Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
88 osób interesuje się tą książką
Bear od urodzenia żył w świecie przemocy. Jako członek klubu motocyklowego Beach Bastards kierował się zasadami, których złamanie oznaczało śmierć. Lojalność wobec kumpli i brutalność względem wrogów – to dwie święte reguły prawdziwych gangsterów. Pewnego dnia mężczyzna postanawia jednak odejść, mając świadomość,, że właśnie sam wydał na siebie wyrok.
Thia bardzo wcześnie poznała, czym jest lęk przed utratą bliskiej osoby. Dramatyczne wydarzenie z dzieciństwa na zawsze ją zmieniło i pozostawiło w sercu trwały ślad. Od tamtej pory przetrwanie stało się najważniejszym celem dziewczyny.
Drogi Thii i Beara wkrótce się przecinają, a z czasem rodzi się między nimi silne uczucie. Jednak w świecie, w którym żyją, miłość nie jest wybawieniem – jest słabością.
„Lawless” to mroczna, pełna emocji powieść erotyczna o nienasyconym pożądaniu oraz cenie, jaką trzeba zapłacić za wolność.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 305
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł: Lawless
Przekład z języka angielskiego: Sylwia Chojnacka
Copyright © T.M. Frazier, 2026
This edition: © Risky Romance/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt okładki: Maria Lepian
Redakcja: Justyna Yiğitler
Korekta: Ewa Popielarz
ISBN 978-91-8098-752-3
Opracowanie e-booka:Marcin Słociński / www.monikaimarcin.com
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.
Risky Romance /Gyldendal A/SKlareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
Dla Logana i Charley
za to, że nauczyliście mnie,
czym jest prawdziwa miłość…
Jesteśmy wyjęci spod prawa,
mój przyjacielu. Cywile nie potrafią
ogarnąć tym swoim małym móżdżkiem tego,
co to oznacza, poprzepalałyby im się zwoje.
– Bear, Brutal
PROLOG
BEAR
Urodziłem się jako członek gangu.
Żołnierz wyjętej spod prawa armii klubu motocyklowego Beach Bastards. Moim przeznaczeniem było przejęcie pałeczki od starego.
Obowiązek był ważniejszy od mojego sumienia, rodziny, ważniejszy od wszystkiego.
Nie wybrałem sobie takiego życia, lecz ono wybrało mnie, a wiązało się ono z wiedzą i akceptacją tego, że gdy każdego ranka wstawałem się odlać, mógł to być mój ostatni dzień na ziemi.
Albo – w zależności od moich rozkazów – czyjś ostatni dzień.
Bycie motocyklistą, Bastardem, nie było tylko kwestią genów. Nie chodziło o to, że ja w ten sposób żyłem.
Ja tym oddychałem.
Spijałem to.
Ja to, kurwa, kochałem.
To znaczyło dla mnie wszystko.
Do momentu, aż przestało.
Nie pamiętam, kiedy dokładanie nastał ten moment –może po pierwszym zabójstwie, może w dniu, gdy dostałem swoją naszywkę? – ale to się stało. Olej motocyklowy, skóra, przemoc i zamiłowanie do niszczenia wrogów klubu zaczęły płynąć w moich żyłach zamiast krwi.
Przede wszystkim byłem motocyklistą, a dopiero potem człowiekiem.
I napełniało mnie to dumą.
Nigdy nie uważałem tego za problem, ale też nie sądziłem, że nadejdzie taki dzień, gdy przestanę być członkiem Beach Bastards.
A jednak tak się stało.
Przestałem nim być.
W dniu, gdy oddałem kamizelkę i wyszedłem z siedziby klubu, odwróciłem własną klepsydrę i przypisałem swojemu życiu datę zakończenia.
Bo gdy człowiek zostaje członkiem klubu Beach Bastards, jest nim na zawsze.
Chyba że umrze.
Przyjdą po mnie. Ale bardziej popieprzone było coś innego – nie przeszkadzała mi myśl, że zabiją mnie moi bracia. Chodziło o niepewność.
Wiedziałem wszystko o byciu motocyklistą.
Ale nic na temat bycia człowiekiem.
Torturowano mnie, gwałcono ku uciesze moich porywaczy, znalazłem się na granicy życia i śmierci. Ale mimo tego, przez co przeszedłem, nigdy nie straciłem chęci do życia. Tej woli walki. Tego czegoś w środku, co sprawiało, że moje serce biło tak szybko, jakby miało wyrwać się z piersi, i mówiło, że wyjdziesz z każdej sytuacji cało, a ponadto spalisz żywcem każdego skurwiela, który spróbuje cię zniszczyć.
Bito mnie, ale nigdy nie złamano.
Dopóki nie pojawiła się Thia…
ROZDZIAŁ 1
THIA
W wieku dziesięciu lat…
Nie wiem, co poszło nie tak.
Nigdy nie rozumiałam tego powiedzenia. Bo gdy ja patrzyłam w przeszłość, potrafiłam wskazać dokładnie dzień i godzinę, kiedy wszystko się zmieniło i obrało kierunek, którego nikt nie mógł przewidzieć.
A już na pewno nie ja.
Trzy tygodnie przed moimi jedenastymi urodzinami pojechałam małym czerwonym rowerem do Stop-N-Go, stacji oddalonej o pięć kilometrów od mojego domu. Tata chciał, żebym zawiozła tam skrzynkę pomarańczy, więc przywiązałam ją do deskorolki, a deskorolkę przymocowałam do siodełka roweru liną, którą znalazłam w starej łodzi mojego taty.
– Popilnujesz kasy, Cindy? – zapytała Emma May, idąc w stronę wyjścia i bujając biodrami. W ręce trzymała swoją małą kwadratową torebkę. – Wpadnę tylko na chwilę do salonu naprzeciwko. Pewnie i tak nikt nie przyjdzie do sklepu – dodała i pochyliła się nad ladą. Otworzyła starą kasę, naciskając kilka przycisków i uderzając w nią pięścią. Wyjęła trochę gotówki i uśmiechnęła się do mnie. Rozsunęła szklane drzwi, które skrzypnęły przy otwieraniu, tak samo jak przy zamykaniu.
Emma May miała rację. Już wcześniej prosiła mnie, bym popilnowała sklepu i nikt nawet nie przyszedł.
Aż do dzisiaj.
Nie chodziło o to, że chciałam koniecznie wrócić do domu. Mama zaczęła się dziwnie zachowywać. Potrafiła czyścić podłogi godzinami, dopóki nie zaczęły błyszczeć. Mówiła do siebie w kuchni. A za każdym razem, gdy ją o to pytałam, zachowywała się tak, jakby nie wiedziała, o czym mówię. Tata powiedział mi, że wszystko będzie dobrze, poradził, żebym nie wchodziła jej w drogę i dała jej trochę przestrzeni.
Robiłam to, co kazał, i unikałam mamy. Zazwyczaj nie wracałam do domu przed zachodem słońca.
Pilnowanie sklepu było dobrą wymówką – jak każda inna – by nie wrócić do domu za szybko.
Po godzinie zaczęłam się nudzić. Wyprostowałam półkę z papierosami wiszącą za kasą, przewróciłam hot dogi na blaszce, która nie obracała się sama, próbowałam czytać magazyny, ale nie rozumiałam, co znaczy: „Siedemnaście pozycji, dzięki którym facet straci zmysły”.
Dlaczego ktoś miałby tracić zmysły z powodu jakichś pozycji? Gdybym ja straciła któryś ze zmysłów, poszłabym do lekarza.
Dałam sobie spokój z magazynami i odchyliłam się na starym stołku barowym, który skrzypiał za każdym razem, gdy się obracałam. Położyłam stopy na blat i włączyłam czarno-biały telewizor stojący w kącie na książce telefonicznej. Telewizor miał tylko dwa kanały – jakiś z westernami i kanał z pogodą. Ekran śnieżył, a dźwięk dochodzący z głośników zakłócały szumy. Próbowałam to wyłączyć, ale nic się nie działało – zdołałam tylko jeszcze bardziej go podgłośnić. Szum zagłuszał motocykle parkujące przed sklepem i dźwięk dzwonków zawieszonych nad drzwiami.
Wyjęłam wtyczkę z gniazdka. Wciąż trzymałam kabel, gdy uniosłam głowę i napotkałam spojrzenie ciemnowłosego obcego mężczyzny.
Miał broń.
– Dawaj wszystko, co masz – nakazał, wskazując pistoletem na kasę. Kiwał się na boki, a jego oczy wyglądały na przekrwione.
– Nie wiem, jak… – zaczęłam, ale on mi przerwał.
– Po prostu to, kurwa, zrób! – nakazał, odbezpieczając broń z kliknięciem. Pochylił się nad ladą tak, że jego pierś opierała się na blacie, a broń znalazła się zaledwie kilka centymetrów od mojej głowy. Ześlizgnęłam się ze stołka, popchnęłam go w stronę kasy i znowu na nim usiadłam. Próbowałam nacisnąć przyciski, których użyła Emma, gdy wcześniej otwierała kasę.
Ale to nie podziałało.
– No dalej! Już, młoda! – krzyknął mężczyzna coraz bardziej zniecierpliwiony.
– Staram się, ale chyba coś źle naciskam. – Spróbowałam znowu, ale tym razem uderzyłam w dół kasy, zamiast w jej górną cześć. Mężczyzna podszedł do mnie. Pachniał tak, jak mój mały braciszek, gdy się rozchorował, kiedy jechaliśmy ciężarówką do Savannah.
– Posłuchaj mnie, ty mała suko – powiedział, unosząc broń w powietrze, jakby chciał mnie nią uderzyć. Zeskoczyłam ze stołka i wcisnęłam się pod ladę.
Dzwonki nad drzwiami zadzwoniły i ktoś wszedł do środka, krzycząc głośno:
– Co ty, kurwa, wyprawiasz? – zapytał. Szklana gablotka, w której znajdowała się domowa suszona wołowina, zadrżała. Mężczyzna z bronią w ręce zamarł.
– Biorę kasę, skurwielu – wybełkotał.
Zauważyłam barwne ramię człowieka, który złapał mężczyznę z bronią za kark i przyszpilił go do blatu, jakby był jakimś robakiem. Zrobiło się zamieszanie, a po chwili dzwonki nad drzwiami znowu się odezwały i ktoś wyszedł.
Po kilku minutach opuściłam swoją kryjówkę pod ladą i usiadłam na stołku barowym. Mężczyzna, który się pojawił, miał blond włosy i taką samą skórzaną kamizelkę jak facet z bronią, jednak on nie włożył pod spód koszuli. Jego mięśnie wyglądały jak te u zawodników wrestlingu, których widziałam w telewizji, chociaż ten człowiek nie był aż tak potężny, a jego skórę pokrywały kolorowe tatuaże – jeden z nich zaczynał się na ramieniu, a kończył na nadgarstku.
Jego jasnoniebieskie oczy miały kolor wody w nowo otwartym basenie – głęboki, połyskujący błękit. Blond włosy dłuższe na górze sterczały do tyłu, a boki zostały ogolone. W filmach chyba nazywali to irokezem.
– Jesteś tu sama? – zapytał, rozglądając się po pomieszczeniu, zaglądając do każdej z trzech alejek.
Skinęłam głową.
– To tobie Skid właśnie… – urwał w połowie zdania. Pochylił się nad ladą, złączył ręce i odetchnął głęboko. Jego kolorowe tatuaże sięgały grzbietu dłoni i palców. Na każdej dłoni nosił trzy duże, srebrne pierścienie. Miał też włosy na twarzy. Wcześniej zarost kojarzył mi się z długimi białymi brodami wyrastającymi z podbródków starych, brzydkich czarodziejów noszących długie szaty i niebieskie, szpiczaste czapki. Jednak broda tego człowieka była nieco ciemniejsza od jego włosów i miała może trzy centymetry długości.
Nie był czarodziejem. Nie był stary.
Ani brzydki.
– Masz fajne włosy – powiedziałam. Właściwie wszystko miał fajne. Bardziej niż fajne, on był… ładny. Czy można określić faceta jako ładnego?
Nie. Nie był ładny, lecz piękny.
– Dziękuję, kochanie – powiedział, pochylając się nad blatem. Pachniał jak furgonetka mojego ojca, gdy zmieniał w niej olej, i liliowe mydło, które pani Kitchener każdego lata robiła sama w domu. – Ty też masz fajne włosy. –Chyba po raz pierwszy w życiu się zarumieniłam. Moje policzki zaczerwieniły się, a gdy ten mężczyzna to zauważył, uśmiechnął się szerzej i zbliżył do mnie jeszcze bardziej.
– Dlaczego jesteś tu sama? W Jessep nie wiedzą, że nie można wykorzystywać dzieci do pracy?
– Nie wiem, o czym mówisz, ale nikt tu już nie przychodzi, odkąd otworzyli nową autostradę. Ja tylko pilnuję sklepu, bo Emma May poszła do salonu piękności. Powiedziała, że niedługo wróci, ale jeśli mają zmienić Emmę May w piękność, to chyba trochę im to zajmie.
Mężczyzna zaśmiał się i oparł łokciami o blat.
– Posłuchaj, słodziaku. Przepraszam za mojego kolegę. – Uśmiechnął się lekko. – Pochorował się po długiej trasie i zachował naprawdę głupio.
– Jak dla mnie wygląda na pijanego. A może ma kaca. Powiedz mu lepiej, żeby nie kierował pijany.
– Skąd ty się wzięłaś? – Wyglądał na rozbawionego. Chciałam zrobić wszystko, co tylko się dało, by ta mina pozostała na jego twarzy. – Tak, długie podróże właśnie tak działają na ludzi. A z tobą wszystko okej? Nie skrzywdził cię, co?
Pokręciłam głową.
– Nie. Nic mi nie jest, nie martw się. Właśnie sięgałam po strzelbę Emmy May, gdy wszedłeś. – Uniosłam strzelbę, która wisiała pod ladą, by mógł ją zobaczyć. Przeładowałam ją. Mężczyzna obrzucił broń szybkim spojrzeniem i zgiął się wpół ze śmiechu. Odłożyłam ją pod ladę i zapytałam: – Co cię tak bawi?
– Och, nie mogę się doczekać, aż powiem Skidowi, że niemal postrzeliła go mała dziewczynka. – Jego oczy zaszły łzami. Śmiał się głośno i głęboko.
– Nie jestem małą dziewczynką – oponowałam. – Za miesiąc skończę jedenaście lat. A ty ile masz lat?
– Dwadzieścia jeden. – Uśmiechnął się jeszcze szerzej i dotarło do mnie, że już nie jestem na niego zła za to, że nazwał mnie małą dziewczynką. Kiedy uśmiechał się do mnie w ten sposób, mógł mnie nazywać, jak tylko chciał.
– Jak masz na imię, kochanie? – zapytał.
– Jestem Thia Andrews – powiedziałam z dumą i wyciągnęłam rękę. Tata nauczył mnie tak się przedstawiać.
– Thia? – zapytał i spojrzał na mnie dziwnie. Tak samo patrzyli wszyscy, którzy po raz pierwszy słyszeli moje imię.
– To zdrobnienie od Cynthii. Nie lubię, gdy ludzie mówią na mnie Cindy. W mojej klasie jest dwanaście dziewczynek i trzy mają na imię Cindy. Cieszę się, że jestem Thia, a nie Cindy. – Wytknęłam język i włożyłam dwa palce do ust, udając odruch wymiotny. Nienawidziłam imienia Cindy, lecz gdy mój tata zaproponował formę Thia jako alternatywę, mama nie chciała uznać tego nowego zdrobnienia i dalej nazywała mnie Cindy. – A jak ty masz na imię?
Ujął moją dłoń.
– Mówią na mnie Bear, kochanie. – Jego skóra była ciepła, w przeciwieństwie do chłodnych metalowych pierścieni. W porównaniu do Beara wyglądałam na małą i bladą, a moja ręka przypominała rączkę lalki. – Mam kumpla, który jako dziecko też ściskał innym dłonie na powitanie.
– Tatuś mówi, że to uprzejme.
– Twój tatuś ma rację.
– A ten twój przyjaciel, który ściska innym dłonie, też jest taki miły jak ty? – zapytałam.
– Nie powiedziałbym, że jestem miły. Ale mój przyjaciel… powiedzmy, że jest inny – wyjaśnił Bear ze śmiechem.
– Bycie innym jest dobre. Moi nauczyciele mówią, że jestem inna, bo mam różowe włosy, chociaż wspominają też, że odzywam się nieproszona – odparłam tak przemądrzale, jak tylko mogła to zrobić dziesięciolatka.
– Czasami bycie innym naprawdę jest dobre, młoda – zgodził się Bear.
– Czy Bear to twoje prawdziwe imię? – zapytałam. –A na nazwisko masz Grizzli czy coś takiego?
– Nie – odparł. – Bear to tylko przezwisko, które dostałem w klubie. Wszyscy w klubie mają motocyklowe ksywy.
– Należysz do klubu? – zapytałam podekscytowana. –Ale super! Jak brzmi twoje prawdziwe imię?
– A potrafisz dochować tajemnicy? – wyszeptał, rozglądając się, jakby sprawdzał, czy nikt nie słucha. – Od lat nikomu o tym nie mówiłem. Nawet mój stary nazywa mnie Bear. Ale naprawdę mam na imię Abel. Jesteś teraz jedną z niewielu osób, które o tym wiedzą.
Abel.
– To świetne imię. – Chociaż Bear też do niego pasowało. Był wyższy niż mój tata, napakowany, a jego ręce wielkością przypominały łapy niedźwiedzia.
Sięgnął do tylnej kieszeni i wyciągnął z niej plik zwiniętych banknotów. Nigdy nie widziałam aż tyle pieniędzy.
Było ich więcej niż w mojej skarbonce z Buzzem Astralem, którą trzymałam w swoim pokoju.
Więcej niż w kasie Emmy May. Bear wyciągnął z rulonu trzy banknoty i położył je na ladzie.
– Co to? – zapytałam, patrząc na jego rękę, którą przesuwał teraz pieniądze w moją stronę.
– Trzysta dolarów.
– Chcesz coś kupić? Mogę pobiec do salonu piękności i zawołać Emmę, bo ta głupia kasa…
– Nie chcę nic kupić. To dla ciebie. Za pomoc dzisiaj. Za to, że nie…
– Trzysta dolarów za to, że nie zadzwoniłam po szeryfa? – zapytałam, bo domyśliłam się, o co mu chodziło.
Trzysta dolarów dla dziesięciolatki to jak milion.
– Niech to będzie podziękowanie za to, że go nie postrzeliłaś – poprawił mnie Bear.
– W porządku. Emma May pewnie by się wkurzyła, gdyby zobaczyła tu krew. – Emma May nie znosiła bałaganu.
Bear zaśmiał się, a ja się uśmiechnęłam.
– Jesteś zabawna, młoda. Wiesz o tym?
– Naprawdę? – Mówiono, że jestem zwariowana, dziwna, niebanalna, rozmowna, ale nie zabawna. Stwierdziłam, że podoba mi się to określenie.
– Tak – powiedział, przysuwając pieniądze bliżej w moją stronę. Uniósł głowę i rozejrzał się po sklepie. –Nie ma tu kamer?
– Nigdy żadnej nie widziałam. Emma jest skąpa, a przynajmniej tak twierdzi mama, od kiedy użyła na swoim ślubie sztucznych kwiatów. Więc pewnie nie ma żadnych kamer. – Wypaliłam. Chciałam powiedzieć cokolwiek, by znowu wywołać na jego twarzy uśmiech.
– Dobrze schowaj te pieniądze. Nie mów o nich nikomu. Niech to będzie nasz sekret – powiedział, puszczając do mnie oko. Próbowałam odwzajemnić to mrugniecie, ale zamiast tego mrugnęłam obiema powiekami, jak dżin w powtórkach I Dream of Jeannie. Bear wyciągnął rękę i odgarnął mi z twarzy moje niesforne włosy, zakładając je za ucho. Miał szorstkie palce, lecz delikatny dotyk. Gdy cofnął rękę, pragnęłam, by moje włosy znowu opadły na twarz, żeby mógł zrobić to kolejny raz.
– Nie chcę twoich pieniędzy – wypaliłam. W zeszłym tygodniu poszłam do sklepu, gdzie wszystko kosztuje jeden dolar, i nie mogłam znaleźć ani jednej rzeczy, którą chciałabym kupić. A trzysta takich rzeczy to zdecydowanie więcej, niż kiedykolwiek mogłabym chcieć.
– Cóż, w moim świecie, gdy ktoś wyświadcza komuś przysługę, trzeba się odwdzięczyć – powiedział Bear i oparł podbródek o rękę. Skupiłam wzrok na pierścieniu na jego środkowym palcu. To była czaszka z błyszczącym kamieniem w oczodole. Bear podążył za moim spojrzeniem. –Podoba ci się? – zapytał, ściągając pierścień z palca.
– Tak. Nigdy czegoś takiego nie widziałam.
Bear trzymał go między dwoma palcami i patrzył na niego, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. Milczał i marszczył czoło tak, jakby w tej chwili myślał o czymś zupełnie innym – sama tak marszczyłam czoło, gdy odrabiałam pracę domową z matematyki.
– Mam pomysł – powiedział, kładąc pierścień na blacie. – Ten pierścień to obietnica. Tak się robi w moim klubie. Kiedy dajesz komuś pierścień, to składasz obietnicę.
– Obietnica czego? – zapytałam, patrząc na pierścień zdumiona, jakby właśnie uniósł się w powietrze.
– Przysługi. Jeśli kiedyś będziesz czegoś potrzebować. Jestem ci to winny.
– Mnie?
– Tak – powiedział, chowając banknoty do kieszeni. Wsunął mi pierścień na kciuk, ale i tak był za duży, więc musiałam zacisnąć pięść, by nie spadł.
– Wow, super! – Spojrzałam mu w oczy i uśmiechnęłam się. – Dziękuję. Będę o niego dbać, obiecuję. I nie wykorzystam go, chyba że będzie chodzić o coś ważnego.
– Wiem o tym – powiedział Bear. Ktoś odchrząknął i oboje spojrzeliśmy w stronę źródła dźwięku. W wejściu stał mężczyzna odziany w taką samą kamizelkę, jaką miał na sobie Bear.
– Musimy iść, stary. Chop dzwonił. Mamy być w siedzibie za dwadzieścia minut.
– Powinienem już iść, kochanie. Dbaj o to, okej? – Bear postukał palcem w moją zamkniętą pięść.
– Nikomu nie powiem, obiecuję – oznajmiłam i zrobiłam znak krzyża na piersi. Tak się robiło, gdy mówiło się o czymś na poważnie, a ja chciałam dać Bearowi znać, że złożona obietnica znaczy dla mnie bardzo wiele.
A potem Bear puścił do mnie oko i zniknął przy dźwięku dzwonków wiszących nad drzwiami.
Patrzyłam, jak uderza w tył głowy mężczyznę, który próbował okraść sklep. Wymienili kilka gniewnych zdań, a potem założyli kaski i ruszyli przed siebie. Trzeci mężczyzna podążał tuż za nimi.
Niecałe trzydzieści sekund po tym, jak motocykliści zniknęli, Emma May weszła do sklepu.
– Działo się coś ciekawego, gdy mnie nie było? – zawołała, idąc na zaplecze.
Włożyłam pierścień do kieszeni szortów.
– Nie, proszę pani. Zupełnie nic – odparłam, krzyżując za plecami dwa palce.
***
BEAR
Popołudniowe słońce mnie oślepiało. Nie tylko Skid miał kaca. Do rana balowaliśmy w Coral Pines z jakimiś laskami spędzającymi tam ferie wiosenne. Skid jeszcze nie poznał magii kropli do oczu i mocnej kawy.
Ten skurwiel miał szczęście, że nie powaliłem go na ziemię na parkingu tej pieprzonej stacji benzynowej.
– Czy ciebie, kurwa, powaliło? Wyciągnąłeś broń na stacji? I to na stacji w tym samym hrabstwie, co nasz klub. Nie wiem, co ci powiedzieli, gdy zostałeś członkiem tego klubu, ale nie jesteśmy bandą młodocianych chuliganów. Nie napadamy na stacje benzynowe i nie robimy niczego, co mogłoby ściągnąć na nas uwagę. Mamy teraz poważniejsze problemy, a takie głupoty mogą nam nieźle dać w dupę. A w ogóle kto, kurwa, wyciąga broń przy małych dziewczynkach? Powinienem cię zastrzelić… Gdzie ty masz mózg, stary? – Uderzyłem Skida w głowę, zrzucając jego okulary przeciwsłoneczne na ziemię. – Ej, ty, prospect! – zawołałem do Gusa, kandydata na członka gangu motocyklowego. Nazywaliśmy takich prospectami. – Dlaczego nie robimy teraz małych wyskoków? Dlaczego nie celujemy z broni do małych dziewczynek?
– Bo dzieje się coś ważnego. Nie możemy zwracać na siebie uwagi – odpowiedział Gus beznamiętnym tonem. – I dlatego, że to ogólnie jest cholernie głupie.
– Stary – odezwał się Skid, pocierając oczy. – Wciąż jestem narąbany po wczorajszej nocy albo raczej po dzisiejszym poranku. Wszystko jedno. Przepraszam, to było cholernie głupie. Nie mów Chopowi, okej? – Pochylił się, by podnieść okulary, a ja na poważnie zacząłem rozważać kopnięcie go w głowię. Po chwili się uspokoiłem, gdy przypomniałem sobie o wszystkich głupich rzeczach, które ja zrobiłem, kiedy w końcu otrzymałem kamizelkę. Gdyby mój stary o tym wiedział, urządziłby mi piekło.
– To twój pierwszy i ostatni raz. Drugiej szansy nie dostaniesz. Ta jest twoją jedyną. Jeśli jeszcze raz odwalisz coś takiego, to sam będziesz się tłumaczyć Chopowi, ja cię nie uratuję – oznajmiłem i wsiadłem na motocykl.
– O co chodziło z tym pierścieniem? – zapytał Gus. –Pierwszy raz o tym słyszałem. Ominęło mnie coś, o czym powinienem wiedzieć? Ja też mam oddać pierścień? Tylko że ja nie mam takiego fajnego jak ten twój z czaszką, który jej dałeś. – Gus zawsze był skory do nauki, a na myśl, że mogło mu umknąć coś ważnego, robił się nerwowy.
– Nie, stary. To był stek bzdur. Dałem jej pierścień w zamian za to, by nie zadzwoniła po jebane gliny albo do mamusi i tatusia, bo inaczej powiedziałaby wszystkim, co zrobili duzi, źli motocykliści – powiedziałem.
– Niezły pomysł – stwierdził Gus, zakładając rękawice motocyklowe.
– Dałeś tej dziewczynce pierścień z czaszką? A czy przypadkiem w środku nie było diamentu?
– Pewnie, że był, a ty zwrócisz mi co do centa jego wartość. – Uruchomiłem silnik i usłyszałem ryk motocykla, który ożył między moimi udami.
Całą drogę do domu śmiałem się z miny Skida, którą zrobił, gdy powiedziałem mu, że jest mi winny hajs.
Nigdy więcej nie myślałem o tym dniu ani o tej dziewczynce.
Wróciło to do mnie dopiero siedem lat później – i się zemściło.
ROZDZIAŁ 2
THIA
Siedem lat później…
Cisza. Straszniejsza niż jakikolwiek wystrzał z broni czy armaty. Głośniejsza niż grzmot i dziesięć razy bardziej przerażająca.
Niosąc słynną szarlotkę pani Kitchener w jednej ręce i prowadząc mój rower drugą, omijałam kamienie i dziury w wąskiej żwirowej ścieżce, która prowadziła do małego domku na farmie, gdzie mieszkałam z rodzicami.
Każdego dnia, gdy wracałam z mojej pracy na pół etatu w Stop-N-Go, witały mnie kłótnie rodziców. Blisko nas nie stał ani jeden dom, więc ich głosy niosły się bez przeszkód. Zazwyczaj słyszałam ich, jeszcze zanim dostrzegłam światło w oknie.
Przed śmiercią mojego braciszka rodzice nigdy się nie kłócili. A kiedy firma Sunnlandio Cooperation postanowiła importować pomarańcze i unieważniła kontrakt z moją rodziną, kłótnie rodziców zmieniły się w krzyki pełne nienawiści.
Postawiłam rower na piasku i ostrożnie przełożyłam ciasto do drugiej ręki. Nie mogłam się pochylić, żeby zawiązać sznurowadło, które rozwiązało mi się w trakcie jazdy, więc szłam, trzęsąc stopą, by nie potknąć się przez ciągnące się po ziemi sznurówki.
Na moim wilgotnym ciele pojawiła się gęsia skórka, a włoski stanęły dęba na karku i ramionach. Czułam się tak, jakby zaraz miał mnie porazić piorun.
I wtedy to zauważyłam.
Tę ciszę.
– Mamo? – zawołałam, ale nikt mi nie odpowiedział. –Tato? – zapytałam, otwierając przeszklone drzwi. Lampka stojąca na stole była zapalona, a klosz przechylił się, jakby też się pytał, co tu się, u diabła, działo.
Z głębi domu dobiegł mnie jakieś hałasy.
– Jesteście tam? – zawołałam, odkładając ciasto na blat w kuchni. Ruszyłam korytarzem, otworzyłam drzwi do pokoju rodziców, ale ich tam nie zastałam. Tak samo jak w łazience i moim pokoju.
Na końcu korytarza znajdował się stary pokój mojego brata. Drzwi były uchylone. Moja matka, która zachowała w nim wszystkie rzeczy Jessego, zawsze zamykała drzwi i szeptała, gdy mijała jego pokój, jakby on tam wciąż był i spał, a ona nie chciała go obudzić.
– Mamo? – zapytałam znowu, popychając drzwi.
– Wejdź, Cindy. Tu jesteśmy – odezwała się mama wesoło. To pierwszy raz od wielu lat, kiedy usłyszałam radość w jej głosie, chociaż nie znosiłam, gdy nazywała mnie Cindy.
Skręcało mnie w żołądku. Coś było nie tak, nie chciałam wiedzieć, co czeka mnie po drugiej stronie tych drzwi. I miałam rację. Nie chciałam wiedzieć.
Moja matka siedziała w starym bujanym fotelu – kiedyś siedziała w nim i czytała Jessemu bajki – i trzymała jego ulubionego dinozaura, bujała się w przód i w tył, tuląc się do pluszowej zabawki.
Miała zaczerwienione oczy i sińce pod nimi, a mimo to się uśmiechała.
– Tak się cieszę, że wróciłaś, Cindyloohoo – powiedziała, używając ksywki pochodzącej z programu Dr. Seussa. Od lat mnie tak nie nazywała. – Jesteś gotowa do drogi? – zapytała.
– Dokąd idziemy, mamo? Gdzie jest tata?
– Twój tata nie chciał czekać, więc już poszedł, ale ja chciałam, żebyś wybrała się tam z nami, więc na ciebie zaczekałam. – Uśmiechnęła się szeroko, ale jej oczy błyszczały od łez i były zupełnie pozbawione emocji.
– Ale dokąd on poszedł? – zapytałam znowu, wchodząc głębiej do pokoju.
– Nie martw się, niedługo do niego dołączymy. Ale najpierw chciałam porozmawiać z Jessem – powiedziała, głaszcząc dinozaura.
– Mamo, Jesse nie żyje – przypomniałam jej. – Umarł wiele lat temu.
Mama pokiwała głową. Spojrzała na tapetę na ścianie z motywem z Gwiezdnych wojen, a potem na stos klocków lego leżących w kącie pokoju.
– Wiem o tym, głuptasie.
– Okej, bo przez chwilę myślałam, że chciałaś…
– Chciałam dać mu znać, że niedługo do niego dołączymy – powiedziała mama. Wtedy przełożyła wypchaną zabawkę z jednej ręki do drugiej, a ja zauważyłam broń, którą miała na kolanach.
– Mamo? – zapytałam, a moje ciało zaczęło się trząść, gdy dotarło do mnie, co ona tak naprawdę mówiła. – Powiedz mi, gdzie jest tata – wyszeptałam.
– Mówiłam ci. Już poszedł. Odszedł bez nas, bo nie mógł już dłużej czekać. Naprawdę się niecierpliwił. – Pokręciła głową i przewróciła oczami. – Pod wieloma względami jesteś taka jak on – dodała śpiewnym głosem.
– Dlaczego trzymasz broń, mamo?
– Głuptasku, jak inaczej mamy się spotkać z Jessem i twoim tatą? To znaczy wiem, że są inne sposoby, ale ten według mnie jest najszybszy i najbardziej skuteczny. Poza tym nie chcemy, żeby za długo na nas czekali – powiedziała, klepiąc dinozaura po plecach, jakby chciała, żeby mu się odbiło. Cały czas kołysała się w przód i w tył, ani na chwilę nie wypadając z rytmu. Krzesło skrzypiało z każdym ruchem.
Zrobiłam kolejny krok w jej stronę, mając nadzieję, że zdołam odebrać jej broń, ale ona zauważyła, gdzie patrzę, i uniosła pistolet, machając nim w powietrzu.
– Niee. Twój tata też chciał potrzymać broń, ale ja nalegałam: to robota dla mamusi i nikogo innego. Czas najwyższy, bym odzyskała kontrolę i zajęła się tą rodziną. A pierwszym krokiem będzie wysłanie nas do tego samego miejsca.
Moje kroki na drewnianej podłodze były głośne jak uderzenia w bębny.
– Proszę, proszę, Cindy. Nigdy nie byłaś na tyle cierpliwa, by poczekać na swoją kolej. Ale dobra wiadomość jest taka, że będziesz pierwsza.
– Dokąd wysłałaś tatę? Gdzie ma się spotkać z Jessem? – zapytałam. Pod powiekami poczułam piekące łzy, ale adrenalina w moich żyłach powstrzymywała je od spłynięcia mi po twarzy.
– Nie rozumiem, jakie to ma znaczenie – powiedziała mama, dmuchając na ciemne, kręcone pasmo włosów, które opadło na jej czoło. – Ale skoro już musisz wiedzieć, odszedł w naszym pokoju. Narobiło się więcej bałaganu, niż się spodziewałam. Ty powinnaś odejść w wannie, a potem ja tam wejdę tuż po tobie. Może zostawię wybielacz dla szeryfa, bo czerwone plamy są najgorsze, szczególnie na białych fugach – powiedziała tym samym, dziwnie radosnym głosem, którym powitała mnie wcześniej.
Cofnęłam się, a mama dalej na mnie patrzyła, uśmiechając się szeroko od ucha do ucha. Nie poszła za mną, gdy odwróciłam się i zajrzałam do ich sypialni. Była pusta.
Mama zwariowała. Ale to nie znaczyło, że tata nie żyje. Mogła kłamać. Mogła to zmyślić.
Obeszłam łóżko.
Proszę, oby żył. Proszę, oby żył.
Na podłodze pod ścianą leżało jego sztywne ciało. Oczy i usta miał otwarte, jakby w zdziwieniu.
Sapnęłam i zakryłam rękami usta.
– Nie, nie, nie, nie, nie, nie! – krzyknęłam.
Odsunęłam się od taty w stronę korytarza, a gdy zerknęłam w stronę pokoju Jessego, mojej mamy już tam nie było. Odwróciłam się, by pobiec prosto do drzwi wyjściowych, lecz natknęłam się na matkę w miękkiej, satynowej, różowej koszuli nocnej.
– Jesteś gotowa, kochanie? – zapytała, przechylając głowę na bok. Miała broń w dłoni, ale nie uniosła jej.
– Ja… ja… ja… też muszę powiedzieć coś Jessemu –powiedziałam i ruszyłam w stronę jego pokoju.
Uderzyła się w czoło lufą broni.
– Ale ja jestem głupia. Oczywiście, że tak. Będę na ciebie czekać, a potem, gdy się z nim spotkamy, zjemy lody.
– Juhu, taaak, lody brzmią świetnie, mamo – powiedziałam, pociągając nosem. Chciałam ją ominąć i udałam, że mam zamiar ruszyć korytarzem do pokoju Jessego. Obróciła się bokiem, bym mogła przejść, a ja skorzystałam z okazji i rzuciłam się sprintem w przeciwnym kierunku, do drzwi, mijając ją.
Ściana obok drzwi eksplodowała, gdy kula przebiła stuletni tynk. Moja matka się śmiała, kiedy zbiegałam po schodach na ganku. Rozwiązane sznurowadło zaczepiło się o barierkę i poszybowałam w dół. Wylądowałam na piersi, uleciało ze mnie powietrze. Odwróciłam się na plecy, łapczywie oddychając.
– Rok temu wykręciłaś się od wycieczki do babci, ale teraz ci się nie uda – powiedziała matka, patrząc na mnie z ganku. Kątem oka dostrzegłam starą strzelbę ojca opartą o ścianę domu. Używał jej, by wystraszyć różne zwierzęta, które zjadały nasze pomarańcze. Chyba nie była używana od czasu ostatnich zbiorów. Stała tu wystawiona na warunki atmosferyczne od miesięcy.
Bardzo możliwe, że strzelba nie działała.
– Nie próbuję się od tego wykręcić, mamo – powiedziałam, gdy w końcu mogłam złapać oddech. Powoli ruszyłam na czworakach w stronę domu.
W stronę jedynej rzeczy, która mogła pomóc mi przeżyć.
– Po prostu pomyślałam, że możemy to zrobić razem, no wiesz, iść w tym samym czasie – powiedziałam, naśladując jej radosny głos najlepiej, jak potrafiłam.
– Och, Cindy, to cudowny pomysł. Zawsze byłaś moim cukiereczkiem, wiesz? Cóż, czasami byłaś uparta i irytująca, ale potrafiłaś być również bardzo słodka. Uwielbiałam, gdy jako dziecko bawiłaś się moimi kolczykami i naszyjnikami. – Mama przyłożyła broń do piersi i westchnęła.
– Możesz mi wyświadczyć przysługę, mamo? Użyjesz starej strzelby taty? Dzięki temu będę miała o czym z nim porozmawiać, gdy już tam dotrzemy. A ja będę mogła wziąć broń, której użyłaś, by wysłać go do Jessego. Będzie niezła zabawa. Poza tym, jak wiesz, czasem trudno mi było znaleźć wspólne tematy do rozmowy z tatą.
– Wiesz – powiedziała, biorąc strzelbę opartą o ścianę. Wstałam i zachwiałam się, przytrzymując się wyszczerbionej ściany, żeby nie upaść. – Szkoda, że twój tata nie wpadł na podobny pomysł, byłoby tak miło… Byłoby znacznie łatwiej. Żałuj, że nie słyszałaś jego krzyków i wrzasków. – Wybuchnęła krótkim śmiechem. – Błagań. – Przyjrzała się broni, by sprawdzić, czy jest naładowana, a potem rzuciła ją w moją stronę. Złapałam ją i sprawdziłam, czy rzeczywiście są w niej naboje. – Dasz wiarę? Twój ojciec… błagał. To było całkiem zabawne.
Skóra mojej matki mieniła się w księżycowej poświacie. Zawsze zazdrościłam jej tych ciemnych loków i naturalnie czerwonych ust. Przypominała mi Królewnę Śnieżkę. Kiedyś patrzyłam, jak zbiera pomarańcze w sadzie, by zrobić swoją słynną pomarańczową marmoladę, i zastanawiałam się, dlaczego moje włosy musiały być różowawe, a oczy zielone. Do tego piegi zdobiły mi nos. Ona wyglądała o wiele lepiej.
Teraz Królewna Śnieżka stała w swojej satynowej koszuli nocnej zbryzganej krwią i celowała we mnie ze strzelby. Serce waliło mi w piersi, ale uniosłam pistolet w jej stronę.
– Kocham cię, skarbie, do zobaczenia po drugiej stronie – powiedziała. Moje oczy wypełniły się łzami. Miałam tylko ułamek sekundy. Nawet gdyby broń zacięła się przy pierwszym strzale, tak jak zawsze, to i tak po sekundzie by zadziałała.
Moja mama uśmiechnęła się niczym wariatka, szeroko otworzywszy oczy.
A potem Śnieżka pociągnęła za spust.
Wstrzymałam oddech – nic się nie stało. Postukała ręką w bok broni, tak jak robił to ojciec. Zanim znowu znalazła spust, wystrzeliłam.
Krew bryznęła na ścianę domu, barwiąc łuszczącą się białą farbę na czerwono.
Mama miała rację w jednej kwestii.
Szybko poszło.
Upadłam na kolana i złapałam się za serce. W głowie miałam pustkę. Nie potrafiłam skleić jednej składnej myśli. Rodzice nie żyli i nie wiedziałam, co powinnam zrobić. Do kogo zadzwonić.
Moi rodzice nie żyli.
Zabiłaś swoją matkę.
Zawyłam w ciemną noc, zagubiona, przestraszona i zupełnie sama.
Włożyłam rękę pod bluzkę, by poszukać pocieszenia, bo często tak robiłam, gdy rodzice się kłócili – złapałam za pierścień, który nosiłam na łańcuszku pod ubraniem.
Potarłam palcami chłodny metal. Piorun uderzył w wierzę ciśnień. Wtedy dostałam swoją odpowiedź. Wiedziałam, co muszę zrobić.
Do kogo się udać.
ROZDZIAŁ 3
THIA
Padało.
W końcu to lato na Florydzie.
Tu zawsze pada.
W którymś momencie podczas czterdziestominutowej jazdy rowerem z farmy w Jessep do Logan’s Beach straciłam czucie w stopach. Pedałowałam szaleńczo w ulewie.
Próbowałam użyć starego forda mojego ojca. Stacyjka była pusta, kluczyki mogły się znajdować tylko w jednym miejscu… Zmusiłam nogi, by poniosły mnie do pokoju, w którym leżało martwe ciało mojego taty. To, że widziałam go wcześniej, nie zmniejszyło bólu, który poczułam, gdy po raz kolejny zobaczyłam go leżącego przy ścianie pod dziwnym kątem, z włosami wciąż mokrymi od krwi.
– Tatusiu – zapłakałam, omijając rzekę krwi, która rozlała się kałużą pod jego głową, a potem płynęła dalej i dalej, aż w końcu wylała się z pokoju rodziców i wsiąknęła w miejsce między ścianą a podłogą, rozlewając się na prawo i lewo, znacząc świeżą czerwienią białe listwy.
Cała moja rodzina nie żyła, ale ja nie miałam czasu, by o tym myśleć. Cieszyło mnie to, bo w przeciwnym wypadku ciężar tego wydarzenia natychmiast by mnie zmiażdżył.
Poczułam jakiś promyk nadziei, który mówił mi, że jeśli tylko odnajdę Beara, to wszystko będzie dobrze. On nie sprawi, że to zniknie, ale na pewno dzięki niemu zrobi mi się lepiej.
Złożył ci obietnicę. Pomoże ci. Znajdzie rozwiązanie. Po prostu musisz go znaleźć.
Nie mogłam się zmusić, by zajrzeć tacie do kieszeni. Gdybym go dotknęła, to wszystko stałoby się jeszcze bardziej realne.
Nie miałam innego wyboru, więc podniosłam rower z piachu i pojechałam.
Każdy obrót pedałów sprawiał, że mięśnie moich ud wydawały się cięższe i cięższe. Jedyną rzeczą, jaka pchała mnie na przód, było zbawienie, na które liczyłam, gdy już dotrę do siedziby klubu motocyklowego Beach Bastards.
Gdy dotrę do Beara.
ROZDZIAŁ 4
THIA
Gdy dojechała m do bramy klubu, wciąż padało. Na straży stał chudy dzieciak. Przez foliowe poncho widziałam jego kamizelkę z napisem „prospect”. Patrzył, jak odkładam rower i kuśtykam w jego stronę, bo mięśnie moich nóg jeszcze nie otrzymały wiadomości o tym, że skończyłam pedałować.
– Muszę zobaczyć się z Bearem – powiedziałam. – Proszę. Czy możesz mu powiedzieć, że przyszła Thia? Thia ze stacji benzynowej. Muszę z nim porozmawiać. To bardzo ważne.
– Jak bardzo ważne? – zapytał prospect, przesuwając językiem wykałaczkę z jednego kącika ust do drugiego.
Wyjęłam łańcuszek zza bluzki, by mógł zobaczyć pierścień z czaszką, który należał wcześniej do Beara.
– Tak ważne.
Prospect przyjrzał się pierścieniowi sceptycznie, a potem zszedł ze swojego stołka. Wziął łańcuszek z mojej ręki i zniknął za skrzypiącą metalową bramą. Gdy wrócił dziesięć minut później, miałam wrażenie, jakby był zupełnie inną osobą.
– Jestem Pecker – powiedział i odsunął się na bok, bym mogła przejść. – Przypomnij mi swoje imię. – Jego kwaśną dotąd minę zastąpił uśmiech.
– Thia – powiedziałam i weszłam do klubu Beach Bastards, chociaż nazwałabym go raczej kompleksem mieszkalnym. To miejsce przypominało stary motel lub apartamentowiec. Trzykondygnacyjny budynek o drzwiach otwartych pomimo złych warunków atmosferycznych otaczał otwarte podwórko z pustym basenem pośrodku. Z boku zauważyłam szklane drzwi, które musiały prowadzić do dawnego baru lub restauracji. Wyglądało na to, że motocykliści wciąż korzystali z niego zgodnie z przeznaczeniem. Bar był dobrze zaopatrzony, a kilku mężczyzn, wszyscy w kamizelkach, grało w bilard przy jednym z trzech stołów.
– Gdzie jest Bear? – zapytałam znowu. Gdy znalazłam się pod dachem, zęby zaczęły mi dzwonić. Przemoknięty top i szorty przykleiły mi się do ciała. Włosy oklapły, okalając czoło i policzki, a woda spływała mi do oczu.
– Bear jest teraz zajęty, ale powiedział, że masz na niego poczekać w pokoju – odparł Pecker, gdy podążyłam za nim na pierwsze piętro po schodach, przytrzymując się zniszczonej barierki. Skaleczyłam palec o wystający fragment metalu. Przez chwilę ssałam ranę, bo pojawiła się na niej kropla krwi.
– Przepraszam, powinienem był cię ostrzec.
Deszcz padał z taką zaciętością, że motocykliści już nie potrzebowali węża, by napełnić pusty basen. Krótkie zadaszenia nie chroniły przed wodą lejącą się z każdej strony.
Pecker zatrzymał się przed zielonymi drzwiami i otworzył je, wskazując gestem, bym weszła.
– Tu się z tobą spotka – powiedział ze śmiechem. Weszłam do ciemnego pokoju, ale odwróciłam się natychmiast, gdy usłyszałam zatrzaskujące się za mną drzwi.
– Skąd to masz? – zapytał groźny głos. Ścisnęło mnie w gardle i powoli odwróciłam się w stronę jego właściciela. W nogach łóżka stał mężczyzna podobny do Beara, jakiego zapamiętałam, tylko że ten miał siwe włosy i zmarszczki.
Uniósł pierścień.
– Gdzie jest Bear? Jest pan jego tatą? – zapytałam, krzyżując ramiona na wysokości talii. Mężczyzna wstał i zaśmiał się, zmniejszając dystans między nami. Odsunęłam się, by uniknąć kontaktu, ale oparłam się plecami o drzwi.
– Nie jestem pewny, czy mnie słyszałaś, złotko – powiedział z udawaną szczerością – ale zadałem ci pieprzone pytanie. I nie wiem, za kogo ty się masz albo gdzie według ciebie jesteśmy, ale wyjaśnię ci to… – Pochylił się nade mną i utkwił we mnie wzrok. Te znajome, płonące niebieskie oczy… – Nazywam się Chop. Co powinno ci podpowiedzieć, że słynę z siekania swoich wrogów… – Zaśmiał się i przesunął palcem po moim policzku. Odsunęłam się, a on złapał moją twarz tak mocno, że musiałam otworzyć usta. Ścisnął moje policzki, aż zetknęły się w buzi. – Cóż, nie musisz znać przecież całej historii, prawda? To ja tu rządzę. Tak mówi naszywka na mojej kamizelce. Jesteś w moim domu, więc masz mi, kurwa, powiedzieć, skąd to wzięłaś, zanim włożę ci to do gardła i uduszę. – Chop znowu uniósł naszyjnik, a w diamentowym oku czaszki błysnęło światło lampy.
Może i Chop miał taki sam kolor oczu, jak Bear, ale jego spojrzenie nie dorównywało mu pięknem. W oczach Chopa widziałam szaleństwo, gniew i przemoc.
To był błąd.
Przyjechałam do tej siedziby, szukając… Czego ja właściwie szukałam? Pomocy? Ochrony? Bezpieczeństwa? Wiedziałam tylko, że w tym pokoju, gdy ojciec Beara stał tuż przed moją twarzą, w ogóle nie czułam się bezpieczna.
Nie odpowiedziałam od razu. Chop wzruszył ramionami.
– Okej, jak chcesz. – Gdy przycisnął pierścień do moich ust, odnalazłam swój głos.
– Bear mi go dał – wypaliłam.
– Gówno prawda! Skąd to masz? – wrzasnął, próbując wcisnąć mi pierścień między usta.
– Miałam dziesięć lat! – krzyknęłam, a gdy otworzyłam usta, Chop wsunął mi pierścień aż do gardła. Zakrztusiłam się, a on zrobił krok do tyłu, wyciągnął obrączkę i przyjrzał jej się w świetle lampy. Nie wiedziałam, czy chciał, bym kontynuowała, ale i tak to zrobiłam. – Dał mi go w Jessep, kiedy miałam dziesięć lat i wyświadczyłam mu przysługę. – Obawiałam się, że Bear będzie miał przeze mnie kłopoty, gdybym wyjawiła ten sekret, więc wolałam nie wdawać się w szczegóły. – Powiedział, że jeśli kiedykolwiek będę w tarapatach, to mam pokazać ten pierścień, a on mi pomoże.
Chop machnął ręką.
– Zamknij się – nakazał, wciąż obracając pierścień w dłoni, jakby nie mógł uwierzyć, że go miał. Na jego twarzy pojawił się niepokojący uśmiech, a potem wybuchnął śmiechem. – To chodzący trup, ale dzieciak zawsze był śmieszny.
– Co to znaczy? – zapytałam niepewna, czy zęby znowu dzwonią mi z powodu zimna, czy raczej ze strachu.
– To znaczy, że mój chłopak dał ci to, bo nie spodziewał się, że kiedykolwiek się tu pojawisz – powiedział Chop, wkładając pierścień do kieszeni wewnątrz marynarki. –Nic by dla ciebie nie zrobił. No, może pokazałby ci swojego fiuta.
– Nie! Powiedział, że to obietnica motocyklistów. Że to wasz sposób, żeby…
– Złotko, nie mamy żadnego takiego prawa. Wszystkie nasze zasady dotyczą zabijania. Co, gdzie, kogo i kiedy.
Bear mnie okłamał?
Tak, oszukał mnie, a ja byłam głupią dziewczynką, która się na to nabrała. Nigdy nie planował mi pomóc. Po prostu nie chciał, żebym na niego nakapowała.
– Czy mogę z nim przynajmniej porozmawiać? – zapytałam z cieniem nadziei. Już nie liczyło się to, że pierścień, którego tak kurczowo się trzymałam przez siedem ostatnich lat, okazał się tylko żartem. Wciąż potrzebowałam pomocy. – Po prostu muszę…
– Bear już nie należy do gangu Beach Bastards. Zdjął swoja kamizelkę jak cipa, którą zresztą jest, i odszedł, bo to zwykły tchórz. On już nie jest motocyklistą. Nie jest przyjacielem. Nie jest nawet pieprzonym mężczyzną. Wiesz, kim on jest? – zapytał Chop, znowu stając przede mną. Pokręciłam głową i zamarłam pod jego spojrzeniem. – Jest trupem. Pieprzonym trupem, który wciąż jeszcze oddycha. – Przycisnął nos do zagłębienia między moją szyją a ramieniem i wciągnął powietrze. Skrzywiłam się i spróbowałam odsunąć, lecz jego duże, muskularne ciało mnie więziło. – Ale naprawię to bardzo szybko – wyszeptał, a jego gorący oddech, który poczułam przy uchu, sprawił, że poczułam mdłości.
– Skoro go tu nie ma, to powinnam już iść – powiedziałam. W moim ciele odezwał się sygnał alarmowy, tak głośny, że mnie ogłuszał.
Biegnij. Biegnij. Biegnij.
Wyciągnęłam rękę za siebie, by wymacać klamkę, ale gdy ją nacisnęłam, drzwi nie chciały się otworzyć.
– Są zamknięte od zewnątrz – powiedział Chop złowieszczo, sugestywnie unosząc brwi.
Złapał mnie za ramiona i rzucił na podłogę. Wylądowałam na boku, a ból przeszył moje żebra. Przyklęknął i usiadł na mnie okrakiem, trzymając mnie udami nieruchomo na brudnym dywanie.
– Wybrał tego pieprzonego Kinga zamiast swoich braci. I zapłaci mi za to.
– Puszczaj mnie! – krzyknęłam, wiercąc się pod nimi, próbując się uwolnić, lecz on ani drgnął, podobnie jak tamta klamka. Próbowałam uderzać go w pierś pięściami, ale on złapał mnie za nadgarstki i wykręcił je boleśnie. –Proszę, puść mnie! – zawyłam.
– Nie martw się, maleńka. Nie zabiję cię. A nawet zadbam o to, by któryś z moich chłopaków jutro cię odwiózł.
– Naprawdę? – zapytałam, chociaż wiedziałam, że nie siedziałby teraz na mnie, odcinając mi dopływ powietrza, gdyby planował tylko mnie stąd wywieźć.
– Tak. Chłopcy odwiozą cię z samego rana.
– Z rana? – zapytałam ledwo słyszalnym głosem.
– Tak, z rana. Musimy zadbać o to, by Bear zrozumiał, że jest trupem, kiedy cię zobaczy. I że jeśli chce ratować czyjeś życie, to lepiej nie zapędzać się w te strony.
– Okej, puść mnie. Jeśli go zobaczę, to przekażę mu wiadomość – obiecałam.
– Nie, głuptasie. To ty jesteś tą wiadomością. – Chop unieruchomił mi ramiona nad głową jedną ręką i pochylił się, by ugryźć mnie mocno w sutek przez koszulkę.
Zapłakałam, a Chop wyprostował się i zaśmiał, podziwiając świeżą plamę krwi na mojej koszulce w miejscu, gdzie właśnie mnie ugryzł.
– Bracia i ja nieźle się z tobą zabawimy, suko.
– Bracia? – zapytałam, a przynajmniej myślałam, że to zrobiłam, bo w tej chwili Chop zacisnął rękę w pięść i uderzył mnie w szczękę. Zobaczyłam gwiazdy. Nad sobą widziałam jego uśmiechniętą twarz, która migała, jakby ktoś na zmianę włączał i wyłączał światło. W jednej chwili tam był, a w drugiej widziałam ciemność, chociaż wciąż czułam na sobie jego miażdżący ciężar. – On mnie nie zna. Nie obchodzę go. Nie rób tego. Proszę cię, nie rób tego!
Chop mnie zignorował.
– Poczekaj, aż Murphy się do ciebie dobierze. Lubi znęcać się nad takimi małymi dziewczynkami jak ty. – Chop westchnął. – Kiedy tu wchodziłaś, zdążyłem mu obiecać, że zostawię dla niego twoją cipkę, chociaż chyba nie zaszkodzi, jeśli sam najpierw spróbuję. – Usiadł na piętach i gdy już myślałam, że ze mnie zejdzie, przewrócił mnie na brzuch jedną ręką. Uderzyłam głową o szafę. Ściągnął moje mokre spodenki i bieliznę jednym brutalnym szarpnięciem.
– Nie! – krzyknęłam, kopiąc nogami.
Chop kolanem rozsunął mi nogi i wcisnął we mnie jeden palec. Poczułam jego długie paznokcie drapiące wewnętrzne ścianki mojej pochwy. Czułam każde zgrubienie na jego palcu. Pierścień nie pozwolił mu jednak wejść głębiej.
– Jesteś taka cholernie ciasna. Naprawdę szkoda, że jestem Bastardem, który dotrzymuje obietnic złożonych swoim braciom. Będziesz musiała przypomnieć o tym Bearowi, gdy już go zobaczysz. – Wyjął ze mnie palec. Poczułam, jak moje wnętrze pulsuje, podrażnione. Odkleiłam policzek od dywanu i odwróciłam się, by spojrzeć na Chopa, który puścił do mnie oko i oblizał palec. – Smakujesz tak dobrze, złotko. Wielka szkoda, że musimy zrujnować to twoje drobne ciałko, bo przydałaby nam się tutaj nowa cipka.
Chop odpiął pasek i opuścił spodnie jedną ręką, wciąż górując nade mną i trzymając mnie drugą. Jego ogromna erekcja wyskoczyła ze spodni, a ja odwróciłam głowę i wbiłam spojrzenie w podłogę, bo nie chciałam patrzeć na to, co zaraz poczuję. Zacisnęłam uda, by nie dać się dotknąć, ale gdy Chop uderzył mnie znowu w twarz, pozbawiło mnie to woli walki. Zakręciło mi się w głowie, którą musiałam położyć na dywanie. Próbowałam znowu ją podnieść, ale szyja nie mogła jej utrzymać. Głowa była za ciężka. To było dla mnie za wiele.
Chop puścił moje ramiona, gdy poczuł, że się poddałam, a potem kolanem rozsunął mi szerzej nogi. Poczułam na plecach jego gorącą i ciężką erekcję. Wyszeptał mi do ucha lodowate, bezlitosne słowa.
– Rozciągnę ci tę małą dziurkę w dupie. Wejdę na sucho, więc będzie kurewsko bolało. – Przesunął zębami po moim uchu i ugryzł mnie. – Ale najpierw chcę sprawdzić, czy ta dupka jest naprawdę ciasna.
Wcisnął we mnie kciuk. Ogarnął mnie ból tak potężny, jakby ktoś mnie dźgał. Im głębiej wbijał palec, tym ból był większy. A sztylety bardziej wyszczerbione.
Wykorzystałam resztki sił, by się odezwać.
– A ty mówisz, że to Bear nie jest już mężczyzną.
– Co powiedziałaś, maleńka? – zapytał Chop, wbijając głębiej palec, aż opadłam na ramię, które mnie trzymało.
– Powiedziałeś, że Bear nie jest mężczyzną. To ty nim nie jesteś. Jesteś niczym. Zwykłym, kurwa, śmieciem! –zawyłam głośno, gdy ból się nasilił.
– A ja chciałem być na tyle miły, by cię rozgrzać. –Chop wyjął ze mnie kciuk, lecz ulga, którą poczułam, była tylko tymczasowa, bo po chwili złapał się za swoją laskę i przycisnął ją mocno do ciasnej dziury, którą przed chwilą skończył ranić. – Ale z tym koniec. – Próbowałam przygotować się mentalnie na ból, ale nic nie przygotowałoby mnie na to, co miało nadejść.
Wiedziałam, że rozerwie mnie na pół.
Poczułam, jak zaczyna się we mnie wpychać. Ogarnął mnie ostry ból.
A potem to wszystko zniknęło.
Chop też zniknął.
Okna eksplodowały, milion kawałków szkła rozsypało się po pokoju. Wbiły mi się w skórę niczym ostre gwiazdki ninja do rzucania.
Pokój wirował. Wszystko wirowało.
Słyszałam krzyki, szuranie i uderzenia dobiegające z korytarza. Nagle drzwi otworzyły się i trzasnęły kilka razy.
Twarda podłoga pode mną zniknęła, zastąpiona kołysaniem, podrzucaniem i cichym pomrukiem jakiegoś pojazdu.
Z trudem otworzyłam zapuchnięte oczy.
– Kim jesteś? – zapytałam. Kierowcę spowijały cienie. Wycieraczki nie nadążały oczyszczać szyby, deszcz padał tak intensywnie.
– Jestem Gus – powiedział spokojnie, bez cienia emocji w głosie.
– Hej, Gus – wymruczałam półprzytomnie, gdy świat wciąż kręcił się wokół. Oparłam głowę o okno pasażera.
Gus, deszcz, siedziba gangu, Chop, rodzice, to wszystko zaczęło zanikać coraz bardziej, aż otoczyła mnie nicość. Cudowna nicość. Chciałam trwać w niej tak długo, jak długo mogła mnie ogarniać.
Życie w permanentnym stanie nicości wydawało się świetnym pomysłem.
Może tak właśnie wygląda śmierć?
Czy ja umierałam?
Nie wiedziałam, ale szczerze powiedziawszy, w tym momencie…
Miałam to w dupie.
Czerń po mnie przyszła. Nie walczyłam z nią. Zamknęłam oczy i pozwoliłam, by pochłonęła mnie całą. Przyjęłam ją z radością. Część mnie miała nadzieję, że tak już będzie zawsze. Nie chciałam się obudzić i zmierzyć z rzeczywistością, z tym, czym stało się moje życie w tak krótkim czasie.
To w ogóle nie było życie.
To był koszmar.
ROZDZIAŁ 5
BEAR
Nie byłem pijany.
Byłem, kurwa, narąbany w trzy dupy.
Trzeba wymyślić nowe słowo na ten stan odurzenia, w jakim się znajdowałem.
Ścisnąłem w dłoni ciemne włosy i pociągnąłem mocno, a bezimienna kobieta, która lizała mi jaja, jęknęła. Jej przyjaciółka, również brunetka, lecz z krótszymi włosami, założyła kondom na mojego fiuta i usiadła na nim.
W pokoju motelowym było ciemno. Grube zasłony zostały zaciągnięte i mogło być południe, a ja nawet bym o tym nie wiedział.
Dzień, noc… Wszystko się ze sobą mieszało.
Śmierdziało spermą, potem i trawką. Nie było wątpliwości, co się tu działo, odkąd się tu zjawiłem. Chociaż nie wiedziałem, ile dokładnie dni minęło.
Sen nie miał sensu, bo nawet, gdy zasypiałem, nie potrafiłem odpocząć. A to dlatego, że męczyły mnie koszmary, których chciałem uniknąć, a także z powodu sporej ilości wciąganej kokainy.
Czy w ogóle doszedłem? Jakie to było żałosne.
A jeszcze gorsze było to, że miałem to gdzieś.
Nawet nie obchodziło mnie to, że siedziałem tu z dwiema dziewczynami – mogło ich być dwa tysiące, wszystkie gotowe i mokre, pochylone i czekające na mnie, a i tak niczego by to nie zmieniło.
Cokolwiek się stało, przynajmniej już się skończyło.
Nawet nie pamiętałem, gdzie poznałem te dziewczyny, a tym bardziej kiedy. Nie znalem ich imion, bo nigdy o to nie zapytałem. Jednak sądząc po ich wyglądzie, to nie było ich pierwsze rodeo. Może nie były klubowymi dziwkami, ale rozpoznałbym ten gatunek z najwyższego szczytu. Wyglądały jak typowe suki gangu Beach Bastards.
Poczułem nagłe i silne pragnienie, by zostać sam.
W tej chwili.
Zapaliłem papierosa i rzuciłem zapalniczkę na szafkę nocną. Patrzyłem, jak kręci się wokół własnej osi, a potem spada z brzegu szafki.
– Wynoście się, kurwa! – warknąłem, machając ręką w stronę drzwi. Musiałem zmrużyć oczy, by sprawdzić, czy nie wskazuję na drzwi do łazienki.
Nie, jednak pokazałem na wyjściowe. Udało mi się.
Ruszyły się, by opuścić pokój niczym karaluchy, gdy zapala się światło. Krótkowłosa laska zaczęła szukać swoich ubrań i butów. Gdy je znalazła, potrząsnęła drugą dziewczyną, która wciąż leżała na łóżku na brzuchu, naga.
– Clarissa, musimy, kurwa, iść. – Spiorunowała mnie wzrokiem, a potem dodała: – Teraz, Clarissa, w tej chwili!
Clarissa jęknęła i odwróciła się na bok, przyciskając kołdrę do obfitych piersi.
– Ja tu, kurwa, śpię, Julie. Daj mi spokój. Babcia przyjedzie po nas później, do kościoła dopiero na dwunastą. Dzisiaj mogę się wyspać.
Julie dalej próbowała dobudzić przyjaciółkę, ale bez skutku.
Z każdym tyknięciem zegara na ścianie czułem coraz wyraźniej, jak krew się we mnie gotuje. Druga wskazówka zbliżyła się do dziesiątki i dźwięk, który wydał wtedy z siebie zegar, zabrzmiał w moich uszach jak grzmot.
Podniosłem ze stołu ciężką szklaną popielnicę i rzuciłem nią o ścianę, wybijając w niej dziurę wielkości piłki do bejsbola. Odgłos, który rozległ się nagle w tej ciszy, był jak tornado uderzające w okno. Popiół wyleciał z dziury w ścianie, a w pomieszczeniu uniósł się smród starych papierosów.
Clarissa zerwała się z łóżka, zaalarmowana i rozbudzona, jakby wcale nie spała przez kilka ostatnich godzin. Po drodze do drzwi wzięła torebkę i tę żałosną, skąpą kieckę. Zostawiła w pokoju swoje buty i nie zamknęła drzwi. Julie deptała jej po piętach. Obie wybiegły nagie. Na zewnątrz było tak jasno, że przed oczami zrobiło mi się biało.
Najwyraźniej to miała być odpowiedź na moje pytanie, czy był dzień, czy noc.
Wstałem z łóżka i chwiejąc się, ruszyłem do drzwi, osłaniając oczy. Zatrzasnąłem je, a potem się odwróciłem i opadłem na twardy materac.
Strzepałem popiół z papierosa na podłogę. Sądząc po dziurach w dywanie, nie ja pierwszy tak robiłem. Po drugiej stronie łóżka stała do połowy pusta butelka jacka danielsa, która mnie do siebie wzywała. Złapałem ją za szyjkę i odchyliłem głowę, by wlać sobie bursztynowy płyn prosto do ust. Nawet nie dotknąłem wargami gwintu, wolałem, by alkohol szybciej spłynął mi do gardła. Piłem dużymi łykami, aż przełyk zaczął mi płonąć, a butelka opustoszała. Pozwoliłem głowie opaść na poduszkę, która pachniała jak cipka. Rzuciłem ją na podłogę i położyłem głowę na materacu.
Cóż, naprawdę zajebiście sobie z tym wszystkim radzisz, Troskliwy Misiu – w mojej głowie rozległ się głos zmarłego przyjaciela. Preppy był teraz tak realny, jak gdyby siedział na skraju łóżka obok mnie. Zawsze jestem chętny na imprezę, ale to nie jest żadna, kurwa, impreza. W takim miejscu imprezy się kończą. Ten skurwiel potrzebuje jednego zastrzyku prosto w serce, jak w „Pulp Fiction”.
– Kurwa, zamknij się, Preppy. Czy martwi nie powinni milczeć? Bo jeśli tak, mój nieżywy przyjacielu, to kiepsko ci idzie bycie martwym – powiedziałem na głos.
Och, myślałeś, że śmierć mnie uciszy? To słodkie. Ale ja jeszcze, kurwa, nie skończyłem, Troskliwy Misiu. Byłeś naprawdę nieuprzejmy dla tych dziwek, a przecież dziwki to mój ulubiony gatunek człowieka. Niefajnie, stary. Niefajnie.
– Zapamiętam to sobie – oznajmiłem, a pokój zaczął wirować. Zamknąłem oczy, by powtrzymać tę karuzelę, ale to nie podziałało. Zrzuciłem jedną nogę z łóżka i przycisnąłem ją do podłogi, ale byłem zbyt pijany, by ta sztuczka zadziałała.
Kiedy znowu otworzyłem oczy, pokój kręcił się szybciej i mógłbym przysiąc, że Preppy stoi nade mną i patrzy na mnie z marsową miną, chociaż jego twarz zawsze wyglądała na wesołą. Jego muszka troiła mi się w oczach, aż w końcu stała się jedną ciemną plamą uniemożliwiającą mi widzenie.
Widziałem mojego martwego przyjaciela.
Miałem rację.
Jeszcze nigdy nie byłem tak pijany.
To twoje użalanie się nad sobą zaczyna przyprawiać mnie o depresję, a jestem przecież, kurwa, martwy!
To była ostatnia rzecz, którą usłyszałem lub pomyślałem czy jakkolwiek można określić tę dziwną komunikację, która miała miejsce w moim popieprzonym mózgu, a potem wzrok całkowicie zaszedł mi czernią.
Jednak nawet ogromne ilości whisky nie mogły mnie uchronić przed koszmarami.
Czuję żar tuż przy boku, jest tak silny, że mnie pali. Słyszę trzaskanie ognia, a gdy otwieram oczy, widzę iskry unoszące się w powietrzu. Skóra mi się pali, kiedy jedna z tych iskier opada na moją szyję.
Próbuję wstać, ale nie mogę. Nie jestem w stanie nawet ruszyć ręką.
Leżę na brzuchu, na kilku ustawionych obok siebie plastikowych krzesłach.
Jestem związany.
Wokół mnie stoi kilku mężczyzn. Śmieją się. Dźgają. Uderzają po twarzy. Kopią po bokach. W którymś momencie jedno z krzeseł się przewraca, a ja upadam na ziemię. Jestem pewny, że złamałem sobie żebro, uderzywszy o cegłę okalającą palenisko. Słyszę, że ktoś każe mnie natychmiast podnieść, i właśnie tak się dzieje.
Kiedy ponownie ustawiają krzesła, unoszę głowę i widzę Elego – człowieka odpowiedzialnego za mój obecny stan. Siedzi ze skrzyżowanymi nogami i pali papierosa. Kiedy dym ulatuje w powietrze, a ja mogę zobaczyć w końcu jego twarz, zauważam, że się uśmiecha. Właśnie ten uśmiech chciałem wyciąć z jego twarzy.
Ściągnięto mi spodnie. Próbuję krzyczeć, protestować, ale mam knebel w ustach. Jeden z mężczyzn kładzie ręce na moich pośladkach i rozsuwa je. Wkładają mi do dupy jakiś przedmiot, a ja krzyczę z bólu, gdy oni robią to raz po raz. Skupiam się na tym, co z nimi zrobię, kiedy już będę wolny i nie będę mdlał z bólu.
Bo będę wolny.
Nie taka śmierć jest mi pisana.
Myślę o zemście. Będę szczypcami usuwał im jeden ząb po drugim. Jeden facet z klubu wie, jak to robić tak, by bolało najbardziej. Ofiara umiera powolną śmiercią z powodu wyrwanych zębów. Oczywiście najpierw usunę im jelita przez dziurę w dupie, używając do tego klucza francuskiego.
Myślą, że to, co mi robią, to tortury.
Ci skurwiele nie mają bladego pojęcia, czym są tortury.
Zamarłem do tego stopnia, że jeden z nich pyta drugiego, czy zemdlałem. Mam zamknięte oczy, gdy nagle czuję kogoś przed sobą. Wbija mi palec w oko, ale ja nie reaguję. Nigdy nie zaznałem tak okropnego bólu, jak w ciągu ostatnich minut, ale odnalazłem w sobie oazę spokoju i nie opuszczę jej, dopóki nie zabiję każdego z tych popierdoleńców. Oszczędzam energię na później, gdy będzie mi potrzebna.
Jestem członkiem gangu Beach Bastards.
Suki celowały we mnie z broni, odkąd moje imię pojawiło się na akcie urodzenia.
Nie pierwszy raz zostałem związany, nie pierwszy raz mnie torturują.
I pewnie nie ostatni.
Ale jestem przekonany, że tutaj nie umrę.
Nie ma mowy.
Usuwają mi knebel, a ja słyszę niedający się podrobić dźwięk rozpinanego rozporka. Niemal uśmiecham się sam do siebie, bo wiem, co się zaraz stanie.
Ale on tego nie wie.
Śmieje się do swoich przyjaciół, wpychając mi w usta swojego małego kutasa. Walczę z gulą rosnącą w moim gardle. To odruch wymiotny. Ale nie mogę się ruszyć jeszcze przez kilka sekund.
To najdłuższe trzy sekundy mojego życia.
Zaciskam zęby na jego fiucie, aż spotykają się pośrodku. Kiedy zaczyna krzyczeć i próbuje się wyrwać, szarpnięciem odchylam głowę na bok i zaciskam zęby mocniej.
Ciepła krew o miedzianym smaku wypełnia moje usta. Śmieję się, gdy on zaczyna podskakiwać z bólu dookoła.
Śmieję się niekontrolowanie, a krew wypływa mi z ust. Wypluwam na ziemię to, co zostało z jego małego fiuta.
Rozlega się dźwięk wystrzału, ciała zaczynają padać wokół mnie. Słyszę eksplozję w okolicy ogniska i nagle wylatuję w powietrze. Ląduję z głuchym hukiem na trawie i czekam. Aż zostanę rozwiązany.
Wiem, że to King.
Wiem, że po mnie przyszedł.
I wiem, że nadszedł czas na zabijanie.
W sekundzie King zaciąga związanego i na wpół przytomnego Elego do swojej ciężarówki, a ja wpakowuję kulkę w jednego z ludzi Elego stojącego na pomoście. Wtedy słyszę głos. Nagle już nie jestem pokryty krwią i nie zabijam. Siedzę obok najpiękniejszej dziewczyny, jaką w życiu widziałem.
Dziewczyny mojego najlepszego przyjaciela.
Dziewczyny Kinga.
– Byłabym dla ciebie dobrą motocyklową dziwką – mówi, a fiut niemal staje mi w spodniach. Jej duże niebieskie oczy są rozbiegane, a źrenice przypominają wielkością zasrany księżyc, jednak patrzy na mnie w taki sposób, że odnoszę wrażenie, jakby przeszywała mnie tym wzrokiem na wskroś. Jakby potrafiła przejrzeć na wylot moje kłamstwa, przebić fasadę motocyklisty i dostrzec mężczyznę w środku. W tej chwili ona jest jedyną osobą, która nie zwraca uwagi na tę kamizelkę, ale chyba mam zapędy masochistyczne, bo jestem skłonny cierpieć z powodu gniewu Kinga, byle tylko z nią być.
Nawet nie obchodzi mnie to, że jest pijana – dzięki temu łatwiej będzie mi powiedzieć jej to, co mam zamiar wyznać. Jednak teraz chcę tylko poczuć na sobie jej usta. Różowe, pełne, piękne. Wyobrażam sobie, jak obejmują mojego fiuta. Robi mi się ciasno w spodniach, gdy penis stwierdza, że ten pomysł podoba mu się tak bardzo, jak mnie. Gdy słyszę za sobą dźwięk odbezpieczanego pistoletu, wiem, że stoi tam King. To kliknięcie oznacza łaskę, bo jestem jego przyjacielem. Wiem z pierwszej ręki, że ci, który znajdują się na końcu lufy jego pistoletu, nie dostają żadnego ostrzeżenia. Znowu patrzę na dziewczynę, którą nazywają Doe. Pragnę jej tak bardzo, że niemal czuję na języku jej smak.
Rozważam zignorowanie przyjaciela i przyjęcie kulki.
Myślę, że ona byłaby tego warta.
Jest zła na Kinga i ma do tego prawo. Właśnie nakryła go z jakąś suką. Niemal chcę przyłożyć temu skurwielowi za to, że ją zasmucił. Ale cóż…
Powiem Kingowi, by się odpieprzył. Powiem, by mnie zastrzelił, jeśli naprawdę tego chce. Bo ja uważam, że w tej chwili próbuję naprawić to, co poszło nie tak. Nigdy nie powinienem był jej wysyłać do Kinga na tamtym przyjęciu. Powinienem był zabrać ją do swojego łóżka, gdy tylko ją ujrzałem, i tam ją zatrzymać.
Zamiast tego wykazałem się głupotą i odprawiłem ją do Kinga. I dzięki niej na jego twarzy pojawił się uśmiech.
A przecież ten skurwiel nigdy się nie uśmiechał.
Doe odwraca się i patrzy na Kinga. Teraz zauważam, co do niego czuje pomimo gniewu i zranienia. Nigdy wcześniej nie widziałem prawdziwej miłości, lecz w tej chwili wiem, że to jest to, i skręca mnie od tego w żołądku. To, co widzę, jest prawdziwym uczuciem. Cholera, niemal czuję to na własnej skórze. To jak napięcie elektryczne, które przebiega między nimi.
Z niemal fizycznym bólem odsuwam od niej ramiona, którymi ją obejmowałem, bo wiem, że to ostatni raz, gdy jej dotknąłem. Ona nie należy do mnie. Nigdy nie należała.
I nigdy nie będzie należeć.
Przechodzę obok Kinga i szturcham go ramieniem, mówiąc w ten sposób uprzejmie, by się pieprzył. Kiedy wracam do domu, klękam na podłodze, bo czuję kłucie w piersi. To tak okropny ból, że przez chwilę sądzę, że skurwiel zmienił zdanie i jednak mnie postrzelił. Albo to, albo mam zawał serca.
Lecz potem mrugam i widzę mojego przyjaciela Preppy’ego. Krew sączy się z dziury w jego piersi. On znowu umiera na moich oczach. Życie gaśnie w jego źrenicach, a ból w mojej piersi się nasila. Patrzę w dół i widzę w swojej piersi dziurę, dokładnie w tym samym miejscu, co u Preppy’ego. Ból staje się nieznośny.
Ten ból nie jest skutkiem żadnej kuli.
Czuję ból, bo go nie uratowałem.
A potem zostaję zaatakowany przez rój pszczół.
BZZZZZ. BZZZZZ. BZZZZZ.
Pszczoły?
BZZZZZ. BZZZZZ. BZZZZZ.
Moja komórka leży na stole i wibruje, podskakując w rytm tej samej kiczowatej melodii, jaką miały wszystkie moje komórki. To jakaś pieprzona radosna melodyjka, która nigdy nie pasowała do mojego nastroju.
Odetchnąłem z ulgą, gdy przestała wibrować i mogłem znowu wtulić twarz w materac.
Trzy sekundy później znowu zadzwoniła, a ja zignorowałem ją po raz kolejny.
Po trzech sekundach znowu się odezwała.
Tylko jedna osoba miała mój numer, a gdy opuściłem Logan’s Beach, dzwoniła do mnie każdego dnia.
Nigdy nie odbierałem.
Potem dzwoniła co tydzień.
Wciąż nie odbierałem.
Kiedy telefony całkowicie ustały, poczułem ulgę, ale jednocześnie mnie to zabolało.
Telefon zadzwonił po raz czwarty i tym razem już nie mogłem tego wytrzymać. Wyciągnąłem rękę i nacisnąłem zielony przycisk, przykładając aparat bez słowa do ucha.
– Bear? Bear, czy to ty? – zapytał kobiecy głos.
Doe.
– Tak się cieszę, że odebrałeś. Nie musisz nic mówić, ale koniecznie wróć do domu. Coś się stało – powiedziała głosem podszytym zmartwieniem. Słyszałem to wyraźnie, mimo mgły otaczającej mój umysł.
Szybko usiadłem na łóżku. Zbyt szybko, bo zobaczyłem gwiazdki przed oczami.
– Nie wiem nawet, jak zacząć. Chodzi po prostu o to, że… – zamilkła i odniosłem wrażenie, że zakryła słuchawkę ręką. – Ale ty jesteś upierdliwy. – Usłyszałem jakieś zamieszanie, jakby telefon został podany komuś innemu. Dokładnie wiedziałem komu, chociaż dopiero po chwili usłyszałem: – Pożałujesz tego niewyparzonego języka, gdy dzieci pójdą spać.
Nie musiałem tego wysłuchiwać. Wystarczyło, że męczyłem się z pulsującym bólem głowy i musiałem skupić się na tym, by go jakoś złagodzić.
– Jesteś tam? – zapytał King.
Odpowiedziałem jękiem przy dźwięku zapalniczki, którą odpaliłem papieros. Dym otworzył mi płuca, a w mózgu pojawiło się na tyle dużo nikotyny, by moja głowa znów zaczęła działać. – Jestem – powiedziałem zachrypniętym głosem, w razie gdyby nie słyszał mojego stęknięcia. Sięgnąłem po butelkę jacka danielsa, ale okazała się pusta.
Przechyliłem ją i otworzyłem usta, by resztki skapnęły mi na język. Jedna kropla, druga, trzecia, koniec.
– Brzmisz, kurwa, okropnie – ocenił King.
– Ciebie też miło słyszeć – odparłem śpiewnym głosem.
– Mamy tu ciężki przypadek i to jest ważniejsze niż dźwięk twojego cholernego głosu. Bardzo chciałbym się tym za ciebie zająć, ale nie wiem nawet, od czego zacząć.
– Co?
– Gus tu przyjechał…
Jasna cholera.
Zeskoczyłem z łóżka, ale stało się to zbyt szybko, bo upadłem na podłogę z hukiem. Telefon prześlizgnął się po podłodze. Obróciłem się na plecy i podniosłem aparat, po czym przyłożyłem go do ucha.
„Przynajmniej nie upuściłem papierosa”, pomyślałem, robiąc zeza, by spojrzeć na fajkę wciąż tkwiącą między moimi ustami.
– Co tam się, kurwa, dzieje? – zapytał King.
Spojrzałem na zegar stojący na szafce nocnej.
