Ostatnia prosta - Prokop Paulina - ebook

Ostatnia prosta ebook

Prokop Paulina

0,0

Opis

Zaufała. I właśnie to może ją zniszczyć.

Weronika ma wszystko, co powinno dawać szczęście – własną kawiarnię w Gdańsku i stabilne życie u boku bogatego męża. A jednak coraz częściej czuje, że coś się rozpada. Gdy zaczyna podejrzewać go o zdradę, w jej świecie pojawia się Mateusz.

Młody, charyzmatyczny artysta szybko przestaje być tylko przypadkowym gościem. Przy nim Weronika czuje się zauważona, pożądana i naprawdę żywa. Ich relacja rozwija się w tempie, które odbiera jej kontrolę.

Do czasu.

Mateusz skrywa tajemnicę, która może zniszczyć wszystko, w co wierzy Weronika. A decyzje podejmowane pod wpływem namiętności mogą pochłonąć ją bardziej, niż się spodziewa.

Do czego jest zdolny mężczyzna, by zdobyć kobietę? I jak wysoką cenę można zapłacić za uczucie, które prowadzi do zatracenia?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 301

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



A ci, którzy tańczyli, zostali uznani za szalonych przez tych, którzy nie słyszeli muzyki.

Friedrich Nietzsche

Weronice.

Za to, że wciąż tańczy ze mną.

Playlista:

Tom’s Diner – AnnenMayKantereit, Giant Rooks

Pomocy! – the small town kids, Nicole

Sing It Back (feat. Naila) – Ash, Naila

Pewnie Już Wiesz – Doda

Someone You Loved – Lewis Capaldi

Believer – Imagine Dragons

Love On The Brain – Rihanna

Survivor – Destiny’s Child

Get Down Saturday Night – Extended – Gorgon Breath, Monartt, Eliza

Fever – Joachim Pastor, Mischa

Give a Little (feat. Naila)

This Is What You Came For – Calvin Harris, Rihanna

Droga Pani – cosmos

Mówią mi – Albo Inaczej, Igo, Grammatik, Eldo, Jotuze

Herbata z Imbirem – Smolasty, WIKTOR, Jakub Laszuk

Pijemy Za Lepszy Czas – Smolasty, 730 Huncho, Nearr

Tusz – Smolasty, Tymek

Fake love – Smolasty, Białas

Raj – Smolast

Jesteś – Dawid Kwiatkowski

Podpalmy noc – Spinache

Rozdział 1

Mateusz

Lipiec 2024

Nie było Ciebie, gdy krzyczałemBolało jak diabliAlbo, gdy wróciłem ze świadectwemPustkaNigdy Ci nie powiemO niej

Ojciec. Ten drań dał mi w życiu trzy rady.

Pierwsza była do bólu praktyczna i nie zliczę, ile razy pozwoliła mi uniknąć nieprzyjemności. Jest niezaprzeczalnie prawdziwa, choć skrycie cieszę się, że ją usłyszałem: „czasami lepiej coś przemilczeć”.

Druga wyjątkowo utkwiła mi w pamięci, wywierciła dziurę w mózgu i uporczywie nie pozwalała o sobie zapomnieć. Towarzyszyła mi przy wszystkich niewielkich potknięciach i zdumiewających porażkach, które tylko umacniały mnie w mozolnej drodze na sam szczyt. Dudniła mi w uszach, gdy płakałem, walczyłem o lepsze jutro i próbowałem udowodnić wszystkim, że mam talent i jestem coś wart.

Brzmiała tak: „Nie spierdol sobie życia”.

Gdy teraz o niej myślę, bardziej przypomina groźbę niż radę. I pewnie właśnie dlatego towarzyszyła mi nawet wtedy, gdy szczerze jej nienawidziłem.

Ostatnia to perełka wśród rad.

Mało w życiu rozmawialiśmy, pewnie tylko te kilka razy i chyba nigdy, gdy był trzeźwy, ale nie zapomnę jego zamglonych oczu, gdy zapalał kolejnego papierosa, zaciągał się dymem, jakby jutra miało nie być, kaszlnął i wydusił z siebie trzy magiczne słowa: „Kochaj jak wariat”.

Z niewiadomych mi przyczyn posłuchałem.

A teraz uciekam przed mężczyzną, który chce mnie zabić, bo postanowiłem coś przemilczeć, kochać jak wariat, ale jednak nie spierdolić sobie życia.

Dzięki, tato.

Rozdział 2

Mateusz

Marzec 2024. Cztery miesiące wcześniej.

Podaj mi dłońOdlećmy w niepamięćDziś nie mam nicSiwy dym nadzieiUlotnił się z tamtym spojrzeniem

Kolejne durne pytanie i przysięgam, że moja koścista pięść zaraz wyląduje na twarzy rudego lisa, a ja potargam te sterczące kędziorki.

O co mu chodzi? Staram się posłać w jego stronę najzuchwalsze spojrzenie, na jakie mnie teraz stać. Pytał mnie już o najnowszy kawałek, o to, czy kogoś mam i czy odpowiem na dissa Czestera, ale teraz próbuje wejść na nieco odważniejszy temat.

A ja nie lubię, kiedy ktoś się ze mną drażni.

– Nie zrozumiałem pytania… – gram na zwłokę.

Ogniki w oczach rudego płoną coraz jaskrawiej. Zaraz się przypalę. Lustruję go drapieżnym spojrzeniem. Elegancka błękitna koszula do jasnych spodni, do tego białe adidasy i kolorowe skarpety.

Nie mam zdania.

– Słyszałem plotki, że nie pojawiłeś się w zeszłym tygodniu na planie zdjęciowym do najnowszego klipu. Czy to prawda?

