King - T.M. Frazier - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

King ebook i audiobook

T. M. Frazier

4,8

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

172 osoby interesują się tą książką

Opis

King jest królem podziemia. Swoją pozycję w tym świecie budował latami. Był bezwzględny i gotowy na wszystko, by osiągnąć cel. Jakiś czas temu trafił za kratki, ale teraz wraca do gry – brutalnej, bezlitosnej, rządzącej się własnymi zasadami. Przyjaciele postanawiają hucznie uczcić jego powrót, organizując balangę, która niespodziewanie odmieni życie gangstera.

Doe straciła pamięć i od miesięcy żyje na ulicy. Każdy dzień jest dla niej walką o przetrwanie. Zdesperowana trafia na imprezę, podczas której liczy na protekcję ze strony wpływowych ludzi. To właśnie tam poznaje Kinga i mimowolnie zostaje wciągnięta w porachunki niebezpiecznych przestępców.

Między bohaterami rodzi się wyjątkowa relacja, choć na pierwszy rzut oka niewiele ich łączy. Czy dziewczynie uda się zmiękczyć skamieniałe serce byłego skazańca?

„King” to pełna napięcia powieść erotyczna o poszukiwaniu prawdziwego uczucia oraz budowaniu głębokiej więzi w niesprzyjających warunkach.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 348

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 15 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Anna Wilk & Artur Barczyński

Oceny
4,8 (4 oceny)
3
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ty­tuł: King

Frag­ment

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego: Syl­wia Choj­na­cka

Co­py­ri­ght © T.M. Fra­zier, 2026

This edi­tion: © Ri­sky Ro­mance/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt okładki: Ma­ria Le­pian

Re­dak­cja: Marta Pu­stuła

Ko­rekta: Ewa Po­pie­larz

ISBN 978-91-8098-748-6

Kon­wer­sja i pro­duk­cja e-bo­oka: www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Ri­sky Ro­mance /Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

Dla Char­ley i Lo­gana

PRO­LOG

King

Dwa­na­ście lat temu

No chodź, t y pie­przony pe­dale! Je­steś ma­łym, cio­to­wa­tym pe­da­łem!

Już nie­raz wi­dzia­łem, jak dzie­ciaki w mo­jej szkole znę­cały się nad słab­szymi, jed­nak ni­gdy nie czu­łem po­trzeby, by się wtrą­cić. Je­śli dzie­ciak nie miał jaj, żeby się ko­muś po­sta­wić, to za­słu­gi­wał na to, co mu się przy­tra­fiło.

Tego ranka pod­ją­łem de­cy­zję i na do­bre od­sze­dłem z domu. Obecny chło­pak mo­jej matki znów uży­wał jej jako worka tre­nin­go­wego. Tylko że tym ra­zem, gdy się wtrą­ci­łem i chcia­łem jej po­móc, ona ode­pchnęła mnie, a w do­datku jesz­cze bro­niła tego gnoja.

Po­wie­działa, że na to za­słu­gi­wała.

Na­wet za­częła go prze­pra­szać.

Nie­na­wi­dzi­łem jej za to. Stała się słaba. Po­zwo­liła, by ją tak trak­to­wał. Tak bar­dzo chcia­łem się wy­żyć na twa­rzy Johna, że pod­czas prze­rwy w szkole sie­dzia­łem gdzieś na ubo­czu, za­ci­ska­jąc i roz­luź­nia­jąc pię­ści, cały czas na nowo od­twa­rza­jąc w gło­wie ten po­ra­nek. Może i nie wy­grał­bym w walce prze­ciwko do­ro­słemu męż­czyź­nie, ale by­łem prze­ko­nany, że mógł­bym mu cho­ciaż wy­rzą­dzić znaczną krzywdę.

Więc gdy usły­sza­łem, jak ktoś wy­krzy­kuje te obe­lgi na bo­isku, po­czu­łem się tak, jakby mój gniew pod­jął za mnie de­cy­zję. Za­nim się zo­rien­to­wa­łem, prze­bie­głem przez pia­skow­nicę i zna­la­złem się przy gru­pie ko­le­gów sto­ją­cych na ubo­czu, nie­da­leko pola kick­bal­lo­wego.

By­łem znacz­nie wyż­szy niż dzie­ciaki z mo­jej klasy, więc z ła­two­ścią do­strze­głem po­nad ich gło­wami, co się tam działo. Po­środku kręgu stał bru­tal imie­niem Ty­ler. To ciem­no­włosy typ, który za­wsze no­sił ko­szulki z lo­go­sami ze­spo­łów i z wy­strzę­pio­nymi rę­ka­wami. Trzy­mał za koł­nierz chu­dego chło­paka i raz po raz wy­mie­rzał mu ciosy w twarz pię­ścią. Młody ję­czał przy każ­dym ude­rze­niu. Wtedy ko­szula chu­dzielca się unio­sła i zo­ba­czy­łem jego blady brzuch po­kryty si­nia­kami w ko­lo­rach fio­letu i żółci. Jego że­bra wy­sta­wały tak bar­dzo, że mógł­bym je po­li­czyć. Z nosa ka­pała mu krew. Prze­pchną­łem się mię­dzy dwiema dziew­czy­nami, które ki­bi­co­wały Ty­le­rowi.

Dzie­ciaki po­tra­fią być cho­ler­nie okrutne.

Do­ro­śli rów­nież.

Sko­czy­łem i zna­la­złem się przed Ty­le­rem, za­ci­ska­jąc dłoń w pięść. Po­wa­li­łem go jed­nym cio­sem w szczękę. Chło­pak upadł tył­kiem na zie­mię, a po­tem ude­rzył głową o chod­nik i stra­cił przy­tom­ność.

Od razu po­czu­łem się le­piej, cho­ciaż po­trzeba prze­mocy za­wsze była jak szczur, który prze­gry­zał się przez wszyst­kie moje my­śli i emo­cje – ude­rze­nie Ty­lera tylko czę­ściowo przy­tłu­miło mój gniew. Zmie­niło ogień w mały pło­myk.

Spoj­rza­łem na chu­dego dzie­ciaka, który le­żał na ziemi i trzy­mał się za krwa­wiący nos. Od­su­nął ręce od twa­rzy i uniósł głowę, uśmie­cha­jąc się do mnie sze­roko i głup­ko­wato. Jego po­kryte krwią zęby były zbyt duże w sto­sunku do twa­rzy. Nie ta­kiej re­ak­cji spo­dzie­wa­łem się po kimś, kto wła­śnie zo­stał po­bity.

– Nie mu­sia­łeś mnie ra­to­wać. Po pro­stu po­zwa­la­łem mu za­dać kilka cio­sów, za­nim sam bym mu przy­ło­żył. – Jego głos za­ła­mał się na tym kłam­stwie. Po twa­rzy spły­nęły mu łzy, za­trzy­mały się na za­krwa­wio­nych ustach. Dzie­ciaki sto­jące w kręgu za­częły się roz­cho­dzić, wró­ciły do gra­nia w kick­ball.

– Nie ura­to­wa­łem cię – od­par­łem i ob­sze­dłem go, a po­tem ru­szy­łem przed sie­bie. Do­go­nił mnie, gdy by­łem już przy pia­skow­nicy.

– Oczy­wi­ście, że nie. Bez pro­blemu dał­bym so­bie z nim radę. Ale, cho­lera, go­ściu, ten pie­przony kre­tyn ma coś nie tak z głową – oznaj­mił, wy­rzu­ca­jąc ręce w po­wie­trze. Mu­siał truch­tać, by na­dą­żyć za mo­imi dłu­gimi kro­kami.

– Och, na­prawdę? A to dla­czego? – za­py­ta­łem.

– Bo chciał, że­bym zro­bił za niego wszyst­kie ćwi­cze­nia z ma­te­ma­tyki. Ale coś ci po­wiem, nie je­stem ni­czyją suką. Więc ka­za­łem mu się od­pier­do­lić – stwier­dził przy­tłu­mio­nym gło­sem, bo wciąż trzy­mał się za nos, pró­bu­jąc za­ta­mo­wać krwa­wie­nie.

– Po­wie­dzia­łeś mu, żeby się od­pier­do­lił, i wtedy za­czął cię bić? – za­py­ta­łem, cho­ciaż nie było mi ciężko w to uwie­rzyć. Poza sy­tu­acją mię­dzy mną a Joh­nem za­zwy­czaj to dro­bia­zgi wy­pro­wa­dzały mnie z rów­no­wagi, a wtedy pięść aż mnie świerz­biła, bo tak bar­dzo chcia­łem w coś ude­rzyć.

Dzie­ciak prych­nął pod no­sem.

– Cóż, naj­pierw po­wie­dzia­łem to… a po­tem wspo­mnia­łem coś o tym, jaka to wspa­niała oko­licz­ność, że jego oj­ciec nie ma nic prze­ciwko, iż jego syn i ka­sjer z Price Martu są po­do­bni do sie­bie jak dwie kro­ple wody. – Otrze­pał łok­cie z brudu, po czym wy­tarł dło­nie o swoje po­mięte spodnie khaki. – Na­zy­wam się Sa­muel Cle­ar­wa­ter. A ty?

Za­trzy­ma­łem się i ob­ró­ci­łem w jego stronę. Wy­cią­gał w moją stronę dłoń, więc ją uści­sną­łem. Jak na tycz­ko­wa­tego go­ścia w moim wieku ubie­rał się i za­cho­wy­wał jak or­dy­na­rny dzia­dek, ktoś zbyt stary, by przej­mo­wać się czymś ta­kim jak cen­zu­ro­wa­nie swo­ich wy­po­wie­dzi. A poza tym jaki je­de­na­sto­la­tek chciał ko­muś ści­skać dłoń?

Naj­wy­raź­niej taki jak Sa­muel Cle­ar­wa­ter.

– Bran­tley King – od­par­łem.

– Masz dużo przy­ja­ciół, Bran­tleyu King? – Nie­sforne włosy Sa­mu­ela w ko­lo­rze pia­skowy blond opa­dły na jego czoło, a on od­gar­nął je brud­nymi pal­cami.

– Nie. – Ża­den dzie­ciak w tej szkole nie był jak ja. Od pierw­szego dnia przed­szkola czu­łem się sa­motny. Pod­czas gdy inni uczyli się słów pio­se­nek w stylu Pan McDo­nald, ja się za­sta­na­wia­łem, jak długo po zmroku będę mu­siał cze­kać, aż wrócę do domu. Gdyby matka przy­cho­dziła po mnie za wcze­śnie, jej ów­cze­sny fa­cet byłby od razu go­towy do awan­tury. Za­wsze sie­dzia­łem sam i to wy­da­wało mi się nor­malne. Z cza­sem na­wet za­czą­łem lu­bić sa­mot­ność. Mimo by­cia naj­więk­szym chło­pa­kiem w szkole uda­wało mi się po­ru­szać ni­czym duch.

A przy­naj­mniej do­póki nie za­czą­łem wpa­dać w ta­ra­paty.

A po­tem obaj wpa­da­li­śmy w kło­poty. Preppy i ja. Dwójka uczniów, któ­rzy za­cho­wy­wali się jak mło­dzi prze­stępcy.

– Ja też nie. Wię­cej za­chodu, niż są tego, kurwa, warci – od­parł Sa­muel i brzmiał nie­mal prze­ko­nu­jąco. Wsu­nął swoją za dużą ko­szulę w spodnie i po­pra­wił szelki, które spa­dały z jego ra­mion nie­mal co chwilę, a po­tem wy­pro­sto­wał żółtą muszkę w kropki.

– Skąd masz tamte si­niaki? – za­py­ta­łem, wska­zu­jąc na jego że­bra.

– Wi­dzia­łeś je, co? – Na jego twa­rzy za­go­ścił smu­tek, jed­nak po chwili chyba prze­stał o tym my­śleć i wy­dął wargi. – Oj­czym z pie­kła ro­dem, ma pro­blem, od­kąd zmarła moja mama. A wła­ści­wie to dwa pro­blemy, mnie i piwo. Ale piwo przy­naj­mniej lubi. Mnie? Nie bar­dzo.

Ro­zu­mia­łem go. Cho­ciaż sam nie mia­łem oj­czyma, co naj­wy­żej nie­ustanną pa­radę męż­czyzn, któ­rzy przy­cho­dzili do mo­jego domu i z niego wy­cho­dzili. Mieli inne imiona, twa­rze, ale poza tym nie róż­nili się spe­cjal­nie.

– Cóż, nie są­dzę, by Ty­ler znowu cię drę­czył. – Ru­szy­łem, kie­ru­jąc się do mo­jego miej­sca z boku bu­dynku, gdzie mo­głem być sam. Ką­tem oka do­strze­głem, że Ty­ler kuś­tyka w stronę scho­dów pro­wa­dzą­cych do szkoły, za­ci­ska­jąc mocno szczękę.

Pizda.

– I to wszystko? – Sa­muel po­dą­żył za mną, dep­cząc mi po pię­tach.

– A co jesz­cze zo­stało? – Po­chy­li­łem się pod ni­sko wi­szącą ga­łę­zią drzewa. Sa­muel był mniej­szy ode mnie przy­naj­mniej o trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów, więc prze­szedł pod nią z ła­two­ścią. Kiedy od­da­li­li­śmy się wy­star­cza­jąco od in­nych dzie­cia­ków, za­pa­li­łem po­łówkę pa­pie­rosa, któ­rego trzy­ma­łem w kie­szonce ple­caka. Uży­łem do tego ostat­niej za­pałki z pu­dełka ukry­tego w bu­cie.

– Mogę spró­bo­wać? – Wzdry­gną­łem się, za­sko­czony nie tyle py­ta­niem, co bli­ską obec­no­ścią Sa­mu­ela.

Po­da­łem mu pa­pie­rosa, a on za­cią­gnął się głę­boko. Po­tem przez do­brych pięć mi­nut krztu­sił się dy­mem. Odło­ży­łem peta na po­de­szwę mo­jego buta i pa­trzy­łem, jak twarz mo­jego to­wa­rzy­sza przy­biera dziwny pur­pu­rowy od­cień, a po­tem znów robi się blada, po­kryta pie­gami i krwią.

– Kurwa, na­prawdę nie­złe, ale ja wolę men­to­lowe.

Wy­buch­ną­łem śmie­chem, zgi­na­jąc się wpół. Sa­muel zi­gno­ro­wał moją re­ak­cję i mó­wił da­lej.

– Gdzie miesz­kasz?

– Tu i tam. – Tak na­prawdę nie miesz­ka­łem ni­g­dzie. Nie mia­łem za­miaru wra­cać do domu. Już ni­gdy. Za dnia cho­dzi­łem do szkoły. Przed lek­cjami będę się za­kra­dał do szatni, by wziąć prysz­nic, a po­tem ko­rzy­stał z dar­mo­wych śnia­dań, które ofe­ro­wali w bu­dzie. Wszystko, co po­sia­da­łem, trzy­ma­łem w swoim ple­caku.

Był dość lekki.

– Ja miesz­kam w Sunny Is­les Park. Pie­przone za­du­pie. Kiedy do­ro­snę, ku­pię so­bie je­den z tych wiel­kich do­mów na wo­dzie, które stoją w niej na dłu­gich no­gach. Taki dom, co wy­gląda jak ze Star Wars.

– Cho­dzi ci o pa­la­fit?

– Tak, pie­przony dom na wo­dzie jak ze Star Wars, ale tu­taj, tuż obok za­toki. – Ten chło­pak miesz­kał w przy­cze­pie kem­pin­go­wej, gdzie bił go oj­czym, a stał tu­taj i śnił o swo­jej przy­szło­ści. Ja nie po­tra­fi­łem na­wet się do­my­ślić, co czeka mnie za ty­dzień, a co do­piero za dzie­sięć lat. – A ty, stary?

– Co ze mną? – Wy­ją­łem scy­zo­ryk z kie­szeni dżin­sów i uży­łem go, by wy­dłu­bać od­pa­da­jący tynk ze ściany bu­dynku.

– Co bę­dziesz ro­bić, gdy do­ro­śniesz?

By­łem pewny tylko tego, czego nie chcia­łem ro­bić.

– Nie my­śla­łem o tym. Wiem tylko, że nie chcę dla ni­kogo pra­co­wać. Ni­gdy nie lu­bi­łem, gdy ktoś mi mó­wił, co mam ro­bić. Wo­lał­bym być wła­snym sze­fem, pro­wa­dzić wła­sny biz­nes.

– Tak, kurwa, to nie­sa­mo­wite. Tak, tak. Po­mogę ci. Mo­żemy to zro­bić ra­zem. Ty bę­dziesz pro­wa­dzić firmę. Ja ci będę w tym po­ma­gał. A po­tem ku­pimy wielki dom na wo­dzie jak ze Star Wars i bę­dziemy tam miesz­kać, i nikt nam nie bę­dzie już wię­cej mó­wić, co mamy ro­bić!

Sa­muel wy­jął ze­szyt z ple­caka i otwo­rzył na czy­stej stro­nie.

– Zróbmy, kurwa, plan.

Ten po­mysł wy­da­wał mi się dziwny, bo sie­dzia­łem tu z dzie­cia­kiem, któ­rego nie zna­łem, i mia­łem two­rzyć plan na przy­szłość, o któ­rej ni­gdy nie my­śla­łem. Jed­nak z ja­kie­goś po­wodu ści­skało mnie w piersi na myśl, że miał­bym mu od­mó­wić i roz­cza­ro­wać go, a to było dla mnie dość obce uczu­cie. Nie wie­dzia­łem, co miał­bym zro­bić da­lej, więc po pro­stu się pod­da­łem. Usia­dłem obok niego na tra­wie i wes­tchną­łem. Uśmiech­nął się do mnie, jakby już samo to, że tu by­li­śmy, ozna­czało, że je­ste­śmy w po­ło­wie drogi do tego przy­szłego miej­sca.

– Nie mo­żemy za­cho­wy­wać się jak pizdy – kon­ty­nu­ował. – Nie bę­dziemy mieć domu jak w Star Wars, je­śli bę­dziemy pra­co­wać w ob­skur­nym ho­telu lub fa­bryce. Ry­ba­kiem też nie był­bym do­brym. A więc za­czy­namy. Pizdy są po­py­cha­dłami i upa­dają. Mój wu­jek, który jest pie­przo­nym i skoń­czo­nym dup­kiem, sprze­daje zioło. Mo­gli­by­śmy ukraść mu tro­chę i je opchnąć. Wtedy wy­ko­rzy­sta­li­by­śmy te pie­nią­dze, by ku­pić coś na wła­sną rękę i znowu sprze­dać.

Wy­cią­gnął z ple­caka czarny pi­sak i za­czął nim ba­zgrać po kartce. Na gó­rze za­pi­sał „CEL” i na­ry­so­wał dom na no­gach w uprosz­czo­nej wer­sji, który miał przy­po­mi­nać ten ze Star Wars. Nie wie­dzia­łem, jak się na­zy­wał, bo ni­gdy nie oglą­da­łem tych fil­mów, co naj­wy­żej tra­ilery. Po­tem Sa­muel na­ry­so­wał coś, co chyba miało przy­po­mi­nać nas – on wy­glą­dał na znacz­nie mniej­szego ode mnie. Zie­lo­nym pi­sa­kiem za­pi­sał wo­kół nas sym­bole do­lara.

– A więc? Te­raz je­ste­śmy przy­ja­ciółmi, Preppy?

Ni­gdy wcze­śniej nie mia­łem przy­ja­ciela, ale coś mnie przy­cią­gało do tego chło­paka z nie­wy­pa­rzoną gębą. Wzią­łem od niego pi­sak i za­czą­łem su­nąć nim po kartce. W szkole ni­gdy nie by­łem do­bry z ni­czego poza pla­styką. Nie­źle ry­so­wa­łem. Lu­bi­łem to ro­bić.

– Kurwa, tak! – po­wie­dział Preppy, pa­trząc, jak do­kań­czam jego do­mek na wo­dzie. Wcze­śniej na­ry­so­wał też lu­dzika pod­pi­sa­nego jako „du­pek”, więc za­ło­ży­łem, że to mu­siał być jego wu­jek. – Je­steś cho­ler­nie do­bry w te klocki. Mu­simy to za­wrzeć w pla­nie. Coś z ry­so­wa­niem. Mu­simy mieć ja­kieś hobby.

– A ja­kie jest twoje hobby? – spy­ta­łem.

– Moje hobby? – Uśmiech­nął się i wy­tarł nos ręką, bo znowu za­częła le­cieć z niego krew. Po­je­dyn­cza kro­pla spa­dła na kartkę w miej­scu po­staci Preppy’ego. Po­ki­wał głową i wy­dął usta, za­kła­da­jąc kciuki pod szelki. – Suki.

Tego dnia śmia­łem się chyba wię­cej niż w ca­łym swoim ży­ciu. I do­wie­dzia­łem się, że „suki” też mogą ucho­dzić za czy­jeś hobby.

– A co się sta­nie, je­śli nas zła­pią? – za­py­ta­łem, prze­sta­jąc ry­so­wać.

– Nie zła­pią. Je­ste­śmy na to zbyt mą­drzy. Bę­dziemy ostrożni. Zro­bimy plan i bę­dziemy się go trzy­mać. Nikt nie sta­nie nam, kurwa, na dro­dze. Nikt. Ani mój oj­czym, ani wuj, ani na­uczy­ciele, a szcze­gól­nie nie ta­kie pie­przone gnoje jak Ty­ler. I ni­gdy się nie oże­nię. Nie będę mieć na­wet dziew­czyny. Bę­dziemy tylko my, Preppy i King, któ­rzy wy­grze­bią się z gówna, za­miast w nim tkwić.

– Ale te­raz na po­waż­nie, co je­śli jed­nak nas zła­pią? – spy­ta­łem. – Nie mó­wię tu o gli­nach. Tylko o twoim wuju i lu­dziach, któ­rzy zaj­mują się tym, o czym te­raz mó­wimy. To źli lu­dzie. Groźni. Oni nie lu­bią, gdy się z nimi za­dziera. – Do­sko­nale wie­dzia­łem, o czym mó­wi­łem. Przez moje miesz­ka­nie prze­wi­nął się nie­je­den uzbro­jony di­ler, żą­da­jąc za­płaty. Mama spła­cała długi, za­cią­ga­jąc ich do swo­jej sy­pialni i za­my­ka­jąc za nimi drzwi.

Może i ten dzie­ciak tylko się wy­głu­piał, ale im dłu­żej o tym my­śla­łem, tym le­piej to wszystko brzmiało. Ży­cie, w któ­rym nie trzeba przed ni­kim od­po­wia­dać. Ży­cie, w któ­rym nie ma stra­chu, że ktoś mi coś zrobi. Albo temu ma­łemu ele­gan­ci­kowi, który, jak na mój gust, miał dość by­cia drę­czo­nym przez cały czas.

Po­mysł do­ro­śnię­cia i zo­sta­nia pa­nem swo­jego losu, czło­wie­kiem, z któ­rym się nie za­dziera, który nie słu­cha in­nych, stał się na­gle bar­dzo za­chę­ca­jący, co­raz dłu­żej nad nim my­śla­łem. Na­gle za­częło mi za­le­żeć i ta de­ter­mi­na­cja wy­peł­niła mój mózg w miej­scach, gdzie cze­goś bra­ko­wało – jak na przy­kład „po­czu­cia do­bra i zła”, jak twier­dzili szkolni psy­cho­lo­go­wie. Tylko że oni się my­lili. Rzecz nie w tym, że nie wi­dzia­łem róż­nicy.

Mnie to po pro­stu nie ob­cho­dziło.

Bo wła­śnie tak się dzieje, gdy nie masz w ży­ciu ni­czego, na czym mo­głoby ci za­le­żeć.

Je­śli mia­łem wziąć tego dzie­ciaka na po­waż­nie, mu­sia­łem wie­dzieć, że nie za­cznie ję­czeć, kiedy sy­tu­acja się po­psuje. Mu­sia­łem wie­dzieć, że mó­wił se­rio na te­mat planu, który mi przed­sta­wiał. Więc za­py­ta­łem:

– A co, je­śli na­prawdę ktoś sta­nie nam na dro­dze? Za­grozi na­szemu biz­ne­sowi? Po­krzy­żuje na­sze plany?

Preppy trzy­mał pi­sak w ką­ciku ust, gdzie krew już za­częła za­sy­chać i się kru­szyć. Przez chwilę pa­trzył w ja­kiś punkt tuż na moją głową, po­grą­żony w my­ślach. A po­tem wzru­szył ra­mio­nami i spoj­rzał mi pro­sto w oczy.

– Za­bi­jemy gnoja.

ROZ­DZIAŁ 1

King

W dniu, gdy wy­sze­dłem z wię­zie­nia, oka­zało się, że mia­łem ta­tu­ować mysz na my­szy. Zwie­rzę na ko­bie­cej stre­fie in­tym­nej.

Mysz na pie­przo­nej cipce.

To, kurwa, ża­ło­sne.

Ściany mo­jej pra­cowni pul­so­wały od cięż­kiej mu­zyki, która do­cho­dziła z pię­tra ni­żej, gdzie urzą­dzano mi im­prezę po­wi­talną. Drzwi się trzę­sły, jakby ktoś ryt­micz­nie ude­rzał w nie pię­ścią. Ściany od pod­łogi aż po su­fit po­kryte były farbą w sprayu i pla­ka­tami.

Mała ciem­no­włosa suka ję­czała, jakby szczy­to­wała, gdy ją dzia­ra­łem. Je­stem pewny, że uda­wała, bo ta­tuaż tuż nad cipką mu­siał być bar­dzo bo­le­sny, a nie przy­jemny.

Kie­dyś po­tra­fi­łem od­pły­nąć na dłu­gie go­dziny, gdy zaj­mo­wa­łem się two­rze­niem ta­tu­ażu. Ukry­wa­łem się wtedy we wła­snych my­ślach, gdzie nie mu­sia­łem się mie­rzyć ze wszyst­kimi kosz­mar­nymi spra­wami, które drę­czyły mnie każ­dego dnia.

W prze­szło­ści mia­łem w gło­wie tylko cipki i im­prezy, cho­ciaż ten okres nie trwał długo. Ale te­raz, gdy wró­ci­łem z wię­zie­nia, pierw­szą rze­czą, jaką zro­bi­łem, było pod­nie­sie­nie ma­szynki do ta­tu­ażu. Tylko że to już nie było to samo. Nie po­tra­fi­łem za­po­mnieć o te­raź­niej­szo­ści i od­ciąć się od wszyst­kiego, nie­ważne, jak bar­dzo się sta­ra­łem. Nie po­ma­gał mi rów­nież fakt, że lu­dzie sta­wali się co­raz głupsi i głupsi.

Logo dru­żyn spor­to­wych, cy­taty z ksią­żek, któ­rych ni­gdy się nie czy­tało, przy­szli gang­ste­rzy, któ­rzy chcieli mieć na twa­rzy ta­tu­aże spły­wa­ją­cych po niej łez. W wię­zie­niu taki ta­tuaż sym­bo­li­zo­wał ode­bra­nie ko­muś ży­cia. I małe suki, które pra­gnęły wy­glą­dać groź­nie, cho­ciaż tak na­prawdę w nie­bez­piecz­nej sy­tu­acji scho­wa­łyby się w ką­cie i pła­kały za ma­mu­sią.

Może po­wi­nie­nem nieco ob­ni­żyć ocze­ki­wa­nia, skoro mo­imi klien­tami byli głów­nie mo­to­cy­kli­ści, strip­ti­zerki i cza­sem ja­kiś bo­gaty dzie­ciak, który zna­lazł się po złej stro­nie mia­sta.

Mimo wszystko do­brze było znów być w domu. Wła­ści­wie było do­brze wszę­dzie tam, gdzie nie śmier­działo wy­mio­ci­nami i zmar­no­wa­nym ludz­kim ży­wo­tem.

Moje ży­cie za­częło pę­dzić z za­ska­ku­jącą pręd­ko­ścią, od­kąd po­zna­łem Preppy’ego. Po­ko­cha­łem ży­cie wy­jęte spod prawa. Ży­wi­łem się stra­chem w oczach lu­dzi, któ­rzy sta­nęli mi na dro­dze. Ża­ło­wa­łem tylko jed­nej rze­czy – tego, że da­łem się zła­pać.

Za­nim tra­fi­łem do pu­dła, spę­dza­łem nie­mal każdy dzień mo­jego dwu­dzie­sto­sied­mio­let­niego ży­cia w Lo­gan’s Be­ach – ma­łym za­du­piu na wy­brzeżu Flo­rydy. To miej­sce, w któ­rym lu­dzie miesz­ka­jący po jed­nej stro­nie za­toki żyli tylko po to, by usłu­gi­wać lu­dziom miesz­ka­ją­cym po jej dru­giej stro­nie. Bo­gaci miesz­kali przy plaży, zaj­mu­jąc luk­su­sowe po­sia­dło­ści i lo­kale. Nie­cały ki­lo­metr da­lej roz­cią­gały się pola z przy­cze­pami kem­pin­go­wymi i wa­lące się domy.

Na moje osiem­na­ste uro­dziny na­by­łem zruj­no­wany dom na wo­dzie, który krył się za ścianą gę­stych drzew. Zaj­mo­wał po­wierzch­nię na trzech akrach ziemi, umiesz­czono go nie­mal pod mo­stem. Ku­pi­łem go za go­tówkę. I wraz z moim przy­ja­cie­lem Prep­pym wpro­wa­dzi­li­śmy się do bo­ga­tej dziel­nicy, cho­ciaż wciąż by­li­śmy jak biała ho­łota.

Tak jak kie­dyś za­po­wie­dzie­li­śmy, sta­li­śmy się pa­nami wła­snego losu i nie od­po­wia­da­li­śmy przed ni­kim. Ro­bi­li­śmy to, co chcie­li­śmy ro­bić. Ja, za­miast ry­so­wać, za­czą­łem ta­tu­ować.

A Preppy miał swoje suki.

Pie­przy­łem się z ko­bie­tami. Bi­łem się. Im­pre­zo­wa­łem. Chla­łem. Kra­dłem. Pie­przy­łem się z ko­bie­tami. Ta­tu­owa­łem. Sprze­da­wa­łem dragi. Sprze­da­wa­łem broń. Kra­dłem. Pie­przy­łem się z ko­bie­tami. I za­ra­bia­łem pie­nią­dze.

I znowu się z kimś pie­przy­łem.

Nie było im­prezy, która by mi się nie po­do­bała, i na każ­dej by­łem mile wi­dziany. Nie było dziew­czyny, która nie roz­ło­ży­łaby dla mnie nóg. Mia­łem każdą, za­wsze gdy tego chcia­łem.

Ży­cie nie było do­bre. Było za­je­bi­ste. Sta­łem na szczy­cie świata i nikt nie mógł za­dzie­rać ze mną lub z tym, co moje.

Nikt.

A po­tem wszystko się zmie­niło, a ja spę­dzi­łem trzy lata w ma­łej celi bez okien, przy­glą­da­jąc się ry­so­wa­nym przeze mnie kre­skom na ścia­nie.

Kiedy skoń­czy­łem ta­tu­ować mysz z kre­skówki, na­ło­ży­łem maść, za­kry­łem wszystko fo­lią i zdją­łem rę­ka­wiczki. Czy ta la­ska my­ślała, że fa­cet pod­nieci się tym, że zro­biła so­bie ta­tuaż w ta­kim miej­scu? Był nie­zły, zwłasz­cza bio­rąc pod uwagę, że przez trzy lata nie zro­bi­łem żad­nego, ale mimo wszystko ry­su­nek za­kry­wał moją ulu­bioną część ko­bie­cego ciała. Gdy­bym jej nie znał, a ro­ze­brał­bym ją i zo­ba­czył ten ta­tuaż, na­tych­miast ob­ró­cił­bym ją ty­łem do sie­bie.

To w su­mie był do­bry po­mysł. Prze­le­ce­nie ja­kiejś la­ski po­mo­głoby mi po­zbyć się my­śli o wię­zie­niu i znów sku­pił­bym się na rze­czach, które kie­dyś były dla mnie ważne, a jed­no­cze­śnie nie czuł­bym tego stra­chu cza­ją­cego się na skraju mo­jej świa­do­mo­ści.

Za­miast więc ode­słać dziew­czynę z po­wro­tem na im­prezę, chwy­ci­łem ją bru­tal­nie i przy­cią­gną­łem do sie­bie. Ob­ró­ci­łem ją brzu­chem do stołu i przy­ci­sną­łem do niego, trzy­ma­jąc ją za kark jedną ręką, pod­czas gdy drugą od­pi­na­łem pa­sek od spodni. Po­tem zna­la­złem kon­dom w szu­fla­dzie nie­da­leko mnie.

Ona od po­czątku wie­działa, że nie wziął­bym pie­nię­dzy za ta­tuaż, cho­ciaż nie ro­bi­łem ich za darmo. Na­kie­ro­wa­łem więc główkę pe­nisa na jej mysz z no­wym ta­tu­ażem. Który też przed­sta­wiał mysz.

Niech to szlag.

Dziew­czyna miała świetne ciało, ale po kilku mi­nu­tach iry­tu­ją­cego wy­so­kiego ję­cze­nia od­kry­łem, że w ogóle mnie nie pod­nie­cała. Czu­łem, jak mój fiut robi się w niej miękki. Tak się nie po­winno dziać, szcze­gól­nie po tylu la­tach je­cha­nia na ręcz­nym i wy­obra­ża­nia so­bie part­ne­rek sek­su­al­nych.

Co, do cho­lery, było ze mną nie tak?

Chwy­ci­łem ją za szyję i przy­spie­szy­łem tempo. Z każ­dym pchnię­ciem, które zgry­wało się z bi­tem do­cho­dzą­cym z mo­jego miesz­ka­nia, pró­bo­wa­łem wy­ła­do­wać na niej swoją fru­stra­cję.

Ale to było na nic.

Już mia­łem wyjść z tej la­ski i pod­dać się, gdy na­gle drzwi do po­miesz­cze­nia otwo­rzyły się, a ja nie­mal bym to prze­oczył. Nie­mal. W przej­ściu sta­nęła dziew­czyna, która nie mo­gła mieć wię­cej niż osiem­na­ście lat. Była chuda, oczy miała duże, nie­bie­skie, jakby na­le­żały do lalki. Włosy w ko­lo­rze lo­do­wa­tego blond, usta ró­żowe i pełne, a w pod­bródku nie­wielki do­łe­czek. Wy­glą­dała na tro­chę na­wie­dzoną.

Mój fiut obu­dził się i przy­po­mnia­łem so­bie, że wciąż pie­przy­łem tę bru­netkę. Or­gazm ude­rzył mocno i znie­na­cka, aż po­czu­łem go w krę­go­słu­pie. Za­mkną­łem oczy i spu­ści­łem się do cipki dziew­czyny, po czym opa­dłem na jej plecy.

Co to miało być, do cho­lery?

Gdy roz­war­łem po­wieki, drzwi do pra­cowni były za­mknięte, a dziew­czyna ze smut­nymi oczami znik­nęła.

Chyba po­stra­da­łem zmy­sły.

Od­su­ną­łem się od bru­netki, która na szczę­ście wciąż od­dy­chała, ale była nie­przy­tomna – albo dla­tego, że ją pod­du­sza­łem, albo od dra­gów, od któ­rych miała po­więk­szone źre­nice.

Usia­dłem na stołku i ukry­łem twarz w dło­niach.

Za­częła mnie bo­leć głowa.

Preppy zor­ga­ni­zo­wał tę im­prezę dla mnie. Ja sprzed cza­sów wię­zie­nia od razu za­czął­bym wcią­gać kre­chy z cyc­ków strip­ti­ze­rek. Ale ja po wię­zie­niu chcia­łem po pro­stu coś zjeść, wy­pie­przyć tych wszyst­kich lu­dzi z mo­jego domu i się prze­spać.

– Wszystko okej, sze­fie? – za­py­tał Preppy, za­glą­da­jąc do po­koju.

Wska­za­łem na nie­przy­tomną dziew­czynę.

– Po­zbądź się stąd tej dziwki. – Prze­cze­sa­łem włosy ręką. Dud­niąca mu­zyka spra­wiała, że głowa pul­so­wała mi co­raz moc­niej. – I, na mi­łość bo­ską, ścisz ten ja­zgot! – Preppy nie za­słu­gi­wał na mój gniew, ale by­łem w tak kiep­skim sta­nie, że nie chciało mi się zmie­niać tonu.

– Robi się – po­wie­dział bez wa­ha­nia.

Preppy mi­nął mnie i nie po­wie­dział ani słowa na te­mat pół­na­giej dziew­czyny le­żą­cej na stole. Prze­rzu­cił ją so­bie przez ra­mię z ła­two­ścią i ru­szył do drzwi. La­ska bu­jała się z każ­dym jego kro­kiem.

– Skoń­czy­łeś już z nią? – za­py­tał, za­nim wy­szedł. Le­dwo go sły­sza­łem przez tę gło­śną mu­zykę. Za­uwa­ży­łem, że wska­zy­wał pod­bród­kiem na bru­netkę, uśmie­cha­jąc się ni­czym dziecko.

Po­ki­wa­łem głową. Preppy wy­glą­dał, jak­bym wła­śnie po­da­ro­wał mu szcze­niaczka.

Chory du­pek.

Ale i tak ko­cha­łem tego dzie­ciaka.

Za­mkną­łem drzwi i pod­sze­dłem do pu­dełka na na­rzę­dzia. W jego dol­nej szu­fla­dzie trzy­ma­łem nóż i broń. Wzią­łem je, nóż wło­ży­łem do buta, a broń za pa­sek spodni. Po­krę­ci­łem głową, by po­zbyć się ogar­nia­ją­cego mnie otę­pie­nia. To wła­śnie ro­biło z czło­wie­kiem pu­dło. Przez trzy lata spa­łem z jed­nym okiem otwar­tym w wię­zie­niu peł­nym lu­dzi, któ­rzy byli jed­no­cze­śnie mo­imi przy­ja­ciółmi i wro­gami.

Nad­szedł czas, bym ode­zwał się do nie­któ­rych z tych przy­ja­ciół i upo­mniał się o moje przy­sługi. Mia­łem te­raz na gło­wie coś waż­niej­szego niż wła­sne pro­blemy.

Ko­goś waż­niej­szego.

Sen mógł po­cze­kać. Czas zejść na dół i po­ga­dać uprzej­mie z mo­to­cy­kli­stami. Przez lata uni­ka­łem ro­bie­nia z nimi in­te­re­sów, mimo że ich wi­ce­pre­zy­dent Bear był dla mnie jak brat. Wiele razy pró­bo­wał na­mó­wić mnie, bym do­łą­czył do ich sze­re­gów w klu­bie, ale ja za­wsze od­ma­wia­łem. By­łem prze­stępcą, który lu­bił, gdy po­peł­niane przez niego zbrod­nie były pro­ste, bez wi­kła­nia się w ja­kieś or­ga­ni­za­cje. Jed­nak te­raz po­trze­bo­wa­łem zna­jo­mo­ści, ja­kie po­sia­dali mo­to­cy­kli­ści, a także do­stępu do sko­rum­po­wa­nych po­li­ty­ków, któ­rych dało się prze­ku­pić pie­niędzmi.

Ni­gdy wcze­śniej nie za­le­żało mi na pie­nią­dzach. Trak­to­wa­łem je jako coś ulot­nego, coś, co za­pew­niało mi bez­tro­ski styl ży­cia. Ale te­raz?

Ła­pówki dla po­li­ty­ków nie były ta­nie, więc po­trze­bo­wa­łem spo­rej sumy, i to szybko.

Albo już ni­gdy nie zo­ba­czę Max.

ROZ­DZIAŁ 2

Doe

Nikki była moją je­dyną przy­ja­ciółką na ca­łym świe­cie.

I tro­chę jej nie­na­wi­dzi­łam.

Nikki to dziwka, która zna­la­zła mnie, gdy spa­łam pod ławką. Nie udało mi się unik­nąć ulewy, trwa­ją­cej parę ostat­nich nocy, więc drża­łam z zimna i ga­da­łam sama do sie­bie, by szyb­ciej za­snąć. Od kilku ty­go­dni ży­łam na ulicy i nie mia­łam w ustach praw­dzi­wego po­siłku, od­kąd ucie­kłam z Ob­ma­cy­walni – tak lu­bi­łam na­zy­wać przy­tu­łek, w któ­rym zo­sta­wiono mnie na śmierć. Je­stem cał­kiem pewna, że gdy Nikki mnie zna­la­zła, chciała mnie okraść – albo wzięła mnie za trupa, ale po chwili za­uwa­żyła, że jed­nak od­dy­cha­łam. Mó­wiąc szcze­rze, je­stem za­sko­czona, że w ogóle się mną za­in­te­re­so­wała, jak już wie­działa, że ży­łam.

Cóż, wła­ści­wie to nie było ży­cie, tylko we­ge­ta­cja, ale na jedno wy­cho­dziło.

Nikki wcią­gnęła z po­żół­kłego zlewu ostat­nią kre­chę przez zwi­niętą sa­mo­przy­lepną kar­teczkę. Umy­walka wy­glą­dała, jakby za chwilę miała od­paść od ściany. Pod­łoga była za­śmie­cona pa­pie­rem to­a­le­to­wym, a wszyst­kie trzy to­a­lety tak za­pchane, że jesz­cze chwila, a cała brą­zowa za­war­tość mo­głaby wy­buch­nąć. Przy­tła­cza­jący za­pach środka de­zyn­fe­ku­ją­cego draż­nił mój nos. Mia­łam wra­że­nie, że ktoś za­lał to po­miesz­cze­nie che­mi­ka­liami, by po­zbyć się smrodu, ale w ogóle nie za­brał się za sprzą­ta­nie.

Nikki od­chy­liła głowę i za­tkała jedną dziurkę od nosa, wcią­ga­jąc po­wie­trze przez drugą. Nad nami bu­czała po­je­dyn­cza lampa flu­ore­scen­cyjna, rzu­ca­jąc zie­lon­kawą po­światę na ła­zienkę znaj­du­jącą się na sta­cji ben­zy­no­wej.

– Kurwa, nie­zły to­war – po­wie­działa, rzu­ca­jąc na pod­łogę opróż­niony wo­re­czek. Wy­cią­gnęła nie­mal pu­stą bu­te­leczkę błysz­czyku i na­ło­żyła resztkę ko­sme­tyku na swoje wą­skie wargi. Po­tem roz­tarła ma­łym pal­cem grube czarne kre­ski pod oczami, aż w końcu po­ki­wała z uzna­niem do swo­jego od­bi­cia w lu­strze. Wy­glą­dała tro­chę jak szop pracz.

Na­cią­gnę­łam rę­kaw na nad­gar­stek i wy­tar­łam brud z lu­stra przede mną. Zo­ba­czy­łam dwie rze­czy: pęk­nię­cie w rogu przy­po­mi­na­jące pa­ję­czynę, a w od­bi­ciu dziew­czynę, któ­rej nie po­zna­wa­łam.

Mia­łam ja­sne blond włosy. Za­pad­nięte po­liczki. Prze­krwione nie­bie­skie oczy. Do­łe­czek w pod­bródku.

Zu­peł­nie nic z tych rze­czy nie było mi zna­jome.

Dziew­czyna wy­glą­dała jak ja, ale kim ja, do cho­lery, by­łam?

Dwa mie­siące temu śmie­ciarz zna­lazł mnie w alejce, gdzie wcze­śniej do­słow­nie wy­rzu­cono mnie do kon­te­nera. Le­ża­łam po­śród wor­ków ze śmie­ciami w ka­łuży wła­snej krwi. Kiedy obu­dzi­łam się w szpi­talu, mia­łam naj­gor­szy ból głowy, ja­kiego w ży­ciu do­świad­czy­łam. Po­li­cja i le­ka­rze uznali mnie za ucie­ki­nie­rkę lub dziwkę. Albo jedno i dru­gie. Po­li­cjant, który za­da­wał mi py­ta­nia, nie krył swo­jego obrzy­dze­nia moją osobą. Stwier­dził, że to, co mi się przy­tra­fiło, na pewno było zwią­zane z ja­kimś pierw­szym lep­szym dup­kiem, który ze­rżnął mnie ostro. Otwo­rzy­łam usta, by za­opo­no­wać, ale roz­my­śli­łam się.

Moż­liwe, że miał ra­cję.

Nic in­nego nie miało sensu.

Nie mia­łam port­fela, do­wodu, pie­nię­dzy. Nie mia­łam przy so­bie zu­peł­nie nic.

Na­wet wspo­mnień.

Kiedy ja­kaś osoba za­gi­nie, tra­fia to do wia­do­mo­ści, lu­dzie zbie­rają się w grupy i prze­cze­sują te­ren. Ktoś wy­peł­nia ra­port po­li­cyjny, cza­sami ktoś za­pali świeczki, które da­dzą na­dzieję i po­zwolą wie­rzyć, że po­szu­ki­wana osoba wróci do domu. Tylko że w te­le­wi­zji nie po­ka­zują tego, co się dzieje, gdy nikt nie pa­trzy. Kiedy uko­chani za­gi­nio­nej albo o niej nie wie­dzą, albo nie ist­nieją… albo mają ją gdzieś.

Po­li­cja przej­rzała ra­porty do­ty­czące osób po­szu­ki­wa­nych z na­szego stanu, a po­tem z kraju, ale nie po­szczę­ściło im się. Moje od­ci­ski pal­ców nie pa­so­wały do żad­nej kar­to­teki, mo­jego zdję­cia ni­g­dzie nie za­miesz­czono.

Wtedy też do­wie­dzia­łam się, że by­cie osobą za­gi­nioną wcale nie mu­siało ozna­czać, że rze­czy­wi­ście ktoś za mną tę­sk­nił i sta­rał się mnie od­na­leźć. A przy­naj­mniej nie na tyle, by ba­wić się w całą tę szopkę z szu­ka­niem. Nie było ogło­szeń w ga­ze­cie ani te­le­wi­zji. Nie było próśb od mo­jej ro­dziny, bym wró­ciła bez­piecz­nie do domu.

Może to moja wina, że nikt nie pod­jął próby zna­le­zie­nia mnie. Może by­łam suką i lu­dzie świę­to­wali, gdy na­gle znik­nę­łam. Albo ucie­kłam.

Rów­nie do­brze ktoś mógł mnie scho­wać do ko­szyka jako dziecko i pu­ścić z nur­tem rzeki jak Moj­że­sza. I mo­gło się oka­zać, że nie mia­łam ni­kogo.

Nie wiem, kurwa. Wszystko było moż­liwe.

Nie wie­dzia­łam, skąd się wzię­łam, ile mia­łam lat, jak się na­prawdę na­zy­wa­łam.

Wszystko, co po­sia­da­łam, wi­dzia­łam wła­śnie w od­bi­ciu lu­stra na sta­cji ben­zy­no­wej, i nie mia­łam zie­lo­nego po­ję­cia, kim by­łam.

Nikt nie wie­dział, czy by­łam nie­let­nia, czy nie, więc wy­słali mnie do Ob­ma­cy­walni, gdzie wy­trzy­ma­łam tylko trzy ty­go­dnie. Miesz­ka­łam z mło­dymi prze­stęp­cami i fa­ce­tami, któ­rzy na­gmin­nie się ma­stur­bo­wali. Któ­rejś nocy obu­dzi­łam się i w no­gach mo­jego łóżka za­uwa­ży­łam jed­nego ze star­szych chło­pa­ków, który stał tam z fiu­tem w dłoni i ro­bił so­bie do­brze. Ucie­kłam wtedy przez okno w ła­zience. Mia­łam ze sobą tylko ubra­nia, które otrzy­ma­łam wcze­śniej w przy­tułku, i imię.

Na­zy­wali mnie Doe.

Tak jak Jane Doe1.

Je­dyną róż­nicą mię­dzy mną a praw­dziwą Jane Doe była ety­kietka, którą w kost­nicy przy­cze­piano tym nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nym tru­pom do palca u stopy. Bo poza tym moja eg­zy­sten­cja w ogóle nie przy­po­mi­nała ży­cia. By­łam zmu­szona kraść, by móc coś zjeść. Spa­łam tam, gdzie zna­la­złam ja­kieś okry­cie przed chło­dem i wodą. Że­bra­łam na uli­cach. Prze­szu­ki­wa­łam śmiet­niki przy re­stau­ra­cjach.

Nikki prze­cze­sała pal­cami o ob­gry­zio­nych pa­znok­ciach swoje prze­tłusz­czone rude włosy.

– Je­steś go­towa? – za­py­tała. Po­cią­gnęła no­sem i za­częła prze­ska­ki­wać z nogi na nogę, jakby była spor­tow­cem, który szy­ko­wał się do waż­nego me­czu.

Nie czu­łam się go­towa, a mimo to po­ki­wa­łam głową. Nie by­łam, ni­gdy nie będę, ale skoń­czyły mi się już inne opcje. Na uli­cach nie było bez­piecz­nie, a każdy dzień sta­no­wił dla mnie do­słow­nie walkę o prze­ży­cie. Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że je­śli stra­ci­ła­bym jesz­cze tro­chę na wa­dze, to nie by­ła­bym w sta­nie wal­czyć, je­śli ktoś by mnie za­ata­ko­wał. W każ­dym ra­zie po­trze­bo­wa­łam ochrony przed trud­nymi wa­run­kami at­mos­fe­rycz­nymi i złymi ludźmi, któ­rzy cza­ili się w mroku, bo w prze­ciw­nym ra­zie skoń­czy­ła­bym jak praw­dziwa Jane Doe.

Nie są­dzę, by Nikki re­je­stro­wała coś ta­kiego jak głód. Gdyby miała wy­brać mię­dzy je­dze­niem a na­ćpa­niem się, wy­bra­łaby to dru­gie. Za każ­dym ra­zem. Było to wi­dać, bo jej po­liczki za­pa­dły się, a pod oczami ma­lo­wały się ciemne cie­nie. Zna­łam ją nie­długo, ale jesz­cze ni­gdy nie wi­dzia­łam, by po­chła­niała coś in­nego niż koks.

Osą­dza­łam ją i czu­łam się z tego po­wodu kosz­mar­nie. Jed­nak coś w środku pod­po­wia­dało mi, że ona jest w rze­czy­wi­sto­ści lep­sza. Kiedy nie by­łam na nią nie­sa­mo­wi­cie wście­kła, to nie­mal czu­łam w sto­sunku do niej in­stynkt opie­kuń­czy. Wal­czy­łam o swoje prze­trwa­nie i chcia­łam wal­czyć o jej, lecz pro­blem tkwił w tym, że ona nie chciała za­wal­czyć o sie­bie.

Otwo­rzy­łam usta, by ją po­uczyć. Już chcia­łam jej po­wie­dzieć, że po­winna skoń­czyć z kok­sem i za­cząć coś jeść, by za­dbać o swoje zdro­wie, lecz na­gle dziew­czyna ob­ró­ciła się w moją stronę. Ga­pi­łam się na nią z otwar­tymi ustami, bo do­tarło do mnie, że nie by­łam lep­sza od niej, a chcia­łam ją osą­dzać. Bar­dzo moż­liwe, że za­nim stra­ci­łam pa­mięć, mo­głam być za­mie­szana w to samo co ona te­raz.

Za­mknę­łam usta i po­sta­no­wi­łam nic nie mó­wić.

Nikki zmie­rzyła mnie wzro­kiem, oce­nia­jąc mój wy­gląd.

– Uj­dziesz – po­wie­działa z wy­raź­nym nie­za­do­wo­le­niem w gło­sie. Nie chcia­łam na­kła­dać tony ta­pety i wy­ry­wać so­bie brwi, by w ich miej­scu na­ry­so­wać cien­kie kre­ski, jak zro­biła ona. Po pro­stu umy­łam włosy w zle­wie i sko­rzy­sta­łam z su­szarki do dłoni. Nie na­ło­ży­łam ma­ki­jażu, bo je­śli mia­łam zro­bić to, co pla­no­wa­łam w nie­da­le­kiej przy­szło­ści, to chcia­łam, by to się stało na mo­ich wa­run­kach, i nie za­mie­rza­łam wy­glą­dać jak Nikki.

Tak, znowu za­cho­wy­wa­łam się jak kry­ty­ku­jąca suka.

– Po­wiesz jesz­cze raz, jaki jest plan? – za­py­ta­łam. Mó­wiła mi już o nim z dzie­sięć razy, ale mo­gła mó­wić na­wet ty­siąc, a ja na­dal nie czu­ła­bym się z tym kom­for­towo.

Nikki na­pu­szyła swoje oklap­nięte włosy.

– Se­rio, Doe, czy ty kie­dy­kol­wiek mnie słu­chasz? – Wes­tchnęła roz­draż­niona, ale kon­ty­nu­owała. – Kiedy pój­dziemy na tę im­prezę, mu­sisz tylko przy­kleić się do jed­nego z mo­to­cy­kli­stów. Je­śli cię po­lubi, to bar­dzo moż­liwe, że bę­dzie chciał, byś zo­stała na dłu­żej. Wy­star­czy, że bę­dziesz grzać mu łóżko i dbać o to, by był za­do­wo­lony.

– Nie wiem, czy po­tra­fię to zro­bić – po­wie­dzia­łam sła­bym gło­sem.

– Po­tra­fisz i zro­bisz to. I nie bądź przy nich taka nie­śmiała, oni tego nie lu­bią. Poza tym ty nie je­steś ty­pem nie­śmia­łej dziew­czyny. Te­raz tylko się de­ner­wu­jesz. Je­steś tro­chę nie­okrze­sana, szcze­gól­nie że nie masz fil­tra i mó­wisz rze­czy, któ­rych po­tem ża­łu­jesz.

– To aż dziwne, że znasz mnie tak krótko, a zdą­ży­łaś mnie po­znać tak do­brze – oznaj­mi­łam.

Nikki wzru­szyła ra­mio­nami.

– Znam się na lu­dziach. Wierz mi lub nie, ale ty je­steś bar­dzo ła­twa do od­czy­ta­nia. A te­raz wy­da­jesz się bar­dzo spięta. Wi­dzę, ja­kie masz zgar­bione ra­miona. – Przy­ło­żyła mi rękę do ple­ców i po­pchnęła mnie. – No, te­raz le­piej. Wy­pchnij pierś do przodu. Nie masz du­żych cyc­ków, ale je­śli nie za­ło­żysz sta­nika i wy­pchniesz pierś, fa­ceci będą mo­gli zo­ba­czyć przez bluzkę twoje sutki, a oni uwiel­biają taki wi­dok.

Dość tego. Po­tra­fi­łam po­de­rwać mo­to­cy­kli­stę. A kiedy już to się sta­nie, to on mnie obroni. Mia­łam na­dzieję, że bę­dzie to ro­bił do czasu, aż wy­my­ślę pan B.

– W naj­gor­szym wy­padku okaże się, że fa­cet szuka szyb­kiego nu­merka i na ko­niec rzuci ci tro­chę kasy, a po­tem cię od­prawi. – Nikki mó­wiła, tak jakby opi­sy­wała wa­ka­cje, a nie pro­sty­tu­cję.

Mo­głam się oszu­ki­wać, są­dząc, że je­śli nie stoję pod la­tar­nią jak Nikki, to nie je­stem jak ona, ale prawda była taka, że gdy to zro­bię, stanę się praw­dziwą dziwką.

A mimo to wciąż ją kry­ty­ko­wa­łam.

Jed­nak gdy za­czy­na­łam my­śleć in­ten­syw­nie o in­nych opcjach, mój umysł był rów­nie pu­sty co żo­łą­dek.

Nikki otwo­rzyła drzwi, a świa­tło sło­neczne oświe­tliło ciemne po­miesz­cze­nie. Rzu­ci­łam ostat­nie spoj­rze­nie w stronę od­bi­cia dziew­czyny o prze­cięt­nej twa­rzy i wy­szep­ta­łam:

– Prze­pra­szam.

Tro­chę po­cie­szało mnie to, że osoba, którą by­łam wcze­śniej, za­nim wszystko za­po­mnia­łam, nie wie­działa, co za­mie­rza­łam zro­bić.

A mia­łam za­miar sprze­dać swoje ciało.

I resztkę du­szy, która mi po­zo­stała.

1 Jane Doe – na­zwi­sko uży­wane w USA dla okre­śle­nia nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nej ko­biety (przyp. tłum.).

ROZ­DZIAŁ 3

Doe

Sie­dzia­łam na tyl­nym sie­dze­niu za­byt­ko­wego sub­aru ja­kie­goś ły­sego go­ścia i ma­rzy­łam, by na chwilę stra­cić słuch. Nie mo­głam już słu­chać, jak Nikki ob­ciąga kie­rowcy. Za­bie­rał nas na im­prezę, która od­by­wała się w domu w Lo­gan’s Be­ach. Kiedy w końcu się za­trzy­ma­li­śmy, wy­pa­dłam z sa­mo­chodu, jakby się za mną pa­liło.

– Pa, ko­cha­nie – po­wie­działa Nikki słod­kim gło­sem, ocie­ra­jąc ką­cik ust jedną ręką i ma­cha­jąc kie­rowcy na po­że­gna­nie drugą. Kiedy jego sa­mo­chód znik­nął nam z oczu, wy­wró­ciła oczami i splu­nęła na zie­mię.

– Chyba za­raz się po­rzy­gam – po­wie­dzia­łam, pró­bu­jąc po­wstrzy­mać mdło­ści.

– Cóż, nie wi­dzia­łam, że­byś ofe­ro­wała mu loda za pod­wózkę – wark­nęła Nikki. – Więc może le­piej się za­mknij, bo nie masz prawa tak mó­wić. Poza tym to dzięki mnie tu­taj do­tar­ły­śmy, prawda?

„Tu­taj” ozna­czało żwi­rową ścieżkę pro­wa­dzącą do po­sia­dło­ści, którą ota­czały drzewa i ży­wo­płot. Za­uwa­ży­łam nie­dużą prze­strzeń, która naj­wy­raź­niej mu­siała być pod­jaz­dem. Było ciemno i bra­ko­wało ulicz­nych lamp, a ścieżka wy­da­wała się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność. W po­wie­trzu uno­sił się słaby odór ryb. Mój żo­łą­dek się zbun­to­wał, więc za­kry­łam usta i nos dło­nią, by się nie po­rzy­gać.

W od­dali za­uwa­ży­łam świa­tła. Gdy zbli­ży­ły­śmy się do domu, oka­zało się, że to nie świa­tła, a pla­sti­kowe po­chod­nie wbite w zie­mię pod dziw­nym ką­tem, które cią­gnęły się w rzę­dzie i pro­wa­dziły do po­dwórka znaj­du­ją­cego się z tyłu bu­dynku.

Dom miał par­ter i dwa pię­tra. Zo­stał zbu­do­wany na pa­lach, a więk­szość prze­strzeni pod bu­dyn­kiem zaj­mo­wał par­king. Stały tam błysz­czące mo­to­cy­kle i sa­mo­chody. Było ich pełno. Z tyłu znaj­do­wała się ściana, a w niej dwie pary drzwi. Jedne za­mknięto na za­suwę i do­dat­kowo za­bez­pie­czono me­ta­lo­wym prę­tem, a dru­gie umiesz­czono nieco wy­żej. Pro­wa­dziły do nich dwa stop­nie. Dwa pierw­sze pię­tra ota­czał bal­kon, a w każ­dym po­miesz­cze­niu w środku pa­liło się świa­tło, dzięki czemu można było do­strzec znaj­du­ją­cych się tam lu­dzi. Dud­niąca mu­zyka spra­wiała, że zie­mia wi­bro­wała pod mo­imi sto­pami.

– Czy tu­taj miesz­kają mo­to­cy­kli­ści? – spy­ta­łam Nikki.

– Nie, ten dom na­leży do go­ścia, któ­remu ktoś wy­pra­wił im­prezę.

– A kto to taki? – do­py­ty­wa­łam. Nikki wzru­szyła ra­mio­nami.

– Nie mam po­ję­cia. Wiem tylko to, co po­wie­dział mi Skinny. Że to im­preza wy­pra­wiona w oka­zji po­wrotu tego fa­ceta.

Kiedy uda­ły­śmy się na tył domu, za­uwa­ży­łam mo­to­cy­kli­stów i mój żo­łą­dek znowu się skur­czył. Za­trzy­ma­łam się na­gle. Stali tam, ota­cza­jąc ogni­sko znaj­du­jące się po­środku ogrom­nego po­dwórka. Pło­mie­nie się­gały nie­mal na wy­so­kość domu. By­łam tak po­chło­nięta tym, co mia­łam zro­bić, że za­po­mnia­łam w ogóle za­sta­no­wić się, z kim mia­łoby do tego dojść. Wi­dzia­łam tam sied­miu lub ośmiu męż­czyzn. Jedni sie­dzieli na krze­słach, inni stali z pi­wem w ręku. Wszy­scy no­sili skó­rzane ka­mi­ze­lki po­kryte wie­loma na­szyw­kami. Nie­któ­rzy mieli pod spodem ko­szule, inni zu­peł­nie nic. Ko­biety, które były ubrane po­dob­nie do Nikki, śmiały się i tań­czyły wo­kół ogni­ska. Jedna z nich klę­czała przed fa­ce­tem i po­ru­szała głową w górę i w dół, pod­czas gdy sie­dzący na krze­śle gość roz­ma­wiał przez te­le­fon i trzy­mał ją za włosy.

To jest po pro­stu po­czą­tek końca.

Ob­ró­ci­łam się do Nikki, chcąc po­wie­dzieć, że może po­win­ny­śmy prze­my­śleć jesz­cze nasz plan, ale oka­zało się, że ona już znik­nęła. Ro­zej­rza­łam się i za­uwa­ży­łam ją, jak przy­kle­jała się do ra­mie­nia wy­so­kiego męż­czy­zny z rudą brodą za­ple­cioną w war­kocz. Wo­kół głowy miał prze­wią­zaną chu­stę z flagą Ame­ryki.

Na­gle oto­czyły mnie od tyłu czy­jeś silne ra­miona i przy­ci­snęły do twar­dej ściany mię­śni. Na­tych­miast chcia­łam go od sie­bie ode­pchnąć, ale gdy za­czę­łam wierz­gać, męż­czy­zna przy­trzy­mał mnie moc­niej. Jego go­rący od­dech pach­niał czosn­kiem i al­ko­ho­lem, draż­nił wszyst­kie moje zmy­sły, gdy za­czął do mnie mó­wić, przy­ci­ska­jąc mi usta do szyi.

– Hej, dzie­cinko, je­stem go­towy na im­prezę. A ty? – Chwy­cił bru­tal­nie mój nad­gar­stek i za­ło­żył mi ra­mię za plecy. By­łam pewna, że za­raz zła­mie mi rękę. Przy­su­nął moją dłoń do swo­jego roz­po­rka i po­tarł za­ci­śniętą pię­ścią o erek­cję. – Przy­jemne uczu­cie, prawda, mała?

Chwy­ci­łam go na­gle za jaja i ści­snę­łam tak mocno, jak tylko się dało.

– Ty suko! – wrza­snął.

Pu­ścił mnie i upadł na ko­lana. Zła­pał się za klej­noty, prze­wró­cił na bok i przy­ci­snął ko­lana do piersi. Rzu­ci­łam się po scho­dach na pię­tro.

– Ty pie­przona suko! Za­pła­cisz mi, kurwa, za to! – wo­łał za mną, lecz ja szybko znik­nę­łam we­wnątrz bu­dynku i prze­mknę­łam obok go­ści. Wbie­głam po scho­dach na górę i do­tar­łam na dru­gie pię­tro. Pró­bo­wa­łam otwo­rzyć kilka par drzwi znaj­du­ją­cych się przy wą­skim ko­ry­ta­rzu, lecz wszyst­kie były za­mknięte. Do­piero nie­mal na sa­mym jego końcu drzwi otwo­rzyły się, gdy na­ci­snę­łam klamkę.

Jesz­cze nie zro­bi­łam kroku w stronę wej­ścia, a już wie­dzia­łam, że w po­koju ktoś jest, mimo że było w nim tro­chę ciemno. Neo­nowa farba na ścia­nie spra­wiała, że wnę­trze wy­glą­dało, jakby się w nim świe­ciło. Nie wi­dzia­łam żad­nych me­bli, ale po­środku po­miesz­cze­nia do­strze­głam dwie po­staci. Na pierw­szy rzut oka wy­glą­dało to tak, jakby jedna osoba stała za tą, która le­żała. Do­piero po chwili do­tarła do mnie ta scena i zro­zu­mia­łam, na co się na­tknę­łam.

Usły­sza­łam, jak ciało ude­rza o ciało. I jęki. Po­czu­łam za­pach potu i cze­goś jesz­cze, ale nie po­tra­fi­łam tego zi­den­ty­fi­ko­wać. Mia­łam wra­że­nie, że sta­łam tam go­dzi­nami, ale w rze­czy­wi­sto­ści były to za­le­d­wie se­kundy. Po­win­nam się ob­ró­cić i za­mknąć za sobą drzwi w chwili, gdy do­strze­głam, że ktoś tam był, ale nie mo­głam ode­rwać wzroku od aktu roz­gry­wa­ją­cego się przede mną.

Za­uwa­ży­łam, że wpa­truje się we mnie para ma­gne­tycz­nych oczu. W sztucz­nym świe­tle wy­glą­dały na zie­lone. Męż­czy­zna spo­glą­dał wprost na mnie i, ku mo­jemu za­sko­cze­niu, nie od­wra­cał wzroku, na­wet nie mru­gał. Jego bio­dra co­raz szyb­ciej ude­rzały o ciało ko­biety. Pie­przył ją, wpa­tru­jąc się w moje oczy. Po chwili przy­mknął po­wieki, od­rzu­cił głowę w tył i jęk­nął gar­dłowo, a na­sze po­łą­cze­nie zo­stało prze­rwane.

Opadł na plecy dziew­czyny i po­luź­nił uścisk na jej szyi. Du­sił ją? Gdy we­szłam do po­koju, sły­sza­łam jej jęk, lecz te­raz le­żała nie­ru­chomo. I ci­cho.

Szybko przy­po­mnia­łam so­bie, jak uży­wać nóg, i za­mknę­łam drzwi. Zbie­głam po scho­dach, ukry­łam się za boj­le­rem pod do­mem, nie­da­leko tych wszyst­kich sa­mo­cho­dów i mo­to­cy­kli. Sie­dzia­łam tam z go­dzinę, prze­sy­pu­jąc pia­sek mię­dzy pal­cami i pró­bu­jąc zro­zu­mieć, w ja­kim kie­runku po­dą­żało moje ży­cie. Mimo że bar­dzo chcia­łam się ze­rwać i po­biec przed sie­bie w ciemną noc, nie mo­głam odejść da­leko, bo strach przed ciem­no­ścią mnie pa­ra­li­żo­wał. Poza tym moż­liwe, że by­łam świad­kiem mor­der­stwa. Tylko że bę­dąc tu­taj, przy­naj­mniej znaj­do­wa­łam się bli­sko świa­tła.

Strach na­prawdę na­mie­szał w mo­ich prio­ry­te­tach.

I to ten strach, a także bur­czący brzuch i osła­bie­nie, które czu­łam, przy­po­mniały mi, dla­czego w ogóle zna­la­złam się w tym miej­scu.

Cho­dziło o zwy­kłe prze­trwa­nie.

By­łam zde­spe­ro­wana, a de­spe­raci nie mają cze­goś ta­kiego jak wy­bór.

Ode­tchnę­łam głę­boko. Mu­sia­łam zro­bić to, co było trzeba, na­wet je­śli nie wie­dzia­łam do­kład­nie, co to miało być. To zna­czy wie­dzia­łam, jak to po­winno się od­by­wać, ale mój umysł był jak wy­ze­ro­wany licz­nik ki­lo­me­trów w sa­mo­cho­dzie. Mia­łam czy­ste konto, a po­sta­no­wi­łam je te­raz za­bru­dzić.

Może i by­łam bez­do­mna i umie­ra­łam z głodu, ale by­łam też zde­ter­mi­no­wana, by prze­stać eg­zy­sto­wać na ulicy i mieć kie­dyś ja­kieś praw­dziwe ży­cie. Ta­kie, w któ­rym będę spać w praw­dzi­wym łóżku z czy­stą po­ścielą. Ta­kie, w któ­rym nie będę mu­siała się mar­twić o swoje bez­pie­czeń­stwo czy je­dze­nie i będę mo­gła się sku­pić na od­kry­ciu prawdy o tym, kim kie­dyś by­łam. Obie­ca­łam so­bie, że prze­trwam tę noc i zro­bię to, co trzeba, a po­tem już ni­gdy nie będę o tym my­śleć. To bę­dzie tylko mała plama na mo­jej czy­stej kar­cie ży­cia i ni­gdy wię­cej nie chcia­łam już do tego wra­cać.

Wsta­łam, otrze­pa­łam się z brudu i za­czę­łam za­chę­cać się w my­ślach. Mu­sia­łam to zro­bić. Uda mi się. Będę uda­wać, że wiem, jak to ro­bić, jak­bym się nie bała. Uda­wa­nie, że nie ba­łam się cze­goś, co mnie prze­ra­żało, było dla mnie normą. Ro­bi­łam to każ­dego dnia, gdy bu­dzi­łam się, nie wie­dząc, kim je­stem.

Mu­sia­łam stać się dziwką mo­to­cy­kli­sty, bo tak na­le­żało po­stą­pić. Przy­wiążę się do niego, je­śli tylko bę­dzie to ozna­czać, że prze­żyję.

Czu­jąc tę nowo od­na­le­zioną w so­bie de­ter­mi­na­cję, ru­szy­łam do ogni­ska, wzię­łam piwo z chło­dziarki i otwo­rzy­łam je. Zimny tru­nek na­wil­żył moje su­che gar­dło. Cho­dzi­łam od mo­to­cy­kli­sty do mo­to­cy­kli­sty, bo oka­zy­wało się, że każdy był już sku­piony na ja­kiejś dziew­czy­nie. Po chwili za­in­te­re­so­wał mnie wi­dok panny, która sie­działa jed­nemu na ko­la­nach. Fa­cet był od niej cięż­szy przy­naj­mniej o pięć­dzie­siąt kilo.

Tak na­prawdę za­in­try­go­wał mnie wy­raz jej twa­rzy. Wi­dzia­łam uśmiech, który mó­wił: „Z przy­jem­no­ścią we­zmę two­jego ku­tasa do ust”. Po­sta­ra­łam się przy­brać taką samą minę i mia­łam na­dzieję, że to wy­star­czy, by przy­cią­gnąć do sie­bie czy­jąś uwagę.

Po­trze­bo­wa­łam ko­goś, kto po­może mi prze­trwać.

***

– Hej – usły­sza­łam czyjś głę­boki głos przy swoim uchu.

Kiedy się ob­ró­ci­łam, za­uwa­ży­łam męż­czy­znę w skó­rza­nej ka­mi­ze­lce z bia­łymi na­szyw­kami. Było na nich na­pi­sane „wi­ce­pre­zy­dent” i „Be­ach Ba­stards”. Fa­cet miał dłu­gie blond włosy prze­rzu­cone na bok, dzięki czemu wi­dzia­łam, że pół głowy ogo­lił na łyso. Jego długa broda zo­stała bar­dzo do­brze przy­strzy­żona. Mógł mieć po­nad metr osiem­dzie­siąt wzro­stu. Mimo że był szczu­pły, wy­glą­dał na umię­śnio­nego. Nie wi­dzia­łam ko­loru oczu, jego po­wieki wy­glą­dały na cięż­kie i lekko za­czer­wie­nione. Całą szyję po­kry­wały mu ta­tu­aże, a gdy się od­wró­cił się, by za­pa­lić pa­pie­rosa, za­uwa­ży­łam, że ręce też zdo­bił tusz.

– Hej – od­par­łam, pró­bu­jąc oka­zać moją sztuczną pew­ność sie­bie.

Wy­glą­dał za­chwy­ca­jąco. Gdy­bym miała skoń­czyć z kimś w łóżku, z nim chyba nie by­łoby tak źle. Po­cią­gał no­sem i za­uwa­ży­łam, że na jego noz­drzach zo­stał biały pro­szek.

– Na­zy­wają mnie Bear. Na­le­żysz do ko­goś? – za­py­tał su­ge­styw­nie, po­chy­la­jąc się w moją stronę.

– Może… do cie­bie? – Skrzy­wi­łam się, gdy do­tarło do mnie, co po­wie­dzia­łam. Ze wszyst­kich rze­czy, które mo­głam po­wie­dzieć, tylko to mi przy­szło do głowy? Nikki miała ra­cję. Mó­wi­łam, za­nim to prze­my­śla­łam.

Bear za­śmiał się.

– Bar­dzo bym tego chciał, piękna, ale mam coś in­nego na my­śli.

Och, na­prawdę? A co ta­kiego? – za­py­ta­łam, si­ląc się na lekki ton, cho­ciaż moje serce biło w dzi­kim tem­pie.

– Ta im­preza jest dla mo­jego kum­pla. Był tu­taj przez do­kład­nie trzy­dzie­ści mi­nut, a po­tem uciekł na górę z bu­telką jacka da­nie­lsa. Jest jak kot sie­dzący na drze­wie, któ­rego nie da się spro­wa­dzić na dół. To zro­zu­miałe, bo dawno go tu nie było, ale do­sze­dłem wła­śnie do wnio­sku, że ty mo­gła­byś mu po­móc.

Za­ha­czył pal­cem o gumkę mo­jej spód­niczki i przy­cią­gnął mnie do sie­bie, aż moje sutki otarły się o jego piersi. Przy­ci­snął palce do mo­jej ko­ści ło­no­wej, a ja zdu­si­łam w so­bie ochotę, by od niego od­sko­czyć. Za­gry­złam mocno dolną wargę, a on po­wie­dział:

– On ni­gdy nie prze­pa­dał za BBB. – Za­milkł, gdy zo­ba­czył moje zdez­o­rien­to­wane spoj­rze­nie. – Be­ach Ba­stard Bit­ches. Suki mo­to­cy­kli­stów z gangu Be­ach Ba­stards – wy­ja­śnił. – Ale ty? Ty je­steś nowa. Inna. Wy­glą­dasz na nie­winną, ale wiem, że taka nie je­steś, bo ina­czej nie by­łoby cię na tej im­pre­zie. My­ślę, że mo­żesz mu się spodo­bać. – Bear prze­su­nął ustami po mo­jej szyi. – Może idź tam na górę. Spraw, by był szczę­śliwy. Zrób to dla mnie. Weź jego fiuta do tych two­ich pięk­nych uste­czek. A gdy już skoń­czysz, spro­wadź go tu­taj, do cy­wi­li­za­cji. A może po­tem, gdy oka­żesz się do­brą dziew­czynką i wy­ko­nasz za­da­nie, bę­dziemy mo­gli wró­cić do klubu i za­ba­wić się tak na­prawdę. – Mu­snął zę­bami pła­tek mo­jego ucha. – My­ślisz, że mo­żesz to dla mnie zro­bić?

– Tak, mogę – po­wie­dzia­łam. Skóra mro­wiła mnie od jego do­tyku. Mo­głam to zro­bić.

A przy­naj­mniej tak my­śla­łam.

– Jak masz na imię? – Bear prze­su­nął po­woli ręką po mo­jej no­dze, wpy­cha­jąc mi ją pod kieckę. Po­ło­żył dłoń na moim po­śladku, który był te­raz od­sło­nięty i wszy­scy, któ­rzy pa­trzy­liby w na­szą stronę, mo­gliby go zo­ba­czyć.

– Doe. Mam na imię Doe – po­wie­dzia­łam na wy­de­chu.

– Pa­suje. – Za­śmiał się. – Cóż, moja mała, nie­win­nie wy­glą­da­jąca Doe. – Po­chy­lił się i ku mo­jemu za­sko­cze­niu po­ca­ło­wał mnie miękko w ką­cik ust. Jego wargi były de­li­katne. Pach­niał środ­kiem do pra­nia, al­ko­ho­lem i pa­pie­ro­sami. Już za­czę­łam my­śleć, że ten po­ca­łu­nek zna­czył, że zmie­nił zda­nie i nie chciał, bym uszczę­śli­wiła jego przy­ja­ciela, ale nie­stety ob­ró­cił mnie w stronę scho­dów, klep­nął w ty­łek i po­pchnął lekko. – No da­lej, leć na górę, ma­leńka. Ostatni po­kój na końcu ko­ry­ta­rza. Bądź do­bra dla mo­jego kum­pla, a wtedy ty i ja za­ba­wimy się póź­niej. – Gdy się do niego ob­ró­ci­łam, pu­ścił do mnie oczko, a ja uśmiech­nę­łam się sztucz­nie. Mia­łam na­dzieję, że męż­czy­zna na końcu ko­ry­ta­rza był jak Bear, bo wtedy może nie bę­dzie tak naj­go­rzej.

Wtedy na­gle coś do mnie do­tarło i mu­sia­łam zwal­czyć łzy na­pły­wa­jące mi do oczu. Ko­lana nie­mal się pode mną ugięły.

Ofi­cjal­nie się sprze­da­łam, a cena była więk­sza niż każde pie­nią­dze.

ROZ­DZIAŁ 4

Doe

BUM. BUM. BUM. BU-BUM.

Trudno stwier­dzić, co było moim bi­ją­cym ser­cem, a co gło­śną, dud­niącą mu­zyką.

Wy­tar­łam spo­cone dło­nie o po­szar­paną spód­niczkę, którą zna­la­złam w ko­szu z rze­czami dla po­trze­bu­ją­cych, i prze­szłam po­mię­dzy ludźmi ryt­micz­nie po­ru­sza­ją­cymi się do mu­zyki. W po­wie­trzu pod su­fi­tem uno­siła się gę­sta chmura dymu. Im­pre­zu­jący po­ru­szali się w pul­su­ją­cym świe­tle na każ­dym moż­li­wym ka­wałku pod­łogi ni­czym na­wie­dzone ro­boty. W ciem­no­ści pro­wa­dziły mnie tylko te świa­tła, w końcu udało mi się tra­fić na górę i od­na­leźć ostat­nie drzwi na końcu ko­ry­ta­rza, jak po­wie­dział Bear.

To drzwi pro­wa­dzące do mo­jego zba­wie­nia.

I jed­no­cze­śnie do pie­kła.

Prze­krę­ci­łam klamkę, a za­wiasy za­skrzy­piały. Je­dyne świa­tło w po­koju po­cho­dziło z przy­ci­szo­nego te­le­wi­zora, a w po­wie­trzu uno­sił się za­pach zioła.

– Halo? – pi­snę­łam cien­kim gło­sem w ciem­ność, cho­ciaż chcia­łam brzmieć sek­sow­nie. Nie udało mi się to.

– Za­mknij te pie­przone drzwi – ode­zwał się głę­boki, szorstki głos. Po­czu­łam jego słowa aż w środku.

Do­zna­łam na­gle zu­peł­nie no­wego uczu­cia, które ogar­nęło mój kru­chy umysł i ciało. Wło­ski na karku sta­nęły mi dęba. Spo­dzie­wa­łam się, że będę zde­ner­wo­wana, nie­pewna sie­bie, na­wet nie­spo­kojna.

Ale to było coś wię­cej.

Strach.

Serce biło mi szybko. Ciało było w sta­nie po­bu­dze­nia.

Przy­tło­czył mnie im­puls ka­żący mi się ob­ró­cić i biec tak szybko, jak po­zwo­li­łyby mi na to moje drżące nogi.

– Drzwi – głos na­ka­zał znowu. Jed­nak ja ani drgnę­łam. Mimo że bar­dzo chcia­łam stam­tąd uciec, moja de­spe­ra­cja ka­zała mi wejść do środka.

Wresz­cie za­mknę­łam za sobą drzwi i ha­łas do­cho­dzący z dołu znik­nął. To ozna­czało rów­nież, że w ra­zie czego nikt nie usły­szałby mo­jego wo­ła­nia o po­moc.

– Gdzie je­steś? – za­py­ta­łam nie­pew­nie.

– Tu­taj – od­parł głos, ale nie­wiele mi to mó­wiło. Wciąż nie wie­dzia­łam, gdzie się znaj­do­wał. Ode­tchnę­łam głę­boko, by uspo­koić od­dech, i zro­bi­łam kilka kro­ków w stronę te­le­wi­zora. Wtedy do­strze­głam za­rys łóżka sto­ją­cego po­środku po­koju i zwi­sa­jące z niego dłu­gie nogi.

– Eee… Gra­tu­luję po­wrotu do domu? Bear mnie przy­słał. – Może dzięki roz­ma­wia­niu moje serce zy­ska tro­chę czasu i wtedy się uspo­koi. Jed­nak gdy przy­po­mnia­łam so­bie, co mia­łam za­miar tu zro­bić, za­mar­łam, jakby spa­ra­li­żo­wana.

Zi­gno­ro­wał moją ża­ło­sną próbę na­wią­za­nia roz­mowy i zbli­żył się do brzegu łóżka. Nie po­tra­fi­łam do­strzec ry­sów jego twa­rzy, jed­nak wi­dzia­łam, że ciało miał po­tężne. Usiadł pro­sto i wy­cią­gnął rękę. Przy­go­to­wa­łam się men­tal­nie na jego do­tyk, jed­nak to nie na­stą­piło. Męż­czy­zna wziął bu­telkę z noc­nej szafki, która znaj­do­wała się za mną. Po­cią­gnął z niej długi łyk i prze­łknął gło­śno.

Znowu mu­sia­łam wy­trzeć ręce o spód­niczkę. Mia­łam na­dzieję, że ciem­ność ukoi moje nerwy.

– De­ner­wu­jesz się przeze mnie? – za­py­tał, jakby czy­tał mi w my­ślach. Czu­łam w jego od­de­chu whi­sky.

– Nie – od­par­łam na wy­de­chu, a kłam­stwo dła­wiło mnie w gar­dle. Po­czu­łam, jak chwyta mnie po­tężną dło­nią i przy­ciąga mię­dzy swoje nogi. Wci­snął mi palce w bio­dra, a ja pi­snę­łam za­sko­czona.

– Nie okła­muj mnie, dziew­czyno – wark­nął bez cie­nia żar­to­bli­wo­ści. Krew za­mar­zła mi w ży­łach. Serce biło szybko. Męż­czy­zna upił ko­lejny łyk z bu­telki, a po­tem odło­żył ją za mnie. Ale tym ra­zem, gdy się co­fał, zro­bił to na tyle po­woli, że otarł się po­licz­kiem o moją twarz. Jego za­rost nie był na tyle długi, by na­zwać go brodą, ale nie był też krótki. Nie­spo­dzie­wa­nie po­czu­łam mro­wie­nie prze­bie­ga­jące po krę­go­słu­pie i mu­sia­łam zwal­czyć w so­bie ochotę, by do­tknąć jego twa­rzy. – Za­wsze okła­mu­jesz lu­dzi, gdy za­dają ci py­ta­nie?

Tak, przez niego się de­ner­wo­wa­łam. I to tak bar­dzo, że nie po­tra­fi­łam zna­leźć ję­zyka w gę­bie. Nie spo­dzie­wa­łam się tego. My­śla­łam, że będę mu­siała roz­ło­żyć nogi dla ja­kie­goś na­pa­lo­nego, pi­ja­nego dupka, który wziąłby mnie po swo­jemu przy za­pa­lo­nym świe­tle.

Za­miast tego znaj­do­wa­łam się w ciem­nym po­koju, po­mię­dzy no­gami ja­kie­goś fa­ceta, któ­rego le­d­wie wi­dzia­łam, ale jego do­tyk spra­wiał, że czu­łam dreszcz prze­bie­ga­jący po krę­go­słu­pie.

– Twoje mil­cze­nie chyba zna­czy, że chcesz po­mi­nąć tę roz­mowę. – Chwy­cił mnie za ra­miona i po­pchnął w stronę pod­łogi. Wy­cią­gnę­łam ręce, by się cze­goś zła­pać i chwy­ci­łam za twarde jak skała uda męż­czy­zny. Ude­rzy­łam ko­la­nami w pod­łogę, a on oznaj­mił: – Tak le­piej.

Mo­żesz to zro­bić. Mo­żesz. Mo­żesz.

– Po­ssij mi – na­ka­zał i pod­parł się na łóżku łok­ciami.

Prze­su­nę­łam drżą­cymi dłońmi po jego udach, aż zna­la­złam pa­sek. Od­pię­łam go po­woli, a moje pa­znok­cie mu­snęły go­rącą skórę jego brzu­cha. Mię­śnie na­pięły mu się pod mo­imi pal­cami. Męż­czy­zna wcią­gnął po­wie­trze przez za­ci­śnięte zęby. Po­trzą­snę­łam drżą­cymi dłońmi, by od­zy­skać nad nimi wła­dzę. Kiedy się­gnę­łam do roz­po­rka jego spodni, za­wa­ha­łam się.

De­spe­rac­kie czasy wy­ma­gają de­spe­rac­kich kro­ków.

Przy­glą­da­łam się moim pal­com moż­li­wie jak naj­dłu­żej, aż w końcu po­woli roz­pię­łam roz­po­rek. Za­mknę­łam oczy, chcąc uspo­koić przy­spie­szony od­dech. Ba­łam się, że za­raz ze­mdleję i spadnę mu na ko­lana. Mia­łam na­dzieję, że za­mknię­cie oczu uspo­koi mnie i po­zwoli mi uwie­rzyć, że za­wsze mo­głam prze­rwać to, co te­raz ro­bi­łam.

Wła­śnie roz­pię­łam mu roz­po­rek i się­ga­łam do jego dżin­sów, gdy na­gle jego głos roz­legł się ni­czym grzmot pio­runa. Od­sko­czy­łam za­sko­czona i opa­dłam na ty­łek.

– Co to ma, kurwa, zna­czyć? – za­wo­łał. Mia­łam za­mknięte oczy, więc nie za­uwa­ży­łam, kiedy włą­czył lampkę sto­jącą na szafce noc­nej. Gdy jed­nak unio­słam wzrok, spoj­rza­łam w naj­pięk­niej­sze zie­lone oczy, ja­kie w ży­ciu wi­dzia­łam. Wpa­try­wały się we mnie wy­peł­nione nie­na­wi­ścią, jak­bym była przy­czyną wszel­kiego zła na tym świe­cie.

I te oczy były zna­jome.

Ode­pchnął moje ręce od roz­po­rka i wstał, po­cią­ga­jąc mnie w górę ze sobą, po czym przy­ci­snął mnie do swo­jej piersi.

– Wpa­dłam na cie­bie wcze­śniej. Upra­wia­łeś seks z ja­kąś dziew­czyną – wy­pa­li­łam i od razu tego po­ża­ło­wa­łam. Niech szlag trafi mnie i moją skłon­ność do mó­wie­nia bez za­sta­no­wie­nia.

Jego cia­sna ko­szulka na ra­miącz­kach uwy­dat­niała wy­rzeź­bione mię­śnie. Ko­lo­rowe ta­tu­aże po­kry­wały jedną stronę jego szyi, klatkę pier­siową i oba ra­miona, a koń­czyły się na knyk­ciach dłoni. Na nad­garstku do­strze­głam mę­ską bran­so­letkę ze skó­rza­nych pa­sków i ćwie­ków. Ciemne włosy miał krótko przy­strzy­żone, a w uszach czarne kol­czyki. Prawą brew męż­czy­zny prze­ci­nała bli­zna, a szczękę po­kry­wał kil­ku­dniowy za­rost.

Gdy wcze­śniej wi­dzia­łam, jak po­su­wał tamtą dziew­czynę, my­śla­łam, że był wy­soki. Na­wet jego cień w ciem­nym po­koju wy­da­wał się spo­rych roz­mia­rów, ale tak na­prawdę nie mia­łam po­ję­cia, jaki w rze­czy­wi­sto­ści był ogromny.

Ten fa­cet nie wy­glą­dał, jakby trzy­mał się z nie­wła­ści­wymi ludźmi.

To on sam był nie­cie­ka­wym ty­pem.

– To by­łaś ty? – za­py­tał. Jego noz­drza za­fa­lo­wały, gdy pa­trzył na mnie mor­der­czym spoj­rze­niem. Nie wie­dzia­łam, co go tak wku­rzyło, ale na ten wi­dok ba­łam się jesz­cze bar­dziej niż parę mi­nut temu. Za­czę­łam ża­ło­wać, że nie po­słu­cha­łam mo­jego in­stynktu i nie ucie­ka­łam, gdy mia­łam oka­zję.

– Naj­wy­raź­niej gówno wiesz, bo wtedy nie mó­wi­ła­byś, że upra­wia­łem z nią seks.

– Wiem, co wi­dzia­łam – opo­no­wa­łam.

– Nie, ja wcale nie upra­wia­łem z nią seksu, tylko ją pie­przy­łem. – To, w jaki spo­sób wy­po­wie­dział słowo „pie­przyć”, spra­wiło, że po­czu­łam w majt­kach wil­goć.

Ty głu­pia dziew­czyno. Twój mózg chyba na­prawdę jest uszko­dzony, bo taka osoba nie po­winna wy­wo­ły­wać w to­bie po­dob­nych re­ak­cji.

– Kim ty je­steś? – za­py­tał.

– Je­stem ni­kim – od­par­łam zgod­nie z prawdą. Serce mnie za­bo­lało, gdy wy­po­wie­dzia­łam te słowa na głos.

– Nie je­steś dziwką mo­to­cy­kli­stów – stwier­dził bez­na­mięt­nym to­nem. Prze­chy­lił głowę na bok i przyj­rzał się mi z uwagą. Oglą­dał rysy mo­jej twa­rzy, jakby chciał mnie roz­gryźć. Przyj­rzał się moim ustom, ob­li­zu­jąc wargi ję­zy­kiem.

– Nie wiem, kim je­stem – wark­nę­łam. Pró­bo­wa­łam się od­su­nąć, ale trzy­mał mnie w moc­nym uści­sku.

– Dziwki mo­to­cy­kli­stów nie mają w zwy­czaju trząść się i nie­mal hi­per­wen­ty­lo­wać, kiedy za­bie­rają się za ssa­nie fiuta. – Ści­snął moje nad­garstki tak mocno, że po­czu­łam ból w ra­mio­nach.

– Pusz­czaj! – Szar­pa­łam się, ale nie mo­głam się wy­rwać. Mu­sia­łam się uwol­nić, jed­nak on po­py­chał mnie, aż w końcu zna­la­złam się pod ścianą.

– Więc mó­wisz, że ro­bisz to cały czas? Że wiesz, czego pra­gnie męż­czy­zna? Że po­tra­fisz ro­bić loda jak pro­fe­sjo­na­listka? – Prze­su­nął pal­cem po moim po­liczku, a ja pró­bo­wa­łam stłu­mić w so­bie ogień, który na­gle po­czu­łam. – My­ślisz, że po­tra­fi­ła­byś się mną za­jąć, zwier­za­czku? To świet­nie. Mo­żemy za­cząć tam, gdzie skoń­czy­li­śmy. – Prze­su­nął moje ręce do roz­po­rka spodni. Wi­dzia­łam jego ogromną erek­cję. Na­gle wło­ski na karku sta­nęły mi dęba. – Nie po­ka­żesz mi, do czego je­steś zdolna? – na­kła­niał mnie. Po­czu­łam jego cie­pły od­dech przy uchu, choć same słowa były lo­do­wate. Prze­ra­ża­jące. Nie­mal sły­sza­łam, jak krew pły­nie w mo­ich ży­łach, a serce bije co­raz szyb­ciej i szyb­ciej. – Już raz dzi­siaj przez cie­bie do­sze­dłem.

Spoj­rza­łam na niego, marsz­cząc brwi.

– Kłam­stwo. Na­wet cię dzi­siaj nie do­tknę­łam.

– Nie, nie te­raz. Gdy wi­dzia­łaś mnie wcze­śniej z tamtą dziew­czyną. Sta­nę­łaś w przej­ściu i pa­trzy­łaś na nas. Po­do­bało ci się to, co zo­ba­czy­łaś? Po­do­bało ci się pa­trze­nie, jak dzięki to­bie do­cho­dzę?

– Przy­pi­su­jesz so­bie zbyt wiele za­sług. Nie zo­sta­łam tam, by pa­trzeć na cie­bie. By­łam tylko za­sko­czona. Ty ją nie­mal du­si­łeś. Po co mia­ła­bym pa­trzeć na coś ta­kiego?

Prze­su­nął ręce na moją szyję i ści­snął ją mocno, cho­ciaż wciąż mo­głam od­dy­chać.

– Cho­dzi ci o coś ta­kiego? – za­py­tał, pa­trząc mi pro­sto w oczy. Pró­bo­wa­łam ukryć od­ru­chy prze­ra­że­nia. On ży­wił się moim stra­chem.

– Pieprz się – wark­nę­łam, si­ląc się na od­wagę. Ba­wił się mną. Ba­łam się, ale to nie ozna­czało, że sta­łam się ja­kimś po­py­cha­dłem.

– Wiem, że chcia­łaś być tamtą dziew­czyną. Chcia­łaś, że­bym to w cie­bie wcho­dził. Zła­pa­łem spoj­rze­nie, które mi rzu­ci­łaś, i eks­plo­do­wa­łem. Wi­dzę to, jak pa­trzysz na mnie te­raz i po­mimo stra­chu pra­gniesz mnie, a może na­wet wła­śnie to cię pod­nieca.

– My­lisz się. Nie pa­trzę na cie­bie w taki spo­sób.

– Nie? Więc po­wiedz mi, co tak na­prawdę o mnie my­ślisz, gdy na mnie pa­trzysz. Te­raz. Co się dzieje w tej two­jej ślicz­nej główce?

– Wła­śnie my­śla­łam o tym, jaka to wielka szkoda, że taki przy­stojny wy­gląd mar­nuje się na ta­kiego czło­wieka jak ty.

Uśmiech­nął się ką­ci­kiem ust i ści­snął mnie za szyję jesz­cze moc­niej. Po­chy­lił się tak, że jego po­li­czek do­ty­kał mo­jego, a ja czu­łam na skó­rze wi­bra­cję każ­dego jego słowa.

– Ile ty masz lat, zwier­za­czku?

– A do czego ci ta wie­dza? – wy­sy­cza­łam przez za­ci­śnięte zęby.

– Po pro­stu chcę wie­dzieć, czy seks z tobą jest le­galny. – Od­su­nął się ode mnie i ob­rzu­cił prze­cią­głym spoj­rze­niem. Pu­ścił moje gar­dło i unie­ru­cho­mił mi nad­garstki nad głową. Drugą rękę zbli­żył do mo­ich piersi i prze­su­nął po nich pal­cem. Na ra­mio­nach po­ja­wiła mi się gę­sia skórka.

Ode­tchnę­łam z tru­dem.

– Wi­dzia­łam, co się dzi­siaj tu­taj działo – po­wie­dzia­łam i ski­nę­łam głową w stronę drzwi. – Masz gdzieś to, czy seks ze mną byłby le­galny. – Mój od­dech stał się płytki i ury­wany.

– Nie mam tego gdzieś – po­wie­dział, śmie­jąc się gar­dłowo. – Wła­ści­wie to mam na­dzieję, że z tobą by­łoby nie­le­gal­nie. – Oparł ręce na ścia­nie po obu stro­nach mo­jej głowy, wię­żąc ją i przy­ci­ska­jąc do mnie po­kaźną erek­cję. – Bo bar­dzo do­brze idzie mi w nie­le­gal­nych rze­czach.

Sap­nę­łam i po­czu­łam, że nie mogę od­dy­chać. Pi­snę­łam ci­cho, nie po­tra­fi­łam zde­cy­do­wać, czy chcia­łam się o niego otrzeć, bo te­raz tego po­trze­bo­wa­łam, czy po­win­nam go ude­rzyć cho­ler­nie mocno. Chyba wy­czuł moje wa­ha­nie, bo spoj­rzał mi w oczy i po­krę­cił głową.

– No da­lej, zwier­za­czku. Ale ja bym na twoim miej­scu tego nie ro­bił. – Jego mina była po­ważna, oczy ciemne i nie­bez­pieczne, ale i tak do­strze­ga­łam w nich cień roz­ba­wie­nia. Przy­ci­snął swoje czoło do mo­jego i wes­tchnął. – Mo­gli­by­śmy się nie­źle ze sobą za­ba­wić.

Po­krę­cił głową, a ja po raz pierw­szy do­strze­głam ciemne wory pod jego oczami i za­czer­wie­nione po­wieki. Wy­glą­dał na zmę­czo­nego, ale nie tak, jak czło­wiek czuje się po cięż­kim dniu. To ra­czej było zmę­cze­nie, które nie chciało znik­nąć, nie­ważne, ile czasu się spało lub ile kawy się w sie­bie wlało. Na tego typu zmę­cze­nie od­po­czy­nek nic nie da.

Wie­dzia­łam to, bo czu­łam się tak samo.

Pu­ścił mnie i cof­nął się. W chwili, gdy jego przy­tła­cza­jąca obec­ność znik­nęła z mo­jej oso­bi­stej prze­strzeni, po­czu­łam chłód wy­wo­łany bra­kiem tego męż­czy­zny.

Wziął bu­telkę z szafki noc­nej i udał się w stronę drzwi.

Za­mar­łam, za­ci­snę­łam szczękę i ga­pi­łam się w pod­łogę.

Co się wła­śnie, do cho­lery, wy­da­rzyło?

– Wy­cho­dzisz? – za­py­ta­łam. Moja ulga mie­szała się z ja­kimś cho­rym uczu­ciem roz­cza­ro­wa­nia.

Uchy­lił drzwi i za­trzy­mał się z ręką na klamce. Do środka wle­wała się mu­zyka.

– To był bar­dzo ciężki dzień, a ty przy­ła­pa­łaś mnie w naj­mniej od­po­wied­nim mo­men­cie. I cho­ciaż twoja nie­win­ność bar­dzo mnie pod­nieca, to ja nie je­stem de­li­katny, więc po­win­naś się cie­szyć, że od­cho­dzę. – Upił łyk z bu­telki i rzu­cił mi ostat­nie zdez­o­rien­to­wane spoj­rze­nie, przy­glą­dał się mo­jemu ciału. – Trzy lata temu bez wa­ha­nia tak bym cię ze­rżnął, że nie wie­dzia­ła­byś, jak się na­zy­wasz.

I wtedy znik­nął.

Co to, do cho­lery, miało ozna­czać?

Na­gle mój brzuch za­bur­czał gło­śno. Skrę­ca­jący ból gro­ził, że mnie po­chło­nie. Zgię­łam się wpół, by go za­ła­go­dzić. Jak tylko tu przy­je­cha­łam, za­czę­łam się roz­glą­dać za ja­kimś je­dze­niem, ale na sto­łach stały wy­łącz­nie piwa i inne al­ko­hole. Na sto­liku do kawy le­żało tylko lu­stro, a na nim biały pro­szek, który ja­kiś fa­cet roz­dzie­lał na kre­chy przy po­mocy karty kre­dy­to­wej. Gość wy­glą­dał, jakby mógł być moim dziad­kiem.

Na­gle ktoś za­pu­kał w okno i pod­sko­czy­łam gwał­tow­nie.

– Wpuść mnie, małpo! – Usły­sza­łam do­bie­ga­jący z ze­wnątrz wy­soki głos.

Nikki.

Po­de­szłam do okna chwiej­nym kro­kiem, by pod­nieść ramę. Nikki wkra­dła się do środka i upa­dła na pod­łogę. Jej prze­tłusz­czone rude włosy przy­kle­iły się do mo­krego od potu czoła, a stary szal ze sztucz­nego fu­tra, który z po­czątku był biały, te­raz wy­glą­dał na szary i nie­chluj­nie opa­dał z jej ra­mie­nia.

– Skąd wie­dzia­łaś, że tu je­stem? – za­py­ta­łam. Nie wi­dzia­łam Nikki, od­kąd zo­sta­wiła mnie kilka go­dzin temu na im­pre­zie na dole.

– Ten fa­cet o imie­niu Bear mi po­wie­dział. Mia­łam ochotę usiąść mu na twa­rzy, ale on od­je­chał swoim mo­to­cy­klem z ja­kąś la­ską, która wy­glą­dała jak Tyra Banks.

No i moja oka­zja po­szła się je­bać.

Po­mo­głam Nikki pod­nieść się z pod­łogi.

– I jak było? Jaki on jest? Wi­dzia­łam go na dole wcze­śniej i ja pier­dolę… – Po­pra­wiła ra­miączko to­rebki. – Zro­bi­łaś ten ruch ję­zy­kiem, który ci po­ka­zy­wa­łam? – za­py­tała z ta­kim sa­mym en­tu­zja­zmem, jakby chciała wie­dzieć, czy prze­je­cha­łam się na fe­sty­nie na dia­bel­skim mły­nie. – Spra­wi­łaś, że do­szedł? Czy on do­pro­wa­dził cię do or­ga­zmu? Opo­wiedz mi wszystko.

Wes­tchnę­łam, czu­jąc się po­ko­nana, ale jed­no­cze­śnie mi ulżyło.

– Nie. Do ni­czego nie do­szło. On po pro­stu… wy­szedł.

Nikki zmie­rzyła mnie spoj­rze­niem, a jej mina z eu­fo­rycz­nej zmie­niła się w roz­draż­nioną.

– Nic dziw­nego, że wy­szedł. Wi­dzia­łaś, jak ty, kurwa, wy­glą­dasz? Nie po­win­nam była po­zwo­lić ci przyjść tu na górę, gdy wy­glą­dasz tak jak te­raz.

Spoj­rza­łam na swój zwy­kły szary top, który ścią­gnę­łam za ple­cami, by wy­glą­dał na bar­dziej do­pa­so­wany, i po­strzę­pioną spód­niczkę z ce­ki­nami, które wła­ści­wie w więk­szo­ści po­od­pa­dały. Wie­dzia­łam, że nie wy­glą­da­łam za­chwy­ca­jąco, ale nie mia­łam środ­ków na to, by po­zwo­lić so­bie na za­chwy­ca­jący wy­gląd. Albo cho­ciaż do­bry.

Nikki po­krę­ciła głową. Ge­sty­ku­lu­jąc dziko rę­kami, wska­zy­wała na moje ciało.

– Wy­glą­dasz jak dziecko, które wró­ciło z po­dwórka i ubrało się w rze­czy matki.

Po­cią­gnęła no­sem i po­pra­wiła swoją dżin­sową spód­niczkę, le­dwo za­kry­wa­jącą jej po­śladki. Zie­lony top miał od­bar­wie­nie na pra­wym cycku.

– Te­raz to już nie ma zna­cze­nia. On znik­nął – po­wie­dzia­łam gorzko. – Wy­no­śmy się stąd.

Mu­sia­łam oczy­ścić umysł i wy­my­ślić nowy plan. Który do­ty­czył mię­dzy in­nymi po­zby­cia się Nikki.

– Nie tak szybko, ma­leńka. Co ci się tak śpie­szy? – Nikki ob­ró­ciła się i po­de­szła do drzwi. Prze­krę­ciła w nich za­mek i po­wie­działa: – Zo­baczmy, co tu znaj­dziemy – po­wie­działa we­soło i za­częła otwie­rać jedną szu­fladę po dru­giej, prze­glą­da­jąc ich za­war­tość.

– Co ty, do cho­lery, wy­pra­wiasz? – za­py­ta­łam. – Mu­simy wyjść, i to te­raz. Nie wi­dzia­łaś wy­razu twa­rzy tego fa­ceta. Gdy­byś wi­działa, już dawno by­ły­by­śmy na dru­gim końcu tego stanu.

– Och, za­mknij się, ale ty dra­ma­ty­zu­jesz. Czemu ci tak śpieszno? Poza tym tu­taj jest kli­ma­ty­za­cja. – Nikki za­częła wa­chlo­wać się pod pa­chami. Pod­nio­sła zdję­cie w pla­sti­ko­wej ramce i ob­ró­ciła je w moją stronę. – Słodki dzie­ciak, co?

Prze­su­nęła pal­cami po fo­to­gra­fii, na któ­rej do­strze­głam małą blon­dy­neczkę z lo­kami. Po raz pierw­szy, od­kąd po­zna­łam Nikki, zo­ba­czy­łam na jej twa­rzy uśmiech, jed­nak wy­dał mi się nieco smutny. Po­krę­ciła głową, odło­żyła ramkę na miej­sce i otwo­rzyła dolną szu­fladę, by przej­rzeć znaj­du­jące się w środku pa­piery.

– Ja pier­dolę, BINGO! – krzyk­nęła. Gdy wy­cią­gnęła rękę z szu­flady, za­uwa­ży­łam, że trzy­mała w dłoni gruby plik pie­nię­dzy zwią­zany fio­le­tową gumką. Po­ma­chała nim w po­wie­trzu, a mój żo­łą­dek za­bur­czał w od­po­wie­dzi. Za tyle kasy mo­gła­bym ku­pić dużo je­dze­nia.

Mo­gła­bym dzięki nim za­cząć zu­peł­nie nowe ży­cie.

Ta myśl znik­nęła tak szybko, jak się po­ja­wiła, bo nie było mowy, bym ukra­dła ko­muś pie­nią­dze.

A już na pewno nie jemu.

By­łam zde­spe­ro­wana, ale nie ży­czy­łam so­bie śmierci.

Na­gle roz­legł się gło­śny huk do­cho­dzący zza drzwi.

– Co to ma być, do cho­lery? – krzyk­nął ktoś znaj­du­jący się po dru­giej stro­nie. – Dla­czego są za­mknięte?

– Mu­simy iść! – krzyk­nę­łam. Nikki za­brała ko­lejny plik forsy z szu­flady i po­bie­gła w kie­runku okna. Prze­pchnęła się obok mnie, za­nim po­wie­dzia­łam, że może iść pierw­sza. Po dro­dze zgu­biła kilka do­la­rów.

Nikki prze­ło­żyła do­piero jedną nogę przez okno, gdy na­gle drzwi wy­le­ciały z za­wia­sów, roz­trza­sku­jąc się na mi­lion drew­nia­nych ka­wał­ków. W przej­ściu stał Bear, fa­cet, który wy­słał mnie tu wcze­śniej. Na­sze spoj­rze­nia spo­tkały się na krótką chwilę, a po­tem Bear za­uwa­żył pu­stą szu­fladę, kilka bank­no­tów le­żą­cych na pod­ło­dze i otwarte okno, przez które pró­bo­wała uciec Nikki. Zro­bił krok w na­szą stronę. Nikki się­gnęła do to­rebki i wy­cią­gnęła nie­wielki pi­sto­let. Na­wet nie wie­dzia­łam, że go miała.

– Nie ru­szaj się! – krzyk­nęła, ce­lu­jąc w jego pierś. Za­trzy­mał się i spoj­rzał na nią z unie­sio­nymi brwiami.

– Je­steś pewna, że chcesz to zro­bić? – za­py­tał bez cie­nia stra­chu w gło­sie. Co wię­cej, brzmiał, jakby ją za­chę­cał. Dro­czył się z nią. Jakby to, że ktoś ce­lo­wał do niego z broni, było dla niego normą.

Na­gle na ko­ry­ta­rzu zja­wił się zie­lo­no­oki męż­czy­zna. Moje serce od razu za­biło moc­niej. Kiedy do­strzegł Nikki, uśmiech­nął się ką­ci­kiem ust i po­woli, pew­nym kro­kiem ru­szył w jej stronę, mi­ja­jąc po dro­dze Be­ara.

– Nie waż się, kurwa, ru­szać, bo cię za­strzelę! – Jej głos za­ła­mał się, gdy męż­czy­zna się zbli­żył.

– Więc strze­laj – rzu­cił wy­zy­wa­jąco, ro­biąc ku niej na­stępny krok.

Nikki ob­ró­ciła się w moją stronę. Broń za­drżała jej w dłoni, a w za­łza­wio­nych oczach wi­dzia­łam ja­kieś emo­cje, któ­rych nie po­tra­fi­łam od­szy­fro­wać.

– Tak bar­dzo mi przy­kro – po­wie­działa.

I na­ci­snęła spust.