Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
72 osoby interesują się tą książką
Bear – do niedawna członek motocyklowego klubu Beach Bastards – próbuje odnaleźć cel w życiu po wielu latach spędzonych w świecie przemocy, bólu i bezwzględnych zasad. Gdy na jego drodze znów pojawia się Thia, były gangster po raz pierwszy czuje, że wreszcie może wyrwać się ze spirali gniewu oraz emocjonalnej pustki.
Oboje muszą zmierzyć się z traumami, które nie pozwalają im zapomnieć o przygniatającej przeszłości. Czy ich uczucie przetrwa zderzenie z brutalną rzeczywistością? Bear jest gotów poświęcić wszystko dla ukochanej dziewczyny – nawet własną wolność.
„Soulless” to pełna napięcia opowieść o trudnej miłości i nadziei na lepsze jutro. Jeżeli szukasz mrocznego romansu z wieloma zwrotami akcji, ta historia jest właśnie dla Ciebie!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 304
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment
Tytuł: Soulless
Przekład z języka angielskiego: Sylwia Chojnacka
Copyright © T.M. Frazier, 2026
This edition: © Risky Romance/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt okładki: Maria Lepian
Redakcja: Studio Editio
Korekta: Studio Editio
ISBN 978-91-8098-754-7
Opracowanie e-booka:Marcin Słociński / www.monikaimarcin.com
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.
Risky Romance /Gyldendal A/SKlareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
Dla grupy Frazierland, mojego plemienia
Przekonałem się,
że pomiędzy niebem a piekłem nie ma żadnego ogrodzenia,
na którym można by usiąść.
– George Eliot
PROLOG
BEAR
Byłem zły na cały świat, na whiskey, która nie wydawała się wystarczająco mocna; na dragi, które nie trzymały wystarczająco długo; na cholerne dziwki, które pieprzyłem; przez to, że nie dochodziłem, chociaż to była moja wina, bo mój fiut stawał się bezużyteczny po wciągnięciu kilku krech. Doszło nawet do tego, że wkurzałem się na przypadkowych ludzi na ulicy za to, że się śmiali lub uśmiechali, gdy ja się czułem, jakbym już nigdy nie miał się uśmiechnąć czy zaśmiać.
Jak oni śmieli?
Jak, kurwa, śmieli żyć dalej, skoro mój przyjaciel właśnie umarł?
Byłem na granicy utraty tej resztki zdrowego rozsądku, która mi została, gdy wyjechałem z Logan’s Beach i ruszyłem przed siebie, by znaleźć miejsce lub miejsca, gdzie mógłbym poczuć się otępiały, pozbyć się emocji, które wlokły się za mną z miasta do miasta, od taniego motelu do taniego motelu, od dziewczyny do dziewczyny, od haju do haju.
A potem w moim życiu pojawiła się różowowłosa dziewczyna z przeszłości i właśnie wtedy po raz pierwszy odnalazłem cel w życiu. Prawdziwy cel, a nie jakiś gówniany, wyznaczony przez rozkazującego mi Chopa, który to cel ja i każdy członek klubu Beach Bastards uważaliśmy za wyrocznię. Prawdziwy powód, by żyć.
Chciałem znowu żyć.
Mieć kogoś, dla kogo mógłbym żyć.
Ti była moją szansą na prawdziwe szczęście, chociaż Bóg jeden wie, czym ono było, zanim ją poznałem. Tylko raz poczułem prawdziwe, przelotne szczęście, dzięki Preppy’emu, Kingowi i Grace. Jak na przykład wtedy, gdy King wytatuował nas po raz pierwszy. Bardzo nam się podobały te tatuaże, chociaż były krzywe i cholernie brzydkie. Jak wtedy, gdy Grace upiekła dla mnie mój pierwszy w życiu tort urodzinowy. Jak wtedy, gdy King, Prep i ja siedzieliśmy na wieży ciśnień i myśleliśmy, że świat należy do nas.
Bo wtedy tak było.
A potem zjawiła się Ti i po raz pierwszy poczułem się szczęśliwy, gdy zobaczyłem jej uśmiech. Gdy po raz pierwszy ją pocałowałem. Gdy po raz pierwszy posmakowałem jej cipki przy ognisku. Gdy po raz pierwszy pozwoliła mi wejść w siebie, bez wstydu oddając mi swoje dziewictwo w palącej potrzebie, by stać się moją.
To właśnie tym była.
I zawsze będzie.
I zabiję każdego skurwysyna, który odważy się spróbować mi ją zabrać.
Była moja.
ROZDZIAŁ 1
BEAR
W wieku 13 lat
Poszedłem do gabinetu mojego staruszka, by powiedzieć mu, że dostawa, o którą pytał przez ostatni miesiąc, w końcu dotarła. W chwili, gdy otworzyłem drzwi, natychmiast pożałowałem tego, że nie zapukałem. Chop opierał się plecami o wyblakły zielony fotel stojący w kącie pokoju. Spodnie miał opuszczone do kostek, a w dłoni trzymał piwo. Rudowłosa dziwka motocyklistów o imieniu Millie lub Mallie, lub Jennie klęczała między jego nogami, poruszając głową w górę i w dół, ssąc jego fiuta.
– Cholera – wymamrotałem, przypominając sobie, jakie dostałem kazanie ostatnim razem, gdy przeszkodziłem mu w przyjemnościach. Siniak pod moim okiem zniknął dopiero po dwóch miesiącach, a potem ojciec kazał mi stać na warcie przed bramą przez cały pieprzony miesiąc.
Złapałem za klamkę i powoli się wycofywałem w nadziei, że mnie nie zauważył.
Nie miałem jednak tyle szczęścia.
– Co ja ci, kurwa, mówiłem? – wrzasnął.
Zamarłem.
– Jesteś głupi czy co? Pamiętasz, co się stało ostatnim razem, gdy nie okazałeś mi należytego szacunku? Mówiłem ci, że masz pukać do drzwi, a ty wchodzisz tutaj jak do swojego pokoju?
Dziewczyna oderwała usta od jego fiuta z głośnym cmoknięciem. Skrzywiłem się.
– Nie przestawaj, suko. Czy ja ci powiedziałem, że masz, kurwa, przestać? – Chop złapał ją za tył głowy i zmusił, by znowu wzięła do ust jego fiuta.
– Przepraszam, tato – wyrwało mi się, a on znowu się wkurzył.
– Tato? Tato! – Tym razem szarpnięciem odsunął głowę dziewczyny od swoich kolan i odrzucił ją na bok, a ona wylądowała na biodrze, krzywiąc się. Wstał, podciągnął spodnie i je zapiął, Jodi zaś wybiegła przez drzwi. – Jak miałeś do mnie mówić, synu? – warknął Chop, stając przede mną. W jego oddechu wyczuwałem piwo.
– Szefie – odpowiedziałem, wbijając wzrok w podłogę, tak jak mi kiedyś kazał.
– Właśnie. Szefie. Mogłeś mnie nazywać tatą lub tatusiem, gdy byłeś dzieckiem, ale już nie jesteś żadnym pieprzonym dzieciakiem – powiedział. – Dlaczego masz mnie nazywać szefem? – zapytał, wbijając mi palec w pierś.
– Bo jesteś szefem – powiedziałem, cedząc słowa, które kazał mi mówić, odkąd oficjalnie stałem się prospectem, a on uznał, że jakimś cudem nazywanie go tatusiem jest oznaką braku szacunku.
– Bardzo dobrze, prospekcie. Ja jestem pieprzonym szefem, a nie twoim tatą czy tatusiem, czy twoim staruszkiem. – Chop złapał mnie za kamizelkę i pociągnął na korytarz, a potem w stronę salonu.
Kilkoro braci siedziało na stołkach przy barze. Pozostali grali w bilard, zakładali się, kto wygra, położywszy stosy banknotów na stole, co oznaczało, że stawki były wysokie.
Mimo to ich wartość nie miała żadnego znaczenia, bo w chwili, gdy Chop wszedł do pokoju, wszyscy odłożyli kije i skupili się na nas. Stanął za mną i popchnął mnie w głąb pokoju. Wpadłem na stół i przytrzymałem się go, by nie upaść, a przez to pieniądze rozsypały się po podłodze.
– Powiedz im. Powiedz swoim przyszłym braciom, kim jestem, prospekcie – nakazał Chop, drwiąc ze mnie, jakby tylko czekał na to, aż pęknę.
Byłem wkurzony, ale nie głupi. Musiałem tylko wytrzymać jako prospect, bo gdy stanę się prawowitym członkiem klubu, będzie mi musiał okazywać trochę szacunku.
A przynajmniej taką miałem nadzieję.
– On jest… – zacząłem, ale zawahałem się, gdy zauważyłem, że wszyscy się na mnie patrzą.
– Kim jestem, chłopcze?! – wrzasnął mi do ucha, pochyliwszy się. – I stój prosto, do cholery. Znam dziwki, które przez cały dzień klęczą lub leżą, a stoją bardziej wyprostowane od ciebie. – Złapał w garść moje włosy i pociągnął, żebym się wyprostował.
– Szefem – powiedziałem, tym razem trochę głośniej, krzywiąc się, gdy dalej ciągnął mnie za włosy, jakbym był pieprzoną marionetką, a on pociągał za sznurki.
– Kim? – warknął jak sierżant w wojsku.
– Jesteś szefem! – krzyknąłem, mając nadzieję, że to wystarczy, by mnie puścił i by to wszystko już się skończyło. Tylko tego chciałem, gdy Chop się wściekał, co ostatnio zdarzało się coraz częściej.
– A kim ty jesteś?
– Jestem nikim. Jestem tylko prospektem.
– A co z pozostałymi? – naciskał Chop, a mnie zadrżały ręce. Mój strach powoli zmieniał się w gniew. Odetchnąłem głęboko kilka razy, by go stłumić. Wiedziałem, że jeśli wybuchnę, nic dobrego z tego nie wyniknie.
Przypomnij sobie ostatni raz. Zachowaj spokój. Jeszcze tylko kilka minut, powiedziałem sobie.
– Powiedz im, co ci kazałem powiedzieć, ty mały gnoju. Powiedz im, co powinieneś już wiedzieć. Najwyraźniej ciągle o tym zapominasz i okazujesz mi brak szacunku.
Spojrzałem na mężczyzn, którzy wyglądali na rozbawionych, uśmiechali się i szturchali łokciami, jakby oglądali jakiś kabaret. Tylko siwowłosy mężczyzna stojący z tyłu grupy się nie śmiał, a nawet wyglądał tak, jakby mi współczuł, chociaż wiedziałem, że brat nie współczułby prospectowi.
Odchrząknąłem.
– Jestem prospectem w najlepszym klubie motocyklowym na Florydzie – wycedziłem przez zęby. – W klubie Beach Bastards. Nie jestem synem, nie mam ojca. Jestem żołnierzem w armii wyjętych spod prawa i nikim więcej.
Chop mruknął z zadowoleniem.
– Mam nadzieję, że to ci dało nauczkę, bo najwyraźniej nie potrafiłeś pojąć wcześniej tego, że nie potrzebuję i nie chcę mieć syna. Potrzebuję tylko dobrego żołnierza. – Chop puścił moją kamizelkę i popchnął mnie na kolana. Kopnął mnie w kość ogonową, a ja upadłem na podłogę, uderzając policzkiem o biało-czarne linoleum. – Dorośnij, kurwa, i zacznij okazywać mi pieprzony szacunek, zanim wyślę cię w to samo miejsce, w które wysłałem twoją matkę dziwkę.
Chop wymienił spojrzenia z mężczyzną o siwych włosach, a potem wypadł z pokoju. Pozostali bracia wrócili do picia i grania, jakby ta scena w ogóle się nie wydarzyła.
Siwowłosy mężczyzna przyklęknął i wyciągnął do mnie rękę, a ja posłałem mu spojrzenie, które musiało wyrażać dokładnie to, co myślałem. Czy to jakaś sztuczka? Zaśmiał się, złapał mnie za rękę i pociągnął do góry. Przyłożyłem dłoń do pulsującego policzka i z czerwonej plamy na białym kwadracie na podłodze wywnioskowałem, że krwawię.
– Kiedyś będzie lepiej – powiedział, klepiąc mnie mocno po plecach.
– Serio? – zapytałem, bo naprawdę chciałem wiedzieć. Potrzebowałem wiedzieć. Widziałem to, co mieli bracia, i też tego chciałem. Imprezy. Dziewczyny. Zarąbiste motocykle.
Odrobina pieprzonego szacunku.
Ale w tym momencie musiałem wiedzieć, czy to, przez co każe mi przechodzić Chop, kiedyś się opłaci.
– Jasne, dzieciaku. Jestem Joker – powiedział, prowadząc mnie do baru.
– Joker? – zapytałem. – Jesteś komikiem czy kimś w tym stylu?
– Nie, po prostu bardzo lubię filmy z Batmanem, ale Batman nie był dobrą ksywą, więc zaczęli mnie nazywać Joker. – Zaśmiał się i upił łyk piwa. – I tak zawsze wolałem czarne charaktery. – Dał znać dziewczynie za barem, by podała jeszcze dwie butelki. Podsunął mi jedną z nich.
– Nie widziałem cię tu wcześniej – powiedziałem i wziąłem łyk. To nie było moje pierwsze piwo. – Znam wszystkich, którzy tu przychodzą.
Wzruszył ramionami.
– Stwierdziłem, że skoro nasze kluby chwilowo się ze sobą przyjaźnią i mamy coś razem do załatwienia, to przyjdę was sprawdzić – powiedział, obracając się, bym mógł zobaczyć jego kamizelkę z naszywką Wolf Warriors.
– Czy w twoim klubie też traktuje się prospektów jak gówno? – zapytałem, siadając na stołku. Wybrałem ten, który już został podwyższony, żebym nie musiał się ośmieszać i go podnosić. Może i byłem podobny do ojca tak, jakby zdjął z niego skórę, łącznie z blond włosami i tymi śmiesznymi piegami, ale w wieku trzynastu lat byłem o ponad połowę niższy od niego.
– Jasne, że tak – powiedział ze śmiechem i upił piwa. Pochylił się i dodał ciszej: – Ale nie traktujemy tak naszych synów. Rodzina jest wszystkim. Zapamiętaj to, dzieciaku. Rodzina jest tym, o co chodzi w całym tym gównie –powiedział Joker, wskazując butelką piwa na wszystkich wokół.
Dokończyłem piwo, wstałem i odstawiłem swoją na bar.
– Cóż, słyszałeś szefa. Nie jestem jego synem.
Ruszyłem do wyjścia, bo moja zmiana przy bramie zaraz miała się zacząć, ale Joker powiedział coś, przez co zamarłem i się odwróciłem:
– Kiedy przejmiesz władzę, zmienisz to. Masz to we krwi. Wszystko naprawisz. Wiem o tym. Wierzę w ciebie.
Zmarszczyłem nos.
– Powiedz jeszcze raz, kim ty w ogóle jesteś – zwróciłem się do obcego, który najwyraźniej wiedział, kim byłem i co mi zostało przeznaczone.
– Jestem tylko motocyklistą, który was odwiedził, młody. – Poklepał mnie pocieszająco po ramieniu. Przyjrzał mi się w zamyśleniu i pokiwał głową, jakby utwierdził się w jakimś przekonaniu, a potem wyszedł.
I nigdy więcej go nie widziałem.
ROZDZIAŁ 2
BEAR
W nocy od ścian cel odbijały się echa krzyków współwięźniów. Większość z tych gości za dnia była twardzielami, a w nocy zmieniała się w bezużyteczną papkę. Wyglądało na to, że gdy gasną światła, można się nad sobą użalać.
Ale ja tak nie robiłem.
W swojej grze byłem zarówno graczem, jak i rozdającym karty. Dokładnie widziałem, jakie mam karty, zanim inni je zobaczyli.
Szczególnie jeśli chodziło o Ti.
Bolało mnie wspomnienie wyrazu jej twarzy, gdy założyli mi kajdanki. Myślała, że były przeznaczone dla niej. Jej mina wyrażała zdezorientowanie, a oczy wyszły na wierzch w zaskoczeniu. Kiedy za mną zawołała, jeszcze nie odwróciłem się, myśląc, że nigdy nie wybaczy mi mojego postępowania. Ale w końcu zrobiłem to, bo nie wiedziałem, kiedy znowu ją zobaczę. Nie spodziewałem się, że wskoczy na mnie i przyciśnie swoje pełne różowe usta do moich.
Co za usta.
Myślałem, że rozłąka z nią sprawi, że zapomnę. Nie o niej, ale o tych wszystkich małych szczegółach. O rzeczach, przez które facet może zwariować, gdy nie jest mu dane być z osobą, której pragnie najbardziej. Myślałem, że z czasem jej piękna twarz zacznie zachodzić mgłą i trudniej mi będzie ją sobie wyobrazić. Że może zapomnę, jak niesamowicie pachniała.
Zapomnę o jej delikatnych jękach.
O tym, jak jej policzki czerwieniły się, gdy zaraz miała dojść.
Ale nie. Tak się nie stało.
Tak naprawdę pamiętałem wszystko i to bardzo wyraźnie. Im dłużej o niej myślałem, tym więcej szczegółów sobie przypominałem.
Miałem bardzo dużo wolnego czasu, więc teraz w myślach widziałem ją lepiej, niż gdyby stała przede mną. Przypomniałem sobie to, jak przenosiła ciężar z jednej nogi na drugą, kiedy czuła się niezręcznie. I to, jak przygryzała kciuk, gdy się denerwowała.
Nigdy wcześniej nie potrzebowałem tego, by jakaś laska była moja. Ale kiedy spróbowałem jej przy ognisku, wiedziałem, że nie będzie dla mnie odwrotu. Już nigdy. Gdy po raz pierwszy uprawialiśmy seks w ciężarówce, przysięgam, że w głowie słyszałem skandowanie: „moja”, kiedy wchodziłem i wychodziłem z jej niesamowitej cipki.
Jeśli skupię się wystarczająco mocno, wciąż mogę poczuć na sobie jej zapach.
Często musiałem przypominać swojemu fiutowi o tym, gdzie się znajdowaliśmy i o grożącym nam niebezpieczeństwie, bo łatwo było zatracić się we wspomnieniach. Myśleć o jej nagości. Ruchach. Dyszeniu.
Kurwa.
***
Chociaż łatwo pogrążyć się we wspomnieniach o niej, trudno zapomnieć o niebezpieczeństwie, które czaiło się za każdym rogiem. W żadnej celi nie było bezpiecznie. Na żadnym korytarzu. W żadnej łazience. Nawet na podwórku.
Kiedy Bethany powiedziała mi, że mają wystarczająco dowodów, by aresztować Ti, nie zamierzałem im na to pozwolić i bez namysłu zgodziłem się zająć jej miejsce. To tylko kolejny powód, by się pilnować i być przygotowanym na to, że każdy Bastard, który myśli, że może tu przyjść i mnie wykończyć, sam skończy martwy. Ale to i tak nie miało znaczenia. Liczyło się to, że Ti tu nie trafiła.
Nie byłem w stanie spać, więc oparłem się o kraty celi. Po drugiej stronie, wysoko na ścianie, znajdowało się okno, jedyne w tej części więzienia. Widziałem pełnię księżyca, częściowo zasłoniętą przez mgliste chmury. To jedyny symbol wolności, który będę widzieć jeszcze przez długi czas.
Jeśli w ogóle uda mi się stąd wyjść.
Niedługo po moim aresztowaniu prokurator ogłosił, że będą ubiegać się dla mnie o karę śmierci.
Chmury się przesunęły i światło księżyca oświetliło moją celę jak reflektor. Co dziwne, padło na graffiti znajdujące się na ścianie nad toaletą.
Ktoś napisał tam grubym markerem słowa: „BEACH BASTARDS, LOGAN’S BEACH”.
Westchnąłem. Chociaż to tylko napis, to nawet w mojej pieprzonej celi nie mogłem przed nimi uciec. Na razie.
Kiedyś Beach Bastards znaczyli dla mnie więcej niż klub motocyklowy, a nawet więcej niż dom. Byli braćmi, których związała lojalność. Kiedyś nic dla mnie nie mogło się równać z poczuciem przynależności do czegoś większego i bardziej znaczącego niż ja sam. Czegoś, w co wierzyłem całym sobą.
Po opuszczeniu klubu nigdy nie sądziłem, że znowu poczuję coś takiego, ale się myliłem. Chociaż teraz wyglądało to trochę inaczej. Zamiast skóry i tatuaży miałem kogoś o niewyparzonym języku i ciele, które chciałem pieścić przez każdą sekundę każdego dnia.
Kiedy byłem członkiem Beach Bastards, żyłem i oddychałem dla naszego kodeksu – fundamentu, na którym został zbudowany klub.
Kodeks zapewniał, że chociaż bracia w odwecie mogą ci wyrwać gałki oczne, to nie zabiją twojej żony i twoich dzieci.
Nie można krzywdzić niewinnych.
A potem Chop położył łapę na mojej dziewczynie.
Na mojej Thii.
Beach Bastards przypominali teraz bardziej organizację terrorystyczną, która nie wyznawała lojalności, tylko słuchała rozkazów pochodzących od apodyktycznego, bezdusznego tyrana. Moi bracia byli kiedyś żołnierzami, ale gdzieś po drodze zmienili się w posłuszne psy trzymane przez Chopa na krótkiej smyczy. Stali się bandytami odwalającymi brudną robotę, podpisującymi się w celach, w których przesiadywali, i mającymi gdzieś dobro klubu.
Już nie istnieje coś takiego jak dobro klubu.
Braterstwo również zniknęło, a jego miejsce zajęła dyktatura opływająca w motocyklowy olej i kłamstwa, spowita skórą.
Kiedy zdjąłem swoją kamizelkę, już nie wiedziałem, kim jestem. Mężczyzna we mnie zagubił się, bo przez wiele lat myślał, że jego stary to jakimś cudem ktoś więcej niż tylko zwykły śmiertelnik, dlatego że trzymał swój młotek i rozkazywał.
Tak było, póki nie zjawiła się Ti. To dzięki niej zrozumiałem, że nie muszę należeć do klubu, by być motocyklistą.
Że mogę żyć i mogę jeździć.
Że mogę kochać i mogę zabijać.
Ci dwaj we mnie – mężczyzna i motocyklista – strzelą Chopowi w łeb i zakończą to wszystko, bo wiem, że on nie odpuści, dopóki mnie nie zabije.
– Ty będziesz pierwszy, staruszku – wymamrotałem do siebie.
Kodeks mówił, że brat nie może zabić brata.
Na szczęście ja już nie jestem członkiem klubu, bo gdy –lub jeśli – wydostanę się z tej celi, krzywda, jaką wyrządzili mi Eli i jego pizdy, przy tym, co zamierzam zrobić mojemu staruszkowi, będzie wyglądać jak zwykła zabawa.
Jest jeszcze kwestia tego, że moja matka nagle wróciła z krainy zmarłych.
Sadie.
Moja matka miała na imię Sadie Treme. Z jakiegoś powodu nie pamiętałem o tym, dopóki nie usiadłem przed nią w pokoju wizyt, zastanawiając się, jakim cudem żyje.
Ta suka mogła chociaż wyświadczyć mi przysługę i pozostać martwa.
Nie ufałem jej.
Miałem wystarczająco dużo własnych problemów i nie musiałem się martwić kobietą, która mnie urodziła i wróciła do świata żywych.
Przez te wszystkie lata nieczęsto pozwalałem sobie o niej myśleć. Chop mówił, że była zdrajczynią, więc w to uwierzyłem. W klubie nie ma miejsca dla kretów, i nie ma go również w świecie żywych.
– Gdy złapie się kreta, nie można dać mu drugiej szansy. Jest szkodnikiem, a jedyny dobry kret to martwy kret –powiedział tak, gdy przyłapał Sadie na ucieczce z Logan’s Beach, siedząc ze mną na tylnym siedzeniu, kilka godzin przed tym, jak zaciągnął ją do lasu i zabił niczym pieprzonego dzikiego psa.
Co dziwne, nie pamiętam, żebym wtedy płakał. Syn powinien płakać, gdy jego matka umrze, prawda? Wysilałem umysł, próbując sobie przypomnieć chociaż jedną łzę, ale nie znalazłem takiego wspomnienia.
Pamiętałem jednak inne rzeczy, jak na przykład to, że wówczas jej brązowe włosy niemal dotykały talii. Albo to, jak jej piwne oczy rozświetlały się, kiedy mój stary poświęcił jej chociaż trochę uwagi. Pamiętałem, że nigdy nie malowała oczu, ale jej usta zawsze były krwistoczerwone. Przypomniało mi się też, że nigdy nie śpiewała mi kołysanek, ale zawsze nuciła melodie piosenek Tanyi Tucker i Waylona Jenningsa.
Te wspomnienia nie mogły dotyczyć tej samej Sadie, która siedziała przede mną w pokoju odwiedzin. Nie, kobieta, która wykręcała sobie palce ze zdenerwowania i ciągle patrzyła na swoje kolana, była tylko skorupą wolnego ducha, który kiedyś tańczył do piosenki Williego Nelsona, nieustannie puszczanej na klubowej szafie grającej.
Żyła i oddychała, ale była jakaś dziwna. Może to przez te zapadnięte policzki lub bladą cerę. A może chodziło o to, że sprawiała wrażenie pokonanej. Zacząłem się zastanawiać, czy mój stary rzeczywiście w pewien sposób jej nie zabił.
Sadie i Chop zostali parą, gdy miała tylko szesnaście lat. Uciekła z domu i stała się klubową dziwką. Zniknęła pięć lat po moich narodzinach i tyle.
A jednak tu była. Niemal dwadzieścia pięć lat później siedziała naprzeciwko mnie, przyglądając mi się z otwartymi ustami, jakbym to ja był duchem, który siedzi przy tym pieprzonym stole.
– Co ty tutaj robisz? – zapytałem, nie wiedząc, co innego mógłbym powiedzieć ani czy w ogóle chcę z nią rozmawiać.
– Szczerze? Myślałam, że wiem, a gdy tu przyszłam, okazało się, że jednak nie mam pojęcia – powiedziała słabym głosem, zagryzając wargę i patrząc wszędzie, byle nie na mnie.
– Myślałem, że nie żyjesz – odparłem, stwierdzając to, co oczywiste.
Pokiwała głową.
– Ja też tak myślałam. Okazuje się, że się myliłam.
– Co masz przez to na myśli? – Byłem już zmęczony niekonkretnymi odpowiedziami, tym bardziej że przez nie nasuwało mi się jeszcze więcej pytań.
– To, że twój ojciec pociągnął za spust i myślałam, że umarłam. Byłam zaskoczona tym, że żyję, tak samo jak ty teraz. I zostałam gdzieś zamknięta. – Złapała grzbiet nosa dwoma palcami. – Nie znam szczegółów. Uciekłam, ale tak naprawdę nawet nie pamiętam jak. Gdy tylko mój umysł zaczął się rozjaśniać, postanowiłam cię odszukać.
– Myślisz, że Chop przetrzymywał cię gdzieś przez ten cały czas?
Sadie pokiwała głową.
– Tak, ale nie wiem gdzie.
– Jak to, kurwa, możliwe, że przez dwadzieścia lat nie wiedziałaś, gdzie jesteś? Nie sądzisz, że to trochę pojebane?
Sadie położyła rękę na stole wnętrzem dłoni do góry i podciągnęła rękaw. Jej przedramię pokrywały małe, okrągłe blizny, od różowych po białe.
– Wiem, że to niewiarygodne – powiedziała, w końcu patrząc mi w oczy. – Ale taka jest prawda.
– Powiedzmy, że tak jest. Ale nadal pozostaje pytanie, dlaczego on to w ogóle zrobił – wytknąłem. – Chop zawsze ma jakiś powód, nawet najbardziej popieprzony. A to? –zapytałem, wskazując na jej ramię. Obciągnęła rękaw. –Jakoś żaden powód nie przychodzi mi na myśl.
– W tej chwili nie ma znaczenia, dlaczego to się stało, Abel. To już nie jest ważne. Szukanie odpowiedzi nie pozwala mi pójść naprzód.
– A więc dlaczego jeszcze tego nie zrobiłaś? Po co tu przyszłaś? Myślisz, że Chop nie dowie się, że tu byłaś? On ma swoich ludzi wszędzie. A może zapomniałaś o tym, bo przez dwadzieścia pięć lat żyłaś w zamknięciu, naćpana? –powiedziałem sarkastycznie, kpiąc z jej niewiarygodnej historii. Ta suka mogła być ćpunką, która niedawno przeszła odwyk i po prostu chciała mieć jakąś wymówkę na swoją nieobecność w moim życiu, która trwała prawie trzy dekady.
Dzyń, dzyń, skurwielu. Chop ją postrzelił. Wróciła. Powiedziała wszystkim, że była martwa. Jak dla mnie wygląda na żywą, więc jeśli nawet jej historia nie jest prawdziwa, to twój stary i tak maczał w tym palce, wtrącił się duch Preppy’ego. Odkąd poznałem Ti, słyszałem go rzadziej, ale cieszyłem się, że ten mały sukinkot wciąż jest przy mnie. Oparłem łokcie na stole i zakryłem usta rękami, by ukryć uśmiech.
Preppy miał rację, ale w żaden sposób nie dowiem się, czy Sadie powiedziała prawdę. Długie tortury są w stylu Chopa, ale dlaczego miałby kłamać w kwestii matki? W tej historii chodziło o coś więcej, jednak nie wiedziałem, czy Sadie kłamała, czy naprawdę nic nie pamiętała.
Odchrząknęła, a ja skupiłem wzrok na jej długich włosach, które okręcała wokół dłoni. Wyglądały na trochę dłuższe niż te z mojego wspomnienia, sięgały talii i były niemal czarne, z siwymi pasmami. Zmarszczki wokół jej oczu się pogłębiły, nie miała czerwonej szminki na ustach ani żadnego innego makijażu.
– Wpisałam się na listę odwiedzających, używając innego nazwiska. Poza tym po wyjściu stąd zniknę. Na zawsze. Po prostu… musiałam tu przyjść. Tak myślę. Musiałam cię najpierw zobaczyć, zanim odejdę na dobre. – Zaczęła skubać paznokcie.
Już nie musiałem ukrywać uśmiechu, bo zniknął tak szybko, jak się pojawił.
– Czego się spodziewałaś? Że cię przytulę i powiem: „Tęskniłem za tobą, mamusiu”? – Oparłem się na krześle i skrzyżowałem ramiona na piersi.
Przesunęła palcem po długiej, niewyraźnej bliźnie na czole, która przecinała linię jej włosów. Pokręciła głową.
– Nie, nie po to cię odwiedziłam. Przyjście tutaj było samolubne z mojej strony, ale musiałam to zrobić. Musiałam ci powiedzieć, jaką krzywdę mi wyrządził. Musisz wiedzieć, co z niego za człowiek.
– Doskonale wiem, jakim człowiekiem jest mój ojciec –powiedziałem, pochylając się w jej stronę.
Sadie poruszyła się niespokojnie na krześle.
– Myślę, że on naprawdę to zrobił. Utrzymywał mnie przy życiu, bo uważał, że zdradziłam klub, ale tak nie było. Może myślał, że śmierć nie jest wystarczającą karą. Zabicie mnie by mu nie wystarczyło, chciał odebrać mi życie i sprawić, że będę cierpiała bez końca. – Sadie pociągnęła nosem, a ja zauważyłem, że jej oczy zrobiły się wilgotne. – Wiesz co? Modlę się do Boga, żebym nigdy nie przypomniała sobie, co tak naprawdę się stało. Modlę się o to, by to już zawsze pozostało tajemnicą. – Odsunęła krzesło od stołu, szurając nim po linoleum, ale nie wstała. – Bo coś mi mówi, że nie zrobił mi nic dobrego. – Otarła policzek wierzchem dłoni i nagle powróciło jej puste spojrzenie. Przestała pociągać nosem.
– Po co to przebranie? – zapytałem, wskazując na jasnoniebieski fartuch, który miała na sobie.
Spojrzała na niego i złapała za materiał.
– Jeśli ktoś będzie pytać o twojego gościa, jeśli Chop się dowie, mam nadzieję, że dzięki temu będą szukać pielęgniarki.
– Po co w ogóle tak ryzykowałaś?
Sadie zignorowała moje pytanie. Westchnęła i spojrzała mi w twarz.
– Masz jego oczy – powiedziała, przyglądając się im. Poruszyłem się niespokojnie na twardym plastikowym krześle. – Bardzo go przypominasz. Tuż po porodzie miałam nawet wrażenie, że jesteś nim.
– Nie jestem taki jak on – warknąłem.
– Ale trafiłeś do więzienia – oponowała.
– Znalazłem się tutaj, bo tak wybrałem. Nie próbuj tego przeinaczać w tym swoim naćpanym umyśle. Nie znasz mnie. Nie wiesz, jakich złych rzeczy się dopuściłem. Ale nie wiesz też, nawet sobie nie wyobrażasz, co dobrego zrobiłem.
– Zrobiłeś to dla dziewczyny – powiedziała. To nie było pytanie. Kącik jej ust uniósł się w uśmiechu.
– A jeśli tak, to co?
– To znaczy, że może jednak jesteś człowiekiem – wytknęła. Wyglądała na rozluźnioną, jakby nowe odkrycie ją usatysfakcjonowało. – Bez wątpienia masz to po mnie i mojej rodzinie.
– Rodzinie? – zapytałem, prychając, gdy usłyszałem swobodny ton, jakim wypowiedziała to słowo, którego nawet nie rozumiała.
– Ja jestem twoją rodziną – odparła. – Po prostu chciałam…
– Już mam rodzinę – przerwałem jej. – Ty nie masz prawa nią być.
– Mówisz o Andrii? – zapytała.
Nie podobał mi się sposób, w jaki wypowiedziała imię mojej przyrodniej siostry, jakby ją ono obrzydzało. Andria należała do mojej rodziny, chociaż nie widziałem jej od lat. Była wynikiem przelotnego romansu Chopa z kelnerką z Georgii. Andria powinna dziękować wszechświatowi, że nie urodziła się jako chłopiec, bo mam przeczucie, że gdyby jednak urodziła się z fiutem, to nosiłaby teraz kamizelkę tak jak ja.
– Tak, ale nie o niej mówiłem.
Znowu wbiła wzrok w swoje kolana.
– Mój Abel. Mój chłopiec. Myślę, że powinniśmy…
– McAdams! – zagrzmiał głęboki głos. – Koniec czasu. Wstawaj – nakazał strażnik. Pociągnął za oparcie mojego krzesła, zmuszając mnie do posłuszeństwa.
– Musisz wiedzieć, że ja już nie należę do gangu Beach Bastards – powiedziałem do ducha mojej matki. – Zdjąłem kamizelkę i rzuciłem ją pod nogi tego skurwiela. Może nie jestem potworem, ale jestem martwym człowiekiem, więc to chyba dobrze, że przyszłaś się ze mną zobaczyć, nawet jeśli nie wiesz, dlaczego to zrobiłaś. – Wstałem, szurając plastikowym krzesłem. Zaskoczyłem ją, bo spojrzała na mnie tymi dużymi piwnymi oczami pełnymi smutku i naiwności, jakby wciąż była nastolatką, która urodziła mnie niemal trzydzieści lat temu. – Przyjrzyj mi się dobrze, póki jeszcze możesz, mamo – powiedziałem, podkreślając ostatnie słowo i rozkładając ręce tak szeroko, jak pozwoliły mi na to kajdanki. – Bo to może być twój ostatni raz.
Strażnik pociągnął za łańcuch łączący moje kajdany i odciągnął mnie od Sadie.
Od mojej matki. Nawet myślenie o niej jako matce było niewłaściwie.
Zrozumiałem wtedy, że ja już mam matkę, mimo że tak się do niej nie zwracam, i tylko ona zasługuje na ten tytuł.
– Och – krzyknąłem do Sadie ponad ramieniem. – Możesz zniknąć, bo ja już mam mamę. Na imię jej Grace.
– Grace? – zapytała Sadie, wyglądając na tak zdezorientowaną, jak ja, gdy ją tu zobaczyłem.
Strażnik wyprowadził mnie z pokoju i zaciągnął do celi. Nie wiem, dlaczego czułem potrzebę, by okazać jej taką nienawiść, ale może to dlatego, że wróciła, a jej pierwszym instynktem była ucieczka. Może dlatego, że niezależnie od wszystkiego, faktem pozostawało, że pozwoliła Chopowi się zniszczyć.
Jedna rzecz była pewna – niezależnie od tego, co ten skurwysyn mi zrobił, ja się nie dam zniszczyć.
ROZDZIAŁ 3
BEAR
Trzydzieści minut po wizycie Sadie wyszedłem na podwórko. Myślałem o naszej rozmowie dotyczącej rodziny i wtedy coś do mnie dotarło.
Martwi nie mają rodzin.
Nagle uderzyła mnie myśl, jak kula prosto w serce (do czego już kilka razy prawie doszło), że nigdy nie będę mieć rodziny z Ti, nigdy nie zobaczę, jak nosi moje dziecko.
Zakręciło mi się w głowie od tej niechcianej myśli i nie obserwowałem już podwórka w poszukiwaniu potencjalnych zagrożeń, jak powinienem był robić. Jedynym członkiem klubu, którego spotkałem, odkąd mnie tu zamknięto, był Corp, ale biorąc pod uwagę stan, w jakim go zostawiłem, wiedziałem, że przez jakiś czas nie będzie dla mnie zagrożeniem.
I nie będzie też mógł jeść bez pomocy słomki.
Ale oni nadchodzili. Wiedziałem o tym doskonale. Niemal czułem to w powietrzu.
– Wyglądasz, jakbyś potrzebował jednego – odezwał się ktoś za mną.
Otrząsnąłem się z myśli o Ti i zobaczyłem czarnego gościa mniej więcej o moim wzroście, ale dwa razy większego. Jego kombinezon był rozdarty w okolicy kołnierza i ramion, by zrobić miejsce dla jego napakowanych mięśni.
– Dzięki – powiedziałem niepewnie, sięgając po papierosa, gdy wyciągnął paczkę w moją stronę. Stwierdziłem, że gdyby ten facet został tu przysłany, by mnie zabić, to już by to zrobił. Pewnie wystarczyłoby, że ścisnąłby mi głowę między swoim przedramieniem a bicepsem.
Nieznajomy podpalił zapałkę, zwinął dłoń wokół płomienia, bym mógł z niego skorzystać, a potem sam przyłożył zapałkę do swojego papierosa, zgasił ją i wyrzucił na trawę. Położył paczkę na stole, mówiąc:
– Zachowaj je.
– Dzięki – powiedziałem. Chociaż byłem całkiem pewny, że nie chciał mnie zabić, miałem dość sceptyczne nastawienie w stosunku do ludzi, którzy chętnie wyświadczali przysługi w więzieniu. Przysługi zawsze mają swoją cenę.
– Jestem Miller – powiedział nieznajomy. – Nasz wspólny przyjaciel poprosił mnie, bym miał na ciebie oko.
– Przyjaciel? Cóż, to zawęża krąg, bo ostatnimi czasy nie mam ich zbyt wielu – przyznałem.
Miller usiadł okrakiem na plastikowej ławce przy stole, która ugięła się pod jego ciężarem.
– To ważne, by mieć przyjaciół w takim miejscu jak to. Słyszałem plotkę, że grupa motocyklistów została skazana za jakąś bzdurę i niedługo tu będzie. Nasz przyjaciel uznał, że to z twojego powodu. – Jego głos był tak głęboki, że niemal odbijał się echem, gdy mówił. Zaciągnął się długo papierosem. – Nasz wspólny przyjaciel pomógł mi, gdy byłem w więzieniu w Georgii. Jestem mu winny przysługę. Cholera, jestem mu nawet winny dwadzieścia przysług. Stwierdziłem, że powstrzymanie grupy białych Beach Bunnies, czy jak wy się, kurwa, nazywacie, przed pocięciem cię to nic w porównaniu z tym, co on zrobił dla mnie.
– Chyba już nie muszę zgadywać, kim jest ten nasz wspólny znajomy – odparłem, biorąc ostatniego bucha i gasząc papierosa na blacie stołu.
King odsiedział trzy lata w stanowym więzieniu w Georgii. Miller wstał, a na ławce pozostał po nim odcisk.
Zgasił papierosa na stole.
– Przekazał mi dla ciebie wiadomość.
– Jaką?
Miller osłonił oczy przed słońcem.
– Powiedział, że masz nie dać się zabić i że dziewczyna jest bezpieczna.
Dzięki Bogu. To oznaczało, że King zawiózł ją do domu przy sadzie i że obstawa, którą jej zapewniłem, była przy niej. Ti nie mogła zamieszkać w domu Kinga. Mimo że w więzieniu stanowiłaby łatwiejszy cel, wciąż jej coś groziło, a gdy jej nie chroniłem, rodzina Kinga była w większym niebezpieczeństwie niż kiedykolwiek. Powiedziałem Kingowi, żeby zabrał ją do domu, bo moje zeznanie nie będzie wyglądać dobrze, jeśli prokurator w jakiś sposób nas ze sobą powiąże. Nawet jeśli King miał inne zdanie na ten temat, wiedziałem, że będzie się upierał, by została u niego, ale nie mogłem go o to prosić po tym wszystkim, co dla mnie zrobił.
– Chyba przyszedłem w porę – powiedział Miller, skinąwszy głową w stronę ogrodzenia po drugiej stronie podwórka.
Wstałem i odwróciłem się w chwili, gdy brama się otworzyła i do środka weszło trzech mężczyzn.
Trzech moich byłych braci.
ROZDZIAŁ 4
THIA
W wieku dziesięciu lat
Przez dwie godziny przekonywałam Bucky’ego, by pojechał ze mną do lombardu oddalonego o prawie dwadzieścia kilometrów. Przez pięć minut stałam obok niego i kopałam kamienie stopą, a potem powiedziałam mu, że dam mu moją najlepszą wędkę, jeśli się w końcu zgodzi.
– Ile za to dostanę? – zapytałam wysokiego zaniedbanego mężczyznę o odstających uszach. Stanęłam na palcach, by oprzeć się o porysowaną szklaną gablotę, która robiła za ladę, i rzuciłam facetowi moją najlepszą minę pod tytułem: „Przyszłam tu w poważnych interesach”.
Pracownik lombardu miał plakietkę z imieniem Troy. Spojrzał na mnie z uniesioną brwią, jakby nigdy nie widział w lombardzie dziesięciolatki, która próbuje się targować.
– Kurde, Thia, co ty wyprawiasz? – zapytał Bucky. Oderwał wzrok od modeli samochodów na wystawie i dołączył do mnie.
Kiedy namówiłam go na przejażdżkę do Logan’s Beach, zapomniałam wspomnieć, dlaczego tak bardzo chciałam tam jechać. Bucky wytrzeszczył oczy w przerażeniu, gdy zobaczył, co położyłam na ladzie.
– To sprzączka z inicjałami Donniego Mcrawa, Thia! Nie możesz jej sprzedać!
– Jest moja, więc mogę z nią zrobić to, co chcę – odparłam.
Wygrałam tę sprzączkę, gdy w zeszłym roku wzięłam udział w rodeo w LaBelle z Buckym i jego ojcem. Cóż, nie do końca wygrałam, bo byłam jedyną ośmiolatką, która chciała spróbować ujeżdżać owce, ale i tak dostałam nagrodę za dobre chęci.
– No i? – Odwróciłam się do Troya, który trzymał w dłoni sprzączkę.
Obejrzał ją z każdej strony i uderzył nią o blat.
– Jest pusta – wytknął Troy. Wziął szkło powiększające, przyłożył je do oka i obejrzał sprzączkę.
– Nie potrzebuję pieniędzy. Chcę się tylko wymienić –oznajmiłam. – Na to. – Wskazałam na łańcuszek znajdujący się w gablocie.
Troy nawet nie spojrzał, na co wskazałam.
– Ta sprzączka jest tylko pokryta srebrem. Nie ma zbyt wielkiej wartości. Przepraszam, nic nie mogę dla ciebie zrobić – odpowiedział Troy, wyjmując z ust wykałaczkę i celując nią we mnie.
– Po co w ogóle ci ten łańcuszek? – zapytał Bucky.
Westchnęłam, bo jego pytania zaczynały mnie irytować.
– Mam coś, co chciałabym na nim zawiesić. To wszystko. –Stanęłam na ziemi na płaskich stopach, a Troy przesunął sprzączkę w moją stronę, dodając kolejną rysę do szklanego blatu.
– Co chcesz na tym zawiesić? – dopytywał Bucky.
– Nic takiego – odparłam, kuląc ramiona, zawiedziona. Ostatni raz spojrzałam na łańcuszek za gablotą i odwróciłam się w stronę przyjaciela.
– Powiedz! – zażądał.
Sięgnęłam do kieszeni i wyjęłam pierścionek z czaszką, by mu go pokazać. Szybko włożyłam przedmiot z powrotem, bo nie chciałam, by się zgubił.
– Skąd to masz? – zapytał nagle Troy, wyciągając swoje tyczkowate ciało nad ladą tak bardzo, jak tylko był w stanie, opierając się o nią.
– Nie mogę powiedzieć – odparłam, mając ochotę wytknąć język w jego stronę. – Chodź, Bucky. – Złapałam go za ramię i odwróciliśmy się do drzwi.
– Zaczekaj! – zawołał Troy. – Za bardzo się pospieszyłem. Wyglądacie na miłe dzieciaki. Wymiana sprzączki na łańcuszek wydaje się sprawiedliwa.
– Nawet nie widziałeś, który łańcuszek wskazałam –powiedziałam, krzyżując ręce na piersi.
Troy pokręcił głową.
– W sumie to nie ma znaczenia. Zachowaj sprzączkę. I tak mamy za dużo łańcuszków, więc pokaż mi, który chciałaś. – Troy otworzył gablotę i wziął łańcuszek wskazany przeze mnie. Rzucił go w moją stronę, jakby przedmiot miał mu odgryźć rękę. Łańcuszek upadł na podłogę, a ja go szybko podniosłam, otrzepując z brudu.
– Na pewno?
– Tak – powiedział Troy, machając na nas ręką. –A teraz spadajcie. Jeśli ktoś zapyta, powiedzcie, że Troy z Premier Pawn był dla was dobry, okej? Musicie to powiedzieć.
– Jasne – odparłam, chociaż nie sądziłam, by ktokolwiek miał mnie pytać o moją wycieczkę do lombardu.
Troy pokiwał gorączkowo głową. Pomyślałam, że zaraz mu odpadnie.
– To dobrze. A teraz idźcie. – Machnął na nas ręką i z trzaskiem zamknął gablotę.
Wyszliśmy. Bucky deptał mi po piętach, gdy okrążaliśmy budynek i szliśmy w stronę miejsca, gdzie zostawiliśmy rowery oparte o ścianę.
Wyjęłam z kieszeni pierścień z czaszką i przewiesiłam go przez mój nowy łańcuszek, który potem założyłam na szyję. Schowałam biżuterię pod koszulką z napisem: „Future Farmers of America”.
– Masz zamiar mi powiedzieć, co to jest? – zapytał przyjaciel, gdy podnieśliśmy nasze rowery.
– To mój sekret – powiedziałam z przebiegłym uśmiechem. Prawda była taka, że bardzo chciałam powiedzieć o tym Bucky’emu, odkąd Bear i jego przyjaciele zatrzymali się w Stop-N-Go, ale musiałam zaczekać, aż znajdziemy się poza zasięgiem uszu ludzi z małego miasteczka lubiących plotkować.
A w Jessep wszyscy to lubili.
– Potrafię dochować tajemnicy – zapewnił Bucky, idąc obok mnie, gdy prowadziliśmy rowery w stronę ulicy.
Zatrzymałam się i odwróciłam w jego stronę, unosząc zakrzywiony mały palec.
– Najpierw musisz obiecać na mały palec i dopiero wtedy ci powiem, ale robię to tylko dlatego, że jesteś moim najlepszym przyjacielem i wiem, że nikomu nie powiesz.
– Jestem twoim jedynym przyjacielem – przypomniał mi Bucky, przewracając oczami.
– Nie zmuszaj mnie, bym ci przyłożyła, Bucky – odparłam.
Może i był ode mnie starszy, ale jak na swój wiek nie grzeszył wzrostem. Z tego powodu dzieciaki się z niego nabijały, tak samo jak z moich różowych włosów. W drugiej klasie połączyło nas bycie wyrzutkami i szybko zostaliśmy przyjaciółmi. A teraz mieliśmy złożyć przysięgę, najbardziej świętą i poważną przysięgę na świecie, żebym mogła mu opowiedzieć o niebieskookim mężczyźnie z tatuażami, który wszystko zmienił.
Bucky zahaczył swoim małym palcem o mój.
– Musisz obiecać, że nikomu o tym nie powiesz, a gdy już będziesz stary i osiwiejesz, zabierzesz ten sekret ze sobą do grobu i nie powiesz nawet duchom – powiedziałam.
Bucky pokiwał głową, potrząsnął moim małym palcem i splunął na ziemię, przypieczętowując naszą obietnicę.
– Obiecuję, a teraz gadaj, Pinky – odezwał się śpiewnym głosem, używając znienawidzonego przeze mnie przezwiska.
Tym razem wytknęłam język, gdy opuściliśmy ręce.
Kiedy znaleźliśmy się na głównej drodze, nie wsiedliśmy na rowery. Zamiast tego prowadziliśmy je obok siebie. Wyciągnęłam pierścień zza koszulki, by Bucky mógł go zobaczyć, i obróciłam go, pokazując czaszkę z każdej strony.
– Czy to prawdziwy diament?
– Chyba tak – odparłam, nie mogąc ukryć szerokiego uśmiechu, który pojawił się na mojej twarzy.
– A więc skąd go masz? – zapytał.
– To obietnica – odparłam, unosząc łańcuszek.
– Coś jak obietnica na mały palec?
Pokręciłam głową.
– Nie, to coś potężniejszego.
– Skąd go masz? Ukradłaś? Wygląda, jakby był wart kupę kasy. – Wyciągnął rękę, by go dotknąć, ale wtedy ja schowałam pierścień pod koszulkę.
– Nie, nie ukradłam go – poprawiłam. – Dostałam.
Dramatyczna cisza się przeciągała, Bucky wzruszył ramionami i machnął ręką.
– Od kogo? Masz zamiar mi powiedzieć czy nie?
Poklepałam pierścień przez koszulkę, przypominając sobie dzień, gdy Bear pojawił się w moim życiu. Podekscytowana mogłam trochę naciągnąć fakty, jednak wtedy nie byłam świadoma tego, jak bardzo moje słowa były prawdziwe.
– Dostałam go od największego i najsilniejszego mężczyzny na świecie. Mógł to dać każdemu, ale wybrał mnie. To oznacza, że jesteśmy ze sobą związani… na zawsze.
– Na zawsze? – Głos mojego przyjaciela był wysoki, jakbym uderzyła go w klejnoty.
I właśnie wtedy minął nas starszy mężczyzna jadący na potężnym srebrnym motocyklu z wysoką przednią szybą. Drobna kobieta o siwych włosach siedziała w wózku bocznym. Pomachaliśmy rękami przed naszymi twarzami, by pozbyć się pyłu z powietrza, a gdy Bucky kaszlał, ja patrzyłam, jak motocykl znika. Byłam zafascynowana i zachwycona jego dźwiękiem, tym, jak szybko jechał, a także tym, że starsza kobieta wyglądała, jakby było jej wygodnie w tej przyczepce. Równie dobrze mogłaby robić na drutach, zamiast pędzić z prędkością wiatru. Patrzyłam za nimi jeszcze długo po tym, jak zniknęli za zakrętem.
Odwróciłam się w stronę Bucky’ego i uśmiechnęłam najszerzej, jak potrafiłam.
– Tak. Na zawsze.
ROZDZIAŁ 5
THIA
Niewiele rzeczy mnie przeraża. Samo życie jest wystarczająco przerażające, nie można marnować czasu na obawianie się nieznanego, bo to, co znane, też bywa straszne. Jako dziecko nigdy nie bałam się potworów z szafy czy tych mieszkających pod łóżkiem.
Jedynym, co mnie przerażało, było to, co naprawdę mogło się wydarzyć.
Jak na przykład tornada.
Tak naprawdę w Jessep na Florydzie, w moim rodzinnym miasteczku, nigdy nie było takiego tornada, które doprowadziłoby do katastrofalnych szkód. My przeżyliśmy tylko małe tornada. Takie, które najwyżej przewracają drzewa lub zrywają dachówki.
A mimo to wszystkie koszmary nawiedzające mnie od czasu, gdy zabrano Beara, dotyczyły zbliżających się trąb powietrznych – niszczących budynki, farmy, miasta…
Życia.
Od kilku dni popołudniowe burze przetaczały się przez miasto z pełną mocą. Były jeszcze straszliwsze i jeszcze potężniejsze niż kiedykolwiek. Jakby próbowały przesłać wiadomość o nadchodzącej tragedii.
Chmury toczyły wojnę na niebie, tak samo jak ja toczyłam wojnę sama ze sobą. Miłość i cierpienie przepełniały mnie w równym stopniu. Te uczucia zmieniły się w fizyczne doznania, a po kilku dniach przerodziły się w niszczący ciało ból.
Nadeszły ciemne chmury zasłaniające niebieskie niebo. Południowa burza dała o sobie znać. Zbliżała się do mnie, a mój koszmar stawał się rzeczywistością.
Bałam się tego, że w każdej chwili wirujące chmury mogą spaść z nieba prosto na mnie. Byłam pewna, że tak się stanie. Czekałam na moment, gdy tornado uderzy i dokona większych zniszczeń, niż ktokolwiek mógł sobie wyobrazić.
Niż ktokolwiek byłby w stanie wytrzymać.
Niemal czułam wiatr i nadchodzące tragedie. Czułam się tak, jakbym uniosła się w powietrze, a potem spadła na ziemię.
Dla mnie tornado zawsze było siłą natury mogącą wywołać największe szkody.
Tak właśnie myślałam, dopóki nie spotkałam siły natury, przy której tornado przypominało bardziej poranny wietrzyk. Siła, która mnie podnosiła, sprawiała, że mogłam wzbić się coraz wyżej, wirować w powietrzu i opaść na ziemię, połamana, walcząca o życie.
Moje, a także jego.
Beara.
Zanim mój brat zmarł i moja matka oszalała, ojciec do wieczora zostawał w sadzie. Myślałam, że naprawia popsuty system nawadniający lub jakikolwiek inny niedziałający sprzęt.
Kiedyś mnie to zaciekawiło i wymknęłam się z domu, ale zamiast znaleźć ojca przy generatorze lub popsutych rurach, zastałam go klęczącego w błocie. Pełnia księżyca oświetlała twarz mężczyzny, dzięki czemu widziałam jego załzawione oczy. Patrzył na drzewa, jakby były czymś więcej niż tylko gałęziami ciężkimi od owoców.
Tak naprawdę nie zaskoczyło mnie to, że rozmawiał z drzewami.
On je błagał.
Błagał, by zbiory były udane. Żeby Sunnlandio Cooperation jakimś cudem zapłaciło nam więcej, żeby ceny paliwa spadły, pracownicy przestali domagać się wyższej wypłaty i żeby przewidywany mróz ominął naszą farmę.
A na końcu błagał, by moja matka znowu go pokochała.
W tym momencie pękło mi serce.
I wtedy zrozumiałam, że zapewnienia typu: „Wszystko będzie dobrze, kochanie”, które ojciec wygłaszał przy kolacji, były kłamstwem, tak jak przypuszczałam.
W te noce, gdy mój tata do późna siedział w sadzie, mama wyciągała mnie z łóżka i zabierała do swojego. Tuliłyśmy się i oglądałyśmy ckliwe komedie romantyczne.
Dzięki tym filmom, a nie oziębłemu związkowi moich rodziców, po raz pierwszy zobaczyłam, czym jest prawdziwa miłość. Bardzo się irytowałam, kiedy para napotykała przeszkodę i przez to nie mogła być razem. Potem czekałam na wielki romantyczny gest na końcu filmu – taki, który połączy bohaterów na zawsze.
Za każdym razem, gdy film się kończył i pojawiały się napisy, moja mama wzdychała i odgarniała mi włosy z czoła.
– Wiesz, że to nie jest prawdziwe, prawda? Filmy to tylko fikcja. Taka miłość nie istnieje.
Mówiła, że jest nierealistyczna.
Tylko że to było kolejne kłamstwo, chociaż ona jeszcze o tym nie wiedziała.
Bo taka miłość istnieje.
To, co czułam do Beara, gotowało się pod moją skórą, odkąd skończyłam dziesięć lat, a gdy w końcu znowu się spotkaliśmy, pomijając nieprzyjemne okoliczności, te uczucia eksplodowały i zmieniły się w coś potężniejszego, niż jakikolwiek ckliwy romans mógł przedstawić.
Istniała tylko jedna znacząca różnica.
Nasza historia nie miała szczęśliwego zakończenia.
Nie było żadnej pogoni na wierzchowcu czy wyznawania swoich uczuć przed tłumem wzruszonych ludzi.
Nie, nasza historia zakończyła się, bo Bear trafił do więzienia, gdy postanowił wziąć na siebie winę za morderstwo moich rodziców, za które odpowiedzialna była moja matka.
Kiedy prawniczka Beara, Bethany Fletcher, wyjaśniła, że Bear podpisał zeznanie, by uratować mnie przed zagrożeniem płynącym ze strony jego byłych braci, z którymi teraz on sam będzie się musiał zmierzyć w stanowym więzieniu, nie chciałam w to uwierzyć.
Skoczył w ogień zamiast mnie.
King zabierze cię do domu.
Zostań tam. Czekaj.
Zaufaj mi.
Kilka minut po aresztowaniu Beara Bethany podała mi liścik od niego, gdy wciąż wpatrywałam się w drogę, jakby miał się na niej pojawić w każdej chwili. Trzymałam kartkę w drżących dłoniach i obracałam ją w palcach, zastanawiając się, gdzie jest reszta.
– Nie rozumiem – powiedziałam do Bethany, płacząc.
– Rób to, co ci kazał – odparła. – Nie musisz rozumieć. Masz tylko słuchać.
– Dlaczego on to zrobił? – zapytałam.
Bethany uniosła jedną brew, jakbym już powinna była znać odpowiedź.
– Z tego samego powodu, dla którego wszyscy mężczyźni robią głupie rzeczy. Z miłości oczywiście.
– On nie będzie tam bezpieczny. Musimy go wyciągnąć!
– Thia – odezwała się Ray, stając obok mnie. – Nie rozumiesz? Oni chcieli cię aresztować. Bear przynajmniej się obroni, a ty nie byłabyś w stanie. On dorastał w klubie. Wie, jak sobie poradzić. Wie, co robić. Bethany ma rację. Mimo że to trudne, musisz mu zaufać, a w międzyczasie ona zrobi wszystko, by wrócił do domu. Wszyscy się o to postaramy.
King stanął obok Ray i położył rękę na jej ramieniu.
Pokręciłam głową.
– To powinnam być ja. On niczego nie zrobił, ale ja tak! –Odwróciłam się w stronę Bethany. – To ja postrzeliłam moją matkę. To ja ją zabiłam. To powinnam być ja! Proszę, nie możemy pozwolić, by on…
Bethany cmoknęła językiem i pokiwała palcem przecząco.
– Nie ma mowy, moja droga. Bear rozbił swój motocykl w sadzie. Poszedł do domu twoich rodziców, by skorzystać z telefonu, bo jego nie miał zasięgu. Kiedy zbliżył się, twoja matka stała na ganku, bełkocząc coś o zabiciu męża i wymachując pistoletem. Bear złapał za broń znajdującą się na ganku i zastrzelił ją w samoobronie, a potem uciekł.
– Ale to nie było tak – odparłam głosem pozbawionym emocji.
– Według jego zeznania tak właśnie się stało – odparł King. – Musisz mu zaufać.
Zaufać?
Zaufanie to zabawna rzecz. Szczególnie gdy moja cierpliwość i mój zdrowy rozsądek już osiągnęły swój limit, a mężczyznę, którego kocham, aresztowano za coś, co ja zrobiłam, i zostałam z pustym sercem i irytującym liścikiem, którego nadawca kazał mi powrócić do miejsca znienawidzonego przeze mnie najbardziej na świecie. Ufałam Bearowi i w głębi serca wiedziałam, że zrobił to, co było dla mnie najlepsze.
Ale miałam pewność, że on przez to zginie.
– Odpocznij trochę. Rano zawiozę cię do domu – powiedział King i to było na tyle.
Nawet nie próbowałam zasnąć, bo doskonale wiedziałam, że to niemożliwe, skoro wciąż wyczuwałam zapach Beara w pościeli. Zamiast tego siedziałam w małej łódce, w której Bear wyznał, co do mnie czuje, tylko że tym razem przywiązałam ją do pomostu, bo nie miałam siły walczyć z prądem.
Upiłam łyk z do połowy pustej butelki Jacka Daniel’sa, którą znalazłam w mieszkaniu, i popatrzyłam na zatokę. Bursztynowy trunek palił moje usta i przełyk, omijając świeżo złamane serce i wzniecając ogień w żołądku.
Z każdym łykiem czułam smak ust Beara na butelce. Przysięgam.
Było już późno, a powietrze parne. Wilgotność sięgnęła takiego poziomu, że krople wody zbierały się na moich ramionach i spływały do zgięcia łokcia.
Wszystko stało się tak szybko, a mimo to miałam wrażenie, jakby czas się zatrzymał.
Jak to w ogóle możliwe?
Jak długo znałam Beara, zanim postanowił się dla mnie poświęcić?
Dni? Tygodnie? Miesiące?
Czas mieszał się ze sobą, aż zwolnił, a ja z przerażeniem patrzyłam, jak zabierają Beara.
To, że nie powiedział mi o swoim planie, zabolało, chociaż rozumiem, dlaczego tak postąpił.
Domyślił się, że nigdy bym mu na to nie pozwoliła. Gdybym wiedziała, udałabym się na posterunek i przyznała się, zanim on by to zrobił.
To nie tak, że kochałam go od pierwszej chwili, gdy go zobaczyłam. Nie, wtedy byłam tylko dzieckiem, ale się zauroczyłam. Tamtego dnia coś się we mnie zmieniło. Może i to nie była miłość, ale miałam wrażenie, jakby wtedy do sklepu wszedł ktoś będący moim uzupełnieniem. Od tamtego dnia, nosząc pod koszulką pierścień Beara, czułam się, jakbym mogła oddychać.
Jakbym była całością.
Łapałam za niego za każdym razem, gdy Erin Flemming dręczyła mnie w piątej klasie, i czerpałam z niego siłę, gdy w końcu się w sobie zebrałam i uderzyłam ją w brzuch. Tamtego dnia wróciłam do domu po szkole i nawet się nie skrzywiłam, gdy mama uziemiła mnie na miesiąc.
Było warto.
Pocierałam pierścień na szczęście przed zawodami strzeleckimi. W trzech hrabstwach zebrałam rekordową liczbę nagród w postaci niebieskich wstęg. A w nocy, gdy leżałam w moim małym łóżku, trzymałam go przy ustach, marząc o tym, by sprawił, że moi rodzice przestaną się kłócić.
Nawet po tym, jak dowiedziałam się, że obietnica, którą nosiłam na szyi przez osiem lat, była nic niewarta, czułam się zachwycona, gdy Bear oddał mi pierścień.
Wyciągnęłam go spod koszulki i spojrzałam na jednooką czaszkę. Światło księżyca odbijało się w diamencie, przez co wydawało mi się, że pierścień puszcza do mnie oko.
Im dłużej Bear przebywał w więzieniu, tym bardziej prawdopodobne było, że nigdy nie wróci, a jednak nikt nie mógł mi dokładnie powiedzieć, na co w ogóle czekałam.
Ścisnęło mnie w sercu, a whiskey podeszła mi do gardła, paląc mój przełyk tak samo jak wtedy, gdy spływała do żołądka.
Nie mogłam roztrząsać tej myśli. Nie mogłam skupiać się na tym.
Ale też nie mogłam zwyczajnie czekać.
Obiecaj mi, Ti, że ze mnie nie zrezygnujesz, nieważne, co się stanie, powiedział kiedyś Bear.
Jak ja nie znoszę czekać.
Rzuciłam butelkę przed siebie z gardłowym okrzykiem. Zawirowała w powietrzu i z chlupnięciem wpadła do wody, tworząc rozchodzące się po powierzchni okręgi. Gdy dosięgnęły łódki, postanowiłam, że chociaż ufam Bearowi, to za nic w świecie nie będę siedzieć bezczynnie i nie pozwolę, by jego los zależał od innych. Zrobię coś przy pierwszej okazji.
Musiałam tylko wymyślić co.
ROZDZIAŁ 6
THIA
Jestem w mieszkaniu Beara. Jest późno. Zbyt późno, by dzwonił telefon leżący na szafce przy łóżku. Przewracam się na łóżku i odbieram.
– Halo? – mówię zachrypniętym od snu głosem. Odchrząkuję, a ktoś po drugiej stronie chichocze.
Po moim kręgosłupie przebiega dreszcz i siadam na łóżku wyprostowana.
– Skarbie, to ja. Nic nie mów. Po prostu pozwól mi mówić. Tak wiele chcę ci powiedzieć, ale nie wiem, od czego zacząć. Myślę o tobie. Mimo że minęło tylko kilka godzin, tęsknię za tobą jak szalony. Jeszcze nigdy za nikim tak bardzo nie tęskniłem. Nie wiem, kiedy będziemy mogli znowu porozmawiać, więc chciałem ci powiedzieć to wszystko, póki jeszcze mogę. Jesteś tam, Ti?
– Tak – odpowiadam bez tchu. – Jestem tu.
– Uwielbiam to, jak jęczysz, gdy doprowadzam cię do orgazmu. I to, jaka robisz się mokra na sam dźwięk mojego imienia. Ale też będę tęsknić za tym, jak żujesz końcówki włosów za każdym razem, gdy nie wiesz, co powiedzieć. Będę tęsknić za tym, jak na mnie patrzysz, jakbyś próbowała mnie rozgryźć, chociaż tak naprawdę jestem/ prostym facetem – zazwyczaj myślę tylko o tym, jaka jesteś cholernie piękna, i o tym, jak cię rozebrać. Będę tęsknić za tym, że zawsze mówisz, że nie jesteś głodna, gdy pytam, a potem zjadasz połowę tego, co sobie przygotowałem. Po prostu będę tęsknić za tobą. Już tęsknię. Za tym, że dzięki tobie czuję się jak zwykły człowiek, a nie wyrzutek. Dopóki cię nie poznałem, czułem się bezwartościowy, byłem nikim. Ty dałaś mi wszystko i zamierzam zrobić dla ciebie to samo. Jesteś dla mnie za dobra, ale planuję ci to wynagrodzić tym, że ja też będę dla ciebie dobry. Z tobą. Dzięki tobie.
Milczę, tak jak mi kazał, ale nie mogę opanować łez.
– Świat to mroczne miejsce, a ty włączyłaś światło i teraz jest tak jasno, że chodzę jak oślepiony. Jestem w pieprzonym więzieniu… i nigdy nie byłem szczęśliwszy. Czyż to nie śmieszne? Brzmię jak pizda, ale pomyślałem, że powinnaś o tym wszystkim wiedzieć, w razie gdyby coś mi się stało. Musisz wiedzieć to wszystko.
– Ja…
Bear mi przerywa:
– Nie, nic nie mów. Kucam w kącie najobrzydliwszej łazienki, w jakiej byłem, jest środek nocy, rozmawiam przez telefon wyjęty zza kratki wentylacyjnej, więc proszę cię, Ti, posłuchaj.
Kiwam głową, jakby mógł to usłyszeć.
– Muszę ci coś wyznać. Za każdym razem, gdy się pieprzyliśmy, dochodziłem w tobie. Siedzę tu od miesięcy, dłużej, niż ty i ja jesteśmy… tym, kim dla siebie jesteśmy. Byłbym naprawdę rozczarowany, gdybyś nie była w ciąży. Jeśli – lub gdy – stąd wyjdę, zamierzam to naprawić. Zamierzam wypełnić cię sobą tak bardzo, że wtedy już na pewno będziesz nosić moje dziecko. Nie jestem dobrym człowiekiem, skarbie, ale w przeciwieństwie do mojego gówno wartego ojca ja byłbym dobrym tatą. Chcę mieć dziewczynkę. O różowych włosach jak twoje.
Zakrywam usta, żeby Bear nie słyszał mojego szlochu, i na chwilę odsuwam od siebie telefon, by pociągnąć nosem.
– Mną się nie przejmuj – kontynuuje, a jego głos lekko się załamuje. – I do kurwy nędzy, rób to, co ci kazałem. Mam plan. Bethany pracuje nad tym, by mnie wyciągnąć. Ale to trochę potrwa. Zaufaj mi. Zaufaj nam. Możesz to dla mnie zrobić, skarbie? Ufasz mi?
Tak. Mogę to zrobić.
– Teraz możemy porozmawiać. Powiedz mi coś o sobie. Coś, czego nie wiem. Coś nieprzygnębiającego, bo to miejsce już i tak wpędza mnie w depresję.
Uśmiecham się do telefonu i mówię pierwszą rzecz, która przychodzi mi na myśl:
– Zawszę chciałam mieć psa. Takiego dużego. Gdy byłam młodsza, mieliśmy psa, doga niemieckiego. Kiedy umarł, rodzice nie pozwolili mi na drugiego, ale ja zawsze chciałam.
– Załatwię ci takiego psa, kochanie. Największego, jaki będzie. Gdy tylko stąd wyjdę.
– Naprawdę uważasz, że wrócisz do domu? – To pytanie ma drugie dno. Czy on naprawdę wyjdzie? Czy naprawdę to przetrwa?
– Nie mam pojęcia. Ale wiem, że niejedna osoba próbowała mnie zabić, kiedy jeszcze nie miałem po co żyć, i nigdy jej się to nie udało. Więc uważam, że to dobrze.
– Nie rozumiem – odpowiadam.
– To znaczy, że teraz mam po co żyć, więc będą musieli przyjść do mnie z pieprzoną bombą nuklearną, by mnie zabić, bo ja się nigdzie nie wybieram, Ti. Nie zostawię cię. Nie teraz. Nigdy. Obiecuję.
– Wierzę ci – mówię, bo naprawdę tak jest.
– A teraz powiedz mi, gdzie jesteś – nalega Bear, a jego głos staje się cichszy. – Leżysz w naszym łóżku? – pyta. W słowach „nasze łóżko” i jego głosie jest coś takiego, co sprawia, że natychmiast się kładę i przesuwam dłonią po brzuchu.
– Tak, jestem w naszym łóżku – mówię, niemal mrucząc.
– W majtkach i koszulce? – pyta, wymieniając mój ulubiony strój do spania.
– Tak – mówię.
– To dobrze. Posłuchaj mnie teraz, skarbie. Pamiętasz ten pierwszy raz, gdy wziąłem cię w ciężarówce? Przypomnij sobie, jak włożyłem w ciebie fiuta. Byłaś taka ciasna, że chyba mnie bolało to bardziej niż ciebie.
Przesuwam rękę niżej.
– Pamiętam – mówię niemal z jękiem, gdy wkładam palce do majtek.
– Dotykasz się? – pyta Bear.
– Tak.
– Dobra dziewczynka – mówi napiętym głosem. –Zdejmij majtki i rozłóż dla mnie nogi.
Pozbywam się bielizny i rozkładam nogi tak szeroko, jakby to on miał się między nimi znaleźć.
– Okej – mówię.
– Pamiętasz, jak spróbowałem cię po raz pierwszy? Ten pierwszy raz, kiedy mój język dotknął twojej cipki? Pamiętasz, jakie to było uczucie, gdy pieprzyłem cię językiem, aż nie mogłaś już wytrzymać?
Zamykam oczy i dwoma palcami zataczam kręgi na cipce, przypominając sobie w szczegółach to, o czym mówi Bear. Jego ciepły, mokry język, ucisk w dole mojego brzucha, gdy pieprzył mnie w ten sposób nieprzerwanie. Szybciej i szybciej, aż jestem blisko szczytu.
– Tak – mówię.
Bear chichocze.
– Miej rozłożone nogi. Przypomnij sobie, jak trzymałaś mnie za włosy, gdy ja ukrywałem twarz między twoimi udami.
Poruszam palcami coraz szybciej, jestem coraz bliżej spełnienia. A potem zwiększam nacisk, aż w końcu znajduję się na granicy, gdzie nawet najlżejszy dotyk może zapewnić mi orgazm.
– Bear – jęczę. – Jest mi tak… tak…
– Nie mogę się doczekać, aż zrobię to ponownie. Ale następnym razem nie pozwolę ci dojść z moim językiem w tobie – mówi Bear i nagle czuję się rozczarowana.
– Nie?
– Nie, bo gdy już będziesz miała dojść w ten sposób, podniosę się i wejdę w ciebie. I będę cię pieprzył. Mocno. Aż oboje będziemy krzyczeć i dojdziemy razem.
Zbliżam się do orgazmu i gdy w końcu niemal czuję najpiękniejsze spełnienie, jakie może mi zapewnić własna ręka, w tle rozlega się jakiś hałas.
– Cholera, muszę lecieć, Ti.
– Poczekaj – sapię, otwierając oczy. – Kiedy… –zaczynam, ale nie wiem, o co dokładnie chcę zapytać.
– Kocham… – Zanim udaje mu się dokończyć, połączenie zostaje przerwane.
Chowam głowę między kolanami.
– Nic mu nie będzie – mówię na głos, próbując się pocieszyć.
Jestem jak na haju. Jestem smutna. Szczęśliwa. Zaniepokojona.
Telefon od Beara sprawił, że czuję coś, czego nie czułam od jego zniknięcia, i chcę się tego trzymać do chwili, aż on znowu będzie przy mnie.
To nadzieja.
Odkładam telefon i oddaję Kingowi, który wkłada go do ust i połyka.
I właśnie stąd wiem, że cała ta rozmowa była tylko snem. W rzeczywistości Bear zakazał nam się kontaktować. Ja nie mogłam dzwonić do niego, a on nie mógł dzwonić do mnie. I nie mogłam go odwiedzać. King wyjaśnił mi, że odwiedzenie przeze mnie w więzieniu mężczyzny, którego oskarżono o zabicie moich rodziców, doprowadzi do tego, że nie będę wyglądać na niewinną. A właśnie o to starał się Bear.
Kiedy otworzyłam oczy, King naprawdę stał nade mną. Jego potężne ciało rzucało cień i nie było dowodu na to, że połknął jakiekolwiek urządzenie elektryczne. Na szczęście byłam w pełni ubrana w koszulkę i spodnie dresowe, jednak i tak oddychałam głośno, bo jeszcze nie doszłam do siebie po orgazmie, który niemal przeżyłam we śnie.
– Czas wracać do domu.
Do domu? Usiadłam na łóżku i potarłam oczy. King kazał mi spotkać się z nim na zewnątrz za dziesięć minut i wyszedł z pokoju. Odrzuciłam na bok kołdrę i poszłam do łazienki, by wziąć prysznic.
Zimny prysznic.
Dom.
Gdzie to, do cholery, jest?
ROZDZIAŁ 7
BEAR
Usłyszałem wycie syreny, które oznaczało, że czas przebywania na podwórku dobiegł końca i trzeba wracać do środka. W samą porę. Miller i ja udaliśmy się do najbliższego wejścia, ani na chwilę nie spuszczając wzroku z naszego nowego towarzystwa.
– Ty nie, McAdams – powiedział strażnik pilnujący bramy i wepchnął mnie z powrotem na podwórko po tym, jak Miller już wszedł do środka.
– Co to ma, do cholery, znaczyć? – zapytał Miller, oglądając się za siebie, gdy ochroniarz zamknął bramę, zostawiając mnie na podwórku wraz z byłymi braćmi, którzy zaczęli iść w moją stronę. Miller spojrzał na mnie współczująco, gdy kolejny ochroniarz wepchnął go do środka.
– Pomyślałem, że potrzebujecie chwili dla siebie na osobności. Żeby nadrobić zaległości – oznajmił kpiąco strażnik.
– Pierdol się – warknąłem, bo ten pieprzony strażnik doskonale wiedział, co zrobił, i nie miałem wątpliwości, że mu za to zapłacono. – Może wyjdziesz i wszyscy zobaczymy, czy to naprawdę jest takie śmieszne.
Strażnik zachichotał, jakby spotkanie trzech na jednego było zabawne, i zaczął obracać klucze w dłoni. Zasalutował drwiąco i wszedł do budynku, pogwizdując. Ciężkie drzwi zamknęły się z hukiem.
Rozluźniłem mięśnie szyi, przygotowując się na walkę życia. Spotkałem się z tymi pizdami przy stoliku piknikowym, od którego dopiero co odszedłem. Ku mojemu zaskoczeniu Wolf oparł się o stół, a Munch i Stone zajęli miejsca na ławce. Myślałem, że od razu przejdą do rzeczy. Mimo że Miller właśnie dał mi paczkę papierosów, wyczaiłem kolejną w przedniej kieszeni kombinezonu Wolfa, wyciągnąłem rękę i wyjąłem pudełko fajek wraz z zapałkami.
– Dzięki za papierosa – powiedziałem, podpalając go, a potem rzuciłem zapałki na stół. – To co, dziewczęta, jesteście gotowe spróbować?
Mogą spróbować.
Nie bałem się tych skurwieli. Jedyne, co mnie przerażało, to to, że już więcej nie zobaczę Ti.
Tak naprawdę byłem wkurzony.
Wściekły.
Przez te wszystkie lata próbowałem zrobić z moich braci lepszych ludzi, a oni wymyślili taki plan?
– Poważnie, nie tego was uczyłem, suki – powiedziałem, kręcąc głową. – Chcecie mnie zabić na otwartym podwórku, gdzie wszędzie są kamery? Chop już dawno przestał być dobrym przywódcą, ale po was spodziewałem się czegoś lepszego niż takiej niechlujnej roboty.
Myślałem, że wstaną, wypną piersi i zaczną mi grozić.
Myślałem, że zrobią cokolwiek.
Munch i Stone utkwili spojrzenie w ziemi, a Wolf zapalił papierosa. Zanim jednak ogień dotknął końcówki, uderzyłem faceta pięścią w twarz, a on od razu upadł na ziemię. Atak szedł mi lepiej niż obrona.
– Chop nas wysłał, ale nie zamierzamy cię zabić, gnoju – powiedział Wolf i przeturlał się po ziemi, przyłożywszy rękę do oka.
– Więc po co was tutaj przysłał? Żebyście urządzili bitwę na łaskotki? – Wypuściłem dym nosem i chociaż nie wiedziałem, jak potoczą się następne minuty, czułem się niemal rozluźniony.
Pogodziłem się z tym.
Było jak w domu.
Z każdą sekundą poziom adrenaliny w mojej krwi wzrastał. W którymś momencie byłem pewny, że mógłbym podnieść ciężarówkę, gdybym miał okazję.
Albo wykończyć trzech facetów za jednym zamachem.
– Nie, on tak naprawdę wysłał nas tutaj, żebyśmy cię zabili, ale tego nie zrobimy – oznajmił Munch, wstając, by pomóc Wolfowi się podnieść.
