Ostatnia Mona Lisa - Jonathan Santlofer - ebook + książka

Ostatnia Mona Lisa ebook

Jonathan Santlofer

4,1
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

W 1911 roku najbardziej znany renesansowy obraz, Mona Lisa Leonarda da Vinci, został skradziony z Luwru przez Włocha, Vincenzo Peruggię. Minęły dwa lata zanim dzieło wróciło do Paryża. Co się z nim wtedy działo? Dlaczego zostało wywiezione do Florencji? Kto miał do niego dostęp? Schwytanie złodzieja i zwrot obrazu do muzeum nie rozwiały powstałych wtedy wątpliwości – pojawiło się pytanie, czy do Luwru na pewno wrócił oryginał. Może to, co oglądamy dziś w stolicy Francji, to wysokiej klasy, wybitne w swojej dziedzinie, ale jednak fałszerstwo?

Na kanwie prawdziwej historii Jonathan Santlofer snuje niezwykłą opowieść o potomku Peruggii, badaczu sztuki, który w niespodziewany sposób zostaje wplątany w intrygę mającą związek z dziedzictwem jego znanego przodka. To, co zaczyna się jako czysto naukowe badanie, przeistacza się w fascynującą, ale wysoce ryzykowną podróż do półświatka wyspecjalizowanych fałszerzy, a także pilnie strzeżonych tajemnic historii sztuki, których odkrycie może kosztować nawet życie…

· Książka lata 2021 wg magazynu „People”

· Obowiązkowa pozycja dla fanów Dana Browna, Steva Berry i Arturo Perez-Reverte

· Znakomity bilet do Florencji, Paryża i Nicei…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 415

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (23 oceny)
10
7
4
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
bozenasup

Nie oderwiesz się od lektury

Przepyszna powieść detektywistyczno-kryminalna z Wielką Sztuką w tle. Jak dobrze, było się zanurzyć w takiej opowieści, gdzie można obcować z malarstwem i znanymi dziełami, a jednocześnie przeżywać niesamowitą przygodę czytelniczą. Książka jest ciekawa, inna, z niesamowicie wciągającą i wartką fabułą. Szczerze polecam!
10
Aga3777

Dobrze spędzony czas

Bardzo ciekawa książka. Polecam.
00
82869d86-c168-4495-a450-300590b44cb4

Nie oderwiesz się od lektury

👍
00
UrszulaLila

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo ciekawa I wciągająca historia. Polecam.
00
natiszon

Nie oderwiesz się od lektury

Od momentu w którym Luke Perrone odkrył, że jego pradziadek jest autorem słynnej kradzieży jednego z najcenniejszych dzieł Leonarda "Mona Lisa" nie może przestać o tym myśleć. Wręcz obsesyjnie przez lata zbiera informacje i stara się odkryć jak najwięcej faktów z życia Vincenzo Peruggii. Gdy otrzymuje wiadomość, że we florenckiej bibliotece znajduje się dziennik jego przodka, porzuca wszystkie zobowiązania i wyrusza w podróż, by śladami odkryć, motywy i kulisy działania. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że nie tylko on stara się odkryć prawdę. Czy obraz zdobiący Luwr do którego co roku przyjeżdżają miliony turystów jest orginalny? A może to jedna z kopii wykonanej na zamówienie? Autor zainspirował się prawdziwymi wydarzeniami słynnej kradzieży, gdy w 1911roku były pracownik Luwru, pod osłoną nocy ukradł Mona Lisę. Widać jak wielką pracę wykonał starając się dotrzeć do wszystkich szczegółów tej historii. Niewątpliwą zaletą jest przepiękne tło wydarzeń, plątanina urokliwych uliczek, o...
00

Popularność




Ty­tuł ory­gi­nału: The Last Mona Lisa
Co­py­ri­ght © 2021 by Jo­na­than San­tlo­fer
Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion © Wy­daw­nic­two AR­KADY Sp. z o.o., War­szawa 2022
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Żadna część tej pu­bli­ka­cji nie może być re­pro­du­ko­wana w ja­kiej­kol­wiek for­mie ani po­wie­lana gra­ficz­nie, elek­tro­nicz­nie czy me­cha­nicz­nie, w tym za po­mocą ko­pio­wa­nia, na­gry­wa­nia, ani prze­cho­wy­wana w in­for­ma­tycz­nej ba­zie da­nych bez pi­sem­nej zgody wy­dawcy. Pro­simy o prze­strze­ga­nie praw twór­ców do ich wła­sno­ści in­te­lek­tu­al­nej i nie­udo­stęp­nia­nie tre­ści książki w sieci.
Tłu­ma­cze­nie: Pa­weł Wie­czo­rek
Re­dak­cja: Agata Ża­bow­ska
Ko­rekta: Alek­san­der Kmak
Pro­jekt okładki: 3oko Krzysz­tof Kieł­ba­siń­ski
Skład i ła­ma­nie: Syl­wia Szur
ISBN 978-83-213-5251-0
CIP – Bi­blio­teka Na­ro­dowa
San­tlo­fer, Jo­na­than
Ostat­nia Mona Lisa / Jo­na­than San­tlo­fer;
[tłu­ma­cze­nie: Pa­weł Wie­czo­rek]. Wy­da­nie I. -
War­szawa: Le­Tra, 2022
Wy­da­nie I, 2022. Sym­bol 5311/R
Wy­daw­nic­two AR­KADY Sp. z o.o. ul. Do­bra 28, 00-344 War­szawa tel. 22 444 86 50/51info@ar­kady.eu, www.ar­kady.euwww.fa­ce­book.com/Wy­daw­nic­two.Ar­kadywww.fa­ce­book.com/Wy­daw­nic­two.Le­Tra księ­gar­nia fir­mowa tel. 22 444 86 61, e-mail: ksie­gar­nia@ar­kady.eu
Wy­łączny dys­try­bu­tor: DO­BRA 28 Sp. z o.o. ul. Do­bra 28, 00-344 War­szawa tel. 22 444 86 94 e-mail: biuro@do­bra28.pl, www.do­bra28.pl księ­gar­nia wy­sył­kowa: www.ar­kady.info tel. 22 444 86 97
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Dla Joy, która ko­chała tę książkę od sa­mego po­czątku, ale ku mo­jej roz­pa­czy nie do­cze­kała jej urze­czy­wist­nie­nia.

Na­tura, co dwóch list­ków po­dob­nych do sie­bie nie rzu­ciła na zie­mię,

jesz­cze wię­cej uroz­ma­iciła umy­sły i po­ję­cia,

a każde na­śla­dow­nic­two po­zba­wia­jące ich w swej dziel­no­ści jest ro­dza­jem śmierci.

MADAME DE STÄEL(W PRZE­KŁA­DZIE ŁUCJI RAU­CHEN-STRAU­CHO­WEJ I KAROLA WIT­TEGO)

Nic nie jest ory­gi­nalne.

JIM JAR­MUSCH

21 sierp­nia 1911 rokuPa­ryż

Noc spę­dził sku­lony w ciem­no­ści, głowę roz­ry­wały mu pie­kielne wi­zje, sceny jak z ob­ra­zów Bo­scha, szka­radne po­twory, wi­jący się w pło­mie­niach lu­dzie. Wbi­jał wzrok w ciem­ność, za­ła­many my­ślą, że resztę ży­cia spę­dzi w czerni.

