Lawless - T.M. Frazier - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Lawless ebook i audiobook

T. M. Frazier

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

88 osób interesuje się tą książką

Opis

Bear od urodzenia żył w świecie przemocy. Jako członek klubu motocyklowego Beach Bastards kierował się zasadami, których złamanie oznaczało śmierć. Lojalność wobec kumpli i brutalność względem wrogów – to dwie święte reguły prawdziwych gangsterów. Pewnego dnia mężczyzna postanawia jednak odejść, mając świadomość,, że właśnie sam wydał na siebie wyrok.

Thia bardzo wcześnie poznała, czym jest lęk przed utratą bliskiej osoby. Dramatyczne wydarzenie z dzieciństwa na zawsze ją zmieniło i pozostawiło w sercu trwały ślad. Od tamtej pory przetrwanie stało się najważniejszym celem dziewczyny.

Drogi Thii i Beara wkrótce się przecinają, a z czasem rodzi się między nimi silne uczucie. Jednak w świecie, w którym żyją, miłość nie jest wybawieniem – jest słabością.

„Lawless” to mroczna, pełna emocji powieść erotyczna o nienasyconym pożądaniu oraz cenie, jaką trzeba zapłacić za wolność.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 305

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 12 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Anna Wilk & Artur Barczyński

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Justyna20190

Nie oderwiesz się od lektury

Cudooo
00



Ty­tuł: Law­less

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego: Syl­wia Choj­na­cka

Co­py­ri­ght © T.M. Fra­zier, 2026

This edi­tion: © Ri­sky Ro­mance/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt okładki: Ma­ria Le­pian

Re­dak­cja: Ju­styna Yiği­tler

Ko­rekta: Ewa Po­pie­larz

ISBN 978-91-8098-752-3

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Ri­sky Ro­mance /Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

Dla Lo­gana i Char­ley

za to, że na­uczy­li­ście mnie,

czym jest praw­dziwa mi­łość…

Je­ste­śmy wy­jęci spod prawa,

mój przy­ja­cielu. Cy­wile nie po­tra­fią

ogar­nąć tym swoim ma­łym móżdż­kiem tego,

co to ozna­cza, po­prze­pa­la­łyby im się zwoje.

– Bear, Brutal

PRO­LOG

BEAR

Uro­dzi­łem się jako czło­nek gangu.

Żoł­nierz wy­ję­tej spod prawa ar­mii klubu mo­to­cy­klo­wego Be­ach Ba­stards. Moim prze­zna­cze­niem było prze­ję­cie pa­łeczki od sta­rego.

Obo­wią­zek był waż­niej­szy od mo­jego su­mie­nia, ro­dziny, waż­niej­szy od wszyst­kiego.

Nie wy­bra­łem so­bie ta­kiego ży­cia, lecz ono wy­brało mnie, a wią­zało się ono z wie­dzą i ak­cep­ta­cją tego, że gdy każ­dego ranka wsta­wa­łem się od­lać, mógł to być mój ostatni dzień na ziemi.

Albo – w za­leż­no­ści od mo­ich roz­ka­zów – czyjś ostatni dzień.

By­cie mo­to­cy­kli­stą, Ba­star­dem, nie było tylko kwe­stią ge­nów. Nie cho­dziło o to, że ja w ten spo­sób ży­łem.

Ja tym od­dy­cha­łem.

Spi­ja­łem to.

Ja to, kurwa, ko­cha­łem.

To zna­czyło dla mnie wszystko.

Do mo­mentu, aż prze­stało.

Nie pa­mię­tam, kiedy do­kła­da­nie na­stał ten mo­ment –może po pierw­szym za­bój­stwie, może w dniu, gdy do­sta­łem swoją na­szywkę? – ale to się stało. Olej mo­to­cy­klowy, skóra, prze­moc i za­mi­ło­wa­nie do nisz­cze­nia wro­gów klubu za­częły pły­nąć w mo­ich ży­łach za­miast krwi.

Przede wszyst­kim by­łem mo­to­cy­kli­stą, a do­piero po­tem czło­wie­kiem.

I na­peł­niało mnie to dumą.

Ni­gdy nie uwa­ża­łem tego za pro­blem, ale też nie są­dzi­łem, że na­dej­dzie taki dzień, gdy prze­stanę być człon­kiem Be­ach Ba­stards.

A jed­nak tak się stało.

Prze­sta­łem nim być.

W dniu, gdy od­da­łem ka­mi­zelkę i wy­sze­dłem z sie­dziby klubu, od­wró­ci­łem wła­sną klep­sy­drę i przy­pi­sa­łem swo­jemu ży­ciu datę za­koń­cze­nia.

Bo gdy czło­wiek zo­staje człon­kiem klubu Be­ach Ba­stards, jest nim na za­wsze.

Chyba że umrze.

Przyjdą po mnie. Ale bar­dziej po­pie­przone było coś in­nego – nie prze­szka­dzała mi myśl, że za­biją mnie moi bra­cia. Cho­dziło o nie­pew­ność.

Wie­dzia­łem wszystko o by­ciu mo­to­cy­kli­stą.

Ale nic na te­mat by­cia czło­wie­kiem.

Tor­tu­ro­wano mnie, gwał­cono ku ucie­sze mo­ich po­ry­wa­czy, zna­la­złem się na gra­nicy ży­cia i śmierci. Ale mimo tego, przez co prze­sze­dłem, ni­gdy nie stra­ci­łem chęci do ży­cia. Tej woli walki. Tego cze­goś w środku, co spra­wiało, że moje serce biło tak szybko, jakby miało wy­rwać się z piersi, i mó­wiło, że wyj­dziesz z każ­dej sy­tu­acji cało, a po­nadto spa­lisz żyw­cem każ­dego skur­wiela, który spró­buje cię znisz­czyć.

Bito mnie, ale ni­gdy nie zła­mano.

Do­póki nie po­ja­wiła się Thia…

ROZ­DZIAŁ 1

THIA

W wieku dzie­się­ciu lat…

Nie wiem, co po­szło nie tak.

Ni­gdy nie ro­zu­mia­łam tego po­wie­dze­nia. Bo gdy ja pa­trzy­łam w prze­szłość, po­tra­fi­łam wska­zać do­kład­nie dzień i go­dzinę, kiedy wszystko się zmie­niło i ob­rało kie­ru­nek, któ­rego nikt nie mógł prze­wi­dzieć.

A już na pewno nie ja.

Trzy ty­go­dnie przed mo­imi je­de­na­stymi uro­dzi­nami po­je­cha­łam ma­łym czer­wo­nym ro­we­rem do Stop-N-Go, sta­cji od­da­lo­nej o pięć ki­lo­me­trów od mo­jego domu. Tata chciał, że­bym za­wio­zła tam skrzynkę po­ma­rań­czy, więc przy­wią­za­łam ją do de­sko­rolki, a de­sko­rolkę przy­mo­co­wa­łam do sio­dełka ro­weru liną, którą zna­la­złam w sta­rej ło­dzi mo­jego taty.

– Po­pil­nu­jesz kasy, Cindy? – za­py­tała Emma May, idąc w stronę wyj­ścia i bu­ja­jąc bio­drami. W ręce trzy­mała swoją małą kwa­dra­tową to­rebkę. – Wpadnę tylko na chwilę do sa­lonu na­prze­ciwko. Pew­nie i tak nikt nie przyj­dzie do sklepu – do­dała i po­chy­liła się nad ladą. Otwo­rzyła starą kasę, na­ci­ska­jąc kilka przy­ci­sków i ude­rza­jąc w nią pię­ścią. Wy­jęła tro­chę go­tówki i uśmiech­nęła się do mnie. Roz­su­nęła szklane drzwi, które skrzyp­nęły przy otwie­ra­niu, tak samo jak przy za­my­ka­niu.

Emma May miała ra­cję. Już wcze­śniej pro­siła mnie, bym po­pil­no­wała sklepu i nikt na­wet nie przy­szedł.

Aż do dzi­siaj.

Nie cho­dziło o to, że chcia­łam ko­niecz­nie wró­cić do domu. Mama za­częła się dziw­nie za­cho­wy­wać. Po­tra­fiła czy­ścić pod­łogi go­dzi­nami, do­póki nie za­częły błysz­czeć. Mó­wiła do sie­bie w kuchni. A za każ­dym ra­zem, gdy ją o to py­ta­łam, za­cho­wy­wała się tak, jakby nie wie­działa, o czym mó­wię. Tata po­wie­dział mi, że wszystko bę­dzie do­brze, po­ra­dził, że­bym nie wcho­dziła jej w drogę i dała jej tro­chę prze­strzeni.

Ro­bi­łam to, co ka­zał, i uni­ka­łam mamy. Za­zwy­czaj nie wra­ca­łam do domu przed za­cho­dem słońca.

Pil­no­wa­nie sklepu było do­brą wy­mówką – jak każda inna – by nie wró­cić do domu za szybko.

Po go­dzi­nie za­czę­łam się nu­dzić. Wy­pro­sto­wa­łam półkę z pa­pie­ro­sami wi­szącą za kasą, prze­wró­ci­łam hot dogi na blaszce, która nie ob­ra­cała się sama, pró­bo­wa­łam czy­tać ma­ga­zyny, ale nie ro­zu­mia­łam, co zna­czy: „Sie­dem­na­ście po­zy­cji, dzięki któ­rym fa­cet straci zmy­sły”.

Dla­czego ktoś miałby tra­cić zmy­sły z po­wodu ja­kichś po­zy­cji? Gdy­bym ja stra­ciła któ­ryś ze zmy­słów, po­szła­bym do le­ka­rza.

Da­łam so­bie spo­kój z ma­ga­zy­nami i od­chy­li­łam się na sta­rym stołku ba­ro­wym, który skrzy­piał za każ­dym ra­zem, gdy się ob­ra­ca­łam. Po­ło­ży­łam stopy na blat i włą­czy­łam czarno-biały te­le­wi­zor sto­jący w ką­cie na książce te­le­fo­nicz­nej. Te­le­wi­zor miał tylko dwa ka­nały – ja­kiś z we­ster­nami i ka­nał z po­godą. Ekran śnie­żył, a dźwięk do­cho­dzący z gło­śni­ków za­kłó­cały szumy. Pró­bo­wa­łam to wy­łą­czyć, ale nic się nie dzia­łało – zdo­ła­łam tylko jesz­cze bar­dziej go pod­gło­śnić. Szum za­głu­szał mo­to­cy­kle par­ku­jące przed skle­pem i dźwięk dzwon­ków za­wie­szo­nych nad drzwiami.

Wy­ję­łam wtyczkę z gniazdka. Wciąż trzy­ma­łam ka­bel, gdy unio­słam głowę i na­po­tka­łam spoj­rze­nie ciem­no­wło­sego ob­cego męż­czy­zny.

Miał broń.

– Da­waj wszystko, co masz – na­ka­zał, wska­zu­jąc pi­sto­le­tem na kasę. Ki­wał się na boki, a jego oczy wy­glą­dały na prze­krwione.

– Nie wiem, jak… – za­czę­łam, ale on mi prze­rwał.

– Po pro­stu to, kurwa, zrób! – na­ka­zał, od­bez­pie­cza­jąc broń z klik­nię­ciem. Po­chy­lił się nad ladą tak, że jego pierś opie­rała się na bla­cie, a broń zna­la­zła się za­le­d­wie kilka cen­ty­me­trów od mo­jej głowy. Ze­śli­zgnę­łam się ze stołka, po­pchnę­łam go w stronę kasy i znowu na nim usia­dłam. Pró­bo­wa­łam na­ci­snąć przy­ci­ski, któ­rych użyła Emma, gdy wcze­śniej otwie­rała kasę.

Ale to nie po­dzia­łało.

– No da­lej! Już, młoda! – krzyk­nął męż­czy­zna co­raz bar­dziej znie­cier­pli­wiony.

– Sta­ram się, ale chyba coś źle na­ci­skam. – Spró­bo­wa­łam znowu, ale tym ra­zem ude­rzy­łam w dół kasy, za­miast w jej górną cześć. Męż­czy­zna pod­szedł do mnie. Pach­niał tak, jak mój mały bra­ci­szek, gdy się roz­cho­ro­wał, kiedy je­cha­li­śmy cię­ża­rówką do Sa­van­nah.

– Po­słu­chaj mnie, ty mała suko – po­wie­dział, uno­sząc broń w po­wie­trze, jakby chciał mnie nią ude­rzyć. Ze­sko­czy­łam ze stołka i wci­snę­łam się pod ladę.

Dzwonki nad drzwiami za­dzwo­niły i ktoś wszedł do środka, krzy­cząc gło­śno:

– Co ty, kurwa, wy­pra­wiasz? – za­py­tał. Szklana ga­blotka, w któ­rej znaj­do­wała się do­mowa su­szona wo­ło­wina, za­drżała. Męż­czy­zna z bro­nią w ręce za­marł.

– Biorę kasę, skur­wielu – wy­beł­ko­tał.

Za­uwa­ży­łam barwne ra­mię czło­wieka, który zła­pał męż­czy­znę z bro­nią za kark i przy­szpi­lił go do blatu, jakby był ja­kimś ro­ba­kiem. Zro­biło się za­mie­sza­nie, a po chwili dzwonki nad drzwiami znowu się ode­zwały i ktoś wy­szedł.

