Brutal - T.M. Frazier - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Brutal ebook i audiobook

T. M. Frazier

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

174 osoby interesują się tą książką

Opis

King, bezwzględny przestępca, ponownie zostaje wciągnięty w spiralę brutalnej przemocy i krwawej zemsty. Ludzie, którzy jedynie udają, że prawo jest dla nich najwyższą wartością, próbują odebrać mu ukochaną kobietę. Król podziemia nie może sobie na to pozwolić. Musi raz jeszcze udowodnić, kto rządzi w tym okrutnym świecie…

Po utracie pamięci Doe próbuje odkryć, kim była oraz komu może zaufać. Na skutek manipulacji zostaje rozdzielona z Kingiem i trafia z powrotem do rzekomo kochającej ją rodziny. Rozdarta między dawnym życiem a wielką miłością, mierzy się z bolesnymi prawdami o sobie i swojej tożsamości.

Brutal to mroczna powieść erotyczna, w której gwałtowna namiętność splata się z niewyobrażalnym bólem. T.M. Frazier stworzyła historię pełną napięcia, moralnej niejednoznaczności, a także emocjonalnych wzlotów i upadków.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 321

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 34 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Anna Wilk & Artur Barczyński

Oceny
4,6 (5 ocen)
3
2
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Mkrynia65

Nie oderwiesz się od lektury

Dobra , bardzo dobra.... najlepsza. Lektorzy rewelacja , w ich wykonaniu mogę słuchać każdego audiobooka.❤️
00
eeeli

Nie oderwiesz się od lektury

Mega czytałam wersje papierowa
00



Fragment

Ty­tuł: Bru­tal

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego: Syl­wia Choj­nacka

Co­py­ri­ght © T.M. Fra­zier, 2026

This edi­tion: © Ri­sky Ro­mance/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt okładki: Ma­ria Le­pian

Re­dak­cja: Ju­styna Yiği­tler

Ko­rekta: We­ro­nika Król

ISBN 978-91-8098-750-9

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Ri­sky Ro­mance /Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

Dla mo­jego ta­tulka. I dla wszyst­kich,któ­rzy mu­szą da­lej żyć, nie ma­jąc obok sie­bie uko­cha­nej osoby.

Kiedy mi­łość two­jego ży­cia umiera, Może i śmierć go za­biera,Lecz mi­łość w to­biewciąż dech w płu­cach za­piera.– T. M. Fra­zier

PRO­LOG

King

Średni czas, jaki prze­stępca spę­dza na wol­no­ści po wyj­ściu z wię­zie­nia, wy­nosi sześć mie­sięcy.

Ja by­łem na wol­no­ści przez trzy lata.

Spo­dzie­wa­łem się, że w sa­mo­cho­dzie od­najdę Max. A za­miast tego skuto mi nad­garstki zim­nymi kaj­dan­kami. W do­datku ten skur­wiel, de­tek­tyw, miał czel­ność śmiać się w głos, gdy za­kła­dał mi me­ta­lowe ob­rę­cze wo­kół nad­garst­ków, i to wcale nie de­li­kat­nie.

Ale ja na­wet się nie skrzy­wi­łem. Nie dał­bym mu tej sa­tys­fak­cji. Bru­tal­nie we­pchnął mnie na tylne sie­dze­nie sta­rego po­li­cyj­nego wozu. Wy­lą­do­wa­łem na boku z po­licz­kiem przy­ci­śnię­tym do le­pią­cego się sie­dze­nia. Pach­niało tu rzy­gami i złymi de­cy­zjami. Mro­wiło mnie w ra­mio­nach, bo kaj­danki utrud­niały prze­pływ krwi w mo­ich ży­łach.

Ten du­pek miał szczę­ście, że sie­dzia­łem tu skuty kaj­dan­kami.

Trzy lata. Już prze­trzy­my­wali mnie przez trzy za­srane lata, a te­raz chcieli mnie wsa­dzić do paki na znacz­nie dłu­żej. Po­rwa­nie nie było ka­rane ude­rze­niem po dło­niach, szcze­gól­nie w przy­padku osoby, która miała kar­to­tekę rów­nie barwną, co moja. Obie­ca­łem so­bie, że ni­gdy tam nie wrócę, ale też ni­gdy nie by­łem do­bry w do­trzy­my­wa­niu obiet­nic.

Tak na­prawdę mia­łem to wszystko gdzieś. Sys­tem mógł mnie za­trzy­mać. Tam było moje miej­sce, ale oni nie mieli nade mną wła­dzy. I ni­gdy nie będą mieć.

To ona miała nade mną kon­trolę.

Po­sia­dała moje serce i moją za­sraną, czarną du­szę.

Każ­dego pie­przo­nego dnia uśmie­cha­jąc się z wyż­szo­ścią, będę pod­cho­dził do ko­lejki przy bu­fe­cie, ma­jąc na so­bie po­ma­rań­czowy, uwie­ra­jący strój wię­zienny. Będę grał w karty z naj­gor­szymi więź­niami i przy­mi­lał się do straż­ni­ków, któ­rzy dzięki temu tro­chę mi od­pusz­czą. A w nocy, gdy zo­stanę sam w swo­jej celi bez okien, trzy­ma­jąc fiuta w ręce, przy­po­mnę so­bie, jak to było mieć ją w swoim łóżku. Jak jej duże, nie­winne oczy pa­trzyły na mnie, kiedy po­ru­sza­łem się w niej. Jak wy­gi­nała plecy w łuk, gdy do­pro­wa­dza­łem ją do or­ga­zmów.

Wma­wia­łem so­bie, że nie mam jej nic do za­ofe­ro­wa­nia, ale my­li­łem się. Mia­łem mi­łość.

Zwier­za­czek. Doe. Ray. Nie­za­leż­nie od imie­nia ko­cha­łem za bar­dzo, by uznać to za nor­malne, ra­cjo­nalne czy zdrowe, i z chę­cią oraz z uśmie­chem na ustach zgnił­bym w wię­zie­niu, je­śli tylko miał­bym pew­ność, że z moją dziew­czyną bę­dzie wszystko w po­rządku.

Tylko że nie mia­łem pew­no­ści.

Po­wi­nie­nem był się do­my­ślić, że ten skur­wiel mnie wy­kiwa.

– Nie­sławny Bran­tley King – po­wie­dział ten du­pek, który za­jął miej­sce na przed­nim sie­dze­niu. Sztuczna skóra za­skrzy­piała nie­przy­jem­nie, a on za­mknął drzwi i uru­cho­mił sil­nik. – Szkoda, że jesz­cze się nie na­uczy­łeś, chłop­cze. A mia­łeś oka­zję.

Za­śmiał się i po­krę­cił głową. To było oczy­wi­ste, że fa­cet czer­pał ja­kąś chorą sa­tys­fak­cję z tego, że to on za­kuł mnie w kaj­danki.

– King – po­pra­wi­łem go su­chym to­nem. Nikt poza nią nie mó­wił mi po imie­niu.

– Słu­cham? – za­py­tał, uno­sząc brwi i pa­trząc na mnie we wstecz­nym lu­sterku.

Wy­pro­sto­wa­łem się i na­po­tka­łem jego wzrok, jak­bym chciał na wskroś prze­szyć jego tchórz­liwą du­szę.

– Na­zy­wają mnie King, ty skur­wielu.

Za­czą­łem go­to­wać się ze zło­ści. I wła­śnie wtedy za­uwa­ży­łem, że de­tek­tyw nie wy­je­chał na główną drogę, lecz skrę­cił i po­je­chał ścieżką pro­wa­dzącą do lasu.

Ten fa­cet nie był żad­nym gliną. Spoj­rza­łem na jego broń, która le­żała na de­sce roz­dziel­czej. Wy­glą­dała jak re­wol­wer, a nie po­li­cyjna spluwa. On wcale nie za­bie­rał mnie do wię­zie­nia.

Ra­czej pro­sto do grobu.

Nie mia­łem czasu do stra­ce­nia.

Moje dziew­czyny mnie po­trze­bo­wały.

A co waż­niej­sze, ja po­trze­bo­wa­łem ich.

Ten kre­tyn za­kuł mi ręce z przodu. To od razu po­winno dać mi do my­śle­nia. Praw­dziwy glina ni­gdy by cze­goś ta­kiego nie zro­bił, chyba że prze­wo­ziłby nie­groź­nego kry­mi­na­li­stę.

Czyli na pewno nie mnie.

Za­ło­ży­łem mu łań­cuch łą­czący kaj­danki na szyję i po­cią­gną­łem mocno, przy­ci­ska­jąc głowę męż­czy­zny do opar­cia fo­tela. Po­cią­gną­łem tak mocno, że nie­mal mię­śnie mo­ich ra­mion eks­plo­do­wały od na­pię­cia.

Zdjął ręce z kie­row­nicy i pró­bo­wał zła­pać mnie za głowę, ale uchy­li­łem się i scho­wa­łem za sie­dze­niem.

Sa­mo­chód zbo­czył ze ścieżki i za­czął po­ru­szać się po niej sla­lo­mem, aż w końcu wje­chał w wy­so­kie po ko­lana za­ro­śla.

Czu­łem na­ra­sta­jący ból, który po­ja­wił się za mo­imi oczami. Raz jesz­cze ści­sną­łem szyję oszu­sta, który po­da­wał się za de­tek­tywa. W końcu sa­mo­chód za­trzy­mał się, a ży­cie ucie­kło z ciała tego czło­wieka.

Oszust miał ra­cję – ni­gdy nie będę ni­kim wię­cej niż nie­sław­nym Bran­tleyem Kin­giem.

Nie prze­szka­dzało mi to jed­nak, bo mu­sia­łam dać na­uczkę se­na­to­rowi. Nie za­biera się tego, co moje, chyba że za­płaci się za to krwią, po­tem lub cipką.

On ode­brał mi moją dziew­czynę. I chciał ode­brać mi ży­cie.

Więc za­płaci za to krwią.

ROZ­DZIAŁ 1

King

Ze­msta jest słodka.

A przy­naj­mniej tak po­wia­dają. Po­ją­łem praw­dzi­wość tych słów do­piero wtedy, gdy wy­do­sta­łem się z po­tłu­czo­nego sa­mo­chodu, strze­pu­jąc z sie­bie odłamki szkła.

Nie­mal czu­łem smak ze­msty na ję­zyku, śli­ni­łem się w ocze­ki­wa­niu na mo­ment, w któ­rym będę mógł zdjąć z przed­ra­mie­nia skó­rzaną bran­so­letę i owi­nąć ją wo­kół szyi se­na­tora za to, że mnie oszu­kał.

Mi­nęło tylko kilka chwil, od­kąd za­bi­łem czło­wieka.

Ale już dawno nie czer­pa­łem z tego praw­dzi­wej przy­jem­no­ści.

Przez moje żyły pły­nęła tak po­tężna ad­re­na­lina, jak jesz­cze ni­gdy do­tąd. Jej ilość mo­głaby oży­wić trupa.

Na­pa­wa­łem się tym uczu­ciem. Ży­wi­łem nim.

Zu­peł­nie jak­bym pod­su­nął so­bie pod nos mi­skę bia­łego proszku i wcią­gał go tak długo, aż po­czu­łem się nie­zwy­cię­żony.

Jak pie­przony bóg.

I nie za­mie­rza­łem koń­czyć tego haju, do­póki nie na­pra­wię wszyst­kiego, co ze­psu­łem. Szkoda mi było każ­dego dupka, który bę­dzie mieć na tyle duże jaja, by sta­nąć mi na dro­dze.

To była chwila, gdy po raz pierw­szy go usły­sza­łem.

Preppy.

Czas po­ka­zać tym skur­wy­sy­nom, że za­darli z nie­wła­ści­wym dzie­cia­kiem po nie­wła­ści­wej stro­nie mia­sta. Głos Preppy’ego był tak wy­raźny w mo­jej gło­wie, jakby przy­ja­ciel stał tuż obok mnie.

Za­czy­nało mi od­bi­jać.

Gdy udało mi się wy­do­stać z lasu i do­trzeć do domu, za­uwa­ży­łem, że Bear wła­śnie zsiada ze swo­jego mo­to­cy­kla. Kiedy mnie uj­rzał, rzu­cił nie­do­pa­łek pa­pie­rosa na zie­mię. Ru­szył w moją stronę sta­now­czym kro­kiem, marsz­cząc czoło groź­nie i za­ci­ska­jąc pię­ści. Su­che źdźbła trawy chrzę­ściły pod jego sto­pami.

– Po­słu­chaj, su­kin­ko­cie. Nie chcia­łem, żeby do­szło do rę­ko­czy­nów, ale uwa­żam, że chu­jowo po­ra­dzi­łeś so­bie z tą sy­tu­acją. Ona za­słu­guje na coś lep­szego, o wiele lep­szego niż pie­przone kłam­stwa… – Bear za­marł, gdy za­uwa­żył, że by­łem po­kryty bło­tem i krwią. – A to­bie co się, kurwa, stało?