„Tra­cimy to, co nie dość ce­nimy”... Tylko ta myśl krąży mu po gło­wie, gdy za­kłada ro­bo­czy ki­tel, sta­ran­nie go za­pina, aby nie wy­sta­wał ani ka­wa­łek gar­ni­turu, i otwiera drzwi szafy.

Świa­tła w mu­zeum są zga­szone, zna jed­nak drogę na pa­mięć. Do­sko­nale pa­mięta długi ko­ry­tarz i każdy za­ła­mek muru, a po­czu­cie winy kie­ruje nim jak au­to­ma­tem. Z tru­dem od­dy­cha, jakby z po­wie­trza znik­nął tlen, a gdy mija Nike z Sa­mo­traki, czuje na so­bie jej dra­pieżny cień, od któ­rego do­staje dresz­czy.

Choć rzeźba nie ma głowy, wy­daje mu się, że wi­dzi twarz bo­gini – upiorną, z pięk­nymi, spę­ka­nymi war­gami – i po­sza­rzałe mar­mu­rowe ciało. Skądś do­la­tuje płacz dziecka. Na­ra­sta, aż prze­cho­dzi w cią­głe wy­cie. Męż­czy­zna za­krywa uszy i wy­pusz­cza z tru­dem po­wie­trze – skręca raz w prawo, raz w lewo, jakby szu­kał w ciem­no­ści utra­co­nej uko­cha­nej i dziecka, szep­cze ich imiona, pod­czas gdy ściany za­ci­skają się wo­kół niego, po­miesz­cze­nie się po­chyla, a pustka w jego trze­wiach ro­śnie, aż nic nie po­zo­staje, je­dy­nie pu­sta sko­rupa. Do­ciera do niego, że pustka, którą tak długo czuł, była prze­po­wied­nią, pro­gnozą na resztę ży­cia, że tak na­prawdę ćwi­czył, jak to jest być tru­pem.

Kroki?

Nie, za wcze­śnie, poza tym jest po­nie­dzia­łek i mu­zeum jest za­mknięte dla zwie­dza­ją­cych.

Męż­czy­zna za­trzy­muje się, za­gląda w głąb mrocz­nego ko­ry­ta­rza. Nic nie wi­dzi. Mu­siał to być wy­twór jego ima­gi­na­cji, igraszka umy­słu, który stra­cił pew­ność, co jest praw­dziwe, a co nie. Przy­słu­chuje się, osła­nia­jąc ucho dło­nią w rę­ka­wiczce, poza jego cięż­kim od­de­chem i ło­mo­tem serca jest jed­nak ci­cho.

Jesz­cze kilka kro­ków i prze­cho­dzi pod łu­kiem do ga­le­rii Cour Vi­sconti, ogrom­nej sali o su­fi­cie wy­star­cza­jąco wy­so­kim, aby po­mie­ścić ma­lo­wi­dła ro­bione na mu­rach. W mroku płótna są je­dy­nie ciem­nymi pro­sto­ką­tami, dla niego po­zo­stają jed­nak czy­telne: pej­zaż Co­rota, sławna scena ba­ta­li­styczna De­la­croix, Kon­se­kra­cja ce­sa­rza Na­po­le­ona I Ja­cques’a-Lo­uisa Da­vida – z dyk­ta­to­rem ubra­nym z obu­rza­ją­cym wy­ra­fi­no­wa­niem, w pe­le­ry­nie z gro­no­sta­jów, z wień­cem lau­ro­wym na gło­wie i uśmiesz­kiem triumfu na ustach.

W chwili, gdy przy­wo­łał w wy­obraźni ob­raz Na­po­le­ona, jego roz­go­rącz­ko­wany umysł sfor­mu­ło­wał wy­ja­śnie­nie, które ogłosi póź­niej, ta­kie, które ze­chcą wy­dru­ko­wać ga­zety: „Ukra­dłem ob­raz, aby zwró­cić go do pra­wo­wi­tego domu”.

Zo­sta­nie pa­triotą, bo­ha­te­rem, nie bę­dzie już imi­gran­tem i czło­wie­kiem bez domu.

Nieco uspo­ko­jony idzie ko­lej­nym, węż­szym ko­ry­ta­rzem, w sku­pie­niu i z po­czu­ciem celu. Po­każe wszyst­kim, że coś zna­czy.

W nieco mniej­szym Sa­lo­nie Carré ma­ja­czą kon­tury ko­lej­nych ob­ra­zów: Ty­cjana, Cor­reg­gia i... mi­go­czą­cej mię­dzy nimi na­grody, damy wśród skał, wam­pira, który ni­gdy nie śpi, naj­sław­niej­szej ko­biety świata: Mona Lisy.

Gdy od­kręca sta­lowe śruby mo­cu­jące drew­nianą płytę, wali mu serce, koń­cówki ner­wów drgają, przez głowę pę­dzą dzie­siątki my­śli. Po­ru­sza się jak na­wie­dzony, ślepy na od­bi­ja­jący się w szkle roz­ma­zany ob­raz wła­snej twa­rzy, szkle, które ty­dzień wcze­śniej oso­bi­ście za­kła­dał.

Wszystko trwa nie wię­cej niż pięć mi­nut.

Gdy ru­sza szyb­kim kro­kiem, przy­ci­ska ob­raz do piersi, cień w mroku prze­my­ka­jący przez ko­lejne przej­ścia mię­dzy sa­lami, ko­ry­tarz, schody, na któ­rych się za­trzy­muje, aby po­zbyć się cięż­kiej ramy i szkła. Po chwili idzie da­lej wą­skim ko­ry­ta­rzem ob­sta­wio­nym pod ścia­nami mar­mu­ro­wymi rzeź­bami, szyb­ciej, zdy­szany i spo­cony mija ostat­nie przej­ście mię­dzy sa­lami i staje przed bocz­nymi drzwiami – Porte des Arts. Wszystko zo­stało do­kład­nie za­pla­no­wane, każdy ele­ment pa­suje do sie­bie jak ma­rze­nie. Do­póki nie oka­zuje się, że gałka w drzwiach nie daje się prze­krę­cić.

Tar­mosi i ob­raca, cią­gnie i szar­pie, ale gałka na­wet nie drgnie, a je­dyne, co się po­ru­sza, to wi­ru­jące my­śli w jego gło­wie.

Głę­boki wdech, po­tem jesz­cze je­den i wresz­cie go olśniewa: śru­bo­kręt! Tym sa­mym na­rzę­dziem, któ­rym kilka mi­nut wcze­śniej od­krę­cał śruby, od­kręca oku­cia, aż gałka wpada mu w dłoń. Chowa ją do kie­szeni ki­tla, który zdej­muje, zwija w cia­sny wa­łek i wci­ska so­bie za pa­sek na ple­cach.

Wsuwa ob­raz pod ko­szulę i gdy za­pina gu­ziki kurtki, czuje, jak stare płótno dra­pie skórę, a serce wali o ta­jem­ni­czą czte­ry­stu­let­nią pięk­ność, która już nie­raz uda­wała się w nie­znane w rę­kach po­ry­wa­czy, oglą­dała ze ściany sy­pialni Na­po­le­ona nie­zli­czone schadzki i mu­siała zno­sić roz­dzia­wione gęby i wy­ba­łu­szone gały mi­lio­nów lu­dzi, tak że te­raz zmę­czona i znu­żona świa­tem tę­skni za od­po­czyn­kiem, choć jej hi­sto­rii da­leko jesz­cze do końca.

