Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
174 osoby interesują się tą książką
King, bezwzględny przestępca, ponownie zostaje wciągnięty w spiralę brutalnej przemocy i krwawej zemsty. Ludzie, którzy jedynie udają, że prawo jest dla nich najwyższą wartością, próbują odebrać mu ukochaną kobietę. Król podziemia nie może sobie na to pozwolić. Musi raz jeszcze udowodnić, kto rządzi w tym okrutnym świecie…
Po utracie pamięci Doe próbuje odkryć, kim była oraz komu może zaufać. Na skutek manipulacji zostaje rozdzielona z Kingiem i trafia z powrotem do rzekomo kochającej ją rodziny. Rozdarta między dawnym życiem a wielką miłością, mierzy się z bolesnymi prawdami o sobie i swojej tożsamości.
Brutal to mroczna powieść erotyczna, w której gwałtowna namiętność splata się z niewyobrażalnym bólem. T.M. Frazier stworzyła historię pełną napięcia, moralnej niejednoznaczności, a także emocjonalnych wzlotów i upadków.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 321
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment
Tytuł: Brutal
Przekład z języka angielskiego: Sylwia Chojnacka
Copyright © T.M. Frazier, 2026
This edition: © Risky Romance/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt okładki: Maria Lepian
Redakcja: Justyna Yiğitler
Korekta: Weronika Król
ISBN 978-91-8098-750-9
Opracowanie e-booka:Marcin Słociński / www.monikaimarcin.com
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.
Risky Romance /Gyldendal A/SKlareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
Dla mojego tatulka. I dla wszystkich,którzy muszą dalej żyć, nie mając obok siebie ukochanej osoby.
Kiedy miłość twojego życia umiera, Może i śmierć go zabiera,Lecz miłość w tobiewciąż dech w płucach zapiera.– T. M. Frazier
PROLOG
King
Średni czas, jaki przestępca spędza na wolności po wyjściu z więzienia, wynosi sześć miesięcy.
Ja byłem na wolności przez trzy lata.
Spodziewałem się, że w samochodzie odnajdę Max. A zamiast tego skuto mi nadgarstki zimnymi kajdankami. W dodatku ten skurwiel, detektyw, miał czelność śmiać się w głos, gdy zakładał mi metalowe obręcze wokół nadgarstków, i to wcale nie delikatnie.
Ale ja nawet się nie skrzywiłem. Nie dałbym mu tej satysfakcji. Brutalnie wepchnął mnie na tylne siedzenie starego policyjnego wozu. Wylądowałem na boku z policzkiem przyciśniętym do lepiącego się siedzenia. Pachniało tu rzygami i złymi decyzjami. Mrowiło mnie w ramionach, bo kajdanki utrudniały przepływ krwi w moich żyłach.
Ten dupek miał szczęście, że siedziałem tu skuty kajdankami.
Trzy lata. Już przetrzymywali mnie przez trzy zasrane lata, a teraz chcieli mnie wsadzić do paki na znacznie dłużej. Porwanie nie było karane uderzeniem po dłoniach, szczególnie w przypadku osoby, która miała kartotekę równie barwną, co moja. Obiecałem sobie, że nigdy tam nie wrócę, ale też nigdy nie byłem dobry w dotrzymywaniu obietnic.
Tak naprawdę miałem to wszystko gdzieś. System mógł mnie zatrzymać. Tam było moje miejsce, ale oni nie mieli nade mną władzy. I nigdy nie będą mieć.
To ona miała nade mną kontrolę.
Posiadała moje serce i moją zasraną, czarną duszę.
Każdego pieprzonego dnia uśmiechając się z wyższością, będę podchodził do kolejki przy bufecie, mając na sobie pomarańczowy, uwierający strój więzienny. Będę grał w karty z najgorszymi więźniami i przymilał się do strażników, którzy dzięki temu trochę mi odpuszczą. A w nocy, gdy zostanę sam w swojej celi bez okien, trzymając fiuta w ręce, przypomnę sobie, jak to było mieć ją w swoim łóżku. Jak jej duże, niewinne oczy patrzyły na mnie, kiedy poruszałem się w niej. Jak wyginała plecy w łuk, gdy doprowadzałem ją do orgazmów.
Wmawiałem sobie, że nie mam jej nic do zaoferowania, ale myliłem się. Miałem miłość.
Zwierzaczek. Doe. Ray. Niezależnie od imienia kochałem za bardzo, by uznać to za normalne, racjonalne czy zdrowe, i z chęcią oraz z uśmiechem na ustach zgniłbym w więzieniu, jeśli tylko miałbym pewność, że z moją dziewczyną będzie wszystko w porządku.
Tylko że nie miałem pewności.
Powinienem był się domyślić, że ten skurwiel mnie wykiwa.
– Niesławny Brantley King – powiedział ten dupek, który zajął miejsce na przednim siedzeniu. Sztuczna skóra zaskrzypiała nieprzyjemnie, a on zamknął drzwi i uruchomił silnik. – Szkoda, że jeszcze się nie nauczyłeś, chłopcze. A miałeś okazję.
Zaśmiał się i pokręcił głową. To było oczywiste, że facet czerpał jakąś chorą satysfakcję z tego, że to on zakuł mnie w kajdanki.
– King – poprawiłem go suchym tonem. Nikt poza nią nie mówił mi po imieniu.
– Słucham? – zapytał, unosząc brwi i patrząc na mnie we wstecznym lusterku.
Wyprostowałem się i napotkałem jego wzrok, jakbym chciał na wskroś przeszyć jego tchórzliwą duszę.
– Nazywają mnie King, ty skurwielu.
Zacząłem gotować się ze złości. I właśnie wtedy zauważyłem, że detektyw nie wyjechał na główną drogę, lecz skręcił i pojechał ścieżką prowadzącą do lasu.
Ten facet nie był żadnym gliną. Spojrzałem na jego broń, która leżała na desce rozdzielczej. Wyglądała jak rewolwer, a nie policyjna spluwa. On wcale nie zabierał mnie do więzienia.
Raczej prosto do grobu.
Nie miałem czasu do stracenia.
Moje dziewczyny mnie potrzebowały.
A co ważniejsze, ja potrzebowałem ich.
Ten kretyn zakuł mi ręce z przodu. To od razu powinno dać mi do myślenia. Prawdziwy glina nigdy by czegoś takiego nie zrobił, chyba że przewoziłby niegroźnego kryminalistę.
Czyli na pewno nie mnie.
Założyłem mu łańcuch łączący kajdanki na szyję i pociągnąłem mocno, przyciskając głowę mężczyzny do oparcia fotela. Pociągnąłem tak mocno, że niemal mięśnie moich ramion eksplodowały od napięcia.
Zdjął ręce z kierownicy i próbował złapać mnie za głowę, ale uchyliłem się i schowałem za siedzeniem.
Samochód zboczył ze ścieżki i zaczął poruszać się po niej slalomem, aż w końcu wjechał w wysokie po kolana zarośla.
Czułem narastający ból, który pojawił się za moimi oczami. Raz jeszcze ścisnąłem szyję oszusta, który podawał się za detektywa. W końcu samochód zatrzymał się, a życie uciekło z ciała tego człowieka.
Oszust miał rację – nigdy nie będę nikim więcej niż niesławnym Brantleyem Kingiem.
Nie przeszkadzało mi to jednak, bo musiałam dać nauczkę senatorowi. Nie zabiera się tego, co moje, chyba że zapłaci się za to krwią, potem lub cipką.
On odebrał mi moją dziewczynę. I chciał odebrać mi życie.
Więc zapłaci za to krwią.
ROZDZIAŁ 1
King
Zemsta jest słodka.
A przynajmniej tak powiadają. Pojąłem prawdziwość tych słów dopiero wtedy, gdy wydostałem się z potłuczonego samochodu, strzepując z siebie odłamki szkła.
Niemal czułem smak zemsty na języku, śliniłem się w oczekiwaniu na moment, w którym będę mógł zdjąć z przedramienia skórzaną bransoletę i owinąć ją wokół szyi senatora za to, że mnie oszukał.
Minęło tylko kilka chwil, odkąd zabiłem człowieka.
Ale już dawno nie czerpałem z tego prawdziwej przyjemności.
Przez moje żyły płynęła tak potężna adrenalina, jak jeszcze nigdy dotąd. Jej ilość mogłaby ożywić trupa.
Napawałem się tym uczuciem. Żywiłem nim.
Zupełnie jakbym podsunął sobie pod nos miskę białego proszku i wciągał go tak długo, aż poczułem się niezwyciężony.
Jak pieprzony bóg.
I nie zamierzałem kończyć tego haju, dopóki nie naprawię wszystkiego, co zepsułem. Szkoda mi było każdego dupka, który będzie mieć na tyle duże jaja, by stanąć mi na drodze.
To była chwila, gdy po raz pierwszy go usłyszałem.
Preppy.
Czas pokazać tym skurwysynom, że zadarli z niewłaściwym dzieciakiem po niewłaściwej stronie miasta. Głos Preppy’ego był tak wyraźny w mojej głowie, jakby przyjaciel stał tuż obok mnie.
Zaczynało mi odbijać.
Gdy udało mi się wydostać z lasu i dotrzeć do domu, zauważyłem, że Bear właśnie zsiada ze swojego motocykla. Kiedy mnie ujrzał, rzucił niedopałek papierosa na ziemię. Ruszył w moją stronę stanowczym krokiem, marszcząc czoło groźnie i zaciskając pięści. Suche źdźbła trawy chrzęściły pod jego stopami.
– Posłuchaj, sukinkocie. Nie chciałem, żeby doszło do rękoczynów, ale uważam, że chujowo poradziłeś sobie z tą sytuacją. Ona zasługuje na coś lepszego, o wiele lepszego niż pieprzone kłamstwa… – Bear zamarł, gdy zauważył, że byłem pokryty błotem i krwią. – A tobie co się, kurwa, stało?
