The Secret Fiancée. The Windsors. Tom 5 - Catharina Maura - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

The Secret Fiancée. The Windsors. Tom 5 ebook i audiobook

Maura Catharina

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

227 osób interesuje się tą książką

Opis

Czy uczucie ma szansę przetrwać, gdy zaczyna się od sekretów?

Lexington Windsor, miliarder i prezes motoryzacyjnego imperium, odkrywa, że babcia zaplanowała dla niego aranżowane małżeństwo. Nie chcąc wchodzić w ten układ na ślepo, postanawia odnaleźć dziewczynę, która ma zostać jego żoną. Okazuje się nią Raya Lewis – studentka robotyki, zaangażowana w walkę o przyszłość rodzinnej firmy motoryzacyjnej, która znalazła się w poważnych tarapatach finansowych.

Ich pierwsze spotkanie w barze, pod przykrywką gry w „prawdę czy wyzwanie”, szybko przeradza się w niebezpieczną grę emocji. Po ślubie namiętność miesza się z brakiem zaufania, a bolesna przeszłość Lexa prowadzi do dramatycznych decyzji, które mogą zniszczyć wszystko, co między nimi powstało.

Czy z relacji, która zaczęła się od ukrytych intencji i sekretów, może narodzić się coś prawdziwego?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 443

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 13 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Katarzyna KukułaMateusz Bosak

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



To jest dla tych,

którzy z każdym uderzeniem serca pragną szczęścia,

ale nie mają odwagi po nie sięgnąć.

 

Nie pozwól, by strach decydował o twojej przyszłości.

Drogie Czytelniczki,

bardzo dziękuję za sięgnięcie po The Secret Fiancée.

Mam nadzieję, że spodoba Wam się ta historia miłosna

o małżeństwie z rozsądku, ze sporą różnicą wieku.

Główna bohaterka to studentka kierunku ścisłego,

a jej partner – zaborczy miliarder, który zostaje wykładowcą swojej żony, próbując lepiej ją poznać...

Ta książka jest pełna wszystkich moich ulubionych motywów i pisanie jej sprawiło mi ogromną radość. Liczę na to,

że pokochacie Rayę i Lexa tak samo jak ja.

Z miłością

1

LEXINGTON

Czuję na plecach nerwowy dreszcz, gdy moje palce przebiegają po klawiaturze i powoli, linijka po linijce kodu, otwierają mi wrota do naszego systemu komputerowego. To idiotyczne, że w ogóle jestem zmuszony się włamywać do firmware’u własnej rodziny. W dodatku poświęciłem całe tygodnie, żeby moje próby przyniosły jakikolwiek efekt. Setki godzin poszukiwań choćby najmniejszej luki w systemie strzeżonym przez naszego szefa ochrony i za każdym razem nic.

Aż do teraz.

Z galopującym sercem wpisuję ostatnie linijki kodu, które tym razem na sto procent dadzą mi dostęp do laptopa mojej babki. Potem przebieram w powietrzu palcami nad klawiaturą, robię głośny wdech i naciskam klawisz Enter.

– No kurde, nareszcie – szepczę, kiedy ekran miga i po ułamku sekundy wyświetla się na nim coś, co bez wątpienia jest pulpitem babki.

Na widok ustawionego jako tło zdjęcia rodziców wraz ze mną i piątką mojego rodzeństwa wzbiera we mnie poczucie winy dostatecznie silne, aby mnie powstrzymać, ale potrzeba kontroli nad własnym życiem ostatecznie zwycięża. Z gęsią skórką na całym ciele przeczesuję metodycznie zawartość komputera, na tyle, na ile pozwala mi ograniczony czas, i czuję narastającą z każdą sekundą frustrację.

– Gdzie ją schowałaś, babciu… – mruczę pod nosem, bębniąc coraz szybciej i mocniej w klawiaturę.

Spoglądam w dół na swój rodowy zegarek od Lauriera, odziedziczony po dziadku, i podążam wzrokiem za sunącym gładko po tarczy sekundnikiem. Nasz specjalista od bezpieczeństwa, Silas Sinclair, lada moment się zorientuje, co robię, i zablokuje mi dostęp od systemu. Mam jeszcze co najwyżej trzy minuty na odnalezienie potrzebnej mi informacji.

– Cholera! – jęczę, widząc, że ekrany moich komputerów zaczynają migać.

Prostuję się i w tym momencie z głośnika w pracowni rozlega się głos Pippy, mojej asystentki-robota.

– Lex, w Sinclair Security zidentyfikowali lukę i już nad nią pracują. Niedługo odetną ci dostęp – informuje. – Z moich szacunków wynika, że zostały ci dwie minuty.

– Niech cię diabli, Silas!

Sprężam się i przeszukuję komputer babki pod kątem wzmianek o mnie, których naturalnie są tysiące. Można być najlepszym programistą, ale bez odpowiedniej strategii te umiejętności stają się bezużyteczne. Dokładnie tak w tym momencie się czuję: jakbym był, cholera jasna, bezużyteczny!

– No dalej – szepczę. Sekundy uciekają błyskawicznie, a we mnie narasta nerwowość. – Gdzie się ukrywasz?

Ekran zaczyna migotać dokładnie w tym momencie, w którym otwieram obiecująco wyglądający dokument. Zamiera mi serce, bo zostało mi tylko kilka sekund. Na szczęście to wystarcza, żeby się dowiedzieć tego, czego chciałem.

Raya Lewis.

Uśmiecham się do siebie i w tym momencie ekran robi się czarny. Czuję w piersi ukłucie satysfakcji rozlewającej mi się po całym ciele.

– Raya – szepczę. Wydaje mi się prawie grzechem wypowiadać na głos jej imię, zanim poznam je oficjalnie. Odchylam się na oparcie fotela i wznoszę oczy do sufitu, próbując uspokoić wirowanie myśli w głowie. – Kim jesteś, Rayo Lewis?

Odkąd pamiętam, małżeństwa w mojej rodzinie są aranżowane. To dobra metoda, aby rozwijać nasze firmy i wchodzić w nowe branże. Ani ja, ani nikt z mojego rodzeństwa nie ma możliwości samodzielnie wybrać sobie partnerki czy partnera życiowego. Pogodziłem się z tym, ale nie zamierzam się wpakować w małżeństwo na ślepo. Nie pozwolę, żeby babka rozgrywała mnie jak moich braci – manipulowała nimi tak, aby byli przekonani, że podejmują decyzje samodzielnie, gdy tymczasem to ona pociągała za sznurki.

Z zamyślenia wyrywa mnie brzęczenie komórki. Uśmiecham się sardonicznie na widok przychodzącego połączenia wideo. Odczekuję sekundę, potem drugą i w końcu odbieram.

– Odbiło ci, Lex? – syczy Silas z wyrazem furii na twarzy.

Wzruszam ramionami i ustawiam telefon na biurku, przygotowany na kazanie, które z pewnością zaraz od niego usłyszę.

– Sprawdzałem tylko twoją czujność, Si. Jak inaczej mam mieć pewność, że dobrze wykonujesz swoją pracę?

Silas rzuca mi miażdżące spojrzenie, na którego widok nie mogę pohamować pełnego wyższości uśmieszku. Moje rozbawienie tylko podsyca jego wściekłość.

– Jak, do cholery, wyjaśnię to twojej babce?!

Prostuję się w fotelu, czując, jak opuszczają mnie resztki satysfakcji.

– Nie zrobisz tego – ostrzegam go ze słyszalnym niepokojem pomimo silenia się na stanowczość. – Na pewno nie spotkam się pierwszy raz z dziewczyną, z którą mam się ożenić, na warunkach babki. Zrobię, czego ode mnie oczekuje, ale po swojemu. Muszę się dowiedzieć, jaka naprawdę jest moja przyszła żona, zanim się ukryje za sztuczną fasadą, gdy nas sobie oficjalnie przedstawią.

Silasowi rzednie mina. Wzdycha i wyraz złości na jego twarzy ustępuje zrozumieniu.

– Będę udawał, że nic nie wiedziałem, jeśli twoje włamanie wyjdzie na jaw – obiecuje niechętnie i przez jego oczy przemyka coś na kształt współczucia.

Opuszczam głowę, czując bolesny skurcz w piersi. Silas lepiej niż ktokolwiek inny wie, dlaczego to robię. W końcu to on mnie kiedyś uratował. Odnalazł mnie, gdy nikt inny nie był w stanie tego zrobić. Od tego czasu moja rodzina i ja mamy wobec niego dług wdzięczności.

– Co wiesz o Rai Lewis? Zablokowałeś mnie, zanim zdążyłem przeczytać plik babki z informacjami na jej temat.

Silas kręci głową.

– Wiesz, że nie mogę ci nic powiedzieć. I tak już źle się stało, że znasz jej nazwisko.

Stukam niecierpliwie stopą w podłogę, mierząc go wymownym spojrzeniem, chociaż wiem, że i tak się nie ugnie. Gdy tylko się rozłączę, natychmiast odetnie mi dostęp do wszelkich informacji na temat Rai.

– Chcę się tylko dowiedzieć, jakim człowiekiem jest kobieta, którą mam poślubić, Silas. Muszę mieć pewność, że nie popełnię drugi raz tego samego błędu.

Silas przeczesuje palcami włosy, ciężko wzdychając.

– Studiuje robotykę w Astor College – oznajmia z ociąganiem, jakby żałował, że zdradził mi aż tyle, chociaż to naprawdę niewiele.

– Robotykę – mruczę, dziwnie zaskoczony, że moja przyszła żona jest na tym samym kierunku, który ja ukończyłem. Nie tylko kierunek się zgadza, Raya studiuje też na mojej dawnej uczelni, której właścicielami są moi bliscy przyjaciele.

– Lex – zagaja Silas ostrożnie – musisz wiedzieć, że to małżeństwo nie jest jeszcze oficjalnie potwierdzone. Ojciec Rai bardzo zabiega o fuzję zaproponowaną przez twoją babkę, ale nie chce się zgodzić na zaaranżowane w ramach umowy małżeństwo. Nie jestem pewien, czy ono w ogóle dojdzie do skutku.

Wbijam wzrok w okno, a głęboko w moim wnętrzu kiełkuje jakieś nieznane mi dotąd uczucie.

– Nie – mruczę. – Mam przeczucie, że ona jest tą jedyną.

2

RAYA

Z galopującym sercem robię ostrożnie krok naprzód, uważając, żeby nie uruchomić zaawansowanego systemu alarmowego zabezpieczającego pracownię. Jeden fałszywy ruch i natychmiast przybiegną ochroniarze, żeby mnie wyprowadzić z budynku.

Wstrzymując oddech, ściskam w palcach wykradziony identyfikator i przykładam go do czytnika. Modlę się jednocześnie w duchu, żeby się okazało, że w ostatnich tygodniach nie zmieniono żadnego z protokołów bezpieczeństwa.

– Uff, dzięki Bogu – wzdycham, gdy zamek otwiera się z cichym szczęknięciem. Rozglądam się bojaźliwie na boki, zaskoczona, że w ogóle udało mi się tak daleko dotrzeć.

Rozluźniam ramiona, wchodzę do środka i zatrzymuję wzrok na samochodzie elektrycznym ustawionym na platformie na samym środku pomieszczenia. Za każdym razem, gdy go widzę, zachwyca mnie tak samo. To pierwszy napędzany wyłącznie energią słoneczną samochód, który będzie dostępny na rynku – prawdziwy cud techniki i moje marzenie, odkąd ojciec zabrał mnie do tej pracowni przed laty, żebym mu pomagała. Jego biurko było wtedy zarzucone projektami właśnie tego auta. W tamtych czasach nie istniała jeszcze odpowiednia technologia, ale mimo to tato wytrwale realizował swoje marzenie o skonstruowaniu ekologicznego pojazdu.

Wzdychając, rzucam torbę na podłogę, po czym biorę do ręki wysłużoną grzechotkę pneumatyczną w złotym kolorze, którą dostałam przed laty od ojca. Ściskając ją mocno w dłoni, sięgam do paneli słonecznych na dachu naszego prototypu z zadowolonym uśmiechem… który schodzi mi z twarzy w tej samej sekundzie, gdy dotykam palcami ich chłodnej powierzchni.

Rozlega się głośne wycie alarmu i chwilę potem do środka wpadają strażnicy. Zwieszam z rezygnacją głowę i zastygam w bezruchu, tyłem do drzwi. Wstyd mi się ruszyć z miejsca. Szlag. Jak to możliwe, że podłączyli do systemu alarmowego także samochód? Powinnam była się zorientować, że włamanie do pracowni poszło mi podejrzanie łatwo i coś jest nie w porządku, skoro zdołałam w ciągu paru minut przemknąć się niezauważona przez budynek.

– Rayo Indiro Lewis, zechcesz mi wyjaśnić, co robisz w mojej pracowni?

Na dźwięk głosu ojca odwracam się powoli, czując, jak palą mnie policzki i łomocze mi serce.

– Cześć, tato! – Lekkie drżenie mojego zabarwionego sztuczną wesołością głosu zdradza nerwowość. – Nie miałeś być na spotkaniu?

Do ojca dołącza sześciu prywatnych ochroniarzy, po trzech z każdej strony. Mężczyźni wymieniają między sobą identyczne rozdrażnione spojrzenia z domieszką konsternacji. Odsuwają się na bok, gdy ojciec podchodzi do mnie z uniesioną brwią. Jego błyszczące oczy osłabiają jednak surowość, którą próbuje wobec mnie udawać.

– Chyba ustaliliśmy, że skupiasz się teraz na swojej magisterce, więc dlaczego co najmniej kilka razy w tygodniu przyłapuję cię w pracowni?

Kręci głową, delikatnym ruchem odgarniając mi włosy z twarzy.

– Tato – mówię obronnym tonem – dowiedziałam się dziś na zajęciach czegoś, co muszę koniecznie wypróbować. Chyba wiem, jak rozwiązać nasz problem z panelami.

Ojciec pochmurnieje i w jego bystrych błękitnych oczach pojawia się wyraz bezradności. Jego spojrzenie mówi mi, że wie, co czuję – był na moim miejscu niezliczoną ilość razy, przeświadczony, że znalazł odpowiednie rozwiązanie do zastosowania w projekcie, w który tyle zainwestowaliśmy, ale nic z tego nie wychodziło.

Większość paneli solarnych jest w stanie przekształcić w prąd elektryczny tylko dwadzieścia procent energii światła słonecznego, a to nie wystarcza, żeby napędzać samochód. Udało nam się podwoić ich moc, ale by napęd był skuteczny, musimy ją zwiększyć do osiemdziesięciu procent. Nasz prototyp nie działa tak, jak powinien, i dlatego nie może wejść na rynek.

Razem z ojcem gorąco wierzymy, że samochody ekologiczne to przyszłość motoryzacji, lecz żadne z nas nie przewidziało spadku koniunktury, z którym obecnie mamy do czynienia. Tato robi, co może, aby to przede mną ukryć, ale wiem, że nasza firma jest na skraju bankructwa. W tych czasach ludzie po prostu nie kupują nowych samochodów. Naturalnie nie dotyczy to aut luksusowych, ale średnia półka? Obecnie auta średniej klasy prawie wcale się nie sprzedają, a my nie mamy ani zasobów, ani specjalistycznej wiedzy, żeby przestawić się na najdroższe modele. Kiedy dodamy do tego ogromne inwestycje w na razie niewykonalny projekt, firma zostaje z poważnymi długami i niskimi przychodami, z których nie jest w stanie pokryć tych pierwszych.

Widzę, jak z każdym dniem ojciec coraz bardziej traci nadzieję, chociaż usilnie się stara tego nie okazywać przede mną i mamą. Niewiele jestem w stanie mu pomóc, ale mogę eksperymentować i próbować różnych rozwiązań. Gdybyśmy zdołali wprowadzić samochód oparty na naszym prototypie do komercyjnej sprzedaży, sytuacja byłby zupełnie inna. Od razu zdobylibyśmy pozycję głównego gracza na rynku, nie tylko w obszarze zrównoważonego rozwoju, ale i pojazdów elektrycznych. Uratowałoby to firmę przed upadkiem i pozwoliło jej dostać się na szczyt, co zawsze było życiowym celem ojca.

Tato kładzie mi dłonie na ramionach z miną wyrażającą w równej mierze stanowczość i zrozumienie.

– Aniele – zwraca się do mnie łagodnie – firma nie ucieknie w ciągu tych kilku miesięcy, które ci zostały do końca studiów. Chcę, żebyś się nacieszyła urokami życia studenckiego. Żebyś miała co wspominać, Rayo. Korzystaj z życia. Nie rozumiałem tego w pełni, kiedy byłem w twoim wieku, ale czas to coś naprawdę cennego. Nie mogę patrzeć, jak go marnujesz, ślęcząc nad naszym prototypem. Już dostatecznie dużo nas kosztował, nie sądzisz? – Zatyka mi włosy za ucho i z trudem zmusza się do uśmiechu. – Poza tym czy dziś nie są przypadkiem urodziny Adama? Powinnaś być z nim dzisiejszego wieczoru, Rayo. Nie tutaj, w pracowni.

Wyrzuty sumienia odbierają mi mowę i tylko opuszczam wzrok. Tata ma rację. Powinnam się teraz bawić na przyjęciu urodzinowym swojego najlepszego przyjaciela, a tkwię w pracowni ojca, bo nie mogłam się powstrzymać, żeby od razu nie wypróbować nowego pomysłu. Nasza więź z Adamem nieco się rozluźniła podczas studiów licencjackich na dwóch różnych uczelniach. Próbuję temu zaradzić, odkąd jesteśmy na tym samym kierunku na magisterce, ale ogólnie kiepsko mi wychodzi pielęgnowanie przyjaźni.

– Ta firma to twoja przyszłość, Rayo, ale nie powinna ci przesłaniać teraźniejszości. Jeśli jeszcze raz cię tu przyłapię w tygodniu, w ogóle zabronię ci wstępu do budynku.

Już chcę zaprotestować, ale tato studzi moje zamiary ostrym spojrzeniem.

– Czas w tym wieku powinien ci upływać na zabawie i lekkomyślnych decyzjach, aniele. Chcę, żebyś miała satysfakcjonujące życie. Poszukuj. Przekonaj się, co ci daje szczęście. Znajdź sobie hobby, jedno czy nawet dwa. Lewis Motors nie może być całym twoim światem. Muszę wiedzieć, że dasz sobie radę, jeśli… jeśli kiedyś tak wyjdzie, że firmy już nie będzie.

Ucieka wzrokiem w bok i maska na jego twarzy pęka. Przez chwilę przezierają przez nią czyste, pierwotne ból i lęk, jakich jeszcze u ojca nie widziałam, ale tata prędko bierze się w garść.

– Przepraszam – szepczę, chociaż właściwie nie wiem, za co przepraszam. Na pewno nie za to, że włamałam się do jego pracowni. Tak naprawdę jest mi przykro, że nadal nie znalazłam sposobu, jak pomóc ojcu.

3

RAYA

Moje myśli nadal krążą wokół paneli solarnych, kiedy wchodzę do King of Hearts – baru na dachu wieżowca, ulubionego lokalu Adama. Przedstawiłam tacie w ogólnym zarysie swoje plany i chociaż dostałam od niego burę, wiem, że przetestuje moje rozwiązanie przy pierwszej możliwej okazji. Miejmy nadzieję, że okaże się skuteczne.

Przez moje ciało przetaczają się wibracje basów, gdy lawiruję w tłumie gości, co rusz natykając się wzrokiem na suknie balowe i maski. King of Hearts jest znany z imprez tematycznych i dzisiejszego wieczoru zamienił się w magiczny świat postaci z bajek.

Kolorowe światełka wyznaczają drogę do stołu, który Adam zarezerwował na swoje urodziny. Próbuję podnieść się na duchu i zmuszam się do uśmiechu. Nie wolno mi ulegać poczuciu beznadziei – nie dzisiaj.

Adam – w złotej plastikowej koronie na głowie – mnie zauważa i unosi w ręce kieliszek z łobuzerską miną.

– Ostrzegałem cię, że będziesz musiała wypić do dna, jeśli przez to twoje wariackie włamanie do pracowni taty spóźnisz się na moje urodziny.

Kręcę głową, błyskawicznie odzyskując humor.

– Nic z tego! – Wskazuję palcem zegarek. – Jeszcze dziesięć minut do północy!

Świętujemy urodziny Adama dokładnie o dwunastej w nocy, odkąd mieliśmy po dziesięć lat, i ten rok nie będzie wyjątkiem. Zafiksowałam się na kilka miesięcy na panelach solarnych w naszym prototypie, ale efekt był tylko taki, że zaniedbałam naukę i dostałam zakaz wstępu do pracowni ojca. Nie mogę do tego zaniedbać przyjaciół.

Adam kręci głową i obejmuje mnie ramieniem.

– Dobra, dobra – utyskuje i obrzuca spojrzeniem mój finezyjny makijaż oczu. – To kim niby jesteś? – pyta, ściągając brwi. – Smokiem? Byłem pewien, że się przebierzesz za księżniczkę.

Chichoczę, wysuwając się z jego uścisku, żeby mógł mi się lepiej przyjrzeć. Znalazłam na dzisiejszą okazję świetne naklejki na twarz.

– Jestem wróżką. Wróżka, bajki, kojarzysz?

Myślałam, że to będzie oczywiste, sądząc po efektownych skrzydłach wokół moich oczu, ale najwyraźniej nie jest.

Wargi Adama drżą, jakby całą siłą woli starał się powstrzymać uśmiech. Wytrzymuje jednak tylko kilka sekund i zaśmiewa się na cały głos, aż przekrzywia mu się korona.

– Raya! – woła jedna z dziewczyn, z którą chodzę na zajęcia „Sygnały i systemy”. Zanim zdążę się zorientować, trzymam już w ręce szklankę z koktajlem w kształcie złotej karocy. – Zdrówko!

Biorę głęboki wdech i opróżniam ją w nadziei, że alkohol przynajmniej trochę rozproszy mój ponury nastrój, choć szanse na to są nikłe. Niewzruszona pewność siebie mojego ojca może zwieść innych, ale nie mnie. Wiem, że tylko miesiące dzielą nas od bankructwa i jedyne, co mogłoby nas uratować, to nasz prototyp. Gdyby udało mi się zwiększyć moc paneli, odmieniłoby to naszą sytuację. Wydaje mi się, że rozwiązanie tego problemu jest na wyciągnięcie ręki, ale wciąż mi umyka. Coraz trudniej mi zachować spokój, gdy ojciec przede mną udaje. Nie wiem, jak długo jeszcze zdołam stwarzać pozory, że nie mam pojęcia o naszych kłopotach.

Nabieram powietrza głęboko w płuca, żeby się opanować. Adam wręcza mi drugą szklankę z koktajlem i spogląda badawczo na moją twarz, marszcząc czoło.

– Co jest? – pyta, ponownie obejmując mnie ramieniem.

Unoszę się na palcach, żeby jakoś się wymówić, ale słowa więzną mi w gardle.

– N-n-nic takiego – udaje mi się w końcu wykrztusić. Przyjaciel odsuwa się nieco, żeby zajrzeć mi w oczy, wyraźnie nieprzekonany. – Mamy ważniejsze sprawy – dodaję i zmuszam się do uśmiechu, wyczuwając w kieszeni wibracje komórki. – Gotowy na odliczanie?

Adam rozpływa się w uśmiechu i skwapliwie potwierdza. Nie odrywa ode mnie wzroku, gdy zaczynam odliczać od dziesięciu w dół, na tyle głośno, na ile pozwala mi zgiełk panujący w barze:

– Trzy, dwa, jeden… Wszystkiego najlepszego z okazji dwudziestych drugich urodzin, Adamie!

Obejmuję go, a on unosi mnie w ramionach i miażdży w uścisku. Zanurza przelotnie twarz w moich włosach, a potem stawia mnie na podłodze. Szczerzę do niego zęby w uśmiechu, pierwszy raz od kilku godzin autentycznie zadowolona, i popycham go ku naszym pozostałym przyjaciołom, którzy niecierpliwie czekają, aby również złożyć mu życzenia urodzinowe.

– Wiesz, czego nam teraz potrzeba? – woła Sophia, partnerka Adama z pracowni. – Czegoś mocniejszego!

Te słowa stanowią tak jaskrawy kontrast z jej niewinnym strojem Kopciuszka, że dopiero po chwili dociera do mnie ich sens. Oczy Adama odnajdują moje i oboje jak na komendę parskamy śmiechem. Mój przyjaciel wie, że nie znoszę mocnych alkoholi.

– Przyniosę wam szoty – zwracam się do Sophie – ale ja nie piję!

Adam rzuca mi spojrzenie, którym próbuje się upewnić, czy nie mam nic przeciwko. Uspokajam go skinieniem głowy i ruszam w kierunku baru, już w nieco lepszym nastroju.

Dwadzieścia minut później barmanka podaje mi tacę z dwunastoma kieliszkami, którą odbieram z kwaśną miną. Nie mam zielonego pojęcia, jak się przecisnąć przez zatłoczoną salę i donieść je do naszego stołu, niczego nie rozlewając.

Dokładnie w tym momencie – zupełnie jakby wszechświat chciał mi udowodnić, jak niewiele znaczą moje wysiłki – ledwo odwracam się od baru, zanim zrobię choćby krok, ktoś na mnie wpada. Niebieski alkohol z moich kieliszków chlusta na czyjąś nieskazitelnie białą koszulę i wsiąka w jej materiał.

Zastygam w miejscu z przerażeniem i podrywam głowę, żeby spojrzeć w twarz nieznajomemu wysokiemu mężczyźnie. Jak się okazuje, jej górną połowę zasłania złoto-żółta brokatowa maska w kształcie skrzydeł.

Otwieram usta i już mam na końcu języka przeprosiny, ale dosłownie odbiera mi mowę na widok ciemnych włosów, oszałamiających szmaragdowych oczu w oprawie gęstych czarnych rzęs, które momentalnie wzbudzają we mnie zazdrość, i najseksowniejszych kości policzkowych, jakie kiedykolwiek widziałam u mężczyzny.

Nasze spojrzenia się spotykają. Po jego oczach widać, że jest zszokowany, ale nie dostrzegam w nich gniewu.

– Strasznie przepraszam – wyjąkuję w końcu po chwili niezręcznej ciszy, z każdą sekundą czując się coraz żałośniej.

Nieznajomy kręci głową i z uśmiechem chwyta moją drewnianą tacę, a w jego policzkach ukazują się urocze dołeczki, które dodają mu jeszcze więcej atrakcyjności.

– Pozwól, że ci pomogę, zanim narobisz jeszcze więcej szkód, mała wróżko. – Jego oczy błyszczą rozbawieniem. – To chyba nie jest bezpieczne w twoich rękach. – Odbiera ode mnie tacę i bez cienia wysiłku unosi ją w jednej ręce nad głowami gości, a drugą ujmuje moją dłoń. – Gdzie mam to zanieść?

Z drżącym sercem ściskam go za rękę i ciągnę w kierunku naszego stołu, wdzięczna za pomoc i zbyt zawstydzona, żeby zaprotestować.

Kiedy Adam mnie zauważa, macha do mnie, ale jego uśmiech znika na widok nieznajomego faceta, którego przyprowadziłam, trzymając się z nim za rękę.

– Raya – zagaduje mnie Adam w tym samym momencie, gdy nasza taca zostaje postawiona na stole. – Kto to?

– Lex. – Ma spokojny i stanowczy głos, ale pobrzmiewa w nim jakaś groźna nuta, której wcześniej nie wychwyciłam. To imię do niego pasuje, kojarzy się z siłą, a zarazem pogodą ducha. Wydaje się, że ma dokładnie taki charakter.

Uśmiecham się z zakłopotaniem.

– Niechcący wylałam na niego połowę naszych szotów – zaczynam się tłumaczyć i dopiero po chwili do mnie dociera, że nadal trzymam Lexa za rękę.

Wysuwam dłoń z jego uścisku, na co on unosi brew, przesuwa się i staje za moimi plecami. Jego usta prześlizgują się po moim uchu, co przyprawia mnie o przyjemny dreszczyk.

– Raya – szepcze, jakby smakował moje imię. – Czy ten facet to twój chłopak?

Z ust wyrywa mi się nerwowy śmiech. Zaprzeczam, kręcąc głową, i odwracam się przodem do Lexa, ocierając się nieznacznie piersiami o jego tors.

– Nie. To mój najlepszy przyjaciel. – Zdążyłam się już przyzwyczaić, że większość ludzi automatycznie zakłada, że jestem z Adamem w związku.

Lex wpatruje się we mnie przez dłuższą chwilę i w jego oczach zapala się coś, co jednoznacznie kojarzy się z satysfakcją.

– To dobrze – stwierdza głosem przypominającym gardłowy pomruk.

– A dlaczego? – pytam flirciarskim tonem, którego mimo szczerych wysiłków nie potrafię się ustrzec.

Lex uśmiecha się szelmowsko, obejmując mnie dłonią w talii.

– Wygląda na fajnego gościa. Szkoda by było, gdyby miał przeze mnie złamane serce.

Robię okrągłe oczy, a on się śmieje i delikatnym gestem zatyka mi włosy za ucho.

– Lex – mówię, delektując się brzmieniem jego imienia. – Skąd to śmiałe założenie, że miałbyś u mnie jakiekolwiek szanse?

– Chcesz się przekonać, że cię namówię, żebyś dała mi szansę, jeszcze zanim skończy się ta noc? – Opuszcza wzrok na swoją poplamioną koszulę. – I to nie tylko z powodu wyrzutów sumienia.

Unoszę brew, gotowa zetrzeć ten chełpliwy uśmieszek z jego twarzy za pomocą stanowczego, krótkiego „nie”, ale w tym momencie natykam się wzrokiem na znak złotego kruka na jego guzikach.

– To koszula marki Raven Windsor Couture – szepczę i mój zalotny nastrój momentalnie ustępuje miejsca zdumieniu. Takich ubrań nie da się ot tak kupić w sklepie, są szyte ręcznie i wyprzedają się w ciągu kilku minut wśród tych, którzy są zapisani na listę oczekujących. – Rety, jak mi głupio, uwierz mi. Proszę, pozwól, że zwrócę ci za nią pieniądze! – Zerkam ponownie na koszulę, mrużąc oczy. – Pod warunkiem że jest autentyczna, rzecz jasna.

Przeciągam palcami po plamie na materiale. Dopiero gdy Lex chwyta mnie za nadgarstki i unieruchamia moje dłonie na swojej klatce piersiowej, dociera do mnie, co robię.

– Zapewniam cię, że jest w stu procentach autentyczna – oznajmia z szerokim uśmiechem. – Ale to nieistotne, w ogóle się nią nie przejmuj.

Zaciska mocniej palce na moich rękach i podchodzi krok bliżej.

– Ale… gdybyś faktycznie chciała mi jakoś zrekompensować tę stratę, jest coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze.

Unoszę brew zdjęta ciekawością, która tłumi moją wrodzoną ostrożność.

– Oświeć mnie w takim razie. Co to takiego? – pytam, już prawie gotowa na rozczarowanie, które zaraz przyniesie mi jakaś jego bez wątpienia świńska propozycja.

– Zagraj ze mną w prawdę czy wyzwanie. – Te słowa kompletnie mnie zaskakują. Lex z uśmiechem nakrywa dłońmi moje ręce, wciąż spoczywające na jego klatce piersiowej, i wsuwa swoje palce między moje. – Sześć rund, po jednej za każdego wylanego na mnie szota.

4

LEXINGTON

– W prawdę czy wyzwanie? – powtarza po mnie Raya.

W jej prześlicznych ciemnobrązowych oczach odmalowuje się wyraz ulgi walczący o pierwszeństwo z zaintrygowaniem. Wyglądała rewelacyjnie na zdjęciach dołączonych do materiałów, które dostałem, gdy kazałem ją prześwietlić, ale na żywo jest jeszcze piękniejsza. Jak widać, aparat fotograficzny nie jest w stanie w pełni oddać jej urody.

Uśmiecham się do niej, dotykając jej długich ciemnych włosów falujących na wietrze, ciekaw, jakiej odpowiedzi się po mnie spodziewała. Odgarniam kosmyki z jej twarzy, ale nie radzę sobie z lekkimi podmuchami, które uparcie je rozwiewają.

– Przesadziłem z tą propozycją?

Kręci głową i się uśmiecha, a mnie na chwilę odbiera mowę. Szlag. Nie pomyślałbym, że ta dziewczyna może wyglądać jeszcze piękniej, dopóki nie zobaczyłem jej uśmiechu. To jakaś katastrofa – nie przyszło mi do głowy, że będę tak oczarowany swoją przyszłą żoną.

– Wcale nie. Zagrajmy, ale z małą modyfikacją. Na każde pytanie o prawdę odpowiadamy oboje.

Kiwam głową na znak zgody, całkowicie wytrącony z równowagi. W ogóle nie planowałem dziś z Rayą rozmawiać i nigdy bym się nie spodziewał, że na siebie przypadkiem wpadniemy – i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie tak sobie wyobrażałem ten wieczór, ale byłbym niemądry, gdybym przepuścił taką okazję.

– Umowa stoi. W takim razie powiedz, Rayo, prawda czy wyzwanie?

Przygląda mi się przez chwilę badawczo i wtedy do mojego serca wkrada się lęk. Czyżby mnie rozpoznała, mimo że połowę twarzy zakrywa mi maska? Może trzeba było się jej przedstawić wymyślonym imieniem. Biorąc pod uwagę jej rodzinę i wykształcenie, bez problemu dojdzie, kim jestem. Nie pojawiam się w mediach równie często jak moje rodzeństwo, ale nie jestem w stanie całkowicie ich uniknąć.

– Prawda.

Uśmiecham się szeroko i podchodzę do niej bliżej, aż czuję na sobie dotyk jej piersi. Raya otwiera szerzej oczy, a ja podekscytowany kładę dłoń w dole jej pleców i nachylam się do jej ucha.

– Naprawdę jesteś singielką, Raya? Twój przyjaciel rzuca mi mordercze spojrzenia, odkąd zauważył nasze splecione dłonie. Nie wiem, co o tym myśleć.

Unosi brew, zerka przez ramię i przekonuje się, że facet, o którym mowa, nadal się na nas gapi. Przyłapany na tym przez Rayę robi się wyraźnie nerwowy i posyła jej niepewny uśmiech. Raya ponownie kładzie dłoń na mojej klatce piersiowej i przesuwa ją do góry, aż obejmuje mnie za kark i ponownie zagląda mi w twarz, a wtedy przetacza się przeze mnie fala czystej, niczym nieskrępowanej przyjemności.

Zaborczość i pożądanie zaciskają na mnie swoje szpony, gdy unosi się na palcach, żeby dosięgnąć mojego ucha. Jej słowa z trudem przebijają się przez panujący dookoła hałas, ale kompletnie mnie zaskakują:

– Adam i ja przyjaźnimy się od podstawówki. Jesteśmy ze sobą bardzo blisko, ale nic nas nie łączy i nigdy nie łączyło. Jestem singielką, tak że już się bardziej nie da.

Czuję, jak rozluźniają mi się ramiona, i sam jestem zaskoczony tą reakcją. Uczucia Rai nie powinny mieć dla mnie znaczenia, jednak myśl, że moja żona miałaby wzdychać do innego faceta, drażni mnie jak mało co.

– Twoja kolej, Lex. Masz kogoś?

Waham się przed chwilę, przytłoczony wyrzutami sumienia. Nie spodziewałem się, że już dziś będę miał okazję porozmawiać z Rayą. Nie chcę jej od początku oplatać siecią kłamstw.

– Nie ma żadnej innej oprócz ciebie, Rayo.

Moja odpowiedź wywołuje u niej śmiech. Widok jej odchylonej do tyłu głowy i uroczo zmarszczonego nosa dosłownie mnie hipnotyzuje – ku mojemu niekłamanemu przerażeniu.

– Ale z ciebie bajerant – stwierdza z iskierkami w oczach. – Nie potrafię powiedzieć, czy mówisz serio, czy żartujesz. Ale jestem skłonna ci uwierzyć, jakkolwiek nieprawdopodobnie to brzmi.

Unoszę brew, obejmując ją wpół. Jestem zaskoczony, że nieustannie mam potrzebę jej dotykać i czuć jej bliskość.

– Dlaczego to miałoby być nieprawdopodobne?

Raya odchyla się lekko i leniwie błądzi wzrokiem po moim ciele. Pod jej spojrzeniem w sekundę mam erekcję. Raya bierze gwałtowny wdech, kiedy ją wyczuwa. Jej rumieńce przyprawiają mnie o szybsze bicie serca i przepełniają satysfakcją, jakiej nigdy w życiu bym się po sobie nie spodziewał.

– Nieważne – odpowiada, kręcąc głową, i jeszcze mocniej pąsowieje. – Moja kolej. Prawda czy wyzwanie?

Zaciskam mocniej palce na jej talii, totalnie zafascynowany tą kobietą. Minęły lata, odkąd ostatnio czułem, że naprawdę żyję, odkąd zrobiłem coś spontanicznego. Dosłownie wszystko w moim życiu jest starannie zaplanowane: godzina, o której wstaję, droga do pracy, a już szczególnie to, z kim nawiązuję relacje. Więc jak, u diabła, trafiłem do tego zatłoczonego baru i prowadzę grę z kobietą, o której istnieniu nie powinienem w ogóle wiedzieć?

– Prawda.

Co będzie, jeśli Raya zada mi pytanie, które zmuszałoby mnie do wyjaśnienia, dlaczego tu jestem? I przyznania się, że nasze spotkanie wcale nie było przypadkowe, tak jak się jej wydaje? Chciałem się przekonać, jaką jest osobą, gdy nie ma świadomości, że ktoś ją obserwuje, zobaczyć, jak odnosi się do barmanki i zachowuje wśród ludzi. Nie planowałem niczego więcej, a teraz nie jestem w stanie się wyzwolić spod jej uroku.

– Zdradź mi jakiś swój sekret, o którym nikt nie wie – prosi Raya z prawie triumfalną miną.

Na jej twarzy odmalowuje się ekscytacja, jakby była przekonana, że zabiła mi tym pytaniem ćwieka. To mnie rozbraja, bo spodziewałem się intrygantki czy może oportunistki, a tymczasem w jej oczach widać jedynie szczerość i niewinność.

– Sekret, hę? Może taki: po cichu się zastanawiam, jak wyglądałabyś w sukni ślubnej marki RWC, oryginalnej.

Raya znów się śmieje i w tym momencie wiem, że przepadłem na amen. Wydaje mi się, że między nami jest nie tylko zwykłe przyciąganie, ale też jakaś chemia i więź – czyli dokładnie to, czego za wszelką cenę chcę uniknąć.

Dłonie Rai wędrują na moje ramiona. Zaciska na nich palce i nieco się odchyla, mrużąc filuternie oczy.

– Albo będziesz poważny, albo kończymy grę – oznajmia, lekko nadąsana. – Nie odpowiem na to pytanie, bo nie powiedziałeś mi prawdy.

No masz. Przygryzam wargę, prosząc w duchu, żeby mój fiut się, kurna, uspokoił, ale to próżny trud. Kiedy Raya spogląda na mnie tymi swoimi ogromnymi brązowymi oczami, wydymając zmysłowo wargi, od razu miesza mi się w głowie.

– Ale ja mówię poważnie – zapewniam ją miękkim tonem. Z każdą chwilą moja nieufność wobec niej słabnie, ale nie jestem przekonany, czy to mi się podoba. Ostatecznie życie już raz mi udowodniło, że nie jestem za dobry w ocenianiu ludzkich charakterów. – Moja kolej – dodaję, czując się wewnętrznie rozdarty. – Prawda czy wyzwanie?

Z zarumienionymi policzkami spogląda mi głęboko w oczy, jakby zbierała się na odwagę, i odpowiada:

– Wyzwanie.

Impuls zwycięża nad rozsądkiem. Wyciągam rękę ku jej twarzy i zatykam jej pasmo włosów za ucho.

– Zatańcz ze mną, Raya. Rzucam ci takie wyzwanie.

Jej uśmiech robi wyrwę w otaczającej moje serce lodowej fortecy i mam obawy, że wkrótce po niej będą następne. Byłem przeświadczony, że nigdy więcej nie chcę doznawać tego, co w tym momencie czuję, jednak nie mogę się powstrzymać i przygarniam Rayę do siebie, wplatając palce drugiej ręki w jej włosy.

– O rany, nie – wystękuję, ogarnięty czymś bardzo zbliżonym do bezsilności. – Dlaczego twoje ciało tak idealnie pasuje do mojego?

Raya chichocze i obejmuje mnie za szyję, a zapach jej perfum obezwładnia moje zmysły. Pachnie miodem i kwiatami – niesamowicie apetycznie. Raya ociera się o mnie swoim ciałem i wtedy… jest wielkie wow! Wcześniej nie uznawałem tańca za czynność szczególnie zmysłową, ale za jej sprawą zmieniam zdanie. Doświadczam czegoś takiego pierwszy raz w życiu: przebywam z nią w zatłoczonym barze, a czuję, jakbyśmy na całym świecie byli tylko my. Ta dziewczyna musiała rzucić na mnie jakiś urok, nie mam co do tego wątpliwości.

– Moja kolej – oznajmia, po czym wspina się na palce i zbliża usta do mojego ucha. Ciepło jej oddechu owiewa mi skórę, a wtedy zamykam ją w jeszcze mocniejszym uścisku i mimowolnie napieram na nią biodrami. – Prawda czy wyzywanie?

– Wyzwanie – rzucam szybko. Straciłem już rachubę, którą rozgrywamy rundę, i wbrew zdrowemu rozsądkowi mam nadzieję, że Raya również. Sześć kolejek to już dla mnie zdecydowanie za mało.

Raya szczerzy zęby w szelmowskim uśmiechu. Wygląda tak ponętnie, że nie byłbym w stanie odmówić żadnej prośbie, która padnie z jej seksownych ust.

– Podnieś mnie wysoko, tak jak w Dirty Dancing. To ulubiony film mojej mamy. Wiem, że to czyste wariactwo, ale zawsze chciałam wykonać taką figurę. – Wyrzuca z siebie te słowa w pośpiechu, taksując z uznaniem w oczach moje ramiona. – Wyglądasz na kogoś, kto może dać sobie z tym radę.

Kolejny raz zmusza mnie do uśmiechu, znacznie autentyczniejszego i szczerszego niż te, którymi posługuję się na co dzień.

– To miał być test, co? – pytam, chwytając ją za biodra i rozkoszując się dotykiem jej ciała. – Nie udało ci się, Rayo. Moja młodsza siostra ma bzika na punkcie romansów i tak się składa, że też uwielbia Dirty Dancing. Chociaż od ostatniego razu minęło już ładnych parę lat, nie jesteś pierwszą dziewczyną, która mnie prosi o tę figurę. Ty jednak jesteś o wiele milsza niż ta moja mała despotka.

Raya wzdycha gwałtownie z zaskoczenia, gdy zaciskam palce na jej biodrach i unoszę ją bez śladu wysiłku. Nie chciałem tracić czasu i czekać, aż do mnie podbiegnie, żebym mógł wykorzystać siłę rozpędu i powtórzyć scenę z filmu. Raya chichocze nad moją głową, a ja wolno się obracam razem z nią. Żadne z nas ani na chwilę nie przestaje patrzeć drugiemu w oczy. Dzięki temu nie zauważyła, że ochroniarze zdążyli już zrobić wokół nas miejsce na parkiecie, żebym mógł się swobodnie poruszać.

Jej twarz jaśnieje radością, gdy ostrożnie przechylam ją do pionu i przyciskam do siebie, podtrzymując za uda.

– Nie mogę w to uwierzyć – wzdycha, otwierając szeroko oczy z emocji.

Jeny, jaka ona jest niesamowicie urocza! W jej zachowaniu nie ma niczego prócz szczerości i autentyczności, a jednak nie potrafię stłumić wewnętrznego głosu, który ostrzega mnie, że to na pewno z jej strony tylko poza.

Raya zaciska dłonie na moich ramionach, a ja powoli ją opuszczam, ciesząc się dotykiem jej ciała. Podnosi na mnie wzrok, gdy dotyka stopami podłogi. Odpowiadam jej uśmiechem, nie wypuszczając jej z ramion.

– Teraz moja kolej, tak? Prawda czy wyzwanie, Rayo?

Spogląda mi głęboko w oczy z największą uwagą, a ja czuję się, jakbym był od niej uzależniony. Nie ma w tym niczego dobrego. Mój plan nie zakładał, że znajdę się pod tak silnym urokiem tej kobiety już od pierwszego spotkania.

– Wyzwanie.

Jej palce prześlizgują się po moim karku, przyprawiając mnie o szybsze bicie serca. Czuję się jak upojony i nie jestem w stanie jasno myśleć, więc pewnie dlatego słowa bezwiednie wymykają mi się z ust:

– Chcę zatańczyć z tobą w jakimś spokojniejszym miejscu, Rayo. Wyzwanie brzmi: pojedź ze mną gdzieś, gdzie jest ciszej i nie trzeba się wysilać, żeby się nawzajem usłyszeć.

W pierwszej chwili jestem prawie pewien, że mi odmówi, jednak Raya kiwa prawie niedostrzegalnie głową na znak zgody. Momentalnie zalewa mnie fala ulgi pomimo dręczących mnie cały czas wątpliwości. Nie powinienem był składać jej takiej propozycji, ale jednocześnie nie potrafię się zmusić, by ją wycofać.

5

LEXINGTON

Uśmiech Rai przygasa, kiedy otwieram jej drzwi mojego samochodu. Drżąc z niepokoju, obchodzę go i siadam za kierownicą. Raya zapina pas, z zainteresowaniem taksując wzrokiem wnętrze, po czym spogląda na mnie z konsternacją w swoich ciemnych oczach.

– To WM Diana, wersja spersonalizowana – zauważa ostrożnie. – W ofercie tego samochodu takiej nie ma.

Kończy zdanie ostrym, wręcz oskarżycielskim tonem, a w jej mowie ciała coś gwałtownie się zmienia. Obejmuje się ramionami w obronnym geście i niemal słyszę, jak pracują trybiki w jej głowie.

Co ja sobie myślałem, przyprowadzając ją tutaj? W ogóle nie myślałem, w tym cały problem. Powinienem był się z nią pożegnać i wrócić do domu zadowolony, że zaspokoiłem swoją ciekawość, bez zdradzania jej, kim jestem. Zamiast tego tak skomplikowałem sytuację, że już się bardziej nie da.

– Skąd wiesz? – pytam, uruchamiając samochód i włączając tryb autonomicznej jazdy. Nawet nie próbuję ukryć zaskoczenia. Mało kto potrafiłby dostrzec subtelne modyfikacje w moim aucie: nieco inny odcień kremowej skórzanej tapicerki, którego nie ma w oficjalnej ofercie, czy szyberdach wbudowany tak umiejętnie, że prawie w ogóle nie zmienia wyglądu wnętrza. Raya zatrzymuje po kolei wzrok na każdej jednej modyfikacji, którą w nim wprowadziłem, a mnie nagle robi się nieswojo. Czyżby się domyślała, kim jestem?

Spogląda mi w oczy ciężkim wzrokiem.

– Tak się składa, że dużo wiem o samochodach – przyznaje łagodnym tonem. – Szczególnie elektrycznych.

Uśmiecham się cierpko.

– A myślałem, że już nie możesz być bardziej idealna, niż jesteś.

Udaję niewiedzę, mimo że mam u siebie pełne dossier na jej temat, ze wszystkimi szczegółami, włącznie z jej upodobaniem do ślęczenia w pracowni ojca zamiast imprezowania. Wiem, jak dobrze się zna na motoryzacji, ale zaskoczyło mnie, że ma tak dużą wiedzę akurat o moim aucie. Jak widać, wiele wie o mojej pracy, co od razu wzbudza we mnie niepokój i podejrzliwość.

Raya odwraca głowę i spogląda za okno. Jej pierś faluje nieco szybciej niż przed chwilą.

– Może to nie jest dobry pomysł – mówi słabym głosem. – Przecież w ogóle cię nie znam, a poza tym wcześniej nigdy czegoś podobnego nie robiłam. Nie jestem pewna… Wydaje mi się… To chyba nie jest bezpieczne.

Marszczę brwi, nie potrafiąc jednoznacznie zinterpretować wyrazu jej oczu. Nie wiem, może tylko udaje, że nadal się nie domyśliła, kim jestem, a może rzeczywiście się przestraszyła. Po krótkim wahaniu wyjmuję portfel i jej go podaję, chcąc się przekonać na własne oczy, czy jest ze mną szczera.

Wpatruje się w niego skonsternowanym wzrokiem, a ja uśmiecham się z przymusem.

– W środku jest mój dowód, karty bankowe i parę innych dokumentów potwierdzających, kim jestem – wyjaśniam półgłosem. – Możesz wysłać moje nazwisko swoim przyjaciołom, żeby wiedzieli, z kim jesteś. Albo, jeśli wolisz, po prostu odwiozę cię do domu. Nie zamierzam cię stawiać w niekomfortowej sytuacji, Rayo. Chcę tylko spędzić z tobą trochę czasu. Może zagrać jeszcze kilka rund w prawdę czy wyzwanie i odkryć jakieś nowe tajemnice?

Raya mierzy wzrokiem mój portfel, a mnie ogarnia poczucie rezygnacji. Moje nazwisko zawsze wszystko zmienia i przeobraża najszczersze osoby w najgorszych oportunistów. Jeśli Raya faktycznie nie domyśliła się, kim jestem, za moment już nic nie będzie takie samo.

Otwiera portfel i jej spojrzenie prześlizguje się po mojej twarzy. Jakaś cząstka mnie bezgłośnie ją błaga, żeby nie sprawiła mi zawodu, gdy próbuję zinterpretować jej minę. Jestem przekonany, że babka dokładnie ją prześwietliła, ale z dystansu trudno ocenić czyjś charakter. Dlatego jestem dzisiaj z Rayą, próbując poznać jej prawdziwe oblicze, zanim będzie za późno.

– Lexington Windsor – odczytuje i blednie. Kiedy ponownie na mnie spogląda, ma oczy okrągłe jak spodki z nieudawanego szoku.

Wypuszczam nerwowo powietrze i czując ulgę przemieszaną z frustracją, zdejmuję z twarzy maskę. Nie jestem dumny z tego, co dzisiaj zrobiłem, ale uznaję, że to dobra okazja, aby się przekonać, czy Raya zacznie mnie od teraz traktować inaczej.

Zerka na przemian na zdjęcie w moim prawie jazdy i na moją twarz, jakby się upewniała, czy faktycznie jestem tym, za kogo się podaję.

– O Boże, ta koszula jednak jest autentyczna – szepcze z przerażeniem w głosie.

Otwieram szerzej oczy ze zdumienia i jej speszona mina przyprawia mnie o nerwowy śmiech.

– To nie jest zabawne, Lex. – Jej policzki robią się purpurowe. Wierci się nerwowo na fotelu, po czym bierze mnie za rękę, splata ze mną palce i unosi nasze złączone dłonie do swojej piersi. – Błagam, nie mów o tym Raven. Masz pojęcie, jak strasznie mi wstyd? Podejrzewać Windsora o noszenie podróbki koszuli od Raven Windsor Couture!

Moje rozbawienie przekształca się w niekontrolowany atak szczerego śmiechu, jakiego nie pamiętam od lat. Towarzyszy mu głęboka ulga i nagle robi mi się ciepło na sercu. Raya traktuje mnie wciąż tak samo i nadal odczuwa łączącą nas więź. Moje nazwisko niczego między nami nie zmieniło, a tego się najbardziej obawiałem. Raya jedynie nieco się rozluźniła, jakby dzięki poznaniu mojej tożsamości zyskała poczucie bezpieczeństwa, którego do tej pory jej brakowało.

Raya Lewis… jest zupełnie inna, niż się spodziewałem, i teraz nie wiem, co robić. Nieczęsto się zdarza, żeby ktoś mnie zaskoczył.

– Jasne – zapewniam ją, z trudem powstrzymując uśmiech. – Nic jej nie powiem, ale moje milczenie ma swoją cenę. – Raya zagląda mi w oczy i zakłopotanie malujące się na jej twarzy ustępuje miejsca ciekawości. – Jeśli chcesz, żebym był cicho, musisz mi zamknąć usta. – Zawiesza wzrok na moich wargach, wywołując u mnie nerwowe westchnienie.

– A jak mam to zrobić? – pyta i jej spojrzenie ciemnieje.

Ściskam jej rękę i przytulam do swojego serca, po czym nachylam się do jej ucha.

– Wiesz jak, moja mała wróżko.

Wciąga ze świstem powietrze i odwraca głowę, przeciągając nosem po moim policzku. Oczy same mi się przymykają, gdy składa mi na policzku delikatny, niesamowicie czuły pocałunek, i dzieje się ze mną coś dziwnego. Czuję nietypowe drżenie w brzuchu i chociaż wiem, że to fizycznie niemożliwe, jestem pewien, że na moment stanęło mi serce.

Raya odsuwa się ode mnie z uroczo zaróżowionymi policzkami. Wpatruję się w nią bez słowa szeroko otwartymi oczami i z łomoczącym sercem. Widzę, jak przygryza wargę, i muszę wytężyć całą siłę woli, żeby jej nie pocałować – tu i teraz. Minęło dużo czasu, odkąd pozwoliłem sobie na chwilę się zapomnieć, zrobić coś, co nie było starannie przemyślane. Sam już nie jestem pewien, co się ze mną dzieje – nie przewidziałem, że sprawy między mną a Rayą zajdą aż tak daleko, a jednocześnie nic nie jest w stanie mnie zmusić, żebym się wycofał.

Splatam z nią palce chwilę przed tym, jak samochód się zatrzymuje, i zaglądam jej w oczy. Staram się dostrzec w nich choćby najmniejszy ślad oporu, ale niczego takiego nie znajduję. Zamiast tego moja piękna wróżka uśmiecha się do mnie i rozczulająco rumieni. Nie potrafiąc powstrzymać zadowolonego uśmiechu, unoszę nasze złączone ręce do ust i całuję wierzch jej dłoni. Potem wychodzę z auta, otwieram jej drzwi i pomagam wysiąść.

6

RAYA

– Prawda czy wyzwanie? – pyta Lex, gdy wchodzimy do budynku Windsor Residences. Uścisk jego ręki jest mocny i stanowczy, jakby starał się dodać mi odwagi.

Zerkam na niego, nie potrafiąc opanować zdenerwowania. Byłam tak oszołomiona, kiedy się dowiedziałam, kim jest, że nawet go nie spytałam, dokąd jedziemy.

– Prawda.

Spogląda na mnie z lekkim zaniepokojeniem w oczach.

– Powiedz mi, o czym teraz myślisz. Nagle zrobiłaś się milcząca i boję się, że nie czujesz się swobodnie.

Kręcę głową, ściskając mu dłoń.

– Staram się za dużo wszystkiego nie analizować. Jestem w tym bardzo dobra, wiesz? W nadmiernym analizowaniu.

Robi mi się nieswojo, gdy mijamy rząd wind, kierując się akurat ku tej, której pilnuje ochroniarz. Mężczyzna wita nas skinieniem głowy i naciska za nas guzik.

– To dla mnie trochę nierzeczywiste, że jestem tu z tobą – przyznaję, gdy wchodzimy do środka. – Prześledziłam dogłębnie działalność twojej firmy, więc jest mi strasznie głupio, że od razu cię nie rozpoznałam.

Lex wpatruje się we mnie takim wzrokiem, jakby nie potrafił mnie rozgryźć, ale prawdę mówiąc, nie ma się czego doszukiwać.

– Raya – mówi miękko – cieszę się, że mnie nie rozpoznałaś. Nie chcę, żebyś mnie traktowała jak prezesa Windsor Motors. Chcę, żebyś zobaczyła we mnie człowieka.

Kiwam głową ze zrozumieniem, ale nadal nie mogę się pozbyć uczucia skrępowania. Lex szczerzy zęby w uśmiechu i kiedy drzwi windy się rozsuwają, zaprasza mnie prosto do swojego penthouse’u.

– Wow – szepczę zaskoczona, że na ścianach w holu wisi tak wiele rodzinnych fotografii. Nie wiem dlaczego, ale nie spodziewałam się, że jego mieszkanie będzie przypominało prawdziwy dom.

Przeciągam opuszkami palców po ramkach, starając się nie okazywać ekscytacji widokiem kobiet na zdjęciach, z których większość pochodzi ze ślubów i uroczystości rodzinnych.

Dostrzegam jego fotografię z Raven, najprawdopodobniej z jej wesela. Niewiele o nim wiadomo – w gazetach ukazało się tylko parę zdjęć, ponieważ ślub trzymano w ścisłej tajemnicy i dziennikarze nawet nie zdawali sobie sprawy, że się odbył. Oglądając to zdjęcie, czuję się jak intruz, ale nie mogę oderwać wzroku od spojrzenia, które wymieniają uśmiechnięci Lex i Raven.

Tuż obok wisi zdjęcie Lexa z Valentiną Windsor, również jego bratową, żoną Luki Windsora. Domyślam się, że zostało zrobione w dniu, w którym objęła stanowisko dyrektorki operacyjnej Wind­sor Finance. Duma w oczach spoglądającego na nią Lexa przyprawia mnie o drżenie serca.

Wiem, że Valentina była kiedyś sekretarką Luki, i gdy wyszło na jaw, że się potajemnie pobrali, przez jakiś czas gazety miały używanie. Spekulowano, że Valentina wyszła za Lucę dla pieniędzy. Przez te plotki rodzina Windsorów bezlitośnie rozprawiła się z niektórymi tytułami, usuwając je z rynku. Zawsze postrzegałam Windsorów jako ludzi z innego, niedostępnego dla mnie świata i gdy stoję dziś w mieszkaniu jednego z nich, wydaje mi się to całkowicie nierealne.

– Masz więcej zdjęć z bratowymi niż z braćmi – zauważam ze zdziwieniem. Wciąż trzymając mnie za rękę, Lex prowadzi mnie wolno przez hol, jakby chciał mi dać więcej czasu na oglądanie fotografii.

– To dzięki nim nasza rodzina funkcjonuje. Dzięki nim trzymamy się razem – stwierdza z wyczuwalnym szacunkiem w głosie. – Każda z nich jest mi bliska jak siostra i nie wiem, czy potrafiłbym sobie wyobrazić życie bez nich. One nas ocaliły, pewnie nawet o tym nie wiedząc.

Uśmiecha się do siebie, przystając przed fotografią wykonaną w kokpicie samolotu.

– To jest Faye – objaśnia mi Lex, wskazując rudowłosą kobietę na zdjęciu, jakbym sama nie potrafiła rozpoznać jednej z najsłynniejszych na świecie pianistek. Mimo to potulnie mu przytakuję, żeby nie uznał mnie za jakąś zwariowaną psychofankę. – A to mój brat, Dion, który boi się latać, ale dobrowolnie wsiadł do samolotu już setki razy, bo Faye uwielbia podróżować. Któregoś lata zmusił mnie do pilotowania komercyjnego samolotu, którym leciała jego niczego nieświadoma żona. Przez cały lot trząsł się z nerwów, ale wytrzymał, bo chciał zadbać o jej bezpieczeństwo, kiedy zwiedzała świat.

Po tych słowach spogląda na mnie z zadumą w oczach, jakby próbował ocenić moją reakcję na swoje słowa i rodzinne fotografie.

– Moja rodzina już tak ma: kochamy do szaleństwa i zrobilibyśmy wszystko dla swoich najbliższych. Nigdy nie pozwoliłbym nikomu ich skrzywdzić.

Mówi to łagodnie, ale z nutą stanowczości i jakimś cichym ostrzeżeniem w głosie. Jego wyznaniu towarzyszy wyraz głębokiego osamotnienia w oczach, z którym z pewnością nie miał zamiaru się przede mną zdradzać. Musi być trudno należeć do rodziny Wind­sorów – nieustannie się pilnować i kontrolować swoje otoczenie, żeby ktoś cię nie przyłapał w chwili słabości i nie sprzedał twojego zdjęcia czy tajemnic prasie. Ogarnia mnie niepohamowany wstyd, gdy sobie uświadamiam, że skoro czytam artykuły o rodzinie Lexa, również należę do osób dokładających mu cierpienia. Jakby mieli dostarczać nam rozrywki, podczas gdy to ludzie tacy sami jak my, którzy nie zabiegają o zainteresowanie mediów.

– Chodź – zwraca się do mnie Lex, ściskając mi dłoń. – Będziesz się mogła ekscytować dziewczynami do woli kiedyś w przyszłości, gdy je poznasz osobiście. Na razie chciałbym ci pokazać coś innego.

Otwieram usta z zaskoczenia i chcę coś powiedzieć, ale gryzę się w język. Lex tylko się śmieje i pociąga mnie do salonu. Oboje przystajemy i wpatrujemy się w zachwycającą panoramę miasta z rozświetlonymi wieżowcami, widoczną za wysokimi na całą ścianę oknami. Zastygamy oniemiali, pochłonięci magią chwili.

– Wcale się nie ekscytowałam – mruczę po chwili, znacznie bardziej nadąsanym tonem, niż zamierzałam. Ostatnie, na czym mi zależy, to żeby Lex pomyślał sobie, że imponuje mi jego nazwisko, a nie on sam, czego wyraźnie się obawia.

Lex odwraca ku mnie twarz i kładzie mi palec pod brodą, mierząc mnie hipnotyzującym spojrzeniem. Coś przepływa między nami, przyprawiając mnie o szybsze bicie serca. Lex przygryza wargę, a ja czuję uderzenie gorąca na policzkach. Ten mężczyzna… jest tak naturalnie pociągający i podejrzewam, że doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

– Czyżby? – szepcze. – A jednak wyraz twoich oczu urzekł mnie znacznie bardziej niż widok za oknami. Nie wiem, czy to dla mnie dobrze, że z taką łatwością potrafisz mnie oczarować.

To dziwne: wykpiłabym za takie słowa każdego innego faceta, a tymczasem mam wrażenie, że w ustach Lexa brzmią absolutnie szczerze. W jego głosie słychać wręcz udrękę, jakbym była zagadką, której nie potrafi rozwiązać, chociaż jak dotąd zawsze znajdował na wszystko właściwą odpowiedź.