Po kilku mi­nu­tach opu­ści­łam swoją kry­jówkę pod ladą i usia­dłam na stołku ba­ro­wym. Męż­czy­zna, który się po­ja­wił, miał blond włosy i taką samą skó­rzaną ka­mi­zelkę jak fa­cet z bro­nią, jed­nak on nie wło­żył pod spód ko­szuli. Jego mię­śnie wy­glą­dały jak te u za­wod­ni­ków wre­stlingu, któ­rych wi­dzia­łam w te­le­wi­zji, cho­ciaż ten czło­wiek nie był aż tak po­tężny, a jego skórę po­kry­wały ko­lo­rowe ta­tu­aże – je­den z nich za­czy­nał się na ra­mie­niu, a koń­czył na nad­garstku.

Jego ja­sno­nie­bie­skie oczy miały ko­lor wody w nowo otwar­tym ba­se­nie – głę­boki, po­ły­sku­jący błę­kit. Blond włosy dłuż­sze na gó­rze ster­czały do tyłu, a boki zo­stały ogo­lone. W fil­mach chyba na­zy­wali to iro­ke­zem.

– Je­steś tu sama? – za­py­tał, roz­glą­da­jąc się po po­miesz­cze­niu, za­glą­da­jąc do każ­dej z trzech ale­jek.

Ski­nę­łam głową.

– To to­bie Skid wła­śnie… – urwał w po­ło­wie zda­nia. Po­chy­lił się nad ladą, złą­czył ręce i ode­tchnął głę­boko. Jego ko­lo­rowe ta­tu­aże się­gały grzbietu dłoni i pal­ców. Na każ­dej dłoni no­sił trzy duże, srebrne pier­ście­nie. Miał też włosy na twa­rzy. Wcze­śniej za­rost ko­ja­rzył mi się z dłu­gimi bia­łymi bro­dami wy­ra­sta­ją­cymi z pod­bród­ków sta­rych, brzyd­kich cza­ro­dzie­jów no­szą­cych dłu­gie szaty i nie­bie­skie, szpi­cza­ste czapki. Jed­nak broda tego czło­wieka była nieco ciem­niej­sza od jego wło­sów i miała może trzy cen­ty­me­try dłu­go­ści.

Nie był cza­ro­dzie­jem. Nie był stary.

Ani brzydki.

– Masz fajne włosy – po­wie­dzia­łam. Wła­ści­wie wszystko miał fajne. Bar­dziej niż fajne, on był… ładny. Czy można okre­ślić fa­ceta jako ład­nego?

Nie. Nie był ładny, lecz piękny.

– Dzię­kuję, ko­cha­nie – po­wie­dział, po­chy­la­jąc się nad bla­tem. Pach­niał jak fur­go­netka mo­jego ojca, gdy zmie­niał w niej olej, i li­liowe my­dło, które pani Kit­che­ner każ­dego lata ro­biła sama w domu. – Ty też masz fajne włosy. –Chyba po raz pierw­szy w ży­ciu się za­ru­mie­ni­łam. Moje po­liczki za­czer­wie­niły się, a gdy ten męż­czy­zna to za­uwa­żył, uśmiech­nął się sze­rzej i zbli­żył do mnie jesz­cze bar­dziej.

– Dla­czego je­steś tu sama? W Jes­sep nie wie­dzą, że nie można wy­ko­rzy­sty­wać dzieci do pracy?

– Nie wiem, o czym mó­wisz, ale nikt tu już nie przy­cho­dzi, od­kąd otwo­rzyli nową au­to­stradę. Ja tylko pil­nuję sklepu, bo Emma May po­szła do sa­lonu pięk­no­ści. Po­wie­działa, że nie­długo wróci, ale je­śli mają zmie­nić Emmę May w pięk­ność, to chyba tro­chę im to zaj­mie.

Męż­czy­zna za­śmiał się i oparł łok­ciami o blat.

– Po­słu­chaj, sło­dziaku. Prze­pra­szam za mo­jego ko­legę. – Uśmiech­nął się lekko. – Po­cho­ro­wał się po dłu­giej tra­sie i za­cho­wał na­prawdę głu­pio.

– Jak dla mnie wy­gląda na pi­ja­nego. A może ma kaca. Po­wiedz mu le­piej, żeby nie kie­ro­wał pi­jany.

– Skąd ty się wzię­łaś? – Wy­glą­dał na roz­ba­wio­nego. Chcia­łam zro­bić wszystko, co tylko się dało, by ta mina po­zo­stała na jego twa­rzy. – Tak, dłu­gie po­dróże wła­śnie tak dzia­łają na lu­dzi. A z tobą wszystko okej? Nie skrzyw­dził cię, co?

Po­krę­ci­łam głową.

– Nie. Nic mi nie jest, nie martw się. Wła­śnie się­ga­łam po strzelbę Emmy May, gdy wsze­dłeś. – Unio­słam strzelbę, która wi­siała pod ladą, by mógł ją zo­ba­czyć. Prze­ła­do­wa­łam ją. Męż­czy­zna ob­rzu­cił broń szyb­kim spoj­rze­niem i zgiął się wpół ze śmie­chu. Odło­ży­łam ją pod ladę i za­py­ta­łam: – Co cię tak bawi?

– Och, nie mogę się do­cze­kać, aż po­wiem Ski­dowi, że nie­mal po­strze­liła go mała dziew­czynka. – Jego oczy za­szły łzami. Śmiał się gło­śno i głę­boko.

– Nie je­stem małą dziew­czynką – opo­no­wa­łam. – Za mie­siąc skoń­czę je­de­na­ście lat. A ty ile masz lat?

– Dwa­dzie­ścia je­den. – Uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej i do­tarło do mnie, że już nie je­stem na niego zła za to, że na­zwał mnie małą dziew­czynką. Kiedy uśmie­chał się do mnie w ten spo­sób, mógł mnie na­zy­wać, jak tylko chciał.

– Jak masz na imię, ko­cha­nie? – za­py­tał.

– Je­stem Thia An­drews – po­wie­dzia­łam z dumą i wy­cią­gnę­łam rękę. Tata na­uczył mnie tak się przed­sta­wiać.

– Thia? – za­py­tał i spoj­rzał na mnie dziw­nie. Tak samo pa­trzyli wszy­scy, któ­rzy po raz pierw­szy sły­szeli moje imię.

– To zdrob­nie­nie od Cyn­thii. Nie lu­bię, gdy lu­dzie mó­wią na mnie Cindy. W mo­jej kla­sie jest dwa­na­ście dziew­czy­nek i trzy mają na imię Cindy. Cie­szę się, że je­stem Thia, a nie Cindy. – Wy­tknę­łam ję­zyk i wło­ży­łam dwa palce do ust, uda­jąc od­ruch wy­miotny. Nie­na­wi­dzi­łam imie­nia Cindy, lecz gdy mój tata za­pro­po­no­wał formę Thia jako al­ter­na­tywę, mama nie chciała uznać tego no­wego zdrob­nie­nia i da­lej na­zy­wała mnie Cindy. – A jak ty masz na imię?

Ujął moją dłoń.

– Mó­wią na mnie Bear, ko­cha­nie. – Jego skóra była cie­pła, w prze­ci­wień­stwie do chłod­nych me­ta­lo­wych pier­ścieni. W po­rów­na­niu do Be­ara wy­glą­da­łam na małą i bladą, a moja ręka przy­po­mi­nała rączkę lalki. – Mam kum­pla, który jako dziecko też ści­skał in­nym dło­nie na po­wi­ta­nie.

– Ta­tuś mówi, że to uprzejme.

– Twój ta­tuś ma ra­cję.

– A ten twój przy­ja­ciel, który ści­ska in­nym dło­nie, też jest taki miły jak ty? – za­py­ta­łam.

– Nie po­wie­dział­bym, że je­stem miły. Ale mój przy­ja­ciel… po­wiedzmy, że jest inny – wy­ja­śnił Bear ze śmie­chem.

– By­cie in­nym jest do­bre. Moi na­uczy­ciele mó­wią, że je­stem inna, bo mam ró­żowe włosy, cho­ciaż wspo­mi­nają też, że od­zy­wam się nie­pro­szona – od­par­łam tak prze­mą­drzale, jak tylko mo­gła to zro­bić dzie­się­cio­latka.

– Cza­sami by­cie in­nym na­prawdę jest do­bre, młoda – zgo­dził się Bear.

– Czy Bear to twoje praw­dziwe imię? – za­py­ta­łam. –A na na­zwi­sko masz Griz­zli czy coś ta­kiego?

– Nie – od­parł. – Bear to tylko prze­zwi­sko, które do­sta­łem w klu­bie. Wszy­scy w klu­bie mają mo­to­cy­klowe ksywy.

– Na­le­żysz do klubu? – za­py­ta­łam pod­eks­cy­to­wana. –Ale su­per! Jak brzmi twoje praw­dziwe imię?

– A po­tra­fisz do­cho­wać ta­jem­nicy? – wy­szep­tał, roz­glą­da­jąc się, jakby spraw­dzał, czy nikt nie słu­cha. – Od lat ni­komu o tym nie mó­wi­łem. Na­wet mój stary na­zywa mnie Bear. Ale na­prawdę mam na imię Abel. Je­steś te­raz jedną z nie­wielu osób, które o tym wie­dzą.

Abel.

– To świetne imię. – Cho­ciaż Bear też do niego pa­so­wało. Był wyż­szy niż mój tata, na­pa­ko­wany, a jego ręce wiel­ko­ścią przy­po­mi­nały łapy niedź­wie­dzia.

Się­gnął do tyl­nej kie­szeni i wy­cią­gnął z niej plik zwi­nię­tych bank­no­tów. Ni­gdy nie wi­dzia­łam aż tyle pie­nię­dzy.

Było ich wię­cej niż w mo­jej skar­bonce z Buz­zem Astra­lem, którą trzy­ma­łam w swoim po­koju.

Wię­cej niż w ka­sie Emmy May. Bear wy­cią­gnął z ru­lonu trzy bank­noty i po­ło­żył je na la­dzie.

– Co to? – za­py­ta­łam, pa­trząc na jego rękę, którą prze­su­wał te­raz pie­nią­dze w moją stronę.

– Trzy­sta do­la­rów.

– Chcesz coś ku­pić? Mogę po­biec do sa­lonu pięk­no­ści i za­wo­łać Emmę, bo ta głu­pia kasa…

– Nie chcę nic ku­pić. To dla cie­bie. Za po­moc dzi­siaj. Za to, że nie…

– Trzy­sta do­la­rów za to, że nie za­dzwo­ni­łam po sze­ryfa? – za­py­ta­łam, bo do­my­śli­łam się, o co mu cho­dziło.

Trzy­sta do­la­rów dla dzie­się­cio­latki to jak mi­lion.

– Niech to bę­dzie po­dzię­ko­wa­nie za to, że go nie po­strze­li­łaś – po­pra­wił mnie Bear.

– W po­rządku. Emma May pew­nie by się wku­rzyła, gdyby zo­ba­czyła tu krew. – Emma May nie zno­siła ba­ła­ganu.

Bear za­śmiał się, a ja się uśmiech­nę­łam.

– Je­steś za­bawna, młoda. Wiesz o tym?

– Na­prawdę? – Mó­wiono, że je­stem zwa­rio­wana, dziwna, nie­ba­nalna, roz­mowna, ale nie za­bawna. Stwier­dzi­łam, że po­doba mi się to okre­śle­nie.

– Tak – po­wie­dział, przy­su­wa­jąc pie­nią­dze bli­żej w moją stronę. Uniósł głowę i ro­zej­rzał się po skle­pie. –Nie ma tu ka­mer?

– Ni­gdy żad­nej nie wi­dzia­łam. Emma jest skąpa, a przy­naj­mniej tak twier­dzi mama, od kiedy użyła na swoim ślu­bie sztucz­nych kwia­tów. Więc pew­nie nie ma żad­nych ka­mer. – Wy­pa­li­łam. Chcia­łam po­wie­dzieć co­kol­wiek, by znowu wy­wo­łać na jego twa­rzy uśmiech.

– Do­brze scho­waj te pie­nią­dze. Nie mów o nich ni­komu. Niech to bę­dzie nasz se­kret – po­wie­dział, pusz­cza­jąc do mnie oko. Pró­bo­wa­łam od­wza­jem­nić to mru­gnie­cie, ale za­miast tego mru­gnę­łam obiema po­wie­kami, jak dżin w po­wtór­kach I Dream of Je­an­nie. Bear wy­cią­gnął rękę i od­gar­nął mi z twa­rzy moje nie­sforne włosy, za­kła­da­jąc je za ucho. Miał szorst­kie palce, lecz de­li­katny do­tyk. Gdy cof­nął rękę, pra­gnę­łam, by moje włosy znowu opa­dły na twarz, żeby mógł zro­bić to ko­lejny raz.

– Nie chcę two­ich pie­nię­dzy – wy­pa­li­łam. W ze­szłym ty­go­dniu po­szłam do sklepu, gdzie wszystko kosz­tuje je­den do­lar, i nie mo­głam zna­leźć ani jed­nej rze­czy, którą chcia­ła­bym ku­pić. A trzy­sta ta­kich rze­czy to zde­cy­do­wa­nie wię­cej, niż kie­dy­kol­wiek mo­gła­bym chcieć.

