Ostatnia lista Mabel Beaumont - Laura Pearson - ebook + książka

Ostatnia lista Mabel Beaumont ebook

Laura Pearson

0,0
35,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Poruszająca i pełna czułości powieść o pamięci i o miłości, która potrafi przetrwać całe życie.

Mąż Mabel Beaumont, Arthur, uwielbiał listy. Zostawiał je jej wszędzie. „Pamiętaj: jajka, masło, cukier”. „Kocham cię: dziś, jutro, zawsze”.

Ale Arthura już nie ma. Odszedł cicho, łagodnie, bez robienia wokół siebie zamieszania. Mimo to zostawił Mabel jeszcze jedną listę. Tym razem jest na niej tylko jeden punkt: „Znajdź D.”.

Mabel jest pewna, że wie, co to znaczy. Musi odnaleźć swoją najlepszą przyjaciółkę Dot, której nie widziała od tamtego brzemiennego w skutki dnia sprzed ponad sześćdziesięciu lat.

Ale Mabel nawet nie wie, czy Dot wciąż żyje. Na dodatek każda osoba, z którą rozmawia, najpierw sama potrzebuje pomocy – w odnalezieniu zaginionego męża, córki albo rodziców. Lista zaczyna się coraz bardziej wydłużać, a kobieta wcale nie jest bliżej odnalezienia Dot.

Nie wie jednak, że jej lista nie dotyczy wyłącznie dawnej przyjaciółki. I że jeśli zdoła zmierzyć się z sekretami swojej przeszłości, być może odnajdzie także drogę do szczęścia…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: The Last List of Mabel Beau­mont

Wydawca: Adrian Tom­czyk Redak­tor pro­wa­dzący: Iwona Den­kie­wicz Redak­cja: Mag­da­lena Hil­de­brand Korekta: Ewa Gra­bow­ska, Marzena Kłos

Copy­ri­ght © 2023 Laura Pear­son First publi­shed worl­dwide in English by Bol­dwood Books Ltd. Trans­la­tion rights arran­ged thro­ugh The Agency srl of Vicki Satlow Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Jan Kabat, 2026

Pro­du­cent Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00 www.dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu Wydaw­nic­two Świat Książki 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@swiatk­siazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydaw­nic­two­swiatk­siazki.pl

War­szawa 2026

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-68921-67-0

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Dedykacja

Dla Mamy i Taty.

Dzię­kuję za wszystko

Rozdział pierwszy

Stoję przy tym czaj­niku i parzę her­batę dla Arthura i dla sie­bie; robię to od sześć­dzie­się­ciu dwóch lat. Dwa różne domy, Bóg jeden wie ile czaj­ni­ków, ale zawsze ja, zawsze on, zawsze poranna fili­żanka her­baty. Arthur sie­dzi przy stole kuchen­nym z dłu­go­pi­sem w dłoni i głowi się nad krzy­żówką. Otwo­rzył okno, sły­szę ptaki szcze­bio­czące w ogro­dzie. Kos, jak mi się zdaje, albo drozd. Kiedy już usiądę, Arthur poskłada gazetę, odłoży dłu­go­pis, powie: „no cóż”, a potem poroz­ma­wiamy o tym, co zamie­rzamy dziś robić. Spa­cer, jakieś domowe zaję­cie albo po pro­stu nic szcze­gól­nego. Daw­niej, kiedy oboje pra­co­wa­li­śmy, musie­li­śmy podej­mo­wać takie decy­zje wyłącz­nie w week­endy, ale teraz robimy to każ­dego dnia, który cią­gnie się przed nami godzina za godziną.

Wkła­dam do kub­ków torebki z her­batą, w mojej jest już mleko, ale jemu dole­wam pod sam koniec tego rytu­ału. Pół łyżeczki cukru dla niego. Kie­dyś były dwie, potem jedna. Zwykł komen­to­wać: „Po co w tym wieku pozba­wiać się przy­jem­no­ści?”. Ale mimo wszystko pil­nuję tego ogra­ni­cze­nia. Olly węszy wokół moich stóp, szu­ka­jąc okru­chów, które mogłam roz­sy­pać. Wycią­gam dłoń, by pokle­pać go po łbie, ale on się odsuwa i jak zwy­kle wraca do Arthura. Pach­nie rzeką, a ja odno­to­wuję sobie w pamięci, by nie­długo go wyką­pać. W toste­rze opieka się chleb, obok cze­kają masło i dżem. I jest coś, co chcę powie­dzieć, coś, co chcę powie­dzieć już od dzie­siąt­ków lat, o tym życiu, które razem stwo­rzy­li­śmy, ale słowa gdzieś uty­kają. Jak zawsze.

Zano­szę kubki na stół, unosi się z nich para, a potem snuje się w stronę, w którą zmie­rzam.

− No cóż – mówi Arthur, skła­da­jąc gazetę. – Jakieś plany na dzi­siaj?

Kręcę głową, a grzanka wyska­kuje z tostera z cichym trza­skiem.

− Idę na ten pogrzeb – oznaj­mia. – Tommy Waites.

Zawsze jest jakiś pogrzeb, gdy osiąga się nasz wiek. Arthur strzygł Toma, kiedy miał jesz­cze zakład fry­zjer­ski, cza­sem też pili razem w klu­bie zwo­len­ni­ków par­tii kon­ser­wa­tyw­nej. Bywa na pogrze­bach ludzi nawet mu dal­szych. Ni­gdy nie wiem, czy zamie­rza oka­zać sza­cu­nek, czy trak­tuje to jako swo­istą wycieczkę. Kanapki palusz­kowe, nieco zwie­trzałe chipsy i na koniec dwie szkla­neczki whi­skey.

− Idź – mówię. – Led­wie go zna­łam.

− Jestem pewien, że Moira chęt­nie by cię zoba­czyła.

− Widzisz? Nie umia­łam nawet przy­po­mnieć sobie imie­nia jego żony. Jestem prze­ko­nana, że byłoby jej wszystko jedno, czy przyjdę, czy nie.

Unosi odro­binę ramiona, a ja wiem, że jest poiry­to­wany. Potra­fię dosko­nale odczy­ty­wać jego język ciała, tak jak on potrafi odczy­ty­wać mój, w co nie wąt­pię. Nie można żyć obok sie­bie przez ponad sześć­dzie­siąt lat i nie nauczyć się tego i owego.

− Czym się więc zaj­miesz, kiedy mnie nie będzie?

Mogła­bym poczy­tać, poro­bić na dru­tach albo przej­rzeć stare zdję­cia. Mogła­bym po pro­stu posie­dzieć i pomy­śleć, zagłę­bić się we wspo­mnie­niach, prze­ana­li­zo­wać swoje życie. Nasze życia. Lecz Arthur nie pochwala tego rodzaju rze­czy, uważa, że to roz­tkli­wia­nie się nad sobą. Zawsze patrz przed sie­bie, oto jego dewiza. Czy też jedna z dewiz. Ja jestem bar­dziej skłonna spo­glą­dać wstecz, zwłasz­cza teraz, gdy jest tak wiele tego, co było, i tak nie­wiele tego, co będzie. Co złego w spę­dze­niu kilku ostat­nich lat na spo­koj­nej kon­tem­pla­cji? Za późno, by zmie­niać świat, prawda? Na tym wła­śnie polega nasz pro­blem; ja stop­niowo zwal­niam, a on pró­buje podą­żać na peł­nym gazie.

− Muszę zro­bić porzą­dek w kuchen­nej szu­fla­dzie, tej, która się blo­kuje – mówię.

− O tak, dopro­wa­dza mnie do szału.

Nie wspo­mi­nam nawet, że by się nie blo­ko­wała, gdyby nie wkła­dał do niej róż­nych rze­czy, kiedy jest już pełna. Menu z jedze­niem na zamó­wie­nie, z któ­rego ni­gdy nie sko­rzy­stamy, guziki, rolki taśmy samo­przy­lep­nej i Bóg jeden wie co jesz­cze. Wywalę jakieś osiem­dzie­siąt pro­cent zawar­to­ści, a on będzie zado­wo­lony i nawet nie zauważy, że więk­szość rze­czy, które zgro­ma­dził, znik­nęła. Co tylko dowo­dzi, że w ogóle ich nie potrze­bo­wał.

Scho­dzi na dół w czar­nym gar­ni­tu­rze i wyciąga ręce, żebym mogła mu zapiąć spinki przy man­kie­tach.

− Stare spinki Billa – mówi, tak jak robi to zawsze przy podob­nych oka­zjach.

Kiwam głową, nie mówiąc, że po sześć­dzie­się­ciu kilku latach jawią mi się bar­dziej jako nale­żące do niego niż do Billa. Pomimo ini­cja­łów: WM. Wil­liam Mans­field.

Ma ten gar­ni­tur od ponad trzy­dzie­stu lat, a spodnie są nieco przy­cia­sne. Pach­nie mydłem i wodą. Czy­sto­ścią. Sobą.

− Jesteś pewna, że nie zmie­nisz zda­nia? – pyta.

Patrzę mu pro­sto w oczy i zasta­na­wiam się, kiedy robi­łam to po raz ostatni. Przez tyle czasu pro­wa­dzi się roz­mowy, prze­by­wa­jąc w innych poko­jach, albo kiedy jedno sie­dzi na sofie, a dru­gie stoi w drzwiach. Kiedy tak naprawdę ludzi dzielą tylko cen­ty­me­try, oni zaś sku­piają się jedno na dru­gim? Głowę wciąż pokry­wają mu włosy, choć się prze­rze­dzają, i wciąż można dostrzec w siwiź­nie pia­skowy odcień. Jego oczy są tak nie­bie­skie jak w dniu naszego ślubu, kiedy w nie patrzy­łam, sto­jąc przy ołta­rzu i wciąż mając nadzieję, że ist­nieje jakiś powód, by się wyco­fać. Przy­tył, oczy­wi­ście. Nie jest już tym zwar­tym, musku­lar­nym męż­czy­zną, któ­rego na początku zna­łam. Ma obwi­słe policzki i wydatny brzuch. Wiek mu jed­nak służy. Ponie­waż Arthur odzna­cza się magicz­nym uśmie­chem, zawsze tak było, i kiedy przy­wo­łuje go na twarz, nie widzi się na dobrą sprawę niczego innego.

− Nie mam na to ochoty – mówię.

Kiwa głową. I wiem, co sobie myśli – że ni­gdy nie mam już na nic zbyt wiel­kiej ochoty. Że już niczego od życia nie ocze­kuję. I jest to prawda. Dziwne. Kiedy wybie­rasz kogoś, z kim spę­dzisz całe życie, nie myślisz o tym, jak oboje będzie­cie się czuli po osiem­dzie­siątce. Czy jedno z was będzie sie­dzieć i cze­kać na koniec, pod­czas gdy dru­gie zechce zacho­wać mak­si­mum aktyw­no­ści. Ale nawet gdy byli­śmy młodsi, ta róż­nica stała mię­dzy nami jak mur. On, zawsze prze­ko­nany, że może doko­nać cze­goś waż­nego, ja, świa­doma, że jestem tylko jedną z nie­zli­czo­nych osób na świe­cie i że nie ma więk­szego zna­cze­nia, co robię.

− No to do zoba­cze­nia.

− Przy­go­tuję zapie­kankę z kieł­basą. – Oboje wiemy, że jest to gałązka oliwna.

− Świet­nie.

Odpro­wa­dzam go do drzwi i cze­kam, aż się ode­zwie; wiem, że nie odej­dzie, dopóki znów nie będzie mię­dzy nami dobrze.

− Nie zostanę tam zbyt długo. – Bie­rze mnie w ramiona, a ja czuję na policzku jego ostry zarost i mam nadzieję, że zaraz się odsu­nie.

Potem już go nie ma. Wyj­muję z zamra­żarki kieł­basy – dwie, owi­nięte sta­ran­nie w folię spo­żyw­czą – i odkła­dam na bok, żeby się roz­mro­ziły. Zaj­muję się następ­nie szu­fladą, robię to bez­li­to­śnie. Jeśli nie wiem, do czego coś służy albo nie było uży­wane od mie­sięcy, ląduje od razu w koszu. Zabiera mi to tylko pół godziny, a potem jestem gotowa wziąć swoją książkę, ale Olly bez­u­stan­nie pod­cho­dzi do drzwi i patrzy żało­śnie, a ja wiem, że się­gnąłby po smycz i zało­żył ją sobie, gdyby potra­fił.

− No dobrze, chodźmy – decy­duję i szy­kuję nas oboje do spa­ceru.

To jeden z tych pogod­nych i chłod­nych dni paź­dzier­ni­ko­wych. Przy­naj­mniej nie pada, wiem jed­nak, że moje dło­nie będą sztywne i zimne niczym kamień, zanim wrócę do domu. Docie­ramy do końca ulicy, potem kie­ru­jemy się ku cen­trum. Miesz­kam w tym małym mie­ście w hrab­stwie Sur­rey całe życie i prze­mie­rza­łam tę trasę tak czę­sto, że dzi­wię się cza­sem, iż moje stopy nie pozo­sta­wiły śla­dów odci­śnię­tych w chod­niku. Olly niczym się nie przej­muje, dopóki jest co obwą­chi­wać, można war­czeć na inne psy i wyszu­ki­wać miej­sce, by sobie ulżyć. Co wła­śnie czyni. Cze­kam, aż się z tym upora, potem się schy­lam z torebką i przez jedną okropną minutę myślę, że nie zdo­łam się ponow­nie wypro­sto­wać, coś jed­nak zaska­kuje, więc znów przy­bie­ram nor­malną pozy­cję. Patrzę na Olly’ego, który jest gotów ruszyć dalej. Ile czasu upły­nie do chwili, kiedy nie będziemy mogli się nim opie­ko­wać? Gdy Arthur trzy lata temu namó­wił mnie na wzię­cie czwo­ro­noga (po spo­rzą­dze­niu sta­ran­nej listy wszyst­kich za i prze­ciw), powie­dzia­łam, że pies może nas prze­żyć, on zaś pokrę­cił głową, jakby nie rozu­miał, po co w ogóle o tym wspo­mi­nam. „Cza­sem mówisz tak, jak­by­śmy już byli mar­twi”.

Zapa­mię­ta­łam to na zawsze.

Idziemy dalej, Olly i ja. Mijamy nową, ele­gancką pie­kar­nię, która pach­nie lukrem i imbi­rem; salon fry­zjer­ski, gdzie Arthur pro­wa­dził nie­gdyś swój inte­res; nie­wielki super­mar­ket z auto­ma­tycz­nymi drzwiami, które się otwie­rają, nawet gdy czło­wiek tylko obok nich prze­cho­dzi, jakby miały celowo kusić klien­tów; pub Car­pen­ters, gdzie praw­do­po­dob­nie odbywa się stypa. Chod­nik zaśmie­cają nie­do­pałki. Otu­lam się szczel­niej weł­nia­nym płasz­czem i ruszam szyb­kim kro­kiem, mając nadzieję, że Arthur nie zoba­czy mnie przez szybę lokalu i nie wyj­dzie do mnie.

To mia­steczko, Bro­ugh­ton, zmie­niło się tro­chę przez lata. Zawsze jed­nak miało wszystko, czego potrze­bo­wa­łam, pomi­ja­jąc spo­ra­dyczne wyprawy do Over­bury po ubra­nia czy meble. Lon­dyn jest nie­całą godzinę drogi stąd, ale bywam tam tylko raz w roku. Bro­ugh­ton na ogół mi wystar­cza. Ciąg skle­pów koń­czy się powoli, a ja prze­cho­dzę przez ulicę i kie­ruję się ku ścieżce pro­wa­dzą­cej do kościoła. Spa­ce­ruję mię­dzy nagrob­kami, aż ich znaj­duję; swo­ich bli­skich.

Pierw­szy odszedł Bill, choć nie powi­nien. Pełen życia, a potem nagle koniec, jedna z tych cho­rób serca, o któ­rych sły­szysz, ale się nie spo­dzie­wasz, że jej ofiarą pad­nie twój wła­sny brat. Potem matka, dzie­sięć lat póź­niej. Ni­gdy nie prze­bo­lała jego śmierci i choć ofi­cjal­nie zmarła na raka, było dla mnie cał­ko­wi­cie jasne, że zaczęła powoli umie­rać w dniu, gdy się dowie­działa, że jej chło­piec odszedł. Wresz­cie ojciec, nie­spełna rok po niej. Wylew. I po wszyst­kim w ciągu minuty. Można uwa­żać się za sie­rotę, kiedy przy­da­rza się to po trzy­dzie­stce? Matka Arthura trak­to­wała mnie jak wła­sną córkę, zawsze jed­nak zda­wa­łam sobie sprawę, że gdy­bym go stra­ciła, zosta­ła­bym na świe­cie sama.

Nie sądzę, by Arthur naprawdę to rozu­miał. Był jed­nym z dzie­wię­ciorga dzieci i zawsze miał przy boku rodzeń­stwo i kuzy­nów. Przez całe życie, ile­kroć wybie­ra­li­śmy się dokądś na waka­cje, w każ­dym z tych miejsc miał kuzyna; uma­wiał się z nim na drinka albo kola­cję; wszy­scy oni odzna­czali się typo­wym wyglą­dem Beau­mon­tów. Pia­skowe włosy i piegi. Moi rodzice byli jedy­na­kami, więc two­rzy­li­śmy czte­ro­oso­bowy zespół. Zre­du­ko­wany obec­nie do jed­nej osoby.

Nagrobki pokryte są opad­nię­tymi liśćmi, czer­wo­nymi i poma­rań­czo­wymi. Nie widzę daty uro­dzin i śmierci matki ani peł­nego imie­nia taty. Ale ta jesienna scena jest tak piękna, że nie ma to więk­szego zna­cze­nia. Wiem o swo­jej rodzi­nie wszystko, prawda? I zawsze uwa­ża­łam, że odgar­nia­nie liści nie ma sensu. Z naturą się nie wygra.

Nim się odzy­wam, zer­kam przez ramię, by się upew­nić, że nikogo nie ma w pobliżu.

− To ja, Mabel, wła­śnie prze­cho­dzi­łam obok z Ollym. Było coś wczo­raj w gaze­cie o tym, co ludzie kolek­cjo­nują, a ja od razu pomy­śla­łam o tobie, Bill, i tych two­ich znacz­kach. Poka­za­łam je Arthu­rowi, a on par­sk­nął śmie­chem i powie­dział, że zwykł cza­sem wyj­mo­wać je z two­jego kla­sera i cho­wać gdzieś dla kawału, a ty się tym dia­bel­nie przej­mo­wa­łeś i dąsa­łeś całymi dniami. Zasta­na­wiam się, co byś teraz zbie­rał. Gdy­byś tu wciąż był i trzy­mał się znacz­ków, miał­byś ich tysiące. Prze­cho­wuję je dla cie­bie, są na pod­da­szu. Bóg jeden wie, dla­czego to robię. Przy­pusz­czam, że zostaną tak jak wszystko inne wyrzu­cone na śmieci, kiedy ja i Arthur już odej­dziemy.

Do oczu napły­wają mi łzy, co mnie zaska­kuje. Zawsze mówię spo­koj­nie, gdy się tu zja­wiam, i zazwy­czaj nie wzru­szam się za bar­dzo. Może coś mi zaczyna dole­gać albo potrze­buję porząd­nego snu. Ostat­nimi czasy prze­krę­cam się na łóżku jak kur­czak na roż­nie, nim uda mi się przy­jąć odpo­wied­nią pozy­cję.

Ruszam do domu, a potem cze­kam na powrót Arthura. Dziwne, nie mam nic prze­ciwko temu, by wycho­dził, nie mam nic prze­ciwko wła­snemu towa­rzy­stwu, ale lubię też, kiedy znowu wraca. Lubię słu­chać jego opo­wie­ści. Dom wydaje się inny, kiedy go nie ma, jakby wszyst­kie nasze meble i rze­czy sado­wiły się wygod­nie i cze­kały, niczym wstrzy­my­wany oddech. Jest pra­wie czwarta, kiedy sły­szę zgrzyt jego klu­cza w zamku. Roz­piął koszulę pod szyją i polu­zo­wał kra­wat i, sądząc po wyglą­dzie, wypił kilka drin­ków.

− Było w porządku? – pytam.

− Tak. Miał dobre życie, Tommy. Zja­wiło się mnó­stwo ludzi, by go poże­gnać. Myślisz, że będzie tak samo, kiedy przyj­dzie nasza kolej?

Siada na sofie, a wtedy przy­biega do niego Olly, żeby mu pozaw­ra­cać głowę.

− Witaj, pie­sku – mówi Arthur.

Olly zawsze lubił go naj­bar­dziej. Patrzę, jak Arthur sięga dło­nią, by podra­pać go za uchem, jak na obli­czu jed­nego i dru­giego poja­wia się odprę­że­nie. Myślę o tym, o co spy­tał. Jeśli cho­dzi o niego, z pew­no­ścią zja­wią się nie­któ­rzy z człon­ków jego rodziny, przy­będą ze wszyst­kich zakąt­ków kraju. No i są jesz­cze dawni klienci, męż­czyźni, z któ­rymi pije, ci, któ­rzy jesz­cze zostali. Co do mnie, to już nie jestem taka pewna.

− Co ci nagle przy­szło do głowy? – Pyta­nie jest głu­pie, bo odpo­wiedź wydaje się oczy­wi­sta.

− Tommy i Moira mieli czworo dzieci i wszyst­kie zja­wiły się z mężami i żonami, no i wła­snymi dziećmi. Tak sobie po pro­stu pomy­śla­łem, to wszystko.

Nic nie mogę powie­dzieć. Zbyt późno, by się cof­nąć i zmie­nić cokol­wiek.

− Her­baty? – pyta, potem wstaje i wycho­dzi z pokoju.

− Tak, pro­szę.

I wiem przez resztę dnia, że oboje myślimy o dzie­ciach, któ­rych ni­gdy nie mie­li­śmy.

Rozdział drugi

− Orga­ni­zują targ w Over­bury – odzywa się Arthur, stu­ka­jąc łyżeczką o kra­wędź kubka, a potem przy­nosi nasze her­baty do stołu.

− Jaki targ?

− Żyw­no­ściowy, jak sądzę. Masz ochotę się wybrać?

Mogła­bym powie­dzieć, że nie. Chcę tak powie­dzieć. Ale stara się mnie czymś zająć i to nie fair odma­wiać mu bez­u­stan­nie. Tak wła­ści­wie wygląda ostat­nie dzie­sięć lat naszego życia. On coś pro­po­nuje, ja to odrzu­cam. Nie zawsze tak było i na tym polega pro­blem. Oboje pamię­tamy czasy, gdy potra­fi­li­śmy razem doka­zy­wać.

− Nie­zły pomysł – stwier­dzam.

Pró­buje uda­wać, że nie jest zasko­czony. Sku­pia się na swo­ich płat­kach z otrę­bami.

Pierw­szy pro­blem to zna­le­zie­nie miej­sca do par­ko­wa­nia. Przez lata żadne z nas nie umiało pro­wa­dzić, a potem Arthur, już po pięć­dzie­siątce, nauczył się, ponie­waż lubi wyzwa­nia. Zdał za pierw­szym razem po sze­ściu nie­prze­rwa­nych mie­sią­cach lek­cji, ale ni­gdy nie nabrał dosta­tecz­nej pew­no­ści. Pro­wa­dzi samo­chód z bez­u­stan­nie przy­kle­joną do twa­rzy maską nie­po­koju.

− Może tam? – suge­ruję, kiedy objeż­dżamy par­king po raz drugi. Niskie zimowe słońce nie uła­twia obser­wa­cji. – Chyba jest…

− Mini tam stoi – mówi; jego szczęki zdra­dzają napię­cie.

− Możemy wró­cić, jeśli wolisz.

Stą­pam po cien­kim lodzie. Chcę, by wie­dział, że nie musi się dla mnie stre­so­wać, ale nie chcę też, by pomy­ślał, że szu­kam powodu, żeby skró­cić tę wycieczkę. Nie odzywa się. Jakaś młoda para wraca do swo­jego samo­chodu, trzy­ma­jąc się za ręce, a on czeka z kli­ka­ją­cym kie­run­kow­ska­zem. Gdy wysia­damy z samo­chodu, zasta­na­wiam się, czy nie wziąć go za rękę. Kiedy to ostat­nim razem cho­dzi­li­śmy tak po uli­cach, dekla­ru­jąc swój zwią­zek? Z pew­no­ścią robi­li­śmy to we wcze­snych latach, nie pamię­tam jed­nak, kiedy się skoń­czyło. Czy był dzień, gdy on się­gnął po moją dłoń, a ja ją cof­nę­łam? Albo puści­łam jego dłoń, żeby popra­wić torebkę na ramie­niu, a potem już nie wzię­łam go za rękę? Choć idziemy obok sie­bie, ramię w ramię, wydaje się, że to zbyt sze­roka rzeka, by ją prze­być. Zbyt zna­czący gest.

Wzdłuż głów­nej ulicy cią­gną się stra­gany, zapa­chy wal­czą o lep­sze miej­sce. Wata cukrowa, pikantne mięso, świeżo upie­czony chleb. Gwar roz­mów i od czasu do czasu nawo­ły­wa­nie sprze­daw­ców.

− Świeże pasz­te­ciki!

− Wszyst­kie pojem­niczki owo­ców i warzyw funt pięć­dzie­siąt. Mamy ana­nasy, mango, cze­re­śnie…

− Świeża ryba z ran­nego połowu!

Trą­cam Arthura.

− Pamię­tasz tego han­dla­rza ryb i kre­wetki nad zatoką More­cambe?

To zapro­sze­nie pod jego adre­sem, by odwie­dził wraz ze mną prze­szłość, a ja mam nadzieję, że je przyj­mie. Mam nadzieję, że przy­po­mni sobie lep­sze czasy.

Twarz roz­ja­śnia mu się nagle, z jego ust dobywa się śmiech.

− Sądząc po gło­sie, był zalany w trupa.

Mil­czymy przez chwilę, mię­dzy nami wiruje koło­wro­tek wspo­mnień. Jest ich tak wiele, że mogli­by­śmy czer­pać je gar­ściami.

− Kupimy zapie­kankę na obiad? Owo­ców też już wiele nie zostało.

Arthur wyj­muje z kie­szeni kurtki zmiętą kartkę. Oczy­wi­ście spo­rzą­dził listę.

Wybie­ramy jabłka i poma­rań­cze, potem wska­zuje mango, jak mi się wydaje, i unosi brwi.

− Bierz, śmiało – mówię.

Skąd mu się to wzięło, ten odwieczny zapał do pró­bo­wa­nia cze­goś nowego? Podzi­wia­łam to na samym początku, kiedy go pozna­łam, kiedy był po pro­stu przy­ja­cie­lem Billa i wszyst­kim się inte­re­so­wał.

Przy stra­ga­nie z zapie­kan­kami roz­wa­żamy woło­winę z cebulą kon­tra kur­czaka z szynką, a potem sły­szę, jak ktoś woła jego imię.

− To ty, Arthu­rze Beau­mont?

Odwra­camy się; to kobieta mniej wię­cej w naszym wieku. Może kie­dyś była ładna, ale trudno być pew­nym, zwa­żyw­szy na zmarszczki pokry­wa­jące gęsto jej twarz. Uśmie­cha się, odsła­nia­jąc zbyt białe zęby. Kła­dzie dłoń na ramie­niu Arthura i wspina się na palce, by poca­ło­wać go w poli­czek, potem to samo robi ze mną; pach­nie różami i mydłem.

− Joan Jen­kins – dziwi się Arthur. – Oczom nie wie­rzę.

Kobieta kręci głową i się śmieje.

− Już dawno tak się nie nazy­wam. Od tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tego dzie­wią­tego jestem Joan Gar­nett.

Nie potra­fię jej ziden­ty­fi­ko­wać, ale nazwi­sko wydaje się zna­jome.

− Więc się pobra­li­ście?

Prze­chyla głowę w moją stronę, potem w stronę Arthura.

− Ow­szem, zga­dza się – mówi Arthur, potem zwraca się ku mnie z dum­nym uśmie­chem. – Sześć­dzie­siąt dwa lata temu.

Kobieta kręci głową.

− No cóż, jak widać, nie orien­tuję się zbyt dobrze. Uwa­ża­łam, że nie pasu­je­cie do sie­bie.

Arthur wybu­cha śmie­chem; kon­ty­nu­ują tę poga­wędkę, ale ja się wyłą­czam i tylko sły­szę bez­u­stan­nie, niczym na zaci­na­ją­cej się taśmie, tę uwagę o tym, że nie jeste­śmy dobrani. Potem już tylko widzę, jak macha ręką i się oddala, Arthur zaś znowu sku­pia się na zapie­kan­kach.

− Kto to był? – pytam. – Cho­dzi mi o to, czy powin­nam ją pamię­tać.

− Zawsze krę­ciła się w pobliżu, jesz­cze za daw­nych cza­sów. Na tań­cach. Dot tro­chę ją znała, jak sądzę.

Już od dawna nie sły­sza­łam, by wypo­wia­dał imię Dot. Budzi to mój lęk. Ale ta chwila prze­mija natych­miast. Mimo wszystko przez kilka sekund znowu tam byłam, sie­dzia­łam z boku sali obok Dot, szep­cząc o tym, co mają na sobie inne dziew­częta i w czy­ich ramio­nach spę­dzą wie­czór. Mogłam sły­szeć orkie­strę, czuć pot, który spły­wał mi spod pach. I ile­kroć widzia­łam parę cału­jącą się w ciem­nym kącie, chcia­łam, żebym to była ja. Chcia­łam wie­dzieć, jak to jest tak bar­dzo zatra­cić się w dru­giej oso­bie albo cho­ciażby spró­bo­wać.

− Tro­chę na mnie leciała, jak sądzę – mówi Arthur, kiedy odcho­dzimy od stra­ganu z naszą wybraną zapie­kanką w papie­ro­wej tor­bie.

Przy­staję.

− Dot?

Arthur par­ska śmie­chem.

− Nie! Joan. Wygląda jed­nak na to, że osta­tecz­nie wyszła za Johna Gar­netta. Sły­sza­łaś, jak powie­działa, że odszedł w tam­tym roku?

Kręcę głową. Nie sły­sza­łam już niczego po tej jej uwa­dze, że do sie­bie nie pasu­jemy.

− Zabawne, od lat mieszka w Over­bury, a my ni­gdy na nią nie wpa­dli­śmy. Dopiero dzi­siaj.

Mogłam na nią wpaść wcze­śniej. Mogłam stać obok niej na przy­stanku auto­bu­so­wym, w kolejce do sklepu mię­snego czy w banku, a i tak bym jej nie poznała. Ale wiem, o co mu cho­dzi. Cza­sem wydaje się, że świat jest nie­wy­obra­żal­nie duży, a kiedy indziej ma się wra­że­nie, że można go potrzy­mać w dłoni.

Po powro­cie do domu pijemy her­batę, a Olly zwija się obok Arthura na sofie; widzę, że Arthur zamie­rza się zdrzem­nąć. To przez świeże powie­trze. Patrzę na nich ze swo­jego fotela przy oknie, kiedy usta Arthura otwie­rają się nie­znacz­nie. Doznaję przy­pływu czu­ło­ści do tego męż­czy­zny, z któ­rym spę­dzi­łam życie. Mogłam tra­fić znacz­nie gorzej. Jest ser­deczny, można na nim pole­gać, no i kocha życie; pozwo­liło nam to kil­ka­krot­nie utrzy­mać się na powierzchni. Bo zda­rzały się trudne lata. Zawsze zda­rzają się trudne lata w tak dłu­gim mał­żeń­stwie. To nie­unik­nione. Jedyne, co możesz zro­bić, to żywić nadzieję, że masz kogoś, komu zależy dosta­tecz­nie, by prze­trwać je z tobą.

Siłą rze­czy zasta­na­wiam się jed­nak… a gdyby się oże­nił z Joan Jen­kins? Sam powie­dział, że się w nim durzyła, i wydaje się to praw­do­po­dobne, sadząc po tym, jak patrzyła na niego tego ranka, po tylu latach. Joan, która uwa­żała, że nie pasu­jemy do sie­bie i która miała rację pod wie­loma wzglę­dami. Joan, która mogła dać mu dzieci, tak przez niego upra­gnione. Mogła być dla niego pocie­chą i praw­dziwą towa­rzyszką w jego ostat­nich latach, nie zaś kimś, kto zawsze go przed czymś powstrzy­muje. Mogła być, mówiąc pro­sto, lep­szym wybo­rem.

Kiedy mnie popro­sił, bym została jego żoną, sto­jąc na rogu ulicy po pierw­szej potań­cówce, na którą się wybra­łam po śmierci Billa, gdy przy­ga­sało świa­tło, a w jego oczach malo­wał się strach, nie myśla­łam o tym, co by się stało, gdy­bym odmó­wiła. Ale może powin­nam była to zro­bić. Ponie­waż to, co jawiło mi się jako zła­ma­nie mu serca, mogło w rze­czy­wi­sto­ści być jego uwol­nie­niem, wska­za­niem ścieżki, na któ­rej zna­la­złby dziew­czynę odpo­wied­nią dla niego. Joan Jen­kins czy kogoś, kogo jesz­cze nie poznał. Gdy się zgo­dzi­łam, choć w głębi mojej duszy roz­le­gał się krzyk sprze­ciwu, uwa­ża­łam, że to naj­lep­sze, co mogę dla niego uczy­nić. Teraz jed­nak nie jestem już taka pewna.

Budzi się po pół­go­dzi­nie i potrząsa głową w ten zabawny spo­sób, co zwy­kle robi, jakby chcąc się pozbyć resz­tek snu.

− Lepiej wypro­wa­dzę tego tu na spa­cer, dobra? Chodź, psie.

Nie pyta, czy chcę mu towa­rzy­szyć. Wie, że jedna wycieczka w ciągu dnia mi wystar­cza. Biorę swoją książkę i na godzinę wkra­czam w życie kogoś innego, mło­dego, boga­tego i peł­nego ener­gii. Zawsze to kocha­łam, jeśli cho­dzi o czy­ta­nie. Moż­li­wość doświad­cza­nia innego czasu i miej­sca, ale przede wszyst­kim szansę bycia cał­ko­wi­cie inną osobą. Taką, która jest odważ­niej­sza, która wie, czego chce, i sięga po to, nie prze­pra­sza­jąc za nic, albo taką, która niczego nie żałuje. Jak ina­czej wyglą­da­łoby moje życie, gdy­bym była inną osobą?

Potem wraca, trzy­ma­jąc się za pierś, jego twarz jest pozba­wiona jakie­go­kol­wiek żywego koloru.

− Arthur? – Wstaję z fotela. – Co się dzieje? Mam wezwać leka­rza?

− Nie, nie – odpo­wiada. – Muszę tylko zła­pać oddech.

Pro­wa­dzę go na sofę, na któ­rej siada. Jestem prze­ra­żona, nie wiem, co robić. To jeden z powo­dów, dla któ­rych była­bym okropną matką. Nie mam poję­cia, jak się zacho­wać, gdy dzieje się coś nie­spo­dzie­wa­nego.

− Dobrze się czu­jesz? – pytam po dwóch minu­tach.

Olly sie­dzi u stóp Arthura, czujny, smycz ma wciąż zapiętą.

− Źle się poczu­łem, to wszystko. Może nie­straw­ność. Teraz już jest w porządku, Mabel. W porządku.

Trzęsę się nad nim. Daję mu gazetę do poczy­ta­nia, a sama zaj­muję się obia­dem, przy­kry­wam jego kolana mięk­kim kocem. Kiedy jest się mło­dym, a jedno z was jest chore, wiesz, że to praw­do­po­dob­nie nic poważ­nego. Ale w naszym wieku każdy objaw potrafi wzbu­dzić prze­ra­że­nie. Od lat roz­ma­wiamy o tym, jak chcie­li­by­śmy umrzeć. Przy­pusz­czam, że robi tak więk­szość ludzi. Odejść szybko, jeśli to w ogóle moż­liwe. Z god­no­ścią i nie­tknię­tym umy­słem. Lecz czło­wiek jest w tym przy­padku pozba­wiony wyboru, prawda?

Zawsze uwa­ża­łam, że odejdę pierw­sza. Nie bar­dzo wiem dla­czego. Po jakimś cza­sie funk­cjo­no­wałby świet­nie beze mnie. Wiem, że byłby zroz­pa­czony, ale otrzą­snąłby się z tego. Radzi sobie w kuchni i ma mnó­stwo przy­ja­ciół, tuż przy boku. Ale ja, bez niego? Nie jestem pewna, czy wie­dzia­ła­bym, jak żyć dalej. Chyba zapo­mi­na­ła­bym zjeść lunch czy wstać z łóżka, gdyby mnie do tego nie nakła­niał.

− Chcesz tej zapie­kanki? – pytam. – Czy nie masz ochoty na jedze­nie?

Pod­grza­łam wszystko, ugo­to­wa­łam też tro­chę mar­che­wek i zie­lo­nej fasolki; zapach docie­ra­jący z kuchni jest inten­sywny i tre­ściwy.

Arthur poja­wia się w drzwiach.

− Nie­wielki kawa­łek, jeśli mogę pro­sić.

To nie w jego stylu. Zawsze nakłada sobie kopia­sty talerz, jeśli coś lubi, a niczego nie lubi tak bar­dzo jak zapie­kanki. Nie­wiele się odzy­wamy w trak­cie jedze­nia. Prze­ży­li­śmy razem tyle posił­ków, takich jak ten, cza­sem przy gra­ją­cym cicho radiu, cza­sem w ciszy. Tego wie­czoru jed­nak cisza zawisa jak cię­żar, a ja nie mogę się docze­kać, kiedy wresz­cie się położę po całym tym dniu i zacznę naza­jutrz od nowa.

Znaj­duję go w ogro­dzie, tuż przed siódmą, na ławce. Sia­dam obok niego i podą­żam za jego spoj­rze­niem.

− Ład­nie jest dzi­siaj – mówi.

Na nie­bie widać ślad różu, który spra­wia, że chmury przy­po­mi­nają watę cukrową. Patrzymy w mil­cze­niu, jak słońce zniża się coraz bar­dziej.

Kiedy leżymy już w łóżku, wyciąga rękę poprzez dzie­lącą nas prze­strzeń, po raz pierw­szy od bar­dzo dłu­giego czasu. Kła­dzie ją na moim udzie.

− To dzi­siej­sze spo­tka­nie z Joan dało mi do myśle­nia – mówi.

No tak. Inna ścieżka, jaką mogło poto­czyć się jego życie, inna żona. Czy rze­czy­wi­ście to powie?

− Ach tak?

− To były dobre czasy, kiedy wciąż żył Bill i mie­li­śmy przy boku Dot, i we czwórkę cho­dzi­li­śmy na tańce. Cie­szę się, że doświad­cza­li­śmy cze­goś takiego.

Czuję w oczach łzy. Mój brat Bill i moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka Dot. Wtedy, gdy tylko śmia­li­śmy się i żar­to­wa­li­śmy, a całe życie było przed nami, my zaś nie przej­mo­wa­li­śmy się tym, czy popeł­nimy błędy albo obie­rzemy nie­wła­ściwą drogę, bo ist­niała wiecz­ność, która pozwa­lała wszystko napra­wić. A potem się dowie­dzie­li­śmy, że wiecz­ność nie ist­nieje, w każ­dym razie nie dla Billa, i wszy­scy poszli­śmy w swoją stronę. Dot znik­nęła, Arthur zaś zapra­gnął się jak naj­szyb­ciej ustat­ko­wać, a ja na to przy­sta­łam.

− Dobre czasy – mówię w ciem­ność, ale sądzę, że on już śpi.

Rozdział trzeci

Już w chwili, gdy się budzę, wiem, że odszedł. Leży na ple­cach, spo­kojny jak zawsze, ale można w powie­trzu wyczuć jakąś zmianę. I wiem, że jeśli go dotknę, będzie zimny. Nie robię więc tego, nie od razu. Wspie­ram się na podusz­kach i roz­ma­wiam z nim, tak jak robi­łam to każ­dego innego ranka. Mówię mu, że spa­łam dobrze, i mam nadzieję, że on też. Scho­dzę nawet na dół zapa­rzyć her­batę.

− Arthu­rze – odzy­wam się, głos mam nieco zdu­szony. – Naprawdę powin­nam była wezwać leka­rza, kiedy zła­pały cię te bóle w klatce pier­sio­wej. Widzia­łam, że coś jest z tobą nie tak. Ale nie robi­łeś zamie­sza­nia. Ni­gdy go nie robi­łeś. To nie w twoim stylu.

Oczy­wi­ście, moje słowa napo­ty­kają mil­cze­nie.

− Wie­dzia­łeś? A jeśli tak, to od jak dawna? Dopiero od wczo­raj czy już od jakie­goś czasu? Czu­łeś, że coś się jakby zapada? Żałuję, że nie powie­dzia­łeś.

Ana­li­zuję to, obra­cam na wszyst­kie strony, wkła­dam pod wewnętrzny mikro­skop. Naprawdę żałuję? Co zro­bi­ła­bym ina­czej, gdyby mi powie­dział, że chyba ma umrzeć? Poca­ło­wa­ła­bym go, przy­tu­liła czy podzię­ko­wała za lata, które mi ofia­ro­wał? Była­bym mniej zgryź­liwa, oka­zy­wała wię­cej cier­pli­wo­ści? Ni­gdy się już nie dowiem.

Kiedy go dotknę i się upew­nię, będę musiała gdzieś zadzwo­nić, a świat wtar­gnie tu bru­tal­nie. Więc zwle­kam z tym jesz­cze przez pół godziny. Ja i Arthur, ja popi­ja­jąca z nim her­batę w łóżku. Naszą ostat­nią. Przez tyle lat byli­śmy tylko my dwoje. Ludzie nie­wiele mówią o mał­żeń­stwach bez dzieci, o ich inten­syw­no­ści. Nikogo w domu, kto mógłby funk­cjo­no­wać jako bufor, zmu­szać do rozejmu po kłótni. Był czas, gdy się wyda­wało, że wszy­scy, któ­rych znam, mają dzieci, a potem stra­ci­łam ich na rzecz tego życia. To nie jest coś dla bojaź­li­wych – rodzi­ciel­stwo. Całe lata tro­ski i uwagi. I był Arthur i ja, wciąż tylko my. Zawsze tylko my.

Kiedy zmarł Bill, było to cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo obec­nej chwili. Mama go zna­la­zła zim­nego w łóżku pew­nego nie­dziel­nego poranka; miał dwa­dzie­ścia pięć lat. Krzy­czała bez końca. Poszłam na górę spraw­dzić, co się stało, myśla­łam, że kot przy­niósł mysz do domu czy coś w tym rodzaju. Stała tam, w jego sypialni, i gdy na niego spoj­rza­łam, nie dostrze­głam w jego twa­rzy niczego, i też zaczę­łam krzy­czeć. Było to bru­talne, dru­zgo­cące. Jak to w przy­padku śmierci kogoś mło­dego. Lecz Arthur miał swoje życie, dłu­gie i na ogół udane. Zawsze mówił, że uważa się za szczę­ścia­rza, miesz­ka­jąc w bez­piecz­nym kraju i mając dach nad głową. Nie miał pre­ten­sji o to, czego mu nie dałam. O dzieci, któ­rych nie miał szansy poznać. A jeśli miał pre­ten­sje, to ich nie zdra­dzał.

− Osiem­dzie­siąt dzie­więć lat. To dobry wiek. I wciąż byłeś sobą, do samego końca, prawda? Żad­nych luk w pamięci, zagu­bie­nia, bólu. Na tyle przy­naj­mniej można liczyć, jak mi się wydaje.

Zasta­na­wiam się przez chwilę, czy mnie obser­wuje. Czy patrzy z góry i śmieje się ze mnie, gdy roz­ma­wiam z pustą sko­rupą jego ciała. Czy jest z Bil­lem albo swo­imi rodzi­cami, albo moimi. I to wła­śnie każe mi dzia­łać. Dopi­jam her­batę i zmu­szam się, by poło­żyć cie­płą dłoń na jego zim­nej dłoni. To szok, nawet jeśli wiem, czego się spo­dzie­wać. Już nie przy­po­mina sie­bie.

Kiedy pierw­szy raz trzy­mał mnie za rękę, tań­czy­li­śmy. Bill i Dot poszli na par­kiet, a Arthur spoj­rzał na mnie tro­chę nie­śmiało i pochy­lił głowę w geście zapro­sze­nia, ja zaś odpo­wie­dzia­łam mu tym samym i ruszy­łam ku niemu. Byli­śmy nie­zgrabni, żad­nego wdzięku. Pamię­tam jed­nak cie­pło jego dłoni, jej wiel­kość, pamię­tam, jak moja dłoń się w niej nie­mal zagu­biła, jak pach­niał czy­sto­ścią i pocie­chą, i pamię­tam, że czu­łam się bez­pieczna i chro­niona. Teraz, w tym łóżku, które dzie­li­li­śmy przez tyle lat, nie jest sobą. Odszedł. Jego ciało, które nio­sło go przez bli­sko dzie­więć dekad, spo­czywa bez­u­ży­teczne i puste.

− Och, Arthu­rze – mówię łamią­cym się gło­sem.

Potem scho­dzę na dół i dzwo­nię do przy­chodni, ponie­waż nie wiem, co innego mogła­bym zro­bić, do kogo zate­le­fo­no­wać. Recep­cjo­nistka mówi, że przy­go­tuje doku­menty i przy­śle leka­rza, by wydał akt zgonu, i dodaje, że kiedy już to będzie zała­twione, powin­nam zadzwo­nić do zakładu pogrze­bo­wego i popro­sić, by zabrali ciało; dzię­kuję jej, ale gdy tylko odkła­dam komórkę, zaczy­nam łkać, to nie­po­wstrzy­mane, dła­wiące szlo­chy, które napły­wają upar­cie jak fale. Bo teraz to rze­czy­wi­ście prawda, oni przy­jadą i go zabiorą, i co wtedy zro­bię? Kim bez niego będę?

Wizyta leka­rza prze­biega szybko i posęp­nie. Dok­tor, któ­rego ni­gdy nie widzia­łam. Zawsze się zmie­niają. Wycho­dząc, mówi jak bar­dzo mu przy­kro, a ja kiwam głową w odpo­wie­dzi, nie­pewna wła­snego głosu. Potem biorę iPada, by poszu­kać domów pogrze­bo­wych w Bro­ugh­ton. Są dwa, dzwo­nię do pierw­szego. Męż­czy­zna, z któ­rym roz­ma­wiam, ma miły głos, i mówi, że mogą przy­je­chać po niego za godzinę. Czy to wystar­czy? Nie wiem, co powie­dzieć, bo chcę, żeby Arthura zabrano, i jed­no­cze­śnie chcę go mieć tutaj. Nie mogę znieść myśli o tym, że to ciało, które nie jest już nim, będzie leżało w łóżku na górze dłu­żej niż jest to konieczne, ale nie jestem gotowa być kimś, kto żyje samot­nie. Wdowa. Wzdy­cham i mówię, że godzina będzie w porządku, potem idę na górę powie­dzieć mu o wszyst­kim.

− Ktoś przy­je­dzie, żeby cię zabrać, Arthu­rze – mówię, sia­da­jąc na brzegu łóżka i znów doty­ka­jąc jego dłoni. Nie doty­ka­łam go dosta­tecz­nie czę­sto. Narze­kał na to cza­sem, w tych wcze­snych latach. Że nie jestem bar­dzo uczu­ciowa. Ale wszy­scy się róż­nimy, prawda? I nie zawsze jest łatwo się zmie­nić. Nie narze­kał już od dawna.

Wyczu­wam w powie­trzu nie­znaczną stę­chłość i otwie­ram na oścież okno. Wiatr chwyta zasłonę i porywa jej kra­wę­dzie na zewnątrz. Nie wcią­gam jej z powro­tem.

Patrzę na fili­żankę zim­nej her­baty na sto­liku noc­nym, tę, którą mu przy­go­to­wa­łam. Nie mogłam się zmu­sić do tego, by zro­bić tylko jedną. Myślę o tej całej her­ba­cie, którą wypi­li­śmy, o tym, jak zawsze mówił, że przy­go­to­wuję ją per­fek­cyj­nie, jak mu sma­ko­wała, choć ni­gdy nie sta­ra­łam się szcze­gól­nie. Był wdzięczny, pełen uzna­nia. Nie tylko za to, ale w ogóle za wszystko, co dla niego robi­łam. Za to, że zgo­dzi­łam się być jego, jak sądzę.

Poja­wia się znie­nacka wspo­mnie­nie. Oglą­dam je jak film wyświe­tlany pod moimi powie­kami. Byli­śmy po trzy­dzie­stce, a on wciąż spra­wiał wra­że­nie peł­nego nadziei i świe­żo­ści. Goto­wa­li­śmy razem w kuchni naszego pierw­szego domu. On sie­kał pory i cebule ostrym nożem, ja obie­ra­łam ziem­niaki. Radio było włą­czone, pusz­czali jedną miło­sną pio­senkę za drugą. Przez otwarte okno wni­kał lekki wie­trzyk. Odło­żył nóż i umył ręce, potem otarł oczy.

− Cebula? – spy­ta­łam.

Kiw­nął głową. Pod­szedł i sta­nął za mną, oto­czył w talii ramio­nami. A potem poczu­łam na karku jego gorący oddech, i cało­wał mnie, pró­bu­jąc obró­cić mnie ku sobie. Czy wła­śnie go ogar­nęło? To nagłe pożą­da­nie? Pozwo­li­łam się obró­cić, pozwo­li­łam mu cało­wać moje wargi i szyję. Się­gnął do sukienki, zaczął roz­pi­nać guziki.

− Nie tutaj – powie­dzia­łam, sta­ra­jąc się nie­zgrab­nie zapi­nać je z powro­tem.

Był szyb­szy ode mnie, bar­dziej zwinny.

− Tutaj – powie­dział, a jego głos miał w sobie nutę nie­cier­pli­wo­ści.

Nie­mal się roze­śmia­łam.

Jego dło­nie były wszę­dzie, błą­dziły, a ja mogłam myśleć tylko o ziem­nia­kach leżą­cych obok, na wpół obra­nych. Arthur naparł na mnie swoją erek­cją i jęk­nął cicho wprost w moje ucho. Chcia­łam, by prze­stał, ale nic nie powie­dzia­łam, przy­naj­mniej z początku. W radiu roz­brzmiało I Want to Hold Your Hand, po raz pierw­szy usły­sza­łam Beatle­sów i zda­wało się, że nad­cho­dzi jakaś zmiana. Czy też może zdaje mi się tak teraz, kiedy patrzę wstecz? Nie­mal wyta­czam się z tego wspo­mnie­nia, ale nie do końca. Arthur wziął mnie na ręce i zaniósł do salonu, tam poło­żył mnie na sofie, a potem zacią­gnął zasłony.

Byłam naga, nim zdo­ła­łam odzy­skać głos.

− Prze­stań – powie­dzia­łam.

Cof­nął się i popa­trzył na mnie szkli­stymi oczami.

− O co cho­dzi?

Czu­łam się głu­pio, było mi zimno. Się­gnę­łam po sukienkę leżącą na pod­ło­dze i okry­łam się nią.

− Po pro­stu… nie jestem w nastroju – odpar­łam.

Wciąż na mnie patrzył, jakby sta­rał się coś zro­zu­mieć, potem pod­cią­gnął spodnie i znik­nął na górze bez słowa. Kiedy zszedł na dół, byłam ubrana, z powro­tem w kuchni, ziem­niaki gotowe i pokro­jone. Mia­łam nadzieję, że nie poru­szy wia­do­mego tematu.

− Nie możesz odpy­chać mnie cały czas – powie­dział.

− Nie – przy­zna­łam.

Miał rację. Nie mogłam. A jed­nak…

− Kocham cię, Mabel. Jesteś moją żoną. Chcę się z tobą kochać.

− Wiem. Ja… – Co? Co tu mówić? – Prze­pra­szam.

Popa­trzy­łam na niego, drgał mu mię­sień w szczęce. Przez jedną straszną sekundę myśla­łam, że mnie ude­rzy, a potem odzy­ska­łam rozum i przy­po­mnia­łam sobie, że to Arthur i że ni­gdy by tego nie zro­bił.

Myślę o sło­wach, które chcia­łam wypo­wie­dzieć każ­dego dnia spę­dzo­nego razem. Może jego śmierć je zni­we­lo­wała, ale nie. Wciąż we mnie tkwią. Wypo­wie­dzia­ła­bym je teraz, gdy­bym mogła. Byłoby to lep­sze niż nic.

− Kocham cię – mówię.

To prawda z rodzaju tych oso­bli­wych. Nie kocha­łam go na początku, ale z cza­sem się to zmie­niło. Nie była to namiętna miłość, nie taka, o jakiej marzą ludzie i dla jakiej chcą umie­rać; raczej miłość budo­wana powoli, cegiełka po cegiełce. Miłość zro­dzona z wdzięcz­no­ści, dzie­lo­nych smut­ków, ser­decz­no­ści. Był dobrym czło­wie­kiem. Tak dobrym czło­wie­kiem.

Kiedy odzywa się dzwo­nek przy drzwiach, wydaje się, że to za szybko. Mówię mu, dokąd idę, że za chwilę wrócę, ale będą ze mną tamci i go zabiorą. Wiem, że go tam nie ma, ale nie mogę się powstrzy­mać przed komen­ta­rzami. Prze­ma­wiam do niego jak do dziecka. Tak jak prze­ma­wia­ła­bym do dziecka.

− Jestem tu, Arthu­rze – mówię mu. – Nie zapo­mi­naj.

Dwaj męż­czyźni, obaj po trzy­dzie­stce, jak oce­niam. Przed­sta­wiają się jako Steve i Mark. Jeden wysoki i szczu­pły, drugi niski i tęgi, jak w jakimś nume­rze kome­dio­wym. Są grzeczni, pełni sza­cunku. Mówią, jak bar­dzo jest im przy­kro. To ich praca, a oni dobrze ją wyko­nują. Nie potra­fię sobie jed­nak wyobra­zić, jak ktoś mógłby się zde­cy­do­wać na coś takiego. Jakim cudem mogłoby to zna­leźć się na czy­jejś liście pożą­da­nych zawo­dów. Może się nie znaj­duje. Może tra­fia się tam przy­pad­kowo, a potem nie ma już wyj­ścia.

Sta­ram się czymś zająć, przy­go­to­wu­jąc im her­batę, choć mówią mi, żebym nie robiła sobie kło­potu. Znaj­duję w szafce kilka her­bat­ni­ków. Kiedy są już gotowi, by go zabrać, pytają, czy chcia­ła­bym się z nim poże­gnać, i zostają na dole, żeby napić się her­baty i zapew­nić mi odro­binę pry­wat­no­ści.

Poko­na­nie scho­dów przy­po­mina gar­gan­tu­iczny wysi­łek, ale gra­molę się upar­cie. Wcho­dzę do pokoju. Czy kie­dy­kol­wiek będę tu wcho­dzić, nie myśląc o ciele leżą­cym na łóżku? Czy kie­dy­kol­wiek jesz­cze pomy­ślę o tym pokoju jako naszej sypialni – albo swo­jej? Nie chcę się wypro­wa­dzać, ale nie chcę też być prze­śla­do­wana tym wspo­mnie­niem.

− Już czas – mówię. – Zajmą się tobą. Polu­bisz ich. Są ele­gancko ubrani i sta­ran­nie ogo­leni.

Wszystko to wydaje się zbyt szyb­kie, po tym oszczęd­nym zuży­wa­niu lat, które wspól­nie prze­ży­li­śmy. Żegnać się w ten spo­sób, kiedy led­wie wczo­raj kupo­wa­li­śmy owoce. W kuchni, w misce spo­czywa mango, które ni­gdy nie zosta­nie zje­dzone. Zosta­wię je tam, by zgniło, a potem je wyrzucę. Czy zdą­żymy go do tej pory pocho­wać? Czy pora­dzę sobie? Nachy­lam się, całuję go w czoło.

− To były dobre dni – mówię szep­tem, powta­rza­jąc jak echo naszą wcze­śniej­szą roz­mowę. – Tak wiele dobrych dni.

Wra­cam na dół i mówię im, że jestem gotowa, i zostaję na tyłach domu, w kuchni, kiedy go wyno­szą. Jeden z nich wziął her­bat­nik, pozo­stało kilka okru­chów, biorę więc ścierkę i je zmia­tam. Jest parę spraw do zała­twie­nia; zosta­wiają mi małą teczkę z róż­nymi for­mu­la­rzami i ulot­kami, ale teraz nie jestem w sta­nie się tym zająć. Mogę myśleć tylko o dwóch rze­czach; to dwie odrębne myśli, jedna, potem druga, potem znowu pierw­sza.

Ni­gdy nie powin­nam była za niego wycho­dzić.

Jestem zdana na wła­sne siły.

Rozdział czwarty

Jest ciszej po ich wyj­ściu, a ja nie wiem, co ze sobą robić. Czuję się nie­spo­kojna, nie potra­fię zna­leźć sobie miej­sca. Czy to adre­na­lina? Wysu­wam szu­flady, patrzę na jego slipki i skar­pety, wszystko sta­ran­nie poukła­dane. Widzę go, jak tu stoi, na moim miej­scu, wybie­ra­jąc skar­pety z szu­flady, i kła­dzie prawą dłoń na komo­dzie, potem wyciąga lewą, a potem znów prawą. Jak to moż­liwe, że ni­gdy wię­cej nie zoba­czę, jak to robi?

Wciąż mam na sobie koszulę nocną i kap­cie; kusi mnie, by wsu­nąć się pod koł­drą, ale boję się tro­chę wejść do łóżka, w któ­rym umarł. Nie wie­rzę w klą­twy, duchy czy cokol­wiek w tym rodzaju, ale myśl, że położę się tam, gdzie umarł, przy­pra­wia mnie o dreszcz, więc idę do pokoju gościn­nego, urzą­dzo­nego z myślą o zna­jo­mych, któ­rzy tak naprawdę ni­gdy się nie zja­wili, gdy stało się jasne, że nie będzie pokoju dzie­cię­cego. Lecz nie. To też nie jest słuszne. Biorę głę­boki oddech i wra­cam do naszej sypialni, potem staję w nogach łóżka. Krótko po naszym ślu­bie odby­li­śmy roz­mowę o tym frag­men­cie przy­sięgi mał­żeń­skiej, który mówi o dzie­le­niu się wszyst­kim. Arthur powie­dział, że chce, byśmy wszyst­kim się dzie­lili, że nie chce, by coś było tylko jego albo tylko moje. Powie­dzia­łam, że to nie­mą­dre, że zawsze będzie coś, co należy tylko do jed­nego z nas, i gdy popro­sił o przy­kład, wspo­mnia­łam o stro­nach łóżka.

− Zamie­niajmy się.

− Co?

− Co kilka tygo­dni czy mie­sięcy będziemy zamie­niać się stro­nami, po któ­rych śpimy.

I tak robi­li­śmy. Co pół roku prze­wra­ca­li­śmy mate­rac na drugą stronę, ponie­waż tak zawsze robiła moja matka, a Arthur zabie­rał moją książkę i krem na noc ze sto­lika i wymie­niał je na swoje dro­bia­zgi. Zasta­na­wiam się, czy już zawsze będę spała po jed­nej stro­nie, skoro zmarł po dru­giej. Kładę się do łóżka i zapa­dam w tak głę­boki sen, że prze­bu­dze­nie się z niego przy­po­mina ponowne naro­dziny. Arthur mi się nie śnił. Ten sen był niczym czarna dziura i jest to jakaś pocie­cha.

Scho­dzę na dół i dostrze­gam to. Świ­stek papieru na pod­ło­dze, obok stołu. Się­gam po niego i gdy widzę cha­rak­ter pisma Arthura, doznaję wstrząsu. Ta kar­teczka jest wyrwana z koło­no­tat­nika, który trzy­ma­li­śmy pod ręką z prze­zna­cze­niem na jego nie­koń­czące się listy, a wzdłuż gór­nej linijki nakre­ślił ołów­kiem: „Znajdź D”. Czy to jest coś nowego, ta notka? Ostat­nia lista Arthura. Nie­mal wybu­cham śmie­chem. Potem wysu­wam sobie krze­sło i sia­dam. „Znajdź D”. Co to zna­czy?

„Znajdź D”. Może to być wia­do­mość dla mnie albo coś, co napi­sał dla sie­bie. Czy D to osoba, czy rzecz? A jeśli to dru­gie, to dla­czego napi­sane wielką literą?

Olly sadowi się pod moimi sto­pami, nie­mal mnie prze­wraca, więc ujmuję jego pysk w dło­nie. Nie podoba mu się to, pró­buje się ode mnie uwol­nić.

− Cho­dzi o Arthura – mówię, a on prze­chyla łeb w jedną stronę. – Odszedł na dobre. Przy­kro mi. Wiem, jak bar­dzo go kocha­łeś.

Nie spo­sób się zorien­to­wać, ile z tego rozu­mie, ale odsuwa się ode mnie i zmie­rza w stronę kąta pokoju. Zwija się tam w kłę­bek, jakby pra­gnął być sam. Jest to być może pierw­szy dzień, odkąd jest w naszym domu, kiedy nie wyj­dzie na spa­cer. Arthur wypro­wa­dzał go w każdą pogodę, nawet gdy nie czuł się dobrze.

− Polega na nas – powie­dział kie­dyś. – Nie ma nikogo innego.

A teraz ma tylko mnie. Kogoś, kim ni­gdy się zbyt­nio nie inte­re­so­wał.

Stoję obok czaj­nika, cze­ka­jąc na cichy dźwięk gwizdka, gdy nagle przy­cho­dzi mi do głowy Dot. Czy o nią mu cho­dziło – znajdź Dot? A jeśli tak, to dla­czego kazał mi się tego domy­ślać, nie pisząc jej peł­nego imie­nia? Czy coś mu prze­szko­dziło w trak­cie pisa­nia? Pró­buję sobie przy­po­mnieć ludzi, któ­rych znamy, a któ­rych imiona też zaczy­nają się na literę D, ale bez­sku­tecz­nie. „Znajdź D”. Powta­rzam to w myślach, raz za razem, jakby dzięki temu miało się wyło­nić zna­cze­nie, niczym słońce zza chmury.

Wspo­mniał o Dot, kiedy byli­śmy na targu, i potem znowu, zeszłego wie­czoru, po raz pierw­szy od lat. Przy­wo­ły­wał dni, które spę­dza­li­śmy razem, we czworo. Czy to ją mógł mieć na myśli? Czy wie­dział, że umiera, i chciał zasu­ge­ro­wać, bym odszu­kała swoją przy­ja­ciółkę, gdy już go nie będzie? Czy udzie­lał mi pozwo­le­nia? Choć, wła­ści­wie, dla­czego mia­ła­bym go potrze­bo­wać?

Cza­sem gubię się, jeśli cho­dzi o znik­nię­cie Dot. Myślę, że było to tuż po śmierci Billa, ale w rze­czy­wi­sto­ści upły­nął jesz­cze rok. Umknął mi w więk­szo­ści z powodu żalu, ale ona była stale obecna, odwie­dzała nasz dom, spraw­dzała, jak sobie radzimy, ja i matka. Mama postrze­gała ją jako córkę, tak bar­dzo prze­ko­nana, że ona i Bill się pobiorą. Cza­sem Dot przy­no­siła kwiaty. Tuli­pany albo goź­dziki. Matka stała przy szafce kuchen­nej, obci­nała końce ich łodyg, a potem ukła­dała je w wazo­nie, i mówiła, jak tro­skliwa jest Dot, jak bar­dzo ją ceni.

W rze­czy­wi­sto­ści znik­nęła tuż przed moim ślu­bem. Nie popro­si­łam jej jesz­cze, by była moją druhną, ale praw­do­po­dob­nie rozu­miało się to samo przez się. Czy trudno było jej patrzeć, jak przy­go­to­wuję się do wyj­ścia za mąż, kiedy prze­cież wszy­scy sądzili, że to ona będzie pierw­sza? Czy może cho­dziło o coś wię­cej? Czy miała jakiś powód, dla któ­rego nie chciała, by ślub się odbył?

Spo­ty­ka­łam ją na rogu Hal­fpenny Street i szły­śmy razem do pracy w biu­rze maszy­ni­stek; potem, pew­nej środy, już jej nie było. Zda­rzało się tak cza­sem, jeśli któ­raś z nas zła­pała prze­zię­bie­nie albo cier­piała na sen­sa­cje żołąd­kowe, więc poszłam dalej sama, nie zasta­na­wia­jąc się nawet nad tym. Lecz gdy dotar­łam do pracy, na miej­scu Dot sie­działa nowa dziew­czyna, szep­tano też, że już nie wróci. Uwa­ża­łam, że to śmieszne, po pro­stu plotka. Dot leży pew­nie w łóżku z miską roz­grze­wa­ją­cego rosołu na tacy, z zaczer­wie­nio­nym nosem i obo­la­łym gar­dłem.

Przed koń­cem swo­jej zmiany byłam już zmę­czona i głodna. Ale zaj­rza­łam do niej w dro­dze do domu, tak dla spo­koju sumie­nia. Dowie­dzieć się, czy przyj­dzie naza­jutrz i czy powin­nam cze­kać na rogu jak zawsze. Ale drzwi otwo­rzyła mi jej matka i powie­działa, że Dot wyje­chała.

− Wyje­chała? – spy­ta­łam. – Dokąd?

− Do Lon­dynu.

Matka Dot, Irene, była drobną, chudą kobietą, ale nie dawała sobie w kaszę dmu­chać. Sły­nęła z tego, że przy­cho­dziła do pubu i wycią­gała stam­tąd swo­jego męża za włosy. Stała na progu z zacię­tym wyra­zem twa­rzy, nie zapra­sza­jąc mnie do środka.

− Ale chyba by mnie uprze­dziła – powie­dzia­łam.

Irene wzru­szyła ramio­nami, co wydało się nie­uprzejme.

− Zde­cy­do­wała w ostat­niej chwili – wyja­śniła. – Mam tam sio­strę. Spy­tała, czy Dot zechce do niej przy­je­chać i zostać.

− Więc to waka­cje?

− Nie, to nie waka­cje. Zamie­rza urzą­dzić tam sobie życie. Zna­leźć pracę. Zawsze lubiła to mia­sto.

Cho­dzi­ły­śmy razem po polach, zbie­ra­ły­śmy kwiaty, żeby wpi­nać je we włosy. Czy oka­zała się w końcu miej­ską dziew­czyną? Było coś, jak muszę przy­znać, jakaś tęsk­nota, którą dostrze­ga­łam cza­sem w jej oczach, gdy wyda­wało jej się, że aku­rat nie patrzę, ale zawsze sądzi­łam, że cho­dzi o miłość. O Billa. Czy jed­nak cho­dziło o utknię­cie w nie­wła­ści­wym miej­scu, w życiu, które wyda­wało się zbyt cia­sne? Które jej nie odpo­wia­dało?

Jakiś tydzień póź­niej znowu poszłam do jej daw­nego domu i popro­si­łam o adres, żeby móc do niej napi­sać. Irene się boczyła, ale w końcu dała mi ten adres, a ja tego wie­czoru napi­sa­łam długi list, prze­ka­zu­jąc Dot wszystko, co ją omi­nęło. Że Elsie Jacks została wylana z pracy za pokątne pale­nie w toa­le­cie, że moja kuzynka Mar­ga­ret uro­dziła dziecko, a ja mia­łam nadzieję dostać tydzień wol­nego, żeby pomóc jej w tych pierw­szych dniach macie­rzyń­stwa. Że z matką jest już lepiej, że znów zaczyna nucić i pogwiz­dy­wać, cho­dząc po domu po raz pierw­szy od śmierci Billa. Nie napi­sa­łam, że za nią tęsk­nię, ale to prze­sła­nie pobrzmie­wało pod powierzch­nią słów, mię­dzy wier­szami. Nakle­iłam zna­czek na kopertę i nada­łam list naza­jutrz rano. I ni­gdy nie docze­ka­łam się odpo­wie­dzi.

Nie pod­da­wa­łam się jed­nak. Napi­sa­łam do niej jesz­cze trzy albo cztery razy. Upły­nęły tygo­dnie, nim prze­sta­łam spraw­dzać rano pocztę, pewna, że coś do mnie przy­szło. Powin­nam dać jej dobit­niej do zro­zu­mie­nia, jak głę­boką wyrwę uczy­niła w moim życiu? Czy spra­wi­łoby to jakąś róż­nicę? Roz­ma­wia­łam z Arthu­rem o tym, żeby ją odszu­kać, kiedy jesz­cze wyda­wało się to moż­liwe, wsiąść po pro­stu do pociągu i zna­leźć ją, ale Arthur zawsze był temu zde­cy­do­wa­nie prze­ciwny. Powie­dział, że to była jej decy­zja, jeśli cho­dzi o wyjazd i brak odpo­wie­dzi na moje listy, i że powin­ni­śmy dać jej spo­kój. Zawsze się zasta­na­wia­łam, czy ma coś do ukry­cia, coś, co Dot ze sobą zabrała, a on nie chce, by wyszło to na jaw. I teraz, kiedy jest za późno, czy naprawdę zachęca mnie, bym to zro­biła? Czy przy­znaje, że się mylił?

Krążę po domu, nie mogąc sobie zna­leźć miej­sca. Olly też wydaje się zbity z tropu, ale nie pocie­szamy się nawza­jem, bo ni­gdy się nie pocie­sza­li­śmy. Po pro­stu nie wcho­dzimy sobie w drogę. Moje myśli bez reszty zaprzą­tają Arthur, Dot i Bill, także mło­dość i czas, który jawił się jako złoty. Nie, to nie tak. Nie jawił się jako złoty, gdy byli­śmy w nim zanu­rzeni, prawda? Nadaję mu tę barwę dopiero teraz, gdy tak wiele wiem o życiu, bólu i codzien­nym kie­ra­cie. Lecz w jakim stop­niu ten blask doty­czy mło­do­ści i wol­no­ści, a w jakim bli­sko­ści tych ludzi? Nie spo­sób wie­dzieć.

Mam wra­że­nie, że mój umysł dostał zadyszki i zacina się co chwila, idę więc do pokoju na tyłach domu, sia­dam przy stole i znów wpa­truję się w kartkę. „Znajdź D”.

− Powiedz mi, co masz na myśli, Arthu­rze – mówię. – Te słowa to za mało.

Wysu­wam dolną szu­fladę komody, tę, która nale­żała wyłącz­nie do niego. W środku mnó­stwo pude­łek i papie­rów. Zega­rek, który dał mu tata. Spinki do man­kie­tów. Pudełko chu­s­te­czek do nosa, które dostał chyba któ­re­goś roku na gwiazdkę. Czego szu­kam? Cze­go­kol­wiek. Wska­zówki. Wydaje się nie­zbyt praw­do­po­dobne, bym zna­la­zła to wła­śnie tutaj. Skła­dam kar­teczkę i wsu­wam ją do kie­szeni szla­froka, bym mogła rzu­cać na nią okiem, ile­kroć zechcę. Pró­buję o niej zapo­mnieć. Wiem, że tak nie będzie. „Znajdź D”. Powta­rza się to w mojej gło­wie niczym man­tra.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki