Operacja Singe - Marcin Faliński, Marek Kozubal - ebook + audiobook

Operacja Singe ebook i audiobook

Marcin Faliński, Marek Kozubal

4,2

Opis

Wenezuela, rok 2013. Oficerowie polskiej Agencji Wywiadu wspólnie z CIA mają zinfiltrować tajemnicze obiekty znajdujące się na Karaibach. Sytuacja komplikuje się, gdy Marcin Łodyna i Magdalena Sierpecka natykają się na wysoko postawionych funkcjonariuszy rosyjskich służb. Amerykanie podejrzewają, że wpływy Rosjan sięgać mogą nawet samej Centrali na Miłobędzkiej.

Łodyna musi sprawdzić jeszcze jeden trop. Wszystko wskazuje na to, że na jednej z wysp ukryte zostały materiały przywiezione tam przez jednego z żołnierzy z armii Andersa. Tajne dokumenty, które zaginęły tuż po 1939 roku, w trakcie wojny stały się obiektem szpiegowskiej rozgrywki na Bliskim Wschodzie. Zawartość paczki, w której znalazły się również ryciny Albrechta Dürera, może przechylić szalę na arenie politycznej blisko siedemdziesiąt lat po zakończeniu wojny.

Pętla wokół Łodyny zacieśnia się jeszcze bardziej – po zakończonej misji w Bagdadzie wszedł w posiadanie listy, którą zainteresowani są zarówno Rosjanie, jak i Amerykanie. Osaczony z każdej strony, niepewny, czy pogłoski o krecie w polskim wywiadzie okażą się prawdziwe, Łodyna musi zdecydować, co zrobić dalej. Z każdym dniem niebezpieczeństwo wzrasta.

Kontynuacja bestsellerowej Operacji Rafael. Marcin Faliński i Marek Kozubal po mistrzowsku konstruują szpiegowską intrygę. Bogate w historyczne i polityczne detale Wenezuela, Wiedeń, Bliski Wschód czy Rumunia stają się areną międzynarodowej wywiadowczej rozgrywki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 538

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 17 min

Lektor: Wojciech Żołądkowicz

Popularność




Wstęp

Łodyna (Polska) – jesień 2012

Prawy bok Wiktora Fiedotowa przeszył ostry, kłujący ból. W ustach wyczuł słodki, metaliczny smak krwi. Przez chwilę był oszołomiony po tym, gdy lekki samolot – nieco wysłużony polski Gawron – zamiast na polanie osiadł na gałęziach drzew. Mężczyzna gwałtownie otworzył drzwiczki szkolno-sportowej maszyny. W dole była ciemność. W nozdrzach poczuł intensywny, charakterystyczny zapach paliwa lotniczego.

– Iwan, gdzieś ty się, kurwa, uczył latać? Job twoju mat’… Bierz sprzęt i wychodzimy – rzucił i powoli zaczął się wysuwać z kokpitu samolotu.

Zeskoczył na ziemię pokrytą gęstą warstwą zeschłych bukowych liści. Nagle poślizgnął się na śliskiej zmurszałej gałęzi i upadł na plecy, po czym zjechał kilka metrów w dół. Zatrzymał się na wystającym kamieniu. Szybko się pozbierał, otrzepał i nieco poobijany wrócił pod samolot. Zapalił wojskową latarkę i omiótł snopem światła najbliższą okolicę. Na szczęście nie zauważył nic niepokojącego. Słychać było tylko jakby przytłumiony szelest powyginanych części maszyny i rozdartych płatów płóciennych pokryć skrzydeł, balansujących na gałęziach drzew trzy metry nad ziemią. Wyłączył latarkę. Zlustrował jeszcze raz okolicę. W oddali, gdzieś na górskich stokach, dostrzegł światełka nielicznych zabudowań.

Pilot Iwan, nazywany przez kolegów Słowakiem, który nadal siedział w kokpicie samolotu, wyrzucił ze swojej strony plecak i gładkolufową strzelbę Mossberg 500, a następnie linę, po której opuścił się na ziemię. Jego buty po kostki zanurzyły się w miękkiej, błotnisto-liściastej mazi. Miał więcej szczęścia niż Wiktor. Stanął stabilnie. Założył plecak i wziął do ręki trochę zabłoconą broń. W samolocie nadal siedział Andriej i cicho stękał, próbując się uwolnić z pasów, które po gwałtownym lądowaniu oplotły jego klatkę piersiową niczym macki ośmiornicy. Nie bez trudu wyszarpał ze skórzanej, czarnej pochwy nóż bojowy Kizlyar Stalker i przeciął krępujące go więzy.

– Pomóż mu się wygrzebać z tej plątaniny – rzucił do Słowaka Fiedotow.

Następnie wyjął z kieszeni bluzy smartfona, a z małej foliowej torebeczki nieużywaną jeszcze kartę SIM. Wsunął ją delikatnie do urządzenia. Po chwili uruchomił aplikację z mapą. Przyjrzał się jej dokładnie. Ich miejscem lądowania miała być duża, płaska polana u zachodnich stóp góry Kamienna Laworta, około trzech kilometrów od celu. Tymczasem byli kilkaset metrów od niej. Fiedotow już wiedział, że popełnili fatalny błąd, co mogło skutkować dekonspiracją. Wyłączył smartfona. Z drugiej kieszeni wyszarpał telefon satelitarny systemu Inmarsat. Odchylił krótką, grubą antenę i włączył urządzenie. Po kilku minutach pojawił się sygnał o zalogowaniu do systemu. Przyłożył aparat do ucha.

– To my. Problemy przy… posadku. Tak, tak, nużna nam twoja pomoc… – Fiedotow starał się powoli dobierać słowa, tak jakby chciał mówić w języku polskim i unikać rosyjskich słów. – Tak, my w dierewni Łodyna. Wmiesto spotkania dwa jeden – dodał po chwili. – Poka – zakończył, wyłączył telefon, złożył antenę i schował go do kieszeni kurtki.

W tym czasie Andriejowi w końcu udało się opuścić rozbity samolot. Podobnie jak Fiedotow, ciężko upadł na grubą warstwę mokrych liści, które pokrywały liczne gałęzie i kamienie. Leżał chwilę i z trudem oddychał.

