32,90 zł
Linda nie potrafi już patrzeć na swoje życie tak jak dawniej. Nie chce rozmawiać z mężem, nie potrafi poprawić relacji z własną córką, a myśl o kolejnym dziecku przynosi tylko lęk.
Nowe życie oznaczałoby, że kobieta musi pogodzić się z tym, co jej się przydarzyło, a ona wciąż chciałaby cofnąć czas, do dni sprzed katastrofy, która na zawsze zmieniła ich rodzinę.
Dopiero po latach przeszłość zaczyna domagać się prawdy, gdy Bea, córka Lindy, dowiaduje się, że sama zostanie matką. Ale zanim powita na świecie kolejne dziecko, chce zrozumieć, co wydarzyło się dwadzieścia pięć lat temu – i dlaczego tamtej rany nikt nigdy nie spróbował naprawdę uleczyć.
Tylko jak naprawić coś, co się rozpadło, jeśli wciąż brakuje najważniejszych elementów układanki?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Tytuł oryginału: Missing Pieces
Korekta: zespół
Copyright © by Laura Pearson, 2018 All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Agata Olszak, 2026 Prawa do przekładu zostały pozyskane za pośrednictwem Vicki Satlow Literary Agency oraz Book/Lab Literary Agency Copyright © for this edition by Dressler Dublin Sp. z o.o., 2026
Producent Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: sekretariat@dressler.com.pl tel. +48 22 733 50 00 www.dressler.com.pl
Dane do kontaktu Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 e-mail: biuro@swiatksiazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydawnictwoswiatksiazki.pl
Warszawa 2026
Księgarnie internetowe: swiatksiazki.pl, ksiazki.pl, czytam.pl
Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. +48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-68872-25-5
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Ta książka jest dla Paula, który ani razu nie powiedział:„Dlaczego nie wybierzesz sobie łatwiejszego hobby?”.Ani, co ważniejsze, nigdy nie nazwał mojego pisania hobby, skoro jest to zdecydowanie bardziej obsesja.
5 sierpnia 1985 – 21 dni później
Trumna była za mała. Za mała, by pomieścić to, co było w środku nie tylko ciało Phoebe, lecz także dużą część Lindy.
W domu pogrzebowym jakiś mężczyzna dotknął ramienia Lindy i zapytał łagodnie, czy chce zobaczyć Phoebe. I nawet gdy kiwała głową, już wiedziała, że to błąd.
– Jesteś pewna? – zapytał Tom.
Linda wiedziała, że tej decyzji nie da się cofnąć. Wiedziała instynktownie, że się myli. Wiedziała, że później będzie żałować, że zobaczyła córkę w takim stanie, bo bez względu na to, jak spokojnie wyglądała, nadal jej już nie było. Wiedziała, że wspomnienie tego, jak leży tam, otoczona jedwabiem i ubrana zbyt nieskazitelnie, będzie zakłócać wspomnienia Phoebe śmiejącej się i biegającej. Żywej. A jednak pokiwała głową i poszła za mężczyzną korytarzem w stronę życia pełnego żalu.
Linda odwróciła się jeszcze raz i spojrzała na Toma i Esme. Stali nieruchomo, trzymając się za ręce, z pochylonymi ciemnymi głowami. Grzywka Esme wymagała podcięcia; zakrywała jej brwi, a gdy dziewczynka patrzyła w dół na gruby dywan – także oczy. To jest moja rodzina, pomyślała Linda. To jest to, co zostało z mojej rodziny. Potem spojrzała na swój nabrzmiały brzuch, dotknęła go, gdy dziecko w jej łonie przewróciło się jak ryba, i nie poczuła nic.
Kiedy dotarli do pokoju, mężczyzna powiedział jej, żeby została tak długo, jak potrzebuje. Otworzył drzwi, a potem zniknął w korytarzu jak duch. A Linda powoli podeszła do trumny i zajrzała do środka, patrząc na dziewczynkę, która nie mogła być Phoebe. Która była zbyt mała, zbyt nieruchoma i zbyt cicha, by być Phoebe.
I Linda poczuła, że chciałaby wejść do środka, zwinąć się przy córce i zasnąć. Ale trumna była za mała.
13 sierpnia 1985 – 29 dni później
Linda położyła dłonie na swoim zaokrąglonym brzuchu i splotła palce. Tom siedział obok niej w surowej, białej poczekalni, i żadne z nich nie sięgnęło po magazyn, żadne z nich się nie odezwało. Recepcjonistka jadła lunch, a zapach jej kanapek z jajkiem przyprawiał Lindę o mdłości. Rozplotła palce i zacisnęła dłonie na bokach krzesła, starając się przeczekać falę nudności. Obie córki urodziła w tym szpitalu, siedziała w tej zimnej poczekalni, czekając na liczne badania. Tego dnia jednak panował tu zaduch. Pomyślała o tym, żeby wstać i otworzyć okno. Podniosła swoje gęste włosy znad karku i zaczęła szukać w torebce gumki, żeby je związać.
Kiedy wywołano jej nazwisko, Linda wstała. Tom wyciągnął rękę, żeby ją ujęła, ale ona jej nie chwyciła. Opuścił więc dłoń i poszedł za nią korytarzem. Gdy weszli do gabinetu, lekarz wstał i obdarzył ich uprzejmym uśmiechem.
– Jestem doktor Thomas – powiedział.
– Był pan przy narodzinach Phoebe – odparła Linda. – Pamiętam.
Uśmiechnął się znowu, ale ani tego nie potwierdził, ani nie zaprzeczył. Widział setki dzieci przychodzących na świat, powiedziała sobie Linda. Nie pamiętałby akurat jej dziecka. Usiadła na niewygodnym, niebieskim plastikowym krześle i założyła nogę na nogę. Nie mogła patrzeć na doktora Thomasa i nie mogła patrzeć na Toma, więc utkwiła wzrok w abstrakcyjnym obrazie wiszącym na ścianie po lewej stronie głowy lekarza. Za każdym razem, gdy mrugała, zamykała oczy, próbując zignorować silny zapach amoniaku unoszący się w powietrzu.
– Słyszałem o waszej córce. Bardzo mi przykro.
Linda chciała zapytać, dlaczego nie wypowiedział imienia Phoebe.
– Dziękujemy – powiedział Tom. – To był dla nas bardzo trudny czas.
Od śmierci Phoebe niemal wszystko, co mówili ludzie, wydawało się Lindzie absurdalne. Miała ochotę potrząsnąć Tomem, jakoś go ukarać za to, że tak spłycał ich ból.
– Oczywiście – powiedział doktor Thomas. – Dlatego zaprosiliśmy państwa dziś na kolejne badanie. Stres po czymś takim może być bardzo trudny dla dziecka. Chcemy tylko sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Proszę się jednak nie martwić, jestem pewien, że będzie dobrze. A teraz, Lindo, czy mogłaby pani położyć się na łóżku?
Linda zrobiła, co jej kazano. Kiedy podciągnęła nogi, papier przykrywający łóżko trochę się rozdarł i w ciszy gabinetu zabrzmiało to bardzo głośno. Sześć tygodni wcześniej byli tu na badaniu w dwudziestym tygodniu ciąży. Esme i Phoebe opiekowała się wtedy Maud, ich sąsiadka z naprzeciwka. Tom zamknął swoją księgarnię podróżniczą, pojechali do szpitala, a Linda czuła w gardle ścisk podniecenia – taki sam jak w dniu, kiedy uciekli od swoich rodzin, gdy Esme rosła jeszcze w jej brzuchu. W drodze na wizytę Tom podkręcił radio i śpiewali razem, przy otwartych oknach samochodu, a wiatr rozwiewał ciemne włosy Lindy.
Trudno było pogodzić to wspomnienie z pytaniem, które nie dawało jej spokoju. Z pytaniem, które pojawiło się w jej głowie, gotowe do wypowiedzenia, kilka nocy wcześniej, i które teraz podnosiło się w jej gardle jak żółć.
– Doktorze Thomas?
Odwrócił się do niej i po raz pierwszy spojrzała mu w oczy.
– Tak, Lindo?
– Czy jest już za późno na aborcję?
Linda usłyszała, jak Tom gwałtownie wciąga powietrze, i zobaczyła błysk szoku, który doktor Thomas próbował ukryć. Nie zamierzała się wycofać ani odwołać swoich słów. Jak mogłaby? Jak można oczekiwać, że urodzi to nowe dziecko i je pokocha, skoro miłość do Phoebe doprowadziła ją do tego miejsca? Skoro ledwie potrafi zajmować się swoją drugą córką, ledwie potrafi spojrzeć Esme w oczy?
Doktor Thomas odchrząknął i ten dźwięk przywołał Lindę z powrotem do gabinetu. Spojrzała na Toma. Patrzył na nią tak, jakby jej do końca nie poznawał. Mrużył lekko oczy, jakby próbował sobie przypomnieć, czy już gdzieś ją widział.
– Jest za późno – powiedział doktor Thomas. – Ale jeśli uważa pani, że nie będzie w stanie zaopiekować się tym dzieckiem, są różne możliwości, o których możemy porozmawiać.
– Adopcja? – zapytała Linda.
Linda rozważyła to przez chwilę. Przejść przez poród, poczuć, jak dziecko wychodzi z niej niczym cud, a potem oddać je komuś innemu. Czy mogłaby je najpierw przytulić? Czy powiedzieliby jej, jakiej jest płci, czy pozwoliliby jej pomyśleć nad imieniem? Nie – zdecydowała. Ta możliwość nie była dla niej. Zanim jednak zdążyła coś powiedzieć, Tom odezwał się za nich oboje.
– Nie – odparł cicho, ale stanowczo. – Urodzimy to dziecko i je zatrzymamy.
– Zróbmy badanie – powiedział doktor Thomas. – A potem jeszcze porozmawiamy.
Rozsmarował zimny żel na brzuchu Lindy i prawie się roześmiała z powodu łaskotek. Czekała, aż usłyszy to, co już wiedziała: że z dzieckiem wszystko w porządku. Wiedziała, że Tom się martwi, że jej żałoba, brak apetytu i bezsenność mogły zaszkodzić dziecku. Ale czuła, jak się porusza, obraca, napiera. A poza tym to dziecko było częścią niej i była pewna, że natychmiast by wiedziała, gdyby coś było nie tak. Tak jak tamtej nocy wiedziała, że coś stało się z Phoebe.
Dlatego gdy na ekranie pojawił się obraz i doktor Thomas powiedział, że serce bije mocno, Linda nie była zaskoczona. Zobaczyła jednak Toma – zobaczyła, jak jego dłoń powędrowała do ust z czystej ulgi, zobaczyła miłość w jego oczach, gotowość i oczekiwanie. Dla niego było to w pewnym sensie prostsze.
Mimo że doktor Thomas powiedział, że jest już za późno, Linda wiedziała, że istnieją sposoby, by pozbyć się dziecka. Sposoby, z których kobiety korzystały od wieków. Bolesne i niebezpieczne, ale możliwe. Nie zrobiłaby jednak tego – przez wzgląd na Toma. Zamknęła na chwilę oczy, próbując wyobrazić sobie, że znów jest matką noworodka. Próbując wyobrazić sobie, że znów są czteroosobową rodziną. Ale to nie wydawało się właściwe, skoro Phoebe nie było wśród nich.
– Cóż – powiedział doktor Thomas – wszystko wygląda dobrze. Proszę znowu usiąść przy moim biurku, kiedy będzie pani gotowa.
Starł żel z brzucha Lindy, a ona poprawiła ubranie, podniosła się z łóżka. Tom poczekał, aż będzie gotowa. Kiedy wstała, położył dłoń na jej plecach i poprowadził kilka kroków do krzesła. Linda spodziewała się wykładu, pouczenia o tym, jak przez to przejdzie. Jak przechodziły przez to inne kobiety. Nie wiecie, chciała krzyknąć. Chciała otworzyć drzwi i pozwolić, by jej głos odbijał się echem w pustym białym korytarzu. Żadne z was nie wie.
– Chciałbym, żeby państwo rozważyli terapię – powiedział doktor Thomas.
– To niczego nie zmieni – powiedziała Linda.
– Samej sytuacji nie, to prawda. Ale naprawdę myślę, że mogłoby pomóc państwu się z nią pogodzić. Zaakceptować to, co się wydarzyło, i zacząć iść dalej. Nie proszę o decyzję dziś. Proszę tylko o tym pomyśleć.
Linda wzięła ulotki, które jej podał, i wstała, gotowa wyjść. Gdy była już przy drzwiach, poczuła oddech Toma na karku i przez moment było jej przykro, że wychodzą razem. Że będą musieli znieść podróż samochodem do domu, potem wieczór, a potem kolejne dni i tygodnie w tym zbyt pustym domu, z jej słowami wiszącymi w powietrzu jak groźba.
Tom odezwał się dopiero, gdy siedział już za kierownicą z zapiętym pasem. Starannie wycofał samochód z miejsca parkingowego, a Linda obserwowała go, czekając na oskarżenia i wyrzuty. Ten mężczyzna, którego wybrała, był przystojny. Miał wyrazisty profil. Oboje byli jeszcze młodzi – on miał trzydzieści lat, ona dwadzieścia osiem – a jednak w jego schludnych, ciemnych włosach zaczynały pojawiać się drobne pasma siwizny. Kiedyś wspomniał, że może je pofarbować, a ona powiedziała, że lubi je takie, jakie są, a Esme zauważyła, że wygląda, jakby złapała go maleńka śnieżyca, więc zostawił je w spokoju. Tom musiał poczuć wtedy jej spojrzenie, bo zerknął na nią. To jego oczy zauważyła najpierw. W niektórym świetle zielone, w innym szare. Życzliwe, otwarte. Wciąż była w nich dobroć, choć spodziewała się raczej odrazy.
Kiedy Tom w końcu się odezwał, powiedział coś zupełnie innego, niż się spodziewała.
– Rozumiem – powiedział spokojnie. – Ja też ją straciłem. Tylko…
Głos mu się załamał, a Linda patrzyła na jego twarz, widziała, jak oczy zachodzą mu łzami.
– …tylko spróbuj mnie nie odpychać.
– Postaram się – powiedziała Linda, bo chciała dać mu coś innego niż ból.
* * *
Tej nocy, gdy Tom już zasnął, Linda leżała obok niego z otwartymi oczami, wsłuchując się w dobiegające z ulicy odgłosy przechodniów i samochodów. Czasami, jeszcze przed śmiercią Phoebe, budziła się i zastanawiała, jak znalazła się właśnie tutaj – w zwyczajnym bliźniaku na spokojnej ulicy w Southampton, tak daleko od domu. Noc przed tym, jak wyjechali z Tomem z Bolton, siedzieli w jego samochodzie z rozłożoną na kolanach mapą Anglii. Wzrok Lindy przyciągały obrzeża miasta, miejsca położone nad morzem; wskazała na Southampton z uśmiechem. Prawie nic nie wiedziała o tym miejscu. Jej dziadkowie byli tam kiedyś na wakacjach. Stamtąd wypłynął Titanic. Linda wyobrażała sobie rozpadający się dom nad morzem. Ryba z frytkami, spacery po plaży, słone włosy, zasypianie przy szumie fal. A kiedy przyjechali i wszystko wyglądało zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażała, niewiele ją to obchodziło, bo wciąż był to nowy początek, nowe życie. Ale minęła już prawie dekada i ta świeżość dawno wyblakła.
Linda słyszała własny oddech. Patrzyła, jak wskazówki zegara powoli przesuwają się przez kolejne pół godziny, a gdy wybiła pierwsza, ostrożnie usiadła, starając się nie obudzić Toma. Zdjęła z haczyka za drzwiami swój biały bawełniany szlafrok i wyszła z pokoju, jeszcze raz oglądając się, żeby upewnić się, że go nie obudziła. Leżał na boku, oddychał głęboko i spokojnie, z lekko otwartymi ustami.
Nie zapaliła światła w kuchni. Po prawie ośmiu latach w tym domu i dwójce dzieci znała drogę po ciemku. Kuchnia zawsze była jej ulubionym pomieszczeniem. Kiedy przyszli obejrzeć dom, zmęczeni nieudanymi oględzinami i świadomością, że nie stać ich na miejsce, jakie ona naprawdę by wybrała, Linda najpierw poszła do kuchni. Rozejrzała się wtedy: po rysunkach na lodówce przymocowanymi kolorowymi magnesami, po starym sosnowym stole w rogu, wciąż zasypanym okruszkami po śniadaniu. Ściany były pomalowane na jasnożółty kolor, a szafki z jasnego drewna, miejscami były wyszczerbione i porysowane. To było pomieszczenie, w którym rodzina zbiera się na początku i na końcu każdego dnia. I wtedy już Linda wiedziała, że nie ma znaczenia, iż łazienka jest mała, a ogród trochę zaniedbany. To był dom, w którym zamieszka ze swoją rodziną.
Przez chwilę stała przy oknie, patrząc na nieruchomy, ciemny ogród. Był środek sierpnia, późne lato, i choć było jej gorąco, nie była gotowa na zmianę pory roku. Bo gdy to lato się zaczynało, Phoebe jeszcze żyła. I wciąż wydawało się niemożliwe, że odeszła na zawsze.
Linda otworzyła wąską szafkę w rogu pomieszczenia i wpatrywała się w jej zawartość. Potem wyjęła butelkę wódki i odkręciła korek. Zrobiła to szybko, jakby bała się, że ktoś ją przyłapie. Butelka była pełna w trzech czwartych i Linda obliczyła, że musiała stać tam od poprzednich świąt, kiedy urządzili przyjęcie dla przyjaciół i sąsiadów. Tamtej nocy piła drinki, które podawał jej Tom, i pamiętała, jak szumiało jej lekko w głowie, jak pokój powoli wirował, gdy dziewczynki w jasnych sukienkach przemykały między małymi grupkami gości. Pamiętała, że zobaczyła Phoebe, uklękła i złapała nadgarstki swojej młodszej córki, całując ją w czoło. Phoebe wyrwała się z jej uścisku i pobiegła za siostrą i starszymi dziewczynkami, a Linda nalała sobie kolejnego drinka.
Teraz, sama w ciemności, gdy Esme i Tom spali na górze, Linda pragnęła tylko, żeby kontury świata trochę się rozmyły, żeby na chwilę odpocząć od ciężaru myśli, a alkohol był jedynym sposobem, jaki znała. Podniosła butelkę do ust, przechyliła ją i pociągnęła łyk. Dziecko w jej brzuchu kopnęło w cichym proteście. Linda znów przechyliła butelkę, łyknęła i odłożyła ją z powrotem do szafki. Usiadła przy kuchennym stole, czekając, aż coś się zmieni, aż choć odrobina ciemności ustąpi.
23 sierpnia 1985 – 39 dni później
Tom nie mógł spać. Głęboko w jego piersi tkwiło ziarenko gniewu i przerażało go, w co może się rozrosnąć. Przewrócił się w łóżku z pleców na bok i spojrzał na śpiącą żonę. Maleńka część niego chciała przycisnąć poduszkę do jej twarzy. Ta sama część, która chciała ją uderzyć, gdy zaproponowała usunięcie ich dziecka. Czy nie wystarczyło, że stracili Phoebe? Bolało go, że przez następne trzy miesiące nie ma wyboru i musi polegać na Lindzie, by utrzymała ich dziecko przy życiu. Na Lindzie, której głos nawet nie zadrżał, gdy pytała o aborcję.
Tom leżał nieruchomo, w milczeniu walcząc z obrazami Lindy rzucającej się ze schodów albo połykającej garść tabletek. Bezpieczniej było mieć oczy otwarte. I dlatego niektóre noce spędzał bez snu, leżąc obok niej i obserwując jej brzuch w poszukiwaniu ruchu.
Tamtej nocy Tom zrezygnował z prób zaśnięcia chwilę po czwartej nad ranem. Cicho zszedł po schodach, zamierzając na godzinę czy dwie zatopić się w książce. Kiedy jednak zbliżył się do salonu, zobaczył przez szklane drzwi, że Esme siedzi w środku. Miała na sobie piżamę, ale nie wyglądała na zaspane dziecko, jakie zwykle widywał rano, gdy ją budził, a jej niesforne ciemne włosy były uczesane i zaplecione w lekko krzywy warkocz. Zastanawiał się, jak długo już nie śpi, siedząc cicho w salonie z wyłączonym telewizorem, bez książek czy zabawek, które mogłyby ją zająć. Kiedy wszedł do pokoju, Esme podniosła wzrok z lekko przestraszonym wyrazem twarzy, jakby przyłapano ją na czymś, czego nie powinna robić. I wtedy Tom zobaczył, co trzyma w dłoni, co przesuwa między palcami.
Beebee. Był to zniszczony kawałek różowego materiału wielkości chusteczki. Phoebe nosiła go wszędzie ze sobą, odkąd tylko Tom pamiętał. Nazwała go tak od sposobu, w jaki wymawiała własne imię, gdy dopiero uczyła się mówić – z oczami pełnymi skupienia, próbując dopasować usta do trudnych dźwięków.
Linda chciała włożyć go do trumny obok Phoebe i rano w dniu pogrzebu długo go szukali. Cała trójka przewróciła dom do góry nogami, wyciągając szuflady i przesuwając meble, by zajrzeć za nie. W pewnym sensie było to nawet dobre – robili coś razem, mieli wspólny cel. Ale kiedy nie mógł już dłużej zwlekać, Tom uparł się, że wyjadą bez niego. Powiedział, że to przecież nie ma znaczenia, nie takiego jak ich spóźnienie. A Linda spojrzała na niego z czystą nienawiścią w oczach – kiedy zamykał oczy, wciąż widział to spojrzenie – i przecisnęła się obok niego do drzwi, do czekającego samochodu.
– Hej, Es – powiedział. – Gdzie znalazłaś Beebee?
Tom wyciągnął rękę, żeby go wziąć, ale dziewczynka gwałtownie go cofnęła, a jej wyraz jej twarzy pozostał nieodgadniony.
Tom bardzo go chciał mieć. Pamiętał, jak Phoebe spała z nim obok głowy na poduszce, jak go ssała, jak skręcała między pulchnymi paluszkami. Co kilka tygodni Linda podkradała go, żeby wyprać, a Tom robił wszystko, co mógł wymyślić, żeby odwrócić uwagę córki od jego zniknięcia. Urządzał skomplikowane przedstawienia z udziałem jej pluszowych misiów, dawał jej zakazane przysmaki, wymyślał gry angażujące wszystkie zmysły dziecka. A mimo to zawsze zauważała jego brak, marudziła i płakała, tęskniąc za nim. A gdy w końcu do niej wracał, świeży i czysty, zawsze twierdziła, że to nie ten sam Beebee.
Nagle Tom zrozumiał, że Esme miała go przez cały czas. Że nigdy nie zaginął. Że ukryła go gdzieś w domu, żeby zachować coś po swojej siostrze. Był zaskoczony jej przebiegłością, ale jednocześnie poruszony jej współczuciem.
– Jak długo już nie śpisz, Es?
Wzruszyła ramionami.
– Chwilę.
– A co robiłaś?
Tom starał się mówić lekkim tonem. Ostatnią rzeczą, jakiej chciał, było to, by poczuła się, jakby była w tarapatach albo jakby ją przesłuchiwał. A jednak musiał zapytać, bo niepokoiła go myśl o niej takiej – czuwającej samotnie w bezlitosnej nocy.
– Po prostu… myślałam.
– O Phoebe?
Dziewczynka drgnęła, gdy padło imię Phoebe, i Tom uświadomił sobie, że prawie o niej nie mówią, mimo że jest w centrum wszystkiego, co robią i mówią.
Esme znowu wzruszyła ramionami.
Przez minutę czy dwie siedzieli w ciszy. Naprzeciw siebie na zielonym, kudłatym dywanie, ze skrzyżowanymi nogami – jego oczy szukały jej spojrzenia, jej oczy go unikały. Tom zawsze był zdumiony swoją córką, kiedy się jej przyglądał. Miała szeroko rozstawione, czekoladowobrązowe oczy Lindy – tak jak Phoebe – i jej drobną budowę, ale w mimice, w ruchach i gestach widział samego siebie. I nieustannie zadziwiało go, że miał udział w stworzeniu tej słodkiej i złożonej osoby, że istnieje niezależnie od niego i Lindy, z głową pełną myśli i opinii, którymi może się podzielić… albo je ukryć.
– Gdzie ona teraz jest?
Głos Esme był cichy i Tom musiał nachylić się bliżej, żeby ją usłyszeć. Poczuł, jak gardło ściska mu się od łez, i miał ochotę sięgnąć po małą dłoń córki, zamknąć ją w swojej i trzymać tak długo, jak tylko się da.
– Nigdzie, Es. Odeszła.
Tom nie wierzył w żadnego Boga, w niebo ani piekło. I nie wierzył w okłamywanie swojej córki. To było coś, o co kłócił się z Lindą. Ona też była niewierząca, ale zastanawiała się, czy naprawdę byłoby coś złego w opowiedzeniu Esme miłej historii o Phoebe, która patrzy na nich z góry i nad nimi czuwa. Tom jednak mówił, że ważna jest dla niego szczerość. Ale teraz, gdy zobaczył zagubiony wyraz w oczach Esme, zaczął się zastanawiać, czy to była właściwa decyzja.
– A mama?
– Mama? Mama jest na górze, w łóżku, Es.
Esme spojrzała mu w oczy, a w jej spojrzeniu była powaga i ciężar, które nie powinny należeć do dziecka.
– Wiem, ale… czy z nią będzie wszystko dobrze?
Tom nie wiedział, jak na to odpowiedzieć. Niektóre dni przynosiły przebłysk dawnej Lindy – w szybkim rumieńcu na jej policzkach, gdy robiło jej się trochę za ciepło, albo w sposobie, w jaki schylała się, żeby włożyć buty. Starał się skupiać na tych chwilach, wierzyć, że są zapowiedzią tego, co jeszcze nadejdzie.
– Mam nadzieję – powiedział.
Esme skinęła poważnie głową i Tom zrozumiał, że musi dać jej coś więcej niż to.
– Znasz Beebee? – powiedział, delikatnie biorąc go z jej dłoni i trzymając przed nimi. – Wiesz, skąd się wziął?
Esme pokręciła głową, a Tom zobaczył, jak w jej oczach zaczyna pojawiać się cień uśmiechu.
– Pamiętasz cesarza, o którym opowiadałem tobie i Phoebe? Tego, który zapłacił mnóstwo pieniędzy za nowy strój i wstydził się przyznać, że go nie widzi, kiedy już był gotowy?
– Chodził po całym mieście bez ubrania – powiedziała Esme.
– Właśnie tak. A kiedy wrócił do domu, jego żona powiedziała mu, że zachował się bardzo głupio i dała mu nową piżamę do włożenia. Kupiła ją wcześniej, bo za dwa tygodnie miał urodziny, ale postanowiła dać mu ją przez to całe zamieszanie z nowym strojem. Piżama była różowa, w małe szare słonie. Cesarz tak ją polubił, że nosił ją co noc przez cztery lata. Każdego ranka ją prał i wieszał na dworze do wyschnięcia, żeby nigdy nie musiał się bez niej obyć.
– Ale po czterech latach słonie prawie całkiem wyblakły, a szwy zaczęły się pruć i cesarz bardzo się zmartwił. Kiedy więc znów zbliżały się jego urodziny, jego żona poszła do tego samego sklepu i mieli tam jeszcze jedną różową piżamę w słonie, więc ją kupiła, a starą położyła w jednym z pokoi gościnnych i zupełnie o niej zapomniała. Była już wtedy trochę starsza i weszła tam tylko podlać kwiaty – wcale nie zamierzała ich tam zostawić.
– A mniej więcej rok później ty, ja, Phoebe i mama pojechaliśmy do domu cesarza na nocowanie…
– Nie pojechaliśmy! – zapiszczała Esme.
Tom przyłożył palec do ust.
– Ciii, mama śpi. Pojechaliśmy, Es. Chyba zaczynasz być zapominalska, jak żona cesarza. Nie wiem, jak mogłaś zapomnieć, urządziliśmy wielkie przyjęcie z herbatą i było mnóstwo ciasta orzechowego. W każdym razie Phoebe nie mogła tamtej nocy zasnąć, bo to było jej pierwsze nocowanie poza domem i tęskniła za własnym łóżkiem. Mama i ja próbowaliśmy śpiewać jej piosenki i opowiadać historie, ale nic nie działało.
– A ja co robiłam? – zapytała Esme.
– Ty chrapałaś. Tak o.
Tom rzucił się na bok, podkurczył nogi, wsunął dłonie pod głowę i zaczął głośno chrapać.
Esme roześmiała się wtedy, a dla Toma była to ogromna ulga – usłyszeć ten dźwięk, zobaczyć jej twarz taką, jaką powinna być: rozluźnioną i otwartą.
– W każdym razie w końcu mama znalazła stare piżamy na komodzie i dała je Phoebe do przytulenia. Phoebe zasnęła w tej samej chwili i nie obudziła się aż do rana. Następnego dnia zapytaliśmy żonę cesarza, skąd wzięła te różowe piżamy, żebyśmy mogli kupić takie dla Phoebe, kiedy nie będzie mogła zasnąć. A ona powiedziała, że kiedyś należały do cesarza, ale są już bardzo stare i możemy je zatrzymać.
– I od tamtej pory Phoebe zabierała te piżamy do łóżka każdej nocy i już nigdy nie miała problemów z zasypianiem. Ale ponieważ były takie stare, zaczęły się rozpadać i musieliśmy wyrzucać kolejne kawałki, aż został tylko ten jeden.
Esme przybliżyła Beebee do oczu.
– Nie widzę żadnych słoni – powiedziała.
– Teraz pewnie już nie – odparł Tom. – Prawie zniknęły, kiedy dostaliśmy te piżamy, a to było dawno temu.
Kiedy mówił, zauważył, że powieki Esme stają się coraz cięższe, i gdy zapytał, czy chce wrócić do łóżka, skinęła głową. Podniósł ją – Beebee wciąż ściskając w palcach – i zaniósł na górę. Zanim położył ją i przykrył kołdrą, już spała.
* * *
Stojąc na półpiętrze, Tom rozważał powrót do łóżka, ale wiedział, że tej nocy już nie zaśnie. Zszedł więc z powrotem na dół, zrobił sobie herbatę i zaniósł ją do salonu, gdzie zdjął z półki album ze zdjęciami. Album wypełniony wspomnieniami był ciężki. Tom pomyślał, że to ciężar jego małżeństwa.
Linda dała mu go w prezencie na ostatnie urodziny. Był początek maja, gorące słońce. Linda siedziała obok niego na starym kocu w ogrodzie, gdy przewracał strony, a Esme i Phoebe porzuciły skakanie na skakance i tłoczyły się przy nim, z niedowierzaniem dotykając swoich zdjęć. Linda była w ciąży, ale jeszcze nie powiedzieli o tym dziewczynkom. Teraz, zaledwie trzy miesiące później, przeglądał album ponownie, samotnie w ciemności, a wspomnienia zdawały się go dręczyć.
Najpierw zdjęcie jego i Lindy z pierwszych tygodni ich związku, stojących w ogrodzie za domem Lindy. Zdjęcie musiała zrobić jej matka, pomyślał Tom. Ale kiedy próbował wyobrazić ją sobie za aparatem, nie potrafił. Fotografia była lekko nieostra, a długie, ciemne włosy Lindy powiewały na wietrze, zasłaniając lewą stronę jej twarzy. Ramię Toma obejmowało niezgrabnie jej talię, a on patrzył na nią, nie na aparat, spojrzeniem pełnym zachwytu.
Następne zdjęcie: Tom stojący przed ich domem w dniu przeprowadzki. Pamiętał, że to Linda je zrobiła, pamiętał, jak robiła miny i machała do niego z chodnika, próbując go rozśmieszyć. Wyglądał na oszołomionego, lekko wstrząśniętego, jakby nie mógł uwierzyć, że dom za nim naprawdę jest ich. Tom przybliżył album do twarzy i uważnie przyjrzał się budynkowi. Zwyczajny bliźniak z czerwonej cegły, zbudowany pięć lat wcześniej, zanim kupili go pod koniec lat siedemdziesiątych. Tom miał wtedy dwadzieścia dwa lata, miał zostać ojcem, był świeżo upieczonym właścicielem domu. A jednak ciężar tej odpowiedzialności nie był widoczny na jego twarzy. Wyglądał na dumnego, zdumionego, szczęśliwego.
Jego księgarnia podróżnicza: „Read the World”. To Linda wymyśliła nazwę i jest na zdjęciu – jedną ręką wskazuje szyld, a drugą trzyma pulchną, dwuletnią Esme. Księgarnia była pewnego rodzaju kompromisem. Zawsze ciągnęło go w świat i marzył o podróżach, ale miał żonę i rodzinę, więc zadowolił się wynajęciem zakurzonego lokalu i wypełnieniem go mapami i książkami o egzotycznych miejscach, których prawdopodobnie nigdy nie zobaczy.
Tom przewrócił kilka stron, szukając swojego ulubionego zdjęcia Esme. Oto ono – leży w jego ramionach, ma zaledwie kilka dni. Z oczami szeroko otwartymi, gęstymi i tak ciemnymi włosami, że aż lśnią. Palce jej prawej rączki zaciśnięte są wokół jego kciuka, a ona patrzy na niego z ufnością. Tłem zdjęcia był pokój, w którym Tom właśnie siedział. Ta sama zielono-biała tapeta, ta sama zniszczona kanapa w kwiaty, którą kupili na wyprzedaży i zanieśli do siebie, zatrzymując się po drodze kilka razy, żeby na niej usiąść i odpocząć. Tom rozejrzał się wokół. Przez lata od tamtego zdjęcia niewiele się zmieniło. Kilka nowych obrazków na ścianach, ciemna plama na dywanie po rozlanej oranżadzie wiśniowej, zielone jak trawa poduszki na kanapie, które uszyła Linda. A jednak pokój na zdjęciu wyglądał jakoś bardziej domowo.
Kilka stron dalej była Phoebe. Na jednym zdjęciu siedziała w krzesełku w kuchni, z brązową papką na twarzy i rękach. Płakała, twarz miała czerwoną, ale przez łzy przebijał szeroki uśmiech. Tom pamiętał, jak robił to zdjęcie. Pamiętał, jak cierpliwie siedział, gdy Linda ją karmiła, czekając na odpowiedni moment. Pamiętał, jak podniósł Beebee, żeby wywołać ten promienny uśmiech.
Zdjęć całej czwórki było niewiele: zawsze on albo Linda stali za aparatem, więc na fotografiach widać było jedno z nich z dwiema dziewczynkami po bokach. Ale jedno takie zdjęcie istniało. Byli w ogrodzie, a Tom pamiętał, jak Linda woła przez płot do Maud, pytając, czy mogłaby na chwilę wpaść i zrobić im zdjęcie. Phoebe i Esme miały na sobie identyczne czerwone sukienki, a ich ciemne włosy były zaplecione w takie same kitki. Tom i Linda klęczeli za nimi, a ramiona Lindy obejmowały talię Toma. Esme siedziała po turecku, a Phoebe wyciągnęła przed siebie pulchne nogi. W dłoni Esme był wianek z margerytek. W chwili, gdy zdjęcie zostało zrobione, spojrzała na siostrę i podała jej wianek. Ich oczy się spotkały. Tom i Linda patrzyli w aparat, uśmiechnięci i spokojni. Ale Esme i Phoebe patrzyły na siebie. Poważnie, cicho. Dziewczynka podająca siostrze wianek z kwiatów. Jakby mówiła: to twoje, bo ty jesteś moja.
Tom zamknął album i ostrożnie wsunął go z powrotem na półkę. Sięgnął po herbatę, ale zdążyła już wystygnąć, i skrzywił się, gdy ją przełknął. Zauważył, że na zewnątrz jest już jasno. W którymś momencie, gdy zagubił się w tych wspomnieniach, wzeszło słońce. Poszedł do kuchni, wylał herbatę do zlewu i spojrzał przez okno. W ogrodzie dwa kosy walczyły o dżdżownicę – jeden wyciągał ją z ziemi, a drugi podskakiwał obok i dziobał. Jakoś przetrwał kolejną noc, jakoś dotarł do tego momentu, w którym był gotów rozpocząć następny dzień bez Phoebe.
Pod wpływem nagłego impulsu Tom wziął klucze z koszyka stojącego na parapecie i wyszedł z domu. Pojechał do miasta, do swojej księgarni, zaparkował przed nią i przez kilka minut patrzył na nią przez okno od strony pasażera. Był wczesny poranek i żaden ze sklepów na ulicy nie był jeszcze otwarty. Gdy poczuł się gotowy, wysiadł z samochodu i otworzył drzwi. Tęsknił za tym miejscem. Już sam jego delikatny, lekko stęchły zapach był pocieszający. Ale panował tam bałagan: chwiejne stosy niesortowanych książek z drugiej ręki leżały tu i ówdzie, na półkach widniały nieestetyczne luki, a wszystko pokrywała cienka warstwa kurzu. Tom usiadł na stołku za ladą i otworzył kasę, żeby sprawdzić, czy jest pusta. Była. Kiedy jednak poszedł na zaplecze, znalazł tam porozrzucane druki zamówień i potwierdzenia dostaw.
Pomocnik Toma, Liam, prowadził sklep od tamtej nocy, ale wyglądało na to, że nie radzi sobie najlepiej. Był przecież jeszcze dzieciakiem. Pomagał w soboty przez ponad rok, kiedy jeszcze się uczył, a latem, gdy zbliżał się koniec jego studiów, zapytał o pracę na pełny etat. Tom miał wtedy wątpliwości. Nie był pewien, czy pracy wystarczy dla nich dwóch. Ale Liam był chętny i pracowity, więc dał mu szansę. Teraz był za to wdzięczny – wdzięczny, że ten chłopak zrobił, co mógł, żeby utrzymać wszystko w czasie, gdy Tom go potrzebował.
Przez następną godzinę Tom pracował. Oczyścił głowę z myśli o tym, co działo się w domu, i segregował, układał i odkładał książki na półki. Zamiatał podłogę i wspiął się na krzesło, żeby wytrzeć z kurzu abażury. Gdy skończył, miejsce wyglądało tak, jak wtedy, gdy je zostawił. Zatłoczone, ale uporządkowane. Zagracone, lecz nie chaotyczne. Napisał krótką notatkę dla Liama, dziękując mu za ciężką pracę i obiecując, że wkrótce się odezwie.
A kiedy jechał znajomą drogą do domu, poczuł w piersi małą falę ukojenia. Wreszcie zrobił coś pożytecznego i prostego. Ale zanim wjechał na podjazd, gniew powrócił – znów zacisnął się w jego gardle. Po wyłączeniu silnika siedział jeszcze przez kilka minut w samochodzie z mocno zamkniętymi oczami, nie całkiem gotowy, by wrócić do środka.
3 września 1985 – 50 dni później
– Na pewno dobrze się z tym czujesz? – zapytał Tom.
Linda zastanowiła się, co by zrobił, gdyby się wycofała i poprosiła go, żeby został w domu. Prawda była jednak taka, że desperacko chciała, żeby wrócił do pracy. Czuła jego spojrzenie na sobie, gdziekolwiek się poruszała. Dlatego, choć miała ochotę zostać w łóżku i naciągnąć kołdrę na głowę, żeby odciąć się od świata, tamtego ranka wzięła prysznic i ubrała się, żeby pokazać mu, że potrafi funkcjonować. Skinęła głową.
– Idź – powiedziała. – Liam nie może robić wszystkiego sam.
– Wiem, ale…
Tom pozostawił zdanie niedokończone, a Linda w myślach wyliczyła wszystkie sposoby, na jakie mógł je zakończyć:
…Ale nie ufam ci z Esme.
…Ale chcę mieć pewność, że dbasz o dziecko.
…Ale wiem, że sobie nie radzisz.
– Idź – powtórzyła, tym razem trochę bardziej stanowczo.
Pokonany Tom pochylił się, żeby pocałować Esme, która w milczeniu jadła tost i kopała nogami w nogi krzesła. Gdy podszedł do Lindy, pomyślała, że może ją pocałuje, więc szybko wstała i cofnęła się, a jej krzesło zgrzytnęło po kafelkowej podłodze. Dźwięk był zbyt głośny, zbyt szorstki. Tom pokręcił głową i wyszedł z pokoju.
Kiedy drzwi wejściowe zatrzasnęły się z cichym kliknięciem, Esme oparła łokcie na stole i podparła brodę dłońmi. Spojrzała na Lindę szeroko otwartymi oczami.
– Kiedy wrócisz do pracy? – zapytała.
Linda dopiła mocną czarną kawę.
– Nie wiem – powiedziała.
Coś w sposobie, w jaki Esme na nią patrzyła, sprawiło, że Linda miała ochotę sięgnąć przez stół i spoliczkować córkę. I była wstrząśnięta siłą tego impulsu. Podeszła do czajnika i włączyła go. A gdy czekała, aż woda się zagotuje, wbiła paznokcie w dłonie, walcząc z łzami.
Zdała sobie sprawę, że ma ochotę się napić. Była dopiero dziewiąta rano, a ona czuła, że potrzebuje alkoholu. Żeby odwrócić od tego myśli, postanowiła wyjść z domu.
– Chodźmy na spacer, Es – powiedziała, odwracając się. – Pójdziemy do parku i nakarmimy kaczki.
– Mamo, mam siedem lat – powiedziała Esme. Przewróciła oczami i wróciła do jedzenia tosta.
Byłoby tak łatwo, pomyślała Linda, rozsypać się. Wrócić do łóżka. Albo wyjąć wódkę z szafki i odkręcić butelkę. Albo przejść korytarzem, wyjść z domu i zamknąć za sobą drzwi, zostawiając Esme w środku. Była na skraju, balansowała na granicy bycia jeszcze funkcjonującą osobą.
– Dokończ śniadanie i włóż płaszcz, Esme – powiedziała.
Czekając, aż dziewczynka zrobi, co jej kazano, Linda połamała kilka kromek chleba i zamknęła je w woreczku na kanapki. Nakarmią kaczki. Takie proste, zwyczajne zajęcie. A potem wymyśli coś, co wypełni następną godzinę. I powoli, małymi krokami, przejdzie przez ten dzień.
Był początek września, a niebo było błękitne i prawie bezchmurne. Ostatni oddech lata. Za tydzień Esme wróci do szkoły. Ta myśl sprawiała Lindzie przyjemność, bo nie będzie już udawania, żadnej wymuszonej pogody ducha. Ale jednocześnie ją przerażała. Gdy Tom wróci do pracy, a Esme pójdzie do szkoły, nie będzie niczego, co zmusi ją rano do wstania z łóżka, niczego, co powstrzyma ją przed siedzeniem godzinami w bezruchu i wciąż od nowa roztrząsaniem wydarzeń, które doprowadziły ich do tego miejsca.
Gdy dotarli do głównej drogi na końcu ulicy, Linda odruchowo sięgnęła po rękę Esme, ale była ciepła i lekko lepka, więc poczuła ulgę, gdy dziewczynka ją odsunęła. W milczeniu Linda zaczęła liczyć. Piętnaście minut do parku, może dwadzieścia siedzenia na ławce, gdy Esme będzie karmić kaczki, kolejne piętnaście minut spaceru do domu. Może nawet trzydzieści, jeśli zatrzymają się po drodze w sklepie po mleko i zupę na lunch. Nie potrafiła sobie wyobrazić, czym wypełni cały dzień, jak kiedyś wypełniały się dni, jak mogła kiedykolwiek się spieszyć i narzekać na brak czasu.
Szły w milczeniu, a Linda próbowała znaleźć jakiś temat do rozmowy.
– W przyszłym tygodniu wracasz do szkoły – powiedziała, czując się jak ktoś, kto nie spędza wiele czasu z dziećmi i nie bardzo wie, jak z nimi rozmawiać. – Miło będzie znowu codziennie spotykać Samanthę, prawda?
Esme wzruszyła ramionami, a Linda zaczęła się zastanawiać, czy coś się wydarzyło między nią a jej najlepszą przyjaciółką. Zazwyczaj dziewczynki wciąż kursowały między swoimi domami, prowadząc rowery i prosząc o nocowanie. Zwłaszcza podczas wakacji. A teraz Linda nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio widziała Samanthę.
– Dlaczego nie zadzwonimy do niej, kiedy wrócimy do domu? Mogłabyś pójść do niej po południu.
– Jest na wakacjach – powiedziała Esme. – We Francji. Do niedzieli.
– Och.
Linda uświadomiła sobie, że liczyła na to, iż Esme pójdzie po południu się bawić i że będzie miała dom tylko dla siebie.
Kiedy dotarły do parku, Linda wyjęła z torby mały pakunek z chlebem i podała go Esme.
– Trzymaj – powiedziała.
Potem usiadła na ławce i pozwoliła, by słońce ją ogrzewało. Linda obserwowała, jak Esme podchodzi do brzegu, i poczuła ścisk w sercu. Dziewczynka przykucnęła i wyjęła z torby kilka kawałków chleba. Kaczki, które spokojnie pływały w małych grupkach po dwie lub trzy, zaczęły zbliżać się do niej, gdy pierwsze kawałki wpadły do wody. Linda wstrzymywała oddech za każdym razem, gdy Esme robiła krok bliżej brzegu. Kilka razy nawet wstała, gotowa rzucić się do przodu, złapać córkę za ramię i odciągnąć ją w bezpieczne miejsce.
Ale powstrzymała się, przypominając sobie, że Esme zawsze była ostrożnym, rozważnym dzieckiem i że jest już na tyle duża, by dać jej trochę przestrzeni. Wiedziała, że istnieje tu pewne niebezpieczeństwo – i było ono większe niż ryzyko, że Esme wpadnie do tej płytkiej wody. Było to niebezpieczeństwo zarażenia jej strachem większym, niż tak małe dziecko powinno dźwigać. Dlatego Linda zachowała dystans i śledziła każdy ruch córki wzrokiem.
Po kilku minutach chleb się skończył, a Esme odwróciła się i przeszła krótką drogę do ławki, na której siedziała Linda. W ostrym słońcu Linda nie mogła dostrzec jej wyrazu twarzy. Była tylko sylwetką z rozwianymi ciemnymi włosami. Kiedy podeszła bliżej, Linda zobaczyła, że dziewczynka wygląda na znudzoną. Robi to dla mnie, pomyślała Linda. Robi coś, co spodobałoby się młodszemu dziecku – dla mnie.
Już miały odchodzić, gdy przed ławką pojawiła się kobieta ze swoim synem stojącym cicho u jej boku. Linda rozpoznała ją jako jedną z matek ze szkoły, ale nie potrafiła przypomnieć sobie jej imienia. Jej syn chodził do klasy Esme i mijały się czasem przy szkolnej bramie albo podczas szkolnych zawodów sportowych. Dzieci nie zwróciły na siebie uwagi, ale kobieta uśmiechnęła się szeroko do Lindy.
– Piękny dzień – powiedziała.
Linda spróbowała się uśmiechnąć, ale jej twarz nie zareagowała.
– Cześć, Esme – powiedziała kobieta, pochylając się trochę, by spojrzeć dziewczynce w oczy.
Linda usłyszała, jak Esme coś mruczy pod nosem, i pomyślała, że gdyby wyszły dwie minuty wcześniej, uniknęłyby tego spotkania.
– Już ponad połowa, jak widzę. – Kobieta skinęła głową w stronę brzucha Lindy. – A gdzie twoja mała? Phoebe?
Linda znieruchomiała.
W dniach po śmierci Phoebe Tom dzwonił do pozornie niekończącej się listy ludzi, żeby przekazać wiadomość o tym, co się stało. Linda siedziała w kuchni i słuchała tylko jego połowy rozmów – niemal identycznych – zastanawiając się, jak potrafi to wypowiadać wciąż od nowa. Zadziwiało ją wtedy, ile rzeczy trzeba załatwić i ilu ludzi powiadomić.
A jednak, jak teraz zrozumiała, zawsze znajdą się osoby, które o tym nie wiedzą. Takie jak ta kobieta – ktoś nieważny, ktoś, kto nie kochał Phoebe, ale kto zapyta, gdzie jest i co u niej, i będzie stał, czekając na odpowiedź.
Linda nie była gotowa.
Może za kilka miesięcy będzie łatwiej to powiedzieć – choć nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Może z czasem będzie miała gotową odpowiedź, taką, po którą sięgnie w takich sytuacjach. Może będzie potrafiła oddzielić słowa od obrazu Phoebe w trumnie i wyobrazić sobie, że mówi o czyimś innym dziecku albo o czymś zupełnie zwyczajnym, jak pogoda.
Może.
– Musimy już iść – powiedziała Linda, obejmując Esme ramieniem i pospiesznie odchodząc.
Przez całą drogę do domu każdy krok wydawał się wysiłkiem, a słońce było trochę zbyt jasne i zbyt gorące, przygrzewając czubek jej głowy. Czuła łzy spływające po policzkach i spojrzenia obcych ludzi zatrzymujące się na niej o sekundę za długo. Esme milczała, a Linda była za to wdzięczna, bo jej głowę wypełniał głos tamtej kobiety. Słyszała go wciąż, powtarzający imię Phoebe, raz za razem, i jedyne, co mogła zrobić, to iść dalej – coraz dalej od tego pytania.
Gdzie jest twoja mała? Phoebe?
Kiedy zamknęła za nimi drzwi, Linda poczuła się bezpieczniej. W domu nikt nie mógł jej tak zaskoczyć. Ale tu czekały inne demony. Każdy centymetr ich domu krył wspomnienie Phoebe. Kiedy Linda siadała przy kuchennym stole, widziała dziewięciomiesięczną Phoebe raczkującą po podłodze w jej stronę z gryzakiem w pulchnej dłoni. Kiedy leżała w łóżku, widziała trzyletnią Phoebe wychylającą głowę zza drzwi i pytającą, czy może przyjść się przytulić. A czasem – niemal wszędzie w domu – Linda widziała Phoebe leżącą nieruchomo na plecach, tak jak widziała ją w trumnie.
– Mamo? – wyszeptała Esme.
Linda uświadomiła sobie, jak musi wyglądać w oczach córki. Twarz miała mokrą od łez, oczy przestraszone, ramiona przygarbione.
– Idź się chwilę pobawić na górze, Esme – powiedziała.
Gdy tylko Esme wyszła z pokoju, Linda podeszła do szafki i sięgnęła po butelkę wódki. Drżącymi rękami nalała sobie sporą porcję i wypiła ją jednym haustem, witając ciepło, które spłynęło jej do gardła. Tym razem dziecko się nie poruszyło. Linda przez sekundę zastanawiała się, czy mu nie zaszkodziła, i ogarnęła ją mieszanka paniki i ulgi na tę myśl. Nalała sobie jeszcze, wypiła, desperacko pragnąc, żeby jej wnętrze zmiękło i rozpłynęło się jak płyn. Desperacko potrzebowała, żeby jej myśli choć na chwilę się zatrzymały, albo przynajmniej zwolniły.
Na szczycie schodów Linda stanęła przed pokojem Phoebe. Czuła, jak serce wali jej w piersi, i właśnie gdy wyciągnęła rękę, żeby dotknąć klamki, dziecko w jej brzuchu się obudziło i kopnęło. Raz, drugi i trzeci. Otworzyła drzwi i wsunęła się do środka.
W powietrzu wciąż zdawał się unosić jabłkowo-słodki zapach Phoebe. Drzwi były zamknięte od tamtego dnia i Linda miała wrażenie, że dzięki temu jakoś ją zachowali. Powoli rozejrzała się po pokoju, chłonąc jasne kolory rzeczy Phoebe, wyciągnęła rękę, żeby dotknąć ulubionej książeczki i misiów siedzących wciąż równo na końcu łóżka. Przez chwilę miała wrażenie, że zaraz upadnie, ale złapała się krawędzi parapetu i odzyskała równowagę. Przez otwarte drzwi słyszała, jak Esme porusza się w pokoju naprzeciwko, i niemal poszła do niej.
Część niej chciała wyjść z pokoju i przejść przez korytarz do żyjącej córki. Chciała chcieć tego. Chciała, żeby z Esme było tak jak dawniej – łatwo, radośnie, z tą prostą dziecięcą lekkością.
Ale zamiast tego oderwała z rolki czarny worek na śmieci i zaczęła wkładać do niego rzeczy Phoebe. Książki, zabawki i wszystkie te drobne, kolorowe przedmioty, które dla trzylatki są tak bardzo ważne. Zdjęła obrazki ze ścian, starannie odrywając taśmę i rolując ją w gładką kulkę w dłoni. Składała ubrania, pracując szybko, żeby odwrócić uwagę od łez, które zaczęły spływać po jej twarzy. Nie była pewna, kiedy zorientowała się, że Esme ją obserwuje, ale w pewnym momencie poczuła na sobie czyjeś spojrzenie. Pokój Esme znajdował się naprzeciwko pokoju Phoebe i oboje drzwi były otwarte.
Linda odwróciła się i ich oczy się spotkały. Zobaczyła, że jej córka płacze. Esme wstała i podeszła bliżej, zatrzymując się w drzwiach pokoju Phoebe, jakby nie potrafiła zmusić się, żeby wejść do środka.
– Co robisz? – zapytała.
Linda nie wiedziała, co powiedzieć, więc odwróciła się i dalej robiła to, co zaczęła.
– Mamo, co ty robisz? To rzeczy Phoebe!
Linda odwróciła się i mocno uderzyła Esme w policzek. Cofnęła się, czując pieczenie w dłoni, i miała wrażenie, jakby obserwowała tę scenę z daleka – jak Esme chwyta się za twarz, jak jej oczy wypełniają się łzami. Dziewczynka odwróciła się i przeszła krótki dystans do swojego pokoju, po czym cicho zamknęła drzwi. Ale Linda zdążyła zobaczyć wyraz w jej oczach. Niedowierzanie. Przerażenie. Nienawiść. Osunęła się na podłogę tam, gdzie stała, objęła ramionami kolana i zamknęła oczy.
* * *
Kiedy usłyszała klucz w zamku, Linda leżała już w łóżku. Pokój Phoebe zostawiła pusty i nieruchomy, z równym rzędem czarnych worków przy jednej ze ścian. Otworzyła okno, żeby wpuścić ostatnie letnie powietrze. Żeby wypuścić ostatnią cząstkę Phoebe. Potem zwinęła się w łóżku i słuchała, jak Esme krząta się na dole, robi sobie coś do jedzenia i ogląda telewizję. Nie potrafiła zejść na dół, żeby sprawdzić, czy Esme się do niej odezwie, czy jej ręka zostawiła ślad na bladej twarzy dziewczynki. Ale teraz Tom wrócił do domu. Linda podciągnęła kolana do piersi i czekała.
– Tu jesteś – powiedział Tom.
Otworzyła oczy i zobaczyła, jak podchodzi do łóżka.
– Esme mówi, że leżysz w łóżku całe popołudnie.
W jego głosie było oskarżenie, ale Linda wiedziała, że nie wie o policzku. Wyobraziła sobie Esme, która milczy o tym, chroniąc ją. Zastanowiła się dlaczego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
