Pani Łez - Joanna Stoga - ebook

Pani Łez ebook

Stoga Joanna

0,0

Opis

Pani Łez to drugi tom porywającego cyklu Głos ponad mrokiem.

Po wydarzeniach Święta Przesilenia sytuacja Miny, Yolandy i Karisty zmienia się bezpowrotnie. Jedna jest skazana na wygnanie, druga musi się ukryć, a trzecia wziąć pod opiekę te, które mogą zdemaskować nie tylko ją samą, ale też tą, którą za wszelką cenę chce chronić. Ich losy splatają się coraz silniej, podczas gdy wokół gęstnieje sieć intryg, zdrad i niebezpieczeństw. Drastycznie zmienia się też sytuacja w zakonie uzdrowicielek i bohaterki ponownie stają przed trudnymi wyborami. Gdy los wystawia na próbę ich odwagę i lojalność wobec najbliższych, jedynym wyjściem pozostaje zaufać własnemu sumieniu i uwierzyć, że nawet w najgęstszym mroku można odnaleźć światło.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 548

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Motto

Mapa

CZĘŚĆ I: W PAŁACU

Rozdział 1 – Królowa Isirdeyn

Rozdział 2 – Yolanda

Rozdział 3 – Mina

Strona redakcyjna

Okładka – tył

Punkty orientacyjne

Spis treści

Strona tytułowa

To nie górę pokonujemy, lecz siebie.Sir Edmund Percival Hillary

CZĘŚĆ IW PAŁACU

Rozdział 1 – Królowa Isirdeyn

Im więcej Isirdeyn miała lat, tym mniej apetytu na sen. Nie nadchodził z powodu myśli, które pędziły jej przez głowę jak stado spłoszonych vigunów. Mknęły jedna za drugą, potykały się o siebie nawzajem, a ona nie umiała nad nimi zapanować. Ich tumult towarzyszył jej niemal bez przerwy, lecz wyćwiczona do bezruchu twarz niczym nie zdradzała tej galopady. Pod tym względem Isirdeyn przypominała kuzynkę Ismenę i bardzo jej to podobieństwo doskwierało.

Ród Anayenów podzielił się przed wiekami na dwie rywalizujące ze sobą gałęzie: tych z Anayen, miasta zbudowanego przez ich naelickich przodków, oraz tych, którzy zamieszkali w założonym znacznie później, za to o wiele bogatszym Eiron. Pierwsi przechwalali się czystą krwią, o co dbali, starannie dobierając małżeństwa. Drudzy – mniej skupieni na przeszłości, a bardziej na handlu – z czasem przerośli kuzynów majątkiem i koneksjami.

Isirdeyn przyszła na świat w Anayen, a Ismena, jej rówieśnica, w niedalekim Eiron i w dzieciństwie rzadko o sobie słyszały, a jeszcze rzadziej się spotkały. U Ismeny dość wcześnie wykryto dar uzdrawiania, więc jako dziecko wyjechała do Pallenar, by rozpocząć nowicjat w szkole Naishi. Isirdeyn zaś dorastała w poczuciu, że wkrótce poślubi kogoś o nieskazitelnym pochodzeniu i urodzi mu równie nieskazitelne dzieci. Nie przypuszczała wtedy, że obie będą rywalizować o miejsce u boku króla.

Kiedy po śmierci Kidruny, pierwszej żony Geldana, doradcy zaczęli szukać dla niego nowej wybranki, Lorand, ojciec Isirdeyn, wyczuł okazję do podniesienia rangi nieco już podupadłego rodu. O tym samym pomyślał ojciec Ismeny, a że podobnie jak Lorand miał jedną córkę, padło właśnie na nią. Status Naishi nie przeszkadzał w zawarciu małżeństwa, a rodzenie dzieci, zwłaszcza córek, było wręcz ich obowiązkiem.

Tak oto zaczął się wyścig kuzynek do tronu, chociaż żadna tego nie pragnęła. Isirdeyn była wówczas zakochana w Efrelu Arorquinie i to jemu pragnęła dawać synów, a Ismena pięła się już po stopniach zakonnej kariery i zamierzała spocząć dopiero wtedy, gdy stanie się Pierwszą Naishi. Lecz ojcowie mieli za nic ich pragnienia i obie potraktowali jak krowy na targu. Isirdeyn do dziś nie mogła przeboleć, że to Lorand dopiął swego.

Za to zwycięstwo jej kosztem znienawidziła ojca, ale również Ismenę. Okazało się bowiem, że kuzynka sprytniej to rozegrała. Zniechęciła króla do siebie, by najpierw zadbać o swą pozycję w zakonie, a przy okazji odebrać Isirdeyn szansę na poślubienie Efrela. Można się było tego po niej spodziewać. Złośliwość płynęła w żyłach wszystkich Anayenów z Eiron.

Obie ugruntowały się we wzajemnej niechęci, która przez lata jeszcze wzrosła. Coś jednak je łączyło – tak dobrze opanowały sztukę skrywania emocji, że z czasem ich twarze zastygły jak maski. Nadal też ze sobą rywalizowały, co najmocniej spędzało sen z powiek Isirdeyn. Obawiała się kuzynki i miała ku temu powody. Ismena, która wcześniej odrzuciła zaloty Geldana, od niedawna sama pchała mu się do łoża, a on z radością ją w nim witał. Czego chciała od króla? Bo przecież nie powodowała nią miłość do tego starego capa. Co knuła, skoro już zdobyła tytuł Pierwszej Naishi? I najbardziej dręczące pytanie: co wiedziała i co zamierzała z tą wiedzą zrobić?

Isirdeyn miała wiele tajemnic, w tym jedną, która mogła ją zabić. Vitkhan, ukochany syn i światło jej oczu, nie był potomkiem króla, tylko owocem pierwszej i jedynej miłości do Efrela. Gdyby Ismena zdobyła na to dowody…

Dość! Isirdeyn podniosła się z pościeli i usiadła na brzegu łoża. Czemu znów się zadręczała? Czy nie wystarczyło, że żyła w pałacu jak w klatce? Tak długo w niej tkwiła, że nie umiałaby już rozprostować skrzydeł. Radość i śmiech stały się dla niej odległym wspomnieniem, a ona sama była niczym jej tonąca w mroku komnata – może i piękna, gustownie ozdobiona, lecz tak naprawdę martwa.

Wzrok Isirdeyn spoczął na lampce oliwnej i oświetlonej przez nią figurce Nyvii, bogini wody. Nazywano ją też Panią Smutku i Łez, bo gdy Taruq, bóg ciemności, porwał ją do podziemnego pałacu, wypłakała ich całe morze. Jednak nawet jej los okazał się ostatecznie lepszy od losu Isirdeyn. Bogini Namee odbiła córkę z rąk Taruqa, choć nie zdołała jej całkiem wyzwolić. Każdego roku Nyvia musiała wracać na kilka księżyców do podziemi i łoża mrocznego małżonka, by w Morzu Łez nigdy nie zabrakło wody, lecz resztę czasu spędzała w gronie najbliższych, otoczona ich miłością. Isirdeyn dałaby wszystko, by się z nią zamienić i przynajmniej raz na jakiś czas spotkać ukochanego Efrela.

Po jego śmierci jedynie syn trzymał ją przy życiu i to dla niego znajdowała siły, by wstawać rano. Podniosła się więc i teraz. Przybrawszy maskę obojętności, przeszła do komnaty, w której nocowała Alma, jej najbliższa dwórka i powiernica.

– Coś się stało, moja królowo? – Alma zerwała się na dźwięk jej kroków.

– Przyszykuj mi suknię. Muszę się rozmówić z synem, nim wyjedzie.

– Moja pani za mało sypia. Dopiero świta.

– Nie zaczynaj. – Isirdeyn odwróciła się i wyszła.

Lubiła Almę i spośród dwórek darzyła ją największym zaufaniem, ale nie potrzebowała jej litości. Od śmierci Efrela sen stał się luksusem, na który nawet ona, królowa Gailan i córka jednego z najznamienitszych rodów, nie mogła sobie pozwolić. Płakanie nad tym niczego by nie zmieniło.

Alma weszła za nią do komnaty, by zapalić żarkiny. Odsunęła też zasłony i uchyliła jedno z okien. Następnie udała się do siebie, by po chwili wrócić z dzbanem naparu oraz tacą maleńkich babeczek. Isirdeyn pokręciła głową. Nie chciało jej się jeść, lecz Alma była pod tym względem nieprzejednana – nie godziła się ubrać swej pani, nim ta nie przełknęła choćby kilku kęsów, i ani prośbą, ani groźbą nie dało się jej zmusić do ustępstw.

– Polecam zacząć od tych. – Podsunęła Isirdeyn tacę pod nos. – W farszu jest najlepsze przepiórcze mięso doprawione ziołami. Te mają w sobie maślaki duszone w śmietanie, te pasztet z królika, a te są z kawałeczkami pieczonego sandacza. Te natomiast będą wyśmienite na deser. Czujesz, moja królowo, jak pachną leśnymi malinami?

– Jesteś nieznośna z tymi śniadaniami – odparła Isirdeyn, jednak okrasiła te słowa uśmiechem i Alma też się uśmiechnęła.

Nigdy nie traciła dobrego humoru. Miała go tyle, że wystarczało na nie obie. Przypominała tym Efrela, zresztą on również dokarmiał Isirdeyn, bo od dziecka jadła tyle co ptaszek. „Moja Isi musi jeść, by mi jej nie zabrakło” – powtarzał, wsuwając jej do ust najlepsze kąski. A potem przepadł gdzieś na końcu świata i gdyby nie Alma, Isi zagłodziłaby się na śmierć.

– Chłodno dziś, moja królowo. – Alma postawiła tacę na stoliku obok Isirdeyn i podeszła do garderoby. – Może ta będzie odpowiednia. – Wskazała na suknię w odcieniu zgaszonego różu z długimi, rozkloszowanymi rękawami. – Srebro w hafcie idealnie pasuje do twych włosów, a perły są wprost olśniewające. – Rozłożyła suknię na łożu.

Isirdeyn wzruszyła ramionami. Do jej śnieżnobiałych włosów wszystko pasowało, poza tym strój nie miał dziś znaczenia. Nie grymasiła też przy czesaniu, zgodziła się na pierwszą propozycję Almy. Chciała być już u syna. Wczoraj ogłosił, że wyjeżdża, a przez zamieszanie ze Świętem Przesilenia nie zdążyła zamienić z nim słowa. Całe dnie upływały jej wśród gości, którzy zjechali do stolicy na obchody. Patrzyła, jak się bawią, plotkują i wymieniają podszyte jadem uprzejmości. Sama nie brała w tym udziału, przez co nazwano ją Panią Ciszy. Niektórzy wręcz twierdzili, że gdyby w jej miejsce postawić kamienny posąg, nic by się nie zmieniło. Mylili się. Milczeć znaczyło słyszeć, a ona lubiła wiedzieć, co się dzieje – to również robiła dla syna.

Wytrzymywała tak do wieczora, ale od biesiad się wykręcała. Geldan tracił na nich wszelkie zahamowania i obecność żony w niczym mu nie przeszkadzała. Wychodziła więc, nim zbytnio się rozochocił. Vitkhan zostawał. Czasami przerażał ją upodobaniem do najbardziej wynaturzonych ludzkich zachowań. Przyglądał się tym orgiom, po których nikt już nie pamiętał, kto się z kim pokładał, jakby był to jeden z jego eksperymentów. Isirdeyn nie pojmowała, czemu go to ciekawi.

Na wspomnienie syna znów przetoczyła się jej przez głowę galopada myśli. Kochała go nad życie, aż stawało się to wręcz bolesne. Gdyby Ismena chciała mu kiedykolwiek zaszkodzić, Isi rozszarpałaby ją gołymi rękami, a gdyby i jemu próbowała wskoczyć do łoża, oszpeciłaby ją i nagą kazała ciągać po jarmarkach, choćby miała wymordować wszystkich, którzy chcieliby jej w tym przeszkodzić.

*

Zastała Vitkhana na tarasie, ubranego już w strój podróżny: zieloną koszulę z miękkiej temshy, luźne szare spodnie i sandały. Przechadzał się zamyślony i pewnie nie spostrzegł, że leżące w dole Nevaran rozjaśniało się właśnie pod dotykiem pierwszych promieni słońca. A widok oszałamiał. Kopuły dachów lśniły jak powleczone złotem, ale uliczki wciąż skrywała mgła, która sprawiała, że miasto zdawało się wisieć w mlecznych oparach jak w chmurach. Również z okolicznych wzgórz wystawały jedynie szczyty, a nad nimi sunęły zaróżowione obłoki podobne do owiec, które Isirdeyn pamiętała z rodzinnych stron. Lecz i ona nie miała teraz czasu na delektowanie się urokami poranka. Liczył się tylko syn.

– Kiedy jedziesz? – Podeszła do niego.

– Za chwilę – odparł chłodno. Przerwała mu rozmyślania, a tego nie lubił. – Wejdźmy do komnaty – zaproponował i ruszył pierwszy.

Wewnątrz panował idealny porządek. Znikły księgi i notatki, które wcześniej leżały porozkładane na stole i sofach. Isirdeyn nie dostrzegła też kufrów podróżnych. Najwyraźniej służba zniosła je już do powozu, a zatem musiała się pośpieszyć.

– Powiesz mi, co właściwie zaszło w amfiteatrze? – spytała. – Ta Karista… Przyznasz, że jej taniec był dziwny.

– Chciała zabić twojego męża, niestety ktoś ją powstrzymał.

– I mówisz o tym tak spokojnie?!

– A czemu nie? Ty też go nie znosisz. – Vitkhan podszedł do kredensu i napełnił kielichy naparem z ziół, który co rano kazał sobie przygotowywać.

Isirdeyn przymknęła oczy. Musiała odetchnąć. Syn nie tolerował przesadnych emocji, utrudniały z nim rozmowę.

– Miałeś coś wspólnego z tym wszystkim? – spytała, już opanowana.

– „Z tym wszystkim”, czyli z czym?

– Z zachowaniem Karisty i zmianami w zakonie Naishi. Zwłaszcza te wydają się niefortunne.

Vitkhan uniósł kielich i zamieszał napar. Patrzył pod światło, jak płyn wiruje po ściankach.

– Powiedzmy, że puściłem pionki w ruch. Dalej gra musiała się toczyć własnym torem. Mimo to uznaliśmy z Azihre, że warto spróbować.

– Nie nazywaj jej tak! Tutaj mówimy na nią Nana!

– Zbytnio się przejmujesz, matko. Wiesz, że potrafię zadbać, by nikt nas nie podsłuchał.

Wiedziała. Umiał zadziwiające rzeczy i nauczył się ich nie od niej, lecz właśnie od Azihre, którą uparcie chciała nazywać Naną, jakby była zwykłą służką lub piastunką.

Pierwszy raz spotkały się w noc po zakończeniu zwycięskiej bitwy pod Gurdash. Twierdzę zmieniono wówczas w szpital i Isirdeyn wolała zostać w namiocie. Czuła się w nim lepiej niż w ponurych murach wypełnionych jękami rannych żołnierzy. Była zła, że Geldan zabrał ją na wojnę wraz z synami. Mógł wziąć tylko Zarika, następcę tronu, ale uparł się, by towarzyszyli mu również ona i Vitkhan.

Tego wieczora obaj chłopcy poszli z gwardzistami obejrzeć schwytanych Mortenów i ich ptaki. Ona została sama. Nie spodziewała się, że Geldan ją odwiedzi. Sądziła, że będzie pić z dowódcami przez kilka następnych dni. Mienił się przecież zwycięzcą, chociaż dotarł tu dopiero pod koniec bitwy, czym oszukał Tharów i Tarhitów. To oni wzięli na siebie całą moc morteńskiej armii i zapłacili najwyższą cenę. On spił śmietankę, rozegrał to z zimną kalkulacją.

Kiedy przed laty wziął sobie za żonę nisko urodzoną Kidrunę, stare rody odsunęły się od niego, a niektóre – wręcz się odwróciły. Teraz mógł je odzyskać. Już małżeństwem z Isirdeyn zdobył nieco przychylności, ale do pełni szczęścia potrzebował chwały zwycięzcy, tyle że nie zamierzał się z tego powodu męczyć. Poświęcił więc innych, a sam zgarnął sławę. Skąd Isirdeyn mogła wiedzieć, że stanie się częścią jego nagrody, że Geldan przypieczętuje wygraną gwałtem na własnej żonie?

Przyszedł pijany. Uderzył ją, zdarł z niej szaty i wziął od tyłu jak sukę.

– Nie będziesz więcej zadzierać nosa – wydyszał na koniec. – Odtąd masz przybiegać na każde moje skinienie, choćbym chciał cię wyruchać na stole podczas uczty. Dość mam wyniosłości Anayenów! Zwyciężyłem i będę brał to, na co przyjdzie mi ochota.

Zostawił ją zbrukaną, a przed wyjściem popchnął jeszcze na ziemię i kopnął. Obolała Isirdeyn podczołgała się do skrzyni z ubraniami, by się na niej wesprzeć, i wtedy w kącie dostrzegła wpatrzone w nią oczy. Kobieta miała nadpaloną twarz, połamane nogi i ucięte palce u stopy, a mimo to tkwiła w bezruchu, chociaż każdy na jej miejscu wiłby się z bólu.

Isirdeyn zerwała się przerażona. Chciała biec po straże.

– Zaczekaj, królowo – odezwała się kobieta. – Obie nienawidzimy tego samego człowieka.

– Jesteś Mortenką – odparła wyniośle Isirdeyn. – Jeśli chcesz, bym darowała ci życie, musisz znaleźć lepszy powód.

– Mogę usunąć ci to, co on w tobie zasiał, i sprawić, że jego nasienie nigdy się w twym łonie nie zagnieździ.

Isirdeyn przyglądała się jej w milczeniu. W istocie łączyła je nienawiść do króla, prawdą było również to, że Isirdeyn za nic nie chciała urodzić mu dziecka. Miała Vitkhana, którego Geldan – nieświadomy, kto jest jego ojcem – uznał za własnego syna. Więcej dzieci nie potrzebowała i robiła wszystko, by ich nie mieć, ale w pałacu starannie pilnowano, by nie zabezpieczała się przed zajściem w ciążę, a mikstury wypijane ukradkowo po stosunku mocno ją osłabiały.

Ostatnimi czasy Geldan dał jej spokój. Wystarczały mu kochanki i niemal już zapomniała, jak bardzo nie znosi jego dotyku, lecz najwyraźniej sytuacja się zmieniła. Zwycięstwo nad Mortenami dało mu wreszcie to, o co tak długo zabiegał – podziw prostaczków i uznanie wysokich rodów. Dzięki temu mógł wymusić na niej posłuszeństwo i dotyczyło to również łożnicy, a jej ciało nie wytrzymałoby ciągłego trucia się miksturami. Jeśli więc ta kobieta potrafiła zapobiec niechcianej ciąży, to choćby z tego powodu należało ją oszczędzić. A gdyby jeszcze pomogła w pozbyciu się Geldana raz na zawsze… Isirdeyn wystraszyła się wówczas tego pomysłu. Bała się tak ostatecznych rozwiązań. Lecz jeśli nawet nie posunęłaby się tak daleko, ta kobieta mogła jej się przydać.

– Zgoda – odparła i pozwoliła Mortence zostać.