– Andriej, co ci? – wyszeptał Iwan, który uklęknął przy nim i zaczął go obmacywać, szukając ewentualnego złamania czy rany.

– Nic. Noga i plecy, ale chyba wszystko na miejscu… Zaraz wstanę.

– Cel jest kilkaset metrów od nas. Idziemy – rozkazał Fiedotow.

Wiktor jeszcze raz omiótł światłem latarki samolot i teren pod drzewami, w konarach których tak niefortunnie wylądowali. Nic podejrzanego nie dostrzegł. Założył na ramię karabin wyborowy Wintoriez z celownikiem optycznym, tłumikiem dźwięku i drewnianą kolbą. Fiedotow lubił tę broń. Po złożeniu kolby łatwo mógł ją przewieźć na miejsce operacji specjalnej w zwykłej walizce.

Ruszyli łagodnym zboczem w dół, zostawiwszy za sobą wrak. Jedynie zapach paliwa lotniczego towarzyszył im jeszcze przez kilkadziesiąt metrów.

W tym samym czasie, na przeciwległym wzgórzu, zza zakrętu polnej drogi wyjechał szary, kilkunastoletni jeep grand cherokee. Jego obłocone drzwi, klapa silnika i szosowo-terenowe opony świadczyły, że pokonał już po drodze kilka trudnych miejsc. Nie wyróżniał się niczym specjalnym wśród innych tego typu samochodów kręcących się po bezdrożach Gór Słonnych i Bieszczadów. Kierowca zgasił światła. Powoli podjechał do wyznaczonego miejsca. Zatrzymał się, ale nie wysiadał. Za szybą było widać tylko żar palonego przez niego papierosa.

Po przejściu kolejnych kilkudziesięciu metrów Wiktor uniósł gwałtownie rękę. Wszyscy jak na komendę zatrzymali się i zastygli w całkowitym bezruchu. Dowódca grupy uklęknął i wycelował broń w kontur drewnianego domu, przypominającego mu nieco podmoskiewskie dacze kolegów ze służby. Odniósł wrażenie, jakby obok budynku na chwilę zapaliło się czerwone światło, ale szybko zgasło. „Chyba mam zwidy” – pomyślał, następnie cicho zwrócił się szeptem do swoich ludzi:

– Ostorożno!

Trzej mężczyźni po kilku minutach intensywnego marszu podeszli pod drewniany taras domu.

– Słowak, obejdziesz go z lewej, a ja idę tutaj. – Fiedotow wskazał głową i przeładował broń. – Ty zostajesz i zabezpieczasz cały teren wokół – dodał cicho do Andrieja.

Otaczała ich niemal absolutna ciemność, ale oczy już rozróżniały elementy budynku. Wokół panowała taka cisza, jakby w najbliższej okolicy nie znajdowały się żadne żywe stworzenia. Jedynie co jakiś czas z odległego gospodarstwa dobiegało ujadanie psa.

Wiktor schylił się i przesunął w stronę okna. Spojrzał przez szybę. Nie zauważył ruchu. Cicho podszedł do drzwi, nacisnął klamkę. W drugiej ręce trzymał karabin. Szybko ocenił, że drewniane drzwi i jeden zamek nie będą stanowić specjalnej przeszkody w dostaniu się do środka. Ponownie przeszył go ból z prawej strony ciała. Złamana rura w samolocie przebiła kurtkę i weszła centymetr w ciało.

Iwan okrążył już dom i podszedł do Fiedotowa:

– Ticho – wyszeptał.

Fiedotow cofnął się, splunął i błyskawicznie wymierzył w drzwi potężny kopniak ciężkim wojskowym butem. Zamek puścił. Iwan wbiegł do środka, trzymając w ręku mossberga. Podwieszona do niego latarka rozjaśniła wnętrze snopem białego światła. Przeskoczyło ono z mebli na drewnianą podłogę, a następnie przesunęło się po ścianie. Łóżko znajdowało się w nieładzie.

– Niet, nikogo.

– Szukajcie jakiegoś schowka, dokumentów, zdjęć, komputera, telefonu – polecił Wiktor.

Nieco rozluźniony, wolno podszedł do kominka. Dotknął go dłonią.

– Jeszcze ciepły – powiedział i z całej siły uderzył pięścią w ścianę.

– Co tam mówicie, towariszcz kapitan? – zapytał Iwan.

– Do ciebie nic. Rób swoje – odpowiedział Fiedotow i wyszedł na zewnątrz.

W pobliżu domku letniskowego nic się nie zmieniło, tylko za wzgórzem na południu zaczynało się przejaśniać. Z doliny unosiła się gęsta jesienna mgła. „Bez trudu nie wyłowisz i rybki ze stawu” – przypomniał sobie przysłowie, które wiele razy słyszał od przełożonych jeszcze podczas swojej służby w GRU, w 161 Centrum Szkolenia do Realizacji Zadań Specjalnych. Uśmiechnął się do siebie. W tym momencie usłyszał trzask deski podłogowej.

– Mamy skrytkę! Ale… jest pusta – usłyszał głos dochodzący z wnętrza domku, najpierw pełen optymizmu, a po chwili zrezygnowany.

Zaraz potem na twarzy Fiedotowa pojawił się grymas. Dotknął dłonią prawego boku. Wydawało mu się, że ból jakby zelżał, ale palce w jego oliwkowej taktycznej rękawiczce były czerwone od krwi.

Wiktor, stojąc oparty o framugę wyważonych przez siebie drzwi, wciągnął głęboko w płuca ostre, poranne górskie powietrze. W pewnym momencie poczuł delikatny, charakterystyczny zapach surowej ropy, którą wciąż jeszcze wydobywano w tej okolicy. Woń ta od razu skojarzyła mu się z Baku i niedawną operacją specjalną, którą przeprowadzał, będąc już na etacie Służby Wniesznej Razwiedki.