Kurwa. A to cwaniak. Miałem nadzieję, że zmieni pytanie albo przynajmniej zada je bez tego irytująco szyderczego uśmieszku, ale ogienek jest nieugięty. Czeka, aż się podłożę i dam pożywkę wszystkim portalom plotkarskim w Polsce.

Już widzę te nagłówki na Pudelku – „Matys imprezuje do rana. Nie przychodzi na plan. Czy to koniec jego kariery?”.

Oto najgorsza część mojej pracy.

– Prawda. – Nie będę kłamał, pewnie ma w rękawie coś więcej. Asa. Chyba tak się mówi.

Zaciskam dłonie w pięści i spuszczam wzrok.

Nie poznaję siebie. Od kiedy zacząłem bać się tych dziennikarzy? Jeszcze rok temu powiedziałbym, że to plotka. Tyle. Nie będę się tłumaczył z tego, co robię i kiedy.

Muza ma być i będzie robiona.

– Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że twoi fani czekają już pół roku na obiecany klip?

Kiwam głową, bo zostało mi już tylko to pierdołowate kiwanie. Chyba się starzeję.

– Tak. Otrzymuję na Instagramie wiele pytań o kawałki, klipy i nadchodzące premiery. Uwierz, że doskonale zdaję sobie sprawę z tego, na co czekają moi fani, i nigdy ich nie zawiodę.

– I mimo to postanowiłeś nie zjawić się na planie zdjęciowym?

Szczeniak. Cholerny szczeniak. Bezczelnie wpatruje się we mnie, czekając na odpowiedź. Ile on ma lat? Osiemnaście? Dwadzieścia?

– Źle się czułem.

– Byłeś chory? – pyta szyderczo. Zapewne dobrze wie, gdzie balowałem poprzedniej nocy.

– Coś w tym stylu – odchrząkuję i zbyt długo wpatruję się w zamiokulkasa. Elegancki. Mój tak nie wyrósł. Swoją drogą, co się rymuje z zamiokulkasem?

– To co się stało?

Szybki powrót do rzeczywistości. Rudy nie odpuszcza. Jego twarz promienieje, gdy tylko dostrzega moje zakłopotanie.

– Nie byłem chory. Nic się nie stało. Po prostu… poczułem, że to nie jest odpowiedni moment.

Czytaj – „Miałem kaca”.

– Gdzie miał być nagrywany klip?

– Nie mogę powiedzieć, bo za wiele zdradzę, przepraszam.

Odbiło mi się orzeszkami. Mam nadzieję, że tego nie słychać. Niepotrzebnie tak się najadłem przed wywiadem. Denerwowałem się i wpieprzałem orzeszki jak dzik.

– Czy jesteś teraz przemęczony? Tyle się dzieje ostatnio w twoim życiu. Sezon koncertowy jeszcze się na dobre nie zaczął, a ty pracujesz ciężko od ponad roku. Czy nie masz dość sławy? Muzyki?

Jak to ładnie ująć?

– W życiu każdego artysty, co ja mówię, każdego człowieka zdarzają się wzloty i upadki. To normalne. Ostatnio jestem nieco przemęczony, ale nie mam dość muzy. Nigdy nie będę miał.

Chwila ciszy. „Nigdy nie będę miał”. Czy naprawdę tak będzie?

– Rozumiem. W jednym z wywiadów powiedziałeś, że twoi koledzy z dzieciństwa śmiali się z twojej rodziny, bo nie mieliście samochodu, a twoi rodzice dojeżdżali do pracy autobusem. Dziś kupujesz samochód za samochodem. Jesteś właścicielem wielu drogich aut… – dziennikarz wierci się nerwowo na krześle. – Czy nie uważasz, że próbujesz w ten sposób wynagrodzić sobie dzieciństwo?

Ja pierdolę! Rudy nie ma skrupułów. Muszę dać znać mojemu menadżerowi, że to ostatni wywiad z tą cwaną szują.

– Może tak jest. Nie rozkminiam tego – kłamię. – Kiedyś nie miałem na buty, dziś nie mogę się zdecydować, które wybrać, żeby pasowały do mojej stylówki. Życie jest przewrotne, bracie. Raz na wozie, raz pod wozem…

– Ale ty obecnie jesteś w wozie.

To miał być żart? Niech no się uśmiechnę.

– Tak, lubię szybkie samochody. A marzenia są po to, żeby je spełniać. Ciężko pracuję i nie od roku, jak powiedziałeś, tylko od wielu, wielu lat.

– Czy to prawda, że kupiłeś mamie dom?

Prostuję plecy. Będzie zaglądał do mojego portfela?

– Tak. Kupiłem mamie dom. I było to jedno z moich największych marzeń.

Kędziorki sterczą ochoczo. Mam nieodpartą chrapkę, żeby złapać za jeden z nich i pociągnąć gwałtownie. Mocno. Tak, żeby uronił łzę.

– Jakie to uczucie?

Być rudym? Też się zastanawiam. Coś mnie powstrzymuje przed zadaniem tego pytania. To samokontrola.

– Kupić dom? – opanowuję się.

– Tak. Wyjść z takiej biedy, mieszkać na trzydziestu metrach kwadratowych z ojcem alkoholikiem, chodzić w podartych ciuchach i kupić mamie dom.

Cisza. Mam wrażenie, że usłyszał, jak przełykam gęstą ślinę. Co za szuja. Będzie teraz rozgrzebywał moje dzieciństwo? Muszę to skończyć.

– Niesamowite – przyznaję. – Każdemu życzę takiego uczucia.

– Czy to nie jest tak, że próbujesz wynagrodzić mamie trudy wychowania i jej ciężkie życie z waszym ojcem?