Ode­pchną­łem go i omi­ną­łem, igno­ru­jąc py­ta­nie. Po­bie­głem w stronę domu i prze­sko­czy­łem po trzy schody na­raz. Otwo­rzy­łem drzwi z taką siłą, że śrubki z gór­nego za­wiasu wy­le­ciały w po­wie­trze i wy­lą­do­wały na ganku.

– Zwier­zaczku! – za­wo­ła­łem. Ja­kaś część mnie wciąż wie­rzyła, że ona mimo wszystko zna­la­zła spo­sób, by zo­stać. Ale gdy tylko wsze­dłem do domu, po­czu­łem pustkę i nie mu­sia­łem już za­glą­dać do każ­dego po­koju. – Kurwa! – krzyk­ną­łem, pod­no­sząc w kuchni krze­sło. Rzu­ci­łem nim przez po­kój. Krze­sło roz­biło szklany sto­lik i za­trzy­mało się na cien­kiej gip­so­wej ścia­nie, w któ­rej po­ja­wiła się dziura wiel­ko­ści piłki bejs­bo­lo­wej.

Bear wszedł za mną do domu.

– Po­wiesz mi, co się stało, czy bę­dziesz da­lej ruj­no­wać ten dom? – za­py­tał. Prze­sze­dłem obok niego i skie­ro­wa­łem się do ga­rażu. Mu­sia­łem do­stać się do mo­jego mo­to­cy­kla i kilku in­nych rze­czy.

Ta­kich, które wy­ma­gały na­bo­jów.

– Nic ta­kiego. Wy­star­czy tylko torba na zwłoki, by to na­pra­wić.

Jedna ob­ręcz kaj­da­nek wciąż ota­czała mój nad­gar­stek, druga zwi­sała ni­żej. Łań­cuch po­kry­wała krew oszu­sta. Jak tylko ten skur­wiel zdechł, sa­mo­chód za­trzy­mał się na drze­wie, a ja wy­sia­dłem z niego przez przed­nie drzwi. Na szczę­ście du­pek miał w kie­szeni klu­czyki do kaj­da­nek.

– Ro­zu­miem – stwier­dził Bear. – A gdzie, do cho­lery, jest Doe? – W jego gło­sie usły­sza­łem opie­kuń­czy ton, który mi się nie spodo­bał, ale nie za­mie­rza­łem te­raz za­wra­cać so­bie tym głowy.

Zajmę się tym, gdy już od­zy­skam swoją dziew­czynę.

– Se­na­tor mnie oszu­kał. Nie było Max. A gdy po raz ostatni wi­dzia­łem Doe, krzy­czała i ko­pała no­gami w po­wie­trzu, gdy za­bie­rał mnie wy­na­jęty mor­derca. – Wście­kłem się, gdy w my­ślach uj­rza­łem se­na­tora trzy­ma­ją­cego Doe. – Wy­ko­naj kilka te­le­fo­nów – na­ka­za­łem. – Do­wiedz się, do­kąd mo­gli ją za­brać.

– Kurwa – po­wie­dział Bear. Za­miast wy­cią­gnąć te­le­fon, po­chy­lił się i oparł ręce na ko­la­nach.

– Co tym ra­zem? – wark­ną­łem.

Bear chwy­cił się pal­cami za grzbiet nosa.

– Ist­nieje po­wód, dla któ­rego wró­ci­łem, stary. Poza tym, że chcia­łem ci sko­pać dupę za to, jak zje­ba­łeś sprawę z Doe. My­ślę, że za­nim za­czniesz roz­wią­zy­wać pro­blem przy uży­ciu kul, po­wi­nie­neś wie­dzieć, że to chyba nie se­na­tor chciał cię po­grze­bać – oznaj­mił, pro­stu­jąc się. Oparł się o ścianę i za­pa­lił pa­pie­rosa.

– A co to ma, kurwa, zna­czyć? To on ka­zał tam­temu czło­wie­kowi mnie aresz­to­wać. Oczy­wi­ście, że to był on.

Bear po­krę­cił głową.

– Fakt, on sta­nowi pro­blem, ale nie je­dyny. Nie­całe dwa­dzie­ścia mi­nut temu dzwo­nił Rage, a jak pew­nie wiesz, fa­cet ma oczy i uszy wszę­dzie. Mówi się, że sprawa z Isa­akiem jesz­cze nie jest skoń­czona. Na­wet w przy­bli­że­niu. – Prze­su­nął ręką po wło­sach, a po­piół z jego pa­pie­rosa spadł na dy­wan.

– Roz­wa­li­łem temu chu­jowi łeb na ka­wałki. Jak dla mnie wy­glą­dało to na skoń­czoną ro­botę – oznaj­mi­łem.

– Nie, nie cho­dzi o Isa­aca. On jest te­raz po­kar­mem dla ro­ba­ków. Cho­dzi o ko­goś, kto się wku­rzył, bo Isaac jest mar­twy, a w związku z tym nie może sprze­dać jego to­waru na Flo­ry­dzie. Ktoś, kto jest w sta­nie za­bić całe ro­dziny, by do­stać się do tego, kto za­lazł mu za skórę.

Ze­sztyw­nia­łem. Do­sko­nale wie­dzia­łem, o kim mó­wił.

– Eli.

– Tak, stary – po­twier­dził Bear. – I gdy­bym miał się za­ło­żyć, to sta­wiał­bym na to, że Eli chciał cię za­bić, wy­ko­rzy­stu­jąc do tego ta­tu­sia se­na­tora.

Eli Mit­chell był osobą, któ­remu Isaac od­da­wał część pie­nię­dzy ze sprze­daży nar­ko­ty­ków. Cóż, a przy­naj­mniej do­póki ja, Preppy i Bear nie za­bi­li­śmy Isa­aca i nie wy­tłuk­ li­śmy jego gangu. Eli za­wsze no­sił oku­lary prze­ciw­sło­neczne w czar­nej oprawce i nie był wy­soki, nikt na­wet nie po­dej­rze­wałby go o po­łowę rze­czy, które robi na co dzień.

Kiedy chce się wy­ku­rzyć kró­lika z jego nory, trzeba rzu­cić bombę dymną. Dla Eliego taką bombą było za­bi­ja­nie każ­dego, kogo ko­cha­łeś, do­póki się mu nie po­ka­żesz. By wtedy mógł w końcu za­bić też cie­bie.

– Mam tajne in­for­ma­cje, na pod­sta­wie któ­rych są­dzę, że Eli wciąż prze­bywa w Miami, ale nie­długo zrobi ja­kiś ruch. Mój gang mo­to­cy­klowy ukrył się w oba­wie przed od­we­tem. Sta­ru­szek cho­ler­nie się wku­rzył.

– Naj­pierw Isaac, a te­raz ten pie­przony Eli – po­wie­dzia­łem. – Czy ja nie mogę mieć cho­ciaż chwili spo­koju? Cza­sami my­ślę, że le­piej by mi było, gdy­bym wciąż sie­dział w wię­zie­niu.

– Ro­zu­miem cię, stary. Też tak mam. Tu już nie cho­dzi o sprawy mo­to­cy­kli­stów. Te­raz do­ty­czy to ca­łego kar­telu. To grub­sza sprawa, bar­dziej nie­bez­pieczna… Trzeba li­czyć się ze śmier­cią – stwier­dził Bear. – I nie mogę za­mknąć w na­szej kry­jówce Grace. Wiem, że ona jest dla cie­bie jak matka, bar­dziej niż była nią tamta suka, ale mój sta­ru­szek jest ostat­nio po­de­ner­wo­wany. Nie chce, żeby w klu­bie po­ja­wili się cy­wile, szcze­gól­nie w kry­jówce. Bę­dziemy mu­sieli zna­leźć dla niej ja­kieś bez­pieczne miej­sce na pe­wien czas. – Bear pa­trzył na mnie cały czas, gdy to mó­wił, i do­piero po chwili do­tarło do mnie, co miał na my­śli. – Nie mam ni­kogo bli­skiego, kto nie na­leży do klubu, ale ty zde­cy­do­wa­nie masz ta­kie osoby.

Doe.

– Kurwa! – krzyk­ną­łem i wtedy zro­zu­mia­łem, że nie mogę spro­wa­dzić jej do domu. Od­wró­ci­łem się i ude­rzy­łem pię­ścią w ścianę, prze­bi­ja­jąc się przez nią na drugą stronę. Po­czu­łem ból w ko­ściach w ca­łym ra­mie­niu, co i tak było o wiele lep­sze niż to, co czu­łem głę­biej. To było uczu­cie prze­gra­nej. – To moja wina, że Prep nie żyje. Ni­gdy nie po­wi­nie­nem był po­zwa­lać mu za­kła­dać Bab­ci­nej Zie­larni. Po­wi­nie­nem był… – Prze­cze­sa­łem ręką włosy. Nie wie­dzia­łem, co jesz­cze mo­głem zro­bić. W ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy całe moje ży­cie było po brzegi wy­peł­nione smut­kiem, po­czu­ciem winy i szczę­ściem. Tak wiele rze­czy chciał­bym zmie­nić, gdy­bym mógł cof­nąć czas. My­śla­łem, że w ży­ciu bra­kuje mi tylko jed­nego: Max. Tylko że te­raz nie mia­łem Max, Doe… i Preppy’ego.

I co­kol­wiek bym zro­bił, ko­go­kol­wiek bym za­bił, Preppy już nie wróci.

– A więc jaki jest plan, stary? – za­py­tał Bear.

– Do­trzemy do niego, za­nim on do­trze do nas… I zro­bimy to jesz­cze dzi­siaj – po­wie­dzia­łem, strze­la­jąc pal­cami. Skoń­czyło się uża­la­nie nad sobą. Czas za­bić jesz­cze kilku lu­dzi.

– Od­ważny ruch – pod­su­mo­wał Bear.

– Może i tak, ale naj­pierw mu­szę się do­wie­dzieć, gdzie jest Doe. Może i nie uda mi się jej stam­tąd wy­cią­gnąć, ale mu­szę się z nią zo­ba­czyć. I po­wie­dzieć, co się dzieje.

Bear po­ki­wał głową.

– Mogę się do­wie­dzieć, gdzie ona jest. Prze­słać jej wia­do­mość – za­pro­po­no­wał.

Po­krę­ci­łem głową.

– Nie, tę wia­do­mość mu­szę do­star­czyć oso­bi­ście, bo tylko w ten spo­sób mnie wy­słu­cha.

– Ro­zu­miem. Na jej miej­scu od­ciął­bym ci jaja – po­wie­dział Bear. Spoj­rza­łem na niego groź­nie, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że te­sto­wał resztki mo­jej cier­pli­wo­ści. – Do­wiem się, gdzie jest – wy­mam­ro­tał Bear, wy­cią­ga­jąc te­le­fon z kie­szeni. Zga­sił pa­pie­rosa w po­piel­nicy sto­ją­cej na pa­ra­pe­cie i za­pa­lił ko­lej­nego. – To wszystko jest bar­dzo ry­zy­kowne, stary. Czy ty się może ude­rzy­łeś w głowę, czy coś?

Wy­sze­dłem na po­most i opar­łem się o ba­rierkę, wdy­cha­jąc słone nocne po­wie­trze.

– Wła­ści­wie to tak. Cier­pię na to samo, co mój zwier­za­czek.

– Czyli na co? – za­py­tał Bear, po­dą­żyw­szy za mną.

– Oboje za­po­mnie­li­śmy, kim by­li­śmy wcze­śniej.

Bear za­czął prze­szu­ki­wać kon­takty. Sły­sza­łem dźwięk po­łą­cze­nia, gdy przy­ło­żył te­le­fon do ucha.

– A te­raz już pa­mię­tasz?

– Tak, przy­po­mnia­łem so­bie.

– I kim do­kład­nie je­steś? – za­py­tał Bear.

– Je­stem, kurwa, złym czło­wie­kiem. Zło­czyńcą.

ROZ­DZIAŁ 2

Doe

Była m zszo­ko­wana.

Przy­tło­czona. Oszo­ło­miona. Nie mo­głam zna­leźć wła­ści­wych słów. Szczęka mi opa­dła.

„Szok” to naj­lep­sze okre­śle­nie tego, jak się czu­łam, gdy sie­dzia­łam w sa­mo­cho­dzie.

Mia­łam w gło­wie mi­lion py­tań, ale nie mo­głam wy­do­być z sie­bie głosu, by za­dać cho­ciaż jedno.

I nie mo­głam się zmu­sić, by za­cho­wy­wać się uprzej­mie wo­bec dwóch męż­czyzn, któ­rzy po­da­wali się za moją ro­dzinę. Byli dla mnie ob­cymi ludźmi, któ­rzy wy­cią­gali broń, kiedy nie chcia­łam iść z nimi po do­broci.

No i do tego jesz­cze ten chłop­czyk z blond locz­kami i du­żymi nie­bie­skimi oczami, zu­peł­nie ta­kimi jak moje.

Chłop­czyk, który na­zwał mnie ma­mu­sią.