– Na mój nos nic tu nie ma, towariszcz kapitan. Wyczyszczone, jakby ktoś się nas spodziewał czy co. Chuj znajet – powiedział z rezygnacją, ale i pewnością w głosie Iwan, podchodząc do Fiedotowa.

– Zbieramy się – rozkazał Wiktor, a latarkę, którą od kilku minut nerwowo ściskał w dłoni, skierował w miejsce, gdzie miał czekać samochód do ich podjęcia. Na miejsce oznaczone kryptonimem dwa jeden. Trzy razy ją włączył, odczekał chwilę i ponownie trzykrotnie błysnął światłem. Szary jeep powoli ruszył w kierunku drewnianego domu.

Fiedotow splunął na trawę. Był zły, bo nie wykonał zadania. Liczył, że odnajdzie w domku letniskowym oficera Agencji Wywiadu dokumenty niezmiernie ważne dla Kremla – listę terrorystów i ludzi wspierających organizacje dżihadystyczne, którzy przed laty współpracowali ze służbami bloku wschodniego, a dzisiaj zajmują eksponowane miejsca w koncernach energetycznych na Bliskim Wschodzie. W irackim Kurdystanie kilka miesięcy wcześniej polski oficer sprzątnął ją Rosjanom sprzed nosa ze skrytki. Fiedotow przed przybyciem do Polski otrzymał informację od przełożonych, że Marcin Łodyna nie poinformował o tym swoich przełożonych w AW. W Moskwie nie wiedziano jednak, jak chce ją wykorzystać.

Oficer SWR miał świadomość, że jego misja skończyła się kompromitującym fiaskiem. Zakładał, że Gawron kupiony od łotewskich przemytników niebawem zostanie odnaleziony przez polską Straż Graniczną, a wtedy jego grupa będzie ścigana.

Jak najszybciej musiał się stąd ewakuować. Na szczęście mógł liczyć na pomoc krótko ostrzyżonego mężczyzny siedzącego w jeepie.

Rozdział 1

Lesko, Cisna (Polska) – lato 1939

Pies jak oszalały biegał wokół czarnego fiata 508, który objechawszy klomb, zatrzymał się przed frontowym wejściem do leskiego zamku Krasickich.

– Przepraszam za to nagłe przybycie, ale obowiązki służbowe, sam pan rozumie. Mam nadzieję, że telefonogram dotarł do pana hrabiego – powiedział głośno major Czakucki, gdy już wysiadł z samochodu i regulaminowo zasalutował gospodarzowi zamku.

Ten wyglądał, jakby właśnie zakończył jazdę konną. Ubrany był w ciemną, elegancką marynarkę w delikatną szkocką kratę, brązowe bryczesy i oficerki. Lekko uchylił maciejówkę, którą miał na głowie.

– Trottel! Zostaw! Spokój! – krzyknął do psa hrabia August Krasicki, a potem wyciągnął rękę na powitanie. – Zapraszam w nasze progi. Zakładam, że pan major spędzi z nami dzisiejszy wieczór. Poprosiłem już o przygotowanie pokoju z najładniejszym widokiem. Zapraszam na posiłek. – Uśmiechnął się. – Kuchnia zaserwuje dziczyznę z ostatniego polowania.

– Jak zawsze miło mi będzie spędzić u pana hrabiego kilka spokojnych chwil.

Mężczyźni weszli na ukwiecony ganek. Po kolumnach i podcieniach otaczających zamek wił się bluszcz, a na zewnętrznych ścianach budynku, obok wielkich donic z monsterą dziurawą i czerwonymi pelargoniami, wisiały myśliwskie trofea. Hrabia był zapalonym myśliwym, ale też miłośnikiem roślin, dlatego zamek otaczała zieleń. Prowadził badania botaniczne i wyhodował nawet unikatową odmianę świerku leskiego, który nazwano jego nazwiskiem. W czasie wielkiej wojny hrabia Krasicki służył w armii austriackiej, a potem w Legionach Polskich. Wykonywał zadania specjalne jako kurier. Rezydent szesnastowiecznego zamku, usadowionego na wzgórzu nad Sanem, był też rotmistrzem rezerwy przypisanym do dowódcy Okręgu Korpusu w Przemyślu.

Major Romuald Czakucki – oficer II Oddziału Sztabu Generalnego Wojska Polskiego – oraz hrabia Krasicki weszli do salonu poprzedzani przez służącego. Oficer ciężko usiadł na rokokowym krześle. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Na ścianach wisiały liczne portrety członków rodu Krasickich. Jego wzrok na moment przyciągnął obraz z charakterystyczną postacią Ignacego – biskupa, poety i bajkopisarza. Obok stał biały piec kaflowy przypominający grecką kolumnę oraz sekretarzyk, przy którym gospodarz pisał listy. Na stoliczku umieszczono oprawione zdjęcia uśmiechniętej Mai Sobańskiej z Guzowa w gustownym cylindrze i Jana Krasickiego, syna hrabiego, w kontuszu.

– Oryginalne. – Oficer wskazał palcem na zdjęcie.

– Fotografie zostały wykonane tutaj, w Lesku, przed trzema laty – wyjaśnił hrabia.

Tymczasem służba wniosła porcelanową zastawę na herbatę od Rosenthala i kieliszki na nalewkę.

– Co pana majora sprowadza?

– Wojna, a w zasadzie wojna na progu, panie hrabio. Jadę z Dynowa, ale wcześniej odwiedziłem też Ołykę. W majątku Radziwiłłów ustalałem szczegóły związane z ewentualnym wykorzystaniem zamku jako punktu etapowego dla pewnego przedsięwzięcia. Być może, gdyby – odpukać w niemalowane drewno – Hitler nas zaatakował, będą tam rezydować, oczywiście tymczasowo, prezydent albo premier i jego ministrowie. Może to być również punkt etapowy ewakuacji na przedmoście rumuńskie. Ale, panie hrabio, na razie to jest tajemnica państwowa – powoli cedził słowa Czakucki. Po chwili wyjął z kieszeni srebrną papierośnicę, uchylił ją i zaproponował papierosa gospodarzowi. – Równie ważna pod tym względem może być rezydencja pana hrabiego. Chciałbym przekazać, że gdyby jednak wojna wybuchła, może tutaj zagościć przedstawiciel najwyższych władz…

– Wszystko mi pan, majorze, opowie później. Widzę, że jest pan zmęczony. Trzeba się posilić – przerwał mu hrabia, a służba zaczęła nakrywać do obiadu.

Po prawie godzinnym posiłku obaj wstali i skierowali się do zamkowego parku. Lato 1939 roku było wyjątkowo słoneczne i suche. W ogrodzie wokół posiadłości unosił się zapach kwitnących róż i egzotycznych roślin sprowadzonych przez Krasickich z różnych regionów świata.

– Proszę usiąść, panie majorze – powiedział hrabia i wskazał na wiklinowe krzesła. Po chwili obaj patrzyli na powolny zachód słońca. Wokół wielkiej donicy z palmą zaczęły krążyć ćmy. Ich taniec przerwał służący, który przyniósł dwa kieliszki napełnione aromatyczną słodką wiśniówką.

– A pan, hrabio, niczego się nie obawia? Kraj już szykuje się na najgorszy scenariusz.

– A czego ja mam się bać, majorze? Cóż Niemcy mogą zrobić mnie, staremu oficerowi cesarsko-królewskiej armii? Mówi pan, majorze, że wojna tuż-tuż. Wie pan, skoro tak, to ja też miałbym do pana prośbę. Wcześniej o tym nie myślałem, ale gdy dostałem od pana telefonogram i po tym, co mi pan tu opowiedział o Ołyce, ewakuacji, przedmościu, o Rumunii…

– Jak mogę panu pomóc?

– Czy zabrałby pan ze sobą nasze rodzinne dokumenty, między innymi potwierdzone notarialnie kopie nadań królewskich i aktów własności naszych majątków i przedsiębiorstw oraz pieczęcie herbowe?

– Naturalnie!

– I dołożyłbym spis naszych najcenniejszych dzieł sztuki. Wszystko zmieści się w pakiecie plombowanym sznurkiem i lakiem. Jak w przesyłkach dyplomatycznych.

– Panie hrabio, obiecuję, że zabezpieczę cały pakiet – odparł major i opróżnił kieliszek wiśniówki.

– Świetnie, przygotuję wszystko na rano. A teraz niech mi pan opowie, co tam w polityce światowej. Jak ten Hitler? Jak Mussolini? A nasi sojusznicy?

* * *

Następnego dnia po śniadaniu major Czakucki ruszył w dalszą podróż. Od Leska do Baligrodu droga była jeszcze przyzwoita jak na podkarpackie warunki, ale z Baligrodu do Cisnej zrobiła się wyboista i kręta. Nieubłaganie nadwerężała zawieszenie jego czarnego fiata. Ale major przyzwyczajony był do takich bezdroży. Od czasu gdy z ramienia Oddziału II SG WP prowadził szkolenie żydowskich bojowników w okolicach Andrychowa w Beskidach, a potem przerzucał ich wraz z uzbrojeniem do Palestyny przez Karpaty i Rumunię, miał doświadczenie w jeździe samochodem w takim terenie.

Droga nieco go nużyła. Czakucki cały czas się zastanawiał, czy wybór kościoła Świętego Wawrzyńca w Dynowie na miejsce tajnego schowka był właściwym rozwiązaniem. Ale nie miał wyjścia. Czas naglił. Musiał gdzieś ukryć dokumenty dotyczące całego przedsięwzięcia, które teraz wchodziło w fazę realizacji. Zawierały one opisy przygotowań do działań na Zakarpaciu, w Rumunii, na Węgrzech, a nawet w Ameryce Południowej i na Bliskim Wschodzie. Znajdował się w nich wykaz polskich obywateli i cudzoziemców, a nawet firm spedycyjnych, które pomagały w organizacji działań wywiadowczych na tych obszarach. Standardowo w dwóch specjalnych walizkach ukryto po jednej rolce dolarów amerykańskich różnych nominałów oraz po kilkanaście złotych dwudziestodolarówek.

Wracał także myślami do rozmowy z Augustem, do swojej rodzinnej Nowogródczyzny, do Lidy, do synka. Przy desce rozdzielczej miał przyklejoną fotografię kobiety i kilkuletniego chłopca. Obok stał on sam, w galowym mundurze i rogatywce z granatowym otokiem korpusu piechoty.

Minął Jabłonki, a droga wzdłuż potoku zaczęła biec między wysokimi zboczami. Nagle z zamyślenia wyrwał go huk strzału karabinowego, potem drugi i trzeci. Kule przeszyły boczne drzwi i przednią szybę fiata. Oszołomiony major nie wiedział, co się dzieje.

– Co jest, do kurwy nędzy! – krzyknął zaskoczony.

Odruchowo schylił głowę poniżej bocznej linii szyby, mocniej naciskając pedał gazu. Auto gwałtownie przyspieszyło. To, co jeszcze do niedawna sprawiało mu udrękę, teraz ratowało mu życie. Samochód podskakiwał niekontrolowanie na boki, gdy mknął wyboistą drogą. Strzelec nie miał łatwego zadania i pociski chybiły, tylko jeden zrykoszetował o dach. Major co chwila spoglądał nerwowo przez przednią szybę, aby nie wpaść do rowu. „Na to zapewne liczą. Tam mnie dorwą i rozwalą. Ale kto? Rusini, Niemcy, zwyczajni bandyci?” – przelatywało mu przez głowę. Wilgotnymi dłońmi coraz mocniej ściskał kierownicę. Pierwszy raz od wielu lat poczuł strach.

Po kilkunastu minutach oddalił się od napastników. Zwolnił nieco, bo obawiał się, że jego fiat nie wytrzyma dłużej takiej jazdy. Dotknął kabury z visem przywieszonej do wojskowego skórzanego pasa. W schowku miał dodatkowe magazynki. Włożył je do kieszeni spodni.

