Soulless - T.M. Frazier - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Soulless ebook i audiobook

T. M. Frazier

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

72 osoby interesują się tą książką

Opis

Bear – do niedawna członek motocyklowego klubu Beach Bastards – próbuje odnaleźć cel w życiu po wielu latach spędzonych w świecie przemocy, bólu i bezwzględnych zasad. Gdy na jego drodze znów pojawia się Thia, były gangster po raz pierwszy czuje, że wreszcie może wyrwać się ze spirali gniewu oraz emocjonalnej pustki.

Oboje muszą zmierzyć się z traumami, które nie pozwalają im zapomnieć o przygniatającej przeszłości. Czy ich uczucie przetrwa zderzenie z brutalną rzeczywistością? Bear jest gotów poświęcić wszystko dla ukochanej dziewczyny – nawet własną wolność.

„Soulless” to pełna napięcia opowieść o trudnej miłości i nadziei na lepsze jutro. Jeżeli szukasz mrocznego romansu z wieloma zwrotami akcji, ta historia jest właśnie dla Ciebie!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 304

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 3 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Anna Wilk & Artur Barczyński

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Fragment

Ty­tuł: So­ul­less

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego: Syl­wia Choj­nacka

Co­py­ri­ght © T.M. Fra­zier, 2026

This edi­tion: © Ri­sky Ro­mance/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt okładki: Ma­ria Le­pian

Re­dak­cja: Stu­dio Edi­tio

Ko­rekta: Stu­dio Edi­tio

ISBN 978-91-8098-754-7

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Ri­sky Ro­mance /Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

Dla grupy Fra­zier­land, mo­jego ple­mie­nia

Prze­ko­na­łem się,

że po­mię­dzy nie­bem a pie­kłem nie ma żad­nego ogro­dze­nia,

na któ­rym można by usiąść.

– Geo­rge Eliot

PRO­LOG

BEAR

By­łem zły na cały świat, na whi­skey, która nie wy­da­wała się wy­star­cza­jąco mocna; na dragi, które nie trzy­mały wy­star­cza­jąco długo; na cho­lerne dziwki, które pie­przy­łem; przez to, że nie do­cho­dzi­łem, cho­ciaż to była moja wina, bo mój fiut sta­wał się bez­u­ży­teczny po wcią­gnię­ciu kilku krech. Do­szło na­wet do tego, że wku­rza­łem się na przy­pad­ko­wych lu­dzi na ulicy za to, że się śmiali lub uśmie­chali, gdy ja się czu­łem, jak­bym już ni­gdy nie miał się uśmiech­nąć czy za­śmiać.

Jak oni śmieli?

Jak, kurwa, śmieli żyć da­lej, skoro mój przy­ja­ciel wła­śnie umarł?

By­łem na gra­nicy utraty tej resztki zdro­wego roz­sądku, która mi zo­stała, gdy wy­je­cha­łem z Lo­gan’s Be­ach i ru­szy­łem przed sie­bie, by zna­leźć miej­sce lub miej­sca, gdzie mógł­bym po­czuć się otę­piały, po­zbyć się emo­cji, które wlo­kły się za mną z mia­sta do mia­sta, od ta­niego mo­telu do ta­niego mo­telu, od dziew­czyny do dziew­czyny, od haju do haju.

A po­tem w moim ży­ciu po­ja­wiła się ró­żo­wo­włosa dziew­czyna z prze­szło­ści i wła­śnie wtedy po raz pierw­szy od­na­la­złem cel w ży­ciu. Praw­dziwy cel, a nie ja­kiś gów­niany, wy­zna­czony przez roz­ka­zu­ją­cego mi Chopa, który to cel ja i każdy czło­nek klubu Be­ach Ba­stards uwa­ża­li­śmy za wy­rocz­nię. Praw­dziwy po­wód, by żyć.

Chcia­łem znowu żyć.

Mieć ko­goś, dla kogo mógł­bym żyć.

Ti była moją szansą na praw­dziwe szczę­ście, cho­ciaż Bóg je­den wie, czym ono było, za­nim ją po­zna­łem. Tylko raz po­czu­łem praw­dziwe, prze­lotne szczę­ście, dzięki Preppy’emu, Kin­gowi i Grace. Jak na przy­kład wtedy, gdy King wy­ta­tu­ował nas po raz pierw­szy. Bar­dzo nam się po­do­bały te ta­tu­aże, cho­ciaż były krzywe i cho­ler­nie brzyd­kie. Jak wtedy, gdy Grace upie­kła dla mnie mój pierw­szy w ży­ciu tort uro­dzi­nowy. Jak wtedy, gdy King, Prep i ja sie­dzie­li­śmy na wieży ci­śnień i my­śle­li­śmy, że świat na­leży do nas.

Bo wtedy tak było.

A po­tem zja­wiła się Ti i po raz pierw­szy po­czu­łem się szczę­śliwy, gdy zo­ba­czy­łem jej uśmiech. Gdy po raz pierw­szy ją po­ca­ło­wa­łem. Gdy po raz pierw­szy po­sma­ko­wa­łem jej cipki przy ogni­sku. Gdy po raz pierw­szy po­zwo­liła mi wejść w sie­bie, bez wstydu od­da­jąc mi swoje dzie­wic­two w pa­lą­cej po­trze­bie, by stać się moją.

To wła­śnie tym była.

I za­wsze bę­dzie.

I za­biję każ­dego skur­wy­syna, który od­waży się spró­bo­wać mi ją za­brać.

Była moja.

ROZ­DZIAŁ 1

BEAR

W wieku 13 lat

Po­sze­dłem do ga­bi­netu mo­jego sta­ruszka, by po­wie­dzieć mu, że do­stawa, o którą py­tał przez ostatni mie­siąc, w końcu do­tarła. W chwili, gdy otwo­rzy­łem drzwi, na­tych­miast po­ża­ło­wa­łem tego, że nie za­pu­ka­łem. Chop opie­rał się ple­cami o wy­bla­kły zie­lony fo­tel sto­jący w ką­cie po­koju. Spodnie miał opusz­czone do ko­stek, a w dłoni trzy­mał piwo. Ru­do­włosa dziwka mo­to­cy­kli­stów o imie­niu Mil­lie lub Mal­lie, lub Jen­nie klę­czała mię­dzy jego no­gami, po­ru­sza­jąc głową w górę i w dół, ssąc jego fiuta.

– Cho­lera – wy­mam­ro­ta­łem, przy­po­mi­na­jąc so­bie, ja­kie do­sta­łem ka­za­nie ostat­nim ra­zem, gdy prze­szko­dzi­łem mu w przy­jem­no­ściach. Si­niak pod moim okiem znik­nął do­piero po dwóch mie­sią­cach, a po­tem oj­ciec ka­zał mi stać na war­cie przed bramą przez cały pie­przony mie­siąc.

Zła­pa­łem za klamkę i po­woli się wy­co­fy­wa­łem w na­dziei, że mnie nie za­uwa­żył.

Nie mia­łem jed­nak tyle szczę­ścia.

– Co ja ci, kurwa, mó­wi­łem? – wrza­snął.

Za­mar­łem.

– Je­steś głupi czy co? Pa­mię­tasz, co się stało ostat­nim ra­zem, gdy nie oka­za­łeś mi na­le­ży­tego sza­cunku? Mó­wi­łem ci, że masz pu­kać do drzwi, a ty wcho­dzisz tu­taj jak do swo­jego po­koju?

Dziew­czyna ode­rwała usta od jego fiuta z gło­śnym cmok­nię­ciem. Skrzy­wi­łem się.

– Nie prze­sta­waj, suko. Czy ja ci po­wie­dzia­łem, że masz, kurwa, prze­stać? – Chop zła­pał ją za tył głowy i zmu­sił, by znowu wzięła do ust jego fiuta.

– Prze­pra­szam, tato – wy­rwało mi się, a on znowu się wku­rzył.

– Tato? Tato! – Tym ra­zem szarp­nię­ciem od­su­nął głowę dziew­czyny od swo­ich ko­lan i od­rzu­cił ją na bok, a ona wy­lą­do­wała na bio­drze, krzy­wiąc się. Wstał, pod­cią­gnął spodnie i je za­piął, Jodi zaś wy­bie­gła przez drzwi. – Jak mia­łeś do mnie mó­wić, synu? – wark­nął Chop, sta­jąc przede mną. W jego od­de­chu wy­czu­wa­łem piwo.

– Sze­fie – od­po­wie­dzia­łem, wbi­ja­jąc wzrok w pod­łogę, tak jak mi kie­dyś ka­zał.

– Wła­śnie. Sze­fie. Mo­głeś mnie na­zy­wać tatą lub ta­tu­siem, gdy by­łeś dziec­kiem, ale już nie je­steś żad­nym pie­przo­nym dzie­cia­kiem – po­wie­dział. – Dla­czego masz mnie na­zy­wać sze­fem? – za­py­tał, wbi­ja­jąc mi pa­lec w pierś.

– Bo je­steś sze­fem – po­wie­dzia­łem, ce­dząc słowa, które ka­zał mi mó­wić, od­kąd ofi­cjal­nie sta­łem się pro­spec­tem, a on uznał, że ja­kimś cu­dem na­zy­wa­nie go ta­tu­siem jest oznaką braku sza­cunku.

– Bar­dzo do­brze, pro­spek­cie. Ja je­stem pie­przo­nym sze­fem, a nie twoim tatą czy ta­tu­siem, czy twoim sta­rusz­kiem. – Chop zła­pał mnie za ka­mi­zelkę i po­cią­gnął na ko­ry­tarz, a po­tem w stronę sa­lonu.

Kil­koro braci sie­działo na stoł­kach przy ba­rze. Po­zo­stali grali w bi­lard, za­kła­dali się, kto wy­gra, po­ło­żyw­szy stosy bank­no­tów na stole, co ozna­czało, że stawki były wy­so­kie.

Mimo to ich war­tość nie miała żad­nego zna­cze­nia, bo w chwili, gdy Chop wszedł do po­koju, wszy­scy odło­żyli kije i sku­pili się na nas. Sta­nął za mną i po­pchnął mnie w głąb po­koju. Wpa­dłem na stół i przy­trzy­ma­łem się go, by nie upaść, a przez to pie­nią­dze roz­sy­pały się po pod­ło­dze.

– Po­wiedz im. Po­wiedz swoim przy­szłym bra­ciom, kim je­stem, pro­spek­cie – na­ka­zał Chop, drwiąc ze mnie, jakby tylko cze­kał na to, aż pęknę.

By­łem wku­rzony, ale nie głupi. Mu­sia­łem tylko wy­trzy­mać jako pro­spect, bo gdy stanę się pra­wo­wi­tym człon­kiem klubu, bę­dzie mi mu­siał oka­zy­wać tro­chę sza­cunku.

A przy­naj­mniej taką mia­łem na­dzieję.

– On jest… – za­czą­łem, ale za­wa­ha­łem się, gdy za­uwa­ży­łem, że wszy­scy się na mnie pa­trzą.

– Kim je­stem, chłop­cze?! – wrza­snął mi do ucha, po­chy­liw­szy się. – I stój pro­sto, do cho­lery. Znam dziwki, które przez cały dzień klę­czą lub leżą, a stoją bar­dziej wy­pro­sto­wane od cie­bie. – Zła­pał w garść moje włosy i po­cią­gnął, że­bym się wy­pro­sto­wał.

– Sze­fem – po­wie­dzia­łem, tym ra­zem tro­chę gło­śniej, krzy­wiąc się, gdy da­lej cią­gnął mnie za włosy, jak­bym był pie­przoną ma­rio­netką, a on po­cią­gał za sznurki.

– Kim? – wark­nął jak sier­żant w woj­sku.

– Je­steś sze­fem! – krzyk­ną­łem, ma­jąc na­dzieję, że to wy­star­czy, by mnie pu­ścił i by to wszystko już się skoń­czyło. Tylko tego chcia­łem, gdy Chop się wście­kał, co ostat­nio zda­rzało się co­raz czę­ściej.

– A kim ty je­steś?

– Je­stem ni­kim. Je­stem tylko pro­spek­tem.

– A co z po­zo­sta­łymi? – na­ci­skał Chop, a mnie za­drżały ręce. Mój strach po­woli zmie­niał się w gniew. Ode­tchną­łem głę­boko kilka razy, by go stłu­mić. Wie­dzia­łem, że je­śli wy­buchnę, nic do­brego z tego nie wy­nik­nie.

Przy­po­mnij so­bie ostatni raz. Za­cho­waj spo­kój. Jesz­cze tylko kilka mi­nut, po­wie­dzia­łem so­bie.

– Po­wiedz im, co ci ka­za­łem po­wie­dzieć, ty mały gnoju. Po­wiedz im, co po­wi­nie­neś już wie­dzieć. Naj­wy­raź­niej cią­gle o tym za­po­mi­nasz i oka­zu­jesz mi brak sza­cunku.