Odepchnąłem go i ominąłem, ignorując pytanie. Pobiegłem w stronę domu i przeskoczyłem po trzy schody naraz. Otworzyłem drzwi z taką siłą, że śrubki z górnego zawiasu wyleciały w powietrze i wylądowały na ganku.
– Zwierzaczku! – zawołałem. Jakaś część mnie wciąż wierzyła, że ona mimo wszystko znalazła sposób, by zostać. Ale gdy tylko wszedłem do domu, poczułem pustkę i nie musiałem już zaglądać do każdego pokoju. – Kurwa! – krzyknąłem, podnosząc w kuchni krzesło. Rzuciłem nim przez pokój. Krzesło rozbiło szklany stolik i zatrzymało się na cienkiej gipsowej ścianie, w której pojawiła się dziura wielkości piłki bejsbolowej.
Bear wszedł za mną do domu.
– Powiesz mi, co się stało, czy będziesz dalej rujnować ten dom? – zapytał. Przeszedłem obok niego i skierowałem się do garażu. Musiałem dostać się do mojego motocykla i kilku innych rzeczy.
Takich, które wymagały nabojów.
– Nic takiego. Wystarczy tylko torba na zwłoki, by to naprawić.
Jedna obręcz kajdanek wciąż otaczała mój nadgarstek, druga zwisała niżej. Łańcuch pokrywała krew oszusta. Jak tylko ten skurwiel zdechł, samochód zatrzymał się na drzewie, a ja wysiadłem z niego przez przednie drzwi. Na szczęście dupek miał w kieszeni kluczyki do kajdanek.
– Rozumiem – stwierdził Bear. – A gdzie, do cholery, jest Doe? – W jego głosie usłyszałem opiekuńczy ton, który mi się nie spodobał, ale nie zamierzałem teraz zawracać sobie tym głowy.
Zajmę się tym, gdy już odzyskam swoją dziewczynę.
– Senator mnie oszukał. Nie było Max. A gdy po raz ostatni widziałem Doe, krzyczała i kopała nogami w powietrzu, gdy zabierał mnie wynajęty morderca. – Wściekłem się, gdy w myślach ujrzałem senatora trzymającego Doe. – Wykonaj kilka telefonów – nakazałem. – Dowiedz się, dokąd mogli ją zabrać.
– Kurwa – powiedział Bear. Zamiast wyciągnąć telefon, pochylił się i oparł ręce na kolanach.
– Co tym razem? – warknąłem.
Bear chwycił się palcami za grzbiet nosa.
– Istnieje powód, dla którego wróciłem, stary. Poza tym, że chciałem ci skopać dupę za to, jak zjebałeś sprawę z Doe. Myślę, że zanim zaczniesz rozwiązywać problem przy użyciu kul, powinieneś wiedzieć, że to chyba nie senator chciał cię pogrzebać – oznajmił, prostując się. Oparł się o ścianę i zapalił papierosa.
– A co to ma, kurwa, znaczyć? To on kazał tamtemu człowiekowi mnie aresztować. Oczywiście, że to był on.
Bear pokręcił głową.
– Fakt, on stanowi problem, ale nie jedyny. Niecałe dwadzieścia minut temu dzwonił Rage, a jak pewnie wiesz, facet ma oczy i uszy wszędzie. Mówi się, że sprawa z Isaakiem jeszcze nie jest skończona. Nawet w przybliżeniu. – Przesunął ręką po włosach, a popiół z jego papierosa spadł na dywan.
– Rozwaliłem temu chujowi łeb na kawałki. Jak dla mnie wyglądało to na skończoną robotę – oznajmiłem.
– Nie, nie chodzi o Isaaca. On jest teraz pokarmem dla robaków. Chodzi o kogoś, kto się wkurzył, bo Isaac jest martwy, a w związku z tym nie może sprzedać jego towaru na Florydzie. Ktoś, kto jest w stanie zabić całe rodziny, by dostać się do tego, kto zalazł mu za skórę.
Zesztywniałem. Doskonale wiedziałem, o kim mówił.
– Eli.
– Tak, stary – potwierdził Bear. – I gdybym miał się założyć, to stawiałbym na to, że Eli chciał cię zabić, wykorzystując do tego tatusia senatora.
Eli Mitchell był osobą, któremu Isaac oddawał część pieniędzy ze sprzedaży narkotyków. Cóż, a przynajmniej dopóki ja, Preppy i Bear nie zabiliśmy Isaaca i nie wytłuk liśmy jego gangu. Eli zawsze nosił okulary przeciwsłoneczne w czarnej oprawce i nie był wysoki, nikt nawet nie podejrzewałby go o połowę rzeczy, które robi na co dzień.
Kiedy chce się wykurzyć królika z jego nory, trzeba rzucić bombę dymną. Dla Eliego taką bombą było zabijanie każdego, kogo kochałeś, dopóki się mu nie pokażesz. By wtedy mógł w końcu zabić też ciebie.
– Mam tajne informacje, na podstawie których sądzę, że Eli wciąż przebywa w Miami, ale niedługo zrobi jakiś ruch. Mój gang motocyklowy ukrył się w obawie przed odwetem. Staruszek cholernie się wkurzył.
– Najpierw Isaac, a teraz ten pieprzony Eli – powiedziałem. – Czy ja nie mogę mieć chociaż chwili spokoju? Czasami myślę, że lepiej by mi było, gdybym wciąż siedział w więzieniu.
– Rozumiem cię, stary. Też tak mam. Tu już nie chodzi o sprawy motocyklistów. Teraz dotyczy to całego kartelu. To grubsza sprawa, bardziej niebezpieczna… Trzeba liczyć się ze śmiercią – stwierdził Bear. – I nie mogę zamknąć w naszej kryjówce Grace. Wiem, że ona jest dla ciebie jak matka, bardziej niż była nią tamta suka, ale mój staruszek jest ostatnio podenerwowany. Nie chce, żeby w klubie pojawili się cywile, szczególnie w kryjówce. Będziemy musieli znaleźć dla niej jakieś bezpieczne miejsce na pewien czas. – Bear patrzył na mnie cały czas, gdy to mówił, i dopiero po chwili dotarło do mnie, co miał na myśli. – Nie mam nikogo bliskiego, kto nie należy do klubu, ale ty zdecydowanie masz takie osoby.
Doe.
– Kurwa! – krzyknąłem i wtedy zrozumiałem, że nie mogę sprowadzić jej do domu. Odwróciłem się i uderzyłem pięścią w ścianę, przebijając się przez nią na drugą stronę. Poczułem ból w kościach w całym ramieniu, co i tak było o wiele lepsze niż to, co czułem głębiej. To było uczucie przegranej. – To moja wina, że Prep nie żyje. Nigdy nie powinienem był pozwalać mu zakładać Babcinej Zielarni. Powinienem był… – Przeczesałem ręką włosy. Nie wiedziałem, co jeszcze mogłem zrobić. W ciągu ostatnich kilku miesięcy całe moje życie było po brzegi wypełnione smutkiem, poczuciem winy i szczęściem. Tak wiele rzeczy chciałbym zmienić, gdybym mógł cofnąć czas. Myślałem, że w życiu brakuje mi tylko jednego: Max. Tylko że teraz nie miałem Max, Doe… i Preppy’ego.
I cokolwiek bym zrobił, kogokolwiek bym zabił, Preppy już nie wróci.
– A więc jaki jest plan, stary? – zapytał Bear.
– Dotrzemy do niego, zanim on dotrze do nas… I zrobimy to jeszcze dzisiaj – powiedziałem, strzelając palcami. Skończyło się użalanie nad sobą. Czas zabić jeszcze kilku ludzi.
– Odważny ruch – podsumował Bear.
– Może i tak, ale najpierw muszę się dowiedzieć, gdzie jest Doe. Może i nie uda mi się jej stamtąd wyciągnąć, ale muszę się z nią zobaczyć. I powiedzieć, co się dzieje.
Bear pokiwał głową.
– Mogę się dowiedzieć, gdzie ona jest. Przesłać jej wiadomość – zaproponował.
Pokręciłem głową.
– Nie, tę wiadomość muszę dostarczyć osobiście, bo tylko w ten sposób mnie wysłucha.
– Rozumiem. Na jej miejscu odciąłbym ci jaja – powiedział Bear. Spojrzałem na niego groźnie, dając do zrozumienia, że testował resztki mojej cierpliwości. – Dowiem się, gdzie jest – wymamrotał Bear, wyciągając telefon z kieszeni. Zgasił papierosa w popielnicy stojącej na parapecie i zapalił kolejnego. – To wszystko jest bardzo ryzykowne, stary. Czy ty się może uderzyłeś w głowę, czy coś?
Wyszedłem na pomost i oparłem się o barierkę, wdychając słone nocne powietrze.
– Właściwie to tak. Cierpię na to samo, co mój zwierzaczek.
– Czyli na co? – zapytał Bear, podążywszy za mną.
– Oboje zapomnieliśmy, kim byliśmy wcześniej.
Bear zaczął przeszukiwać kontakty. Słyszałem dźwięk połączenia, gdy przyłożył telefon do ucha.
– A teraz już pamiętasz?
– Tak, przypomniałem sobie.
– I kim dokładnie jesteś? – zapytał Bear.
– Jestem, kurwa, złym człowiekiem. Złoczyńcą.
ROZDZIAŁ 2
Doe
Była m zszokowana.
Przytłoczona. Oszołomiona. Nie mogłam znaleźć właściwych słów. Szczęka mi opadła.
„Szok” to najlepsze określenie tego, jak się czułam, gdy siedziałam w samochodzie.
Miałam w głowie milion pytań, ale nie mogłam wydobyć z siebie głosu, by zadać chociaż jedno.
I nie mogłam się zmusić, by zachowywać się uprzejmie wobec dwóch mężczyzn, którzy podawali się za moją rodzinę. Byli dla mnie obcymi ludźmi, którzy wyciągali broń, kiedy nie chciałam iść z nimi po dobroci.
No i do tego jeszcze ten chłopczyk z blond loczkami i dużymi niebieskimi oczami, zupełnie takimi jak moje.
Chłopczyk, który nazwał mnie mamusią.
Odkąd obudziłam się bez wspomnień, moje życie przypominało serię popieprzonych wydarzeń, które razem tworzyły jedną wielką plątaninę. Za każdym razem, gdy byłam na tyle głupia, by myśleć, że uda mi się to rozwiązać, plątanina zacieśniała się bardziej, pochłaniała mnie i wszystko dookoła, aż zniszczyła to, co potencjalnie mogło być dobre w moim życiu.
Dusiła to w zarodku.
To żałosne z ich strony, że przyprowadzili tu chłopca. Tylko z jego powodu siedziałam teraz oszołomiona i milczałam, nie mogąc zadać miliona pytań. Bałam się, że go wystraszę lub powiem coś złego i przez to dziecko będzie mieć traumę do końca życia.
Cisza w samochodzie była niemal ogłuszająca. Nie wątpiłam w to, że jeśli ktoś wystarczająco wytężyłby słuch, usłyszałby moje zszokowanie. Z ulgą przywitałam dźwięk przyspieszających opon, gdy wjechaliśmy na autostradę.
Mężczyzna, który podawał się za mojego ojca, siedział na fotelu pasażera. Wydawał się sztywny i zimny jak kamień. Jego garnitur nie miał ani jednego zagniecenia czy plamy potu, a pomimo upału i wilgotnego powietrza nie zdjął marynarki. Zaczynałam myśleć, że ten garnitur był odrębnym, żyjącym organizmem. Wyglądał zbyt doskonale. Nie zdziwiłabym się, gdyby okazało się, że w rękawach tego garnituru żył mały kosmita, który kontrolował senatora i to ubranie.
Nagle rozległ się dźwięk telefonu.
– Price – warknął senator do aparatu. Wymamrotał coś cicho, a następnie wyciągnął rękę i nacisnął jakiś guzik. Wtedy szyba oddzielająca przednie i tylne siedzenia uniosła się.
Siedziałam jak najdalej od chłopaka, który przedstawił się jako Tanner.
I to był mój chłopak.
A właściwie jej.
– Wiesz… – powiedział do mnie szeptem. W jego oczach pojawił się łobuzerski błysk. – …sposobu, w jaki on odbiera telefon, nikt nie nazywa powitaniem. – Zmusiłam się do uśmiechu, a Tanner ponownie skupił wzrok za oknem.
Przez większość godzinnej jazdy gapiłam się na niego, gdy miałam pewność, że nie patrzy, i próbowałam zmusić mój popsuty mózg, by przejrzał listę zapomnianych przeze mnie osób i odnalazł nazwisko Tannera oraz moje uczucia do niego.
Wyglądał dobrze, zupełnie jak facet z reklamy pasty do zębów. Ale gdy na niego patrzyłam, myślałam tylko o tym, że wygląda na… miłego. I mimo że był w moim wieku, to nadal miałam go tylko za chłopca.
I to właśnie było jedno słowo, którego nie mogłam użyć, by określić… Kinga.
Nie potrafiłam jeszcze o nim myśleć. Nie chciałam. Było zbyt wiele do przetrawienia. Zdrada Kinga, jego aresztowanie… Wolałam o tym nie myśleć. Ale kiedy patrzyłam na Tannera, nie mogłam powstrzymać się od porównania. Jego skóra była jasna i niewytatuowana, był wysoki i szczupły, miał sylwetkę pływaka. King był wytatuowany, opalony, jego oczy zawsze ciskały błyskawice, a ciało wyglądało, jakby zostało wyrzeźbione podczas treningów z samym diabłem.
Kiedy nie gapiłam się na Tannera, wiedziałam, że on patrzy na mnie, czułam na sobie jego palący wzrok. Jednak za każdym razem, gdy zerkałam w jego stronę, on odwracał twarz i udawał, że patrzy na coś interesującego za oknem.
No i jeszcze ten mały chłopczyk.
To, że miałabym być jego matką, wydawało mi się absurdalnym żartem.
To zupełnie niewiarygodne.
Ale co dziwne, chłopczyk był jedyną osobą w tym samochodzie, która nie budziła moich wątpliwości.
Mój ojciec, chłopak i syn. W samochodzie siedziała moja domniemana rodzina, a mimo to każda komórka mojego ciała mówiła mi, że rodzina – z wyjątkiem tego małego – oddala się ode mnie z każdym kilometrem.
Chodziło mi o Kinga.
Może to wszystko było tylko kłamstwem. Każdy najmniejszy szczegół. King powiedział, że mnie kocha – ale może to też było tylko kłamstwem. Nie wiedziałam, komu mam wierzyć.
Nie egzystuj. Zacznij żyć, powiedział kiedyś.
A więc zaczęłam żyć.
I kochać.
Gniew, który czułam do niego przez to, że mnie okłamał, zniknął na chwilę, gdy ujrzałam na twarzy Kinga rozczarowanie, kiedy okazało się, że Max nie było w tamtym samochodzie.
A potem, gdy detektyw założył mu kajdanki, poczułam oślepiającą wściekłość.
Chciałam o niego walczyć. Pragnęłam oddać mu córkę. Dałabym mu wszystko, co tylko w leżało w mojej mocy, ale nie potrafiłam zrobić nic, gdy odgrywała się przede mną ta okropna scena. Czułam się sparaliżowana, gdy detektyw zakuwał Kinga w kajdanki. Ściskało mnie w żołądku, kiedy wpychał go do swojego samochodu, by zawieźć do jakiejś celi bez okien.
Mówiłam prawdę, kiedy oznajmiłam senatorowi, że King mnie uratował. I nie chodziło mi o to, że uratował mnie przed Edem czy nawet przed Isaakiem.
Chodziło mi o to, że uratował mnie przede mną samą.
Nigdy nie spodziewałam się, że zakocham się w Kingu. Moim porywaczu, dręczycielu, kochanku, przyjacielu, moim całym świecie.
Ale tak się stało.
Chłopiec śpiący na moich kolanach poruszył się lekko. Jego oddech ogrzewał moją skórę przez koszulkę w miejscu, gdzie jego nos był przyciśnięty do mojego brzucha.
Miałam wiele pytań. Tak wiele, że dzwoniło mi w głowie gorzej niż wtedy, gdy Nikki mnie postrzeliła. Miałam ochotę wykrzyczeć je z prędkością pocisków karabinu maszynowego, ale nie chciałam wystraszyć chłopczyka o pyzatych policzkach, których dotykały rzęsy, gdy spał. Przesunęłam dłonią po jego miękkich kręconych włosach, a on westchnął przez sen z zadowoleniem.
– Nie do wiary, że to naprawdę ty, Ray. Myślałem, że już nigdy cię nie zobaczę, a mimo to siedzisz tu teraz przede mną. Już sobie mnie przypominasz? Albo jego? Cokolwiek? – zapytał Tanner z niecierpliwością w głosie. Uniosłam głowę, by napotkać jego wzrok. Jego piękne, orzechowe oczy były jedynym, co pamiętałam z tamtego życia. Widziałam je w swoim śnie.
Pokręciłam głową.
– Pamiętam tylko twoje oczy. Śniłam o nich. Raz – przyznałam.
– Hm, a więc o mnie śniłaś, tak? – Tanner uniósł brwi sugestywnie. Szturchnął mnie ramieniem, a ja odsunęłam się gwałtownie, zaskoczona tym nagłym dotykiem. – Przepraszam – powiedział, gdy zauważył, że zesztywniałam. – To z przyzwyczajenia.
– W porządku – oznajmiłam, chociaż nie byłam pewna, czy powiedziałam to szczerze. – Muszę zapytać cię o jedną rzecz.
Tanner spojrzał z miłością na chłopca leżącego obok mnie.
– Proszę.
– Ile on ma lat? Powiedziałeś, że mam osiemnaście lat. Kiedy to się stało? I jak?
– Jak? – Tanner zaśmiał się nerwowo. – Cóż, Ray, gdy mężczyzna i kobieta bardzo się kochają… – Zamilkł, gdy zauważył, że się nie uśmiechałam. – Przepraszam, jestem przyzwyczajony do tego, że często żartowaliśmy. Jesteś jedyną, która rozumie moje żarty. A właściwie byłaś. – Tanner przesunął ręką po kręconych włosach i westchnął. Zaczął skubać szwy na skórzanych siedzeniach.
Samochód zatrzymał się nagle przed dużym dwupiętrowym domem o różowych ścianach. Ganek podtrzymywały spiralne kolumny. Wokół licznie stały plastikowe flamingi, a w ogrodzie znajdowały się krasnale o różnych rozmiarach. Do budynku prowadził podjazd z różowej kostki układający się w kształt wachlarzy. Na trawniku również stały plastikowe flamingi. Ponadto posiadłość otaczały betonowe fontanny, każda w innym stylu. Było ich około trzydzieści.
– To mój dom – oznajmił Tanner, otwierając drzwi. Zabrał chłopczyka z moich kolan, a serce skurczyło mi się boleśnie.
– Zaczekaj, dokąd idziesz? – zapytałam nagle spanikowana.
– To był dla niego długi dzień. Kiedyś spędzał dużo czasu u ciebie w domu, ale skoro zniknęłaś, zamieszkał ze mną – powiedział Tanner. Mimo że nie pamiętałam tego dziecka, to poczułam się rozczarowana, bo nie mógł ze mną pojechać. Tanner chyba wyczuł moje emocje, bo dodał: – Ale obiecuję, że niedługo wrócę. Jedź do domu i przyzwyczaj się do nowego miejsca, a potem dokończymy rozmowę.
Senator wysiadł z samochodu.
– Zaczekaj! – zawołałam. Tanner obrócił się. – Jak on ma na imię? – Wskazałam na dziecko, które przytulało policzek do ramienia Tannera. Nie obudził się, mimo lekkich wstrząsów.
Tanner uśmiechnął się.
– Samuel.
Ścisnęło mnie w sercu. Samuel.
Tak miał na imię Preppy.
– Ale nazywamy go Sammy – dodał Tanner.
– Tanner – odezwał się senator lekceważącym tonem, jakby odprawiał chłopaka. Mężczyzna zajął miejsce obok mnie. Natychmiast poczułam odrazę, którą wcześniej w sobie stłumiłam, bo obok mnie znajdował się Sammy. Wyjechaliśmy na główną drogę i zaczęłam zadawać pytania.
– Dlaczego King został aresztowany? – zapytałam, nie mogąc ukryć goryczy w moim głosie. – On mnie przyjął. Zapewnił dach nad głową. Zanim go poznałam, mieszkałam na ulicach, walczyłam o przetrwanie i żebrałam o jedzenie. Moją jedyną przyjaciółką była bezdomna prostytutka, która współczuła mi takiego żywota!
Senator nawet się nie skrzywił, słysząc opowieść o mojej niedoli. Wyglądał, jakby w ogóle go to nie ruszało. Poprawił spinki od mankietów i zaczął przeglądać coś w telefonie.
– Brantley King jest byłym skazańcem, oszustem i mordercą – oznajmił, nie podnosząc wzroku. – Relacja, która najwyraźniej was łączyła, była tylko farsą. W dodatku niemal nielegalną. Kiedy do mnie przyszedł i zasugerował, że łączy was coś… intymnego, naprawdę miałem nadzieję, że chciał mnie po prostu wkurzyć, ale teraz widzę, że mówił prawdę. Ten mężczyzna przyszedł do mnie, chcąc użyć ciebie jako karty przetargowej, by dostać to, czego pragnie. Nic więcej. Wykorzystał cię, a jesteś tylko nastolatką. Chciał mnie oszukać. A teraz trafi tam, gdzie sobie zasłużył, i dostanie to, co mu się należy. I nigdy więcej nie chcę o tym słuchać, młoda damo.
– On chciał tylko odzyskać swoją córkę – oponowałam z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Senator uważał, że efektywnie zakończył tę konwersację, ale nie miałam zamiaru do tego dopuścić.
– Nie zawsze dostajemy to, czego chcemy – powiedział głosem wypranym z emocji. Jego słowa odbiły się echem w moich myślach, jakbym już gdzieś je słyszała. – Poza tym nie wiem, jaką według niego senator ma władzę. Ja co najwyżej mógłbym mu napisać list do sądu rodzinnego. Może mógłbym zadzwonić do sędziego Fletchera, jeśli ciągle ma swoją posadę.
– To dlaczego tego nie zrobiłeś i nie dotrzymałeś umowy? – dociekałam. – Ja nawet cię nie znam. Zabierz mnie z powrotem! – krzyknęłam i sięgnęłam do klamki, nie dbając o to, że samochód wciąż był w ruchu. Otworzyłam drzwi i ujrzałam umykającą spod kół samochodu jezdnię. Senator wyciągnął się, szybko zamknął drzwi i zablokował je.
– Ramie, nie wygłupiaj się. Nie masz do czego tam wracać. A poza tym czy naprawdę chcesz zostawić swojego syna? – zapytał, unosząc brwi.
Kurwa.
– Według Tannera wmówiłeś ludziom, że byłam w Paryżu, żeby nie ośmieszyć się faktem, że twoja córka jest uciekinierką. Nie uważasz, że lepiej było poświęcić czas na szukanie mnie, a nie na wymyślanie kolejnych kłamstw? – zapytałam, wciąż trzymając rękę na klamce drzwi. – Gdybyś był mną, to chciałbyś tu zostać, wiedząc, jak cię potraktowano?
Senator westchnął.
– Szukaliśmy cię, Ramie. Ale nie wiedzieliśmy o tym, że straciłaś pamięć. Gdy nie mogliśmy cię odnaleźć, pomyśleliśmy, że po prostu nie chcesz zostać odnaleziona. I przestań robić z siebie centrum świata. To niepowodzenie nie wpłynęło tylko na ciebie, więc może pomyśl trochę, zanim zaczniesz oskarżać ludzi wokół.
– King mnie nie porwał. Masz wycofać oskarżenia. Nie chcę, by znowu trafił do więzienia – oznajmiłam, zakładając ramiona na piersi.
Senator zmrużył oczy.
– Coś ci powiem. Odwiedź specjalistę, z którym się skontaktowałem. Postaraj się odnaleźć w swoim starym życiu. Spróbuj przypomnieć sobie coś, zanim odejdziesz i rzucisz wszystko, by zostać pierwszą damą… Logan’s Beach. – Wymówił Logan’s Beach jakby ta nazwa zostawiła w jego ustach zły posmak. Otworzyłam usta, by coś powiedzieć, ale nie dał mi dojść do słowa. – Daj sobie miesiąc. Miesiąc prawdziwych starań, by wyzdrowieć. I jeśli po tym czasie wciąż będziesz chciała wrócić, wycofam zarzuty przeciwko niemu i każę szoferowi odwieźć cię do jego domu z listem polecającym do sądu rodzinnego, który będzie mógł wykorzystać, by starać się o córkę. To jest moja oferta. – Wygładził krawat. – Żadnej innej nie złożę.
– Nie ufam twoim ofertom. Spójrz tylko, co zrobiłeś z Kingiem – warknęłam.
– Ramie, on jest przestępcą! On nawet nie ma prawa głosu, na miłość boską! Dla mnie nie istnieje jako obywatel tego kraju, a poza tym nie mam zamiaru wchodzić w układy z kryminalistami. Ale ty jesteś moją córką. – Gdy to oznajmił, w końcu oderwał wzrok od ekranu telefonu. – Nigdy nie złożyłbym ci obietnicy, której nie mógłbym dotrzymać.
Nie ufałam mu. Za grosz. W końcu był pieprzonym politykiem. Ale czy pozostawał mi inny wybór? Poniekąd się nie mylił. Nie miałam do czego wracać. I dręczyła mnie ciekawość, która nigdy nie zniknęła, bo chciałam wiedzieć, kim naprawdę byłam. Pragnęłam dowiedzieć się, jak wyglądało moje życie wcześniej.
– Okej – zgodziłam się. – Ale mam więcej pytań dotyczących mnie i mojego…
Nagle zadzwonił telefon senatora. Uniósł aparat do ucha i wywarczał swoje powitanie, skutecznie kończąc naszą rozmowę.
Nie byłam pewna, jakiego rodzaju relacja łączyła mnie z ojcem wcześniej, ale odnosiłam wrażenie, że on nie był typem rodzica, który kibicowałby mi na meczach i pomagał w odrabianiu pracy domowej z matematyki.
Kilka minut po tym, gdy wysiedli Tanner i Sammy, samochód zatrzymał się i senator oznajmił:
– No i jesteśmy. – Włożył telefon do kieszeni marynarki. Po obu stronach drogi wyrastały ogromne palmy, musiały liczyć przynajmniej sześć metrów. Zatrzymaliśmy się na podjeździe w kształcie litery „U” tuż przed dużym, otwartym gankiem w południowym stylu, z białymi barierkami.
Wyciągnęłam szyję, by lepiej przyjrzeć się budynkowi.
– To tutaj mieszkasz?
– Nie, my tu mieszkamy – poprawił mnie senator. – Ty, twoja matka, ja, Sammy i nasza gosposia, Nadine. A gdy mnie tu nie ma, mieszkam w Tallahassee lub w Waszyngtonie.
Senator wyciągnął się i otworzył dla mnie drzwi. Gestem nakazał mi wysiąść z samochodu. Musiałam osłonić oczy przed rażącymi promieniami słońca przedzierającymi się przez palmy.
Dom nie wyglądał na tak duży czy okazały, jak sobie wyobrażałam. Był raczej mały, z nieskazitelnie białymi ścianami i akcentami w postaci niebieskich okiennic. Na ganku kołysał się fotel bujany, co dodawało budynkowi południowego uroku. Przed frontowymi drzwiami powiewała flaga Ameryki. Na drzewach zawieszono dzwoneczki, którymi kołysał wiatr. Ich dźwięk i ruch były hipnotyzujące.
– Nie ma jak w domu – podsumował senator oschłym tonem.
Nie. Może rzeczywiście kiedyś tam mieszkałam, ale nie czułam, by było to moje miejsce.
Ten budynek nawet nie został zbudowany na palach.
– Nadine wskaże ci twój pokój – oznajmił senator, kiwając głową w stronę kobiety w średnim wieku o oliwkowej skórze i ciemnobrązowych włosach ściągniętych w koka tuż nad karkiem, która właśnie wyszła z domu. Miała na sobie czarne spodnie i białą koszulkę polo z krótkim rękawem. – Wtajemniczyliśmy Nadine, wie wszystko o twojej sytuacji. I odpowie na każde twoje pytanie. – Senator wyglądał na usatysfakcjonowanego tą prezentacją, jakby co najmniej przedstawił swojemu szefowi nowego pracownika. – Czy w ogóle pamiętasz Nadine, Ramie?
– Nie, nie pamiętam nikogo – warknęłam z naciskiem.
Senator przewrócił oczami.
– Widzę, że twój charakterek nie wyparował tak, jak wspomnienia. Nadine jest… cóż, ona zajmuje się tu wszystkim. Jest z nami, odkąd się urodziłaś. Wkrótce będziemy mieli okazję porozmawiać dłużej. – Skinął głową w moją stronę i wsiadł do samochodu. Po chwili otworzył okno i dodał: – Mimo tego, co możesz sobie o tym wszystkim myśleć, naprawdę dobrze jest znów mieć cię w domu, Ramie.
– Wyjeżdżasz? – zapytałam. – Tak po prostu?
– Niedługo wrócę. Mam spotkania. Twojej matki też nie ma. Jest w spa… Znowu. Wkrótce pogadamy. – Zamknął drzwi i samochód odjechał.
– Pieprzony ważniak – wymamrotałam. Nadine zaśmiała się na głos, ale szybko zakryła usta dłońmi. Odchrząknęła i powiedziała:
– Cóż, on ma rację co do jednej rzeczy – powiedziała ze słabym południowym akcentem. – Twój charakterek nie zniknął.
Nadine poprowadziła mnie po schodach na ganek i otworzyła dla mnie frontowe drzwi, ustępując mi miejsca.
– Dziewczyno, znam cię, odkąd nosiłaś pieluchy. Znam cię jak nikt inny – powiedziała z takim uśmiechem, że jej uwierzyłam. – Chodź, zrobię ci coś do jedzenia, a potem będziesz mogła iść do swojego pokoju i go obejrzeć. – Podążyłam za Nadine niczym zagubione kaczątko za matką. Nie spodobało mi się to. Nie czułam się tak bezradna, odkąd wylądowałam na ulicy. Obiecałam sobie, że już nigdy nie dopuszczę, by tak się poczuć, a teraz podążałam za obcą osobą w nieznanym mi domu, bo nie miałam wyjścia.
Nie, nie dano mi wyboru, przypomniałam sobie. Mogłabym przecież zadzwonić po taksówkę i wyjechać stąd, ale było tylko jedno miejsce, dokąd mogłam się udać.
I nikogo bym tam nie zastała.
Nawet gdyby King nie jechał teraz do więzienia, to czy wciąż by mnie przyjął po tym, jak gotowy był mnie oddać?
Czy ja w ogóle chciałabym tam przebywać po tym wszystkim?
Jeszcze nie byłam gotowa, by o tym myśleć.
Podłogę w budynku pokrywały ciemnobrązowe panele, a ściany miały gołębioszary kolor. Wystrój sprawiał wrażenie gustownego, ale nie przytłaczał. Wydawał się komfortowy, ale też nowoczesny.
Cholernie mi się nie podobał.
– Ten dom wygląda dość zwyczajnie jak na dom polityka, prawda? – zapytałam.
Nadine zamknęła za sobą drzwi, a ja zatrzymałam się w małym foyer, które służyło również za korytarz, i rozejrzałam się po pomieszczeniu.
– Senator jest wschodzącym politykiem – wyjaśniła. – Nie pochodzi z bogatej rodziny jak wielu jego znajomych. Kiedyś pracował jako programista komputerowy. Dotarł tu, gdzie teraz jest, dzięki składanym obietnicom, a nie dzięki pieniądzom – poinformowała mnie Nadine. – A to rzadkość w tych czasach.
– Brzmisz, jakbyś go lubiła – stwierdziłam zaskoczona.
Pokręciła głową.
– To nie kwestia sympatii. Senator ma swoje wady. Jak wszyscy. Ale trzeba uznać jego realne zasługi. – Podeszła do mnie i znowu gdzieś mnie poprowadziła. Ruszyłam za nią. – Jego metody wychowawcze pozostawiają naprawdę wiele do życzenia, ale jeśli chodzi o politykę, nie można zaprzeczyć, że niemało osiągnął.
Zatrzymałyśmy się pośrodku domu. Kuchnia, salon i jadalnia tworzyły razem otwartą przestrzeń. Kuchnia znajdowała się w najodleglejszym kącie. Szafki były wysokie, w kolorze złamanej bieli, a blaty czarne i błyszczące.
– Siadaj. – Nadine skinęła głową w stronę wysokich stołków wepchniętych pod barek kuchenny. Ja jednak ani drgnęłam. W końcu dotarło do mnie, co się właściwie działo. Zawsze zastanawiałam się, jak wyglądał dom, w którym dorastałam, i oto tu jestem. Ale mimo to nie czułam takiego zachwytu, jakiego oczekiwałam.
Wciąż byłam w szoku. Zła. Rozgoryczona. Cholernie zdezorientowana.
Ale zachwycona?
Zdecydowanie nie.
Nadine wyciągnęła z kilku szafek jakieś składniki i włączyła kuchenkę.
– Siadaj, dziewczyno, a ja coś dla ciebie przygotuję. Możesz mnie pytać, o co tylko chcesz. Wiem, że lubisz zadawać pytania.– Uśmiechnęła się szeroko i wytarła ręce o fartuch, który założyła przed chwilą.
– Cóż, najwyraźniej to się nie zmieniło – powiedziałam, w końcu siadając na stołku. – Od paru miesięcy ktoś ciągle mi mówił, że zadaję za dużo pytań.
Nadine wbiła jajka do miski.
– Ale ty się zmieniłaś. Widzę to.
– I jak mniemam, na gorsze? – westchnęłam.
– Nie. – Podeszła do mnie i oparła się łokciami o blat naprzeciwko mnie. – Właściwie… Nawet mi się to podoba.
– Co to znaczy, że się zmieniłam? – dopytywałam.
Nadine wydęła wargi w zamyśleniu.
– Nie jestem w stu procentach pewna, ale powiem ci, jak tylko do tego dojdę. – Wyciągnęła rękę i pstryknęła mnie w koniuszek nosa. Puściła do mnie oczko, odwróciła się w stronę kuchenki i zaczęła mieszać składniki drewnianą łyżką.
– To nie fair – powiedziałam. Zabrzmiało to trochę płaczliwiej, niż chciałam. – Wszyscy mnie znają, ale każdy jest dla mnie kompletnie obcy. Sama dla siebie jestem niemal obca.
– Dziecko, przykro mi, że muszę ci to mówić, ale czy twój ojciec w jakiś sposób pozwolił ci odnieść wrażenie, że jest ciepłą i przyjazną osobą? – Nadine wyciągnęła chochlę z szuflady.
– Nie – odpowiedziałam bez wahania.
– Cóż, no więc w pewien sposób wy dwoje zawsze byliście dla siebie obcy. A więc w tej kwestii niewiele się zmieniło – stwierdziła z uśmiechem.
Zagryzłam dolną wargę.
– Nie wiem, czy to dobrze, czy źle.
Nadine wzruszyła ramionami.
– A co z moją matką? Kto chodzi do spa, gdy ich zaginione dziecko jest w drodze do domu? – zapytałam, nie chowając nawet urazy w głosie, bo naprawdę czułam się urażona.
Nadine skrzywiła się, jakby wcześniej miała nadzieję, że nie zacznę wypytywać o matkę. Kobieta nie oderwała wzroku od swojego aktualnego zajęcia.
– Spa jest tutaj swego rodzaju kodem. To znaczy, że albo ukrywa się gdzieś w hotelu, albo jest na odwyku w jakimś ośrodku lub na pustyni, czy gdziekolwiek ona jeździ, by wyleczyć swoją schorowaną wątrobę. – Wytarła rękę o ścierkę zwisającą z jej ramienia. – To znaczy, ja tylko…
Odechciało mi się już słuchać o mojej matce, więc przerwałam Nadine, bo miałam przeczucie, że zacznie przepraszać za swoje zachowanie.
– Co robisz do jedzenia? – zapytałam, opierając łokcie na blacie i pochylając się.
– Twoje ulubione: śniadanie na obiad! – Moje serce zabiło mocniej, gdy nabrała chochlą ciasto i nalała je na rozgrzaną patelnię. Kiedy przewróciła szpatułką zawartość patelni, ujrzałam przed sobą Preppy’ego, który stał w jej miejscu, mając na sobie swój ulubiony czerwony, koronkowy fartuch.
– Naleśniki – wyszeptałam. Ścisnęło mnie w sercu i nagle zrobiło mi się słabo, a gwiazdki zatańczyły mi przed oczami. Przytrzymałam się blatu, by nie spaść ze stołka.
Nadine podeszła do mnie i postawiła przede mną talerz z trzema idealnie okrągłymi naleśnikami ociekającymi syropem. Na czubku stosu roztapiał się kawałek masła, tłuszcz spływał po bokach na talerz. Słodki zapach zaatakował moje zmysły. To sprawiło, że znów poczułam ból, gdy przypomniałam sobie chwilę, gdy obserwowałam uchodzące z mojego przyjaciela życie.
– Już nie lubisz naleśników? – zapytała Nadine, źle zrozumiawszy moją reakcję.
Potrząsnęłam głową.
– Nie o to chodzi – przyznałam z trudem, bo ściskało mnie w gardle.
– A więc w czym tkwi problem, maleńka? – zapytała Nadine, kładąc ręce na moich ramionach i patrząc na mnie z troską w oczach. Nie odpowiedziałam.
Nie potrafiłam.
A gdy przytuliła mnie do swojej miękkiej piersi, nie walczyłam z nią i po prostu do niej przylgnęłam. Po śmierci Preppy’ego tak bardzo martwiłam się o Kinga, że sama nie miałam okazji właściwie opłakać śmierci mojego przyjaciela. Nie zauważyłam, że zaczęłam szlochać, dopóki nie poczułam, jak drżą mi ramiona.
– Po co te łzy?
– Bo tak – udało mi się wydusić, oddychając płytko.
– Ale dlaczego?
– Bo… to naleśniki.
ROZDZIAŁ 3
Doe
Nadine trzymała mnie w ramionach, dopóki się nie uspokoiłam. Odepchnęła na bok naleśniki, jakby one były powodem mojego małego załamania.
Obie stwierdziłyśmy, że potrzebuję porządnie wypocząć i przespać się. Nadine poprowadziła mnie na górę, a potem w stronę drzwi na końcu korytarza.
Do mojego pokoju.
Zobaczyłam w nim białe koronkowe zasłony, jasnoniebieskie ściany i puchaty różowy koc. Z sufitu zwisał mały, biały żyrandol z elektrycznymi świeczkami, a na łóżku leżały pluszowe zwierzątka. Rozejrzałam się i mimowolnie przypomniałam sobie inną małą sypialnię mieszczącą się w innym domu, w innym mieście. Tam znajdowały się gruby materac, najcieplejszy wyblakły niebieski koc i połamany klimatyzator, który pękł po tym, jak Preppy uderzył w niego głową, gdy zbyt entuzjastycznie zaczął skakać po naszym łóżku.
Poczułam w sercu lekkie ukłucie.
A w tym pokoju – w moim pokoju – nad prostym biurkiem wisiała tablica korkowa. Przypięto do niej kartki wyrwane z notesu ze szkicami. Zaczęłam powoli krążyć po pokoju, przesuwając ręką po różnych powierzchniach, od lekko chropowatych ścian, po połyskujący materiał poduszek rzuconych na parapet, na którym można było wygodnie usiąść, aż do samych szkiców, które głównie przedstawiały krajobrazy i portrety. Na kilku z nich rozpoznałam Sammy’ego, a na kolejnym Tannera. W rogu tablicy wisiał szkic, który przedstawiał ich razem siedzących pod drzewem, uśmiechających się i patrzących najprawdopodobniej na mnie.
– Uwielbiasz rysować. Twój ojciec niemal dostał zawału, gdy oznajmiłaś, że chcesz studiować w akademii sztuk pięknych – wyjaśniła Nadine, która wciąż stała w drzwiach. – To wszystko musi być dla ciebie bardzo trudne.
Czułam na sobie jej wzrok, gdy chodziłam po pokoju, szukając czegoś, co bym rozpoznała.
– Znam to spojrzenie – powiedziała.
– A co to dokładnie za spojrzenie? – zapytałam. Podeszłam do tablicy, odpięłam jeden rysunek i podeszłam z nim do okna, unosząc go przed siebie. Szkic idealnie pasował do widoku za oknem. Dostrzegłam na nim nawet okiennice i guziki poduszek, a także zadbany trawnik i liczne dęby, w tym jeden, który częściowo zasłaniał okno. Nadine weszła do pokoju i usiadła na brzegu łóżka. Ja ciągle stałam odwrócona do niej tyłem i porównywałam rysunek z rzeczywistym obrazem.
– To smutek. Jesteś piękną dziewczyną, smutek do ciebie nie pasuje. – Obróciłam się i ujrzałam pełen nostalgii uśmiech Nadine.
Odłożyłam rysunek na biurko.
– Mówiąc szczerze, nie wiem, co mam myśleć.
– Może to brzmi dziwnie, szczególnie jeśli mnie nie pamiętasz, ale kocham cię, jakbyś była jednym z moich dzieci. Nieważne, co robili twoi przyjaciele, ty zawsze byłaś sobą i miałaś głowę na karku. Wiedziałam więc, że nie zniknęłaś ot tak, jak wszyscy mówili. I zdecydowanie nie kupowałam tych bzdur o Paryżu. Ty po prostu… nie jesteś dziewczyną tego rodzaju.
Wybuchnęłam krótkim śmiechem.
– Nie jestem? Najwyraźniej jestem córką senatora, nastoletnią mamą i robiłam na tyle podejrzane rzeczy, że moja rodzina okrzyknęła mnie uciekinierką. Wybacz więc mój wybuch wesołości, ale nie mam pojęcia, kim ja, kurwa, jestem. – Powiedziałam to wszystko na wydechu i od razu poczułam ukłucie winy, gdy te ostre słowa opuściły moje usta.
Nadine wstała z łóżka.
– Dam ci spokój, żebyś mogła odpocząć – powiedziała, wygładzając dłońmi spodnie i koszulkę.
– Przepraszam – powiedziałam łagodnie, gdy zbliżyła się do drzwi.
– Ja też – odparła. Nasze przeprosiny zawisły w powietrzu między nami. Jej swoboda zmieniła się w profesjonalne nastawienie. Gdy tu przyjechałam, uśmiechała się do mnie łagodnie i szczerze, teraz jej uśmiech był napięty i wymuszony. – Twoja mama ostatnio nie czuje się zbyt dobrze. Zobaczy się z tobą, gdy tylko wróci twój ojciec.
– To gdzie ona w końcu jest? – zapytałam.
– Leży w łóżku z migreną – odparła bezbarwnym tonem.
– Nie było mnie wiele miesięcy, a gdy wracam, mój ojciec pracuje, a matka leży w łóżku z migreną? – spytałam.
– Tak – potwierdziła Nadine, wyszła z pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Zanim się zatrzasnęły, dodała jeszcze: – Wszystko wróciło do normy.
Resztę wieczoru spędziłam na przyglądaniu się szkicom zawieszonym na tablicy korkowej. Patrzyłam na ubrania w szafie, które pasowały na mnie rozmiarem, ale zupełnie nie były w moim stylu. Wiele garsonek i koszul na długi rękaw. Wszystko zbyt konserwatywne. Zbyt drogie. Zupełnie… nie takie, jak trzeba. W końcu na dnie jednej z szuflad znalazłam spodnie dresowe i żółtą koszulkę na ramiączkach. Ubrałam się w nie, po wzięciu prysznica w łazience znajdującej się w moim pokoju. Potem zaczęłam przeglądać biurko w poszukiwaniu czegoś, co mogło pomóc mi przywrócić wspomnienia. Znalazłam różowego iPhone’a. Próbowałam go włączyć, ale bateria padła, więc podłączyłam go do ładowania i odłożyłam na szafkę nocną.
Zatrzymałam się i spojrzałam na swoje odbicie w wysokim podłużnym lustrze. Uniosłam koszulkę i przyjrzałam się mojemu brzuchowi. Jakim cudem zmieściło się tu dziecko? Przesunęłam ręką po gładkiej skórze i wypięłam brzuch tak, jak tylko się dało, udając, że jestem w ciąży. Czułam się dziwnie, widząc siebie taką wydętą, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze niedawno wyglądałam jak skóra i kości i dopiero gotowanie Preppy’ego pozwoliło mi trochę przybrać na wadze.
Preppy.
Kolana się pode mną ugięły, aż musiałam się przytrzymać biurka, by nie upaść na podłogę. Wciąż nie potrafiłam uwierzyć w to, że on nie żyje. Cały czas myślałam, że zaraz zobaczę, jak wychodzi zza rogu lub usłyszę jego okrzyk, który doprowadzi mnie do śmiechu. Tylko że nie chodziło już wyłącznie o Preppy’ego. Poniekąd czułam się tak, jakby King również umarł, bo nieważne, co mnie jeszcze czekało, wiedziałam, że już nic nie będzie takie samo. Jeśli senator oszuka mnie w kwestii naszej umowy, jak zrobił to z Kingiem, to szansa na to, że on znowu stanie się częścią mojego życia, prawie nie istniała.
Nagle poczułam się równie zmęczona jak wtedy, gdy sypiałam na ławkach w parku. Podeszłam do łóżka i zrzuciłam pluszowe zabawki na podłogę. Położyłam się na boku, tonąc w poduszkach. Materac i koc sprawiały wrażenie miękkich, ale jednak wydawały mi się jakby puste w środku.
To dlatego, że jego tu nie ma, pomyślałam.
Zaledwie kilka tygodni temu byłam zwykłą dziewczyną bez domu, nazwiska i rodziny.
Potem stałam się jego zwierzaczkiem. Dziewczyną, która mieszała na Logan’s Beach z rodziną, którą sama sobie wybrała, w domu, który uwielbiała.
A teraz byłam Ramie Price, córką senatora, matką. W końcu wróciłam do domu, z którego pochodziłam. Wróciłam na swoje miejsce.
W końcu odnalazłam dom.
Zapadając w ciężki sen, zastanawiałam się, dlaczego to miejsce, które powinno być moim domem, zupełnie nie sprawiało takiego wrażenia.
***
Stoję pośrodku zamarzniętej tafli lodu. Robię niepewny krok naprzód w stronę brzegu. Dźwięk lodu pękającego pod moim ciężkim butem jest ogłuszający. Muszę zrobić kolejny krok. Muszę przejść na drugą stronę, zanim będzie za późno, jednak nie potrafię ruszyć nogami. Jestem w stanie tylko patrzeć z niedowierzaniem, jak pęknięcia mnożą się na miliony mniejszych rys. Są jak powykrzywiane węże, które pędzą w każdym kierunku i przez które lód zaczyna pękać i wpadać do wody wraz ze mną.
Woda jest lodowata.
Spadam na dno.
Jestem coraz głębiej i głębiej, dookoła tylko ciemność i woda, aż w końcu nade mną pojawiają się dwie ręce wyciągnięte w moją stronę. Ktoś krzyczy do mnie, mówiąc, bym za nie złapała, a wtedy się uratuję. Na jednej ręce zauważam złoty zegarek, druga jest owinięta grubym skórzanym paskiem. Próbuję chwycić się obu rąk, ale nie mogę ich dosięgnąć, bo jestem zbyt głęboko.
Wtedy dociera do mnie, że jeśli chcę zostać uratowana, muszę wybrać jedną z nich.
Sięgam w stronę ręki z paskiem i łapię ją, jednak ta osoba nie wyciąga mnie z otchłani na powierzchnię, jak się tego spodziewałam. Zamiast tego popycha mnie jeszcze głębiej, aż w końcu nie mam wyboru i zachłystuję się mętną wodą.
Pogrążam się w czeluści, zastanawiając, czy to naprawdę był właściwy wybór. Mam jednak wrażenie, że nieważne, którą rękę bym wybrała, obie by mnie utopiły.
ROZDZIAŁ 4
Doe
Stuk, stuk, stuk.
Myślałam, że wciąż słyszę pękający lód z mojego snu, ale gdy dźwięk przybrał na sile i stał się bardziej natarczywy, otworzyłam oczy i zdałam sobie sprawę, że dobiega zza mojego okna.
Zauważyłam, że telewizor, który zostawiłam wcześniej włączony, bym nie spała w całkowitej ciemności, zgasł w ciągu nocy i leżałam teraz pogrążona w mroku. Mój strach urósł do niebotycznych rozmiarów.
A potem usłyszałam dźwięk rozsuwanego okna. Zamarłam, bo nie miałam pojęcia, skąd wziąć jakiś przedmiot, którym mogłabym się obronić, a jednocześnie nie chciałam zdradzać swojej lokalizacji. Nie mogłam zrobić nic więcej poza otuleniem się kocem i czekaniem.
Tak jak się spodziewałam, cień przeszedł przez okno, przekładając przez parapet najpierw jedną nogę, potem drugą. Zauważyłam leżący na biurku przycisk do papieru i już miałam się ruszyć, by go wziąć, a potem zamierzyć się na intruza, kiedy nagle obcy zaczął zbliżać się do mojego łóżka. Poczułam narastającą panikę.
Była tylko jedna osoba, która potrafiła ukoić mój przytłaczający strach przed ciemnością.
King.
Moja złość wobec niego, którą tłumiłam w sobie cały dzień, była teraz ledwie szeptem w moim umyśle, gdy wyszłam z łóżka i ruszyłam w jego stronę. Już miałam wsunąć się w jego ramiona, gdy chmura zasłaniająca księżyc zniknęła i do pokoju wpadło jego jasne światło. Wtedy mogłam lepiej przyjrzeć się intruzowi.
To był Tanner.
Zatrzymałam się nagle, a kiedy zobaczyłam, że trzymam wyciągnięte w jego stronę ramiona, opuściłam je szybko i schowałam ręce za plecami, czując się niezręcznie.
– Co ty tutaj robisz? – zapytałam bez tchu.
– Powiedziałem ci, że przyjdę, by z tobą porozmawiać – odpowiedział Tanner. – A myślałaś, że kim jestem?
Pokręciłam głową i machnęłam ręką lekceważąco.
– Och, nikim, po prostu mnie zaskoczyłeś, kiedy wszedłeś przez to okno – skłamałam. – Kto został z Sammym?
Tanner posłał mi spojrzenie, które mówiło, że mi nie wierzy, ale na szczęście nie ciągnął tego tematu.
– Moja mama się nim zajmuje.
– Och – westchnęłam. Odwróciłam się, nie chcąc patrzeć mu w oczy.
– Przepraszam, że cię zaskoczyłem. I szczerze mówiąc, nawet nie pomyślałem o tym, by wejść przez drzwi, skoro nie ma ze mną Sammy’ego. Ja po prostu zawsze przychodziłem do ciebie przez okno… – Tanner urwał w pół zdania i zamknął mocno powieki. Pokręcił głową i podszedł do łóżka. Rzucił mi niepewne spojrzenie, a ja skinęłam głową. Usiadł na skraju materaca. Wyglądał, jakby próbował się na coś przygotować. – Po prostu ciągle zapominam, że ty niczego nie pamiętasz. – Wskazał ręką na mnie i siebie.
– Nie musisz się przede mną tłumaczyć – powiedziałam.
Mimo mojego protestu Tanner i tak próbował mi coś wyjaśnić.
– Twój ojciec zawsze był dupkiem. Ale pewnie już sama do tego doszłaś. Toleruje mnie, ale ledwo, i to tylko z powodu mojego nazwiska. Mój ojciec jest w czwartym pokoleniu dyrektorem generalnym firmy Redmond Shoes. I chociaż senator próbował przekonać cię, żebyś się mnie pozbyła, odkąd byliśmy w pieluchach, to po tym, jak urodził się Sammy, chyba pogodził się z tym, że nigdzie się nie wybieram. Nieważne, jak bardzo podoba mu się moje nazwisko, to nadal jestem tylko gościem, który zapłodnił jego nastoletnią córkę. I chociaż mamy dziecko, to ja nadal wspinam się po tym cholernym drzewie i wchodzę przez okno, tak jak robiłem, odkąd tylko nauczyłem się, jak wchodzić po drzewach, bo twój wiecznie niezadowolony ojciec lubi myśleć, że ma kontrolę nad wszystkim, co dzieje się w tym domu. – Tanner uśmiechnął się, a jego zęby błysnęły w świetle księżyca. – A więc moja obecność tutaj jest… niepożądana.
– Niepożądana? – Nie brzmiało mi to na słowo, którego użyłby nastoletni chłopak.
– Twój ojciec tak mówi, nie ja – wyjaśnił. – I wiesz, o co mi chodzi, Ray. Nie wygłupiaj się – powiedział żartobliwie Tanner.
Usiadłam w nogach łóżka i przyznałam:
– Mam tyle pytań, które chciałabym ci zadać, ale nie wiem, od czego zacząć.
Tanner szturchnął mnie łokciem.
– Cóż, ja też mam trochę pytań… Jeśli ci to nie przeszkadza – powiedział Tanner. – Może wymieniajmy się pytaniami, po jednym na raz. Ale musisz obiecać, że będziesz odpowiadać szczerze. Nigdy wcześniej się nie okłamywaliśmy i nie mam zamiaru zaczynać.
– Okej – złagodziłam ton.
– Ty zaczynasz – stwierdził Tanner. – Co chcesz wiedzieć najpierw?
Była jedna rzecz, o którą chciałam zapytać jak najszybciej.
– Chcę wiedzieć więcej o nas i o Samuelu. O Sammym. – Wcześniej byłam zbyt zszokowana, by wypytywać o szczegóły.
Tanner klasnął w dłonie.
– No to zacznę od samego początku – powiedział z dziwnym akcentem. Uniosłam brwi, bo nie wiedziałam, jak mam zareagować na jego specyficzny humor. Spuścił głowę i wbił wzrok w dywan, a potem kontynuował już bez akcentu. – Byliśmy nierozłączni od dziecka. Jeśli pójdzie się na skróty, to nasze domy dzieli tylko 5 minut drogi. Nasze matki były ze sobą blisko, zanim twoja uznała, że wódka jest lepszym przyjacielem niż ludzie. Zawsze chodziliśmy do tej samej klasy. Gdy byliśmy mali, udawaliśmy małżeństwo i spędzaliśmy dużo czasu w naszej bazie. Nasza przyjaciółka udawała pastora. Nawet ukradła i pocięła koszule swojego ojca od Hugo Bossa, by zrobić z nich „święte szaty”. Dostała za to szlaban na tydzień i po tym, jak jej rodzice powiedzieli naszym o tej całej sytuacji, nie widzieliśmy się z nią przez całe wakacje. – Tanner zaśmiał się nerwowo. – Naprawdę dziwnie się czuję, musząc objaśniać ci historię naszego związku.
– Zapewniam cię, że słuchanie o tym jest znacznie dziwniejsze – przyznałam.
Tannerowi trudno było o tym mówić. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale zamknął je i westchnął ciężko, aż w końcu wydusił.
– Mieliśmy piętnaście lat, kiedy Samuel… się przytrafił. Najpierw planowaliśmy poczekać… z seksem aż do ukończenia liceum. – Jego twarz wyglądała na udręczoną. Zaczął niespokojnie stukać butem o podłogę. – Ale wtedy zachorowałem. Tak poważnie. – Odwrócił się i spojrzał mi w twarz. – Na białaczkę.
Nie wiedziałam, jak w tych okolicznościach mam zareagować, więc po prostu uśmiechnęłam się słabo i powiedziałam:
– Przykro mi.
Zacisnął usta na chwilę, po czym kontynuował:
– Któregoś dnia powiedzieli mi, że mogę nie dożyć zakończenia liceum, więc zmieniliśmy nasze plany. Byliśmy młodzi i głupi. Złożyliśmy sobie wtedy przysięgi, które sami wymyśliliśmy. To się stało w tym pokoju. – Mimo że historia, którą mi opowiadał, była poruszająca, to nie potrafiłam się z nią utożsamić. Zupełnie jakby w ogóle mnie nie dotyczyła.
Tanner podrapał się po głowie i wyjrzał przez okno.
– Obiecałem, że zawsze będę wkładał do twoich kanapek cheetosy, a ty przysięgałaś, że nie zapomnisz o mnie, gdy już zniknę. A potem… – urwał, a po chwili dokończył niezręcznie: – …zrobiliśmy Samuela. – Znowu się uśmiechnął, lecz tym razem uśmiech był szeroki i pełen dumy, więc wiedziałam, że szczerze się cieszył, że to zrobiliśmy.
I kogo przy tym stworzyliśmy.
– Mam nadzieję, że w końcu przypomnisz sobie tę noc, bo ja kiedyś mogę umrzeć, a to była najlepsza noc w moim życiu – dokończył Tanner. Położył dłonie na kolanach, westchnął i spojrzał na mnie, czekając na moją odpowiedź.
Nie byłam pewna, co powiedzieć, więc postawiłam na pierwszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy.
– Nadal jem kanapki z cheetosami – przyznałam.
Tanner uśmiechnął się lekko i zaśmiał cicho pod nosem. Najwyraźniej ciążyły na nim emocje dotyczące naszego związku i tym, co kiedyś razem zrobiliśmy, a co było dla niego najważniejsze.
– Wciąż jesteś chory? – zapytałam.
Pokręcił głową.
– Nie. Przeżyłem wbrew życzeniom twojego ojca. Niedługo po tym, jak dowiedzieliśmy się, że jesteś w ciąży, przyjęto mnie do eksperymentalnego programu medycznego w Kolorado. Gdy Sammy się urodził, wróciłem i polepszało mi się z każdym dniem. Nadal muszę brać leki, ale rak odpuścił i teraz lekarze uważają, że będę żył wiecznie, jak wampir albo jeszcze lepiej, jak mutant – powiedział, robiąc zeza i wytykając język.
Zagryzłam wargę, zastanawiając się, czy powinnam zadać mu pytanie, które miałam na końcu języka.
– Myślisz, że mogłabym zobaczyć się z Sammym? Spędzić z nim trochę czasu? – zapytałam. – Może wtedy coś sobie przypomnę – dodałam, mając nadzieję, że dzięki temu Tanner się zgodzi.
Machnął ręką, jakby moje pytanie było niepoważne.
– Oczywiście, Ray. Jesteś jego mamą. Nie musisz nawet pytać. – Wyciągnął rękę, jakby chciał mnie chwycić, ale gdy jego dłoń zawisła nad moją, wycofał się szybko, rozmyśliwszy się.
– A czy teraz ja mogę ci zadać pytanie? – zapytał.
– Tak, twoja kolej – odparłam.
Tanner zaczął obgryzać paznokieć, jakby był zdenerwowany.
– Ty i ten facet z tatuażami… Mieszkałaś z nim, prawda? A gdy po ciebie przyjechaliśmy, kłóciliście się, jakbyście… – Tanner urwał.
Nie chciałam, żeby czuł się jeszcze bardziej niezręcznie, więc nie naciskałam, by dokończył pytanie. Zamiast tego powiedziałam coś innego.
– King. On się nazywa Brantley King. – Gdy wypowiedziałam jego imię, poczułam się, jakby powietrze uszło z moich płuc, a jednocześnie czułam, że mogę oddychać pełną piersią. Taki właśnie był King: pełen sprzeczności w każdym calu.
Tanner oparł łokcie o kolana i ukrył twarz w dłoniach.
– To cholernie trudne pytanie, Ray, ale czuję, że po prostu muszę to wiedzieć – jęknął. – Czy wy… to znaczy, czy ty…?
Chciałam mieć to już z głowy. Musiałam zrobić to szybko, tak jak odrywa się plaster.
– Tak – odparłam. W końcu obiecałam mu szczerość, a nie delikatność.
– O mój Boże. Chyba zaraz się porzygam – wypalił Tanner, zeskakując nagle z łóżka.
– Powiedziałeś, że mam być z tobą szczera! – wykrzyknęłam, również zrywając się na równe nogi. – I nie patrz na mnie tak, jakbym cię zdradziła. Nawet nie wiedziałam, że jest ktoś, kogo mogłabym zdradzić!
Tanner przestąpił z nogi na nogę, jakby niespokojny.
– Wiem co powiedziałem. Ale nie spodziewałem się, że twoja odpowiedź złamie mi serce! – odparł podniosłym szeptem. – I wiem, że wcale mnie nie zdradziłaś, bo Ray, którą ja znam, nigdy nie uprawiałaby seksu z jakimś gościem, którego dopiero co poznała. – Tanner zaczął krążyć po pokoju. Nie był celowo złośliwy, tylko rozgniewany, ale jego pełen wyrzutu ton, który brzmiał, jakby mnie oceniał, działał mi na nerwy i zaczęłam żałować, że obiecałam mu szczerość.
– Wiadomość z ostatniej chwili, kolego. Ja cię nie znam i nie wiem, kim jest Ray, którą ty znasz. Nawet nie mam tak na imię. Nazywali mnie Doe. Jak Jane Doe. Jakby nikt, kurwa, nie wiedział, kim byłam. Bo nikt mnie nie szukał. Więc jeśli chcesz pogadać o byciu wkurzonym i tym, kto komu zrobił coś złego, to ustaw się w kolejce, do cholery! – krzyknęłam.
Tanner objął się ramionami w pasie, jakbym uderzyła go w brzuch.
– Szukałem cię, wiesz? Dniami, tygodniami, miesiącami. Nigdy nie straciłem nadziei. – Jego głos był tak cichy, że ledwo go słyszałam. Pokręcił głową i dodał: – Ale masz rację. Naprawdę cię nie znam.
– To nas donikąd nie doprowadzi – powiedziałam i opadłam na łóżko, a potem położyłam się na brzuchu i krzyknęłam w poduszkę, sfrustrowana. Kiedy uniosłam głowę, Tanner wyglądał, jakby opadła mu szczęka.
– No co? – zapytałam, patrząc na siebie, by sprawdzić, czy byłam odpowiednio ubrana, ale wszystko znajdowało się na swoim miejscu. Wstałam i sprawdziłam jeszcze raz.
Wciąż nie wiedziałam, o co mu chodziło.
Tanner zaczął się jąkać, mówiąc:
– Chodzi o… ttwoje ramiona, ttwoje pplecy. Masz… ttatuaż – powiedział z niedowierzaniem, ledwo kończąc zdanie.
– Tak. No i co z tego? – zapytałam, krzyżując ramiona na piersi i kładąc dłoń na miejscu, gdzie King mnie oznaczył. Byłam gotowa do kłótni i krzyku.
Tanner zbladł.
– Masz tam jego imię. Na tatuażu jest jego imię – powtórzył. To nie brzmiało jak stwierdzenie, bardziej jak oskarżenie. Nie miałam ochoty wyjaśniać mu, że tam nie widniało żadne imię. W pokoju panował mrok, a tatuaż był zawiły, więc łatwo było pomylić to z czymś innym. Odetchnęłam głęboko i próbowałam sobie przypomnieć, że Tanner przechodził przez coś, co trudno mi było zrozumieć, tak samo jak ja przechodziłam przez coś, czego on nie mógł do końca pojąć.
– Nie chcę cię skrzywdzić, Tanner, ale nie mam też zamiaru się przed tobą tłumaczyć.
– Nie wiem, co teraz zrobimy. Co ja zrobię. – Zakrył usta dłonią, a potem przesunął nią po szczęce. – Byłaś z kimś innym.
– Nie zrobiłam tego na złość tobie. Wiesz, wcześniej uważałam, że zachowam czystość czy cokolwiek, że nie będę robić niczego, co mogłoby kolidować z moim starym życiem, z tą osobą, którą byłam. Ale wraz z upływem czasu King i ja zbliżyliśmy się do siebie. A potem byłam już zmęczona tym, że musiałam stać w miejscu, odkładać swoje życie na potem, czekać, aż odzyskam życie, o którym nic nie wiedziałam. Więc pozwoliłam mu się do mnie zbliżyć. Pozwoliłam zrobić sobie tatuaż. Pozwoliłam mu… mnie pokochać. – Słowa wywołały we mnie wspomnienia i poczułam łzy piekące mnie pod powiekami. – Ale tego nie żałuję. Niczego nie żałuję i nie będę. I nie ma znaczenia, co powiesz, bo do niczego mnie nie zmusisz.
– Jezu Chryste, Ray. On ma ze trzydzieści lat, a ty jesteś tylko nastolatką. A co więcej, jesteś jedyną dziewczyną, z jaką byłem. Ostatnim razem, gdy uprawialiśmy seks, mieliśmy po piętnaście lat! A teraz ty stoisz przede mną i mówisz mi, że pozwoliłaś mu… – Podszedł do okna i chwycił się parapetu, pochylając nad nim głowę. – Pozwoliłaś mu… się dotknąć – dokończył znacznie spokojniejszym tonem, niż zaczął.
Gula zaczęła dławić mnie w gardle.
– Tak – odparłam, próbując zwalczyć łzy. – I nie waż się mnie osądzać. Mogę ci współczuć, bo wiem, jak to jest. Sama czuję się przytłoczona i zdezorientowana, ale to nie zmienia faktu, że cię nie znam. – Popatrzyłam na niego, nie ruszając się z miejsca. Nie miałam zamiaru dać sobie wmówić, że King i ja robiliśmy coś niewłaściwego.
Tanner wyrzucił ręce w powietrze.
– No to jest nas dwoje. Ray, którą znałem, nigdy nie podnosiła głosu, nigdy nie krzyczała i nie przeklinała. Może i wyglądasz jak ona, ale jesteś tylko oszustką. – Jego słowa były dla mnie jak policzek. Czułam piekący ból, chociaż nawet nie podniósł na mnie ręki. – Może w ogóle nie powinnaś była wracać – dodał, krzywiąc usta w obrzydzeniu.
– Wyjdź stąd – nakazałam, tupiąc nogą w podłogę i wskazując ręką na okno, przez które wszedł. – W tej chwili.
Tanner podszedł do okna, przerzucił nogę przez okiennicę i zawahał się przez chwilę. Powoli obrócił się w moją stronę. Wtedy ujrzałam, że jego oczy błyszczą od łez. – Przepraszam. Naprawdę jest mi przykro. Ja po prostu… wciąż cię kocham, Ray – powiedział Tanner miękkim głosem.
Wciąż byłam do niego negatywnie nastawiona, ale mimo to zrozumiałam, że wyżywał się na mnie tylko dlatego, że naprawdę miał złamane serce. Nie mogłam pozwolić mu odejść, nie dając czegoś od siebie.
– Nie mogę ci odpowiedzieć tym samym, ale wiem, że coś kiedyś do ciebie czułam. Uważam, że właśnie dlatego twoje oczy są jedynym, co w ogóle sobie przypomniałam, mimo utraty pamięci. To musi coś znaczyć, prawda? – spytałam. Tanner uśmiechnął się słabo. – Nawet kiedyś je naszkicowałam – dodałam, mając nadzieję, że ta informacja może przynieść mu odrobinę ukojenia.
– Kochasz go? – zapytał ze smutkiem w głosie. – Powiedz mi prawdę, Ray. Poradzę sobie z tym. – Nie wierzyłam mu ani przez chwilę. Próbowałam znaleźć odpowiedź w sercu i myślach. Mimo moich niepewności, kłamstw, nieporozumień, nie wątpiłam w swoje uczucia.
– Tak – odpowiedziałam.
Tanner skrzywił się, obrócił i wyszedł na zewnątrz, po czym zaczął schodzić na dół po najbliższym drzewie. Gdy doszłam do okna i wychyliłam się, on już stał na dole i otrzepywał spodnie z liści. Uniósł głowę i spojrzał w stronę mojego okna.
– Mimo że od początku wiedział, kim byłaś, i nie powiedział ci o tym? Mimo że wykorzystał cię, by odzyskać swoją córkę? Naprawdę mimo to go kochasz? – zapytał podniosłym szeptem.
Chciałam mu wytłumaczyć moje skomplikowane uczucia najprościej, jak się dało.
– Można być na kogoś wkurzonym, ale wciąż go kochać – odparłam.
Tanner przeszedł trawnik i zanim zniknął w ciemnościach, usłyszałam jego szept:
– Coś o tym wiem.
ROZDZIAŁ 5
Doe
Następne trzy dni spędziłam w swoim pokoju, zupełnie sama. Wychodziłam z łóżka tylko po to, by wziąć prysznic i się przebrać. Prawie nie spałam, z wyjątkiem krótkich drzemek, gdy mój organizm protestował ze zmęczenia. Tylko mój mózg był bardzo pobudzony.
