Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
W mieście, w którym przemoc jest codziennością, a lojalność bywa śmiertelnie niebezpieczna, rodzi się uczucie skazane na porażkę. Tristan „Ponury” Paine to bezwzględny zabójca Bractwa Bedlam, człowiek zmagający się z demonami przeszłości. Pewnego dnia poznaje Emmę Jean Parish i od tego momentu nie potrafi o niej zapomnieć…
Choć stoją po przeciwnych stronach krwawego konfliktu, los nieustannie splata ich drogi. Nigdy nie powinni się pokochać – a jednak nie potrafią bez siebie żyć.
„Perwersja” to pierwsza część trylogii o pierwszej miłości, zemście i moralnych granicach, jakie trzeba przekroczyć, aby nie stracić ukochanej osoby.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 217
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment
Tytuł oryginału: Perversion. Perwersja. Perversion Trilogy. T. 1
Przekład z języka angielskiego:
Copyright © T.M. Frazier, 2026
This edition: © Risky Romance/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt okładki: Maria Lepian
Redakcja: Justyna Yiğitler
Korekta: Grzegorz Gołębski
ISBN 978-91-8153-413-9
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.
Risky Romance / Gyldendal A/S Klareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
Miłość powinna być jak bajka.
Nasza miłość jest jak życzenieśmierci.
Jestem zabójcą Bractwa Bedlam.
Ona jest naciągaczką pracującą na zlecenie mojego największego wroga.
Ja ją wykorzystuję. Ona mną manipuluje.
Stoimy po dwóch stronach krwawej wojny.
Serce i głowa podpowiadają mi,
że powinienem się od niej trzymać z daleka.
Żądza podpowiada mi, że chuj z tym.
W miłości i wojnie gangów wszystkie chwyty są dozwolone.
Dla tych, którzy myślą, że są na świecie sami.
Nie jesteście sami.
Jesteście kochani.
Jesteście jedyni w swoim rodzaju.
Jesteście ważni.
Jesteście WSZYSTKIM.
Dla małego chłopca, Jamesa, znanego też jako Uczniak,
który właśnie dostał nowe serduszko.
Cała moja miłość i znacznie więcej.
A także dla L&C.
ZAWSZE.
perwersja
rzeczownik
odejście od pierwotnego znaczenia, stanu lub kierunku ku zniekształceniu bądź rozpadowi pierwotnego zamierzenia: Wszelkie zło jest perwersją dobrazachowania lub potrzeby seksualne uważane za anormalne albo nieakceptowalneLACKING, FLORYDA
INFORMACJE STATYSTYCZNE:
Liczba mieszkańców: 15 224
Średni wiek mieszkańców: 26,6
Przeciętny dochód w przeliczeniu na gospodarstwo domowe: 13 372 $
Wskaźnik ubóstwa: 74,8
Ocena poziomu bezpieczeństwa w mieście (w skali 1–100): 2
Złu brak własnej postaci, jest wyłącznie defektem, nadmiarem, perwersją i rozkładem tego, co postać ma.
JOHN HENRY NEWMAN
PROLOG
Ponury
OD WIELU LAT ulice Lacking spływają krwią. Przemoc eskaluje z każdym mijającym dniem. Ciała podziurawione kulami gniją na ulicach i chodnikach. Jako ostrzeżenie. Jako oznaka władzy.
Jako przypomnienie o tym, kto tu decyduje o śmierci i życiu. Trzy największe gangi nieustannie konkurują o ten zaszczyt.
Ludzie w tym pokrytym graffiti mieście żyją w lęku przed ciągłym rozlewem krwi, kuląc się na dźwięki nieustających kanonad broni palnej; przed znalezieniem się w złym miejscu w złym czasie, założeniem ubrań niewłaściwego koloru lub powiedzeniem czegoś nie tak. Przed opowiedzeniem się po niewłaściwej stronie w obliczu typa trzymającego pierdoloną spluwę w ich ustach. Ludzie nie wychodzą z domu po zmroku. Niektórzy w ogóle nie wychodzą już z domu.
Jedynym prawem jest tu prawo gangów. Sprawiedliwość wymierza się nożem lub spluwą. Coś jak skrzyżowanie miasteczka rodem z westernu ze światem po jebanej apokalipsie.
To także mój dom.
Jestem jednym z powodów, dla których ludzie tak bardzo boją się wychodzić z domów.
W moich żyłach płynie krew moich ofiar.
Nie da się robić czegoś naprawdę dobrze, jeśli nie ma się do tego smykałki. Gdybym był dobry w czym innym, jak sztuka czy biznes, ludzie powiedzieliby, że mam talent. Pasję. Nie jestem jednak żadnym kurewskim księgowym. Ani artystą. Specjalizuję się w zemście. Żyję tym. Odbieram życie osobom, które zagrażają członkom mojego Bractwa. Żeby pokazać innym, na co nas stać. I kto tu rządzi.
A także dla czystej, pierdolonej przyjemności. Jestem urodzonym zabójcą.
Gdybym żył w średniowieczu, byłbym typem w kapturze ścinającym ludziom głowy na rozkaz króla. Nie mam wyrzutów sumienia. I nigdy się nie waham.
Ba, pragnę tego.
Mówią na mnie Ponury.
Jestem zabójcą w Bractwie Bedlam.
Jeśli kiedyś mnie zobaczysz, zmów paciorek. Żarcik.
Nie zobaczysz mnie.
Rozejm został zawarty wkrótce po tym, jak gubernator zagroził sprowadzeniem Gwardii Narodowej. Od tamtego czasu panuje spokój.
Aż za bardzo.
Gdy się dobrze wsłuchać, można niemal usłyszeć odgłos przeładowywanych spluw.
Klik, klik, klak.
Klik, klik, klak.
Rozejm miał trwać rok. Minęło dziesięć miesięcy. Klik.
Klik.
KLAK.
PRZESZŁOŚĆ
ROZDZIAŁ 1
Tristan
WIEK: SZESNAŚCIE LAT
EMMA JEAN PARISH miała dzikie kręcone włosy i pasujący do nich charakter.
Poznaliśmy się, kiedy wmusiła mi swoją pusię. Mówię o kocie. Parszywym małym gnojku z problemami dorównującymi moim.
To był dzień przeprowadzki.
Właśnie pakowałem worek na śmieci zawierający wszystkie moje doczesne dobra do samochodu obcej babki imieniem Marci. Wzięła się znikąd, jak jakiś duch przeszłych pokoleń niechcianych dzieci, i powiedziała mi, że mnie zabiera.
Ot tak.
Z jej opowieści o tej miejscówce wywnioskowałem, że to placówka przejściowa dla takich jak ja. Za starych na adopcję i zbyt problematycznych, żeby ktokolwiek ich chciał. Nie pytałem o nic więcej, nie tylko dlatego, że nie miałem wyboru, ale też dlatego, że po prostu nie mówiłem. Nie żebym był niemy. Po prostu nie mówiłem, i tyle.
Słowa nic nie znaczą. Kiedy już zdamy sobie z tego sprawę, mówienie staje się gównianym ciężarem zamiast narzędziem komunikacji.
Poza tym byłem dzieckiem systemu. Szedłem tam, gdzie mnie zabierali, a po jakimś czasie zabierali mnie gdzie indziej.
Czasem tego nienawidziłem.
Czasem poważnie tego nienawidziłem.
Tym razem było inaczej. W wielu aspektach. Zwykle podrzucała mnie moja opiekunka socjalna, a ludzie, którzy mnie przyjmowali, cieszyli się z tego mniej więcej tak samo jak z ulotek w skrzynce pocztowej.
Nigdy wcześniej nikt nie przyjechał po mnie osobiście. Zwisało mi to kompletnie, o ile nie planowała zrobić ubrania z mojej skóry. Nie mogłem się doczekać wyjścia z domu opieki dla chłopców. Zwłaszcza że nie byłem już chłopcem. Zresztą nigdy nie czułem się dzieckiem, nawet gdy nim byłem.
Już miałem wrócić do środka, gdzie Marci rozmawiała właśnie z moją opiekunką o przeniesieniu i zapewne o moich problemach z zachowaniem: aktach policyjnych, problemach z uznawaniem autorytetów, napadach wściekłości, braku zdolności komunikacyjnych i tak dalej. I wtedy ją zobaczyłem.
Dziewczyna wyglądała na kilka lat młodszą ode mnie. Stała po drugiej stronie ulicy, kilkukrotnie się rozejrzała w obie strony, powoli i uważnie. Nagle ruszyła pędem przez drogę, jakby to była co najmniej autostrada, a nie wąska, pozbawiona nawierzchni uliczka, którą rzadko ktokolwiek przejeżdżał.
Szalone miodowoblond włosy sterczały jej na wszystkie strony. Wyglądały jak skrzyżowanie mopa z Meduzą. Te włosy pasowały bardziej do lalki niż żywej, oddychającej istoty ludzkiej.
W ramionach trzymała małego pręgowanego kociaka. Po jej spuchniętej, zaczerwienionej buzi spływały łzy. Na dolnej wardze miała ślady zębów – zagryzała ją widocznie, żeby stłumić szloch. Miała na sobie długie, podarte dżinsowe szorty sięgające jej do kolan i za dużą koszulkę z krótkim rękawem zawiązaną na supeł na biodrze. Logo na koszulce było tak sprane, że niemal niewidoczne.
– Proszę pana! – zawołała i zatrzymała się na chodniku przede mną.
Spojrzałem w lewo, prawo i za siebie. Byliśmy sami. Miałem szesnaście lat. Niemożliwe, żeby mówiła do mnie. A jednak stała przede mną, dysząc i sapiąc. Jej wielkie oczy były za duże w stosunku do jej twarzy. Miały niebieskozielony odcień i były zamglone łzami.
Zawiązałem mój worek na śmieci na supeł, patrząc na nią wzrokiem, który mówił: „Czego chcesz?”.
Mała trzymała kota w duszącym uścisku za szyję, nogi dyndały mu w powietrzu, ale jakoś dziwnie go to nie ruszało. Mały gnój przyjrzał mi się uważnie i zasyczał. Dziewczynka głośno zachichotała. Przestąpiłem zakłopotany z nogi na nogę. Nie byłem nawykły do śmiechu. Przestała się śmiać równie szybko, jak zaczęła. Zrobiła poważną minę, jakby coś jej się przypomniało.
– Moja przybrana mama, ciotka Ruby, powiedziała, że nie mogę zatrzymać Pana Pusia. – Pociągnęła nosem. – Powiedziała… Powiedziała, że mam go oddać… – Wzięła drżący oddech i przycisnęła futrzaka mocniej do siebie. Ramiona zaczęły się jej trząść od płaczu.