Spoj­rza­łem na męż­czyzn, któ­rzy wy­glą­dali na roz­ba­wio­nych, uśmie­chali się i sztur­chali łok­ciami, jakby oglą­dali ja­kiś ka­ba­ret. Tylko si­wo­włosy męż­czy­zna sto­jący z tyłu grupy się nie śmiał, a na­wet wy­glą­dał tak, jakby mi współ­czuł, cho­ciaż wie­dzia­łem, że brat nie współ­czułby pro­spec­towi.

Od­chrząk­ną­łem.

– Je­stem pro­spec­tem w naj­lep­szym klu­bie mo­to­cy­klo­wym na Flo­ry­dzie – wy­ce­dzi­łem przez zęby. – W klu­bie Be­ach Ba­stards. Nie je­stem sy­nem, nie mam ojca. Je­stem żoł­nie­rzem w ar­mii wy­ję­tych spod prawa i ni­kim wię­cej.

Chop mruk­nął z za­do­wo­le­niem.

– Mam na­dzieję, że to ci dało na­uczkę, bo naj­wy­raź­niej nie po­tra­fi­łeś po­jąć wcze­śniej tego, że nie po­trze­buję i nie chcę mieć syna. Po­trze­buję tylko do­brego żoł­nie­rza. – Chop pu­ścił moją ka­mi­zelkę i po­pchnął mnie na ko­lana. Kop­nął mnie w kość ogo­nową, a ja upa­dłem na pod­łogę, ude­rza­jąc po­licz­kiem o biało-czarne li­no­leum. – Do­ro­śnij, kurwa, i za­cznij oka­zy­wać mi pie­przony sza­cu­nek, za­nim wy­ślę cię w to samo miej­sce, w które wy­sła­łem twoją matkę dziwkę.

Chop wy­mie­nił spoj­rze­nia z męż­czy­zną o si­wych wło­sach, a po­tem wy­padł z po­koju. Po­zo­stali bra­cia wró­cili do pi­cia i gra­nia, jakby ta scena w ogóle się nie wy­da­rzyła.

Si­wo­włosy męż­czy­zna przy­klęk­nął i wy­cią­gnął do mnie rękę, a ja po­sła­łem mu spoj­rze­nie, które mu­siało wy­ra­żać do­kład­nie to, co my­śla­łem. Czy to ja­kaś sztuczka? Za­śmiał się, zła­pał mnie za rękę i po­cią­gnął do góry. Przy­ło­ży­łem dłoń do pul­su­ją­cego po­liczka i z czer­wo­nej plamy na bia­łym kwa­dra­cie na pod­ło­dze wy­wnio­sko­wa­łem, że krwa­wię.

– Kie­dyś bę­dzie le­piej – po­wie­dział, kle­piąc mnie mocno po ple­cach.

– Se­rio? – za­py­ta­łem, bo na­prawdę chcia­łem wie­dzieć. Po­trze­bo­wa­łem wie­dzieć. Wi­dzia­łem to, co mieli bra­cia, i też tego chcia­łem. Im­prezy. Dziew­czyny. Za­rą­bi­ste mo­to­cy­kle.

Odro­bina pie­przo­nego sza­cunku.

Ale w tym mo­men­cie mu­sia­łem wie­dzieć, czy to, przez co każe mi prze­cho­dzić Chop, kie­dyś się opłaci.

– Ja­sne, dzie­ciaku. Je­stem Jo­ker – po­wie­dział, pro­wa­dząc mnie do baru.

– Jo­ker? – za­py­ta­łem. – Je­steś ko­mi­kiem czy kimś w tym stylu?

– Nie, po pro­stu bar­dzo lu­bię filmy z Bat­ma­nem, ale Bat­man nie był do­brą ksywą, więc za­częli mnie na­zy­wać Jo­ker. – Za­śmiał się i upił łyk piwa. – I tak za­wsze wo­la­łem czarne cha­rak­tery. – Dał znać dziew­czy­nie za ba­rem, by po­dała jesz­cze dwie bu­telki. Pod­su­nął mi jedną z nich.

– Nie wi­dzia­łem cię tu wcze­śniej – po­wie­dzia­łem i wzią­łem łyk. To nie było moje pierw­sze piwo. – Znam wszyst­kich, któ­rzy tu przy­cho­dzą.

Wzru­szył ra­mio­nami.

– Stwier­dzi­łem, że skoro na­sze kluby chwi­lowo się ze sobą przy­jaź­nią i mamy coś ra­zem do za­ła­twie­nia, to przyjdę was spraw­dzić – po­wie­dział, ob­ra­ca­jąc się, bym mógł zo­ba­czyć jego ka­mi­zelkę z na­szywką Wolf War­riors.

– Czy w twoim klu­bie też trak­tuje się pro­spek­tów jak gówno? – za­py­ta­łem, sia­da­jąc na stołku. Wy­bra­łem ten, który już zo­stał pod­wyż­szony, że­bym nie mu­siał się ośmie­szać i go pod­no­sić. Może i by­łem po­dobny do ojca tak, jakby zdjął z niego skórę, łącz­nie z blond wło­sami i tymi śmiesz­nymi pie­gami, ale w wieku trzy­na­stu lat by­łem o po­nad po­łowę niż­szy od niego.

– Ja­sne, że tak – po­wie­dział ze śmie­chem i upił piwa. Po­chy­lił się i do­dał ci­szej: – Ale nie trak­tu­jemy tak na­szych sy­nów. Ro­dzina jest wszyst­kim. Za­pa­mię­taj to, dzie­ciaku. Ro­dzina jest tym, o co cho­dzi w ca­łym tym gów­nie –po­wie­dział Jo­ker, wska­zu­jąc bu­telką piwa na wszyst­kich wo­kół.

Do­koń­czy­łem piwo, wsta­łem i od­sta­wi­łem swoją na bar.

– Cóż, sły­sza­łeś szefa. Nie je­stem jego sy­nem.

Ru­szy­łem do wyj­ścia, bo moja zmiana przy bra­mie za­raz miała się za­cząć, ale Jo­ker po­wie­dział coś, przez co za­mar­łem i się od­wró­ci­łem:

– Kiedy przej­miesz wła­dzę, zmie­nisz to. Masz to we krwi. Wszystko na­pra­wisz. Wiem o tym. Wie­rzę w cie­bie.

Zmarsz­czy­łem nos.

– Po­wiedz jesz­cze raz, kim ty w ogóle je­steś – zwró­ci­łem się do ob­cego, który naj­wy­raź­niej wie­dział, kim by­łem i co mi zo­stało prze­zna­czone.

– Je­stem tylko mo­to­cy­kli­stą, który was od­wie­dził, młody. – Po­kle­pał mnie po­cie­sza­jąco po ra­mie­niu. Przyj­rzał mi się w za­my­śle­niu i po­ki­wał głową, jakby utwier­dził się w ja­kimś prze­ko­na­niu, a po­tem wy­szedł.

I ni­gdy wię­cej go nie wi­dzia­łem.

ROZ­DZIAŁ 2

BEAR

W nocy od ścian cel od­bi­jały się echa krzy­ków współ­więź­niów. Więk­szość z tych go­ści za dnia była twar­dzie­lami, a w nocy zmie­niała się w bez­u­ży­teczną papkę. Wy­glą­dało na to, że gdy ga­sną świa­tła, można się nad sobą uża­lać.

Ale ja tak nie ro­bi­łem.

W swo­jej grze by­łem za­równo gra­czem, jak i roz­da­ją­cym karty. Do­kład­nie wi­dzia­łem, ja­kie mam karty, za­nim inni je zo­ba­czyli.

Szcze­gól­nie je­śli cho­dziło o Ti.

Bo­lało mnie wspo­mnie­nie wy­razu jej twa­rzy, gdy za­ło­żyli mi kaj­danki. My­ślała, że były prze­zna­czone dla niej. Jej mina wy­ra­żała zdez­o­rien­to­wa­nie, a oczy wy­szły na wierzch w za­sko­cze­niu. Kiedy za mną za­wo­łała, jesz­cze nie od­wró­ci­łem się, my­śląc, że ni­gdy nie wy­ba­czy mi mo­jego po­stę­po­wa­nia. Ale w końcu zro­bi­łem to, bo nie wie­dzia­łem, kiedy znowu ją zo­ba­czę. Nie spo­dzie­wa­łem się, że wsko­czy na mnie i przy­ci­śnie swoje pełne ró­żowe usta do mo­ich.

Co za usta.

My­śla­łem, że roz­łąka z nią sprawi, że za­po­mnę. Nie o niej, ale o tych wszyst­kich ma­łych szcze­gó­łach. O rze­czach, przez które fa­cet może zwa­rio­wać, gdy nie jest mu dane być z osobą, któ­rej pra­gnie naj­bar­dziej. My­śla­łem, że z cza­sem jej piękna twarz za­cznie za­cho­dzić mgłą i trud­niej mi bę­dzie ją so­bie wy­obra­zić. Że może za­po­mnę, jak nie­sa­mo­wi­cie pach­niała.

Za­po­mnę o jej de­li­kat­nych ję­kach.

O tym, jak jej po­liczki czer­wie­niły się, gdy za­raz miała dojść.

Ale nie. Tak się nie stało.

Tak na­prawdę pa­mię­ta­łem wszystko i to bar­dzo wy­raź­nie. Im dłu­żej o niej my­śla­łem, tym wię­cej szcze­gó­łów so­bie przy­po­mi­na­łem.

Mia­łem bar­dzo dużo wol­nego czasu, więc te­raz w my­ślach wi­dzia­łem ją le­piej, niż gdyby stała przede mną. Przy­po­mnia­łem so­bie to, jak prze­no­siła cię­żar z jed­nej nogi na drugą, kiedy czuła się nie­zręcz­nie. I to, jak przy­gry­zała kciuk, gdy się de­ner­wo­wała.

Ni­gdy wcze­śniej nie po­trze­bo­wa­łem tego, by ja­kaś la­ska była moja. Ale kiedy spró­bo­wa­łem jej przy ogni­sku, wie­dzia­łem, że nie bę­dzie dla mnie od­wrotu. Już ni­gdy. Gdy po raz pierw­szy upra­wia­li­śmy seks w cię­ża­rówce, przy­się­gam, że w gło­wie sły­sza­łem skan­do­wa­nie: „moja”, kiedy wcho­dzi­łem i wy­cho­dzi­łem z jej nie­sa­mo­wi­tej cipki.

Je­śli sku­pię się wy­star­cza­jąco mocno, wciąż mogę po­czuć na so­bie jej za­pach.

Czę­sto mu­sia­łem przy­po­mi­nać swo­jemu fiu­towi o tym, gdzie się znaj­do­wa­li­śmy i o gro­żą­cym nam nie­bez­pie­czeń­stwie, bo ła­two było za­tra­cić się we wspo­mnie­niach. My­śleć o jej na­go­ści. Ru­chach. Dy­sze­niu.

Kurwa.

***

Cho­ciaż ła­two po­grą­żyć się we wspo­mnie­niach o niej, trudno za­po­mnieć o nie­bez­pie­czeń­stwie, które cza­iło się za każ­dym ro­giem. W żad­nej celi nie było bez­piecz­nie. Na żad­nym ko­ry­ta­rzu. W żad­nej ła­zience. Na­wet na po­dwórku.

Kiedy Be­thany po­wie­działa mi, że mają wy­star­cza­jąco do­wo­dów, by aresz­to­wać Ti, nie za­mie­rza­łem im na to po­zwo­lić i bez na­my­słu zgo­dzi­łem się za­jąć jej miej­sce. To tylko ko­lejny po­wód, by się pil­no­wać i być przy­go­to­wa­nym na to, że każdy Ba­stard, który my­śli, że może tu przyjść i mnie wy­koń­czyć, sam skoń­czy mar­twy. Ale to i tak nie miało zna­cze­nia. Li­czyło się to, że Ti tu nie tra­fiła.

Nie by­łem w sta­nie spać, więc opar­łem się o kraty celi. Po dru­giej stro­nie, wy­soko na ścia­nie, znaj­do­wało się okno, je­dyne w tej czę­ści wię­zie­nia. Wi­dzia­łem peł­nię księ­życa, czę­ściowo za­sło­niętą przez mgli­ste chmury. To je­dyny sym­bol wol­no­ści, który będę wi­dzieć jesz­cze przez długi czas.

Je­śli w ogóle uda mi się stąd wyjść.

Nie­długo po moim aresz­to­wa­niu pro­ku­ra­tor ogło­sił, że będą ubie­gać się dla mnie o karę śmierci.

Chmury się prze­su­nęły i świa­tło księ­życa oświe­tliło moją celę jak re­flek­tor. Co dziwne, pa­dło na graf­fiti znaj­du­jące się na ścia­nie nad to­a­letą.

Ktoś na­pi­sał tam gru­bym mar­ke­rem słowa: „BE­ACH BA­STARDS, LO­GAN’S BE­ACH”.

Wes­tchną­łem. Cho­ciaż to tylko na­pis, to na­wet w mo­jej pie­przo­nej celi nie mo­głem przed nimi uciec. Na ra­zie.

Kie­dyś Be­ach Ba­stards zna­czyli dla mnie wię­cej niż klub mo­to­cy­klowy, a na­wet wię­cej niż dom. Byli braćmi, któ­rych zwią­zała lo­jal­ność. Kie­dyś nic dla mnie nie mo­gło się rów­nać z po­czu­ciem przy­na­leż­no­ści do cze­goś więk­szego i bar­dziej zna­czą­cego niż ja sam. Cze­goś, w co wie­rzy­łem ca­łym sobą.