Wyjechał zza zakrętu na otwartą przestrzeń. Las miał za sobą. Postanowił na chwilę się zatrzymać. Wysiadł z samochodu, nie gasząc silnika. Nadal był jednak zdenerwowany, z czego zdał sobie sprawę, gdy zobaczył, jak mu się ręce trzęsą, kiedy otwierał papierośnicę. Stojąc w otwartych drzwiach, zapalił papierosa i mocno się zaciągnął. Zorientował się, że jest przed Habkowcami, a więc niedaleko Cisnej. Wziął z siedzenia pasażera lornetkę i przyłożył ją do oczu. Dostrzegł stojącą na wzgórzu trójdzielną cerkiew, a poniżej, wzdłuż Habkowskiego Potoku, wiejskie zabudowania. Przesunął nieco lornetkę w lewo i ujrzał murowany prostokątny budynek na skrzyżowaniu dróg prowadzących do Cisnej i w głąb wioski. Wyglądał na karczmę. Nie zauważył przy nim żadnego ruchu. Skierował lornetkę na polany nad wioską. Dostrzegł kilkanaście koni gnanych w dolinę od strony Jabłonek. Wokół nich krążyło trzech jeźdźców. Jeden z nich trzymał w ręku karabin Mauser w skróconej wersji, a reszta miała taką samą broń na plecach. Mężczyźni ubrani byli w brązowe rusińskie kurtki i szare koszule z samodziału. Jeden z nich miał na głowie zimową skórzaną czapkę z opuszczanym na kark kołnierzem.

I w tym momencie Czakucki zauważył, że wszyscy jeźdźcy mają charakterystyczne wojskowe obuwie z opinaczami.

„Przecież to Schnurschuhe M37! Buty żołnierzy Wehrmachtu! I te mauzery”. Po chwili grupa „pastuchów” przecięła dolinę potoku za ostatnimi domostwami i zaczęła szybko wspinać się polami w kierunku lasu. Nie odrywając oczu od lornetki, zgasił papierosa i przydeptał tak silnie, jakby chciał go wbić podeszwą buta w nawierzchnię dziurawej drogi. Konie i jeźdźcy zniknęli między drzewami przed szczytem wzniesienia. „Pewnie jadą w kierunku granicy” – pomyślał.

Po kilku minutach fiat majora wjechał do Cisnej. Gdy minął podłużne chyże kryte grubą strzechą, Czakucki zobaczył kotlinę z polami dochodzącymi prawie pod same wierzchołki otaczających ją gór. Zwolnił. Przejechał obok wiejskich zagród, przy których po klepisku i resztkach trawy chodziły kury i gęsi. Zostawił za sobą niewielki kościółek w stylu neogotyckim, potem zaś stojące w równym szeregu domy. Z lewej strony, nad dachami dworskich zabudowań, otworzył się widok na podszczytowe polany tajemniczej góry Łopiennik.

Czakucki, gdy ostatni raz był w Cisnej, podjął decyzję o zorganizowaniu zapasowego schowka ewakuacyjnego zawierającego broń, amunicję, pieniądze, dokumenty, mapy, a nawet konserwy i ubrania. Jego lokalizację wyznaczył w sąsiedztwie majątku we wsi Żubracze u Jadwigi Kociatkiewiczowej, córki księcia Giedroycia. Przemawiała za tym bliskość granicy, filii posterunku polskich pograniczników i spore zabudowania dworskie. A poza tym majątek, a także samą rodzinę Kociatkiewiczów, polecił mu August Krasicki, który z ojcem Jadwigi, Władysławem, robił na Podkarpaciu i Galicji interesy na drewnie.

Na rozstaju dróg dostrzegł podłużny drewniany dom. Nieraz kupował tam wódkę u żydowskiego właściciela. Następnie skierował się na zachodni kraniec wsi. Poczuł zapach wypiekanego chleba. Minął dom sołtysa, a po chwili, z lewej strony, na niewielkim wypiętrzeniu nad doliną Solinki dostrzegł duży, trzypiętrowy drewniany budynek z poddaszem. Zaparkował przed nim samochód. Na jego dwóch rogach wzniesiono rodzaj wieżyc, a spadzisty dach przypominał architekturę zakopiańskich willi. Nad bramą widniała spora, podłużna tablica z napisem Pensjonat. Na werandzie w skrzynkach rosły wielobarwne kwiaty.

Czakucki zatrzymał się Pod Beskidem, który mieścił stację Towarzystwa Krzewienia Narciarstwa. Prowadzony był przez przemysłowca drzewnego Hugona Herczko i jego żonę.

Jak przystało na górskiego turystę, major zabrał ze sobą z samochodu płócienny plecak ze skórzanymi paskami i anorak – wysłużoną na niejednej wyprawie ulubioną kurtkę.

Poprawił przy pasie visa i wbiegł po pięciu stopniach szerokich schodów. Nacisnął klamkę i wszedł do obszernego holu pełniącego jednocześnie funkcję jadłodajni.

– Melduję się w Bieszczadach, panie Władysławie. Serwus – rzucił do siedzącego przy stole wąsatego policjanta, komendanta miejscowego posterunku, a jednocześnie funkcjonariusza Defensywy Policyjnej. Podszedł do niego i uścisnął jego wielką dłoń.

– Nareszcie, panie majorze. Już się niepokoiliśmy. Zaraz wszystkich zwołam na dół – powiedział Fijałkowski, wstając od stołu.

– Panie Władysławie! Strzelano do mnie! Za Jabłonkami, przed Habkowcami, w tym ciemnym lesie przy drodze – zaczął major, a następnie zrelacjonował, co go spotkało. – Jakby wiedzieli, kim jestem. Ja w przypadek nie wierzę. Psiakrew, jeszcze mi się ręce trzęsą.

– To nie pierwsza strzelanina w okolicy w ostatnim czasie. Ukraińcy, Słowacy, Rusini, Cyganie, koniokrady i cholera wie kto jeszcze. Ale powiem panu, obstawiałbym Madziarów. Chodzimy na przełęcz przy granicy i trochę z nimi czasami gawędzimy. Poza tym ludzie mi mówią, że oni się interesują różnymi sprawami. Kto jest bogaty, kto ma gdzie rodzinę, czy może w Ameryce, jaki ma majątek i takie tam. Jakby coś wisiało w powietrzu. Ale ja tu pana zagaduję, a pan jest pewnie zmęczony drogą i głodny. Nasz Hugo przygotował porządną kolację.

– Nie ukrywam, że cała ta sytuacja kosztowała mnie sporo nerwów.

– Zaraz zadzwonię do naszej placówki w Lesku, żeby się rozejrzeli po okolicy.

– Panie Władysławie, zanim siądziemy do stołu, proszę do samochodu, bo mam sporo bagażu.

Kiedy major już rozpakował swoje rzeczy w przydzielonym mu jasnym, dużym pokoju, zszedł na dół i usiadł za solidnym drewnianym stołem. Po chwili zaczęły dochodzić do niego głosy kilku osób i dźwięki walenia butami o drewnianą podłogę w pokojach na piętrze. „Zawsze te same dźwięki, te same zapachy smażonej kiełbasy z cebulą z kuchni. Typowe schronisko w Karpatach” – pomyślał i zaczął wpatrywać się w duży, owalny portret w złotej ramie. Przedstawiał dystyngowaną kobietę uczesaną gładko do tyłu, w czarnej sukience z głębokim dekoltem i dużym wisiorem na łańcuszku – panią Annę, żonę właściciela pensjonatu. Zwykle w wakacje kłębił się tu tłum letników, organizowano obozy i kolonie dla dziewcząt, słychać było gwar, chichot dziewczynek, tupot stóp ganiających się chłopców. Teraz wypoczywających próżno było szukać, bo Czakucki wynajął na kilka dni cały pensjonat.

Major wiedział, że zaraz spotka ludzi, których być może będzie widział ostatni raz. Niewykluczone, że wysyła ich na misję, która spowoduje rozłąkę z ich bliskimi na bardzo długo. Niektórzy z nich nigdy nie wrócą do domu. Nie miał wątpliwości, że wojna zbliża się z każdym dniem. Trzecia Rzesza podciągała wojska na wschód. Mnożyły się prowokacje, widoczny był ferment wśród Niemców zamieszkujących Polskę.

– Kazałem im się stawić za piętnaście minut! – krzyknął ze schodów Fijałkowski. Usiadł koło Czakuckiego i otworzył wysoką butelkę z miejscowym bimbrem. – Poleję, panie majorze, bo wychodzi na to, że możemy się jakiś czas nie widzieć. A panu przyda się na uspokojenie po tej strzelaninie.

Sprawnie rozstawił kieliszki i wlał do nich alkohol.

– Coś panu powiem. Był u mnie dzisiaj kolega z naszej komendy w Sanoku. Powiedział, że jak będzie się miało coś dziać, to przyjedzie do mnie kurier z rozkazami w zalakowanej kopercie. Podobno mamy ruszyć do Lwowa.

– Co zrobić, panie Władysławie, służba.

– Służba, służba. Pan wie. Zostawimy tu wszystkich i wszystko. Po tym, co się niedawno stało w Solince i odkąd Korpus Ochrony Pogranicza stacjonuje nad granicą w Roztokach, nie jest wesoło.

– Dlaczego?

– Tak. Propaganda ukraińska jest coraz mocniejsza. My tu, panie majorze, w Cisnej dobrze ze wszystkimi żyjemy. Ale pan wie, nastroje nienawiści podsycają OUN-owcy, nawet komuniści.

– Aż tak źle?

– A tak. Właśnie tak. Ostatnio od znajomego Żyda, tego, u którego pan wódkę zawsze kupował, dowiedziałem się ciekawych rzeczy. To porządny człowiek, można mu zaufać… Moja opiekowała się jego żoną, gdy ta chorowała na płuca ostatniej zimy. Niedawno odwiedził go kuzyn, który mieszka po tamtej stronie, w Bardejowie. Powiedział, że na granicy gromadzą się oddziały niemieckie i słowackie. To chyba ważne?

– Bardzo ważne, niech pan opowiada – zaciekawił się Czakucki.

– Mówił, że u nich w mieście wojsko nawet po domach na kwaterach siedzi. Wspominał, że jak jeden słowacki oficer mocno popił, to gadał, że niedługo będą w Komańczy i Sanoku w defiladzie maszerować. – Policjant znowu wlał do kieliszków mętny alkohol.

– Nie wysyłał pan jeszcze meldunku?

– Nie, czekałem na pana. To na zdrowie. – Wychylili kieliszki wódki. – Panie majorze, co to, kurwa, będzie? A Sowieci się nie ruszą, nie wbiją nam noża w plecy za tysiąc dziewięćset dwudziesty rok? Aha, ten Żyd mówił też, że ciężkie czasy dla mojżeszowych nastają na Słowacji. Chciał nawet z rodziną do nas uciekać. Ale ja tak myślę, panie majorze, po co, skoro zaraz hitlerowskie ścierwo na nas ruszy.

Czakucki patrzył tępym wzrokiem na ponownie napełniony przez Fijałkowskiego kieliszek i milczał. Nagle podniósł go energicznie, wypił i poprosił o dolanie następnej porcji samogonu.

– Rozumiem, że schowek w Żubraczem jest już zabezpieczony i gotowy do wykorzystania? – zapytał, zmieniając temat.

– Tak jest. Wszystko gotowe, zgodnie z ustaleniami. Dotarł do nas ten młody porucznik z Warszawy, no, ten wysoki, z jasną czupryną.

– I co z nim?

– Jak co z nim? Tak jak pan major polecił, od razu wyekspediowałem. Poszedł z jednym przemytnikiem z Leska na Humenne, oczywiście z całym wyposażeniem. Zgodnie z rozkazami ma organizować tam punkt kontaktowy.

– To dobrze, bo stacja przerzutowa już działa. W takiej wsi koło Egeru. A gdzie, panie Władysławie, walizki?

– Walizki, zgodne ze specyfikacją, są u nas na posterunku. Na razie nie chciałem po wsi z nimi paradować. W nocy przerzucimy je tutaj. Bo wie pan, jak się coś zacznie, a że zacznie się, to pewne, wtedy rzucą się na posterunki policji, Straży Granicznej, czy KOP-u. Więc lepiej je tu… – Nie dokończył, bo do pomieszczenia zaczęli się schodzić uczestnicy spotkania.

Czakucki nieco ściszonym głosem wyjaśnił zgromadzonym żołnierzom w cywilnych ubraniach, że prawdopodobnie niebawem wybuchnie wojna. Poinformował, że ich zadania będą polegały na utrzymaniu punktów kontaktowych i przerzutowych dla ludzi, którzy będą musieli się ewakuować na Węgry lub do Rumunii. Przypomniał, że zabiorą z sobą specjalny bagaż i że jeśli będą w poważnym niebezpieczeństwie, to mają go dobrze ukryć, oznaczyć oraz zanotować opis miejsca. Podkreślił, że nie można dopuścić, aby dostał się on w ręce wroga.

Po jego słowach wszyscy zamarli. Widział, jak młodzi mężczyźni patrzyli pytającym wzrokiem jeden na drugiego, jakby nie wierzyli, że przygotowują się do wojny. Major wyciągnął ze swojej torby papierowe pakiety, zalakowane i obwiązane cienkim biało-czerwonym sznurkiem. Złamał pieczęcie, rozciął nożem sznurek. Otworzył je. Wyjął dokumenty legalizacyjne dla swoich ludzi, a następnie rozłożył płachtę kolorowanej mapy z naniesionymi punktami, przy których znajdowały się opisy miejsc i tras przemieszczania się. Następnie dobrał zgromadzonych w pięć dwuosobowych zespołów.

– Panowie, proszę bliżej… i przypominam, że to, co tutaj usłyszycie, nie ma prawa nikt powtórzyć komukolwiek, nawet matce czy dziwce z burdelu. Przypominam, że po odprawie idziecie zapoznać się swoimi nowymi danymi osobowymi, informacjami o sytuacji bieżącej w terenie, politycznej w krajach, gdzie możecie dotrzeć, i co najważniejsze, z mapami Wojskowego Instytutu Kartograficznego. Bo ze sobą zabierzecie jedynie mapy i przewodniki turystyczne. Wieczorem wszystkich przepytam, dokładnie! – rzucił tonem służbisty.

* * *

Po zakończonej odprawie Fijałkowski wraz z Czakuckim zostali w jadalni, zjedli pachnącą zalewajkę na maślance, świeże proziaki prosto z gorącej blachy na piecu, a gdy na stole pojawiły się też fuczki – placki z kapusty kiszonej, major się rozluźnił. Lubił kuchnię południowego pogranicza. Zawsze twierdził, że styk kultur ma doskonały wpływ na kuchnię, obyczaje, a także urodę kobiet.

– No, panie majorze, jeszcze po jednym i idziemy na polowanie – powiedział komendant i konfidencjonalnie dodał: – Czeka na nas zaufany, który ma ciekawe obserwacje. To ten Janek Chojnacki, którego przenieśliście do wywiadu. Nie możemy się tutaj z nim spotykać, za dużo oczu i uszu we wsi.

Kilkanaście minut zajęło im przebranie się w stare, używane myśliwskie ubrania. Na ramię zarzucili błyszczące belgijskie strzelby Browning 125, które policjant zarekwirował niedawno słowackim kłusownikom. Czakucki przepasał się skórzanym pasem na naboje. Okrążyli pensjonat, pokonali w zakolu płytką o tej porze roku Solinkę i weszli do lasu. Po chwili przecięli tory kolejki drzewnej. Kilkadziesiąt metrów szli wzdłuż torowiska. Kierowali się na południe. Po ostrym podejściu major wyciągnął manierkę i pociągnął z niej łyk wody. Przy okazji zlustrował okolicę. Sprawdził, czy ktoś za nimi nie ruszył. Pół godziny później stali na niewielkiej polanie. Fijałkowski rozejrzał się, przyłożył do ust dłonie i wydał dźwięk przypominający pohukiwanie puchacza. Odpowiedział mu krótki gwizd. W cieniu na pniu zwalonego przez wichurę drzewa siedział mężczyzna. To był Chojnacki, były funkcjonariusz Straży Granicznej, który przez kilka lat zajmował się rozpracowywaniem beskidzkich szlaków przemytniczych, ale jakiś czas temu został zmobilizowany i zaczął realizować zadania związane z wywiadem. Posługiwał się pseudonimem Mucha. Do jego głównych obowiązków należało zbieranie informacji o dyslokacji jednostek wojskowych na przedpolu granicy i powstających tam instalacjach militarnych.

– Oto i zaufany generała Czumy – przedstawił Muchę Fijałkowski.

– Czołem. Słyszałem, że ma pan ciekawe obserwacje. Coś niepokojącego dzieje się u naszych słowackich braci? – Czakucki powiedział to z nieukrywanym sarkazmem, akcentując słowo „bracia”.

– Wejdźmy bardziej w las, bo tu jesteśmy zbytnio na widoku. Ostatnio różni się kręcą po okolicznych lasach.

Wyjaśnił, że Węgrzy zajęli tereny koło Użhorodu, które Czesi w 1936 roku ufortyfikowali. Magazynowali tam gazy bojowe. Na tym odcinku, jego zdaniem, było w miarę bezpiecznie. Ale Niemcy podchodzili od południa. W słowackich miastach byli już żołnierze przebrani w cywilne łachy.

– Z tymi przebierańcami to pewne? – spytał Czakucki.

– Pewne, panie majorze! Co najważniejsze, transport kolejowy jest podporządkowany przerzutowi wojska, przez co cywile narzekają na opóźnienia. Niemcy dokonują rekonesansu na drogach i przeprawach mostowych. Mam informacje o budowanych schronach i magazynach polowych, które powstają pod nadzorem austriackich inżynierów. Termin zakończenia prac budowlanych określono na pierwszego września.

– A jak ruchy wojska?

Mucha zamyślił się.

– Ostre pogotowie jest już na przedpolu naszego Obwodu Jasło. Dojście do granicy z tego kierunku jest zamknięte. Zresztą tamtejsza Straż Graniczna jest odwoływana w głąb kraju i zastępuje ją wojsko. Na przykład ze wsi Hobgrat ewakuowano dzieci niemieckich kolonistów. – Mucha przerwał swoje sprawozdanie i spojrzał na rozmówców. – To mało?

– To za dużo! Dzisiaj rano, w drodze do Cisnej, za Jabłonkami, ktoś ostrzelał mój samochód. Potem widziałem, jak trzyosobowa grupa pastuchów, uzbrojona w krótkie mauzery, pędziła kilkanaście koni. Uważacie, że po naszej stronie mogą już działać grupy dywersyjne?

– Konie, mówi pan major. – Na twarzy Muchy pojawił się lekki uśmiech. – W trzydziestym szóstym zaobserwowaliśmy przemyt koni na dużą skalę. Okazało się, że rozpoczęła się wtedy rejestracja koni przez czechosłowacką intendenturę wojskową, a potem ich zakup na potrzeby armii. Hodowcy wpadli w panikę. Przeprowadzili konie na naszą stronę. Jeżeli weszliście na te konie na wysokości Jabłonek, to znaczy, że przekroczyli granicę w okolicach Solinki. Musieli mieć jakieś wtyki u naszych, bo tam została wzmocniona obsada.

– Czyżby ruszyła już po tamtej stronie akcja poboru koni do wojska? Tylko że ci jechali do granicy. I mieli buty z opinaczami, jakich używają w Wehrmachcie! O pieprzonych czechosłowackich wersjach mauzera nie wspominając – rzucił poirytowany major.

– Niewykluczone, że chcieli zmylić pościg. Ale sprawa bardzo ciekawa. Zgadza się, panie majorze, ta broń nie jest popularna wśród jakichś przemytników, pastuchów czy nawet zwykłych żołnierzy. Sprawdzę to. Ale zawsze to może być jakaś działalność bandycka, tak przy okazji, albo rozpoznawcza. Pan wie. Jest tu w okolicy parę bogatych rodzin. Dwór, tartak, sklepy. A wojna takie szumowiny zawsze uaktywnia. Ale żebyście byli świadomi, oni też wiedzą o naszej mobilizacji.

– Czyli najbardziej bezpieczny kierunek przerzutu to Węgry i prosto do Rumuni? – włączył się do rozmowy Fijałkowski.

– Zdecydowanie tak, panowie. Taka jest moja ocena sytuacji. I jeszcze jedno. Granicę naruszają słowackie samoloty zwiadowcze. Być może analiza ich tras lotów może wskazać kierunki planowanego uderzenia.

Informator spojrzał w bok, zauważył bowiem jakiś ruch po drugiej stronie polany.

– Panie majorze, mieliśmy też na posterunku kilku dezerterów z armii słowackiej, a nawet Czechów. Zgodnie z instrukcją odesłaliśmy ich do Krakowa – dodał oficjalnym tonem funkcjonariusz defensywy.

– Mówisz pan, że pierwszego września kończą pracę przy umocnieniach? Czy wtedy wybuchnie wojna…?

– To wie chyba tylko Hitler, prawda, panie majorze? – odpowiedział nieco filozoficznie Mucha.

W tym momencie, cofając się ostrożnie, odszedł kilka metrów od dwójki pozostałych mężczyzn, wziął do ręki sztucer Mannlicher-Schönauer, który dotąd stał oparty o rozłożysty buk, skierował lufę w kierunku Czakuckiego, po czym przesunął broń w prawo i strzelił. Z oddalonej od nich o kilkanaście metrów gałęzi jodły spadł okazały kogut głuszca.

– Przepraszam, że z zaskoczenia, ale przecież poszedł pan major na polowanie.

* * *

Czakucki z Fijałkowskim pożegnali się i ruszyli w drogę powrotną.

– Panie majorze. Po drodze odwiedzimy naszego… wodzireja.

– Kogo?

– Andrzeja Drozda. Tak go tutaj nazywamy. Jego dom znajduje się ze sto metrów od tartaku. Porządny chłop. Pięć lat temu odszedł z policji i zajął się stolarstwem.

– On też był w Defensywie Policyjnej?

– Prosiłem, żeby miał oko na granicę. Poza tym podejdziemy do tartaku, do Arona Sommera. Trochę z nim było problemów w ostatnich latach.

– A co on zaczął tu mącić?

– Ludzie się skarżyli. Strasznie ich wykorzystywał w robocie. Jakby miał mało pieniędzy. Bywało, że nie płacił robotnikom, tylko dawał kupony do realizacji w żydowskich sklepach. No i mieliśmy niezły ferment. Robotnicy i niemojżeszowi handlarze zaczęli się burzyć. Ledwie to uspokoiliśmy! A mało to jest tu problemów? Niewiele brakowało, a od razu byłoby, że to antyżydowskie niepokoje. A po prawdzie to się robotnikom, również mojżeszowego wyznania, nie dziwię. No bo niech pan powie, jak tak można ludzi i ich rodziny traktować?

– Ma pan rację. Do naszej roboty potrzebny spokój i cisza. Tylko że to wygląda na ciszę przed burzą. Podejdźmy potem na pocztę. Trzeba sprawdzić, czy nie ma przerw w łączności. Cholera wie, czy czegoś nie pocięli.

Po powrocie do pensjonatu Czakucki pogrążył się w rozmyślaniach. Widmo wojny, po informacjach od Fijałkowskiego i Muchy, nabierało realnych kształtów. Na chwilę zamknął się w swoim pokoju. Chciał odpocząć po wrażeniach z drogi, odprawie i górskiej wycieczce. Po godzinie napisał meldunek i poszedł z nim do Fijałkowskiego.

– Panie Władysławie, niech pan wyśle zaufanego policjanta po cywilnemu samochodem albo motocyklem do Sanoka z pakietem. Niech bezpośrednio idzie do zastępcy dowódcy 2 Pułku Strzelców Podhalańskich. Pan wie, tego majora, który odpowiada od czerwca za organizację Samodzielnego Batalionu Szturmowego do akcji dywersyjnych za granicą.

– Wiem, o kogo chodzi, było u nas paru chłopaków od niego. Za granicę chodzili.

– