Pan i Pani M. - Kaczmarczyk Marta - ebook

Pan i Pani M. ebook

Kaczmarczyk Marta

0,0

Opis

Pan i Pan M.

Tych dwoje, oprócz imion na tę samą literę, łączy właściwie tylko jedno – miłość do zwierząt. Nigdy by na siebie nie wpadli, gdyby nie pewien mały kundelek, który potrzebuje pomocy.

Majka Bodurka to dziewczyna, w której żyją dwie skrajności. Zawodowo – uporządkowana graficzka komputerowa, funkcjonująca według zasad i ściśle ustalonego planu. Prywatnie – zwariowana imprezowiczka, otwarta na ludzi i nowe znajomości, niestroniąca od męskiego towarzystwa.

Marcin Malak to stateczny trzydziestolatek prowadzący własny gabinet weterynaryjny. W wolnych chwilach woli zaszyć się w czterech ścianach, poćwiczyć w domowej siłowni czy pograć na konsoli. Unika towarzystwa, a kontaktów międzyludzkich wcale nie ułatwia mu jego gburowata natura i trudna przeszłość.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 461

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Marta Kaczmarczyk

Wydawnictwo Jeszcze jeden rozdział, 2026

 

Wszelkie Prawa Zastrzeżone / All rights reserved

Żadna część tej publikacji nie może być kopiowana, reprodukowana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie bez uprzedniej pisemnej zgody właściciela praw autorskich.

 

Redakcja:

Beata Buko

 

Korekta:

Marta Surygała

Kamila Polańska

 

Projekt okładki:

Kamila Polańska

 

Zdjęcie autorki na okładce:

Kamila Pomietło Fotografia

 

Skład i łamanie:

Tomasz Siegmund | studioalto.pl

 

Wydawca:

Wydawnictwo Jeszcze jeden rozdział

jeszczejedenrozdzial.pl

Wydanie I, Imielin, 2026

 

 

Słowem wstępu – książka zawiera treści i porusza tematy, które dla niektórych osób mogą być zbyt delikatne lub bolesne. Jeśli nie czujesz się na siłach, aby teraz dać pochłonąć się lekturze, może nie jest to pozycja dla Ciebie. Jeżeli nie chcesz wiedzieć, jakie wątki są poruszane, przestań czytać teraz.

Pan i Pani M. zawiera opisy dotyczące żałoby, śmierci bliskiej osoby, choroby, wypadku, osierocenia oraz sceny o charakterze erotycznym.

Jeśli dotyczą Cię wymienione problemy, pamiętaj, że zawsze możesz poszukać pomocy. Nie jesteś sama.

Teraz zapraszam Cię do świata Majki i Marcina.

Dla M. M.

Mojego Męża

Bez Ciebie nie byłoby tej książki

Dziękuję.

PROLOG

Tłoczymy się przed aulą, czekając na ostatni wykład tego dnia. Zerkam na zegarek. Za kilka minut powinni nas już wpuścić na zajęcia. Dziś jest wyjątkowo dużo ludzi.

– Może wieczorem wyskoczymy do klubu? – proponuje Karolina, koleżanka ze studiów.

– Ja już mam plany – stwierdzam, odnajdując wzrokiem Patryka, studenta drugiego roku.

Wymieniamy znaczące uśmiechy, będące zapowiedzią kilku wspólnych godzin w jego ciasnym pokoju w akademiku. Jest trochę młodszy, ale zdecydowanie zna się na rzeczy. Mój wzrok chyba go przyciąga, bo podnosi się i podchodzi wolnym krokiem, nie odrywając ode mnie spojrzenia brązowych oczu. Wiem, że podoba się wielu dziewczynom, kilka głów obraca się w jego stronę.

– Cześć – wita się. – Kończę za godzinę.

– Ja podobnie, może nawet trochę wcześniej. Zaczekam na ciebie.

Kiwa tylko i odchodzi, a ja oblewam się lekkim rumieńcem.

– To te plany? – dogryza mi Karolina. – Chyba nie spędzicie razem całego popołudnia i wieczora? Jak już skończycie… realizować plany to możemy jeszcze gdzieś wyskoczyć.

– Moja babcia przyjechała na kilka dni – tłumaczę. – Więc Patryk to nie jest wymówka na dziś. Zależy mi na tym, żeby spędzić z nią trochę czasu. Ma urodziny za tydzień i chcemy jej zrobić małą niespodziankę. Rodzice mieli dziś jechać po tort i prezent.

– Dobra, nie naciskam. Umówimy się innym razem.

Naszą krótką wymianę zdań przerywa dźwięk otwierających się drzwi do auli. Powoli wchodzimy do dużego pomieszczenia i zajmujemy miejsca. Jak zwykle wybieram strategiczne siedzenie z tyłu.

Męczę się na kolejnym wykładzie z historii sztuki. Nie są to informacje, których nie mogłabym wyszukać sama w kilka minut w internecie. Co chwilę wzdycham ciężko, ciągle sprawdzając godzinę. Czas płynie tutaj chyba trochę inaczej.

Gdzieś między rysowaniem kwiatka a setnym zerknięciem na zegarek, drzwi do auli uchylają się z lekkim skrzypnięciem, które – nie wiedzieć czemu – przyprawia mnie o gęsią skórkę.

Do pomieszczenia wchodzi dwóch policjantów, co wzmaga mój instynktowny, podskórny niepokój. Zakładam, że ktoś znów źle zaparkował pod uczelnią lub w którymś z akademickich pokoi znaleziono trawkę. Nie pierwszy raz.

Wszyscy obserwujemy, jak funkcjonariusze zmierzają do wykładowcy, zamieniają z nim kilka słów, po czym profesor woła donośnym głosem:

– Pani Maja Bodurka?

Wyrywa mi się ciche jęknięcie. Nie mam przy sobie ani samochodu, ani trawki, więc obie opcje wykroczeń odpadają. ­Kilka osób spogląda w moją stronę, kiedy unoszę drżącą dłoń. Dlaczego sam widok policji wpędza ludzi w taki stres? Nie zrobiłam nic złego, a już skacze mi adrenalina.

– Tutaj – odzywam się nieśmiało.

– Pójdzie pani z nami.

Obaj policjanci wchodzą schodami na górę audytorium, podczas gdy ja staram się zebrać swoje rzeczy. Karolina w międzyczasie dopytuje szeptem, o co chodzi – jakbym sama wiedziała cokolwiek więcej niż ona. Wzruszam tylko ramionami, ignoruję szumienie w uszach i suchość w ustach. Wstaję niepewnie i ruszam w kierunku drzwi. Jeden z policjantów puszcza mnie przodem, ale mam wrażenie, że nie jest to szarmancki gest, raczej zapobiegawczość, jakbym miała im uciec, gdyby nikt nie pilnował moich pleców.

– Mogę wiedzieć, o co chodzi? – wyduszam, gdy tylko wychodzimy na korytarz.

– Porozmawiajmy na zewnątrz – proponuje wyższy funkcjonariusz.

Biorę głęboki wdech i wychodzę przed budynek uczelni, gdzie mój wzrok przyciąga zaparkowany na chodniku radiowóz. O jego bok opiera się… moja babcia. I pali papierosa! Rzuciła dobre dziesięć lat temu. Co tu się wyprawia!? Stoję przez moment jak wryta, próbując opanować szaleńcze bicie serca, które pędzi bez ustanku, chyba przeczuwając, że stało się coś złego.

W końcu, nie myśląc za wiele o ewentualnych konsekwencjach, puszczam się biegiem w stronę babci. Przemykam przez wielką kałużę, nie zawracając sobie głowy tym, że zamoczę spodnie. Teraz tylko kropi, ale rano padał mocny deszcz. Ulice i chodniki są pokryte błotem i wilgocią. Pojedyncze krople ­rozbijają się o moją twarz, kiedy w końcu dopadam do babci i ignorując szum w uszach, pytam pospiesznie:

– Nic ci nie jest? – Łapię ją za ramiona i szybko oglądam, szukając obrażeń, bo jest to pierwsze, co przychodzi mi do głowy. – I dlaczego palisz? Co się dzieje? – Zaczynam tracić panowanie nad sobą.

Babcia zamiast mi cokolwiek wyjaśnić, odpowiedzieć na którekolwiek z pytań, odwraca ode mnie głowę i wypuszcza chmurę dymu w powietrze. Cały czas unika przy tym spojrzenia mi ­prosto w twarz. W ogóle nie patrzy w moją stronę, choć zauważam, że ma zaczerwienione, pełne łez oczy.

– Muszę potwierdzić pani tożsamość – odzywa się oficjalnym tonem niższy z policjantów. – Nie chcieliśmy robić przedstawienia przy świadkach. Pani Maja Bodurka…

– Przecież już to wiecie – wybucham, zirytowana tym milczeniem i ich absurdalnym zachowaniem. – O co chodzi? – cedzę przez zęby.

– Pojadą panie z nami – informuje nas wyższy policjant, również unikając mojego wzroku. – Trzeba zidentyfikować dwa ciała.

Czuję, jak ziemia osuwa mi się pod stopami. Albo to ja osuwam się na ziemię. Nie jestem pewna. Przeszywa mnie paraliżujący ból, choć fizycznie chyba nic mi nie dolega. Może to moje pękające serce albo krusząca się dusza dają fizyczne objawy, bo wiem, że właśnie zawalił się świat, jaki znałam do tej pory. Zdaję sobie sprawę, że od tego momentu już nic nie będzie takie samo.

Nie mogę oddychać, nie mogę myśleć. Nagle robi mi się ciemno przed oczami, mój organizm nie wytrzymuje fali emocji. Czuję tylko czyjś uścisk na ramionach i słyszę urwany krzyk babci.

Potem nie ma już nic.

CZĘŚĆ I

Rozdział 1

Rozdział 1Zerkam przelotnie na zegarek w nadziei, że tym razem będę punktualnie. Niestety okazuje się, że jak zawsze szykowanie się zajęło mi więcej czasu, niż zakładałam. Jednak dziś chciałam wyglądać wyjątkowo dobrze, a przecież zrobienie się na bóstwo chwilę trwa. Wybrałam dopasowaną, krótką sukienkę z głębokim dekoltem i czarne szpilki. Planuję złowić jakąś jednonocną przygodę w klubie. Nie miałam nikogo od dwóch tygodni,nie będę się oszukiwać, naszła mnie ochota na faceta.

Poprawiam makijaż, maluję usta na ciemny róż. Wcześniej podkreśliłam jeszcze moje błękitne oczy i wyprostowałam blond włosy – spływają teraz luźno do połowy pleców.

Pod moimi nogami leży Tekla – moja ukochana suczka, adoptowana dwa lata temu. Przygląda mi się brązowymi ślepkami. Od dawna myślałam o posiadaniu psa. Ostatecznie przekonało mnie to, że pupil będzie moją motywacją do spacerów. Przy Tekli nie mogę się nie ruszać. Jest mieszanką border collie, więc ruch ma wpisany w geny. Wygląda jak mała, czarno-biała ­krówka. Dwa, czasem trzy razy w tygodniu biegamy parę kilometrów po lasach, w pozostałe dni nabijamy dystans na spacerach.

– Nie patrz tak – zwracam się do niej. – Mamusia musi się czasem zabawić. – Czochram ją po gęstej sierści.

Często sobie gadamy, w końcu mieszkamy we dwie, do kogoś trzeba się czasem odezwać. Tekla przekrzywia lekko głowę i strzyże uszami. Wiem, że nie jest zadowolona, kiedy wychodzę. Na szczęście niczego w tym czasie nie niszczy, po prostu grzecznie czeka. Najbardziej lubi, kiedy jesteśmy razem, wtedy jest najszczęśliwsza.

Jak co weekend wybywam w miasto. Umawiam się ze znajomymi z pracy, koleżankami ze studiów lub z najlepszą przyjaciółką – Elizą. Nie znamy się długo, ale ze względu na okoliczności od razu połączyła nas prawdziwa przyjaźń.

Dziś idziemy we dwie do klubu potańczyć. Może coś zaliczyć. Jesteśmy swoimi skrzydłowymi. Pilnujemy się wzajemnie, aby nikt niechciany nas nie zaczepiał, pomagamy sobie w podrywie i oceniamy męskie tyłki. Raczej nie jesteśmy typowymi romantyczkami. Życie oduczyło nas wiary w mężczyzn i ich czyste zamiary. Więc korzystamy z nadarzających się okazji i nie udajemy nadmiernie porządnych ani cnotliwych.

Na miejsce docieram Uberem, chwilę po jedenastej. Widzę Lizkę już od wejścia. Siedzi przy barze, piękna jak zawsze. Brązowe loki do ramion, ciemne oczy, idealna cera i biust. Tak, ten jej biust… Wystawia nawet moją heteroseksualność na próbę. Czasem łapię się na tym, że ciężko mi utrzymać z nią kontakt ­wzrokowy. Ubrała się w czarną sukienkę oraz wysokie szpilki. Jesteśmy prawie tego samego wzrostu, mamy po sto siedemdziesiąt centymetrów. Eliza jest może odrobinę wyższa.

– Przepraszam, czy to miejsce jest zajęte? – pytam, gładząc ją po plecach.

– Czekam na moją przyjaciółkę wywłokę, która nie zna się na zegarku – zaczyna zgryźliwie.

– Spóźniłam się tylko dziesięć minut, nie dramatyzuj – mówię, a ona obrzuca mnie posępnym spojrzeniem. Ma obsesję na punkcie punktualności. – Postawię ci pierwszego drinka – próbuję ją udobruchać.

Podnoszę rękę, aby zamówić dwie margarity. W połowie drugiego kieliszka Eliza się rozchmurza i ruszamy na parkiet. Kilku facetów do nas uderza, ale żaden nie wzbudza naszego zainteresowania, więc postanawiamy utopić smutki w alkoholu. Kursujemy między parkietem a barem.

Budzi mnie słońce wpadające przez uchylone rolety. Sięgam po telefon, jest po dziesiątej. Obok słyszę jęk zawodu. Odwracam się i widzę rozrzucone brązowe loki.

– Zgaś, kurde, to światło – marudzi Eliza, odwracając się do mnie tyłem.

– To słońce, Lizka. Trzeba było sobie odpuścić dwa ostatnie drinki.

– Spadaj.

– Ty spadaj! Jesteś w mojej sypialni.

– Serio!?

– Tak! Chciałam wylądować wczoraj z kimś w łóżku, ale niekoniecznie z tobą.

– Byłoby ci dobrze, chciałabyś więcej.

Chichoczemy.

– Przykro mi, kochana. Dopóki nie wyhodujesz penisa, nie mamy o czym rozmawiać.

– To czemu… Co ja tu robię? – pyta, powoli wracając do żywych.

– Teraz zabierasz mi moją przestrzeń osobistą. A w nocy zarzygałaś mi pół łazienki. Trzymałam ci włosy nad kiblem.

– Ja pieprzę… Nic nie pamiętam. Sorki…

– Sorki? Zaciągasz u mnie coraz większy dług wdzięczności.

– Wiem… Za Rafała to chyba nigdy ci się nie wypłacę.

– Spoko, coś wymyślę. – Szturcham ją w bok.

– Ten gnojek zrujnował mi życie, Majka. Do dziś to przeżywam.

– Przestań, Lizka. Ciesz się, że w porę się wydało.

– Tylko dzięki tobie. – Odwraca się. – W innym wypadku to byłby dramat.

– Chodź, zjemy coś i pogadamy przy kawie. Ja muszę wyjść z Teklą.

– Mogę wziąć prysznic? – pyta nieśmiało.

– Nawet powinnaś!

– To idź z psem. Jak wrócisz, zapraszam na śniadanie na miasto.

Spacerujemy z Teklą po parku, a moje myśli odpływają do wydarzeń sprzed mniej więcej dwóch lat. Do wieczoru, kiedy poznałam w barze pewnego faceta – Rafała. Pierwsza noc z nim była fajna. Bawiłam się na tyle dobrze, że parę dni później znów się umówiliśmy. Po kilku drinkach wróciliśmy do mnie, wylądowaliśmy w sypialni, było miło, nie powiem, że nie. Całowaliśmy się, zostaliśmy w bieliźnie, on stwierdził, że skoczy tylko do łazienki.

Kiedy zniknął, zaczęła dzwonić jego komórka. Była sobota, koło północy… Trochę dziwna pora na telefon. Uznałam, że to albo żona, albo szpital. Tylko oni mogli dobijać się do niego tak późno i to w weekend. Ewentualnie kostnica.

Zostawił telefon na szafce, więc podeszłam, aby mu go podać. Na wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie kobiety z podpisem „Kotek”. No kurde, zoolog mi się trafił. Zachowując trzeźwy umysł, złapałam za swojego smartfona i zrobiłam zdjęcie jego ekranu, po czym wróciłam do łóżka. Kiedy Rafał wszedł do pokoju, cyknęłam też fotkę jemu w samych gaciach.

Poinformowałam go, że ktoś dzwonił. Zerknął na swoją komórkę, następnie z kamienną twarzą powiedział, że to zastrzeżony.

O ty chuju…

Zapytałam, kim jest Kotek. Zaczął się mętnie tłumaczyć, w końcu bąknął, że to jego narzeczona. NARZECZONA! I teraz uwaga, jego argument: ślub za ponad dwa miesiące, więc spoko. SPOKO?! Możemy się bzykać, bo ma jeszcze dwa miesiące.

Dałam mu ultimatum. Ma tydzień, aby jej się do wszystkiego przyznać. A jeśli on tego nie zrobi, sama się tym zajmę i nie będzie tak miło. Wyśmiał mnie oczywiście. Wywaliłam go za drzwi.

Od razu zrobiłam szybki research. Przejrzałam wszystkie jego profile w mediach społecznościowych. Koleś nie był zbyt wylewny, ale w jego znajomych wypatrzyłam Kotka. A raczej Kocicę, ona już bardziej obfitowała w dane. Wstawiała ich wspólne zdjęcia, udostępniała w internecie sporo informacji, w tym swoje miejsce zatrudnienia.

Czekałam – ten obiecany Rafałowi tydzień. Jeszcze nie miałam pomysłu, jak zweryfikuję, czy przyznał się narzeczonej do barowych przygód. Problem rozwiązał się sam. Dzień przed ostatecznym terminem dziewczyna wrzuciła ich wspólne zdjęcie z restauracji z dopiskiem „60 dni do ślubu, wielkie odliczanie rozpoczęte!”.

Następnego dnia czekałam na nią pod budynkiem firmy, w której pracowała. Wyciągnęłam od sekretarki informację, o której kończy. Wiedziałam, jak wygląda, to było proste. Zaczepiłam ją, choć nie bardzo chciała ze mną gadać. Poszłyśmy na kawę dopiero, gdy wyjaśniłam, że chodzi o Rafała.

Opowiedziałam jej historię naszej znajomości. Robiła coraz większe oczy, była mega wkurwiona. Ale oczywiście mi nie uwierzyła. Pokazałam jej zdjęcie narzeczonego w bieliźnie oraz kilka screenów z naszych konwersacji, niepozostawiających za dużo miejsca na domysły, na co się umawiamy.

Poprosiłam też kolegę, aby go sprawdził. Miałam znajomego, który już kilka lat siedział w branży informatycznej. Wisiał mi przysługę, więc postanowiłam skorzystać z jego pomocy. Dotarł do profilu Rafała na jednym z portali randkowych. Po nitce do kłębka, zdobył kontakt do kilku dziewczyn, z którymi ten się ostatnio spotykał. Kiedy dziewczyny usłyszały, że Rafał jest nieszczery, chętnie przesłały screeny rozmów, flirtów i inne ciekawostki na jego temat.

Do tego okazało się, że niewierny narzeczony miał drugie konto na Instagramie, wtedy poszło już z górki. Kilka oznaczeń, zdjęć, lokalizacji, a dowody na jego niewierność zbierały się same. Miałam przy sobie kilkanaście fotek różnych dziewczyn z Rafałem; przytulali się, całowali, nie były to przyjacielskie ujęcia, raczej pamiątki z namiętnych wspólnych chwil.

Ale laska nadal nie była przekonana. Musiałam wytoczyć najcięższe działa, choć chciałam jej tego oszczędzić.

To spotkanie z nim, do którego się jej na początku przyznałam, było moją drugą randką z Rafałem. Na pierwszej pieprzyliśmy się pół nocy. Zdążyłam go sobie dokładnie obejrzeć i wiedziałam coś, czego nie powinnam, jeśli byłby taki niewinny, jak sądziła jego narzeczona. Miał bliznę tuż obok fiuta. Kiedy był mały, przeszedł operację przepukliny, a blizna była tego pamiątką.

Po tej informacji kobieta zaczęła się w popłochu zbierać. Spytała, dlaczego w ogóle się do tego mieszam. Odparłam, całkiem szczerze, że nienawidzę zdradliwych kutasów. Dałam jej wszystkie zdjęcia i swoją wizytówkę – tę samą, którą przekazuję zawsze potencjalnym klientom. Widniały na niej informacje na temat moich usług graficznych oraz numer telefonu.

Zadzwoniła po trzech dniach. Poszłyśmy na drinka; ona zdecydowanie potrzebowała kilku. Skonfrontowała się z Rafałem. Przyznał, że zdradzał ją od dawna na prawo i lewo, a ja byłam tylko jedną z wielu. Część jej przyjaciół o tym wiedziała, ale nie chcieli się wtrącać. Bardzo lojalne kurwy… Laska zerwała zaręczyny. Znali się niecały rok, a już mieli brać ślub.

Nie dziwię się mu, że chciał ją usidlić. Jej rodzina jest super dziana. Rodzice mają duże przedsiębiorstwo. Ona jest w zarządzie, a że jest jedynaczką, to firma będzie kiedyś należeć do niej. Po rozmowie zaproponowała mi pracę. Chciała, abym została główną graficzką. Miałam wtedy dwadzieścia pięć lat, więc niewielkie doświadczenie, dlatego się nie zgodziłam, ale złożyłam aplikację i przyjęli mnie na stanowisko adekwatne do moich umiejętności. Teraz, po dwóch latach, kiedy awansowałam, rzeczywiście nadzoruję kilka osób, mam swój zespół i zarabiam niezłe pieniądze. Do tego robię czasem inne pojedyncze zlecenia, rysuję logo, przygotowuję grafiki, projektuję strony. Radzę sobie. W domu mam urządzone biuro, wolę pracę zdalną, wtedy jestem bardziej niezależna.

Z Elizą przyjaźnimy się od tamtej nocy w barze. Uznała, że skoro uratowałam jej firmę oraz życie osobiste jako totalnie obca osoba, to jestem godna zaufania i można na mnie polegać. Zawsze możemy na siebie liczyć.

Od przygody z Rafałem Lizka nie wierzy w związki, z nikim się nie umawia dłużej niż miesiąc i zarzeka się, że już nigdy się nie zakocha. Ale ma dopiero trzydzieści lat, więc może jest jeszcze nadzieja dla jej złamanego serca.

Rozdział 2

W środę wstaję po dziewiątej. Pracowałam do trzeciej w nocy, więc ledwo żyję. Ubieram się w dres i zabieram smycz, wlekąc się do drzwi. Ostatnie dni wpędzają mnie powoli w dołek psychiczny. Ciągle wieje, leje, pizga, zero słońca, zero seksu. Nic, tylko zakopać się w pościeli z winem i wibratorem.

Ale dziś jest inaczej. Kiedy otwieram drzwi, owiewa mnie ciepły wietrzyk, a skórę muskają promienie słońca. Aż niedowierzam, patrząc na tę nową rzeczywistość. To chyba pierwszy ciepły dzień w tym roku, a mamy połowę marca. Muszę go wykorzystać!

Po spacerze karmię psa, wpadam do sypialni i odkopuję moje ciuchy do biegania. Większość jest w praniu, udaje mi się jednak znaleźć zajebiście różowe legginsy z wysokim stanem, biały top sportowy z czarnymi psimi łapkami (znajdują się w miejscu piersi, nie wiem, co za zjeb to projektował, ale była promocja, więc siła wyższa), dodatkowo zarzucam na siebie cienką czarną bluzę. Biorę pokrowiec na telefon, słuchawki, klucze oraz kartę do samochodu. Włosy związuję w wysoki kucyk i w drogę. Praca zdalna ma ten plus, że mogę sobie czasem pozwolić na wyskoczenie gdzieś w ciągu dnia. Wtedy zaległości nadrabiam wieczorami.

Mieszkam w centrum Tychów, to świetne miasto, mamy dużo terenów do rekreacji. Jest tu naprawdę sporo parków, ścieżek rowerowych i zieleni. Nawet przy dużych osiedlach jest czym oddychać, zabudowa nie jest bardzo gęsta, jak w innych miastach aglomeracji śląskiej. Jednym z moich ulubionych miejsc na spacery są Paprocany, gdyż właśnie w tej dzielnicy znajduje się malownicze jezioro. Często chodzimy tam z Teklą.

Obok rozciągają się piękne lasy, to tam zwykle wybieram się na jogging. W otoczeniu przyrody mogę swobodnie pomyśleć, oczyścić głowę, pooddychać i dać sobie wycisk. Kiedyś trenowałam dużo więcej, ale w pewnym momencie poszło to za daleko. Teraz mam mocno zarysowane mięśnie brzucha i sportową sylwetkę. Jedynym moim problemem są pośladki, z którymi nie mogę sobie poradzić. To prezent od babci ze strony mamy. Ona też zawsze miała wielki tyłek. Niektóre dziewczyny walczą o odstające pośladki, podczas gdy ja chciałabym moje zmniejszyć. Nie można mieć wszystkiego.

Dojeżdżam na miejsce przed południem. Słonko grzeje, jest około dwudziestu stopni, ale biorę bluzę, bo między drzewami na pewno będzie chłodniej. Do kieszeni wsuwam kartę do samochodu, telefon pakuję do pokrowca na ramieniu. Włączam muzykę: Blue Swede – Hooked on a Feelingi wkładam słuchawkę do jednego ucha. Oduczyłam się biegania z dwoma po pewnym incydencie.

Zrobiłam sobie kiedyś postój na polanie, żeby się porozciągać. W głowie szumiał mi akurat refren Moonage Daydream Dawida Bowiego. I nagle ktoś złapał mnie za ramię. Myślę, że mój pisk było słychać aż w centrum. Wystraszyłam się tak bardzo, że popuściłam w gacie. Dosłownie. W wieku dwudziestu siedmiu lat zlałam się w majtki. Myślę, że to trochę za wcześnie na problemy z utrzymaniem moczu, ale stało się.

Odwróciłam się i zobaczyłam za sobą młodego chłopaka, trzymał w ręce moje klucze do domu. Okazało się, że biegł za mną jakiś czas i zobaczył, że coś zgubiłam. Wołał mnie, ale ze względu na muzykę nie miałam szans go usłyszeć. Wręczył mi klucze i odszedł, ja zaś zostałam w zalanych majtach pośrodku lasu. Od tego momentu używam tylko jednej słuchawki, żeby mieć kontakt z rzeczywistością. I suchą bieliznę.

Biegam około pół godziny, kiedy dociera do mnie jakiś odgłos. Zatrzymuję się i nasłuchuję. Pisk? Skomlenie? Jęki? Warczenie? Matko… Może to mały dzik? Zaraz przyjdzie jego matka i mnie zeżre. Co robić? Co robić!? Jak to szło w tym wierszu? Dzik jest dziki, dzik jest zły… Na drzewo, powinnam wejść na drzewo. Tyle tylko, że nie umiem! Rozglądam się nerwowo, szukając drogi ucieczki.

