Opowieści z czasów dzieciństwa - Maciej Żołnowski - ebook

Opowieści z czasów dzieciństwa ebook

Maciej Żołnowski

0,0

Opis

Aromatyczne jabłka, czereśnie pękające od nadmiaru soku – najsmaczniejsze z cudzego, oczywiście, sadu. Strych pełen skarbów i wyprawy do pobliskiego zagajnika, urastającego do rozmiarów„dzikiej dżungli”. „Opowieści z dzieciństwa” to podróż do lat, gdy czas płynął jakby wolniej, a każdy dzień zdawał się obiecywać coś nowego i niezwykłego; wspomnienie przygód, które może się wydarzyły… a może były tylko wytworem dziecięcej wyobraźni?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 131

Rok wydania: 2020

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Maciej Żołnowski
Opowieści z czasów dzieciństwa
© Copyright by Maciej Żołnowski 2020fotografia na okładce: Petra Winkler, freeimages.com
ISBN 978-83-7564-607-8
Wydawnictwo My Bookwww.mybook.pl
Publikacja chroniona prawem autorskim.Zabrania się jej kopiowania, publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży bez zgody Wydawcy.

Dedykacja

Autor składa szczególne podziękowania na ręce Jolanty

Pawlak z Nowej Fantastyki, bez której pomocy i zachęty niniejsza książka by nie powstała.

Zaczarowana pasieka wujaszka Władysława

Jak trudno jest zatrzymać te okruchy najpiękniejszych i najwonniejszych dań, jakie serwuje nam życie, i sprawić, by ułożyły się w jakąś oszałamiającą ingrediencję wiecznego trwania. Można przejrzeć stare rodzinne albumy ze zdjęciami, odkurzyć piękne wspomnienia i nasycić nimi teraźniejszość. Niech melodie z dawnych lat zabrzmią ponownie i – niesione na łuku fermaty – wybrzmią urodzajem prasłowiańskiej magii; niechaj pozwolą przeżyć to nasze wątłe życie raz, i jeszcze dwa razy może. Niechaj zabrzmią, a wysłuchane – pozwolą wyrwać się swoim melomanom z lejców czasu, manifestującego się poprzez tykanie zegarów z kukułką i pianie wiejskich, krewkich kogutów. Pragnąłbym z całego serca zachować kwintesencję smaku, zapachu i koloru utraconych lat, które mi bezpowrotnie przeleciały wraz z całym złotem, gdym daremnie poszukiwał żyły modernizmu i pozytywizmu w uczonych księgach i w wielkich miastach. Stworzyć rad byłbym alembik do produkcji marzeń, wspomnień i majaków; zagęścić w esencję radosne rymy przeszłości; zogniskować w oszałamiającą światłość, jak w soczewce, każdą pojedynczą tęczę nad Racławicami; wyizolować i na wieki zachować klarowne efemerydy, duszy incytatory, mego jestestwa skrzydła, człowieczeństwa mego podwaliny. Podsycić języki ognistych zmysłów, obudzić prastare duchy i chochliki! Ocknąć się z letargu codzienności i, może ze sto razy jeszcze, odbębnić repryzę! Pędzą me myśli ku temu właśnie.

To było chyba na Głogóweckim rynku… To tam ją ujrzały me oczy pacholęce, wypatrujące błahostek, detali, drobin, które się ma pod nogami, wszelkich okruszków tego – intrygującego i przerośniętego w oczach dziecka – świata. I pamiętam to jak dziś, jak na jej widok – na widok zgubionej przez kogoś niefortunnie, topiącej się w słońcu gałeczki lodów, niczym telluryczna lizawka, niczym ssana właśnie przez Ziemię piposzka – pienił się spocony, straszliwie wkurzony bruk, ułożony jeszcze za Niemca w tej oto małomiasteczkowej, malowniczej scenerii.

Rano moja pościel, zdjęta z łóżka i wystawiona przez babcię na świeże powietrze, zażywała słonecznych kąpieli, pod wpływem których, niczym apetyczna bylina, pączkowała, puszyła się i bujniała, no i w końcu zakwitała wszystkimi stopniami połysku, całymi menzurami grubych płatów bieli, którą by można było kroić, a następnie sprzedawać na kilogramy.

Działkowicze z domów kolejowych Prudnika i Racławic: stare babcie wiecznie kręcące się po ogródku, w którym cegłówki, ułożone figlarnie w poprzek i częściowo tylko zanurzone w ziemi, tworzyły ten niezwykły rodzaj strefy buforowej, oddzielającej grządki od chodnika i od reszty obejścia. Wiejskie zielarki i znachorki… I ten, wożący się na swym anachronicznym bicyklu, Lankamer – Pan bez fletni, który zaopatrywał naszą rodzinę w świeże owoce: „jabluszka” i gruszki… To był zupełnie inny świat, jakiego nie znacie i już nie poznacie.

Akurat trwały wakacje. Ten pocący się nektarem słoneczników sierpień, zatykający zielonymi noskami nozdrza bawiącym się nieopodal klonu dzieciom, pozostawił w mej pacholęcej głowie obfite, kolorowe odpryski wspomnień z czasu późnego peerelu, utkane z migotliwej łuny żarzącego się rydwanu słoneczników, egzemplarycznych, wyrwanych z gruntu i kontekstu znaczeń oraz wyekstrahowanych oleistych obrazów – całej gamy lepkich, wiejskich pejzaży: na czele z oazą wonności maści wszelakiej, z kuferkiem strzeżonych przez pająki sekretów, z orzeźwiającym czyśćcem przydrożnej kapliczki, z zagonem kłębiących się strąków roślin z rodziny bobowatych, buzujących w skwarze popołudnia jakichś płatków kwiatowych i harcującego lubieżnie ścierniska-mrowiska. Te obrazki, składające się na racławicką arkadię, w które wsiąkła, niczym w lessy, fantastyczna słodycz rzeczonego lata, posiadły jak gdyby swoje drugie, ukryte dno w postaci miąższu ze złotej moreli, wodzącego za nos pachnidła gruszki i prostodusznego, choć wzmocnionego bogactwem konotacji, posmaku babcinego kompotu ze starej, jeszcze poniemieckiej, papierówki – prawdziwego eliksiru rozkoszy, sił witalnych i orzeźwienia.

Mieszkałem podówczas w sennej chacie na zboczu, na stromym stoku międzypokoleniowej przepaści, jaka dzieliła – wyłącznie w sensie symbolicznym – wszystkich członków mej familii. Ja byłem młody i malutki, a oni – starzy i duzi. Ot, i cała przepaść. Familia ta była całkiem liczna i roztaczała nade mną swój parasol ochronny, rozpostarty ponad całe sioło. Najchętniej, w słoneczne dni lata, przyjmowałem tę dobroczynność ze strony babcinej siostry – cioci Jadzi i jej męża, wujka Władysława.

Wujostwo mieszkali w pobliżu kolei w strupieszałym, pamiętającym jeszcze niemieckich wysiedleńców domu z nagiej cegły, który znajdował się na kresach wyższych pięter racławickiej panoramy i – wraz z bujnym ogrodem oraz pasieką – tworzył pępek, plexussolaris mojego ówczesnego grajdoła. Ten mur ceglany domostwa, jak przesuszony zgred, gubił kruchą zaprawę, niczym solarny Pan swą jajeczną żółć, i był wszystkim tym, na co stać było i czego w istocie pragnęli jego właściciele – zapomniani w swych skansenach, zasklepieni propolisem różanych okularów na ławce w swoim ogrodzie, pielęgnujący ogólniejszą ideę chodzącej zacności i dobroci.

W dni takie jak ten, którego wszystkie minuty pałały blaskiem i oślepiały światłem, skansen przeistaczał się w sprawną machinę pełną przodowników i z cicha bzyczących bohaterów. W ruch szły nagle zniesione z olimpijskiego strychu i przeniesione naprędce z tellurycznej komórki-piwnicy zakurzone akcesoria: wyciskarka do miodu, wielka niczym pralka Frania, podkurzacz, odważniki od sędziwej wagi i inne atrybuty wujkowej obecności. Ów siwy, łysiejący starzec królował nad tym wszystkim ręką Midasa władającego Frygami, a czego się wujek tknął, natychmiast zmieniało się w złoto oraz mleczną ambrozję. „Trutniąc” się u jego boku, łasuchowałem ochoczo, ogryzając plastry sześciokątnych uśmieszków, a wraz z nimi – małe słoneczka, i oblizując co chwila umorusany swój pychol.

Nieopodal wujkowej pasieki znajdował się kompostownik komunalny w kształcie wielkiej, murowanej wanny, z którego na okrągło wylewało się wpienione powietrze i rozlewało po na wpół zdziczałych sadach i ogrodach. Wiecznie czuło się tutaj zapach gnijących jabłuszek, usychającego kopru, kiszącego się na grządce, niczym na solarnej patelni, ogórasa: Pallasa, Echiona czy innego Toasa z rodu Gigantów.

W skwarne dni wakacyjne jeździłem wraz z babcią i ciocią Jadzią pociągiem na zakupy. W wielkim mieście babcia kupowała mi lody, lizaki i watę cukrową, której smak, ledwie wyczuwalny, przekraczający wszystko to, co zawierało się w wyrazie „słodycz”, wybrzmiewał na końcu cienką melodią aeryjną i ziszczał w słowach: „delikatność”, „aksamitność”, „lepkość”, „miękkość”. Miasto nie było wielkie tak naprawdę, ale czy aby na pewno można ufać pamięci dziecka? A wieś, w której się wychowywałem – to też raczej klasa średnia, stąd może i ów kontrast, abis, w ramach którego jawił mi się cały ogrom miejscowości ościennych, gminnych, powiatowych, które z babcią odwiedzałem.

Wychodziliśmy z domu i wędrowaliśmy całe pół godziny na dworzec kolejowy, dostojny, ceglany, ze strupieszałym, spadzistym i efektownym dachem, a ciocia wychodziła nam naprzeciw.

I choć lekko lazurowa uliczka tonęła w wybujałej do granic możliwości zieleni, to jednak czuło się tutaj przestrzeń jak nigdzie. A w dni upalne, takie jak ten, obmacywały człowieka dodatkowo wścibskie spojrzenia natrętnego oka-słońca. Były to tereny od święta zalewowe, grzeszące nazbyt bliskim położeniem względem Osobłogi oraz rodzajem zdradzieckiego zbratania z rzeką, spoufalenia się z nią w czasie i przestrzeni. Toteż przypuszczano, iż wśród zwykłych tubylców znakomitą większość stanowili przedstawiciele któregoś z prastarych rodów wodników albo syren, i że wszystkie te istoty w owym czasie należały do jakiegoś zakonu słonecznego, czczącego swego bożka, spijającego całą słodycz dnia miododajnego, nakładającego swym członkom złote maski kultu bakchicznego, pozdrawiającego się grymasem w postaci: zmrużonych oczu, wywalonych na wierzch języków, podciągniętej aż do bólu górnej wargi.

Mijaliśmy najpierw ulicę Ogrodową – płaskie, gliniane klepisko, pełne widmowych ruin i niezbyt zadbanych domków, mając po lewej stronie niebosiężny komin manufakturowy z bocianim matecznikiem na wyniosłym czubie, gdzie czuło się słowiańskość jak nigdzie indziej, gnieżdżącą się od wiosny do babiego lata z całym dobrodziejstwem inwentarza, abociem było to właśnie rozklekotane błogosławieństwo tego sioła: liczne, nienażarte, krotochwilne. Tutaj ekstrahowała się jak gdyby cała polskość w substancjalną kolebkę. I nie dość na tym, że się ziszczała! Maćkowa Perć, to gniazdo, utkane było z wyschniętych źdźbeł krzewinek i trawska, trawsko zaś – poprzetykane mniszkiem lekarskim o szyi żyrafiej, łepetynie przyobleczonej w najgorszą tandetę lipca, z tymi charakterystycznymi żółtymi kapeluszami: lechickimi becikami, łużyckimi chustkami, ślężańskimi czepkami. (Zaprawdę wątpliwą mi się zdaje kwestia żółci opisanej, bo i czemuż by nie mogły być me feeryczne mlecze, na poły zmyślone, na poły realne, bieli i czerwieni pomieszaniem? Pamięć to dziwna rzecz, krucha rzecz. I doprawdy trudno jest jej ufać).

Podczas tego popołudnia zauważyło się mrówki – całe rojowisko, wykonujące swój mrówczy taniec godowy, a także winniczki, śniące radosne sny winniczków w falujących pieleszach pokrzywy, w betach z atomów kojącego cienia, w srebrze śluzu, połyskującego nanometrami: snopków, nitek czy strużek. Owady i mięczaki – to było to, to była kwintesencja mojego dzieciństwa, zamknięta niczym skrzynia ze skarbami w skali mikro, w skali jubilerskich detali. (Pamiętam doskonale, jak dziadek zabierał mnie na wycieczki do lasu, podczas których zrywał dla królików dzięcielinę, a ja poszukiwałem rogatych skrzatów z piernikową muszlą na grzbiecie. Wołałem wtedy na głos: „Ślimak, ślimak, wystaw rogi, dam ci sera na pierogi”. Dawne dzieje!).

Ale oto teraz oczekiwało się, że pociąg na stacji nie będzie stał w nieskończoność. Szliśmy więc dalej – ja i babcia – klepiskiem, niestrudzeni i cierpliwi niczym woda, co gna ku morzom i oceanom. Tam w pobliżu poniemieckiego tunelu – surowego, zimnego i zastygłego jakby w swoim własnym sosie polodowcowym – droga nagle zakręcała w lewo o dziewięćdziesiąt stopni. Zmieniała przynależność partyjną i opcję geopolityczną, stając się gliniastym bohomazem, żółtoszarym szlaczkiem na chlorofilowym tle, polną ścieżyną pełną białych i czerwonych punkcików-kwiatostanów, tu i ówdzie pozarastaną chwastem aż do niemożebności, ginącą w nadopiekuńczych objęciach bodiaków, opasłych łopianów, w rozpaczliwych krzykach poskromionych pejczem upału pokrzyw.

I jęła się snuć ta złota droga-wić z powabem wysoko, hen w górę, wzdłuż majaczącego abrysu starego nasypu kolejowego, niczym ślad pędzla, pozostawiony przez jakiegoś flamandzkiego mistrza pejzażu. A gdyby ktoś przypadkiem nie wiedział, dokąd wiedzie owa najsekretniejsza, zapomniana bocznica tęczy, ta żyła rozżagwionego El Dorado, to mógłby śmiało zgadywać, że kończy się gdzieś na modrych, rajskich sadzawkach racławickich niebios.

I tak przeprawialiśmy się z matką mojej matki ku kaskadom kolejarskich przystani, wąskich, poniemieckich przesmyków, cudzoziemskich, tajemniczych wysp-ramp; sunęliśmy ku mirażom kardamonowych szyn-tras, cynamonowych bocznic, miodowych alejek, jaśminowych fontann, polnych wytrysków, zielarsko-pastewnych wodogrzmotów.

Po pewnym czasie ścieżynka krzyżowała się z asfaltówką i przechodziła następnie w skrót i tory, którymi nigdy nie dane mi było wędrować. Stąd być może pozostał w mym pacholęcym czerepie czarowny urok tego, co nieznane, niezbadane, nienazwane, buzujące w alembiku z potencjałem nigdy nietkniętej okowity. Podobno wielu przechodniów, bezimiennych niczym psy włóczykijów, zostało tutaj stratowanych przez lokomotywy – wielgachne, parowe monstra, nieznające ludzkiej ani boskiej litości, ni żadnych innych uczuć.

My tymczasem – wzrokiem z olśnienia po bokach zacienionych budynków wodząc, jak po wszystkich czterech strunach skrzypiec – szliśmy gościńcem, przechodząc pod wiaduktem na drugą stronę torów i zwiększając tym samym ambit naszej eksploracji. Te racławickie wiadukty – kawał historii – niczym gigantyczne, upiorne rzutniki, za dnia dawały cień, a w nocy – majaki duchów poległych podczas wojny esesmanów: ludzi złych i okrutnych, ludzi-zwierząt, ludzi-nieludzi.

Przemykając na lewo w bok, niczym dziarski, pijany od ciągłych przypływów i odpływów radości surfista, człapaliśmy dalej. I przełamywaliśmy rozczapierzony wierzch krasnego stoku, na którym mościł się w całej swej okazałości przejazd – tak po chłopsku, wygodnie i rozłożyście – z tymi charakterystycznymi barami rogatek i ślepiami sygnalizatorów świetlnych, których przeszywającej, niemalże bestialskiej czerwoności zawsze bardzo się obawiałem.

I tak stopniowo dochodziliśmy z babcią do dworca, już kołataliśmy do jego wrót w imię staroitalskiego Janusa – boga przemian, czasu, początku i końca. Jeszcze mieliśmy do wyminięcia, po swej prawicy, w dole, pomiędzy nasypami kolejowymi, jakiś wyzwolony, zdziczały sad poniemiecki – z tajemniczymi, mięsistymi czereśniami, pełnymi soku pod przejrzałą skórką, z wonnymi, opalonymi niczym Murzyniątka wisienkami, których aromat przekraczał ludzkie możliwości poznawcze, z wciąż nie całkiem dojrzałymi owocami agrestu, pełnymi tanecznej gracji i muzycznego rozedrgania, niczym początkujące balerinki, nieukształtowane i nieuformowane. Lewicą zaś należało tylko musnąć – by wyminąć – racławickie rubieże Północy, pełne niesamowitego i niepojętego uroku, tak bardzo dla rubieży właściwego. Mijało się więc zmechaconą, starą rampę i ogródki działkowe, pełne wonnego kwiecia, zamknięte w sobie i zapadłe w ciszę pod przytłaczającym ciężarem kipiącej zieleni, lubieżnie oddające się nieskrępowanemu, orgiastycznemu kwitnieniu, masami listnymi i całą plątaniną rozplenionych chwastów zalane.

Po zejściu z nasypu zdegradowana do niecki droga stopniowo nabierała utraconego swego decorum, swej wysokości niczym nurek powietrza, by ostatecznie osiągnąć awansem najbardziej reprezentacyjny dla siebie pułap i stać się na powrót punktem widokowym. Był to w każdym razie, dumny jak psi champion, racławicki kres – jego podniebna Ultima Thule, gdzie znajdowała się, zagubiona wśród starodrzewu, stacyjka, do której wiodła długa alejka lipowa, wyłożona kostką brukową, niczym puzzlami, połyskująca w żarze leniwego, jak gdyby nigdy niechcącego się skończyć popołudnia. A każda jedna taka kostka jarzyła się innym kolorem i zmieniała swe oblicze bez ustanku, niczym jakaś cząstka elementarna na trójwymiarowej pocztówce ze stereogramem.

W pobliżu dworca gdzieniegdzie znajdowały się przerdzewiałe siatki, a gdzie indziej – jakieś ceglane murki, urzekające samą tylko energią kształtu cegły, czerwone i jajeczne od słonecznych balsamów. A przyozdobione były w mięsiste, śliniące się lubieżnie ozorki chwastów – seksoholików, erotomanów, wyrzutków społecznych. Pół biedy, jeśli chuć tych zboczeńców rodziła się z nagości gruntu, okalającego murek, i go pożerała w sensie urodzaju, wybujałości czy metrażu; gorzej, jeśli owa frywolność wyrastała czy wręcz wytryskiwała wprost z samego jądra rozbuchanej od skwaru ceglanej pustyni. Chwasty rosły więc gdzie popadło – nawet w tych miejscach, w których z zasady rosnąć nie powinny. Widziało się także, sporadycznie, pocącą się, rzadką, wręcz płynną od czarnych swych potów smołę. Wyglądała na wściekłą. Była wściekła. Wściekła i zła jak nie wiem co!

I tak oto, po około trzydziestu minutach, docieraliśmy z babcią na stację, gdzie czekała na nas ciocia Jadzia. Ale ona już nie żyje. Nie żyje ani ona, ani jej siostra (a moja babcia). To, co mi pozostało – to migotliwe wspomnienia z dawnych lat osiemdziesiątych, ulotne wrażenia pochodzące z dzieciństwa (tak płochliwe, jak płochliwe mogą być tylko najskrytsze myśli i marzenia, które – jeszcze zanim się na dobre ujawnią – uciekają gdzieś głęboko w podświadomość i nie chcą się dać poznać ani zbadać). Zachowało się też te kilka nieudolnie skreślonych słów i cytatów z pamiętnika.

Arabeski nad hebanowymi schodami

W sieni oraz na stromych, krętych schodach, prowadzących na strych, zawsze panowała u wujostwa czarna noc. Czarna noc, która nigdy nie chciała się skończyć, nadawała temu miejscu tajemniczej jakiejś, solennej aury, a to, co znajdowało się na pierwszym piętrze i należało do wujka-pszczelarza, było w ogóle poza moim i czyimkolwiek zasięgiem i rzec by można, wymykało się zdroworozsądkowemu oglądowi rzeczy, niczym niezgłębione tajniki starożytnej alchemii.

Nie wiem, nie pamiętam, skąd brało się na tych schodach jakiekolwiek, najwątlejsze nawet światło (o ile w ogóle takowe istniało), gdyż wszystko tutaj spowijał niewyraźny cień, łączący się w uścisku wiecznym z mrokami wiejskich szarówek oraz nocy, w które to mroki cień ów następnie łagodnie i niezauważenie przechodził. Zresztą za oknem niepodzielnie panowała pora niezdefiniowana, nieokreślona i nijaka, niebędąca ani jesienią, ani zimą, lecz czymś pomiędzy nimi, i przyozdabiała świat chroniczną pleśnią szaroburego zmierzchu, opryszczką wszystkich możliwych odcieni brzydoty, kutnerem nieprzejrzystości tak dalece zamglonego pejzażu, zmarszczkami zadumanego i zasmuconego czymś nieba.

Te ściany na klatce schodowej z hebanu obrastały gęstwiną wprost niezliczonych arabesek-wzorków na kiczowato wyglądającej, a na dodatek gdzieniegdzie postrzępionej i poodklejanej tapecie. Pulsujące utajonym życiem kwiatuszki coraz to głębiej zapuszczały swe sztuczne korzonki niczym rdza w niewyczerpanych pokładach szmelcu. Zwielokrotniały się harcujące bez umiaru pnącza, liche, tandetne, badziewnie wykonane. Kwiatkom wyrastały nienaturalnie długaśne łodyżki, niczym wężowatym wijom zmutowane szyjki, a następnie splatały się w skłębioną dokoła kędzierzawość. Soczyste i żylaste swe muskuły prężyło ziele, pędzone przez dnie całe po marchewkowo-sterydowych poletkach. A wszystko wkoło gęstniało, gęstniało, po trzykroć gęstniało. I tak tajemna siła sprawcza oraz materia – nawet ta szara, nieistotna i nieładna – bez ustanku tę zieleń z siebie wyrajała, a wytapetowana rzeczywistość rosła i się zwielokrotniała. I odnosiło się generalne wrażenie, że coś pod tą okładziną, a nawet w niej samej, uparcie buzuje, że coś się w tych trzewiach poniemieckich mości, że starodawny, ceglany budynek oddycha i żyje.

A był tutaj gzyms wyniosły, który znajdował się przy samym suficie. I gdy się wędrowało z góry na dół, jego wysokość względem klatki rosła wraz z każdym krokiem i każdym kolejnym stopniem schodów – tak, by ostatecznie osiągnąć swój maksymalny pułap na, a raczej nad parterem. Jego szerokość była stosunkowo niewielka – nazbyt wąska dla stóp człowieka albo człowieczka. Na dodatek sam kształt gzymsu mógł stanowić niejaką przeszkodę – był to kształt pochyły, wręcz spadzisty. Nie wyobrażam sobie więc, ażeby ktokolwiek chciał czy był w stanie się po nim przesmyknąć, niczym akrobata stąpający po linie wiszącej w cyrku. To prawda, że w zakamarkach tego starego domu wujków kryły się ciemne, małe ludy, coś jakby skrzaty. I to prawda, że żyjątka te mogły być pomocne w przesmyknięciu się na najwyższy punkt gzymsu. Wreszcie to prawda, że ich istnienie związane było w jakiś niesamowity sposób z wytapetowanymi tu, ornamentalnymi światami. Ale prawdą jest również to, że moja matka i inne osoby, które wierzyły w ich istnienie, odczuwały potworną trwogę już na samą myśl o lilipuciej familii tego domu.

Ja się tym w każdym razie nie przejmowałem – nie jako dzieciak. A raz nawet miałem okazję tutaj pobrykać. Podobno nie byłem pierwszym, który zjeżdżał tyłkiem po śliskich i nagich belach hebanowych schodów, wykrzykując radosne: „ała, ała, ała”. Ciocia twierdziła, że już wcześniej po tych zimnych poręczach zsuwały się moje kuzyneczki – Magda z Izą, że latały po wszystkich wystających ze ściany półkach, boniach oraz pasach. I wskazując palcem na niedostępny, wyniosły gzyms, przemawiała w tak okrutny sposób do mej ówczesnej i obecnej wyobraźni. Do dziś dnia widzę oczyma tejże chorej wyobraźni Magdę z Izą, jak stąpają sobie pewnym krokiem niewieścim po gzymsie i suficie (wbrew powszechnemu prawu ciążenia), a wszędzie tam, gdzie ja stąpać nigdy nie mogłem i nigdy już móc nie będę. O, mój Boże! Tak bardzo zazdrościłem dziewczynkom ich paranormalnych zdolności.

I gdy teraz się nad tym zastanawiam, od razu przychodzą mi na myśl chaotycznie wybujałe, nieznośnie nadpobudliwe, żywotne i drapieżne arabeski, których nocne wyrojenia tworzyły swoisty parasol, chroniący w razie nieszczęśliwego upadku z zabójczo stromych i niebezpiecznych schodów, gzymsów, ścian i sufitów; te arabeski, pełne dużych, małych i całkiem już skarłowaciałych sekretów, które chronić miały w razie pechowego wyślizgnięcia się z objęć delikatnie zakręconej poręczy lub łukowatego obramowania schodów; te same, co uratować mogły czyjeś życie w przypadku niefortunnego spłynięcia tego kogoś w dół, wzdłuż namalowanej albo raczej wydrukowanej łodyżki perskiego kwiatu.

Ale Magda z Izą były ponad to wszystko i nic, absolutnie nic stać im się nie mogło, gdyż bezgranicznie zaufały potędze tego, jakże dziwnego miejsca. Uwierzyły, niczym naiwne wróżki młodociane, w istnienie zaczarowanej Nibylandii. Uznały za właściwe poddanie się arabeskowej opatrzności – pękowi oczu wszechwidzących i uszu słyszących wszystko.

Ja nie odnalazłem w sobie podobnej wiary w rzekomo opiekuńcze siły niby-nocy, pełnych zwodniczych arabesek, skomplikowanych, mrocznych labiryntów, ziejących arktycznym tchnieniem zaułków, wymajaczonych z sennego koszmaru zakamarków. I na wszelki wypadek nigdy już nie ośmieliłem się bawić u wujów (na schodach ani nawet w sieni w cieniu umbry).

Ballada o obieraniu papierówek

– A mój stary, pani Żołnowska, bój się Boga, wiecznie by tylko spał i spał – rozpoczęła swą litanię sąsiadka, pani Łotocka.

– A mój stary, pani Łotocka, jest taki i owaki. I robi: to, tamto i owo, kiedy śpi. A kiedy śpi, to jeszcze zdrowo, pani, chrapie, tak chrapie, że aż hej! – Babcia nie zamierzała być wcale gorsza od stojącej po drugiej stronie siatki kumy.

I pomyśleć, iż wszystko zaczęło się tak niewinnie od tego, że miesiąc temu tatuś zbił w ogrodzie ławeczkę. Sklecił ją najlepiej, jak potrafił, ze świeżych desek i przejechał ze dwa razy pędzlem, tak że nabrała rumieńców jak ta tęcza nad Racławicami. I nawet ja miałem w tym swój mały udział, jako malarz amator i pilny obserwator lepszych i gorszych majstrów racławickich.

A zawsze przychodził taki moment latem, kiedy babcia wychodziła przeszczęśliwa z domu, szła do zazielenionego ogródka wąską ścieżką, gdzie pobzykiwały sobie pszczoły i świergotały radośnie ptaszki: słowiki, kosy, czyżyki, i rozgaszczała się na tej świeżo skleconej ławeczce, tuż przy stoliku. I wnet już wyciągała ulubione „zabawki”: nóż do obierania jabłuszek, garnczek wypełniony wodą oraz miseczki na owoce i owocowe odpady.

W tym pięknym ogrodzie przy wejściu rósł poczciwy biały nalew, stary, jeszcze poniemiecki. Jego wyborne owoce doskonale nadawały się do babcinych kompotów i słodkich wypieków. Babcia uwielbiała całymi godzinami siedzieć w jego cieniu i oczyszczać jabłuszka, drylować je, odrobaczać. Posługiwała się wtedy nożem tak zręcznie, iż człowiek odnosił wrażenie, że skórka z obieranej papierówki będzie się ciągnęła i ciągnęła, wydłużała wciąż i wydłużała w nieskończoność. I o ile dobrze pamiętam, nikt prócz babci tego nie potrafił, żadna gospodyni, żaden kucharz, żaden rolnik ani sztukmistrz w cyrku. Przyznam, że zazdrościłem babci jej manualnej sprawności, która mi osobiście pachniała jakąś tajemną sztuką-magiką. Stałem więc z boku i podziwiałem nieskończenie długaśne łupiny, wychodzące spod babcinych rąk. Stałem i potrząsałem jabłonką, tak by spadały z niej najbardziej dojrzałe papierówki, cały deszcz najpiękniejszych papierówek. Następnie zbierałem je wszystkie i zanosiłem babci, a ta je obierała ze skórki w taki sposób, że mogła za pomocą jednego posuwistego ruchu oddzielić całą skórkę od jabłka. Oczywiście robiła to powoli i płynnie, poświęcając z pół minuty na każde pojedyncze jabłko.

W tym naszym wiejskim ogródku nieopodal ławki znajdowała się także dziecięca piaskownica, niepokaźna, ale mnie do zabawy w zupełności wystarczała. Mrówki, które wędrowały od strony drzewa ku siatce, musiały przeprawiać się przez nieprzebyte piaski pustyni-piaskownicy. A ja tymczasem stałem i z wysokości Wszechmocnego obserwowałem ten mrówczy exodus. Stałem, przygładzałem długie włosy niczym jakiś natchniony Mojżesz i raz po raz kukałem: a to na babcię obierającą jabłka, a to znów na mrówki. Na babcię. I znów na mrówki. I tak w koło Macieju. Bywało różnie: czasem babcia ze swoimi łupinami wygrywała w zażartej walce o dziecięcą uwagę, a czasem to mrówki wygryzały babcię z gry. Teraz na przykład wygrały owady.

Kilka dni wcześniej na trasie ich przemarszu położyłem metalową nakrywkę, którą akurat dziś postanowiłem usunąć. I oto, co ujrzałem pod spodem: owadzie korytarze skrywały tysiące, tysiące owadzich jaj. Mrówki stworzyły coś na wzór formikarium dla larw, robotnic, samców i królowych. Te ostatnie podobały mi się najbardziej, gdyż były najrzadsze, a przez to szczególnie pożądane. Ojciec powiedział mi raz, że mrówki wydzielają charakterystyczną woń, która pozwala im na poruszanie się po mrówczych ścieżkach. Od tamtej pory szczytem marzeń stało się stworzenie zapachu, który by mógł imitować feromon znacznikowy. Próbowałem więc i próbowałem, kombinowałem i kombinowałem. Aż razu pewnego wykrzyknąłem: eureka! Udało mi się bowiem zrealizować to zadanie i sporządzić mrówczy eliksir, czego nie jestem w stanie w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć. Krewniaczki os chadzały od teraz nie tylko po swoich, lecz także po moich, Maćkowych dróżkach i szlakach.

Kiedy więc odwiedziła mnie Basia, siostra Tomka, i zobaczyła to, co zobaczyła, te wszystkie szlaki i formikarium, nie mogła się wprost nadziwić ani nie potrafiła ukryć zazdrości.

Potem razem zrywaliśmy maliny. Babcia siedziała na ławeczce, obierając papierówki i rozmawiając z sąsiadką, panią Łotocką przez siatkę, a my zbieraliśmy te maliny do kubeczka. Pogaduszki obu pań szły od dawna utartym torem:

– A mój stary, pani Żołnowska, bój się Boga, wiecznie by tylko spał i spał, spał i spał. – Nie bardzo wiedziałem, dlaczego nazywa swojego męża „starym”. Przecież był młodszy od niej.

– Mój stary, pani Łotocka, też lubi sobie porządnie pospać: drzemka przed obiadem, drzemka po obiedzie, drzemka na nocniku telewizyjnym i podczas „Kobry”, a potem jeszcze cała nocka do przespania. No jak tak można, powiedz sama, pani Łotocka!? No bójże się Boga!

– A mój stary, pani Żołnowska, bój się Boga, cały czas tylko chrapie i chrapie, chrapie i chrapie. Jam już wszystkiego próbowała i wiem, że na to jego chrapanie, pani Żołnowska, to ni ma rady ni sposobu.

– A mój stary, pani Łotocka, to kazał mi na siebie w nocy cmokać, o tak: „cy, cy, cy, cy”.

– „Cy, cy, cy, cy”. – I tutaj pani Łotocka zamknęła oczy, wysunęła usta do przodu i zrobiła taką minę, jakby samą żabę miała zamiar pocałować, ropucha stara, po czym dodała: – I co? Pomogło?

– Ano, pani Łotocka, na jakiś czas to pomaga, ale po miesiącu, dwóch zaś je to samo.

– Zaś je to samo – powtórzyła kuma i nad brzmieniem słów się zadumała. – No to trza prędzej liźć spać, tak by usnąć przed nim. A wtenczas chrapanie przestanie dokuczać, bo przez sen już tak nie słychać.

Kiedy skończyliśmy podglądać mrówki i zrywać maliny, odprowadziłem długowłosego gościa do bramy wyjściowej i ładnie podziękowałem za wizytę.

I tutaj stało się coś, czego nigdy nie zdołam pojąć, coś zupełnie magicznego. Dziewczynka przejechała palcem wskazującym lekko po tynku poniemieckiego budynku, ciągnącego się miast ogrodzenia wzdłuż podwórza, i pozostawiła w nim trwały ślad, trwałą ryskę. Nie wiedziałem, jak tego dokonała. Pewnie była to skaza, której wcześniej nie zauważyłem, po jakimś pojeździe mechanicznym, przyczepie albo ciągniku, co zwyczajnie zarył o mur. Niemniej nie miałem jasności co do pochodzenia owego wyszczerbienia. I sądziłem, i po dziś dzień sądzę, że Basia tego dnia posłużyła się jakąś przedziwną mocą niewieścią, której tajniki zdołała w sposób cudowny posiąść. Bo kobiety (i dziewczynki zresztą też) znają się na różnych sztuczkach, na których my, faceci, zwyczajnie się nie znamy i nigdy nie poznamy.

O tym, jak bawiłem się w hau-haua

– Babciu, babciu! – wykrzykiwałem od progu, wbiegając do domu prosto z lekcji. – A babcia wie? Za niedługo przyjdzie tu mój kolega i będziemy razem się bawili u nas w domu. Prawda, że możemy? Babciu, proszę, proszę!

W tym samym czasie w radyjku obok dało się słyszeć aksamitny głos spikerki:

– Stan wody w dorzeczu Wisły układał się w strefie wody niskiej i średniej. Stan wysoki obserwowano lokalnie na Sanie i Wisłoku.

Babcia się zamyśliła, przygładziła ręką posiwiałe już od dawna włosy i rzekła:

– No pewnie. Tylko uważajcie. Grzecznie i bez bałaganiarstwa, proszę.

– Hurra! – zawołałem, nie kryjąc radości.

– Stan wody w dorzeczu Odry – znów dało się słyszeć ten sam przyjemny głos spikerki – układał się głównie w strefie wody niskiej i średniej.

– Ale teraz już, dziabcia, do nauki! Naprzód obowiązki, a potem przyjemności. – Babcia potrafiła być słodka nawet wtedy, kiedy mowa była o pracy i różnorakich szkolnych powinnościach, a poza tym kochała mnie ponad życie.

– Sytuacja baryczna z godziny… – kontynuowała tymczasem radiowa pani. – Bałtyk znajduje się pod wpływem stacjonarnego niżu z ośrodkiem nad wschodnią Łotwą.

– Się wie, babciu, się wie – odparłem i już miałem prysnąć, kiedy nagle zatrzymało mnie rutynowe pytanie, powtarzane niemal każdego dnia:

– A co dzisiaj dawali wam na obiadek w szkółce?

– Oj, babciu, nie pamiętam. Chyba coś dobrego. Jakieś pierożki, jakieś naleśniki, no coś takiego w każdym razie…

– Ale jadłeś obiadek?

– Nie pamiętam – odparłem zgodnie z prawdą, gdyż nie miałem serca do tak przyziemnych błahostek, jak picie czy jedzenie chleba naszego powszedniego, a poza tym prawie nigdy nie byłem jakoś straszliwie głodny. I tutaj pogodynka dorzuciła jeszcze:

– Klin wyżowy nad Skandynawią utrzymuje się.

I zaraz goniłem z plecakiem do pokoju, gdzie czekał już na mnie ulubiony radiomagnetofon kasetowy firmy Grundig, zwany Kasprzakiem. I byłem szczęśliwy jak nie wiem co.

Rusycystka, pani Ala, ta sama, która czasem podczas zajęć wspominała nam o „Wilku i Zającu” oraz sobace Łajce, nieszczęsnym psim kosmonaucie, powtarzała z naciskiem, że prace domowe należy rozpoczynać od tych najtrudniejszych, na sam koniec zaś pozostawiać najprostsze i najprzyjemniejsze. Nie wiem, ile było w jej słowach prawdy, bo robiłem dokładnie odwrotnie, licząc na pewien trik, na szczególny efekt psychologiczny. Polegał on na tym, że po dziesięciu początkowych minutach nauki z ośmiu, dziewięciu zadań do wykonania pozostawały już tylko dwa albo góra trzy, co mi bardzo, ale to bardzo odpowiadało. I tak już nie myślałem więcej o tej straszliwej, potwornej ilości, a jedynie skupiałem się na dwóch ostatnich pracach. Tylko dwóch! I to był właśnie mój mały trik, ta zmniejszona ilość. Ha, prawda, że sprytne?

I kiedy rozparłem się na złożonej wersalce w najbardziej nasłonecznionym pokoju poniemieckiej chałupy, a książki i zeszyty wyjąłem z plecaka i poukładałem starannie na stole, natychmiast popłynęły dźwięki wesołej „Lambady”, którą co chwila przewijałem na początek i którą co chwila w kółko puszczałem, i tak aż do znudzenia. Bo kochałem muzykę od zawsze i od zawsze uwielbiałem być szczęśliwy, a ta „Lambada” czyniła mnie zwyczajnie lepszym i szczęśliwszym.

A najbardziej to mi się podobała solówka saksofonu, znajdująca się w połowie, w drugiej albo trzeciej minucie. I wyobrażałem sobie, ilekroć leciała, że to ja ją tak pięknie pykam, a tłum młodych ślicznych dziewczyn bije mi brawo i do mnie wzdycha. I myślałem, że jak będę duży i dorosły, to też będę siedział w takim właśnie kwartecie lub kwintecie, i tak samo jak ten kwartet albo kwintet będę sobie rżnął: „u pa, u pa, bumc tarara” za pieniądze i dla sławy samej. Ech, ta „Lambada”!

A najbardziej interesujący to był taki oto fakt dotyczący „Lambady”, o którym gadano w szkole gminnej, a mianowicie, że jak człowiek włoży sobie zastrugany ołóweczek głęboko w cztery litery i zacznie nim kreślić ósemki w powietrzu, to od razu pojmie, w jaki sposób wykonuje się latynoamerykańskie pląsy. Nie mam pojęcia, czy to prawda. Nigdy tej sztuki nie próbowałem, ale wiem, że przy gorącym południowym rytmie wszelkie szlaczki i inne typowo szkolne zadania kaligraficzne udawały się nad wyraz wspaniale, co też i z zapałem pilnego ucznia z czerwonym paskiem niejednokrotnie wykorzystywałem, a wykorzystywałem na przykład choćby teraz, mając coś do przepisania, zaznaczenia, zakreślenia na jutro. A wobec powyższego uważałem i uważam nadal, że ci wszyscy strasznie poważni panowie ministrowie, którzy chętnie pokazują swe zaokrąglone pyski w telewizji publicznej, powinni koniecznie wpisać „Lambadę” na listę pomocy dydaktycznych w imię dobrze pojętej oświaty i edukacji narodowej.

Według mnie tylko fragment „Poloneza A-dur” Fryderyka Chopina, emitowany jako przerywnik radiowy, mógłby równać się z „Lambadą” pod względem wyrazistości, przebojowości i potęgi brzmienia. Uwielbiałem ten krótki, charakterystyczny jingiel i – co dziwne – nie kojarzyłem go wcale z fortepianem. I tyle o muzyce przy nauce!

Na samiuśki koniec popołudnia odrobiłem jeszcze dwa matematyczne zadania, które mi pozostały na deser, niczym te lody przyniesione w banieczce na mleko, śmietankowe albo waniliowe. Aha, i przez chwilę rzępoliłem na skrzypeczkach, głównie etiudy i Kreislery. Następnie poleciałem z powrotem do kuchni i zameldowałem:

– Babciu, babciu, skończyłem. Czy teraz wolno mi się bawić?

I właśnie w tej sekundzie, jak na zawołanie, w progu pojawił się umorusany czymś i wymizerowany sześciolatek. Babcia chciała się z nim ładnie oraz kulturalnie przywitać i zapewne też czekała na jakiś gest z jego strony, ale przypomniała sobie, że Tomuś zaczął rozmawiać strasznie, strasznie późno, i że właściwie do tej pory miewa problemy z mową: ojczystą, ludzką, jakąkolwiek. To, że w ogóle nauczył się komunikować, było poniekąd, albo może przede wszystkim, zasługą mojej rodziny, w tym i również najukochańszej na świecie i najsłodszej staruszki.

– Tomusiu, zjesz może pierniczka? Albo trochę szarlotki?

I Tomuś nic nie mówiąc, zjadł, a raczej połknął bez gryzienia i popijania to, co dała mu babcia. Kobieta złapała się za głowę i odwróciła na pięcie, nie chcąc najwidoczniej oglądać, jak malec się dławi, krztusi, dusi. A on oblizał się starym zwyczajem, poklepał po brzuszku i już był gotów do wszelkich szaleństw i hulanek.

Poszliśmy do pokoju, dużego, ogromnego. Zapowiadało się ciekawie. Ostatnio wymyśliliśmy sobie, że będziemy szczeniakami i że – podobnie jak małe, włochate kumple – wszędzie będziemy chadzali na czworakach, radośnie porykując, skomląc żałośnie albo też groźnie na kogoś ujadając. Ostatnio tak właśnie się bawiliśmy i też w hau-haua, ale to było co innego. Bawiliśmy się wtenczas w Tomaszkowym domku, gdzie na podłodze leżała sterta porozrzucanych ubrań, dziurawych, niewypranych i śmierdzących, a na stołach, łóżkach, szafkach oraz kredensach i tak nie było nigdy za czysto. Moje rodzinne gniazdko, z jego schludnym wyposażeniem i pedantycznie wysprzątanym wnętrzem, nie stanowiło zbyt dobrego poligonu dla dziecięcych czy wręcz zwierzęcych igraszek. Niemniej cieszyłem się niezmiernie z obecności młodszego kamrata i w imię cudownej beztroski gotów byłem do wszelakich poświęceń, a nawet małego przemeblowania.

Zaczęliśmy od tego co zwykle, od ustawienia krzeseł na ogromnym stole i przykrycia całego tego kramu kocem. Jako wiejskie chłopaki, zwinne jak baletnica, mogliśmy się wślizgnąć dosłownie w każdą mysią dziurę: czy to szczelinę między szafą a ścianą, czy to pustą szparę za ciągiem donic i kotar. Nie musieliśmy się nawet jakoś bardzo starać ani przemeblowywać wnętrza, gdyż wystarczyło po prostu schylić się, przykucnąć i… skoczyć na cztery łapy, że tak powiem. I już! Aha, no i jeszcze nie wolno było absolutnie nic a nic gadać, gdyż dźwięki mowy ludzkiej były w hau-hale zakazane. Pozostawały więc tylko jęki, skomlenia, poszczekiwania, powarkiwania, mlaskanie, sapanie oraz oczywiście chrapanie.

Bo pewnie mało kto wie, ale czworonogi potrafią też czasem chrapać, kiedy są zmęczone i mocno, mocno śpią. Ale to nie było dla nas nic nowego. Jedyne, czego nie wiedzieliśmy, to to, czy psiaki, podobnie jak ludzie, potrafią puszczać bączki. Przepraszam, że o tym wspominam, ale naprawdę mieliśmy z tym kłopot. I nawet pani Kasia z sąsiedztwa, właścicielka trzech kotów i iluś tam Pikusiów i Czarusiów, nie była w stanie nam tego wyjaśnić tak na sto procent. Twierdziła – czemu nie mogliśmy dać wiary ot tak, na słowo honoru – że psie bączyska zdarzają się co prawda bezgłośne, ale za to z całą pewnością wyczuwalne i cholernie, ale to cholernie smrodliwe.

A więc rozpoczęliśmy naszą zabawę. Z początku ja sunąłem krok za krokiem i łapa za łapą za Tomkiem. A potem się zmieniliśmy… no i on człapał pochylony z podniesionymi nosem oraz głową za moim zadkiem. I kiedy nagle zatrzymałem się znienacka, to on tym nosem zarył mi prosto w tyłek, jako że nie zdołał w porę zareagować i się zatrzymać.

A w pobliżu okna stało rozstrojone pianino i przy tym pianinie znajdował się słoik wypełniony wodą. Była to woda do podlewania babcinych kwiatostanów. Tomuś zaczął ją pić łapczywie niczym pan Heniu, miejscowy pijaczek, wiecznie na kacu. No to mówię do niego:

– Ej no, co robisz, bum-cyku? – Bo myśmy tak śmiesznie i głupkowato na siebie wołali, że hej.

A on nic, tylko pochłeptuje. Pił tę wodę naprawdę, wcale nie udawał. Później z kolei była moja kolej, więc i ja się skusiłem. I od razu zawołałem: „słoikowym wodom niewiadomego pochodzenia mówimy stanowcze: a fe”.

A raz to pies w Tomaszkowym ciele skryty stanął nagle dęba. I ja stanąłem nagle dęba. Zatrzymałem się i spojrzałem porozumiewawczo na kamrata, który był najlepszym przyjacielem wszystkich ludzi, całej ludzkiej rodziny. A chociaż był najlepszym przyjacielem człowieka i innych domowych zwierząt, tych większych i mniejszych, to jednak za pająkami za bardzo nie przepadał, zwłaszcza jeśli były to cieszące się złą sławą krzyżaki. Bo chodziły po Racławicach Śląskich słuchy, że jeśli w księżycową piękną noc albo jasny od słońca dzień ukąsi cię taki, to zginiesz, zginiesz marnie, boś słaby i mały; jeśli natomiast rozgnieciesz go, to sprowadzisz na całą wieś burzę i deszcz straszliwy, potop i Apokalipsę. W takim oto dramatycznym momencie najlepszą rzeczą jaką można było zrobić, to wziąć… nie, nie nogi za pas… wziąć się po prostu w karby, unieść prawą łapę i obryzgać wstrętne pajęczysko zabójczo śmierdzącym moczem, oczywiście tak na niby, co też i Tomaszek niezwłocznie uczynił. A ja pomyślałem sobie, że Polakom nigdy po drodze nie było z żadnymi Krzyżakami ani innymi jadowitymi stworzeniami, mieszkańcami tej samej planety.

Z zadowoleniem zajrzałem teraz kumplowi prosto w oczy i już miałem go pochwalić, gdy nagle spostrzegłem, że jego zwierciadło duszy ma psie oblicze. I potem ze zdziwieniem zauważyłem jeszcze, że wyrósł mu ogon, ale taki prawdziwy, nie jakiś sztuczny, doczepiany, a na całym ciele pojawiła się sierść zwierzęca, gęsta i kędzierzawa. I oto wcale już nie bawiłem się z kolegą z Ogrodowej, lecz z prawdziwym, najprawdziwszym na świecie psem.

I tak oto niesamowicie płynął czas, a myśmy szybowali na jego złotych skrzydłach, bo to był właśnie peweksowski złoty czas. A co chwila przystawaliśmy i co chwila odpryskiwaliśmy się jak jakieś Buraski. I powarkiwaliśmy, i poszczekiwaliśmy wesolutko, tak jak czynią to wiejskie Ciapki, Czarusie, Sandrusie, Kajtki, Bogusie i inne Miśki.

A najfajniejsze, jak raz udało nam się wdrapać na ciąg krzeseł, przykrytych kocem i poukładanych na blacie stołu jakby na wzór jakiejś starożytnej kolumnady. Boże, ileż tam było przeróżnych zakamarków i ileż to człowiek musiał się natrudzić, aby zaliczyć cały ten tor przeszkód. A ileż było przy tym frajdy i radosnego poszczekiwania. Szkoda tylko, że nie mogliśmy wspólnie merdać ogonkami, to znaczy Tomeczek mógł, ale ja niestety nie miałem czym tego robić.

Tego dnia bawiliśmy się tak doskonale, że nawet nie zauważyliśmy, kiedy minął kwadrans, potem drugi, a następnie trzeci. I po godzinie Tomeczek stał się na powrót człowiekiem, a do pokoju weszła babcia. Weszła i złapała się za posiwiałą głowę, i kazała nam wszystko, cały ten bajzel sprzątać. No a potem jeszcze, na sam koniec, dała Tomusiowi kawałeczek ciasta na odchodne. Pomyślałby kto, że to w nagrodę za zrobienie całego tego bałaganu. I prosiła, błagała wręcz, by nie spieszył się z konsumpcją smakołyku.

– A nie zapomnij nas kiedyś odwiedzić. A uważaj, żebyś się nie zadławił. Powolutku, Tomaszku, zostaw sobie coś na drogę.

Myślę, że nie chciałaby mieć malca na sumieniu, gdyby ciasto poszło mu nie do tej co trzeba dziurki. Na koniec złapała się jeszcze za głowę i odwróciła na pięcie, nie mogąc oglądać łakomczucha w akcji. On natomiast, tęgo pokrzepiony, oblizał się i poklepał po brzuszku. I już go nie było, już do domu wracał, do swoich. Psia jego mać!

O tym, jak zbudowałemlunaparkową kolejkę strachów

Któregoś razu pojechaliśmy całą klasą na wycieczkę do wesołego miasteczka. Oj, było warto! Znajdowały się tam przeogromne diabelskie młyny, kolejki górskie, efektowne karuzele, zjeżdżalnie, beczki śmiechów, salony krzywych zwierciadeł i inne obiekty służące rozrywce. Ale mnie najbardziej zainteresował gabinet strachów, z jego upiornym wyposażeniem, aurą unoszącą się dokoła, zapachem podobnym do tego, jaki panuje na autodromie, oraz oczywiście kolejką. Tak, kolejka była zdecydowanie najfajniejsza. Wagoniki mogły znienacka zmieniać prędkość i kierunek ruchu, i to nawet o całe sto osiemdziesiąt stopni. Bardzo mi się to wszystko podobało i chyba wtedy po raz pierwszy wpadłem na pomysł skonstruowania własnej kolejki u siebie na strychu. Właściwie nie tyle na strychu, co na poddaszu tak zwanej dobudówki, takiej dla zwierząt, która kiedyś była połączona z domem za pomocą drzwi i tworzyła z nim część wspólną.

Na poddasze wiodły żelbetonowe schody znajdujące się na zewnątrz. Do pomieszczenia prowadziło oddzielne wejście od strony dworu i było ogromne i przytłaczająco posępne, a co ważniejsze, od dawna już nieczynne. Należało zatem zaplanować tor ruchu pojazdu i zastanowić się nad detalami, nad dekoracją. Jednak to wszystko było niczym w porównaniu do zagadnień z zakresu materiałoznawstwa, jakie się z wolna zaczynały przede mną rysować. Trzeba było przede wszystkim zastanowić się, skąd czerpać materiały budowlane i czy kolejkę się zakupi, czy też może skleci samodzielnie. Jasna pozostawała natomiast kwestia, jakiego typu będzie to ciuchcia, jako że od początku sądzono, że chodzić może tutaj wyłącznie o wąskotorówkę.

Pewnego razu miałem sen, z którego wynikało, że w poniemieckich kufrach na zboże, ukrytych gdzieś na tyłach domu, znajduje się coś, co powinno mi dopomóc w snuciu wielkich lunaparkowych planów. I rzeczywiście tak było, o czym przekonałem się, kiedy nazajutrz po szkole sprawdziłem zawartość silosów. Nie mogłem wprost uwierzyć, że nikt, żaden dorosły nie odkrył tego wcześniej. Substancja, która została tutaj zmagazynowana, posiadała niespotykane właściwości i była niczym jakaś farba plazmowa, a przy tym nie brudziła rąk ani ubrania i dawał się formować po części za pomocą dłoni i pędzla, a po części za pomocą myśli samych. Można więc było ulepić, albo raczej stworzyć dowolną rzecz. Dowolną i o dowolnej gęstości.

Tak więc nie namyślając się ani chwili dłużej, przystąpiłem do prac konstruktorskich. Naprzód rękoma zarysowałem kształt torowiska, to jest zakreśliłem nimi na podłodze parę wywijasów. Zaledwie to uczyniłem, a już materia plazmopodobna zastygła w gotowe torowisko. Potem tymi samymi rękami zaznaczyłem w powietrzu kształt ciuchci wraz z doczepionymi do niej wagonikami. Ledwie to uczyniłem, a już farba plazmowa stwardniała i obróciła się w rzecz samą, to jest w cały zmaterializowany pociąg. A potem żyłem długo i szczęśliwie, bo szczęśliwym jest ten, któremu udaje się realizować marzenia.

– I co pan powie na taką historię? – zwróciłem się do staruszka siedzącego na ławce przed szkołą. – Niezła, nie?

– Wcale niezłe, wcale. Nie mogłeś albo nie umiałeś postawić u siebie na strychu prawdziwego tunelu strachów, więc odwołałeś się do potęgi wyobraźni i tak czy owak, stworzyłeś ciuchcię jak się patrzy, tyle tylko że w swojej głowie. Brawo! O to dokładnie mi chodziło.

– A pan? W jaki sposób pan by opowiedział o chorzowskim wesołym miasteczku i racławickim gabinecie straszydeł?

Dorosły się zadumał, podrapał naprzód za jednym uchem, potem za drugim i puścił parę kółek dymnych, bo właśnie kurzył radomskie, po czym rzekł:

– Musiałbym się nad tym zastanowić, hmm… Ty, mój drogi, poszedłeś w tak zwany realizm magiczny, ja na twoim miejscu zrezygnowałbym z wszelkich abrakadabra czy innych hokus-pokus. Życie jest cudem samo w sobie, nie uważasz?

– A co to jest ten realizm i co ma wspólnego z magią? I co w ogóle ma piernik do wiatraka?

– Kiedyś ci o tym opowiem, kiedyś, dobrze? A teraz posłuchaj. Mieszkasz w Racławicach, na Ziemiach Odzyskanych, tak czy nie? No tak. No i widzisz… W twojej historyjce zabrakło poniemieckich szybów górniczych, pełnych ukrytych skarbów, jeszcze z okresu Trzeciej Rzeszy pochodzących, jakichś starych, zardzewiałych kolejek, już na zawsze pozostawionych w mrocznych i zimnych sztolniach, duchów niemieckich albo radzieckich żołnierzy… no i oczywiście trupów, tak, tak, trupów, albo przynajmniej kościotrupów. Jestem przekonany, że wiesz, o czym mówię… Każda strona takiej opowieści tchnęłaby żywą magią, ale najdziwniejsze, że to słówko na „em” nie padłoby ani razu. Rozumiesz? Ani razu!

– A czy pan zna taką historyjkę?

– Znam. Jeśli chcesz, to ci opowiem.

I tutaj starszy jegomość wyjął niewielkich rozmiarów książeczkę, otworzył ją i zaczął czytać, a ja nadstawiłem uszu i – słowo daję – w życiu nie słyszałem piękniejszej opowieści o drzewach, owocach, przyrodzie i o dorastaniu:

– Za stolarnią rozciągał się ogromny czereśniowy sad. Drzewa sięgały konarami aż po blaszany dach. Niektóre gałęzie leżały na tej blasze. A kiedy czereśnie dojrzewały – były niemal czarne – wspinałem się z konaru na konar, z korony przeskakiwałem na dach i pełnymi garściami rwałem i jadłem te słodkie owoce. Jadłem powoli i dlatego też mogłem jeść czereśnie całymi godzinami, jakby je ktoś wkładał mi do ust i wyciągał z powrotem, z takim apetytem połykałem te owoce, które kiedy padał deszcz, pękały i były jeszcze smaczniejsze. Siedziałem w koronie drzewa. Jedną ręką przytrzymywałem się pnia, drugą zaś, niemal leżąc, wyciągałem jedynie po najdojrzalsze owoce. Wokół mnie dziobały czereśnie kosy i żarłoczne szpaki, które wrzeszczały na mnie, jakby tych czereśni nie było dosyć dla wszystkich. Szpaki lśniły w koronach jak drogie kamienie. Były cudownie zielono-błękitne. Gardziołka przystrojone złotymi plamkami błyszczały jak nawoskowane, pociągnięte tłuszczem, jakby ptaki wzbiły się właśnie z wody niczym zimorodki. Znałem te wszystkie drzewa doskonale. Zamknąwszy oczy, potrafiłem wyobrazić sobie wszystkie pnie i wszystkie konary. Rozpoznałbym je nawet wśród tysiąca drzew. Każde drzewo miało swoje oblicze, swoją twarz, bo ja w tych drzewach żyłem, nie tylko wtedy, jak dojrzewały czereśnie, ale jak była ładna pogoda, smarowałem sobie kromkę chleba smalcem, wbijałem w nią zęby, żeby mieć wolne ręce, i z zawrotną szybkością przeskakując z gałęzi na gałąź, wspinałem się aż na szczyt, w samą koronę. Tam opierałem się o pień, wyciągałem nogi na rozdwajającym się konarze i ukryty wśród listowia, jadłem chleb. Wiatr łagodnie kołysał całym drzewem. I poprzez liście browar wydawał się złożony z samych plam i kleksów.

– A wie pan? – zagadnąłem po krótkiej przerwie. – U nas też, na północ od Racławic, znajduje się alejka czereśniowa i wiele ciekawych rzeczy się tam dzieje. Raz na przykład goniły mnie dzikie pszczoły, cały rój. Innym znów razem zgubiłem drogę i trafiłem do kompletnie obcej wsi, takiej dziwnej i trochę nawet strasznej. Jeszcze innym razem zaatakowała mnie potężna ważka, jak wracałem dłuższą trasą przez od dawna nieczynną cegielnię. Boże, ależ ona była ogromna, ogromnie zmutowana! Jakby pochodząca z karbonu albo jury.

Potem obaj milczeliśmy, a jeszcze później rozstaliśmy się. Ja niestety musiałem pogodzić się z tym, że nie potrafiłem tak pięknie snuć opowiastek, jak mój zacny rozmówca, ale wiedziałem przynajmniej, że opis racławickiej alejki czereśniowej przypadł mu wyraźnie do gustu. Widziałem to w jego oczach. Szkoda, że tak nagle skończyły się wakacje, a co za tym idzie – także okres urlopowy. I że się nigdy więcej nie spotkaliśmy. Dopiero po latach dowiedziałem się, że mój towarzysz sprzed szkoły, którego poznałem zupełnie przypadkowo i któremu zwierzyłem się z planów dotyczących budowy tunelu strachów, przyjechał dosłownie na parę dni do znajomych, a z zawodu był pisarzem. Nazywał się Bohumil Hrabal.

W tekście wykorzystano fragment „Takiej pięknej żałoby” Hrabala.

W przeklętym zakładzie pana Larysza

To było chyba na Głogóweckim rynku. To tam ją ujrzały me oczy pacholęce, wypatrujące błahostek, detali, drobin, które się ma pod nogami, wszelkich okruszków intrygującego i przerośniętego w oczach dziecka świata. I pamiętam jak dziś, jak na widok zgubionej przez kogoś niefortunnie i topniejącej na słońcu gałeczki lodów, niczym telluryczna lizawka, niczym ssana właśnie przez Matkę Ziemię pipetka (piposzka), pienił się spocony, straszliwie na coś wkurzony bruk, ułożony jeszcze za Niemca w tej oto małomiasteczkowej scenerii. A sceneria była to krasna, wymuskana, słoneczkiem i wszystkimi kolorami tęczy malowana.

Często przyjeżdżałem wraz z babcią do tego schludnego miasteczka na zakupy i po to tylko, aby sobie połazić po nastrojowym ryneczku, gdzie nieopodal znajdował się zamek, w którym znalazł schronienie król polski Jan Kazimierz podczas potopu szwedzkiego, gdzie w pobliżu przyszedł na świat artysta malarz Jan Cybis i gdzie swego czasu powstawały IV i V symfonia Ludwiga van Beethovena. Jeździłem z Racławic pociągiem w dni takie jak ten, letnie i upalne, a potem krok za krokiem przechadzałem się po miasteczku. I nigdy nie zapomnę tej długo ciągnącej się alejki lipowej, łączącej stacyjkę z centrum miejscowości, albo też jednego, jedynego przebłysku inicjatywy biznesowej, z jaką podówczas, jeszcze za głębokiej komuny miałem styczność właśnie tu, w Głogówku.

Był to interes prywatny zwany „Lodziarnią u Alojzego”, gdzie powstawały najdziwniejsze i najbardziej wykwintne zmarzlinowe smaki, takie jak na przykład mrożone desery pomarańczowe (ale nie sorbety), z kawałkami drobno przetartej skórki z mandarynek i pomarańczy tysiąca. Uuu, pychota! Niekiedy jeździłem na zakupy i wyborne gofry, innym zaś razem do fryzjera, tak jak właśnie dzisiaj. I o tym pokrótce.

Zakład golibrody męskiego, pana Larysza, znajdował się na rogu Rynku i ulicy Reja, a tuż przy wejściu w Dąbrowskiego, gdzie z kolei mieścił się kościół Świętego Franciszka. Ruch był przeważnie spory, miało się wrażenie, że ludzie wciąż tylko wchodzą i wychodzą, wchodzą i wychodzą. Właściciel z podkręconym do góry wąsikiem i uśmiechem przyklejonym na stałe niczym butaprenem strzygł panów, zaś jego zgrabna i gibka pracownica obsługiwała w osobnym pomieszczeniu panie. Pan fryzjer przymilał się do potencjalnych klientów już od progu, niekiedy zupełnie zapominając o takim – dajmy na to – dzieciaku siedzącym na fotelu w jego zakładzie. Czasem jak weszła do salonu jakaś miejscowa piękność ubrana w miniówę, to pan Larysz tracił dla niej głowę i śledził każdy jej ruch wzrokiem, śliniąc się przy tym obficie. Mógł wtedy w roztargnieniu zrobić człowiekowi krzywdę, oczywiście niechcący. Pół biedy, jeśli akurat mył głowę albo rozczesywał włosy danemu delikwentowi; gorzej, jeśli golił mu zarost albo nie daj Bóg, wywijał nad głową ostrymi, enerdowskimi nożyczkami.

Gdy weszliśmy z babcią do środka, pan Larysz właśnie porządkował akcesoria i szykował się na przyjęcie kolejnego klienta. Mój Boże, było tam dosłownie wszystko: suszarka do włosów, butelka z wodą, najrozmaitsze pachnidła, pianki do golenia, szampony, kremy modelujące, żele nawilżające, szpilki, spinacze, grzebienie, ręczniki, komplet nożyczek oraz golarek, i tak dalej, i tak dalej. To właśnie ja miałem być tym następnym. Rozparłem się więc wygodnie w fotelu, a babcia zainicjowała pogaduszki z jakąś przygodnie poznaną panią, siedzącą obok:

– Więc mówi pani, że mąż pracuje? A gdzie?

– Na Czterech Porach Roku.

– Ach tak! To tam na Vivaldiego? – Boże, już myślałem, że ta konwersacja to jakiś zakamuflowany sprawdzian z historii muzyki, włoskiej i barokowej.

– Nie na Vivaldiego, tylko na Starej Wenecji, wie pani…

I taka była to rozmowa, gadka o wszystkim i o niczym, a tymczasem do zakładu weszła urodziwa brunetka w miniówce. I pan Larysz odpłynął wzrokiem w siną dal miniówkową i zaczął wywijać ponad mą głową nożyczkami bez ładu i składu. Tak zamaszyście wywijał i tak potwornie się rozpraszał z powodu panienki, aż w końcu zahaczył tymi enerdowskimi, ostrymi nożycami o czubek mojego lewego ucha. Zasyczałem z bólu, a krew wytrysnęła ze zranionej małżowiny. I w tym momencie pociemniało mi przed oczami, a potem zacząłem mieć zwidy. A mianowicie ukazali mi się wszyscy trzej wielcy ludzie: Jan Kazimierz, Jan Cybis i Ludwig van Beethoven. Król Kazimierz trzymał mnie za rękę i się modlił, mistrz Jan pocieszał przez ramię, a maestro Ludwig siedział tuż obok na drugim fotelu, z trąbką dla niesłyszących przy uchu i krzyczał, żebym się wcale nie martwił.

Zerwałem się na równe nogi i pogoniłem do babci. I już po krótkiej chwili wszystko wróciło do normy. Na nic się jednak zdały Laryszowe przeprosiny i zapewnienia, że nic się nie stało i że to był tylko nieszczęśliwy wypadek. Za nic w świecie nie chciałem wracać na upiorny fotel, który od teraz kojarzył mi się wyłącznie z torturami. Nie było innej rady, jak tylko pożegnać się i wyjść od golarza. Wychodząc, nie omieszkałem wyrzucić z siebie złości:

– Panie Larysz, a wie pan? Stracić kawałek ucha to sobie można, ale stracić cały łeb z powodu jakiejś tam baby, to nie warto, oj, nie warto!

I tak mu wygarnąłem, czego absolutnie też nie żałuję, o!

Pijak i ja: odyseja

Co zrobić, gdy się ma do dyspozycji wolny dzień, a najlepiej cały wolny tydzień, letni i upalny? Jak przyjemnie się ten czas planuje, dzieli się go na kawałeczki, dysponuje się nim lekko i niezobowiązująco, medytuje się nad nim w lesie, w cieniu, po południu i o zachodzie, aż w końcu zapomina się o nim, że jest, że istnieje i że właśnie ucieka. Dzieci to nie dotyczy: nie istnieje dla nich problem braku czasu, a wręcz przeciwnie, i to jest bez porównania. Wiem, co mówię, bo sam jestem od czasu do czasu dzieckiem. I mam świadomość tego, jak bardzo czas mi się wlecze, jak wielce się on dłuży. Tego dnia też się cholernie dłużył, ale na szczęście nie tylko mnie.

Opowiem dziś, jak razu pewnego uciekałem przed plugawym pijakiem racławickim, a on mnie gonił i nie chciał odpuścić tej za mną pogoni szaleńczej, morderczej. Nie chciał mi darować tego, co mu uczyniłem złego i co było ewentualnie do darowania, czym go tak paskudnie obraziłem (a może i nie obraziłem – no, to już zależy od punktu widzenia). Opowiem, co z tego dnia ucieczki zapamiętałem, kiedy go obraziłem, choć ani mu przecież nie naubliżałem, ani wyzwiskami, jakimiś brzydkimi zawołaniami go nie zaczepiłem, nie oszpeciłem tej jego gęby bardziej, aniżeli on sam to był uczynił pijaństwem niepohamowanym swojej dumie. Jako że mały byłem i jestem, zarejestrowałem to tylko, co zarejestrować się dało, co mi pamięć dziecka pozwoliła uszczknąć z tego, co nadawało się do uszczknięcia. A więc po kolei…

⋆ ⋆ ⋆

Żar z nieba lał się lipcowy, niemiłosierny żar lipcowy dawał się we znaki, a dzień zapowiadał się przepiękny. Dzieciaki z wioski, polne Jaśki i wiejskie Małgośki nudziły się okrutnie, gdyż niczego do roboty znaleźć sobie nie potrafiły ani miejsca zagrzać nigdzie na stałe nie umiały. Pilnie poszukiwało się więc wrażeń, rozmaitych impulsów do zabaw i najgłupszych nawet uciech, w rodzaju konkursu plucia w dal czy wyścigu ślimaków winniczków.

To nieróbstwo wciągające i daleko posunięte trwałoby może jeszcze długo, gdyby nie tajemnicza postać siedząca na zbitej z desek ławce byle jakiej, w pobliżu ulicy Ogrodowej, na zabitej dechami wsi opolskiej, także byle jakiej i szkaradnej. Postać wydzielała woń intensywnie alkoholową, wzmocnioną przez upał sakramencki, intensywnie się z nieba lejący. Śmierdziało w pobliżu ławeczki i w oddali, ale w pobliżu śmierdziało najbardziej (hmm, cóż za odkrywcze stwierdzenie). Ale nie tylko śmierdziało, bo i pachniało trochę też jednak: owocami. Był to zapach winny, jabolowy, jakby coś żyło i gniło jednocześnie, a gnijąc, czerpało z tego bakchiczną radość życia. I wkrótce cała, nieplamiąca się żadną robotą hałastra podwórkowa postanowiła sprawą się bliżej zainteresować. A ta śmierdziała i miała na imię Witek.

Był to miejscowy Janko Muzykant, talent do dmuchania i dojenia równo. Doił mianowicie piwsko, wódkę i ogólnie wszystko, co się doić dało, a dmuchał w ustnik albo też stroik, kiedy grał na którymś z instrumentów dętych ustnikowych albo stroikowych. Boże, jak on grał, jak on grzmiał! Obsługiwał wszystkie wesela i pogrzeby (niektórzy umierali po to tylko, ażeby jako duchy posłuchać sobie Witkowej interpretacji „Ave Maria”). Pojawiał się na imprezach szkolnych, kościelnych i gminnych. Zaliczał roztańczone dancingi, a one zaliczały jego, bo był przystojny i tani. Czasem bawił ludzi grą, a niekiedy sam się bawił, świetnie się bawił, tą grą, o której wspominałem, i nie tylko grą, bo przecież lubił się bawić, a nie tylko lubił grać.

I właśnie wracał z kolejnej takiej „umpa, umpa”, z Radosnej wracał kolejnej. Najpewniej nie mógł, a może i nie chciał trafić do domu, nie myślał do chałupy trafić może. Siedział więc na tej obskurnej ławce, zawieszony, z głową zwieszoną, pochyloną w dół, z tępym spojrzeniem zamroczonego lwa spelunowego, i napawał się własnymi perfumami, woniami letnimi i samotnością się napawał. Postanowiłem go zaczepić, gdyż byłem odważny jak nie wiem, ale tylko do czasu, a teraz przez moment jeszcze byłem, więc go zaczepiłem:

– Cześć, Witek!

– No cześć!

– A co tak siedzisz?

– A co?

– Zaśpiewasz z nami?

– Zaśpiewam.

No i zaśpiewał: pierwszą zwrotkę sam, drugą ze mną, a trzecią z całą ferajną. Wszystko byłoby może i dobrze, gdybyśmy poprzestali na jednej pioseneczce, i przyjemnej takiej, i miłej dla ucha, i gdybyśmy nie przystawali z pijakami, choćby najzdolniejszymi i najmilszymi pod słońcem, księżycem oraz gwiazdami. Ale dla mnie było nie dość na jeden dzień, za mało mi było wrażeń, no więc tak z głupia frant siupnąłem z siebie takie oto pytanko, a potem cały ciąg siupnąłem i wylałem w eter kilka kwestyjek:

– Chcesz, Wituś, cukierka?

– Chcę.

– Na pewno chcesz?

– No pewno, że chcę!

– No to idź do Gierka. Gierek ma, to ci da. Kopa w dupę. I pa, pa!

– Cooooo?

– A jajco, Wituś, jajco!

Oj, niepotrzebne to było z mojej strony pytanie, zagranie, niepotrzebne takie jakby zagajenie, na nerwach mu zagranie, a potem jeszcze rozwinięcie tematu tego chcenia, chciejstwa, chuci tej związanej ze słodyczami, czy jak to nazwać. Już wkrótce miałem się przekonać o tym, jak bardzo było niepotrzebne i niestosowne, to pytanie, które było też przy okazji niemiłe (o, kolejne odkrywcze stwierdzenie). No i jeszcze ten ciąg siupnięć niestosownych z Gierkiem na czele i dupą kopaną na wielki finał. O zgrozo!

Dzieciarnia zamarła tymczasem, ja zamarłem tymczasem, ptaki przestały śpiewać, ale latać jeszcze nie przestały, bo nie widziałem, ażeby któryś z ptaków spadł z niebios, choć podobno parę tygodni temu coś złego wydarzyło się w Czarnobylu, ale co ja tam wiem, sześciolatek. I nawet one zamarły, zamilkły znaczy, przestały kwilić i ćwierkać, te skrzydlate kruki, wrony i gawrony (nie znam się na ptakach, ale wiem, że niektóre kwilą i pięknie śpiewają). No a krowy? Co z nimi? Krowy na moment dawać mleka zaprzestały, a w każdym razie tak mi się wtedy wydawało, że zaprzestały, bo przecież nie sprawdzałem, co robią krowy we wsi i czy dają, czy nie dają się doić i w ogóle. Miałem pilniejsze sprawy od dojenia, ważniejsze na głowie i pijaka też miałem albo mieć mogłem, i to już wkrótce!

Cisza zapanowała, bezgraniczna cisza absolutna zatriumfowała i absurdalna, zważywszy na pogodę, która do cichanek nie zachęcała wcale a wcale. I Adam, starszy mój koleżka z sąsiedztwa – bo ja mam takowego sąsiada, co chodzi do starszaków – mógł wreszcie usłyszeć burczenie w brzuchu, co mu pomogło zdać sobie sprawę z uczucia. To głód, świdrujący i grający marsza, za pośrednictwem kiszek, dawał o sobie znać. Dopóki jednak kolor skóry muzykalnego pijaka ogrodowego, racławickiego był zielony, wszystko było okej (zieleń kojarzyła się szkolnej hałastrze z lekcją biologii i równie mało ją obchodziła), jednak kiedy naprzód szyja, a potem już cała twarz Witka zrobiła się czerwona niczym piec rozgrzanej lokomotywy albo ciuchci, powoli stawało się jasne, że kto ma nogi, musi wiać, i to szybko!

Tak więc ruszyliśmy, my, hałastra, dzieci-śmieci, my, bąki-dzieci i bum-cyki, my, małe rozbójniki. Po chwili jednak okazało się, że „wszyscy jak jeden mąż” nie oznacza wcale „tak samo, jednakowo, równo”, bo oto znajdowali się między nami sprinterzy, ale były wśród nas też i pospolite cieniasy, z wuefu słabowite. Takie armie słabowitych i nawet całe nietrafione zastępy, bo słabowitych było więcej, aniżeli niesłabowitych. Wiadomo: zawsze tak jest przeważnie i to „zawsze” jest sprawą normalną oczywistą.

Jako pierwszy stanął Adam, koleżka mój, bo go wnet kolka złapała, co mu wewnętrzne głosy oznajmiły, utwierdziły go w przekonaniu o niemocy ciała słabego, kruchego. Dla niego było już po zawodach, po tym głosów buczącym, huczącym zwiastowaniu. Właściwie to on w ogóle nie biegł, wcale właściwie nie biegł owego dnia. To znaczy trochę biegł, a trochę szedł chyba najwięcej. Powiedziałem „chyba”, a to dlatego, że byłem zajęty uciekaniem bardziej, aniżeli obserwowaniem kogokolwiek z wyjątkiem samego pijaka, przez którego ta cała draka, więc nie zaobserwowałem, co dokładnie robił Adaś, ale wiem, domniemywam, że trochę biec musiał przecież, skoro wspominał później o kolce.

A ludzie w całej wsi gadali przez kolejne trzy dni i trzy noce (to jest do czasu, gdy co innego łby im zajęło plotkarskie i te wiecznie mielące ozory) o cudownym ocaleniu koleżki starszaka, co to mu Pan Bóg podał pomocną dłoń opatrznościową. Chyba była to czapka niewidka, cudowna jakaś, z daszkiem i w ogóle, bo Witek go nie zauważył i pobiegł dalej przed siebie, a za mną i za resztą bezkolkowych-innych, którzy także umykali przed żulem, co wcześniej pił i siedział na tej oto ławce, a teraz się na dodatek gniewał, zamaszyście przy tym gestykulując i wygrażając, i wymachując rękami: uuu, uuu! Ale nie na Adasia, o, nie, nie, tylko na mnie się wpieniał, ot co.

Jako kolejny odpadł gruby Wrona. Sam z siebie stanął znienacka pod wielkim prasłowiańskim dębem: przodem do pijaka, a tyłkiem do drzewa. Och, cóż za autonomia w podejmowaniu odważnych decyzji! Znać wybitnie indywidualny charakter tego – w pewnym sensie – zawodnika, racławickiego indywiduum, naszej maskotki (fajnego, bo grubego, na którym to grubym skupiały się wielkie dla niego zachwycenia). No więc stanął. I jak stanął, tak trwał, stał i trwał, jak ten dąb prastary, prawieczny. Jak gdyby chciał w ten sposób wszystkim zakomunikować: „Wrona żyją stadnie, orzeł – sam”. I tylko lejąca się po koronie drzewa półpłynna ciecz stanowiła skazę na nieskazitelnym wizerunku tego „odważnego inaczej”. A zresztą: kto tutaj był dziś odważny, tak naprawdę, no kto, w obliczu nieobliczalnego i niemożliwego!? Niemożliwe było bowiem to, że nieprzytomny prawie pijak zdołał się w ogóle z ławki ogrodowej podnieść, unieść się zdołał, a nie dość, że zdołał i że powstał, to jeszcze zaczął naszą ferajnę ostro gnębić. I ganiał ją po całych Racławicach i innych Klisinach, po ogrodach i podwórkach, jak jakieś zombie, jakieś zombie, jakiś stwór, nieżywy stwór, na wpółżywy stwór, a jednak wciąż bardzo żwawy! Ładnie żwawy, pięknie i ładnie zwinny, choć zagniewany taką wielką pasją żalową, prawdziwym żalem pasyjnym zagniewany i wkurzony. Ech, ładne rzeczy!

Jako następny zatrzymał się Boguś, koleżka trochę przyjezdny, a trochę miejscowy (na miejscu miał babcię, starowinkę, astmatyczkę, która tu mieszkała w tym starym, poniemieckim domu, naprzeciwko mojego starego, poniemieckiego). Nic o nim więcej nie powiem, oprócz tego, że zasłynął w okolicy spektakularnym wypraniem komeżki mszalnej w gnojówce z przydomowego rowu, z przydomowej obory pochodzącej, wyciekającej. Co za bezmyślność! Ale też i co za regaty na falach gnojowicy, ładne bardzo! Szkoda, że tego nie widziałem, że mi o tym opowiadano, naprawdę szkoda.

I tak odpadali kolejni „biegacze”. Nie wiem dokładnie, ilu ich było, bowiem przyszłość zwiększyła tę magiczną liczbę tak, iż z owych pięciu zrobiło się ich raptem dziesięciu, a z tych dziesięciu jeszcze piętnastu – i tak do końca wakacji nie było we wsi dziecka, coby przed Witkiem nie uciekało. Od razu widać siłę legendy i potęgę plotki.

A Witek tymczasem ścigał mnie aż do domu. Najpierw gonił przez wioskę, a następnie dalej przez pola, kiedy wioska się skończyła. No a potem to już nie wiem, czy gnałem sam czy też z Witkiem, gdyż wolałem się nie oglądać i tego nie sprawdzać. Zatoczyłem w efekcie wielkie koło i powróciłem wałem nadrzecznym oraz ogrodami do siebie. I tam spostrzegłem, jak mój dziadek, który jest w połowie człowiekiem a w połowie obcym, dokonuje wyrafinowanej teleportacji żula w siną dal kosmiczną, liczoną w latach świetlnych.

Ale nie to jest najważniejsze, bo u nas we wsi jest bardzo wielu takich obcych, którzy pozostali jeszcze po wojnie. Autochtoni, androidoni, abrodiodi czy jakoś tak (nie wiem, jak zapisuje się to trudne słowo). To zdaje się pozostałość po Trzeciej Rzeszy i w ogóle tajne sprawy, sprawki i eksperymenty Hitlera. Zastanawiam się tylko, dlaczego ci obcy nie mają dużych czarnych oczu i skóry w kolorze zielonym, takiej z łuskami, jak pokazywali w „Star Treku”. Będę musiał o to kiedyś spytać dziadka (on wie tak dużo i też kocha kapitana Kirka i Spocka). Ale – jak się rzekło – nie to jest najważniejsze.

⋆ ⋆ ⋆

Tego dnia coś się we mnie zmieniło: przeistoczyłem się nagle w sportowca, prawdziwego sprintera, runnera i stałem się mężczyzną, drugim Forrestem Gumpem, jednym z tych wiecznie zrzędzących dorosłych, co to z niczym się nie wyrabiają, bo czas płynie dla nich o wiele za szybko. I zacząłem zauważać nagle obecność zegarów naokoło. Pamiętam, że leciałem jak na komendę z filmu, który dopiero powstanie w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym czwartym: run,Forrest, run, run, że gnałem jak oszalały aż do wspomnianego gniazda rodzinnego, gdzie wkrótce padły słowa, którymi mój dziadek osobiście rozbroił pijaka z tej jego pijackiej piany i zacietrzewienia, a zrobił to na tyle skutecznie, że potem już nigdy więcej mi Witek nie zagrażał:

– Moczymordę obrazić niepodobna, gdyż jest to, proszę pana, niemożliwe. A więc żegnam! Do zobaczenia w innym układzie. Planetarnym!