– Kurwa, co cię opętało? – wybucham wreszcie.

Mam dość.

– Słucham?

– O co ci chodzi, człowieku? Będziesz mi teraz wyliczał, na co wydaję swoje ciężko zarobione pieniądze?

– Internauci pytają. – Rozkłada ręce, jakby to miało wszystko tłumaczyć.

Ja pierdolę. Będzie się teraz zasłaniał moimi fanami!

– Ale to ty masz ostateczny głos i decydujesz, czy poprowadzisz ciekawy wywiad, dowiesz się czegoś więcej o mojej twórczości i pracy, czy będziesz bucem naruszającym moją prywatność!

– Ale…

– Żadnego „ale”, spadam, kędzierzawy… – Nie wytrzymuję. Jakaś część mnie chciałaby tu zostać, zachować się profesjonalnie i dokończyć wywiad, ale inna, ta szalona, która częściej mną kieruje, ma już dość.

– Przepraszam, następnym razem…

Co jeszcze?

– Nie będzie następnego razu.

Nastała upragniona cisza. Ta dłuższa, podczas której oboje bierzemy głęboki oddech. Nikt nie jazgocze i nie szczerzy się do mnie. Rudy wstaje i posyła mi badawcze spojrzenie. Widzę, że kompletnie nie wie, jak ma się zachować.

– Nie chciałem cię urazić, myślałem, że jesteś wyluzowany. – Brzmi to jak zarzut.

Podchodzę do drzwi. Już mam coś odburknąć, ale ostatecznie dochodzę do wniosku, że nie mam na to siły.

– Wyślij mi wywiad do autoryzacji.

– Przecież nigdy…

– Tym razem chcę go przeczytać, zanim wrzucisz go do gazety – przerywam. – Masz dwa dni, albo nie zgodzę się na publikację.

W ostatniej chwili postanawiam nie być aż takim ignorantem. To jego praca, a że wykonuje ją tak, jak wykonuje…

– Jasne, dzięki!

Patrzymy na siebie przez krótką chwilę. Powietrze gęstnieje, kiedy wzdycham zbyt głośno. Zakładam skórę i już mam wychodzić, ale moja głowa zmusza mnie do czegoś innego. Co za dzień. Mógłbym nawijać o nim godzinami.

Odwracam się. Wyjdę, ale jeszcze nie teraz. Muszę się odgryźć, bo inaczej nie będę sobą.

– Wiesz, czego brakuje rudemu na imprezie? – pytam.

Czerwonek robi wielkie oczy. Zdziwienie. Rozdziawione usta. Patrzę na nie.

Wszystko to widzę i coś magicznego zaczyna wibrować mi w brzuchu.

– Nie wiem… – mówi niepewnie.

– Zaproszenia!

Puszczam oczko i wychodzę, zostawiając go…

A chuj wie, jak go zostawiam.

*

Emocje opadły i pożegnałem się z odrętwieniem, które towarzyszyło mi przez dłuższy czas podczas spaceru. Potrzebuję kawy, tylko nie mam pojęcia, którą kawiarnię wybrać. Jest ich tu tak wiele. Mnożą się i mnożą z każdym kolejnym krokiem. Chęć sięgnięcia po kofeinę jest silniejsza ode mnie. Prawie czuję na języku jej cierpki smak. To jedno z tych uzależnień, z których nie chce się wychodzić.

Może kupię po prostu tę z „Żabki”?

Cholera. Wiele bym dał, żeby znaleźć się teraz w domu i zaparzyć swoją – dokładnie tak, jak lubię.

Gdzieś tu musi być dobra kawa. Rozglądam się, jakbym szukał pomocy w obcym mieście, a przecież jestem u siebie.

– Cześć, Maju! – słyszę piękny głos i aż się zatrzymuję, chociaż nie wiem po co. Nie jestem Mają, ale coś sprawia, że chciałbym nią teraz być.

Próbuję zlokalizować, skąd dobiega ten magiczny dźwięk. Szybko ulatuje wśród zgiełku miasta, ale coś sprawia, że zostaje ze mną na dłużej, rozbrzmiewa w głowie jeszcze raz. Jest niski i ciepły. Czarujący, choć nie potrafię określić dlaczego. Co w nim tak czaruje?

Jego ciepło rozlewa się po mojej skórze, po całym ciele…

Kurwa! O czym ja myślę?

Drzwi zamykają się po mojej prawej stronie. Unoszę wzrok. „Cafe Morea”. Kiwam głową, jakbym próbował przekonać samego siebie do tej decyzji.

Niech będzie. „Cafe Morea”. Brzmi jak zakazany owoc.

Wchodzę po schodach. Zaglądam przez okno jak jakiś dzikus. Nie lubię tego uczucia. Chcę tylko sprawdzić, czy w lokalu nie ma tłumów. Nie mam dziś ochoty na zdjęcia. Po krótkim namyśle otwieram drzwi.

– Dzień dobry! Zapraszamy! – Sam fakt, że znów słyszę ten cudowny, niski głos, sprawia, że staję jak wryty.

– Zapraszamy! – powtarza piękna kobieta, jednocześnie poprawiając fartuch na biodrach. Krągłych biodrach, na których zbyt długo zawieszam wzrok.

Ja pierdolę. Jak mi dobrze. Nie wiem dlaczego, ale nagle robi mi się tak błogo, że już nawet nie potrzebuję kofeiny. Mógłbym to porównać do dobrego bucha, ale to coś znacznie lepszego.

Fioletowe włosy spięte w wysoki kucyk, opalona skóra, szeroki uśmiech. Piękny uśmiech, który wita mnie całą swoją słodyczą. Czuję, jakby na mnie czekała. Nie mam pojęcia dlaczego. Wiem, że jest w pracy, ale…

– Proszę usiąść, zaraz podejdę.

Podchodzę do wskazanego przez tę cudowną istotę stolika, jakbym pierwszy raz w życiu był w kawiarni.

Czekam. Zaczynam kreślić palcem kółka na kolanie. Muszę coś zrobić z rękami.

– Co podać?

Już tu jest. Jej włosy opadają na głęboki dekolt. Zawieszam na nim wzrok. Może nawet się oblizuję. Jest cudowna. Cała. Od razu wyobrażam ją sobie nago. Na mnie, u mnie, i myślę, że później ugotowałbym jej jakiś makaron i patrzył na zaróżowione policzki po ostrym seksie.

Przełykam ślinę i wracam wzrokiem do najszczerszego uśmiechu, jaki kiedykolwiek było mi dane zobaczyć.

– Kawę. Czarną – dukam jak jakiś małolat.

– Dobrze. Czy coś jeszcze?

Mam zbereźne myśli. To chyba przez ten głos. Znowu na mnie działa, wibruje pod moją skórą, tylko ze zdwojoną siłą. Uderza we mnie całego, jakbym dostał w łeb jakimś głazem. I już myślę, ile bym dał, żeby szeptała mi wszystko to, co chciałaby, żebym jej zrobił…

Gdyby chciała.

– Nic więcej – mówię, choć w głowie mam tak wiele. Jej piersi na mojej twarzy i chęć, by wykrzyczała moje imię.

– Dobrze, zaraz przyniosę kawę. – Oplata włosy wokół palca wskazującego.

– Nic więcej, dziękuję – powtarzam w myślach.

Słodka istota oddala się ode mnie, a ja lustruję ją od góry do dołu. Patrzę na jej kształtny tyłek i wyobrażam ją sobie w bieliźnie. Jest drobna, piękna, a fioletowe włosy dodają jej zadziorności.

Fioletowe włosy. Ciekawe. Obserwuję ją i nie umiem zdecydować, czy pasowałby do niej jakikolwiek inny kolor. Jest kompletna w każdym calu, kobieca i zmysłowa. A te włosy? Nie znam się na kolorach, ale naliczyłem już ze cztery odcienie fioletu. Jak to się nazywa? Takie połączenie różnych kolorów na głowie?

Pasemka? Tak, chyba „pasemka”…

Pomysłowe.

Poprawiam się na krześle, gdy podchodzi z kawą. Stawia ją z gracją tuż przede mną.

– Mateusz jestem – mówię jakimś grubym, nieswoim głosem. Dzikus ze mnie.

Co ja wyprawiam?

– Weronika.

– Weronika. Pięknie… – To prawda. Nie czaruję. Babcia mówiła, że „czaruś” ze mnie, ale naprawdę lubię to imię.

– Dziękuję. – Rumieni się.

Może mam jakieś szanse? Przecież nie rumieni się bez powodu.

A może jednak mnie zna?

– Moja babcia miała na imię Weronika… – Nie wiem, po co to mówię. Chcę po prostu porozmawiać, sprawić, żeby została przy mnie dłużej. Nie mogę pozwolić, żeby odeszła, żeby podawała innym kawy czy robiła tu cokolwiek innego. Pragnę, żeby tu była i opowiedziała mi, co lubi robić w wolnym czasie, co ją pasjonuje i dlaczego wybrała pracę w kawiarni. Chcę wiedzieć, jakie lubi śniadania, o której chodzi spać i czy potrafi odpoczywać…

Chcę mieć ją przy sobie.

Kobieta uśmiecha się błogo. Mam ochotę pocałować kącik jej ust, delikatnie, tak, żeby jej nie speszyć, a potem spojrzeć jej w oczy i sprawdzić, czy chce więcej.

Odwraca się tak szybko. Mógłbym powiedzieć jej, że jest piękna. Mam ogromną ochotę to wykrzyczeć. Zamiast tego moczę usta w gorącej kawie, wpatrując się w różne odcienie fioletu. Chcę na nie patrzeć. Zapleść włosy wokół nadgarstka i…

Weronika staje za kasą, coś na niej nabija, a ja dostrzegam, że się czerwieni. Wie, że na nią patrzę? Czuję się jak dzieciak w podstawówce, który chce dać ukochanej walentynkę, ale się wstydzi.

Kurwa, weź się w garść, Mati. To tylko kawa!

Muszę coś powiedzieć, sprawić, żebym jeszcze raz usłyszał jej głos. Mam wrażenie, że już się od tego ciepła uzależniłem. Wiercę się niecierpliwie. Nagle krzesło wydaje się niewygodne. Muszę zmienić pozycję. Zrobić cokolwiek.

Nie będę tak siedział bezczynnie. Może trochę jej poprzeszkadzam?

Chwytam kawę i wstaję. Lewą ręką wygładzam koszulkę. Dopiero teraz dostrzegam kilka par przy stolikach. Jedzą ciasta, piją, rozmawiają ochoczo. Jest tu tak cukierkowo – do granic możliwości, ale muszę przyznać, że wnętrze urządzono ze smakiem. Mógłbym tu przychodzić częściej albo urządzić sobie sypialnię w tym stylu.

No… może jedną z sypialni.

Jeszcze raz wodzę wzrokiem po twarzach klientów. Wydaje mi się, że nikt mnie nie poznaje albo przynajmniej jest na tyle przyzwoity, żeby udawać. Nie chcę kolejnego zdjęcia na „Pudelku”, naprawdę, nie dziś.

Podchodzę bliżej. Weronika patrzy na mnie uważnie i znowu się uśmiecha.

Już mi lepiej, chociaż wcale nie było źle, ale w jej uśmiechu jest coś, czego potrzebuję.

Zawieszam wzrok na tatuażu nad lewym obojczykiem. To jaskółka.

Pasuje do niej.

– Jaskółka? – wypalam.

– Tak, jaskółka.

– Dlaczego?

– Co „dlaczego”?

Jest trochę oburzona. Zerka na mnie ze zdziwieniem, a potem nerwowo poprawia rękaw bluzki, a mnie zalewa nieznane wcześniej ciepło. Chciałbym patrzeć na nią jak najdłużej – podziwiać, kiedy się irytuje, krzyczy i nerwowo uśmiecha.

– Zawsze tak wypytujesz nieznajome o tatuaże?

Obserwuję jaskółkę. Ciekawe, w ilu jeszcze miejscach Weronika ma inne dziary. Chciałbym to wiedzieć.

– Nie zawsze. – Nie peszę się. „Mleko się rozlało”, jak to mówią, więc trzeba jakoś wybrnąć. – Podoba mi się. Pasuje do ciebie.

– Dlaczego? – Jej pytanie od razu mnie uspokaja. Przez chwilę myślałem, że jestem zbyt ciekawski, ale ona podtrzymuje rozmowę.

To dobrze. To świetny znak, najlepszy. Mam szansę.

– Kojarzy mi się z wolnością.

Weronika nie odpowiada. Jej oczy szarzeją. Przebiega przez nie mrok, który mnie zaskakuje. Chciałbym go odgonić.

– Mieszkasz tu? – pytam wreszcie.

Chciałbym wiedzieć o niej wszystko, poznać ją całą. Teraz jest dla mnie nieodkrytym lądem, zagadką. Co mam zrobić, żeby to zmienić? I dlaczego tak bardzo chcę to zmienić?

– Mieszkam niedaleko.

Kiwam głową, zerkam na jej dłonie i nagle muszę zagryźć wargi. Czuję ukłucie w sercu, pieprzony zawód, chociaż jestem tu może dwanaście minut.

Kurwa. Obrączka. Kurwa, tylko nie to!

– Sama? Mieszkasz sama? – pytam, chociaż odpowiedź jest oczywista i to raczej nie jest odpowiedni moment na takie pytania, ale nie wiem, co powiedzieć, a nie będę tak stał jak pajac, wpatrując się w jej delikatne dłonie. Obrączka kurewsko razi mnie w oczy. To jedno do niej nie pasuje.

Weronika chowa dłonie. To chyba dobry znak. Albo najgorszy.

Nie wiem, co ja sobie myślałem. Matko jedyna. Miałem tylko wypić kawę, a teraz stoję przed tą niezwykłą kobietą rozczarowany, że ma męża.

– Czasami tak się czuję… – odpowiada cicho.

Dociera do mnie, że nie jest szczęśliwa w związku.

Mam ochotę wskoczyć za ladę i ją przytulić. Otoczyć ramionami i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Usłyszałem ból w jej głosie i z nieznanych mi przyczyn nie chcę go już nigdy więcej słyszeć.

Niebieskie oczy patrzą na mnie. Dostrzegam w nich delikatne szare plamy. Są jak Bałtyk – myślę, ale po chwili ganię się za to, że nie zareagowałem w porę na to wyznanie. To chyba ten moment, w którym powinienem coś powiedzieć, dopytać, ale nic takiego nie robię.

Dopijam kawę, aż prawie zagryzam filiżankę. Chciałbym, kurwa, tak bardzo chciałbym, żeby była wolna. Jeszcze ostatni łyk. Nie sądziłem, że dziś aż tak się obudzę.

Gram na czas. Chyba oszaleję.

Wera – już ją tak nazwałem – patrzy na mnie spokojnie. Z tego morza można wiele wyczytać.

Fioletowe włosy. Nigdy ich nie zapomnę.

Łapię się na tym, że bezwiednie kiwam głową.

– Zapłacę.

Odkładam filiżankę i stukam drżącą dłonią o talerzyk zbyt głośno. Oboje kierujemy wzrok na porcelanę, a chwila, w której powinienem lepiej ją poznać, mija bezpowrotnie.

– Już?

Jej też chyba szkoda, że to koniec.

– Tak, muszę iść… – odpowiadam, podziwiając błękit najpiękniejszych oczu, w jakie kiedykolwiek było mi dane spojrzeć.

Płacę i dziękuję.

Odwracam się szybko, może nawet uciekam, zmuszając się z całych sił do milczenia, co jest piekielnie trudne. Nie chcę zrobić z siebie pajaca. Nie będzie taniego podrywu i gadki o oczach ani pytań, czy spadła z nieba i czy bolało. Nie będzie zaproszenia na kolację ani do mojego mieszkania, sprawdzania, czy mnie zna i słucha mojej muzy.

Nie będzie tak jak zawsze.

Najwyraźniej nie. I właśnie przez to podoba mi się jeszcze bardziej.

Czuję, że muszę to dobrze rozegrać, a dziś nie jestem do tego zdolny. Ta kobieta jest piekielnie interesująca. Ma w sobie coś, co jednocześnie onieśmiela i przyciąga.

Dziś wychodzę. Muszę pozbierać myśli.

Ale jeszcze tu wrócę.

Już to wiem.

Rozdział 3

Weronika

Marzec 2024

Drzwi do kawiarni znów się zamykają, kiedy skupiam na nich wzrok. Nie mogę pojąć, co we mnie wstąpiło. Zagryzam wargi, nieudolnie tłumiąc wstyd. Dlaczego postanowiłam zwierzyć się obcemu klientowi, że czuję się, jakbym mieszkała sama?

To nieprofesjonalne.

Oddycham głęboko, rozumiejąc, że ten mężczyzna miał w sobie coś, co mnie uspokajało. Przez krótką chwilę miałam wrażenie, że mogłabym poznać go bliżej i byłabym gotowa na szczerą rozmowę. Patrzył w moją stronę tak, jakby naprawdę chciał mnie wysłuchać. Odegnać wszystkie troski, które piętrzą się dziś w mojej głowie.

Staram się dłużej nie analizować swojego zachowania, ale to trudne.

Odwracam się, by przygotować kolejne zamówienie. Dyniowe latte i ciastka orkiszowe za chwilę wylądują na błękitnej porcelanie, którą kupiłam, gdy byłam z mężem w Orgosolo i jeszcze marzyłam o tym wszystkim. Marzyłam o własnej kawiarni. O miejscu, które będzie kojarzyło się innym z relaksem, gdzie każdego powita pyszna, aromatyczna kawa i mój uśmiech. Bez względu na to, jakie emocje będą we mnie – chciałam zawsze się uśmiechać.

Dziś coś poszło nie tak, za bardzo się otworzyłam. Mężczyzna, z którym rozmawiałam, opuścił to miejsce zbyt szybko. Zawsze staram się tym nie przejmować – każdy ma swoje życie i może po prostu brak mu czasu na powolne picie kawy – ale tym razem coś sprawiło, że chciałabym, żeby nieznajomy został tu chwilę dłużej.

Mam wrażenie, że kiedy wyszedł, zabrał ze sobą coś jeszcze. Ale co? Poza szczerym uśmiechem, chłodnymi jak zielony ametyst oczami i gęstymi, ciemnymi rzęsami nie mam teraz w głowie nic więcej.

Kawa jest już gotowa. Jej aromat unosi się w powietrzu i sprawia, że sama mam na nią ochotę. Ciastka oczywiście poprawiam, by leżały obok siebie idealnie. Jedno jest lekko przypieczone – takie są najlepsze – ale na wszelki wypadek układam je na spodzie. Nie wiem, po co to robię, ale mój wrodzony perfekcjonizm nie daje mi spokoju nawet przy układaniu kilku ciastek.

Podchodzę do stolika. Młoda dziewczyna patrzy na mnie z uśmiechem, a chłopak nie raczy nawet spojrzeć w moją stronę znad ogromnego telefonu.

– To czego się napijesz? – pyta dziewczyna.

Chłopak nie odpowiada. Mam ochotę już odejść, ale spokojnie czekam przy stoliku, żeby przyjąć kolejne zamówienie.

A w głowie wciąż brzmią mi słowa nieznajomego o tym, że jaskółka skojarzyła mu się z wolnością, i jego czułe spojrzenie, kiedy to mówił.

– Zdecydowałeś się, czy chcesz kawę? – ponawia pytanie młoda blondynka w zbyt ciasnej bluzce. Jej głos jest pełen pretensji i wstydu. Obserwuję ich ze smutkiem, który staram się ukryć. Mam ochotę zniknąć. Nie dlatego, że sytuacja jest krępująca, ale dlatego, że mam wrażenie, jakbym widziała namiastkę własnego bezbarwnego związku, że tak wygląda każda moja rozmowa z Maksymilianem. Oni są jeszcze za młodzi, by poznać, czym jest obojętność i ból, jaki potrafi sprawić.

„Nie musisz tu być, nie musisz tu być” – powtarzam w myślach i kieruję wzrok na klientkę, jakbym miała nadzieję, że dziewczyna odczyta te słowa z moich oczu.

Wiem, co czuje młoda kobieta przede mną. Mam ochotę wyrwać telefon z dłoni jej partnera i krzyknąć mu prosto w bladą twarz, żeby się obudził. Ona nie będzie tolerowała takiego zachowania w nieskończoność!

Ale czy na pewno?

Ile razy myślałam o tym, żeby odejść? Ile razy obiecywałam sobie, że znajdę siłę, że…

– Halo! Mówię do ciebie! – Dziewczyna postanawia się nie poddawać. Nie zwraca na mnie uwagi. To dobrze.

Robię krok do tyłu, kierując wzrok na herbaciane róże na parapecie. Promienie słońca przebijają się przez stare, zakurzone okno.

– Nic nie chcę, dziękuję – odpowiada wreszcie młody chłopak i odkłada telefon.

Kiwam głową i odchodzę, zostawiając przy nich całe swoje rozdrażnienie. Myślę o tym, że powinnam dolać wody do wazonu, a zaraz potem znów wracam do słów mężczyzny, który nadal siedzi mi w głowie, do jaskółki i uczucia, z jakim mnie zostawił.

Przywołuję się do porządku.

Odwracam się.

– W razie czego proszę wołać.

– Dziękujemy. – Uśmiecha się blondynka, po czym wtula się w ramiona swojego towarzysza.

Czy to wszystko mi się zdawało, a młoda para jest ze sobą szczęśliwa? Czy nie powinnam oceniać tej relacji po kilku minutach spędzonych w kawiarni? Może chłopak załatwiał coś naprawdę ważnego?

Wracam za ladę i skupiam wzrok na zmywarce. W tle rozmów i czyjegoś srebrzystego śmiechu słychać spokojną, gitarową muzykę. Wyglądam przez okno i patrzę na przechodniów, którzy, trzymając się za ręce, idą ulicami mojego ukochanego Gdańska.

Potem biorę głęboki oddech.

Wypuszczam go, starając się odgonić od siebie wszystko, co przypomina mi o ciężarze samotności.

Ile lat już czuję, że to nie jest moje życie?

Oślepiają mnie promienie słońca, gdy wysiadam ze starego, zdezelowanego busa. Mrużę oczy i staję na kilku niewielkich schodkach. Łapię głęboki oddech świeżego, górskiego powietrza. To uczucie jest tak orzeźwiające, że mogłabym stać i oddychać przez najbliższą godzinę.

– Dziękujemy za podwózkę!

– Proszę bardzo! Szerokości! – Młody góral raczy mnie ciepłym, jadeitowym spojrzeniem.

Za mną słyszę kroki Maksa i odwracam się, by sprawdzić, czy nie zapomniał bagażu. Wszystko jest na swoim miejscu. Ogromny plecak ze stelażem i mój mężczyzna z szerokim, radosnym uśmiechem. Zawieszam wzrok na jego torsie. Ciasna, brązowa koszulka opina go do granic możliwości.

Powinnam wreszcie powiedzieć mu, że jest trochę za mała. Uśmiecham się lubieżnie, postanawiając, że zrobię to po powrocie. Teraz chcę patrzeć na niego takim, jaki jest, i zachować ten ostatni dzień w brązowej koszulce tylko dla siebie.

Mam co podziwiać.

– Pogoda na szczęście dopisała! Jest pięknie!

– A w Gdańsku oczywiście leje! – śmieję się.

– I wieje!

– To na pewno.

Maks chwyta mnie mocno za rękę. Na jego dłoni błyszczy szeroka obrączka. Mąż przyciąga mnie do siebie i zostawia pocałunek na policzku.

– Dziękuję, że mnie namówiłaś – szepcze. W jego głosie kryje się wdzięczność i spokój.

– Na co?

– Na ten wyjazd. Na chodzenie po górach i przerwę od pracy. Dziękuję, że się uparłaś i wykupiłaś wszystko bez mojej wiedzy. Potrzebowałem tego.

Całuje mnie ponownie.

– Ależ bardzo proszę.

– Wika, mówię serio. Gdybyś wcześniej zapytała mnie o zdanie, nie pojechałbym. Mam dużo pracy… Głową wciąż jestem w robocie. Cały czas o niej myślę, ale nie żałuję wyjazdu. Co jakiś czas, na chwilę, udaje mi się odpocząć i oderwać myśli. Cieszę się, nawet jeśli wcześniej trochę marudziłem – przyznaje skruszony.

– Trochę? Byłeś wściekły!

– Nie lubię niespodzianek, ale to nasza rocznica ślubu. Nasz czas, który powinien być odpowiednio świętowany. Powinniśmy wyjeżdżać co roku.

– Oho! Co tu się stało? Czyżby panu „wiecznie zajętemu pracą” udało się wyluzować?

– Udało. Dzięki tobie, mała. – Przytula mnie delikatnie, a ja uśmiecham się wprost w jego klatkę piersiową.

– Mała?

Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak do mnie powiedział. Pewnie z dziesięć lat temu albo jeszcze wcześniej.

– Wczorajsza noc mnie zmieniła… – Maks puszcza do mnie oko i oplata mnie silniej ramionami, a ja myślę o nas w jacuzzi, z lampką wina, świętujących dziesiątą rocznicę ślubu.

– Mnie też! Nie wiedziałam, że mam jeszcze tyle siły!

– Taka wysportowana laska? Pewnie, że masz!

– Laska? – wybucham niekontrolowanym śmiechem. – Naprawdę oszalałeś!

Przysuwam się do niego jeszcze bliżej, by wodzić palcem po jego torsie. Wiem, jak bardzo to lubi. Mąż od razu nieruchomieje i głośno przełyka ślinę. Za dobrze go znam.

Odchylam głowę i nasze usta stykają się w powolnym pocałunku. Maks smakuje energetykiem i pączkiem z adwokatem. Słodko. Nie mogę odgonić myśli, że czuję się wyjątkowo bezpieczna.

– Wydaje mi się, czy mieliśmy się pospieszyć? – pyta, gdy tylko odrywam usta od jego ust.

– Mieliśmy…

– To idziemy, mała, żwawo! Na górze siądziemy na piwko. Zimne.

Mąż chwyta mnie za rękę. Cieszę się, że postawiłam na swoim z tym wyjazdem. Najwyraźniej dostrzegam jego potrzeby, nawet wtedy, gdy on sam tego nie robi. Wiem, że ciężko pracuje, żeby żyło nam się lepiej, ale zasługuje na odpoczynek. Powinniśmy spędzać ze sobą, sam na sam, więcej czasu. Nie tylko kilka godzin w weekendy, ale całe dnie. Powinniśmy leżeć, przytulać się i rozmawiać.

Po prostu być ze sobą.

Ostatnio zauważyłam, że w każdy weekend umawia się ze znajomymi – albo wychodzi do nich sam, albo zaprasza kogoś w sobotę do domu. Maks od zawsze był duszą towarzystwa i to właśnie podobało mi się w nim najbardziej, ale chyba dojrzewam i przestaje mi to odpowiadać. Zaczynam słuchać siebie. Nie potrzebuję już nikomu nic udowadniać, nie muszę imprezować co weekend ani udawać kogoś, kim nie jestem.

Coraz częściej wystarcza mi dobre jedzenie, kanapa i szczera rozmowa.

Ten wyjazd to impuls. Zdałam sobie sprawę, jak mało rozmawiamy, jak bardzo się mijamy i jak często zachowujemy się jak współlokatorzy. Coś się między nami zmienia, a ja tak bardzo chcę tego uniknąć. Tyle się teraz słyszy o rozwodach, o rozpadających się związkach i nieszczęśliwych rodzinach. Ja tego nie chcę.

Pragnę mojego Maksa już zawsze. Nie wyobrażam sobie bez niego życia. To mój mąż, moja ostoja i moja największa miłość.

– Gotowa? – pyta zadowolony, kiedy stajemy przy znaku kierującym do Doliny Pięciu Stawów.

– Gotowa! – ruszam.

– Czekaj, zrobię ci fotkę!

– Przestań! Ja chcę już iść! – Nie słucham go.

– Fotka musi być teraz, kiedy jesteś taka pięknie spokojna, i na górze, gdy będziesz rozmazana, czerwona i zmęczona!

– Takie „przed i po”?

– Dokładnie tak!

Zatrzymuję się i zaczynam pozować.

– No dobrze, ale na pewno nie będę zmęczona. Prędzej ty się zmęczysz przez to, że nie zabrałeś butów za kostkę!

– Kochana! Nawet nie wiesz, jakie szlaki pokonałem w moich butach! To najwygodniejsze górskie buty na świecie! Nigdy mnie nie zawiodły!

– Tak, ale staniesz krzywo i…

– Przestań już! Nie wszystko da się kontrolować!

Przypomina mi się nasza rozmowa sprzed miesiąca. Ten moment, gdy wściekł się na mnie, kiedy wzięłam jego telefon i zapytałam o jedną wiadomość od naszego wspólnego znajomego.Biorę głęboki oddech, żeby odgonić niepotrzebne myśli. Nie chcę do tego wracać.

– Uśmiech, kochanie! Szeroki uśmiech! Pokaż, jak się cieszysz, to już dziesięć lat razem!

Maks wreszcie robi zdjęcie.

– To wchodzimy!

– Czekaj, jeszcze jedno wspólne.

Mąż podchodzi do mnie i ustawia aparat tak, żeby w tle było widać biały drewniany znak z napisem „Dolina Pięciu Stawów Polskich”. Kradnę mu buziaka. Przez chwilę się wygłupiamy, pstrykając kolejne fotki.

– Teraz możemy iść – mówi, kiedy chowa telefon do plecaka.

– Mam nadzieję, że uda nam się przenocować w schronisku.

– Uda się! Grzecznie poprosimy.

Stawiam kilka pierwszych kroków po kamieniach. Czuję, że są śliskie. Mam ochotę znowu skomentować wybór obuwia mojego męża, ale tego nie robię. Nie chcę, żeby uznał, że marudzę albo przesadzam.

Kolejne kroki stawiam ostrożnie. Kilka godzin temu padała lekka mżawka, myślałam, że na szlaku będzie już sucho.

– O czym myślisz? – pyta mąż.

Mija mnie, a ja zawieszam wzrok na jego silnych nogach.

– Będzie ciężko!

– Nie będzie tak źle. Teraz, na początku, jest stromo, później szlak prowadzi przez las, a pod koniec…

– Co?

– Nic, pod koniec jest najlepiej. Musimy tylko zdecydować, czy wchodzimy czarnym szlakiem, czy tym drugim, od wodospadu. Nie pamiętam, jakie ma oznaczenie. Tak czy siak, oba są proste.

– Dobrze, zdaję się na twój wybór.

– Dziś kolejna noc razem, bez obowiązków. Wika! Nie pamiętam, kiedy byłem tak szczęśliwy!

– Miło mi to słyszeć.

Maks zatrzymuje się i czeka, aż do niego dołączę.

Chwyta mnie za dłonie. Jakiś facet kręci głową i wymija nas z prawej strony.

– Już przerwa? – śmieję się. – W takim tempie nigdy nie dojdziemy!

– Krótka. Chcę ci coś powiedzieć.

– Zamieniam się w słuch.

Zdaję sobie sprawę, że to będzie coś ważnego. Na tym wyjeździe Maks jest zupełnie inny, rozemocjonowany i zdecydowanie bardziej obecny. Dopiero w Zakopanem dotarło do mnie, jak bardzo potrzebował odpoczynku. Głęboka zmarszczka rzadziej pojawia się na jego czole.

– Kocham cię, Wika.

Czuję, jak policzki oblewa mi gorący rumieniec.

– Ja ciebie też – odpowiadam.

Patrzymy sobie czule w oczy. Bicie mojego serca przyspiesza. To już dziesięć lat! Obserwuję jego twarz, patrzę, jak bardzo się zmienił. Dostrzegam kilka nowych zmarszczek na przystojnej twarzy mojego męża. Ten czas leci tak szybko…

– Ruszamy, skarbie! Na górze będzie naprawdę pięknie! Maj to najlepszy czas na góry! – klepie mnie w tyłek i rusza do przodu.

– Co robisz?

– Oj, nikt nie widział. A w tych spodenkach wyglądasz mega seksownie!

– Dziękuję.

Dalszą drogę pokonujemy w milczeniu. Myślę o upływającym czasie, ale przede wszystkim o tym, kiedy ostatnio usłyszałam od męża jakiś komplement. Oddycham powoli, stawiam krok za krokiem. Górskie powietrze wypełnia moje płuca. Dziś czuję się naprawdę dobrze.

Nie potrzebuję wiele.

Tylko jego.

Nas.

Redakcja: Alicja RosińskaKorekta: Elżbieta RożkiewiczProjekt okładki: Tomasz BiernatSkład: Tomasz Biernat

Copyright by Paulina Prokop 2026Copyright for the Polish Edition by Wydawnictwo Nocą,Warszawa 2026

Druk i oprawa:Drukarnia Sowa

ISBN: 978-83-68657-48-7

WYDAWNICTWO NOCĄul. Filipiny Płaskowickiej 46/8902-778 WarszawaNIP: 9512496374www.wydawnictwonoca.ple-mail: [email protected]

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3