Nie mów do mnie cukiereczku - Małgorzata Lisińska - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Nie mów do mnie cukiereczku ebook i audiobook

Gosia Lisińska

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

229 osób interesuje się tą książką

Opis

Niektóre historie miłosne zaczynają się… od policyjnego protokołu.

Aniela Piotrowska, znana czytelnikom jako Nelly Peterson, dostaje wiadomość, o której marzy każdy pisarz – jej debiutancka powieść „Zgaga” zostanie zekranizowana. Brzmi jak bajka? Niekoniecznie. Zamiast czerwonych dywanów pojawiają się życiowe roszady, nieplanowany powrót do małego miasta i konieczność ułożenia wszystkiego od nowa.

Na planie filmowym Aniela wpada na Bartka Ułomka – dawnego szkolnego prześladowcę, a dziś komisarza policji i konsultanta serialu. Już pierwsza wymiana zdań pokazuje, że pamięć bywa wyjątkowo długowieczna, a ich spotkania mają w sobie więcej iskier, niż przewiduje regulamin BHP.

Kiedy jeden z członków ekipy filmowej ginie w podejrzanych okolicznościach, Bartek musi połączyć służbowe obowiązki z pilnowaniem, by Aniela nie wpakowała się w kłopoty… ani w jego własne uczucia. Romans, który miał nigdy się nie wydarzyć, i zagadka kryminalna, która komplikuje wszystko, splatają się w historię pełną humoru, emocji i gorącej chemii.

Ta historia jest naprawdę gorąca. Sugerowany wiek: 18+

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 346

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 44 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Mariusz WitkowskiPola Nakło

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redaktorka prowadząca i wydawczyni: Ewelina Kapelewska Redakcja: Ewa Kosiba Korekta: Małgorzata Lach Projekt okładki: Łukasz Werpachowski Zdjęcie na okładce: © Tigran Gasparyan; © Milan; © KDdesignphoto; © LIGHTFIELD STUDIOS; © FotoDax / Stock.Adobe.com Grafiki na stronach rozdziałowych: © Alexkava; © Adventure / Stock.Adobe.com

Copyright © 2026 by Małgorzata Lisińska

Copyright © 2026, Niegrzeczne Książki an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2026

ISBN 978-83-8417-736-5

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Ossowska

Nela

Jak zaczyna się większość komedii romantycznych? Ona traci pracę, wraca do domu i tam zastaje swojego faceta w łóżku z nieznajomą, albo gorzej: z najlepszą przyjaciółką. Rozpacz, tragedia… ale i czysta karta, prawda? Można zacząć od początku, poznać odpowiedniego mężczyznę, znaleźć idealną posadę. W sumie wychodzi jej to na dobre, bo poprzednia praca nie należała do wymarzonych, a o seksie w ogóle nie ma co wspominać.

Cringe cringe’ów, moim skromnym zdaniem. Zawsze przewracam oczami przy takim filmie i prycham z niesmakiem.

Ale, cholera, życie potrafi...

Choć może niezupełnie tak jak w komedii romantycznej, skoro mnie nikt nie zwolnił. Przeciwnie, właśnie tego dnia z samego rana upewniłam się, że oto jedno z moich marzeń zostanie zrealizowane. I to jeszcze jedno z tych nierealnych, jak myślałam. Dopinanie szczegółów, umów, układów i układzików trwało już od jakiegoś czasu. Ale tego poranka złożono ostatnie podpisy… I tak! Miałam to!

Dlatego zamiast grzecznie poczekać, aż mój przyszły mąż raczy za dwa dni wrócić z delegacji, zadzwoniłam do jego uroczej sekretarki, żeby podała mi namiary na hotel. Dwa dni? Nie mogłam tyle czekać! Poza tym Robert był ledwie dwieście kilometrów ode mnie. Mogłam go odwiedzić. Ba! Nawet zostać z nim do końca pobytu. Wzięłam urlop, a narzeczony zawsze wybierał dość luksusowe hotele, więc kiedy będzie dogrywał jakieś kontrakty, ja poleżę sobie w jacuzzi z kieliszkiem szampana, celebrując własny sukces.

Taki miałam plan. Odrobinę zdziwiłam się nienaturalną wręcz uczynnością nielubiącej mnie asystentki, która podała nie tylko adres hotelu, lecz również numer pokoju, podkreślając, że pan prezes będzie przeszczęśliwy z niespodzianki. Znając narzeczonego, mogłam się z tym zgodzić. Chociaż dotychczas to on je serwował. Nie za często, co prawda, ale jednak.

Dzień był piękny, pogodny, zupełnie jak mój nastrój. Jechałam jak na skrzydłach tym moim małym stareńkim samochodzikiem, który, gdyby umiał myśleć, zastanawiałby się zapewne, co mnie podkusiło, by zabrać go w tak długą podróż. Pędziliśmy autostradą z zabójczą dla Meganeczki prędkością sto na godzinę. Wszystko w niej trzeszczało, jęczało i stukało, ale trzymała się dzielnie, aż dotarłyśmy przed wypasiony budynek pięciogwiazdkowego hotelu.

A potem wjechałam na piąte piętro, zastukałam w drzwi z numerem pięćset osiem i usłyszałam głos mojego lubego:

– Świetnie, dziewczynki, przywieźli szampana!

Dwa miesiące wcześniej otrzymałam mail, który przewrócił mój świat do góry nogami. Akurat zapędziłam maluchy do łóżek, więc miałam teoretycznie godzinę wolności. Teoretycznie, bo jak Bajkowe Przedszkole Bajkowym Przedszkolem, nie zdarzyło się jeszcze, żeby wszystkie dzieci leżakowały przez sześćdziesiąt minut w ciszy i bezruchu. Ten dzień niespecjalnie różnił się od innych. Kiedy ostatni czterolatek wylądował w łóżeczku, a ja usiadłam po raz pierwszy od kilku godzin, ciszę przerwał słodki głosik Karolka:

– Nikola, a ty wiesz, skąd się biorą dzieci?

Wymieniłyśmy spojrzenia z Patrycją, drugą z przedszkolanek. Żadna z nas się nie spieszyła, żeby uciszyć dzieciaki. W końcu może się czegoś dowiemy, prawda?

– Wiem! – Pulchniutki cherubinek podniósł główkę z poduszki. – Mama mi wszystko powiedziała!

– Na pewno nie wiesz! – wtrąciła się drobniutka Oliwka, która zawsze rywalizowała z Nikolą. – A twoja mama jest naiwną wieśniarą. Nic nie wie!

„Naiwną wieśniarę” na pewno przyniosła z domu. Matki obu dziewczynek podzielały uczucia potomstwa. Inna sprawa, że mama Nikoli zasługiwała na to miano bardziej niż ktokolwiek.

– A nieprawda! Mama wie wszystko!

– Nie wie! Moja wie! Mam rodzeństwo, a ty nie!

Cóż, niepodważalna logika. Oliwka miała sześcioro rodzeństwa… Skoro jednak jej mama urodziła siódemkę, to może nie do końca wie, skąd się te dzieci biorą?

– No! To skąd?!

– Aniołek przynosi! – rzuciła Oliwka.

– Ale głupia jesteś! – parsknęła Nikola. – Aniołków nie ma.

– Są!

– Nie ma!

Syknęłam ostrzegawczo, więc dzieci zamilkły na moment. W swojej naiwności sięgnęłam po komórkę. Niestety Karolek uznał, że nie wytrzyma i musi się podzielić swoją wiedzą.

– Bo ja wiem – oznajmił. – Dzieci biorą się z dupy.

O, pojechał ciężkim kalibrem. I osiągnął, co chciał. Cała grupa poderwała łepetynki z poduszek i zagapiła się na niego z pełnym zachwytu zainteresowaniem. Aż żal było przerywać taką dyskusję.

– Karolku. – Odłożyłam telefon i podeszłam do brzdąca. Niewinne niebieskie oczęta wbiły się w moją twarz z wyczekiwaniem. – To brzydkie słowo. A co mówiliśmy o brzydkich słowach?

– Ale ja widziałem taki film… – tłumaczył chłopczyk.

Taaa, rodzice puszczają dzieciakom nieodpowiednie programy, a potem przedszkolanki mają problem.

– Kochanie – westchnęłam – dzieci rosną w brzuszku u mamusi. Jak u pani Oli.

Przez chwilę wydawało mi się, że na tym się skończy. Karolek zmrużył oczy i ewidentnie analizował otrzymaną informację, łącząc ją zapewne z obrazkiem wspomnianej ciężarnej przedszkolanki. Ostatecznie buźka malca pojaśniała.

– A jak stamtąd wychodzą? – zapytał.

Szach-mat.

Długo, długo później, gdy dzieci zjadły nieplanowany deser – czymś trzeba było zająć główki rozgrzane jakże istotnym ostatnim pytaniem Karolka – i wreszcie się położyły, ponownie wzięłam komórkę do ręki. A po chwili zbierałam szczękę z podłogi. Przeczytałam mail ze trzy razy, zanim do mnie dotarło, że jest prawdziwy. I że oto spełnia się moje największe marzenie.

Szanowna Pani. Jesteśmy zainteresowani

ekranizacją Pani powieści.

„Jesteśmy zainteresowani ekranizacją…”

Powtarzałam w myślach te trzy słowa i wciąż nie mogłam w nie uwierzyć. Ekranizacją. Boże drogi! Ekranizacją!

Nawet nie spojrzałam, której z dziesięciu moich wydanych książek. Taka byłam podekscytowana, że musiałam wyjść do toalety, żeby tam sobie popiszczeć. Cichuteńko, by nie obudzić Karolka i pozostałych brzdąców.

Ekranizacją!

Matko i córko! Marzyłam o spotkaniach autorskich, o swoim nazwisku na okładkach książek leżących na półce z napisem „bestseller” i fanach piszących do mnie listy pełne uznania. Ale nie o ekranizacji! Tego nie śmiałam sobie wyobrażać.

Pierwszą powieść wysłałam do wydawnictw, gdy miałam osiemnaście lat. Niestety bez efektu. To mi trochę podcięło skrzydła. Na jakiś czas odstawiłam pisanie, a na studia wybrałam pedagogikę przedszkolną i wczesnoszkolną. Potrzebowałam jakiegoś zawodu, a dzieci lubiłam, więc wybór wydawał się logiczny. I bezpieczniejszy niż jakaś sztuka pisania czy choćby filologia. Wróciłam do klawiatury po roku pracy w przedszkolu. Potrzebowałam odskoczni. Dały mi ją ostre romanse kryminalne. Dużo seksu, sporo napięcia i trochę komedii. Pierwsze dwie książki były dramatycznie naiwne, ale trzecią zainteresowało się małe wydawnictwo. Niewiele to przyniosło zmian. Wydawca od razu zastrzegł, żebym nie rzucała pracy, bo kokosów nie zarobię. „Nie na dom, ale na wczasy. I to raczej w tanim apartamencie gdzieś nad jeziorem, dla jednej osoby”.

Gość wiedział, co mówi. Właśnie na tyle wystarczyło.

Chcąc uniknąć mających o wszystko pretensje rodziców, którym nie podobałaby się autorka pornokryminałów zajmująca się ich dziećmi, wydawałam pod pseudonimem Nelly Peterson. W sumie był nawet bliski prawdy. Na okładce nie pojawiło się więc ani moje prawdziwe nazwisko, ani zdjęcie. Nie było również spotkań autorskich. Czasami ktoś coś napisał na moich socjalach, ale nie zawsze miło. Stąd wspomniane marzenia.

Ekranizacją!

Siedząc na sedesie w ciasnej toalecie, gapiłam się na wyświetlacz smartfona. Moje myśli pędziły w przyszłość, a ta malowała się… Ależ się malowała! Wyobrażałam sobie wywiady, gwiazdy, wielki świat. Siedziałam tak i dumałam, i dopiero gdy Patrycja zapukała do ubikacji, pomyślałam, że może powinnam zadzwonić do Roberta, aby się z nim podzielić tą wiadomością. Zaraz jednak doszłam do wniosku, że póki nie podpiszę umowy, nie ma o czym gadać. Narzeczony wiecznie narzekał, że jestem naiwna, że żyję marzeniami. Gdyby coś nie wyszło, miałby pożywkę na następne lata. Lepiej milczeć, póki wszystkiego nie dopnę. Potem mu powiem.

Trzymanie języka za zębami, zwłaszcza w stosunku do własnego mężczyzny, nie leżało w moim charakterze. Liczyłam więc, że szybko będę mogła mu się pochwalić. I na początku faktycznie na to wyglądało. Już tydzień później zostałam zaproszona na pierwsze spotkanie z przedstawicielami wytwórni do ich warszawskiej siedziby. Ja i Artur Załuski, mój wydawca. W sumie więc nie kłamałam, gdy oświadczyłam Robertowi, że jadę się spotkać z wydawcą. Mój przyszły mąż nieustannie naciskał, żebym rzuciła pisanie, bo tylko marnuję czas, a kasy z tego nie ma, i gdy usłyszał o spotkaniu, chyba doszedł do wniosku, że właśnie w tym celu wybieram się do stolicy. Nie zamierzałam wyprowadzać go z błędu. Wyobrażałam sobie, jak mu oświadczę: „Ha! A widzisz, jednak na coś to pisanie się przydało!”. Jak by to powiedziała jedna z moich bohaterek: „Jarałam się tym niczym choinka po święcie Trzech Króli”. W mojej wyobraźni Robert najpierw bladł, potem zaciskał zęby, by ostatecznie błagać o wybaczenie. I może nawet bzyknął mnie w jakiś romantyczny sposób…

Dobra, tu mi nie wystarczało fantazji. W końcu to Robert, a dla niego seks nigdy nie był ważny.

Myślałam o tym, jadąc na spotkanie pociągiem. Droga koszmarnie mi się dłużyła. Wprawdzie wzięłam ze sobą laptop, bo zamierzałam pisać, byłam jednak zbyt podniecona, żeby to robić. Przebodźcowana, jak by to powiedziała Dana. Ale moja kuzynka uwielbiała takie psychogadki. Żyła z nich. I miała diagnozę na każdą sytuację. Uważała na przykład, że moją długoletnią współpracę z wydawcą tłumaczy łagodny syndrom sztokholmski. Robert jej w tym przyklaskiwał. Pewnie nie robiłby tego, gdyby wiedział, że nasz związek Danka również tak nazywała, tylko bez przymiotnika „łagodny”.

W stolicy na dworcu czekał na mnie Artur. Musiał dojechać ze Śląska i też wybrał kolej. Zaproponował, że weźmiemy wspólną taksówkę i omówimy kilka spraw. Pewnie chciał się dowiedzieć, kiedy dostanie kolejną książkę. Ha! Ja też bym chciała.

Zobaczyłam go, gdy tylko wysiadłam. Tego człowieka nie można było przeoczyć. Mimo że niepozorny, przyciągał uwagę każdego, kto go mijał. Nie umiałam powiedzieć dlaczego. Wszystko w nim było przeciętne. Od wzrostu po ubiór, od rysów twarzy po sposób poruszania. Spotkałam go trzy razy w życiu i gdybym miała podać jego rysopis, chyba bym nie potrafiła. A jednak, kiedy tak stał na peronie w tym swoim doskonale zwyczajnym czarnym płaszczu, spod którego wystawał granatowy garniak, od razu rzucił mi się w oczy. Tak po prostu.

– Cześć, Nelly – przywitał się z szerokim, choć nieszczerym uśmiechem, a ja błyskawicznie poczułam wyrzuty sumienia.

Cholera, obiecałam mu wysłać gotową książkę przed początkiem roku szkolnego. Znaczy jakiś miesiąc temu. A dotychczas napisałam śliczne, okrąglutkie zero. Dobrze, że Artur nie podpisywał ze mną umów na nienapisane powieści i nie wypłacał zaliczek. Jak nic musiałabym ją oddać, a pewnie nie zostałoby po niej już nawet wspomnienie. Kasa nigdy się mnie nie trzymała.

– Cześć. – Pozwoliłam się cmoknąć w policzek, chociaż serdecznie tego nie znosiłam.

Załuski wziął mnie pod ramię, czego również nie lubiłam, i pociągnął w stronę ruchomych schodów. Lawirował w tłumie, z wprawą wymijając innych pasażerów. Nie odzywał się, póki nie wsiedliśmy do taksówki. Dopiero po podaniu kierowcy adresu zwrócił się do mnie:

– Nareszcie, prawda? – Jego uśmiech nadal nie obejmował oczu. – Już się bałem, że albo mi uciekniesz, albo przestaniesz w ogóle pisać.

Przywołałam na usta podobny grymas.

– Nie, skąd – wymamrotałam kłamliwie.

Od sześciu lat dostawałam od niego te same pieniądze, a wczasy nad jeziorem już mi się znudziły. Robert marudził, że marnuję czas, który mogłabym mu poświęcić, a przyjaciele przestali z różnych okazji życzyć mi „mnóstwa sprzedanych egzemplarzy”. Pewnie dlatego Artur nie dostał tego obiecanego tekstu. Brak progresu, brak weny. Jedno wynikało z drugiego.

Załuski cmoknął cicho. Jednocześnie poklepał mnie po dłoni.

– Nie oszukuj. Oboje wiemy, że straciłaś zapał. – Westchnął. – Trochę w tym mojej winy. Nie miałem czasu dla wydawnictwa i sprzedaż siadła.

Miałam na końcu języka pytanie, kiedyż to sprzedaż była mniej „siadnięta”. Ostatecznie jednak tylko pogłębiłam sztuczny uśmiech.

– Na szczęście teraz wszystko się zmieni. Serial da nam kopa, jakiego potrzebowaliśmy! Nasze książki dostaną bezcenną reklamę. Będziemy je sprzedawać jak gorące bułeczki. Zrobimy drugie wydania. Takie z barwionymi brzegami i może nawet w twardej oprawie… Albo w dwóch wersjach! O! I jeszcze boksy. Boksy na święta trafią w punkt. Biblioteki będą się bić o spotkania autorskie. Zostaniemy sławni!

Nakręcał się coraz bardziej. I nieustannie używał liczby mnogiej. My to, my tamto… A kilka tygodni wcześniej, kiedy do niego dzwoniłam, nie odbierał telefonu. Szok i niedowierzanie. Gdyby mi zupełnie nie zależało, przypomniałabym mu, że zgodnie z umową traci prawa do Zgagi za pięć miesięcy, więc jeśli jeszcze nie zabrał się do przygotowania tych boksów, to przed kolejnym Bożym Narodzeniem może nie mieć co robić. Gdyby mi nie zależało i gdybyśmy właśnie nie dojechali na Domaniewską.

W sali konferencyjnej zjawiła się filigranowa brunetka z nieujarzmioną szopą loków. Wyglądała na najwyżej dwadzieścia lat. Intensywne barwy swetra, minispódniczka i rajstopy w oślepiającym odcieniu różu też nie dodawały jej powagi. Za to uśmiech miała zaraźliwy. I z całą pewnością szczery.

Artur siedział poirytowany przedłużającym się oczekiwaniem. Ja wolałam chodzić. Maszerowałam zatem wzdłuż ogromnych okien z widokiem na warszawski Mordor. Kiedy dziewczyna weszła, ledwie zdążyłam się odwrócić w jej stronę.

– Pani Peterson! – Przyskoczyła i błyskawicznie mnie objęła.

Sięgała mi mniej więcej do ucha, a gdy się tak przytuliła, ciemne kędziory połaskotały mnie w nos. Pachniały jakąś owocową mieszanką i były miękkie niczym puch. Jak włosy moich kilkuletnich wychowanków z przedszkola.

– Jestem największą fanką! – entuzjazmowało się dziewczę. – To znaczy nie znam wszystkich fanów, ale chyba nikt nie wielbi Zgagi tak jak ja.

Podniosła głowę i wbiła we mnie oczy o odcieniu mlecznej czekolady. Uwielbiałam mleczną czekoladę. Dziewczynę też polubiłam. Od razu. W końcu była pierwszą osobą, która mówiła mi w twarz, że jest moją fanką. Takich rzeczy się nie zapomina.

– Dziękujemy – wtrącił się zza moich pleców Artur. – To miłe. Wolelibyśmy jednak…

– To taka dynamiczna historia! – Brunetka zignorowała wydawcę. – I taka zabawna. Nie można się oderwać! Poza tym Wadowice! Odświęca je pani w szalony sposób. – Złapała mnie za rękę i pociągnęła do stołu konferencyjnego. – A jednocześnie czuje się, że kocha pani to miasto. – Przekręciła kędzierzawą głowę. – Mieszka tam pani?

Ledwie nadążałam za prędkością jej wypowiedzi. Skoro jednak zawiesiła głos, uznałam, że czeka na odpowiedź.

– Już nie.

– Ale mieszkała? Wspaniale! Naprawdę wspaniale! Wszyscy byli zachwyceni pomysłem umieszczenia akcji serialu kryminalnego w Wadowicach. Wszyscy! Nawet – ściszyła głos, a jednocześnie puściła oczko, zupełnie nie wiadomo dlaczego – sama góra. – Potakiwała z takim entuzjazmem, że jej włosy ożyły i chmurą równie czekoladową, choć zdecydowanie bliżej tej gorzkiej, zatańczyły wokół drobnej postaci. – Jesteśmy już po wstępnych rozmowach z włodarzami miasta. Są…

– Zachwyceni? – weszłam jej w słowo z uśmiechem.

– Jak nie, jak tak! – Zachichotała. – Jeśli tylko się dogadamy, jeszcze w tym roku ruszą zdjęcia do pierwszego sezonu.

– Pierwszego…?

– Och, nie wspominałam? – Rozpromieniła się. – Zaczniemy od Zgagi, ale później zaadaptujemy kolejne tomy.

Rzuciła to tak niefrasobliwym tonem, jakby mówiła, że trzeba kupić dwa kilo ziemniaków, bo wpada wujek na obiad, a nie właśnie oświadczała, iż zmienia moje życie. Pewnie z tej przyczyny potrzebowałam kilku sekund, żeby dotarł do mnie sens jej słów. Nie miałam jednak szans tego zwerbalizować, bo, korzystając z mojego zaskoczenia, do dyskusji włączył się wydawca:

– Czyli wytwórnia chce kupić prawa do pięcioksięgu?

Najwyraźniej w przeciwieństwie do mojego serce Artura nie tańczyło szalonego rock and rolla, a oddechu nie przytkał korek szoku, gdyż głos Załuskiego wydawał się zupełnie niewzruszony.

Czekoladowa dziewczyna odwróciła się do niego, jakby dopiero teraz do niej dotarło, że nie jesteśmy same.

– Oczywiście. – W jej tonie pobrzmiewało zdziwienie. – To wspaniałe teksty. Nie sądzi pan?

– Wydałem je, więc to raczej jasne.

Mina naszej rozmówczyni wcale tego nie potwierdzała.

– Niezupełnie, skoro zrobił pan wszystko, by nikt o nich nie usłyszał – zakpiła.

Artur zacisnął zęby.

– Jakoś pani – podkreślił – usłyszała.

– Totalny przypadek. – Machnęła ręką.

Nie wiadomo, dokąd zaprowadziłaby ich ta dyskusja, gdyby właśnie wtedy nie otworzyły się drzwi i nie stanął w nich starszy postawny, łysiejący mężczyzna.

– Dzień dobry. Bardzo przepraszam za spóźnienie. – Podał mi dłoń. – Wojtek Strzygoń.

– Aniela Piotrowska – wyjąkałam.

Nie musiał się przedstawiać. Serio. Cała Polska znała jednego z najbogatszych Polaków, właściciela ogromnej stacji telewizyjnej, wytwórni i mnóstwa innych przedsiębiorstw.

– Spotkanie się przedłużyło – tłumaczył się, ściskając rękę Artura. – Ale mam nadzieję, że Iwona dotrzymała państwu towarzystwa. – Uśmiechnął się do dziewczyny i zaraz wrócił spojrzeniem do mnie. – Jest pani ogromną fanką. Zaraziła tym wszystkich w rodzinie.

W rodzinie? Zerknęłam na Iwonę. Jej wzrost, figura i burza włosów mogły zmylić, ale oczy i uśmiech miała podobne do Strzygonia. Na pewno byli spokrewnieni. Szkoda, że nie zaczytywałam się portalami plotkarskimi. Danka by wiedziała, jakie tę dwójkę łączy pokrewieństwo.

– Ogromnie nas ucieszyło, że nie sprzedała pani praw komuś innemu – kontynuował miliarder. – Sądzę, że dojdziemy do porozumienia i wspólnie sprawimy, że pani twórczość poznają abonenci naszej platformy, a docelowo reszta kraju. – Puścił do mnie oko, ale zaraz spoważniał. Wyciągnął z kieszeni telefon. Urządzenie wydawało z siebie buczenie charakterystyczne dla włączonych wibracji. Strzygoń popatrzył na wyświetlacz, westchnął, po czym oświadczył: – Iwona wprowadzi państwa w szczegóły. Mnie niestety wzywają inne obowiązki. Córka ma moje pełnomocnictwo – dodał, widząc minę Załuskiego. Następnie ruszył do wyjścia. W drzwiach zatrzymał się i patrząc na mnie, rzucił: – Do zobaczenia, pani Anielo. Na pewno jeszcze nie raz.

Wyszedł, a w pomieszczeniu zapadła cisza. Trwała dłuższą chwilę. W tym czasie Artur wpatrywał się niechętnie w córkę Strzygonia. Ona nie pozostawała mu dłużna. I o ile on starał się zamaskować brak sympatii, jej jawna pogarda aż biła po oczach. A ta zmiana sprawiła, że Iwona nie wyglądała już tak młodo. Z całą pewnością wcześniej się pomyliłam, a dziewczynie bliżej było do trzydziestki, jeśli już jej nie przekroczyła.

– Dobrze – przerwała w końcu milczenie. – W takim razie omówmy szczegóły. – Skupiła się na mnie. – Mam nadzieję, że uda nam się dzisiaj domknąć temat.

Nie udało się. Głównie z powodu Artura, który nieustannie wynajdywał jakieś „ale”. Niestety żadna z nas nie mogła go zignorować z powodu zapisów w umowie wydawniczej. W ten sposób nie dopięliśmy draftu w trakcie pierwszego spotkania. Umówiliśmy się zatem na kolejne. A że i ono skończyło się bez efektu, a później nastąpiły długie dni bez odzewu ze strony wytwórni, przestałam wierzyć, że się uda, i pogratulowałam sobie przezorności w trzymaniu buzi na kłódkę przed Robertem. Przynajmniej nie musiałam wysłuchiwać: „A nie mówiłem” czy „Rzuć to klepanie w diabły”. Serce mi krwawiło, a niechęć do Załuskiego z wolna przechodziła w nienawiść. Ostatecznie gdyby nie on, pewnie już poznawałabym gwiazdy, które zagrają moich bohaterów, prawda? Dumałam, kogo by obsadzili, a miałam o czym, bo Iwona w trakcie negocjacji rzuciła kilka nazwisk. Eeeech, pieprzony Załuski!

Gdy już prawie się pogodziłam z porażką, nagle wszystko potoczyło się błyskawicznie. Strzygoń osobiście się z nami spotkał i to, czego jego córka nie potrafiła wymóc na Arturze godzinami, załatwił w pięć minut. Umowa została podpisana, a ja otrzymałam przelew na bardzo przyzwoitą sumkę.

Tak, dokładnie tego dnia, gdy usłyszałam dość niezwykłe oświadczenie mojego ukochanego.

Nie mam pojęcia, jak ludzie zareagowaliby w takiej sytuacji. Ja – kiedy drzwi pokoju hotelowego otworzył mój narzeczony, którego jedynym odzieniem był przewiązany wokół bioder ręcznik, a za jego plecami stały dwie dziewoje w samej tylko bieliźnie – zbaraniałam. Widok był tak abstrakcyjny, że zdębiałam w otwartych drzwiach i gapiłam się bez słowa. Dziewczęta uśmiechały się słodko nieświadome nadchodzącego pogromu. Robercik zaś, zdaje się, miał jak ja. Zastygł kompletnie zdumiony. Wreszcie z moich nieco zmartwiałych ust wyrwało się:

– O ja pierdolę…

Generalnie nie przeklinam. Właściwie na palcach jednej ręki można by policzyć, ile razy mi się ulało. I zapewne jakaś autorka pisząca tak zwaną literaturę wysoką w tej chwili nie użyłaby tak podłego sformułowania. Z ust takiej twórczyni padłoby może: „O jejku”, ewentualnie: „Ojojoj”.

Nie ten poziom, Piotrowska, cholera jasna. Pracuj nad sobą.

A w dupie to mam!

Robert w końcu się otrząsnął. Złapał ręcznik w łapę, jakby się bał, że ten może opaść, i jednocześnie błyskawicznie się cofnął. Zamiast jednak, co byłoby w tym momencie, zdaje się, najlepszym rozwiązaniem, zatrzasnąć mi drzwi przed nosem, zaczął ugodowo:

– Nelcia…

I tym jednym słowem przegiął pałę. Jakkolwiek to brzmi.

– Ja ci, kurwa, dam Nelcię! – wrzasnęłam i rzuciłam się do środka.

Mój niedoszły mąż dał drapaka i zaraz chwycił, co miał pod ręką, żeby się tym osłonić. Akurat trafił na swój laptop, więc za wiele mu to nie pomogło. Nie należał do potężnych mężczyzn, zatem wyrwanie mu sprzętu, by cisnąć nim w pusty łeb, nie nastręczało problemów. Tylko nieprawdopodobnemu refleksowi gnojek zawdzięczał, że zdążył się zasłonić ramieniem. Gdy zaś chciałam poprawić, udało mu się mnie odepchnąć. Po czym błyskawicznie zamknął się w łazience.

Szarpnęłam za klamkę raz, potem drugi. Bezskutecznie. Skoro nie mogłam dokonać pomsty na właściwym obiekcie, zwróciłam uwagę na pozostałe uczestniczki grzechu. Panny wrzasnęły i w popłochu rzuciły się do ucieczki. A że na drodze do drzwi wciąż miały nieokiełznaną wściekłość, znaczy mnie, ich usiłowania z góry były skazane na niepowodzenie. Biegały zatem w tę i we w tę, wpadając na siebie, co zapewne by mnie ubawiło, gdybym nie osiągała właśnie poziomu krytycznego. Szczególnie że jedno dziewczę się potknęło i wyrżnęło na kolana z uniesionym tyłkiem. Nie poddało się wszakże, lecz raczkując, sunęło po czerwonym dywanie.

Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że nie był to pierwszy raz, gdy dziewczyna znalazła się w tej pozycji na tym konkretnym kobiercu. A ta myśl przesłoniła mi obraz krwawą zasłoną. I wstąpiła we mnie furia. Zło. Ucieleśnienie Erynii, i to w najbardziej zajadłej formie.

Niezbyt pamiętam kolejne minuty, ale w pomieszczeniu nie ostał się żaden przedmiot, jeśli dało się go połamać czy rozbić. Troje winowajców ledwie zdołało uratować skórę.

Nikt nie odważył się do mnie podejść, póki nie rozwaliłam ostatniego całego przedmiotu i w poczuciu kompletnej bezradności nie opadłam na jeden z foteli. Rozejrzałam się po dokonanym przeze mnie kipiszu – zobaczyłam rozbite lustro, telewizor, filiżanki i lampy, a w końcu także Roberta, który z przerażeniem w oczach wychylał się w wejściu do łazienki.

Dojrzałam to wszystko i nagle parsknęłam śmiechem. Śmiałam się i śmiałam, i śmiałam.

Kilka tygodni wcześniej Robert nalegał, żebyśmy poszli do terapeuty. Ten po kilku spotkaniach orzekł, że jestem nazbyt zachowawcza i powinnam nad sobą popracować. Otworzyć się. Wylać emocje.

Aha. To właśnie wylałam.

Bartek

Głośny zaśpiew komórki dość brutalnie wyciągnął mnie ze snu. Niechętnie przekręciłem głowę w kierunku dźwięku, po czym uniosłem jedną powiekę. Przekląłem cicho, przekonany, że pewnie dzwonią z firmy. Z tej pozycji nie widziałem wyświetlacza, więc zacząłem się podnosić na łokciu. Jednocześnie telefon zamilkł, a za moimi plecami rozległo się ziewnięcie. Odwróciłem się nerwowo.

Dziewczyna przetarła twarz i uśmiechnęła się niepewnie. Młoda, ładna i… nieznajoma. Zdaje się, że za słabo dałem jej w nocy do zrozumienia, iż dalszego ciągu nie będzie. Cholera. Spławianie lasek zawsze kiepsko mi szło.

– Cześć – wymamrotała panna.

Kiwnąłem głową, zastanawiając się, jak elegancko pożegnać jednonockę. Jej milusia mina sugerowała bowiem, że może chcieć zapuścić korzenie. Oczami wyobraźni widziałem powrót z pracy i bezimienne dziewczątko – bo oczywiście nie pamiętałem jej imienia – witające mnie w fartuszku w różyczki. Zwłaszcza te różyczki wyryły mi się w wyobraźni. Duże i czerwone na białym tle. Zupełnie jak babciny obrus z ceraty.

Kołdra zsunęła się z piersi dziewczyny, a w mojej głowie cerata babuni okryła dwudziestokilkuletnie cycki. Cholera, jedzenie przy stole staruszki już nigdy nie będzie takie samo.

Tę myśl przerwała wibracja telefonu poprzedzająca sygnał dzwonka. I faktycznie po chwili rozbrzmiał Blues Brothers, a wyświetlacz komórki rozbłysnął na nowo.

– Babcia – przeczytałem głośno.

Babcia? Ściągnąłem ją myślami czy ki diabeł?

Odebrałem błyskawicznie, bo babcia Alicja nie była kobietą, która wydzwania bez powodu. No i gdyby rodzinę Ułomków przyrównać do mafii, babunia byłaby capo di tutti capi. Twardą ręką trzymała całą familię. Ze mną włącznie.

– Dzień… – zacząłem.

– Dzień, dzień – zrzędziła babcia. – Byłby dobry, gdybym nie stała jak głupia pod klatką, bo moi wnukowie nie odbierają domofonu!

– Pod… klatką?

– Nie, cholera, w Watykanie przed Bazyliką Świętego Piotra! Rusz dupę, Bartek, i drzwi babce otwórz!

Kurwa, babcia! Babcia przed blokiem! Ja pieprzę!

Poderwałem się z łóżka i rzuciłem w stronę korytarza. Zrobiłem ze dwa kroki, nim do mnie dotarło, że jestem goły. Szybciutko zawróciłem po ciuchy. Zbierałem je z podłogi w takim tempie, że gdyby organizowali zawody w ubieraniu się, mistrzostwo miałbym w kieszeni.

– Co robisz? – zainteresowała się Ceratka w Różyczki.

Zamarłem ze skarpetką w dłoni. Szlag! Jeszcze ona!

– Siedzisz tu! – nakazałem. – I nie wyściubiasz nosa! Rozumiesz?

– Ale…

– To moja babcia. Ma słabe serce – zełgałem. – Nie może cię zobaczyć.

– To może powinnam wleźć pod łóżko? – warknęła złośliwie dziewczyna.

Zmrużyłem oczy z zastanowieniem. Niegłupi pomysł…

– Zapomnij! – Dziewczę podniosło głos.

Wzruszyłem ramionami, a potem zatrzasnąłem za sobą drzwi do sypialni i w końcu wdusiłem przycisk domofonu. Nie proponowałem Ceratce, żeby wyszła, bo mieszkanie, które wynajmowaliśmy z bratem, mieściło się na pierwszym piętrze. Co prawda bez windy, ale babcia i tak pokonywała te kilkanaście schodów z godną pozazdroszczenia prędkością. Dziewczyna nie zdążyłaby się ubrać i wyjść. Bez szans. Chyba że przetrzymałbym staruszkę na dworze. A idiotą nie byłem.

Faktycznie, ledwie kilkanaście sekund później babcia pakowała się do mieszkania. Bez słowa omiotła wzrokiem przedpokój, po czym wcisnęła mi do rąk torby.

– Co to?

– Mleko, masło, jaja i sery – burknęła, kierując się do kuchni. – Czwartek jest.

Kogoś innego może zdziwiłaby wspomniana zależność, ale ja wiedziałem, że w czwartki babcia chodzi na targ w Wadowicach. Robiła to od dziecka. Chociaż nie, wówczas jeździła na furmance swojego taty. Co tydzień na targowisko z dobytkiem na sprzedaż i po zakupy. Pradziadek miał duże gospodarstwo, które zapisał zięciowi. I chociaż z czasem z całego majątku zostało kilka hektarów łąki oraz kilkanaście drzew owocowych, babunia konsekwentnie co czwartek odwiedzała wadowicki targ. Tak, mimo osiemdziesięciu lat i tego, że targowisko działało od poniedziałku do piątku, chodziła pieszo z Gorzenia do Wadowic tego konkretnego dnia. Zawsze też zaglądała wtedy do mnie i Jarka.

Że ja o tym zapomniałem, cholera!

– Będziesz tak stał czy zrobisz babce jakąś kawę? – pogoniła mnie.

Ruszyłem z westchnieniem w stronę kuchni. Odstawiłem torby na blat, wiedząc, że babcia na pewno podzieli się ze mną zakupami. Zawsze brała więcej, jakby się obawiała, że produkty z osiedlowego sklepu nie nadają się do spożycia.

– Mama mówi, że masz wysokie ciśnienie – zauważyłem, posłusznie podchodząc do ekspresu – więc chyba nie powinnaś…

– Ty się o moje ciśnienie nie martw, Bartuś. – Staruszka zaczęła wypakowywać zawartość jednej z toreb, po czym bezceremonialnie wkładała produkty do lodówki. – Twój dziadek mi je podnosił przez prawie pół wieku, a jakoś kopyt nie wyciągnęłam. Jarek odsypia nockę?

– Nie. – Postawiłem kubek z napojem na stoliku i od razu podsunąłem drugi pod dyszę urządzenia. Tylko raz zrobiłem babce kawę w filiżance. Usłyszałem, że nie jest jedną z lalek mojej siostry, żeby pić z naparstka. – Pojechał na szkolenie.

– Patrz – uśmiechnęła się krzywo – dałabym se rękę uciąć, że słyszałam jakieś szelesty z tamtego pokoju.

Wskazała moją sypialnię, a ja poczerwieniałem błyskawicznie. Dopiero po jakiejś sekundzie dotarło do mnie, że przecież babka doskonale wie, że to nie jest pokój mojego brata. Podpuściła mnie, a ja się dałem jak gówniarz.

Zmarszczyłem brwi i popatrzyłem na nią spod byka.

– Wydawało ci się – syknąłem przez zaciśnięte zęby.

Staruszka wzruszyła ramionami. Usiadła i niespiesznie wzięła kubek do rąk. Skosztowała i lekko się skrzywiła. Zawsze tak robiła. Kawa miała być czarna, mocna i gorzka. Nie tyle powinna smakować, ile dawać kopa. I tak, to był cytat.

– A pewnie się wydawało. – Ponownie się uśmiechnęła. – Wolne masz czy na drugą zmianę?

– Wolne.

Pokiwała głową. Przez jakiś czas milczała, sącząc kawę, a ja stałem oparty o meble i delektowałem się swoim americano.

– Siadaj! – zażądała w końcu. – Kark mnie zaboli od zadzierania łba.

Niedobrze. Wyglądało na to, że nestorka Ułomków nieszybko opuści nasze progi. Pomyślałem o lasce w moim łóżku. Nieuchronnie zmierzało do konfrontacji. Co prawda babcia chyba nie sądziła, że żyję w cnocie, a wieczorami klęczę przed świętym obrazkiem i klepię paciorek, ale i tak nie chciałem, żeby poznawała jednonockę. Nie daj Boże by się jej spodobała i faktycznie miałbym Ceratkę w Różyczki na co dzień. Nie mogłem jednak trzymać panny w zamknięciu przez kolejnych kilka godzin.

Wykonałem polecenie, kombinując, jak rozwiązać problem.

– Nockę miałeś? – W jasnych oczach starszej pani błyszczała złośliwość. – Wyglądasz na niewyspanego. Jakbyś ostatnie godziny młotem pracował.

Obrazy z poprzedniej nocy przesunęły się przez moją wyobraźnię. Alicja Ułomek potrafiła dobierać słowa, nawet gdy nie była tego świadoma. Ale jej mina pozwalała sądzić, że tym razem doskonale wie, co mówi. Czasami zastanawiałem się, czy nie mieliśmy z braćmi organów ścigania w genach, skoro babka potrafiła wyniuchać każdy grzeszek.

– Miałem – zełgałem bezczelnie i ostentacyjnie spojrzałem na ścienny zegar, który właśnie meldował dziewiątą dwadzieścia. – A babcia spać mi nie daje.

Wiedziała, że kłamię. Naprawdę byłby z niej glina pierwszej wody. Nie podważyła jednak moich słów, dalej sączyła kawę.

– Jak cię matka do spania goniła za dzieciaka, toś mówił, że sen jest dla słabych – zakpiła w końcu. – Słyszałam na rynku, że telewizja ma zjechać do miasta. Wiesz coś?

Nie byłem specjalnie zaskoczony zmianą tematu. Przy babuni trzeba było nadążać. Tyle że ostatni tydzień spędziłem w komendzie wojewódzkiej w Krakowie, więc nie miałem pojęcia, co się dzieje w Wadowicach. Dlatego pokręciłem przecząco głową.

– Podobno jakiś film będą kręcić. – Odstawiła kubek.

– Znowu? – Westchnąłem. – Mało mamy biografii papieża?

– Ty się, synek, Wojtyły nie czepiaj. To był wielki człowiek – fuknęła. – Ale ponoć to nie o nim. Jakiś kryminał czy porno. Baby na targu strasznie podekscytowane. Zrobiły już zrzutkę na materiał.

– Na jaki materiał?

– No jak na jaki? Coby kukły uszyć do spalenia i transparenty. Hasła też już wymyśliły. Najbardziej mi się podobało to o chcicy.

Moja ręka z kubkiem lekko drgnęła. Na szczęście naczynie było już do połowy puste, więc nic nie pociekło, gdy babunia z niewinną miną wyrecytowała:

– „Wadowice to nie dzicy, nie ma zgody dla diabelskiej chcicy”.

– O ja pier… – Zająknąłem się.

– Prawda? – Wyszczerzyła się. – Ale upadło, jak im powiedziałam, że liczba sylab się nie zgadza i źle się skanduje. I wygrało inne.

– Nie chcę wiedzieć.

– Jak nie? Sama im podrzuciłam: „My nie chcemy takiej marnej edukacji seksualnej”.

Parsknąłem cicho, a staruszka dokończyła:

– Jak się zaczną tak wydzierać, to się krzyknie: „Chcemy lepszej”. – Puściła do mnie oko. – Będzie i na temat, i z sensem.

Moja babka. Machiavelli po osiemdziesiątce. Nie powiem, że w spódnicy, gdyż od pięćdziesięciu lat, odkąd dostała je od jakiegoś wujka z Ameryki w paczce, preferowała Wranglery. W sensie dżinsy, bo do marki bynajmniej nie była przywiązana. Od wielkiego święta wkładała sukienkę, ale w spódnicy nie widziałem jej nigdy.

– Wiesz, że któraś z tych bab kiedyś się zorientuje, że robisz je w konia? – zapytałem.

Zamrugała niewinnie.

– Ja? No co ty… – Machnęła ręką. – Nie ma strachu. Do tego trzeba by było mieć dystans i poczucie humoru, a to tłuki. Jedna z drugą. – Przeciągnęła się, aż coś zatrzeszczało jej w stawach, następnie głową wskazała lodówkę. – Jaja wam kupiłam i twaróg. Zrobiłbyś śniadanie. Nie miałam czasu rano i kawa mi w bebechach tańcuje.

Zerknąłem nerwowo w stronę sypialni. Śniadanie oznaczało kilkadziesiąt kolejnych minut. Ceratkę szlag trafi. Albo naprawdę się zadomowi, a to nawet gorzej.

– I nie pozieraj tak, tylko idź dziewuchę też na jedzenie zaproś. – Machiavelli Ułomek przestała udawać. Zaraz jednak zobaczyła mój spanikowany wyraz twarzy i zachichotała cicho. – Aaaa, takie buty.

– Jakie? – sapnąłem.

Nie odpowiedziała. Zamiast tego wstała i bez zastanowienia ruszyła do wiadomego pokoju. Nie powstrzymywałem jej. Nie zwykłem stawać na drodze szarżującego byka.

Po chwili w całym mieszkaniu rozległ się najpierw pisk Ceratki, a potem donośny głos babuni:

– A, niecnoto! Mojego wnusia bałamucić!? Dzieciątko moje na złą drogę sprowadzać!? Oczy jego tymi… imponderabiliami karmić? Sio mi już stąd! Odziewa się i wynosi! A chyżo!

Krzyczała w takim tonie jeszcze z kilkadziesiąt sekund, w czasie których dziewczyna zdążyła się ubrać i wypaść z mieszkania. Nie poświęciła mi przy tym jednego spojrzenia, a trzaskając drzwiami, mamrotała coś o wariatkach i maminsynkach.

Staruszka wróciła wielce z siebie zadowolona. Usiadła ponownie przy stole i sięgnęła po kubek.

– Następnym razem się bidulka zastanowi, z kim do wyra leźć. – Podała mi naczynie. – No co tak gały wybałuszasz? Śniadanie miałeś zrobić.

Podniosłem się powoli, wciąż w szoku. Widziałem już kilka numerów babci, ale taki wycięła pierwszy raz.

– Imponderabiliami? – wykrztusiłem w końcu.

– U Stelara przeczytałam – wytłumaczyła. – Ładne, nie? Umie chłop książki pisać. Jego by mogli zekranizować. Byłoby i mądrze, i do śmiechu. – Rozrzewniła się nad swoim ulubionym pisarzem. Na moment. Później wbiła we mnie blade tęczówki. – No rusz się, głodna jestem.

Obserwowałem ją, przygotowując posiłek. Miała charakterek ta moja babunia. Takich kobiet już nie ma. A szkoda.

Temat nieszczęsnego pornokryminału kręconego w moim mieście miał się okazać dla mnie dużo poważniejszy, niż się spodziewałem. I pojawił się zaraz po powrocie do pracy, w poniedziałkowy poranek. Ledwie przekroczyłem próg, zastępca komendanta wezwał mnie do siebie.

Wszedłem do jego gabinetu nieco zdziwiony. Niczego ostatnio nie spieprzyłem, a takie wezwanie śmierdziało opierdolem. Zwyczajowo Witek omijał oficjalną drogę. Dzieliła nas niewielka różnica wieku i lubiliśmy się. Niejednokrotnie po pracy opijaliśmy bóle rzeczywistości z tej samej beczki Tyskiego albo Żywca, zależy, którą z wadowickich knajp akurat się wybrało. Kiedy było trzeba, Wituś przychodził do mojego pokoju i jechał po mnie jak po łysej kobyle. Bez świadków, na luzie. Wezwanie do jego gabinetu oznaczało drogę służbową.

Już na wejściu okazało się, że nadkomisarz nie jest sam. Przy jego biurku siedzieli młodziutka dziewczyna z burzą brązowych włosów i mężczyzna w średnim wieku. Facet obrzucił mnie obojętnym spojrzeniem i wrócił wzrokiem do mojego przełożonego. Ciemnowłosa przyglądała mi się nieco dłużej. W jej oczach dostrzegłem nieukrywane zainteresowanie – do tego stopnia, że lekko mną wstrząsnęło. Cholerna smarkula miała pewnie z piętnaście… może szesnaście lat. Mogłaby być moją córką. Brrr… Dzieciaki, do diabła!

– To komisarz Ułomek, o którym państwu wspominałem – przedstawił mnie Witek. – Najlepszy człowiek, jakiego mamy w powiecie.

Ooo, miło. A że od takiego komplementu raczej nie zaczyna się opierdolu, jest dobrze.

– Iwona Strzygoń. – Dziewczyna poderwała się z krzesła i wyciągnęła do mnie rękę.

Uścisnąłem ją. Jednocześnie dostrzegłem kilka zmarszczek mimicznych i szybko zrewidowałem opinię sprzed chwili. Pani Strzygoń z całą pewnością osiągnęła pełnoletność. I to jakiś czas temu. Była też maleńka. Sięgała mi ledwie do piersi, co w sumie nie było trudne przy moich stu dziewięćdziesięciu siedmiu centymetrach.

– Bartłomiej Ułomek. – Pominąłem stopień.

– A to Marcin Jerzyk. – Dziewczyna wskazała towarzysza. – Kierownik produkcji.

Mężczyzna wstał niechętnie, wyraźnie poirytowany wezwaniem do tablicy przez młodszą od niego kobietę. Nie odważył się go jednak zignorować. Wymieniliśmy uściski dłoni i goście ponownie usiedli.

– Komisarzu – Witek utrzymywał służbowy ton – zostaliście oddelegowani do pomocy ekipie. Będziecie im służyć wiedzą.

Minęło kilka sekund, nim zrozumiałem, o czym on mówi. Udało mi się to tylko dlatego, że w poprzedni czwartek babcia wykreowała obraz płonących kukieł i podartych prześcieradeł z hasłami wymalowanymi czerwoną farbą. Wyobraziłem to sobie teraz: starsze panie w chustach i zapaskach stojące na barykadach przed kościołem na wadowickim rynku, palące sugestywne lalki z wielkim biustem, powiewające religijnymi sztandarami i skandujące hasło wymyślone przez najstarszą Ułomkową. Oraz moją babunię dokrzykującą resztę zawołania. Zaraz do tego doszedł obraz mojej mamy łapiącej się za głowę i braci próbujących powstrzymać to nestorkę, to rodzicielkę.

– Oddelegowani? – zapytałem słabo, powalony powyższą wizją.

– Tak. – W oczach Witka błyszczało współczucie. – Weźcie sobie krzesło. Wprowadzimy was w szczegóły.

Przestawiając krzesło, zastanawiałem się intensywnie, jakich argumentów użyć, żeby się wymiksować z tego wątpliwego zaszczytu. Znalazłbym pewnie z tuzin chłopaków w naszej komendzie, którzy byliby zachwyceni możliwością współpracy z ekipą filmową. Mnie to jakoś nie porywało. W przeciwieństwie do Jarka nie oglądałem telewizji i nie chodziłem do kina. Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że nie potrafiłbym połączyć zdjęcia nawet najsłynniejszej gwiazdy z nazwiskiem. To był kompletnie obcy mi świat. Zdecydowanie wolałbym zostać na komendzie i użerać się z jakimiś kłótliwymi sąsiadkami, niż niańczyć celebrytów.

Niestety nie przychodziła mi do głowy żadna wymówka. Pozamykałem sprawy jeszcze przed delegacją do wojewódzkiej i Witek o tym wiedział, więc nie mogłem się wykpić takim argumentem.

– Potrzebujemy konsultanta – zaczęła Strzygoń. – Co prawda powieść pani Peterson została napisana z ogromną starannością…

– Peterson? – jęknąłem.

– Ooo, zna pan? – Dziewczę się rozpromieniło.

Słowo „zna” byłoby zdecydowanie na wyrost. Mama i Kama zaczytywały się tym badziewiem. Książki poniewierały się po całej chacie, więc kiedyś przeczytałem notkę na okładce. Wyjątkowy bełkot. Coś o seksownym glinie ratującym z opresji uczennicę dręczoną przez rówieśników. Na okładce znalazłem info, że to coś pomiędzy Sarą Ślesickiego i 50 twarzami Greya. Szkodliwy shit, gdyby ktoś mnie pytał. Niestety nie zapytał.

– Nie – odrzekłem krótko, ale chyba słabo zapanowałem nad mimiką, bo Iwona zmarszczyła brwi.

– Aaaa, to pan z tych – prychnęła.

– Z jakich?

– Tych, co nie znają, ale oceniają. – Skrzywiła się, lecz tylko na chwilę, jakby nie potrafiła zbyt długo się boczyć. – Nic to, jak powiedział Wołodyjowski. Popracujemy nad panem. Zadzwonię zaraz do Nelly, żeby przywiozła egzemplarze ze specjalnym autografem dla naszego konsultanta. – Puściła do mnie oczko. – Musi pan znać tekst, który będzie… konsultował.

Tak mnie zaskoczyła tym Wołodyjowskim, że resztę wypowiedzi zarejestrowałem ze sporym opóźnieniem. Nie mogłem pojąć, jak można w kilka sekund przejść od porno do klasyki ojczystej literatury. Miałem już nawet o to zapytać, gdy ostatnie zdanie pani Strzygoń rozbłysło w moim umyśle.

– Jak to „znać”?

– Normalnie, panie komisarzu. Przeczyta pan. Najlepiej teraz, kiedy scenariusze odcinków jeszcze powstają i można co nieco zmienić – oświadczyła i od razu wyjęła komórkę z kieszeni. Po chwili usłyszałem, jak gaworzy z kimś po drugiej stronie linii. Z kontekstu domyśliłem się, że z autorką tego arcydzieła, do przeczytania którego zamierzała mnie zmusić.

Popatrzyłem z rozpaczą na Witka, ale on naciągnął na twarz minę oficera. Tę, która budowała gruby mur między nim a podwładnymi. Co oznaczało, że póki nie zostaniemy sami, nie ma szans na rozmowę. Przerzuciłem się więc na drugiego z gości. Z równie dużym sukcesem. Jerzyk oglądał swoje paznokcie, jakby planował wdrapywanie się na najwyższy wieżowiec w kraju i rozmyślał, czy zdoła do tego użyć własnych dłoni.

– Załatwione! – Iwona schowała telefon. – Nelly dołączy do nas w środę. Reszta ekipy powinna się zjawić we wtorek.

– Nelly to autorka? – dopytałem bez sensu, bo przecież dziesiątki razy widziałem jej imię na okładce.

I najwyraźniej ponownie sobie zaszkodziłem, gdyż dziewczyna westchnęła i pokręciła głową z niedowierzaniem.

– Serio? – Jej głos ociekał sarkazmem. – Gdzie pan był przez ostatnie pół roku? Nelly Peterson jest odkryciem, o którym trąbią wszystkie media w Polsce.

Miałem na końcu języka kąśliwą ripostę, ale złapałem spojrzenie Witka i zmilczałem. Kiedy szef zabija cię wzrokiem, lepiej trzymać ten język za zębami, skłonić główkę i pozwolić, żeby ktoś posypał ją popiołem. Bezpieczniej.

– Dodatkowo to dziewczyna z Wadowic – rzuciła na koniec pani Strzygoń. – Jak można nie interesować się kulturą własnego miasta?!

O. Nie wiedziałem. Abstrahując od tego, że czytadło pani Peterson absolutnie nie kojarzyło mi się z kulturą – o czym oczywiście nie odważyłem się wspomnieć. Nie, gdy nadkomisarz Witold Zapałka wbijał we mnie te swoje czarne oczyska. Tak więc nie miałem pojęcia o pochodzeniu Nelly Peterson. Nazwisko nie brzmiało zbyt swojsko. Co prawda w podstawówce chodziłem do klasy z jedną Izaurą, lecz była to Izaura Zając – ofiara fascynacji swojej matki jakąś telenowelą. Antek w liceum miał w klasie kolegę o swojskim nazwisku Dubois, które wuefista z maniakalną przyjemnością wymawiał tak, jak się pisze. W ostatniej klasie chłopak przestał reagować na swoje miano w ten sposób artykułowane. A że mierzył wtedy już mniej więcej tyle, co mój brat, i trenował z nim w klatce, nauczyciel w końcu zapamiętał właściwą wymowę. Tyle kojarzyłem, ale o Peterson nie słyszałem…

– Nie wiedziałem – przyznałem. – Nazwisko raczej niepolskie.

Jeszcze zanim Iwona popatrzyła na mnie z politowaniem, uświadomiłem sobie, jaką bzdurę rzuciłem. Pseudonim. Cholera! Jakim trzeba być debilem, żeby nie skojarzyć takiej oczywistości. Jakbym ja pisał taki chłam, pewnie też nie chciałbym, żeby znajomi kojarzyli go z moim nazwiskiem.

– To pseudonim – potwierdziła Strzygoń i albo była zbyt dobrze wychowana, albo uznała, że nieukrywana ironia we wzroku wystarczy, bo darowała sobie komentarz.

Opuściłem głowę i przez chwilę ja również studiowałem swoje krzywo poobcinane paznokcie. Jeszcze nie zacząłem pracować z ekipą filmową, a już ugruntowałem sobie opinię tego tępego. Wszystko przez jakiegoś koszmarnego babsztyla piszącego gównoteksty. Nie znałem autorki, a mimo to serdecznie jej nie znosiłem. Dalej mogło być już tylko gorzej.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Nela

Dostępne w wersji pełnej

Bartek

Dostępne w wersji pełnej

Nela

Dostępne w wersji pełnej

Bartek

Dostępne w wersji pełnej

Nela

Dostępne w wersji pełnej

Bartek

Dostępne w wersji pełnej

Nela

Dostępne w wersji pełnej

Bartek

Dostępne w wersji pełnej

Nela

Dostępne w wersji pełnej

Bartek

Dostępne w wersji pełnej

Nela

Dostępne w wersji pełnej

Bartek

Dostępne w wersji pełnej

Nela

Dostępne w wersji pełnej

Bartek

Dostępne w wersji pełnej

Nela

Dostępne w wersji pełnej

Bartek

Dostępne w wersji pełnej

Nela

Dostępne w wersji pełnej

Bartek

Dostępne w wersji pełnej

Nela

Dostępne w wersji pełnej

Bartek

Dostępne w wersji pełnej