Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
20 osób interesuje się tą książką
Powieść, choć osadzona w konwencji romansu historycznego, znacznie wykracza poza ramy typowego gatunku. To opowieść o miłości, która przekracza granice czasu. Wplecione w fabułę wątki duchowości i reinkarnacji nadają jej wymiar głęboko refleksyjny, czyniąc ją nie tylko literacką przygodą, ale i inspiracją do osobistej przemiany.
Stroniąca od towarzystwa Isabelle Mercer, żyje na obrzeżach socjety. Jej codzienność pochłaniają nie tylko obowiązki związane z samodzielnym zarządzaniem majątkiem, ale przede wszystkim pasja do nauki, w szczególności transu hipnotycznego, który w jej przekonaniu może stanowić odpowiedź na pytanie, nurtujące ją od wielu lat.
Pewnego dnia, do jej posiadłości z polecenia przybywa lord Marcus Sinclair, twierdząc, że kobieta może mu pomóc w rozwiązaniu trapiącego go już lata nietypowego problemu. Isabelle jest przekonana, że to jakiś żart wymierzony w jej osobę, przez jednego z mieszkańców Exeter. W ostatniej chwili wpada na pomysł, który może obrócić całe zdarzenie na jej korzyść. Z początku niezręczna sytuacja, przeradza się w niespodziewany dla obojga bieg spraw.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 411
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Prolog
Francja, rok 1515
Chmura dymu zasnuła cały plac, jakby nawet ona pragnęła być świadkiem tego, co za chwilę miało się wydarzyć. Elizabeth Claremont, przywiązana do drewnianego pala, który za chwilę miał wraz z nią spłonąć, nie patrzyła na ludzi. Nikt ze zgromadzonych nie przyciągał jej uwagi.
Nikt poza nim.
Biskup Leroy wpatrywał się w nią mrocznym wzrokiem z okna swej komnaty. Był najdalej ze wszystkich, a czuła na sobie jego wzrok wręcz namacalnie. Gdy w końcu uległa i ich spojrzenia się spotkały, czas i przestrzeń dookoła przestały istnieć. Nie wiedziała, kto to sprawił: on czy ona.
Popatrzyła w niebo, gdzie zaraz miała ulecieć jej udręczona dusza. Ku wielkiemu niezadowoleniu tych, co przyszli na plac karmić się jej strachem, nie okazywała go ani trochę. Życie skazanej skończyło się w momencie, gdy wysłannicy Kościoła przyszli do jej domu, oznajmiając, że w imię Boga i Jego praw zostaje pojmana.
Wieczór tamtego dnia był naprawdę piękny. Słońce chowało się za horyzont, otulając swym czerwono-pomarańczowym blaskiem większą część nieba. Elizabeth wiedziała, że ta czerwień to znak nieuchronnie zbliżającego się końca jej życia, który będzie równie intensywny, jak kolor zachodzącej właśnie gwiazdy. Nim ostatni promień zniknął za widnokręgiem, rozległo się mocne pukanie do drzwi.
Już czas.
Nie wiedziała wtedy, że lekkie ukłucia w sercu, które odczuwała w ciągu ostatnich paru dni, były zaledwie zapowiedzią tego, co niechybnie miało nastąpić. Prawdziwy, wszechogarniający ból miała dopiero poczuć.
Otworzyła drzwi. W progu ujrzała postawnego mężczyznę, a za nim dwóch innych na koniach.
– Madame Elisabeth Claremont zostajesz pojmana za powszechne praktykowanie czarów, konszachty z diabłem oraz jawne działanie przeciwko doktrynom Kościoła.
Kobieta stała całkowicie opanowana, patrząc na posłańca z takim samym spokojem, z jakim patrzyła na każdego przybysza zgłaszającego się do niej po pomoc w chorobie. Nie żywiła do niego żadnej urazy. Wiedziała, że robi to, co mu kazano.
– Według kogo jestem tą wspólniczką szatana? – Pytanie mimowolnie wyrwało się z jej ust. Sama nie rozumiała, po co. Wiedziała przecież, że odpowiedź, jeśli w ogóle ją otrzyma, nie ma znaczenia. I tak nikt nie będzie kwestionował wyroków zatwierdzonych przez kurię. Nie wiedziała jeszcze, że w obliczu tego, co za chwilę usłyszy, śmierć okaże się nie karą, lecz wybawieniem.
– Monsieur Jean-Pierre de Chevalier – odparł mężczyzna bez najmniejszego zająknięcia.
Zniosłaby wszystko, najgorsze kłamstwo czy największą bzdurę, ale nie to, co właśnie usłyszała. Tym bardziej, że bez wątpienia było prawdą. To wtedy jej serce przestało bić. Wtedy skończyło się jej życie.
Od tamtego momentu funkcjonowała jak w transie. Czas, który upłynął od pojmania do przywiązania do pala, był jak nic nieznacząca chwila. Jej iskra w tym życiu się wypaliła. Usta skazanej drgnęły w lekkim uśmiechu na tę myśl – „wypaliła”. Jakże trafne ujęcie. Zaraz ciało, które tak cudownie służyło jej przez te wszystkie lata, też się wypali. Nie będzie czuła bólu. Wyjdzie z niego, zanim pierwszy płomień liźnie choćby najmniejszego włoska. Niestety czuła dym. Drewno nie chciało się palić, jakby wiedziało, co ma się za chwilę stać. Kochała przyrodę i była jej częścią, a ona odwdzięczała się przychylnością oraz pięknem. Za tym będzie tęskniła.
Nie miała już wiele czasu. Przywołała w pamięci słowa inkantacji. Była pewna, że usłyszy ją każdy, kto teraz na nią patrzył, choćby nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Ich dusze usłyszą. Było też pewne, że jeszcze się spotkają. Tego też nie rozpoznają, co nie znaczy, że tak się nie stanie. Niemożliwym jest przeżyć wspólnie coś tak intensywnego i nie związać się przez to na wieki.
Wiedziała też, jak wielkie znaczenie mają słowa wypowiadane w kluczowych momentach życia. Zamknęła więc oczy, rozluźniła ciało i zaczęła recytować:
Myśli me czyste i czyste me słowa
zamilkną na długie wieki
Zgaśnie to wszystko co dusza ma kocha
gdy zamkną się życia powieki
Trzysta lat minie zegarem zakręci
w ciało znowu ożyję
Powstanę na nowo z myślą goręcą
me serce swą pieśń znów zabije
Wyszeptam zanucę wyśpiewam zawołam
ożyją me słowa z przeszłości
Rozkwitnę by nową stworzyć historię
zatańczę taniec wolności
Wszystko powtórzyła trzy razy. Prawie wszystko. Zabrakło jej tchu na wypowiedzenie po raz trzeci ostatniego słowa. Być może właśnie dlatego, że przyjemniej było je poczuć…
wolności…
W życiu wszystko musi się wypełnić. To, co niewypowiedziane, będzie czekać tyle, ile trzeba, żeby stać się namacalną rzeczywistością. Żeby zaistnieć. Ta niewypowiedziana myśl zapragnęła przybrać formę niczym żywa istota. Wybrzmieć, jak wszystkie inne myśli. Zaistnieć najcudowniej, jak to tylko jest możliwe. Niczym magnes przyciągnęła do siebie świadomość. A może było odwrotnie? Nieważne. Ważne jest to, że w końcu myśl – niczym kotwica – zatrzymała płynący po oceanie świadomości statek.
Stał się nowy wszechświat.
Tchnęło życie.
Rozdział 1
Anglia, Exeter, rok 1815
– Proszę teraz przeć z całych sił! – Nieznoszącym sprzeciwu tonem rozkazała najstarsza, ale wciąż najlepsza akuszerka w całym hrabstwie. Choć nie posiadała żadnego medycznego wykształcenia, znała się na swoim fachu lepiej, niż ktokolwiek inny i z wciąż niesłabnącą pasją wykonywała go już ponad czterdzieści lat.
Była przekonana, że za każdym razem, gdy jako pierwsza trzyma w dłoniach nowo narodzoną istotę, jest tak blisko Stwórcy, jak to tylko możliwe. „W tej majestatycznej chwili, kiedy duch złącza się z ciałem, ja ocieram się o Boga”, zawsze powtarzała.
– Już… nie mam… siły – wysapała z ledwością księżna wdowa Lilith Astor. Akcja porodowa trwała już ponad dwanaście godzin, z niewielkimi przerwami ulgi. W końcu, resztkami sił, które zdołała z siebie wykrzesać, wydając okrzyk, którego nie powstydziłby się żaden porządny demon, z umęczonego do granic możliwości ciała, wypchnęła ciałko swojej córki Isabelle, prosto w ręce uśmiechniętej staruszki.
Astor House, rok 1843
– Pani Simmons, niechże się pani tyle nie rusza! – Isabelle Mercer upomniała siedzącą naprzeciwko niej sześćdziesięciodwuletnią kobietę.
Gospodyni została ulokowana w cudownie wygodnym fotelu, bardziej przypominającym tron niż zwykły mebel, lecz z całą pewnością nie czuła się w nim jak królowa.
Królik doświadczalny. Ot, czym właśnie była!