Umrę tu…

Nagle moją uwagę przyciąga karton. Całkiem spore pudełko stoi w krzakach kilka metrów ode mnie. To właśnie stamtąd dobiegają dźwięki. Nie wiem, co mi strzela do głowy, ale nogi same mnie tam prowadzą. Z walącym sercem podchodzę bliżej, pocę się bardziej niż przy biegu, wyłączyłam muzykę, przerywając małemu Michaelowi w połowie I Want You Back. Nasłuchuję, to zdecydowanie jakieś jęki. Ciche, ale regularne popiskiwanie.

Kiedy staję nad kartonem, spełniają się moje najgorsze wyobrażenia. To pies. Malutki, skulony, wychudzony pies. Na oko kundelek, waży może z pięć kilogramów. Jest czarnobrązowy. Leży zwinięty w kulkę i piszczy. Moje serce pęka na pół. Może nie jestem najmilszą osobą na świecie, bywam wredną suką, ale do zwierząt mam wielki szacunek, w życiu nie zrobiłabym im krzywdy.

Jakim trzeba być sukinsynem, żeby porzucić takie maleństwo w środku lasu na pewną śmierć?! Kucam przy psiaku i przyglądam się jego małemu ciałku. Gołym okiem widać żebra, ma zaropiałe oczka, strupki przy nosie oraz kołtuny w sierści, choć włoski są dość krótkie.

– Hej, mały – odzywam się cicho. – Kto cię tu zostawił, kochanie? – Piesek lekko na mnie spogląda, ale chyba nie ma siły się podnieść.

Podsuwam rękę pod jego nos, aby mógł mnie powąchać. Nie jestem psim behawiorystą, ale byłam na kilku treningach z Teklą, więc wiem to i owo. Mały chyba wciąga mój zapach, ale nadal się nie rusza. Albo jest tak wystraszony, albo taki słaby. Muszę mu pomóc. Trzeba go stąd zabrać.

Unoszę delikatnie karton, piesek się wzdryga, ale nie próbuje uciekać. Trzęsie się jak galareta. Jest lżejszy, niż się spodziewałam. Kieruję się z nim do auta. Docieramy tam po kilkunastu minutach. Otwieram samochód i umieszczam pudło na podłodze, pod nogami pasażera. Próbuję dać psu wody, ale nie jest nią zainteresowany. Okrywam go kocem Tekli, który wożę w bagażniku, zamykam ostrożnie drzwi, po czym wsiadam za kierownicę.

Wyszukuję w telefonie najbliższe gabinety weterynaryjne. Mój weterynarz przyjmuje po drugiej stronie miasta, a do tego w tym tygodniu mają zamknięte ze względu na urlopy.

Kiedy dwa lata temu adoptowałam Teklę, zrobiłam dokładne rozeznanie wśród lekarzy. Jedna z klinik wpadła mi wtedy w oko – duży zakład, M&M Clinic, mają też hotelik dla psów, które po zabiegach dochodzą tam do siebie. Świetne opinie, dobre wyposażenie, są też dość blisko. Jednak kiedy chciałam zapisać się do nich z Teklą, stracili moje zaufanie. Odebrał jakiś gbur, cham, jakich mało, i powiedział, że teraz nie przyjmują nowych pacjentów, bo wprowadzają zmiany w zatrudnieniu. Był opryskliwy i niesympatyczny, więc szybko skończyłam rozmowę. Postanowiłam, że już nigdy się do nich nie odezwę, teraz jednak tylko oni mi zostali. Może gbur już tam nie pracuje. Nie zamierzam się umawiać, to chyba wyjątkowa sytuacja i liczę, że mnie przyjmą.

Wbijam adres w GPS i po dziesięciu minutach parkuję pod odpowiednim budynkiem. Wysiadam i przeglądam się w szybie. Wiem, jak wyglądam… Opięte jaskraworóżowe gatki, top ledwo zakrywający cycki, plus zapocona bluza. Poprawiam chociaż włosy, spryskuję się perfumami, które mam w aucie, po czym biorę psiaka. On jest teraz najważniejszy, ale nie chciałabym, żeby pomyśleli, że to ja go tak załatwiłam.

Wchodzę do sporej poczekalni, siedzą tam dwie kobiety. Jedna z małym psem, druga z transporterem z kotem. W pomieszczeniu jest kilka krzeseł. Troje drzwi z napisem „gabinet”, jedne prowadzące do WC, jedne do pokoju zabiegowego.

Witam się i tłumaczę kobietom, z czym przychodzę. Obie są przejęte, od razu się zgadzają, abym weszła bez kolejki. Czekamy parę minut, komentując bestialskie zachowanie niektórych ludzi.

Drzwi do jednego z gabinetów się otwierają i wychodzi z niego drobna, młoda lekarka z rudymi, prawie czerwonymi włosami. Zaprasza panią z kotem, ale szybko wyjaśniam sytuację, więc wpuszcza mnie do środka.

Stawiam karton z pieskiem na stole, pani weterynarz wkłada rękawiczki i ogląda kupkę nieszczęścia, którą przyniosłam. Wyjmuje psiaka i zaczyna go badać. Ocenia jego wiek na jakieś pół roku. Jest bardzo zaniedbany, wychudzony, na pewno był głodzony i chyba bity, sądząc po obrażeniach. Jego stan jest opłakany. Między wierszami kobieta sugeruje, że możliwe, iż nie będziemy w stanie mu pomóc.

– Czy pani proponuje uśpienie? – pytam, unosząc brew.

– Pies jest skrajnie wyczerpany, nie ma siły nawet podnieść głowy. Może się okazać, że wdrożone leczenie nic nie da. Nie ma chipa, nie wiemy, czy miał jakiekolwiek szczepienia. Terapia musiałaby potrwać z miesiąc, byłaby kosztowna.

– Cena nie gra roli – cedzę przez zęby, patrząc intensywnie na rudą małpę. – Chyba waszą rolą jest pomaganie zwierzętom, a nie ich usypianie? Nie macie jakiejś przysięgi Hipokratesa, czy coś?

– Pani mnie nie rozumie. – Wzdycha. – Chcę pomóc temu psu, ale może się okazać, że ta nasza pomoc przyniesie mu więcej cierpienia niż pożytku. Na pewno musielibyśmy zacząć od podania kroplówki i wtedy zobaczymy, czy w ogóle zacznie reagować.

– Proszę więc działać.

Zakłada mu wenflon, ja w tym czasie przytrzymuję malucha, postanawiam z nim posiedzieć. Kobieta tłumaczy, że o kolejnych krokach leczenia zadecyduje szef, bo to on zajmuje się ciężkimi przypadkami.

– Proszę mnie nie oceniać – mówi cicho rudzielec. – Pracuję tutaj dość długo, więc niejedno widziałam. Uśpienie zwierzęcia to najtrudniejsza część mojej pracy, to ostateczność. Decyzja zawsze należy do właściciela. Postaramy się zrobić wszystko dla tego malucha. – Ściska mnie za ramię. Kiwam tylko głową, bo do oczu napłynęły mi łzy. – Postąpiła pani bardzo odpowiedzialnie, przywożąc go do nas. Niewiele osób przejmuje się losem bezpańskich psów.

– To nic takiego. Dla mnie to naturalny odruch.

– Rozumiem, że chciałaby go pani zatrzymać?

– Nie wiem. Mam już jednego psa, nie planowałam kolejnego.

– Mamy stronę internetową, gdzie szukamy domów adopcyjnych. Jeśli dojdzie do siebie, to możemy go tam umieścić.

– Kiedy dojdzie.

– Słucham?

– Kiedy dojdzie do siebie. Nie „jeśli”. – Patrzę na nią znacząco.

– Oczywiście. Może pani z nim chwilę posiedzieć. Zawołam szefa. Tak w ogóle to Hanka jestem.

– Majka. – Ściskamy sobie dłonie.

Zostawia mnie samą. Z jednej strony ją rozumiem, ale z drugiej mnie wkurwiła. Skreśliła od razu mojego psa. Mojego psa? Jakiego mojego! Nie mogę mieć dwóch, prawda? A może mogę?

Siedzę obok skulonego kundelka, gładzę go delikatnie i mówię spokojnym tonem, że jestem przy nim, że wszystko będzie dobrze. W pewnym momencie maluch się podnosi i zaczyna się dławić. Staram się podtrzymać mu główkę, panikuję, nie wiem, jak mu pomóc. Nagle puszcza pawia. Prawie sama woda, ale wszystko ląduje na moim rękawie. Kurwa mać!

– No już, mały… Nic się nie stało.

Urywam ręcznik papierowy, wycieram stół, psa oraz siebie. Obok jest zlew. Postanawiam trochę zaprać bluzę, bo nie mam nic innego do ubrania. Ściągam ją, myję ręce i moczę zabrudzony rękaw. Słyszę, jak otwierają się za mną drzwi.

– W podziękowaniu za ratunek mały mnie zarzygał – rzucam, nie odwracając się. – Skorzystałam z wody i ręczników.

– To pani jest tą wariatką, która zbiera psy po lesie? – rozlega się niski męski głos tuż za mną.

Odwracam się i widzę wysokiego faceta. Jest ubrany w rozpięty biały fartuch, ręce trzyma w kieszeniach. Ma ciemne, trochę dłuższe włosy w totalnym nieładzie, ładnąkarnację i niewiarygodnie błękitne oczy. Prawie takie jak moje. Tyle że ja jestem blondynką, więc u mnie ten kolor nie jest niczym niezwykłym, a przy jego wyglądzie te tęczówki zdają się byćzupełnie zaskakujące. Świdruje mnie spojrzeniem, jego mina nie zdradza żadnych emocji.

