Brakujące elementy - Laura Pearson - ebook

Brakujące elementy ebook

Laura Pearson

0,0
32,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Linda nie potrafi już patrzeć na swoje życie tak jak dawniej. Nie chce rozmawiać z mężem, nie potrafi poprawić relacji z własną córką, a myśl o kolejnym dziecku przynosi tylko lęk.

Nowe życie oznaczałoby, że kobieta musi pogodzić się z tym, co jej się przydarzyło, a ona wciąż chciałaby cofnąć czas, do dni sprzed katastrofy, która na zawsze zmieniła ich rodzinę.

Dopiero po latach przeszłość zaczyna domagać się prawdy, gdy Bea, córka Lindy, dowiaduje się, że sama zostanie matką. Ale zanim powita na świecie kolejne dziecko, chce zrozumieć, co wydarzyło się dwadzieścia pięć lat temu – i dlaczego tamtej rany nikt nigdy nie spróbował naprawdę uleczyć.

Tylko jak naprawić coś, co się rozpadło, jeśli wciąż brakuje najważniejszych elementów układanki?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Mis­sing Pie­ces

Korekta: zespół

Copy­ri­ght © by Laura Pear­son, 2018 All rights rese­rved Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Agata Olszak, 2026 Prawa do prze­kładu zostały pozy­skane za pośred­nic­twem Vicki Satlow Lite­rary Agency oraz Book/Lab Lite­rary Agency Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin Sp. z o.o., 2026

Pro­du­cent Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl tel. +48 22 733 50 00 www.dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu Wydaw­nic­two Świat Książki 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@swiatk­siazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydaw­nic­two­swiatk­siazki.pl

War­szawa 2026

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. +48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-68872-25-5

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Ta książka jest dla Paula, który ani razu nie powie­dział:„Dla­czego nie wybie­rzesz sobie łatwiej­szego hobby?”.Ani, co waż­niej­sze, ni­gdy nie nazwał mojego pisa­nia hobby, skoro jest to zde­cy­do­wa­nie bar­dziej obse­sja.

Część pierwsza

1

5 sierp­nia 1985 – 21 dni póź­niej

Trumna była za mała. Za mała, by pomie­ścić to, co było w środku nie tylko ciało Pho­ebe, lecz także dużą część Lindy.

W domu pogrze­bo­wym jakiś męż­czy­zna dotknął ramie­nia Lindy i zapy­tał łagod­nie, czy chce zoba­czyć Pho­ebe. I nawet gdy kiwała głową, już wie­działa, że to błąd.

– Jesteś pewna? – zapy­tał Tom.

Linda wie­działa, że tej decy­zji nie da się cof­nąć. Wie­działa instynk­tow­nie, że się myli. Wie­działa, że póź­niej będzie żało­wać, że zoba­czyła córkę w takim sta­nie, bo bez względu na to, jak spo­koj­nie wyglą­dała, na­dal jej już nie było. Wie­działa, że wspo­mnie­nie tego, jak leży tam, oto­czona jedwa­biem i ubrana zbyt nie­ska­zi­tel­nie, będzie zakłó­cać wspo­mnie­nia Pho­ebe śmie­ją­cej się i bie­ga­ją­cej. Żywej. A jed­nak poki­wała głową i poszła za męż­czy­zną kory­ta­rzem w stronę życia peł­nego żalu.

Linda odwró­ciła się jesz­cze raz i spoj­rzała na Toma i Esme. Stali nie­ru­chomo, trzy­ma­jąc się za ręce, z pochy­lo­nymi ciem­nymi gło­wami. Grzywka Esme wyma­gała pod­cię­cia; zakry­wała jej brwi, a gdy dziew­czynka patrzyła w dół na gruby dywan – także oczy. To jest moja rodzina, pomy­ślała Linda. To jest to, co zostało z mojej rodziny. Potem spoj­rzała na swój nabrzmiały brzuch, dotknęła go, gdy dziecko w jej łonie prze­wró­ciło się jak ryba, i nie poczuła nic.

Kiedy dotarli do pokoju, męż­czy­zna powie­dział jej, żeby została tak długo, jak potrze­buje. Otwo­rzył drzwi, a potem znik­nął w kory­ta­rzu jak duch. A Linda powoli pode­szła do trumny i zaj­rzała do środka, patrząc na dziew­czynkę, która nie mogła być Pho­ebe. Która była zbyt mała, zbyt nie­ru­choma i zbyt cicha, by być Pho­ebe.

I Linda poczuła, że chcia­łaby wejść do środka, zwi­nąć się przy córce i zasnąć. Ale trumna była za mała.

2

13 sierp­nia 1985 – 29 dni póź­niej

Linda poło­żyła dło­nie na swoim zaokrą­glo­nym brzu­chu i splo­tła palce. Tom sie­dział obok niej w suro­wej, bia­łej pocze­kalni, i żadne z nich nie się­gnęło po maga­zyn, żadne z nich się nie ode­zwało. Recep­cjo­nistka jadła lunch, a zapach jej kana­pek z jaj­kiem przy­pra­wiał Lindę o mdło­ści. Roz­plo­tła palce i zaci­snęła dło­nie na bokach krze­sła, sta­ra­jąc się prze­cze­kać falę nud­no­ści. Obie córki uro­dziła w tym szpi­talu, sie­działa w tej zim­nej pocze­kalni, cze­ka­jąc na liczne bada­nia. Tego dnia jed­nak pano­wał tu zaduch. Pomy­ślała o tym, żeby wstać i otwo­rzyć okno. Pod­nio­sła swoje gęste włosy znad karku i zaczęła szu­kać w torebce gumki, żeby je zwią­zać.

Kiedy wywo­łano jej nazwi­sko, Linda wstała. Tom wycią­gnął rękę, żeby ją ujęła, ale ona jej nie chwy­ciła. Opu­ścił więc dłoń i poszedł za nią kory­ta­rzem. Gdy weszli do gabi­netu, lekarz wstał i obda­rzył ich uprzej­mym uśmie­chem.

– Jestem dok­tor Tho­mas – powie­dział.

– Był pan przy naro­dzi­nach Pho­ebe – odparła Linda. – Pamię­tam.

Uśmiech­nął się znowu, ale ani tego nie potwier­dził, ani nie zaprze­czył. Widział setki dzieci przy­cho­dzą­cych na świat, powie­działa sobie Linda. Nie pamię­tałby aku­rat jej dziecka. Usia­dła na nie­wy­god­nym, nie­bie­skim pla­sti­ko­wym krze­śle i zało­żyła nogę na nogę. Nie mogła patrzeć na dok­tora Tho­masa i nie mogła patrzeć na Toma, więc utkwiła wzrok w abs­trak­cyj­nym obra­zie wiszą­cym na ścia­nie po lewej stro­nie głowy leka­rza. Za każ­dym razem, gdy mru­gała, zamy­kała oczy, pró­bu­jąc zigno­ro­wać silny zapach amo­niaku uno­szący się w powie­trzu.

– Sły­sza­łem o waszej córce. Bar­dzo mi przy­kro.

Linda chciała zapy­tać, dla­czego nie wypo­wie­dział imie­nia Pho­ebe.

– Dzię­ku­jemy – powie­dział Tom. – To był dla nas bar­dzo trudny czas.

Od śmierci Pho­ebe nie­mal wszystko, co mówili ludzie, wyda­wało się Lin­dzie absur­dalne. Miała ochotę potrzą­snąć Tomem, jakoś go uka­rać za to, że tak spły­cał ich ból.

– Oczy­wi­ście – powie­dział dok­tor Tho­mas. – Dla­tego zapro­si­li­śmy pań­stwa dziś na kolejne bada­nie. Stres po czymś takim może być bar­dzo trudny dla dziecka. Chcemy tylko spraw­dzić, czy wszystko jest w porządku. Pro­szę się jed­nak nie mar­twić, jestem pewien, że będzie dobrze. A teraz, Lindo, czy mogłaby pani poło­żyć się na łóżku?