Tarina, jedna z zaufanych służek królowej, była wcześniej nagreshi. Nie miała dość umiejętności, by w pełni połatać Azihre, jednak wystarczyło, by tamta przeżyła i dołączyła do służby jako zielarka o imieniu Nana. W zamieszaniu, jakie powstało po bitwie, nikt nie zwrócił na nią uwagi. Któż by patrzył na poparzoną, kulawą kobietę, skoro świętowano śmierć ostatniej z wiedźm.

Vitkhan od początku wiedział, kim jest Azihre. Isirdeyn nie miała przed nim tajemnic. Pozwalała im na rozmowy i wspólne eksperymenty, choć bywała o nią zazdrosna. Mimo to nie wkraczała pomiędzy nich. Rozumiała, że fascynacja syna bierze się z głodu wiedzy. Interesowało go wszystko, co stanowiło jej źródło, i nie miało znaczenia, czy będzie to księga, czy ukrywająca się pod ich dachem kuzynka morteńskiej wiedźmy. Chciał odkrywać, próbować i przesuwać granice, lecz tym razem posunął się za daleko i Isirdeyn musiała zwrócić mu na to uwagę.

– Zanadto ulegasz Azihre – rzekła. – Rozumiem jej nienawiść do Geldana, ale co w ciebie wstąpiło? Przecież to szaleństwo! Wyobrażasz sobie, co by się stało, gdyby Naishi, z którą łączą cię bliskie stosunki, na oczach wszystkich zabiła króla?

Spojrzał na nią z roztargnieniem. Często tak patrzył. Jego umysł pracował inaczej. Widział rzeczy niedostępne dla większości, za to sam bywał ślepy na sprawy, które inni pojmowali w lot.

– Naprawdę chciałeś, by to się stało pośród tej całej gawiedzi?

– Byłem ciekaw, czy z pomocą księgi możemy sterować kimś na odległość.

– Na szczęście nie możecie.

– Niewiele brakowało. – Odwrócił się i podszedł do okna.

Isirdeyn czuła jego złość. Nie lubił nieudanych eksperymentów.

– Zamierzasz to powtórzyć? Jedziesz do Azihre, prawda?

– Musi odnowić więź z księgą, inaczej przestanie ją widzieć, a przypominam, że to ty kazałaś mi ją wywieźć do Obar Gherum.

– Bo Azihre oszalała przez tę księgę! Nie dało się nad nią zapanować.

– Dziwisz się? „Sethur” jest dla niej wszystkim. Od dziecka szkolono ją, by jej strzegła.

– Strzegła, nie używała! Oboje nie macie pojęcia, czym ona jest!

Isirdeyn bała się „Sethur”: tych dziwacznych znaków i wytrzeszczonych oczu gapiących się na nią z każdej ilustracji, a nade wszystko niewytłumaczalnego mroku, który w sobie kryła. Vitkhan zmienił się pod jej wpływem i odkąd znalazła się w jego posiadaniu, coraz bardziej ignorował Isirdeyn. Przestał się jej zwierzać i niemal bez przerwy wyjeżdżał, zamiast skupić się na tym, na czym powinien, bo to w pałacu rozgrywały się teraz najistotniejsze sprawy.

Geldan się starzał, a choć kwestia sukcesji została już rozstrzygnięta, to nieuchronnie zbliżał się moment, w którym zostanie podjęta decyzja co do przyszłej małżonki następcy tronu. Isirdeyn drżała na samą myśl o tym, że obok Zarika zasiądzie któraś z kuzynek Ismeny. Przecież taka od razu się tu rozpanoszy albo wręcz zniszczy Isirdeyn, zwłaszcza jeśli dowie się czegoś o niej i Vitkhanie.

– Synu, posłuchaj. – Opanowała się z trudem. – Wiem, jak ważne sprawy cię zaprzątają, lecz po tym, co się stało, pewne kwestie wymagają twojej uwagi i wolałabym, byś przynajmniej opóźnił wyjazd i mnie wysłuchał.

– A cóż takiego się stało, że chcesz mnie zatrzymać, matko? – Podszedł do niej.

Spojrzenie miał zimne, twarz skamieniałą w wyrazie niechęci. Nie znosił, gdy ktoś stawał mu na drodze. On, światło jej oczu i największa miłość po Efrelu, widział w niej przeszkodę.

– Chodzi o Ismenę – odparła.

– Proszę cię, znowu?! – Odsunął się od niej. Drażnił go ten temat.

– Dopięła swego. Przez wasze knowania została Pierwszą Naishi, a nie myśl, że na tym spocznie. Poupycha wszędzie swoje protegowane, będzie węszyć…

– I co z tego? Niech bawi się w swoje gierki. Co ci szkodzi?

– Czy nie widzisz, jakim ona jest dla nas zagrożeniem?!

– Przesadzasz, matko. – Odszedł w stronę tarasu.

– Nie tylko ja tak uważam! – Ruszyła za nim. – Nie chcesz mnie słuchać, posłuchaj Alisandry. Dostałam od niej list. – Sięgnęła do sakiewki przy pasku.

– I o czym to ciocia pisze? – spytał, nawet się nie zatrzymując.

Isirdeyn rozwinęła papier i odczytała na głos:

Droga przyjaciółko!

Pewnie i Ciebie zaskoczył przebieg Święta Przesilenia. Oczywiście nie mam na myśli obchodów, którymi mój brat zawsze stara się zaimponować, lecz to, co zdarzyło się w tle. Przyznasz chyba, że nasza nieodżałowana matka Nurganis zmarła dość niespodziewanie. Widziałam się z nią księżyc temu, podczas uroczystości ku czci idrysów, i nic nie wskazywało na to, by coś jej dolegało. Okoliczności jej śmierci też dają do myślenia, a zwłaszcza tak pilne odesłanie ze stolicy dwóch Naishi, które widziały się z nią jako ostatnie.

Gdy się nad tym zastanowisz, droga przyjaciółko, z łatwością odkryjesz, kto na tym zyskał, i powinno Cię to zaniepokoić. Matka Nurganis nie zdążyła jeszcze ostygnąć, a Rada Dwunastu już wybrała jej następczynię. Z tego, co mi wiadomo, Ismena osobiście powiadomiła o tym mego brata, a ich rozmowy przeciągnęły się ponoć do rana…

Vitkhan wreszcie się zatrzymał, podeszła więc bliżej i wróciła do czytania:

Ismena od dłuższego czasu zabiega o względy króla i robi to tak intensywnie, że owinęła go już sobie wokół palca, choć przy jego tuszy jest to trudne do wyobrażenia. Rozumiem, że zbytnio się tym nie martwisz. Im częściej ona gości w jego łożu, tym więcej Ty masz spokoju, lecz tym razem radzę Ci, droga przyjaciółko, zwiększyć czujność. Doszły mnie bowiem słuchy, że w ogrodzie Anayenów z Eiron dorasta róża, którą chętnie przesadziliby w inny grunt. Kto wie, czy swymi wizytami w łożu Twego małżonka Ismena nie wygładza im drogi ku temu celowi. Dzięki niej Twoi kuzyni przejęli właśnie władzę nad zakonem Naishi, a chyba nie chcemy, by zdobyli ją jeszcze w pałacu.

Zaniepokojenie widać wśród wszystkich rodów. Nic dziwnego. Miejsce u boku Zarika czeka na obsadzenie, ale splot tej tkaniny coraz mocniej się zagęszcza i wkrótce ciężko będzie w niej coś zmienić…

Vitkhan wyjął list z jej rąk i sam dokończył czytanie. Liczył się ze zdaniem Alisandry, w przeciwieństwie do innych członków rodziny Geldana. Zaimponowała mu, gdy przed laty postawiła się bratu i odtąd żyła na własnych warunkach. Była jedyną Naishi w Gailan, której wolno było podróżować, dokąd chciała, uzdrawiać, kogo chciała, i prowadzić własne interesy. O majątku zbitym przez nią na handlu tarkencką temshą krążyły legendy.

Isirdeyn też ją podziwiała, a co ważniejsze – ufała jej osądom. Alisandra w niczym nie przypominała brata: szczupła, zadbana, oczytana, przy tym nad wyraz rozsądna, a i sprytu jej nie brakowało. Surowo osądzała rządy Geldana i z niepokojem patrzyła na poczynania swego bratanka, księcia Zarika. Jeśli więc ktoś mógłby do czegoś przekonać Vitkhana, to właśnie ona.

Milczał, wpatrzony w list. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji, mimo to Isirdeyn uznała, że nadszedł moment, by do reszty wyłuszczyć mu swoje racje.

– Alisandra słusznie upomina mnie za opieszałość w sprawie Ismeny. Dałam jej się rozpanoszyć, ale nie możemy pozwolić na więcej.

– I nie pozwolimy. – Oddał jej list.

– Zostaniesz zatem?

– Nie, matko. Tym prędzej wyjadę.

– Ale przecież…

– Ismena popełniła błąd, odsyłając stąd Karistę i Mabithi, a ja zamierzam go wykorzystać.

– A jaki one mają z tym związek?

– A taki, że w istocie pora znaleźć żonę przyszłemu królowi, i siostry mi w tym pomogą.

– Nie rozumiem. – Isirdeyn poczuła, że traci grunt pod nogami. – Chcesz go wspierać? Przecież to ty powinieneś zastąpić Geldana! Wszystkie rody by cię poparły, byle Zarik zniknął im z oczu. Nie dość, że jest głupcem, to jeszcze pijakiem i zboczeńcem. Synu, pozbądźmy się obu i wreszcie zajmij należne ci miejsce!

– Tak to widzisz? Chcesz, bym utknął tu jak ty i całe dnie spędzał na słuchaniu podobnych Zarikowi durniów? Spójrz, kim Geldan stał się przez te lata: zapijaczonym zarządcą uwikłanym w knowania własnej rady.

– Nie musisz działać jak on. Urządź to po swojemu. – Wskazała na widoczne w oddali miasto.

Vitkhan skrzywił się z niechęcią. Podobnie jak Isirdeyn nie przepadał za Nevaran. Oboje tęsknili za Anayen: za przesyconym solą zapachem morza, za ciągnącymi się wzdłuż wybrzeża klifami, z których widok zapierał dech w piersi, za uliczkami wyłożonymi jasnym kamieniem i zwieszającymi się nad nimi bugenwillami, a nade wszystko za Białą Twierdzą – rodową siedzibą Anayenów. Stolica, choć zachwycała architektonicznym rozmachem i pięknym położeniem, dla nich była miejscem, na które zostali skazani – ona jako królowa, on jako Pierwszy Nemur. Nic dziwnego, że mając więcej swobody niż matka, Vitkhan tak często wyjeżdżał. Jednak to tutaj toczyła się walka o władzę i Isirdeyn nie mogła pojąć, czemu syn nie chce po nią sięgnąć.

– Naprawdę wolisz oddać królowanie Zarikowi?

– Będzie idealny. – Uśmiechnął się, jakby bawił go ten pomysł. – Jest głupi, więc bez trudu da się nim sterować, i na tyle zajęty swymi zboczeniami, by do niczego się nam nie wtrącał. Potrzebujemy jedynie odpowiedniej małżonki, która stałaby się naszym głosem.

– Na bogów! – Isirdeyn cofnęła się przerażona. – Ty chcesz dla niego obdarzonej?!

– A czyż nie byłaby idealną partią dla następcy tronu?

– Nie! Zapomniałeś, jak było z Mearą? Użyła swego daru przeciwko królowi i kolejna obdarzona też może się zwrócić przeciw nam!

Przeraziła ją ta myśl, tak jak wcześniej przerażała ją Meara, chociaż była tylko próżną dziewką, której się ubzdurało, że dar naylais wystarczy, by cały świat legł u jej stóp. Ostatecznie to ona legła w ciemnicy, gdzie skonała zagłodzona przez tego samego króla, który wcześniej obsypywał ją klejnotami. Lecz nawet wtedy, gdy Geldan kazał wykuć dla niej specjalną maskę na twarz, by bez jego zgody nie mogła otworzyć ust, Isirdeyn nadal obawiała się jej daru. Budziła się w środku nocy zlana potem, bo przyśniło jej się, że Meara, wyzwoliwszy się z okowów, zmierza do pałacu, by głosem zabić wszystkich jego mieszkańców.

– Zapomnij o tym, synu. Ściągniesz nam na głowę nieszczęście. Nikt nie zapanuje nad obdarzoną.

– Ja zapanuję.

Isirdeyn przyglądała mu się w napięciu. Nie okłamywałby jej, nigdy tego nie robił. Gdy nie chciał o czymś mówić, po prostu milczał i nie mamił jej fałszywymi zapewnieniami. Meara fascynowała go od pierwszej chwili i wiele razy prosił Geldana, by pozwolił mu ją przepytać, lecz on nie chciał się zgodzić. Trzymał ją wyłącznie dla siebie, a przynajmniej tak mu się wydawało. Ustąpił dopiero wtedy, gdy Meara tkwiła już w lochu. Pozwolił Vitkhanowi ją odwiedzać, tyle że klucz do maski skuwającej jej twarz miał tylko on.

– Badaj ją, jak chcesz i czym chcesz – wycedził do Vitkhana – ale gęby nie dam jej otworzyć.

W pierwszej chwili Isirdeyn była zdziwiona, że syn przystał na te warunki. Dopiero potem zrozumiała, że dla niego takie zabezpieczenie nie stanowiło problemu. Azihre nauczyła go niejednej sztuczki, a czerpał też wiedzę wprost od Wielkich Naelitów. Ostatecznie to zakon Nemura strzegł ich ksiąg. Geldan o tym nie pomyślał.

Alma potwierdziła przypuszczenia Isirdeyn. Dowiedziała się od pilnującego Meary strażnika, że Vitkhan bez trudu ściągał z niej maskę i nawet nie starał się z tym kryć. Dziewka była przy nim potulna jak mysz i chętnie odpowiadała na pytania. W nagrodę dostawała owoc albo kawałek placka i Isirdeyn sądziła, że syn właśnie tym kupował jej posłuszeństwo.

Zapewne jeszcze długo przepytywałby Mearę, gdyby sprawy zakonu nie okazały się ważniejsze. Starał się wówczas o tytuł Pierwszego Nemura i musiał wyjechać, a w tym czasie Geldan dopilnował, by Meara wyzionęła ducha. Kiedy Vitkhan dowiedział się o jej śmierci, wpadł w szał. Krzyczał, że to marnotrawstwo, że swym postępkiem król zniweczył jego badania. Isirdeyn z trudem powstrzymała go od konfrontacji. W końcu złość się w nim wypaliła i skupił się na szukaniu kolejnej obdarzonej. Czytał wszystko, co o nich napisano, i odwiedzał tych, którzy mogli mu coś o nich powiedzieć. Jeśli dzięki temu nauczył się nimi sterować, to zyskaliby ogromną przewagę.

Isirdeyn nieraz widziała, jak za podszeptem króla Meara zmuszała pilnujących pałacu gwardzistów do robienia idiotycznych rzeczy. Na jej rozkaz padali na ziemię albo skakali niczym spłoszone kury. Bywało też, że zaszywali się w kącie i płakali, ale zapytani później o to, co ich tak poruszyło, nie potrafili dać sensownej odpowiedzi. Geldan śmiał się z tego do rozpuku, a Isirdeyn drżała z obawy, że któregoś dnia to na niej wypróbuje dar Meary. Teraz jednak wyobraziła sobie, jak by to było mieć obdarzoną na swoje usługi. Gdyby Vitkhan potrafił utrzymać ją w ryzach, to Isirdeyn z radością zrobiłaby z niej użytek. Czyż nie byłoby miło patrzeć na Ismenę i Geldana spełniających jej zachcianki?

– Skąd wiesz, że jakaś obdarzona istnieje? – spytała. – Chyba nie nabrałeś przekonania po tym rytuale, który odprawiły siostry. Alma opowiadała, że ponoć w trakcie usłyszały obdarzoną, ale wyglądało to na jakieś semirońskie wygłupy. Nie sposób brać tego na poważnie.

– Mylisz się. To ja pokazałem im ten rytuał i Mabithi nieźle się spisała. Dzięki niej wiem nie tylko, że obdarzona istnieje, ale też gdzie się mniej więcej ukrywa.

– Ufasz tej Mabithi? Może ona mami cię tak dla złota.

– Nie obawiaj się, umiem zadbać o jej lojalność. Zresztą Azihre potwierdziła jej słowa. Dziewka mieszka gdzieś w pobliżu Elavin, ale głosem potrafi sięgnąć o wiele dalej. Azihre twierdzi, że to ona powstrzymała Karistę przed zabiciem króla. Ciekawe, jak to zrobiła. – Zamyślił się i niespodziewanie uśmiechnął. – Ponoć przepędziła nawet wysłane za nią taruqhaary.

– I ciebie to nie martwi?!

– Przeciwnie. Im większą ma moc, tym lepiej. Podczas święta byłem zbyt daleko, by na nią wpłynąć, ale jak już ją znajdziemy, zacznie śpiewać po mojemu.

– To dobrze, bo wrogów nam nie brakuje.

– Znów myślisz o Ismenie? – Spojrzał na nią znudzony.

– Ktoś musi, skoro ty jej nie doceniasz.

– Nie, matko. To ty ją przeceniasz. Z Karistą ograłem ją jak dziecko. Ismena odesłała ją w takim pośpiechu, bo się przeraziła, że ona zajmie jej miejsce w łożu króla. Jednak nie przyszłoby jej to do głowy, gdyby Geldan nie kazał przyprowadzić sobie Karisty, a to ja podsunąłem mu ten pomysł. On był na to zbyt pijany. W panice Ismena nawet nie pomyślała o Mabithi. Wcisnęła obie tej Yolandzie i kazała je wywieźć jak najdalej od stolicy. Pewnie dopiero teraz dociera do niej, co zrobiła. W dodatku siostry pojechały dokładnie tam, gdzie trzeba szukać dziewki. Jak więc widzisz, matko, panuję nad sytuacją.

– Skoro tak, to zapewne wiesz, że za sprawą interwencji Ismeny na dniach rusza ich śladem oddział Jastrzębi pod dowództwem jej kuzyna, Axela Anayena. Znasz go, więc chyba rozumiesz, że to nie przypadek.

Tym go zaskoczyła. Wyraz znudzenia zniknął mu z twarzy, a jasne oczy, tak podobne do oczu Efrela, nareszcie wpatrzyły się w nią z uwagą, jakiej od niego pragnęła.

– Skąd o tym wiesz?

– Od Almy. Ma w garści jednego z pokojowych króla. Według niego Ismena wmówiła Geldanowi, że powinien sprawdzić, co zaszło w Elavin podczas Święta Przesilenia, i że jej kuzyn świetnie się do tej roli nadaje. Nie wspomniała mu oczywiście o obdarzonej, ale z jakiego innego powodu by na to nalegała? Może więc popełniła błąd, odsyłając stąd siostry, lecz szybko się pozbierała. Co zrobisz, gdy Axel znajdzie dziewkę przed tobą, a Ismena zmusi ją do posłuszeństwa?

– Nie zdoła – wycedził. – Musiałaby najpierw odkryć, jak ją sobie podporządkować, a ja już to wiem. Bez obaw, matko. Wkrótce się przekonasz, które z nas wygra.

Rozdział 2 – Yolanda

Podeszła na dziób statku i wsparta rękami o liny, przymknęła oczy. Żagiel furkotał jej nad głową. Kapitan rozpiął go, by wykorzystać poranną bryzę. Płynęli Rękawem, kanałem łączącym port rzeczny w As Andar z Jeziorem Długiego Snu, a że poruszali się w górę drogi wodnej, wsparcie wiatru było mile widziane. Statek nazwany pieszczotliwie Kokoszką sunął teraz dzięki żaglowi i pęd powietrza przyniósł wreszcie odrobinę ochłody. Od wyjazdu z Nevaran upał jeszcze się wzmógł i nawet nocą nie dawał od siebie odpocząć.

Yolanda odetchnęła głęboko i rozejrzała się wokół. Choć słońce dopiero wstało, kanał pełen był wyładowanych po brzegi szkut, galarów, kryp i tratw. Te, które nie miały własnego napędu, ciągnęli na linach mężczyźni z cechu wodniaków, zwani mulnikami, jako że wspomagali się tymi zwierzętami. Szli wzdłuż brzegów Rękawa po starannie ubitej drodze, umilając sobie marsz okrzykami lub pieśniami śpiewanymi w rytm kroków. Pozostałe statki korzystały na ogół z wioseł, a gdy wiatr sprzyjał, również z żagli ozdobionych znakami gildii lub cechów, które reprezentowali.

Malowano je także na burtach i Yolanda zwróciła uwagę na płynącą z przeciwka potężną szkutę z jaśniejącym po obu stronach dziobu symbolem świątynnych kamieniarzy. Przedstawiał parę kilofów wbitych w szpiczastą skałę, na której szczycie siedział idrys z rozłożonymi skrzydłami. Końce piór stykały się z trzonkami kilofów, tworząc razem owalną całość. Yolanda dobrze znała ten znak, podobnie jak materiał, który wiozła szkuta – bloki czerwonego kwarcytu i jasnozłotego piaskowca. Z takich samych kamieni zbudowano świątynię uzdrawiania w jej szkole, a znak widniał i przy wejściu do niej, i na murach okalających cały teren. Jego widok sprawił, że Yolanda wróciła myślami do wydarzeń ostatnich dni.

Dzięki wiadomości od Zekiego czuła się nieco spokojniejsza niż w chwili wyjazdu z Nevaran, choć nadal miała wiele powodów do obaw. Funkcja przełożonej Poszukiwaczek spadła na nią tak niespodziewanie, że nie zdążyła się do tego przygotować, a jej życie miało odtąd wyglądać zupełnie inaczej. Z dnia na dzień musiała porzucić ukochaną szkołę w Elavin i zająć się nie tylko nowymi zadaniami, ale też nowymi podopiecznymi.

Przydzielono jej cztery Naishi, z czego dwiema – Heddą z Pallenar i Anushą z Dinan – nie musiała się na razie przejmować. Obie potrzebowały czasu, by przekazać dotychczasowe obowiązki, i dopiero pod koniec lata miały zostać pełnoprawnymi Poszukiwaczkami. Większym zmartwieniem dla Yolandy były siostry: Karista i Mabithi, które od razu musiała wziąć pod opiekę. Zwłaszcza Mabithi spędzała jej sen z powiek. Starsza z sióstr posiadała bowiem unikatową zdolność wyczuwania boskiej mocy, dzięki której mogła znaleźć nie tylko dziewczęta z darem uzdrawiania, lecz nade wszystko obdarzone naylais, a właśnie na nich najbardziej zależało Ismenie wybranej po śmierci Nurganis na Pierwszą Naishi. Mabithi stanowiła więc ogromne zagrożenie dla Miny i Yolanda od paru dni zachodziła w głowę, jak ją przed tym uchronić.

Z Karistą sytuacja wyglądała inaczej. Yolanda sama zadeklarowała, że się nią zajmie, a zdecydowała się na to po jej dziwacznym tańcu w amfiteatrze. Matka Nheba – dawna nauczycielka Yolandy, która jako jedyna wiedziała o darze Miny – twierdziła, że Karista była wówczas pod wpływem jakiejś magii i że w amoku chciała zabić króla. Nie doszło do tego na skutek interwencji Miny, ale Nheba nie potrafiła wyjaśnić, w jaki sposób Mina odkryła zamiary Karisty i jakim cudem zdołała użyć głosu na taką odległość. W dodatku nikt prócz Karisty i wspomaganej ziołami Nheby tego nie usłyszał. Yolanda siedziała wówczas obok Nheby i wprawdzie czuła, że dzieje się coś dziwnego, ale o śpiewie Miny nie miała pojęcia.

Wszystko to wymagało wyjaśnienia, podobnie jak udział księcia Vitkhana w całej sprawie. Nheba podejrzewała, że maczał w tym palce, dlatego wspólnie uznały, że Yolanda powinna zabrać siostry jak najdalej od niego. I oto teraz zmierzała z nimi do Elavin.

Obejrzała się na nie. Karista drzemała wsparta o burtę, ale Mabithi nawet na moment nie zmrużyła oka. Źle znosiła rejs statkiem i wystarczyło lekkie kołysanie, by zieleniała na twarzy. Nie czuła się też dobrze w siodle, a Yolandzie tak śpieszno było opuścić stolicę, że nie pomyślała o wynajęciu powozu. Sama uwielbiała konną jazdę, także Karista z chęcią dosiadła swej klaczy, lecz dla Mabithi podróż okazała się udręką. Zamknęła się w sobie do reszty, a po jakimś czasie i Karista straciła humor. Wyglądało więc na to, że żadnej z nich nie pasuje sytuacja, na którą zostały skazane.

Yolanda chwilami żałowała, że się w to wpakowała, ale nie zamierzała się uskarżać. W Elavin poradzi sobie ze wszystkim. Ma tam wsparcie matek i Zekiego, a on już wymyślił, jak odseparować Minę od sióstr. Yolanda poprosiła go o to w liście, który wysłała tuż przed odjazdem z Nevaran. Ostrzegła w nim, że siostry mogą być niebezpieczne dla Miny.

Zeki zaproponował rozwiązanie, które z początku ją zaskoczyło. Po zastanowieniu uznała jednak, że jest całkiem dobre. W zamyśleniu sięgnęła do sakiewki i ponownie przeczytała jego list:

Zaniepokoiła nas Twoja wiadomość o zdarzeniach w stolicy. U nas też nie obyło się bez nerwów. W trakcie obchodów doszło do starć z Tarhitami. Polała się krew i Naishi mają co robić. Sytuacja jest napięta. Wyścig się nie odbył, jarmark odwołano, a kupcy ze złości o mały włos nie roznieśli kasztenowi pałacu. Na plus mogę policzyć jedynie to, że zamieszki odwróciły uwagę od Miny, a ona podczas jarmarku omal się nie zdemaskowała. Na wszelki wypadek kazałem Merik zrobić jej tatuaż, by zmieniła wygląd. Prunie i Tamarze również. Wybacz, że nie zaczekałem z tym na Ciebie, nie miałem wyjścia.

Wysłałem też Minę do pałacu kasztena. Pani Enika tak się przejęła starciami, że chyba po raz pierwszy naprawdę zachorowała i kaszten zamówił dla niej trzy prywatne rytuały uzdrawiania. Ona sama uparła się na którąś z ostatnio wyświęconych nowicjuszek i jak rozumiesz, nie mogłem posłać do niej ani Tamary, ani Pruny. Mina trochę marudziła, że ją odsyłam. Chciała się z Tobą zobaczyć, ale wybiliśmy jej to z głowy. Spędzi w pałacu tydzień i oby tyle Ci wystarczyło, by wymyślić, co dalej.

Liczę, że Mina podsłucha przy okazji, co mówią w pałacu. Także dziewczyny od Yender mają nadstawiać ucha. Jej burdel pęka ostatnio w szwach, bo przyjezdni tylko tam mogą się wygadać. Kaszten zamknął się w pałacu i do obrony ściągnął żołnierzy z Teshnev. Marny to pomysł, znasz ich. Dzień bez burdy uznają za stracony i zawsze zostawiają po sobie bękarty. Dlatego zabroniłem naszym dziewczętom wychodzić poza szkołę, a i varinów puszczam w ostateczności. Alinę i Eldę wszystko to wytrąciło z równowagi. Obie są ledwo żywe z nerwów i zmęczenia, wracaj więc jak najszybciej. Potrzebujemy Cię tutaj.

Zeki

Yolanda schowała list i odruchowo spojrzała w niebo, choć nie spodziewała się zobaczyć na nim Cienistego. Nocą odesłała go do szkoły. Odnalazł ją w As Andar, gdzie specjalnie przedłużyła pobyt, by na niego zaczekać. Chciała wiedzieć, co spotka ją w Elavin, więc wykorzystała osłabienie Mabithi i zarządziła odpoczynek. Cienisty przyleciał drugiej nocy, gdy już niemal straciła nadzieję, że do niej trafi. Kryjąc się przed siostrami, odpisała Zekiemu, kiedy mają się ich spodziewać, i Cienisty zniknął w mroku tak szybko, jak się pojawił. Szkoda. Jego obecność zawsze dodawała jej otuchy.

– Matko przełożona? – Z zamyślenia wyrwał ją głos kapitana Melitona.

Stał w uniżonej pozie kilka kroków za nią – niski, krępy i ogorzały od słońca niczym Semirończycy, a i włosy miał kędzierzawe jak oni. Twarz pokrywały mu zmarszczki, oczy zaś błyskały spomiędzy nich jak dwa kawałki bursztynu. Uśmiechał się nieśmiało. Darzył uzdrowicielki wielkim szacunkiem i okazywał to na każdym kroku.

Yolanda poznała go przed laty dzięki Zekiemu, który wyjawił jej też, skąd u Melitona taki respekt przed Naishi. Jego najstarszy syn był w dzieciństwie strasznym urwisem i szkutę ojca traktował jak miejsce zabaw. Któregoś dnia spadł z masztu i tak się połamał, że medyk z As Andar nie dawał mu szans na przeżycie. Meliton sprzedał statek bratu i z umierającym synem udał się do nevarańskiej świątyni uzdrawiania. Neali uzyskanych ze sprzedaży nie wystarczyło na leczenie, Meliton musiał się zadłużyć, ale po kilku rytuałach bogini zwróciła mu syna, za co pozostał jej dozgonnie wdzięczny. Biedował przez kilka lat, aż bogini znów się do niego uśmiechnęła – za sprawą korzystnej transakcji dorobił się dwóch szkut i jedną z nich pływał dziś po Andarze ów uzdrowiony syn.

Od tamtej pory Meliton każdego dnia składał bogini dary za to, że tak hojnie go obdarzyła. Z pobożnością czcił też innych bogów, czego wyrazem były zawieszone na szyi amulety. Największy z nich – lazurytowy dysk z pięknie wygrawerowanym i pozłoconym idrysem – poświęcony był oczywiście Namee. Lecz prócz niego Meliton nosił również opalizujący czarny kamień z maleńkim nurgrisalem przynależnym Nyvii, bogini wody, a także wyrzeźbioną w drewnie veskanu piszczałkę dla Ayshahata, boga żywiołów powietrza. Miał nawet wysadzaną perłami rzecznymi miniaturową łódź, mającą zapewnić mu przychylność Nurhamiba, patrona wszelkich wodnych odmętów, choć wielu łączyło go raczej z morzami niż jeziorami czy rzekami. Meliton podzwaniał amuletami przy każdym kroku i Yolanda mogłaby się założyć, że nawet nocą ich nie zdejmuje.

– Jakże pięknie mieni się w słońcu twój nurgrisal! – zauważyła z grzeczności, wskazując na kamień poświęcony Nyvii.

– O tak! Musisz wiedzieć, czcigodna matko przełożona, że jest to dzieło prawnuka słynnego mistrza złotniczego, Irakisa, tego samego, który wykonał koronę naszego króla – odparł z dumą, po czym opowiedział o cudach, jakie zobaczył w jego pracowni, i o tym, jak ostro się z nim targował. – Mistrz Yabren jest godnym następcą swego pradziadka. Zna swą wartość i niechętnie ustępuje z ceny. Za to amulety, które robi, nie mają sobie równych. Odkąd założyłem ten, Nyvia sprzyja mi we wszystkim. Ale po cóż ja ci, matko, zawracam głowę amuletami, skoro wam, uzdrowicielkom, błogosławi sama bogini Namee.

– Owszem, to jednak nie powód, byśmy wywyższały się ponad innych. Natomiast domyślam się, że nie o amuletach chciałeś ze mną mówić – dodała z uśmiechem.

– Ano tak. – Zawstydził się. – Posiłek kazałem dla was przygotować i zioła dla starszej z sióstr. Widzę, że kołysanie jej nie służy.

– Oj, nie. Dlatego wątpię, by skusiła się na cokolwiek. Skoro wczoraj straciła apetyt na samo wspomnienie o płynięciu statkiem, to dziś go raczej nie odzyska.

– A nie dałoby się jej wyleczyć po waszemu? – Meliton ściszył głos.

– Z pewnością by się dało, czy jednak powinnyśmy poświęcać nasz dar na tak drobne przypadłości?

– Masz rację, matko. Na mdłości są prostsze sposoby.

– I twoje zioła w zupełności wystarczą. Dziękuję, kapitanie, że o tym pomyślałeś.

– Drobiazg, matko. Mogę ci też obiecać, że do Elbon pogoda się nie zmieni, a zatem fale będą niewielkie.

– A wiatr? Myślisz, że się utrzyma?

– O tak! Pociągnie nas wprost do portu. – Meliton wskazał na wydęty żagiel. – Będziemy tam szybciej, niż planowałem.

– To dobrze. Dotarły do mnie wieści o zdarzeniach w Elavin i jestem pełna niepokoju.

– Wcale ci się nie dziwię, matko. – Meliton się zasępił. – Nie takie miało być Święto Przesilenia.

– Wiesz, co się tam stało?

– Tylko tyle, ile mi powiedziano. Ponoć tuż przed wyścigiem ptaki zaczęły spadać na ludzi jak grad i wszystkim się od tego pomieszało w głowach.

– Ptaki? Jakie? Tazruki?!

– Nie, matko, zwykłe szpaki, ale w strachu wielu pomyliło je z tazrukami. Niektórzy zaczęli wykrzykiwać, że to Tarhici je tam ściągnęli, że ich wiedźma, no i się zaczęło. Najpierw kłótnie, potem szarpanina, aż w ruch poszły noże i ganyary. Straszna historia! Mówią, że macie sporo zabitych.

Yolanda struchlała. Zeki o tym nie wspominał, więc pewnie Meliton przesadzał.

– W liście informowali mnie wyłącznie o rannych, co i tak jest nieszczęściem. A o jakiej wiedźmie mówisz? Tarhici ich nie mają.

– Wybacz, matko, tu się z tobą nie zgodzę. Ot, weźmy choćby taką Zayate Trzy Gwiazdy. Strach pomyśleć, co ta kobieta wyprawia!

– Ależ Melitonie, Zayate nie jest wiedźmą, tylko uzdrowicielką namiestnika Erharda.

Yolanda poznała ją podczas pobytu w Gerbintherze i chociaż za nią nie przepadała, a zwłaszcza za smrodem, jaki panował w jej pracowni, nie posądziłaby jej o używanie magii. Meliton był innego zdania. Ująwszy w dłonie amulety, podbiegł do burty i siarczyście splunął w wodę.

– Widzisz, matko? Nawet jej imię pali mnie w język! Gdybym go nie wypluł, stanęłoby mi w gardle. Nie, nie! – Potrząsnął głową. – Nie godzi się nazywać jej uzdrowicielką. Ty nią jesteś, czcigodna matko. Ale powiedz mi, czy aby leczyć, musisz tańczyć dla demonów? Trzymasz u siebie słoje pełne robactwa i gadzich wnętrzności? A może robisz leki z pajęczych sieci i żmijowego jadu?

– Tarhici mają inne obyczaje, co jednak nie czyni z Zayate wiedźmy. One zabijają ludzi, a ona ich leczy, tyle że na tamtejszy sposób. Pustynia pełna jest gadów i wszelkiego robactwa, więc uzdrowicielki nauczyły się z tego korzystać. Poza tym Zayate była podczas święta w Gerbintherze, nie mogła rzucić ptaków na Elavin.

– Ona nie, ale widziano tam młodą Tarhitkę, która jednym słowem sprawiła, że żołnierzom miecze wypadły z rąk. Wyobrażasz to sobie, czcigodna matko?! Tak ich osłabiła, że nie potrafili się ruszyć. Nie powiesz mi, że nie stoją za tym czary.

– Jednym słowem… – powtórzyła w zamyśleniu.

Zatem o to chodziło. Być może Mina stanęła w obronie jakiegoś Tarhita i okrzyknięto ją jedną z nich. Tylko czemu Zeki jej nie upilnował? Cóż, Minę niełatwo było upilnować. Tyle dobrego, że uznano ją za Tarhitkę. Odsunęło to podejrzenia od szkoły. Czy jednak tatuaż wystarczy, by nikt jej nie rozpoznał? Gdyby do tego doszło… Yolanda wzdrygnęła się na samą myśl.

– Tak, matko – perorował dalej Meliton. – Ta dziewczyna pokonała cały oddział, a nocą wywołała taką burzę, że do dziś po niej sprzątają. Mówią, że wśród gromów słychać było skrzeczenie demonów. Oj, idą złe czasy, matko przełożona, a nas nie ma kto bronić. Król się zestarzał, a jego następca… Ech, szkoda gadać. – Meliton machnął ręką. – Elavin pilnują teraz żołnierze z Teshnev, a jak ich znam, to nie wiem, czy się cieszyć. Oni są za słabi na wiedźmę, za to wam chętnie życie uprzykrzą.

– Miałeś z nimi do czynienia?

– A bo to raz! Nawet twoje Naishi nie będą przy nich bezpieczne. Ci z Teshnev za nic mają bogów i świętości. Lepiej trzymajcie się od nich z daleka.

– Będę o tym pamiętać, kapitanie. Dziękuję, że mnie ostrzegłeś. A na razie cieszmy się piękną pogodą i chodźmy wreszcie coś zjeść. Namee czuwa nad nami, nie powinniśmy się martwić na zapas.

Posiłek czekał w zadaszonej części pokładu i, mimo prowizorycznych warunków panujących na Kokoszce, wyglądał zachęcająco. Stół zastępowały złączone ze sobą skrzynie, a w rolę krzeseł wcieliły się beczki z oliwą, przykryte dla niepoznaki kawałkami tkanin. Poza ławą, na której siedziały siostry, Meliton nie miał na pokładzie żadnych mebli, bo rzadko tu kogoś gościł, a jemu i płynącym z nim pomocnikom wystarczały porozrzucane tu i tam koce lub hamaki.

Ludzie przeprawiali się przez jezioro, korzystając z promów zarządzanych przez gildię przewoźników, lecz Yolanda świadomie wybrała Kokoszkę. Chciała uniknąć wścibskich oczu. Meliton zabrał tylko ją i siostry, jeśli więc podążali za nimi jacyś szpiedzy, to musieli się zadowolić innym środkiem transportu. Yolanda miała też nadzieję, że wreszcie uda jej się porozmawiać z siostrami, bo ani w drodze do As Andar, ani w gospodzie nie znalazła ku temu okazji. Poza tym lubiła Melitona. Przypominał jej kuzyna matki, który parę razy w roku odwiedzał ich wioskę i zawsze obdarowywał dzieciaki prezentami. Mała Kailen – jak wówczas nazywano Yolandę – czekała na niego niczym na dzień swych urodzin.

Meliton, podobnie do owego krewnego, miał w sobie ufność i pogodę ducha, której w ostatnich dniach bardzo jej brakowało. Również teraz szybko się rozpogodził i z radością zgodził się jej towarzyszyć.

Yolanda podeszła z nim do sióstr i poleciła, by posiliły się wraz z nią. Karista wstała, ale Mabithi odmówiła jedzenia.

– Nic nie przełknę. Nie dam rady – wyszeptała i po namowach zgodziła się jedynie wypić trochę naparu. Przesunęła się też w stronę burty i wsparła o nią ramieniem.

– Przejdzie jej – zapewnił Meliton.

Yolanda pokiwała głową.

Już mieli zasiąść do stołu, gdy jeden z pomocników podbiegł do Melitona i oznajmił, że jest potrzebny na dziobie. Kapitan skłonił się i odszedł, a Yolanda została z Karistą.

Na posiłek składały się głównie ryby pod różnymi postaciami: pieczone, wędzone i marynowane z warzywami, a do tego placki, podpłomyki, podeschnięte już nieco orshti, także z rybą albo z kozim serem, oraz trochę świeżych owoców. Yolanda nie jadła od wczoraj, więc nałożyła sobie wszystkiego po trochu. Również Karista wyglądała na głodną, ale wyraźnie martwiła się o siostrę. Oglądała się na nią raz po raz.

– Słyszałam, że to ty poprosiłaś Radę Naishi, by uczyniła Mabithi Poszukiwaczką. To prawda? – zagadnęła Yolanda.

Karista przytaknęła skinieniem głowy.

– Zgłosiłaś ją, mimo że podróżowanie jest dla niej taką udręką?

– Ona też tego chciała.

– Czyżby? A może przystała na to przez wzgląd na ciebie?

– A jakie to ma znaczenie? – Karista spojrzała na nią zaczepnie.

Yolanda już wcześniej zauważyła, że dziewczyna łatwo wpada w gniew, a jednak podczas Rady Naishi potrafiła ponoć przemawiać jak prawdziwa przywódczyni i niczym nie dała się wyprowadzić z równowagi. Również w obliczu króla zachowała spokój, chociaż potraktował ją jak dziwkę do wynajęcia. Łączyła w sobie wiele sprzeczności i Yolanda nadal nie umiała jej rozgryźć, mimo to czuła do niej większą sympatię niż do ponurej i zamkniętej w sobie Mabithi, choć obie starała się traktować tak samo.

– Zastanawiam się po prostu, czy Mabithi towarzyszy ci, bo chce, czy może boi się spuścić cię z oczu?

– Nie rozumiem, czemu mnie o to wypytujesz, matko. I tak zadecydowano o naszym losie gdzie indziej. O twoim również.

– Masz rację, mimo to chciałabym wiedzieć, na ile potrafisz być samodzielna. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, za kilka dni wyjedziesz do Tarhit, a ponieważ to ja cię tam poleciłam, wolałabym się upewnić, czy poradzisz sobie bez siostry.

– Nie musisz się o mnie martwić.

– Skoro tak, to czemu nie wypytujesz mnie o namiestnika, o Gerbinther i zwyczaje panujące w Tarhit? Czemu od wyjazdu z Nevaran trzymasz się Mabithi jak dziecko matczynej spódnicy?

Karista poczerwieniała. Otworzyła usta, ale zacisnęła je z powrotem i tylko oddychała gwałtownie.

– Dobra, wygrałaś, matko – powiedziała wreszcie. – Ale wiedz, że jestem przy Mabithi, bo widzę, jak ona się czuje. To ona mnie potrzebuje, nie ja jej.

– Nie ma niczego złego w więzi, która was łączy, jednak wkrótce będziecie musiały się rozdzielić, a żadna z was nie wydaje się na to gotowa. Wolicie się dąsać i unikacie mnie, choć jestem jedyną osobą skłonną wam pomóc.

Karista spuściła wzrok i jakby zapadła się w sobie. Znów była dziewczynką, która się pogubiła, ale Yolanda wiedziała, że nie przyzna się do słabości. Schowa ją głęboko, a przed innymi będzie udawać twardą.

– Czego od nas oczekujesz? – spytała, już opanowana.

– To złe pytanie, Karisto. Pomyśl nad innym i pamiętaj, że jestem po waszej stronie.

Rozdział 3 – Mina

– No, wreszcie przyszłaś! – wykrzyknęła pani Enika na widok Miny. – Zobacz, jak wyglądam! Jestem cała mokra. Serce mi wali, głowa pęka, a nadal nie doczekałam się od ciebie pomocy! Minęły dwa dni, odkąd tu jesteś. I co? Nawet nie kiwnęłaś palcem, by mnie uleczyć!

Mina westchnęła. Miała ochotę przypomnieć, że owszem, minęły dwa dni, ale pierwszego pani Enika nawet nie znalazła dla niej czasu. W dodatku zlekceważyła wszystkie dotychczasowe zalecenia, więc o poprawie nie mogło być mowy. W tej sytuacji Mina powinna postąpić jak inne Naishi i na odczepnego odbębnić zamówione przez nią rytuały. Ostatecznie kaszten już za nie zapłacił. Ale nie potrafiła się na to zdobyć. Pani Enika naprawdę cierpiała, choć w większości na własną prośbę.

Mina nie musiała przywoływać aury, by wiedzieć, co jej dolega. Pani Enika przekwitała, jednak uparcie wierzyła, że przyczyną dolegliwości są straszliwe choroby, które wyleczyć może jedynie uzdrowicielka. Wciąż szukała odpowiedniej, bo żadna nie potrafiła jej zadowolić. Uśmierzały ból głowy, uspokajały skołatane serce, ale działało to na krótko i pani Enika ponownie domagała się pomocy. Mina nie chciała być jak one.

– Kazałam przygotować ci kąpiel, pani. – Pogładziła ją po spoconej dłoni.

– Oszalałaś?! – Pani Enika wyrwała rękę. – Chcesz mnie kąpać o tej porze?

– Wczoraj mi odmówiłaś, pani.

– Bo zamówiłam rytuały, nie kąpiele.

– Wszystko w swoim czasie. Najpierw skorzystaj z łagodzącej mocy wonnych olejków, potem zajmiemy się resztą.

– Doniosę na ciebie, zobaczysz – fuknęła. – I dopilnuję, by cię zdegradowano, choćbym miała ściągnąć tu Pierwszą Naishi! Tak im cię przedstawię, że nawet podłóg nie dadzą ci szorować, tylko wywalą na zbity pysk, słyszysz?

– Dobrze, ale to później, a dziś zrób, pani, wyjątek i zechciej mnie posłuchać. – Mina pomogła jej usiąść.

– Zamiast ciebie powinnam była zawołać tę Sidrin – burczała dalej pani Enika. – Ona jedna się u was do czegoś nadaje. Nie rozumiem, jak zakon godzi się was utrzymywać. Nie zasługujecie nawet na to, by być nagreshi!

– Być może, ale Sidrin wyjechała i zostałam ci, pani, tylko ja, dlatego zechciej pójść ze mną.

Mina poprowadziła ją do komnaty łaziebnej, gdzie Sani z pomocą służek zdążyła już podgrzać wodę. Pachniało igliwiem, miętą wodną i rozmarynem, mimo to oblicze pani Eniki pozostało skwaszone. Kąpała się rzadko i niechętnie, a na wannę patrzyła jak na narzędzie tortur.

Mina pomogła jej się rozebrać i nie zważając na utyskiwanie, posadziła ją w wodzie.

– Włosy też umyjemy. Rozplącz je, Sani. – Wskazała na warkocz, który pani Enika oplotła sobie na noc wokół głowy.

Włosy miała długie, ale zniszczone zbyt sztywnymi fryzurami i zszarzałe od pudru, który stosowała zamiast mycia, a śmierdziały jak sierść brudnego psa. Pani Enika pociła się teraz obficiej i maskowanie tego pudrem nie pomagało.

– Trzeba będzie je podciąć, Sani. Spójrz na te końcówki, całe postrzępione.

– Ani się waż! – wykrzyknęła pani Enika.

– Obiecuję, że poczujesz się, pani, znacznie lepiej, a i włosy odżyją po kąpieli.

Pani Enika zmarszczyła się gniewnie, gdy raptem oczy zaszły jej łzami i z gardła wyrwał się szloch.

– Spokojnie. Wszystko będzie dobrze, pani Eniko. – Mina ujęła jej dłonie.

– Co ty tam wiesz – wyszeptała, lecz odtąd nie stawiała już oporu.

Po kąpieli Mina odprowadziła ją z powrotem do komnaty sypialnej, którą służki zdążyły przewietrzyć. Zapach potu uleciał, a w jego miejsce pojawiła się woń jaśminu. Brudną pościel zastąpiła nowa, a zbyt ciepłą kołdrę wymieniono na lżejszą. Mina nie pozwoliła pani Enice związać włosów. Kazała wysuszyć je ręcznikiem, wyczesać i zostawić rozpuszczone.

– Dajmy im trochę odetchnąć. Ty, pani, też tego potrzebujesz. Wypij to, proszę. – Podała jej napar.

– Co to takiego?

– Coś, co pozwoli ci zasnąć.

– Nie mogę spać! Muszę wszystkiego dopilnować. Trzeba wydać w kuchni…

– Nie dziś. Czas zadbać o siebie. Zresztą jeszcze nie świta. – Mina wskazała na okna.

Pani Enika wypiła napar i z rezygnacją opadła na poduszkę.

– Nie myśl, że zapomnę, jak mnie potraktowałaś – wymamrotała.

– Ani mi to w głowie. Na pewno zemścisz się, pani, okrutnie, a na razie posłuchaj śpiewu ptaków.

Miło było patrzeć, jak usypia. Twarz jej złagodniała, zmarszczki się wygładziły, a serce uderzało miarowo i spokojnie. Przed przybyciem do pałacu Mina nie miała o niej dobrego zdania. Jak większość uważała, że jest zbyt wścibska, zaborcza, a do tego złośliwa. Nie odpuszczała żadnej okazji, by dogryźć każdemu, kto wszedł jej w drogę, dlatego służba bała się jej jak ognia. Jednak dwa dni w pałacu wystarczyły, by Mina spojrzała na nią inaczej.

Pani Enika usilnie próbowała wszystko kontrolować, a kaszten skrzętnie to wykorzystywał. Zasypywał ją sprawami, którymi nie chciało mu się zajmować, i podobnie robił jej brat, Gabor. Obaj radzili się jej w najdrobniejszych kwestiach, ale nie po to, by wysłuchać jej opinii, tylko po to, by mile połechtana wyręczyła ich w pracy. A przecież pani Enika miała jeszcze na głowie dwóch leniwych synów rozmiłowanych w polowaniach oraz trzy córki, z czego dwie na wydaniu. Młodsze gościły teraz u starszej siostry i przynajmniej one nie zamęczały jej swymi problemami, lecz i bez nich pani Enika miała co robić. Odpowiadała przecież za kuzynów, mieszkańców miasta, strażników miejskich, okolicznych chłopów, a nawet Naishi, którym również patrzyła na ręce.

Umęczone do ostatnich granic ciało pani Eniki zaczęło odmawiać posłuszeństwa. Bezsenne noce pozbawiały ją sił, a zmiany nastrojów sprawiały, że sama nie mogła ze sobą wytrzymać. Dochodziły do tego uderzenia gorąca i fale zalewającego ją potu. Apogeum nastąpiło podczas Święta Przesilenia, gdy wszystko wymknęło się spod kontroli. Kaszten, wystraszony wściekłością kupców, zamknął się u siebie i to na panią Enikę spadła większość oskarżeń. Kiedy w końcu udało się zapanować nad sytuacją, poczuła się chora jak nigdy wcześniej, lecz tak naprawdę nie potrzebowała uzdrowicielki, a jedynie chwili odpoczynku. Właśnie to Mina postanowiła jej dać, bowiem pod tą najeżoną kolcami skorupą dostrzegła samotną, starzejącą się i potwornie zmęczoną kobietę, która z całych sił próbuje utrzymać w garści otaczającą ją rzeczywistość. Tak ją nauczono i taka była ponoć jej matka. Wychowała panią Enikę na zarządczynię, a te, choćby miały paść, musiały dopilnować każdego drobiazgu. Mina nie mogła się od niej odwrócić, a że od dziecka przywykła do złośliwości, spływały one po niej jak woda po kaczce. Pogładziła śpiącą panią Enikę po włosach i usiadła na fotelu przy oknie.

„Zostaniesz z nią?” – spytała bezgłośnie Sani.

Odkąd bartnik Liven ją tego nauczył, często korzystała z takiego sposobu komunikacji, a i Mina chętnie go sobie przypominała.

„Tak. Będzie miała na kogo utyskiwać, gdy się zbudzi”.

„Przynieść ci coś do jedzenia?”

„I to sporo”. – Roześmiała się. – „W szkole nie bywam tak głodna jak tutaj. Chyba pani Enika wysysa ze mnie wszystkie siły”.

„Mam podobnie”. – Sani uśmiechnęła się i wyszła.

Mina wyjrzała przez okno. Pojaśniało już, więc mogła coś zobaczyć, ale widok był marny w porównaniu z tym, jaki miała ze szkoły. Rozciągał się przed nią nadmiernie wystrzyżony ogród zakończony wysokim murem, który przesłaniał horyzont i dobitnie przypominał jej, po co Zeki ją tu umieścił. Nie chodziło o panią Enikę, tylko o ukrycie Miny przed przyjeżdżającymi z Yolandą Naishi oraz tymi, którzy szukali dziewczyny z jarmarku. Skoro zaatakowała żołnierzy, to nikt nie będzie podejrzewać, że skryła się w strzeżonym przez nich pałacu. Pod tym względem był on najbezpieczniejszym miejscem w Elavin, ale widokami Miny nie zachwycił.

Dawniej stał tu obronny donżon, który po pożarze przebudowano i rozbudowano. Przez kolejne wieki obrastał dodatkowymi skrzydłami, wieżyczkami, tarasami, wykuszami, jednak przeróbki wykonano chaotycznie i takież sprawiał wrażenie. Przypominał podróżną skrzynię, do której wrzucono niepasujące do siebie części garderoby.

Mimo tych mankamentów Mina całkiem dobrze się tu poczuła. Nareszcie leczyła, a od dawna chciała się tym zajmować. Po to przyszła do zakonu i takie było jej zobowiązanie wobec ciotki. Musiała też przyznać, że pochlebiał jej sposób, w jaki ją tu traktowano. W szkole większość uważała ją za niewiele wartą sierotę wychowaną w burdelu, a tutaj zyskała status wielkiej pani, choć nie umiałaby wyjaśnić, czym to osiągnęła. Być może przyczyniło się do tego uzdrowienie kobiet ranionych podczas ataku tazruków, bo nawet krytykująca wszystko pani Enika uznała to za nie lada wyczyn.

Sani wsunęła głowę przez uchylone drzwi.

„Nakryłam w komnacie obok, przyjdziesz?”

Mina przytaknęła i podniosła się z krzesła.

Posiłek okazał się wyborny. Megda, kucharka pani Eniki, była prawdziwą mistrzynią, a orshti piekła niemal tak dobrze jak Idran, co nikomu się dotąd nie udało. Przez to Mina zjadła zbyt dużo i dopadła ją senność.

– Zostaniesz z nią, Sani? Pójdę się wykąpać, inaczej padnę.

– Pewnie. A potem przygotuję ci zioła, bo chyba zajmiemy się już jej uzdrawianiem, prawda?

– Cały czas się tym zajmuję, ale masz rację, pora na rytuał. Zaraz wracam. Wołaj mnie, gdyby się obudziła.

Sani skinęła głową, a Mina przemknęła obok drzemiących w fotelach służek i wyszła na korytarz. Wschodzące słońce rozjaśniło już pałacowe wnętrza, mimo to nadal panowała tu cisza. Stłumione odgłosy dochodziły jedynie z kuchni i spod bramy, gdzie stało kilku żołnierzy. Jeden z nich spojrzał na Minę, gdy z krużganku wyjrzała na dziedziniec, i ziewnąwszy, wrócił wzrokiem do towarzyszy.

Mina zeszła na parter, po czym skierowała się do korytarza zaczynającego się zaraz za kuchnią. Łaźnia, dokąd zmierzała, znajdowała się na jego końcu. Wewnątrz panował przyjemny półmrok. Wąskie okienka pod sufitem wpuszczały niewiele światła, a lampek nikt jeszcze nie zapalił.

Mina w zamyśleniu zdjęła sandały i już miała sięgnąć do sukni, gdy usłyszała zbliżający się odgłos kroków. Obejrzała się, ale krzyknąć już nie zdążyła. Żołnierz, który przed chwilą na nią patrzył, pchnął ją na ścianę i dłonią zamknął jej usta.

– Nareszcie się doczekałem. – Przywarł do niej biodrami, a drugą ręką chwycił za pierś i ścisnął. – No, no! Nie szarp się, moja śliczna. – Docisnął ją mocniej. – Mówić też ci nie pozwolę. Wiem, co potrafisz robić z głosem. Zdziwiona? – Zaśmiał się. – Przecież to ciebie widziałem na jarmarku. Wszędzie poznałbym te oczy. – Polizał ją po czole.

Wzdrygnęła się, próbowała wyrwać. Na nic. Przyciskał ją całym ciałem.

– Mój dowódca to dureń – szeptał. – Nie odkryłby, że to ty, choćbyś przed nim zatańczyła. Za to ja chętnie zatańczę z tobą. – Rozsunął kolanem jej nogi, chwycił za wzgórek i podniósł, szorując jej plecami o ścianę. – O tak! Zabawimy się! – Odnalazł pod tkaniną sutek i ugryzł.

Mina jęknęła. Łzy popłynęły jej z oczu. Bolało potwornie, a nie była w stanie krzyknąć. Ledwie mogła łapać oddech. Pomyślała o Sani. Och, gdybyż umiała ją przywołać!

– Podoba ci się, prawda? Na więcej musisz poczekać do jutra. Dziś mam służbę, a bardzo obowiązkowy ze mnie żołnierz. Dowódcy mnie uwielbiają i ty też polubisz. Będziesz mnie pieścić, a ja pogładzę cię po tej łysej główce. – Opuścił ją na posadzkę i znów polizał. – Przyjdziesz jutro wieczorem do ogrodu, ale tak, by nikt cię nie widział. Od strony koszar jest furta. Zaczekasz tam na mnie, a potem zrobisz, co ci każę. Jeśli nie, powiem wszystkim, kim jesteś, a szukają cię, oj, szukają, i chętnie mi zapłacą. Chyba nie chcesz kłopotów, co? – Pochylił się i tym razem wepchnął jej język w ucho.

Obracał nim, dyszał w szyję, aż ogarnęły ją mdłości.

– Nic nie kombinuj, zabezpieczyłem się. Będziesz się stawiać, to oberwie się jeszcze twojej przyjaciółce. Właściwie to dobry pomysł. Może razem się zabawimy, co? – Zaśmiał się i odsunął.

Szarpnięciem oderwał ją od ściany i uderzył z potworną siłą. Mrok zalał Minę, nim jej ciało sięgnęło podłogi.

Ciąg dalszy w pełnej wersji e-booka

Strona redakcyjna

Pani Łez to drugi tom cyklu Głos ponad mrokiem

BLOK KSIĄŻKI:

redakcja: Adrian Kyć

korekta: Monika Szewczuk

projekt typograficzny i skład: Julita Gielzak

OKŁADKA:

koncepcja i fotografia: Joanna Stoga

ilustracja: Norbert Starzyński

liternictwo: Julita Gielzak

opracowanie map: Iga Kucypera

© 2026 by Joanna Stoga

[email protected]

ISBN: 978-83-980006-4-2

ISBN serii: 978-83-980006-2-8

Grupa GMT Sp. z o.o.

55-120 Golędzinów, ul. Moniuszki 8

[email protected]