Od­kąd obu­dzi­łam się bez wspo­mnień, moje ży­cie przy­po­mi­nało se­rię po­pie­przo­nych wy­da­rzeń, które ra­zem two­rzyły jedną wielką plą­ta­ninę. Za każ­dym ra­zem, gdy by­łam na tyle głu­pia, by my­śleć, że uda mi się to roz­wią­zać, plą­ta­nina za­cie­śniała się bar­dziej, po­chła­niała mnie i wszystko do­okoła, aż znisz­czyła to, co po­ten­cjal­nie mo­gło być do­bre w moim ży­ciu.

Du­siła to w za­rodku.

To ża­ło­sne z ich strony, że przy­pro­wa­dzili tu chłopca. Tylko z jego po­wodu sie­dzia­łam te­raz oszo­ło­miona i mil­cza­łam, nie mo­gąc za­dać mi­liona py­tań. Ba­łam się, że go wy­stra­szę lub po­wiem coś złego i przez to dziecko bę­dzie mieć traumę do końca ży­cia.

Ci­sza w sa­mo­cho­dzie była nie­mal ogłu­sza­jąca. Nie wąt­pi­łam w to, że je­śli ktoś wy­star­cza­jąco wy­tę­żyłby słuch, usły­szałby moje zszo­ko­wa­nie. Z ulgą przy­wi­ta­łam dźwięk przy­spie­sza­ją­cych opon, gdy wje­cha­li­śmy na au­to­stradę.

Męż­czy­zna, który po­da­wał się za mo­jego ojca, sie­dział na fo­telu pa­sa­żera. Wy­da­wał się sztywny i zimny jak ka­mień. Jego gar­ni­tur nie miał ani jed­nego za­gnie­ce­nia czy plamy potu, a po­mimo upału i wil­got­nego po­wie­trza nie zdjął ma­ry­narki. Za­czy­na­łam my­śleć, że ten gar­ni­tur był od­ręb­nym, ży­ją­cym or­ga­ni­zmem. Wy­glą­dał zbyt do­sko­nale. Nie zdzi­wi­ła­bym się, gdyby oka­zało się, że w rę­ka­wach tego gar­ni­turu żył mały ko­smita, który kon­tro­lo­wał se­na­tora i to ubra­nie.

Na­gle roz­legł się dźwięk te­le­fonu.

– Price – wark­nął se­na­tor do apa­ratu. Wy­mam­ro­tał coś ci­cho, a na­stęp­nie wy­cią­gnął rękę i na­ci­snął ja­kiś gu­zik. Wtedy szyba od­dzie­la­jąca przed­nie i tylne sie­dze­nia unio­sła się.

Sie­dzia­łam jak naj­da­lej od chło­paka, który przed­sta­wił się jako Tan­ner.

I to był mój chło­pak.

A wła­ści­wie jej.

– Wiesz… – po­wie­dział do mnie szep­tem. W jego oczach po­ja­wił się ło­bu­zer­ski błysk. – …spo­sobu, w jaki on od­biera te­le­fon, nikt nie na­zywa po­wi­ta­niem. – Zmu­si­łam się do uśmie­chu, a Tan­ner po­now­nie sku­pił wzrok za oknem.

Przez więk­szość go­dzin­nej jazdy ga­pi­łam się na niego, gdy mia­łam pew­ność, że nie pa­trzy, i pró­bo­wa­łam zmu­sić mój po­psuty mózg, by przej­rzał li­stę za­po­mnia­nych przeze mnie osób i od­na­lazł na­zwi­sko Tan­nera oraz moje uczu­cia do niego.

Wy­glą­dał do­brze, zu­peł­nie jak fa­cet z re­klamy pa­sty do zę­bów. Ale gdy na niego pa­trzy­łam, my­śla­łam tylko o tym, że wy­gląda na… mi­łego. I mimo że był w moim wieku, to na­dal mia­łam go tylko za chłopca.

I to wła­śnie było jedno słowo, któ­rego nie mo­głam użyć, by okre­ślić… Kinga.

Nie po­tra­fi­łam jesz­cze o nim my­śleć. Nie chcia­łam. Było zbyt wiele do prze­tra­wie­nia. Zdrada Kinga, jego aresz­to­wa­nie… Wo­la­łam o tym nie my­śleć. Ale kiedy pa­trzy­łam na Tan­nera, nie mo­głam po­wstrzy­mać się od po­rów­na­nia. Jego skóra była ja­sna i nie­wy­ta­tu­owana, był wy­soki i szczu­pły, miał syl­wetkę pły­waka. King był wy­ta­tu­owany, opa­lony, jego oczy za­wsze ci­skały bły­ska­wice, a ciało wy­glą­dało, jakby zo­stało wy­rzeź­bione pod­czas tre­nin­gów z sa­mym dia­błem.

Kiedy nie ga­pi­łam się na Tan­nera, wie­dzia­łam, że on pa­trzy na mnie, czu­łam na so­bie jego pa­lący wzrok. Jed­nak za każ­dym ra­zem, gdy zer­ka­łam w jego stronę, on od­wra­cał twarz i uda­wał, że pa­trzy na coś in­te­re­su­ją­cego za oknem.

No i jesz­cze ten mały chłop­czyk.

To, że mia­ła­bym być jego matką, wy­da­wało mi się ab­sur­dal­nym żar­tem.

To zu­peł­nie nie­wia­ry­godne.

Ale co dziwne, chłop­czyk był je­dyną osobą w tym sa­mo­cho­dzie, która nie bu­dziła mo­ich wąt­pli­wo­ści.

Mój oj­ciec, chło­pak i syn. W sa­mo­cho­dzie sie­działa moja do­mnie­mana ro­dzina, a mimo to każda ko­mórka mo­jego ciała mó­wiła mi, że ro­dzina – z wy­jąt­kiem tego ma­łego – od­dala się ode mnie z każ­dym ki­lo­me­trem.

Cho­dziło mi o Kinga.

Może to wszystko było tylko kłam­stwem. Każdy naj­mniej­szy szcze­gół. King po­wie­dział, że mnie ko­cha – ale może to też było tylko kłam­stwem. Nie wie­dzia­łam, komu mam wie­rzyć.

Nie eg­zy­stuj. Za­cznij żyć, po­wie­dział kie­dyś.

A więc za­czę­łam żyć.

I ko­chać.

Gniew, który czu­łam do niego przez to, że mnie okła­mał, znik­nął na chwilę, gdy uj­rza­łam na twa­rzy Kinga roz­cza­ro­wa­nie, kiedy oka­zało się, że Max nie było w tam­tym sa­mo­cho­dzie.

A po­tem, gdy de­tek­tyw za­ło­żył mu kaj­danki, po­czu­łam ośle­pia­jącą wście­kłość.

Chcia­łam o niego wal­czyć. Pra­gnę­łam od­dać mu córkę. Da­ła­bym mu wszystko, co tylko w le­żało w mo­jej mocy, ale nie po­tra­fi­łam zro­bić nic, gdy od­gry­wała się przede mną ta okropna scena. Czu­łam się spa­ra­li­żo­wana, gdy de­tek­tyw za­ku­wał Kinga w kaj­danki. Ści­skało mnie w żo­łądku, kiedy wpy­chał go do swo­jego sa­mo­chodu, by za­wieźć do ja­kiejś celi bez okien.

Mó­wi­łam prawdę, kiedy oznaj­mi­łam se­na­to­rowi, że King mnie ura­to­wał. I nie cho­dziło mi o to, że ura­to­wał mnie przed Edem czy na­wet przed Isa­akiem.

Cho­dziło mi o to, że ura­to­wał mnie przede mną samą.

Ni­gdy nie spo­dzie­wa­łam się, że za­ko­cham się w Kingu. Moim po­ry­wa­czu, drę­czy­cielu, ko­chanku, przy­ja­cielu, moim ca­łym świe­cie.

Ale tak się stało.

Chło­piec śpiący na mo­ich ko­la­nach po­ru­szył się lekko. Jego od­dech ogrze­wał moją skórę przez ko­szulkę w miej­scu, gdzie jego nos był przy­ci­śnięty do mo­jego brzu­cha.

Mia­łam wiele py­tań. Tak wiele, że dzwo­niło mi w gło­wie go­rzej niż wtedy, gdy Nikki mnie po­strze­liła. Mia­łam ochotę wy­krzy­czeć je z pręd­ko­ścią po­ci­sków ka­ra­binu ma­szy­no­wego, ale nie chcia­łam wy­stra­szyć chłop­czyka o py­za­tych po­licz­kach, któ­rych do­ty­kały rzęsy, gdy spał. Prze­su­nę­łam dło­nią po jego mięk­kich krę­co­nych wło­sach, a on wes­tchnął przez sen z za­do­wo­le­niem.

– Nie do wiary, że to na­prawdę ty, Ray. My­śla­łem, że już ni­gdy cię nie zo­ba­czę, a mimo to sie­dzisz tu te­raz przede mną. Już so­bie mnie przy­po­mi­nasz? Albo jego? Co­kol­wiek? – za­py­tał Tan­ner z nie­cier­pli­wo­ścią w gło­sie. Unio­słam głowę, by na­po­tkać jego wzrok. Jego piękne, orze­chowe oczy były je­dy­nym, co pa­mię­ta­łam z tam­tego ży­cia. Wi­dzia­łam je w swoim śnie.

Po­krę­ci­łam głową.

– Pa­mię­tam tylko twoje oczy. Śni­łam o nich. Raz – przy­zna­łam.

– Hm, a więc o mnie śni­łaś, tak? – Tan­ner uniósł brwi su­ge­styw­nie. Szturch­nął mnie ra­mie­niem, a ja od­su­nę­łam się gwał­tow­nie, za­sko­czona tym na­głym do­ty­kiem. – Prze­pra­szam – po­wie­dział, gdy za­uwa­żył, że ze­sztyw­nia­łam. – To z przy­zwy­cza­je­nia.

– W po­rządku – oznaj­mi­łam, cho­ciaż nie by­łam pewna, czy po­wie­dzia­łam to szcze­rze. – Mu­szę za­py­tać cię o jedną rzecz.

Tan­ner spoj­rzał z mi­ło­ścią na chłopca le­żą­cego obok mnie.

– Pro­szę.

– Ile on ma lat? Po­wie­dzia­łeś, że mam osiem­na­ście lat. Kiedy to się stało? I jak?

– Jak? – Tan­ner za­śmiał się ner­wowo. – Cóż, Ray, gdy męż­czy­zna i ko­bieta bar­dzo się ko­chają… – Za­milkł, gdy za­uwa­żył, że się nie uśmie­cha­łam. – Prze­pra­szam, je­stem przy­zwy­cza­jony do tego, że czę­sto żar­to­wa­li­śmy. Je­steś je­dyną, która ro­zu­mie moje żarty. A wła­ści­wie by­łaś. – Tan­ner prze­su­nął ręką po krę­co­nych wło­sach i wes­tchnął. Za­czął sku­bać szwy na skó­rza­nych sie­dze­niach.

Sa­mo­chód za­trzy­mał się na­gle przed du­żym dwu­pię­tro­wym do­mem o ró­żo­wych ścia­nach. Ga­nek pod­trzy­my­wały spi­ralne ko­lumny. Wo­kół licz­nie stały pla­sti­kowe fla­mingi, a w ogro­dzie znaj­do­wały się kra­snale o róż­nych roz­mia­rach. Do bu­dynku pro­wa­dził pod­jazd z ró­żo­wej kostki ukła­da­jący się w kształt wa­chla­rzy. Na traw­niku rów­nież stały pla­sti­kowe fla­mingi. Po­nadto po­sia­dłość ota­czały be­to­nowe fon­tanny, każda w in­nym stylu. Było ich około trzy­dzie­ści.

– To mój dom – oznaj­mił Tan­ner, otwie­ra­jąc drzwi. Za­brał chłop­czyka z mo­ich ko­lan, a serce skur­czyło mi się bo­le­śnie.

– Za­cze­kaj, do­kąd idziesz? – za­py­ta­łam na­gle spa­ni­ko­wana.

– To był dla niego długi dzień. Kie­dyś spę­dzał dużo czasu u cie­bie w domu, ale skoro znik­nę­łaś, za­miesz­kał ze mną – po­wie­dział Tan­ner. Mimo że nie pa­mię­ta­łam tego dziecka, to po­czu­łam się roz­cza­ro­wana, bo nie mógł ze mną po­je­chać. Tan­ner chyba wy­czuł moje emo­cje, bo do­dał: – Ale obie­cuję, że nie­długo wrócę. Jedź do domu i przy­zwy­czaj się do no­wego miej­sca, a po­tem do­koń­czymy roz­mowę.

Se­na­tor wy­siadł z sa­mo­chodu.

– Za­cze­kaj! – za­wo­ła­łam. Tan­ner ob­ró­cił się. – Jak on ma na imię? – Wska­za­łam na dziecko, które przy­tu­lało po­li­czek do ra­mie­nia Tan­nera. Nie obu­dził się, mimo lek­kich wstrzą­sów.

Tan­ner uśmiech­nął się.

– Sa­muel.

Ści­snęło mnie w sercu. Sa­muel.

Tak miał na imię Preppy.

– Ale na­zy­wamy go Sammy – do­dał Tan­ner.