Po opusz­cze­niu klubu ni­gdy nie są­dzi­łem, że znowu po­czuję coś ta­kiego, ale się my­li­łem. Cho­ciaż te­raz wy­glą­dało to tro­chę ina­czej. Za­miast skóry i ta­tu­aży mia­łem ko­goś o nie­wy­pa­rzo­nym ję­zyku i ciele, które chcia­łem pie­ścić przez każdą se­kundę każ­dego dnia.

Kiedy by­łem człon­kiem Be­ach Ba­stards, ży­łem i od­dy­cha­łem dla na­szego ko­deksu – fun­da­mentu, na któ­rym zo­stał zbu­do­wany klub.

Ko­deks za­pew­niał, że cho­ciaż bra­cia w od­we­cie mogą ci wy­rwać gałki oczne, to nie za­biją two­jej żony i two­ich dzieci.

Nie można krzyw­dzić nie­win­nych.

A po­tem Chop po­ło­żył łapę na mo­jej dziew­czy­nie.

Na mo­jej Thii.

Be­ach Ba­stards przy­po­mi­nali te­raz bar­dziej or­ga­ni­za­cję ter­ro­ry­styczną, która nie wy­zna­wała lo­jal­no­ści, tylko słu­chała roz­ka­zów po­cho­dzą­cych od apo­dyk­tycz­nego, bez­dusz­nego ty­rana. Moi bra­cia byli kie­dyś żoł­nie­rzami, ale gdzieś po dro­dze zmie­nili się w po­słuszne psy trzy­mane przez Chopa na krót­kiej smy­czy. Stali się ban­dy­tami od­wa­la­ją­cymi brudną ro­botę, pod­pi­su­ją­cymi się w ce­lach, w któ­rych prze­sia­dy­wali, i ma­ją­cymi gdzieś do­bro klubu.

Już nie ist­nieje coś ta­kiego jak do­bro klubu.

Bra­ter­stwo rów­nież znik­nęło, a jego miej­sce za­jęła dyk­ta­tura opły­wa­jąca w mo­to­cy­klowy olej i kłam­stwa, spo­wita skórą.

Kiedy zdją­łem swoją ka­mi­zelkę, już nie wie­dzia­łem, kim je­stem. Męż­czy­zna we mnie za­gu­bił się, bo przez wiele lat my­ślał, że jego stary to ja­kimś cu­dem ktoś wię­cej niż tylko zwy­kły śmier­tel­nik, dla­tego że trzy­mał swój mło­tek i roz­ka­zy­wał.

Tak było, póki nie zja­wiła się Ti. To dzięki niej zro­zu­mia­łem, że nie mu­szę na­le­żeć do klubu, by być mo­to­cy­kli­stą.

Że mogę żyć i mogę jeź­dzić.

Że mogę ko­chać i mogę za­bi­jać.

Ci dwaj we mnie – męż­czy­zna i mo­to­cy­kli­sta – strzelą Cho­powi w łeb i za­koń­czą to wszystko, bo wiem, że on nie od­pu­ści, do­póki mnie nie za­bije.

– Ty bę­dziesz pierw­szy, sta­ruszku – wy­mam­ro­ta­łem do sie­bie.

Ko­deks mó­wił, że brat nie może za­bić brata.

Na szczę­ście ja już nie je­stem człon­kiem klubu, bo gdy –lub je­śli – wy­do­stanę się z tej celi, krzywda, jaką wy­rzą­dzili mi Eli i jego pizdy, przy tym, co za­mie­rzam zro­bić mo­jemu sta­rusz­kowi, bę­dzie wy­glą­dać jak zwy­kła za­bawa.

Jest jesz­cze kwe­stia tego, że moja matka na­gle wró­ciła z kra­iny zmar­łych.

Sa­die.

Moja matka miała na imię Sa­die Treme. Z ja­kie­goś po­wodu nie pa­mię­ta­łem o tym, do­póki nie usia­dłem przed nią w po­koju wi­zyt, za­sta­na­wia­jąc się, ja­kim cu­dem żyje.

Ta suka mo­gła cho­ciaż wy­świad­czyć mi przy­sługę i po­zo­stać mar­twa.

Nie ufa­łem jej.

Mia­łem wy­star­cza­jąco dużo wła­snych pro­ble­mów i nie mu­sia­łem się mar­twić ko­bietą, która mnie uro­dziła i wró­ciła do świata ży­wych.

Przez te wszyst­kie lata nie­czę­sto po­zwa­la­łem so­bie o niej my­śleć. Chop mó­wił, że była zdraj­czy­nią, więc w to uwie­rzy­łem. W klu­bie nie ma miej­sca dla kre­tów, i nie ma go rów­nież w świe­cie ży­wych.

– Gdy zła­pie się kreta, nie można dać mu dru­giej szansy. Jest szkod­ni­kiem, a je­dyny do­bry kret to mar­twy kret –po­wie­dział tak, gdy przy­ła­pał Sa­die na ucieczce z Lo­gan’s Be­ach, sie­dząc ze mną na tyl­nym sie­dze­niu, kilka go­dzin przed tym, jak za­cią­gnął ją do lasu i za­bił ni­czym pie­przo­nego dzi­kiego psa.

Co dziwne, nie pa­mię­tam, że­bym wtedy pła­kał. Syn po­wi­nien pła­kać, gdy jego matka umrze, prawda? Wy­si­la­łem umysł, pró­bu­jąc so­bie przy­po­mnieć cho­ciaż jedną łzę, ale nie zna­la­złem ta­kiego wspo­mnie­nia.

Pa­mię­ta­łem jed­nak inne rze­czy, jak na przy­kład to, że wów­czas jej brą­zowe włosy nie­mal do­ty­kały ta­lii. Albo to, jak jej piwne oczy roz­świe­tlały się, kiedy mój stary po­świę­cił jej cho­ciaż tro­chę uwagi. Pa­mię­ta­łem, że ni­gdy nie ma­lo­wała oczu, ale jej usta za­wsze były krwi­sto­czer­wone. Przy­po­mniało mi się też, że ni­gdy nie śpie­wała mi ko­ły­sa­nek, ale za­wsze nu­ciła me­lo­die pio­se­nek Ta­nyi Tuc­ker i Way­lona Jen­ningsa.

Te wspo­mnie­nia nie mo­gły do­ty­czyć tej sa­mej Sa­die, która sie­działa przede mną w po­koju od­wie­dzin. Nie, ko­bieta, która wy­krę­cała so­bie palce ze zde­ner­wo­wa­nia i cią­gle pa­trzyła na swoje ko­lana, była tylko sko­rupą wol­nego du­cha, który kie­dyś tań­czył do pio­senki Wil­liego Nel­sona, nie­ustan­nie pusz­cza­nej na klu­bo­wej sza­fie gra­ją­cej.

Żyła i od­dy­chała, ale była ja­kaś dziwna. Może to przez te za­pad­nięte po­liczki lub bladą cerę. A może cho­dziło o to, że spra­wiała wra­że­nie po­ko­na­nej. Za­czą­łem się za­sta­na­wiać, czy mój stary rze­czy­wi­ście w pe­wien spo­sób jej nie za­bił.

Sa­die i Chop zo­stali parą, gdy miała tylko szes­na­ście lat. Ucie­kła z domu i stała się klu­bową dziwką. Znik­nęła pięć lat po mo­ich na­ro­dzi­nach i tyle.

A jed­nak tu była. Nie­mal dwa­dzie­ścia pięć lat póź­niej sie­działa na­prze­ciwko mnie, przy­glą­da­jąc mi się z otwar­tymi ustami, jak­bym to ja był du­chem, który sie­dzi przy tym pie­przo­nym stole.

– Co ty tu­taj ro­bisz? – za­py­ta­łem, nie wie­dząc, co in­nego mógł­bym po­wie­dzieć ani czy w ogóle chcę z nią roz­ma­wiać.

– Szcze­rze? My­śla­łam, że wiem, a gdy tu przy­szłam, oka­zało się, że jed­nak nie mam po­ję­cia – po­wie­działa sła­bym gło­sem, za­gry­za­jąc wargę i pa­trząc wszę­dzie, byle nie na mnie.

– My­śla­łem, że nie ży­jesz – od­par­łem, stwier­dza­jąc to, co oczy­wi­ste.

Po­ki­wała głową.

– Ja też tak my­śla­łam. Oka­zuje się, że się my­li­łam.

– Co masz przez to na my­śli? – By­łem już zmę­czony nie­kon­kret­nymi od­po­wie­dziami, tym bar­dziej że przez nie na­su­wało mi się jesz­cze wię­cej py­tań.

– To, że twój oj­ciec po­cią­gnął za spust i my­śla­łam, że umar­łam. By­łam za­sko­czona tym, że żyję, tak samo jak ty te­raz. I zo­sta­łam gdzieś za­mknięta. – Zła­pała grzbiet nosa dwoma pal­cami. – Nie znam szcze­gó­łów. Ucie­kłam, ale tak na­prawdę na­wet nie pa­mię­tam jak. Gdy tylko mój umysł za­czął się roz­ja­śniać, po­sta­no­wi­łam cię od­szu­kać.

– My­ślisz, że Chop prze­trzy­my­wał cię gdzieś przez ten cały czas?

Sa­die po­ki­wała głową.

– Tak, ale nie wiem gdzie.

– Jak to, kurwa, moż­liwe, że przez dwa­dzie­ścia lat nie wie­dzia­łaś, gdzie je­steś? Nie są­dzisz, że to tro­chę po­je­bane?

Sa­die po­ło­żyła rękę na stole wnę­trzem dłoni do góry i pod­cią­gnęła rę­kaw. Jej przed­ra­mię po­kry­wały małe, okrą­głe bli­zny, od ró­żo­wych po białe.

– Wiem, że to nie­wia­ry­godne – po­wie­działa, w końcu pa­trząc mi w oczy. – Ale taka jest prawda.

– Po­wiedzmy, że tak jest. Ale na­dal po­zo­staje py­ta­nie, dla­czego on to w ogóle zro­bił – wy­tkną­łem. – Chop za­wsze ma ja­kiś po­wód, na­wet naj­bar­dziej po­pie­przony. A to? –za­py­ta­łem, wska­zu­jąc na jej ra­mię. Ob­cią­gnęła rę­kaw. –Ja­koś ża­den po­wód nie przy­cho­dzi mi na myśl.

– W tej chwili nie ma zna­cze­nia, dla­czego to się stało, Abel. To już nie jest ważne. Szu­ka­nie od­po­wie­dzi nie po­zwala mi pójść na­przód.

– A więc dla­czego jesz­cze tego nie zro­bi­łaś? Po co tu przy­szłaś? My­ślisz, że Chop nie do­wie się, że tu by­łaś? On ma swo­ich lu­dzi wszę­dzie. A może za­po­mnia­łaś o tym, bo przez dwa­dzie­ścia pięć lat ży­łaś w za­mknię­ciu, na­ćpana? –po­wie­dzia­łem sar­ka­stycz­nie, kpiąc z jej nie­wia­ry­god­nej hi­sto­rii. Ta suka mo­gła być ćpunką, która nie­dawno prze­szła od­wyk i po pro­stu chciała mieć ja­kąś wy­mówkę na swoją nie­obec­ność w moim ży­ciu, która trwała pra­wie trzy de­kady.

Dzyń, dzyń, skur­wielu. Chop ją po­strze­lił. Wró­ciła. Po­wie­działa wszyst­kim, że była mar­twa. Jak dla mnie wy­gląda na żywą, więc je­śli na­wet jej hi­sto­ria nie jest praw­dziwa, to twój stary i tak ma­czał w tym palce, wtrą­cił się duch Preppy’ego. Od­kąd po­zna­łem Ti, sły­sza­łem go rza­dziej, ale cie­szy­łem się, że ten mały su­kin­kot wciąż jest przy mnie. Opar­łem łok­cie na stole i za­kry­łem usta rę­kami, by ukryć uśmiech.

Preppy miał ra­cję, ale w ża­den spo­sób nie do­wiem się, czy Sa­die po­wie­działa prawdę. Dłu­gie tor­tury są w stylu Chopa, ale dla­czego miałby kła­mać w kwe­stii matki? W tej hi­sto­rii cho­dziło o coś wię­cej, jed­nak nie wie­dzia­łem, czy Sa­die kła­mała, czy na­prawdę nic nie pa­mię­tała.

Od­chrząk­nęła, a ja sku­pi­łem wzrok na jej dłu­gich wło­sach, które okrę­cała wo­kół dłoni. Wy­glą­dały na tro­chę dłuż­sze niż te z mo­jego wspo­mnie­nia, się­gały ta­lii i były nie­mal czarne, z si­wymi pa­smami. Zmarszczki wo­kół jej oczu się po­głę­biły, nie miała czer­wo­nej szminki na ustach ani żad­nego in­nego ma­ki­jażu.

– Wpi­sa­łam się na li­stę od­wie­dza­ją­cych, uży­wa­jąc in­nego na­zwi­ska. Poza tym po wyj­ściu stąd zniknę. Na za­wsze. Po pro­stu… mu­sia­łam tu przyjść. Tak my­ślę. Mu­sia­łam cię naj­pierw zo­ba­czyć, za­nim odejdę na do­bre. – Za­częła sku­bać pa­znok­cie.

Już nie mu­sia­łem ukry­wać uśmie­chu, bo znik­nął tak szybko, jak się po­ja­wił.

– Czego się spo­dzie­wa­łaś? Że cię przy­tulę i po­wiem: „Tę­sk­ni­łem za tobą, ma­mu­siu”? – Opar­łem się na krze­śle i skrzy­żo­wa­łem ra­miona na piersi.

Prze­su­nęła pal­cem po dłu­giej, nie­wy­raź­nej bliź­nie na czole, która prze­ci­nała li­nię jej wło­sów. Po­krę­ciła głową.

– Nie, nie po to cię od­wie­dzi­łam. Przyj­ście tu­taj było sa­mo­lubne z mo­jej strony, ale mu­sia­łam to zro­bić. Mu­sia­łam ci po­wie­dzieć, jaką krzywdę mi wy­rzą­dził. Mu­sisz wie­dzieć, co z niego za czło­wiek.

– Do­sko­nale wiem, ja­kim czło­wie­kiem jest mój oj­ciec –po­wie­dzia­łem, po­chy­la­jąc się w jej stronę.

Sa­die po­ru­szyła się nie­spo­koj­nie na krze­śle.

– My­ślę, że on na­prawdę to zro­bił. Utrzy­my­wał mnie przy ży­ciu, bo uwa­żał, że zdra­dzi­łam klub, ale tak nie było. Może my­ślał, że śmierć nie jest wy­star­cza­jącą karą. Za­bi­cie mnie by mu nie wy­star­czyło, chciał ode­brać mi ży­cie i spra­wić, że będę cier­piała bez końca. – Sa­die po­cią­gnęła no­sem, a ja za­uwa­ży­łem, że jej oczy zro­biły się wil­gotne. – Wiesz co? Mo­dlę się do Boga, że­bym ni­gdy nie przy­po­mniała so­bie, co tak na­prawdę się stało. Mo­dlę się o to, by to już za­wsze po­zo­stało ta­jem­nicą. – Od­su­nęła krze­sło od stołu, szu­ra­jąc nim po li­no­leum, ale nie wstała. – Bo coś mi mówi, że nie zro­bił mi nic do­brego. – Otarła po­li­czek wierz­chem dłoni i na­gle po­wró­ciło jej pu­ste spoj­rze­nie. Prze­stała po­cią­gać no­sem.

– Po co to prze­bra­nie? – za­py­ta­łem, wska­zu­jąc na ja­sno­nie­bie­ski far­tuch, który miała na so­bie.

Spoj­rzała na niego i zła­pała za ma­te­riał.

– Je­śli ktoś bę­dzie py­tać o two­jego go­ścia, je­śli Chop się do­wie, mam na­dzieję, że dzięki temu będą szu­kać pie­lę­gniarki.

– Po co w ogóle tak ry­zy­ko­wa­łaś?

Sa­die zi­gno­ro­wała moje py­ta­nie. Wes­tchnęła i spoj­rzała mi w twarz.

– Masz jego oczy – po­wie­działa, przy­glą­da­jąc się im. Po­ru­szy­łem się nie­spo­koj­nie na twar­dym pla­sti­ko­wym krze­śle. – Bar­dzo go przy­po­mi­nasz. Tuż po po­ro­dzie mia­łam na­wet wra­że­nie, że je­steś nim.

– Nie je­stem taki jak on – wark­ną­łem.

– Ale tra­fi­łeś do wię­zie­nia – opo­no­wała.

– Zna­la­złem się tu­taj, bo tak wy­bra­łem. Nie pró­buj tego prze­ina­czać w tym swoim na­ćpa­nym umy­śle. Nie znasz mnie. Nie wiesz, ja­kich złych rze­czy się do­pu­ści­łem. Ale nie wiesz też, na­wet so­bie nie wy­obra­żasz, co do­brego zro­bi­łem.

– Zro­bi­łeś to dla dziew­czyny – po­wie­działa. To nie było py­ta­nie. Ką­cik jej ust uniósł się w uśmie­chu.

– A je­śli tak, to co?

– To zna­czy, że może jed­nak je­steś czło­wie­kiem – wy­tknęła. Wy­glą­dała na roz­luź­nioną, jakby nowe od­kry­cie ją usa­tys­fak­cjo­no­wało. – Bez wąt­pie­nia masz to po mnie i mo­jej ro­dzi­nie.

– Ro­dzi­nie? – za­py­ta­łem, pry­cha­jąc, gdy usły­sza­łem swo­bodny ton, ja­kim wy­po­wie­działa to słowo, któ­rego na­wet nie ro­zu­miała.

– Ja je­stem twoją ro­dziną – od­parła. – Po pro­stu chcia­łam…

– Już mam ro­dzinę – prze­rwa­łem jej. – Ty nie masz prawa nią być.

– Mó­wisz o An­drii? – za­py­tała.

Nie po­do­bał mi się spo­sób, w jaki wy­po­wie­działa imię mo­jej przy­rod­niej sio­stry, jakby ją ono obrzy­dzało. An­dria na­le­żała do mo­jej ro­dziny, cho­ciaż nie wi­dzia­łem jej od lat. Była wy­ni­kiem prze­lot­nego ro­mansu Chopa z kel­nerką z Geo­r­gii. An­dria po­winna dzię­ko­wać wszech­świa­towi, że nie uro­dziła się jako chło­piec, bo mam prze­czu­cie, że gdyby jed­nak uro­dziła się z fiu­tem, to no­si­łaby te­raz ka­mi­zelkę tak jak ja.

– Tak, ale nie o niej mó­wi­łem.

Znowu wbiła wzrok w swoje ko­lana.

– Mój Abel. Mój chło­piec. My­ślę, że po­win­ni­śmy…

– McA­dams! – za­grzmiał głę­boki głos. – Ko­niec czasu. Wsta­waj – na­ka­zał straż­nik. Po­cią­gnął za opar­cie mo­jego krze­sła, zmu­sza­jąc mnie do po­słu­szeń­stwa.

– Mu­sisz wie­dzieć, że ja już nie na­leżę do gangu Be­ach Ba­stards – po­wie­dzia­łem do du­cha mo­jej matki. – Zdją­łem ka­mi­zelkę i rzu­ci­łem ją pod nogi tego skur­wiela. Może nie je­stem po­two­rem, ale je­stem mar­twym czło­wie­kiem, więc to chyba do­brze, że przy­szłaś się ze mną zo­ba­czyć, na­wet je­śli nie wiesz, dla­czego to zro­bi­łaś. – Wsta­łem, szu­ra­jąc pla­sti­ko­wym krze­słem. Za­sko­czy­łem ją, bo spoj­rzała na mnie tymi du­żymi piw­nymi oczami peł­nymi smutku i na­iw­no­ści, jakby wciąż była na­sto­latką, która uro­dziła mnie nie­mal trzy­dzie­ści lat temu. – Przyj­rzyj mi się do­brze, póki jesz­cze mo­żesz, mamo – po­wie­dzia­łem, pod­kre­śla­jąc ostat­nie słowo i roz­kła­da­jąc ręce tak sze­roko, jak po­zwo­liły mi na to kaj­danki. – Bo to może być twój ostatni raz.

Straż­nik po­cią­gnął za łań­cuch łą­czący moje kaj­dany i od­cią­gnął mnie od Sa­die.

Od mo­jej matki. Na­wet my­śle­nie o niej jako matce było nie­wła­ści­wie.

Zro­zu­mia­łem wtedy, że ja już mam matkę, mimo że tak się do niej nie zwra­cam, i tylko ona za­słu­guje na ten ty­tuł.

– Och – krzyk­ną­łem do Sa­die po­nad ra­mie­niem. – Mo­żesz znik­nąć, bo ja już mam mamę. Na imię jej Grace.

– Grace? – za­py­tała Sa­die, wy­glą­da­jąc na tak zdez­o­rien­to­waną, jak ja, gdy ją tu zo­ba­czy­łem.

Straż­nik wy­pro­wa­dził mnie z po­koju i za­cią­gnął do celi. Nie wiem, dla­czego czu­łem po­trzebę, by oka­zać jej taką nie­na­wiść, ale może to dla­tego, że wró­ciła, a jej pierw­szym in­stynk­tem była ucieczka. Może dla­tego, że nie­za­leż­nie od wszyst­kiego, fak­tem po­zo­sta­wało, że po­zwo­liła Cho­powi się znisz­czyć.

Jedna rzecz była pewna – nie­za­leż­nie od tego, co ten skur­wy­syn mi zro­bił, ja się nie dam znisz­czyć.

ROZ­DZIAŁ 3

BEAR

Trzy­dzie­ści mi­nut po wi­zy­cie Sa­die wy­sze­dłem na po­dwórko. My­śla­łem o na­szej roz­mo­wie do­ty­czą­cej ro­dziny i wtedy coś do mnie do­tarło.

Mar­twi nie mają ro­dzin.

Na­gle ude­rzyła mnie myśl, jak kula pro­sto w serce (do czego już kilka razy pra­wie do­szło), że ni­gdy nie będę mieć ro­dziny z Ti, ni­gdy nie zo­ba­czę, jak nosi moje dziecko.

Za­krę­ciło mi się w gło­wie od tej nie­chcia­nej my­śli i nie ob­ser­wo­wa­łem już po­dwórka w po­szu­ki­wa­niu po­ten­cjal­nych za­gro­żeń, jak po­wi­nie­nem był ro­bić. Je­dy­nym człon­kiem klubu, któ­rego spo­tka­łem, od­kąd mnie tu za­mknięto, był Corp, ale bio­rąc pod uwagę stan, w ja­kim go zo­sta­wi­łem, wie­dzia­łem, że przez ja­kiś czas nie bę­dzie dla mnie za­gro­że­niem.

I nie bę­dzie też mógł jeść bez po­mocy słomki.

Ale oni nad­cho­dzili. Wie­dzia­łem o tym do­sko­nale. Nie­mal czu­łem to w po­wie­trzu.

– Wy­glą­dasz, jak­byś po­trze­bo­wał jed­nego – ode­zwał się ktoś za mną.

Otrzą­sną­łem się z my­śli o Ti i zo­ba­czy­łem czar­nego go­ścia mniej wię­cej o moim wzro­ście, ale dwa razy więk­szego. Jego kom­bi­ne­zon był roz­darty w oko­licy koł­nie­rza i ra­mion, by zro­bić miej­sce dla jego na­pa­ko­wa­nych mię­śni.

– Dzięki – po­wie­dzia­łem nie­pew­nie, się­ga­jąc po pa­pie­rosa, gdy wy­cią­gnął paczkę w moją stronę. Stwier­dzi­łem, że gdyby ten fa­cet zo­stał tu przy­słany, by mnie za­bić, to już by to zro­bił. Pew­nie wy­star­czy­łoby, że ści­snąłby mi głowę mię­dzy swoim przed­ra­mie­niem a bi­cep­sem.

Nie­zna­jomy pod­pa­lił za­pałkę, zwi­nął dłoń wo­kół pło­mie­nia, bym mógł z niego sko­rzy­stać, a po­tem sam przy­ło­żył za­pałkę do swo­jego pa­pie­rosa, zga­sił ją i wy­rzu­cił na trawę. Po­ło­żył paczkę na stole, mó­wiąc:

– Za­cho­waj je.

– Dzięki – po­wie­dzia­łem. Cho­ciaż by­łem cał­kiem pewny, że nie chciał mnie za­bić, mia­łem dość scep­tyczne na­sta­wie­nie w sto­sunku do lu­dzi, któ­rzy chęt­nie wy­świad­czali przy­sługi w wię­zie­niu. Przy­sługi za­wsze mają swoją cenę.

– Je­stem Mil­ler – po­wie­dział nie­zna­jomy. – Nasz wspólny przy­ja­ciel po­pro­sił mnie, bym miał na cie­bie oko.

– Przy­ja­ciel? Cóż, to za­węża krąg, bo ostat­nimi czasy nie mam ich zbyt wielu – przy­zna­łem.

Mil­ler usiadł okra­kiem na pla­sti­ko­wej ławce przy stole, która ugięła się pod jego cię­ża­rem.

– To ważne, by mieć przy­ja­ciół w ta­kim miej­scu jak to. Sły­sza­łem plotkę, że grupa mo­to­cy­kli­stów zo­stała ska­zana za ja­kąś bzdurę i nie­długo tu bę­dzie. Nasz przy­ja­ciel uznał, że to z two­jego po­wodu. – Jego głos był tak głę­boki, że nie­mal od­bi­jał się echem, gdy mó­wił. Za­cią­gnął się długo pa­pie­ro­sem. – Nasz wspólny przy­ja­ciel po­mógł mi, gdy by­łem w wię­zie­niu w Geo­r­gii. Je­stem mu winny przy­sługę. Cho­lera, je­stem mu na­wet winny dwa­dzie­ścia przy­sług. Stwier­dzi­łem, że po­wstrzy­ma­nie grupy bia­łych Be­ach Bun­nies, czy jak wy się, kurwa, na­zy­wa­cie, przed po­cię­ciem cię to nic w po­rów­na­niu z tym, co on zro­bił dla mnie.

– Chyba już nie mu­szę zga­dy­wać, kim jest ten nasz wspólny zna­jomy – od­par­łem, bio­rąc ostat­niego bu­cha i ga­sząc pa­pie­rosa na bla­cie stołu.

King od­sie­dział trzy lata w sta­no­wym wię­zie­niu w Geo­r­gii. Mil­ler wstał, a na ławce po­zo­stał po nim od­cisk.

Zga­sił pa­pie­rosa na stole.

– Prze­ka­zał mi dla cie­bie wia­do­mość.

– Jaką?

Mil­ler osło­nił oczy przed słoń­cem.

– Po­wie­dział, że masz nie dać się za­bić i że dziew­czyna jest bez­pieczna.

Dzięki Bogu. To ozna­czało, że King za­wiózł ją do domu przy sa­dzie i że ob­stawa, którą jej za­pew­ni­łem, była przy niej. Ti nie mo­gła za­miesz­kać w domu Kinga. Mimo że w wię­zie­niu sta­no­wi­łaby ła­twiej­szy cel, wciąż jej coś gro­ziło, a gdy jej nie chro­ni­łem, ro­dzina Kinga była w więk­szym nie­bez­pie­czeń­stwie niż kie­dy­kol­wiek. Po­wie­dzia­łem Kin­gowi, żeby za­brał ją do domu, bo moje ze­zna­nie nie bę­dzie wy­glą­dać do­brze, je­śli pro­ku­ra­tor w ja­kiś spo­sób nas ze sobą po­wiąże. Na­wet je­śli King miał inne zda­nie na ten te­mat, wie­dzia­łem, że bę­dzie się upie­rał, by zo­stała u niego, ale nie mo­głem go o to pro­sić po tym wszyst­kim, co dla mnie zro­bił.

– Chyba przy­sze­dłem w porę – po­wie­dział Mil­ler, ski­nąw­szy głową w stronę ogro­dze­nia po dru­giej stro­nie po­dwórka.

Wsta­łem i od­wró­ci­łem się w chwili, gdy brama się otwo­rzyła i do środka we­szło trzech męż­czyzn.

Trzech mo­ich by­łych braci.

ROZ­DZIAŁ 4

THIA

W wieku dzie­się­ciu lat

Przez dwie go­dziny prze­ko­ny­wa­łam Bucky’ego, by po­je­chał ze mną do lom­bardu od­da­lo­nego o pra­wie dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów. Przez pięć mi­nut sta­łam obok niego i ko­pa­łam ka­mie­nie stopą, a po­tem po­wie­dzia­łam mu, że dam mu moją naj­lep­szą wędkę, je­śli się w końcu zgo­dzi.

– Ile za to do­stanę? – za­py­ta­łam wy­so­kiego za­nie­dba­nego męż­czy­znę o od­sta­ją­cych uszach. Sta­nę­łam na pal­cach, by oprzeć się o po­ry­so­waną szklaną ga­blotę, która ro­biła za ladę, i rzu­ci­łam fa­ce­towi moją naj­lep­szą minę pod ty­tu­łem: „Przy­szłam tu w po­waż­nych in­te­re­sach”.

Pra­cow­nik lom­bardu miał pla­kietkę z imie­niem Troy. Spoj­rzał na mnie z unie­sioną brwią, jakby ni­gdy nie wi­dział w lom­bar­dzie dzie­się­cio­latki, która pró­buje się tar­go­wać.

– Kurde, Thia, co ty wy­pra­wiasz? – za­py­tał Bucky. Ode­rwał wzrok od mo­deli sa­mo­cho­dów na wy­sta­wie i do­łą­czył do mnie.

Kiedy na­mó­wi­łam go na prze­jażdżkę do Lo­gan’s Be­ach, za­po­mnia­łam wspo­mnieć, dla­czego tak bar­dzo chcia­łam tam je­chać. Bucky wy­trzesz­czył oczy w prze­ra­że­niu, gdy zo­ba­czył, co po­ło­ży­łam na la­dzie.

– To sprzączka z ini­cja­łami Don­niego Mcrawa, Thia! Nie mo­żesz jej sprze­dać!

– Jest moja, więc mogę z nią zro­bić to, co chcę – od­par­łam.

Wy­gra­łam tę sprzączkę, gdy w ze­szłym roku wzię­łam udział w ro­deo w La­Belle z Buc­kym i jego oj­cem. Cóż, nie do końca wy­gra­łam, bo by­łam je­dyną ośmio­latką, która chciała spró­bo­wać ujeż­dżać owce, ale i tak do­sta­łam na­grodę za do­bre chęci.

– No i? – Od­wró­ci­łam się do Troya, który trzy­mał w dłoni sprzączkę.

Obej­rzał ją z każ­dej strony i ude­rzył nią o blat.

– Jest pu­sta – wy­tknął Troy. Wziął szkło po­więk­sza­jące, przy­ło­żył je do oka i obej­rzał sprzączkę.

– Nie po­trze­buję pie­nię­dzy. Chcę się tylko wy­mie­nić –oznaj­mi­łam. – Na to. – Wska­za­łam na łań­cu­szek znaj­du­jący się w ga­blo­cie.

Troy na­wet nie spoj­rzał, na co wska­za­łam.

– Ta sprzączka jest tylko po­kryta sre­brem. Nie ma zbyt wiel­kiej war­to­ści. Prze­pra­szam, nic nie mogę dla cie­bie zro­bić – od­po­wie­dział Troy, wyj­mu­jąc z ust wy­ka­łaczkę i ce­lu­jąc nią we mnie.

– Po co w ogóle ci ten łań­cu­szek? – za­py­tał Bucky.

Wes­tchnę­łam, bo jego py­ta­nia za­czy­nały mnie iry­to­wać.

– Mam coś, co chcia­ła­bym na nim za­wie­sić. To wszystko. –Sta­nę­łam na ziemi na pła­skich sto­pach, a Troy prze­su­nął sprzączkę w moją stronę, do­da­jąc ko­lejną rysę do szkla­nego blatu.

– Co chcesz na tym za­wie­sić? – do­py­ty­wał Bucky.

– Nic ta­kiego – od­par­łam, ku­ląc ra­miona, za­wie­dziona. Ostatni raz spoj­rza­łam na łań­cu­szek za ga­blotą i od­wró­ci­łam się w stronę przy­ja­ciela.

– Po­wiedz! – za­żą­dał.

Się­gnę­łam do kie­szeni i wy­ję­łam pier­ścio­nek z czaszką, by mu go po­ka­zać. Szybko wło­ży­łam przed­miot z po­wro­tem, bo nie chcia­łam, by się zgu­bił.

– Skąd to masz? – za­py­tał na­gle Troy, wy­cią­ga­jąc swoje tycz­ko­wate ciało nad ladą tak bar­dzo, jak tylko był w sta­nie, opie­ra­jąc się o nią.

– Nie mogę po­wie­dzieć – od­par­łam, ma­jąc ochotę wy­tknąć ję­zyk w jego stronę. – Chodź, Bucky. – Zła­pa­łam go za ra­mię i od­wró­ci­li­śmy się do drzwi.

– Za­cze­kaj! – za­wo­łał Troy. – Za bar­dzo się po­spie­szy­łem. Wy­glą­da­cie na miłe dzie­ciaki. Wy­miana sprzączki na łań­cu­szek wy­daje się spra­wie­dliwa.

– Na­wet nie wi­dzia­łeś, który łań­cu­szek wska­za­łam –po­wie­dzia­łam, krzy­żu­jąc ręce na piersi.

Troy po­krę­cił głową.

– W su­mie to nie ma zna­cze­nia. Za­cho­waj sprzączkę. I tak mamy za dużo łań­cusz­ków, więc po­każ mi, który chcia­łaś. – Troy otwo­rzył ga­blotę i wziął łań­cu­szek wska­zany przeze mnie. Rzu­cił go w moją stronę, jakby przed­miot miał mu od­gryźć rękę. Łań­cu­szek upadł na pod­łogę, a ja go szybko pod­nio­słam, otrze­pu­jąc z brudu.

– Na pewno?

– Tak – po­wie­dział Troy, ma­cha­jąc na nas ręką. –A te­raz spa­daj­cie. Je­śli ktoś za­pyta, po­wiedz­cie, że Troy z Pre­mier Pawn był dla was do­bry, okej? Mu­si­cie to po­wie­dzieć.

– Ja­sne – od­par­łam, cho­ciaż nie są­dzi­łam, by kto­kol­wiek miał mnie py­tać o moją wy­cieczkę do lom­bardu.

Troy po­ki­wał go­rącz­kowo głową. Po­my­śla­łam, że za­raz mu od­pad­nie.

– To do­brze. A te­raz idź­cie. – Mach­nął na nas ręką i z trza­skiem za­mknął ga­blotę.

Wy­szli­śmy. Bucky dep­tał mi po pię­tach, gdy okrą­ża­li­śmy bu­dy­nek i szli­śmy w stronę miej­sca, gdzie zo­sta­wi­li­śmy ro­wery oparte o ścianę.

Wy­ję­łam z kie­szeni pier­ścień z czaszką i prze­wie­si­łam go przez mój nowy łań­cu­szek, który po­tem za­ło­ży­łam na szyję. Scho­wa­łam bi­żu­te­rię pod ko­szulką z na­pi­sem: „Fu­ture Far­mers of Ame­rica”.

– Masz za­miar mi po­wie­dzieć, co to jest? – za­py­tał przy­ja­ciel, gdy pod­nie­śli­śmy na­sze ro­wery.

– To mój se­kret – po­wie­dzia­łam z prze­bie­głym uśmie­chem. Prawda była taka, że bar­dzo chcia­łam po­wie­dzieć o tym Bucky’emu, od­kąd Bear i jego przy­ja­ciele za­trzy­mali się w Stop-N-Go, ale mu­sia­łam za­cze­kać, aż znaj­dziemy się poza za­się­giem uszu lu­dzi z ma­łego mia­steczka lu­bią­cych plot­ko­wać.

A w Jes­sep wszy­scy to lu­bili.

– Po­tra­fię do­cho­wać ta­jem­nicy – za­pew­nił Bucky, idąc obok mnie, gdy pro­wa­dzi­li­śmy ro­wery w stronę ulicy.

Za­trzy­ma­łam się i od­wró­ci­łam w jego stronę, uno­sząc za­krzy­wiony mały pa­lec.

– Naj­pierw mu­sisz obie­cać na mały pa­lec i do­piero wtedy ci po­wiem, ale ro­bię to tylko dla­tego, że je­steś moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem i wiem, że ni­komu nie po­wiesz.

– Je­stem twoim je­dy­nym przy­ja­cie­lem – przy­po­mniał mi Bucky, prze­wra­ca­jąc oczami.

– Nie zmu­szaj mnie, bym ci przy­ło­żyła, Bucky – od­par­łam.

Może i był ode mnie star­szy, ale jak na swój wiek nie grze­szył wzro­stem. Z tego po­wodu dzie­ciaki się z niego na­bi­jały, tak samo jak z mo­ich ró­żo­wych wło­sów. W dru­giej kla­sie po­łą­czyło nas by­cie wy­rzut­kami i szybko zo­sta­li­śmy przy­ja­ciółmi. A te­raz mie­li­śmy zło­żyć przy­sięgę, naj­bar­dziej świętą i po­ważną przy­sięgę na świe­cie, że­bym mo­gła mu opo­wie­dzieć o nie­bie­sko­okim męż­czyź­nie z ta­tu­ażami, który wszystko zmie­nił.

Bucky za­ha­czył swoim ma­łym pal­cem o mój.

– Mu­sisz obie­cać, że ni­komu o tym nie po­wiesz, a gdy już bę­dziesz stary i osi­wie­jesz, za­bie­rzesz ten se­kret ze sobą do grobu i nie po­wiesz na­wet du­chom – po­wie­dzia­łam.

Bucky po­ki­wał głową, po­trzą­snął moim ma­łym pal­cem i splu­nął na zie­mię, przy­pie­czę­to­wu­jąc na­szą obiet­nicę.

– Obie­cuję, a te­raz ga­daj, Pinky – ode­zwał się śpiew­nym gło­sem, uży­wa­jąc znie­na­wi­dzo­nego przeze mnie prze­zwi­ska.

Tym ra­zem wy­tknę­łam ję­zyk, gdy opu­ści­li­śmy ręce.

Kiedy zna­leź­li­śmy się na głów­nej dro­dze, nie wsie­dli­śmy na ro­wery. Za­miast tego pro­wa­dzi­li­śmy je obok sie­bie. Wy­cią­gnę­łam pier­ścień zza ko­szulki, by Bucky mógł go zo­ba­czyć, i ob­ró­ci­łam go, po­ka­zu­jąc czaszkę z każ­dej strony.

– Czy to praw­dziwy dia­ment?

– Chyba tak – od­par­łam, nie mo­gąc ukryć sze­ro­kiego uśmie­chu, który po­ja­wił się na mo­jej twa­rzy.

– A więc skąd go masz? – za­py­tał.

– To obiet­nica – od­par­łam, uno­sząc łań­cu­szek.

– Coś jak obiet­nica na mały pa­lec?

Po­krę­ci­łam głową.

– Nie, to coś po­tęż­niej­szego.

– Skąd go masz? Ukra­dłaś? Wy­gląda, jakby był wart kupę kasy. – Wy­cią­gnął rękę, by go do­tknąć, ale wtedy ja scho­wa­łam pier­ścień pod ko­szulkę.

– Nie, nie ukra­dłam go – po­pra­wi­łam. – Do­sta­łam.

Dra­ma­tyczna ci­sza się prze­cią­gała, Bucky wzru­szył ra­mio­nami i mach­nął ręką.

– Od kogo? Masz za­miar mi po­wie­dzieć czy nie?

Po­kle­pa­łam pier­ścień przez ko­szulkę, przy­po­mi­na­jąc so­bie dzień, gdy Bear po­ja­wił się w moim ży­ciu. Pod­eks­cy­to­wana mo­głam tro­chę na­cią­gnąć fakty, jed­nak wtedy nie by­łam świa­doma tego, jak bar­dzo moje słowa były praw­dziwe.

– Do­sta­łam go od naj­więk­szego i naj­sil­niej­szego męż­czy­zny na świe­cie. Mógł to dać każ­demu, ale wy­brał mnie. To ozna­cza, że je­ste­śmy ze sobą zwią­zani… na za­wsze.

– Na za­wsze? – Głos mo­jego przy­ja­ciela był wy­soki, jak­bym ude­rzyła go w klej­noty.

I wła­śnie wtedy mi­nął nas star­szy męż­czy­zna ja­dący na po­tęż­nym srebr­nym mo­to­cy­klu z wy­soką przed­nią szybą. Drobna ko­bieta o si­wych wło­sach sie­działa w wózku bocz­nym. Po­ma­cha­li­śmy rę­kami przed na­szymi twa­rzami, by po­zbyć się pyłu z po­wie­trza, a gdy Bucky kasz­lał, ja pa­trzy­łam, jak mo­to­cykl znika. By­łam za­fa­scy­no­wana i za­chwy­cona jego dźwię­kiem, tym, jak szybko je­chał, a także tym, że star­sza ko­bieta wy­glą­dała, jakby było jej wy­god­nie w tej przy­czepce. Rów­nie do­brze mo­głaby ro­bić na dru­tach, za­miast pę­dzić z pręd­ko­ścią wia­tru. Pa­trzy­łam za nimi jesz­cze długo po tym, jak znik­nęli za za­krę­tem.

Od­wró­ci­łam się w stronę Bucky’ego i uśmiech­nę­łam naj­sze­rzej, jak po­tra­fi­łam.

– Tak. Na za­wsze.

ROZ­DZIAŁ 5

THIA

Nie­wiele rze­czy mnie prze­raża. Samo ży­cie jest wy­star­cza­jąco prze­ra­ża­jące, nie można mar­no­wać czasu na oba­wia­nie się nie­zna­nego, bo to, co znane, też bywa straszne. Jako dziecko ni­gdy nie ba­łam się po­two­rów z szafy czy tych miesz­ka­ją­cych pod łóż­kiem.

Je­dy­nym, co mnie prze­ra­żało, było to, co na­prawdę mo­gło się wy­da­rzyć.

Jak na przy­kład tor­nada.

Tak na­prawdę w Jes­sep na Flo­ry­dzie, w moim ro­dzin­nym mia­steczku, ni­gdy nie było ta­kiego tor­nada, które do­pro­wa­dzi­łoby do ka­ta­stro­fal­nych szkód. My prze­ży­li­śmy tylko małe tor­nada. Ta­kie, które naj­wy­żej prze­wra­cają drzewa lub zry­wają da­chówki.

A mimo to wszyst­kie kosz­mary na­wie­dza­jące mnie od czasu, gdy za­brano Be­ara, do­ty­czyły zbli­ża­ją­cych się trąb po­wietrz­nych – nisz­czą­cych bu­dynki, farmy, mia­sta…

Ży­cia.

Od kilku dni po­po­łu­dniowe bu­rze prze­ta­czały się przez mia­sto z pełną mocą. Były jesz­cze strasz­liw­sze i jesz­cze po­tęż­niej­sze niż kie­dy­kol­wiek. Jakby pró­bo­wały prze­słać wia­do­mość o nad­cho­dzą­cej tra­ge­dii.

Chmury to­czyły wojnę na nie­bie, tak samo jak ja to­czy­łam wojnę sama ze sobą. Mi­łość i cier­pie­nie prze­peł­niały mnie w rów­nym stop­niu. Te uczu­cia zmie­niły się w fi­zyczne do­zna­nia, a po kilku dniach prze­ro­dziły się w nisz­czący ciało ból.

Na­de­szły ciemne chmury za­sła­nia­jące nie­bie­skie niebo. Po­łu­dniowa bu­rza dała o so­bie znać. Zbli­żała się do mnie, a mój kosz­mar sta­wał się rze­czy­wi­sto­ścią.

Ba­łam się tego, że w każ­dej chwili wi­ru­jące chmury mogą spaść z nieba pro­sto na mnie. By­łam pewna, że tak się sta­nie. Cze­ka­łam na mo­ment, gdy tor­nado ude­rzy i do­kona więk­szych znisz­czeń, niż kto­kol­wiek mógł so­bie wy­obra­zić.

Niż kto­kol­wiek byłby w sta­nie wy­trzy­mać.

Nie­mal czu­łam wiatr i nad­cho­dzące tra­ge­die. Czu­łam się tak, jak­bym unio­sła się w po­wie­trze, a po­tem spa­dła na zie­mię.

Dla mnie tor­nado za­wsze było siłą na­tury mo­gącą wy­wo­łać naj­więk­sze szkody.

Tak wła­śnie my­śla­łam, do­póki nie spo­tka­łam siły na­tury, przy któ­rej tor­nado przy­po­mi­nało bar­dziej po­ranny wie­trzyk. Siła, która mnie pod­no­siła, spra­wiała, że mo­głam wzbić się co­raz wy­żej, wi­ro­wać w po­wie­trzu i opaść na zie­mię, po­ła­mana, wal­cząca o ży­cie.

Moje, a także jego.

Be­ara.

Za­nim mój brat zmarł i moja matka osza­lała, oj­ciec do wie­czora zo­sta­wał w sa­dzie. My­śla­łam, że na­pra­wia po­psuty sys­tem na­wad­nia­jący lub ja­ki­kol­wiek inny nie­dzia­ła­jący sprzęt.

Kie­dyś mnie to za­cie­ka­wiło i wy­mknę­łam się z domu, ale za­miast zna­leźć ojca przy ge­ne­ra­to­rze lub po­psu­tych ru­rach, za­sta­łam go klę­czą­cego w bło­cie. Peł­nia księ­życa oświe­tlała twarz męż­czy­zny, dzięki czemu wi­dzia­łam jego za­łza­wione oczy. Pa­trzył na drzewa, jakby były czymś wię­cej niż tylko ga­łę­ziami cięż­kimi od owo­ców.

Tak na­prawdę nie za­sko­czyło mnie to, że roz­ma­wiał z drze­wami.

On je bła­gał.

Bła­gał, by zbiory były udane. Żeby Sun­n­lan­dio Co­ope­ra­tion ja­kimś cu­dem za­pła­ciło nam wię­cej, żeby ceny pa­liwa spa­dły, pra­cow­nicy prze­stali do­ma­gać się wyż­szej wy­płaty i żeby prze­wi­dy­wany mróz omi­nął na­szą farmę.

A na końcu bła­gał, by moja matka znowu go po­ko­chała.

W tym mo­men­cie pę­kło mi serce.

I wtedy zro­zu­mia­łam, że za­pew­nie­nia typu: „Wszystko bę­dzie do­brze, ko­cha­nie”, które oj­ciec wy­gła­szał przy ko­la­cji, były kłam­stwem, tak jak przy­pusz­cza­łam.

W te noce, gdy mój tata do późna sie­dział w sa­dzie, mama wy­cią­gała mnie z łóżka i za­bie­rała do swo­jego. Tu­li­ły­śmy się i oglą­da­ły­śmy ckliwe ko­me­die ro­man­tyczne.

Dzięki tym fil­mom, a nie ozię­błemu związ­kowi mo­ich ro­dzi­ców, po raz pierw­szy zo­ba­czy­łam, czym jest praw­dziwa mi­łość. Bar­dzo się iry­to­wa­łam, kiedy para na­po­ty­kała prze­szkodę i przez to nie mo­gła być ra­zem. Po­tem cze­ka­łam na wielki ro­man­tyczny gest na końcu filmu – taki, który po­łą­czy bo­ha­te­rów na za­wsze.

Za każ­dym ra­zem, gdy film się koń­czył i po­ja­wiały się na­pisy, moja mama wzdy­chała i od­gar­niała mi włosy z czoła.

– Wiesz, że to nie jest praw­dziwe, prawda? Filmy to tylko fik­cja. Taka mi­łość nie ist­nieje.

Mó­wiła, że jest nie­re­ali­styczna.

Tylko że to było ko­lejne kłam­stwo, cho­ciaż ona jesz­cze o tym nie wie­działa.

Bo taka mi­łość ist­nieje.

To, co czu­łam do Be­ara, go­to­wało się pod moją skórą, od­kąd skoń­czy­łam dzie­sięć lat, a gdy w końcu znowu się spo­tka­li­śmy, po­mi­ja­jąc nie­przy­jemne oko­licz­no­ści, te uczu­cia eks­plo­do­wały i zmie­niły się w coś po­tęż­niej­szego, niż ja­ki­kol­wiek ckliwy ro­mans mógł przed­sta­wić.

Ist­niała tylko jedna zna­cząca róż­nica.

Na­sza hi­sto­ria nie miała szczę­śli­wego za­koń­cze­nia.

Nie było żad­nej po­goni na wierz­chowcu czy wy­zna­wa­nia swo­ich uczuć przed tłu­mem wzru­szo­nych lu­dzi.

Nie, na­sza hi­sto­ria za­koń­czyła się, bo Bear tra­fił do wię­zie­nia, gdy po­sta­no­wił wziąć na sie­bie winę za mor­der­stwo mo­ich ro­dzi­ców, za które od­po­wie­dzialna była moja matka.

Kiedy praw­niczka Be­ara, Be­thany Flet­cher, wy­ja­śniła, że Bear pod­pi­sał ze­zna­nie, by ura­to­wać mnie przed za­gro­że­niem pły­ną­cym ze strony jego by­łych braci, z któ­rymi te­raz on sam bę­dzie się mu­siał zmie­rzyć w sta­no­wym wię­zie­niu, nie chcia­łam w to uwie­rzyć.

Sko­czył w ogień za­miast mnie.

King za­bie­rze cię do domu.

Zo­stań tam. Cze­kaj.

Za­ufaj mi.

Kilka mi­nut po aresz­to­wa­niu Be­ara Be­thany po­dała mi li­ścik od niego, gdy wciąż wpa­try­wa­łam się w drogę, jakby miał się na niej po­ja­wić w każ­dej chwili. Trzy­ma­łam kartkę w drżą­cych dło­niach i ob­ra­ca­łam ją w pal­cach, za­sta­na­wia­jąc się, gdzie jest reszta.

– Nie ro­zu­miem – po­wie­dzia­łam do Be­thany, pła­cząc.

– Rób to, co ci ka­zał – od­parła. – Nie mu­sisz ro­zu­mieć. Masz tylko słu­chać.

– Dla­czego on to zro­bił? – za­py­ta­łam.

Be­thany unio­sła jedną brew, jak­bym już po­winna była znać od­po­wiedź.

– Z tego sa­mego po­wodu, dla któ­rego wszy­scy męż­czyźni ro­bią głu­pie rze­czy. Z mi­ło­ści oczy­wi­ście.

– On nie bę­dzie tam bez­pieczny. Mu­simy go wy­cią­gnąć!

– Thia – ode­zwała się Ray, sta­jąc obok mnie. – Nie ro­zu­miesz? Oni chcieli cię aresz­to­wać. Bear przy­naj­mniej się obroni, a ty nie by­ła­byś w sta­nie. On do­ra­stał w klu­bie. Wie, jak so­bie po­ra­dzić. Wie, co ro­bić. Be­thany ma ra­cję. Mimo że to trudne, mu­sisz mu za­ufać, a w mię­dzy­cza­sie ona zrobi wszystko, by wró­cił do domu. Wszy­scy się o to po­sta­ramy.

King sta­nął obok Ray i po­ło­żył rękę na jej ra­mie­niu.

Po­krę­ci­łam głową.

– To po­win­nam być ja. On ni­czego nie zro­bił, ale ja tak! –Od­wró­ci­łam się w stronę Be­thany. – To ja po­strze­li­łam moją matkę. To ja ją za­bi­łam. To po­win­nam być ja! Pro­szę, nie mo­żemy po­zwo­lić, by on…

Be­thany cmok­nęła ję­zy­kiem i po­ki­wała pal­cem prze­cząco.

– Nie ma mowy, moja droga. Bear roz­bił swój mo­to­cykl w sa­dzie. Po­szedł do domu two­ich ro­dzi­ców, by sko­rzy­stać z te­le­fonu, bo jego nie miał za­sięgu. Kiedy zbli­żył się, twoja matka stała na ganku, beł­ko­cząc coś o za­bi­ciu męża i wy­ma­chu­jąc pi­sto­le­tem. Bear zła­pał za broń znaj­du­jącą się na ganku i za­strze­lił ją w sa­mo­obro­nie, a po­tem uciekł.

– Ale to nie było tak – od­par­łam gło­sem po­zba­wio­nym emo­cji.

– We­dług jego ze­zna­nia tak wła­śnie się stało – od­parł King. – Mu­sisz mu za­ufać.

Za­ufać?

Za­ufa­nie to za­bawna rzecz. Szcze­gól­nie gdy moja cier­pli­wość i mój zdrowy roz­są­dek już osią­gnęły swój li­mit, a męż­czy­znę, któ­rego ko­cham, aresz­to­wano za coś, co ja zro­bi­łam, i zo­sta­łam z pu­stym ser­cem i iry­tu­ją­cym li­ści­kiem, któ­rego nadawca ka­zał mi po­wró­cić do miej­sca znie­na­wi­dzo­nego przeze mnie naj­bar­dziej na świe­cie. Ufa­łam Be­arowi i w głębi serca wie­dzia­łam, że zro­bił to, co było dla mnie naj­lep­sze.

Ale mia­łam pew­ność, że on przez to zgi­nie.

– Od­pocz­nij tro­chę. Rano za­wiozę cię do domu – po­wie­dział King i to było na tyle.

Na­wet nie pró­bo­wa­łam za­snąć, bo do­sko­nale wie­dzia­łam, że to nie­moż­liwe, skoro wciąż wy­czu­wa­łam za­pach Be­ara w po­ścieli. Za­miast tego sie­dzia­łam w ma­łej łódce, w któ­rej Bear wy­znał, co do mnie czuje, tylko że tym ra­zem przy­wią­za­łam ją do po­mo­stu, bo nie mia­łam siły wal­czyć z prą­dem.

Upi­łam łyk z do po­łowy pu­stej bu­telki Jacka Da­niel’sa, którą zna­la­złam w miesz­ka­niu, i po­pa­trzy­łam na za­tokę. Bursz­ty­nowy tru­nek pa­lił moje usta i prze­łyk, omi­ja­jąc świeżo zła­mane serce i wznie­ca­jąc ogień w żo­łądku.

Z każ­dym ły­kiem czu­łam smak ust Be­ara na bu­telce. Przy­się­gam.

Było już późno, a po­wie­trze parne. Wil­got­ność się­gnęła ta­kiego po­ziomu, że kro­ple wody zbie­rały się na mo­ich ra­mio­nach i spły­wały do zgię­cia łok­cia.

Wszystko stało się tak szybko, a mimo to mia­łam wra­że­nie, jakby czas się za­trzy­mał.

Jak to w ogóle moż­liwe?

Jak długo zna­łam Be­ara, za­nim po­sta­no­wił się dla mnie po­świę­cić?

Dni? Ty­go­dnie? Mie­siące?

Czas mie­szał się ze sobą, aż zwol­nił, a ja z prze­ra­że­niem pa­trzy­łam, jak za­bie­rają Be­ara.

To, że nie po­wie­dział mi o swoim pla­nie, za­bo­lało, cho­ciaż ro­zu­miem, dla­czego tak po­stą­pił.

Do­my­ślił się, że ni­gdy bym mu na to nie po­zwo­liła. Gdy­bym wie­działa, uda­ła­bym się na po­ste­ru­nek i przy­znała się, za­nim on by to zro­bił.

To nie tak, że ko­cha­łam go od pierw­szej chwili, gdy go zo­ba­czy­łam. Nie, wtedy by­łam tylko dziec­kiem, ale się za­uro­czy­łam. Tam­tego dnia coś się we mnie zmie­niło. Może i to nie była mi­łość, ale mia­łam wra­że­nie, jakby wtedy do sklepu wszedł ktoś bę­dący moim uzu­peł­nie­niem. Od tam­tego dnia, no­sząc pod ko­szulką pier­ścień Be­ara, czu­łam się, jak­bym mo­gła od­dy­chać.

Jak­bym była ca­ło­ścią.

Ła­pa­łam za niego za każ­dym ra­zem, gdy Erin Flem­ming drę­czyła mnie w pią­tej kla­sie, i czer­pa­łam z niego siłę, gdy w końcu się w so­bie ze­bra­łam i ude­rzy­łam ją w brzuch. Tam­tego dnia wró­ci­łam do domu po szkole i na­wet się nie skrzy­wi­łam, gdy mama uzie­miła mnie na mie­siąc.

Było warto.

Po­cie­ra­łam pier­ścień na szczę­ście przed za­wo­dami strze­lec­kimi. W trzech hrab­stwach ze­bra­łam re­kor­dową liczbę na­gród w po­staci nie­bie­skich wstęg. A w nocy, gdy le­ża­łam w moim ma­łym łóżku, trzy­ma­łam go przy ustach, ma­rząc o tym, by spra­wił, że moi ro­dzice prze­staną się kłó­cić.

Na­wet po tym, jak do­wie­dzia­łam się, że obiet­nica, którą no­si­łam na szyi przez osiem lat, była nic nie­warta, czu­łam się za­chwy­cona, gdy Bear od­dał mi pier­ścień.

Wy­cią­gnę­łam go spod ko­szulki i spoj­rza­łam na jed­no­oką czaszkę. Świa­tło księ­życa od­bi­jało się w dia­men­cie, przez co wy­da­wało mi się, że pier­ścień pusz­cza do mnie oko.

Im dłu­żej Bear prze­by­wał w wię­zie­niu, tym bar­dziej praw­do­po­dobne było, że ni­gdy nie wróci, a jed­nak nikt nie mógł mi do­kład­nie po­wie­dzieć, na co w ogóle cze­ka­łam.

Ści­snęło mnie w sercu, a whi­skey po­de­szła mi do gar­dła, pa­ląc mój prze­łyk tak samo jak wtedy, gdy spły­wała do żo­łądka.

Nie mo­głam roz­trzą­sać tej my­śli. Nie mo­głam sku­piać się na tym.

Ale też nie mo­głam zwy­czaj­nie cze­kać.

Obie­caj mi, Ti, że ze mnie nie zre­zy­gnu­jesz, nie­ważne, co się sta­nie, po­wie­dział kie­dyś Bear.

Jak ja nie zno­szę cze­kać.

Rzu­ci­łam bu­telkę przed sie­bie z gar­dło­wym okrzy­kiem. Za­wi­ro­wała w po­wie­trzu i z chlup­nię­ciem wpa­dła do wody, two­rząc roz­cho­dzące się po po­wierzchni okręgi. Gdy do­się­gnęły łódki, po­sta­no­wi­łam, że cho­ciaż ufam Be­arowi, to za nic w świe­cie nie będę sie­dzieć bez­czyn­nie i nie po­zwolę, by jego los za­le­żał od in­nych. Zro­bię coś przy pierw­szej oka­zji.

Mu­sia­łam tylko wy­my­ślić co.

ROZ­DZIAŁ 6

THIA

Je­stem w miesz­ka­niu Be­ara. Jest późno. Zbyt późno, by dzwo­nił te­le­fon le­żący na szafce przy łóżku. Prze­wra­cam się na łóżku i od­bie­ram.

– Halo? – mó­wię za­chryp­nię­tym od snu gło­sem. Od­chrzą­kuję, a ktoś po dru­giej stro­nie chi­cho­cze.

Po moim krę­go­słu­pie prze­biega dreszcz i sia­dam na łóżku wy­pro­sto­wana.

– Skar­bie, to ja. Nic nie mów. Po pro­stu po­zwól mi mó­wić. Tak wiele chcę ci po­wie­dzieć, ale nie wiem, od czego za­cząć. My­ślę o to­bie. Mimo że mi­nęło tylko kilka go­dzin, tę­sk­nię za tobą jak sza­lony. Jesz­cze ni­gdy za ni­kim tak bar­dzo nie tę­sk­ni­łem. Nie wiem, kiedy bę­dziemy mo­gli znowu po­roz­ma­wiać, więc chcia­łem ci po­wie­dzieć to wszystko, póki jesz­cze mogę. Je­steś tam, Ti?

– Tak – od­po­wia­dam bez tchu. – Je­stem tu.

– Uwiel­biam to, jak ję­czysz, gdy do­pro­wa­dzam cię do or­ga­zmu. I to, jaka ro­bisz się mo­kra na sam dźwięk mo­jego imie­nia. Ale też będę tę­sk­nić za tym, jak żu­jesz koń­cówki wło­sów za każ­dym ra­zem, gdy nie wiesz, co po­wie­dzieć. Będę tę­sk­nić za tym, jak na mnie pa­trzysz, jak­byś pró­bo­wała mnie roz­gryźć, cho­ciaż tak na­prawdę je­stem/ pro­stym fa­ce­tem – za­zwy­czaj my­ślę tylko o tym, jaka je­steś cho­ler­nie piękna, i o tym, jak cię ro­ze­brać. Będę tę­sk­nić za tym, że za­wsze mó­wisz, że nie je­steś głodna, gdy py­tam, a po­tem zja­dasz po­łowę tego, co so­bie przy­go­to­wa­łem. Po pro­stu będę tę­sk­nić za tobą. Już tę­sk­nię. Za tym, że dzięki to­bie czuję się jak zwy­kły czło­wiek, a nie wy­rzu­tek. Do­póki cię nie po­zna­łem, czu­łem się bez­war­to­ściowy, by­łem ni­kim. Ty da­łaś mi wszystko i za­mie­rzam zro­bić dla cie­bie to samo. Je­steś dla mnie za do­bra, ale pla­nuję ci to wy­na­gro­dzić tym, że ja też będę dla cie­bie do­bry. Z tobą. Dzięki to­bie.

Mil­czę, tak jak mi ka­zał, ale nie mogę opa­no­wać łez.

– Świat to mroczne miej­sce, a ty włą­czy­łaś świa­tło i te­raz jest tak ja­sno, że cho­dzę jak ośle­piony. Je­stem w pie­przo­nym wię­zie­niu… i ni­gdy nie by­łem szczę­śliw­szy. Czyż to nie śmieszne? Brzmię jak pizda, ale po­my­śla­łem, że po­win­naś o tym wszyst­kim wie­dzieć, w ra­zie gdyby coś mi się stało. Mu­sisz wie­dzieć to wszystko.

– Ja…

Bear mi prze­rywa:

– Nie, nic nie mów. Ku­cam w ką­cie naj­obrzy­dliw­szej ła­zienki, w ja­kiej by­łem, jest śro­dek nocy, roz­ma­wiam przez te­le­fon wy­jęty zza kratki wen­ty­la­cyj­nej, więc pro­szę cię, Ti, po­słu­chaj.

Ki­wam głową, jakby mógł to usły­szeć.

– Mu­szę ci coś wy­znać. Za każ­dym ra­zem, gdy się pie­przy­li­śmy, do­cho­dzi­łem w to­bie. Sie­dzę tu od mie­sięcy, dłu­żej, niż ty i ja je­ste­śmy… tym, kim dla sie­bie je­ste­śmy. Był­bym na­prawdę roz­cza­ro­wany, gdy­byś nie była w ciąży. Je­śli – lub gdy – stąd wyjdę, za­mie­rzam to na­pra­wić. Za­mie­rzam wy­peł­nić cię sobą tak bar­dzo, że wtedy już na pewno bę­dziesz no­sić moje dziecko. Nie je­stem do­brym czło­wie­kiem, skar­bie, ale w prze­ci­wień­stwie do mo­jego gówno war­tego ojca ja był­bym do­brym tatą. Chcę mieć dziew­czynkę. O ró­żo­wych wło­sach jak twoje.

Za­kry­wam usta, żeby Bear nie sły­szał mo­jego szlo­chu, i na chwilę od­su­wam od sie­bie te­le­fon, by po­cią­gnąć no­sem.

– Mną się nie przej­muj – kon­ty­nu­uje, a jego głos lekko się za­ła­muje. – I do kurwy nę­dzy, rób to, co ci ka­za­łem. Mam plan. Be­thany pra­cuje nad tym, by mnie wy­cią­gnąć. Ale to tro­chę po­trwa. Za­ufaj mi. Za­ufaj nam. Mo­żesz to dla mnie zro­bić, skar­bie? Ufasz mi?

Tak. Mogę to zro­bić.

– Te­raz mo­żemy po­roz­ma­wiać. Po­wiedz mi coś o so­bie. Coś, czego nie wiem. Coś nie­przy­gnę­bia­ją­cego, bo to miej­sce już i tak wpę­dza mnie w de­pre­sję.

Uśmie­cham się do te­le­fonu i mó­wię pierw­szą rzecz, która przy­cho­dzi mi na myśl:

– Za­wszę chcia­łam mieć psa. Ta­kiego du­żego. Gdy by­łam młod­sza, mie­li­śmy psa, doga nie­miec­kiego. Kiedy umarł, ro­dzice nie po­zwo­lili mi na dru­giego, ale ja za­wsze chcia­łam.

– Za­ła­twię ci ta­kiego psa, ko­cha­nie. Naj­więk­szego, jaki bę­dzie. Gdy tylko stąd wyjdę.

– Na­prawdę uwa­żasz, że wró­cisz do domu? – To py­ta­nie ma dru­gie dno. Czy on na­prawdę wyj­dzie? Czy na­prawdę to prze­trwa?

– Nie mam po­ję­cia. Ale wiem, że nie­jedna osoba pró­bo­wała mnie za­bić, kiedy jesz­cze nie mia­łem po co żyć, i ni­gdy jej się to nie udało. Więc uwa­żam, że to do­brze.

– Nie ro­zu­miem – od­po­wia­dam.

– To zna­czy, że te­raz mam po co żyć, więc będą mu­sieli przyjść do mnie z pie­przoną bombą nu­kle­arną, by mnie za­bić, bo ja się ni­g­dzie nie wy­bie­ram, Ti. Nie zo­sta­wię cię. Nie te­raz. Ni­gdy. Obie­cuję.

– Wie­rzę ci – mó­wię, bo na­prawdę tak jest.

– A te­raz po­wiedz mi, gdzie je­steś – na­lega Bear, a jego głos staje się cich­szy. – Le­żysz w na­szym łóżku? – pyta. W sło­wach „na­sze łóżko” i jego gło­sie jest coś ta­kiego, co spra­wia, że na­tych­miast się kładę i prze­su­wam dło­nią po brzu­chu.

– Tak, je­stem w na­szym łóżku – mó­wię, nie­mal mru­cząc.

– W majt­kach i ko­szulce? – pyta, wy­mie­nia­jąc mój ulu­biony strój do spa­nia.

– Tak – mó­wię.

– To do­brze. Po­słu­chaj mnie te­raz, skar­bie. Pa­mię­tasz ten pierw­szy raz, gdy wzią­łem cię w cię­ża­rówce? Przy­po­mnij so­bie, jak wło­ży­łem w cie­bie fiuta. By­łaś taka cia­sna, że chyba mnie bo­lało to bar­dziej niż cie­bie.

Prze­su­wam rękę ni­żej.

– Pa­mię­tam – mó­wię nie­mal z ję­kiem, gdy wkła­dam palce do maj­tek.

– Do­ty­kasz się? – pyta Bear.

– Tak.

– Do­bra dziew­czynka – mówi na­pię­tym gło­sem. –Zdej­mij majtki i roz­łóż dla mnie nogi.

Po­zby­wam się bie­li­zny i roz­kła­dam nogi tak sze­roko, jakby to on miał się mię­dzy nimi zna­leźć.

– Okej – mó­wię.

– Pa­mię­tasz, jak spró­bo­wa­łem cię po raz pierw­szy? Ten pierw­szy raz, kiedy mój ję­zyk do­tknął two­jej cipki? Pa­mię­tasz, ja­kie to było uczu­cie, gdy pie­przy­łem cię ję­zy­kiem, aż nie mo­głaś już wy­trzy­mać?

Za­my­kam oczy i dwoma pal­cami za­ta­czam kręgi na cipce, przy­po­mi­na­jąc so­bie w szcze­gó­łach to, o czym mówi Bear. Jego cie­pły, mo­kry ję­zyk, ucisk w dole mo­jego brzu­cha, gdy pie­przył mnie w ten spo­sób nie­prze­rwa­nie. Szyb­ciej i szyb­ciej, aż je­stem bli­sko szczytu.

– Tak – mó­wię.

Bear chi­cho­cze.

– Miej roz­ło­żone nogi. Przy­po­mnij so­bie, jak trzy­ma­łaś mnie za włosy, gdy ja ukry­wa­łem twarz mię­dzy two­imi udami.

Po­ru­szam pal­cami co­raz szyb­ciej, je­stem co­raz bli­żej speł­nie­nia. A po­tem zwięk­szam na­cisk, aż w końcu znaj­duję się na gra­nicy, gdzie na­wet naj­lżej­szy do­tyk może za­pew­nić mi or­gazm.

– Bear – ję­czę. – Jest mi tak… tak…

– Nie mogę się do­cze­kać, aż zro­bię to po­now­nie. Ale na­stęp­nym ra­zem nie po­zwolę ci dojść z moim ję­zy­kiem w to­bie – mówi Bear i na­gle czuję się roz­cza­ro­wana.

– Nie?

– Nie, bo gdy już bę­dziesz miała dojść w ten spo­sób, pod­niosę się i wejdę w cie­bie. I będę cię pie­przył. Mocno. Aż oboje bę­dziemy krzy­czeć i doj­dziemy ra­zem.

Zbli­żam się do or­ga­zmu i gdy w końcu nie­mal czuję naj­pięk­niej­sze speł­nie­nie, ja­kie może mi za­pew­nić wła­sna ręka, w tle roz­lega się ja­kiś ha­łas.

– Cho­lera, mu­szę le­cieć, Ti.

– Po­cze­kaj – sa­pię, otwie­ra­jąc oczy. – Kiedy… –za­czy­nam, ale nie wiem, o co do­kład­nie chcę za­py­tać.

– Ko­cham… – Za­nim udaje mu się do­koń­czyć, po­łą­cze­nie zo­staje prze­rwane.

Cho­wam głowę mię­dzy ko­la­nami.

– Nic mu nie bę­dzie – mó­wię na głos, pró­bu­jąc się po­cie­szyć.

Je­stem jak na haju. Je­stem smutna. Szczę­śliwa. Za­nie­po­ko­jona.

Te­le­fon od Be­ara spra­wił, że czuję coś, czego nie czu­łam od jego znik­nię­cia, i chcę się tego trzy­mać do chwili, aż on znowu bę­dzie przy mnie.

To na­dzieja.

Od­kła­dam te­le­fon i od­daję Kin­gowi, który wkłada go do ust i po­łyka.

I wła­śnie stąd wiem, że cała ta roz­mowa była tylko snem. W rze­czy­wi­sto­ści Bear za­ka­zał nam się kon­tak­to­wać. Ja nie mo­głam dzwo­nić do niego, a on nie mógł dzwo­nić do mnie. I nie mo­głam go od­wie­dzać. King wy­ja­śnił mi, że od­wie­dze­nie przeze mnie w wię­zie­niu męż­czy­zny, któ­rego oskar­żono o za­bi­cie mo­ich ro­dzi­ców, do­pro­wa­dzi do tego, że nie będę wy­glą­dać na nie­winną. A wła­śnie o to sta­rał się Bear.

Kiedy otwo­rzy­łam oczy, King na­prawdę stał nade mną. Jego po­tężne ciało rzu­cało cień i nie było do­wodu na to, że po­łknął ja­kie­kol­wiek urzą­dze­nie elek­tryczne. Na szczę­ście by­łam w pełni ubrana w ko­szulkę i spodnie dre­sowe, jed­nak i tak od­dy­cha­łam gło­śno, bo jesz­cze nie do­szłam do sie­bie po or­ga­zmie, który nie­mal prze­ży­łam we śnie.

– Czas wra­cać do domu.

Do domu? Usia­dłam na łóżku i po­tar­łam oczy. King ka­zał mi spo­tkać się z nim na ze­wnątrz za dzie­sięć mi­nut i wy­szedł z po­koju. Od­rzu­ci­łam na bok koł­drę i po­szłam do ła­zienki, by wziąć prysz­nic.

Zimny prysz­nic.

Dom.

Gdzie to, do cho­lery, jest?

ROZ­DZIAŁ 7

BEAR

Usły­sza­łem wy­cie sy­reny, które ozna­czało, że czas prze­by­wa­nia na po­dwórku do­biegł końca i trzeba wra­cać do środka. W samą porę. Mil­ler i ja uda­li­śmy się do naj­bliż­szego wej­ścia, ani na chwilę nie spusz­cza­jąc wzroku z na­szego no­wego to­wa­rzy­stwa.

– Ty nie, McA­dams – po­wie­dział straż­nik pil­nu­jący bramy i we­pchnął mnie z po­wro­tem na po­dwórko po tym, jak Mil­ler już wszedł do środka.

– Co to ma, do cho­lery, zna­czyć? – za­py­tał Mil­ler, oglą­da­jąc się za sie­bie, gdy ochro­niarz za­mknął bramę, zo­sta­wia­jąc mnie na po­dwórku wraz z by­łymi braćmi, któ­rzy za­częli iść w moją stronę. Mil­ler spoj­rzał na mnie współ­czu­jąco, gdy ko­lejny ochro­niarz we­pchnął go do środka.

– Po­my­śla­łem, że po­trze­bu­je­cie chwili dla sie­bie na osob­no­ści. Żeby nad­ro­bić za­le­gło­ści – oznaj­mił kpiąco straż­nik.

– Pier­dol się – wark­ną­łem, bo ten pie­przony straż­nik do­sko­nale wie­dział, co zro­bił, i nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że mu za to za­pła­cono. – Może wyj­dziesz i wszy­scy zo­ba­czymy, czy to na­prawdę jest ta­kie śmieszne.

Straż­nik za­chi­cho­tał, jakby spo­tka­nie trzech na jed­nego było za­bawne, i za­czął ob­ra­cać klu­cze w dłoni. Za­sa­lu­to­wał drwiąco i wszedł do bu­dynku, po­gwiz­du­jąc. Cięż­kie drzwi za­mknęły się z hu­kiem.

Roz­luź­ni­łem mię­śnie szyi, przy­go­to­wu­jąc się na walkę ży­cia. Spo­tka­łem się z tymi piz­dami przy sto­liku pik­ni­ko­wym, od któ­rego do­piero co od­sze­dłem. Ku mo­jemu za­sko­cze­niu Wolf oparł się o stół, a Munch i Stone za­jęli miej­sca na ławce. My­śla­łem, że od razu przejdą do rze­czy. Mimo że Mil­ler wła­śnie dał mi paczkę pa­pie­ro­sów, wy­cza­iłem ko­lejną w przed­niej kie­szeni kom­bi­ne­zonu Wolfa, wy­cią­gną­łem rękę i wy­ją­łem pu­dełko fa­jek wraz z za­pał­kami.

– Dzięki za pa­pie­rosa – po­wie­dzia­łem, pod­pa­la­jąc go, a po­tem rzu­ci­łem za­pałki na stół. – To co, dziew­częta, je­ste­ście go­towe spró­bo­wać?

Mogą spró­bo­wać.

Nie ba­łem się tych skur­wieli. Je­dyne, co mnie prze­ra­żało, to to, że już wię­cej nie zo­ba­czę Ti.

Tak na­prawdę by­łem wku­rzony.

Wście­kły.

Przez te wszyst­kie lata pró­bo­wa­łem zro­bić z mo­ich braci lep­szych lu­dzi, a oni wy­my­ślili taki plan?

– Po­waż­nie, nie tego was uczy­łem, suki – po­wie­dzia­łem, krę­cąc głową. – Chce­cie mnie za­bić na otwar­tym po­dwórku, gdzie wszę­dzie są ka­mery? Chop już dawno prze­stał być do­brym przy­wódcą, ale po was spo­dzie­wa­łem się cze­goś lep­szego niż ta­kiej nie­chluj­nej ro­boty.

My­śla­łem, że wstaną, wy­pną piersi i za­czną mi gro­zić.

My­śla­łem, że zro­bią co­kol­wiek.

Munch i Stone utkwili spoj­rze­nie w ziemi, a Wolf za­pa­lił pa­pie­rosa. Za­nim jed­nak ogień do­tknął koń­cówki, ude­rzy­łem fa­ceta pię­ścią w twarz, a on od razu upadł na zie­mię. Atak szedł mi le­piej niż obrona.

– Chop nas wy­słał, ale nie za­mie­rzamy cię za­bić, gnoju – po­wie­dział Wolf i prze­tur­lał się po ziemi, przy­ło­żyw­szy rękę do oka.

– Więc po co was tu­taj przy­słał? Że­by­ście urzą­dzili bi­twę na ła­skotki? – Wy­pu­ści­łem dym no­sem i cho­ciaż nie wie­dzia­łem, jak po­to­czą się na­stępne mi­nuty, czu­łem się nie­mal roz­luź­niony.

Po­go­dzi­łem się z tym.

Było jak w domu.

Z każdą se­kundą po­ziom ad­re­na­liny w mo­jej krwi wzra­stał. W któ­rymś mo­men­cie by­łem pewny, że mógł­bym pod­nieść cię­ża­rówkę, gdy­bym miał oka­zję.

Albo wy­koń­czyć trzech fa­ce­tów za jed­nym za­ma­chem.

– Nie, on tak na­prawdę wy­słał nas tu­taj, że­by­śmy cię za­bili, ale tego nie zro­bimy – oznaj­mił Munch, wsta­jąc, by po­móc Wol­fowi się pod­nieść.