Jak na swój wiek oraz lata służby była kobietą zadbaną. Miało to niezaprzeczalny związek z tym, że jak tylko przybyła z Francji do Anglii, od razu trafiła do rezydencji Astorów. Traktowano ją tam bardziej jak członka rodziny niż służbę. Zaraz po narodzinach Isabelle, jej matka potrzebowała kobiecego wsparcia. Pani Simmons nie przedstawiła żadnych referencji, bo i takowych nie posiadała, ale została zatrudniona. Odwzajemniła się po stokroć za okazane jej zaufanie. Równie dobrze mogła skończyć na ulicy, wykonując najstarszy zawód świata.
– Jaśnie pani wybaczy, ale wcale, ale to wcale, mi się to nie podoba – zaprotestowała. – Czy nie może się pani zająć szydełkowaniem, malowaniem akwarelami czy czymś podobnym? Jak każda normalna dama? Bóg mi świadkiem, że nie jestem staroświecka, ale to już lekka przesada.
– Proszę się rozluźnić i nie denerwować. Jeśli eksperyment się powiedzie, to dowiemy się wielu ciekawych faktów z pani przeszłości. Czyż to nie fascynujące? – Z entuzjazmem rzekła Isabelle.
– Moja przeszłość!? By ją poznać, nie musimy uciekać się do tak wyszukanych tortur, jakim mnie jaśnie hrabina właśnie poddaje. Przecież ja wszystko bardzo dobrze pamiętam. Mam wręcz doskonałą pamięć. Pamiętam nawet to, o czym wolałabym zapomnieć!
– Ależ najdroższa pani Simmons, mnie chodzi o pani poprzednie wcielenia – uściśliła hrabina najnormalniejszym tonem, jakby informowała o rodzaju herbaty, jaką zaraz będą popijać.
Na te słowa Marguerite Simmons, po raz pierwszy odkąd opanowała sztukę mówienia po angielsku w stopniu komunikatywnym, nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. Zmrużyła oczy, zmarszczyła czoło i zaczęła stopniowo przybliżać swoją głowę do Isabelle, chcąc sprawdzić, czy siedząca przed nią osoba nie wykazuje objawów: upojenia alkoholowego, hiperwentylacji, opętania, zaczadzenia, przedawkowania gałki muszkatołowej, psychodelicznych grzybów, opium, kory akacji, bielunia lub chwilowej niepoczytalności spowodowanej innym środkiem odurzającym… Ostatecznie stwierdziła, że hrabina chwilowo straciła rozum.
– Dziecko drogie, zaparzę ci meliski z miętą, dokładnie tak jak lubisz, i położysz się na małą drzemkę. To ci dobrze zrobi. Niczym się nie martw, za dzień lub dwa na pewno poczujesz się lepiej i wszystko wróci do normalności – zaproponowała tonem, jakiego używa wyspecjalizowany personel w każdym szanującym się domu wariatów.
– Ach… – Isabelle energicznie machnęła ręką, jakby chciała odgonić natrętną muchę. – Proszę się nic nie martwić. To jest całkowicie bezpieczna tortura. Włos z głowy pani nie spadnie. Obiecuję – zapewniła z podstępnym uśmiechem.
Widząc entuzjazm wylewający się brzegami z jej jaśnie pani, gospodyni straciła nadzieję na spędzenie spokojnego popołudnia ze swoim ulubionym duetem – herbatą zakrapianą starą, dobrą whisky.
– Proszę się tak nie dąsać. Jeśli szczęście nam dopisze, kto wie, może nasz casus zostanie opisany przez profesora Foxa w jego najnowszej publikacji na temat magnetyzmu zwierzęcego. To będzie nasz osobisty wkład w rozwój nauki – zakończyła z dumą Isabelle.
– To już coś zgoła innego. – Szaroniebieskie oczy pani Simmons zaświeciły niczym dwie pochodnie. – Mogła hrabina od razu wspomnieć, że będą z tego profity.
– Niestety, pani Simmons, nie otrzymamy za to ani pensa. Przecież dobrze pani wie, że jakakolwiek wzmianka o udziale kobiet w tak pionierskich badaniach nie tylko zdyskredytowałaby same badania, ale też zrujnowałaby nieposzlakowaną opinię profesora Foxa. Nigdy bym sobie tego nie wybaczyła!
– Proszę hrabinę o wyjaśnienie, po co w takim razie robimy to m y, a nie jakichś dwóch dżentelmenów? – Słusznie wywnioskowała kobieta.
– Cóż to za pytanie? Czyż to nie pani wciąż powtarza, że kobiecy intelekt jest tak samo sprawny jak męski?
– Zgadza się. Nie rozumiem jednak, dlaczego miałabym się nim posługiwać tylko po to, żeby potem jakiś wielce szanowny profesor zbierał za to laury.
– To byłby zaszczyt i przede wszystkim niepodważalny dowód pani niespotykanej inteligencji – argumentowała niestrudzenie Isabelle.
– Doprawdy hrabino, przecież ja już to wiem. Po licho mi jakieś dowody?
Na ten argument Isabelle nie potrafiła znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi. Głośno wypuściła powietrze i zastygła wpatrzona w siedzącą naprzeciwko kobietę. Już chciała się poddać, gdy przyszedł jej do głowy pomysł.
– Ja pani zapłacę. Będzie to równowartość pani dniówki.
Gospodyni w końcu sobie uprzytomniła, że jakikolwiek racjonalizm rozbija się o czoło fanatyka tak samo, jak jajo upadające na kamienną posadzkę. W sekundę zdecydowała, że w tym „casusie” trzeba zmienić taktykę.
– Niech już będzie… – Uniosła do góry dłoń na znak zgody. – Proszę mi tylko w szczegółach opowiedzieć, na czym to wszystko polega. I nie, nie wezmę za to żadnej zapłaty. Powiedzmy, że zrobię to w czynie charytatywnym dla… przyszłych pokoleń. – Wymyśliła naprędce, parodiując arystokratyczny ton.
Isabelle zignorowała wrzeszczący głos intuicji, ostrzegający, że pani Simmons słabo, jeśli w ogóle, zainteresowana jest tego rodzaju dobroczynnością. Ów impuls został doszczętnie stłamszony przez uczucie radości. W końcu będzie miała swój materiał naukowy, który z dumą przedstawi profesorowi Foxowi na najbliższym spotkaniu. Być może będzie to początek ich potajemnej współpracy? Zawsze zakazywała sobie snucia tego typu marzeń, ale teraz… Teraz może się okazać, że to, o czym nawet nie śniła, stanie się najprawdziwszą rzeczywistością.
– Jedyne, co musi pani robić, to podążać wzrokiem za wahadłem i wsłuchiwać się w moje słowa. I, co najistotniejsze, chcę, żeby się pani całkowicie rozluźniła.
– Tylko tyle? – zapytała podejrzliwie gospodyni.
– Tak. Reszta zadania należy do mnie.
– Co się stanie potem?
– Wprowadzę panią w pewnego rodzaju stan umysłu. Profesor Fox określa go mianem transu hipnotycznego. To coś w rodzaju lekkiej drzemki.
– Skąd hrabina będzie wiedziała, że już jestem... – przez twarz pani Simmons przeszedł krótki grymas niepewności – stransowana?
– Tak dokładnie, to sama nie wiem – przyznała Isabelle, unosząc wskazujący palec prawej ręki do brody. – Profesor Fox na swoim ostatnim wykładzie, którego skrypt otrzymałam w liście, wygłosił wstępną hipotezę, że „trans ten otwiera drzwi do uniwersalnych pokładów wiedzy, niedostępnych w zwyczajnym stanie umysłu” – zacytowała słowa listu z jeszcze większą nabożnością niż łacińskie fragmenty Biblii, recytowane pod surowym okiem guwernantki.
– Rozumiem, rozumiem… – Tak naprawdę to gospodyni rozumiała bardzo niewiele, ale z tego, co zdążyła zauważyć, nie była w tym odosobniona.
Tam gdzie nie ma wiedzy, miejsce jest dla wyobraźni, przywołała w myśli słowa nader często powtarzane przez świętej pamięci wujaszka Baltazara, posyłając mu w myślach porozumiewawczy uśmiech. Upewniona (przez wujka), że robi dobrze, postanowiła wprowadzić plan w życie. Podkasała rękawy i z enigmatycznym uśmiechem Mona Lisy opadła delikatnie na fotel.
– Do dzieła!
– Pani Simmons…
– Hmm?
– Musi pani otworzyć oczy.
– Ach tak, naturalnie. – Zreflektowała się gospodyni, jakby to był mało znaczący szczegół.
Isabelle w próbie dodania sobie odwagi odetchnęła głęboko.
– Znajduje się pani w bezpiecznym miejscu. Jest tam ciepło i spokojnie. Pani ciało jest coraz cięższe i bardziej senne… – Zaczęła mówić spokojnym i monotonnym tonem, ściśle według wskazówek zawartych w opisie profesora. Jej prawa ręka, wzniesiona na wysokość klatki piersiowej, trzymała rozbujane wahadło, za którym posłusznie podążał wzrok pani Simmons.
– Za chwilę zacznę odliczać od dziesięciu do jednego. Na hasło „jeden”, pani umysł wejdzie w stan… – Z przejęcia zapomniała odpowiedniego słowa.
Pani Simmons wstrzymała oddech z obawą, że będą musiały odgrywać całą scenę od początku.
– …ponadczasowej bytności.
Uff, gospodyni odetchnęła w duchu i zamknęła na parę sekund oczy, by podziękować Bogu za jego wielkie miłosierdzie.
Isabelle odczytała ten gest jako bardzo dobry znak. Uznała, że to idealny moment na to, żeby zacząć odliczanie.
– ...Trzy. Jesteś całkowicie rozluźniona. Dwa. Twój umysł oddzielił się od ciała. Jeden. Od tej chwili masz dostęp do wszelkiej wiedzy o sobie. Powiedz, co widzisz.
Przez cały czas odliczania pani Simmons szukała w głowie odpowiedniego scenariusza. Wiedziała co nieco na temat teorii poprzednich wcieleń, którymi namiętnie fascynowała się jej jaśnie pani, z książki przywiezionej przez zmarłego męża Isabelle, Alexandra Mercera. Jeśli hrabina była czymkolwiek opętana, jak niektórzy twierdzili, to właśnie tym tematem. Gdyby było inaczej, Marguerite nie siedziałaby teraz z dyndającym przed twarzą żelastwem, zachodząc w głowę, co ma zaraz powiedzieć. Musiała jednak przyznać, że nawet ją to bawiło. Mogła sobie wybrać jakąkolwiek rolę zapragnie. Nic jednak nie przychodziło jej do głowy. Lubiła swoje życie i jego perypetie. Chętnie powtórzyłaby od nowa wszystko, co do tej pory przeżyła.
No… prawie wszystko.
Jeśli miałaby szansę na powtórkę, nie darowałaby tak łatwo temu dziadowi Philippe, który czterdzieści lat temu, w przeddzień ich ślubu, ochoczo wypełniał nasieniem sąsiadkę Louise. Tym nasieniem, które w oczach prawa i samego Boga za dwadzieścia cztery godziny miało stać się jej własnością.
Do ślubu nie doszło. On niestety doszedł. Podobnie jak Louise, której krzyki było słychać w całej parafii. Nie dało się zaprzeczyć faktom i zatuszować zajścia. Ale można było chociaż wymierzyć sprawiedliwość, czego młoda i litościwa Marguerite nie zrobiła. Dziś postąpiłaby inaczej. Wzięłaby z kolekcji ojca broń i strzeliła prosto w serce narzeczonego. Nie, nie w serce – tego przecież nie miał. W jaja. Odstrzeliłaby mu to szatańskie narzędzie. Pan Bóg na pewno by jej wybaczył. A wujaszek Baltazar byłby z niej naprawdę dumny. Poza tym choć raz broń ojca przydałaby się do czegoś lepszego, niż zestrzeliwanie ptactwa czy zdobienie ściany.
Gospodyni postanowiła, że opowie tę uroczą scenę dokładnie tak, jak ją sobie wyobraziła, nie ujawniając faktu, że owa historia w dużej mierze jest zaczerpnięta z jej obecnego życia.
– Co teraz widzisz? – Zniecierpliwiona Isabelle powtórzyła pytanie.
– Odstrzelone jaja.
Merde![1]Nie tak miałam zacząć!
Isabelle wytrącona z orbity tym, co właśnie usłyszała, szybko na nią powróciła, aby kontynuować misję. Profesor Fox wiele razy zaznaczał, żeby nigdy nie kwestionować tego, co mówi pacjent poddawany hipnozie.
– Co… co to za jaja? – spytała w nadziei, że nie usłyszy zaraz tego, co myśli, że usłyszy.
– Ptasie. – Gospodyni chciała powiedzieć coś zgoła innego, jednak tym razem trzymała na wodzy swoje odruchy.
– Dzięki Bogu – wymówiła bezgłośnie Isabelle, unosząc oczy do nieba. Na szczęście nie będzie musiała konwersować z gospodynią, nieważne czy „stransowaną”, czy nie, o męskim przyrodzeniu.
– Kto je odstrzelił?
– Ja. – Pani Simmons nagle wywołała z pamięci bardzo odległe wspomnienie o tym, jak ojciec uczył ją strzelać. Była jego jedynym dzieckiem. Może dlatego, że nie miał syna, uczył ją wszystkiego, co przekazałby swojemu następcy, łącznie z obsługą broni palnej. Ku rozpaczy jej ukochanej matki.
– Jesteś mężczyzną czy kobietą?
– Młodą dziewczyną.
