35,90 zł
Poruszająca i pełna czułości powieść o pamięci i o miłości, która potrafi przetrwać całe życie.
Mąż Mabel Beaumont, Arthur, uwielbiał listy. Zostawiał je jej wszędzie. „Pamiętaj: jajka, masło, cukier”. „Kocham cię: dziś, jutro, zawsze”.
Ale Arthura już nie ma. Odszedł cicho, łagodnie, bez robienia wokół siebie zamieszania. Mimo to zostawił Mabel jeszcze jedną listę. Tym razem jest na niej tylko jeden punkt: „Znajdź D.”.
Mabel jest pewna, że wie, co to znaczy. Musi odnaleźć swoją najlepszą przyjaciółkę Dot, której nie widziała od tamtego brzemiennego w skutki dnia sprzed ponad sześćdziesięciu lat.
Ale Mabel nawet nie wie, czy Dot wciąż żyje. Na dodatek każda osoba, z którą rozmawia, najpierw sama potrzebuje pomocy – w odnalezieniu zaginionego męża, córki albo rodziców. Lista zaczyna się coraz bardziej wydłużać, a kobieta wcale nie jest bliżej odnalezienia Dot.
Nie wie jednak, że jej lista nie dotyczy wyłącznie dawnej przyjaciółki. I że jeśli zdoła zmierzyć się z sekretami swojej przeszłości, być może odnajdzie także drogę do szczęścia…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Tytuł oryginału: The Last List of Mabel Beaumont
Wydawca: Adrian Tomczyk Redaktor prowadzący: Iwona Denkiewicz Redakcja: Magdalena Hildebrand Korekta: Ewa Grabowska, Marzena Kłos
Copyright © 2023 Laura Pearson First published worldwide in English by Boldwood Books Ltd. Translation rights arranged through The Agency srl of Vicki Satlow Copyright © for the Polish translation by Jan Kabat, 2026
Producent Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: sekretariat@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00 www.dressler.com.pl
Dane do kontaktu Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 e-mail: biuro@swiatksiazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydawnictwoswiatksiazki.pl
Warszawa 2026
Księgarnie internetowe: swiatksiazki.pl, ksiazki.pl, czytam.pl
Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-68921-67-0
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Dla Mamy i Taty.
Dziękuję za wszystko
Stoję przy tym czajniku i parzę herbatę dla Arthura i dla siebie; robię to od sześćdziesięciu dwóch lat. Dwa różne domy, Bóg jeden wie ile czajników, ale zawsze ja, zawsze on, zawsze poranna filiżanka herbaty. Arthur siedzi przy stole kuchennym z długopisem w dłoni i głowi się nad krzyżówką. Otworzył okno, słyszę ptaki szczebioczące w ogrodzie. Kos, jak mi się zdaje, albo drozd. Kiedy już usiądę, Arthur poskłada gazetę, odłoży długopis, powie: „no cóż”, a potem porozmawiamy o tym, co zamierzamy dziś robić. Spacer, jakieś domowe zajęcie albo po prostu nic szczególnego. Dawniej, kiedy oboje pracowaliśmy, musieliśmy podejmować takie decyzje wyłącznie w weekendy, ale teraz robimy to każdego dnia, który ciągnie się przed nami godzina za godziną.
Wkładam do kubków torebki z herbatą, w mojej jest już mleko, ale jemu dolewam pod sam koniec tego rytuału. Pół łyżeczki cukru dla niego. Kiedyś były dwie, potem jedna. Zwykł komentować: „Po co w tym wieku pozbawiać się przyjemności?”. Ale mimo wszystko pilnuję tego ograniczenia. Olly węszy wokół moich stóp, szukając okruchów, które mogłam rozsypać. Wyciągam dłoń, by poklepać go po łbie, ale on się odsuwa i jak zwykle wraca do Arthura. Pachnie rzeką, a ja odnotowuję sobie w pamięci, by niedługo go wykąpać. W tosterze opieka się chleb, obok czekają masło i dżem. I jest coś, co chcę powiedzieć, coś, co chcę powiedzieć już od dziesiątków lat, o tym życiu, które razem stworzyliśmy, ale słowa gdzieś utykają. Jak zawsze.
Zanoszę kubki na stół, unosi się z nich para, a potem snuje się w stronę, w którą zmierzam.
− No cóż – mówi Arthur, składając gazetę. – Jakieś plany na dzisiaj?
Kręcę głową, a grzanka wyskakuje z tostera z cichym trzaskiem.
− Idę na ten pogrzeb – oznajmia. – Tommy Waites.
Zawsze jest jakiś pogrzeb, gdy osiąga się nasz wiek. Arthur strzygł Toma, kiedy miał jeszcze zakład fryzjerski, czasem też pili razem w klubie zwolenników partii konserwatywnej. Bywa na pogrzebach ludzi nawet mu dalszych. Nigdy nie wiem, czy zamierza okazać szacunek, czy traktuje to jako swoistą wycieczkę. Kanapki paluszkowe, nieco zwietrzałe chipsy i na koniec dwie szklaneczki whiskey.
− Idź – mówię. – Ledwie go znałam.
− Jestem pewien, że Moira chętnie by cię zobaczyła.
− Widzisz? Nie umiałam nawet przypomnieć sobie imienia jego żony. Jestem przekonana, że byłoby jej wszystko jedno, czy przyjdę, czy nie.
Unosi odrobinę ramiona, a ja wiem, że jest poirytowany. Potrafię doskonale odczytywać jego język ciała, tak jak on potrafi odczytywać mój, w co nie wątpię. Nie można żyć obok siebie przez ponad sześćdziesiąt lat i nie nauczyć się tego i owego.
− Czym się więc zajmiesz, kiedy mnie nie będzie?
Mogłabym poczytać, porobić na drutach albo przejrzeć stare zdjęcia. Mogłabym po prostu posiedzieć i pomyśleć, zagłębić się we wspomnieniach, przeanalizować swoje życie. Nasze życia. Lecz Arthur nie pochwala tego rodzaju rzeczy, uważa, że to roztkliwianie się nad sobą. Zawsze patrz przed siebie, oto jego dewiza. Czy też jedna z dewiz. Ja jestem bardziej skłonna spoglądać wstecz, zwłaszcza teraz, gdy jest tak wiele tego, co było, i tak niewiele tego, co będzie. Co złego w spędzeniu kilku ostatnich lat na spokojnej kontemplacji? Za późno, by zmieniać świat, prawda? Na tym właśnie polega nasz problem; ja stopniowo zwalniam, a on próbuje podążać na pełnym gazie.
− Muszę zrobić porządek w kuchennej szufladzie, tej, która się blokuje – mówię.
− O tak, doprowadza mnie do szału.
Nie wspominam nawet, że by się nie blokowała, gdyby nie wkładał do niej różnych rzeczy, kiedy jest już pełna. Menu z jedzeniem na zamówienie, z którego nigdy nie skorzystamy, guziki, rolki taśmy samoprzylepnej i Bóg jeden wie co jeszcze. Wywalę jakieś osiemdziesiąt procent zawartości, a on będzie zadowolony i nawet nie zauważy, że większość rzeczy, które zgromadził, zniknęła. Co tylko dowodzi, że w ogóle ich nie potrzebował.
Schodzi na dół w czarnym garniturze i wyciąga ręce, żebym mogła mu zapiąć spinki przy mankietach.
− Stare spinki Billa – mówi, tak jak robi to zawsze przy podobnych okazjach.
Kiwam głową, nie mówiąc, że po sześćdziesięciu kilku latach jawią mi się bardziej jako należące do niego niż do Billa. Pomimo inicjałów: WM. William Mansfield.
Ma ten garnitur od ponad trzydziestu lat, a spodnie są nieco przyciasne. Pachnie mydłem i wodą. Czystością. Sobą.
− Jesteś pewna, że nie zmienisz zdania? – pyta.
Patrzę mu prosto w oczy i zastanawiam się, kiedy robiłam to po raz ostatni. Przez tyle czasu prowadzi się rozmowy, przebywając w innych pokojach, albo kiedy jedno siedzi na sofie, a drugie stoi w drzwiach. Kiedy tak naprawdę ludzi dzielą tylko centymetry, oni zaś skupiają się jedno na drugim? Głowę wciąż pokrywają mu włosy, choć się przerzedzają, i wciąż można dostrzec w siwiźnie piaskowy odcień. Jego oczy są tak niebieskie jak w dniu naszego ślubu, kiedy w nie patrzyłam, stojąc przy ołtarzu i wciąż mając nadzieję, że istnieje jakiś powód, by się wycofać. Przytył, oczywiście. Nie jest już tym zwartym, muskularnym mężczyzną, którego na początku znałam. Ma obwisłe policzki i wydatny brzuch. Wiek mu jednak służy. Ponieważ Arthur odznacza się magicznym uśmiechem, zawsze tak było, i kiedy przywołuje go na twarz, nie widzi się na dobrą sprawę niczego innego.
− Nie mam na to ochoty – mówię.
Kiwa głową. I wiem, co sobie myśli – że nigdy nie mam już na nic zbyt wielkiej ochoty. Że już niczego od życia nie oczekuję. I jest to prawda. Dziwne. Kiedy wybierasz kogoś, z kim spędzisz całe życie, nie myślisz o tym, jak oboje będziecie się czuli po osiemdziesiątce. Czy jedno z was będzie siedzieć i czekać na koniec, podczas gdy drugie zechce zachować maksimum aktywności. Ale nawet gdy byliśmy młodsi, ta różnica stała między nami jak mur. On, zawsze przekonany, że może dokonać czegoś ważnego, ja, świadoma, że jestem tylko jedną z niezliczonych osób na świecie i że nie ma większego znaczenia, co robię.
− No to do zobaczenia.
− Przygotuję zapiekankę z kiełbasą. – Oboje wiemy, że jest to gałązka oliwna.
− Świetnie.
Odprowadzam go do drzwi i czekam, aż się odezwie; wiem, że nie odejdzie, dopóki znów nie będzie między nami dobrze.
− Nie zostanę tam zbyt długo. – Bierze mnie w ramiona, a ja czuję na policzku jego ostry zarost i mam nadzieję, że zaraz się odsunie.
Potem już go nie ma. Wyjmuję z zamrażarki kiełbasy – dwie, owinięte starannie w folię spożywczą – i odkładam na bok, żeby się rozmroziły. Zajmuję się następnie szufladą, robię to bezlitośnie. Jeśli nie wiem, do czego coś służy albo nie było używane od miesięcy, ląduje od razu w koszu. Zabiera mi to tylko pół godziny, a potem jestem gotowa wziąć swoją książkę, ale Olly bezustannie podchodzi do drzwi i patrzy żałośnie, a ja wiem, że sięgnąłby po smycz i założył ją sobie, gdyby potrafił.
− No dobrze, chodźmy – decyduję i szykuję nas oboje do spaceru.
To jeden z tych pogodnych i chłodnych dni październikowych. Przynajmniej nie pada, wiem jednak, że moje dłonie będą sztywne i zimne niczym kamień, zanim wrócę do domu. Docieramy do końca ulicy, potem kierujemy się ku centrum. Mieszkam w tym małym mieście w hrabstwie Surrey całe życie i przemierzałam tę trasę tak często, że dziwię się czasem, iż moje stopy nie pozostawiły śladów odciśniętych w chodniku. Olly niczym się nie przejmuje, dopóki jest co obwąchiwać, można warczeć na inne psy i wyszukiwać miejsce, by sobie ulżyć. Co właśnie czyni. Czekam, aż się z tym upora, potem się schylam z torebką i przez jedną okropną minutę myślę, że nie zdołam się ponownie wyprostować, coś jednak zaskakuje, więc znów przybieram normalną pozycję. Patrzę na Olly’ego, który jest gotów ruszyć dalej. Ile czasu upłynie do chwili, kiedy nie będziemy mogli się nim opiekować? Gdy Arthur trzy lata temu namówił mnie na wzięcie czworonoga (po sporządzeniu starannej listy wszystkich za i przeciw), powiedziałam, że pies może nas przeżyć, on zaś pokręcił głową, jakby nie rozumiał, po co w ogóle o tym wspominam. „Czasem mówisz tak, jakbyśmy już byli martwi”.
Zapamiętałam to na zawsze.
Idziemy dalej, Olly i ja. Mijamy nową, elegancką piekarnię, która pachnie lukrem i imbirem; salon fryzjerski, gdzie Arthur prowadził niegdyś swój interes; niewielki supermarket z automatycznymi drzwiami, które się otwierają, nawet gdy człowiek tylko obok nich przechodzi, jakby miały celowo kusić klientów; pub Carpenters, gdzie prawdopodobnie odbywa się stypa. Chodnik zaśmiecają niedopałki. Otulam się szczelniej wełnianym płaszczem i ruszam szybkim krokiem, mając nadzieję, że Arthur nie zobaczy mnie przez szybę lokalu i nie wyjdzie do mnie.
To miasteczko, Broughton, zmieniło się trochę przez lata. Zawsze jednak miało wszystko, czego potrzebowałam, pomijając sporadyczne wyprawy do Overbury po ubrania czy meble. Londyn jest niecałą godzinę drogi stąd, ale bywam tam tylko raz w roku. Broughton na ogół mi wystarcza. Ciąg sklepów kończy się powoli, a ja przechodzę przez ulicę i kieruję się ku ścieżce prowadzącej do kościoła. Spaceruję między nagrobkami, aż ich znajduję; swoich bliskich.
Pierwszy odszedł Bill, choć nie powinien. Pełen życia, a potem nagle koniec, jedna z tych chorób serca, o których słyszysz, ale się nie spodziewasz, że jej ofiarą padnie twój własny brat. Potem matka, dziesięć lat później. Nigdy nie przebolała jego śmierci i choć oficjalnie zmarła na raka, było dla mnie całkowicie jasne, że zaczęła powoli umierać w dniu, gdy się dowiedziała, że jej chłopiec odszedł. Wreszcie ojciec, niespełna rok po niej. Wylew. I po wszystkim w ciągu minuty. Można uważać się za sierotę, kiedy przydarza się to po trzydziestce? Matka Arthura traktowała mnie jak własną córkę, zawsze jednak zdawałam sobie sprawę, że gdybym go straciła, zostałabym na świecie sama.
Nie sądzę, by Arthur naprawdę to rozumiał. Był jednym z dziewięciorga dzieci i zawsze miał przy boku rodzeństwo i kuzynów. Przez całe życie, ilekroć wybieraliśmy się dokądś na wakacje, w każdym z tych miejsc miał kuzyna; umawiał się z nim na drinka albo kolację; wszyscy oni odznaczali się typowym wyglądem Beaumontów. Piaskowe włosy i piegi. Moi rodzice byli jedynakami, więc tworzyliśmy czteroosobowy zespół. Zredukowany obecnie do jednej osoby.
Nagrobki pokryte są opadniętymi liśćmi, czerwonymi i pomarańczowymi. Nie widzę daty urodzin i śmierci matki ani pełnego imienia taty. Ale ta jesienna scena jest tak piękna, że nie ma to większego znaczenia. Wiem o swojej rodzinie wszystko, prawda? I zawsze uważałam, że odgarnianie liści nie ma sensu. Z naturą się nie wygra.
Nim się odzywam, zerkam przez ramię, by się upewnić, że nikogo nie ma w pobliżu.
− To ja, Mabel, właśnie przechodziłam obok z Ollym. Było coś wczoraj w gazecie o tym, co ludzie kolekcjonują, a ja od razu pomyślałam o tobie, Bill, i tych twoich znaczkach. Pokazałam je Arthurowi, a on parsknął śmiechem i powiedział, że zwykł czasem wyjmować je z twojego klasera i chować gdzieś dla kawału, a ty się tym diabelnie przejmowałeś i dąsałeś całymi dniami. Zastanawiam się, co byś teraz zbierał. Gdybyś tu wciąż był i trzymał się znaczków, miałbyś ich tysiące. Przechowuję je dla ciebie, są na poddaszu. Bóg jeden wie, dlaczego to robię. Przypuszczam, że zostaną tak jak wszystko inne wyrzucone na śmieci, kiedy ja i Arthur już odejdziemy.
Do oczu napływają mi łzy, co mnie zaskakuje. Zawsze mówię spokojnie, gdy się tu zjawiam, i zazwyczaj nie wzruszam się za bardzo. Może coś mi zaczyna dolegać albo potrzebuję porządnego snu. Ostatnimi czasy przekręcam się na łóżku jak kurczak na rożnie, nim uda mi się przyjąć odpowiednią pozycję.
Ruszam do domu, a potem czekam na powrót Arthura. Dziwne, nie mam nic przeciwko temu, by wychodził, nie mam nic przeciwko własnemu towarzystwu, ale lubię też, kiedy znowu wraca. Lubię słuchać jego opowieści. Dom wydaje się inny, kiedy go nie ma, jakby wszystkie nasze meble i rzeczy sadowiły się wygodnie i czekały, niczym wstrzymywany oddech. Jest prawie czwarta, kiedy słyszę zgrzyt jego klucza w zamku. Rozpiął koszulę pod szyją i poluzował krawat i, sądząc po wyglądzie, wypił kilka drinków.
− Było w porządku? – pytam.
− Tak. Miał dobre życie, Tommy. Zjawiło się mnóstwo ludzi, by go pożegnać. Myślisz, że będzie tak samo, kiedy przyjdzie nasza kolej?
Siada na sofie, a wtedy przybiega do niego Olly, żeby mu pozawracać głowę.
− Witaj, piesku – mówi Arthur.
Olly zawsze lubił go najbardziej. Patrzę, jak Arthur sięga dłonią, by podrapać go za uchem, jak na obliczu jednego i drugiego pojawia się odprężenie. Myślę o tym, o co spytał. Jeśli chodzi o niego, z pewnością zjawią się niektórzy z członków jego rodziny, przybędą ze wszystkich zakątków kraju. No i są jeszcze dawni klienci, mężczyźni, z którymi pije, ci, którzy jeszcze zostali. Co do mnie, to już nie jestem taka pewna.
− Co ci nagle przyszło do głowy? – Pytanie jest głupie, bo odpowiedź wydaje się oczywista.
− Tommy i Moira mieli czworo dzieci i wszystkie zjawiły się z mężami i żonami, no i własnymi dziećmi. Tak sobie po prostu pomyślałem, to wszystko.
Nic nie mogę powiedzieć. Zbyt późno, by się cofnąć i zmienić cokolwiek.
− Herbaty? – pyta, potem wstaje i wychodzi z pokoju.
− Tak, proszę.
I wiem przez resztę dnia, że oboje myślimy o dzieciach, których nigdy nie mieliśmy.
− Organizują targ w Overbury – odzywa się Arthur, stukając łyżeczką o krawędź kubka, a potem przynosi nasze herbaty do stołu.
− Jaki targ?
− Żywnościowy, jak sądzę. Masz ochotę się wybrać?
Mogłabym powiedzieć, że nie. Chcę tak powiedzieć. Ale stara się mnie czymś zająć i to nie fair odmawiać mu bezustannie. Tak właściwie wygląda ostatnie dziesięć lat naszego życia. On coś proponuje, ja to odrzucam. Nie zawsze tak było i na tym polega problem. Oboje pamiętamy czasy, gdy potrafiliśmy razem dokazywać.
− Niezły pomysł – stwierdzam.
Próbuje udawać, że nie jest zaskoczony. Skupia się na swoich płatkach z otrębami.
Pierwszy problem to znalezienie miejsca do parkowania. Przez lata żadne z nas nie umiało prowadzić, a potem Arthur, już po pięćdziesiątce, nauczył się, ponieważ lubi wyzwania. Zdał za pierwszym razem po sześciu nieprzerwanych miesiącach lekcji, ale nigdy nie nabrał dostatecznej pewności. Prowadzi samochód z bezustannie przyklejoną do twarzy maską niepokoju.
− Może tam? – sugeruję, kiedy objeżdżamy parking po raz drugi. Niskie zimowe słońce nie ułatwia obserwacji. – Chyba jest…
− Mini tam stoi – mówi; jego szczęki zdradzają napięcie.
− Możemy wrócić, jeśli wolisz.
Stąpam po cienkim lodzie. Chcę, by wiedział, że nie musi się dla mnie stresować, ale nie chcę też, by pomyślał, że szukam powodu, żeby skrócić tę wycieczkę. Nie odzywa się. Jakaś młoda para wraca do swojego samochodu, trzymając się za ręce, a on czeka z klikającym kierunkowskazem. Gdy wysiadamy z samochodu, zastanawiam się, czy nie wziąć go za rękę. Kiedy to ostatnim razem chodziliśmy tak po ulicach, deklarując swój związek? Z pewnością robiliśmy to we wczesnych latach, nie pamiętam jednak, kiedy się skończyło. Czy był dzień, gdy on sięgnął po moją dłoń, a ja ją cofnęłam? Albo puściłam jego dłoń, żeby poprawić torebkę na ramieniu, a potem już nie wzięłam go za rękę? Choć idziemy obok siebie, ramię w ramię, wydaje się, że to zbyt szeroka rzeka, by ją przebyć. Zbyt znaczący gest.
Wzdłuż głównej ulicy ciągną się stragany, zapachy walczą o lepsze miejsce. Wata cukrowa, pikantne mięso, świeżo upieczony chleb. Gwar rozmów i od czasu do czasu nawoływanie sprzedawców.
− Świeże paszteciki!
− Wszystkie pojemniczki owoców i warzyw funt pięćdziesiąt. Mamy ananasy, mango, czereśnie…
− Świeża ryba z rannego połowu!
Trącam Arthura.
− Pamiętasz tego handlarza ryb i krewetki nad zatoką Morecambe?
To zaproszenie pod jego adresem, by odwiedził wraz ze mną przeszłość, a ja mam nadzieję, że je przyjmie. Mam nadzieję, że przypomni sobie lepsze czasy.
Twarz rozjaśnia mu się nagle, z jego ust dobywa się śmiech.
− Sądząc po głosie, był zalany w trupa.
Milczymy przez chwilę, między nami wiruje kołowrotek wspomnień. Jest ich tak wiele, że moglibyśmy czerpać je garściami.
− Kupimy zapiekankę na obiad? Owoców też już wiele nie zostało.
Arthur wyjmuje z kieszeni kurtki zmiętą kartkę. Oczywiście sporządził listę.
Wybieramy jabłka i pomarańcze, potem wskazuje mango, jak mi się wydaje, i unosi brwi.
− Bierz, śmiało – mówię.
Skąd mu się to wzięło, ten odwieczny zapał do próbowania czegoś nowego? Podziwiałam to na samym początku, kiedy go poznałam, kiedy był po prostu przyjacielem Billa i wszystkim się interesował.
Przy straganie z zapiekankami rozważamy wołowinę z cebulą kontra kurczaka z szynką, a potem słyszę, jak ktoś woła jego imię.
− To ty, Arthurze Beaumont?
Odwracamy się; to kobieta mniej więcej w naszym wieku. Może kiedyś była ładna, ale trudno być pewnym, zważywszy na zmarszczki pokrywające gęsto jej twarz. Uśmiecha się, odsłaniając zbyt białe zęby. Kładzie dłoń na ramieniu Arthura i wspina się na palce, by pocałować go w policzek, potem to samo robi ze mną; pachnie różami i mydłem.
− Joan Jenkins – dziwi się Arthur. – Oczom nie wierzę.
Kobieta kręci głową i się śmieje.
− Już dawno tak się nie nazywam. Od tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego dziewiątego jestem Joan Garnett.
Nie potrafię jej zidentyfikować, ale nazwisko wydaje się znajome.
− Więc się pobraliście?
Przechyla głowę w moją stronę, potem w stronę Arthura.
− Owszem, zgadza się – mówi Arthur, potem zwraca się ku mnie z dumnym uśmiechem. – Sześćdziesiąt dwa lata temu.
Kobieta kręci głową.
− No cóż, jak widać, nie orientuję się zbyt dobrze. Uważałam, że nie pasujecie do siebie.
Arthur wybucha śmiechem; kontynuują tę pogawędkę, ale ja się wyłączam i tylko słyszę bezustannie, niczym na zacinającej się taśmie, tę uwagę o tym, że nie jesteśmy dobrani. Potem już tylko widzę, jak macha ręką i się oddala, Arthur zaś znowu skupia się na zapiekankach.
− Kto to był? – pytam. – Chodzi mi o to, czy powinnam ją pamiętać.
− Zawsze kręciła się w pobliżu, jeszcze za dawnych czasów. Na tańcach. Dot trochę ją znała, jak sądzę.
Już od dawna nie słyszałam, by wypowiadał imię Dot. Budzi to mój lęk. Ale ta chwila przemija natychmiast. Mimo wszystko przez kilka sekund znowu tam byłam, siedziałam z boku sali obok Dot, szepcząc o tym, co mają na sobie inne dziewczęta i w czyich ramionach spędzą wieczór. Mogłam słyszeć orkiestrę, czuć pot, który spływał mi spod pach. I ilekroć widziałam parę całującą się w ciemnym kącie, chciałam, żebym to była ja. Chciałam wiedzieć, jak to jest tak bardzo zatracić się w drugiej osobie albo chociażby spróbować.
− Trochę na mnie leciała, jak sądzę – mówi Arthur, kiedy odchodzimy od straganu z naszą wybraną zapiekanką w papierowej torbie.
Przystaję.
− Dot?
Arthur parska śmiechem.
− Nie! Joan. Wygląda jednak na to, że ostatecznie wyszła za Johna Garnetta. Słyszałaś, jak powiedziała, że odszedł w tamtym roku?
Kręcę głową. Nie słyszałam już niczego po tej jej uwadze, że do siebie nie pasujemy.
− Zabawne, od lat mieszka w Overbury, a my nigdy na nią nie wpadliśmy. Dopiero dzisiaj.
Mogłam na nią wpaść wcześniej. Mogłam stać obok niej na przystanku autobusowym, w kolejce do sklepu mięsnego czy w banku, a i tak bym jej nie poznała. Ale wiem, o co mu chodzi. Czasem wydaje się, że świat jest niewyobrażalnie duży, a kiedy indziej ma się wrażenie, że można go potrzymać w dłoni.
Po powrocie do domu pijemy herbatę, a Olly zwija się obok Arthura na sofie; widzę, że Arthur zamierza się zdrzemnąć. To przez świeże powietrze. Patrzę na nich ze swojego fotela przy oknie, kiedy usta Arthura otwierają się nieznacznie. Doznaję przypływu czułości do tego mężczyzny, z którym spędziłam życie. Mogłam trafić znacznie gorzej. Jest serdeczny, można na nim polegać, no i kocha życie; pozwoliło nam to kilkakrotnie utrzymać się na powierzchni. Bo zdarzały się trudne lata. Zawsze zdarzają się trudne lata w tak długim małżeństwie. To nieuniknione. Jedyne, co możesz zrobić, to żywić nadzieję, że masz kogoś, komu zależy dostatecznie, by przetrwać je z tobą.
Siłą rzeczy zastanawiam się jednak… a gdyby się ożenił z Joan Jenkins? Sam powiedział, że się w nim durzyła, i wydaje się to prawdopodobne, sadząc po tym, jak patrzyła na niego tego ranka, po tylu latach. Joan, która uważała, że nie pasujemy do siebie i która miała rację pod wieloma względami. Joan, która mogła dać mu dzieci, tak przez niego upragnione. Mogła być dla niego pociechą i prawdziwą towarzyszką w jego ostatnich latach, nie zaś kimś, kto zawsze go przed czymś powstrzymuje. Mogła być, mówiąc prosto, lepszym wyborem.
Kiedy mnie poprosił, bym została jego żoną, stojąc na rogu ulicy po pierwszej potańcówce, na którą się wybrałam po śmierci Billa, gdy przygasało światło, a w jego oczach malował się strach, nie myślałam o tym, co by się stało, gdybym odmówiła. Ale może powinnam była to zrobić. Ponieważ to, co jawiło mi się jako złamanie mu serca, mogło w rzeczywistości być jego uwolnieniem, wskazaniem ścieżki, na której znalazłby dziewczynę odpowiednią dla niego. Joan Jenkins czy kogoś, kogo jeszcze nie poznał. Gdy się zgodziłam, choć w głębi mojej duszy rozlegał się krzyk sprzeciwu, uważałam, że to najlepsze, co mogę dla niego uczynić. Teraz jednak nie jestem już taka pewna.
Budzi się po półgodzinie i potrząsa głową w ten zabawny sposób, co zwykle robi, jakby chcąc się pozbyć resztek snu.
− Lepiej wyprowadzę tego tu na spacer, dobra? Chodź, psie.
Nie pyta, czy chcę mu towarzyszyć. Wie, że jedna wycieczka w ciągu dnia mi wystarcza. Biorę swoją książkę i na godzinę wkraczam w życie kogoś innego, młodego, bogatego i pełnego energii. Zawsze to kochałam, jeśli chodzi o czytanie. Możliwość doświadczania innego czasu i miejsca, ale przede wszystkim szansę bycia całkowicie inną osobą. Taką, która jest odważniejsza, która wie, czego chce, i sięga po to, nie przepraszając za nic, albo taką, która niczego nie żałuje. Jak inaczej wyglądałoby moje życie, gdybym była inną osobą?
Potem wraca, trzymając się za pierś, jego twarz jest pozbawiona jakiegokolwiek żywego koloru.
− Arthur? – Wstaję z fotela. – Co się dzieje? Mam wezwać lekarza?
− Nie, nie – odpowiada. – Muszę tylko złapać oddech.
Prowadzę go na sofę, na której siada. Jestem przerażona, nie wiem, co robić. To jeden z powodów, dla których byłabym okropną matką. Nie mam pojęcia, jak się zachować, gdy dzieje się coś niespodziewanego.
− Dobrze się czujesz? – pytam po dwóch minutach.
Olly siedzi u stóp Arthura, czujny, smycz ma wciąż zapiętą.
− Źle się poczułem, to wszystko. Może niestrawność. Teraz już jest w porządku, Mabel. W porządku.
Trzęsę się nad nim. Daję mu gazetę do poczytania, a sama zajmuję się obiadem, przykrywam jego kolana miękkim kocem. Kiedy jest się młodym, a jedno z was jest chore, wiesz, że to prawdopodobnie nic poważnego. Ale w naszym wieku każdy objaw potrafi wzbudzić przerażenie. Od lat rozmawiamy o tym, jak chcielibyśmy umrzeć. Przypuszczam, że robi tak większość ludzi. Odejść szybko, jeśli to w ogóle możliwe. Z godnością i nietkniętym umysłem. Lecz człowiek jest w tym przypadku pozbawiony wyboru, prawda?
Zawsze uważałam, że odejdę pierwsza. Nie bardzo wiem dlaczego. Po jakimś czasie funkcjonowałby świetnie beze mnie. Wiem, że byłby zrozpaczony, ale otrząsnąłby się z tego. Radzi sobie w kuchni i ma mnóstwo przyjaciół, tuż przy boku. Ale ja, bez niego? Nie jestem pewna, czy wiedziałabym, jak żyć dalej. Chyba zapominałabym zjeść lunch czy wstać z łóżka, gdyby mnie do tego nie nakłaniał.
− Chcesz tej zapiekanki? – pytam. – Czy nie masz ochoty na jedzenie?
Podgrzałam wszystko, ugotowałam też trochę marchewek i zielonej fasolki; zapach docierający z kuchni jest intensywny i treściwy.
Arthur pojawia się w drzwiach.
− Niewielki kawałek, jeśli mogę prosić.
To nie w jego stylu. Zawsze nakłada sobie kopiasty talerz, jeśli coś lubi, a niczego nie lubi tak bardzo jak zapiekanki. Niewiele się odzywamy w trakcie jedzenia. Przeżyliśmy razem tyle posiłków, takich jak ten, czasem przy grającym cicho radiu, czasem w ciszy. Tego wieczoru jednak cisza zawisa jak ciężar, a ja nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie się położę po całym tym dniu i zacznę nazajutrz od nowa.
Znajduję go w ogrodzie, tuż przed siódmą, na ławce. Siadam obok niego i podążam za jego spojrzeniem.
− Ładnie jest dzisiaj – mówi.
Na niebie widać ślad różu, który sprawia, że chmury przypominają watę cukrową. Patrzymy w milczeniu, jak słońce zniża się coraz bardziej.
Kiedy leżymy już w łóżku, wyciąga rękę poprzez dzielącą nas przestrzeń, po raz pierwszy od bardzo długiego czasu. Kładzie ją na moim udzie.
− To dzisiejsze spotkanie z Joan dało mi do myślenia – mówi.
No tak. Inna ścieżka, jaką mogło potoczyć się jego życie, inna żona. Czy rzeczywiście to powie?
− Ach tak?
− To były dobre czasy, kiedy wciąż żył Bill i mieliśmy przy boku Dot, i we czwórkę chodziliśmy na tańce. Cieszę się, że doświadczaliśmy czegoś takiego.
Czuję w oczach łzy. Mój brat Bill i moja najlepsza przyjaciółka Dot. Wtedy, gdy tylko śmialiśmy się i żartowaliśmy, a całe życie było przed nami, my zaś nie przejmowaliśmy się tym, czy popełnimy błędy albo obierzemy niewłaściwą drogę, bo istniała wieczność, która pozwalała wszystko naprawić. A potem się dowiedzieliśmy, że wieczność nie istnieje, w każdym razie nie dla Billa, i wszyscy poszliśmy w swoją stronę. Dot zniknęła, Arthur zaś zapragnął się jak najszybciej ustatkować, a ja na to przystałam.
− Dobre czasy – mówię w ciemność, ale sądzę, że on już śpi.
Już w chwili, gdy się budzę, wiem, że odszedł. Leży na plecach, spokojny jak zawsze, ale można w powietrzu wyczuć jakąś zmianę. I wiem, że jeśli go dotknę, będzie zimny. Nie robię więc tego, nie od razu. Wspieram się na poduszkach i rozmawiam z nim, tak jak robiłam to każdego innego ranka. Mówię mu, że spałam dobrze, i mam nadzieję, że on też. Schodzę nawet na dół zaparzyć herbatę.
− Arthurze – odzywam się, głos mam nieco zduszony. – Naprawdę powinnam była wezwać lekarza, kiedy złapały cię te bóle w klatce piersiowej. Widziałam, że coś jest z tobą nie tak. Ale nie robiłeś zamieszania. Nigdy go nie robiłeś. To nie w twoim stylu.
Oczywiście, moje słowa napotykają milczenie.
− Wiedziałeś? A jeśli tak, to od jak dawna? Dopiero od wczoraj czy już od jakiegoś czasu? Czułeś, że coś się jakby zapada? Żałuję, że nie powiedziałeś.
Analizuję to, obracam na wszystkie strony, wkładam pod wewnętrzny mikroskop. Naprawdę żałuję? Co zrobiłabym inaczej, gdyby mi powiedział, że chyba ma umrzeć? Pocałowałabym go, przytuliła czy podziękowała za lata, które mi ofiarował? Byłabym mniej zgryźliwa, okazywała więcej cierpliwości? Nigdy się już nie dowiem.
Kiedy go dotknę i się upewnię, będę musiała gdzieś zadzwonić, a świat wtargnie tu brutalnie. Więc zwlekam z tym jeszcze przez pół godziny. Ja i Arthur, ja popijająca z nim herbatę w łóżku. Naszą ostatnią. Przez tyle lat byliśmy tylko my dwoje. Ludzie niewiele mówią o małżeństwach bez dzieci, o ich intensywności. Nikogo w domu, kto mógłby funkcjonować jako bufor, zmuszać do rozejmu po kłótni. Był czas, gdy się wydawało, że wszyscy, których znam, mają dzieci, a potem straciłam ich na rzecz tego życia. To nie jest coś dla bojaźliwych – rodzicielstwo. Całe lata troski i uwagi. I był Arthur i ja, wciąż tylko my. Zawsze tylko my.
Kiedy zmarł Bill, było to całkowite przeciwieństwo obecnej chwili. Mama go znalazła zimnego w łóżku pewnego niedzielnego poranka; miał dwadzieścia pięć lat. Krzyczała bez końca. Poszłam na górę sprawdzić, co się stało, myślałam, że kot przyniósł mysz do domu czy coś w tym rodzaju. Stała tam, w jego sypialni, i gdy na niego spojrzałam, nie dostrzegłam w jego twarzy niczego, i też zaczęłam krzyczeć. Było to brutalne, druzgocące. Jak to w przypadku śmierci kogoś młodego. Lecz Arthur miał swoje życie, długie i na ogół udane. Zawsze mówił, że uważa się za szczęściarza, mieszkając w bezpiecznym kraju i mając dach nad głową. Nie miał pretensji o to, czego mu nie dałam. O dzieci, których nie miał szansy poznać. A jeśli miał pretensje, to ich nie zdradzał.
− Osiemdziesiąt dziewięć lat. To dobry wiek. I wciąż byłeś sobą, do samego końca, prawda? Żadnych luk w pamięci, zagubienia, bólu. Na tyle przynajmniej można liczyć, jak mi się wydaje.
Zastanawiam się przez chwilę, czy mnie obserwuje. Czy patrzy z góry i śmieje się ze mnie, gdy rozmawiam z pustą skorupą jego ciała. Czy jest z Billem albo swoimi rodzicami, albo moimi. I to właśnie każe mi działać. Dopijam herbatę i zmuszam się, by położyć ciepłą dłoń na jego zimnej dłoni. To szok, nawet jeśli wiem, czego się spodziewać. Już nie przypomina siebie.
Kiedy pierwszy raz trzymał mnie za rękę, tańczyliśmy. Bill i Dot poszli na parkiet, a Arthur spojrzał na mnie trochę nieśmiało i pochylił głowę w geście zaproszenia, ja zaś odpowiedziałam mu tym samym i ruszyłam ku niemu. Byliśmy niezgrabni, żadnego wdzięku. Pamiętam jednak ciepło jego dłoni, jej wielkość, pamiętam, jak moja dłoń się w niej niemal zagubiła, jak pachniał czystością i pociechą, i pamiętam, że czułam się bezpieczna i chroniona. Teraz, w tym łóżku, które dzieliliśmy przez tyle lat, nie jest sobą. Odszedł. Jego ciało, które niosło go przez blisko dziewięć dekad, spoczywa bezużyteczne i puste.
− Och, Arthurze – mówię łamiącym się głosem.
Potem schodzę na dół i dzwonię do przychodni, ponieważ nie wiem, co innego mogłabym zrobić, do kogo zatelefonować. Recepcjonistka mówi, że przygotuje dokumenty i przyśle lekarza, by wydał akt zgonu, i dodaje, że kiedy już to będzie załatwione, powinnam zadzwonić do zakładu pogrzebowego i poprosić, by zabrali ciało; dziękuję jej, ale gdy tylko odkładam komórkę, zaczynam łkać, to niepowstrzymane, dławiące szlochy, które napływają uparcie jak fale. Bo teraz to rzeczywiście prawda, oni przyjadą i go zabiorą, i co wtedy zrobię? Kim bez niego będę?
Wizyta lekarza przebiega szybko i posępnie. Doktor, którego nigdy nie widziałam. Zawsze się zmieniają. Wychodząc, mówi jak bardzo mu przykro, a ja kiwam głową w odpowiedzi, niepewna własnego głosu. Potem biorę iPada, by poszukać domów pogrzebowych w Broughton. Są dwa, dzwonię do pierwszego. Mężczyzna, z którym rozmawiam, ma miły głos, i mówi, że mogą przyjechać po niego za godzinę. Czy to wystarczy? Nie wiem, co powiedzieć, bo chcę, żeby Arthura zabrano, i jednocześnie chcę go mieć tutaj. Nie mogę znieść myśli o tym, że to ciało, które nie jest już nim, będzie leżało w łóżku na górze dłużej niż jest to konieczne, ale nie jestem gotowa być kimś, kto żyje samotnie. Wdowa. Wzdycham i mówię, że godzina będzie w porządku, potem idę na górę powiedzieć mu o wszystkim.
− Ktoś przyjedzie, żeby cię zabrać, Arthurze – mówię, siadając na brzegu łóżka i znów dotykając jego dłoni. Nie dotykałam go dostatecznie często. Narzekał na to czasem, w tych wczesnych latach. Że nie jestem bardzo uczuciowa. Ale wszyscy się różnimy, prawda? I nie zawsze jest łatwo się zmienić. Nie narzekał już od dawna.
Wyczuwam w powietrzu nieznaczną stęchłość i otwieram na oścież okno. Wiatr chwyta zasłonę i porywa jej krawędzie na zewnątrz. Nie wciągam jej z powrotem.
Patrzę na filiżankę zimnej herbaty na stoliku nocnym, tę, którą mu przygotowałam. Nie mogłam się zmusić do tego, by zrobić tylko jedną. Myślę o tej całej herbacie, którą wypiliśmy, o tym, jak zawsze mówił, że przygotowuję ją perfekcyjnie, jak mu smakowała, choć nigdy nie starałam się szczególnie. Był wdzięczny, pełen uznania. Nie tylko za to, ale w ogóle za wszystko, co dla niego robiłam. Za to, że zgodziłam się być jego, jak sądzę.
Pojawia się znienacka wspomnienie. Oglądam je jak film wyświetlany pod moimi powiekami. Byliśmy po trzydziestce, a on wciąż sprawiał wrażenie pełnego nadziei i świeżości. Gotowaliśmy razem w kuchni naszego pierwszego domu. On siekał pory i cebule ostrym nożem, ja obierałam ziemniaki. Radio było włączone, puszczali jedną miłosną piosenkę za drugą. Przez otwarte okno wnikał lekki wietrzyk. Odłożył nóż i umył ręce, potem otarł oczy.
− Cebula? – spytałam.
Kiwnął głową. Podszedł i stanął za mną, otoczył w talii ramionami. A potem poczułam na karku jego gorący oddech, i całował mnie, próbując obrócić mnie ku sobie. Czy właśnie go ogarnęło? To nagłe pożądanie? Pozwoliłam się obrócić, pozwoliłam mu całować moje wargi i szyję. Sięgnął do sukienki, zaczął rozpinać guziki.
− Nie tutaj – powiedziałam, starając się niezgrabnie zapinać je z powrotem.
Był szybszy ode mnie, bardziej zwinny.
− Tutaj – powiedział, a jego głos miał w sobie nutę niecierpliwości.
Niemal się roześmiałam.
Jego dłonie były wszędzie, błądziły, a ja mogłam myśleć tylko o ziemniakach leżących obok, na wpół obranych. Arthur naparł na mnie swoją erekcją i jęknął cicho wprost w moje ucho. Chciałam, by przestał, ale nic nie powiedziałam, przynajmniej z początku. W radiu rozbrzmiało I Want to Hold Your Hand, po raz pierwszy usłyszałam Beatlesów i zdawało się, że nadchodzi jakaś zmiana. Czy też może zdaje mi się tak teraz, kiedy patrzę wstecz? Niemal wytaczam się z tego wspomnienia, ale nie do końca. Arthur wziął mnie na ręce i zaniósł do salonu, tam położył mnie na sofie, a potem zaciągnął zasłony.
Byłam naga, nim zdołałam odzyskać głos.
− Przestań – powiedziałam.
Cofnął się i popatrzył na mnie szklistymi oczami.
− O co chodzi?
Czułam się głupio, było mi zimno. Sięgnęłam po sukienkę leżącą na podłodze i okryłam się nią.
− Po prostu… nie jestem w nastroju – odparłam.
Wciąż na mnie patrzył, jakby starał się coś zrozumieć, potem podciągnął spodnie i zniknął na górze bez słowa. Kiedy zszedł na dół, byłam ubrana, z powrotem w kuchni, ziemniaki gotowe i pokrojone. Miałam nadzieję, że nie poruszy wiadomego tematu.
− Nie możesz odpychać mnie cały czas – powiedział.
− Nie – przyznałam.
Miał rację. Nie mogłam. A jednak…
− Kocham cię, Mabel. Jesteś moją żoną. Chcę się z tobą kochać.
− Wiem. Ja… – Co? Co tu mówić? – Przepraszam.
Popatrzyłam na niego, drgał mu mięsień w szczęce. Przez jedną straszną sekundę myślałam, że mnie uderzy, a potem odzyskałam rozum i przypomniałam sobie, że to Arthur i że nigdy by tego nie zrobił.
Myślę o słowach, które chciałam wypowiedzieć każdego dnia spędzonego razem. Może jego śmierć je zniwelowała, ale nie. Wciąż we mnie tkwią. Wypowiedziałabym je teraz, gdybym mogła. Byłoby to lepsze niż nic.
− Kocham cię – mówię.
To prawda z rodzaju tych osobliwych. Nie kochałam go na początku, ale z czasem się to zmieniło. Nie była to namiętna miłość, nie taka, o jakiej marzą ludzie i dla jakiej chcą umierać; raczej miłość budowana powoli, cegiełka po cegiełce. Miłość zrodzona z wdzięczności, dzielonych smutków, serdeczności. Był dobrym człowiekiem. Tak dobrym człowiekiem.
Kiedy odzywa się dzwonek przy drzwiach, wydaje się, że to za szybko. Mówię mu, dokąd idę, że za chwilę wrócę, ale będą ze mną tamci i go zabiorą. Wiem, że go tam nie ma, ale nie mogę się powstrzymać przed komentarzami. Przemawiam do niego jak do dziecka. Tak jak przemawiałabym do dziecka.
− Jestem tu, Arthurze – mówię mu. – Nie zapominaj.
Dwaj mężczyźni, obaj po trzydziestce, jak oceniam. Przedstawiają się jako Steve i Mark. Jeden wysoki i szczupły, drugi niski i tęgi, jak w jakimś numerze komediowym. Są grzeczni, pełni szacunku. Mówią, jak bardzo jest im przykro. To ich praca, a oni dobrze ją wykonują. Nie potrafię sobie jednak wyobrazić, jak ktoś mógłby się zdecydować na coś takiego. Jakim cudem mogłoby to znaleźć się na czyjejś liście pożądanych zawodów. Może się nie znajduje. Może trafia się tam przypadkowo, a potem nie ma już wyjścia.
Staram się czymś zająć, przygotowując im herbatę, choć mówią mi, żebym nie robiła sobie kłopotu. Znajduję w szafce kilka herbatników. Kiedy są już gotowi, by go zabrać, pytają, czy chciałabym się z nim pożegnać, i zostają na dole, żeby napić się herbaty i zapewnić mi odrobinę prywatności.
Pokonanie schodów przypomina gargantuiczny wysiłek, ale gramolę się uparcie. Wchodzę do pokoju. Czy kiedykolwiek będę tu wchodzić, nie myśląc o ciele leżącym na łóżku? Czy kiedykolwiek jeszcze pomyślę o tym pokoju jako naszej sypialni – albo swojej? Nie chcę się wyprowadzać, ale nie chcę też być prześladowana tym wspomnieniem.
− Już czas – mówię. – Zajmą się tobą. Polubisz ich. Są elegancko ubrani i starannie ogoleni.
Wszystko to wydaje się zbyt szybkie, po tym oszczędnym zużywaniu lat, które wspólnie przeżyliśmy. Żegnać się w ten sposób, kiedy ledwie wczoraj kupowaliśmy owoce. W kuchni, w misce spoczywa mango, które nigdy nie zostanie zjedzone. Zostawię je tam, by zgniło, a potem je wyrzucę. Czy zdążymy go do tej pory pochować? Czy poradzę sobie? Nachylam się, całuję go w czoło.
− To były dobre dni – mówię szeptem, powtarzając jak echo naszą wcześniejszą rozmowę. – Tak wiele dobrych dni.
Wracam na dół i mówię im, że jestem gotowa, i zostaję na tyłach domu, w kuchni, kiedy go wynoszą. Jeden z nich wziął herbatnik, pozostało kilka okruchów, biorę więc ścierkę i je zmiatam. Jest parę spraw do załatwienia; zostawiają mi małą teczkę z różnymi formularzami i ulotkami, ale teraz nie jestem w stanie się tym zająć. Mogę myśleć tylko o dwóch rzeczach; to dwie odrębne myśli, jedna, potem druga, potem znowu pierwsza.
Nigdy nie powinnam była za niego wychodzić.
Jestem zdana na własne siły.
Jest ciszej po ich wyjściu, a ja nie wiem, co ze sobą robić. Czuję się niespokojna, nie potrafię znaleźć sobie miejsca. Czy to adrenalina? Wysuwam szuflady, patrzę na jego slipki i skarpety, wszystko starannie poukładane. Widzę go, jak tu stoi, na moim miejscu, wybierając skarpety z szuflady, i kładzie prawą dłoń na komodzie, potem wyciąga lewą, a potem znów prawą. Jak to możliwe, że nigdy więcej nie zobaczę, jak to robi?
Wciąż mam na sobie koszulę nocną i kapcie; kusi mnie, by wsunąć się pod kołdrą, ale boję się trochę wejść do łóżka, w którym umarł. Nie wierzę w klątwy, duchy czy cokolwiek w tym rodzaju, ale myśl, że położę się tam, gdzie umarł, przyprawia mnie o dreszcz, więc idę do pokoju gościnnego, urządzonego z myślą o znajomych, którzy tak naprawdę nigdy się nie zjawili, gdy stało się jasne, że nie będzie pokoju dziecięcego. Lecz nie. To też nie jest słuszne. Biorę głęboki oddech i wracam do naszej sypialni, potem staję w nogach łóżka. Krótko po naszym ślubie odbyliśmy rozmowę o tym fragmencie przysięgi małżeńskiej, który mówi o dzieleniu się wszystkim. Arthur powiedział, że chce, byśmy wszystkim się dzielili, że nie chce, by coś było tylko jego albo tylko moje. Powiedziałam, że to niemądre, że zawsze będzie coś, co należy tylko do jednego z nas, i gdy poprosił o przykład, wspomniałam o stronach łóżka.
− Zamieniajmy się.
− Co?
− Co kilka tygodni czy miesięcy będziemy zamieniać się stronami, po których śpimy.
I tak robiliśmy. Co pół roku przewracaliśmy materac na drugą stronę, ponieważ tak zawsze robiła moja matka, a Arthur zabierał moją książkę i krem na noc ze stolika i wymieniał je na swoje drobiazgi. Zastanawiam się, czy już zawsze będę spała po jednej stronie, skoro zmarł po drugiej. Kładę się do łóżka i zapadam w tak głęboki sen, że przebudzenie się z niego przypomina ponowne narodziny. Arthur mi się nie śnił. Ten sen był niczym czarna dziura i jest to jakaś pociecha.
Schodzę na dół i dostrzegam to. Świstek papieru na podłodze, obok stołu. Sięgam po niego i gdy widzę charakter pisma Arthura, doznaję wstrząsu. Ta karteczka jest wyrwana z kołonotatnika, który trzymaliśmy pod ręką z przeznaczeniem na jego niekończące się listy, a wzdłuż górnej linijki nakreślił ołówkiem: „Znajdź D”. Czy to jest coś nowego, ta notka? Ostatnia lista Arthura. Niemal wybucham śmiechem. Potem wysuwam sobie krzesło i siadam. „Znajdź D”. Co to znaczy?
„Znajdź D”. Może to być wiadomość dla mnie albo coś, co napisał dla siebie. Czy D to osoba, czy rzecz? A jeśli to drugie, to dlaczego napisane wielką literą?
Olly sadowi się pod moimi stopami, niemal mnie przewraca, więc ujmuję jego pysk w dłonie. Nie podoba mu się to, próbuje się ode mnie uwolnić.
− Chodzi o Arthura – mówię, a on przechyla łeb w jedną stronę. – Odszedł na dobre. Przykro mi. Wiem, jak bardzo go kochałeś.
Nie sposób się zorientować, ile z tego rozumie, ale odsuwa się ode mnie i zmierza w stronę kąta pokoju. Zwija się tam w kłębek, jakby pragnął być sam. Jest to być może pierwszy dzień, odkąd jest w naszym domu, kiedy nie wyjdzie na spacer. Arthur wyprowadzał go w każdą pogodę, nawet gdy nie czuł się dobrze.
− Polega na nas – powiedział kiedyś. – Nie ma nikogo innego.
A teraz ma tylko mnie. Kogoś, kim nigdy się zbytnio nie interesował.
Stoję obok czajnika, czekając na cichy dźwięk gwizdka, gdy nagle przychodzi mi do głowy Dot. Czy o nią mu chodziło – znajdź Dot? A jeśli tak, to dlaczego kazał mi się tego domyślać, nie pisząc jej pełnego imienia? Czy coś mu przeszkodziło w trakcie pisania? Próbuję sobie przypomnieć ludzi, których znamy, a których imiona też zaczynają się na literę D, ale bezskutecznie. „Znajdź D”. Powtarzam to w myślach, raz za razem, jakby dzięki temu miało się wyłonić znaczenie, niczym słońce zza chmury.
Wspomniał o Dot, kiedy byliśmy na targu, i potem znowu, zeszłego wieczoru, po raz pierwszy od lat. Przywoływał dni, które spędzaliśmy razem, we czworo. Czy to ją mógł mieć na myśli? Czy wiedział, że umiera, i chciał zasugerować, bym odszukała swoją przyjaciółkę, gdy już go nie będzie? Czy udzielał mi pozwolenia? Choć, właściwie, dlaczego miałabym go potrzebować?
Czasem gubię się, jeśli chodzi o zniknięcie Dot. Myślę, że było to tuż po śmierci Billa, ale w rzeczywistości upłynął jeszcze rok. Umknął mi w większości z powodu żalu, ale ona była stale obecna, odwiedzała nasz dom, sprawdzała, jak sobie radzimy, ja i matka. Mama postrzegała ją jako córkę, tak bardzo przekonana, że ona i Bill się pobiorą. Czasem Dot przynosiła kwiaty. Tulipany albo goździki. Matka stała przy szafce kuchennej, obcinała końce ich łodyg, a potem układała je w wazonie, i mówiła, jak troskliwa jest Dot, jak bardzo ją ceni.
W rzeczywistości zniknęła tuż przed moim ślubem. Nie poprosiłam jej jeszcze, by była moją druhną, ale prawdopodobnie rozumiało się to samo przez się. Czy trudno było jej patrzeć, jak przygotowuję się do wyjścia za mąż, kiedy przecież wszyscy sądzili, że to ona będzie pierwsza? Czy może chodziło o coś więcej? Czy miała jakiś powód, dla którego nie chciała, by ślub się odbył?
Spotykałam ją na rogu Halfpenny Street i szłyśmy razem do pracy w biurze maszynistek; potem, pewnej środy, już jej nie było. Zdarzało się tak czasem, jeśli któraś z nas złapała przeziębienie albo cierpiała na sensacje żołądkowe, więc poszłam dalej sama, nie zastanawiając się nawet nad tym. Lecz gdy dotarłam do pracy, na miejscu Dot siedziała nowa dziewczyna, szeptano też, że już nie wróci. Uważałam, że to śmieszne, po prostu plotka. Dot leży pewnie w łóżku z miską rozgrzewającego rosołu na tacy, z zaczerwienionym nosem i obolałym gardłem.
Przed końcem swojej zmiany byłam już zmęczona i głodna. Ale zajrzałam do niej w drodze do domu, tak dla spokoju sumienia. Dowiedzieć się, czy przyjdzie nazajutrz i czy powinnam czekać na rogu jak zawsze. Ale drzwi otworzyła mi jej matka i powiedziała, że Dot wyjechała.
− Wyjechała? – spytałam. – Dokąd?
− Do Londynu.
Matka Dot, Irene, była drobną, chudą kobietą, ale nie dawała sobie w kaszę dmuchać. Słynęła z tego, że przychodziła do pubu i wyciągała stamtąd swojego męża za włosy. Stała na progu z zaciętym wyrazem twarzy, nie zapraszając mnie do środka.
− Ale chyba by mnie uprzedziła – powiedziałam.
Irene wzruszyła ramionami, co wydało się nieuprzejme.
− Zdecydowała w ostatniej chwili – wyjaśniła. – Mam tam siostrę. Spytała, czy Dot zechce do niej przyjechać i zostać.
− Więc to wakacje?
− Nie, to nie wakacje. Zamierza urządzić tam sobie życie. Znaleźć pracę. Zawsze lubiła to miasto.
Chodziłyśmy razem po polach, zbierałyśmy kwiaty, żeby wpinać je we włosy. Czy okazała się w końcu miejską dziewczyną? Było coś, jak muszę przyznać, jakaś tęsknota, którą dostrzegałam czasem w jej oczach, gdy wydawało jej się, że akurat nie patrzę, ale zawsze sądziłam, że chodzi o miłość. O Billa. Czy jednak chodziło o utknięcie w niewłaściwym miejscu, w życiu, które wydawało się zbyt ciasne? Które jej nie odpowiadało?
Jakiś tydzień później znowu poszłam do jej dawnego domu i poprosiłam o adres, żeby móc do niej napisać. Irene się boczyła, ale w końcu dała mi ten adres, a ja tego wieczoru napisałam długi list, przekazując Dot wszystko, co ją ominęło. Że Elsie Jacks została wylana z pracy za pokątne palenie w toalecie, że moja kuzynka Margaret urodziła dziecko, a ja miałam nadzieję dostać tydzień wolnego, żeby pomóc jej w tych pierwszych dniach macierzyństwa. Że z matką jest już lepiej, że znów zaczyna nucić i pogwizdywać, chodząc po domu po raz pierwszy od śmierci Billa. Nie napisałam, że za nią tęsknię, ale to przesłanie pobrzmiewało pod powierzchnią słów, między wierszami. Nakleiłam znaczek na kopertę i nadałam list nazajutrz rano. I nigdy nie doczekałam się odpowiedzi.
Nie poddawałam się jednak. Napisałam do niej jeszcze trzy albo cztery razy. Upłynęły tygodnie, nim przestałam sprawdzać rano pocztę, pewna, że coś do mnie przyszło. Powinnam dać jej dobitniej do zrozumienia, jak głęboką wyrwę uczyniła w moim życiu? Czy sprawiłoby to jakąś różnicę? Rozmawiałam z Arthurem o tym, żeby ją odszukać, kiedy jeszcze wydawało się to możliwe, wsiąść po prostu do pociągu i znaleźć ją, ale Arthur zawsze był temu zdecydowanie przeciwny. Powiedział, że to była jej decyzja, jeśli chodzi o wyjazd i brak odpowiedzi na moje listy, i że powinniśmy dać jej spokój. Zawsze się zastanawiałam, czy ma coś do ukrycia, coś, co Dot ze sobą zabrała, a on nie chce, by wyszło to na jaw. I teraz, kiedy jest za późno, czy naprawdę zachęca mnie, bym to zrobiła? Czy przyznaje, że się mylił?
Krążę po domu, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Olly też wydaje się zbity z tropu, ale nie pocieszamy się nawzajem, bo nigdy się nie pocieszaliśmy. Po prostu nie wchodzimy sobie w drogę. Moje myśli bez reszty zaprzątają Arthur, Dot i Bill, także młodość i czas, który jawił się jako złoty. Nie, to nie tak. Nie jawił się jako złoty, gdy byliśmy w nim zanurzeni, prawda? Nadaję mu tę barwę dopiero teraz, gdy tak wiele wiem o życiu, bólu i codziennym kieracie. Lecz w jakim stopniu ten blask dotyczy młodości i wolności, a w jakim bliskości tych ludzi? Nie sposób wiedzieć.
Mam wrażenie, że mój umysł dostał zadyszki i zacina się co chwila, idę więc do pokoju na tyłach domu, siadam przy stole i znów wpatruję się w kartkę. „Znajdź D”.
− Powiedz mi, co masz na myśli, Arthurze – mówię. – Te słowa to za mało.
Wysuwam dolną szufladę komody, tę, która należała wyłącznie do niego. W środku mnóstwo pudełek i papierów. Zegarek, który dał mu tata. Spinki do mankietów. Pudełko chusteczek do nosa, które dostał chyba któregoś roku na gwiazdkę. Czego szukam? Czegokolwiek. Wskazówki. Wydaje się niezbyt prawdopodobne, bym znalazła to właśnie tutaj. Składam karteczkę i wsuwam ją do kieszeni szlafroka, bym mogła rzucać na nią okiem, ilekroć zechcę. Próbuję o niej zapomnieć. Wiem, że tak nie będzie. „Znajdź D”. Powtarza się to w mojej głowie niczym mantra.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