– Tan­ner – ode­zwał się se­na­tor lek­ce­wa­żą­cym to­nem, jakby od­pra­wiał chło­paka. Męż­czy­zna za­jął miej­sce obok mnie. Na­tych­miast po­czu­łam od­razę, którą wcze­śniej w so­bie stłu­mi­łam, bo obok mnie znaj­do­wał się Sammy. Wy­je­cha­li­śmy na główną drogę i za­czę­łam za­da­wać py­ta­nia.

– Dla­czego King zo­stał aresz­to­wany? – za­py­ta­łam, nie mo­gąc ukryć go­ry­czy w moim gło­sie. – On mnie przy­jął. Za­pew­nił dach nad głową. Za­nim go po­zna­łam, miesz­ka­łam na uli­cach, wal­czy­łam o prze­trwa­nie i że­bra­łam o je­dze­nie. Moją je­dyną przy­ja­ciółką była bez­domna pro­sty­tutka, która współ­czuła mi ta­kiego ży­wota!

Se­na­tor na­wet się nie skrzy­wił, sły­sząc opo­wieść o mo­jej nie­doli. Wy­glą­dał, jakby w ogóle go to nie ru­szało. Po­pra­wił spinki od man­kie­tów i za­czął prze­glą­dać coś w te­le­fo­nie.

– Bran­tley King jest by­łym ska­zań­cem, oszu­stem i mor­dercą – oznaj­mił, nie pod­no­sząc wzroku. – Re­la­cja, która naj­wy­raź­niej was łą­czyła, była tylko farsą. W do­datku nie­mal nie­le­galną. Kiedy do mnie przy­szedł i za­su­ge­ro­wał, że łą­czy was coś… in­tym­nego, na­prawdę mia­łem na­dzieję, że chciał mnie po pro­stu wku­rzyć, ale te­raz wi­dzę, że mó­wił prawdę. Ten męż­czy­zna przy­szedł do mnie, chcąc użyć cie­bie jako karty prze­tar­go­wej, by do­stać to, czego pra­gnie. Nic wię­cej. Wy­ko­rzy­stał cię, a je­steś tylko na­sto­latką. Chciał mnie oszu­kać. A te­raz trafi tam, gdzie so­bie za­słu­żył, i do­sta­nie to, co mu się na­leży. I ni­gdy wię­cej nie chcę o tym słu­chać, młoda damo.

– On chciał tylko od­zy­skać swoją córkę – opo­no­wa­łam z ra­mio­nami skrzy­żo­wa­nymi na piersi. Se­na­tor uwa­żał, że efek­tyw­nie za­koń­czył tę kon­wer­sa­cję, ale nie mia­łam za­miaru do tego do­pu­ścić.

– Nie za­wsze do­sta­jemy to, czego chcemy – po­wie­dział gło­sem wy­pra­nym z emo­cji. Jego słowa od­biły się echem w mo­ich my­ślach, jak­bym już gdzieś je sły­szała. – Poza tym nie wiem, jaką we­dług niego se­na­tor ma wła­dzę. Ja co naj­wy­żej mógł­bym mu na­pi­sać list do sądu ro­dzin­nego. Może mógł­bym za­dzwo­nić do sę­dziego Flet­chera, je­śli cią­gle ma swoją po­sadę.

– To dla­czego tego nie zro­bi­łeś i nie do­trzy­ma­łeś umowy? – do­cie­ka­łam. – Ja na­wet cię nie znam. Za­bierz mnie z po­wro­tem! – krzyk­nę­łam i się­gnę­łam do klamki, nie dba­jąc o to, że sa­mo­chód wciąż był w ru­chu. Otwo­rzy­łam drzwi i uj­rza­łam umy­ka­jącą spod kół sa­mo­chodu jezd­nię. Se­na­tor wy­cią­gnął się, szybko za­mknął drzwi i za­blo­ko­wał je.

– Ra­mie, nie wy­głu­piaj się. Nie masz do czego tam wra­cać. A poza tym czy na­prawdę chcesz zo­sta­wić swo­jego syna? – za­py­tał, uno­sząc brwi.

Kurwa.

– We­dług Tan­nera wmó­wi­łeś lu­dziom, że by­łam w Pa­ryżu, żeby nie ośmie­szyć się fak­tem, że twoja córka jest ucie­ki­nierką. Nie uwa­żasz, że le­piej było po­świę­cić czas na szu­ka­nie mnie, a nie na wy­my­śla­nie ko­lej­nych kłamstw? – za­py­ta­łam, wciąż trzy­ma­jąc rękę na klamce drzwi. – Gdy­byś był mną, to chciał­byś tu zo­stać, wie­dząc, jak cię po­trak­to­wano?

Se­na­tor wes­tchnął.

– Szu­ka­li­śmy cię, Ra­mie. Ale nie wie­dzie­li­śmy o tym, że stra­ci­łaś pa­mięć. Gdy nie mo­gli­śmy cię od­na­leźć, po­my­śle­li­śmy, że po pro­stu nie chcesz zo­stać od­na­le­ziona. I prze­stań ro­bić z sie­bie cen­trum świata. To nie­po­wo­dze­nie nie wpły­nęło tylko na cie­bie, więc może po­myśl tro­chę, za­nim za­czniesz oskar­żać lu­dzi wo­kół.

– King mnie nie po­rwał. Masz wy­co­fać oskar­że­nia. Nie chcę, by znowu tra­fił do wię­zie­nia – oznaj­mi­łam, za­kła­da­jąc ra­miona na piersi.

Se­na­tor zmru­żył oczy.

– Coś ci po­wiem. Od­wiedź spe­cja­li­stę, z któ­rym się skon­tak­to­wa­łem. Po­sta­raj się od­na­leźć w swoim sta­rym ży­ciu. Spró­buj przy­po­mnieć so­bie coś, za­nim odej­dziesz i rzu­cisz wszystko, by zo­stać pierw­szą damą… Lo­gan’s Be­ach. – Wy­mó­wił Lo­gan’s Be­ach jakby ta na­zwa zo­sta­wiła w jego ustach zły po­smak. Otwo­rzy­łam usta, by coś po­wie­dzieć, ale nie dał mi dojść do słowa. – Daj so­bie mie­siąc. Mie­siąc praw­dzi­wych sta­rań, by wy­zdro­wieć. I je­śli po tym cza­sie wciąż bę­dziesz chciała wró­cić, wy­co­fam za­rzuty prze­ciwko niemu i każę szo­fe­rowi od­wieźć cię do jego domu z li­stem po­le­ca­ją­cym do sądu ro­dzin­nego, który bę­dzie mógł wy­ko­rzy­stać, by sta­rać się o córkę. To jest moja oferta. – Wy­gła­dził kra­wat. – Żad­nej in­nej nie złożę.

– Nie ufam twoim ofer­tom. Spójrz tylko, co zro­bi­łeś z Kin­giem – wark­nę­łam.

– Ra­mie, on jest prze­stępcą! On na­wet nie ma prawa głosu, na mi­łość bo­ską! Dla mnie nie ist­nieje jako oby­wa­tel tego kraju, a poza tym nie mam za­miaru wcho­dzić w układy z kry­mi­na­li­stami. Ale ty je­steś moją córką. – Gdy to oznaj­mił, w końcu ode­rwał wzrok od ekranu te­le­fonu. – Ni­gdy nie zło­żył­bym ci obiet­nicy, któ­rej nie mógł­bym do­trzy­mać.

Nie ufa­łam mu. Za grosz. W końcu był pie­przo­nym po­li­ty­kiem. Ale czy po­zo­sta­wał mi inny wy­bór? Po­nie­kąd się nie my­lił. Nie mia­łam do czego wra­cać. I drę­czyła mnie cie­ka­wość, która ni­gdy nie znik­nęła, bo chcia­łam wie­dzieć, kim na­prawdę by­łam. Pra­gnę­łam do­wie­dzieć się, jak wy­glą­dało moje ży­cie wcze­śniej.

– Okej – zgo­dzi­łam się. – Ale mam wię­cej py­tań do­ty­czą­cych mnie i mo­jego…

Na­gle za­dzwo­nił te­le­fon se­na­tora. Uniósł apa­rat do ucha i wy­war­czał swoje po­wi­ta­nie, sku­tecz­nie koń­cząc na­szą roz­mowę.

Nie by­łam pewna, ja­kiego ro­dzaju re­la­cja łą­czyła mnie z oj­cem wcze­śniej, ale od­no­si­łam wra­że­nie, że on nie był ty­pem ro­dzica, który ki­bi­co­wałby mi na me­czach i po­ma­gał w od­ra­bia­niu pracy do­mo­wej z ma­te­ma­tyki.

Kilka mi­nut po tym, gdy wy­sie­dli Tan­ner i Sammy, sa­mo­chód za­trzy­mał się i se­na­tor oznaj­mił:

– No i je­ste­śmy. – Wło­żył te­le­fon do kie­szeni ma­ry­narki. Po obu stro­nach drogi wy­ra­stały ogromne palmy, mu­siały li­czyć przy­naj­mniej sześć me­trów. Za­trzy­ma­li­śmy się na pod­jeź­dzie w kształ­cie li­tery „U” tuż przed du­żym, otwar­tym gan­kiem w po­łu­dnio­wym stylu, z bia­łymi ba­rier­kami.

Wy­cią­gnę­łam szyję, by le­piej przyj­rzeć się bu­dyn­kowi.

– To tu­taj miesz­kasz?

– Nie, my tu miesz­kamy – po­pra­wił mnie se­na­tor. – Ty, twoja matka, ja, Sammy i na­sza go­spo­sia, Nad­ine. A gdy mnie tu nie ma, miesz­kam w Tal­la­has­see lub w Wa­szyng­to­nie.

Se­na­tor wy­cią­gnął się i otwo­rzył dla mnie drzwi. Ge­stem na­ka­zał mi wy­siąść z sa­mo­chodu. Mu­sia­łam osło­nić oczy przed ra­żą­cymi pro­mie­niami słońca prze­dzie­ra­ją­cymi się przez palmy.

Dom nie wy­glą­dał na tak duży czy oka­zały, jak so­bie wy­obra­ża­łam. Był ra­czej mały, z nie­ska­zi­tel­nie bia­łymi ścia­nami i ak­cen­tami w po­staci nie­bie­skich okien­nic. Na ganku ko­ły­sał się fo­tel bu­jany, co do­da­wało bu­dyn­kowi po­łu­dnio­wego uroku. Przed fron­to­wymi drzwiami po­wie­wała flaga Ame­ryki. Na drze­wach za­wie­szono dzwo­neczki, któ­rymi ko­ły­sał wiatr. Ich dźwięk i ruch były hip­no­ty­zu­jące.

– Nie ma jak w domu – pod­su­mo­wał se­na­tor oschłym to­nem.

Nie. Może rze­czy­wi­ście kie­dyś tam miesz­ka­łam, ale nie czu­łam, by było to moje miej­sce.

Ten bu­dy­nek na­wet nie zo­stał zbu­do­wany na pa­lach.

– Nad­ine wskaże ci twój po­kój – oznaj­mił se­na­tor, ki­wa­jąc głową w stronę ko­biety w śred­nim wieku o oliw­ko­wej skó­rze i ciem­no­brą­zo­wych wło­sach ścią­gnię­tych w koka tuż nad kar­kiem, która wła­śnie wy­szła z domu. Miała na so­bie czarne spodnie i białą ko­szulkę polo z krót­kim rę­ka­wem. – Wta­jem­ni­czy­li­śmy Nad­ine, wie wszystko o two­jej sy­tu­acji. I od­po­wie na każde twoje py­ta­nie. – Se­na­tor wy­glą­dał na usa­tys­fak­cjo­no­wa­nego tą pre­zen­ta­cją, jakby co naj­mniej przed­sta­wił swo­jemu sze­fowi no­wego pra­cow­nika. – Czy w ogóle pa­mię­tasz Nad­ine, Ra­mie?

– Nie, nie pa­mię­tam ni­kogo – wark­nę­łam z na­ci­skiem.

Se­na­tor prze­wró­cił oczami.

– Wi­dzę, że twój cha­rak­te­rek nie wy­pa­ro­wał tak, jak wspo­mnie­nia. Nad­ine jest… cóż, ona zaj­muje się tu wszyst­kim. Jest z nami, od­kąd się uro­dzi­łaś. Wkrótce bę­dziemy mieli oka­zję po­roz­ma­wiać dłu­żej. – Ski­nął głową w moją stronę i wsiadł do sa­mo­chodu. Po chwili otwo­rzył okno i do­dał: – Mimo tego, co mo­żesz so­bie o tym wszyst­kim my­śleć, na­prawdę do­brze jest znów mieć cię w domu, Ra­mie.

– Wy­jeż­dżasz? – za­py­ta­łam. – Tak po pro­stu?

– Nie­długo wrócę. Mam spo­tka­nia. Two­jej matki też nie ma. Jest w spa… Znowu. Wkrótce po­ga­damy. – Za­mknął drzwi i sa­mo­chód od­je­chał.

– Pie­przony waż­niak – wy­mam­ro­ta­łam. Nad­ine za­śmiała się na głos, ale szybko za­kryła usta dłońmi. Od­chrząk­nęła i po­wie­działa:

– Cóż, on ma ra­cję co do jed­nej rze­czy – po­wie­działa ze sła­bym po­łu­dnio­wym ak­cen­tem. – Twój cha­rak­te­rek nie znik­nął.

Nad­ine po­pro­wa­dziła mnie po scho­dach na ga­nek i otwo­rzyła dla mnie fron­towe drzwi, ustę­pu­jąc mi miej­sca.

– Dziew­czyno, znam cię, od­kąd no­si­łaś pie­lu­chy. Znam cię jak nikt inny – po­wie­działa z ta­kim uśmie­chem, że jej uwie­rzy­łam. – Chodź, zro­bię ci coś do je­dze­nia, a po­tem bę­dziesz mo­gła iść do swo­jego po­koju i go obej­rzeć. – Po­dą­ży­łam za Nad­ine ni­czym za­gu­bione ka­czątko za matką. Nie spodo­bało mi się to. Nie czu­łam się tak bez­radna, od­kąd wy­lą­do­wa­łam na ulicy. Obie­ca­łam so­bie, że już ni­gdy nie do­pusz­czę, by tak się po­czuć, a te­raz po­dą­ża­łam za obcą osobą w nie­zna­nym mi domu, bo nie mia­łam wyj­ścia.

Nie, nie dano mi wy­boru, przy­po­mnia­łam so­bie. Mo­gła­bym prze­cież za­dzwo­nić po tak­sówkę i wy­je­chać stąd, ale było tylko jedno miej­sce, do­kąd mo­głam się udać.

I ni­kogo bym tam nie za­stała.

Na­wet gdyby King nie je­chał te­raz do wię­zie­nia, to czy wciąż by mnie przy­jął po tym, jak go­towy był mnie od­dać?

Czy ja w ogóle chcia­ła­bym tam prze­by­wać po tym wszyst­kim?

Jesz­cze nie by­łam go­towa, by o tym my­śleć.

Pod­łogę w bu­dynku po­kry­wały ciem­no­brą­zowe pa­nele, a ściany miały go­łę­bio­szary ko­lor. Wy­strój spra­wiał wra­że­nie gu­stow­nego, ale nie przy­tła­czał. Wy­da­wał się kom­for­towy, ale też no­wo­cze­sny.

Cho­ler­nie mi się nie po­do­bał.

– Ten dom wy­gląda dość zwy­czaj­nie jak na dom po­li­tyka, prawda? – za­py­ta­łam.

Nad­ine za­mknęła za sobą drzwi, a ja za­trzy­ma­łam się w ma­łym foyer, które słu­żyło rów­nież za ko­ry­tarz, i ro­zej­rza­łam się po po­miesz­cze­niu.

– Se­na­tor jest wscho­dzą­cym po­li­ty­kiem – wy­ja­śniła. – Nie po­cho­dzi z bo­ga­tej ro­dziny jak wielu jego zna­jo­mych. Kie­dyś pra­co­wał jako pro­gra­mi­sta kom­pu­te­rowy. Do­tarł tu, gdzie te­raz jest, dzięki skła­da­nym obiet­ni­com, a nie dzięki pie­nią­dzom – po­in­for­mo­wała mnie Nad­ine. – A to rzad­kość w tych cza­sach.

– Brzmisz, jak­byś go lu­biła – stwier­dzi­łam za­sko­czona.

Po­krę­ciła głową.

– To nie kwe­stia sym­pa­tii. Se­na­tor ma swoje wady. Jak wszy­scy. Ale trzeba uznać jego re­alne za­sługi. – Po­de­szła do mnie i znowu gdzieś mnie po­pro­wa­dziła. Ru­szy­łam za nią. – Jego me­tody wy­cho­waw­cze po­zo­sta­wiają na­prawdę wiele do ży­cze­nia, ale je­śli cho­dzi o po­li­tykę, nie można za­prze­czyć, że nie­mało osią­gnął.

Za­trzy­ma­ły­śmy się po­środku domu. Kuch­nia, sa­lon i ja­dal­nia two­rzyły ra­zem otwartą prze­strzeń. Kuch­nia znaj­do­wała się w naj­od­le­glej­szym ką­cie. Szafki były wy­so­kie, w ko­lo­rze zła­ma­nej bieli, a blaty czarne i błysz­czące.

– Sia­daj. – Nad­ine ski­nęła głową w stronę wy­so­kich stoł­ków we­pchnię­tych pod ba­rek ku­chenny. Ja jed­nak ani drgnę­łam. W końcu do­tarło do mnie, co się wła­ści­wie działo. Za­wsze za­sta­na­wia­łam się, jak wy­glą­dał dom, w któ­rym do­ra­sta­łam, i oto tu je­stem. Ale mimo to nie czu­łam ta­kiego za­chwytu, ja­kiego ocze­ki­wa­łam.

Wciąż by­łam w szoku. Zła. Roz­go­ry­czona. Cho­ler­nie zdez­o­rien­to­wana.

Ale za­chwy­cona?

Zde­cy­do­wa­nie nie.

Nad­ine wy­cią­gnęła z kilku sza­fek ja­kieś skład­niki i włą­czyła ku­chenkę.

– Sia­daj, dziew­czyno, a ja coś dla cie­bie przy­go­tuję. Mo­żesz mnie py­tać, o co tylko chcesz. Wiem, że lu­bisz za­da­wać py­ta­nia.– Uśmiech­nęła się sze­roko i wy­tarła ręce o far­tuch, który za­ło­żyła przed chwilą.

– Cóż, naj­wy­raź­niej to się nie zmie­niło – po­wie­dzia­łam, w końcu sia­da­jąc na stołku. – Od paru mie­sięcy ktoś cią­gle mi mó­wił, że za­daję za dużo py­tań.

Nad­ine wbiła jajka do mi­ski.

– Ale ty się zmie­ni­łaś. Wi­dzę to.

– I jak mnie­mam, na gor­sze? – wes­tchnę­łam.

– Nie. – Po­de­szła do mnie i oparła się łok­ciami o blat na­prze­ciwko mnie. – Wła­ści­wie… Na­wet mi się to po­doba.

– Co to zna­czy, że się zmie­ni­łam? – do­py­ty­wa­łam.

Nad­ine wy­dęła wargi w za­my­śle­niu.

– Nie je­stem w stu pro­cen­tach pewna, ale po­wiem ci, jak tylko do tego dojdę. – Wy­cią­gnęła rękę i pstryk­nęła mnie w ko­niu­szek nosa. Pu­ściła do mnie oczko, od­wró­ciła się w stronę ku­chenki i za­częła mie­szać skład­niki drew­nianą łyżką.

– To nie fair – po­wie­dzia­łam. Za­brzmiało to tro­chę płacz­li­wiej, niż chcia­łam. – Wszy­scy mnie znają, ale każdy jest dla mnie kom­plet­nie obcy. Sama dla sie­bie je­stem nie­mal obca.

– Dziecko, przy­kro mi, że mu­szę ci to mó­wić, ale czy twój oj­ciec w ja­kiś spo­sób po­zwo­lił ci od­nieść wra­że­nie, że jest cie­płą i przy­ja­zną osobą? – Nad­ine wy­cią­gnęła cho­chlę z szu­flady.

– Nie – od­po­wie­dzia­łam bez wa­ha­nia.

– Cóż, no więc w pe­wien spo­sób wy dwoje za­wsze by­li­ście dla sie­bie obcy. A więc w tej kwe­stii nie­wiele się zmie­niło – stwier­dziła z uśmie­chem.

Za­gry­złam dolną wargę.

– Nie wiem, czy to do­brze, czy źle.

Nad­ine wzru­szyła ra­mio­nami.

– A co z moją matką? Kto cho­dzi do spa, gdy ich za­gi­nione dziecko jest w dro­dze do domu? – za­py­ta­łam, nie cho­wa­jąc na­wet urazy w gło­sie, bo na­prawdę czu­łam się ura­żona.

Nad­ine skrzy­wiła się, jakby wcze­śniej miała na­dzieję, że nie za­cznę wy­py­ty­wać o matkę. Ko­bieta nie ode­rwała wzroku od swo­jego ak­tu­al­nego za­ję­cia.

– Spa jest tu­taj swego ro­dzaju ko­dem. To zna­czy, że albo ukrywa się gdzieś w ho­telu, albo jest na od­wyku w ja­kimś ośrodku lub na pu­styni, czy gdzie­kol­wiek ona jeź­dzi, by wy­le­czyć swoją scho­ro­waną wą­trobę. – Wy­tarła rękę o ścierkę zwi­sa­jącą z jej ra­mie­nia. – To zna­czy, ja tylko…

Ode­chciało mi się już słu­chać o mo­jej matce, więc prze­rwa­łam Nad­ine, bo mia­łam prze­czu­cie, że za­cznie prze­pra­szać za swoje za­cho­wa­nie.

– Co ro­bisz do je­dze­nia? – za­py­ta­łam, opie­ra­jąc łok­cie na bla­cie i po­chy­la­jąc się.

– Twoje ulu­bione: śnia­da­nie na obiad! – Moje serce za­biło moc­niej, gdy na­brała cho­chlą cia­sto i na­lała je na roz­grzaną pa­tel­nię. Kiedy prze­wró­ciła szpa­tułką za­war­tość pa­telni, uj­rza­łam przed sobą Preppy’ego, który stał w jej miej­scu, ma­jąc na so­bie swój ulu­biony czer­wony, ko­ron­kowy far­tuch.

– Na­le­śniki – wy­szep­ta­łam. Ści­snęło mnie w sercu i na­gle zro­biło mi się słabo, a gwiazdki za­tań­czyły mi przed oczami. Przy­trzy­ma­łam się blatu, by nie spaść ze stołka.

Nad­ine po­de­szła do mnie i po­sta­wiła przede mną ta­lerz z trzema ide­al­nie okrą­głymi na­le­śni­kami ocie­ka­ją­cymi sy­ro­pem. Na czubku stosu roz­ta­piał się ka­wa­łek ma­sła, tłuszcz spły­wał po bo­kach na ta­lerz. Słodki za­pach za­ata­ko­wał moje zmy­sły. To spra­wiło, że znów po­czu­łam ból, gdy przy­po­mnia­łam so­bie chwilę, gdy ob­ser­wo­wa­łam ucho­dzące z mo­jego przy­ja­ciela ży­cie.

– Już nie lu­bisz na­le­śni­ków? – za­py­tała Nad­ine, źle zro­zu­miaw­szy moją re­ak­cję.

Po­trzą­snę­łam głową.

– Nie o to cho­dzi – przy­zna­łam z tru­dem, bo ści­skało mnie w gar­dle.

– A więc w czym tkwi pro­blem, ma­leńka? – za­py­tała Nad­ine, kła­dąc ręce na mo­ich ra­mio­nach i pa­trząc na mnie z tro­ską w oczach. Nie od­po­wie­dzia­łam.

Nie po­tra­fi­łam.

A gdy przy­tu­liła mnie do swo­jej mięk­kiej piersi, nie wal­czy­łam z nią i po pro­stu do niej przy­lgnę­łam. Po śmierci Preppy’ego tak bar­dzo mar­twi­łam się o Kinga, że sama nie mia­łam oka­zji wła­ści­wie opła­kać śmierci mo­jego przy­ja­ciela. Nie za­uwa­ży­łam, że za­czę­łam szlo­chać, do­póki nie po­czu­łam, jak drżą mi ra­miona.

– Po co te łzy?

– Bo tak – udało mi się wy­du­sić, od­dy­cha­jąc płytko.

– Ale dla­czego?

– Bo… to na­le­śniki.

ROZ­DZIAŁ 3

Doe

Nad­ine trzy­mała mnie w ra­mio­nach, do­póki się nie uspo­ko­iłam. Ode­pchnęła na bok na­le­śniki, jakby one były po­wo­dem mo­jego ma­łego za­ła­ma­nia.

Obie stwier­dzi­ły­śmy, że po­trze­buję po­rząd­nie wy­po­cząć i prze­spać się. Nad­ine po­pro­wa­dziła mnie na górę, a po­tem w stronę drzwi na końcu ko­ry­ta­rza.

Do mo­jego po­koju.

Zo­ba­czy­łam w nim białe ko­ron­kowe za­słony, ja­sno­nie­bie­skie ściany i pu­chaty ró­żowy koc. Z su­fitu zwi­sał mały, biały ży­ran­dol z elek­trycz­nymi świecz­kami, a na łóżku le­żały plu­szowe zwie­rzątka. Ro­zej­rza­łam się i mi­mo­wol­nie przy­po­mnia­łam so­bie inną małą sy­pial­nię miesz­czącą się w in­nym domu, w in­nym mie­ście. Tam znaj­do­wały się gruby ma­te­rac, naj­cie­plej­szy wy­bla­kły nie­bie­ski koc i po­ła­many kli­ma­ty­za­tor, który pękł po tym, jak Preppy ude­rzył w niego głową, gdy zbyt en­tu­zja­stycz­nie za­czął ska­kać po na­szym łóżku.

Po­czu­łam w sercu lek­kie ukłu­cie.

A w tym po­koju – w moim po­koju – nad pro­stym biur­kiem wi­siała ta­blica kor­kowa. Przy­pięto do niej kartki wy­rwane z no­tesu ze szki­cami. Za­czę­łam po­woli krą­żyć po po­koju, prze­su­wa­jąc ręką po róż­nych po­wierzch­niach, od lekko chro­po­wa­tych ścian, po po­ły­sku­jący ma­te­riał po­du­szek rzu­co­nych na pa­ra­pet, na któ­rym można było wy­god­nie usiąść, aż do sa­mych szki­ców, które głów­nie przed­sta­wiały kra­jo­brazy i por­trety. Na kilku z nich roz­po­zna­łam Sammy’ego, a na ko­lej­nym Tan­nera. W rogu ta­blicy wi­siał szkic, który przed­sta­wiał ich ra­zem sie­dzą­cych pod drze­wem, uśmie­cha­ją­cych się i pa­trzą­cych naj­praw­do­po­dob­niej na mnie.

– Uwiel­biasz ry­so­wać. Twój oj­ciec nie­mal do­stał za­wału, gdy oznaj­mi­łaś, że chcesz stu­dio­wać w aka­de­mii sztuk pięk­nych – wy­ja­śniła Nad­ine, która wciąż stała w drzwiach. – To wszystko musi być dla cie­bie bar­dzo trudne.

Czu­łam na so­bie jej wzrok, gdy cho­dzi­łam po po­koju, szu­ka­jąc cze­goś, co bym roz­po­znała.

– Znam to spoj­rze­nie – po­wie­działa.

– A co to do­kład­nie za spoj­rze­nie? – za­py­ta­łam. Po­de­szłam do ta­blicy, od­pię­łam je­den ry­su­nek i po­de­szłam z nim do okna, uno­sząc go przed sie­bie. Szkic ide­al­nie pa­so­wał do wi­doku za oknem. Do­strze­głam na nim na­wet okien­nice i gu­ziki po­du­szek, a także za­dbany traw­nik i liczne dęby, w tym je­den, który czę­ściowo za­sła­niał okno. Nad­ine we­szła do po­koju i usia­dła na brzegu łóżka. Ja cią­gle sta­łam od­wró­cona do niej ty­łem i po­rów­ny­wa­łam ry­su­nek z rze­czy­wi­stym ob­ra­zem.

– To smu­tek. Je­steś piękną dziew­czyną, smu­tek do cie­bie nie pa­suje. – Ob­ró­ci­łam się i uj­rza­łam pe­łen no­stal­gii uśmiech Nad­ine.

Odło­ży­łam ry­su­nek na biurko.

– Mó­wiąc szcze­rze, nie wiem, co mam my­śleć.

– Może to brzmi dziw­nie, szcze­gól­nie je­śli mnie nie pa­mię­tasz, ale ko­cham cię, jak­byś była jed­nym z mo­ich dzieci. Nie­ważne, co ro­bili twoi przy­ja­ciele, ty za­wsze by­łaś sobą i mia­łaś głowę na karku. Wie­dzia­łam więc, że nie znik­nę­łaś ot tak, jak wszy­scy mó­wili. I zde­cy­do­wa­nie nie ku­po­wa­łam tych bzdur o Pa­ryżu. Ty po pro­stu… nie je­steś dziew­czyną tego ro­dzaju.

Wy­buch­nę­łam krót­kim śmie­chem.

– Nie je­stem? Naj­wy­raź­niej je­stem córką se­na­tora, na­sto­let­nią mamą i ro­bi­łam na tyle po­dej­rzane rze­czy, że moja ro­dzina okrzyk­nęła mnie ucie­ki­nierką. Wy­bacz więc mój wy­buch we­so­ło­ści, ale nie mam po­ję­cia, kim ja, kurwa, je­stem. – Po­wie­dzia­łam to wszystko na wy­de­chu i od razu po­czu­łam ukłu­cie winy, gdy te ostre słowa opu­ściły moje usta.

Nad­ine wstała z łóżka.

– Dam ci spo­kój, że­byś mo­gła od­po­cząć – po­wie­działa, wy­gła­dza­jąc dłońmi spodnie i ko­szulkę.

– Prze­pra­szam – po­wie­dzia­łam ła­god­nie, gdy zbli­żyła się do drzwi.

– Ja też – od­parła. Na­sze prze­pro­siny za­wi­sły w po­wie­trzu mię­dzy nami. Jej swo­boda zmie­niła się w pro­fe­sjo­nalne na­sta­wie­nie. Gdy tu przy­je­cha­łam, uśmie­chała się do mnie ła­god­nie i szcze­rze, te­raz jej uśmiech był na­pięty i wy­mu­szony. – Twoja mama ostat­nio nie czuje się zbyt do­brze. Zo­ba­czy się z tobą, gdy tylko wróci twój oj­ciec.

– To gdzie ona w końcu jest? – za­py­ta­łam.

– Leży w łóżku z mi­greną – od­parła bez­barw­nym to­nem.

– Nie było mnie wiele mie­sięcy, a gdy wra­cam, mój oj­ciec pra­cuje, a matka leży w łóżku z mi­greną? – spy­ta­łam.

– Tak – po­twier­dziła Nad­ine, wy­szła z po­koju i za­mknęła za sobą drzwi. Za­nim się za­trza­snęły, do­dała jesz­cze: – Wszystko wró­ciło do normy.

Resztę wie­czoru spę­dzi­łam na przy­glą­da­niu się szki­com za­wie­szo­nym na ta­blicy kor­ko­wej. Pa­trzy­łam na ubra­nia w sza­fie, które pa­so­wały na mnie roz­mia­rem, ale zu­peł­nie nie były w moim stylu. Wiele gar­so­nek i ko­szul na długi rę­kaw. Wszystko zbyt kon­ser­wa­tywne. Zbyt dro­gie. Zu­peł­nie… nie ta­kie, jak trzeba. W końcu na dnie jed­nej z szu­flad zna­la­złam spodnie dre­sowe i żółtą ko­szulkę na ra­miącz­kach. Ubra­łam się w nie, po wzię­ciu prysz­nica w ła­zience znaj­du­ją­cej się w moim po­koju. Po­tem za­czę­łam prze­glą­dać biurko w po­szu­ki­wa­niu cze­goś, co mo­gło po­móc mi przy­wró­cić wspo­mnie­nia. Zna­la­złam ró­żo­wego iPhone’a. Pró­bo­wa­łam go włą­czyć, ale ba­te­ria pa­dła, więc pod­łą­czy­łam go do ła­do­wa­nia i odło­ży­łam na szafkę nocną.

Za­trzy­ma­łam się i spoj­rza­łam na swoje od­bi­cie w wy­so­kim po­dłuż­nym lu­strze. Unio­słam ko­szulkę i przyj­rza­łam się mo­jemu brzu­chowi. Ja­kim cu­dem zmie­ściło się tu dziecko? Prze­su­nę­łam ręką po gład­kiej skó­rze i wy­pię­łam brzuch tak, jak tylko się dało, uda­jąc, że je­stem w ciąży. Czu­łam się dziw­nie, wi­dząc sie­bie taką wy­dętą, szcze­gól­nie bio­rąc pod uwagę fakt, że jesz­cze nie­dawno wy­glą­da­łam jak skóra i ko­ści i do­piero go­to­wa­nie Preppy’ego po­zwo­liło mi tro­chę przy­brać na wa­dze.

Preppy.

Ko­lana się pode mną ugięły, aż mu­sia­łam się przy­trzy­mać biurka, by nie upaść na pod­łogę. Wciąż nie po­tra­fi­łam uwie­rzyć w to, że on nie żyje. Cały czas my­śla­łam, że za­raz zo­ba­czę, jak wy­cho­dzi zza rogu lub usły­szę jego okrzyk, który do­pro­wa­dzi mnie do śmie­chu. Tylko że nie cho­dziło już wy­łącz­nie o Preppy’ego. Po­nie­kąd czu­łam się tak, jakby King rów­nież umarł, bo nie­ważne, co mnie jesz­cze cze­kało, wie­dzia­łam, że już nic nie bę­dzie ta­kie samo. Je­śli se­na­tor oszuka mnie w kwe­stii na­szej umowy, jak zro­bił to z Kin­giem, to szansa na to, że on znowu sta­nie się czę­ścią mo­jego ży­cia, pra­wie nie ist­niała.

Na­gle po­czu­łam się rów­nie zmę­czona jak wtedy, gdy sy­pia­łam na ław­kach w parku. Po­de­szłam do łóżka i zrzu­ci­łam plu­szowe za­bawki na pod­łogę. Po­ło­ży­łam się na boku, to­nąc w po­dusz­kach. Ma­te­rac i koc spra­wiały wra­że­nie mięk­kich, ale jed­nak wy­da­wały mi się jakby pu­ste w środku.

To dla­tego, że jego tu nie ma, po­my­śla­łam.

Za­le­d­wie kilka ty­go­dni temu by­łam zwy­kłą dziew­czyną bez domu, na­zwi­ska i ro­dziny.

Po­tem sta­łam się jego zwier­zacz­kiem. Dziew­czyną, która mie­szała na Lo­gan’s Be­ach z ro­dziną, którą sama so­bie wy­brała, w domu, który uwiel­biała.

A te­raz by­łam Ra­mie Price, córką se­na­tora, matką. W końcu wró­ci­łam do domu, z któ­rego po­cho­dzi­łam. Wró­ci­łam na swoje miej­sce.

W końcu od­na­la­złam dom.

Za­pa­da­jąc w ciężki sen, za­sta­na­wia­łam się, dla­czego to miej­sce, które po­winno być moim do­mem, zu­peł­nie nie spra­wiało ta­kiego wra­że­nia.

***

Stoję po­środku za­mar­z­nię­tej ta­fli lodu. Ro­bię nie­pewny krok na­przód w stronę brzegu. Dźwięk lodu pę­ka­ją­cego pod moim cięż­kim bu­tem jest ogłu­sza­jący. Mu­szę zro­bić ko­lejny krok. Mu­szę przejść na drugą stronę, za­nim bę­dzie za późno, jed­nak nie po­tra­fię ru­szyć no­gami. Je­stem w sta­nie tylko pa­trzeć z nie­do­wie­rza­niem, jak pęk­nię­cia mnożą się na mi­liony mniej­szych rys. Są jak po­wy­krzy­wiane węże, które pę­dzą w każ­dym kie­runku i przez które lód za­czyna pę­kać i wpa­dać do wody wraz ze mną.

Woda jest lo­do­wata.

Spa­dam na dno.

Je­stem co­raz głę­biej i głę­biej, do­okoła tylko ciem­ność i woda, aż w końcu nade mną po­ja­wiają się dwie ręce wy­cią­gnięte w moją stronę. Ktoś krzy­czy do mnie, mó­wiąc, bym za nie zła­pała, a wtedy się ura­tuję. Na jed­nej ręce za­uwa­żam złoty ze­ga­rek, druga jest owi­nięta gru­bym skó­rza­nym pa­skiem. Pró­buję chwy­cić się obu rąk, ale nie mogę ich do­się­gnąć, bo je­stem zbyt głę­boko.

Wtedy do­ciera do mnie, że je­śli chcę zo­stać ura­to­wana, mu­szę wy­brać jedną z nich.

Się­gam w stronę ręki z pa­skiem i ła­pię ją, jed­nak ta osoba nie wy­ciąga mnie z ot­chłani na po­wierzch­nię, jak się tego spo­dzie­wa­łam. Za­miast tego po­py­cha mnie jesz­cze głę­biej, aż w końcu nie mam wy­boru i za­chły­stuję się mętną wodą.

Po­grą­żam się w cze­lu­ści, za­sta­na­wia­jąc, czy to na­prawdę był wła­ściwy wy­bór. Mam jed­nak wra­że­nie, że nie­ważne, którą rękę bym wy­brała, obie by mnie uto­piły.

ROZ­DZIAŁ 4

Doe

Stuk, stuk, stuk.

My­śla­łam, że wciąż sły­szę pę­ka­jący lód z mo­jego snu, ale gdy dźwięk przy­brał na sile i stał się bar­dziej na­tar­czywy, otwo­rzy­łam oczy i zda­łam so­bie sprawę, że do­biega zza mo­jego okna.

Za­uwa­ży­łam, że te­le­wi­zor, który zo­sta­wi­łam wcze­śniej włą­czony, bym nie spała w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści, zgasł w ciągu nocy i le­ża­łam te­raz po­grą­żona w mroku. Mój strach urósł do nie­bo­tycz­nych roz­mia­rów.

A po­tem usły­sza­łam dźwięk roz­su­wa­nego okna. Za­mar­łam, bo nie mia­łam po­ję­cia, skąd wziąć ja­kiś przed­miot, któ­rym mo­gła­bym się obro­nić, a jed­no­cze­śnie nie chcia­łam zdra­dzać swo­jej lo­ka­li­za­cji. Nie mo­głam zro­bić nic wię­cej poza otu­le­niem się ko­cem i cze­ka­niem.

Tak jak się spo­dzie­wa­łam, cień prze­szedł przez okno, prze­kła­da­jąc przez pa­ra­pet naj­pierw jedną nogę, po­tem drugą. Za­uwa­ży­łam le­żący na biurku przy­cisk do pa­pieru i już mia­łam się ru­szyć, by go wziąć, a po­tem za­mie­rzyć się na in­truza, kiedy na­gle obcy za­czął zbli­żać się do mo­jego łóżka. Po­czu­łam na­ra­sta­jącą pa­nikę.

Była tylko jedna osoba, która po­tra­fiła ukoić mój przy­tła­cza­jący strach przed ciem­no­ścią.

King.

Moja złość wo­bec niego, którą tłu­mi­łam w so­bie cały dzień, była te­raz le­d­wie szep­tem w moim umy­śle, gdy wy­szłam z łóżka i ru­szy­łam w jego stronę. Już mia­łam wsu­nąć się w jego ra­miona, gdy chmura za­sła­nia­jąca księ­życ znik­nęła i do po­koju wpa­dło jego ja­sne świa­tło. Wtedy mo­głam le­piej przyj­rzeć się in­tru­zowi.

To był Tan­ner.

Za­trzy­ma­łam się na­gle, a kiedy zo­ba­czy­łam, że trzy­mam wy­cią­gnięte w jego stronę ra­miona, opu­ści­łam je szybko i scho­wa­łam ręce za ple­cami, czu­jąc się nie­zręcz­nie.

– Co ty tu­taj ro­bisz? – za­py­ta­łam bez tchu.

– Po­wie­dzia­łem ci, że przyjdę, by z tobą po­roz­ma­wiać – od­po­wie­dział Tan­ner. – A my­śla­łaś, że kim je­stem?

Po­krę­ci­łam głową i mach­nę­łam ręką lek­ce­wa­żąco.

– Och, ni­kim, po pro­stu mnie za­sko­czy­łeś, kiedy wsze­dłeś przez to okno – skła­ma­łam. – Kto zo­stał z Sam­mym?

Tan­ner po­słał mi spoj­rze­nie, które mó­wiło, że mi nie wie­rzy, ale na szczę­ście nie cią­gnął tego te­matu.

– Moja mama się nim zaj­muje.

– Och – wes­tchnę­łam. Od­wró­ci­łam się, nie chcąc pa­trzeć mu w oczy.

– Prze­pra­szam, że cię za­sko­czy­łem. I szcze­rze mó­wiąc, na­wet nie po­my­śla­łem o tym, by wejść przez drzwi, skoro nie ma ze mną Sammy’ego. Ja po pro­stu za­wsze przy­cho­dzi­łem do cie­bie przez okno… – Tan­ner urwał w pół zda­nia i za­mknął mocno po­wieki. Po­krę­cił głową i pod­szedł do łóżka. Rzu­cił mi nie­pewne spoj­rze­nie, a ja ski­nę­łam głową. Usiadł na skraju ma­te­raca. Wy­glą­dał, jakby pró­bo­wał się na coś przy­go­to­wać. – Po pro­stu cią­gle za­po­mi­nam, że ty ni­czego nie pa­mię­tasz. – Wska­zał ręką na mnie i sie­bie.

– Nie mu­sisz się przede mną tłu­ma­czyć – po­wie­dzia­łam.

Mimo mo­jego pro­te­stu Tan­ner i tak pró­bo­wał mi coś wy­ja­śnić.

– Twój oj­ciec za­wsze był dup­kiem. Ale pew­nie już sama do tego do­szłaś. To­le­ruje mnie, ale le­dwo, i to tylko z po­wodu mo­jego na­zwi­ska. Mój oj­ciec jest w czwar­tym po­ko­le­niu dy­rek­to­rem ge­ne­ral­nym firmy Red­mond Shoes. I cho­ciaż se­na­tor pró­bo­wał prze­ko­nać cię, że­byś się mnie po­zbyła, od­kąd by­li­śmy w pie­lu­chach, to po tym, jak uro­dził się Sammy, chyba po­go­dził się z tym, że ni­g­dzie się nie wy­bie­ram. Nie­ważne, jak bar­dzo po­doba mu się moje na­zwi­sko, to na­dal je­stem tylko go­ściem, który za­płod­nił jego na­sto­let­nią córkę. I cho­ciaż mamy dziecko, to ja na­dal wspi­nam się po tym cho­ler­nym drze­wie i wcho­dzę przez okno, tak jak ro­bi­łem, od­kąd tylko na­uczy­łem się, jak wcho­dzić po drze­wach, bo twój wiecz­nie nie­za­do­wo­lony oj­ciec lubi my­śleć, że ma kon­trolę nad wszyst­kim, co dzieje się w tym domu. – Tan­ner uśmiech­nął się, a jego zęby bły­snęły w świe­tle księ­życa. – A więc moja obec­ność tu­taj jest… nie­po­żą­dana.

– Nie­po­żą­dana? – Nie brzmiało mi to na słowo, któ­rego użyłby na­sto­letni chło­pak.

– Twój oj­ciec tak mówi, nie ja – wy­ja­śnił. – I wiesz, o co mi cho­dzi, Ray. Nie wy­głu­piaj się – po­wie­dział żar­to­bli­wie Tan­ner.

Usia­dłam w no­gach łóżka i przy­zna­łam:

– Mam tyle py­tań, które chcia­ła­bym ci za­dać, ale nie wiem, od czego za­cząć.

Tan­ner szturch­nął mnie łok­ciem.

– Cóż, ja też mam tro­chę py­tań… Je­śli ci to nie prze­szka­dza – po­wie­dział Tan­ner. – Może wy­mie­niajmy się py­ta­niami, po jed­nym na raz. Ale mu­sisz obie­cać, że bę­dziesz od­po­wia­dać szcze­rze. Ni­gdy wcze­śniej się nie okła­my­wa­li­śmy i nie mam za­miaru za­czy­nać.

– Okej – zła­go­dzi­łam ton.

– Ty za­czy­nasz – stwier­dził Tan­ner. – Co chcesz wie­dzieć naj­pierw?

Była jedna rzecz, o którą chcia­łam za­py­tać jak naj­szyb­ciej.

– Chcę wie­dzieć wię­cej o nas i o Sa­mu­elu. O Sam­mym. – Wcze­śniej by­łam zbyt zszo­ko­wana, by wy­py­ty­wać o szcze­góły.

Tan­ner kla­snął w dło­nie.

– No to za­cznę od sa­mego po­czątku – po­wie­dział z dziw­nym ak­cen­tem. Unio­słam brwi, bo nie wie­dzia­łam, jak mam za­re­ago­wać na jego spe­cy­ficzny hu­mor. Spu­ścił głowę i wbił wzrok w dy­wan, a po­tem kon­ty­nu­ował już bez ak­centu. – By­li­śmy nie­roz­łączni od dziecka. Je­śli pój­dzie się na skróty, to na­sze domy dzieli tylko 5 mi­nut drogi. Na­sze matki były ze sobą bli­sko, za­nim twoja uznała, że wódka jest lep­szym przy­ja­cie­lem niż lu­dzie. Za­wsze cho­dzi­li­śmy do tej sa­mej klasy. Gdy by­li­śmy mali, uda­wa­li­śmy mał­żeń­stwo i spę­dza­li­śmy dużo czasu w na­szej ba­zie. Na­sza przy­ja­ciółka uda­wała pa­stora. Na­wet ukra­dła i po­cięła ko­szule swo­jego ojca od Hugo Bossa, by zro­bić z nich „święte szaty”. Do­stała za to szla­ban na ty­dzień i po tym, jak jej ro­dzice po­wie­dzieli na­szym o tej ca­łej sy­tu­acji, nie wi­dzie­li­śmy się z nią przez całe wa­ka­cje. – Tan­ner za­śmiał się ner­wowo. – Na­prawdę dziw­nie się czuję, mu­sząc ob­ja­śniać ci hi­sto­rię na­szego związku.

– Za­pew­niam cię, że słu­cha­nie o tym jest znacz­nie dziw­niej­sze – przy­zna­łam.

Tan­ne­rowi trudno było o tym mó­wić. Otwo­rzył usta, by coś po­wie­dzieć, ale za­mknął je i wes­tchnął ciężko, aż w końcu wy­du­sił.

– Mie­li­śmy pięt­na­ście lat, kiedy Sa­muel… się przy­tra­fił. Naj­pierw pla­no­wa­li­śmy po­cze­kać… z sek­sem aż do ukoń­cze­nia li­ceum. – Jego twarz wy­glą­dała na udrę­czoną. Za­czął nie­spo­koj­nie stu­kać bu­tem o pod­łogę. – Ale wtedy za­cho­ro­wa­łem. Tak po­waż­nie. – Od­wró­cił się i spoj­rzał mi w twarz. – Na bia­łaczkę.

Nie wie­dzia­łam, jak w tych oko­licz­no­ściach mam za­re­ago­wać, więc po pro­stu uśmiech­nę­łam się słabo i po­wie­dzia­łam:

– Przy­kro mi.

Za­ci­snął usta na chwilę, po czym kon­ty­nu­ował:

– Któ­re­goś dnia po­wie­dzieli mi, że mogę nie do­żyć za­koń­cze­nia li­ceum, więc zmie­ni­li­śmy na­sze plany. By­li­śmy mło­dzi i głupi. Zło­ży­li­śmy so­bie wtedy przy­sięgi, które sami wy­my­śli­li­śmy. To się stało w tym po­koju. – Mimo że hi­sto­ria, którą mi opo­wia­dał, była po­ru­sza­jąca, to nie po­tra­fi­łam się z nią utoż­sa­mić. Zu­peł­nie jakby w ogóle mnie nie do­ty­czyła.

Tan­ner po­dra­pał się po gło­wie i wyj­rzał przez okno.

– Obie­ca­łem, że za­wsze będę wkła­dał do two­ich ka­na­pek che­etosy, a ty przy­się­ga­łaś, że nie za­po­mnisz o mnie, gdy już zniknę. A po­tem… – urwał, a po chwili do­koń­czył nie­zręcz­nie: – …zro­bi­li­śmy Sa­mu­ela. – Znowu się uśmiech­nął, lecz tym ra­zem uśmiech był sze­roki i pe­łen dumy, więc wie­dzia­łam, że szcze­rze się cie­szył, że to zro­bi­li­śmy.

I kogo przy tym stwo­rzy­li­śmy.

– Mam na­dzieję, że w końcu przy­po­mnisz so­bie tę noc, bo ja kie­dyś mogę umrzeć, a to była naj­lep­sza noc w moim ży­ciu – do­koń­czył Tan­ner. Po­ło­żył dło­nie na ko­la­nach, wes­tchnął i spoj­rzał na mnie, cze­ka­jąc na moją od­po­wiedź.

Nie by­łam pewna, co po­wie­dzieć, więc po­sta­wi­łam na pierw­szą rzecz, jaka przy­szła mi do głowy.

– Na­dal jem ka­napki z che­eto­sami – przy­zna­łam.

Tan­ner uśmiech­nął się lekko i za­śmiał ci­cho pod no­sem. Naj­wy­raź­niej cią­żyły na nim emo­cje do­ty­czące na­szego związku i tym, co kie­dyś ra­zem zro­bi­li­śmy, a co było dla niego naj­waż­niej­sze.

– Wciąż je­steś chory? – za­py­ta­łam.

Po­krę­cił głową.

– Nie. Prze­ży­łem wbrew ży­cze­niom two­jego ojca. Nie­długo po tym, jak do­wie­dzie­li­śmy się, że je­steś w ciąży, przy­jęto mnie do eks­pe­ry­men­tal­nego pro­gramu me­dycz­nego w Ko­lo­rado. Gdy Sammy się uro­dził, wró­ci­łem i po­lep­szało mi się z każ­dym dniem. Na­dal mu­szę brać leki, ale rak od­pu­ścił i te­raz le­ka­rze uwa­żają, że będę żył wiecz­nie, jak wam­pir albo jesz­cze le­piej, jak mu­tant – po­wie­dział, ro­biąc zeza i wy­ty­ka­jąc ję­zyk.

Za­gry­złam wargę, za­sta­na­wia­jąc się, czy po­win­nam za­dać mu py­ta­nie, które mia­łam na końcu ję­zyka.

– My­ślisz, że mo­gła­bym zo­ba­czyć się z Sam­mym? Spę­dzić z nim tro­chę czasu? – za­py­ta­łam. – Może wtedy coś so­bie przy­po­mnę – do­da­łam, ma­jąc na­dzieję, że dzięki temu Tan­ner się zgo­dzi.

Mach­nął ręką, jakby moje py­ta­nie było nie­po­ważne.

– Oczy­wi­ście, Ray. Je­steś jego mamą. Nie mu­sisz na­wet py­tać. – Wy­cią­gnął rękę, jakby chciał mnie chwy­cić, ale gdy jego dłoń za­wi­sła nad moją, wy­co­fał się szybko, roz­my­śliw­szy się.

– A czy te­raz ja mogę ci za­dać py­ta­nie? – za­py­tał.

– Tak, twoja ko­lej – od­par­łam.

Tan­ner za­czął ob­gry­zać pa­zno­kieć, jakby był zde­ner­wo­wany.

– Ty i ten fa­cet z ta­tu­ażami… Miesz­ka­łaś z nim, prawda? A gdy po cie­bie przy­je­cha­li­śmy, kłó­ci­li­ście się, jak­by­ście… – Tan­ner urwał.

Nie chcia­łam, żeby czuł się jesz­cze bar­dziej nie­zręcz­nie, więc nie na­ci­ska­łam, by do­koń­czył py­ta­nie. Za­miast tego po­wie­dzia­łam coś in­nego.

– King. On się na­zywa Bran­tley King. – Gdy wy­po­wie­dzia­łam jego imię, po­czu­łam się, jakby po­wie­trze uszło z mo­ich płuc, a jed­no­cze­śnie czu­łam, że mogę od­dy­chać pełną pier­sią. Taki wła­śnie był King: pe­łen sprzecz­no­ści w każ­dym calu.

Tan­ner oparł łok­cie o ko­lana i ukrył twarz w dło­niach.

– To cho­ler­nie trudne py­ta­nie, Ray, ale czuję, że po pro­stu mu­szę to wie­dzieć – jęk­nął. – Czy wy… to zna­czy, czy ty…?

Chcia­łam mieć to już z głowy. Mu­sia­łam zro­bić to szybko, tak jak od­rywa się pla­ster.

– Tak – od­par­łam. W końcu obie­ca­łam mu szcze­rość, a nie de­li­kat­ność.

– O mój Boże. Chyba za­raz się po­rzy­gam – wy­pa­lił Tan­ner, ze­ska­ku­jąc na­gle z łóżka.

– Po­wie­dzia­łeś, że mam być z tobą szczera! – wy­krzyk­nę­łam, rów­nież zry­wa­jąc się na równe nogi. – I nie patrz na mnie tak, jak­bym cię zdra­dziła. Na­wet nie wie­dzia­łam, że jest ktoś, kogo mo­gła­bym zdra­dzić!

Tan­ner prze­stą­pił z nogi na nogę, jakby nie­spo­kojny.

– Wiem co po­wie­dzia­łem. Ale nie spo­dzie­wa­łem się, że twoja od­po­wiedź zła­mie mi serce! – od­parł pod­nio­słym szep­tem. – I wiem, że wcale mnie nie zdra­dzi­łaś, bo Ray, którą ja znam, ni­gdy nie upra­wia­łaby seksu z ja­kimś go­ściem, któ­rego do­piero co po­znała. – Tan­ner za­czął krą­żyć po po­koju. Nie był ce­lowo zło­śliwy, tylko roz­gnie­wany, ale jego pe­łen wy­rzutu ton, który brzmiał, jakby mnie oce­niał, dzia­łał mi na nerwy i za­czę­łam ża­ło­wać, że obie­ca­łam mu szcze­rość.

– Wia­do­mość z ostat­niej chwili, ko­lego. Ja cię nie znam i nie wiem, kim jest Ray, którą ty znasz. Na­wet nie mam tak na imię. Na­zy­wali mnie Doe. Jak Jane Doe. Jakby nikt, kurwa, nie wie­dział, kim by­łam. Bo nikt mnie nie szu­kał. Więc je­śli chcesz po­ga­dać o by­ciu wku­rzo­nym i tym, kto komu zro­bił coś złego, to ustaw się w ko­lejce, do cho­lery! – krzyk­nę­łam.

Tan­ner ob­jął się ra­mio­nami w pa­sie, jak­bym ude­rzyła go w brzuch.

– Szu­ka­łem cię, wiesz? Dniami, ty­go­dniami, mie­sią­cami. Ni­gdy nie stra­ci­łem na­dziei. – Jego głos był tak ci­chy, że le­dwo go sły­sza­łam. Po­krę­cił głową i do­dał: – Ale masz ra­cję. Na­prawdę cię nie znam.

– To nas do­ni­kąd nie do­pro­wa­dzi – po­wie­dzia­łam i opa­dłam na łóżko, a po­tem po­ło­ży­łam się na brzu­chu i krzyk­nę­łam w po­duszkę, sfru­stro­wana. Kiedy unio­słam głowę, Tan­ner wy­glą­dał, jakby opa­dła mu szczęka.

– No co? – za­py­ta­łam, pa­trząc na sie­bie, by spraw­dzić, czy by­łam od­po­wied­nio ubrana, ale wszystko znaj­do­wało się na swoim miej­scu. Wsta­łam i spraw­dzi­łam jesz­cze raz.

Wciąż nie wie­dzia­łam, o co mu cho­dziło.

Tan­ner za­czął się ją­kać, mó­wiąc:

– Cho­dzi o… t­twoje ra­miona, t­twoje p­plecy. Masz… t­ta­tuaż – po­wie­dział z nie­do­wie­rza­niem, le­dwo koń­cząc zda­nie.

– Tak. No i co z tego? – za­py­ta­łam, krzy­żu­jąc ra­miona na piersi i kła­dąc dłoń na miej­scu, gdzie King mnie ozna­czył. By­łam go­towa do kłótni i krzyku.

Tan­ner zbladł.

– Masz tam jego imię. Na ta­tu­ażu jest jego imię – po­wtó­rzył. To nie brzmiało jak stwier­dze­nie, bar­dziej jak oskar­że­nie. Nie mia­łam ochoty wy­ja­śniać mu, że tam nie wid­niało żadne imię. W po­koju pa­no­wał mrok, a ta­tuaż był za­wiły, więc ła­two było po­my­lić to z czymś in­nym. Ode­tchnę­łam głę­boko i pró­bo­wa­łam so­bie przy­po­mnieć, że Tan­ner prze­cho­dził przez coś, co trudno mi było zro­zu­mieć, tak samo jak ja prze­cho­dzi­łam przez coś, czego on nie mógł do końca po­jąć.

– Nie chcę cię skrzyw­dzić, Tan­ner, ale nie mam też za­miaru się przed tobą tłu­ma­czyć.

– Nie wiem, co te­raz zro­bimy. Co ja zro­bię. – Za­krył usta dło­nią, a po­tem prze­su­nął nią po szczęce. – By­łaś z kimś in­nym.

– Nie zro­bi­łam tego na złość to­bie. Wiesz, wcze­śniej uwa­ża­łam, że za­cho­wam czy­stość czy co­kol­wiek, że nie będę ro­bić ni­czego, co mo­głoby ko­li­do­wać z moim sta­rym ży­ciem, z tą osobą, którą by­łam. Ale wraz z upły­wem czasu King i ja zbli­ży­li­śmy się do sie­bie. A po­tem by­łam już zmę­czona tym, że mu­sia­łam stać w miej­scu, od­kła­dać swoje ży­cie na po­tem, cze­kać, aż od­zy­skam ży­cie, o któ­rym nic nie wie­dzia­łam. Więc po­zwo­li­łam mu się do mnie zbli­żyć. Po­zwo­li­łam zro­bić so­bie ta­tuaż. Po­zwo­li­łam mu… mnie po­ko­chać. – Słowa wy­wo­łały we mnie wspo­mnie­nia i po­czu­łam łzy pie­kące mnie pod po­wie­kami. – Ale tego nie ża­łuję. Ni­czego nie ża­łuję i nie będę. I nie ma zna­cze­nia, co po­wiesz, bo do ni­czego mnie nie zmu­sisz.

– Jezu Chry­ste, Ray. On ma ze trzy­dzie­ści lat, a ty je­steś tylko na­sto­latką. A co wię­cej, je­steś je­dyną dziew­czyną, z jaką by­łem. Ostat­nim ra­zem, gdy upra­wia­li­śmy seks, mie­li­śmy po pięt­na­ście lat! A te­raz ty sto­isz przede mną i mó­wisz mi, że po­zwo­li­łaś mu… – Pod­szedł do okna i chwy­cił się pa­ra­petu, po­chy­la­jąc nad nim głowę. – Po­zwo­li­łaś mu… się do­tknąć – do­koń­czył znacz­nie spo­koj­niej­szym to­nem, niż za­czął.

Gula za­częła dła­wić mnie w gar­dle.

– Tak – od­par­łam, pró­bu­jąc zwal­czyć łzy. – I nie waż się mnie osą­dzać. Mogę ci współ­czuć, bo wiem, jak to jest. Sama czuję się przy­tło­czona i zdez­o­rien­to­wana, ale to nie zmie­nia faktu, że cię nie znam. – Po­pa­trzy­łam na niego, nie ru­sza­jąc się z miej­sca. Nie mia­łam za­miaru dać so­bie wmó­wić, że King i ja ro­bi­li­śmy coś nie­wła­ści­wego.

Tan­ner wy­rzu­cił ręce w po­wie­trze.

– No to jest nas dwoje. Ray, którą zna­łem, ni­gdy nie pod­no­siła głosu, ni­gdy nie krzy­czała i nie prze­kli­nała. Może i wy­glą­dasz jak ona, ale je­steś tylko oszustką. – Jego słowa były dla mnie jak po­li­czek. Czu­łam pie­kący ból, cho­ciaż na­wet nie pod­niósł na mnie ręki. – Może w ogóle nie po­win­naś była wra­cać – do­dał, krzy­wiąc usta w obrzy­dze­niu.

– Wyjdź stąd – na­ka­za­łam, tu­piąc nogą w pod­łogę i wska­zu­jąc ręką na okno, przez które wszedł. – W tej chwili.

Tan­ner pod­szedł do okna, prze­rzu­cił nogę przez okien­nicę i za­wa­hał się przez chwilę. Po­woli ob­ró­cił się w moją stronę. Wtedy uj­rza­łam, że jego oczy błysz­czą od łez. – Prze­pra­szam. Na­prawdę jest mi przy­kro. Ja po pro­stu… wciąż cię ko­cham, Ray – po­wie­dział Tan­ner mięk­kim gło­sem.

Wciąż by­łam do niego ne­ga­tyw­nie na­sta­wiona, ale mimo to zro­zu­mia­łam, że wy­ży­wał się na mnie tylko dla­tego, że na­prawdę miał zła­mane serce. Nie mo­głam po­zwo­lić mu odejść, nie da­jąc cze­goś od sie­bie.

– Nie mogę ci od­po­wie­dzieć tym sa­mym, ale wiem, że coś kie­dyś do cie­bie czu­łam. Uwa­żam, że wła­śnie dla­tego twoje oczy są je­dy­nym, co w ogóle so­bie przy­po­mnia­łam, mimo utraty pa­mięci. To musi coś zna­czyć, prawda? – spy­ta­łam. Tan­ner uśmiech­nął się słabo. – Na­wet kie­dyś je na­szki­co­wa­łam – do­da­łam, ma­jąc na­dzieję, że ta in­for­ma­cja może przy­nieść mu odro­binę uko­je­nia.

– Ko­chasz go? – za­py­tał ze smut­kiem w gło­sie. – Po­wiedz mi prawdę, Ray. Po­ra­dzę so­bie z tym. – Nie wie­rzy­łam mu ani przez chwilę. Pró­bo­wa­łam zna­leźć od­po­wiedź w sercu i my­ślach. Mimo mo­ich nie­pew­no­ści, kłamstw, nie­po­ro­zu­mień, nie wąt­pi­łam w swoje uczu­cia.

– Tak – od­po­wie­dzia­łam.

Tan­ner skrzy­wił się, ob­ró­cił i wy­szedł na ze­wnątrz, po czym za­czął scho­dzić na dół po naj­bliż­szym drze­wie. Gdy do­szłam do okna i wy­chy­li­łam się, on już stał na dole i otrze­py­wał spodnie z li­ści. Uniósł głowę i spoj­rzał w stronę mo­jego okna.

– Mimo że od po­czątku wie­dział, kim by­łaś, i nie po­wie­dział ci o tym? Mimo że wy­ko­rzy­stał cię, by od­zy­skać swoją córkę? Na­prawdę mimo to go ko­chasz? – za­py­tał pod­nio­słym szep­tem.

Chcia­łam mu wy­tłu­ma­czyć moje skom­pli­ko­wane uczu­cia naj­pro­ściej, jak się dało.

– Można być na ko­goś wku­rzo­nym, ale wciąż go ko­chać – od­par­łam.

Tan­ner prze­szedł traw­nik i za­nim znik­nął w ciem­no­ściach, usły­sza­łam jego szept:

– Coś o tym wiem.

ROZ­DZIAŁ 5

Doe

Na­stępne trzy dni spę­dzi­łam w swoim po­koju, zu­peł­nie sama. Wy­cho­dzi­łam z łóżka tylko po to, by wziąć prysz­nic i się prze­brać. Pra­wie nie spa­łam, z wy­jąt­kiem krót­kich drze­mek, gdy mój or­ga­nizm pro­te­sto­wał ze zmę­cze­nia. Tylko mój mózg był bar­dzo po­bu­dzony.