Pomimo obrania innego kierunku, pani Simmons poczuła, że chce opowiedzieć o tym zdarzeniu. Bardziej sobie niż komukolwiek innemu. Coś w tym wspomnieniu powodowało dziwny ucisk w jej sercu. Chciała się dowiedzieć, o co może chodzić.
– Dlaczego strzelałaś do ptasich jaj?
– Myślę, że… chyba chciałam zaimponować ojcu.
– Opisz dokładnie tę scenę – zachęciła Isabelle.
– Jest ciepły, majowy poranek – zaczęła ostrożnym głosem. – Razem z ojcem stoimy na skraju wielkiego, przylegającego do naszej posiadłości parku. Każdy taki poranek jest dla mnie ogromnym wyróżnieniem. Ojciec jest bogatym i wpływowym człowiekiem. Czuję do niego wielki respekt. Ma posłuch wśród ludzi. Kocham go. Bardzo. Ale też… trochę się go boję – dodała z zaskoczeniem dla samej siebie.
Isabelle w miarę możliwości notowała wypowiedzi pani Simmons. Najczęściej zapisywała tylko frazy bądź kluczowe, w jej ocenie, słowa.
– Dlaczego się go boisz? – zapytała szczerze zaciekawiona, korzystając z dłuższej przerwy w wypowiedzi gospodyni.
Pani Simmons nie była do końca przekonana, czy chce poznać odpowiedź na to pytanie. Tyle lat minęło, że naprawdę zaczynała o tym wszystkim myśleć jak o innym wcieleniu. Ojciec wydawał jej się wtedy taki majestatyczny i władczy. Wielbiła go. Robiła też wszystko, żeby mu się przypodobać i zasłużyć na pochwałę, których nie rozdawał często. Był człowiekiem surowym i wymagającym. Raz widziała, jak okładał batem wynędzniałego chłopa. Na plecach nieszczęśnika powstawały krwawe pasy, a on wciąż nie przestawał go bić. Krzyk przerażenia utkwił wtedy w gardle małej dziewczynki. Nie była w stanie go z siebie wydobyć, jakby miał być dowodem zdradzenia ukochanego rodzica. Jawnym wyrazem sprzeciwu wobec ojca i tego, co robi.
Pani Simmons coraz bardziej zagłębiała się w tym dziwnym wspomnieniu, które przyciągało ją do siebie z niespotykaną siłą. Dawne zdarzenie powróciło do niej tak żywe, jakby wydarzyło się nie dalej niż wczoraj.
– Widzisz to gniazdo wysoko na drzewie? – zapytał ojciec, wskazując ręką kierunek, w którym miała spojrzeć.
– Tak, widzę – odrzekła z radością. – Obserwowałam je już wcześniej, spacerując po parku. Nie mogę się doczekać, aż wyklują się maleńkie ptaszki. Jak myślisz, ojcze, ile ich tam jest?
– Jesteś tak samo sentymentalna, jak twoja matka. – Mężczyzna odezwał się z wyraźną dezaprobatą. – W życiu trzeba być twardym. Tylko w ten sposób się coś osiągnie. Zgadzasz się ze mną?
– Tak, ojcze – odpowiedziała bez entuzjazmu.
– Zaraz sprawdzimy, czy mówisz prawdę. – Simmons oderwał od córki surowy wzrok i ponownie spojrzał na gniazdo. Nie musiał nic więcej mówić. Ten ruch wystarczył, by Marguerite domyśliła się, czego zaraz od niej zażąda. Wstrzymała oddech, gdy jej ciało przeszył ogromny ból, jednak nie dała nic po sobie poznać. Każda kolejna sekunda była aktem strzelistym do Boga z prośbą o to, żeby dał jej siły, by to wytrzymała i nie rozsypała się na tysiąc kawałków.
– Jeśli zestrzelisz to gniazdo, udowodnisz dwie rzeczy. Pierwszą, że strzelasz tak samo dobrze, jak mężczyzna. I drugą, że jesteś godna być moją córką, że jesteś taka, jak ja.
Marguerite wcale nie chciała być taka jak ojciec. Jedyne, czego chciała, to jego akceptacji i miłości. Dlatego to zrobiła. Strzeliła, bezbłędnie celując w jeszcze nienarodzone życie, w zamian oddając cząstkę siebie.
– Był okrutnym człowiekiem – odpowiedziała na zadane przez Isabelle pytanie, z trudem powstrzymując wzruszenie. – To on kazał mi postrzelić gniazdo. Żałuję, że to zrobiłam. Żałuję, że go wtedy posłuchałam.
– Czemu to zrobiłaś? – zapytała ostrożnie Isabelle, wyraźnie wyczuwając wzruszenie pani Simmons, która nigdy nie była sentymentalna czy przesadnie uczuciowa.
– Chciałam, żeby był ze mnie dumny i… – Kobieta zamilkła, czując, że to nie cała prawda. – Nie miałam odwagi mu się przeciwstawić.
– Czy uważasz, że jeśli sytuacja by się powtórzyła, postąpiłabyś inaczej?
Kobieta milczała przez chwilę, jeszcze raz dokładnie analizując tamto zdarzenie.
– Sądzę, że nie – zaczęła niepewnie. – Zrobiłabym to samo – kontynuowała bardziej zdecydowanie. – Byłam dziewczynką spragnioną miłości ojca. Myślałam, że to jest jedyny sposób, żeby ją zdobyć. Pragnęłam mu się przypodobać. Marzyłam, żeby był ze mnie dumny. Tak, jakby był dumny z syna, gdyby go miał. Nie chciałam, żeby żałował, że ma mnie.
– Jak sądzisz, czemu zobaczyłaś akurat tę scenę?
– Żeby wybaczyć – odpowiedziała po namyśle.
– Ojcu?
– Nie. Sobie. – Po tych słowach mocno odetchnęła powietrzem, które wstrzymała dawno temu, uwalniając tym samym coś, co tkwiło głęboko w niej.
– Co chciałaś sobie wybaczyć?
– Odebranie życia niewinnemu stworzeniu. – Po twarzy kobiety popłynęły dwie łzy.
– Czy ci się udało?
Gospodyni zamilkła na dłuższą chwilę, dając sobie czas na całkowite przyjęcie odmiennego spojrzenia na przeszłość.
– Tak. Udało się – odpowiedziała w końcu z energią, jakiej nie odczuwała przez większość życia. – Kto by pomyślał, że po tylu latach na emigracji będę leczyć stare… – W przypływie radości kobieta zapomniała o wszystkim dookoła, włącznie z rolą, którą miała odgrywać. Z wciąż zamkniętymi oczami z przejęcia zagryzła dolną wargę.
Pełna napięcia cisza przeciągała się w nieskończoność. W końcu Isabelle uznała, że dalsze torturowanie pani Simmons nie ma sensu. Pomimo niestandardowego zakończenia i tego, że eksperyment wyszedł nie tak, jak to zaplanowała, coś jej mówiło, że niekoniecznie okaże się totalnym fiaskiem.
– Pani Simmons, może pani już otworzyć oczy. Mogę powtórzyć odliczanie wybudzające z transu, chociaż obie wiemy, że nie jest to konieczne.
Gospodyni po raz drugi w swoim życiu gorliwie odmówiła akt strzelisty. Tym razem w prośbie, aby dobry Bóg ochronił ją przed gniewem jaśnie pani. Wolno otworzyła najpierw jedną, następnie drugą powiekę i spojrzała na siedzącą naprzeciwko Isabelle, której twarz była całkowicie pozbawiona wyrazu.
– Obiecuję na grób wuja Baltazara, że od dziś będę wzorową i najlepszą gospodynią, jaką Anglia i Francja razem wzięte kiedykolwiek widziały.
– Och, proszę przestać. Wcale nie chcę, żeby była pani wzorowa czy najlepsza. Doskonałość jest nudna – sprzeciwiła się Isabelle.
– Czy to znaczy, że jaśnie hrabina nie jest na mnie zła? – spytała ostrożnie gospodyni.
– To zależy.
– Zależy od czego?
– Proszę mi powiedzieć, czy to, co pani mówiła, było prawdą? – Isabelle domyślała się, że historia pochodzi z dzieciństwa pani Simmons, jednak chciała mieć całkowitą pewność.
Nagła powaga i lekki smutek momentalnie pojawiły się na twarzy gospodyni.
– Tak. To wszystko prawda. Owa sytuacja miała miejsce, gdy byłam jeszcze dzieckiem. Nie myślałam o tym, co się wtedy stało, aż do dziś.
– W takim razie nasza misja zakończyła się powodzeniem – stwierdziła z uśmiechem Isabelle.
– Jak to? Przecież mówiła hrabina, że w transie odkryjemy moje poprzednie wcielenie?! – odrzekła z wyrzutem w głosie gospodyni, tak jakby to właśnie ona została bezlitośnie oszukana.
– Zgadza się. Taki był mój zamiar. To nie jest jednak typowy i jedyny cel transu hipnotycznego. Profesor Fox najczęściej cofa pacjentów do ich dzieciństwa, by tam znaleźć przyczynę obecnych problemów. Nie wspominałam o tym pani? – zapytała niewinnie Isabelle, posyłając swojej gospodyni uśmiech zwycięzcy w finałowym starciu. – Dziękuję za pomoc, pani Simmons. W imieniu swoim oraz… przyszłych pokoleń. Może pani odejść – dodała, zajęta porządkowaniem notatek sporządzonych w trakcie sesji.
Pani Simmons wstała z tronu, wygładziła spódnicę, po czym skierowała swoje kroki do wyjścia. W połowie drogi zaczęła spoglądać na siebie to z jednej to z drugiej strony, obmacując swą zdrowo zaokrągloną figurę, jakby czegoś szukała.
– Czy coś się stało, pani Simmons? – Dziwne zachowanie kobiety zwróciło uwagę Isabelle.
– Nie, wszystko dobrze – odpowiedziała niepewnie gospodyni, zanim ruszyła dalej. Czuła się jakoś inaczej. Jakby była lżejsza co najmniej o dwadzieścia funtów, pomyślała zdziwiona, zanim wyszła.
Odłożywszy na bok sporządzone notatki, Isabelle rozsiadła się wygodnie na sofie, aby spokojnie przeanalizować odbytą sesję.
W wieku dwudziestu ośmiu lat jej uroda była w pełnym rozkwicie. Włosy postanowiły sobie, że będą koloru ciemnego bursztynu. Gdy tylko padało na nie słońce, zaczynały iskrzyć się przepięknym, złotym blaskiem, chcąc podkreślić siłę i energię, jaka się w nich kryła. Tworzyły mniejsze tudzież większe fale, dając efekt objętości i cudowne tło dla twarzy, niczym aureola okalająca twarz świętego. Wielu podejrzewało, że to jakiś podstęp, który ma służyć hrabinie i jej niecnym (bo na pewno tylko takie miała) celom.
Sama twarz Isabelle była zadziwiająco przeciętna. Ta przeciętność była tak nieprawdopodobna, że na kontemplację tego zastanawiającego faktu niejeden mieszkaniec okolicznych ziem przeznaczał całe godziny cennego czasu. Jak się za każdym razem okazywało – na próżno.
Oczy hrabiny były koloru grafitowego. Ten, kto z nią rozmawiał, tonem znawcy później orzekał, że mają kolor zwykłego popiołu. Nikt nie wspominał przy tym ani słowem, że gdy jej spojrzenie spotykało się z ich własnym wzrokiem, odczuwali w całym ciele przyjemne, błogie ciepło. Z obawy, że mogłoby dojść do całkowitego wypalenia, na przykład ich wnętrzności, i przemienienia ich w taki właśnie popiół, szybko – trochę wbrew sobie – przerywali kontakt wzrokowy.
Już bezpieczniej było patrzeć na jej usta. Tam kierować swoją uwagę. W tym przypadku „bezpieczniej” wiele, w gruncie rzeczy, nie zmieniało. Ten, z pozoru znowu przeciętny element twarzy, wydawał się żyć własnym życiem. Nawet gdy nie wydobywał się z nich najcichszy dźwięk, sprawiały wrażenie, że mówią. Człowiek miał poczucie, że słyszy, nie uszami, lecz czymś, co znajduje się głęboko w nim, a o istnieniu czego do tej pory nie miał bladego pojęcia. Tak przynajmniej zrelacjonował całe wydarzenie Cichy Johnny, który zabierał głos w towarzystwie tak rzadko, że określenie „od święta” zdawało się być w jego przypadku mocno przesadzone.
Były też uszy, nos, brwi i cała reszta. Tworzyły razem to, co zawiera w sobie każda ludzka głowa. Niełatwo było cokolwiek jej zarzucić, gdyż najczęściej to, czego nie widać, a co się czuje, nad wyraz ciężko wytłumaczyć. Jeszcze trudniej skierować wobec tego jakikolwiek logiczny zarzut. Tak więc wszyscy zgodnie milczeli i tematu nie podejmowali.
Ciało hrabiny było bardzo ładne. Nie żeby to była jej zasługa. Niejeden bowiem pamiętał posturę jej zmarłej przed dziesięciu laty matki, księżnej Lilith Astor, która była równie ponętna. Przynajmniej to było po ludzku wytłumaczalne i nierzadko stanowiło obiekt rozmów, najczęściej niekwalifikujących się jako przyzwoite. Nikogo to jednak nie gorszyło, o ile w gronie debatujących nie znajdowała się żadna cnotliwa dama. Taka właśnie rozmowa toczyła się w zajeździe Pod Niebieskim Kogutem, gdy zbliżał się do niego Marcus John Sinclair.
1(franc.) Cholera.