1

Gru­dzień 2019 rokuFlo­ren­cja

Carlo Bian­chi przy­ci­snął chu­s­teczkę do ka­pią­cego nosa. Jego an­ty­kwa­riat przy Via Strac­cia­tella, nie­da­leko Ponte Vec­chio, był mały i cia­sny, książki cia­sno wy­peł­niały półki, zaj­mo­wały nie­mal całe biurko, pię­trzyły się wszę­dzie na pod­ło­dze ni­czym mi­nia­tu­rowe wio­ski Ma­jów, a wszystko było po­kryte ku­rzem, śmier­działo ple­śnią i wil­go­cią.

Bian­chi szu­kał książki o ro­ko­ko­wych za­ło­że­niach ogro­do­wych, która mu­siała gdzieś tu być... Zna­lazł ją na sa­mym dole jed­nej z nie­bo­tycz­nych stert. Le­żał wła­śnie na pod­ło­dze, sta­ra­jąc się, aby broda ze­brała jak naj­mniej kła­ków ku­rzu, i po­wo­lutku wy­cią­gał książkę, gdy uj­rzał grube po­de­szwy spor­to­wych bu­tów.

Prze­krę­cił głowę, aby do­strzec przy­by­sza.

– Po­sso aiu­tarla?

Męż­czy­zna pa­trzył mu z góry pro­sto w oczy.

– Mówi pan po an­giel­sku?

– Mó­wię – od­parł Bian­chi, wstał i za­czął otrze­py­wać spodnie i ma­ry­narkę z ku­rzu. – Zaj­mu­jąc się całe ży­cie książ­kami, czło­wiek uczy się nie­jed­nego ję­zyka.

– Szu­kam pa­mięt­nika, dzien­nika, który ku­pił pan nie­dawno od fran­cu­skiego an­ty­kwa­riu­sza o na­zwi­sku Pel­le­tier.

– Pel­le­tier? Niech się za­sta­no­wię... Po­wi­nie­nem mieć gdzieś li­stę ostat­nich za­ku­pów. – Bian­chi za­czął przed­sta­wie­nie, jakby na­prawdę prze­szu­ki­wał le­żącą na biurku stertę ra­chun­ków. Znał na pa­mięć spis wszyst­kich ksią­żek, ja­kie sprze­dał i ku­pił, włącz­nie z tymi, któ­rymi han­dlo­wał z Pel­le­tie­rem, nie miał jed­nak zwy­czaju ujaw­niać da­nych klien­tów.

– Ten dzien­nik na­pi­sano po­nad sto lat temu – stwier­dził przy­bysz. Pel­le­tier przy­się­gał mu za­wzię­cie, że sprze­dał rę­ko­pis Bian­chiemu, a lu­dzie rzadko kła­mią, gdy wła­śnie stra­cili pa­lec i za chwilę mogą stra­cić drugi. – Na pewno pa­mię­tałby pan za­kup ta­kiej książki. – Męż­czy­zna po­ło­żył dłoń na dłoni Bian­chiego i przy­ci­snął ją do kon­tu­aru.

– Sì, sì, oczy­wi­ście, że pa­mię­tam – szybko po­wie­dział Bian­chi. – Była na­pi­sana ręcz­nie i do tego po wło­sku!

Męż­czy­zna po­lu­zo­wał chwyt i Bian­chi wy­cią­gnął dłoń. Za­czął się co­fać, co zmu­siło go do zgię­cia się wpół.

– Bar­dzo mi... przy­kro, ale... ten dzien­nik... już go sprze­da­łem.

– Komu?

– Star­cowi, który zbiera tego typu rze­czy, ni­komu waż­nemu.

– Na­zwi­sko?

– Nie pa...

Męż­czy­zna zła­pał Bian­chiego za poły ma­ry­narki i uniósł go nad pod­łogę.

– Na­zwi­sko! Na­tych­miast!

Ma­cha­jąc ra­mio­nami, ze sto­pami dyn­da­ją­cymi kilka cen­ty­me­trów nad pod­łogą, Bian­chi wy­dy­szał na­zwi­sko:

– Ggg... Gug­gliermo!

Przy­bysz pu­ścił go i Bian­chi opadł nie­pew­nie, prze­wra­ca­jąc stertę ksią­żek.

– Gdzie znajdę tego Gug­gliermo?

– Jest... on jest... – Bian­chi pró­bo­wał zła­pać od­dech – pro­fes­sore na uni­wer­sy­te­cie... we Flo­ren­cji, choć... chyba mi się wy­daje, że jest... już na eme­ry­tu­rze. – An­ty­kwa­riusz rzu­cił okiem w kie­runku okna, aby spraw­dzić, czy ktoś prze­cho­dzi, aby za­wo­łać o po­moc, ale przy­bysz prze­su­nął się i za­sło­nił wi­dok.

– Ad­res.

– Je­stem pe­wien, że... je­śli za­pyta pan na uni­wer­sy­te­cie...

Męż­czy­zna wbił w niego wzrok i Bian­chi za­czął szybko prze­rzu­cać drżą­cymi pal­cami kar­teczki w wi­zy­tow­niku. Gdy zna­lazł od­po­wied­nią, za­czął czy­tać, ale męż­czy­zna wy­rwał mu ją z dłoni.

– Nie czy­ta­łeś dzien­nika?

– Ja? Ależ skąd... – Bian­chi ener­gicz­nie po­krę­cił głową.

– Ale wiesz, że jest na­pi­sany ręcz­nie i to po wło­sku?

– Pel­le­tier... mu­siał mi po­wie­dzieć... albo... może rzu­ci­łem okiem na jedną kartkę, ale... to wszystko.

– Ro­zu­miem. – Męż­czy­zna wy­szcze­rzył za­żół­cone od ty­to­niu zęby. Wsu­nął kar­teczkę z wi­zy­tow­nika do kie­szeni. – I nie po­wiesz ni­komu o mo­jej wi­zy­cie. Ani temu Gug­gliermo, ani ni­komu in­nemu, tak?

– Nie, si­gnore. Na pewno. Na­wet Pel­le­tie­rowi. Nie pi­snę słowa.

– Oczy­wi­ście.

Bian­chi pró­bo­wał jesz­cze zła­pać od­dech i od­zy­skać rów­no­wagę, gdy przy­bysz ude­rzył go pię­ścią w pierś. An­ty­kwa­riusz za­to­czył się do tyłu, za­ma­chał ra­mio­nami i za­nim upadł, prze­wró­cił ko­lejną stertę ksią­żek.

Męż­czy­zna pod­niósł go, za­ci­ska­jąc przed­ra­miona na jego szyi. Bian­chi pró­bo­wał coś po­wie­dzieć, z jego gar­dła wy­do­było się jed­nak tylko kilka skrzek­nięć, gdy świat roz­ma­zy­wał mu się przed oczami.

– Oczy­wi­ście. Ani słowa – po­wie­dział przy­bysz, gdy po­czuł, że krtań an­ty­kwa­riu­sza pęka.

2

Dwa mie­siące póź­niej

Mejl przy­szedł nie­całe dwa ty­go­dnie temu, nie by­łem jed­nak w sta­nie my­śleć o ni­czym in­nym i za­mie­rza­łem rzu­cić do­tych­cza­sowe ży­cie z po­wodu „być może”, mrzonki, ka­prysu.

Aby stłu­mić nie­po­kój, sta­ną­łem na chwilę, po­roz­cią­ga­łem po­gięte od po­dróży ciało, po czym ru­szy­łem da­lej, cią­gnąc wa­lizkę na kół­kach ko­lej­nymi dłu­gimi ko­ry­ta­rzami. Po ośmio­go­dzin­nym lo­cie z No­wego Jorku, zbyt na­krę­cony, aby choć chwilę się prze­spać, by­łem rów­no­cze­śnie wy­cień­czony i na­pom­po­wany ad­re­na­liną.

Lot­ni­sko Le­onarda da Vinci nie­wiele się różni od więk­szo­ści lot­nisk: jest bez­oso­bowe, za­tło­czone i oświe­tlone świa­tłem, od któ­rego bolą oczy. To, że nosi imię Le­onarda, brzmiało jak prze­po­wied­nia, choć ra­czej nie na­zwano go tak ze względu na mnie. Po­pa­trzy­łem na ze­ga­rek: szó­sta rano. Po­szu­ka­łem lot­ni­sko­wego po­ciągu i – dumny z sie­bie jak paw, że udało mi się go zna­leźć – opa­dłem na sie­dze­nie i za­mkną­łem oczy, pró­bu­jąc uci­szyć dzie­siątki my­śli ha­ła­su­ją­cych mi w gło­wie ni­czym gzy.

Trzy­dzie­ści dwie mi­nuty póź­niej by­łem na Roma Ter­mini, wiel­kiej, za­tło­czo­nej sta­cji ko­le­jo­wej, w pul­su­ją­cym gnieź­dzie po­dróż­nych, na­zna­czo­nym jed­nak pew­nym ro­man­ty­zmem, któ­rego na­dają dy­szące tuż za ka­sami po­ciągi par­ska­jące bia­łym dy­mem w zi­mowe niebo.

Prze­py­cha­łem się przez tłum – Scu­sami... scu­sami... – wdzięczny ro­dzi­com, że od­kąd za­czą­łem racz­ko­wać, mó­wili do mnie w oj­czy­stym ję­zyku. Mi­ja­łem po­ciąg za po­cią­giem, ści­ska­jąc w dłoni bi­let, z każdą mi­ja­jącą mi­nutą co­raz bar­dziej ner­wowo wbi­ja­jąc wzrok w wielką ta­blicę w po­szu­ki­wa­niu słowa FI­RENZE. Po­nie­waż wy­świe­tlała ona je­dy­nie sta­cję do­ce­lową mo­jego po­ciągu: We­ne­cję, miej­sce, które z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią bym zwie­dził (oczy­wi­ście nie te­raz, gdy mia­łem do wy­ko­na­nia za­da­nie), nie­wiele za­bra­kło, aby mi uciekł.

Po­ciąg był czy­sty i wy­glą­dał na nowy, sie­dze­nia miał wy­godne. Po­ło­ży­łem wa­lizkę na gór­nej półce, zdją­łem ple­cak i usia­dłem. W po­wie­trzu ma­ja­czyły mi przed oczami ob­razy za­pi­sa­nych kar­tek i choć kilka razy po­ki­wa­łem głową w ich kie­runku, nie udało mi się wy­raź­nie do­strzec ani jed­nej li­tery.

Wy­pi­łem colę, aby nie przy­snąć, i za­czą­łem wy­glą­dać przez okno. Te­ren tuż obok toru był pła­ski jak stół, ale im da­lej, tym bar­dziej fa­lo­wał, wzno­sząc się ku śre­dnio­wiecz­nym mia­stom przy­cup­nię­tym na szczy­tach co­raz więk­szych wzgórz. Wy­glą­dało to nieco nie­re­al­nie, jak­bym znaj­do­wał się w fil­mie, nie zaś w dro­dze ku – taką mia­łem przy­naj­mniej na­dzieję – roz­wi­kła­niu stu­let­niej ta­jem­nicy i za­koń­cze­niu dwu­dzie­sto­let­nich po­szu­ki­wań naj­sła­wet­niej­szego prze­stępcy w mo­jej ro­dzi­nie.

Pół­to­rej go­dziny póź­niej wy­sze­dłem przed tęt­niący ży­ciem flo­rencki dwo­rzec Santa Ma­ria No­vella i zna­la­złem się w cen­trum mia­sta. Cią­gną­łem wa­lizkę po wy­ło­żo­nych kostką uli­cach, mętne słońce to wy­cho­dziło zza ni­skich chmur, to się za nimi cho­wało, po­wie­trze było rześ­kie i zimne. Od­twa­rza­łem w gło­wie wy­da­rze­nia mi­nio­nych dwóch ty­go­dni: wpły­nię­cie mejla, za­kup bi­letu bez okre­ślo­nej daty po­wrotu, wy­cieczkę do wło­skiego kon­su­latu, gdzie uga­da­łem młodą urzęd­niczkę, aby dała mi do­ku­ment z per­messo i pi­smo za­świad­cza­jące, że je­stem pro­fe­so­rem wy­działu sztuki, co za­pew­niało mi do­stęp do wło­skich in­sty­tu­cji kul­tury, na­stęp­nie te­le­fon do ku­zyna w Santa Fe – rzeź­bia­rza, ma­rzą­cego całe ży­cie o prze­bi­ciu się na no­wo­jor­skiej sce­nie ar­ty­stycz­nej – który nie­omal pękł ze szczę­ścia, że może pod­na­jąć mój loft przy Bo­wery. Ty­dzień póź­niej wszyst­kie moje ob­razy stały po­owi­jane w fo­lię bą­bel­kową, stu­denci zo­stali od­dani w ręce mo­jego asy­stenta i ty­dzień przed se­sją zi­mową by­łem na urlo­pie – od­ważny ruch ze strony ad­iunkta ro­bią­cego so­bie na­dzieję na stały etat.

Po prze­cię­ciu sze­ro­kiej ulicy przed dwor­cem i za­głę­bie­niu się w plą­ta­ninę węż­szych uli­czek kie­ro­wa­łem się wska­zów­kami z mapy w te­le­fo­nie, które jed­nak cią­gle się zmie­niały. Dwa razy mu­sia­łem zmie­nić kie­ru­nek, ale dzie­sięć mi­nut póź­niej do­tar­łem do wiel­kiego pro­sto­kąt­nego placu – Piazza di Ma­donna – zdo­mi­no­wa­nego przez ja­sno­brą­zową bryłę Ka­plicy Me­dy­ce­uszów z po­krytą da­chówką ko­pułą i bez trudu do­strze­głem na­pi­saną sty­li­zo­wa­nymi li­te­rami na­zwę ho­telu: PA­LAZZO SPLEN­DOUR.

Ho­te­lowe lobby było nie więk­sze od cia­snej kuchni na Man­hat­ta­nie, ściany wo­łały o od­ma­lo­wa­nie, pod­łogi po­kry­wały mar­mu­rowe, pełne głę­bo­kich pęk­nięć i cęt­ko­wane na biało płyty, a je­dy­nym ele­men­tem, który ro­ścił so­bie prawo do miana de­ko­ra­cji, była spło­wiała, czarno-biała fo­to­gra­fia Da­wida Mi­chała Anioła.

– Luke Per­rone – przed­sta­wi­łem się męż­czyź­nie za kon­tu­arem, dość mło­demu, z ra­mio­nami po­kry­tymi kiep­sko zro­bio­nymi ta­tu­ażami, przy­stoj­nemu w spo­sób, w jaki przy­stojni by­wają nar­ko­mani, który mię­dzy bar­kiem a uchem trzy­mał te­le­fon i kop­cił pa­pie­rosa.

– Pas­sa­porto – od­parł, nie uno­sząc wzroku. Gdy za­py­ta­łem naj­lep­szym wło­skim, na jaki było mnie stać, czy mogę zo­sta­wić wa­lizkę i wró­cić za ja­kiś czas, uniósł pa­lec, jak­bym prze­szka­dzał mu w roz­mo­wie, naj­wy­raź­niej oso­bi­stej, bo chyba nie zwra­cał się do go­ści ho­te­lo­wych per il mio amore. Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, zo­sta­wi­łem wa­lizkę i wy­sze­dłem.

Mapa Go­ogle twier­dziła, że San Lo­renzo jest od­da­lone o pięć mi­nut drogi, co wy­dało mi się do przy­ję­cia, do­póki się zo­rien­to­wa­łem, że czy­tam mapę do góry no­gami i od­da­lam od celu. Wra­ca­jąc, po­now­nie ob­sze­dłem ko­pu­la­stą ka­plicę na Piazza di Ma­donna i po­dą­ży­łem za li­nią na ma­pie. Pro­wa­dziła mnie ona wzdłuż pię­trzą­cych się wy­soko, ma­lo­wa­nych ochrą bu­dyn­ków i dłu­giego, po­szar­pa­nego muru ze scho­dami pro­wa­dzą­cymi ku śle­pym łu­kom, który koń­czył się na rogu ulicy. Piazza San Lo­renzo oka­zała się sporą, otwartą prze­strze­nią, pu­stą, je­śli nie li­czyć kilku tu­ry­stów i mni­chów w ciem­no­brą­zo­wych ha­bi­tach.

Spró­bo­wa­łem zro­zu­mieć to, co wi­dzę, uświa­da­mia­jąc so­bie jed­nak po chwili, że to, co wła­śnie mi­ną­łem, i to, gdzie stoję, to je­dy­nie czę­ści wiel­kiego kom­pleksu.

Na wprost mia­łem ba­zy­likę w ko­lo­rze pia­sku wy­glą­da­jącą, jakby nie do­koń­czono jej bu­dowy, tak że cały czas znaj­do­wała się w sta­nie su­ro­wym; wszyst­kie trzy łu­ko­wate wej­ścia z gru­bymi drew­nia­nymi drzwiami były za­mknięte na głu­cho. Po uważ­nym przyj­rze­niu się z le­wej strony ko­ścioła dało się do­strzec wą­skie łu­ko­wate przej­ście, za któ­rym bie­gła ciemna alejka pro­wa­dząca do sław­nego klasz­toru San Lo­renzo, który do­tych­czas wi­dzia­łem je­dy­nie na zdję­ciach.

Wy­star­czyło kilka kro­ków alejką, by po­czuć się jak we śnie: nie­spo­dzie­wa­nie otwie­rał się pro­sto­kątny ogród z sze­ścio­kąt­nymi ży­wo­pło­tami, za któ­rym stała pię­trowa log­gia, kla­syczna i har­mo­nijna, a wszystko to było dzie­łem mo­jego ulu­bio­nego ar­chi­tekta epoki re­ne­sansu: Bru­nel­le­schiego. Przez chwilę prze­szło mi wręcz przez myśl, że sam je­stem ar­ty­stą doj­rza­łego re­ne­sansu, nie zaś wal­czą­cym o prze­trwa­nie no­wo­jor­skim ma­la­rzem, który uczy hi­sto­rii sztuki, aby mieć z czego pła­cić ra­chunki.

Gdy wes­tchną­łem, mój od­dech w chło­dzie póź­nego po­ranka ściął się w kłąb mgły i ule­ciał nad ogro­dem szczel­nie po­kry­tym szro­nem. Trzech mni­chów w dłu­gich weł­nia­nych kur­tach owi­jało ro­śliny lnia­nymi płach­tami, a ja na ich wi­dok za­czą­łem jesz­cze bar­dziej dy­go­tać w cien­kiej skó­rza­nej kurtce. Nie są­dzi­łem, że we Flo­ren­cji bywa tak zimno. Szcze­rze mó­wiąc, po otrzy­ma­niu mejla o nie­wielu rze­czach my­śla­łem.

Sza­nowny Pa­nie Per­rone,

jedną z ostat­nich próśb pro­fe­sora An­to­nia Gug­glierma było, abym skon­tak­to­wał się z Pa­nem w spra­wie książki, która może być dzien­ni­kiem Pań­skiego pra­dziadka. Pro­fe­sor pla­no­wał pu­bli­ka­cję do­ty­czącą tego dzien­nika, która – jak twier­dził – by­łaby „re­we­la­cją”. Nie­stety, na­gła śmierć prze­szko­dziła mu w na­pi­sa­niu choćby ar­ty­kułu.

Dzien­nik, wraz z książ­kami i do­ku­men­tami pro­fe­sora, zo­stał po­da­ro­wany flo­renc­kiej Bi­blio­tece Lau­ren­cjań­skiej. Mia­łem za­szczyt ka­ta­lo­go­wa­nia jego prac i umie­ści­łem dzien­nik w pu­dle opi­sa­nym jako „Mi­strzo­wie doj­rza­łego re­ne­sansu”.

Aby obej­rzeć do­ku­menty po­zo­stałe po pro­fe­so­rze Gug­gliermo, bę­dzie Pan mu­siał uzy­skać kul­tu­ralną per­messa, co nie po­winno być wiel­kim pro­ble­mem.

Su­ge­ruję, aby skła­da­jąc wnio­sek o wgląd w do­ku­menty, nie wspo­mi­nał Pan o dzien­niku. Wo­lał­bym też, aby we wnio­sku nie wspo­mi­nał Pan mo­jego na­zwi­ska.

Z po­wa­ża­niem,

Lu­igi Qu­at­troc­chi

qu­at­troc­chi@ita­lia.uni­ver­sity.org

Na­tych­miast skon­tak­to­wa­łem się z Qu­at­troc­chim, który od­pi­sał, brzmiąc cał­kiem roz­sąd­nie i trzeźwo na umy­śle, i za­pew­nił mnie, że dzien­nik ist­nieje, acz­kol­wiek nie był w sta­nie za­gwa­ran­to­wać jego au­ten­tycz­no­ści.

Przez lata pi­sa­łem li­sty i mejle, aby zdo­być ja­kie­kol­wiek in­for­ma­cje o swoim pra­dziadku. Więk­szość po­zo­sta­wała bez od­po­wie­dzi. Je­żeli już ja­kaś się po­ja­wiała, za­wsze żą­dano pie­nię­dzy, ale ni­gdy nie pro­po­no­wano ni­czego kon­kret­nego. Tym ra­zem in­for­ma­cja była bez­płatna i naj­wy­raź­niej nie krył się za nią ża­den ukryty mo­tyw – przy­naj­mniej ni­czego ta­kiego nie do­strze­głem.

– Scusi, si­gnore – po­wie­dział je­den z mni­chów, młody, z ru­dawą brodą i za­ska­ku­jąco błę­kit­nymi oczami. – Czeka pan na otwar­cie bi­blio­teki?

– Tak! – wrza­sną­łem, jak­bym miał o coś do niego żal, na­tych­miast się jed­nak opa­no­wa­łem. – Zna pan an­giel­ski?

– Tro­chę.

Po­in­for­mo­wa­łem, że znam wło­ski i prze­szli­śmy na jego ję­zyk.

– Il bi­blio­te­ca­rio è spesso in ri­tardo – stwier­dził. Bi­blio­te­karz czę­sto się spóź­nia.

Spoj­rza­łem na ze­ga­rek. Była do­kład­nie dzie­siąta i bi­blio­teka po­winna być otwarta.

Za­py­tał, skąd je­stem.

– Z No­wego Jorku, ale moja ro­dzina po­cho­dzi z Ra­gusy – od­par­łem, choć ni­gdy nie by­łem w tym sy­cy­lij­skim mia­steczku i nie za­mie­rza­łem mó­wić, skąd na­prawdę po­cho­dzi moja ro­dzina. W za­sa­dzie o ni­czym nie za­mie­rza­łem mó­wić.

Mnich wy­cią­gnął dłoń.

– Brat Fran­ce­sco.

– Luke Per­rone – od­par­łem i spoj­rza­łem ku drzwiom pro­wa­dzą­cym do bi­blio­teki.

– Nie­długo otwo­rzą. Pa­zienza.

Cier­pli­wo­ści, o tak... Ni­gdy nie była ona moją mocną stroną, tym bar­dziej te­raz, gdy z po­wodu po­goni za zwy­kłym ma­ja­kiem po­rzu­ci­łem do­tych­cza­sowe ży­cie.

Brat Fran­ce­sco wró­cił do pary mni­chów, tro­chę po­szep­tali, po czym wszy­scy trzej za­częli mi się przy­glą­dać, mru­żąc oczy w chłod­nym zi­mo­wym po­wie­trzu. Prze­sze­dłem do cie­nia pod kruż­gan­kami, aby nie mo­gli mnie świ­dro­wać spoj­rze­niami, opar­łem się o ko­lumnę i przy­wo­ła­łem wi­dok swo­jego lo­ftu przy Bo­wery oraz cha­otycz­nej ko­lek­cji, którą za­czą­łem two­rzyć jako chło­piec w sy­pialni w Bay­onne w New Jer­sey. Wy­peł­niała ona te­raz cały róg mo­jego ma­lar­skiego ate­lier: kse­ro­ko­pie stu­let­nich ar­ty­ku­łów z ga­zet, plan mu­zeum z na­ry­so­waną czer­wo­nym fla­ma­strem drogą ucieczki pra­dziadka, me­ta­lowa szafka na akta wy­pchana ar­ty­ku­łami opi­su­ją­cymi ze szcze­gó­łami kra­dzież i za­wie­ra­ją­cymi liczne teo­rie z nią zwią­zane, szu­flada na li­sty i mejle, które za­czą­łem pi­sać jako na­sto­la­tek do każ­dego, kto mógł wie­dzieć co­kol­wiek o sa­mym prze­stęp­stwie albo o moim pra­dziadku – oraz od­po­wie­dzi, które przy­cho­dziły rzadko i jesz­cze rza­dziej co­kol­wiek wy­ja­śniały.

Kruż­gan­kiem po­wiał wi­cher tak lo­do­waty, że za­dy­go­ta­łem. Stuk­nię­cie pal­cem w ra­mię było tak nie­ocze­ki­wane, że od­sko­czy­łem.

Stał obok mnie młody mnich.

– Mi scusi, ma la bi­blio­teca è aperta.

Kiw­ną­łem głową i ru­szy­łem kruż­gan­kiem w kie­runku drzwi.

3

Kwa­tera Główna In­ter­poluLyon, Fran­cja

John Wa­shing­ton Smith po raz ko­lejny czy­tał mejle. Jak każdy w wy­dziale kra­dzieży dzieł sztuki In­ter­polu miał w za­kre­sie obo­wiąz­ków ob­ser­wa­cję „oczy­wi­stych” wia­do­mo­ści i stron in­ter­ne­to­wych: an­ty­kwa­riu­szy, ga­le­rii sztuki, lu­dzi po­dej­rza­nych o prze­myt i han­del kra­dzio­nymi dzie­łami, które na bie­żąco ak­tu­ali­zo­wały się na jed­nym z trzech sto­ją­cych przed nim mo­ni­to­rów. Pry­wat­nie miał jedno szcze­gólne za­in­te­re­so­wa­nie, które przez lata zmie­niło się nie­mal w ob­se­sję: kra­dzież naj­sław­niej­szego ob­razu Le­onarda w 1911 roku, choć tak na­prawdę in­te­re­so­wało go to, co wła­ści­wie działo się z ob­ra­zem, gdy na dwa lata znik­nął. Na do­da­tek był zwo­len­ni­kiem teo­rii, że wi­sząca obec­nie w Luw­rze Mona Lisa nie jest ory­gi­na­łem. Przez lata obi­jały mu się o uszy plotki, że zło­dziej, Vin­cenzo Pe­rug­gia, pro­wa­dził w wię­zie­niu pa­mięt­nik, ni­gdy jed­nak tego nie po­twier­dzono. Na­gle jed­nak pra­wnuk prze­stępcy, Luke Per­rone, ame­ry­kań­ski ma­larz i hi­sto­ryk sztuki – któ­rego ko­mu­ni­ka­cję Smith nad­zo­ro­wał od lat – za­czął wy­mie­niać się z pew­nym wło­skim pro­fe­so­rem mej­lami, w któ­rych wspo­mi­nano o ist­nie­niu ta­kiego pa­mięt­nika.

Smith zdjął oku­lary i ści­snął pal­cami grzbiet nosa, aby stłu­mić roz­wi­ja­jący się ból głowy. Zbyt wiele go­dzin wpa­try­wał się w pul­su­jące ekrany mo­ni­to­rów kom­pu­te­ro­wych, usta­wio­nych w sze­ro­kie „U” roz­cią­ga­jące się na dłu­gość ca­łego biurka – ogrom­nej bryły z bia­łego la­mi­natu, ba­lan­su­ją­cej na cien­kich me­ta­lo­wych nóż­kach – zmon­to­wane tak, aby przy­po­mi­nało twór z ko­smosu. Bez­prze­wo­dowa kla­wia­tura i myszka też były białe, w tym sa­mym od­cie­niu co kan­cia­ste szafki na akta zaj­mu­jące całą prze­ciw­le­głą ścianę po­miesz­cze­nia. Biały su­fit. Białe ściany. Ja­sno­szare ka­felki na pod­ło­dze miały su­peł­ko­waty wzór, aby da­wać złu­dze­nie dy­wanu. Gdy się po nich szło, ka­felki lekko sprę­ży­no­wały i Smith nie­raz się za­sta­na­wiał, czy miało to słu­żyć po­pra­wie kom­fortu cho­dze­nia pra­cow­ni­ków In­ter­polu, czy wy­tłu­mie­niu stu­kotu po­de­szw i ob­ca­sów, co i tak mia­łoby nie­wiel­kie zna­cze­nie, gdyż więk­szość pra­cow­ni­ków tego działu cho­dziła w obu­wiu spor­to­wym. Smith miał białe najki na gru­bej po­de­szwie, którą czy­ścił szczo­teczką do zę­bów i my­dłem.

Po­now­nie prze­czy­tał wia­do­mo­ści. Były obie­cu­jące, ale sta­rał się ha­mo­wać nerwy. Mógłby za­wia­do­mić lo­kalne wła­dze w obu kra­jach i na­kło­nić je do ob­ser­wo­wa­nia Per­rone oraz pro­fe­sora albo wy­dać In­ter­po­low­ską notę o po­dej­rze­niu do­ko­na­nia prze­stęp­stwa, tyle tylko że nie było wia­domo, ja­kim ko­lo­rem miałby ją za­ko­do­wać, nikt nie po­peł­nił bo­wiem – przy­naj­mniej na ra­zie – żad­nego prze­stęp­stwa ani nie było prze­sła­nek, że ta­kowe pla­nuje.

Smith po­pa­trzył na lewy mo­ni­tor uka­zu­jący dane do­ty­czące za­gi­nio­nych lub skra­dzio­nych dzieł sztuki z ca­łego świata z datą znik­nię­cia włącz­nie. Kra­dzież i fał­szer­stwa dzieł sztuki to po­ważne prze­stęp­stwa, a uczest­ni­czący w nich lu­dzie – ko­lek­cjo­ne­rzy, zło­dzieje i po­śred­nicy – są nie tylko po­zba­wieni skru­pu­łów, ale także czę­sto nie­bez­pieczni. Z da­nych sta­ty­stycz­nych In­ter­polu wy­nika, że kra­dzież dzieł sztuki zaj­muje na­prze­mien­nie trze­cie i czwarte miej­sce na li­ście prio­ry­te­tów agen­cji – tuż po han­dlu nar­ko­ty­kami, prze­my­cie broni i pra­niu pie­nię­dzy. Smith trak­to­wał swoją pracę po­waż­nie – jak zresztą wszystko, za co się za­bie­rał, w tym ka­li­ste­nikę i pod­no­sze­nie cię­ża­rów, dzięki któ­rym na­bu­do­wał so­bie na syl­wetce o wzro­ście nie­mal metr osiem­dzie­siąt nie­złą masę mię­śni. Czarny dzie­ciak z ko­mu­nal­nych miesz­kań w Ba­ruch Ho­uses na Man­hat­ta­nie szybko się na­uczył, że nie może so­bie po­zwo­lić na by­cie sła­bym ani uwa­ża­nym za sła­bego. Smith nie znał ojca, ale przy­jął jego na­zwi­sko jako dru­gie imię, aby, choć po­spo­lite, brzmiało ory­gi­nal­niej.

Spoj­rzał na ze­ga­rek. Lada chwila po­łu­dnie. Po po­dróży sa­mo­cho­dem z dwu­po­ko­jo­wego miesz­ka­nia na przed­mie­ściach Lyonu, sta­niu w miej­skich kor­kach, aby do­trzeć do sta­lowo-szkla­nego mo­no­litu mię­dzy­na­ro­do­wej kwa­tery głów­nej In­ter­polu – co ro­bił co­dzien­nie, a wła­ści­wie dwa razy dzien­nie – i czte­rech go­dzi­nach sie­dze­nia do bólu głowy do­łą­czył ból krę­go­słupa.

Po­trze­bo­wał prze­rwy, czasu na za­sta­no­wie­nie i pa­pie­rosa.

Winda z cy­lin­dryczną ka­biną zwio­zła go na ośmio­kątne po­dwó­rze po­środku bu­dynku. Było tu nie­wiele osób, a chłodna, mi­ni­ma­li­styczna prze­strzeń spra­wiała, że lu­dzie wy­glą­dali nie­re­al­nie, jak an­dro­idy. Smith był cie­kaw, czy też wy­gląda jak ro­bot, choć wąt­pliwe, że ro­boty palą marl­boro li­ght. Za­cią­gał się głę­boko, roz­wa­ża­jąc za i prze­ciw ro­dzą­cego mu się w gło­wie planu, w pełni świa­dom, że jest on cał­ko­wi­cie nie­zgodny z po­li­tyką In­ter­polu.

Kan­cia­sta, za­mknięta prze­strzeń po­dwó­rza przy­po­mniała mu ściany Ba­ruch Ho­uses – jedno i dru­gie było po­dobne do wię­zie­nia, choć na tu­tej­szych ścia­nach nie było graf­fiti, a w cie­niach nie cza­ili się han­dla­rze zioła, mety i hery. Cóż za iro­nia, za­mie­nić jedno wię­zie­nie na dru­gie, choć kie­dyś są­dził, że by­cie tu­taj nie tylko jest spo­so­bem wy­do­sta­nia się na wol­ność, ale także drogą ku suk­ce­sowi i sła­wie. Czy szansa na to już mi­nęła? Znowu za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem i w gło­wie wy­kry­sta­li­zo­wała mu się myśl, jakby na­pi­sał ją pa­pie­ro­sowy dym: „Je­żeli kie­dy­kol­wiek masz od­nieść suk­ces, wy­ro­bić so­bie na­zwi­sko, mu­sisz pod­jąć wy­zwa­nie”. Smith ro­zej­rzał się po lu­dziach na po­dwó­rzu, cie­kaw, czy wi­dać po nim, o czym my­śli. Zro­bił w ży­ciu kilka rze­czy, z któ­rych nie był dumny, do kilku ni­komu się ni­gdy nie przy­znał, ale... coś ta­kiego?

Du­mał nad tym, koń­cząc pa­pie­rosa, du­mał, gdy je­chał windą, i du­mał nad stawką, gdy szedł przez bez­dź­więczne pię­tro ana­li­ty­ków. Mi­jał na­ukow­ców sie­dzą­cych w otwar­tych bok­sach i w po­miesz­cze­niach przy­po­mi­na­ją­cych izo­latki w psy­chia­tryku: z trzema ścia­nami ta­pi­ce­ro­wa­nymi sza­rym ma­te­ria­łem, któ­rego po­wierzch­nia była po­kryta ma­łymi dzio­bami, aby tłu­mić od­głos roz­mów, z któ­rych ko­rzy­stano, gdy dwóch ba­da­czy chciało po­roz­ma­wiać ze sobą na osob­no­ści. Zwol­nił przy oszklo­nej sali kon­fe­ren­cyj­nej, w któ­rej trwało spo­tka­nie ana­li­ty­ków – na które go nie za­pro­szono. Za­ci­snął dło­nie w pię­ści i przy­spie­szył kroku, czu­jąc, jak na­pi­nają mu się mię­śnie karku. Wszedł do swo­jego boksu i opadł na er­go­no­miczny fo­tel za biur­kiem.

Skoń­czył czter­dzie­ści sie­dem lat i w dal­szym ciągu był je­dy­nie ana­li­ty­kiem wy­wiadu kry­mi­nal­nego, jed­nym z wielu w wy­dziale kra­dzieży dzieł sztuki. Rok po roku był świad­kiem awansu mniej od­da­nych ana­li­ty­ków na dra­bi­nie służ­bo­wej, co po­zwa­lało im wziąć udział w Zgro­ma­dze­niu Ogól­nym, naj­wyż­szym or­ga­nie In­ter­polu, pod­czas gdy jego po­mi­jano. Dwa­dzie­ścia lat ko­lek­cjo­no­wa­nia da­nych i pro­wa­dze­nia ba­dań, dwa­dzie­ścia lat od ukoń­cze­nia no­wo­jor­skiego John Jay Col­lege of Cri­mi­nal Ju­stice z ma­gi­ste­rium z da­no­lo­gii i kryp­to­gra­fii – i co z tego miał? Fo­tel przed kom­pu­te­rem przez dzie­sięć go­dzin dzien­nie.

Smith ciężko wes­tchnął, opadł ple­cami na opar­cie i wbił wzrok w bie­gnące wzdłuż su­fitu pła­skie świe­tlówki emi­tu­jące cie­płe ża­rowe świa­tło. Mu­siał cze­goś do­ko­nać, cze­goś wiel­kiego, wy­jąt­ko­wego, o czym by mó­wiono, co po­ka­za­łoby lu­dziom na gó­rze, że jest wy­jąt­kowy.

Po­chy­lił się do przodu i ko­lejny raz prze­czy­tał mejle, ja­kie wy­mie­nili Ame­ry­ka­nin i Włoch, po czym prze­słał je na swoje pry­watne konto i ko­mórkę, czego nikt ni­gdy nie za­kwe­stio­nuje – zwłasz­cza, że nikt ni­gdy ich nie zo­ba­czy. Prze­cią­gnął kur­so­rem po ko­lum­nie do­ku­men­tów i pli­ków, które zbie­rał przez lata, do­ty­czą­cych „tej” kra­dzieży dzieła sztuki i otwo­rzył plik o na­zwie PER­RONE. Środ­kowy mo­ni­tor wy­peł­nił się wszyst­kim, co udało mu się ze­brać w związku z ma­la­rzem. Była tu nie­mal dwu­dzie­sto­let­nia ko­re­spon­den­cja, jaką pro­wa­dził z róż­nymi ludźmi na te­mat pra­dziadka, dane do­ty­czące jego wy­staw i dzia­łal­no­ści dy­dak­tycz­nej, hi­sto­ria za­wie­szeń w szkole śred­niej (były cztery – jedno za pa­le­nie w to­a­le­cie, dwa za bójki kla­sowe, jedno za kon­takty z miej­sco­wym gan­giem), li­sta ko­biet, z któ­rymi Per­rone był zwią­zany dłu­żej niż pół roku – a sporo ich się ze­brało – z pod­ka­ta­lo­gami do­ty­czą­cymi każ­dej, dane karne, w tym pro­wa­dze­nie sa­mo­chodu pod wpły­wem w wieku szes­na­stu lat, areszt za wła­ma­nie, za­wie­szony, po­nie­waż Per­rone był wtedy nie­letni (praca w In­ter­polu dała Smi­thowi moż­li­wość zaj­rze­nia do akt po­li­cyj­nych w Bay­onne i zdo­by­cia ko­pii wy­roku), do­ku­menty do­ty­czące jego ro­dzi­ców i krew­nych.

Smith do­dał ostat­nie mejle do pliku. Wy­szu­kał nu­mer Ca­ra­bi­nieri Co­mando Pro­vin­ciale we Flo­ren­cji, aby za­wia­do­mić miej­scową po­li­cję – wszystko zgod­nie z pro­ce­durą In­ter­polu. Za­czął wy­stu­ki­wać nu­mer na kla­wia­tu­rze te­le­fonu, ale prze­rwał w po­ło­wie. Za­sta­no­wił się nad kon­se­kwen­cjami... ale tylko przez chwilę, po czym za­dzwo­nił na lot­ni­sko w Lyonie i za­re­zer­wo­wał bi­let do Flo­ren­cji.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Sztuka to nie tylko mu­zea, cenne dzieła czy burz­liwe bio­gra­fie twór­ców. Mimo że oto­czona czę­sto at­mos­ferą pod­nio­słej ta­jem­nicy i ma­je­statu, dzia­łal­ność ar­ty­styczna to także hi­sto­rie zdrad, wiel­kich za­zdro­ści, ry­wa­li­za­cji, zu­chwa­łych kra­dzieży, krwa­wych mor­derstw i bez­boż­nej roz­wią­zło­ści.

Zdjąw­szy ze sztuki po­czciwą pa­tynę upły­wa­ją­cego czasu, od­naj­du­jemy nie­raz w jej hi­sto­rii epi­zody, które za­wsty­dzi­łyby współ­cze­sne skan­dale. Dla­tego też po­sta­no­wi­li­śmy za­pro­sić na­szych Czy­tel­ni­ków do wspól­nego od­kry­wa­nia tych zwy­kle prze­mil­cza­nych kart hi­sto­rii sztuki. W no­wym im­prin­cie wy­daw­nic­twa Ar­kady pod na­zwą Le­tra przy­bli­żamy sta­ran­nie wy­se­lek­cjo­no­wane po­wie­ści, naj­czę­ściej zwią­zane z mroczną stroną twór­czo­ści ar­ty­stycz­nej – opo­wia­da­jące o fał­szer­stwach, prze­my­cie i kra­dzie­żach. Czę­sto do­ty­czą one praw­dzi­wych ob­ra­zów i ich po­krę­co­nych lo­sów, przez co rzu­cają nowe świa­tło na, wy­da­wa­łoby się, do­brze znane i bez­pieczne te­maty. Wy­daje nam się, że w ten spo­sób można na nowo od­kryć mi­łość do sztuki – nie tylko wów­czas, kiedy jest ona bez­piecz­nie za­mknięta w mu­ze­al­nej ga­blo­cie, lecz także, a może zwłasz­cza wtedy, gdy staje się sprawą ży­cia lub śmierci.

Ale to nie wszystko – w Le­trze pre­zen­tu­jemy rów­nież ory­gi­nalne thril­lery psy­cho­lo­giczne, które po­przez wartką ak­cję i pełną twi­stów fa­bułę ko­men­tują pro­blemy dzi­siej­szego spo­łe­czeń­stwa. Od bez­li­to­snego wy­ścigu po wła­dzę, po­przez nie­rów­no­ści kla­sowe, aż do wszech­obec­nej, choć czę­sto za­ka­mu­flo­wa­nej prze­mocy – na­sze be­le­try­styczne pro­po­zy­cje trzy­mają w na­pię­ciu od pierw­szej do ostat­niej strony. Jed­no­cze­śnie się­gamy po li­te­ra­tury mniej znane w Pol­sce, tłu­ma­cząc au­torki i au­to­rów wcze­śniej nie­obec­nych na na­szym rynku – w ten spo­sób, po­dob­nie jak ze sztuką, chcemy za­pro­sić Czy­tel­ni­ków do wspól­nego od­kry­wa­nia jesz­cze nie­prze­tar­tych książ­ko­wych szla­ków.