem wró­cić do środka, gdzie Marci roz­ma­wiała wła­śnie z moją opie­kunką o prze­nie­sie­niu i za­pewne o mo­ich pro­ble­mach z za­cho­wa­niem: ak­tach po­li­cyj­nych, pro­ble­mach z uzna­wa­niem au­to­ry­te­tów, na­pa­dach wście­kło­ści, braku zdol­no­ści ko­mu­ni­ka­cyj­nych i tak da­lej. I wtedy ją zo­ba­czy­łem.

Dziew­czyna wy­glą­dała na kilka lat młod­szą ode mnie. Stała po dru­giej stro­nie ulicy, kil­ku­krot­nie się ro­zej­rzała w obie strony, po­woli i uważ­nie. Na­gle ru­szyła pę­dem przez drogę, jakby to była co naj­mniej au­to­strada, a nie wą­ska, po­zba­wiona na­wierzchni uliczka, którą rzadko kto­kol­wiek prze­jeż­dżał.

Sza­lone mio­do­wo­blond włosy ster­czały jej na wszyst­kie strony. Wy­glą­dały jak skrzy­żo­wa­nie mopa z Me­duzą. Te włosy pa­so­wały bar­dziej do lalki niż ży­wej, od­dy­cha­ją­cej istoty ludz­kiej.

W ra­mio­nach trzy­mała ma­łego prę­go­wa­nego ko­ciaka. Po jej spuch­nię­tej, za­czer­wie­nio­nej buzi spły­wały łzy. Na dol­nej war­dze miała ślady zę­bów – za­gry­zała ją wi­docz­nie, żeby stłu­mić szloch. Miała na so­bie dłu­gie, po­darte dżin­sowe szorty się­ga­jące jej do ko­lan i za dużą ko­szulkę z krót­kim rę­ka­wem za­wią­zaną na su­peł na bio­drze. Logo na ko­szulce było tak sprane, że nie­mal nie­wi­do­czne.

– Pro­szę pana! – za­wo­łała i za­trzy­mała się na chod­niku przede mną.

Spoj­rza­łem w lewo, prawo i za sie­bie. By­li­śmy sami. Mia­łem szes­na­ście lat. Nie­moż­liwe, żeby mó­wiła do mnie. A jed­nak stała przede mną, dy­sząc i sa­piąc. Jej wiel­kie oczy były za duże w sto­sunku do jej twa­rzy. Miały nie­bie­sko­zie­lony od­cień i były za­mglone łzami.

Za­wią­za­łem mój wo­rek na śmieci na su­peł, pa­trząc na nią wzro­kiem, który mó­wił: „Czego chcesz?”.

Mała trzy­mała kota w du­szą­cym uści­sku za szyję, nogi dyn­dały mu w po­wie­trzu, ale ja­koś dziw­nie go to nie ru­szało. Mały gnój przyj­rzał mi się uważ­nie i za­sy­czał. Dziew­czynka gło­śno za­chi­cho­tała. Prze­stą­pi­łem za­kło­po­tany z nogi na nogę. Nie by­łem na­wy­kły do śmie­chu. Prze­stała się śmiać rów­nie szybko, jak za­częła. Zro­biła po­ważną minę, jakby coś jej się przy­po­mniało.

– Moja przy­brana mama, ciotka Ruby, po­wie­działa, że nie mogę za­trzy­mać Pana Pu­sia. – Po­cią­gnęła no­sem. – Po­wie­działa… Po­wie­działa, że mam go od­dać… – Wzięła drżący od­dech i przy­ci­snęła fu­trzaka moc­niej do sie­bie. Ra­miona za­częły się jej trząść od pła­czu.

Skrzy­żo­wa­łem ręce na piersi. Po­mimo jej chi­cho­tów i łez wy­wo­ła­nych sprawą z Pa­nem Pu­siem wy­czu­łem w niej po­do­bny smu­tek do mo­jego.

Dziew­czyna spoj­rzała na dom za mo­imi ple­cami.

– Też je­steś dzie­cia­kiem z przy­bra­nej ro­dziny, nie? Ski­ną­łem głową.

– Umiesz mó­wić? – za­py­tała nie­win­nie.

Nie mo­głem po­krę­cić ani po­ki­wać głową. Na to py­ta­nie nie było od­po­wie­dzi „tak” lub „nie”. Ow­szem, umia­łem mó­wić. Ale nie mó­wi­łem.

Ni­gdy.

Przyj­rzała mi się uważ­nie, za­trzy­mu­jąc wzrok na kiep­skich ta­tu­ażach po­kry­wa­ją­cych moje ra­miona. Wszyst­kie zo­stały wy­ko­nane przez ban­dzio­rów i ni­by­ar­ty­stów w po­praw­cza­kach w ca­łym sta­nie. Były to za­le­d­wie su­rowe szkice, za­dra­pa­nia zro­bione spi­na­czami lub za­ostrzo­nymi ołów­kami, w które na­stęp­nie wcie­rało się tusz z dłu­go­pisu. Mia­łem plan, by kie­dyś je za­kryć czymś przy­ku­wa­ją­cym uwagę, im­po­nu­ją­cym i wy­mow­nym.

Gdy tylko coś ta­kiego znajdę.

Dziew­czyna spoj­rzała na kota i znów na mnie. Rzęsy miała mo­kre od łez. Czego ona ode mnie, kurwa, chciała? Cho­ciaż na dwo­rze było ze trzy­dzie­ści stopni, za­rzu­ci­łem na głowę kap­tur.

– Do­brze się pan czuje? – Mała wy­tarła nos wierz­chem dłoni.

Co z nią, kurwa, nie tak? To prze­cież ona pła­kała, a pyta mnie, czy do­brze się czuję.

Gówno wie­dzia­łem o dzie­cia­kach, choć for­mal­nie rzecz bio­rąc, sam jesz­cze by­łem dziec­kiem.

Za­trza­sną­łem ba­gaż­nik wozu Marci. Ta­blica re­je­stra­cyjna ozdo­biona krwa­wiącą czer­woną różą za­drżała. Od­wró­ci­łem się ple­cami do dziew­czynki i ru­szy­łem pod­jaz­dem ku do­mowi.

– Pro­szę, za­cze­kaj! Nie przed­sta­wi­li­śmy się so­bie. – Dziew­czynka wy­mi­nęła mnie bie­giem i rzu­ciła się przede mnie, za­gra­dza­jąc mi wej­ście do domu. Umie­ściła kota w zgię­ciu jed­nej ręki, a drugą wy­cią­gnęła do mnie. – Na­zy­wam się Emma Jean Pa­rish. Do­piero co skoń­czy­łam dwa­na­ście lat, lu­bię ma­gię i czy­ta­nie. Lu­bię też bajki, choć cio­cia Ruby mówi, że je­stem już na nie za stara. Nie lu­bię za to strasz­nych fil­mów i krzy­ków – na­wi­jała jak na­jęta. – A ty?

Uśmiech­nęła się smutno i po­cią­gnęła no­sem. Jej mała rączka wi­siała w po­wie­trzu przede mną.

Wes­tchną­łem ciężko. W jej oczach wi­dzia­łem wy­raz de­ter­mi­na­cji, nie miała za­miaru mi od­pu­ścić, do­póki jej nie od­po­wiem. Spoj­rza­łem na jej dłoń i unio­słem brew.

– Nie mu­sisz nic mó­wić, je­śli nie chcesz. Umiesz mi­gać? – za­py­tała, a ja zda­łem so­bie sprawę, że pa­trzy pro­sto na mnie, abym mógł czy­tać z ru­chu jej warg. – Na­uczy­łam się al­fa­betu mi­go­wego ze sta­rej en­cy­klo­pe­dii. Umiem już li­te­ro­wać wy­razy, ale nie­wiele wię­cej.

A więc my­ślała, że je­stem głu­chy. Wielu lu­dzi tak my­ślało.

Kiedy pierw­szy raz tra­fi­łem pod opiekę sys­temu, zo­sta­łem skie­ro­wany na za­ję­cia z ję­zyka mi­go­wego, gdyż wszy­scy my­śleli, że nie po­tra­fię się ko­mu­ni­ko­wać. Na­uczy­łem się tam tego i owego. Mała za­częła mi­gać to samo, co przed chwilą po­wie­działa. Uży­wała do tego rączki, którą nie du­siła aku­rat kota. Wy­su­nęła ję­zyk, za­wzię­cie się kon­cen­tru­jąc na tym, by każdą li­terę po­ka­zać ide­al­nie. Jak tak da­lej pój­dzie, ni­gdy nie zo­stawi mnie w spo­koju.

W przy­pły­wie fru­stra­cji wy­rzu­ci­łem z sie­bie:

– Mam na imię Tri­stan. Nie je­stem głu­chy.

Dźwięk mo­jego głosu, nie­sły­sza­nego od wielu lat, za­sko­czył mnie tak samo jak ją.

– Tri­stan? – Uśmiech­nęła się, prze­krzy­wia­jąc głowę na bok. – Nie je­steś głu­chy?

Po­krę­ci­łem głową.

– Tri­stan… – po­wtó­rzyła. Wy­cią­gnęła rękę i chwy­ciła de­li­kat­nie moją dłoń. Uści­snęła ją moc­niej niż nie­je­den do­ro­sły męż­czy­zna, nie to jed­nak zszo­ko­wało mnie naj­bar­dziej.

Coś prze­sko­czyło mię­dzy na­szymi dłońmi. Coś pę­kło na drobne ka­wałki. By­łem zbyt młody na za­wał serca, co, do kurwy nę­dzy, się działo?

Spoj­rza­łem zdzi­wiony na na­sze złą­czone dło­nie. Nie ode­zwa­łem się do ni­kogo od dawna, nikt także od dawna mnie nie do­tknął. To na pewno to. Otrzą­sną­łem się, by po­zbyć się tego wra­że­nia, na­pię­cie mię­dzy nami jed­nak na­dal aż bu­czało.

– To za­bawne, nie wy­glą­dasz mi na Tri­stana.

Fakt. Wy­glą­da­łem na kry­mi­na­li­stę. Ban­dziora. Nie mo­głem się z nią nie zgo­dzić – ni­gdy nie pa­so­wało mi moje imię. Tri­stan było imie­niem dla ko­goś, kto cho­dzi do wy­myśl­nej pry­wat­nej szkółki i od­ra­bia grzecz­nie lek­cje przed tre­nin­giem la­crosse. Nie ko­goś, kto spę­dził wię­cej ży­cia w celi niż w szkol­nej sali, a ołówka uży­wał tylko jako broni.

– Po­doba mi się. – Za­my­śliła się, głasz­cząc ko­ciaka. – To zna­czy ładne imię. Ale nie dla cie­bie. Po­wi­nie­neś coś z tym zro­bić. – Przy­ci­snęła usta do głowy kota.

Za­pa­li­łem pa­pie­rosa. Po­nad głową Emmy Jean do­strze­głem moją opie­kunkę roz­ma­wia­jącą przy stole z Marci. Uśmie­chała się uprzej­mie i ki­wała głową. Mia­łem na­dzieję, że się po­spie­szą i będę mógł stąd wresz­cie spier­da­lać. Opar­łem się o czar­nego fi­re­birda i głę­boko za­cią­gną­łem, ża­łu­jąc, że dziś rano sprze­da­łem resztkę mo­jego ziel­ska panu Ar­nol­dowi, osiem­dzie­się­cio­lat­kowi, który miesz­kał w domu obok bi­dula.

– Na­wet nie za­py­tasz, czemu je­stem taka zde­ner­wo­wana?

Po­krę­ci­łem głową, ale Emma cią­gnęła nie­zra­żona:

– Wi­dzisz, to z po­wodu Pana Pu­sia. Przy oka­zji, nie znasz ko­goś, kto chciałby ko­ciaka? Bo ciotka Ruby mówi, że albo po­zbędę się go dziś sama, albo za­bie­rze go do… do schro­ni­ska.

Ści­snęła kota, który za­czął się wy­ry­wać. Mała trzy­mała mocno, nie zwa­ża­jąc na to, że nie­mal miaż­dży zwie­rzaka.

– I… I…

Znów za­częła łkać. Twarz jej po­czer­wie­niała, otwo­rzyła sze­roko usta i za­ci­snęła po­wieki, be­cząc w głos. Po­dra­pa­łem się w nad­gar­stek. Kurwa, ni­gdy nie wie­dzia­łem, co mam zro­bić, gdy dzie­ciaki za­czy­nały wyć. Jak to się, kurwa, wy­łą­czało? Ro­zej­rza­łem się w na­dziei, że ktoś za­raz ją za­bie­rze, ale ni­kogo nie do­strze­głem.

– No więc? Znasz ko­goś, kto za­opie­kuje się Pa­nem Pu­siem? To słodki ko­ciak.

Pan Pu­sio za­prze­czył prych­nię­ciem.

Po­now­nie po­krę­ci­łem głową.

Oczy Emmy Jean, już i tak wiel­kie, zro­biły się jesz­cze więk­sze z prze­ra­że­nia. Roz­pła­kała się jesz­cze gło­śniej. Wolną ręką po­now­nie zła­pała mnie za ra­mię. Znowu po­czu­łem prze­pływ prądu, tym ra­zem na­wet moc­niej­szy, jak­bym wsa­dził wi­de­lec do kon­taktu.

Czemu ona mnie musi, kurwa, do­ty­kać?

Mia­łem ochotę ode­rwać jej dłoń, ale za­ci­skała ją jak pit­bull szczęki. Mu­siał­bym jej po­ła­mać palce.

Zro­bie­nie krzywdy ma­łej dziew­czynce spo­wo­do­wa­łoby po­wrót do po­praw­czaka, a do­piero co stam­tąd wy­sze­dłem. Ab­so­lut­nie nie mia­łem ochoty tam wra­cać, zwłasz­cza że sę­dzia za­pew­nił, iż na­stęp­nym ra­zem będę są­dzony jako do­ro­sły.

Nie chcia­łem wra­cać do po­praw­czaka, a po­praw­czak to pestka w po­rów­na­niu do pier­dla. NA­PRAWDĘ nie chcia­łem wy­lą­do­wać w pier­dlu.

– Nic nie ro­zu­miesz, Tri­sta­nie! Je­śli Pana Pu­sia nikt nie ad­op­tuje w schro­ni­sku, zo­sta­nie uśpiony! – Wzięła drżący od­dech. – Niby nie brzmi to tak źle, bo wiesz, kto nie lubi so­bie po­spać… Cio­cia Ruby cią­gle pod­sy­pia, jak tylko nie sie­dzi w ka­sy­nie w Lac­king. Ale na­uczy­cielka mo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki, Gabby Vegi, jest wo­lon­ta­riuszką w schro­ni­sku i po­wie­działa, że to tylko kłam­stwo, które się wci­ska dzie­cia­kom. – Gło­śno siąk­nęła i po­chy­liła się ku mnie. Z każ­dym sło­wem moc­niej za­ci­skała dłoń na moim ra­mie­niu. Zni­żyła głos do szeptu. – Uśpie­nie wcale nie ozna­cza spa­nia. Ozna­cza… – Pu­ściła moją rękę, by za­kryć obiema dłońmi uszy Pana Pu­sia. Po­tar­łem ra­mię dło­nią. – Ozna­cza śmierć zwie­rzę­cia. – Z jej ust wy­rwał się stłu­miony szloch. Za­kryła bu­zię dło­nią i od­su­nęła się o krok, spo­glą­da­jąc na mnie bła­gal­nie tymi wiel­kimi szkli­stymi oczami.

By­łem w sta­nie my­śleć tylko o tym, jak spła­wić małą, nie zdą­ży­łem jed­nak nic wy­my­ślić, za­nim za­częła znów be­czeć. Jej płacz od­bi­jał się echem mię­dzy bu­dyn­kami.

Zwy­kle nie oka­zuję emo­cji, głów­nie dla­tego, że nie mam ich za wiele, ale ta gów­niara spo­wo­do­wała, że za­czą­łem za­ci­skać i pro­sto­wać palce u rąk. Mu­sia­łem ja­koś spra­wić, żeby się za­mknęła.

Wszystko bę­dzie do­brze – rze­kłem w my­ślach, wzru­sza­jąc przy tym non­sza­lancko ra­mio­nami.

– Jak? Jak ma być do­brze, skoro Pan Pu­sio pój­dzie na karmę dla ro­ba­ków? – za­wyła.

Kurwa. Kurwa. Kur­wa­aaaa.

Po­now­nie za­cią­gną­łem się pa­pie­ro­sem i za­trzy­ma­łem dym w płu­cach. Może uda mi się udu­sić i skró­cić swoje mę­czar­nie.

Spoj­rza­łem na okno kuchni i na­po­tka­łem spoj­rze­nie Marci. Kurwa, nie ma opcji, że­bym zo­stał w bi­dulu przez tę je­baną dzie­ciarę.

– Za­mknij się – roz­ka­za­łem. Ale mó­wi­łem za ci­cho, nie usły­szała mnie. Sam sie­bie le­dwo sły­sza­łem.

– Nikt go nie chce! – wyła młoda. Od­chy­liła głowę ku niebu i roz­warła sze­roko usta. Ra­miona opa­dły jej tak ni­sko, że ba­łem się, że za­raz do­tkną ziemi.

Po­now­nie spoj­rza­łem w kie­runku domu. Moja opie­kunka so­cjalna stała te­raz przy oknie, ce­lu­jąc pal­cem w na­szym kie­runku.

Ja pier­dolę.

Ski­ną­łem na małą ręką, da­jąc jej sy­gnał, by po­szła za mną za ścianę domu. Gdy już zna­leź­li­śmy się poza za­się­giem wi­doku z okna, ode­bra­łem z jej ra­mion sy­czą­cego Pana Pu­sia.

Mała na­tych­miast pro­mien­nie się uśmiech­nęła i en­tu­zja­stycz­nie po­ki­wała główką. Płacz ustał jak ucięty no­żem. W końcu udało mi się ją wy­łą­czyć.

– Weź­miesz Pana Pu­sia? – za­py­tała, uka­zu­jąc w uśmie­chu zęby, za duże w sto­sunku do jej głowy. Nie za­cze­kała na od­po­wiedź, któ­rej i tak bym nie udzie­lił. – Tak, tak, tak! Dzię­kuję ci, dzię­kuję! – wy­krzyk­nęła, sta­jąc na pal­cach, by móc mnie uści­snąć.

Pró­bo­wała mnie po­ca­ło­wać w po­li­czek, a ja w tym sa­mym mo­men­cie od­wró­ci­łem głowę…Po­ca­łu­nek wy­lą­do­wał na mo­ich ustach. Za­mar­łem zszo­ko­wany. Mała rów­nież się nie od­su­nęła.

Se­kunda. Dwie. Trzy.

Pu­sio, ści­śnięty mię­dzy nami, gło­śno za­miau­czał. Drzwi bi­dula otwo­rzyły się i za­mknęły. Emma Jean ode­rwała się ode mnie, marsz­cząc brwi ze zmie­sza­nia.

Do­bie­gły nas głosy Marci i opie­kunki.

– Gdzie on się po­dział? – za­py­tała Marci. W jej gło­sie po­brzmie­wało zmar­twie­nie.

– Może uciekł – rzu­ciła obo­jęt­nym to­nem opie­kunka. – Mo­gli­by­śmy go za­wo­łać, ale i tak nie od­po­wie. Jest pani pewna, że go pani chce? Ci spe­cjalni, no wie pani, „nie­peł­no­sprawni umy­słowo”, spra­wiają naj­wię­cej pro­ble­mów. A on zdą­żył już nie­źle na­broić. Nie dość, że jest duży i niemy, to jesz­cze po­trafi być nie­bez­pieczny.

Za­śmia­łem się ci­cho. Ta durna suka nie miała po­ję­cia, do czego by­łem zdolny.

Spu­ści­łem wzrok na Emmę Jean, która przy­słu­chi­wała się ich roz­mo­wie z za­in­te­re­so­wa­niem. Jej twarz po­czer­wie­niała, a dło­nie za­ci­snęły się w piąstki.

Marci za­częła coś mó­wić, ale Emma Jean jej prze­rwała, wy­ska­ku­jąc zza rogu bu­dynku.

– Jak pani śmie! – wy­darła się, ce­lu­jąc oskar­ża­ją­cym pal­cem w opie­kunkę. – Tri­stan nie jest niemy! Pani jest głu­pia i gówno wie!

Fakt, że dziew­czynka, która znała mnie od ja­kichś dzie­się­ciu mi­nut, staje w mo­jej obro­nie, jak­by­śmy się znali całe ży­cie, roz­ba­wił mnie i jed­no­cze­śnie skon­ster­no­wał.

– A ty kim je­steś? – za­py­tała opie­kunka wy­stu­dio­wa­nym, sztucz­nie za­tro­ska­nym gło­sem. Po­chy­liła się i oparła dło­nie na ko­la­nach, by zrów­nać się z Emmą Jean. – A tak w ogóle to przy­kro mi, ale się my­lisz. Tri­stan nie umie mó­wić, ko­cha­nie. Mam go pod opieką od wielu lat. Nie ode­zwał się ni­gdy ani sło­wem – do­koń­czyła i wy­pro­sto­wała się.

– To tylko do­wo­dzi, jak mało pani wie. – Emma oparła dło­nie na ko­ści­stych bio­drach. – Jak pani my­śli, skąd wiem, jak on ma na imię? – Zro­biła efek­ciar­ską pauzę. – A tak, bo mi PO­WIE­DZIAŁ.

– On… On mówi? – za­py­tała opie­kunka, spo­glą­da­jąc na mnie po­nad głową Emmy Jean.

– O boszsz… – Dziew­czynka prze­wró­ciła oczami. – Nie po­my­ślała pani ni­gdy, że może on po pro­stu nie chce z pa­nią roz­ma­wiać? Albo że się nie od­zywa, bo wszy­scy wo­kół nic tylko kła­pią ja­dacz­kami i rzu­cają pu­ste obiet­nice, a on nie chce już sły­szeć ani jed­nego słowa wię­cej z pani dur­nych, ku­rew­skich uste­czek? – Emma mó­wiła tak, jakby bro­niła już nie tylko mnie, lecz także sie­bie. – To nie Tri­stan jest głupi, tylko PANI! – Mała aż fuk­nęła ze zło­ści.

O. Ja. Pier­dolę.

Marci sto­jąca za ple­cami opie­kunki aż się trzę­sła od le­dwo po­wstrzy­my­wa­nego śmie­chu, za­kry­wa­jąc dło­nią usta.

Emma po­chy­liła się, jakby chciała coś pod­nieść z ziemi, po czym wy­pro­sto­wała się i po­ka­zała opie­kunce środ­kowy pa­lec. Ta stała jak wmu­ro­wana, nie­zdolna nic od­po­wie­dzieć. Emma Jean opu­ściła pa­lec, ale na­dal wpa­try­wała się w ko­bietę z nie­na­wi­ścią w wy­trzesz­czo­nych wiel­kich oczach o ko­lo­rze klej­notu. To spoj­rze­nie mo­gło za­bić, jak la­ser. Jej łzy sprzed kilku chwil na­brały no­wego zna­cze­nia. Wie­działa, co to ból.

– Cy­tu­jąc nie­śmier­tel­nego Boba Dy­lana… – Emma nie­mal wy­pluła z sie­bie: – „Nie kry­ty­kuj tego, czego nie po­tra­fisz zro­zu­mieć”.

Dziew­czynka spoj­rzała na mnie. Opie­kunka ze­brała szczękę z ziemi. Mała uśmiech­nęła się do mnie słodko. To była zu­peł­nie inna Emma Jean niż ta, która pła­kała nad lo­sem kota.

– Do zo­ba­czonka, Tri­stan! – Ru­szyła pod­jaz­dem ku ulicy, po chwili jed­nak się od­wró­ciła i rzu­ciła pod ad­re­sem Marci: – A pani niech się nim do­brze za­opie­kuje!

– Oczy­wi­ście, ko­cha­nie – od­parła Marci, ro­ze­śmiana.

Tym ra­zem Emma Jean nie ro­zej­rzała się na prawo i lewo przed przej­ściem na ulicę, lecz po­pę­dziła przed sie­bie i znik­nęła mię­dzy do­mami.

Ko­ciak w mo­ich ra­mio­nach za­sy­czał i wbił pa­zurki w rę­kaw mo­jej bluzy, przy­po­mi­na­jąc mi o swoim ist­nie­niu. Po­pra­wi­łem chwyt, ale dało mu to je­dy­nie więk­sze pole do po­pisu. Pa­zurki prze­biły ma­te­riał i wbiły mi się w skórę.

Mały gnój.

Opie­kunka, mam­ro­cząc pod no­sem, wsia­dła do swo­jego bu­icka.

– Po­wo­dze­nia – rzu­ciła i od­je­chała.

Nie spoj­rza­łem za nią, na­dal wpa­try­wa­łem się w miej­sce, gdzie znik­nęła Emma Jean.

Co tu się wła­śnie, kurwa, wy­da­rzyło?

– Mała dziew­czynka wła­śnie po­ci­snęła pani Erik­son – po­wie­działa Marci, jakby usły­szała moje my­śli. Od­wró­ci­łem się i od­kry­łem, że stoi obok mnie z dło­nią opartą o błysz­czący czarny pas, który zwi­sał jej na bio­drze. Spoj­rzała na Pana Pu­sia. – A to­bie wci­snęła kota, i to bez worka. – Uśmiech­nęła się, za­ci­ska­jąc usta, jakby po­wstrzy­my­wała śmiech. Nie ro­zu­mia­łem, co ją tak cie­szy. – Za­kła­dam, że pła­kała i bła­gała cię, byś za­opie­ko­wał się tym sier­ściu­chem.

Pu­sio znowu za­sy­czał, od­py­cha­jąc się ode mnie wszyst­kimi czte­rema ła­pami.

– Kurwa – za­klą­łem na głos, po­now­nie sam sie­bie za­ska­ku­jąc.

Marci nie skar­ciła mnie, tylko sze­rzej się uśmiech­nęła.

– Ta mała dziew­czynka – wska­zała pod­bród­kiem w kie­runku, w któ­rym od­da­liła się Emma Jean – wła­śnie wy­krę­ciła ci nu­mer stary jak świat. Znaj­do­wa­nie do­mów bez­dom­nym zwie­rzę­tom… Wszyst­kie chwyty do­zwo­lone. – Przy­ci­snęła pięść do ust, a ra­miona za­trzę­sły jej się od tłu­mio­nego śmie­chu.

Spoj­rza­łem po­now­nie na par­szywą kre­aturę w swo­ich ra­mio­nach i prze­wró­ci­łem oczami. Ależ by­łem durny. Mała oka­zała się znacz­nie spryt­niej­sza, niż się wy­da­wała.

Spoj­rza­łem na Marci, a po­tem na domy po dru­giej stro­nie na ulicy.

– Zu­peł­nie jak ja w jej wieku – sko­men­to­wała. – Na ta­kie trzeba uwa­żać naj­bar­dziej: oszustki z wiel­kim ser­cem.

Emma Jean Pa­rish. Ode­zwa­łem się do niej. Do­tknęła mnie. Bro­niła mnie. Po­ca­ło­wała mnie.

NA­BRAŁA MNIE.

By­łem sko­ło­wany i wku­rzony.

By­łem także pod nie­ma­łym wra­że­niem.

– A co to za śliczny ko­tek? – Marci po­dra­pała kota po gło­wie. Podły gno­jek za­mru­czał i po­tarł łeb­kiem o jej dłoń. Wy­jęła mi Pana Pu­sia z rąk i przy­tu­liła go do piersi. – Ta dziew­czyna któ­re­goś dnia albo pod­bije świat – zsu­nęła oku­lary prze­ciw­sło­neczne z czubka głowy na oczy – albo go, kurwa, wy­sa­dzi w po­wie­trze.

Nie wąt­pi­łem w to. Ani przez chwilę.

Marci obe­szła fi­re­birda i otwo­rzyła drzwi od strony kie­rowcy.

– Wsia­daj, pora je­chać do domu.

Domu?

– A tak przy oka­zji, sprawdź port­fel. – Marci wsia­dła do sa­mo­chodu i po­ło­żyła so­bie Pana Pu­sia na ko­la­nach. Od­pa­liła sil­nik.

Wsa­dzi­łem ręce do kie­szeni zno­szo­nych dżin­sów. Nic.

Ożeż kurwa mać!

Tak oto zo­sta­łem zro­biony w wała przez Emmę Jean Pa­rish.

Po raz pierw­szy, ale nie ostatni.

ROZ­DZIAŁ 2

Emma Jean

WIEK: DWA­NA­ŚCIE LAT

TRI­STAN.

Prze­fan­ta­styczne imię.

Miał ta­tu­aże. I to dużo.

No i był wy­soki. I ta­jem­ni­czy.

Pa­lił pa­pie­rosy. Wiem, że pa­le­nie szko­dzi, ale i tak do niego pa­so­wało.

Ta cipa w gar­sonce my­liła się co do niego. Nie był ani niemy, ani głupi. Wi­dzia­łam w jego zło­tych oczach błysk in­te­li­gen­cji.

Jest ide­alny.

Ni­gdy wcze­śniej nie po­my­śla­łam o ni­kim, że jest ide­alny. Ni­gdy na­wet nie po­do­bał mi się ża­den chło­pak.

Aż do te­raz.

Kiedy go do­tknę­łam, po­czu­łam mię­dzy nami prze­pływ ener­gii, iskrze­nie. Wiem, że on też to po­czuł, bo wy­glą­dał na po­ru­szo­nego.

Za­iskrzyło. Na pewno czy­ta­łam o tym w ja­kiejś bajce. I to nie było ta­kie zwy­kłe kop­nię­cie prą­dem, bo ni­g­dzie w po­bliżu nie było dy­wanu ani nie by­łam boso.

Spoj­rza­łam na po­darty par­ciany port­fel w dłoni i na­szła mnie dziwna chęć, by go zwró­cić.

Hmm… To ja­kaś no­wość.

Ni­gdy wcze­śniej nie od­czu­wa­łam po­czu­cia winy. I nie mia­łam za­miaru tego zmie­niać. Ode­pchnę­łam od sie­bie obce my­śli, za bar­dzo pra­gnę­łam zaj­rzeć do port­fela. Do­wie­dzieć się wię­cej o tym Tri­sta­nie, tak in­nym od wszyst­kich lu­dzi, któ­rych kie­dy­kol­wiek po­zna­łam.

Wy­do­by­łam z port­fela prawo jazdy. Tri­stan Pa­ine. Nie miał dru­giego imie­nia.

Ja też nie mia­łam. Mia­łam dwa pierw­sze imiona. Moi ro­dzice umarli nie­długo po tym, gdy się uro­dzi­łam, więc wy­my­śli­łam so­bie wła­sną hi­sto­rię mo­ich dwóch imion. Mama chciała mnie na­zwać Emma, a tata Jean. Za­warli więc kom­pro­mis i tak zo­sta­łam Emmą Jean. Oczy­wi­ście stali wtedy nad moim łó­żecz­kiem, trzy­ma­jąc się za ręce i przy­pa­tru­jąc mi się z mi­ło­ścią w oczach. Śpie­wali mi też ko­ły­sanki, a ich głosy były ide­al­nie zgrane. Zmy­śla­łam nie­mal przez cały czas. To był mój spo­sób na ucieczkę.

Te­raz na przy­kład zmy­śli­łam ci­chego, nie­grzecz­nego księ­cia.

Tri­stan.

Kil­ku­krot­nie wy­po­wie­dzia­łam w my­ślach jego imię.

Ciotka Ruby we­szła do sa­lonu z roz­czo­chra­nymi wło­sami i pe­tem zwi­sa­ją­cym jej z ust. Na pod­bródku miała roz­ma­zaną szminkę.

Szybko scho­wa­łam port­fel za fi­ranką.

– Co tam masz? – za­py­tała, się­gnęła za moje plecy i wy­cią­gnęła go.

Spa­ni­ko­wana pró­bo­wa­łam jej go wy­rwać.

– Nie! To moje!

– Ci­cho, dziecko. Obie do­brze wiemy, że to nie­prawda.

Mia­łam DWA imiona. Ciotka Ruby ni­gdy nie uży­wała żad­nego z nich. „Dziecko” było naj­mil­szym z jej okre­śleń wo­bec mnie.

Nie za­dała so­bie trudu, żeby rzu­cić okiem na do­wód oso­bi­sty ani prawko. In­te­re­so­wała ją wy­łącz­nie go­tówka. Wy­jęła z port­fela zło­żony ka­wa­łek pa­pieru i ob­rzu­ciła go wzro­kiem, po czym upu­ściła na pod­łogę. Na­stęp­nie po­li­czyła bank­noty. Trzy­dzie­ści cztery do­lary. Rzu­ciła mi port­fel pod nogi, a pie­nią­dze wsa­dziła so­bie za sta­nik.

– Twoje małe hobby wresz­cie się na coś przy­dało – wy­mam­ro­tała, na­dal z pe­tem w po­marsz­czo­nych ustach. Wzięła klu­czyki do sa­mo­chodu ze sto­lika w holu za­wa­lo­nego szpar­ga­łami. Nie po­wie­działa, do­kąd się wy­biera. Nie mu­siała.

Ka­syno w Lac­king, dwa mia­steczka od na­szego. Ni­g­dzie in­dziej nie by­wała.

Zga­siła peta i za­pa­liła ko­lej­nego pa­pie­rosa. Pod­nio­sła z pod­łogi to­rebkę, otwo­rzyła drzwi wej­ściowe i wzdry­gnęła się, gdy słońce za­świe­ciło jej w oczy. Osło­niła je dło­nią. Nie ra­czyła się na­wet po­że­gnać, po pro­stu wy­szła, na­dal ma­jąc na twa­rzy resztki wczo­raj­szego ma­ki­jażu.

Usia­dłam na pod­ło­dze i pod­nio­słam ka­wa­łek pa­pieru, który upu­ściła.

Ra­miona opa­dły mi w wy­ra­zie bez­rad­no­ści. Na­prawdę mu­sia­łam mu od­dać port­fel.

Może…

Spoj­rza­łam na świ­stek. Oka­zało się, że to zdję­cie. Był na nim mały Tri­stan i ko­bieta o ta­kich sa­mych oczach jak jego. Obej­mo­wał ją ra­mie­niem, oboje się uśmie­chali.

Serce za­biło mi ży­wiej.

– Emma Jean! – wy­krzyk­nęła Gabby, wpa­da­jąc przez otwarte drzwi wej­ściowe.

Jej star­sza sio­stra, Mona, dep­tała jej po pię­tach. Mona zi­gno­ro­wała mnie i po­pę­dziła po scho­dach na pię­tro. Gabby wy­glą­dała na spa­ni­ko­waną. Dłu­gie ciemne włosy po­skle­jały jej się na czole od potu. W oczach miała łzy.

– Co? – za­py­ta­łam. Wsta­łam i scho­wa­łam zdję­cie do kie­szeni.

– Wy­jeż­dżam – wy­szep­tała. – Marco, mój brat, bie­rze mnie i Monę do sie­bie.

– Kiedy? – za­py­ta­łam prze­ra­żona. Gabby była ca­łym moim świa­tem.

– W przy­szłym mie­siącu – od­parła i po­pła­kała się.

Tej nocy, gdy le­ża­łam w łóżku z moją przy­braną sio­strą i naj­lep­szą przy­ja­ciółką śpiącą obok mnie, ciotka Ruby wto­czyła się do kuchni z ja­kimś fa­ce­tem. Oboje byli ro­ze­śmiani. Pró­bo­wa­łam od­ciąć się od ich gło­sów, za­ci­ska­jąc po­wieki. Nie mo­głam prze­stać my­śleć o tym, że Gabby wkrótce wy­je­dzie. Wy­ję­łam spod po­duszki zdję­cie, które przy­ci­snę­łam do piersi.

Chcia­łam za­snąć. Wy­obra­ża­łam so­bie, że je­stem księż­niczką za­mkniętą w wieży, cze­ka­jącą, aż Tri­stan przy­bę­dzie, by mnie ura­to­wać. On także był jed­nak uwię­ziony i tylko ja mo­głam mu po­móc. Wi­dzia­łam, jak wy­ciąga ku mnie dłoń, ale choć pró­bo­wa­łam z ca­łych sił, nie mo­głam go do­się­gnąć.

Ostat­nie, co zo­ba­czy­łam przed za­pad­nię­ciem w sen, to złote oczy pierw­szego chło­paka, któ­rego po­ca­ło­wa­łam.

Mo­jej pierw­szej mi­ło­ści.

Mo­jej zguby.

Tri­sta­nie,

wy­bacz, że ukra­dłam twój port­fel. Oto trzy­dzie­ści cztery do­lary, które w nim były, plus pięć do­la­rów od­se­tek. Moja ciotka ukra­dła te pie­nią­dze i wy­dała je na ha­zard, więc za­ro­bi­łam je, sprze­da­jąc le­mo­niadę z wódką za szkołą.

Na­dal mam Twoje zdję­cie. Czy mo­gła­bym je jesz­cze tro­chę po­trzy­mać? Je­steś na nim taki ra­do­sny. Uśmie­cham się na jego wi­dok, na­wet gdy jest mi bar­dzo smutno.

Jesz­cze raz prze­pra­szam. Chyba po raz pierw­szy w ży­ciu szcze­rze. Chcia­łam Ci od­dać port­fel, ale w domu opieki po­wie­dziano mi, że się wy­pro­wa­dzi­łeś. Mam na­dzieję, że po­doba Ci się w no­wym domu.

Mu­szę już le­cieć. W te­le­wi­zji pusz­czają nowy show z udzia­łem ma­gi­ków, uwiel­biam go.

Emma Jean Pa­rish

PS Mam na­dzieję, że nie prze­szka­dza Ci, że do Cie­bie pi­szę. W bi­dulu nie chcieli mi po­dać Two­jego ad­resu, ale obie­cali, że wy­ślą Ci ten list.

Wszel­kie błędy są wy­ba­czalne,

je­śli tylko ma się od­wagę do nich przy­znać.

BRUCE LEE

ROZ­DZIAŁ 3

Tri­stan

WIEK: SZES­NA­ŚCIE LAT

KIEDY ŻYJE SIĘ w sys­te­mie opieki tyle lat co ja, w końcu uczy się roz­po­zna­wać pewne sy­gnały ostrze­gaw­cze, wi­do­czne jak na dłoni po przy­by­ciu do no­wego domu. Dragi, ukryte mo­tywy i tak da­lej. By­łem nie­mal pe­wien, że taką sy­tu­ację za­stanę w mia­steczku, do któ­rego wła­śnie wjeż­dża­li­śmy. Wy­glą­dało jak strefa wojny. Na­zy­wało się Lac­king. Sły­sza­łem o nim już wcze­śniej, moja mama pra­co­wała tu w ka­sy­nie.

Dom, pod który pod­je­cha­li­śmy, kom­plet­nie nie pa­so­wał do tego miej­sca. Był to duży dwu­pię­trowy bu­dy­nek z ciem­no­brą­zo­wym si­din­giem i nie­na­gan­nie przy­strzy­żo­nym traw­ni­kiem. Po­sia­dłość oto­czona ru­in­ami.

Marci także nie bu­dziła mo­jego nie­po­koju. Nie wy­glą­dała, jakby była na­ćpana czy przy­gnę­biona. Wręcz prze­ciw­nie. Oczy miała ciem­no­nie­bie­skie i cał­ko­wi­cie przy­tomne. Kru­czo­czarne, dłu­gie do ra­mion włosy były po­fa­lo­wane i błysz­czące, grzywkę zdo­biło ja­sno­blond pa­semko. Pa­znok­cie miała po­ma­lo­wane na czer­wono, w ko­lo­rze pa­su­ją­cym do jej szminki. Miała na so­bie po­dziu­ra­wione czarne dżinsy i wy­so­kie czarne buty na ob­ca­sie oraz ko­szulkę Led Zep­pe­lin roz­dartą przy koł­nie­rzyku i ob­na­ża­jącą jedno ra­mię oraz czer­wony pa­sek od sta­nika. Ma­ki­jaż wo­kół oczu był mocny i ciemny, ale pa­so­wał jej, tak samo jak ciu­chy. I dom.

Wnę­trze zdo­biły pla­katy róż­nych ze­spo­łów z au­to­gra­fami, a także dzie­siątki czar­no­bia­łych zdjęć grup lu­dzi na mo­to­cy­klach oraz ko­lo­rowe fo­to­gra­fie roz­siane po każ­dym pa­ra­pe­cie, sto­liku i pła­skiej po­wierzchni.

– No do­bra, po­zby­li­śmy się ga­jera, mo­żemy po­ga­dać – rzu­ciła z wes­tchnie­niem Marci, opa­da­jąc na­prze­ciw mnie na sfa­ty­go­wany skó­rzany fo­tel sto­jący w sa­lo­nie.

Usia­dłem na so­fie znaj­du­ją­cej się na wprost fo­tela, wo­rek z rze­czami po­ło­ży­łem so­bie koło nóg. Merci otwo­rzyła ozdobne pu­dełko sto­jące na sto­liku obok i wy­do­była z niego jo­inta. Za­pa­liła i za­cią­gnęła się od serca, po czym zsu­nęła buty i skrzy­żo­wała nogi.

Po­dała mi skręta. Za­wa­ha­łem się, po­dej­rze­wa­jąc, że to może być ja­kiś test. Marci prze­wró­ciła oczami i wci­snęła mi skręta w dłoń.

– Ja nie je­stem z opieki. W tym domu nic ci się nie sta­nie, jak so­bie buch­niesz.

Za­cią­gną­łem się głę­boko, wy­peł­nia­jąc płuca dy­mem. Pa­liło, nie­mal się roz­kasz­la­łem. NI­GDY wcze­śniej nie kasz­la­łem po blan­cie.

Moja nowa opie­kunka nie tylko miała zioło, ale w do­datku to­war był na­prawdę ZA­JE­BI­STY.

– No więc… – Marci po­chy­liła się do przodu i splo­tła dło­nie mię­dzy ko­la­nami. – Pew­nie za­sta­na­wiasz się, o co w tym wszyst­kim biega.

Ski­ną­łem głową, przy­glą­da­jąc się jej przez chmurę dymu wi­szącą mię­dzy nami.

– No cóż, to… skom­pli­ko­wane. Obie­cuję ci jed­nak, że wszystko ci wy­ja­śnię, gdy tylko reszta two­jej no­wej ro­dziny zjawi się w domu.

Tym ra­zem nie wy­trzy­ma­łem i za­kasz­la­łem. I to nie od ziel­ska.

– Masz trzech braci – kon­ty­nu­owała. – Sandy’ego, Dig­gera i Haze’a. – Aku­rat za­ła­twiają sprawy ro­dzinne, ale wrócą do domu na ko­la­cję. Mój stary, Brzu­cho, też nie­długo wróci. Nie może się do­cze­kać, żeby cię po­znać. – Na­gle pod­nio­sła się z fo­tela. – Lu­bisz pie­czeń?

Od­dała mi jo­inta i prze­szła do otwar­tej kuchni. Ski­nęła dło­nią, że­bym po­szedł za nią. Opar­łem się o gra­ni­towy kon­tuar, a Marci unio­sła po­krywkę znad dy­mią­cego garnka sto­ją­cego nad ga­zie i za­mie­szała w nim długą drew­nianą łyżką.

Wzru­szy­łem ra­mio­nami. Nie pa­mię­ta­łem, bym kie­dy­kol­wiek jadł pie­czeń, więc skąd mia­łem wie­dzieć, czy ją lu­bię? Pach­niała jed­nak le­piej niż wszystko, co ja­dłem w ży­ciu, więc by­łem go­tów dać jej szansę. Ślina na­pły­nęła mi do ust, a w brzu­chu gło­śno mi za­bur­czało. Uświa­do­mi­łem so­bie, że od dawna nic nie ja­dłem.

– Głodny? – za­py­tała Marci, ce­lu­jąc łyżką w mój brzuch. Po­tak­ną­łem głową. – Hmm… – kon­ty­nu­owała, wpa­tru­jąc się w za­war­tość garnka – ja wiem, że po­tra­fisz mó­wić, ale nie mam za­miaru cię do tego przy­mu­szać. Chcę, że­byś zro­zu­miał, że to bez­pieczne miej­sce. Nikt nie bę­dzie osą­dzał ni­czego, co po­wiesz lub czego nie po­wiesz.

Na­gle po­czu­łem, że je­stem jej wi­nien ja­kąś od­po­wiedź za jej go­ścin­ność i po­czę­stu­nek zio­łem. Poza tym nie tak dawno roz­ma­wia­łem z dziew­czyną, któ­rej zu­peł­nie nie zna­łem, więc mo­głem się wy­si­lić też dla tej ko­biety, która mnie przy­gar­nęła.

– Tak, pro­szę pani.

Uśmiech­nęła się.

– Wiedz jed­nak, że mamy też w tym domu pewne za­sady.

Okej, a więc był ha­czyk.

Marci przy­kryła gar­nek i oparła się łok­ciami o kon­tuar.

– Wiem, że po­wie­dzia­łam, że nie będę cię osą­dzać – po­ki­wała pal­cem, bym się na­chy­lił – ale je­śli jesz­cze raz po­wiesz do mnie „pani”, twoje jaja tra­fią do gara. – Ro­ze­śmiała się i wy­pro­sto­wała.

Sam nie mo­głem po­wstrzy­mać uśmie­chu.

Na ra­zie jed­nak na­dal nie mia­łem po­ję­cia, co tu ro­bię ani jak długo tu zo­stanę.

Marci wy­jęła z lo­dówki tacę z ufor­mo­wa­nymi z cia­sta kul­kami i wło­żyła ją do pie­kar­nika.

No cóż, przy­naj­mniej nie będę mu­siał roz­k­mi­niać te­matu na głod­nego.

Drzwi wej­ściowe otwo­rzyły się z hu­kiem.

– Ej, by­dło, uwa­żać mi na drzwi wej­ściowe, bo bę­dzie­cie, kurwa, szpa­chlo­wać i ma­lo­wać cały dom! – wy­darła się Marci.

Do domu wkro­czyli trzej chłopcy, mniej wię­cej w moim wieku, i za­częli prze­pra­szać je­den przez dru­giego.

– Sorki…

– Ups.

– To wina Dig­gera.

– To są Sandy, Dig­ger i Haze – przed­sta­wiła mi ich Marci. – Chłopcy, to wasz nowy brat, Tri­stan.

– Stary, to ty! – ode­zwał się Sandy. Roz­po­znał­bym jego blond czu­prynę i wielki wy­szczerz na­wet po ciemku. Ja­kiś czas temu miesz­ka­li­śmy w tym sa­mym bi­dulu. – Ma­muśka, nie mó­wi­łaś mi, że ku­pu­jesz zna­jo­mego.

– Ad­op­cja to nie han­del ludźmi – po­pra­wiła go Marci.

– Jakby była, to Sandy’ego byś zna­la­zła w ko­szu z prze­ce­nami – za­żar­to­wał Dig­ger, prze­glą­da­jąc się w lu­strze wi­szą­cym w holu i po­pra­wia­jąc ciemne włosy.

– Jeb się – od­pa­ro­wał Sandy, po­ka­zu­jąc mu środ­kowy pa­lec.

– Dig­ger, nie po­pi­suj się – skar­ciła chło­paka Marci.

– Prze­pra­szam, ma­muś. – Cmok­nął ją w po­li­czek. Ko­bieta uśmiech­nęła się do niego, po czym przy­ło­żyła mu łyżką po ła­pie – zdą­żył wsa­dzić pa­lec do garnka.

– Cie­szę się, że tu je­steś, bra­chu – rzu­cił Sandy. Wsta­łem, a on przy­bił mi żół­wika bez do­ty­ka­nia mo­jej dłoni. – My­śla­łem, że już ni­gdy cię nie zo­ba­czę, gdy bi­dul się spa­lił.

– Może nie po­wi­nie­neś był się ba­wić za­pał­kami, de­bilu – sko­men­to­wał ma­sywny ty­pek z ogo­loną na łyso głową, który wy­glą­dał, jakby wy­ci­skał na klatę TIRy.

To mu­siał być Haze.

– Ej, spa­le­nie tej za­sra­nej dziury było naj­lep­szą rze­czą w moim ży­ciu, patrz, gdzie dzięki temu je­stem – za­wo­łał Sandy znad ku­chen­nego zlewu, gdzie mył ręce. Wy­tarł je w ręcz­nik, który po­dała mu Marci. Chło­pak ro­zej­rzał się do­okoła i do­koń­czył: – W raju! A poza tym ten bi­dul i tak by się prę­dzej czy póź­niej zja­rał, aż się o to pro­sił.

Dig­ger par­sk­nął.

– Nie­trudno o po­żar, gdy się bawi ben­zyną i sta­rymi szma­tami.

– Po­mi­dor! Po-mi-dor! – za­nu­cił Sandy i pod­niósł z kon­tu­aru stos ta­le­rzy. – Mamo, po­wie­dzia­łaś mu już, co i jak?

– Nie, jesz­cze nie. Cze­kamy na Brzu­cha. Ale po dro­dze do domu już zdą­żył dać się ob­ro­bić ma­łej dziew­czynce.

Sandy za­rżał i po­dał mi po­łowę ta­le­rzy. Po­dą­ży­łem za nim w kie­runku dłu­giego stołu ja­dal­nego i po­mo­głem na­kryć dla sze­ściu osób.

– Małe dziew­czynki są naj­gor­sze, nikt ich ni­gdy nie po­dej­rzewa. Co ci zwi­nęła? Zna­czy oczy­wi­ście oprócz god­no­ści – za­py­tał Dig­ger, roz­kła­da­jąc ser­we­tki i wi­delce. – Port­fel?

Po­ki­wa­łem głową. I je­dyne zdję­cie mo­jej mamy, ja­kie mia­łem.

Za­ci­sną­łem pię­ści.

– Ale nie zo­sta­wiła go z pu­stymi rę­kami – wtrą­ciła się Marci, pod­no­sząc z pod­łogi Pana Pu­sia, który wła­śnie ba­wił się sznu­ro­wa­dłem skó­rza­nego bu­ciora. – Bę­dzie go trzeba za­brać do weta na prze­gląd. Po ko­la­cji sko­czę do zoo­lo­gicz­nego po ja­kieś je­dze­nie i ob­różkę na pchły.

Spoj­rza­łem na nią.

– Tak, za­trzy­mamy go. – Po­dra­pała kota za uchem. – Jakże mo­gła­bym cię wy­rzu­cić? – ode­zwała się dzie­cię­cym gło­sem do ko­ciaka.

– Ziom, kot? Upie­kło ci się. Sta­remu Dun­ca­nowi raz jedna mała wci­snęła mi­nia­tu­ro­wego osła – rzu­cił Haze, wy­cią­ga­jąc z lo­dówki sze­ścio­pak piwa i sta­wia­jąc po jed­nym przy każ­dym na­kry­ciu.

– Wy­staw też wodę – na­ka­zała Marci, od­kła­da­jąc Pana Pu­sia na pod­łogę.

– Po co? – spy­tał Haze. – I tak nikt jej nie pije.

– Woda – po­wtó­rzyła Marci, mru­żąc oczy.

Haze wes­tchnął i udał się do kuchni po szklanki i dzba­nek wody.

– Ko­tek jest śliczny. – Marci znów mó­wiła do Pana Pu­sia. – A osio­łek sta­rego Dun­cana jest prze­słodki. Szkoda tylko, że za­bra­kło mu fan­ta­zji i na­zwał go Osioł.

– Stary Dun­can jest tro­chę nie te­ges – sko­men­to­wał Sandy, ma­cha­jąc wy­mow­nie dło­nią w oko­licy skroni.

– On tylko tak udaje – huk­nął głos od wej­ścia.

W drzwiach sta­nął ogo­rzały męż­czy­zna ubrany w dżin­sową ko­szulę z ob­cię­tymi rę­ka­wami i skó­rzaną mo­to­cy­klową ka­mi­ze­lkę. Wielki beb­zon wy­le­wał mu się znad pasa. Był nie­mal cał­ko­wi­cie łysy, oprócz pa­ska srebr­nych wło­sów nad uszami. Stał w progu, głasz­cząc się po dłu­giej si­wej bro­dzie. Na­gle za­uwa­żył pe­łen dez­apro­baty wzrok Marci skie­ro­wany na swoje bu­ciory. Prze­wró­cił oczami i oparł się o fra­mugę, by je zdjąć.

– Dun­can jest prze­bie­gły, za­radny, cwany i ogar­nięty. Może i nie jest już naj­młod­szy – spoj­rzał na Pana Pu­sia, po czym prze­niósł wzrok na mnie – ale wszy­scy po­win­ni­śmy brać z niego przy­kład.

– Amen – rzu­ciła Marci, sta­wia­jąc na środku stołu ko­szyk z bu­łecz­kami.

Brzu­cho za­jął miej­sce u szczytu stołu.

– Mó­wią mi Brzu­cho – rzekł, wska­zu­jąc mi miej­sce obok sie­bie. – Je­stem twoim no­wym tat­kiem. Mo­żesz mi mó­wić „Brzu­cho” albo „tatku”, co ci le­piej leży. Za­cznijmy na ra­zie od „Brzu­cho” i zo­baczmy, jak roz­wi­nie się sy­tu­acja.

Cmok­nął Marci w po­li­czek.

Ko­bieta po­kle­pała go po brzu­chu i uśmiech­nęła się.

– Chyba nie mu­szę ci tłu­ma­czyć, skąd to prze­zwi­sko.

– Ejże – od­parł Brzu­cho, uj­mu­jąc ją za dło­nie i kła­dąc je so­bie na ra­mio­nach. – Tę­sk­ni­łem za tobą.

– Ja za tobą też – za­ćwier­kała Marci, po czym po­tarli się no­sami, sty­ka­jąc czoła.

– Może idź­cie do sy­pialni – rzu­cił Sandy, niby po­ka­słu­jąc.

– A ja my­śla­łem, że to mój dom – od­ciął się Brzu­cho.

Sandy, Dig­ger i Haze za­jęli swoje miej­sca. Sandy sie­dział obok mnie, a Dig­ger i Haze na­prze­ciw nas. Marci po­sta­wiła gar­nek na środku stołu i na­ło­żyła naj­pierw

Brzu­chowi, a na­stęp­nie każ­demu z nas. Moje noz­drza wy­peł­nił naja­pe­tycz­niej­szy za­pach, jaki kie­dy­kol­wiek po­czu­łem.

Kiedy już wszy­scy mieli je­dze­nie na ta­ler­zach, Marci za­jęła miej­sce na dru­gim końcu stołu. Brzu­cho chwy­cił w dłoń wi­de­lec i za­ko­men­de­ro­wał:

– Chło­paki, można sza­mać. A cie­bie jak mam na­zy­wać? – do­dał z ustami peł­nymi je­dze­nia.

Pie­czeń była tak pyszna, że nie­mal nie usły­sza­łem jego py­ta­nia.

Brzu­cho wpa­try­wał się we mnie z ocze­ki­wa­niem. Po­cią­gną­łem so­lidny łyk piwa, żeby nie za­krztu­sić się po­tężną ilo­ścią je­dze­nia, jaką mia­łem w ustach.

– Tri­stan – od­po­wie­działa za mnie Marci.

Brzu­cho zmarsz­czył czoło.

– Po­doba ci się to imię? Nie­zbyt ci pa­suje.

To już druga osoba tego dnia, która mi to po­wie­działa. Po­krę­ci­łem głową.

– To jak mamy ci mó­wić? – wtrą­ciła Marci.

Tym ra­zem to Sandy od­po­wie­dział za mnie.

– Ja tam za­wsze mó­wi­łem mu Po­nury. Bo cią­gle nosi kap­tur i wy­gląda jak Po­nury Żni­wiarz, taki mil­czący i w ogóle. – Wy­tarł usta ser­we­tką i do­pił piwo, po czym bek­nął do­no­śnie. Spoj­rzał prze­pra­sza­jąco na Marci, szcze­rząc pro­ste białe zę­bi­ska. – Sorki.

Brzu­cho prze­krzy­wił głowę w za­my­śle­niu.

– Po­nury… Tak, wi­dzę to. Pa­suje mu. Zna­łem jed­nego Po­nu­rego w cza­sach, gdy mie­li­śmy jesz­cze wła­sny od­dział MC1. Równy gość. Do­bry żoł­nierz. Lu­bił stru­gać ko­niki z drewna. Ma­cher miał taki ostry, że mógł jed­nym mach­nię­ciem go­lić rzęsy.

Brzu­cho był człon­kiem MC, a jego kum­pel… stru­gał ko­niki z drewna?

Wes­tchnął głę­boko, za­to­piony we wspo­mnie­niach.

– Za­bił tą kosą ład­nych paru ty­pów. Skur­wiel był nie­sa­mo­wi­cie szybki. – Za­śmiał się, wziął od Dig­gera ko­szyk z bu­łecz­kami i na­ło­żył so­bie trzy na ta­lerz, po czym prze­ka­zał ko­szyk mnie.

Wzią­łem dwie cie­płe bu­łeczki i po­sma­ro­wa­łem grubo ma­słem. Unio­słem wzrok i za­uwa­ży­łem, że Brzu­cho przy­gląda mi się uważ­nie. Po­zo­stali rów­nież pa­trzyli na mnie z za­cie­ka­wie­niem.

Pró­bu­jąc od­wró­cić od sie­bie ich uwagę, wska­za­łem wi­del­cem na je­dze­nie i wy­du­si­łem z sie­bie:

– Dzię­kuję… Prze­pyszne, pro­szę…

Marci się uśmiech­nęła za­do­wo­lona z kom­ple­mentu. Unio­sła przy tym brew, wy­czu­wa­jąc, że mia­łem ochotę po­wie­dzieć „pro­szę pani”. Nie bę­dzie ła­two po­zbyć się tego na­wyku. Może i by­łem nie­let­nim prze­stępcą, ale do­brze wy­cho­wa­nym.

Marci mach­nęła lek­ce­wa­żąco dło­nią.

– To nic, po­cze­kaj, aż spró­bu­jesz mo­ich klop­si­ków.

Spoj­rzała na Brzu­cha, który uśmie­chał się sze­roko. Wy­czu­wa­łem, że z zu­peł­nie in­nego po­wodu niż ona. Na­dal wpa­try­wał się we mnie z uwagą.

Za­mar­łem z ustami peł­nymi je­dze­nia, cze­ka­jąc, aż po­wie, o czym my­śli. Brzu­cho wy­buch­nął ru­basz­nym śmie­chem.

– Kurwa, chłop­cze, do­brze wie­dzieć, że nie je­steś prze­wraż­li­wiony. Więk­szość lu­dzi tro­chę by się wy­stra­szyła roz­mów o za­bój­stwach przy stole.

No cóż, nie by­łem więk­szo­ścią lu­dzi. Wzru­szy­łem ra­mio­nami i wró­ci­łem do je­dze­nia. Kiedy opróż­ni­łem ta­lerz, Marci na­ło­żyła mi ko­lejną por­cję i po­dała na­stępne piwo. Usłu­gi­wała nam z mi­ło­ścią i ra­do­ścią. Zro­zu­mia­łem, że wła­dzę w tym domu spra­wuje się nie po­przez prze­moc, lecz tro­skę.

– Wczo­raj do­sta­li­śmy nowe play­sta­tion, Po­nury. Chcesz ra­zem po­za­bi­jać kur­wi­liony zom­bie? – za­py­tał Sandy.

Ni­gdy w ży­ciu nie gra­łem w gry wi­deo. Kon­sole kosz­to­wały setki do­la­rów, nie dys­po­no­wa­łem taką kasą ani nie zna­łem ni­kogo, kto by ją miał.

Ski­ną­łem głową, przy­glą­da­jąc się Sandy’emu. I to tak kon­kret­nie. Miał na so­bie fir­mową ko­szulkę z twa­rzą ja­kie­goś typa. Nie zna­łem się na mo­dzie, ale roz­po­zna­łem logo i wie­dzia­łem, że ciuch mu­siał kosz­to­wać kon­kretny hajs. W uszach miał dia­men­towe kol­czyki, i to nie­małe. Za­uwa­ży­łem też na jego palcu mo­to­cy­klowy sy­gnet z czarną różą i so­lid­nym czar­nym ka­mie­niem.

Po­zo­stali też mieli ta­kie sy­gnety, na­wet Marci, choć jej był nieco bar­dziej ko­biecy i sub­telny.

– Pa­trz­cie, za­czyna kmi­nić – sko­men­to­wał Sandy, ce­lu­jąc we mnie wi­del­cem i uśmie­cha­jąc się z za­do­wo­le­niem.

– No, zde­cy­do­wa­nie za­czyna kmi­nić – wtrą­cił Haze, rów­nież roz­ba­wiony.

Po­cią­gną­łem ko­lejny duży łyk piwa.

– Co kmi­nić? – ode­zwał się Dig­ger po raz pierw­szy, od kiedy usie­dli­śmy do stołu, i uniósł głowę znad te­le­fonu.

Brzu­cho uśmiech­nął się sze­roko.

– Wszystko.

PO KO­LA­CJI wszy­scy po­mo­gli­śmy w zmy­wa­niu na­czyń. Na­stęp­nie Brzu­cho i Marci po­sa­dzili mnie na ka­na­pie w sa­lo­nie i wrę­czyli mi szklankę whi­skey. I to do­brej whi­skey. Za­częli mi wy­ja­śniać, że te­raz je­stem człon­kiem ro­dziny. Marci uśmiech­nęła się słodko i już miała po­ło­żyć mi dłoń na ko­la­nie, lecz od­su­ną­łem się od niej in­stynk­tow­nie. Nie wy­glą­dała na ura­żoną, cof­nęła rękę i ujęła swoją szklankę w obie dło­nie.

– Wi­dzisz, kiedy MC Brzu­cha zo­stało wchło­nięte przez inną grupę, po­sta­no­wił, że czas odejść – za­częła.

– Chcia­łem za­ło­żyć wła­sną grupę, opartą na lo­jal­no­ści i sza­cunku. Czyli tym, czego nie było w moim MC, bo przy­wód­com bra­ko­wało jaj. Sprze­dali nas in­nemu klu­bowi, kurwy jedne. Jak można sprze­dać wła­sną ro­dzinę? – wtrą­cił Brzu­cho, po czym po­cią­gnął so­lidny łyk whi­skey.

Za ple­cami sły­sza­łem Sandy’ego i Dig­gera kłó­cą­cych się, w co mają za­grać. Haze sie­dział w ką­cie w bu­ja­nym fo­telu, pa­ląc blanta i w mil­cze­niu przy­słu­chu­jąc się na­szej roz­mo­wie.

– No i jak wi­dzisz, te­raz mam taki klub, o ja­kim ma­rzy­łem. – Brzu­cho za­to­czył krąg ręką. – Praw­dziwą ro­dzinę. Tu ży­jemy, tu pra­cu­jemy. Kie­ru­jemy się wro­dzo­nymi in­stynk­tami, wcie­lamy w ży­cie na­sze zdol­no­ści. Chro­nimy swo­ich. To wszystko, o co pro­simy.

– Co mam ro­bić? – za­py­ta­łem.

– To samo, co przed­tem. – Brzu­cho wy­cią­gnął zza ple­ców teczkę i otwo­rzył ją.

Do­my­śli­łem się, że to moje akta z opieki spo­łecz­nej.

– Tri­stan Pa­ine. Pro­blemy z agre­sją i kon­trolą emo­cji. Sprze­ciw wo­bec au­to­ry­te­tów. Pod­pa­le­nia. Za­kłó­ca­nie po­rządku pu­blicz­nego. Cho­ro­bliwa do­cie­kli­wość. Brak sym­pa­tii i em­pa­tii wo­bec in­nych. Wy­bu­chy. Brak trzeź­wej oceny sy­tu­acji. Ma­ni­pu­lo­wa­nie in­nymi…

Za­mknął teczkę i rzu­cił ją na sto­lik do kawy.

Nie mo­głem dłu­żej usie­dzieć w miej­scu. By­łem wście­kły. To, co o mnie na­pi­sano, może i było prawdą, ale na­pi­sali to lu­dzie, któ­rzy mnie kom­plet­nie nie znali, któ­rzy od­sy­łali mnie od jed­nego gów­nia­nego domu opieki do dru­giego, wciąż do­pi­su­jąc do mo­jej teczki ko­lejne dia­gnozy. Jakby to miało jak­kol­wiek po­móc.

– Po­sadź, kurwa, dupę na miej­scu – na­ka­zał Brzu­cho, pa­trząc mi spo­koj­nie w oczy. – Sia­daj, mó­wię.

Marci chwy­ciła mnie za dłoń i po­cią­gnęła z po­wro­tem na ka­napę, jakby chciała mnie po­wstrzy­mać od ucieczki.

Emma Jean chyba na­prawdę coś we mnie ze­psuła, bo nie za­bra­łem ręki.

Brzu­cho po­chy­lił się ku mnie.

– Przej­rze­li­śmy już twoją teczkę. To gówno, które tam na­wy­pi­sy­wano, to po­wód, dla któ­rego tu je­steś. To dla­tego chcemy cię tu mieć. Dla świata ze­wnętrz­nego to li­sta pro­ble­mów, ale dla nas – za­śmiał się i wska­zał na teczkę – dla nas to naj­pięk­niej­sze CV na świe­cie.

By­łem to­tal­nie sko­ło­wany. Jed­nym hau­stem opróż­ni­łem szklankę do końca.

– Nic się nie bój, je­steś wśród swo­ich. – Marci ści­snęła moją dłoń.

Brzu­cho wstał i wy­cią­gnął do mnie rękę. Uści­sną­łem ją, a on przy­trzy­mał mnie w uści­sku, jakby chciał mi w ten spo­sób prze­ka­zać, że je­stem mile wi­dziany.

W drzwiach sa­lonu sta­nął Sandy. Oparł się o fra­mugę i skrzy­żo­wał ra­miona na piersi. Uśmiech­nął się sza­tań­sko.

– Wi­taj w ro­dzi­nie, Po­nury – rzu­cił.

Brzu­cho pu­ścił moją dłoń i roz­ło­żył ra­miona jak ka­płan.

– Wi­taj w Be­dlam, synu.

– Wi­taj w domu – do­dała Marci.

1 MC (Mo­tor­cycle Club) – skrót uży­wany rów­nież w Pol­sce jako okre­śle­nie klu­bów mo­to­cy­klo­wych.

Emmo Jean Sztuczko,

mo­żesz za­trzy­mać so­bie to zdję­cie, jak długo ze­chcesz, tylko pro­szę, pil­nuj go i od­daj mi je kie­dyś. Mój nowy dom jest zu­peł­nie inny niż po­przed­nie, my­ślę, że mi się tu spodoba.

Ma­gia? W sen­sie kar­ciane sztuczki? To do Cie­bie pa­suje, bio­rąc pod uwagę, jaka z Cie­bie ku­glarka – w końcu nie dość, że wci­snę­łaś mi kota, to jesz­cze gwizd­nę­łaś mi port­fel.

Od te­raz będę do cie­bie mó­wił Sztuczka!

Co cię tak smuci, że po­trze­bu­jesz mo­jego zdję­cia na roz­we­se­le­nie?

T.

Tri­sta­nie,

dzię­kuję, że mi od­pi­sa­łeś! Do­brze wiesz, żeży­cie dzie­ciaka w sys­te­mie opieki spo­łecz­nej nie jest za we­sołe. Za­wrzyjmy układ. Nie będę pi­sać o gów­nia­nych rze­czach, je­śli ty także nie bę­dziesz o nich pi­sał. Pi­sa­nie do Cie­bie to jedna z do­brych rze­czy.

Sztuczka? Ni­gdy nie prze­pa­da­łam za ksyw­kami. Pew­nie dla­tego, że za­wsze od­no­szą się do mo­ich wło­sów. Lo­czek, Sie­rotka Ma­ry­sia, Koł­tun… Zero ory­gi­nal­no­ści. Poza tym lu­bię swoje włosy. Co drugi dzień...

Ow­szem, ko­cham ma­gię. Za­wsze ko­cha­łam. Oszu­ki­wa­nie in­nych jest tro­chę jak ma­gia, tyle że do­star­cza wię­cej emo­cji.

Znam wszyst­kie kar­ciane triki. Po­tra­fię roz­wią­zać więk­szość wę­złów. A, no i uwiel­biam cy­taty. Przy­kle­jam wy­cinki ze zło­tymi my­ślami ta­śmą do ścian po­koju.

Ni­gdy wcze­śniej ni­komu tego nie mó­wi­łam, ale uwiel­biam też pi­sać opo­wia­da­nia. Głów­nie bajki.

Zdradź mi ja­kiś swój se­kret. Coś, czego ni­komu wcze­śniej nie mó­wi­łeś.

Sztuczka

PS Uwiel­biam tę ksywę!

Wszy­scy mamy w so­bie ma­gię.

J.K. ROW­LING

Sztuczko,

uwa­żam, że po­win­naś ko­chać swoje włosy każ­dego dnia. Są je­dyne w swoim ro­dzaju, zu­peł­nie jak Ty. Mu­sisz mi kie­dyś po­ka­zać kilka kar­cia­nych sztu­czek. Ja po­tra­fię tylko prze­ta­so­wać ta­lię, ale je­den z mo­ich no­wych braci uwiel­bia gry kar­ciane i kom­pu­te­rowe, i… wszel­kie inne.

Nie mu­sisz mi opo­wia­dać o smut­nych rze­czach. Ja nie będę opo­wia­dał o swo­ich. Zresztą, szcze­rze mó­wiąc, ra­czej nie by­wam smutny. Mam to na­wet w ak­tach.

Dziś pierw­szy raz w ży­ciu zro­bi­łem coś… Nie, nie mogę Ci o tym na­pi­sać. Ale po­czu­łem się do­brze. Jak­bym zna­lazł swoje miej­sce na ziemi. Chciał­bym, że­byś mo­gła po­znać moją nową ro­dzinę. Są po­do­bni do Cie­bie, nie­złe z nich sztuczki.

Mój se­kret? W ten dzień, kiedy Cię po­zna­łem, do­tknę­łaś mnie i by­łaś pierw­szą osobą od bar­dzo dłu­giego czasu, która to zro­biła. Czu­łem się, jak­bym żył w szkla­nej bańce, a To­bie udało się ją roz­bić. Od tego dnia co­dzien­nie czuję się co­raz le­piej. Można po­wie­dzieć, że za­dzia­łała na mnie Twoja ma­gia.

T.

PS Obej­rza­łem dzi­siaj show ma­giczny. Je­śli po­tra­fisz spra­wić, że znik­nie Wieża Eif­fla, obie­cuję się tam po­ja­wić!

Tri­sta­nie,

Twój se­kret… ŁAŁ. Ja też coś po­czu­łam tego dnia. Winę. Po raz pierw­szy w ży­ciu czu­łam się winna, że ko­goś okra­dłam.

Cie­szę się, że Ci w czymś po­mo­głam. Ale nie są­dzę, że­bym miała ja­kieś su­per­moce. Cho­ciaż by­łoby świet­nie. Po Twoim ostat­nim li­ście przez dwie go­dziny pró­bo­wa­łam prze­su­nąć książkę po stole za po­mocą siły umy­słu.

Nie­stety nic z tego.

Bar­dzo się cie­szę, że zna­la­złeś swoje miej­sce na ziemi.

Na­prawdę. Mam na­dzieję, że mi też kie­dyś się to uda.

Wiem, że mia­łam nie pi­sać o smut­nych rze­czach, ale moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka, Gabby, wy­pro­wa­dza się ju­tro do swo­jego brata. Jest dla mnie naj­waż­niej­szą osobą na świe­cie, wszyst­kim, co mam. Nie wiem, co ja bez niej zro­bię. Cioci Ruby cią­gle nie ma w domu, a kiedy już jest, tylko na mnie krzy­czy i mnie wy­zywa albo spro­wa­dza ob­cych fa­ce­tów, któ­rzy też mną po­mia­tają.

Na­pisz mi, pro­szę, że je­steś szczę­śliwy. To mi bar­dzo po­może. Może ja też kie­dyś tra­fię w ja­kieś miej­sce, gdzie za­znam szczę­ścia.

A może mógł­byś mnie kie­dyś od­wie­dzić? Albo ja Cie­bie?

Mam pie­nią­dze na bi­let au­to­bu­sowy, jakby co.

To zna­czy nie mam, ale da się za­ła­twić. Tylko na­pisz mi, gdzie miesz­kasz.

Emma Jean

Ci, któ­rzy wie­dzą, gdzie ich miej­sce, mają od­wagę być nie­do­sko­na­łymi.

BRENÉ BROWN

ROZ­DZIAŁ 4

Emma Jean

BYŁO JUŻ PÓŹNO. Po­win­ny­śmy były spać od wielu go­dzin, ale każde tyk­nię­cie ze­gara zbli­żało nas do od­jazdu Gabby.

Le­ża­ły­śmy w ciem­no­ściach na moim po­dwój­nym łóżku, świe­cąc małą kie­szon­kową la­ta­reczką na cy­taty, które po­przy­kle­ja­ły­śmy do ścian, wy­cięte z ksią­żek, ga­zet i ma­ga­zy­nów w ciągu pię­ciu wspól­nych lat w jed­nej ro­dzi­nie za­stęp­czej.

– To wciąż mój ulu­biony cy­tat – ode­zwała się Gabby, po czym chwy­ciła mnie za dłoń i skie­ro­wała świa­tło la­tarki, którą trzy­ma­łam, na nie­wielki po­darty ka­wa­łek pa­pieru u dołu ściany, tuż nad moim łóż­kiem.

Wid­niało na nim: „Jak pi­sze się mi­łość? Mi­ło­ści się nie pi­sze, ją się czuje”2 – ano­nim.

Gabby wes­tchnęła dra­ma­tycz­nie i pu­ściła moją dłoń. – Zna­la­złaś gdzieś, kto to na­pi­sał? – za­py­ta­łam, trą­ca­jąc ją ra­mie­niem.

– Nie, ale kie­dyś znajdę. – Czu­łam, że się uśmie­cha.

– To z Ku­bu­sia Pu­chatka – jęk­nęła Mona, star­sza o dzie­sięć mie­sięcy sio­stra Gabby, ze swo­jego łóżka po dru­giej stro­nie po­koju. – A te­raz: czy mo­że­cie się uci­szyć, że­bym się wy­spała cho­ciaż ostat­niej nocy w tym domu?

Usły­sza­łam sze­lest po­ścieli i do­my­śli­łam się, że prze­wró­ciła się na drugi bok i na­kryła głowę po­duszką.

Za­mil­kłam. Wie­dzia­łam, że Gabby się do­my­śla, iż słowa Mony do­bit­nie mi uświa­do­miły, co przy­nie­sie ju­tro.

– Chodź tu – wy­szep­tała gło­śno, przy­cią­ga­jąc mnie do sie­bie.

Od­su­nę­łam od sie­bie my­śli o ju­trze i po­sta­no­wi­łam być tu i te­raz. Gabby i ja za­czę­ły­śmy chi­cho­tać, przy­tu­la­jąc się jesz­cze moc­niej i spla­ta­jąc ra­zem nogi.

– Ten jest mój ulu­biony. – Skie­ro­wa­łam świa­tło la­tarki na ścianę. – „Rzuć­cie mnie na po­żar­cie wil­kom, a ja zo­stanę przy­wódcą stada”.

– Wow. Okej, zmie­ni­łam zda­nie. To także mój ulu­biony – oświad­czyła Gabby. – Ej, cze­kaj, a ten: „Je­śli po­trze­bu­jesz bo­ha­tera, zo­stań bo­ha­te­rem”.

– To mój ulu­biony – orze­kły­śmy obie na­raz.

Mona po­now­nie jęk­nęła. Tym ra­zem zga­si­łam la­tarkę, ale Gabby nie kwa­piła się wró­cić do wła­snego łóżka. Rzadko sy­pia­ły­śmy od­dziel­nie.

– Wiesz, Mona jest moją ro­dzoną sio­strą, a ja i ty nie je­ste­śmy krew­nymi, ale dla mnie je­steś jak sio­stra. Wy­bra­łam cię i my­ślę, że w pe­wien spo­sób jest to na­wet waż­niej­sze niż po­kre­wień­stwo.

W jej gło­sie wy­czu­łam, że zbiera jej się na płacz. Sama czu­łam pie­cze­nie pod po­wie­kami. Chwy­ci­łam ją za dłoń i ści­snę­łam mocno.

– Tak, je­ste­śmy sio­strami, już na za­wsze. – Po­cią­gnę­łam no­sem. – Ja cie­bie też wy­bra­łam.

Gabby mnie ob­jęła i le­ża­ły­śmy tak przy­tu­lone, po­pła­ku­jąc ci­cho w ciem­no­ściach.

– To nie­sa­mo­wite, prawda? Że wy­bra­ły­śmy sie­bie na­wza­jem – spy­tała Gabby, sią­ka­jąc.

– Tak, to nie­sa­mo­wite – za­pew­ni­łam ją. Przy­ci­snę­łam po­li­czek do jej po­liczka, na­sze łzy się po­łą­czyły.

– Ale nie wy­star­czy, że­by­śmy mo­gły zo­stać ra­zem – wy­mam­ro­tała Gabby. – Wo­la­ła­bym miesz­kać w domu za­stęp­czym z tobą niż z bra­tem bez cie­bie.

– Nie, nie mo­żesz tak my­śleć – od­po­wie­dzia­łam. – Twój brat wy­szedł z wię­zie­nia. Za­biera cie­bie i Monę do domu. Po­win­naś się cie­szyć. Nie po­zwa­lam ci się smu­cić z mo­jego po­wodu.

– A jed­nak ja­koś nie mogę się cie­szyć. – W jej gło­sie sły­sza­łam ból. – Tra­fi­łam do sys­temu opieki jako małe dziecko. Nie pa­mię­tam mia­sta, w któ­rym się uro­dzi­łam. Marca nie pa­mię­tam zu­peł­nie. Nic o nim nie wiem. A tu­na­gle on chce, że­by­śmy znów byli ro­dziną, cho­ciaż przez tyle lat na­wet ani razu nie za­dzwo­nił, nie mó­wiąc już o wi­zy­cie.

– Ale to twój brat. Wra­casz do domu. Masz szczę­ście – przy­po­mnia­łam jej.

– Pew­nie masz ra­cję. – Wes­tchnęła.

Włą­czy­łam po­now­nie la­tarkę i skie­ro­wa­łam jej świa­tło na ścianę.

– Patrz. – Trą­ci­łam Gabby łok­ciem.

Unio­sła wzrok i od­czy­tała słowa, które pod­świe­tli­łam:

– „Od­le­głość zna­czy tak nie­wiele, gdy ktoś zna­czy tak wiele…”

Gabby chwy­ciła la­tarkę i skie­ro­wała ją na śro­dek ściany, na naj­now­szy cy­tat. Przy­kle­iły­śmy go tam w ze­szłym mie­siącu, kiedy do­wie­dzia­ły­śmy się, że Gabby od­cho­dzi.

Tym ra­zem to ja od­czy­ta­łam cy­tat na głos:

– „Jak wiel­kie mam szczę­ście, że coś spra­wia, że tak trudno mi się po­że­gnać”.

Zdła­wi­łam szloch i moc­niej przy­tu­li­łam Gabby.

– Nie roz­sta­jemy się na za­wsze – po­wie­dzia­łam przez łzy.

– Zmu­szę Marca, żeby cię do nas spro­wa­dził. Musi cię wziąć! – wy­krzyk­nęła ci­cho Gabby.

Po­krę­ci­łam głową.

– To tak nie działa, do­sko­nale o tym wiesz.

– Coś wy­my­ślę, obie­cuję – wy­szep­tała. – Je­ste­śmy dru­żyną, nie dam się za­stą­pić.

Za­chi­cho­ta­łam.

– Cie­bie nie da się za­stą­pić, je­steś naj­lep­szą przy­ja­ciółką na świe­cie.

Gabby w końcu za­snęła, na­dal sple­ciona ze mną w uści­sku. Le­ża­łam, wpa­tru­jąc się w su­fit. W dłoni ści­ska­łam nie­wielki wi­sio­rek w kształ­cie serca, w któ­rym umie­ści­łam zdję­cie Tri­stana i jego mamy. Ju­tro, gdy Gabby od­je­dzie, będę po­trze­bo­wała po­cie­chy, którą z niego czer­pa­łam.

Świa­tło po­ranka prze­są­czyło się przez moje po­wieki. Po­de­rwa­łam się gwał­tow­nie i od­kry­łam, że Gabby nie leży już koło mnie. Znik­nęła. Jej łóżko było pu­ste, po­ściel znik­nęła. Wszyst­kie jej rze­czy, zwy­kle po­roz­wa­lane po ca­łym po­koju, także znik­nęły.

Po­czu­łam ucisk w piersi, oczy mnie pie­kły.

Ciesz się jej szczę­ściem – na­po­mnia­łam sama sie­bie.

Na sto­liku obok mo­jego łóżka le­żała kartka pa­pieru. Pod­nio­słam ją. Łzy, które pró­bo­wa­łam wstrzy­mać, po­pły­nęły wart­kim stru­mie­niem.

„Nie je­ste­śmy sio­strami jed­nej krwi, lecz serce moje było Twoje, gdy tylko sta­nę­łaś u drzwi” – ano­nim.

Przy­ci­snę­łam kar­teczkę do serca i wzię­łam głę­boki od­dech. Po­wta­rza­łam so­bie, że Gabby wró­ciła do domu. Do swo­jej ro­dziny. Myśl o jej szczę­ściu po­zwo­liła mi ze­brać się w so­bie na tyle, by móc zejść na par­ter.

Ku wiel­kiemu zdzi­wie­niu zna­la­złam tam Monę i Gabby. Obej­mo­wały się, Mona pła­kała.

– Co ja złego zro­bi­łam? To nie fair! – łkała Mona.

– Co się stało? – za­py­ta­łam.

Moja opie­kunka so­cjalna, pani An­drews, stała w drzwiach sa­lonu z udrę­czoną miną.

Kurde, co tym ra­zem zbro­iłam?

– Eee… Co pani tu robi?

Ko­bieta wes­tchnęła.

– W ze­szłym ty­go­dniu roz­ma­wia­łam z Ruby. Na­stą­piła po­myłka. Marco nie za­biera Gabby i Mony.

Zmarsz­czy­łam nos, kom­plet­nie sko­ło­wana.

– To bez sensu. Nic nie ro­zu­miem. One zo­stają? Ale my­śla­łam, że…

Pani An­drews po­krę­ciła głową.

– Ruby nie słu­chała chyba uważ­nie, co mó­wię. – Fuk­nęła ze zło­ści. Się­gnęła do swo­jej torby, wy­do­była z niej teczkę i wrę­czyła mi ją.

Pierw­sza strona wy­glą­dała na ja­kiś ofi­cjalny na­kaz, ale nie mo­głam zro­zu­mieć, co było w nim na­pi­sane.

– Marco nie za­biera Gabby i Mony – wy­ja­śniła pani An­drews. – Za­zna­czył, że ubiega się o opiekę nad Gabby i…

Nie słu­cha­łam, co mówi, tylko pa­trzy­łam na do­ku­ment. Obok na­zwi­ska Gabby wid­niało MOJE na­zwi­sko.

– To na pewno ja­kaś po­myłka. Nie znam Marca. Nie je­stem jego ro­dziną. To Mona jest jego sio­strą, nie ja.

Ko­bieta wzru­szyła ra­mio­nami.

– To nie­ty­powa sy­tu­acja, ale wy­peł­nił wszyst­kie wła­ściwe do­ku­menty, za­ła­twił sprawy z praw­ni­kiem i uzy­skał pod­pis sę­dziego. Ja je­stem tylko po­słań­cem, wy­peł­niam po­le­ce­nia.

Mona od­kle­iła się od Gabby i zmie­rzyła mnie wście­kłym spoj­rze­niem za­czer­wie­nio­nych oczu. Po­mimo róż­nicy wieku wy­glą­dały jak bliź­niaczki, tyle że Mona miała włosy ścięte na pa­zia, a Gabby się­ga­jące pasa.

Serce mi się kra­jało na myśl o niej. W gło­wie mia­łam mę­tlik. Mona była nieco sztywna, ale ni­gdy nie za­cho­wy­wała się wo­bec mnie wrogo. Była ra­czej kimś w ro­dzaju wku­rza­ją­cej star­szej sio­stry, która woli od­ra­biać lek­cje niż ob­ra­biać cu­dze kie­sze­nie. Ale i tak mi na niej za­le­żało. Jej ty­powa po­waga prze­ro­dziła się w ra­dość, gdy się do­wie­działa, że za­mieszka z Mar­kiem.

Pani An­drews otwo­rzyła drzwi fron­towe.

– Za­cze­kam w sa­mo­cho­dzie. Masz pięć mi­nut na spa­ko­wa­nie się. – Spoj­rzała na Monę. – I po­że­gna­nie.

– To ja­kaś po­myłka – stwier­dzi­łam po­now­nie, nie mo­gąc uwie­rzyć w to, co się dzieje.

– To żadna po­myłka – od­rze­kła Mona. Po­cią­gnęła no­sem i wy­tarła go wierz­chem dłoni. – Marco mnie nie chce. Chce Gabby i CIE­BIE.

2 A.A. Milne, Ku­buś Pu­cha­tekw prze­kła­dzie Ireny Tu­wim.

ROZ­DZIAŁ 5

Emma Jean

LAC­KING było zu­peł­nie inne niż Bri­gh­ton, z któ­rego przy­by­ły­śmy, choć od­da­lone o za­le­d­wie go­dzinę jazdy sa­mo­cho­dem. Bri­gh­ton było biedne, ale do­brze utrzy­mane. Ulice były za­wsze czy­ste, a lu­dzie przy­jaźni.

Lac­king było jak z in­nej pla­nety.

Ulice za­śmie­cały pu­ste puszki po pi­wie i inne od­padki. Gabby i ja sie­dzia­ły­śmy na tyl­nym sie­dze­niu sa­mo­chodu pani An­drews i trzy­ma­ły­śmy się za ręce. Nie po­wiem, że­bym nie była szczę­śliwa, że je­stem z Gabby, im bar­dziej jed­nak się za­głę­bia­ły­śmy w mia­sto, tym więk­szy czu­łam lęk.

– Pa­mię­tasz co­kol­wiek z tego miej­sca? – wy­szep­ta­łam.

Gabby wy­glą­dała przez okno, na jej twa­rzy ma­lo­wał się szok.

– Nie. – Spu­ściła wzrok na swoje ręce. – Czy Mona da so­bie radę?

Pani An­drews od­po­wie­działa, spo­glą­da­jąc na nas w lu­sterku wstecz­nym.

– Nie mar­tw­cie się o nią. Przy­znano jej sty­pen­dium na­ukowe, pój­dzie do pry­wat­nej szkoły z in­ter­na­tem dla uzdol­nio­nych dziew­cząt. Wszyst­kie jej uczen­nice do­stają się po­tem do ko­le­dżu.

– Ja­kim cu­dem? – za­py­tała Gabby.

Pani An­drews wzru­szyła ra­mio­nami.

– Nie wiem, ale ktoś mu­siał ją zgło­sić. Może zro­biła to sama, a może zro­bił to je­den z jej na­uczy­cieli.

Gabby na­dal nie wy­glą­dała na uspo­ko­joną.

– Wszystko bę­dzie okej – za­pew­ni­łam ją. – Może gdy bę­dzie mu­siała cią­gle uży­wać mó­zgu, sta­nie się mniej ma­rudna.

Gabby uśmiech­nęła się smutno i blado. Ści­snę­łam jej dłoń.

– Po­wiem wam, jak zro­bimy. Gdy tylko Mona się tam za­do­mowi, prze­każę wam jej na­miary – za­ofe­ro­wała pani An­drews.

Gabby unio­sła wzrok.

– Dzię­kuję – od­po­wie­działa.

Pani An­drews ski­nęła głową.

– To na­prawdę świetne miej­sce.

Opie­kunka skrę­ciła kie­row­nicą i za­trzy­mała sa­mo­chód przed za­mkniętą bramą w trzy­me­tro­wym be­to­no­wym mu­rze po­kry­tym graf­fiti. Jego szczyt zdo­bił drut kol­cza­sty. Przed bramą stało dwóch męż­czyzn z żół­tymi ban­da­nami za­wią­za­nymi na szy­jach. W dło­niach trzy­mali wiel­kie spluwy. To wy­glą­dało jak ja­kieś pier­do­lone wię­zie­nie.

Mo­nie na pewno nic nie bę­dzie, za­czy­na­łam jed­nak mieć co­raz więk­sze wąt­pli­wo­ści co do wła­snej sy­tu­acji.

Gabby moc­niej ści­snęła moją dłoń. Wie­dzia­łam, że my­śli po­dob­nie.

Bramę ozda­biał wi­ze­ru­nek czaszki z żółtą ban­daną za­wią­zaną wo­kół dol­nej po­łowy twa­rzy. Po­ni­żej wid­niał na­pis po hisz­pań­sku, któ­rego zna­cze­nia nie ro­zu­mia­łam.

– Los Mu­er­tos – wy­szep­ta­łam.

– Mar­twi. – Gabby spoj­rzała na mnie z nie­po­ko­jem.

– Je­ste­śmy na miej­scu – ogło­siła we­soło pani An­drews, zu­peł­nie jak­by­śmy wje­chały na par­king Di­sney­landu.

Je­den z męż­czyzn zbli­żył się do okna i przyj­rzał mi i Gabby. Po chwili dał znać ge­stem dru­giemu męż­czyź­nie, by ten otwo­rzył bramę.

Za nią cią­gnął się żwi­rowy pod­jazd oko­lony wy­soką, dziką trawą. Na środku kom­pleksu stało pięć ce­gla­nych bu­dyn­ków, wszyst­kie były trzy­pię­trowe. Każdy z nich po­kry­wało graf­fiti z róż­nymi wa­rian­tami mo­tywu czaszki i na­pisu „Los Mu­er­tos”.

– Co to jest za miej­sce, do cho­lery? – za­py­ta­łam wy­stra­szo­nym, ci­chym gło­sem.

Pani An­drews za­par­ko­wała przed środ­ko­wym bu­dyn­kiem. Otwo­rzyła drzwi po mo­jej stro­nie. Wy­sia­dły­śmy obie, cią­gnąc za sobą ple­caki.

– To wasz nowy dom, dziew­czynki, uśmiech­nij­cie się – rzu­ciła we­soło opie­kunka.

W drzwiach bu­dynku uka­zał się ludzki po­twór, za któ­rym po­dą­żali dwaj inni męż­czyźni.

– Marco! – po­wi­tała go pani An­drews.

– Wi­taj, Oli­vio – od­po­wie­dział i wy­jąw­szy z ust wy­ka­łaczkę, po­ca­ło­wał ją w usta.

Gabby i ja sta­ły­śmy na­dal obok sa­mo­chodu.

Marco gó­ro­wał nad pa­nią An­drews. Miał czarną bródkę i ciem­no­brą­zowe oczy. Był bez ko­szulki, na brzu­chu miał wy­ta­tu­owane skrzy­żo­wane pi­sto­lety. Roz­ma­wiał z „Oli­vią”, jakby byli sta­rymi przy­ja­ciółmi.

Ko­bieta ba­wiła się cięż­kim zło­tym łań­cu­chem na jego szyi i chi­cho­tała, szep­cząc coś, czego nie by­łam w sta­nie do­sły­szeć. Spoj­rzała na nas, a po­tem znów na Marca, po czym prze­su­nęła dło­nią po jego na­gim tor­sie i od­wró­ciła się do sa­mo­chodu.

– Po­wiedz bratu, że jego dług zo­stał spła­cony – rzu­cił Marco. – Cze­kaj, mo­ment. – Ski­nął pod­bród­kiem męż­czyź­nie po swo­jej pra­wej, a ten rzu­cił pani An­drews grubą ko­pertę. – To za fa­tygę.

Opie­kunka zaj­rzała do ko­perty i uśmiech­nęła się sze­roko.

– Gra­cias. – Ski­nęła głową, po czym wsia­dła do sa­mo­chodu.

Od­su­nę­ły­śmy się, żeby nas nie prze­je­chała. Wy­co­fała przez bramę, nie za­szczy­ca­jąc nas na­wet spoj­rze­niem.

– Bie­nve­nida, sio­strzyczko – ode­zwał się Marco z uśmie­chem i prze­su­nął ję­zy­kiem wy­ka­łaczkę w drugi ką­cik ust. Uści­skał Gabby jedną ręką. Przy­glą­dała mu się z mie­szanką prze­ra­że­nia i na­dziei w oczach. – Wi­taj w domu.

– W domu? – za­py­tała, roz­glą­da­jąc się.

– Tak, w domu. Pew­nie nie pa­mię­tasz, ale to tu się uro­dzi­łaś, her­ma­nita.

– Co to za miej­sce? – wtrą­ci­łam.

Marco prze­niósł spoj­rze­nie z Gabby na mnie. Jego uśmiech stał się jesz­cze szer­szy, a wo­kół oczu po­ja­wiły się zmarszczki, miaż­dżąc małe ser­duszko wy­ta­tu­owane przy pra­wym oku.

– To­bie także bie­nve­nida, bla­nqu­ita.

Ro­zej­rzał się do­okoła z dumą, jakby bu­dynki za jego ple­cami wznie­siono z mar­muru, a nie z kru­szą­cej się ce­gły.

– Wi­taj­cie w kom­plek­sie Los Mu­er­tos. – Uniósł obie dło­nie i wska­zał na sto­ją­cych za nim męż­czyzn. – To mo­ich dwóch żoł­nie­rzy, Flip i Mal. Rzą­dzę tym miej­scem, tymi ludźmi i tym mia­stem. Je­stem ich kró­lem, a po­nie­waż je­ste­ście moją ro­dziną, czyni was to księż­nicz­kami Los Mu­er­tos.

Gabby wy­raź­nie się od­prę­żyła.

– Czemu mnie tu spro­wa­dzi­łeś? – za­py­ta­łam. Nie mo­głam już dłu­żej wy­trzy­mać.

Marco się za­śmiał i rzu­cił do swo­ich to­wa­rzy­szy:

– Dziew­czyna się nie pa­tycz­kuje.

Wy­jął wy­ka­łaczkę z ust i wy­ce­lo­wał nią we mnie. Przyj­rzał mi się od stóp do głów jak far­mer ku­pu­jący krowę na targu. Prze­szły mnie ciarki.

– Nie za­wra­caj so­bie tym te­raz tej ślicz­nej główki. Zaj­miemy się wszyst­kim w od­po­wied­nim cza­sie. – Mru­gnął i ob­jął mnie ra­mie­niem, a dru­gim przy­tu­lił Gabby.

Spoj­rza­łam na nią za jego ple­cami, ma­jąc na­dzieję po­ro­zu­mieć się z nią bez słów, ale ona z uśmie­chem wpa­try­wała się w brata. Marco po­pro­wa­dził nas jedną ze ście­żek prze­ci­na­ją­cych kom­pleks.

– Przy­je­chał­bym po cie­bie wcze­śniej, Ga­brielo, ale ta cała pie­przona pa­pier­kowa ro­bota za­jęła sporo czasu. Trzeba było dać w łapę wielu chci­wym dup­kom w są­dzie. Ale twój bra­ci­szek ogar­nął to gówno i oto je­steś!

Z bu­dynku, który wy­glą­dał na ga­raż, wy­ło­nił się ko­lejny męż­czy­zna. Za­pa­trzy­łam się na dwa skrzy­żo­wane noże, które miał wy­ta­tu­owane na gar­dle. Pod­szedł do Marca, od­cią­gnął go na bok i wy­szep­tał mu coś na ucho. Marco ski­nął głową i kla­snął w dło­nie.

– Sorki, chi­cas. Mam coś do za­ła­twie­nia, i to mi­gu­siem. Leo po­każe wam, gdzie ma­cie iść. Jak za­ła­twię swoje, wrócę i opo­wiem wam o wszyst­kim. – Ru­szył ty­łem w kie­runku jed­nego z bu­dyn­ków, sze­roko roz­kła­da­jąc ra­miona. – Bie­nve­ni­das a Los Mu­er­tos, her­ma­ni­tas!

Znik­nął za po­dwój­nymi drzwiami w asy­ście ko­lej­nych dwóch męż­czyzn uzbro­jo­nych w ma­sywne ka­ra­biny.

Na­gle zni­kąd po­ja­wiła się obok nas ja­kaś chuda, bar­dzo skąpo ubrana dziew­czyna. Była zdy­szana, oczy miała pod­krą­żone. Wy­da­wała się dużo star­sza od nas, ale przyj­rzaw­szy się jej bli­żej, stwier­dzi­łam, że to tylko kwe­stia ma­ki­jażu i ciu­chów. Mo­gła być star­sza naj­wy­żej o dwa–trzy lata.

– Leo, za­pro­wadź je na górę. To WSZYSTKO – po­le­cił jej Mal, pod­kre­śla­jąc ostat­nie słowo. – ¿Me es­tás en­ten­diendo? – Po­stu­kał się pal­cem wska­zu­ją­cym w skroń.

Nie zna­łam hisz­pań­skiego, ale i tak się do­my­śli­łam, o co mu cho­dzi.