Linda zro­biła, co jej kazano. Kiedy pod­cią­gnęła nogi, papier przy­kry­wa­jący łóżko tro­chę się roz­darł i w ciszy gabi­netu zabrzmiało to bar­dzo gło­śno. Sześć tygo­dni wcze­śniej byli tu na bada­niu w dwu­dzie­stym tygo­dniu ciąży. Esme i Pho­ebe opie­ko­wała się wtedy Maud, ich sąsiadka z naprze­ciwka. Tom zamknął swoją księ­gar­nię podróż­ni­czą, poje­chali do szpi­tala, a Linda czuła w gar­dle ścisk pod­nie­ce­nia – taki sam jak w dniu, kiedy ucie­kli od swo­ich rodzin, gdy Esme rosła jesz­cze w jej brzu­chu. W dro­dze na wizytę Tom pod­krę­cił radio i śpie­wali razem, przy otwar­tych oknach samo­chodu, a wiatr roz­wie­wał ciemne włosy Lindy.

Trudno było pogo­dzić to wspo­mnie­nie z pyta­niem, które nie dawało jej spo­koju. Z pyta­niem, które poja­wiło się w jej gło­wie, gotowe do wypo­wie­dze­nia, kilka nocy wcze­śniej, i które teraz pod­no­siło się w jej gar­dle jak żółć.

– Dok­to­rze Tho­mas?

Odwró­cił się do niej i po raz pierw­szy spoj­rzała mu w oczy.

– Tak, Lindo?

– Czy jest już za późno na abor­cję?

Linda usły­szała, jak Tom gwał­tow­nie wciąga powie­trze, i zoba­czyła błysk szoku, który dok­tor Tho­mas pró­bo­wał ukryć. Nie zamie­rzała się wyco­fać ani odwo­łać swo­ich słów. Jak mogłaby? Jak można ocze­ki­wać, że uro­dzi to nowe dziecko i je poko­cha, skoro miłość do Pho­ebe dopro­wa­dziła ją do tego miej­sca? Skoro led­wie potrafi zaj­mo­wać się swoją drugą córką, led­wie potrafi spoj­rzeć Esme w oczy?

Dok­tor Tho­mas odchrząk­nął i ten dźwięk przy­wo­łał Lindę z powro­tem do gabi­netu. Spoj­rzała na Toma. Patrzył na nią tak, jakby jej do końca nie pozna­wał. Mru­żył lekko oczy, jakby pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć, czy już gdzieś ją widział.

– Jest za późno – powie­dział dok­tor Tho­mas. – Ale jeśli uważa pani, że nie będzie w sta­nie zaopie­ko­wać się tym dziec­kiem, są różne moż­li­wo­ści, o któ­rych możemy poroz­ma­wiać.

– Adop­cja? – zapy­tała Linda.

Linda roz­wa­żyła to przez chwilę. Przejść przez poród, poczuć, jak dziecko wycho­dzi z niej niczym cud, a potem oddać je komuś innemu. Czy mogłaby je naj­pierw przy­tu­lić? Czy powie­dzie­liby jej, jakiej jest płci, czy pozwo­li­liby jej pomy­śleć nad imie­niem? Nie – zde­cy­do­wała. Ta moż­li­wość nie była dla niej. Zanim jed­nak zdą­żyła coś powie­dzieć, Tom ode­zwał się za nich oboje.

– Nie – odparł cicho, ale sta­now­czo. – Uro­dzimy to dziecko i je zatrzy­mamy.

– Zróbmy bada­nie – powie­dział dok­tor Tho­mas. – A potem jesz­cze poroz­ma­wiamy.

Roz­sma­ro­wał zimny żel na brzu­chu Lindy i pra­wie się roze­śmiała z powodu łasko­tek. Cze­kała, aż usły­szy to, co już wie­działa: że z dziec­kiem wszystko w porządku. Wie­działa, że Tom się mar­twi, że jej żałoba, brak ape­tytu i bez­sen­ność mogły zaszko­dzić dziecku. Ale czuła, jak się poru­sza, obraca, napiera. A poza tym to dziecko było czę­ścią niej i była pewna, że natych­miast by wie­działa, gdyby coś było nie tak. Tak jak tam­tej nocy wie­działa, że coś stało się z Pho­ebe.

Dla­tego gdy na ekra­nie poja­wił się obraz i dok­tor Tho­mas powie­dział, że serce bije mocno, Linda nie była zasko­czona. Zoba­czyła jed­nak Toma – zoba­czyła, jak jego dłoń powę­dro­wała do ust z czy­stej ulgi, zoba­czyła miłość w jego oczach, goto­wość i ocze­ki­wa­nie. Dla niego było to w pew­nym sen­sie prost­sze.

Mimo że dok­tor Tho­mas powie­dział, że jest już za późno, Linda wie­działa, że ist­nieją spo­soby, by pozbyć się dziecka. Spo­soby, z któ­rych kobiety korzy­stały od wie­ków. Bole­sne i nie­bez­pieczne, ale moż­liwe. Nie zro­bi­łaby jed­nak tego – przez wzgląd na Toma. Zamknęła na chwilę oczy, pró­bu­jąc wyobra­zić sobie, że znów jest matką nowo­rodka. Pró­bu­jąc wyobra­zić sobie, że znów są czte­ro­oso­bową rodziną. Ale to nie wyda­wało się wła­ściwe, skoro Pho­ebe nie było wśród nich.

– Cóż – powie­dział dok­tor Tho­mas – wszystko wygląda dobrze. Pro­szę znowu usiąść przy moim biurku, kiedy będzie pani gotowa.

Starł żel z brzu­cha Lindy, a ona popra­wiła ubra­nie, pod­nio­sła się z łóżka. Tom pocze­kał, aż będzie gotowa. Kiedy wstała, poło­żył dłoń na jej ple­cach i popro­wa­dził kilka kro­ków do krze­sła. Linda spo­dzie­wała się wykładu, poucze­nia o tym, jak przez to przej­dzie. Jak prze­cho­dziły przez to inne kobiety. Nie wie­cie, chciała krzyk­nąć. Chciała otwo­rzyć drzwi i pozwo­lić, by jej głos odbi­jał się echem w pustym bia­łym kory­ta­rzu. Żadne z was nie wie.

– Chciał­bym, żeby pań­stwo roz­wa­żyli tera­pię – powie­dział dok­tor Tho­mas.

– To niczego nie zmieni – powie­działa Linda.

– Samej sytu­acji nie, to prawda. Ale naprawdę myślę, że mogłoby pomóc pań­stwu się z nią pogo­dzić. Zaak­cep­to­wać to, co się wyda­rzyło, i zacząć iść dalej. Nie pro­szę o decy­zję dziś. Pro­szę tylko o tym pomy­śleć.

Linda wzięła ulotki, które jej podał, i wstała, gotowa wyjść. Gdy była już przy drzwiach, poczuła oddech Toma na karku i przez moment było jej przy­kro, że wycho­dzą razem. Że będą musieli znieść podróż samo­cho­dem do domu, potem wie­czór, a potem kolejne dni i tygo­dnie w tym zbyt pustym domu, z jej sło­wami wiszą­cymi w powie­trzu jak groźba.

Tom ode­zwał się dopiero, gdy sie­dział już za kie­row­nicą z zapię­tym pasem. Sta­ran­nie wyco­fał samo­chód z miej­sca par­kin­go­wego, a Linda obser­wo­wała go, cze­ka­jąc na oskar­że­nia i wyrzuty. Ten męż­czy­zna, któ­rego wybrała, był przy­stojny. Miał wyra­zi­sty pro­fil. Oboje byli jesz­cze mło­dzi – on miał trzy­dzie­ści lat, ona dwa­dzie­ścia osiem – a jed­nak w jego schlud­nych, ciem­nych wło­sach zaczy­nały poja­wiać się drobne pasma siwi­zny. Kie­dyś wspo­mniał, że może je pofar­bo­wać, a ona powie­działa, że lubi je takie, jakie są, a Esme zauwa­żyła, że wygląda, jakby zła­pała go maleńka śnie­życa, więc zosta­wił je w spo­koju. Tom musiał poczuć wtedy jej spoj­rze­nie, bo zer­k­nął na nią. To jego oczy zauwa­żyła naj­pierw. W nie­któ­rym świe­tle zie­lone, w innym szare. Życz­liwe, otwarte. Wciąż była w nich dobroć, choć spo­dzie­wała się raczej odrazy.

Kiedy Tom w końcu się ode­zwał, powie­dział coś zupeł­nie innego, niż się spo­dzie­wała.

– Rozu­miem – powie­dział spo­koj­nie. – Ja też ją stra­ci­łem. Tylko…

Głos mu się zała­mał, a Linda patrzyła na jego twarz, widziała, jak oczy zacho­dzą mu łzami.

– …tylko spró­buj mnie nie odpy­chać.

– Posta­ram się – powie­działa Linda, bo chciała dać mu coś innego niż ból.

* * *

Tej nocy, gdy Tom już zasnął, Linda leżała obok niego z otwar­tymi oczami, wsłu­chu­jąc się w dobie­ga­jące z ulicy odgłosy prze­chod­niów i samo­cho­dów. Cza­sami, jesz­cze przed śmier­cią Pho­ebe, budziła się i zasta­na­wiała, jak zna­la­zła się wła­śnie tutaj – w zwy­czaj­nym bliź­niaku na spo­koj­nej ulicy w Southamp­ton, tak daleko od domu. Noc przed tym, jak wyje­chali z Tomem z Bol­ton, sie­dzieli w jego samo­cho­dzie z roz­ło­żoną na kola­nach mapą Anglii. Wzrok Lindy przy­cią­gały obrzeża mia­sta, miej­sca poło­żone nad morzem; wska­zała na Southamp­ton z uśmie­chem. Pra­wie nic nie wie­działa o tym miej­scu. Jej dziad­ko­wie byli tam kie­dyś na waka­cjach. Stam­tąd wypły­nął Tita­nic. Linda wyobra­żała sobie roz­pa­da­jący się dom nad morzem. Ryba z fryt­kami, spa­cery po plaży, słone włosy, zasy­pia­nie przy szu­mie fal. A kiedy przy­je­chali i wszystko wyglą­dało zupeł­nie ina­czej, niż sobie wyobra­żała, nie­wiele ją to obcho­dziło, bo wciąż był to nowy począ­tek, nowe życie. Ale minęła już pra­wie dekada i ta świe­żość dawno wybla­kła.

Linda sły­szała wła­sny oddech. Patrzyła, jak wska­zówki zegara powoli prze­su­wają się przez kolejne pół godziny, a gdy wybiła pierw­sza, ostroż­nie usia­dła, sta­ra­jąc się nie obu­dzić Toma. Zdjęła z haczyka za drzwiami swój biały baweł­niany szla­frok i wyszła z pokoju, jesz­cze raz oglą­da­jąc się, żeby upew­nić się, że go nie obu­dziła. Leżał na boku, oddy­chał głę­boko i spo­koj­nie, z lekko otwar­tymi ustami.

Nie zapa­liła świa­tła w kuchni. Po pra­wie ośmiu latach w tym domu i dwójce dzieci znała drogę po ciemku. Kuch­nia zawsze była jej ulu­bio­nym pomiesz­cze­niem. Kiedy przy­szli obej­rzeć dom, zmę­czeni nie­uda­nymi oglę­dzi­nami i świa­do­mo­ścią, że nie stać ich na miej­sce, jakie ona naprawdę by wybrała, Linda naj­pierw poszła do kuchni. Rozej­rzała się wtedy: po rysun­kach na lodówce przy­mo­co­wa­nymi kolo­ro­wymi magne­sami, po sta­rym sosno­wym stole w rogu, wciąż zasy­pa­nym okrusz­kami po śnia­da­niu. Ściany były poma­lo­wane na jasno­żółty kolor, a szafki z jasnego drewna, miej­scami były wyszczer­bione i pory­so­wane. To było pomiesz­cze­nie, w któ­rym rodzina zbiera się na początku i na końcu każ­dego dnia. I wtedy już Linda wie­działa, że nie ma zna­cze­nia, iż łazienka jest mała, a ogród tro­chę zanie­dbany. To był dom, w któ­rym zamieszka ze swoją rodziną.

Przez chwilę stała przy oknie, patrząc na nie­ru­chomy, ciemny ogród. Był śro­dek sierp­nia, późne lato, i choć było jej gorąco, nie była gotowa na zmianę pory roku. Bo gdy to lato się zaczy­nało, Pho­ebe jesz­cze żyła. I wciąż wyda­wało się nie­moż­liwe, że ode­szła na zawsze.

Linda otwo­rzyła wąską szafkę w rogu pomiesz­cze­nia i wpa­try­wała się w jej zawar­tość. Potem wyjęła butelkę wódki i odkrę­ciła korek. Zro­biła to szybko, jakby bała się, że ktoś ją przy­ła­pie. Butelka była pełna w trzech czwar­tych i Linda obli­czyła, że musiała stać tam od poprzed­nich świąt, kiedy urzą­dzili przy­ję­cie dla przy­ja­ciół i sąsia­dów. Tam­tej nocy piła drinki, które poda­wał jej Tom, i pamię­tała, jak szu­miało jej lekko w gło­wie, jak pokój powoli wiro­wał, gdy dziew­czynki w jasnych sukien­kach prze­my­kały mię­dzy małymi grup­kami gości. Pamię­tała, że zoba­czyła Pho­ebe, uklę­kła i zła­pała nad­garstki swo­jej młod­szej córki, cału­jąc ją w czoło. Pho­ebe wyrwała się z jej uści­sku i pobie­gła za sio­strą i star­szymi dziew­czyn­kami, a Linda nalała sobie kolej­nego drinka.

Teraz, sama w ciem­no­ści, gdy Esme i Tom spali na górze, Linda pra­gnęła tylko, żeby kon­tury świata tro­chę się roz­myły, żeby na chwilę odpo­cząć od cię­żaru myśli, a alko­hol był jedy­nym spo­so­bem, jaki znała. Pod­nio­sła butelkę do ust, prze­chy­liła ją i pocią­gnęła łyk. Dziecko w jej brzu­chu kop­nęło w cichym pro­te­ście. Linda znów prze­chy­liła butelkę, łyk­nęła i odło­żyła ją z powro­tem do szafki. Usia­dła przy kuchen­nym stole, cze­ka­jąc, aż coś się zmieni, aż choć odro­bina ciem­no­ści ustąpi.

3

23 sierp­nia 1985 – 39 dni póź­niej

Tom nie mógł spać. Głę­boko w jego piersi tkwiło zia­renko gniewu i prze­ra­żało go, w co może się roz­ro­snąć. Prze­wró­cił się w łóżku z ple­ców na bok i spoj­rzał na śpiącą żonę. Maleńka część niego chciała przy­ci­snąć poduszkę do jej twa­rzy. Ta sama część, która chciała ją ude­rzyć, gdy zapro­po­no­wała usu­nię­cie ich dziecka. Czy nie wystar­czyło, że stra­cili Pho­ebe? Bolało go, że przez następne trzy mie­siące nie ma wyboru i musi pole­gać na Lin­dzie, by utrzy­mała ich dziecko przy życiu. Na Lin­dzie, któ­rej głos nawet nie zadrżał, gdy pytała o abor­cję.

Tom leżał nie­ru­chomo, w mil­cze­niu wal­cząc z obra­zami Lindy rzu­ca­ją­cej się ze scho­dów albo poły­ka­ją­cej garść table­tek. Bez­piecz­niej było mieć oczy otwarte. I dla­tego nie­które noce spę­dzał bez snu, leżąc obok niej i obser­wu­jąc jej brzuch w poszu­ki­wa­niu ruchu.

Tam­tej nocy Tom zre­zy­gno­wał z prób zaśnię­cia chwilę po czwar­tej nad ranem. Cicho zszedł po scho­dach, zamie­rza­jąc na godzinę czy dwie zato­pić się w książce. Kiedy jed­nak zbli­żył się do salonu, zoba­czył przez szklane drzwi, że Esme sie­dzi w środku. Miała na sobie piżamę, ale nie wyglą­dała na zaspane dziecko, jakie zwy­kle widy­wał rano, gdy ją budził, a jej nie­sforne ciemne włosy były ucze­sane i zaple­cione w lekko krzywy war­kocz. Zasta­na­wiał się, jak długo już nie śpi, sie­dząc cicho w salo­nie z wyłą­czo­nym tele­wi­zo­rem, bez ksią­żek czy zaba­wek, które mogłyby ją zająć. Kiedy wszedł do pokoju, Esme pod­nio­sła wzrok z lekko prze­stra­szo­nym wyra­zem twa­rzy, jakby przy­ła­pano ją na czymś, czego nie powinna robić. I wtedy Tom zoba­czył, co trzyma w dłoni, co prze­suwa mię­dzy pal­cami.

Beebee. Był to znisz­czony kawa­łek różo­wego mate­riału wiel­ko­ści chu­s­teczki. Pho­ebe nosiła go wszę­dzie ze sobą, odkąd tylko Tom pamię­tał. Nazwała go tak od spo­sobu, w jaki wyma­wiała wła­sne imię, gdy dopiero uczyła się mówić – z oczami peł­nymi sku­pie­nia, pró­bu­jąc dopa­so­wać usta do trud­nych dźwię­ków.

Linda chciała wło­żyć go do trumny obok Pho­ebe i rano w dniu pogrzebu długo go szu­kali. Cała trójka prze­wró­ciła dom do góry nogami, wycią­ga­jąc szu­flady i prze­su­wa­jąc meble, by zaj­rzeć za nie. W pew­nym sen­sie było to nawet dobre – robili coś razem, mieli wspólny cel. Ale kiedy nie mógł już dłu­żej zwle­kać, Tom uparł się, że wyjadą bez niego. Powie­dział, że to prze­cież nie ma zna­cze­nia, nie takiego jak ich spóź­nie­nie. A Linda spoj­rzała na niego z czy­stą nie­na­wi­ścią w oczach – kiedy zamy­kał oczy, wciąż widział to spoj­rze­nie – i prze­ci­snęła się obok niego do drzwi, do cze­ka­ją­cego samo­chodu.

– Hej, Es – powie­dział. – Gdzie zna­la­złaś Beebee?

Tom wycią­gnął rękę, żeby go wziąć, ale dziew­czynka gwał­tow­nie go cof­nęła, a jej wyraz jej twa­rzy pozo­stał nie­od­gad­niony.

Tom bar­dzo go chciał mieć. Pamię­tał, jak Pho­ebe spała z nim obok głowy na poduszce, jak go ssała, jak skrę­cała mię­dzy pulch­nymi palusz­kami. Co kilka tygo­dni Linda pod­kra­dała go, żeby wyprać, a Tom robił wszystko, co mógł wymy­ślić, żeby odwró­cić uwagę córki od jego znik­nię­cia. Urzą­dzał skom­pli­ko­wane przed­sta­wie­nia z udzia­łem jej plu­szo­wych misiów, dawał jej zaka­zane przy­smaki, wymy­ślał gry anga­żu­jące wszyst­kie zmy­sły dziecka. A mimo to zawsze zauwa­żała jego brak, maru­dziła i pła­kała, tęsk­niąc za nim. A gdy w końcu do niej wra­cał, świeży i czy­sty, zawsze twier­dziła, że to nie ten sam Beebee.

Nagle Tom zro­zu­miał, że Esme miała go przez cały czas. Że ni­gdy nie zagi­nął. Że ukryła go gdzieś w domu, żeby zacho­wać coś po swo­jej sio­strze. Był zasko­czony jej prze­bie­gło­ścią, ale jed­no­cze­śnie poru­szony jej współ­czu­ciem.

– Jak długo już nie śpisz, Es?

Wzru­szyła ramio­nami.

– Chwilę.

– A co robi­łaś?

Tom sta­rał się mówić lek­kim tonem. Ostat­nią rze­czą, jakiej chciał, było to, by poczuła się, jakby była w tara­pa­tach albo jakby ją prze­słu­chi­wał. A jed­nak musiał zapy­tać, bo nie­po­ko­iła go myśl o niej takiej – czu­wa­ją­cej samot­nie w bez­li­to­snej nocy.

– Po pro­stu… myśla­łam.

– O Pho­ebe?

Dziew­czynka drgnęła, gdy padło imię Pho­ebe, i Tom uświa­do­mił sobie, że pra­wie o niej nie mówią, mimo że jest w cen­trum wszyst­kiego, co robią i mówią.

Esme znowu wzru­szyła ramio­nami.

Przez minutę czy dwie sie­dzieli w ciszy. Naprze­ciw sie­bie na zie­lo­nym, kudła­tym dywa­nie, ze skrzy­żo­wa­nymi nogami – jego oczy szu­kały jej spoj­rze­nia, jej oczy go uni­kały. Tom zawsze był zdu­miony swoją córką, kiedy się jej przy­glą­dał. Miała sze­roko roz­sta­wione, cze­ko­la­do­wo­brą­zowe oczy Lindy – tak jak Pho­ebe – i jej drobną budowę, ale w mimice, w ruchach i gestach widział samego sie­bie. I nie­ustan­nie zadzi­wiało go, że miał udział w stwo­rze­niu tej słod­kiej i zło­żo­nej osoby, że ist­nieje nie­za­leż­nie od niego i Lindy, z głową pełną myśli i opi­nii, któ­rymi może się podzie­lić… albo je ukryć.

– Gdzie ona teraz jest?

Głos Esme był cichy i Tom musiał nachy­lić się bli­żej, żeby ją usły­szeć. Poczuł, jak gar­dło ści­ska mu się od łez, i miał ochotę się­gnąć po małą dłoń córki, zamknąć ją w swo­jej i trzy­mać tak długo, jak tylko się da.

– Ni­gdzie, Es. Ode­szła.

Tom nie wie­rzył w żad­nego Boga, w niebo ani pie­kło. I nie wie­rzył w okła­my­wa­nie swo­jej córki. To było coś, o co kłó­cił się z Lindą. Ona też była nie­wie­rząca, ale zasta­na­wiała się, czy naprawdę byłoby coś złego w opo­wie­dze­niu Esme miłej histo­rii o Pho­ebe, która patrzy na nich z góry i nad nimi czuwa. Tom jed­nak mówił, że ważna jest dla niego szcze­rość. Ale teraz, gdy zoba­czył zagu­biony wyraz w oczach Esme, zaczął się zasta­na­wiać, czy to była wła­ściwa decy­zja.

– A mama?

– Mama? Mama jest na górze, w łóżku, Es.

Esme spoj­rzała mu w oczy, a w jej spoj­rze­niu była powaga i cię­żar, które nie powinny nale­żeć do dziecka.

– Wiem, ale… czy z nią będzie wszystko dobrze?

Tom nie wie­dział, jak na to odpo­wie­dzieć. Nie­które dni przy­no­siły prze­błysk daw­nej Lindy – w szyb­kim rumieńcu na jej policz­kach, gdy robiło jej się tro­chę za cie­pło, albo w spo­so­bie, w jaki schy­lała się, żeby wło­żyć buty. Sta­rał się sku­piać na tych chwi­lach, wie­rzyć, że są zapo­wie­dzią tego, co jesz­cze nadej­dzie.

– Mam nadzieję – powie­dział.

Esme ski­nęła poważ­nie głową i Tom zro­zu­miał, że musi dać jej coś wię­cej niż to.

– Znasz Beebee? – powie­dział, deli­kat­nie bio­rąc go z jej dłoni i trzy­ma­jąc przed nimi. – Wiesz, skąd się wziął?

Esme pokrę­ciła głową, a Tom zoba­czył, jak w jej oczach zaczyna poja­wiać się cień uśmie­chu.

– Pamię­tasz cesa­rza, o któ­rym opo­wia­da­łem tobie i Pho­ebe? Tego, który zapła­cił mnó­stwo pie­nię­dzy za nowy strój i wsty­dził się przy­znać, że go nie widzi, kiedy już był gotowy?

– Cho­dził po całym mie­ście bez ubra­nia – powie­działa Esme.

– Wła­śnie tak. A kiedy wró­cił do domu, jego żona powie­działa mu, że zacho­wał się bar­dzo głu­pio i dała mu nową piżamę do wło­że­nia. Kupiła ją wcze­śniej, bo za dwa tygo­dnie miał uro­dziny, ale posta­no­wiła dać mu ją przez to całe zamie­sza­nie z nowym stro­jem. Piżama była różowa, w małe szare sło­nie. Cesarz tak ją polu­bił, że nosił ją co noc przez cztery lata. Każ­dego ranka ją prał i wie­szał na dwo­rze do wyschnię­cia, żeby ni­gdy nie musiał się bez niej obyć.

– Ale po czte­rech latach sło­nie pra­wie cał­kiem wybla­kły, a szwy zaczęły się pruć i cesarz bar­dzo się zmar­twił. Kiedy więc znów zbli­żały się jego uro­dziny, jego żona poszła do tego samego sklepu i mieli tam jesz­cze jedną różową piżamę w sło­nie, więc ją kupiła, a starą poło­żyła w jed­nym z pokoi gościn­nych i zupeł­nie o niej zapo­mniała. Była już wtedy tro­chę star­sza i weszła tam tylko pod­lać kwiaty – wcale nie zamie­rzała ich tam zosta­wić.

– A mniej wię­cej rok póź­niej ty, ja, Pho­ebe i mama poje­cha­li­śmy do domu cesa­rza na noco­wa­nie…

– Nie poje­cha­li­śmy! – zapisz­czała Esme.

Tom przy­ło­żył palec do ust.

– Ciii, mama śpi. Poje­cha­li­śmy, Es. Chyba zaczy­nasz być zapo­mi­nal­ska, jak żona cesa­rza. Nie wiem, jak mogłaś zapo­mnieć, urzą­dzi­li­śmy wiel­kie przy­ję­cie z her­batą i było mnó­stwo cia­sta orze­cho­wego. W każ­dym razie Pho­ebe nie mogła tam­tej nocy zasnąć, bo to było jej pierw­sze noco­wa­nie poza domem i tęsk­niła za wła­snym łóż­kiem. Mama i ja pró­bo­wa­li­śmy śpie­wać jej pio­senki i opo­wia­dać histo­rie, ale nic nie dzia­łało.

– A ja co robi­łam? – zapy­tała Esme.

– Ty chra­pa­łaś. Tak o.

Tom rzu­cił się na bok, pod­kur­czył nogi, wsu­nął dło­nie pod głowę i zaczął gło­śno chra­pać.

Esme roze­śmiała się wtedy, a dla Toma była to ogromna ulga – usły­szeć ten dźwięk, zoba­czyć jej twarz taką, jaką powinna być: roz­luź­nioną i otwartą.

– W każ­dym razie w końcu mama zna­la­zła stare piżamy na komo­dzie i dała je Pho­ebe do przy­tu­le­nia. Pho­ebe zasnęła w tej samej chwili i nie obu­dziła się aż do rana. Następ­nego dnia zapy­ta­li­śmy żonę cesa­rza, skąd wzięła te różowe piżamy, żeby­śmy mogli kupić takie dla Pho­ebe, kiedy nie będzie mogła zasnąć. A ona powie­działa, że kie­dyś nale­żały do cesa­rza, ale są już bar­dzo stare i możemy je zatrzy­mać.

– I od tam­tej pory Pho­ebe zabie­rała te piżamy do łóżka każ­dej nocy i już ni­gdy nie miała pro­ble­mów z zasy­pia­niem. Ale ponie­waż były takie stare, zaczęły się roz­pa­dać i musie­li­śmy wyrzu­cać kolejne kawałki, aż został tylko ten jeden.

Esme przy­bli­żyła Beebee do oczu.

– Nie widzę żad­nych słoni – powie­działa.

– Teraz pew­nie już nie – odparł Tom. – Pra­wie znik­nęły, kiedy dosta­li­śmy te piżamy, a to było dawno temu.

Kiedy mówił, zauwa­żył, że powieki Esme stają się coraz cięż­sze, i gdy zapy­tał, czy chce wró­cić do łóżka, ski­nęła głową. Pod­niósł ją – Beebee wciąż ści­ska­jąc w pal­cach – i zaniósł na górę. Zanim poło­żył ją i przy­krył koł­drą, już spała.

* * *

Sto­jąc na pół­pię­trze, Tom roz­wa­żał powrót do łóżka, ale wie­dział, że tej nocy już nie zaśnie. Zszedł więc z powro­tem na dół, zro­bił sobie her­batę i zaniósł ją do salonu, gdzie zdjął z półki album ze zdję­ciami. Album wypeł­niony wspo­mnie­niami był ciężki. Tom pomy­ślał, że to cię­żar jego mał­żeń­stwa.

Linda dała mu go w pre­zen­cie na ostat­nie uro­dziny. Był począ­tek maja, gorące słońce. Linda sie­działa obok niego na sta­rym kocu w ogro­dzie, gdy prze­wra­cał strony, a Esme i Pho­ebe porzu­ciły ska­ka­nie na ska­kance i tło­czyły się przy nim, z nie­do­wie­rza­niem doty­ka­jąc swo­ich zdjęć. Linda była w ciąży, ale jesz­cze nie powie­dzieli o tym dziew­czyn­kom. Teraz, zale­d­wie trzy mie­siące póź­niej, prze­glą­dał album ponow­nie, samot­nie w ciem­no­ści, a wspo­mnie­nia zda­wały się go drę­czyć.

Naj­pierw zdję­cie jego i Lindy z pierw­szych tygo­dni ich związku, sto­ją­cych w ogro­dzie za domem Lindy. Zdję­cie musiała zro­bić jej matka, pomy­ślał Tom. Ale kiedy pró­bo­wał wyobra­zić ją sobie za apa­ra­tem, nie potra­fił. Foto­gra­fia była lekko nie­ostra, a dłu­gie, ciemne włosy Lindy powie­wały na wie­trze, zasła­nia­jąc lewą stronę jej twa­rzy. Ramię Toma obej­mo­wało nie­zgrab­nie jej talię, a on patrzył na nią, nie na apa­rat, spoj­rze­niem peł­nym zachwytu.

Następne zdję­cie: Tom sto­jący przed ich domem w dniu prze­pro­wadzki. Pamię­tał, że to Linda je zro­biła, pamię­tał, jak robiła miny i machała do niego z chod­nika, pró­bu­jąc go roz­śmie­szyć. Wyglą­dał na oszo­ło­mio­nego, lekko wstrzą­śnię­tego, jakby nie mógł uwie­rzyć, że dom za nim naprawdę jest ich. Tom przy­bli­żył album do twa­rzy i uważ­nie przyj­rzał się budyn­kowi. Zwy­czajny bliź­niak z czer­wo­nej cegły, zbu­do­wany pięć lat wcze­śniej, zanim kupili go pod koniec lat sie­dem­dzie­sią­tych. Tom miał wtedy dwa­dzie­ścia dwa lata, miał zostać ojcem, był świeżo upie­czo­nym wła­ści­cie­lem domu. A jed­nak cię­żar tej odpo­wie­dzial­no­ści nie był widoczny na jego twa­rzy. Wyglą­dał na dum­nego, zdu­mio­nego, szczę­śli­wego.

Jego księ­gar­nia podróż­ni­cza: „Read the World”. To Linda wymy­śliła nazwę i jest na zdję­ciu – jedną ręką wska­zuje szyld, a drugą trzyma pulchną, dwu­let­nią Esme. Księ­gar­nia była pew­nego rodzaju kom­pro­mi­sem. Zawsze cią­gnęło go w świat i marzył o podró­żach, ale miał żonę i rodzinę, więc zado­wo­lił się wyna­ję­ciem zaku­rzo­nego lokalu i wypeł­nie­niem go mapami i książ­kami o egzo­tycz­nych miej­scach, któ­rych praw­do­po­dob­nie ni­gdy nie zoba­czy.

Tom prze­wró­cił kilka stron, szu­ka­jąc swo­jego ulu­bio­nego zdję­cia Esme. Oto ono – leży w jego ramio­nach, ma zale­d­wie kilka dni. Z oczami sze­roko otwar­tymi, gęstymi i tak ciem­nymi wło­sami, że aż lśnią. Palce jej pra­wej rączki zaci­śnięte są wokół jego kciuka, a ona patrzy na niego z ufno­ścią. Tłem zdję­cia był pokój, w któ­rym Tom wła­śnie sie­dział. Ta sama zie­lono-biała tapeta, ta sama znisz­czona kanapa w kwiaty, którą kupili na wyprze­daży i zanie­śli do sie­bie, zatrzy­mu­jąc się po dro­dze kilka razy, żeby na niej usiąść i odpo­cząć. Tom rozej­rzał się wokół. Przez lata od tam­tego zdję­cia nie­wiele się zmie­niło. Kilka nowych obraz­ków na ścia­nach, ciemna plama na dywa­nie po roz­la­nej oran­ża­dzie wiśnio­wej, zie­lone jak trawa poduszki na kana­pie, które uszyła Linda. A jed­nak pokój na zdję­ciu wyglą­dał jakoś bar­dziej domowo.

Kilka stron dalej była Pho­ebe. Na jed­nym zdję­ciu sie­działa w krze­sełku w kuchni, z brą­zową papką na twa­rzy i rękach. Pła­kała, twarz miała czer­woną, ale przez łzy prze­bi­jał sze­roki uśmiech. Tom pamię­tał, jak robił to zdję­cie. Pamię­tał, jak cier­pli­wie sie­dział, gdy Linda ją kar­miła, cze­ka­jąc na odpo­wiedni moment. Pamię­tał, jak pod­niósł Beebee, żeby wywo­łać ten pro­mienny uśmiech.

Zdjęć całej czwórki było nie­wiele: zawsze on albo Linda stali za apa­ra­tem, więc na foto­gra­fiach widać było jedno z nich z dwiema dziew­czyn­kami po bokach. Ale jedno takie zdję­cie ist­niało. Byli w ogro­dzie, a Tom pamię­tał, jak Linda woła przez płot do Maud, pyta­jąc, czy mogłaby na chwilę wpaść i zro­bić im zdję­cie. Pho­ebe i Esme miały na sobie iden­tyczne czer­wone sukienki, a ich ciemne włosy były zaple­cione w takie same kitki. Tom i Linda klę­czeli za nimi, a ramiona Lindy obej­mo­wały talię Toma. Esme sie­działa po turecku, a Pho­ebe wycią­gnęła przed sie­bie pulchne nogi. W dłoni Esme był wia­nek z mar­ge­ry­tek. W chwili, gdy zdję­cie zostało zro­bione, spoj­rzała na sio­strę i podała jej wia­nek. Ich oczy się spo­tkały. Tom i Linda patrzyli w apa­rat, uśmiech­nięci i spo­kojni. Ale Esme i Pho­ebe patrzyły na sie­bie. Poważ­nie, cicho. Dziew­czynka poda­jąca sio­strze wia­nek z kwia­tów. Jakby mówiła: to twoje, bo ty jesteś moja.

Tom zamknął album i ostroż­nie wsu­nął go z powro­tem na półkę. Się­gnął po her­batę, ale zdą­żyła już wysty­gnąć, i skrzy­wił się, gdy ją prze­łknął. Zauwa­żył, że na zewnątrz jest już jasno. W któ­rymś momen­cie, gdy zagu­bił się w tych wspo­mnie­niach, wze­szło słońce. Poszedł do kuchni, wylał her­batę do zlewu i spoj­rzał przez okno. W ogro­dzie dwa kosy wal­czyły o dżdżow­nicę – jeden wycią­gał ją z ziemi, a drugi pod­ska­ki­wał obok i dzio­bał. Jakoś prze­trwał kolejną noc, jakoś dotarł do tego momentu, w któ­rym był gotów roz­po­cząć następny dzień bez Pho­ebe.

Pod wpły­wem nagłego impulsu Tom wziął klu­cze z koszyka sto­ją­cego na para­pe­cie i wyszedł z domu. Poje­chał do mia­sta, do swo­jej księ­garni, zapar­ko­wał przed nią i przez kilka minut patrzył na nią przez okno od strony pasa­żera. Był wcze­sny pora­nek i żaden ze skle­pów na ulicy nie był jesz­cze otwarty. Gdy poczuł się gotowy, wysiadł z samo­chodu i otwo­rzył drzwi. Tęsk­nił za tym miej­scem. Już sam jego deli­katny, lekko stę­chły zapach był pocie­sza­jący. Ale pano­wał tam bała­gan: chwiejne stosy nie­sor­to­wa­nych ksią­żek z dru­giej ręki leżały tu i ówdzie, na pół­kach wid­niały nie­este­tyczne luki, a wszystko pokry­wała cienka war­stwa kurzu. Tom usiadł na stołku za ladą i otwo­rzył kasę, żeby spraw­dzić, czy jest pusta. Była. Kiedy jed­nak poszedł na zaple­cze, zna­lazł tam poroz­rzu­cane druki zamó­wień i potwier­dze­nia dostaw.

Pomoc­nik Toma, Liam, pro­wa­dził sklep od tam­tej nocy, ale wyglą­dało na to, że nie radzi sobie naj­le­piej. Był prze­cież jesz­cze dzie­cia­kiem. Poma­gał w soboty przez ponad rok, kiedy jesz­cze się uczył, a latem, gdy zbli­żał się koniec jego stu­diów, zapy­tał o pracę na pełny etat. Tom miał wtedy wąt­pli­wo­ści. Nie był pewien, czy pracy wystar­czy dla nich dwóch. Ale Liam był chętny i pra­co­wity, więc dał mu szansę. Teraz był za to wdzięczny – wdzięczny, że ten chło­pak zro­bił, co mógł, żeby utrzy­mać wszystko w cza­sie, gdy Tom go potrze­bo­wał.

Przez następną godzinę Tom pra­co­wał. Oczy­ścił głowę z myśli o tym, co działo się w domu, i segre­go­wał, ukła­dał i odkła­dał książki na półki. Zamia­tał pod­łogę i wspiął się na krze­sło, żeby wytrzeć z kurzu aba­żury. Gdy skoń­czył, miej­sce wyglą­dało tak, jak wtedy, gdy je zosta­wił. Zatło­czone, ale upo­rząd­ko­wane. Zagra­cone, lecz nie cha­otyczne. Napi­sał krótką notatkę dla Liama, dzię­ku­jąc mu za ciężką pracę i obie­cu­jąc, że wkrótce się ode­zwie.

A kiedy jechał zna­jomą drogą do domu, poczuł w piersi małą falę uko­je­nia. Wresz­cie zro­bił coś poży­tecz­nego i pro­stego. Ale zanim wje­chał na pod­jazd, gniew powró­cił – znów zaci­snął się w jego gar­dle. Po wyłą­cze­niu sil­nika sie­dział jesz­cze przez kilka minut w samo­cho­dzie z mocno zamknię­tymi oczami, nie cał­kiem gotowy, by wró­cić do środka.

4

3 wrze­śnia 1985 – 50 dni póź­niej

– Na pewno dobrze się z tym czu­jesz? – zapy­tał Tom.

Linda zasta­no­wiła się, co by zro­bił, gdyby się wyco­fała i popro­siła go, żeby został w domu. Prawda była jed­nak taka, że despe­racko chciała, żeby wró­cił do pracy. Czuła jego spoj­rze­nie na sobie, gdzie­kol­wiek się poru­szała. Dla­tego, choć miała ochotę zostać w łóżku i nacią­gnąć koł­drę na głowę, żeby odciąć się od świata, tam­tego ranka wzięła prysz­nic i ubrała się, żeby poka­zać mu, że potrafi funk­cjo­no­wać. Ski­nęła głową.

– Idź – powie­działa. – Liam nie może robić wszyst­kiego sam.

– Wiem, ale…

Tom pozo­sta­wił zda­nie nie­do­koń­czone, a Linda w myślach wyli­czyła wszyst­kie spo­soby, na jakie mógł je zakoń­czyć:

…Ale nie ufam ci z Esme.

…Ale chcę mieć pew­ność, że dbasz o dziecko.

…Ale wiem, że sobie nie radzisz.

– Idź – powtó­rzyła, tym razem tro­chę bar­dziej sta­now­czo.

Poko­nany Tom pochy­lił się, żeby poca­ło­wać Esme, która w mil­cze­niu jadła tost i kopała nogami w nogi krze­sła. Gdy pod­szedł do Lindy, pomy­ślała, że może ją poca­łuje, więc szybko wstała i cof­nęła się, a jej krze­sło zgrzyt­nęło po kafel­ko­wej pod­ło­dze. Dźwięk był zbyt gło­śny, zbyt szorstki. Tom pokrę­cił głową i wyszedł z pokoju.

Kiedy drzwi wej­ściowe zatrza­snęły się z cichym klik­nię­ciem, Esme oparła łok­cie na stole i pod­parła brodę dłońmi. Spoj­rzała na Lindę sze­roko otwar­tymi oczami.

– Kiedy wró­cisz do pracy? – zapy­tała.

Linda dopiła mocną czarną kawę.

– Nie wiem – powie­działa.

Coś w spo­so­bie, w jaki Esme na nią patrzyła, spra­wiło, że Linda miała ochotę się­gnąć przez stół i spo­licz­ko­wać córkę. I była wstrzą­śnięta siłą tego impulsu. Pode­szła do czaj­nika i włą­czyła go. A gdy cze­kała, aż woda się zago­tuje, wbiła paznok­cie w dło­nie, wal­cząc z łzami.

Zdała sobie sprawę, że ma ochotę się napić. Była dopiero dzie­wiąta rano, a ona czuła, że potrze­buje alko­holu. Żeby odwró­cić od tego myśli, posta­no­wiła wyjść z domu.

– Chodźmy na spa­cer, Es – powie­działa, odwra­ca­jąc się. – Pój­dziemy do parku i nakar­mimy kaczki.

– Mamo, mam sie­dem lat – powie­działa Esme. Prze­wró­ciła oczami i wró­ciła do jedze­nia tosta.

Byłoby tak łatwo, pomy­ślała Linda, roz­sy­pać się. Wró­cić do łóżka. Albo wyjąć wódkę z szafki i odkrę­cić butelkę. Albo przejść kory­ta­rzem, wyjść z domu i zamknąć za sobą drzwi, zosta­wia­jąc Esme w środku. Była na skraju, balan­so­wała na gra­nicy bycia jesz­cze funk­cjo­nu­jącą osobą.

– Dokończ śnia­da­nie i włóż płaszcz, Esme – powie­działa.

Cze­ka­jąc, aż dziew­czynka zrobi, co jej kazano, Linda poła­mała kilka kro­mek chleba i zamknęła je w woreczku na kanapki. Nakar­mią kaczki. Takie pro­ste, zwy­czajne zaję­cie. A potem wymy­śli coś, co wypełni następną godzinę. I powoli, małymi kro­kami, przej­dzie przez ten dzień.

Był począ­tek wrze­śnia, a niebo było błę­kitne i pra­wie bez­chmurne. Ostatni oddech lata. Za tydzień Esme wróci do szkoły. Ta myśl spra­wiała Lin­dzie przy­jem­ność, bo nie będzie już uda­wa­nia, żad­nej wymu­szo­nej pogody ducha. Ale jed­no­cze­śnie ją prze­ra­żała. Gdy Tom wróci do pracy, a Esme pój­dzie do szkoły, nie będzie niczego, co zmusi ją rano do wsta­nia z łóżka, niczego, co powstrzyma ją przed sie­dze­niem godzi­nami w bez­ru­chu i wciąż od nowa roz­trzą­sa­niem wyda­rzeń, które dopro­wa­dziły ich do tego miej­sca.

Gdy dotarli do głów­nej drogi na końcu ulicy, Linda odru­chowo się­gnęła po rękę Esme, ale była cie­pła i lekko lepka, więc poczuła ulgę, gdy dziew­czynka ją odsu­nęła. W mil­cze­niu Linda zaczęła liczyć. Pięt­na­ście minut do parku, może dwa­dzie­ścia sie­dze­nia na ławce, gdy Esme będzie kar­mić kaczki, kolejne pięt­na­ście minut spa­ceru do domu. Może nawet trzy­dzie­ści, jeśli zatrzy­mają się po dro­dze w skle­pie po mleko i zupę na lunch. Nie potra­fiła sobie wyobra­zić, czym wypełni cały dzień, jak kie­dyś wypeł­niały się dni, jak mogła kie­dy­kol­wiek się spie­szyć i narze­kać na brak czasu.

Szły w mil­cze­niu, a Linda pró­bo­wała zna­leźć jakiś temat do roz­mowy.

– W przy­szłym tygo­dniu wra­casz do szkoły – powie­działa, czu­jąc się jak ktoś, kto nie spę­dza wiele czasu z dziećmi i nie bar­dzo wie, jak z nimi roz­ma­wiać. – Miło będzie znowu codzien­nie spo­ty­kać Saman­thę, prawda?

Esme wzru­szyła ramio­nami, a Linda zaczęła się zasta­na­wiać, czy coś się wyda­rzyło mię­dzy nią a jej naj­lep­szą przy­ja­ciółką. Zazwy­czaj dziew­czynki wciąż kur­so­wały mię­dzy swo­imi domami, pro­wa­dząc rowery i pro­sząc o noco­wa­nie. Zwłasz­cza pod­czas waka­cji. A teraz Linda nie potra­fiła sobie przy­po­mnieć, kiedy ostat­nio widziała Saman­thę.

– Dla­czego nie zadzwo­nimy do niej, kiedy wró­cimy do domu? Mogła­byś pójść do niej po połu­dniu.

– Jest na waka­cjach – powie­działa Esme. – We Fran­cji. Do nie­dzieli.

– Och.

Linda uświa­do­miła sobie, że liczyła na to, iż Esme pój­dzie po połu­dniu się bawić i że będzie miała dom tylko dla sie­bie.

Kiedy dotarły do parku, Linda wyjęła z torby mały paku­nek z chle­bem i podała go Esme.

– Trzy­maj – powie­działa.

Potem usia­dła na ławce i pozwo­liła, by słońce ją ogrze­wało. Linda obser­wo­wała, jak Esme pod­cho­dzi do brzegu, i poczuła ścisk w sercu. Dziew­czynka przy­kuc­nęła i wyjęła z torby kilka kawał­ków chleba. Kaczki, które spo­koj­nie pły­wały w małych grup­kach po dwie lub trzy, zaczęły zbli­żać się do niej, gdy pierw­sze kawałki wpa­dły do wody. Linda wstrzy­my­wała oddech za każ­dym razem, gdy Esme robiła krok bli­żej brzegu. Kilka razy nawet wstała, gotowa rzu­cić się do przodu, zła­pać córkę za ramię i odcią­gnąć ją w bez­pieczne miej­sce.

Ale powstrzy­mała się, przy­po­mi­na­jąc sobie, że Esme zawsze była ostroż­nym, roz­waż­nym dziec­kiem i że jest już na tyle duża, by dać jej tro­chę prze­strzeni. Wie­działa, że ist­nieje tu pewne nie­bez­pie­czeń­stwo – i było ono więk­sze niż ryzyko, że Esme wpad­nie do tej płyt­kiej wody. Było to nie­bez­pie­czeń­stwo zara­że­nia jej stra­chem więk­szym, niż tak małe dziecko powinno dźwi­gać. Dla­tego Linda zacho­wała dystans i śle­dziła każdy ruch córki wzro­kiem.

Po kilku minu­tach chleb się skoń­czył, a Esme odwró­ciła się i prze­szła krótką drogę do ławki, na któ­rej sie­działa Linda. W ostrym słońcu Linda nie mogła dostrzec jej wyrazu twa­rzy. Była tylko syl­wetką z roz­wia­nymi ciem­nymi wło­sami. Kiedy pode­szła bli­żej, Linda zoba­czyła, że dziew­czynka wygląda na znu­dzoną. Robi to dla mnie, pomy­ślała Linda. Robi coś, co spodo­ba­łoby się młod­szemu dziecku – dla mnie.

Już miały odcho­dzić, gdy przed ławką poja­wiła się kobieta ze swoim synem sto­ją­cym cicho u jej boku. Linda roz­po­znała ją jako jedną z matek ze szkoły, ale nie potra­fiła przy­po­mnieć sobie jej imie­nia. Jej syn cho­dził do klasy Esme i mijały się cza­sem przy szkol­nej bra­mie albo pod­czas szkol­nych zawo­dów spor­to­wych. Dzieci nie zwró­ciły na sie­bie uwagi, ale kobieta uśmiech­nęła się sze­roko do Lindy.

– Piękny dzień – powie­działa.

Linda spró­bo­wała się uśmiech­nąć, ale jej twarz nie zare­ago­wała.

– Cześć, Esme – powie­działa kobieta, pochy­la­jąc się tro­chę, by spoj­rzeć dziew­czynce w oczy.

Linda usły­szała, jak Esme coś mru­czy pod nosem, i pomy­ślała, że gdyby wyszły dwie minuty wcze­śniej, unik­nę­łyby tego spo­tka­nia.

– Już ponad połowa, jak widzę. – Kobieta ski­nęła głową w stronę brzu­cha Lindy. – A gdzie twoja mała? Pho­ebe?

Linda znie­ru­cho­miała.

W dniach po śmierci Pho­ebe Tom dzwo­nił do pozor­nie nie­koń­czą­cej się listy ludzi, żeby prze­ka­zać wia­do­mość o tym, co się stało. Linda sie­działa w kuchni i słu­chała tylko jego połowy roz­mów – nie­mal iden­tycz­nych – zasta­na­wia­jąc się, jak potrafi to wypo­wia­dać wciąż od nowa. Zadzi­wiało ją wtedy, ile rze­czy trzeba zała­twić i ilu ludzi powia­do­mić.

A jed­nak, jak teraz zro­zu­miała, zawsze znajdą się osoby, które o tym nie wie­dzą. Takie jak ta kobieta – ktoś nie­ważny, ktoś, kto nie kochał Pho­ebe, ale kto zapyta, gdzie jest i co u niej, i będzie stał, cze­ka­jąc na odpo­wiedź.

Linda nie była gotowa.

Może za kilka mie­sięcy będzie łatwiej to powie­dzieć – choć nie potra­fiła sobie tego wyobra­zić. Może z cza­sem będzie miała gotową odpo­wiedź, taką, po którą się­gnie w takich sytu­acjach. Może będzie potra­fiła oddzie­lić słowa od obrazu Pho­ebe w trum­nie i wyobra­zić sobie, że mówi o czy­imś innym dziecku albo o czymś zupeł­nie zwy­czaj­nym, jak pogoda.

Może.

– Musimy już iść – powie­działa Linda, obej­mu­jąc Esme ramie­niem i pospiesz­nie odcho­dząc.

Przez całą drogę do domu każdy krok wyda­wał się wysił­kiem, a słońce było tro­chę zbyt jasne i zbyt gorące, przy­grze­wa­jąc czu­bek jej głowy. Czuła łzy spły­wa­jące po policz­kach i spoj­rze­nia obcych ludzi zatrzy­mu­jące się na niej o sekundę za długo. Esme mil­czała, a Linda była za to wdzięczna, bo jej głowę wypeł­niał głos tam­tej kobiety. Sły­szała go wciąż, powta­rza­jący imię Pho­ebe, raz za razem, i jedyne, co mogła zro­bić, to iść dalej – coraz dalej od tego pyta­nia.

Gdzie jest twoja mała? Pho­ebe?

Kiedy zamknęła za nimi drzwi, Linda poczuła się bez­piecz­niej. W domu nikt nie mógł jej tak zasko­czyć. Ale tu cze­kały inne demony. Każdy cen­ty­metr ich domu krył wspo­mnie­nie Pho­ebe. Kiedy Linda sia­dała przy kuchen­nym stole, widziała dzie­wię­cio­mie­sięczną Pho­ebe racz­ku­jącą po pod­ło­dze w jej stronę z gry­za­kiem w pulch­nej dłoni. Kiedy leżała w łóżku, widziała trzy­let­nią Pho­ebe wychy­la­jącą głowę zza drzwi i pyta­jącą, czy może przyjść się przy­tu­lić. A cza­sem – nie­mal wszę­dzie w domu – Linda widziała Pho­ebe leżącą nie­ru­chomo na ple­cach, tak jak widziała ją w trum­nie.

– Mamo? – wyszep­tała Esme.

Linda uświa­do­miła sobie, jak musi wyglą­dać w oczach córki. Twarz miała mokrą od łez, oczy prze­stra­szone, ramiona przy­gar­bione.

– Idź się chwilę poba­wić na górze, Esme – powie­działa.

Gdy tylko Esme wyszła z pokoju, Linda pode­szła do szafki i się­gnęła po butelkę wódki. Drżą­cymi rękami nalała sobie sporą por­cję i wypiła ją jed­nym hau­stem, wita­jąc cie­pło, które spły­nęło jej do gar­dła. Tym razem dziecko się nie poru­szyło. Linda przez sekundę zasta­na­wiała się, czy mu nie zaszko­dziła, i ogar­nęła ją mie­szanka paniki i ulgi na tę myśl. Nalała sobie jesz­cze, wypiła, despe­racko pra­gnąc, żeby jej wnę­trze zmię­kło i roz­pły­nęło się jak płyn. Despe­racko potrze­bo­wała, żeby jej myśli choć na chwilę się zatrzy­mały, albo przy­naj­mniej zwol­niły.

Na szczy­cie scho­dów Linda sta­nęła przed poko­jem Pho­ebe. Czuła, jak serce wali jej w piersi, i wła­śnie gdy wycią­gnęła rękę, żeby dotknąć klamki, dziecko w jej brzu­chu się obu­dziło i kop­nęło. Raz, drugi i trzeci. Otwo­rzyła drzwi i wsu­nęła się do środka.

W powie­trzu wciąż zda­wał się uno­sić jabł­kowo-słodki zapach Pho­ebe. Drzwi były zamknięte od tam­tego dnia i Linda miała wra­że­nie, że dzięki temu jakoś ją zacho­wali. Powoli rozej­rzała się po pokoju, chło­nąc jasne kolory rze­czy Pho­ebe, wycią­gnęła rękę, żeby dotknąć ulu­bio­nej ksią­żeczki i misiów sie­dzą­cych wciąż równo na końcu łóżka. Przez chwilę miała wra­że­nie, że zaraz upad­nie, ale zła­pała się kra­wę­dzi para­petu i odzy­skała rów­no­wagę. Przez otwarte drzwi sły­szała, jak Esme poru­sza się w pokoju naprze­ciwko, i nie­mal poszła do niej.

Część niej chciała wyjść z pokoju i przejść przez kory­tarz do żyją­cej córki. Chciała chcieć tego. Chciała, żeby z Esme było tak jak daw­niej – łatwo, rado­śnie, z tą pro­stą dzie­cięcą lek­ko­ścią.

Ale zamiast tego ode­rwała z rolki czarny worek na śmieci i zaczęła wkła­dać do niego rze­czy Pho­ebe. Książki, zabawki i wszyst­kie te drobne, kolo­rowe przed­mioty, które dla trzy­latki są tak bar­dzo ważne. Zdjęła obrazki ze ścian, sta­ran­nie odry­wa­jąc taśmę i rolu­jąc ją w gładką kulkę w dłoni. Skła­dała ubra­nia, pra­cu­jąc szybko, żeby odwró­cić uwagę od łez, które zaczęły spły­wać po jej twa­rzy. Nie była pewna, kiedy zorien­to­wała się, że Esme ją obser­wuje, ale w pew­nym momen­cie poczuła na sobie czy­jeś spoj­rze­nie. Pokój Esme znaj­do­wał się naprze­ciwko pokoju Pho­ebe i oboje drzwi były otwarte.

Linda odwró­ciła się i ich oczy się spo­tkały. Zoba­czyła, że jej córka pła­cze. Esme wstała i pode­szła bli­żej, zatrzy­mu­jąc się w drzwiach pokoju Pho­ebe, jakby nie potra­fiła zmu­sić się, żeby wejść do środka.

– Co robisz? – zapy­tała.

Linda nie wie­działa, co powie­dzieć, więc odwró­ciła się i dalej robiła to, co zaczęła.

– Mamo, co ty robisz? To rze­czy Pho­ebe!

Linda odwró­ciła się i mocno ude­rzyła Esme w poli­czek. Cof­nęła się, czu­jąc pie­cze­nie w dłoni, i miała wra­że­nie, jakby obser­wo­wała tę scenę z daleka – jak Esme chwyta się za twarz, jak jej oczy wypeł­niają się łzami. Dziew­czynka odwró­ciła się i prze­szła krótki dystans do swo­jego pokoju, po czym cicho zamknęła drzwi. Ale Linda zdą­żyła zoba­czyć wyraz w jej oczach. Nie­do­wie­rza­nie. Prze­ra­że­nie. Nie­na­wiść. Osu­nęła się na pod­łogę tam, gdzie stała, objęła ramio­nami kolana i zamknęła oczy.

* * *

Kiedy usły­szała klucz w zamku, Linda leżała już w łóżku. Pokój Pho­ebe zosta­wiła pusty i nie­ru­chomy, z rów­nym rzę­dem czar­nych wor­ków przy jed­nej ze ścian. Otwo­rzyła okno, żeby wpu­ścić ostat­nie let­nie powie­trze. Żeby wypu­ścić ostat­nią cząstkę Pho­ebe. Potem zwi­nęła się w łóżku i słu­chała, jak Esme krząta się na dole, robi sobie coś do jedze­nia i ogląda tele­wi­zję. Nie potra­fiła zejść na dół, żeby spraw­dzić, czy Esme się do niej ode­zwie, czy jej ręka zosta­wiła ślad na bla­dej twa­rzy dziew­czynki. Ale teraz Tom wró­cił do domu. Linda pod­cią­gnęła kolana do piersi i cze­kała.

– Tu jesteś – powie­dział Tom.

Otwo­rzyła oczy i zoba­czyła, jak pod­cho­dzi do łóżka.

– Esme mówi, że leżysz w łóżku całe popo­łu­dnie.

W jego gło­sie było oskar­że­nie, ale Linda wie­działa, że nie wie o policzku. Wyobra­ziła sobie Esme, która mil­czy o tym, chro­niąc ją. Zasta­no­wiła się dla­czego.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki