Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Historie z dreszczykiem, szczyptą grozy i solidną porcją absurdu
Opowieści z „Pergaminowych andrutów” rozgrywają się w świecie pełnym niepokoju, tajemnic i… zaskoczeń.
„Felerne kluczyki” przenoszą czytelników do Poznania, do 1977 roku, gdzie trwa śledztwo w sprawie tajemniczego zniknięcia dyrektora instytutu badawczego oraz kosmetyczki. Młody kapitan milicji, niedoszły fizyk, próbuje rozwikłać zagadkę, posiłkując się odważnymi teoriami, jednak jego zwierzchnik, major Waldemar Jaszczur, woli ufać własnej intuicji. Podczas starcia dwóch hipotez wychodzi na jaw, że klucz do tajemnicy jest wyjątkowo… dosłowny.
„Venus” z jeziora opowiada o pracowniku nowotomyskiego GS-u, który w 1976 roku natrafia w lesie na wycieńczoną i przestraszoną rybkę. W odruchu serca próbuje pomóc jej jak zwykłemu stworzeniu, ale szybko przekonuje się, że ma do czynienia z czymś, co wymyka się racjonalnemu pojmowaniu.
Obie historie łączy specyficzna aura lat siedemdziesiątych, szczypta lovecraftowskiego niepokoju i… obecność pięknej, tajemniczej kobiety. Oprócz nich w zbiorze znajdują się opowiadania z kultowej, przesyconej realizmem magicznym „Sztuki kaligrafii”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 270
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dariusz M. Preisler
Pergaminowe andruty
„Potrzebujemy sztuki, inaczej prawda nas zniszczy” – twierdził Friedrich Nietzsche. Można rzec, że analogicznie brak fantazji, dosłowność, zanik głębi, a nawet racjonalność i zdrowy rozsądek mogą być antagonistami wyobraźni, wielobarwności, nietypowości, wyjątkowości czy wreszcie magiczności.
Proza Dariusza M. Preislera to bezsprzecznie mocny głos sprzeciwiający się jednoznaczności, układności, więzom logiki czy oczywistości. Trudno jednoznacznie zaszufladkować jego pisarstwo, z pewnością jednak dołącza do nurtu realizmu magicznego, uprawianego przez tak znamienite postaci literatury jak Jorge Luis Borges, Michaił Bułhakow, Julio Cortázar, Isabel Allende czy Günter Grass. Historie zebrane w „Pergaminowych andrutach” zaczynają się niepozornie, prozaicznie, momentami przyjmując niemal formę reportażu, by po chwili niespodziewanie, jak wezbrana fala, niepokoić, trwożyć, przenosić w zupełnie inny, być może równoległy wymiar.
Pisarz stosuje bowiem metodę suspensu. W okamgnieniu jeden świat znika i pojawia się nowy, na wskroś odmienny. Wówczas nic już nie jest realistyczne, wszystko staje się wyłącznie magiczne. Pióro autora zwodzi i uwodzi – misternie, a nawet podstępnie, wciąga w tę grę. I mruga do nas porozumiewawczo, byśmy nie traktowali życia tak serio. Preisler kreuje bohaterów z krwi i kości, do bólu autentycznych, by za moment pozwolić im ulec przemianie i odegrać niecodzienną rolę. Uwięzieni w potrzasku, uwikłani w sytuacje bez wyjścia, próbują odnaleźć się w kompletnie zmienionej rzeczywistości. Poznajemy ich bez zbędnych wprowadzeń, wpadając od razu w sam środek wydarzeń, a także w wiernie oddany klimat minionych czasów, których opisy mają niemalże historyczne walory.
Lektura „Pergaminowych andrutów” wywołuje nieodparte wrażenie, że jest się tam, razem z nimi, ponieważ siłą prozy Preislera jest autentyczność. Jego postaci to nie są muzealne manekiny. Próżno szukać tu pseudoerudycyjnych popisów, silenia się czy schlebiania czytelnikowi. Nie ma tu – jak by rzekł Witold Gombrowicz – „bratania się z ludem”. Autor nie funduje bowiem oczywistych happy endów. Daje znacznie więcej: zaskoczenie, zdziwienie i filozoficzną zadumę. Taką, która nie ulatnia się po ostatniej kropce.
Haruki Murakami w rozmowie ze słynnym japońskim dyrygentem Seijim Ozawą stwierdził, że „bez dobrego słuchu nie da się pisać powieści”, a „ludzie piszący teksty pozbawione rytmu nie bardzo nadają się na pisarzy”. O samym sobie mówił zaś: „piszę tak, jakbym tworzył muzykę”. Podobnie Oriana Fallaci na kartach „Wściekłości i dumy” zdradza jedną z tajemnic stosowanej metody twórczej: „Dbam o rytm frazy, o kadencje strony, o dźwięk słów – o metrum. I biada asonansom, rymom, nieproszonym powtórzeniom. Dla mnie forma jest równie ważna jak substancja, treść”. Tę rytmiczność widać również w prozie Preislera. Być może dlatego tak dobrze się ją czyta, zwłaszcza tym, którzy mają puls muzyki we krwi. Muzykalność autora – będącego także czynnym muzykiem – warto tu podkreślić szczególnie, ponieważ ta zaleta jego pisarstwa bywa niedoceniana nawet przez krytyków literackich.
Każde z opowiadań, które składają się na „Pergaminowe andruty”, jest na wskroś sugestywne, wyraziste, obrazowe – są niczym gotowe scenariusze na niejeden miniserial. Trudno się oderwać. Czyta się jednym tchem.
Lech Nawrocki – poeta, aforysta, prozaik, kompozytor
W pewien popołudniowy wtorek, kwadrans do siedemnastej, przy parku Wilsona w Poznaniu sciurus vulgaris, potocznie zwana rudą kitą, upychała żołędzie do dziupli. Chcąc zdążyć przed zmrokiem, pracowała jak maszyna, z żelazną konsekwencją i perfekcyjnie. Pośpiech uzasadniał dodatkowo dogodny moment, kiedy to w parku jest spokojniej, pojawia się mniej kobiet z hałaśliwie beczącymi gzubami w szportkach. Magazynowanie, składowanie, pozycjonowanie przerywała co kilkanaście sekund, by rozejrzeć się dookoła i ocenić, czy poważne zagrożenie stanowić może podejrzanie wyglądający człowiek w jasnym garniturze. Od kwadransa kręcił się i dreptał po chodniku, wyginał ciało, wykręcał ręce, klepał po klatce piersiowej, przypominając tańczącego szamana z dalekiej wioski Ameryki. Wyraźnie ją tym irytował i dekoncentrował. Robił to zaledwie kilkanaście metrów od jej wielopokoleniowej spiżarni w dębie.
Tymczasem ów człowiek nie tańczył, tylko szukał kluczyków do swojej Łady 2101, i rzeczywiście, po raz już nie wiadomo który po kolei wkładał ręce do każdej kieszeni w nadziei, że w końcu wyczuje pod palcami znajomy kształt. Pochłonięty do reszty, nie miał zielonego pojęcia, że jest bacznie obserwowany z wysokości kilku metrów z dobrze zakamuflowanego punktu obserwacyjnego wiewiórki.
Z czasem popołudnie płynnie dogoniło wczesny wieczór, gałęzie uderzyły w poważniejsze tony, mroczniej szeleszcząc, trzęsąc konarami, by porozrzucać zbędne uschłe liście. Wraz z nieubłaganie zapadającą szarówką nadzieja w poszukującym kluczy mężczyźnie gasła. Jak to było – myślał. Zatrzymałem auto tuż obok kiosku Ruchu, żeby kupić „Express Wieczorny”. Stanąłem w kolejce. Przede mną były cztery osoby, za mną ustawiły się jeszcze dwie. Cały czas patrzyłem na samochód, bo zapomniałem wyjąć ze środka skórzaną teczkę. Zostawiłem ją na dywaniku po stronie pasażera. Wyjąłem portmonetkę i zapłaciłem kioskarzowi. Portmonetkę schowałem do kieszeni spodni, a gazetę zgiąłem i włożyłem pod pachę. Przed kioskiem jest beton, gdyby wtedy kluczyki wypadły mi z kieszeni, usłyszałbym brzdęk. Wniosek: musiały mi wypaść, kiedy wysiadałem z samochodu.
Wiewiórka odetchnęła z ulgą, kiedy człowiek oddalił się od jej magazynu i udał w stronę auta. Ukląkł na chodniku, zajrzał pod podwozie, mając nadzieję, że coś srebrnego i świecącego w końcu błyśnie w cieniu. Leżąc plackiem w rynsztoku, grzebiąc palcami w błocku, w kółko przywoływał w pamięci sytuację sprzed kiosku, aż usłyszał kobiecy głos:
– Czy mogę panu jakoś pomóc?
Z perspektywy kilkudziesięciu centymetrów od krawężnika ujrzał piękne zgrabne nogi w beżowych szpileczkach. Nieco wyżej – zakrywającą je do połowy kolan jasną jedwabną sukienkę w czerwone maczki. Momentalnie poczuł uzasadniony wstyd z powodu swojej niemęskiej, wręcz karykaturalnej pozycji. Bez namysłu, energicznie powstał i wyprostował się jak młody lekkoatleta.
Przed sobą zobaczył nieziemsko piękną kobietę. Szatynka o skórze delikatnie opalonej, prawie przezroczystej, spoglądała na niego rozbrajająco ciepło. Pomimo że to ona odezwała się pierwsza, wyczuwał w niej skromność, a nawet nieśmiałość. Ukłuło go to w sercu, trzepnęło jak elektryka po dotknięciu kabli pod wysokim napięciem – zakochał się od pierwszego wejrzenia.
Kobieta majestatycznie przełożyła amarantowe bolerko przez lewy łokieć, na którym zwisała mała zielona torebeczka, i podała mu prawą dłoń. Chciał, lecz nie odważył się odwzajemnić uścisku swą utytłaną dłonią. Cała ta scena stawiała go w reflektorowym świetle upokorzenia.
Sciurus vulgaris w tym samym czasie skończyła liczyć żołędzie, taksując dzisiejszy zbiór. Rzuciwszy okiem na niebo, uznała, że czas udać się na zasłużony wypoczynek.
– Bardzo panią przepraszam za tę ekwilibrystykę, zgubiłem kluczyki i odnoszę wrażenie, że pozostał mi już tylko ślusarz – odparł speszony.
– Mam na imię Irena, to moja ulubiona ławeczka. – Kobieta skinęła w stronę parku. – Kiedy tylko czas mi pozwala, siadam tu i słucham śpiewu ptaków. Przepraszam, że tak znienacka pytam. Może jestem niedyskretna. Po prostu obserwowałam pana poczynania i uznałam, że mogę pomóc. Pracuję w zakładzie kosmetycznym i zawsze noszę przy sobie przynajmniej jeden mały pilnik do paznokci. – To powiedziawszy, otworzyła zieloną torebeczkę i niczym prestidigitator ukazała malachitowe etui.
– Jestem trochę zaskoczony. Nie wiem, co powiedzieć. Przede wszystkim mam na imię H-henr-ryk – zająknął się z powodu braku powietrza w przeponie – nazywam się Henryk Szaferski. Proszę wybaczyć, że nie przywitam się, ale sama pani widzi… – Podniósł ręce i pokręcił nimi, jakby wkręcał żarówki. Wyraźnie zakłopotany, wygiął wargi w wymuszonym uśmiechu.
– Proszę się nie krępować – odparła kobieta spokojnie. – Widziałam kiedyś, jak jeden pan tak otwierał Fiata swego kolegi, kiedy ten zatrzasnął kluczyki w środku. Zdaje się, że trzeba go będzie delikatnie zgiąć, jeśli pęknie, to może mi go pan odkupić.
Henryk momentalnie przejrzał w pamięci miejsca w Poznaniu, gdzie można kupić pilnik do paznokci, i żadnego nie znalazł.
– Prawdę powiedziawszy, jest po osiemnastej, chyba nie ma szans na ślusarza o tej porze. Jeśli więc pani taka uprzejma… mogę spróbować.
Kiedy podawała mu etui, musnęła opuszkami palców mankiet jego koszuli, i wtedy poczuł dreszcz, i wstyd, że stoi jak flejtuch łapserdak przed Boginią, która wyciąga do niego delikatne dłonie, a on nie dość, że nie może nawet jej szarmancko pocałować w rękę, to jest brudny, poplamiony, zdezorientowany i nie wie, jak z tej całej sytuacji wybrnąć honorowo.
Pilnik, a właściwie pilniczek, był mały i solidnie wykonany, z porządnej stali. Żeby go zgiąć na kształt czegoś w rodzaju wytrycha i nie połamać, musiał poszukać miejsca odpowiedniego do wykonania dźwigni. Pierwsze, które przyszło mu do głowy, to wnęka zamka. Niosło jednak za sobą ryzyko, że jeśli manewr się nie uda, kawałek pękniętego metalu utknie w nim na wieki. Kolejny punkt, gdzie mógłby to zrobić, to szpara między błotnikiem a drzwiami. Tu z kolei możliwą konsekwencją było zniszczenie lakieru, a co za tym idzie – wygenerowanie dodatkowych kosztów. W końcu wymyślił, że jedynym miejscem znakomicie nadającym się na dźwignię jest… wycieraczka przedniej szyby. Wycieraczki w Ładzie były solidne, całe z chromowanego metalu. Za mocowaniem na tulei znajdował się przegub, a w nim szpara umożliwiająca odchylenie, i to do tej szpary właśnie wymyślił wetknąć pilnik. Nawet jeśli zniszczę wycieraczkę – kalkulował – to koszt zakupu nowej będzie niewspółmiernie niższy do zakupu nowego zamka w Motozbycie czy godzin pracy prywatnego lakiernika.
Zamek Łady nie opierał się długo. Po trzecim razie sprytnego penetrowania do przodu i tyłu, manewrowania w prawo i lewo trzpień blokujący drzwi skoczył do góry jak spławik na jeziorze, uwalniając blokadę. Henryk poczuł sportową satysfakcję z wygrania pierwszej rundy, jak Björn Borg po zwycięstwie w pierwszym secie. Niezwłocznie przystąpił do drugiej rundy, czyli przeszukania auta. Wprawdzie nawet gdyby nie znalazł kluczyków, od biedy potrafiłby odpalić radziecki wehikuł na krótko przez kable. Tylko po co miałby czynić dodatkową sensację, prowokować niepotrzebne pytania cudownie pięknej, acz mimo wszystko nieznanej kobiety?
– Bardzo pani dziękuję za pomoc. Udało się – oznajmił entuzjastycznie.
– Nie ma za co. Teraz niech pan szuka – zachęciła go z ujmującym wdziękiem.
Pierwsze, co sprawdził, to czy teczka leży tam, gdzie ją zostawił. Była. Otworzył schowek. Przestawił latarkę, mapę, apteczkę, szmatkę do szyb, starą żarówkę. Zajrzał między fotele i pod nie, na tylną kanapę, podniósł dywaniki.
Irena przez szybę śledziła starania mężczyzny, widząc zapał i jednocześnie brak rezultatów. W pewnej chwili odezwała się, z subtelną nutą znużenia:
– Muszę już pędzić, ale pan niech się nie spieszy. – To mówiąc, położyła rękę na jego ramieniu, jak trener na wychowanku, który właśnie zajął najbardziej niesprawiedliwe czwarte miejsce na zawodach sportowych.
Henryk wysiadł z auta, po czym wytarł dłonie o i tak brudne spodnie, przekładając teczkę za siedzenie kierowcy.
– Niestety nigdzie ich nie ma – oznajmił głosem przyznającym porażkę. Wręczając nieznajomej umorusany i wykręcony pilniczek, szybko dodał: – A może… – zawahał się. Szybko cofnął rękę, a pilnik zamknął w dłoni jak talizman. – Rzeczywiście odkupię go i w ramach zadośćuczynienia zaproszę panią do Hortexu na kawę i krem sułtański.
Irena spuściła oczy w zakłopotaniu. Dobrze wyczuł wcześniej, że jest w niej ukrywana nieśmiałość.
– Przepraszam, pewnie jestem zbyt bezpośredni. Proponuję jutro o tej samej porze i w tym samym miejscu, czyli tu przy parku i pani ulubionej ławce.
Kobieta, ewidentnie usiłując zmienić temat, spytała:
– Jak to „nie ma”? Może niezbyt dokładnie pan szukał?
– Odnoszę wrażenie, że zajrzałem w każdy zakątek, i niestety. Może… pani sama sprawdzi? Kobiety przecież słyną ze spostrzegawczości. – Mówiąc to, miał nadzieję, że przypodoba się damie i jednocześnie chwilkę dłużej zatrzyma przy sobie.
Uśmiechając się rozbrajająco, udała, że nie dostrzega zasadzki, dając wyraz aprobaty z komplementu. Wsiadła do auta i rozejrzała się. Otworzyła i zamknęła schowek, podniosła dywanik, pochyliła za fotel pasażera i po chwili wyjęła zza niego brzęczące kluczyki.
– Ma pan rację, jesteśmy z tego znane – zaintonowała jak Święty Mikołaj dzwoneczkiem na Boże Narodzenie, podając zgubę zdębiałemu mężczyźnie.
Chwycił kluczyki, jednocześnie przejmując przez skórę resztkę ciepła jej dłoni.
– Wracając do pana pytania… Nie odbieram tego jako nadmierną bezpośredniość. Jeśli chce pan wiedzieć, jutro nie mogę. Jestem już umówiona.
– To kiedy? – nalegał. – Pojutrze, w czwartek?
Kobieta rozkosznie zmarszczyła czoło, jej brwi się podniosły.
– Obawiam się, że w tym tygodniu w ogóle nie dam rady.
Jego oczy momentalnie posmutniały. Bezradnie spuścił wzrok.
– Trudno, zależało mi jedynie, by szybko naprawić straty, jakie pani poniosła.
– Żadne straty, mówiłam już, że pracuję w zakładzie kosmetycznym, mamy dość pilników. Ale skoro pan nalega… – Kobieta zrobiła dzióbek, ściągnęła policzki i wysunęła podbródek. Wyglądało, jakby coś próbowała sobie przypomnieć. Brwi zmieniły się w sztormową falę i zaraz wygładziły. – Zdaje się, że mogę przełożyć spotkanie. Co pan powie na sobotę?
Henryk wypuścił z płuc nagromadzone powietrze jak parowa lokomotywa.
– Sobota jak najbardziej, będę czekał w sobotę, tu, gdzie teraz stoję, o szesnastej. Po kawie zapraszam na przejażdżkę nad jezioro Rusałka.
– No nie wiem, nie wiem. Jeszcze zobaczymy… Tylko proszę zabrać zapasowe kluczyki – zażartowała.
Kiedy podniosła dłoń z pięknymi smukłymi palcami, z nadgarstka zsunęła się srebrna bransoletka i zatrzymała się na przedramieniu. Delikatne jasne włoski na skórze podniosły się, skrząc paletą pawich piór. Odwróciła się na obcasie i zaczęła się oddalać. Stukot szpileczek stawał się coraz cichszy, aż utonął w odgłosach miasta.
Pierwej odezwała się w nim szelmowska fantazja wyrostka, zamierzał pójść za nią i wyśledzić, gdzie mieszka. Fanfaronada szybko pierzchła. Zląkł się konsekwencji, że gotowa wziąć go za zwyrodniałego zboka, takiego, co chowa się w bramach i pokazuje siusiaka przypadkiem napotkanym babkom. Wsiadł do auta, poprawił fotel, spojrzał na dyndający kluczyk jak na najcenniejszą relikwię, przedmiot kultu, hołubił go. Pomyślał, że gdyby był wierzący, zapaliłby w jego intencji świeczkę w barokowej Bazylice kolegiackiej Matki Bożej Nieustającej Pomocy przy Starym Rynku. Ruszył w stronę biura.
***
W Miartexie o dziewiętnastej było cicho. Zdziwił go widok sekretarki Magdy Mateckiej, która dopiero teraz zbierała się do wyjścia. Ujrzawszy Szaferskiego, wyprostowała się i stanęła niemal na baczność, niechcący zrzucając przy okazji pudełeczko spinaczy.
– Pan dyrektor znowu w pracy? – spostrzegła genialnie, w tonie wyrażającym zrozumienie dla poświęcenia szefa. Taktownie nie komentując plam na garniturze. – Czy będę potrzebna panu dyrektorowi?
– Nie, nie, dziękuję, przypomniało mi się, że muszę jeszcze przejrzeć papiery. – Klepnął skórzaną teczkę trzymaną pod pachą. – Proszę korzystać z popołudnia, pani Magdo. – Unosząc lewą rękę, odchylił rękaw marynarki i zerknął na automatyczny złoty zegarek Glashütte. – Właściwie już wczesny wieczór, pani zawsze zostaje tak długo w biurze? – spytał z udawana troską.
Sekretarka chwilę dyskretnie milczała, zabawnie wydmuchując powietrze nosem i łącząc spółgłoski „H” i „M” w „HMM”.
– No wie pan, zdarza się.
Krocząc korytarzem w stronę swojego gabinetu, rzucił przez ramię:
– Zdaje się, że powinienem to uwzględnić w kwartalnej premii.
– Dziękuję, panie dyrektorze. To może jednak coś mogę dla pana zrobić? – dodała tylko kurtuazyjnie, wiedząc, że i tak nie poprosi, by została.
– Nie, nalegam, proszę już iść, poradzę sobie.
Nie dostrzegał konieczności uzewnętrzniania powodu powrotu do biura, choć w pierwszej chwili chciał jej nawet napomknąć, żeby jutro z rana zamówiła drugi komplet kluczyków do auta. Taki dodatkowy komplet na haczyku, zawsze dostępny u niej w drewnianej skrzyneczce przy gaśnicy. Uznał jednak, że nie ma pośpiechu. Zatrzaskiwanie kluczyków ma jednak też dobre strony.
– Poradzę sobie – powtórzył. – Dziękuję.
W rzeczywistości mocno się powstrzymywał, żeby nie przytulić pani Magdy i jej nie pocałować. Emocje buzowały w nim jak rozpasane cielęta na zielonej łące. Tak bardzo pragnął natychmiast wykrzyczeć z siebie szczęście. Że właśnie spotkał prawdopodobnie kobietę swojego życia, że zakochał się od pierwszego wejrzenia i że już wkrótce pójdzie z nią na pierwszą randkę. W głowie dudnił mu refren piosenki Andrzeja Dąbrowskiego:
Do zakochania jeden krok, jeden jedyny krok nic więcej
Do zakochania jeden krok, trzeba go zrobić jak najprędzej
Dopóki się zapala wzrok, dopóki się splatają ręce
Dopóki kusi nocy mrok, do zakochania jeden krok
Do zakochania jeden krok…
Pogwizdując pod nosem, wszedł do gabinetu, ściągnął marynarkę i powiesił na oparciu obrotowego fotela. Dopiero teraz zobaczył, jak brudne miała plecy, dostrzegł też całkiem spore rozdarcie. Potarł strupy błocka, pokruszone spadły na podłogę, warstwa pod nimi już zastygła i mocno wgryzła się w materiał. Dał sobie spokój. Usiadł.
Meble, z pozoru typowe, jak w każdym biurze, pokrywał dębowy fornir ukrywający pod spodem stalową pancerność. Obrócił się i odchylił lanszaft wiejskiej sielanki zakrywający wieko sejfu. Wpisał szyfr i wyjął dwa dziwnie złożone klucze. Jednym z nich otworzył szafę za fotelem, po czym wyjął segregator z rysunkami technicznymi i rozłożył je na biurku. Wprawdzie nie zakładał, że nadgorliwość pani Magdy weźmie górę nad wypoczynkiem po pracy i ta się cofnie; robił to zawsze, z rutyny, na wszelki wypadek – choćby wizyty niespodziewanego gościa, na przykład kolegi z biura. Rysunki ułożył w rzędzie, jeden za drugim, aby ten pod spodem wystawał fragmentem na zewnątrz. Ten prosty zabieg pozwalał mu błyskawicznie zakryć to, co właśnie przeglądał. Następnie drugim kluczem wysunął szufladę i nacisnął ukryty przycisk. W jej wnętrzu pojawiła się kolejna szuflada z zamkiem na inny szyfr. Wbił kombinację sześciu cyfr i pstryknął guziczek. Wyjął opasłą teczkę z czarnym napisem „Departament Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Ściśle tajne. Sikor”, a z niej kilka kartek ze świeżo zapisanymi zeznaniami świadków, plus fotografie zrobione przez tajniaków. Posegregował papiery według dat, materiały o podobnej tematyce spiął spinaczem.
Zbliżał się powoli do zamknięcia sprawy. Inwigilacja grupy i samego gangstera o pseudonimie „Sikor” przynosiła oczekiwany rezultat, między innymi dzięki współpracy zakonspirowanego agenta, jednego z jego żołnierzy. Resort wiedział o planowanych rozbojach i napadach, ale celowo nie podejmował działań, czekając, aż uzbiera się odpowiednia ilość dowodów. Siatka szajki obejmowała cały obszar kraju, interesowały ją przede wszystkim antyki, klejnoty, złoto, dobra narodowe zrabowane przez nazistów w czasie II wojny światowej. Odzyskane na podstawie międzynarodowych traktatów, teraz wracały do macierzy. Czystą hipokryzją władzy było pozwolić okradać kościoły z bezcennych kosztowności, a później krytykować i wytykać duchownym słabe zabezpieczenia miejsc kultu. Lokalizację wskazywała sama prasa – wystarczyło przeczytać poranną gazetę, żeby wiedzieć, dokąd zwrócono odzyskane mienie i gdzie dokonać napadu.
„Sikor” kontrolował także kolektury totolotka, punkty kasowe PKO i cinkciarzy. Wiedział, kto dostaje pieniądze od rodziny żyjącej na emigracji, kto zgłasza się po wygrane i ile wypłaca. Wykorzystywał awersję Polaków do trzymania złotówek w domu, praktykę wymieniania ich na dolary. Jeśli Kowalski trafił szóstkę, musiał się liczyć z tym, że wkrótce gang zapuka do jego drzwi. Stare powiedzenie, że pieniądze szczęścia nie dają, tu znajdowało wyjątkowo „trafne” zastosowanie. Krnąbrnym na zachętę od razu porywali dzieciaki. W repertuarze były napady na konwoje przewożące gotówkę z banku do banku albo na wypłaty w państwowych przedsiębiorstwach.
Henryk Szaferski był już gotów do złożenia raportu końcowego i przedstawienia kierownictwu resortu planu wygumkowania gangu z kryminalnej mapy Polski Ludowej. Zgłosił nawet natychmiastową gotowość, teraz czekał tylko na rozkazy.
***
Kwadrans po szesnastej, usiadłszy przy stoliku koło okna, wzajemnie unikali swojego wzroku. Henryk pachnący Przemysławką, uśmiechał się miło; ukradkiem, dyskretnie rozglądał się po sali. Liczył, ilu może być tu teraz gości, czy aby przypadkiem nie spotka kogoś znajomego? Wodził za kelnerką, która kursowała między stolikami i abonowała zamówienia.
Irena, także uśmiechnięta, najwyraźniej bardziej spięta, poprawiała nierówności serwety, kręciła głową. Przez lekko otwarte okno patrzyła na ruch uliczny Głogowskiej – a tak naprawdę podziwiała w szybie wypielęgnowane paznokcie swojego towarzysza. Mocno gęste kędzierzawe włosy, gładkość ogolonej twarzy…
Grali w grę, grę spojrzeń, czyli kto dostrzeże coś, nie patrząc na to. On jakby od niechcenia sprężał i rozprężał palce, pokazując brak obrączki. Ona krzyżowała opalone dłonie nad stołem, pokazując smukłe palce, także pozbawione zobowiązań. On odwracał wzrok, a kiedy dostrzegł, że i ona odwraca, szybko patrzył na jej złote kolczyki bestialsko wkłute w cudowne uszy. Ona sięgała po serwetkę bez celu, żeby ją zgiąć. On podawał jej cały serwetnik. Ona dziękowała uprzejmie, dystyngowanie kobieco. On był przeszczęśliwy, mogąc usługiwać Bogini. Wykonywali ruchy na pokaz, przesadne, dostojne, nawet trochę ostentacyjne, bez zbytniego pośpiechu, z wyraźnym konturem, czytanie karty wolne, prawie sylabizowane.
Kiedy w końcu ich spojrzenia przecięły się, poczuł ukłucie w sercu, jak za pierwszym razem przy parku.
– Kawa? – spytał. – I deser, koniecznie – dodał.
– Sama nie wiem, może tylko kawusię. Przez te desery nie mogę potem dopiąć sukienki.
– Masz piękną figurę – odważył się na pierwszy dzisiaj komplement, mimowolnie przechodząc „na ty”.
– Och mężczyźni, zawsze tak gadacie, a potem każecie jeździć na rowerze.
– Chyba lubisz jazdę na rowerze?
– Tylko dla przyjemności, a nie z konieczności.
– A lubisz wyjazdy za miasto?
– Państwo wybrali? – Kelnerka w czarnej sukience do kolan z białą przepaską na włosach pojawiła się nagle jak duch. Z białego fartuszka wyjęła bloczek i długopis. – Czyli rogal marciński i herbata z cytryną razy dwa.
– Jak to? – spytał.
– Tak to, psze pana. Do każdego zamówienia dodajemy zamówienie niereglamentowane.
– Słucham? – zdziwił się.
– Hortex walczy o Srebrny Kubek. Pan słyszał o tym?
– Nie, nie słyszałem.
– To coś pan, przyjezdny?
– Ani nie przyjezdny, ani nie słyszałem.
Wtedy kelnerka wskazała plakat na przeciwległej ścianie. „Hortex bliżej ciebie. Konkurs ogólnopolski”.
– Zbieramy druczki zamówień i wysyłamy do Warszawy. Pod koniec miesiąca odbędzie się losowanie w Pałacu Kultury. Jeśliś pan przyjezdny, to rozumiem, ale jak Poznaniak, to chyba nie będziesz rojber – spytała tonem nieprzyjmującym sprzeciwu.
Irena i Henryk spojrzeli na siebie porozumiewawczo, z trudem powstrzymując wybuch śmiechu.
– Wesprzemy, wesprzemy, pani przyniesie to zamówienie niereglamento… co?
Kelnerka fuknęła tylko nosem jak kot i poszła do kuchni.
– Pierwszy raz spotykam się z czymś takim. Przepraszam cię, nie wiedziałem nic o tej lokalnej inicjatywie.
Irena uśmiechnęła się.
– To jest nawet zabawne. Miałam ochotę na melbę albo krem sułtański i taką oranżadę w trójkątnej szklance z polukrowanym brzegiem.
– To się chyba nazywa krust.
– Ależ ty mądry, nie wiedziałam. Widziałam za to na plakacie. Widać innym razem będzie okazja. Dzisiaj musi mi wystarczyć rogal marciński i herbata.
– Możemy to zmienić – żachnął się.
– Daj spokój, te panie robią, co mogą, a płacą im marne grosze. Nie bądź niemiły, proszę.
– Masz rację. Nie wypada kruszyć kopii o deser. Choć z drugiej strony chciałem, żeby dzisiaj było nam miło.
– Ależ jest nam miło.
Nagle z zaplecza dotarł przeraźliwy huk, potem histeryczny damski krzyk. Inna kelnerka ze ścierką w dłoni i grozą w oczach wybiegła z kuchni na salę, a tuż za nią cukiernik w białej czapce z chochlą. Zaskoczeni Irena i Henryk popatrzyli na siebie. Wtedy z kuchni wyleciała jaskółka. Lecąc tuż przy suficie, okrążyła salę kilka razy. Usiłujący przetrącić ją w locie cukiernik przewrócił parę stolików. Druga kelnerka bez ładu i składu wywijała ścierką w powietrzu, rozgniatając trzewikami to, co zwalił na podłogę cukiernik. Goście odruchowo chwytali swoje słodkości i pospiesznie zawijali w serwetki. Nagle jaskółka z impetem uderzyła w szybę, odbiła się od niej i upadła na dywan. Cukiernik zaczął biec w jej stronę z wysoko uniesioną chochlą i już miał zadać śmiertelny cios, gdy Irena niespodziewanie podstawiła mu nogę.
Goście zamilkli na moment, po czym jak dzieci w przedszkolu parsknęli śmiechem. Cukiernik wstał, chciał dobić ptaka. Nie zdążył, Irena podniosła jaskółkę, otworzyła okno i położyła na parapecie, a ta momentalnie odżyła i odleciała do swojego gniazda. Ciastkarz z wściekłością na twarzy zwrócił się w stronę Ireny. Henryk natychmiast powstał i zagrodził mu drogę, bez fefra w gałach. Był od niego wyższy i mocniej zbudowany, ponadto cała sala w tej chwili patrzyła tylko na nich. Tamten, oceniając sytuację, spuścił z tonu, pokonany wrócił na zaplecze.
– Wiesz co, jeszcze nie dostaliśmy zamówienia… – powiedziała. – Nie jestem pewna, co pan od chochli mógłby mi włożyć do rogala. Może damy spokój na dzisiaj albo pojedziemy gdzie indziej?
Henryk przytaknął.
– W życiu nie miałem takiej pierwszej randki – stwierdził szczerze.
– Nie wiedziałam, że to randka – odparła z filuternym uśmiechem, śledząc wyraz jego twarzy.
***
Wkrótce znali wszystkich bileterów kin Wilda, Apollo, Muza, Rialto, Bałtyk. Wieczorami w parku dyskutowali o Barbarze w Nocach i dniach, jak trudną i wymagającą kreację stworzyła Jadwiga Barańska, której nikt nie lubił – za to każdy kochał Bogumiła. Irena płakała, kiedy mieli wieszać na haku sympatycznego zbója Perepeczko w Janosiku i śmiała z dowcipów Gustlika w Czterech pancernych i psie.
Po sześciu tygodniach od przygody z kluczykami przy parku Wilsona wyznał Irenie, że ją kocha, a na weekend udali się do pensjonatu na Helu. Od tej pory wyjeżdżali na weekendy dwa razy w miesiącu. To Irena zawsze proponowała dokąd.
W międzyczasie zakochany Henryk wynajął dziewięćdziesięciometrowe mieszkanie przy Strusia 3-3a, na pięknym Łazarzu. Irena od razu bardzo je polubiła i kiedyś mimochodem powiedziała, że dałaby wszystko, by tu zamieszkać na stałe. Snuła plany, zamierzała zrobić mały remont, kupić inne meble, dodatki, ozdoby, lampy, zmienić zasłony. Henryk, po załatwieniu formalności z notariuszem, kupił je.
– Umówmy się tak, że ty, kwiatuszku, będziesz dbała o nasze mieszkanie, a ja będę dbał o ciebie – zaproponował wspaniałomyślnie i szczerze. – Żeby nie było tak sielsko, zbieraj w miarę możliwości rachunki za zakupy i remont, chciałbym chociaż szacunkowo znać ponoszone koszty.
Wyraźnie zaskoczona i szczęśliwa, rzuciła mu się na szyję. Powiedziała też – co go trochę zaskoczyło – że nie będzie podpytywać, skąd bierze na to pieniądze.
– Wystarczy, że wiem, że mnie kochasz – wyszeptała namiętnie.
Te dwa z pozoru niewinne zdania miały nawiązywać do prośby Henryka, rzuconej tydzień wcześniej, niby od niechcenia, pochmurnym popołudniem między barszczem a szagówkami – by nie poruszać w domu kwestii zawodowych. Wtedy, maskując zaskoczenie, posłała mu miast grymasu zaniepokojone spojrzenie. Prędko jednak, opanowana, dodała:
– W takim razie bądźmy konsekwentni. Umówmy się, że w ogóle nie będziemy rozmawiać o naszych pracach. Nie będę wypytywała cię o twoją, a ty o moją. Nasze życie będzie pisało wspólną historię bez tych spraw. A skoro tak, obiecaj mi, że nie będziesz podjeżdżał po mnie pod mój zakład. Wyobrażasz sobie to plotkarskie środowisko kosmetyczek? Te baby nie dadzą mi spokoju, jak cię zobaczą z kwiatami. Nie ścierpię chichotów zza pleców. Jeszcze tego by brakowało, żebym musiała się spowiadać z tego, kim jesteś, gdzie pracujesz, czy masz poważne zamiary, nie chcę tego. Nie, nie, nie. Spotykajmy się na mieście, w parku, to będzie nasza umowa i zasady.
Osobliwość prośby wtedy go zaskoczyła. Przez chwilę żałował, że sam sprowokował tę sytuację. Nie spotkał do tej pory kobiety tak stawiającej kwestię adorowania.
– Wiesz, kwiatuszku, może to jeszcze przemyślisz? Jednak chciałbym czasem odebrać cię z pracy, kupić ci coś miłego, zabrać cię w urocze miejsce. Normalnie, tak jak to robią faceci.
Irena założyła dłonie na jego szyi, pocałowała go w usta.
– Słoneczko, możesz to wszystko robić, przecież ci nie zabraniam. Lecz opierajmy nasz związek na równych zasadach. Ja nie nachodzę cię w twoim biurze, a ty nie podjeżdżasz pod mój zakład. Czy to nie oryginalne? Tworzymy przez to wyjątkową parę. Będziemy budzić się rano, zjadać pyszne śniadania, a potem biec do naszych zajęć. Ty będziesz odpalał tę swoją Ładę, a ja spacerowała na przystanek tramwajowy. Możesz nawet czasem mnie podrzucić w okolicę Grunwaldzkiej. W żadnym wypadku nie na Husarską. Za to popołudniu, jak nagrodę, będziemy codziennie odkrywać naszą wyspę na nowo i czerpać z naszej miłości. Jakie to może być cudowne!
Z lekka osłupiały Henryk pomyślał, że zadanie może być niewykonalne. Nie wierzył, że uda mu się powstrzymać chęć, by kiedyś spontanicznie odwiedzić ukochaną z bukietem kwiatów. Z drugiej strony nie chciał wyjść na miękiszona i się wyłamać. Miarkował, że Irena mogłaby przestać mu ufać i uznać, że nie nadaje się do poważnego związku. Wkrótce miało się okazać, że determinacji starczyło mu zaledwie na dwa tygodnie, a uczucia sprytnie wyswobodzą się z więzów.
***
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Pergaminowe andruty
ISBN: 978-83-8423-372-6
© Dariusz M. Preisler i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Aleksandra Sitkiewicz
KOREKTA: Anna Miotke
OKŁADKA: Oliwia Błaszczyk
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