– Cóż, w moim świe­cie, gdy ktoś wy­świad­cza ko­muś przy­sługę, trzeba się od­wdzię­czyć – po­wie­dział Bear i oparł pod­bró­dek o rękę. Sku­pi­łam wzrok na pier­ście­niu na jego środ­ko­wym palcu. To była czaszka z błysz­czą­cym ka­mie­niem w oczo­dole. Bear po­dą­żył za moim spoj­rze­niem. –Po­doba ci się? – za­py­tał, ścią­ga­jąc pier­ścień z palca.

– Tak. Ni­gdy cze­goś ta­kiego nie wi­dzia­łam.

Bear trzy­mał go mię­dzy dwoma pal­cami i pa­trzył na niego, jakby wi­dział go po raz pierw­szy w ży­ciu. Mil­czał i marsz­czył czoło tak, jakby w tej chwili my­ślał o czymś zu­peł­nie in­nym – sama tak marsz­czy­łam czoło, gdy od­ra­bia­łam pracę do­mową z ma­te­ma­tyki.

– Mam po­mysł – po­wie­dział, kła­dąc pier­ścień na bla­cie. – Ten pier­ścień to obiet­nica. Tak się robi w moim klu­bie. Kiedy da­jesz ko­muś pier­ścień, to skła­dasz obiet­nicę.

– Obiet­nica czego? – za­py­ta­łam, pa­trząc na pier­ścień zdu­miona, jakby wła­śnie uniósł się w po­wie­trze.

– Przy­sługi. Je­śli kie­dyś bę­dziesz cze­goś po­trze­bo­wać. Je­stem ci to winny.

– Mnie?

– Tak – po­wie­dział, cho­wa­jąc bank­noty do kie­szeni. Wsu­nął mi pier­ścień na kciuk, ale i tak był za duży, więc mu­sia­łam za­ci­snąć pięść, by nie spadł.

– Wow, su­per! – Spoj­rza­łam mu w oczy i uśmiech­nę­łam się. – Dzię­kuję. Będę o niego dbać, obie­cuję. I nie wy­ko­rzy­stam go, chyba że bę­dzie cho­dzić o coś waż­nego.

– Wiem o tym – po­wie­dział Bear. Ktoś od­chrząk­nął i oboje spoj­rze­li­śmy w stronę źró­dła dźwięku. W wej­ściu stał męż­czy­zna odziany w taką samą ka­mi­zelkę, jaką miał na so­bie Bear.

– Mu­simy iść, stary. Chop dzwo­nił. Mamy być w sie­dzi­bie za dwa­dzie­ścia mi­nut.

– Po­wi­nie­nem już iść, ko­cha­nie. Dbaj o to, okej? – Bear po­stu­kał pal­cem w moją za­mkniętą pięść.

– Ni­komu nie po­wiem, obie­cuję – oznaj­mi­łam i zro­bi­łam znak krzyża na piersi. Tak się ro­biło, gdy mó­wiło się o czymś na po­waż­nie, a ja chcia­łam dać Be­arowi znać, że zło­żona obiet­nica zna­czy dla mnie bar­dzo wiele.

A po­tem Bear pu­ścił do mnie oko i znik­nął przy dźwięku dzwon­ków wi­szą­cych nad drzwiami.

Pa­trzy­łam, jak ude­rza w tył głowy męż­czy­znę, który pró­bo­wał okraść sklep. Wy­mie­nili kilka gniew­nych zdań, a po­tem za­ło­żyli ka­ski i ru­szyli przed sie­bie. Trzeci męż­czy­zna po­dą­żał tuż za nimi.

Nie­całe trzy­dzie­ści se­kund po tym, jak mo­to­cy­kli­ści znik­nęli, Emma May we­szła do sklepu.

– Działo się coś cie­ka­wego, gdy mnie nie było? – za­wo­łała, idąc na za­ple­cze.

Wło­ży­łam pier­ścień do kie­szeni szor­tów.

– Nie, pro­szę pani. Zu­peł­nie nic – od­par­łam, krzy­żu­jąc za ple­cami dwa palce.

***

BEAR

Po­po­łu­dniowe słońce mnie ośle­piało. Nie tylko Skid miał kaca. Do rana ba­lo­wa­li­śmy w Co­ral Pi­nes z ja­ki­miś la­skami spę­dza­ją­cymi tam fe­rie wio­senne. Skid jesz­cze nie po­znał ma­gii kro­pli do oczu i moc­nej kawy.

Ten skur­wiel miał szczę­ście, że nie po­wa­li­łem go na zie­mię na par­kingu tej pie­przo­nej sta­cji ben­zy­no­wej.

– Czy cie­bie, kurwa, po­wa­liło? Wy­cią­gną­łeś broń na sta­cji? I to na sta­cji w tym sa­mym hrab­stwie, co nasz klub. Nie wiem, co ci po­wie­dzieli, gdy zo­sta­łeś człon­kiem tego klubu, ale nie je­ste­śmy bandą mło­do­cia­nych chu­li­ga­nów. Nie na­pa­damy na sta­cje ben­zy­nowe i nie ro­bimy ni­czego, co mo­głoby ścią­gnąć na nas uwagę. Mamy te­raz po­waż­niej­sze pro­blemy, a ta­kie głu­poty mogą nam nie­źle dać w dupę. A w ogóle kto, kurwa, wy­ciąga broń przy ma­łych dziew­czyn­kach? Po­wi­nie­nem cię za­strze­lić… Gdzie ty masz mózg, stary? – Ude­rzy­łem Skida w głowę, zrzu­ca­jąc jego oku­lary prze­ciw­sło­neczne na zie­mię. – Ej, ty, pro­spect! – za­wo­ła­łem do Gusa, kan­dy­data na członka gangu mo­to­cy­klo­wego. Na­zy­wa­li­śmy ta­kich pro­spec­tami. – Dla­czego nie ro­bimy te­raz ma­łych wy­sko­ków? Dla­czego nie ce­lu­jemy z broni do ma­łych dziew­czy­nek?

– Bo dzieje się coś waż­nego. Nie mo­żemy zwra­cać na sie­bie uwagi – od­po­wie­dział Gus bez­na­mięt­nym to­nem. – I dla­tego, że to ogól­nie jest cho­ler­nie głu­pie.

– Stary – ode­zwał się Skid, po­cie­ra­jąc oczy. – Wciąż je­stem na­rą­bany po wczo­raj­szej nocy albo ra­czej po dzi­siej­szym po­ranku. Wszystko jedno. Prze­pra­szam, to było cho­ler­nie głu­pie. Nie mów Cho­powi, okej? – Po­chy­lił się, by pod­nieść oku­lary, a ja na po­waż­nie za­czą­łem roz­wa­żać kop­nię­cie go w gło­wię. Po chwili się uspo­ko­iłem, gdy przy­po­mnia­łem so­bie o wszyst­kich głu­pich rze­czach, które ja zro­bi­łem, kiedy w końcu otrzy­ma­łem ka­mi­zelkę. Gdyby mój stary o tym wie­dział, urzą­dziłby mi pie­kło.

– To twój pierw­szy i ostatni raz. Dru­giej szansy nie do­sta­niesz. Ta jest twoją je­dyną. Je­śli jesz­cze raz od­wa­lisz coś ta­kiego, to sam bę­dziesz się tłu­ma­czyć Cho­powi, ja cię nie ura­tuję – oznaj­mi­łem i wsia­dłem na mo­to­cykl.

– O co cho­dziło z tym pier­ście­niem? – za­py­tał Gus. –Pierw­szy raz o tym sły­sza­łem. Omi­nęło mnie coś, o czym po­wi­nie­nem wie­dzieć? Ja też mam od­dać pier­ścień? Tylko że ja nie mam ta­kiego faj­nego jak ten twój z czaszką, który jej da­łeś. – Gus za­wsze był skory do na­uki, a na myśl, że mo­gło mu umknąć coś waż­nego, ro­bił się ner­wowy.

– Nie, stary. To był stek bzdur. Da­łem jej pier­ścień w za­mian za to, by nie za­dzwo­niła po je­bane gliny albo do ma­musi i ta­tu­sia, bo ina­czej po­wie­dzia­łaby wszyst­kim, co zro­bili duzi, źli mo­to­cy­kli­ści – po­wie­dzia­łem.

– Nie­zły po­mysł – stwier­dził Gus, za­kła­da­jąc rę­ka­wice mo­to­cy­klowe.

– Da­łeś tej dziew­czynce pier­ścień z czaszką? A czy przy­pad­kiem w środku nie było dia­mentu?

– Pew­nie, że był, a ty zwró­cisz mi co do centa jego war­tość. – Uru­cho­mi­łem sil­nik i usły­sza­łem ryk mo­to­cy­kla, który ożył mię­dzy mo­imi udami.

Całą drogę do domu śmia­łem się z miny Skida, którą zro­bił, gdy po­wie­dzia­łem mu, że jest mi winny hajs.

Ni­gdy wię­cej nie my­śla­łem o tym dniu ani o tej dziew­czynce.

Wró­ciło to do mnie do­piero sie­dem lat póź­niej – i się ze­mściło.

ROZ­DZIAŁ 2

THIA

Sie­dem lat póź­niej…

Ci­sza. Strasz­niej­sza niż ja­ki­kol­wiek wy­strzał z broni czy ar­maty. Gło­śniej­sza niż grzmot i dzie­sięć razy bar­dziej prze­ra­ża­jąca.

Nio­sąc słynną szar­lotkę pani Kit­che­ner w jed­nej ręce i pro­wa­dząc mój ro­wer drugą, omi­ja­łam ka­mie­nie i dziury w wą­skiej żwi­ro­wej ścieżce, która pro­wa­dziła do ma­łego domku na far­mie, gdzie miesz­ka­łam z ro­dzi­cami.

Każ­dego dnia, gdy wra­ca­łam z mo­jej pracy na pół etatu w Stop-N-Go, wi­tały mnie kłót­nie ro­dzi­ców. Bli­sko nas nie stał ani je­den dom, więc ich głosy nio­sły się bez prze­szkód. Za­zwy­czaj sły­sza­łam ich, jesz­cze za­nim do­strze­głam świa­tło w oknie.

Przed śmier­cią mo­jego bra­ciszka ro­dzice ni­gdy się nie kłó­cili. A kiedy firma Sun­n­lan­dio Co­ope­ra­tion po­sta­no­wiła im­por­to­wać po­ma­rań­cze i unie­waż­niła kon­trakt z moją ro­dziną, kłót­nie ro­dzi­ców zmie­niły się w krzyki pełne nie­na­wi­ści.

Po­sta­wi­łam ro­wer na pia­sku i ostroż­nie prze­ło­ży­łam cia­sto do dru­giej ręki. Nie mo­głam się po­chy­lić, żeby za­wią­zać sznu­ro­wa­dło, które roz­wią­zało mi się w trak­cie jazdy, więc szłam, trzę­sąc stopą, by nie po­tknąć się przez cią­gnące się po ziemi sznu­rówki.

Na moim wil­got­nym ciele po­ja­wiła się gę­sia skórka, a wło­ski sta­nęły dęba na karku i ra­mio­nach. Czu­łam się tak, jakby za­raz miał mnie po­ra­zić pio­run.

I wtedy to za­uwa­ży­łam.

Tę ci­szę.

– Mamo? – za­wo­ła­łam, ale nikt mi nie od­po­wie­dział. –Tato? – za­py­ta­łam, otwie­ra­jąc prze­szklone drzwi. Lampka sto­jąca na stole była za­pa­lona, a klosz prze­chy­lił się, jakby też się py­tał, co tu się, u dia­bła, działo.

Z głębi domu do­biegł mnie ja­kieś ha­łasy.

– Je­ste­ście tam? – za­wo­ła­łam, od­kła­da­jąc cia­sto na blat w kuchni. Ru­szy­łam ko­ry­ta­rzem, otwo­rzy­łam drzwi do po­koju ro­dzi­ców, ale ich tam nie za­sta­łam. Tak samo jak w ła­zience i moim po­koju.

Na końcu ko­ry­ta­rza znaj­do­wał się stary po­kój mo­jego brata. Drzwi były uchy­lone. Moja matka, która za­cho­wała w nim wszyst­kie rze­czy Jes­sego, za­wsze za­my­kała drzwi i szep­tała, gdy mi­jała jego po­kój, jakby on tam wciąż był i spał, a ona nie chciała go obu­dzić.

– Mamo? – za­py­ta­łam znowu, po­py­cha­jąc drzwi.

– Wejdź, Cindy. Tu je­ste­śmy – ode­zwała się mama we­soło. To pierw­szy raz od wielu lat, kiedy usły­sza­łam ra­dość w jej gło­sie, cho­ciaż nie zno­si­łam, gdy na­zy­wała mnie Cindy.

Skrę­cało mnie w żo­łądku. Coś było nie tak, nie chcia­łam wie­dzieć, co czeka mnie po dru­giej stro­nie tych drzwi. I mia­łam ra­cję. Nie chcia­łam wie­dzieć.

Moja matka sie­działa w sta­rym bu­ja­nym fo­telu – kie­dyś sie­działa w nim i czy­tała Jes­semu bajki – i trzy­mała jego ulu­bio­nego di­no­zaura, bu­jała się w przód i w tył, tu­ląc się do plu­szo­wej za­bawki.

Miała za­czer­wie­nione oczy i sińce pod nimi, a mimo to się uśmie­chała.

– Tak się cie­szę, że wró­ci­łaś, Cin­dy­lo­ohoo – po­wie­działa, uży­wa­jąc ksywki po­cho­dzą­cej z pro­gramu Dr. Seussa. Od lat mnie tak nie na­zy­wała. – Je­steś go­towa do drogi? – za­py­tała.

– Do­kąd idziemy, mamo? Gdzie jest tata?

– Twój tata nie chciał cze­kać, więc już po­szedł, ale ja chcia­łam, że­byś wy­brała się tam z nami, więc na cie­bie za­cze­ka­łam. – Uśmiech­nęła się sze­roko, ale jej oczy błysz­czały od łez i były zu­peł­nie po­zba­wione emo­cji.

– Ale do­kąd on po­szedł? – za­py­ta­łam znowu, wcho­dząc głę­biej do po­koju.

– Nie martw się, nie­długo do niego do­łą­czymy. Ale naj­pierw chcia­łam po­roz­ma­wiać z Jes­sem – po­wie­działa, głasz­cząc di­no­zaura.

– Mamo, Jesse nie żyje – przy­po­mnia­łam jej. – Umarł wiele lat temu.

Mama po­ki­wała głową. Spoj­rzała na ta­petę na ścia­nie z mo­ty­wem z Gwiezd­nych wo­jen, a po­tem na stos kloc­ków lego le­żą­cych w ką­cie po­koju.

– Wiem o tym, głup­ta­sie.

– Okej, bo przez chwilę my­śla­łam, że chcia­łaś…

– Chcia­łam dać mu znać, że nie­długo do niego do­łą­czymy – po­wie­działa mama. Wtedy prze­ło­żyła wy­pchaną za­bawkę z jed­nej ręki do dru­giej, a ja za­uwa­ży­łam broń, którą miała na ko­la­nach.

– Mamo? – za­py­ta­łam, a moje ciało za­częło się trząść, gdy do­tarło do mnie, co ona tak na­prawdę mó­wiła. – Po­wiedz mi, gdzie jest tata – wy­szep­ta­łam.

– Mó­wi­łam ci. Już po­szedł. Od­szedł bez nas, bo nie mógł już dłu­żej cze­kać. Na­prawdę się nie­cier­pli­wił. – Po­krę­ciła głową i prze­wró­ciła oczami. – Pod wie­loma wzglę­dami je­steś taka jak on – do­dała śpiew­nym gło­sem.

– Dla­czego trzy­masz broń, mamo?

– Głup­ta­sku, jak ina­czej mamy się spo­tkać z Jes­sem i twoim tatą? To zna­czy wiem, że są inne spo­soby, ale ten we­dług mnie jest naj­szyb­szy i naj­bar­dziej sku­teczny. Poza tym nie chcemy, żeby za długo na nas cze­kali – po­wie­działa, kle­piąc di­no­zaura po ple­cach, jakby chciała, żeby mu się od­biło. Cały czas ko­ły­sała się w przód i w tył, ani na chwilę nie wy­pa­da­jąc z rytmu. Krze­sło skrzy­piało z każ­dym ru­chem.

Zro­bi­łam ko­lejny krok w jej stronę, ma­jąc na­dzieję, że zdo­łam ode­brać jej broń, ale ona za­uwa­żyła, gdzie pa­trzę, i unio­sła pi­sto­let, ma­cha­jąc nim w po­wie­trzu.

– Niee. Twój tata też chciał po­trzy­mać broń, ale ja na­le­ga­łam: to ro­bota dla ma­musi i ni­kogo in­nego. Czas naj­wyż­szy, bym od­zy­skała kon­trolę i za­jęła się tą ro­dziną. A pierw­szym kro­kiem bę­dzie wy­sła­nie nas do tego sa­mego miej­sca.

Moje kroki na drew­nia­nej pod­ło­dze były gło­śne jak ude­rze­nia w bębny.

– Pro­szę, pro­szę, Cindy. Ni­gdy nie by­łaś na tyle cier­pliwa, by po­cze­kać na swoją ko­lej. Ale do­bra wia­do­mość jest taka, że bę­dziesz pierw­sza.

– Do­kąd wy­sła­łaś tatę? Gdzie ma się spo­tkać z Jes­sem? – za­py­ta­łam. Pod po­wie­kami po­czu­łam pie­kące łzy, ale ad­re­na­lina w mo­ich ży­łach po­wstrzy­my­wała je od spły­nię­cia mi po twa­rzy.

– Nie ro­zu­miem, ja­kie to ma zna­cze­nie – po­wie­działa mama, dmu­cha­jąc na ciemne, krę­cone pa­smo wło­sów, które opa­dło na jej czoło. – Ale skoro już mu­sisz wie­dzieć, od­szedł w na­szym po­koju. Na­ro­biło się wię­cej ba­ła­ganu, niż się spo­dzie­wa­łam. Ty po­win­naś odejść w wan­nie, a po­tem ja tam wejdę tuż po to­bie. Może zo­sta­wię wy­bie­lacz dla sze­ryfa, bo czer­wone plamy są naj­gor­sze, szcze­gól­nie na bia­łych fu­gach – po­wie­działa tym sa­mym, dziw­nie ra­do­snym gło­sem, któ­rym po­wi­tała mnie wcze­śniej.

Cof­nę­łam się, a mama da­lej na mnie pa­trzyła, uśmie­cha­jąc się sze­roko od ucha do ucha. Nie po­szła za mną, gdy od­wró­ci­łam się i zaj­rza­łam do ich sy­pialni. Była pu­sta.

Mama zwa­rio­wała. Ale to nie zna­czyło, że tata nie żyje. Mo­gła kła­mać. Mo­gła to zmy­ślić.

Obe­szłam łóżko.

Pro­szę, oby żył. Pro­szę, oby żył.

Na pod­ło­dze pod ścianą le­żało jego sztywne ciało. Oczy i usta miał otwarte, jakby w zdzi­wie­niu.

Sap­nę­łam i za­kry­łam rę­kami usta.

– Nie, nie, nie, nie, nie, nie! – krzyk­nę­łam.

Od­su­nę­łam się od taty w stronę ko­ry­ta­rza, a gdy zer­k­nę­łam w stronę po­koju Jes­sego, mo­jej mamy już tam nie było. Od­wró­ci­łam się, by po­biec pro­sto do drzwi wyj­ścio­wych, lecz na­tknę­łam się na matkę w mięk­kiej, sa­ty­no­wej, ró­żo­wej ko­szuli noc­nej.

– Je­steś go­towa, ko­cha­nie? – za­py­tała, prze­chy­la­jąc głowę na bok. Miała broń w dłoni, ale nie unio­sła jej.

– Ja… ja… ja… też mu­szę po­wie­dzieć coś Jes­semu –po­wie­dzia­łam i ru­szy­łam w stronę jego po­koju.

Ude­rzyła się w czoło lufą broni.

– Ale ja je­stem głu­pia. Oczy­wi­ście, że tak. Będę na cie­bie cze­kać, a po­tem, gdy się z nim spo­tkamy, zjemy lody.

– Juhu, ta­aak, lody brzmią świet­nie, mamo – po­wie­dzia­łam, po­cią­ga­jąc no­sem. Chcia­łam ją omi­nąć i uda­łam, że mam za­miar ru­szyć ko­ry­ta­rzem do po­koju Jes­sego. Ob­ró­ciła się bo­kiem, bym mo­gła przejść, a ja sko­rzy­sta­łam z oka­zji i rzu­ci­łam się sprin­tem w prze­ciw­nym kie­runku, do drzwi, mi­ja­jąc ją.

Ściana obok drzwi eks­plo­do­wała, gdy kula prze­biła stu­letni tynk. Moja matka się śmiała, kiedy zbie­ga­łam po scho­dach na ganku. Roz­wią­zane sznu­ro­wa­dło za­cze­piło się o ba­rierkę i po­szy­bo­wa­łam w dół. Wy­lą­do­wa­łam na piersi, ule­ciało ze mnie po­wie­trze. Od­wró­ci­łam się na plecy, łap­czy­wie od­dy­cha­jąc.

– Rok temu wy­krę­ci­łaś się od wy­cieczki do babci, ale te­raz ci się nie uda – po­wie­działa matka, pa­trząc na mnie z ganku. Ką­tem oka do­strze­głam starą strzelbę ojca opartą o ścianę domu. Uży­wał jej, by wy­stra­szyć różne zwie­rzęta, które zja­dały na­sze po­ma­rań­cze. Chyba nie była uży­wana od czasu ostat­nich zbio­rów. Stała tu wy­sta­wiona na wa­runki at­mos­fe­ryczne od mie­sięcy.

Bar­dzo moż­liwe, że strzelba nie dzia­łała.

– Nie pró­buję się od tego wy­krę­cić, mamo – po­wie­dzia­łam, gdy w końcu mo­głam zła­pać od­dech. Po­woli ru­szy­łam na czwo­ra­kach w stronę domu.

W stronę je­dy­nej rze­czy, która mo­gła po­móc mi prze­żyć.

– Po pro­stu po­my­śla­łam, że mo­żemy to zro­bić ra­zem, no wiesz, iść w tym sa­mym cza­sie – po­wie­dzia­łam, na­śla­du­jąc jej ra­do­sny głos naj­le­piej, jak po­tra­fi­łam.

– Och, Cindy, to cu­downy po­mysł. Za­wsze by­łaś moim cu­kie­recz­kiem, wiesz? Cóż, cza­sami by­łaś uparta i iry­tu­jąca, ale po­tra­fi­łaś być rów­nież bar­dzo słodka. Uwiel­bia­łam, gdy jako dziecko ba­wi­łaś się mo­imi kol­czy­kami i na­szyj­ni­kami. – Mama przy­ło­żyła broń do piersi i wes­tchnęła.

– Mo­żesz mi wy­świad­czyć przy­sługę, mamo? Uży­jesz sta­rej strzelby taty? Dzięki temu będę miała o czym z nim po­roz­ma­wiać, gdy już tam do­trzemy. A ja będę mo­gła wziąć broń, któ­rej uży­łaś, by wy­słać go do Jes­sego. Bę­dzie nie­zła za­bawa. Poza tym, jak wiesz, cza­sem trudno mi było zna­leźć wspólne te­maty do roz­mowy z tatą.

– Wiesz – po­wie­działa, bio­rąc strzelbę opartą o ścianę. Wsta­łam i za­chwia­łam się, przy­trzy­mu­jąc się wy­szczer­bio­nej ściany, żeby nie upaść. – Szkoda, że twój tata nie wpadł na po­dobny po­mysł, by­łoby tak miło… By­łoby znacz­nie ła­twiej. Ża­łuj, że nie sły­sza­łaś jego krzy­ków i wrza­sków. – Wy­buch­nęła krót­kim śmie­chem. – Bła­gań. – Przyj­rzała się broni, by spraw­dzić, czy jest na­ła­do­wana, a po­tem rzu­ciła ją w moją stronę. Zła­pa­łam ją i spraw­dzi­łam, czy rze­czy­wi­ście są w niej na­boje. – Dasz wiarę? Twój oj­ciec… bła­gał. To było cał­kiem za­bawne.

Skóra mo­jej matki mie­niła się w księ­ży­co­wej po­świa­cie. Za­wsze za­zdro­ści­łam jej tych ciem­nych lo­ków i na­tu­ral­nie czer­wo­nych ust. Przy­po­mi­nała mi Kró­lewnę Śnieżkę. Kie­dyś pa­trzy­łam, jak zbiera po­ma­rań­cze w sa­dzie, by zro­bić swoją słynną po­ma­rań­czową mar­mo­ladę, i za­sta­na­wia­łam się, dla­czego moje włosy mu­siały być ró­żo­wawe, a oczy zie­lone. Do tego piegi zdo­biły mi nos. Ona wy­glą­dała o wiele le­piej.

Te­raz Kró­lewna Śnieżka stała w swo­jej sa­ty­no­wej ko­szuli noc­nej zbry­zga­nej krwią i ce­lo­wała we mnie ze strzelby. Serce wa­liło mi w piersi, ale unio­słam pi­sto­let w jej stronę.

– Ko­cham cię, skar­bie, do zo­ba­cze­nia po dru­giej stro­nie – po­wie­działa. Moje oczy wy­peł­niły się łzami. Mia­łam tylko uła­mek se­kundy. Na­wet gdyby broń za­cięła się przy pierw­szym strzale, tak jak za­wsze, to i tak po se­kun­dzie by za­dzia­łała.

Moja mama uśmiech­nęła się ni­czym wa­riatka, sze­roko otwo­rzyw­szy oczy.

A po­tem Śnieżka po­cią­gnęła za spust.

Wstrzy­ma­łam od­dech – nic się nie stało. Po­stu­kała ręką w bok broni, tak jak ro­bił to oj­ciec. Za­nim znowu zna­la­zła spust, wy­strze­li­łam.

Krew bry­znęła na ścianę domu, bar­wiąc łusz­czącą się białą farbę na czer­wono.

Mama miała ra­cję w jed­nej kwe­stii.

Szybko po­szło.

Upa­dłam na ko­lana i zła­pa­łam się za serce. W gło­wie mia­łam pustkę. Nie po­tra­fi­łam skleić jed­nej skład­nej my­śli. Ro­dzice nie żyli i nie wie­dzia­łam, co po­win­nam zro­bić. Do kogo za­dzwo­nić.

Moi ro­dzice nie żyli.

Za­bi­łaś swoją matkę.

Za­wy­łam w ciemną noc, za­gu­biona, prze­stra­szona i zu­peł­nie sama.

Wło­ży­łam rękę pod bluzkę, by po­szu­kać po­cie­sze­nia, bo czę­sto tak ro­bi­łam, gdy ro­dzice się kłó­cili – zła­pa­łam za pier­ścień, który no­si­łam na łań­cuszku pod ubra­niem.

Po­tar­łam pal­cami chłodny me­tal. Pio­run ude­rzył w wie­rzę ci­śnień. Wtedy do­sta­łam swoją od­po­wiedź. Wie­dzia­łam, co mu­szę zro­bić.

Do kogo się udać.

ROZ­DZIAŁ 3

THIA

Pa­dało.

W końcu to lato na Flo­ry­dzie.

Tu za­wsze pada.

W któ­rymś mo­men­cie pod­czas czter­dzie­sto­mi­nu­to­wej jazdy ro­we­rem z farmy w Jes­sep do Lo­gan’s Be­ach stra­ci­łam czu­cie w sto­pach. Pe­da­ło­wa­łam sza­leń­czo w ule­wie.

Pró­bo­wa­łam użyć sta­rego forda mo­jego ojca. Sta­cyjka była pu­sta, klu­czyki mo­gły się znaj­do­wać tylko w jed­nym miej­scu… Zmu­si­łam nogi, by po­nio­sły mnie do po­koju, w któ­rym le­żało mar­twe ciało mo­jego taty. To, że wi­dzia­łam go wcze­śniej, nie zmniej­szyło bólu, który po­czu­łam, gdy po raz ko­lejny zo­ba­czy­łam go le­żą­cego przy ścia­nie pod dziw­nym ką­tem, z wło­sami wciąż mo­krymi od krwi.

– Ta­tu­siu – za­pła­ka­łam, omi­ja­jąc rzekę krwi, która roz­lała się ka­łużą pod jego głową, a po­tem pły­nęła da­lej i da­lej, aż w końcu wy­lała się z po­koju ro­dzi­ców i wsiąk­nęła w miej­sce mię­dzy ścianą a pod­łogą, roz­le­wa­jąc się na prawo i lewo, zna­cząc świeżą czer­wie­nią białe li­stwy.

Cała moja ro­dzina nie żyła, ale ja nie mia­łam czasu, by o tym my­śleć. Cie­szyło mnie to, bo w prze­ciw­nym wy­padku cię­żar tego wy­da­rze­nia na­tych­miast by mnie zmiaż­dżył.

Po­czu­łam ja­kiś pro­myk na­dziei, który mó­wił mi, że je­śli tylko od­najdę Be­ara, to wszystko bę­dzie do­brze. On nie sprawi, że to znik­nie, ale na pewno dzięki niemu zrobi mi się le­piej.

Zło­żył ci obiet­nicę. Po­może ci. Znaj­dzie roz­wią­za­nie. Po pro­stu mu­sisz go zna­leźć.

Nie mo­głam się zmu­sić, by zaj­rzeć ta­cie do kie­szeni. Gdy­bym go do­tknęła, to wszystko sta­łoby się jesz­cze bar­dziej re­alne.

Nie mia­łam in­nego wy­boru, więc pod­nio­słam ro­wer z pia­chu i po­je­cha­łam.

Każdy ob­rót pe­da­łów spra­wiał, że mię­śnie mo­ich ud wy­da­wały się cięż­sze i cięż­sze. Je­dyną rze­czą, jaka pchała mnie na przód, było zba­wie­nie, na które li­czy­łam, gdy już do­trę do sie­dziby klubu mo­to­cy­klo­wego Be­ach Ba­stards.

Gdy do­trę do Be­ara.

ROZ­DZIAŁ 4

THIA

Gdy do­je­chała m do bramy klubu, wciąż pa­dało. Na straży stał chudy dzie­ciak. Przez fo­liowe pon­cho wi­dzia­łam jego ka­mi­zelkę z na­pi­sem „pro­spect”. Pa­trzył, jak od­kła­dam ro­wer i kuś­ty­kam w jego stronę, bo mię­śnie mo­ich nóg jesz­cze nie otrzy­mały wia­do­mo­ści o tym, że skoń­czy­łam pe­da­ło­wać.

– Mu­szę zo­ba­czyć się z Be­arem – po­wie­dzia­łam. – Pro­szę. Czy mo­żesz mu po­wie­dzieć, że przy­szła Thia? Thia ze sta­cji ben­zy­no­wej. Mu­szę z nim po­roz­ma­wiać. To bar­dzo ważne.

– Jak bar­dzo ważne? – za­py­tał pro­spect, prze­su­wa­jąc ję­zy­kiem wy­ka­łaczkę z jed­nego ką­cika ust do dru­giego.

Wy­ję­łam łań­cu­szek zza bluzki, by mógł zo­ba­czyć pier­ścień z czaszką, który na­le­żał wcze­śniej do Be­ara.

– Tak ważne.

Pro­spect przyj­rzał się pier­ście­niowi scep­tycz­nie, a po­tem zszedł ze swo­jego stołka. Wziął łań­cu­szek z mo­jej ręki i znik­nął za skrzy­piącą me­ta­lową bramą. Gdy wró­cił dzie­sięć mi­nut póź­niej, mia­łam wra­że­nie, jakby był zu­peł­nie inną osobą.

– Je­stem Pe­cker – po­wie­dział i od­su­nął się na bok, bym mo­gła przejść. – Przy­po­mnij mi swoje imię. – Jego kwa­śną do­tąd minę za­stą­pił uśmiech.

– Thia – po­wie­dzia­łam i we­szłam do klubu Be­ach Ba­stards, cho­ciaż na­zwa­ła­bym go ra­czej kom­plek­sem miesz­kal­nym. To miej­sce przy­po­mi­nało stary mo­tel lub apar­ta­men­to­wiec. Trzy­kon­dy­gna­cyjny bu­dy­nek o drzwiach otwar­tych po­mimo złych wa­run­ków at­mos­fe­rycz­nych ota­czał otwarte po­dwórko z pu­stym ba­se­nem po­środku. Z boku za­uwa­ży­łam szklane drzwi, które mu­siały pro­wa­dzić do daw­nego baru lub re­stau­ra­cji. Wy­glą­dało na to, że mo­to­cy­kli­ści wciąż ko­rzy­stali z niego zgod­nie z prze­zna­cze­niem. Bar był do­brze za­opa­trzony, a kilku męż­czyzn, wszy­scy w ka­mi­zel­kach, grało w bi­lard przy jed­nym z trzech sto­łów.

– Gdzie jest Bear? – za­py­ta­łam znowu. Gdy zna­la­złam się pod da­chem, zęby za­częły mi dzwo­nić. Prze­mok­nięty top i szorty przy­kle­iły mi się do ciała. Włosy okla­pły, oka­la­jąc czoło i po­liczki, a woda spły­wała mi do oczu.

– Bear jest te­raz za­jęty, ale po­wie­dział, że masz na niego po­cze­kać w po­koju – od­parł Pe­cker, gdy po­dą­ży­łam za nim na pierw­sze pię­tro po scho­dach, przy­trzy­mu­jąc się znisz­czo­nej ba­rierki. Ska­le­czy­łam pa­lec o wy­sta­jący frag­ment me­talu. Przez chwilę ssa­łam ranę, bo po­ja­wiła się na niej kro­pla krwi.

– Prze­pra­szam, po­wi­nie­nem był cię ostrzec.

Deszcz pa­dał z taką za­cię­to­ścią, że mo­to­cy­kli­ści już nie po­trze­bo­wali węża, by na­peł­nić pu­sty ba­sen. Krót­kie za­da­sze­nia nie chro­niły przed wodą le­jącą się z każ­dej strony.

Pe­cker za­trzy­mał się przed zie­lo­nymi drzwiami i otwo­rzył je, wska­zu­jąc ge­stem, bym we­szła.

– Tu się z tobą spo­tka – po­wie­dział ze śmie­chem. We­szłam do ciem­nego po­koju, ale od­wró­ci­łam się na­tych­miast, gdy usły­sza­łam za­trza­sku­jące się za mną drzwi.

– Skąd to masz? – za­py­tał groźny głos. Ści­snęło mnie w gar­dle i po­woli od­wró­ci­łam się w stronę jego wła­ści­ciela. W no­gach łóżka stał męż­czy­zna po­dobny do Be­ara, ja­kiego za­pa­mię­ta­łam, tylko że ten miał siwe włosy i zmarszczki.

Uniósł pier­ścień.

– Gdzie jest Bear? Jest pan jego tatą? – za­py­ta­łam, krzy­żu­jąc ra­miona na wy­so­ko­ści ta­lii. Męż­czy­zna wstał i za­śmiał się, zmniej­sza­jąc dy­stans mię­dzy nami. Od­su­nę­łam się, by unik­nąć kon­taktu, ale opar­łam się ple­cami o drzwi.

– Nie je­stem pewny, czy mnie sły­sza­łaś, złotko – po­wie­dział z uda­waną szcze­ro­ścią – ale za­da­łem ci pie­przone py­ta­nie. I nie wiem, za kogo ty się masz albo gdzie we­dług cie­bie je­ste­śmy, ale wy­ja­śnię ci to… – Po­chy­lił się nade mną i utkwił we mnie wzrok. Te zna­jome, pło­nące nie­bie­skie oczy… – Na­zy­wam się Chop. Co po­winno ci pod­po­wie­dzieć, że słynę z sie­ka­nia swo­ich wro­gów… – Za­śmiał się i prze­su­nął pal­cem po moim po­liczku. Od­su­nę­łam się, a on zła­pał moją twarz tak mocno, że mu­sia­łam otwo­rzyć usta. Ści­snął moje po­liczki, aż ze­tknęły się w buzi. – Cóż, nie mu­sisz znać prze­cież ca­łej hi­sto­rii, prawda? To ja tu rzą­dzę. Tak mówi na­szywka na mo­jej ka­mi­zelce. Je­steś w moim domu, więc masz mi, kurwa, po­wie­dzieć, skąd to wzię­łaś, za­nim włożę ci to do gar­dła i udu­szę. – Chop znowu uniósł na­szyj­nik, a w dia­men­to­wym oku czaszki bły­snęło świa­tło lampy.

Może i Chop miał taki sam ko­lor oczu, jak Bear, ale jego spoj­rze­nie nie do­rów­ny­wało mu pięk­nem. W oczach Chopa wi­dzia­łam sza­leń­stwo, gniew i prze­moc.

To był błąd.

Przy­je­cha­łam do tej sie­dziby, szu­ka­jąc… Czego ja wła­ści­wie szu­ka­łam? Po­mocy? Ochrony? Bez­pie­czeń­stwa? Wie­dzia­łam tylko, że w tym po­koju, gdy oj­ciec Be­ara stał tuż przed moją twa­rzą, w ogóle nie czu­łam się bez­pieczna.

Nie od­po­wie­dzia­łam od razu. Chop wzru­szył ra­mio­nami.

– Okej, jak chcesz. – Gdy przy­ci­snął pier­ścień do mo­ich ust, od­na­la­złam swój głos.

– Bear mi go dał – wy­pa­li­łam.

– Gówno prawda! Skąd to masz? – wrza­snął, pró­bu­jąc wci­snąć mi pier­ścień mię­dzy usta.

– Mia­łam dzie­sięć lat! – krzyk­nę­łam, a gdy otwo­rzy­łam usta, Chop wsu­nął mi pier­ścień aż do gar­dła. Za­krztu­si­łam się, a on zro­bił krok do tyłu, wy­cią­gnął ob­rączkę i przyj­rzał jej się w świe­tle lampy. Nie wie­dzia­łam, czy chciał, bym kon­ty­nu­owała, ale i tak to zro­bi­łam. – Dał mi go w Jes­sep, kiedy mia­łam dzie­sięć lat i wy­świad­czy­łam mu przy­sługę. – Oba­wia­łam się, że Bear bę­dzie miał przeze mnie kło­poty, gdy­bym wy­ja­wiła ten se­kret, więc wo­la­łam nie wda­wać się w szcze­góły. – Po­wie­dział, że je­śli kie­dy­kol­wiek będę w ta­ra­pa­tach, to mam po­ka­zać ten pier­ścień, a on mi po­może.

Chop mach­nął ręką.

– Za­mknij się – na­ka­zał, wciąż ob­ra­ca­jąc pier­ścień w dłoni, jakby nie mógł uwie­rzyć, że go miał. Na jego twa­rzy po­ja­wił się nie­po­ko­jący uśmiech, a po­tem wy­buch­nął śmie­chem. – To cho­dzący trup, ale dzie­ciak za­wsze był śmieszny.

– Co to zna­czy? – za­py­ta­łam nie­pewna, czy zęby znowu dzwo­nią mi z po­wodu zimna, czy ra­czej ze stra­chu.

– To zna­czy, że mój chło­pak dał ci to, bo nie spo­dzie­wał się, że kie­dy­kol­wiek się tu po­ja­wisz – po­wie­dział Chop, wkła­da­jąc pier­ścień do kie­szeni we­wnątrz ma­ry­narki. –Nic by dla cie­bie nie zro­bił. No, może po­ka­załby ci swo­jego fiuta.

– Nie! Po­wie­dział, że to obiet­nica mo­to­cy­kli­stów. Że to wasz spo­sób, żeby…

– Złotko, nie mamy żad­nego ta­kiego prawa. Wszyst­kie na­sze za­sady do­ty­czą za­bi­ja­nia. Co, gdzie, kogo i kiedy.

Bear mnie okła­mał?

Tak, oszu­kał mnie, a ja by­łam głu­pią dziew­czynką, która się na to na­brała. Ni­gdy nie pla­no­wał mi po­móc. Po pro­stu nie chciał, że­bym na niego na­ka­po­wała.

– Czy mogę z nim przy­naj­mniej po­roz­ma­wiać? – za­py­ta­łam z cie­niem na­dziei. Już nie li­czyło się to, że pier­ścień, któ­rego tak kur­czowo się trzy­ma­łam przez sie­dem ostat­nich lat, oka­zał się tylko żar­tem. Wciąż po­trze­bo­wa­łam po­mocy. – Po pro­stu mu­szę…

– Bear już nie na­leży do gangu Be­ach Ba­stards. Zdjął swoja ka­mi­zelkę jak cipa, którą zresztą jest, i od­szedł, bo to zwy­kły tchórz. On już nie jest mo­to­cy­kli­stą. Nie jest przy­ja­cie­lem. Nie jest na­wet pie­przo­nym męż­czy­zną. Wiesz, kim on jest? – za­py­tał Chop, znowu sta­jąc przede mną. Po­krę­ci­łam głową i za­mar­łam pod jego spoj­rze­niem. – Jest tru­pem. Pie­przo­nym tru­pem, który wciąż jesz­cze od­dy­cha. – Przy­ci­snął nos do za­głę­bie­nia mię­dzy moją szyją a ra­mie­niem i wcią­gnął po­wie­trze. Skrzy­wi­łam się i spró­bo­wa­łam od­su­nąć, lecz jego duże, mu­sku­larne ciało mnie wię­ziło. – Ale na­pra­wię to bar­dzo szybko – wy­szep­tał, a jego go­rący od­dech, który po­czu­łam przy uchu, spra­wił, że po­czu­łam mdło­ści.

– Skoro go tu nie ma, to po­win­nam już iść – po­wie­dzia­łam. W moim ciele ode­zwał się sy­gnał alar­mowy, tak gło­śny, że mnie ogłu­szał.

Bie­gnij. Bie­gnij. Bie­gnij.

Wy­cią­gnę­łam rękę za sie­bie, by wy­ma­cać klamkę, ale gdy ją na­ci­snę­łam, drzwi nie chciały się otwo­rzyć.

– Są za­mknięte od ze­wnątrz – po­wie­dział Chop zło­wiesz­czo, su­ge­styw­nie uno­sząc brwi.

Zła­pał mnie za ra­miona i rzu­cił na pod­łogę. Wy­lą­do­wa­łam na boku, a ból prze­szył moje że­bra. Przy­klęk­nął i usiadł na mnie okra­kiem, trzy­ma­jąc mnie udami nie­ru­chomo na brud­nym dy­wa­nie.

– Wy­brał tego pie­przo­nego Kinga za­miast swo­ich braci. I za­płaci mi za to.

– Pusz­czaj mnie! – krzyk­nę­łam, wier­cąc się pod nimi, pró­bu­jąc się uwol­nić, lecz on ani drgnął, po­dob­nie jak tamta klamka. Pró­bo­wa­łam ude­rzać go w pierś pię­ściami, ale on zła­pał mnie za nad­garstki i wy­krę­cił je bo­le­śnie. –Pro­szę, puść mnie! – za­wy­łam.

– Nie martw się, ma­leńka. Nie za­biję cię. A na­wet za­dbam o to, by któ­ryś z mo­ich chło­pa­ków ju­tro cię od­wiózł.

– Na­prawdę? – za­py­ta­łam, cho­ciaż wie­dzia­łam, że nie sie­działby te­raz na mnie, od­ci­na­jąc mi do­pływ po­wie­trza, gdyby pla­no­wał tylko mnie stąd wy­wieźć.

– Tak. Chłopcy od­wiozą cię z sa­mego rana.

– Z rana? – za­py­ta­łam le­dwo sły­szal­nym gło­sem.

– Tak, z rana. Mu­simy za­dbać o to, by Bear zro­zu­miał, że jest tru­pem, kiedy cię zo­ba­czy. I że je­śli chce ra­to­wać czy­jeś ży­cie, to le­piej nie za­pę­dzać się w te strony.

– Okej, puść mnie. Je­śli go zo­ba­czę, to prze­każę mu wia­do­mość – obie­ca­łam.

– Nie, głup­ta­sie. To ty je­steś tą wia­do­mo­ścią. – Chop unie­ru­cho­mił mi ra­miona nad głową jedną ręką i po­chy­lił się, by ugryźć mnie mocno w su­tek przez ko­szulkę.

Za­pła­ka­łam, a Chop wy­pro­sto­wał się i za­śmiał, po­dzi­wia­jąc świeżą plamę krwi na mo­jej ko­szulce w miej­scu, gdzie wła­śnie mnie ugryzł.

– Bra­cia i ja nie­źle się z tobą za­ba­wimy, suko.

– Bra­cia? – za­py­ta­łam, a przy­naj­mniej my­śla­łam, że to zro­bi­łam, bo w tej chwili Chop za­ci­snął rękę w pięść i ude­rzył mnie w szczękę. Zo­ba­czy­łam gwiazdy. Nad sobą wi­dzia­łam jego uśmiech­niętą twarz, która mi­gała, jakby ktoś na zmianę włą­czał i wy­łą­czał świa­tło. W jed­nej chwili tam był, a w dru­giej wi­dzia­łam ciem­ność, cho­ciaż wciąż czu­łam na so­bie jego miaż­dżący cię­żar. – On mnie nie zna. Nie ob­cho­dzę go. Nie rób tego. Pro­szę cię, nie rób tego!

Chop mnie zi­gno­ro­wał.

– Po­cze­kaj, aż Mur­phy się do cie­bie do­bie­rze. Lubi znę­cać się nad ta­kimi ma­łymi dziew­czyn­kami jak ty. – Chop wes­tchnął. – Kiedy tu wcho­dzi­łaś, zdą­ży­łem mu obie­cać, że zo­sta­wię dla niego twoją cipkę, cho­ciaż chyba nie za­szko­dzi, je­śli sam naj­pierw spró­buję. – Usiadł na pię­tach i gdy już my­śla­łam, że ze mnie zej­dzie, prze­wró­cił mnie na brzuch jedną ręką. Ude­rzy­łam głową o szafę. Ścią­gnął moje mo­kre spodenki i bie­li­znę jed­nym bru­tal­nym szarp­nię­ciem.

– Nie! – krzyk­nę­łam, ko­piąc no­gami.

Chop ko­la­nem roz­su­nął mi nogi i wci­snął we mnie je­den pa­lec. Po­czu­łam jego dłu­gie pa­znok­cie dra­piące we­wnętrzne ścianki mo­jej po­chwy. Czu­łam każde zgru­bie­nie na jego palcu. Pier­ścień nie po­zwo­lił mu jed­nak wejść głę­biej.

– Je­steś taka cho­ler­nie cia­sna. Na­prawdę szkoda, że je­stem Ba­star­dem, który do­trzy­muje obiet­nic zło­żo­nych swoim bra­ciom. Bę­dziesz mu­siała przy­po­mnieć o tym Be­arowi, gdy już go zo­ba­czysz. – Wy­jął ze mnie pa­lec. Po­czu­łam, jak moje wnę­trze pul­suje, po­draż­nione. Od­kle­iłam po­li­czek od dy­wanu i od­wró­ci­łam się, by spoj­rzeć na Chopa, który pu­ścił do mnie oko i ob­li­zał pa­lec. – Sma­ku­jesz tak do­brze, złotko. Wielka szkoda, że mu­simy zruj­no­wać to twoje drobne ciałko, bo przy­da­łaby nam się tu­taj nowa cipka.

Chop od­piął pa­sek i opu­ścił spodnie jedną ręką, wciąż gó­ru­jąc nade mną i trzy­ma­jąc mnie drugą. Jego ogromna erek­cja wy­sko­czyła ze spodni, a ja od­wró­ci­łam głowę i wbi­łam spoj­rze­nie w pod­łogę, bo nie chcia­łam pa­trzeć na to, co za­raz po­czuję. Za­ci­snę­łam uda, by nie dać się do­tknąć, ale gdy Chop ude­rzył mnie znowu w twarz, po­zba­wiło mnie to woli walki. Za­krę­ciło mi się w gło­wie, którą mu­sia­łam po­ło­żyć na dy­wa­nie. Pró­bo­wa­łam znowu ją pod­nieść, ale szyja nie mo­gła jej utrzy­mać. Głowa była za ciężka. To było dla mnie za wiele.

Chop pu­ścił moje ra­miona, gdy po­czuł, że się pod­da­łam, a po­tem ko­la­nem roz­su­nął mi sze­rzej nogi. Po­czu­łam na ple­cach jego go­rącą i ciężką erek­cję. Wy­szep­tał mi do ucha lo­do­wate, bez­li­to­sne słowa.

– Roz­cią­gnę ci tę małą dziurkę w du­pie. Wejdę na su­cho, więc bę­dzie ku­rew­sko bo­lało. – Prze­su­nął zę­bami po moim uchu i ugryzł mnie. – Ale naj­pierw chcę spraw­dzić, czy ta dupka jest na­prawdę cia­sna.

Wci­snął we mnie kciuk. Ogar­nął mnie ból tak po­tężny, jakby ktoś mnie dźgał. Im głę­biej wbi­jał pa­lec, tym ból był więk­szy. A szty­lety bar­dziej wy­szczer­bione.

Wy­ko­rzy­sta­łam resztki sił, by się ode­zwać.

– A ty mó­wisz, że to Bear nie jest już męż­czy­zną.

– Co po­wie­dzia­łaś, ma­leńka? – za­py­tał Chop, wbi­ja­jąc głę­biej pa­lec, aż opa­dłam na ra­mię, które mnie trzy­mało.

– Po­wie­dzia­łeś, że Bear nie jest męż­czy­zną. To ty nim nie je­steś. Je­steś ni­czym. Zwy­kłym, kurwa, śmie­ciem! –za­wy­łam gło­śno, gdy ból się na­si­lił.

– A ja chcia­łem być na tyle miły, by cię roz­grzać. –Chop wy­jął ze mnie kciuk, lecz ulga, którą po­czu­łam, była tylko tym­cza­sowa, bo po chwili zła­pał się za swoją la­skę i przy­ci­snął ją mocno do cia­snej dziury, którą przed chwilą skoń­czył ra­nić. – Ale z tym ko­niec. – Pró­bo­wa­łam przy­go­to­wać się men­tal­nie na ból, ale nic nie przy­go­to­wa­łoby mnie na to, co miało na­dejść.

Wie­dzia­łam, że ro­ze­rwie mnie na pół.

Po­czu­łam, jak za­czyna się we mnie wpy­chać. Ogar­nął mnie ostry ból.

A po­tem to wszystko znik­nęło.

Chop też znik­nął.

Okna eks­plo­do­wały, mi­lion ka­wał­ków szkła roz­sy­pało się po po­koju. Wbiły mi się w skórę ni­czym ostre gwiazdki ninja do rzu­ca­nia.

Po­kój wi­ro­wał. Wszystko wi­ro­wało.

Sły­sza­łam krzyki, szu­ra­nie i ude­rze­nia do­bie­ga­jące z ko­ry­ta­rza. Na­gle drzwi otwo­rzyły się i trza­snęły kilka razy.

Twarda pod­łoga pode mną znik­nęła, za­stą­piona ko­ły­sa­niem, pod­rzu­ca­niem i ci­chym po­mru­kiem ja­kie­goś po­jazdu.

Z tru­dem otwo­rzy­łam za­puch­nięte oczy.

– Kim je­steś? – za­py­ta­łam. Kie­rowcę spo­wi­jały cie­nie. Wy­cie­raczki nie na­dą­żały oczysz­czać szyby, deszcz pa­dał tak in­ten­syw­nie.

– Je­stem Gus – po­wie­dział spo­koj­nie, bez cie­nia emo­cji w gło­sie.

– Hej, Gus – wy­mru­cza­łam pół­przy­tom­nie, gdy świat wciąż krę­cił się wo­kół. Opar­łam głowę o okno pa­sa­żera.

Gus, deszcz, sie­dziba gangu, Chop, ro­dzice, to wszystko za­częło za­ni­kać co­raz bar­dziej, aż oto­czyła mnie ni­cość. Cu­downa ni­cość. Chcia­łam trwać w niej tak długo, jak długo mo­gła mnie ogar­niać.

Ży­cie w per­ma­nent­nym sta­nie ni­co­ści wy­da­wało się świet­nym po­my­słem.

Może tak wła­śnie wy­gląda śmierć?

Czy ja umie­ra­łam?

Nie wie­dzia­łam, ale szcze­rze po­wie­dziaw­szy, w tym mo­men­cie…

Mia­łam to w du­pie.

Czerń po mnie przy­szła. Nie wal­czy­łam z nią. Za­mknę­łam oczy i po­zwo­li­łam, by po­chło­nęła mnie całą. Przy­ję­łam ją z ra­do­ścią. Część mnie miała na­dzieję, że tak już bę­dzie za­wsze. Nie chcia­łam się obu­dzić i zmie­rzyć z rze­czy­wi­sto­ścią, z tym, czym stało się moje ży­cie w tak krót­kim cza­sie.

To w ogóle nie było ży­cie.

To był kosz­mar.

ROZ­DZIAŁ 5

BEAR

Nie by­łem pi­jany.

By­łem, kurwa, na­rą­bany w trzy dupy.

Trzeba wy­my­ślić nowe słowo na ten stan odu­rze­nia, w ja­kim się znaj­do­wa­łem.

Ści­sną­łem w dłoni ciemne włosy i po­cią­gną­łem mocno, a bez­i­mienna ko­bieta, która li­zała mi jaja, jęk­nęła. Jej przy­ja­ciółka, rów­nież bru­netka, lecz z krót­szymi wło­sami, za­ło­żyła kon­dom na mo­jego fiuta i usia­dła na nim.

W po­koju mo­te­lo­wym było ciemno. Grube za­słony zo­stały za­cią­gnięte i mo­gło być po­łu­dnie, a ja na­wet bym o tym nie wie­dział.

Dzień, noc… Wszystko się ze sobą mie­szało.

Śmier­działo spermą, po­tem i trawką. Nie było wąt­pli­wo­ści, co się tu działo, od­kąd się tu zja­wi­łem. Cho­ciaż nie wie­dzia­łem, ile do­kład­nie dni mi­nęło.

Sen nie miał sensu, bo na­wet, gdy za­sy­pia­łem, nie po­tra­fi­łem od­po­cząć. A to dla­tego, że mę­czyły mnie kosz­mary, któ­rych chcia­łem unik­nąć, a także z po­wodu spo­rej ilo­ści wcią­ga­nej ko­ka­iny.

Czy w ogóle do­sze­dłem? Ja­kie to było ża­ło­sne.

A jesz­cze gor­sze było to, że mia­łem to gdzieś.

Na­wet nie ob­cho­dziło mnie to, że sie­dzia­łem tu z dwiema dziew­czy­nami – mo­gło ich być dwa ty­siące, wszyst­kie go­towe i mo­kre, po­chy­lone i cze­ka­jące na mnie, a i tak ni­czego by to nie zmie­niło.

Co­kol­wiek się stało, przy­naj­mniej już się skoń­czyło.

Na­wet nie pa­mię­ta­łem, gdzie po­zna­łem te dziew­czyny, a tym bar­dziej kiedy. Nie zna­lem ich imion, bo ni­gdy o to nie za­py­ta­łem. Jed­nak są­dząc po ich wy­glą­dzie, to nie było ich pierw­sze ro­deo. Może nie były klu­bo­wymi dziw­kami, ale roz­po­znał­bym ten ga­tu­nek z naj­wyż­szego szczytu. Wy­glą­dały jak ty­powe suki gangu Be­ach Ba­stards.

Po­czu­łem na­głe i silne pra­gnie­nie, by zo­stać sam.

W tej chwili.

Za­pa­li­łem pa­pie­rosa i rzu­ci­łem za­pal­niczkę na szafkę nocną. Pa­trzy­łem, jak kręci się wo­kół wła­snej osi, a po­tem spada z brzegu szafki.

– Wy­no­ście się, kurwa! – wark­ną­łem, ma­cha­jąc ręką w stronę drzwi. Mu­sia­łem zmru­żyć oczy, by spraw­dzić, czy nie wska­zuję na drzwi do ła­zienki.

Nie, jed­nak po­ka­za­łem na wyj­ściowe. Udało mi się.

Ru­szyły się, by opu­ścić po­kój ni­czym ka­ra­lu­chy, gdy za­pala się świa­tło. Krót­ko­włosa la­ska za­częła szu­kać swo­ich ubrań i bu­tów. Gdy je zna­la­zła, po­trzą­snęła drugą dziew­czyną, która wciąż le­żała na łóżku na brzu­chu, naga.

– Cla­rissa, mu­simy, kurwa, iść. – Spio­ru­no­wała mnie wzro­kiem, a po­tem do­dała: – Te­raz, Cla­rissa, w tej chwili!

Cla­rissa jęk­nęła i od­wró­ciła się na bok, przy­ci­ska­jąc koł­drę do ob­fi­tych piersi.

– Ja tu, kurwa, śpię, Ju­lie. Daj mi spo­kój. Bab­cia przy­je­dzie po nas póź­niej, do ko­ścioła do­piero na dwu­na­stą. Dzi­siaj mogę się wy­spać.

Ju­lie da­lej pró­bo­wała do­bu­dzić przy­ja­ciółkę, ale bez skutku.

Z każ­dym tyk­nię­ciem ze­gara na ścia­nie czu­łem co­raz wy­raź­niej, jak krew się we mnie go­tuje. Druga wska­zówka zbli­żyła się do dzie­siątki i dźwięk, który wy­dał wtedy z sie­bie ze­gar, za­brzmiał w mo­ich uszach jak grzmot.

Pod­nio­słem ze stołu ciężką szklaną po­piel­nicę i rzu­ci­łem nią o ścianę, wy­bi­ja­jąc w niej dziurę wiel­ko­ści piłki do bejs­bola. Od­głos, który roz­legł się na­gle w tej ci­szy, był jak tor­nado ude­rza­jące w okno. Po­piół wy­le­ciał z dziury w ścia­nie, a w po­miesz­cze­niu uniósł się smród sta­rych pa­pie­ro­sów.

Cla­rissa ze­rwała się z łóżka, za­alar­mo­wana i roz­bu­dzona, jakby wcale nie spała przez kilka ostat­nich go­dzin. Po dro­dze do drzwi wzięła to­rebkę i tę ża­ło­sną, skąpą kieckę. Zo­sta­wiła w po­koju swoje buty i nie za­mknęła drzwi. Ju­lie dep­tała jej po pię­tach. Obie wy­bie­gły na­gie. Na ze­wnątrz było tak ja­sno, że przed oczami zro­biło mi się biało.

Naj­wy­raź­niej to miała być od­po­wiedź na moje py­ta­nie, czy był dzień, czy noc.

Wsta­łem z łóżka i chwie­jąc się, ru­szy­łem do drzwi, osła­nia­jąc oczy. Za­trza­sną­łem je, a po­tem się od­wró­ci­łem i opa­dłem na twardy ma­te­rac.

Strze­pa­łem po­piół z pa­pie­rosa na pod­łogę. Są­dząc po dziu­rach w dy­wa­nie, nie ja pierw­szy tak ro­bi­łem. Po dru­giej stro­nie łóżka stała do po­łowy pu­sta bu­telka jacka da­nielsa, która mnie do sie­bie wzy­wała. Zła­pa­łem ją za szyjkę i od­chy­li­łem głowę, by wlać so­bie bursz­ty­nowy płyn pro­sto do ust. Na­wet nie do­tkną­łem war­gami gwintu, wo­la­łem, by al­ko­hol szyb­ciej spły­nął mi do gar­dła. Pi­łem du­żymi ły­kami, aż prze­łyk za­czął mi pło­nąć, a bu­telka opu­sto­szała. Po­zwo­li­łem gło­wie opaść na po­duszkę, która pach­niała jak cipka. Rzu­ci­łem ją na pod­łogę i po­ło­ży­łem głowę na ma­te­racu.

Cóż, na­prawdę za­je­bi­ście so­bie z tym wszyst­kim ra­dzisz, Tro­skliwy Mi­siu – w mo­jej gło­wie roz­legł się głos zmar­łego przy­ja­ciela. Preppy był te­raz tak re­alny, jak gdyby sie­dział na skraju łóżka obok mnie. Za­wsze je­stem chętny na im­prezę, ale to nie jest żadna, kurwa, im­preza. W ta­kim miej­scu im­prezy się koń­czą. Ten skur­wiel po­trze­buje jed­nego za­strzyku pro­sto w serce, jak w „Pulp Fic­tion”.

– Kurwa, za­mknij się, Preppy. Czy mar­twi nie po­winni mil­czeć? Bo je­śli tak, mój nie­żywy przy­ja­cielu, to kiep­sko ci idzie by­cie mar­twym – po­wie­dzia­łem na głos.

Och, my­śla­łeś, że śmierć mnie uci­szy? To słod­kie. Ale ja jesz­cze, kurwa, nie skoń­czy­łem, Tro­skliwy Mi­siu. By­łeś na­prawdę nie­uprzejmy dla tych dzi­wek, a prze­cież dziwki to mój ulu­biony ga­tu­nek czło­wieka. Nie­faj­nie, stary. Nie­faj­nie.

– Za­pa­mię­tam to so­bie – oznaj­mi­łem, a po­kój za­czął wi­ro­wać. Za­mkną­łem oczy, by po­wtrzy­mać tę ka­ru­zelę, ale to nie po­dzia­łało. Zrzu­ci­łem jedną nogę z łóżka i przy­ci­sną­łem ją do pod­łogi, ale by­łem zbyt pi­jany, by ta sztuczka za­dzia­łała.

Kiedy znowu otwo­rzy­łem oczy, po­kój krę­cił się szyb­ciej i mógł­bym przy­siąc, że Preppy stoi nade mną i pa­trzy na mnie z mar­sową miną, cho­ciaż jego twarz za­wsze wy­glą­dała na we­sołą. Jego muszka tro­iła mi się w oczach, aż w końcu stała się jedną ciemną plamą unie­moż­li­wia­jącą mi wi­dze­nie.

Wi­dzia­łem mo­jego mar­twego przy­ja­ciela.

Mia­łem ra­cję.

Jesz­cze ni­gdy nie by­łem tak pi­jany.

To twoje uża­la­nie się nad sobą za­czyna przy­pra­wiać mnie o de­pre­sję, a je­stem prze­cież, kurwa, mar­twy!

To była ostat­nia rzecz, którą usły­sza­łem lub po­my­śla­łem czy jak­kol­wiek można okre­ślić tę dziwną ko­mu­ni­ka­cję, która miała miej­sce w moim po­pie­przo­nym mó­zgu, a po­tem wzrok cał­ko­wi­cie za­szedł mi czer­nią.

Jed­nak na­wet ogromne ilo­ści whi­sky nie mo­gły mnie uchro­nić przed kosz­ma­rami.

Czuję żar tuż przy boku, jest tak silny, że mnie pali. Sły­szę trza­ska­nie ognia, a gdy otwie­ram oczy, wi­dzę iskry uno­szące się w po­wie­trzu. Skóra mi się pali, kiedy jedna z tych iskier opada na moją szyję.

Pró­buję wstać, ale nie mogę. Nie je­stem w sta­nie na­wet ru­szyć ręką.

Leżę na brzu­chu, na kilku usta­wio­nych obok sie­bie pla­sti­ko­wych krze­słach.

Je­stem zwią­zany.

Wo­kół mnie stoi kilku męż­czyzn. Śmieją się. Dźgają. Ude­rzają po twa­rzy. Ko­pią po bo­kach. W któ­rymś mo­men­cie jedno z krze­seł się prze­wraca, a ja upa­dam na zie­mię. Je­stem pewny, że zła­ma­łem so­bie że­bro, ude­rzyw­szy o ce­głę oka­la­jącą pa­le­ni­sko. Sły­szę, że ktoś każe mnie na­tych­miast pod­nieść, i wła­śnie tak się dzieje.

Kiedy po­now­nie usta­wiają krze­sła, uno­szę głowę i wi­dzę Elego – czło­wieka od­po­wie­dzial­nego za mój obecny stan. Sie­dzi ze skrzy­żo­wa­nymi no­gami i pali pa­pie­rosa. Kiedy dym ula­tuje w po­wie­trze, a ja mogę zo­ba­czyć w końcu jego twarz, za­uwa­żam, że się uśmie­cha. Wła­śnie ten uśmiech chcia­łem wy­ciąć z jego twa­rzy.

Ścią­gnięto mi spodnie. Pró­buję krzy­czeć, pro­te­sto­wać, ale mam kne­bel w ustach. Je­den z męż­czyzn kła­dzie ręce na mo­ich po­ślad­kach i roz­suwa je. Wkła­dają mi do dupy ja­kiś przed­miot, a ja krzy­czę z bólu, gdy oni ro­bią to raz po raz. Sku­piam się na tym, co z nimi zro­bię, kiedy już będę wolny i nie będę mdlał z bólu.

Bo będę wolny.

Nie taka śmierć jest mi pi­sana.

My­ślę o ze­mście. Będę szczyp­cami usu­wał im je­den ząb po dru­gim. Je­den fa­cet z klubu wie, jak to ro­bić tak, by bo­lało naj­bar­dziej. Ofiara umiera po­wolną śmier­cią z po­wodu wy­rwa­nych zę­bów. Oczy­wi­ście naj­pierw usunę im je­lita przez dziurę w du­pie, uży­wa­jąc do tego klu­cza fran­cu­skiego.

My­ślą, że to, co mi ro­bią, to tor­tury.

Ci skur­wiele nie mają bla­dego po­ję­cia, czym są tor­tury.

Za­mar­łem do tego stop­nia, że je­den z nich pyta dru­giego, czy ze­mdla­łem. Mam za­mknięte oczy, gdy na­gle czuję ko­goś przed sobą. Wbija mi pa­lec w oko, ale ja nie re­aguję. Ni­gdy nie za­zna­łem tak okrop­nego bólu, jak w ciągu ostat­nich mi­nut, ale od­na­la­złem w so­bie oazę spo­koju i nie opusz­czę jej, do­póki nie za­biję każ­dego z tych po­pier­do­leń­ców. Oszczę­dzam ener­gię na póź­niej, gdy bę­dzie mi po­trzebna.

Je­stem człon­kiem gangu Be­ach Ba­stards.

Suki ce­lo­wały we mnie z broni, od­kąd moje imię po­ja­wiło się na ak­cie uro­dze­nia.

Nie pierw­szy raz zo­sta­łem zwią­zany, nie pierw­szy raz mnie tor­tu­rują.

I pew­nie nie ostatni.

Ale je­stem prze­ko­nany, że tu­taj nie umrę.

Nie ma mowy.

Usu­wają mi kne­bel, a ja sły­szę nie­da­jący się pod­ro­bić dźwięk roz­pi­na­nego roz­porka. Nie­mal uśmie­cham się sam do sie­bie, bo wiem, co się za­raz sta­nie.

Ale on tego nie wie.

Śmieje się do swo­ich przy­ja­ciół, wpy­cha­jąc mi w usta swo­jego ma­łego ku­tasa. Wal­czę z gulą ro­snącą w moim gar­dle. To od­ruch wy­miotny. Ale nie mogę się ru­szyć jesz­cze przez kilka se­kund.

To naj­dłuż­sze trzy se­kundy mo­jego ży­cia.

Za­ci­skam zęby na jego fiu­cie, aż spo­ty­kają się po­środku. Kiedy za­czyna krzy­czeć i pró­buje się wy­rwać, szarp­nię­ciem od­chy­lam głowę na bok i za­ci­skam zęby moc­niej.

Cie­pła krew o mie­dzia­nym smaku wy­peł­nia moje usta. Śmieję się, gdy on za­czyna pod­ska­ki­wać z bólu do­okoła.

Śmieję się nie­kon­tro­lo­wa­nie, a krew wy­pływa mi z ust. Wy­plu­wam na zie­mię to, co zo­stało z jego ma­łego fiuta.

Roz­lega się dźwięk wy­strzału, ciała za­czy­nają pa­dać wo­kół mnie. Sły­szę eks­plo­zję w oko­licy ogni­ska i na­gle wy­la­tuję w po­wie­trze. Lą­duję z głu­chym hu­kiem na tra­wie i cze­kam. Aż zo­stanę roz­wią­zany.

Wiem, że to King.

Wiem, że po mnie przy­szedł.

I wiem, że nad­szedł czas na za­bi­ja­nie.

W se­kun­dzie King za­ciąga zwią­za­nego i na wpół przy­tom­nego Elego do swo­jej cię­ża­rówki, a ja wpa­ko­wuję kulkę w jed­nego z lu­dzi Elego sto­ją­cego na po­mo­ście. Wtedy sły­szę głos. Na­gle już nie je­stem po­kryty krwią i nie za­bi­jam. Sie­dzę obok naj­pięk­niej­szej dziew­czyny, jaką w ży­ciu wi­dzia­łem.

Dziew­czyny mo­jego naj­lep­szego przy­ja­ciela.

Dziew­czyny Kinga.

– By­ła­bym dla cie­bie do­brą mo­to­cy­klową dziwką – mówi, a fiut nie­mal staje mi w spodniach. Jej duże nie­bie­skie oczy są roz­bie­gane, a źre­nice przy­po­mi­nają wiel­ko­ścią za­srany księ­życ, jed­nak pa­trzy na mnie w taki spo­sób, że od­no­szę wra­że­nie, jakby prze­szy­wała mnie tym wzro­kiem na wskroś. Jakby po­tra­fiła przej­rzeć na wy­lot moje kłam­stwa, prze­bić fa­sadę mo­to­cy­kli­sty i do­strzec męż­czy­znę w środku. W tej chwili ona jest je­dyną osobą, która nie zwraca uwagi na tę ka­mi­zelkę, ale chyba mam za­pędy ma­so­chi­styczne, bo je­stem skłonny cier­pieć z po­wodu gniewu Kinga, byle tylko z nią być.

Na­wet nie ob­cho­dzi mnie to, że jest pi­jana – dzięki temu ła­twiej bę­dzie mi po­wie­dzieć jej to, co mam za­miar wy­znać. Jed­nak te­raz chcę tylko po­czuć na so­bie jej usta. Ró­żowe, pełne, piękne. Wy­obra­żam so­bie, jak obej­mują mo­jego fiuta. Robi mi się cia­sno w spodniach, gdy pe­nis stwier­dza, że ten po­mysł po­doba mu się tak bar­dzo, jak mnie. Gdy sły­szę za sobą dźwięk od­bez­pie­cza­nego pi­sto­letu, wiem, że stoi tam King. To klik­nię­cie ozna­cza ła­skę, bo je­stem jego przy­ja­cie­lem. Wiem z pierw­szej ręki, że ci, który znaj­dują się na końcu lufy jego pi­sto­letu, nie do­stają żad­nego ostrze­że­nia. Znowu pa­trzę na dziew­czynę, którą na­zy­wają Doe. Pra­gnę jej tak bar­dzo, że nie­mal czuję na ję­zyku jej smak.

Roz­wa­żam zi­gno­ro­wa­nie przy­ja­ciela i przy­ję­cie kulki.

My­ślę, że ona by­łaby tego warta.

Jest zła na Kinga i ma do tego prawo. Wła­śnie na­kryła go z ja­kąś suką. Nie­mal chcę przy­ło­żyć temu skur­wie­lowi za to, że ją za­smu­cił. Ale cóż…

Po­wiem Kin­gowi, by się od­pie­przył. Po­wiem, by mnie za­strze­lił, je­śli na­prawdę tego chce. Bo ja uwa­żam, że w tej chwili pró­buję na­pra­wić to, co po­szło nie tak. Ni­gdy nie po­wi­nie­nem był jej wy­sy­łać do Kinga na tam­tym przy­ję­ciu. Po­wi­nie­nem był za­brać ją do swo­jego łóżka, gdy tylko ją uj­rza­łem, i tam ją za­trzy­mać.

Za­miast tego wy­ka­za­łem się głu­potą i od­pra­wi­łem ją do Kinga. I dzięki niej na jego twa­rzy po­ja­wił się uśmiech.

A prze­cież ten skur­wiel ni­gdy się nie uśmie­chał.

Doe od­wraca się i pa­trzy na Kinga. Te­raz za­uwa­żam, co do niego czuje po­mimo gniewu i zra­nie­nia. Ni­gdy wcze­śniej nie wi­dzia­łem praw­dzi­wej mi­ło­ści, lecz w tej chwili wiem, że to jest to, i skręca mnie od tego w żo­łądku. To, co wi­dzę, jest praw­dzi­wym uczu­ciem. Cho­lera, nie­mal czuję to na wła­snej skó­rze. To jak na­pię­cie elek­tryczne, które prze­biega mię­dzy nimi.

Z nie­mal fi­zycz­nym bó­lem od­su­wam od niej ra­miona, któ­rymi ją obej­mo­wa­łem, bo wiem, że to ostatni raz, gdy jej do­tkną­łem. Ona nie na­leży do mnie. Ni­gdy nie na­le­żała.

I ni­gdy nie bę­dzie na­le­żeć.

Prze­cho­dzę obok Kinga i sztur­cham go ra­mie­niem, mó­wiąc w ten spo­sób uprzej­mie, by się pie­przył. Kiedy wra­cam do domu, klę­kam na pod­ło­dze, bo czuję kłu­cie w piersi. To tak okropny ból, że przez chwilę są­dzę, że skur­wiel zmie­nił zda­nie i jed­nak mnie po­strze­lił. Albo to, albo mam za­wał serca.

Lecz po­tem mru­gam i wi­dzę mo­jego przy­ja­ciela Preppy’ego. Krew są­czy się z dziury w jego piersi. On znowu umiera na mo­ich oczach. Ży­cie ga­śnie w jego źre­ni­cach, a ból w mo­jej piersi się na­sila. Pa­trzę w dół i wi­dzę w swo­jej piersi dziurę, do­kład­nie w tym sa­mym miej­scu, co u Preppy’ego. Ból staje się nie­zno­śny.

Ten ból nie jest skut­kiem żad­nej kuli.

Czuję ból, bo go nie ura­to­wa­łem.

A po­tem zo­staję za­ata­ko­wany przez rój psz­czół.

BZZZZZ. BZZZZZ. BZZZZZ.

Psz­czoły?

BZZZZZ. BZZZZZ. BZZZZZ.

Moja ko­mórka leży na stole i wi­bruje, pod­ska­ku­jąc w rytm tej sa­mej ki­czo­wa­tej me­lo­dii, jaką miały wszyst­kie moje ko­mórki. To ja­kaś pie­przona ra­do­sna me­lo­dyjka, która ni­gdy nie pa­so­wała do mo­jego na­stroju.

Ode­tchną­łem z ulgą, gdy prze­stała wi­bro­wać i mo­głem znowu wtu­lić twarz w ma­te­rac.

Trzy se­kundy póź­niej znowu za­dzwo­niła, a ja zi­gno­ro­wa­łem ją po raz ko­lejny.

Po trzech se­kun­dach znowu się ode­zwała.

Tylko jedna osoba miała mój nu­mer, a gdy opu­ści­łem Lo­gan’s Be­ach, dzwo­niła do mnie każ­dego dnia.

Ni­gdy nie od­bie­ra­łem.

Po­tem dzwo­niła co ty­dzień.

Wciąż nie od­bie­ra­łem.

Kiedy te­le­fony cał­ko­wi­cie ustały, po­czu­łem ulgę, ale jed­no­cze­śnie mnie to za­bo­lało.

Te­le­fon za­dzwo­nił po raz czwarty i tym ra­zem już nie mo­głem tego wy­trzy­mać. Wy­cią­gną­łem rękę i na­ci­sną­łem zie­lony przy­cisk, przy­kła­da­jąc apa­rat bez słowa do ucha.

– Bear? Bear, czy to ty? – za­py­tał ko­biecy głos.

Doe.

– Tak się cie­szę, że ode­bra­łeś. Nie mu­sisz nic mó­wić, ale ko­niecz­nie wróć do domu. Coś się stało – po­wie­działa gło­sem pod­szy­tym zmar­twie­niem. Sły­sza­łem to wy­raź­nie, mimo mgły ota­cza­ją­cej mój umysł.

Szybko usia­dłem na łóżku. Zbyt szybko, bo zo­ba­czy­łem gwiazdki przed oczami.

– Nie wiem na­wet, jak za­cząć. Cho­dzi po pro­stu o to, że… – za­mil­kła i od­nio­słem wra­że­nie, że za­kryła słu­chawkę ręką. – Ale ty je­steś upier­dliwy. – Usły­sza­łem ja­kieś za­mie­sza­nie, jakby te­le­fon zo­stał po­dany ko­muś in­nemu. Do­kład­nie wie­dzia­łem komu, cho­ciaż do­piero po chwili usły­sza­łem: – Po­ża­łu­jesz tego nie­wy­pa­rzo­nego ję­zyka, gdy dzieci pójdą spać.

Nie mu­sia­łem tego wy­słu­chi­wać. Wy­star­czyło, że mę­czy­łem się z pul­su­ją­cym bó­lem głowy i mu­sia­łem sku­pić się na tym, by go ja­koś zła­go­dzić.

– Je­steś tam? – za­py­tał King.

Od­po­wie­dzia­łem ję­kiem przy dźwięku za­pal­niczki, którą od­pa­li­łem pa­pie­ros. Dym otwo­rzył mi płuca, a w mó­zgu po­ja­wiło się na tyle dużo ni­ko­tyny, by moja głowa znów za­częła dzia­łać. – Je­stem – po­wie­dzia­łem za­chryp­nię­tym gło­sem, w ra­zie gdyby nie sły­szał mo­jego stęk­nię­cia. Się­gną­łem po bu­telkę jacka da­nielsa, ale oka­zała się pu­sta.

Prze­chy­li­łem ją i otwo­rzy­łem usta, by resztki skap­nęły mi na ję­zyk. Jedna kro­pla, druga, trze­cia, ko­niec.

– Brzmisz, kurwa, okrop­nie – oce­nił King.

– Cie­bie też miło sły­szeć – od­par­łem śpiew­nym gło­sem.

– Mamy tu ciężki przy­pa­dek i to jest waż­niej­sze niż dźwięk two­jego cho­ler­nego głosu. Bar­dzo chciał­bym się tym za cie­bie za­jąć, ale nie wiem na­wet, od czego za­cząć.

– Co?

– Gus tu przy­je­chał…

Ja­sna cho­lera.

Ze­sko­czy­łem z łóżka, ale stało się to zbyt szybko, bo upa­dłem na pod­łogę z hu­kiem. Te­le­fon prze­śli­zgnął się po pod­ło­dze. Ob­ró­ci­łem się na plecy i pod­nio­słem apa­rat, po czym przy­ło­ży­łem go do ucha.

„Przy­naj­mniej nie upu­ści­łem pa­pie­rosa”, po­my­śla­łem, ro­biąc zeza, by spoj­rzeć na fajkę wciąż tkwiącą mię­dzy mo­imi ustami.

– Co tam się, kurwa, dzieje? – za­py­tał King.

Spoj­rza­łem na ze­gar sto­jący na szafce noc­nej.