Skrzyżowałem ręce na piersi. Pomimo jej chichotów i łez wywołanych sprawą z Panem Pusiem wyczułem w niej podobny smutek do mojego.
Dziewczyna spojrzała na dom za moimi plecami.
– Też jesteś dzieciakiem z przybranej rodziny, nie? Skinąłem głową.
– Umiesz mówić? – zapytała niewinnie.
Nie mogłem pokręcić ani pokiwać głową. Na to pytanie nie było odpowiedzi „tak” lub „nie”. Owszem, umiałem mówić. Ale nie mówiłem.
Nigdy.
Przyjrzała mi się uważnie, zatrzymując wzrok na kiepskich tatuażach pokrywających moje ramiona. Wszystkie zostały wykonane przez bandziorów i nibyartystów w poprawczakach w całym stanie. Były to zaledwie surowe szkice, zadrapania zrobione spinaczami lub zaostrzonymi ołówkami, w które następnie wcierało się tusz z długopisu. Miałem plan, by kiedyś je zakryć czymś przykuwającym uwagę, imponującym i wymownym.
Gdy tylko coś takiego znajdę.
Dziewczyna spojrzała na kota i znów na mnie. Rzęsy miała mokre od łez. Czego ona ode mnie, kurwa, chciała? Chociaż na dworze było ze trzydzieści stopni, zarzuciłem na głowę kaptur.
– Dobrze się pan czuje? – Mała wytarła nos wierzchem dłoni.
Co z nią, kurwa, nie tak? To przecież ona płakała, a pyta mnie, czy dobrze się czuję.
Gówno wiedziałem o dzieciakach, choć formalnie rzecz biorąc, sam jeszcze byłem dzieckiem.
Zatrzasnąłem bagażnik wozu Marci. Tablica rejestracyjna ozdobiona krwawiącą czerwoną różą zadrżała. Odwróciłem się plecami do dziewczynki i ruszyłem podjazdem ku domowi.
– Proszę, zaczekaj! Nie przedstawiliśmy się sobie. – Dziewczynka wyminęła mnie biegiem i rzuciła się przede mnie, zagradzając mi wejście do domu. Umieściła kota w zgięciu jednej ręki, a drugą wyciągnęła do mnie. – Nazywam się Emma Jean Parish. Dopiero co skończyłam dwanaście lat, lubię magię i czytanie. Lubię też bajki, choć ciocia Ruby mówi, że jestem już na nie za stara. Nie lubię za to strasznych filmów i krzyków – nawijała jak najęta. – A ty?
Uśmiechnęła się smutno i pociągnęła nosem. Jej mała rączka wisiała w powietrzu przede mną.
Westchnąłem ciężko. W jej oczach widziałem wyraz determinacji, nie miała zamiaru mi odpuścić, dopóki jej nie odpowiem. Spojrzałem na jej dłoń i uniosłem brew.
– Nie musisz nic mówić, jeśli nie chcesz. Umiesz migać? – zapytała, a ja zdałem sobie sprawę, że patrzy prosto na mnie, abym mógł czytać z ruchu jej warg. – Nauczyłam się alfabetu migowego ze starej encyklopedii. Umiem już literować wyrazy, ale niewiele więcej.
A więc myślała, że jestem głuchy. Wielu ludzi tak myślało.
Kiedy pierwszy raz trafiłem pod opiekę systemu, zostałem skierowany na zajęcia z języka migowego, gdyż wszyscy myśleli, że nie potrafię się komunikować. Nauczyłem się tam tego i owego. Mała zaczęła migać to samo, co przed chwilą powiedziała. Używała do tego rączki, którą nie dusiła akurat kota. Wysunęła język, zawzięcie się koncentrując na tym, by każdą literę pokazać idealnie. Jak tak dalej pójdzie, nigdy nie zostawi mnie w spokoju.
W przypływie frustracji wyrzuciłem z siebie:
– Mam na imię Tristan. Nie jestem głuchy.
Dźwięk mojego głosu, niesłyszanego od wielu lat, zaskoczył mnie tak samo jak ją.
– Tristan? – Uśmiechnęła się, przekrzywiając głowę na bok. – Nie jesteś głuchy?
Pokręciłem głową.
– Tristan… – powtórzyła. Wyciągnęła rękę i chwyciła delikatnie moją dłoń. Uścisnęła ją mocniej niż niejeden dorosły mężczyzna, nie to jednak zszokowało mnie najbardziej.
Coś przeskoczyło między naszymi dłońmi. Coś pękło na drobne kawałki. Byłem zbyt młody na zawał serca, co, do kurwy nędzy, się działo?
Spojrzałem zdziwiony na nasze złączone dłonie. Nie odezwałem się do nikogo od dawna, nikt także od dawna mnie nie dotknął. To na pewno to. Otrząsnąłem się, by pozbyć się tego wrażenia, napięcie między nami jednak nadal aż buczało.
– To zabawne, nie wyglądasz mi na Tristana.
Fakt. Wyglądałem na kryminalistę. Bandziora. Nie mogłem się z nią nie zgodzić – nigdy nie pasowało mi moje imię. Tristan było imieniem dla kogoś, kto chodzi do wymyślnej prywatnej szkółki i odrabia grzecznie lekcje przed treningiem lacrosse. Nie kogoś, kto spędził więcej życia w celi niż w szkolnej sali, a ołówka używał tylko jako broni.
– Podoba mi się. – Zamyśliła się, głaszcząc kociaka. – To znaczy ładne imię. Ale nie dla ciebie. Powinieneś coś z tym zrobić. – Przycisnęła usta do głowy kota.
Zapaliłem papierosa. Ponad głową Emmy Jean dostrzegłem moją opiekunkę rozmawiającą przy stole z Marci. Uśmiechała się uprzejmie i kiwała głową. Miałem nadzieję, że się pospieszą i będę mógł stąd wreszcie spierdalać. Oparłem się o czarnego firebirda i głęboko zaciągnąłem, żałując, że dziś rano sprzedałem resztkę mojego zielska panu Arnoldowi, osiemdziesięciolatkowi, który mieszkał w domu obok bidula.
– Nawet nie zapytasz, czemu jestem taka zdenerwowana?
Pokręciłem głową, ale Emma ciągnęła niezrażona:
– Widzisz, to z powodu Pana Pusia. Przy okazji, nie znasz kogoś, kto chciałby kociaka? Bo ciotka Ruby mówi, że albo pozbędę się go dziś sama, albo zabierze go do… do schroniska.
Ścisnęła kota, który zaczął się wyrywać. Mała trzymała mocno, nie zważając na to, że niemal miażdży zwierzaka.
– I… I…
Znów zaczęła łkać. Twarz jej poczerwieniała, otworzyła szeroko usta i zacisnęła powieki, becząc w głos. Podrapałem się w nadgarstek. Kurwa, nigdy nie wiedziałem, co mam zrobić, gdy dzieciaki zaczynały wyć. Jak to się, kurwa, wyłączało? Rozejrzałem się w nadziei, że ktoś zaraz ją zabierze, ale nikogo nie dostrzegłem.
– No więc? Znasz kogoś, kto zaopiekuje się Panem Pusiem? To słodki kociak.
Pan Pusio zaprzeczył prychnięciem.
Ponownie pokręciłem głową.
Oczy Emmy Jean, już i tak wielkie, zrobiły się jeszcze większe z przerażenia. Rozpłakała się jeszcze głośniej. Wolną ręką ponownie złapała mnie za ramię. Znowu poczułem przepływ prądu, tym razem nawet mocniejszy, jakbym wsadził widelec do kontaktu.
Czemu ona mnie musi, kurwa, dotykać?
Miałem ochotę oderwać jej dłoń, ale zaciskała ją jak pitbull szczęki. Musiałbym jej połamać palce.
Zrobienie krzywdy małej dziewczynce spowodowałoby powrót do poprawczaka, a dopiero co stamtąd wyszedłem. Absolutnie nie miałem ochoty tam wracać, zwłaszcza że sędzia zapewnił, iż następnym razem będę sądzony jako dorosły.
Nie chciałem wracać do poprawczaka, a poprawczak to pestka w porównaniu do pierdla. NAPRAWDĘ nie chciałem wylądować w pierdlu.
– Nic nie rozumiesz, Tristanie! Jeśli Pana Pusia nikt nie adoptuje w schronisku, zostanie uśpiony! – Wzięła drżący oddech. – Niby nie brzmi to tak źle, bo wiesz, kto nie lubi sobie pospać… Ciocia Ruby ciągle podsypia, jak tylko nie siedzi w kasynie w Lacking. Ale nauczycielka mojej najlepszej przyjaciółki, Gabby Vegi, jest wolontariuszką w schronisku i powiedziała, że to tylko kłamstwo, które się wciska dzieciakom. – Głośno siąknęła i pochyliła się ku mnie. Z każdym słowem mocniej zaciskała dłoń na moim ramieniu. Zniżyła głos do szeptu. – Uśpienie wcale nie oznacza spania. Oznacza… – Puściła moją rękę, by zakryć obiema dłońmi uszy Pana Pusia. Potarłem ramię dłonią. – Oznacza śmierć zwierzęcia. – Z jej ust wyrwał się stłumiony szloch. Zakryła buzię dłonią i odsunęła się o krok, spoglądając na mnie błagalnie tymi wielkimi szklistymi oczami.
Byłem w stanie myśleć tylko o tym, jak spławić małą, nie zdążyłem jednak nic wymyślić, zanim zaczęła znów beczeć. Jej płacz odbijał się echem między budynkami.
Zwykle nie okazuję emocji, głównie dlatego, że nie mam ich za wiele, ale ta gówniara spowodowała, że zacząłem zaciskać i prostować palce u rąk. Musiałem jakoś sprawić, żeby się zamknęła.
Wszystko będzie dobrze – rzekłem w myślach, wzruszając przy tym nonszalancko ramionami.
– Jak? Jak ma być dobrze, skoro Pan Pusio pójdzie na karmę dla robaków? – zawyła.
Kurwa. Kurwa. Kurwaaaaa.
Ponownie zaciągnąłem się papierosem i zatrzymałem dym w płucach. Może uda mi się udusić i skrócić swoje męczarnie.
Spojrzałem na okno kuchni i napotkałem spojrzenie Marci. Kurwa, nie ma opcji, żebym został w bidulu przez tę jebaną dzieciarę.
– Zamknij się – rozkazałem. Ale mówiłem za cicho, nie usłyszała mnie. Sam siebie ledwo słyszałem.
– Nikt go nie chce! – wyła młoda. Odchyliła głowę ku niebu i rozwarła szeroko usta. Ramiona opadły jej tak nisko, że bałem się, że zaraz dotkną ziemi.
Ponownie spojrzałem w kierunku domu. Moja opiekunka socjalna stała teraz przy oknie, celując palcem w naszym kierunku.
Ja pierdolę.
Skinąłem na małą ręką, dając jej sygnał, by poszła za mną za ścianę domu. Gdy już znaleźliśmy się poza zasięgiem widoku z okna, odebrałem z jej ramion syczącego Pana Pusia.
Mała natychmiast promiennie się uśmiechnęła i entuzjastycznie pokiwała główką. Płacz ustał jak ucięty nożem. W końcu udało mi się ją wyłączyć.
– Weźmiesz Pana Pusia? – zapytała, ukazując w uśmiechu zęby, za duże w stosunku do jej głowy. Nie zaczekała na odpowiedź, której i tak bym nie udzielił. – Tak, tak, tak! Dziękuję ci, dziękuję! – wykrzyknęła, stając na palcach, by móc mnie uścisnąć.
Próbowała mnie pocałować w policzek, a ja w tym samym momencie odwróciłem głowę…Pocałunek wylądował na moich ustach. Zamarłem zszokowany. Mała również się nie odsunęła.
Sekunda. Dwie. Trzy.
Pusio, ściśnięty między nami, głośno zamiauczał. Drzwi bidula otworzyły się i zamknęły. Emma Jean oderwała się ode mnie, marszcząc brwi ze zmieszania.
Dobiegły nas głosy Marci i opiekunki.
– Gdzie on się podział? – zapytała Marci. W jej głosie pobrzmiewało zmartwienie.
– Może uciekł – rzuciła obojętnym tonem opiekunka. – Moglibyśmy go zawołać, ale i tak nie odpowie. Jest pani pewna, że go pani chce? Ci specjalni, no wie pani, „niepełnosprawni umysłowo”, sprawiają najwięcej problemów. A on zdążył już nieźle nabroić. Nie dość, że jest duży i niemy, to jeszcze potrafi być niebezpieczny.
Zaśmiałem się cicho. Ta durna suka nie miała pojęcia, do czego byłem zdolny.
Spuściłem wzrok na Emmę Jean, która przysłuchiwała się ich rozmowie z zainteresowaniem. Jej twarz poczerwieniała, a dłonie zacisnęły się w piąstki.
Marci zaczęła coś mówić, ale Emma Jean jej przerwała, wyskakując zza rogu budynku.
– Jak pani śmie! – wydarła się, celując oskarżającym palcem w opiekunkę. – Tristan nie jest niemy! Pani jest głupia i gówno wie!
Fakt, że dziewczynka, która znała mnie od jakichś dziesięciu minut, staje w mojej obronie, jakbyśmy się znali całe życie, rozbawił mnie i jednocześnie skonsternował.
– A ty kim jesteś? – zapytała opiekunka wystudiowanym, sztucznie zatroskanym głosem. Pochyliła się i oparła dłonie na kolanach, by zrównać się z Emmą Jean. – A tak w ogóle to przykro mi, ale się mylisz. Tristan nie umie mówić, kochanie. Mam go pod opieką od wielu lat. Nie odezwał się nigdy ani słowem – dokończyła i wyprostowała się.
– To tylko dowodzi, jak mało pani wie. – Emma oparła dłonie na kościstych biodrach. – Jak pani myśli, skąd wiem, jak on ma na imię? – Zrobiła efekciarską pauzę. – A tak, bo mi POWIEDZIAŁ.
– On… On mówi? – zapytała opiekunka, spoglądając na mnie ponad głową Emmy Jean.
– O boszsz… – Dziewczynka przewróciła oczami. – Nie pomyślała pani nigdy, że może on po prostu nie chce z panią rozmawiać? Albo że się nie odzywa, bo wszyscy wokół nic tylko kłapią jadaczkami i rzucają puste obietnice, a on nie chce już słyszeć ani jednego słowa więcej z pani durnych, kurewskich usteczek? – Emma mówiła tak, jakby broniła już nie tylko mnie, lecz także siebie. – To nie Tristan jest głupi, tylko PANI! – Mała aż fuknęła ze złości.
O. Ja. Pierdolę.
Marci stojąca za plecami opiekunki aż się trzęsła od ledwo powstrzymywanego śmiechu, zakrywając dłonią usta.
Emma pochyliła się, jakby chciała coś podnieść z ziemi, po czym wyprostowała się i pokazała opiekunce środkowy palec. Ta stała jak wmurowana, niezdolna nic odpowiedzieć. Emma Jean opuściła palec, ale nadal wpatrywała się w kobietę z nienawiścią w wytrzeszczonych wielkich oczach o kolorze klejnotu. To spojrzenie mogło zabić, jak laser. Jej łzy sprzed kilku chwil nabrały nowego znaczenia. Wiedziała, co to ból.
– Cytując nieśmiertelnego Boba Dylana… – Emma niemal wypluła z siebie: – „Nie krytykuj tego, czego nie potrafisz zrozumieć”.
Dziewczynka spojrzała na mnie. Opiekunka zebrała szczękę z ziemi. Mała uśmiechnęła się do mnie słodko. To była zupełnie inna Emma Jean niż ta, która płakała nad losem kota.
– Do zobaczonka, Tristan! – Ruszyła podjazdem ku ulicy, po chwili jednak się odwróciła i rzuciła pod adresem Marci: – A pani niech się nim dobrze zaopiekuje!
– Oczywiście, kochanie – odparła Marci, roześmiana.
Tym razem Emma Jean nie rozejrzała się na prawo i lewo przed przejściem na ulicę, lecz popędziła przed siebie i zniknęła między domami.
Kociak w moich ramionach zasyczał i wbił pazurki w rękaw mojej bluzy, przypominając mi o swoim istnieniu. Poprawiłem chwyt, ale dało mu to jedynie większe pole do popisu. Pazurki przebiły materiał i wbiły mi się w skórę.
Mały gnój.
Opiekunka, mamrocząc pod nosem, wsiadła do swojego buicka.
– Powodzenia – rzuciła i odjechała.
Nie spojrzałem za nią, nadal wpatrywałem się w miejsce, gdzie zniknęła Emma Jean.
Co tu się właśnie, kurwa, wydarzyło?
– Mała dziewczynka właśnie pocisnęła pani Erikson – powiedziała Marci, jakby usłyszała moje myśli. Odwróciłem się i odkryłem, że stoi obok mnie z dłonią opartą o błyszczący czarny pas, który zwisał jej na biodrze. Spojrzała na Pana Pusia. – A tobie wcisnęła kota, i to bez worka. – Uśmiechnęła się, zaciskając usta, jakby powstrzymywała śmiech. Nie rozumiałem, co ją tak cieszy. – Zakładam, że płakała i błagała cię, byś zaopiekował się tym sierściuchem.
Pusio znowu zasyczał, odpychając się ode mnie wszystkimi czterema łapami.
– Kurwa – zakląłem na głos, ponownie sam siebie zaskakując.
Marci nie skarciła mnie, tylko szerzej się uśmiechnęła.
– Ta mała dziewczynka – wskazała podbródkiem w kierunku, w którym oddaliła się Emma Jean – właśnie wykręciła ci numer stary jak świat. Znajdowanie domów bezdomnym zwierzętom… Wszystkie chwyty dozwolone. – Przycisnęła pięść do ust, a ramiona zatrzęsły jej się od tłumionego śmiechu.
Spojrzałem ponownie na parszywą kreaturę w swoich ramionach i przewróciłem oczami. Ależ byłem durny. Mała okazała się znacznie sprytniejsza, niż się wydawała.
Spojrzałem na Marci, a potem na domy po drugiej stronie na ulicy.
– Zupełnie jak ja w jej wieku – skomentowała. – Na takie trzeba uważać najbardziej: oszustki z wielkim sercem.
Emma Jean Parish. Odezwałem się do niej. Dotknęła mnie. Broniła mnie. Pocałowała mnie.
NABRAŁA MNIE.
Byłem skołowany i wkurzony.
Byłem także pod niemałym wrażeniem.
– A co to za śliczny kotek? – Marci podrapała kota po głowie. Podły gnojek zamruczał i potarł łebkiem o jej dłoń. Wyjęła mi Pana Pusia z rąk i przytuliła go do piersi. – Ta dziewczyna któregoś dnia albo podbije świat – zsunęła okulary przeciwsłoneczne z czubka głowy na oczy – albo go, kurwa, wysadzi w powietrze.
Nie wątpiłem w to. Ani przez chwilę.
Marci obeszła firebirda i otworzyła drzwi od strony kierowcy.
– Wsiadaj, pora jechać do domu.
Domu?
– A tak przy okazji, sprawdź portfel. – Marci wsiadła do samochodu i położyła sobie Pana Pusia na kolanach. Odpaliła silnik.
Wsadziłem ręce do kieszeni znoszonych dżinsów. Nic.
Ożeż kurwa mać!
Tak oto zostałem zrobiony w wała przez Emmę Jean Parish.
Po raz pierwszy, ale nie ostatni.
ROZDZIAŁ 2
Emma Jean
WIEK: DWANAŚCIE LAT
TRISTAN.
Przefantastyczne imię.
Miał tatuaże. I to dużo.
No i był wysoki. I tajemniczy.
Palił papierosy. Wiem, że palenie szkodzi, ale i tak do niego pasowało.
Ta cipa w garsonce myliła się co do niego. Nie był ani niemy, ani głupi. Widziałam w jego złotych oczach błysk inteligencji.
Jest idealny.
Nigdy wcześniej nie pomyślałam o nikim, że jest idealny. Nigdy nawet nie podobał mi się żaden chłopak.
Aż do teraz.
Kiedy go dotknęłam, poczułam między nami przepływ energii, iskrzenie. Wiem, że on też to poczuł, bo wyglądał na poruszonego.
Zaiskrzyło. Na pewno czytałam o tym w jakiejś bajce. I to nie było takie zwykłe kopnięcie prądem, bo nigdzie w pobliżu nie było dywanu ani nie byłam boso.
Spojrzałam na podarty parciany portfel w dłoni i naszła mnie dziwna chęć, by go zwrócić.
Hmm… To jakaś nowość.
Nigdy wcześniej nie odczuwałam poczucia winy. I nie miałam zamiaru tego zmieniać. Odepchnęłam od siebie obce myśli, za bardzo pragnęłam zajrzeć do portfela. Dowiedzieć się więcej o tym Tristanie, tak innym od wszystkich ludzi, których kiedykolwiek poznałam.
Wydobyłam z portfela prawo jazdy. Tristan Paine. Nie miał drugiego imienia.
Ja też nie miałam. Miałam dwa pierwsze imiona. Moi rodzice umarli niedługo po tym, gdy się urodziłam, więc wymyśliłam sobie własną historię moich dwóch imion. Mama chciała mnie nazwać Emma, a tata Jean. Zawarli więc kompromis i tak zostałam Emmą Jean. Oczywiście stali wtedy nad moim łóżeczkiem, trzymając się za ręce i przypatrując mi się z miłością w oczach. Śpiewali mi też kołysanki, a ich głosy były idealnie zgrane. Zmyślałam niemal przez cały czas. To był mój sposób na ucieczkę.
Teraz na przykład zmyśliłam cichego, niegrzecznego księcia.
Tristan.
Kilkukrotnie wypowiedziałam w myślach jego imię.
Ciotka Ruby weszła do salonu z rozczochranymi włosami i petem zwisającym jej z ust. Na podbródku miała rozmazaną szminkę.
Szybko schowałam portfel za firanką.
– Co tam masz? – zapytała, sięgnęła za moje plecy i wyciągnęła go.
Spanikowana próbowałam jej go wyrwać.
– Nie! To moje!
– Cicho, dziecko. Obie dobrze wiemy, że to nieprawda.
Miałam DWA imiona. Ciotka Ruby nigdy nie używała żadnego z nich. „Dziecko” było najmilszym z jej określeń wobec mnie.
Nie zadała sobie trudu, żeby rzucić okiem na dowód osobisty ani prawko. Interesowała ją wyłącznie gotówka. Wyjęła z portfela złożony kawałek papieru i obrzuciła go wzrokiem, po czym upuściła na podłogę. Następnie policzyła banknoty. Trzydzieści cztery dolary. Rzuciła mi portfel pod nogi, a pieniądze wsadziła sobie za stanik.
– Twoje małe hobby wreszcie się na coś przydało – wymamrotała, nadal z petem w pomarszczonych ustach. Wzięła kluczyki do samochodu ze stolika w holu zawalonego szpargałami. Nie powiedziała, dokąd się wybiera. Nie musiała.
Kasyno w Lacking, dwa miasteczka od naszego. Nigdzie indziej nie bywała.
Zgasiła peta i zapaliła kolejnego papierosa. Podniosła z podłogi torebkę, otworzyła drzwi wejściowe i wzdrygnęła się, gdy słońce zaświeciło jej w oczy. Osłoniła je dłonią. Nie raczyła się nawet pożegnać, po prostu wyszła, nadal mając na twarzy resztki wczorajszego makijażu.
Usiadłam na podłodze i podniosłam kawałek papieru, który upuściła.
Ramiona opadły mi w wyrazie bezradności. Naprawdę musiałam mu oddać portfel.
Może…
Spojrzałam na świstek. Okazało się, że to zdjęcie. Był na nim mały Tristan i kobieta o takich samych oczach jak jego. Obejmował ją ramieniem, oboje się uśmiechali.
Serce zabiło mi żywiej.
– Emma Jean! – wykrzyknęła Gabby, wpadając przez otwarte drzwi wejściowe.
Jej starsza siostra, Mona, deptała jej po piętach. Mona zignorowała mnie i popędziła po schodach na piętro. Gabby wyglądała na spanikowaną. Długie ciemne włosy posklejały jej się na czole od potu. W oczach miała łzy.
– Co? – zapytałam. Wstałam i schowałam zdjęcie do kieszeni.
– Wyjeżdżam – wyszeptała. – Marco, mój brat, bierze mnie i Monę do siebie.
– Kiedy? – zapytałam przerażona. Gabby była całym moim światem.
– W przyszłym miesiącu – odparła i popłakała się.
Tej nocy, gdy leżałam w łóżku z moją przybraną siostrą i najlepszą przyjaciółką śpiącą obok mnie, ciotka Ruby wtoczyła się do kuchni z jakimś facetem. Oboje byli roześmiani. Próbowałam odciąć się od ich głosów, zaciskając powieki. Nie mogłam przestać myśleć o tym, że Gabby wkrótce wyjedzie. Wyjęłam spod poduszki zdjęcie, które przycisnęłam do piersi.
Chciałam zasnąć. Wyobrażałam sobie, że jestem księżniczką zamkniętą w wieży, czekającą, aż Tristan przybędzie, by mnie uratować. On także był jednak uwięziony i tylko ja mogłam mu pomóc. Widziałam, jak wyciąga ku mnie dłoń, ale choć próbowałam z całych sił, nie mogłam go dosięgnąć.
Ostatnie, co zobaczyłam przed zapadnięciem w sen, to złote oczy pierwszego chłopaka, którego pocałowałam.
Mojej pierwszej miłości.
Mojej zguby.
Tristanie,
wybacz, że ukradłam twój portfel. Oto trzydzieści cztery dolary, które w nim były, plus pięć dolarów odsetek. Moja ciotka ukradła te pieniądze i wydała je na hazard, więc zarobiłam je, sprzedając lemoniadę z wódką za szkołą.
Nadal mam Twoje zdjęcie. Czy mogłabym je jeszcze trochę potrzymać? Jesteś na nim taki radosny. Uśmiecham się na jego widok, nawet gdy jest mi bardzo smutno.
Jeszcze raz przepraszam. Chyba po raz pierwszy w życiu szczerze. Chciałam Ci oddać portfel, ale w domu opieki powiedziano mi, że się wyprowadziłeś. Mam nadzieję, że podoba Ci się w nowym domu.
Muszę już lecieć. W telewizji puszczają nowy show z udziałem magików, uwielbiam go.
Emma Jean Parish
PS Mam nadzieję, że nie przeszkadza Ci, że do Ciebie piszę. W bidulu nie chcieli mi podać Twojego adresu, ale obiecali, że wyślą Ci ten list.
Wszelkie błędy są wybaczalne,
jeśli tylko ma się odwagę do nich przyznać.
BRUCE LEE
ROZDZIAŁ 3
Tristan
WIEK: SZESNAŚCIE LAT
KIEDY ŻYJE SIĘ w systemie opieki tyle lat co ja, w końcu uczy się rozpoznawać pewne sygnały ostrzegawcze, widoczne jak na dłoni po przybyciu do nowego domu. Dragi, ukryte motywy i tak dalej. Byłem niemal pewien, że taką sytuację zastanę w miasteczku, do którego właśnie wjeżdżaliśmy. Wyglądało jak strefa wojny. Nazywało się Lacking. Słyszałem o nim już wcześniej, moja mama pracowała tu w kasynie.
Dom, pod który podjechaliśmy, kompletnie nie pasował do tego miejsca. Był to duży dwupiętrowy budynek z ciemnobrązowym sidingiem i nienagannie przystrzyżonym trawnikiem. Posiadłość otoczona ruinami.
Marci także nie budziła mojego niepokoju. Nie wyglądała, jakby była naćpana czy przygnębiona. Wręcz przeciwnie. Oczy miała ciemnoniebieskie i całkowicie przytomne. Kruczoczarne, długie do ramion włosy były pofalowane i błyszczące, grzywkę zdobiło jasnoblond pasemko. Paznokcie miała pomalowane na czerwono, w kolorze pasującym do jej szminki. Miała na sobie podziurawione czarne dżinsy i wysokie czarne buty na obcasie oraz koszulkę Led Zeppelin rozdartą przy kołnierzyku i obnażającą jedno ramię oraz czerwony pasek od stanika. Makijaż wokół oczu był mocny i ciemny, ale pasował jej, tak samo jak ciuchy. I dom.
Wnętrze zdobiły plakaty różnych zespołów z autografami, a także dziesiątki czarnobiałych zdjęć grup ludzi na motocyklach oraz kolorowe fotografie rozsiane po każdym parapecie, stoliku i płaskiej powierzchni.
– No dobra, pozbyliśmy się gajera, możemy pogadać – rzuciła z westchnieniem Marci, opadając naprzeciw mnie na sfatygowany skórzany fotel stojący w salonie.
Usiadłem na sofie znajdującej się na wprost fotela, worek z rzeczami położyłem sobie koło nóg. Merci otworzyła ozdobne pudełko stojące na stoliku obok i wydobyła z niego jointa. Zapaliła i zaciągnęła się od serca, po czym zsunęła buty i skrzyżowała nogi.
Podała mi skręta. Zawahałem się, podejrzewając, że to może być jakiś test. Marci przewróciła oczami i wcisnęła mi skręta w dłoń.
– Ja nie jestem z opieki. W tym domu nic ci się nie stanie, jak sobie buchniesz.
Zaciągnąłem się głęboko, wypełniając płuca dymem. Paliło, niemal się rozkaszlałem. NIGDY wcześniej nie kaszlałem po blancie.
Moja nowa opiekunka nie tylko miała zioło, ale w dodatku towar był naprawdę ZAJEBISTY.
– No więc… – Marci pochyliła się do przodu i splotła dłonie między kolanami. – Pewnie zastanawiasz się, o co w tym wszystkim biega.
Skinąłem głową, przyglądając się jej przez chmurę dymu wiszącą między nami.
– No cóż, to… skomplikowane. Obiecuję ci jednak, że wszystko ci wyjaśnię, gdy tylko reszta twojej nowej rodziny zjawi się w domu.
Tym razem nie wytrzymałem i zakaszlałem. I to nie od zielska.
– Masz trzech braci – kontynuowała. – Sandy’ego, Diggera i Haze’a. – Akurat załatwiają sprawy rodzinne, ale wrócą do domu na kolację. Mój stary, Brzucho, też niedługo wróci. Nie może się doczekać, żeby cię poznać. – Nagle podniosła się z fotela. – Lubisz pieczeń?
Oddała mi jointa i przeszła do otwartej kuchni. Skinęła dłonią, żebym poszedł za nią. Oparłem się o granitowy kontuar, a Marci uniosła pokrywkę znad dymiącego garnka stojącego nad gazie i zamieszała w nim długą drewnianą łyżką.
Wzruszyłem ramionami. Nie pamiętałem, bym kiedykolwiek jadł pieczeń, więc skąd miałem wiedzieć, czy ją lubię? Pachniała jednak lepiej niż wszystko, co jadłem w życiu, więc byłem gotów dać jej szansę. Ślina napłynęła mi do ust, a w brzuchu głośno mi zaburczało. Uświadomiłem sobie, że od dawna nic nie jadłem.
– Głodny? – zapytała Marci, celując łyżką w mój brzuch. Potaknąłem głową. – Hmm… – kontynuowała, wpatrując się w zawartość garnka – ja wiem, że potrafisz mówić, ale nie mam zamiaru cię do tego przymuszać. Chcę, żebyś zrozumiał, że to bezpieczne miejsce. Nikt nie będzie osądzał niczego, co powiesz lub czego nie powiesz.
Nagle poczułem, że jestem jej winien jakąś odpowiedź za jej gościnność i poczęstunek ziołem. Poza tym nie tak dawno rozmawiałem z dziewczyną, której zupełnie nie znałem, więc mogłem się wysilić też dla tej kobiety, która mnie przygarnęła.
– Tak, proszę pani.
Uśmiechnęła się.
– Wiedz jednak, że mamy też w tym domu pewne zasady.
Okej, a więc był haczyk.
Marci przykryła garnek i oparła się łokciami o kontuar.
– Wiem, że powiedziałam, że nie będę cię osądzać – pokiwała palcem, bym się nachylił – ale jeśli jeszcze raz powiesz do mnie „pani”, twoje jaja trafią do gara. – Roześmiała się i wyprostowała.
Sam nie mogłem powstrzymać uśmiechu.
Na razie jednak nadal nie miałem pojęcia, co tu robię ani jak długo tu zostanę.
Marci wyjęła z lodówki tacę z uformowanymi z ciasta kulkami i włożyła ją do piekarnika.
No cóż, przynajmniej nie będę musiał rozkminiać tematu na głodnego.
Drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem.
– Ej, bydło, uważać mi na drzwi wejściowe, bo będziecie, kurwa, szpachlować i malować cały dom! – wydarła się Marci.
Do domu wkroczyli trzej chłopcy, mniej więcej w moim wieku, i zaczęli przepraszać jeden przez drugiego.
– Sorki…
– Ups.
– To wina Diggera.
– To są Sandy, Digger i Haze – przedstawiła mi ich Marci. – Chłopcy, to wasz nowy brat, Tristan.
– Stary, to ty! – odezwał się Sandy. Rozpoznałbym jego blond czuprynę i wielki wyszczerz nawet po ciemku. Jakiś czas temu mieszkaliśmy w tym samym bidulu. – Mamuśka, nie mówiłaś mi, że kupujesz znajomego.
– Adopcja to nie handel ludźmi – poprawiła go Marci.
– Jakby była, to Sandy’ego byś znalazła w koszu z przecenami – zażartował Digger, przeglądając się w lustrze wiszącym w holu i poprawiając ciemne włosy.
– Jeb się – odparował Sandy, pokazując mu środkowy palec.
– Digger, nie popisuj się – skarciła chłopaka Marci.
– Przepraszam, mamuś. – Cmoknął ją w policzek. Kobieta uśmiechnęła się do niego, po czym przyłożyła mu łyżką po łapie – zdążył wsadzić palec do garnka.
– Cieszę się, że tu jesteś, brachu – rzucił Sandy. Wstałem, a on przybił mi żółwika bez dotykania mojej dłoni. – Myślałem, że już nigdy cię nie zobaczę, gdy bidul się spalił.
– Może nie powinieneś był się bawić zapałkami, debilu – skomentował masywny typek z ogoloną na łyso głową, który wyglądał, jakby wyciskał na klatę TIRy.
To musiał być Haze.
– Ej, spalenie tej zasranej dziury było najlepszą rzeczą w moim życiu, patrz, gdzie dzięki temu jestem – zawołał Sandy znad kuchennego zlewu, gdzie mył ręce. Wytarł je w ręcznik, który podała mu Marci. Chłopak rozejrzał się dookoła i dokończył: – W raju! A poza tym ten bidul i tak by się prędzej czy później zjarał, aż się o to prosił.
Digger parsknął.
– Nietrudno o pożar, gdy się bawi benzyną i starymi szmatami.
– Pomidor! Po-mi-dor! – zanucił Sandy i podniósł z kontuaru stos talerzy. – Mamo, powiedziałaś mu już, co i jak?
– Nie, jeszcze nie. Czekamy na Brzucha. Ale po drodze do domu już zdążył dać się obrobić małej dziewczynce.
Sandy zarżał i podał mi połowę talerzy. Podążyłem za nim w kierunku długiego stołu jadalnego i pomogłem nakryć dla sześciu osób.
– Małe dziewczynki są najgorsze, nikt ich nigdy nie podejrzewa. Co ci zwinęła? Znaczy oczywiście oprócz godności – zapytał Digger, rozkładając serwetki i widelce. – Portfel?
Pokiwałem głową. I jedyne zdjęcie mojej mamy, jakie miałem.
Zacisnąłem pięści.
– Ale nie zostawiła go z pustymi rękami – wtrąciła się Marci, podnosząc z podłogi Pana Pusia, który właśnie bawił się sznurowadłem skórzanego buciora. – Będzie go trzeba zabrać do weta na przegląd. Po kolacji skoczę do zoologicznego po jakieś jedzenie i obróżkę na pchły.
Spojrzałem na nią.
– Tak, zatrzymamy go. – Podrapała kota za uchem. – Jakże mogłabym cię wyrzucić? – odezwała się dziecięcym głosem do kociaka.
– Ziom, kot? Upiekło ci się. Staremu Duncanowi raz jedna mała wcisnęła miniaturowego osła – rzucił Haze, wyciągając z lodówki sześciopak piwa i stawiając po jednym przy każdym nakryciu.
– Wystaw też wodę – nakazała Marci, odkładając Pana Pusia na podłogę.
– Po co? – spytał Haze. – I tak nikt jej nie pije.
– Woda – powtórzyła Marci, mrużąc oczy.
Haze westchnął i udał się do kuchni po szklanki i dzbanek wody.
– Kotek jest śliczny. – Marci znów mówiła do Pana Pusia. – A osiołek starego Duncana jest przesłodki. Szkoda tylko, że zabrakło mu fantazji i nazwał go Osioł.
– Stary Duncan jest trochę nie teges – skomentował Sandy, machając wymownie dłonią w okolicy skroni.
– On tylko tak udaje – huknął głos od wejścia.
W drzwiach stanął ogorzały mężczyzna ubrany w dżinsową koszulę z obciętymi rękawami i skórzaną motocyklową kamizelkę. Wielki bebzon wylewał mu się znad pasa. Był niemal całkowicie łysy, oprócz paska srebrnych włosów nad uszami. Stał w progu, głaszcząc się po długiej siwej brodzie. Nagle zauważył pełen dezaprobaty wzrok Marci skierowany na swoje buciory. Przewrócił oczami i oparł się o framugę, by je zdjąć.
– Duncan jest przebiegły, zaradny, cwany i ogarnięty. Może i nie jest już najmłodszy – spojrzał na Pana Pusia, po czym przeniósł wzrok na mnie – ale wszyscy powinniśmy brać z niego przykład.
– Amen – rzuciła Marci, stawiając na środku stołu koszyk z bułeczkami.
Brzucho zajął miejsce u szczytu stołu.
– Mówią mi Brzucho – rzekł, wskazując mi miejsce obok siebie. – Jestem twoim nowym tatkiem. Możesz mi mówić „Brzucho” albo „tatku”, co ci lepiej leży. Zacznijmy na razie od „Brzucho” i zobaczmy, jak rozwinie się sytuacja.
Cmoknął Marci w policzek.
Kobieta poklepała go po brzuchu i uśmiechnęła się.
– Chyba nie muszę ci tłumaczyć, skąd to przezwisko.
– Ejże – odparł Brzucho, ujmując ją za dłonie i kładąc je sobie na ramionach. – Tęskniłem za tobą.
– Ja za tobą też – zaćwierkała Marci, po czym potarli się nosami, stykając czoła.
– Może idźcie do sypialni – rzucił Sandy, niby pokasłując.
– A ja myślałem, że to mój dom – odciął się Brzucho.
Sandy, Digger i Haze zajęli swoje miejsca. Sandy siedział obok mnie, a Digger i Haze naprzeciw nas. Marci postawiła garnek na środku stołu i nałożyła najpierw
Brzuchowi, a następnie każdemu z nas. Moje nozdrza wypełnił najapetyczniejszy zapach, jaki kiedykolwiek poczułem.
Kiedy już wszyscy mieli jedzenie na talerzach, Marci zajęła miejsce na drugim końcu stołu. Brzucho chwycił w dłoń widelec i zakomenderował:
– Chłopaki, można szamać. A ciebie jak mam nazywać? – dodał z ustami pełnymi jedzenia.
Pieczeń była tak pyszna, że niemal nie usłyszałem jego pytania.
Brzucho wpatrywał się we mnie z oczekiwaniem. Pociągnąłem solidny łyk piwa, żeby nie zakrztusić się potężną ilością jedzenia, jaką miałem w ustach.
– Tristan – odpowiedziała za mnie Marci.
Brzucho zmarszczył czoło.
– Podoba ci się to imię? Niezbyt ci pasuje.
To już druga osoba tego dnia, która mi to powiedziała. Pokręciłem głową.
– To jak mamy ci mówić? – wtrąciła Marci.
Tym razem to Sandy odpowiedział za mnie.
– Ja tam zawsze mówiłem mu Ponury. Bo ciągle nosi kaptur i wygląda jak Ponury Żniwiarz, taki milczący i w ogóle. – Wytarł usta serwetką i dopił piwo, po czym beknął donośnie. Spojrzał przepraszająco na Marci, szczerząc proste białe zębiska. – Sorki.
Brzucho przekrzywił głowę w zamyśleniu.
– Ponury… Tak, widzę to. Pasuje mu. Znałem jednego Ponurego w czasach, gdy mieliśmy jeszcze własny oddział MC1. Równy gość. Dobry żołnierz. Lubił strugać koniki z drewna. Macher miał taki ostry, że mógł jednym machnięciem golić rzęsy.
Brzucho był członkiem MC, a jego kumpel… strugał koniki z drewna?
Westchnął głęboko, zatopiony we wspomnieniach.
– Zabił tą kosą ładnych paru typów. Skurwiel był niesamowicie szybki. – Zaśmiał się, wziął od Diggera koszyk z bułeczkami i nałożył sobie trzy na talerz, po czym przekazał koszyk mnie.
Wziąłem dwie ciepłe bułeczki i posmarowałem grubo masłem. Uniosłem wzrok i zauważyłem, że Brzucho przygląda mi się uważnie. Pozostali również patrzyli na mnie z zaciekawieniem.
Próbując odwrócić od siebie ich uwagę, wskazałem widelcem na jedzenie i wydusiłem z siebie:
– Dziękuję… Przepyszne, proszę…
Marci się uśmiechnęła zadowolona z komplementu. Uniosła przy tym brew, wyczuwając, że miałem ochotę powiedzieć „proszę pani”. Nie będzie łatwo pozbyć się tego nawyku. Może i byłem nieletnim przestępcą, ale dobrze wychowanym.
Marci machnęła lekceważąco dłonią.
– To nic, poczekaj, aż spróbujesz moich klopsików.
Spojrzała na Brzucha, który uśmiechał się szeroko. Wyczuwałem, że z zupełnie innego powodu niż ona. Nadal wpatrywał się we mnie z uwagą.
Zamarłem z ustami pełnymi jedzenia, czekając, aż powie, o czym myśli. Brzucho wybuchnął rubasznym śmiechem.
– Kurwa, chłopcze, dobrze wiedzieć, że nie jesteś przewrażliwiony. Większość ludzi trochę by się wystraszyła rozmów o zabójstwach przy stole.
No cóż, nie byłem większością ludzi. Wzruszyłem ramionami i wróciłem do jedzenia. Kiedy opróżniłem talerz, Marci nałożyła mi kolejną porcję i podała następne piwo. Usługiwała nam z miłością i radością. Zrozumiałem, że władzę w tym domu sprawuje się nie poprzez przemoc, lecz troskę.
– Wczoraj dostaliśmy nowe playstation, Ponury. Chcesz razem pozabijać kurwiliony zombie? – zapytał Sandy.
Nigdy w życiu nie grałem w gry wideo. Konsole kosztowały setki dolarów, nie dysponowałem taką kasą ani nie znałem nikogo, kto by ją miał.
Skinąłem głową, przyglądając się Sandy’emu. I to tak konkretnie. Miał na sobie firmową koszulkę z twarzą jakiegoś typa. Nie znałem się na modzie, ale rozpoznałem logo i wiedziałem, że ciuch musiał kosztować konkretny hajs. W uszach miał diamentowe kolczyki, i to niemałe. Zauważyłem też na jego palcu motocyklowy sygnet z czarną różą i solidnym czarnym kamieniem.
Pozostali też mieli takie sygnety, nawet Marci, choć jej był nieco bardziej kobiecy i subtelny.
– Patrzcie, zaczyna kminić – skomentował Sandy, celując we mnie widelcem i uśmiechając się z zadowoleniem.
– No, zdecydowanie zaczyna kminić – wtrącił Haze, również rozbawiony.
Pociągnąłem kolejny duży łyk piwa.
– Co kminić? – odezwał się Digger po raz pierwszy, od kiedy usiedliśmy do stołu, i uniósł głowę znad telefonu.
Brzucho uśmiechnął się szeroko.
– Wszystko.
PO KOLACJI wszyscy pomogliśmy w zmywaniu naczyń. Następnie Brzucho i Marci posadzili mnie na kanapie w salonie i wręczyli mi szklankę whiskey. I to dobrej whiskey. Zaczęli mi wyjaśniać, że teraz jestem członkiem rodziny. Marci uśmiechnęła się słodko i już miała położyć mi dłoń na kolanie, lecz odsunąłem się od niej instynktownie. Nie wyglądała na urażoną, cofnęła rękę i ujęła swoją szklankę w obie dłonie.
– Widzisz, kiedy MC Brzucha zostało wchłonięte przez inną grupę, postanowił, że czas odejść – zaczęła.
– Chciałem założyć własną grupę, opartą na lojalności i szacunku. Czyli tym, czego nie było w moim MC, bo przywódcom brakowało jaj. Sprzedali nas innemu klubowi, kurwy jedne. Jak można sprzedać własną rodzinę? – wtrącił Brzucho, po czym pociągnął solidny łyk whiskey.
Za plecami słyszałem Sandy’ego i Diggera kłócących się, w co mają zagrać. Haze siedział w kącie w bujanym fotelu, paląc blanta i w milczeniu przysłuchując się naszej rozmowie.
– No i jak widzisz, teraz mam taki klub, o jakim marzyłem. – Brzucho zatoczył krąg ręką. – Prawdziwą rodzinę. Tu żyjemy, tu pracujemy. Kierujemy się wrodzonymi instynktami, wcielamy w życie nasze zdolności. Chronimy swoich. To wszystko, o co prosimy.
– Co mam robić? – zapytałem.
– To samo, co przedtem. – Brzucho wyciągnął zza pleców teczkę i otworzył ją.
Domyśliłem się, że to moje akta z opieki społecznej.
– Tristan Paine. Problemy z agresją i kontrolą emocji. Sprzeciw wobec autorytetów. Podpalenia. Zakłócanie porządku publicznego. Chorobliwa dociekliwość. Brak sympatii i empatii wobec innych. Wybuchy. Brak trzeźwej oceny sytuacji. Manipulowanie innymi…
Zamknął teczkę i rzucił ją na stolik do kawy.
Nie mogłem dłużej usiedzieć w miejscu. Byłem wściekły. To, co o mnie napisano, może i było prawdą, ale napisali to ludzie, którzy mnie kompletnie nie znali, którzy odsyłali mnie od jednego gównianego domu opieki do drugiego, wciąż dopisując do mojej teczki kolejne diagnozy. Jakby to miało jakkolwiek pomóc.
– Posadź, kurwa, dupę na miejscu – nakazał Brzucho, patrząc mi spokojnie w oczy. – Siadaj, mówię.
Marci chwyciła mnie za dłoń i pociągnęła z powrotem na kanapę, jakby chciała mnie powstrzymać od ucieczki.
Emma Jean chyba naprawdę coś we mnie zepsuła, bo nie zabrałem ręki.
Brzucho pochylił się ku mnie.
– Przejrzeliśmy już twoją teczkę. To gówno, które tam nawypisywano, to powód, dla którego tu jesteś. To dlatego chcemy cię tu mieć. Dla świata zewnętrznego to lista problemów, ale dla nas – zaśmiał się i wskazał na teczkę – dla nas to najpiękniejsze CV na świecie.
Byłem totalnie skołowany. Jednym haustem opróżniłem szklankę do końca.
– Nic się nie bój, jesteś wśród swoich. – Marci ścisnęła moją dłoń.
Brzucho wstał i wyciągnął do mnie rękę. Uścisnąłem ją, a on przytrzymał mnie w uścisku, jakby chciał mi w ten sposób przekazać, że jestem mile widziany.
W drzwiach salonu stanął Sandy. Oparł się o framugę i skrzyżował ramiona na piersi. Uśmiechnął się szatańsko.
– Witaj w rodzinie, Ponury – rzucił.
Brzucho puścił moją dłoń i rozłożył ramiona jak kapłan.
– Witaj w Bedlam, synu.
– Witaj w domu – dodała Marci.
1 MC (Motorcycle Club) – skrót używany również w Polsce jako określenie klubów motocyklowych.Emmo Jean Sztuczko,
możesz zatrzymać sobie to zdjęcie, jak długo zechcesz, tylko proszę, pilnuj go i oddaj mi je kiedyś. Mój nowy dom jest zupełnie inny niż poprzednie, myślę, że mi się tu spodoba.
Magia? W sensie karciane sztuczki? To do Ciebie pasuje, biorąc pod uwagę, jaka z Ciebie kuglarka – w końcu nie dość, że wcisnęłaś mi kota, to jeszcze gwizdnęłaś mi portfel.
Od teraz będę do ciebie mówił Sztuczka!
Co cię tak smuci, że potrzebujesz mojego zdjęcia na rozweselenie?
T.
Tristanie,
dziękuję, że mi odpisałeś! Dobrze wiesz, żeżycie dzieciaka w systemie opieki społecznej nie jest za wesołe. Zawrzyjmy układ. Nie będę pisać o gównianych rzeczach, jeśli ty także nie będziesz o nich pisał. Pisanie do Ciebie to jedna z dobrych rzeczy.
Sztuczka? Nigdy nie przepadałam za ksywkami. Pewnie dlatego, że zawsze odnoszą się do moich włosów. Loczek, Sierotka Marysia, Kołtun… Zero oryginalności. Poza tym lubię swoje włosy. Co drugi dzień...
Owszem, kocham magię. Zawsze kochałam. Oszukiwanie innych jest trochę jak magia, tyle że dostarcza więcej emocji.
Znam wszystkie karciane triki. Potrafię rozwiązać większość węzłów. A, no i uwielbiam cytaty. Przyklejam wycinki ze złotymi myślami taśmą do ścian pokoju.
Nigdy wcześniej nikomu tego nie mówiłam, ale uwielbiam też pisać opowiadania. Głównie bajki.
Zdradź mi jakiś swój sekret. Coś, czego nikomu wcześniej nie mówiłeś.
Sztuczka
PS Uwielbiam tę ksywę!
Wszyscy mamy w sobie magię.
J.K. ROWLING
Sztuczko,
uważam, że powinnaś kochać swoje włosy każdego dnia. Są jedyne w swoim rodzaju, zupełnie jak Ty. Musisz mi kiedyś pokazać kilka karcianych sztuczek. Ja potrafię tylko przetasować talię, ale jeden z moich nowych braci uwielbia gry karciane i komputerowe, i… wszelkie inne.
Nie musisz mi opowiadać o smutnych rzeczach. Ja nie będę opowiadał o swoich. Zresztą, szczerze mówiąc, raczej nie bywam smutny. Mam to nawet w aktach.
Dziś pierwszy raz w życiu zrobiłem coś… Nie, nie mogę Ci o tym napisać. Ale poczułem się dobrze. Jakbym znalazł swoje miejsce na ziemi. Chciałbym, żebyś mogła poznać moją nową rodzinę. Są podobni do Ciebie, niezłe z nich sztuczki.
Mój sekret? W ten dzień, kiedy Cię poznałem, dotknęłaś mnie i byłaś pierwszą osobą od bardzo długiego czasu, która to zrobiła. Czułem się, jakbym żył w szklanej bańce, a Tobie udało się ją rozbić. Od tego dnia codziennie czuję się coraz lepiej. Można powiedzieć, że zadziałała na mnie Twoja magia.
T.
PS Obejrzałem dzisiaj show magiczny. Jeśli potrafisz sprawić, że zniknie Wieża Eiffla, obiecuję się tam pojawić!
Tristanie,
Twój sekret… ŁAŁ. Ja też coś poczułam tego dnia. Winę. Po raz pierwszy w życiu czułam się winna, że kogoś okradłam.
Cieszę się, że Ci w czymś pomogłam. Ale nie sądzę, żebym miała jakieś supermoce. Chociaż byłoby świetnie. Po Twoim ostatnim liście przez dwie godziny próbowałam przesunąć książkę po stole za pomocą siły umysłu.
Niestety nic z tego.
Bardzo się cieszę, że znalazłeś swoje miejsce na ziemi.
Naprawdę. Mam nadzieję, że mi też kiedyś się to uda.
Wiem, że miałam nie pisać o smutnych rzeczach, ale moja najlepsza przyjaciółka, Gabby, wyprowadza się jutro do swojego brata. Jest dla mnie najważniejszą osobą na świecie, wszystkim, co mam. Nie wiem, co ja bez niej zrobię. Cioci Ruby ciągle nie ma w domu, a kiedy już jest, tylko na mnie krzyczy i mnie wyzywa albo sprowadza obcych facetów, którzy też mną pomiatają.
Napisz mi, proszę, że jesteś szczęśliwy. To mi bardzo pomoże. Może ja też kiedyś trafię w jakieś miejsce, gdzie zaznam szczęścia.
A może mógłbyś mnie kiedyś odwiedzić? Albo ja Ciebie?
Mam pieniądze na bilet autobusowy, jakby co.
To znaczy nie mam, ale da się załatwić. Tylko napisz mi, gdzie mieszkasz.
Emma Jean
Ci, którzy wiedzą, gdzie ich miejsce, mają odwagę być niedoskonałymi.
BRENÉ BROWN
ROZDZIAŁ 4
Emma Jean
BYŁO JUŻ PÓŹNO. Powinnyśmy były spać od wielu godzin, ale każde tyknięcie zegara zbliżało nas do odjazdu Gabby.
Leżałyśmy w ciemnościach na moim podwójnym łóżku, świecąc małą kieszonkową latareczką na cytaty, które poprzyklejałyśmy do ścian, wycięte z książek, gazet i magazynów w ciągu pięciu wspólnych lat w jednej rodzinie zastępczej.
– To wciąż mój ulubiony cytat – odezwała się Gabby, po czym chwyciła mnie za dłoń i skierowała światło latarki, którą trzymałam, na niewielki podarty kawałek papieru u dołu ściany, tuż nad moim łóżkiem.
Widniało na nim: „Jak pisze się miłość? Miłości się nie pisze, ją się czuje”2 – anonim.
Gabby westchnęła dramatycznie i puściła moją dłoń. – Znalazłaś gdzieś, kto to napisał? – zapytałam, trącając ją ramieniem.
– Nie, ale kiedyś znajdę. – Czułam, że się uśmiecha.
– To z Kubusia Puchatka – jęknęła Mona, starsza o dziesięć miesięcy siostra Gabby, ze swojego łóżka po drugiej stronie pokoju. – A teraz: czy możecie się uciszyć, żebym się wyspała chociaż ostatniej nocy w tym domu?
Usłyszałam szelest pościeli i domyśliłam się, że przewróciła się na drugi bok i nakryła głowę poduszką.
Zamilkłam. Wiedziałam, że Gabby się domyśla, iż słowa Mony dobitnie mi uświadomiły, co przyniesie jutro.
– Chodź tu – wyszeptała głośno, przyciągając mnie do siebie.
Odsunęłam od siebie myśli o jutrze i postanowiłam być tu i teraz. Gabby i ja zaczęłyśmy chichotać, przytulając się jeszcze mocniej i splatając razem nogi.
– Ten jest mój ulubiony. – Skierowałam światło latarki na ścianę. – „Rzućcie mnie na pożarcie wilkom, a ja zostanę przywódcą stada”.
– Wow. Okej, zmieniłam zdanie. To także mój ulubiony – oświadczyła Gabby. – Ej, czekaj, a ten: „Jeśli potrzebujesz bohatera, zostań bohaterem”.
– To mój ulubiony – orzekłyśmy obie naraz.
Mona ponownie jęknęła. Tym razem zgasiłam latarkę, ale Gabby nie kwapiła się wrócić do własnego łóżka. Rzadko sypiałyśmy oddzielnie.
– Wiesz, Mona jest moją rodzoną siostrą, a ja i ty nie jesteśmy krewnymi, ale dla mnie jesteś jak siostra. Wybrałam cię i myślę, że w pewien sposób jest to nawet ważniejsze niż pokrewieństwo.
W jej głosie wyczułam, że zbiera jej się na płacz. Sama czułam pieczenie pod powiekami. Chwyciłam ją za dłoń i ścisnęłam mocno.
– Tak, jesteśmy siostrami, już na zawsze. – Pociągnęłam nosem. – Ja ciebie też wybrałam.
Gabby mnie objęła i leżałyśmy tak przytulone, popłakując cicho w ciemnościach.
– To niesamowite, prawda? Że wybrałyśmy siebie nawzajem – spytała Gabby, siąkając.
– Tak, to niesamowite – zapewniłam ją. Przycisnęłam policzek do jej policzka, nasze łzy się połączyły.
– Ale nie wystarczy, żebyśmy mogły zostać razem – wymamrotała Gabby. – Wolałabym mieszkać w domu zastępczym z tobą niż z bratem bez ciebie.
– Nie, nie możesz tak myśleć – odpowiedziałam. – Twój brat wyszedł z więzienia. Zabiera ciebie i Monę do domu. Powinnaś się cieszyć. Nie pozwalam ci się smucić z mojego powodu.
– A jednak jakoś nie mogę się cieszyć. – W jej głosie słyszałam ból. – Trafiłam do systemu opieki jako małe dziecko. Nie pamiętam miasta, w którym się urodziłam. Marca nie pamiętam zupełnie. Nic o nim nie wiem. A tunagle on chce, żebyśmy znów byli rodziną, chociaż przez tyle lat nawet ani razu nie zadzwonił, nie mówiąc już o wizycie.
– Ale to twój brat. Wracasz do domu. Masz szczęście – przypomniałam jej.
– Pewnie masz rację. – Westchnęła.
Włączyłam ponownie latarkę i skierowałam jej światło na ścianę.
– Patrz. – Trąciłam Gabby łokciem.
Uniosła wzrok i odczytała słowa, które podświetliłam:
– „Odległość znaczy tak niewiele, gdy ktoś znaczy tak wiele…”
Gabby chwyciła latarkę i skierowała ją na środek ściany, na najnowszy cytat. Przykleiłyśmy go tam w zeszłym miesiącu, kiedy dowiedziałyśmy się, że Gabby odchodzi.
Tym razem to ja odczytałam cytat na głos:
– „Jak wielkie mam szczęście, że coś sprawia, że tak trudno mi się pożegnać”.
Zdławiłam szloch i mocniej przytuliłam Gabby.
– Nie rozstajemy się na zawsze – powiedziałam przez łzy.
– Zmuszę Marca, żeby cię do nas sprowadził. Musi cię wziąć! – wykrzyknęła cicho Gabby.
Pokręciłam głową.
– To tak nie działa, doskonale o tym wiesz.
– Coś wymyślę, obiecuję – wyszeptała. – Jesteśmy drużyną, nie dam się zastąpić.
Zachichotałam.
– Ciebie nie da się zastąpić, jesteś najlepszą przyjaciółką na świecie.
Gabby w końcu zasnęła, nadal spleciona ze mną w uścisku. Leżałam, wpatrując się w sufit. W dłoni ściskałam niewielki wisiorek w kształcie serca, w którym umieściłam zdjęcie Tristana i jego mamy. Jutro, gdy Gabby odjedzie, będę potrzebowała pociechy, którą z niego czerpałam.
Światło poranka przesączyło się przez moje powieki. Poderwałam się gwałtownie i odkryłam, że Gabby nie leży już koło mnie. Zniknęła. Jej łóżko było puste, pościel zniknęła. Wszystkie jej rzeczy, zwykle porozwalane po całym pokoju, także zniknęły.
Poczułam ucisk w piersi, oczy mnie piekły.
Ciesz się jej szczęściem – napomniałam sama siebie.
Na stoliku obok mojego łóżka leżała kartka papieru. Podniosłam ją. Łzy, które próbowałam wstrzymać, popłynęły wartkim strumieniem.
„Nie jesteśmy siostrami jednej krwi, lecz serce moje było Twoje, gdy tylko stanęłaś u drzwi” – anonim.
Przycisnęłam karteczkę do serca i wzięłam głęboki oddech. Powtarzałam sobie, że Gabby wróciła do domu. Do swojej rodziny. Myśl o jej szczęściu pozwoliła mi zebrać się w sobie na tyle, by móc zejść na parter.
Ku wielkiemu zdziwieniu znalazłam tam Monę i Gabby. Obejmowały się, Mona płakała.
– Co ja złego zrobiłam? To nie fair! – łkała Mona.
– Co się stało? – zapytałam.
Moja opiekunka socjalna, pani Andrews, stała w drzwiach salonu z udręczoną miną.
Kurde, co tym razem zbroiłam?
– Eee… Co pani tu robi?
Kobieta westchnęła.
– W zeszłym tygodniu rozmawiałam z Ruby. Nastąpiła pomyłka. Marco nie zabiera Gabby i Mony.
Zmarszczyłam nos, kompletnie skołowana.
– To bez sensu. Nic nie rozumiem. One zostają? Ale myślałam, że…
Pani Andrews pokręciła głową.
– Ruby nie słuchała chyba uważnie, co mówię. – Fuknęła ze złości. Sięgnęła do swojej torby, wydobyła z niej teczkę i wręczyła mi ją.
Pierwsza strona wyglądała na jakiś oficjalny nakaz, ale nie mogłam zrozumieć, co było w nim napisane.
– Marco nie zabiera Gabby i Mony – wyjaśniła pani Andrews. – Zaznaczył, że ubiega się o opiekę nad Gabby i…
Nie słuchałam, co mówi, tylko patrzyłam na dokument. Obok nazwiska Gabby widniało MOJE nazwisko.
– To na pewno jakaś pomyłka. Nie znam Marca. Nie jestem jego rodziną. To Mona jest jego siostrą, nie ja.
Kobieta wzruszyła ramionami.
– To nietypowa sytuacja, ale wypełnił wszystkie właściwe dokumenty, załatwił sprawy z prawnikiem i uzyskał podpis sędziego. Ja jestem tylko posłańcem, wypełniam polecenia.
Mona odkleiła się od Gabby i zmierzyła mnie wściekłym spojrzeniem zaczerwienionych oczu. Pomimo różnicy wieku wyglądały jak bliźniaczki, tyle że Mona miała włosy ścięte na pazia, a Gabby sięgające pasa.
Serce mi się krajało na myśl o niej. W głowie miałam mętlik. Mona była nieco sztywna, ale nigdy nie zachowywała się wobec mnie wrogo. Była raczej kimś w rodzaju wkurzającej starszej siostry, która woli odrabiać lekcje niż obrabiać cudze kieszenie. Ale i tak mi na niej zależało. Jej typowa powaga przerodziła się w radość, gdy się dowiedziała, że zamieszka z Markiem.
Pani Andrews otworzyła drzwi frontowe.
– Zaczekam w samochodzie. Masz pięć minut na spakowanie się. – Spojrzała na Monę. – I pożegnanie.
– To jakaś pomyłka – stwierdziłam ponownie, nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje.
– To żadna pomyłka – odrzekła Mona. Pociągnęła nosem i wytarła go wierzchem dłoni. – Marco mnie nie chce. Chce Gabby i CIEBIE.
2 A.A. Milne, Kubuś Puchatekw przekładzie Ireny Tuwim.ROZDZIAŁ 5
Emma Jean
LACKING było zupełnie inne niż Brighton, z którego przybyłyśmy, choć oddalone o zaledwie godzinę jazdy samochodem. Brighton było biedne, ale dobrze utrzymane. Ulice były zawsze czyste, a ludzie przyjaźni.
Lacking było jak z innej planety.
Ulice zaśmiecały puste puszki po piwie i inne odpadki. Gabby i ja siedziałyśmy na tylnym siedzeniu samochodu pani Andrews i trzymałyśmy się za ręce. Nie powiem, żebym nie była szczęśliwa, że jestem z Gabby, im bardziej jednak się zagłębiałyśmy w miasto, tym większy czułam lęk.
– Pamiętasz cokolwiek z tego miejsca? – wyszeptałam.
Gabby wyglądała przez okno, na jej twarzy malował się szok.
– Nie. – Spuściła wzrok na swoje ręce. – Czy Mona da sobie radę?
Pani Andrews odpowiedziała, spoglądając na nas w lusterku wstecznym.
– Nie martwcie się o nią. Przyznano jej stypendium naukowe, pójdzie do prywatnej szkoły z internatem dla uzdolnionych dziewcząt. Wszystkie jej uczennice dostają się potem do koledżu.
– Jakim cudem? – zapytała Gabby.
Pani Andrews wzruszyła ramionami.
– Nie wiem, ale ktoś musiał ją zgłosić. Może zrobiła to sama, a może zrobił to jeden z jej nauczycieli.
Gabby nadal nie wyglądała na uspokojoną.
– Wszystko będzie okej – zapewniłam ją. – Może gdy będzie musiała ciągle używać mózgu, stanie się mniej marudna.
Gabby uśmiechnęła się smutno i blado. Ścisnęłam jej dłoń.
– Powiem wam, jak zrobimy. Gdy tylko Mona się tam zadomowi, przekażę wam jej namiary – zaoferowała pani Andrews.
Gabby uniosła wzrok.
– Dziękuję – odpowiedziała.
Pani Andrews skinęła głową.
– To naprawdę świetne miejsce.
Opiekunka skręciła kierownicą i zatrzymała samochód przed zamkniętą bramą w trzymetrowym betonowym murze pokrytym graffiti. Jego szczyt zdobił drut kolczasty. Przed bramą stało dwóch mężczyzn z żółtymi bandanami zawiązanymi na szyjach. W dłoniach trzymali wielkie spluwy. To wyglądało jak jakieś pierdolone więzienie.
Monie na pewno nic nie będzie, zaczynałam jednak mieć coraz większe wątpliwości co do własnej sytuacji.
Gabby mocniej ścisnęła moją dłoń. Wiedziałam, że myśli podobnie.
Bramę ozdabiał wizerunek czaszki z żółtą bandaną zawiązaną wokół dolnej połowy twarzy. Poniżej widniał napis po hiszpańsku, którego znaczenia nie rozumiałam.
– Los Muertos – wyszeptałam.
– Martwi. – Gabby spojrzała na mnie z niepokojem.
– Jesteśmy na miejscu – ogłosiła wesoło pani Andrews, zupełnie jakbyśmy wjechały na parking Disneylandu.
Jeden z mężczyzn zbliżył się do okna i przyjrzał mi i Gabby. Po chwili dał znać gestem drugiemu mężczyźnie, by ten otworzył bramę.
Za nią ciągnął się żwirowy podjazd okolony wysoką, dziką trawą. Na środku kompleksu stało pięć ceglanych budynków, wszystkie były trzypiętrowe. Każdy z nich pokrywało graffiti z różnymi wariantami motywu czaszki i napisu „Los Muertos”.
– Co to jest za miejsce, do cholery? – zapytałam wystraszonym, cichym głosem.
Pani Andrews zaparkowała przed środkowym budynkiem. Otworzyła drzwi po mojej stronie. Wysiadłyśmy obie, ciągnąc za sobą plecaki.
– To wasz nowy dom, dziewczynki, uśmiechnijcie się – rzuciła wesoło opiekunka.
W drzwiach budynku ukazał się ludzki potwór, za którym podążali dwaj inni mężczyźni.
– Marco! – powitała go pani Andrews.
– Witaj, Olivio – odpowiedział i wyjąwszy z ust wykałaczkę, pocałował ją w usta.
Gabby i ja stałyśmy nadal obok samochodu.
Marco górował nad panią Andrews. Miał czarną bródkę i ciemnobrązowe oczy. Był bez koszulki, na brzuchu miał wytatuowane skrzyżowane pistolety. Rozmawiał z „Olivią”, jakby byli starymi przyjaciółmi.
Kobieta bawiła się ciężkim złotym łańcuchem na jego szyi i chichotała, szepcząc coś, czego nie byłam w stanie dosłyszeć. Spojrzała na nas, a potem znów na Marca, po czym przesunęła dłonią po jego nagim torsie i odwróciła się do samochodu.
– Powiedz bratu, że jego dług został spłacony – rzucił Marco. – Czekaj, moment. – Skinął podbródkiem mężczyźnie po swojej prawej, a ten rzucił pani Andrews grubą kopertę. – To za fatygę.
Opiekunka zajrzała do koperty i uśmiechnęła się szeroko.
– Gracias. – Skinęła głową, po czym wsiadła do samochodu.
Odsunęłyśmy się, żeby nas nie przejechała. Wycofała przez bramę, nie zaszczycając nas nawet spojrzeniem.
– Bienvenida, siostrzyczko – odezwał się Marco z uśmiechem i przesunął językiem wykałaczkę w drugi kącik ust. Uściskał Gabby jedną ręką. Przyglądała mu się z mieszanką przerażenia i nadziei w oczach. – Witaj w domu.
– W domu? – zapytała, rozglądając się.
– Tak, w domu. Pewnie nie pamiętasz, ale to tu się urodziłaś, hermanita.
– Co to za miejsce? – wtrąciłam.
Marco przeniósł spojrzenie z Gabby na mnie. Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy, a wokół oczu pojawiły się zmarszczki, miażdżąc małe serduszko wytatuowane przy prawym oku.
– Tobie także bienvenida, blanquita.
Rozejrzał się dookoła z dumą, jakby budynki za jego plecami wzniesiono z marmuru, a nie z kruszącej się cegły.
– Witajcie w kompleksie Los Muertos. – Uniósł obie dłonie i wskazał na stojących za nim mężczyzn. – To moich dwóch żołnierzy, Flip i Mal. Rządzę tym miejscem, tymi ludźmi i tym miastem. Jestem ich królem, a ponieważ jesteście moją rodziną, czyni was to księżniczkami Los Muertos.
Gabby wyraźnie się odprężyła.
– Czemu mnie tu sprowadziłeś? – zapytałam. Nie mogłam już dłużej wytrzymać.
Marco się zaśmiał i rzucił do swoich towarzyszy:
– Dziewczyna się nie patyczkuje.
Wyjął wykałaczkę z ust i wycelował nią we mnie. Przyjrzał mi się od stóp do głów jak farmer kupujący krowę na targu. Przeszły mnie ciarki.
– Nie zawracaj sobie tym teraz tej ślicznej główki. Zajmiemy się wszystkim w odpowiednim czasie. – Mrugnął i objął mnie ramieniem, a drugim przytulił Gabby.
Spojrzałam na nią za jego plecami, mając nadzieję porozumieć się z nią bez słów, ale ona z uśmiechem wpatrywała się w brata. Marco poprowadził nas jedną ze ścieżek przecinających kompleks.
– Przyjechałbym po ciebie wcześniej, Gabrielo, ale ta cała pieprzona papierkowa robota zajęła sporo czasu. Trzeba było dać w łapę wielu chciwym dupkom w sądzie. Ale twój braciszek ogarnął to gówno i oto jesteś!
Z budynku, który wyglądał na garaż, wyłonił się kolejny mężczyzna. Zapatrzyłam się na dwa skrzyżowane noże, które miał wytatuowane na gardle. Podszedł do Marca, odciągnął go na bok i wyszeptał mu coś na ucho. Marco skinął głową i klasnął w dłonie.
– Sorki, chicas. Mam coś do załatwienia, i to migusiem. Leo pokaże wam, gdzie macie iść. Jak załatwię swoje, wrócę i opowiem wam o wszystkim. – Ruszył tyłem w kierunku jednego z budynków, szeroko rozkładając ramiona. – Bienvenidas a Los Muertos, hermanitas!
Zniknął za podwójnymi drzwiami w asyście kolejnych dwóch mężczyzn uzbrojonych w masywne karabiny.
Nagle znikąd pojawiła się obok nas jakaś chuda, bardzo skąpo ubrana dziewczyna. Była zdyszana, oczy miała podkrążone. Wydawała się dużo starsza od nas, ale przyjrzawszy się jej bliżej, stwierdziłam, że to tylko kwestia makijażu i ciuchów. Mogła być starsza najwyżej o dwa–trzy lata.
– Leo, zaprowadź je na górę. To WSZYSTKO – polecił jej Mal, podkreślając ostatnie słowo. – ¿Me estás entendiendo? – Postukał się palcem wskazującym w skroń.
Nie znałam hiszpańskiego, ale i tak się domyśliłam, o co mu chodzi.