Lex ujmuje moją dłoń. Ogląda się na mnie przez ramię i prowadzi mnie do otwartej na mieszkanie kuchni. Mam poczucie, że nie może oderwać ode mnie oczu na dłużej niż kilka sekund. Nigdy nie spotkałam kogoś, kto okazywałby mi aż tyle zainteresowania.

– Wina? – proponuje, unosząc w ręce butelkę, która sprawia wrażenie horrendalnie drogiej. Otwiera ją, zanim zdążę powiedzieć, aby lepiej zachował trunek na jakąś wyjątkową okazję.

– Chętnie – odpowiadam miękkim głosem.

Wizyta w jego mieszkaniu wytrąca mnie z równowagi, ale nie jestem w stanie określić dlaczego. Czuję się bardziej bezbronna niż zwykle i jestem zaskoczona, że ten mężczyzna tak niespodziewanie potrafi mnie przyprawić o szybsze bicie serca. Żadnemu innemu się to jak dotąd nie udało. Trudno mi powiedzieć, co Lex w sobie ma, że tak mnie fascynuje.

Poczułam się zaskakująco rozczarowana, kiedy się dowiedziałam, kim jest, bo od razu sobie uświadomiłam, że te chwile spędzone razem z nim już się nie powtórzą. Lexington Windsor jest kimś, kogo osiągnięcia podziwiam od lat, ale Lex… wydaje się całkiem innym człowiekiem – facetem w moim zasięgu, nawet jeśli tylko na jeden wieczór. Jest w tym jakaś ironia, że bajkowy motyw dzisiejszej imprezy wykroczył poza bar. Ta noc wkrótce się skończy i magia pryśnie.

Lex nalewa wino do kieliszka i mi go podsuwa, a potem unosi w ręce swój.

– Za rozlane szoty, prawdy, wyzwania i to, że nas do siebie zbliżyły.

Stukam w jego kieliszek i się uśmiecham, zaskoczona, a zarazem ucieszona jego słowami.

– Za uczciwość, odwagę i szczęśliwy zbieg okoliczności – dodaję szeptem.

Lexowi na chwilę rzednie mina, a ja gorączkowo rozmyślam, co powiedziałam nie tak.

– À propos szotów – zagaja, spoglądając w dół na swoją koszulę z niebieską plamą. Odpina górny guzik i spogląda na mnie spod przymrużonych powiek z zawadiackim wyrazem twarzy. – Muszę ją wrzucić do prania, bo później plamy nie zejdą. Prawdę mówiąc, cała się lepi. Tak bardzo, że chyba sam jej nie zdejmę… Może będę musiał poprosić cię o pomoc.

Przygryzam wargę, żeby stłumić uśmiech, a on chwyta mnie za rękę i kładzie ją na swojej klatce piersiowej. Czuję pod dłonią jego galopujące serce i jego dotyk w pewnym sensie mnie uspokaja – dobrze wiedzieć, że Lex też ma świadomość, że coś się między nami dzieje.

– Pomoc? – powtarzam i z ust wyrywa mi się cichy chichot. – Taką? – Powoli odpinam mu guzik i z satysfakcją przyjmuję jego głośne westchnienie.

Ten mężczyzna ma w sobie coś, co sprawia, że zachowuję się śmielej niż zazwyczaj. Czuję się z nim swobodnie, mimo że jestem nieco podenerwowana. Nie mam pojęcia, dlaczego wywołuje we mnie doznania, jakich nie doświadczyłam z nikim innym.

– Tak – odszeptuje.

Klatka piersiowa zaczyna mu falować coraz gwałtowniej, w miarę jak rozpinam kolejne guziki. Opiera się plecami o barek kuchenny i wpatruje we mnie intensywnym spojrzeniem. Czuję, jak gorąco z policzków rozchodzi mi się po całym ciele, gdy rozchylam Lexowi koszulę i moim oczom ukazuje się umięśniony tors. Przeciągam opuszkami palców lekko i pieszczotliwie po jego skórze. Jego mięśnie brzucha napinają się pod moim dotykiem, co przyprawia mnie o przyjemny dreszczyk.

– Raya – wykrztusza Lex.

Czując trzepotanie w brzuchu, rzucam mu niepewny uśmiech i zsuwam z ramion koszulę. Oddycha urywanie i mierzy mnie gorącym spojrzeniem, jakbym na całym świecie liczyła się dla niego tylko ja.

– Twoja kolej – szepczę. – Prawda czy wyzwanie?

Uśmiecha się szeroko, oparty niedbale o barek i zabójczo atrakcyjny, a ja wciąż trzymam go za poły koszuli. Błądzi wzrokiem po mojej twarzy i przez chwilę się namyśla, po czym posyła mi czarujący uśmiech.

– Wyzwanie.

7

LEXINGTON

– Zatańcz ze mną – szepcze Raya. W jej oczach dostrzegam coś, co sprawia, że lekko przyśpiesza mi oddech, a serce zaczyna bić mocniej. – Rzucam ci wyzwanie, żebyś ze mną zatańczył, Lex.

Szczerzę zęby w uśmiechu i zrzucam z siebie koszulę, a potem sięgam po komórkę. Raya otwiera odrobinę szerzej oczy, kiedy włączam muzykę, i uśmiecha się na widok mojej wyciągniętej dłoni. Zauważam, że nie odrywa oczu od mojego nagiego torsu, przez co czuję się jak w siódmym niebie. Chociaż raz udaje mi się uwolnić od wrodzonej potrzeby kontrolowania sytuacji i pozwalam sobie na spontaniczność. Nie zachowywałem się tak od lat i zdążyłem już zapomnieć, jakie to cudowne uczucie poddać się chwili. Przekonać się, dokąd nas zaprowadzi ta noc bez trzymania się ustalonego z góry planu.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Dostępne w wersji pełnej

15

Dostępne w wersji pełnej

16

Dostępne w wersji pełnej

17

Dostępne w wersji pełnej

18

Dostępne w wersji pełnej

19

Dostępne w wersji pełnej

20

Dostępne w wersji pełnej

21

Dostępne w wersji pełnej

22

Dostępne w wersji pełnej

23

Dostępne w wersji pełnej

24

Dostępne w wersji pełnej

25

Dostępne w wersji pełnej

26

Dostępne w wersji pełnej

27

Dostępne w wersji pełnej

28

Dostępne w wersji pełnej

29

Dostępne w wersji pełnej

30

Dostępne w wersji pełnej

31

Dostępne w wersji pełnej

32

Dostępne w wersji pełnej

33

Dostępne w wersji pełnej

34

Dostępne w wersji pełnej

35

Dostępne w wersji pełnej

36

Dostępne w wersji pełnej

37

Dostępne w wersji pełnej

38

Dostępne w wersji pełnej

39

Dostępne w wersji pełnej

40

Dostępne w wersji pełnej

41

Dostępne w wersji pełnej

42

Dostępne w wersji pełnej

43

Dostępne w wersji pełnej

44

Dostępne w wersji pełnej

45

Dostępne w wersji pełnej

46

Dostępne w wersji pełnej

47

Dostępne w wersji pełnej

48

Dostępne w wersji pełnej

49

Dostępne w wersji pełnej

50

Dostępne w wersji pełnej

51

Dostępne w wersji pełnej

52

Dostępne w wersji pełnej

53

Dostępne w wersji pełnej

54

Dostępne w wersji pełnej

55

Dostępne w wersji pełnej

56

Dostępne w wersji pełnej

57

Dostępne w wersji pełnej

58

Dostępne w wersji pełnej

59

Dostępne w wersji pełnej

60

Dostępne w wersji pełnej

61

Dostępne w wersji pełnej

62

Dostępne w wersji pełnej

63

Dostępne w wersji pełnej

64

Dostępne w wersji pełnej

65

Dostępne w wersji pełnej

66

Dostępne w wersji pełnej

67

Dostępne w wersji pełnej

68

Dostępne w wersji pełnej

69

Dostępne w wersji pełnej

EPILOG

Dostępne w wersji pełnej

TYTUŁ ORYGINAŁU:

The Secret Fiancée

Redaktorka prowadząca: Marta Budnik

Wydawczyni: Olga Gorczyca-Popławska

Redakcja: Justyna Yiğitler

Korekta: Katarzyna Kusojć

Grafika na stronach rozdziałowych: © SHOKO / Stock.Adobe.com

Projekt okładki: Adelina Sandecka

Zdjęcie na okładce: © DALU11, © Olaf Simon, © WDnet Studio, © ImagesMy, © Ortis, © Outsiderzone / Stock.Adobe.com

Wyklejka: © Ola-La / Stock.Adobe.com

The Secret Fiancée

Copyright © 2023, 2025 by Catharina Maura

Originally published in the United States by Sourcebooks, LLC.

www.sourcebooks.com

All rights reserved.

Copyright © 2026 for the Polish edition by Niegrzeczne Książki an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Copyright © for the Polish translation by Regina Mościcka, 2026

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2026

ISBN 978-83-8417-852-2

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa: Catharina Maura, The Secret Fiancée

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

65

66

67

68

69

Epilog

Karta redakcyjna