– Wariatką? – odzyskuję mowę.

– Hanka mówiła, że przywiozła pani znalezionego psa. Dotykała go pani?

– Tak, właśnie go głaskałam i zwymiotował.

– On może być chory.

Ten facet stoi tu zaledwie chwilę, a już wytrąca mnie z równowagi.

– Dlatego przywiozłam go do was. Nie zabrałam go na lody czy do kina, tylko do weterynarza.

– Zbliżanie się do nieznanych zwierząt jest średnio odpowiedzialne.

– A porzucanie w lesie?! Miałam go tam zostawić? – Wycieram ręce i biorę się pod boki. – Gdzie ja w ogóle trafiłam? Do weta czy do rzeźnika? Jedna chce usypiać, drugi zostawiać w lesie…

– Proszę się uspokoić. Obejrzę go.

– Jaki łaskawy – bąkam pod nosem, ale chyba to słyszy, bo zerka na mnie z ukosa.

Podchodzimy do stołu. Facet ogląda psa, a ja oglądam faceta. Bardzo przystojnego faceta. Wróć! Bardzo opryskliwego faceta. Jest skupiony, zdaje się przykładać do pracy, choć już stracił mój szacunek.

– Maja? – odzywa się nagle.

– Co takiego?

– Pszczółka Maja? – pyta, wskazując mój bok.

No tak… Bluza suszy się na krześle, więc paraduję przed nim w sportowym staniku. Mimo że legginsy mają wysoki stan, to na żebrach z lewej strony widać mój tatuaż. Spod topu wystaje większość pszczółki.

– Tak, pamiątka z osiemnastych urodzin – odpowiadam.

– Spokojnie, każdy popełniał jakieś błędy w młodości.

Ja pierdolę… Co za ciul. Ten tatuaż to było moje marzenie, to raz. A dwa, w młodości?! Że teraz jestem stara?

– Jakie błędy? To był zaplanowany, dobrze przemyślany tatuaż. Nie uważam go za błąd.

– Okej. – Uśmiecha się pod nosem jednym kącikiem ust.

– O co ci chodzi, człowieku? Masz badać psa, a nie studiować moje tatuaże.

– Tatuaże? To jest ich więcej? – Unosi brew.

– To chyba nie jest zbyt istotna informacja w tym momencie – prycham. – Ale tak, są jeszcze dwa. – Odwracam się, żeby odetchnąć. – W miejscach, których nigdy nie zobaczysz, frajerze – dodaję pod nosem.

– Nigdy nie zrozumiem, dlaczego kobiety się okaleczają.

– Okaleczają? Serio?

Jak on mnie wkurwia!

– Możemy skupić się na psie? – Staram się zachować spokój. – Czy jako wytatuowana osoba nie mogę zostać waszą klientką?

– Pies ma około pół roku – zaczyna, jakby w ogóle nie słyszał mojej ostatniej uwagi. – Musimy wykonać komplet badań. Więcej będę mógł powiedzieć po otrzymaniu wyników morfologii. Wtedy dowiemy się, w jakim stanie są jego narządy wewnętrzne. Jednak nawet bez badań widać, że jest skrajnie odwodniony i niedożywiony. Bardzo blada śluzówka oka sugeruje, że ma anemię. Leczenie potrwa minimum dwa tygodnie, może nawet miesiąc. Najlepiej, aby w tym czasie został u nas na kwarantannie, przynajmniej do czasu, aż nie wykluczymy chorób zakaźnych i pasożytów. Nie powinien mieć kontaktu z innymi zwierzętami, aby uniknąć zarażenia. Mogłaby go pani codziennie przywozić na kroplówkę, jednak w jego stanie jest to ryzykowne. Dlatego sugeruję zostawienie go u nas. Jeśli organizm podejmie walkę…

Znów to „jeśli”.

– Kiedy – wtrącam obcesowo. – Kiedy organizm podejmie walkę. Nie „jeśli”.

– Jeśli organizm podejmie walkę, trzeba będzie go zaszczepić, zapewne odrobaczyć i zachipować – kontynuuje, totalnie mnie olewając. – To dość drogie leczenie. Może pani starać się o zwrot kosztów w Urzędzie Miasta…

– To nie będzie konieczne – przerywam mu.

– Jak już wspomniałem, musimy zrobić też podstawowe badania krwi, kilka testów – stwierdza, a ja kiwam tylko głową. – Poproszę Hanię, aby spisała pani dane. Proszę umyć, a potem zdezynfekować ręce i już nie dotykać psa.

Wstaje, po czym wychodzi. Boże, co za palant! Ale fakt, że niezłe z niego ciacho, ma mega męski, niski głos, do tego ­świetnie pachnie. I te duże dłonie… Pewnie są silne. Wiedzą, gdzie ucisnąć…

Co ja wymyślam?! Okej, facet jest pociągający, ale to totalny buc. Atrakcyjny buc. Ale buc.

Wstaję, podchodzę do umywalki, myję ręce, zgodnie z zaleceniem szefa. Czekam na pracownicę, aby podać jej moje dane. Chcę już wracać do domu. Otwierają się drzwi.

– Współczuję wam pracy w takiej atmosferze – zagajam, szorując dłonie, stojąctyłem do lekarki. – Miałam raz za szefa totalnego dupka. Choć firma była spoko, to nie wytrzymałam tam za długo.

Wycieram ręce, wyrzucam ręcznik do kosza, odwracam się i wpadam na twardą klatkę piersiową. Cholera jasna…

– Hania jest zajęta, ja spiszę dane – mruczy niskim głosem pan szef. Otacza mnie jego męski zapach.

– Wspaniale – ironizuję, zadzierając brodę. Facet jest wyższy ode mnie o głowę. Jego błękitne oczy są hipnotyzujące. Szkoda, że w takim ładnym opakowaniu tkwi taki pacan.

Siadamy po dwóch stronach biurka. On klepie coś na klawiaturze.

– Możemy spisać na razie tylko pani numer telefonu albo od razu wszystkie dane, które będą potrzebne do chipa.

– Proszę od razu całość.

– Imię?

– Maja. – Zerka na mnie. – Jak pszczółka – dodaję kąśliwie.

– Nazwisko?

– Bodurka.

– Numer telefonu?

Dyktuję mu dziewięć cyfr i chichoczę mimowolnie.

– Co tak panią rozbawiło?

– Chyba biały fartuch automatycznie wzbudza zaufanie publiczne. W normalnych okolicznościach odruchowo podałabym panu fałszywy numer.

– W normalnych okolicznościach bym o niego nie poprosił – stwierdza chłodno, nie odrywając wzroku od ekranu monitora.

Co za złamas!

– Adres? – kontynuuje przesłuchanie.

Uzupełnia kolejne dane, aż dochodzimy do części z informacjami o psie.

– Imię? Powinienem jakieś wpisać. To samiec.

– Wiem, zauważyłam. Potrafię rozpoznać jądra – rzucam.

– Nie wątpię.

Że co?! Co miała znaczyć ta uwaga, ćwoku?

– Słucham? Chciał mnie pan obrazić?

– Absolutnie nie.

Gdyby chodziło tylko o mnie, to w tym momencie wstałabym i wyszła. Ale szukanie innego miejsca dla tego psa byłoby bez sensu. Zaciskam szczęki.

– Gucio – rzucam bez namysłu.

– Gucio? – Unosi brew.

– Gucio. To ładne imię.

– Maja… i Gucio? – upewnia się. – W domu czeka jeszcze Filip, Klementyna oraz Tekla? – dogryza mi.

– Zadziwiająca znajomość postaci z kreskówek jak na dorosłego mężczyznę. – Przekrzywiam głowę. – W domu czeka tylko Tekla.

– Poważnie? – W końcu na mnie spogląda. – Ja tam wolałem Kubusia Puchatka – dodaje pod nosem.

Unoszę tylko znacząco brwi i wzruszam ramionami. Nie zamierzam się mu tłumaczyć.

– Data urodzenia? Mogę mu wpisać tylko miesiąc. Pewnie będzie to wrzesień.

– Siedemnasty. – Decyduję szybko.

– Aż tak konkretnie? Czemu akurat siedemnasty?

Nie twój zasrany interes, fajfusie.

– Wtedy są moje urodziny – wyjaśniam, ciekawa jego komentarza.

– Będziecie razem świętować? – Nie mógł się powstrzymać.

– Tak, kupię nam takie same sweterki. – Wzdycham, a on przez ułamek sekundy się uśmiecha.

Wyjaśnia mi, że teraz przenoszą Gucia do osobnego pomieszczenia, gdzie będzie miał posłanie, dostęp do wody i stałą opiekę. Kiedy mu się poprawi, trafi do innej salki, z dostępem do ogrodu.

– Mogę go odwiedzić?

– Dajmy mu dwa dni.

– Mam mu kupić jedzenie? Akurat będę zamawiać karmę dla mojego psa.

Facet potakuje i robi mi listę zakupów.

– Oszacować koszty? – pyta następnie, a ja kiwam głową. – Na początek rozszerzona morfologia, trzeba zbadać stan wątroby, nerek… wyjdzie około pięciuset złotych. Zakładam, że będą potrzebne kroplówki, leki… to da nam dodatkowe siedemset złotych. Do tego szpital, a kiedy lepiej się poczuje, to wtedy również hotel, trzydzieści złotych za dobę za sam pobyt. Zakładając, że będzie tu miesiąc, za hotel wyjdzie nam…

– Może zaskakujące, ale umiem to sobie pomnożyć. Prawie tysiąc. Jeszcze jakieś koszty?

– Chip, później kastracja, dodatkowe leki, ale jakie to już ustalę po pierwszych wynikach badań. Zapewne trzeba go odrobaczyć, zabezpieczyć przed kleszczami.

– Zamkniemy się w czterech tysiącach?

– Raczej tak. Chyba że wyskoczy coś nagłego, o czym jeszcze teraz nie wiemy.

– Mogę zapłacić dziś? – pytam bez emocji.

– Po zakończonym leczeniu.

Mój rozmówca wygląda, jakby założył maskę. Nie da się wyczytać, jakie targają nim emocje ani jakie ma zamiary. Od czasu do czasu marszczy czoło albo unosi kącik ust. Pełnych różowych ust. Pewnie są gładkie. Ciekawe, jak smakują…

Ale popłynęłam. Otrząsam się. Gapiłam się na niego jak idiotka. Chyba złapał mnie na wpatrywaniu się w jego wargi. Muszę kogoś poznać w weekend.

– Z mojej strony to tyle. Mogę w czymś jeszcze pani pomóc?

Coś bym wymyśliła…

– Nie, dziękuję. Proszę dzwonić, gdyby coś się działo z Guciem, niezależnie od pory dnia.

Wstaję, odwracam się i podchodzę do drzwi.

– Pani Maju! – woła, więc przystaję z ręką na klamce. – Bluza.

Podaje mi ją. Kiedy wyciągam dłoń, nasze ręce się stykają. Czuję ciepło jego skóry. Jakaś iskra przeskakuje między nami. Nie wiem, czy też to poczuł, jednak wyraźnie świdruje mnie tymi niebieskimi oczami.

– Mam nadzieję, że w stosunku do zwierząt jest pan milszy niż dla ludzi – rzucam. Czeka, aż wyjaśnię swoją myśl. – Nie robi pan najlepszego pierwszego wrażenia. Ale nie muszę pana lubić, aby wierzyć, że jest pan wykwalifikowanym specjalistą i zostawiam psa w dobrych rękach.

– Zapewniam, że tak jest. Też nie muszę za panią przepadać, aby odpowiednio zająć się Guciem, Maju – odpowiada z przekąsem.

Dupek.

Żegnamy się i wracam do domu.

Wieczorem robię duże zamówienie dla psów. Dla Tekli karma, smaczki i kolejna – chyba już dziesiąta – smycz z nowym wzorkiem. Dla Gucia wszystko z listy pana weterynarza plus mała obróżka i zawieszka z imieniem oraz moim numerem telefonu. Raczej nie powinnam robić zamówienia przy lampce wina. Tak naprawdę butelce wina.

Chyba nie zamierzam zatrzymać tego biedaka? Nie mogę mieć dwóch psów. Nie dam rady… Moje mieszkanie nie jest zbyt duże. Mam przedpokój, salon z otwartą kuchnią, sypialnię, gabinet oraz łazienkę. Ale może dałabym radę upchnąć jeszcze jedno legowisko. Na spacery i tak chodzę, a Tekla kocha psie towarzystwo. Może moja czarno-biała psia córcia ucieszyłaby się z nowego braciszka? Zależy, jak psiaki by na siebie zareagowały. Muszę to przemyśleć.

Sprawdzam jeszcze raz M&M Clinic. Swoją drogą – zajebista nazwa. Pan szef nazywa się Marcin Malak. Bardzo narcystycznie nazwał sobie firmę. W sumie pasuje mi to do niego.

Za to ich strona internetowa… Matko Boska! Ta woła o pomstę do nieba. Na oko lata dwutysięczne, nawet nie działa na smartfonie. Totalnie nieczytelna, nieintuicyjna, paskudna i niefunkcjonalna. Facebook oraz Instagram też prowadzony beznadziejnie, nieaktualne informacje, postów jak na lekarstwo.

Rzeczywiście jest zakładka „adoptuj”, ale nie łudzę się, że mają dobrą skuteczność. Stronka jest tak smutna, że aż się odechciewa żyć, zdjęcia psów z koleiwyglądają, jakby zwierzaki przeszły już za tęczowy most. Zdecydowanie potrzebują pomocy, żeby jakoś funkcjonować.

Rozdział 3

W piątek jadę odwiedzić Gustawa. Dostałam już paczkę z karmą i pozostałymi fantami. Jestem na miejscu koło dziewiątej. Wcześnie jak na mnie, ale później jestem umówiona ze znajomymi, więc chcę być wolna po południu, aby się przygotować.

Próbuję wytargać karton z karmą z bagażnika. Waży chyba z dziesięć kilogramów. Nie musiałam przywozić całości, ale jeszcze nie wiem, co zrobię z Guciem, więc niech ma przy sobie wszystko. Oprócz jedzenia są miski, obroża i zawieszka. Dołożyłam też kilka zabawek od Tekli, ona i tak ma tego całą szafkę.

W końcu udaje mi się podnieść paczkę. Opieram ją o jedno kolano, balansując na drugiej nodze. Trzymając karmę, staram się sięgnąć do klapy. Jakimś cudem zamykam samochód i kieruję się w stronę kliniki. Pod drzwiami stoi nie kto inny, jak pan szef. Wygląda zajebiście dobrze. Biała koszulka podkreśla ciemne włosy oraz ładny odcień skóry, a błękitne dżinsy są idealnie dopasowane do oczu. Do tego czarna kurtka. Uśmiecha się ironicznie, obserwując moje wygibasy przy bagażniku.

– Prawdziwy gentelman – rzucam, mijając go. – Zamiast pomóc, będzie się nabijał.

– Nie sądziłem, że należy pani do kobiet, które chętnie przyjmują męską pomoc. – Rusza za mną. – Dziś przynajmniej się pani ubrała – dodaje, mierząc mnie wzrokiem z góry na dół.

Serio!?

– Przyjechałam ostatnio prosto z joggingu po lesie. Proszę wybaczyć, że nie zdążyłam wybrać stosownej kreacji. – Przewracam oczami, choć on nie może tego widzieć. Włożyłam dziś czarne spodnie i beżową oversizową bluzę. – Mam nadzieję, że pana nie zgorszyłam.

– Ciężko mnie zgorszyć.

Docieram do drzwi, staram się je otworzyć łokciem. Naciskam, opieram się i… nic, nawet nie drgną.

– Ciągnij – mówi palant niskim głosem, nachylając się niebezpiecznie blisko mojego ucha.

Czy on powiedział to, co przed chwilą usłyszałam?!

– Sam sobie ciągnij! – podnoszę głos, urażona.

Prostuje rękę tuż obok mnie, po czym wskazuje napis na drzwiach, głoszący „CIĄGNIJ”. No tak… Błyskotliwa jak zawsze, kiedy trzeba.

Łapie za klamkę i wpuszcza mnie do środka. Gdy tylko przekraczam próg, zabiera ode mnie pudło. Oczywiście bez pytania czy nawet spojrzenia. Podchodzi do jednych z drzwi, nadal bez słowa. Idę za nim, myśląc że prowadzi mnie do Gucia, ale nie zamierzam zadawać pytań.

Wchodzimy do gabinetu, gdzie przy komputerze siedzi Hania. Witam się z nią i idę dalej za moim samozwańczym przewodnikiem. Z tyłu gabinetu znajduje się wyjście prowadzące do dość długiego korytarza. Widzę chyba z dziesięć częściowo przeszklonych drzwi. Za wszystkimi dostrzegam zwierzęta. Zbiera mi się na płacz.

Część zwierzaków leży w klatkach kenelowych, inne chodzą po pomieszczeniu, jedzą, piją albo patrzą na mnie. Niektóre jednak po prostu cierpią. Nie da się tego inaczej nazwać. Jest kot pod kroplówką, pies w jakimś opatrunku oraz kilka maleńkich szczeniaków w różnych kolorach, tłoczą się na dużej poduszce i popiskują żałośnie. Nie wytrzymuję, po chwili czuję, jak po policzkach spływają mi dwie duże łzy. Podchodzi do mnie Marcin i staje tuż obok.

– Gdzie jest ich mama? – pytam załamującym się głosem. Dopiero kiedy wypowiadam to zdanie na głos, zdaję sobie sprawę, że brzmię jak mała dziewczynka.

– Nie ma jej. Ktoś podrzucił je na początku tygodnia. Prowadzimy tu coś takiego jak okno życia. Można anonimowo zostawić zwierzę. Lepsze to niż karton w lesie. – Zerkam na niego, ale on obserwuje szczeniaki. – Mamy umowę z miastem, pomagają finansowo w opiece nad bezdomniakami, ale to zawsze jest za mało. – Przenosi wzrok na mnie i wyciera wierzchem dłoni spływającą po moim policzku łzę. Marszczę nos, zdziwiona tym gestem.

Może nie do końca dobrze oceniłam to miejsce. Chyba robią więcej, niż na początku sądziłam.

– Chce pani zobaczyć Gucia?

– Po to przyjechałam. Co z nim? – Idziemy wzdłuż korytarza, po czymzatrzymujemy się przy ostatnich drzwiach po prawej.

– Dobrze reaguje na leki. Wyniki krwi są kiepskie, jednak to nic dziwnego, biorąc pod uwagę, jaki jest zabiedzony. ­Podajemy mu na razie kroplówki na wzmocnienie, ale dziś rano zjadł odrobinę sam.

– Mogę do niego wejść?

Otwiera przede mną drzwi i wpuszcza mnie do środka. Gutek leży na prowizorycznym posłaniu. Na nasz widok kuli się i lekko trzęsie.

– Jest zalękniony. Chyba nie miał najlepiej w poprzednim domu – wyjaśnia Marcin. – Proszę dać mu się powąchać.

Wyciągam rękę do pieska. Widać, że się boi, ale obwąchuje mnie. Bardzo powoli go dotykam. W tym czasie mężczyzna ustawia karton z rzeczami, które przywiozłam, na małym stoliku w kącie.

– Spodobała mu się ta wanilia? – Jego pytanie wyciąga mnie z zamyślenia.

– Jaka wanilia?

– Pachnie pani wanilią. – On też mnie obwąchał, do cholery? – Chce go pani zatrzymać? – zmienia temat.

– Nie wiem. Mam psa, nie jestem pewna, czy się dogadają.

– Suka czy pies?

– Suka. Tekla. – Słyszę, że się śmieje.

– Więc to nie był żart. Jak Gucio dojdzie do siebie, to przeniesiemy go do pokoju po drugiej stronie korytarza. Tamte pomieszczenia mają dostęp do ogrodu. Wtedy może pani przyjechać ze swoim psem i ich poznać. Ale proszę na razie się nie przywiązywać. Jeszcze jest za wcześnie na entuzjazm.

– Nie przywiązuję się – obruszam się, gładząc sierść malucha.

– Na pewno? – pyta Marcin, trzymając obrożę z przypiętą zawieszką z imieniem psa. – Adresówka z pani numerem telefonu.

– Zapamiętał pan po jednym podyktowaniu? – prycham.

– Nie, ale zakładam, że podała pani swój. Chyba że jest fałszywy. – Unosi brew.

– Podałam swój. Chwila słabości przy butelce wina – wyznaję. – Nie wiem, czy poradzę sobie z dwoma psami. – Siadam obok Gucia po turecku.

– Tu nie jest za czysto. – Ostrzega mężczyzna.

– Trudno, najwyżej się rozbiorę. – Co to w ogóle za tekst!? Nie flirtuj z nim! – Przebiorę. Najwyżej się przebiorę – poprawiam się szybko. – Jak działa ta pomoc z miasta? – Staram się odwrócić jego uwagę od moich poprzednich słów.

Wyjaśnia mi, na czym polega współpraca. Okazuje się, że często dokładają do interesu, bo brakuje im funduszy, na przykład na ostatnią dawkę leku.

– Musicie poprawić stronę internetową i zadbać o profile w mediach społecznościowych.

– Przecież są dobre. – Wzrusza umięśnionymi ramionami.

– No, kurwa, nie bardzo – wyrywa mi się. – To znaczy… No, nie są.

Staram się uzmysłowić mu, że są chujowe, delikatnie mówiąc.

– W dzisiejszych czasach, jak nie ma cię w internecie, to nie istniejesz. Lepsza strona to więcej klientów, więcej adopcji i większy ruch. – Nie wydaje się przekonany. – Zajmę się tym – proponuję w końcu.

– Pani? – nie ukrywa zdziwienia.

– Co? Nie wydaję się kompetentna? – Wstaję i zaplatam ręce na piersi, wpatrując się w niego intensywnie.

– Nie mamy aktualnie wolnych funduszy na takie rzeczy.

– Dajcie mi dostęp do strony. To będzie mój wkład w pomoc bezdomniakom.

– Nie chcę mieć u pani długu. – Nie zrywa kontaktu wzrokowego.

– Na razie ja mam go u pana. Nie zapłaciłam jeszcze nic za Gucia.

– Mówiłem. Rozliczenie na koniec leczenia.

– To co z tą stroną? Mogę przygotować propozycję, wtedy pan zdecyduje – proponuję, a on myśli. Przynajmniej tak sądzę. – Dostęp do Facebooka i Instagrama. Pan go prowadzi? – Kiwa głową. – Słabo to wychodzi. Za mało postów. Mogę uzyskać ten dostęp?

– Nie znamy się. – Lekko unosi kącik ust.

– Nie proszę o dostęp do konta bankowego. Mogę pana telefon? – Wyciągam dłoń.

Przygląda mi się chwilę. W końcu kładzie komórkę na mojej ręce. Proszę go o odblokowanie jej. Wchodzę na jego Facebooka, zapraszam siebie do znajomych, następnie ze strony firmowej mianuję się redaktorem. Tłumaczę, że nie będę miała takich uprawnień jak on, nie będę też wchodziła w jego wiadomości, zerknę tylko na statystyki. W każdej chwili może mi odebrać uprawnienia.

Zostaję jeszcze trochę z Guciem, Marcin idzie do pacjentów. Dziś zachowywał się trochę lepiej, choć nadal jest opryskliwy.

Co nie zmienia faktu, że jest super przystojny… Ten niski głos. Pachnie tak męsko.

Kiedy wychodzę z kliniki, widzę, że rozmawia z kimś przez telefon przed budynkiem. Słyszę tylko coś w stylu: „Mam przyjechać, kochanie? Na pewno sobie poradzisz? Dobrze, to ­widzimy się później”. Czyli potrafi być miły. Dla jakiejś siksy. Mam nadzieję, że jest gruba, brzydka i durna. Musi być głupia, skoro zadaje się z takim nadętym gościem.

Co mnie w ogóle interesuje, z kim zadaje się ten facet. Niech robi sobie, co chce.

Wieczorem, zgodnie z planem, spotykam się ze znajomymi. Siedzimy w pubie przy drinkach. W międzyczasie wysyłam kilka artykułów do Marcina. Tematyka: jak prowadzić fanpage, jak tworzyć posty, jak działają algorytmy. Na końcu dopisuję wiadomość.

@MAJA: Proszę się zapoznać z treścią. W przyszłym tygodniu mogę pokazać, jak planować posty.

@MARCIN: OK

@MAJA: Nie jest Pan zbyt wylewny.

@MARCIN: Nie.

Nie wiem, jak on to robi, ale dwoma słowami potrafi mnie wytrącić z równowagi. Mógłby się trochę zaangażować. To w końcu w jego interesie. Nie pozwolę, żeby zepsuł mi humor. Zamawiam kolejnego drinka.

Jutro planuję odezwać się do Dominika. Współpracujemy ze sobą od jakiegoś czasu przy tworzeniu stron internetowych. On programuje, ja zajmuję się częścią wizualną. Ostatnio robiłam mu trzy razy logo, więc wisi mi przysługę. Mam nadzieję, że pomoże mi przy M&M Clinic.

Kilka razy chciał się ze mną umówić, ale udało mi się go zniechęcić. Nasza współpraca za dobrze się układa, aby ryzykować, że prywatna relacja by to popsuła.

Ale dziś nie o tym. Dziś plotki, znajomi, luz i alkohol. Przysiada się do mnie nawet fajny facet. Przystojny, zabawny, ale jakoś to nie to… Spławiam go kulturalnie. Wracam do domu sama. Znowu.

Rozdział 4

Postanowiłam sobie, że postaram się odwiedzać Gustawa przynajmniej dwa razy w tygodniu. Powoli odzyskuje siły, zaczął sam jeść, nabiera ciałka i chęci do zabawy. Jest bardziej śmiały w kontaktach z ludźmi, ale nie może jeszcze wychodzić na zewnątrz.

W środę rezerwuję czas na rozmowę z Marcinem o tym, co ustaliłam do tej pory w kwestii jego strony i mediów społecznościowych. Zaprasza mnie do jednego z gabinetów. Siadam przed komputerem, a on zajmuje miejsce obok.

– Jak się podobały artykuły, które przesłałam? – pytam.

– Przejrzałem je.

Przejrzałem… Nie wysilił się.

– I? Jakieś wnioski? – dociekam.

– W sumie to większość rzeczy robię dobrze.

Łapię się za głowę, zasłaniając oczy ręką.

– Być może, ale nie w tej dziedzinie.

Włączam komputer i zaczynam tłumaczyć, co ma poprawić. Lepsze zdjęcia, krótkie opisy, częstsze posty… Wymieniam, produkuję się, a on chyba błądzi myślami gdzie indziej.

Też nie jest mi łatwo się skupić, przyznaję. Włożył dziś błękitną koszulę, jakby na złość! Żeby tylko podkreślić oczy. Jeszcze siedzi tak blisko. A ja niestety dalej żyję w celibacie. Nie licząc występów solo.

Sama ubrałam się w zieloną sukienkę bez rękawów, sięgającą mi do kolan. Pogoda jest ostatnio trochę łaskawsza. Kurtkę zdjęłam po wejściu do budynku. Włosy zostawiłam rozpuszczone, naturalne, czyli lekkie fale.

– Pan mnie w ogóle słucha? – Łapię go na gapieniu się na moje nogi.

– Tak, oczywiście.

– To co powiedziałam?

– Coś tam Facebook. Coś tam zdjęcia. – Unosi kąciki ust.

– Oczywiście. – Wzdycham. – Może mniej gapienia, więcej słuchania?

– Co pani insynuuje? – Wydaje się urażony.

– Że skupia się pan na tym, na czym nie powinien.

– Dobra, nie będę się wybielał. – A to odmiana. – Szczerze mówiąc, to szukałem pozostałych tatuaży. – Unosi brew.

Czuję miły ucisk w dole brzucha. Co mi odwala?! Ściskam odruchowo uda… Czemu mnie to podnieciło?

– Nie znajdzie ich pan. – Odwracam się przodem do niego i zakładam nogę na nogę.

– Nie istnieją? – Patrzy mi w oczy.

– Istnieją. Ale są do wglądu tylko dla nielicznych.

Nie aż tak nielicznych. Ale on nie musi tego wiedzieć.

– Co przedstawiają? – docieka.

– Po co panu ta wiedza? – Śmieję się, choć chciałam to opanować. – Przecież robienie sobie tatuaży to okaleczanie się.

– Ludzka ciekawość. – Splata dłonie.

– Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.

– I tak nie jestem taki święty. – Oblizuje usta.

A ja muszę na nie spojrzeć. O. Mój. Boże.

Postanawiam być twarda.

– Żeby zakończyć temat raz na zawsze, tatuaże są w dość intymnych miejscach, nie są do oglądania, zrobiłam je dla siebie. Każdy ma jakieś znaczenie. Wystarczy?

Powoli się nachyla, opiera łokcie o kolana, cały czas wpatruje się w moje oczy.

– Po prostu dziwię się, kiedy piękna kobieta robi sobie coś trwałego na ciele.

W co on, kurwa, pogrywa?

– Myśli pan, że jeden komplement sprawi, że przestanie pan być dupkiem? – rzucam, a on parska pod nosem. – Możemy wrócić do meritum?

Kiwa głową i skupiamy się na monitorze komputera. Co jakiś czas zerkam na jego profil, wydaje się skupiony. Planujemy kilka postów do przodu. Pokazuję mu też propozycję wyglądu ich strony www. Przygląda się nowemu projektowi. Postawiłam na klasykę. Czerń, biel, szarość. Prosty, czytelny układ, niebieskie akcenty.

– Pani to zrobiła?

– Tak, wczoraj wieczorem. – Czuję na sobie jego wzrok. – Co, nie wyglądam wystarczająco inteligentnie? Bardziej bym pasowała na fryzjerkę albo kosmetyczkę? – Spoglądam na niego.

– Szczerze mówiąc, tak.

Przynajmniej nie owija w bawełnę.

– Nie każda blondynka jest głupia, wbrew powszechnemu twierdzeniu. I nie uważam, aby fryzjerce czy ­kosmetyczce ­czegoś brakowało, żebyśmy mieli jasność. To był pierwszy z brzegu przykład.

– Sama wybrała pani ten stereotypowy odcień włosów.

– To mój naturalny kolor.

Głupi chuju.

Ocenia wzrokiem moją głowę. O co mu chodzi z tym badawczym spojrzeniem?!

– I nigdy nie twierdziłem, że jest pani głupia. Tylko wyszczekana.

– Zoologiczne nawiązanie. Jak sam pan zauważył, nie musi pan za mną przepadać – cytuję jego słowa.

– Jak zawsze wredna riposta. – Kręci głową.

– Jak zawsze ostatnie słowo musi należeć do pana.

– Jak sama pani zauważyła, nie musi mnie pani lubić.

I nie lubię.

– Ogarnie pan ten fanpage?

– Postaram się – stwierdza od niechcenia, a ja przewracam oczami. – Tak, ogarnę. Lepiej?

– To się okaże. Pójdę teraz do Gutka.

Omawiamy jeszcze postępy w jego leczeniu. Mówię też Marcinowi, że zajmę się stroną, jeśli akceptuje zaproponowany przeze mnie wygląd. Na razie oszczędzam mu informacji, że aby doprowadzić projekt do końca, będziemy musieli się raz spotkać u mnie, przy moim kompie.

Rozdział 5

Kolejne dni mijają względnie spokojnie. Praca w domu, spacery z Teklą, jogging, odwiedziny u Gucia, pogoda w kratkę, jednak nie ma powrotów zimy. Weekendy imprezowe, ale bez przesady. Kiedy spotykam Marcina, ciągle sobie dogryzamy, nie wiem, czemu on tak na mnie działa. Jak płachta na byka.

Opowiadam o nim Elizie przy sobotnim drinku.

– Jeszcze żaden facet nie wpływał na mnie tak destrukcyjnie. Wkurwia mnie jak nikt inny.

– A jak wygląda?

– No tu jest problem… – zawieszam głos i napotykam lustrujący wzrok Lizki. – Jest bardzo przystojny. Wysoki, dobrze zbudowany, ciemne włosy, błękitne oczy, duże, silne dłonie, niski głos, szeroka szczęka i nieziemski zapach. Normalnie rzuciłabym się na niego bez mrugnięcia okiem.

– To zrób to. Może napięcie między wami by się zmniejszyło.

– Albo całkiem byśmy się pozabijali. – Wzdycham.

– Ale jaka spektakularna śmierć. Podczas nieziemskiego seksu.

– Pewnie jest słaby w łóżku albo ma małego. Dlatego nadrabia byciem chujem w życiu codziennym.

– Sprawdź. Chuj to dla nas najciekawsza część faceta.

– Bez nich byliby całkiem bezużyteczni.

Śmiejemy się i stukamy szklankami.

– Ale mu pomagasz. – Eliza unosi znacząco idealnie wyregulowaną brew.

– Nie jemu. Zwierzętom.

– Tak bezinteresownie? – drażni się ze mną.

– Wiesz, że mam kilka słabości. Pizza, wino, seks i zwierzęta.

– Adoptujesz tego psa?

– Najpierw muszę go poznać z Teklą, wtedy zobaczymy. Jak nie, to może ty byś go wzięła? Chodziłybyśmy razem na spacery.

– I co powiem Balbinie?

– No tak, twoja kicia mogłaby nie być zadowolona. Chyba nie lubi psów.

– Ona nikogo nie lubi, Majka. Jest miła tylko, jak chce jeść albo się wysra i każe mi po sobie sprzątać. Ostatnio znów przyjęłam dawkę szczepienia na tężec, tak mnie podrapała. Ale kocham ją bezgranicznie. – Uśmiecha się. – To co chcesz zrobić z tym gościem?

– I tak muszę czekać, aż skończy się leczenie Gutka, jeszcze jakieś dwa tygodnie. Zrobię mu tę stronę, wtedy nasze drogi się rozejdą. Na razie mam z nim tylko problemy.

– A wiesz, jak to jest z problemami? – pyta, a ja marszczę brwi, zupełnie nie rozumiejąc, do czego pije. – Najlepiej się z nimi przespać. – Puszcza mi oko.

Do domu wracam Uberem koło północy. Sama. Jakoś ostatnio gorzej mi idzie nawiązywanie kontaktów damsko-męskich.

Bo myśli zaprząta ci pewien brunet… Gówno prawda! Nie myślę o nim nadmiernie. Cały czas chodzi ci po głowie. Co się ze mną dzieje?!

Po prostu potrzebuję faceta. Chociaż na jedną noc. Ostatni raz bzykałam się miesiąc temu, z Ryśkiem. Szkoda, że musieliśmy się pożegnać. Spotykałam się z nim ponad trzy miesiące. Słodki facet. Przystojny blondyn, pracownik sklepu motoryzacyjnego, nieźle zbudowany, przesympatyczny i do tego tak bardzo się starał. W łóżku wychodził z siebie, byle tylko było mi dobrze. Nigdy nie zostawił mnie bez orgazmu. Upewniał się, czy doszłam, czy jest mi przyjemnie, czy jest tam, gdzie powinien. Zazwyczaj był.

Więc dlaczego się skończyło?

No właśnie… Oprócz seksu nic nas nie łączyło. Dosłownie NIC. Nie lubił nawet zwierząt. Nigdy nie przywitał się z Teklą, gardził technologią, która daje mi pracę, i nie cierpiał pizzy. Nie cierpiał pizzy. NIE. CIERPIAŁ. PIZZY!!! To jest nie do pomyślenia. Czego tam można nie lubić? Pysznego sosu, chrupiących brzegów, ciągnącego się sera? Absurd.

Kiedy kończyliśmy się zabawiać, zapadała cisza. Głucha, nieprzenikniona cisza. Ja się starałam, on też. Ale na dłuższą metę to nie miało sensu. Musiałam to zakończyć, bo widziałam, że jemu coraz bardziej zależy. Rozstaliśmy się w bardzo pokojowych stosunkach. Uścisnęliśmy sobie dłonie i każdy poszedł w swoją stronę. A wcześniejjeszcze kochaliśmy się całą noc. Tak na pożegnanie.

Kilka razy chciałam wybrać jego numer i umówić się w wiadomym celu, ale nie chcę mieszać mu w głowie.

Oprócz Ryśka w moim życiu było jeszcze trzech facetów bardziej na stałe. Związki trwały dłużej lub krócej, najdłuższy około roku. Za każdym razem coś nam jednak stawało na drodze.

Oprócz tego miałam kilka przygód. Może kilkanaście.

Jedno- albo kilkunocnych. Nic poważnego, czysta fizjologia. Nie mówię, że jestem zatwardziałą singielką. Nie mam mocnych postanowień, jak na przykładEliza, że nie chcę żadnych związków. Jestem otwarta na to, co przyniesie życie. Jak trafia się fajny facet, to korzystam, jak zaczyna nam się układać, to się umawiamy. Nie planuję, nie analizuję, tylko żyję chwilą.

Nie jestem też typem romantyczki. Nie wierzę w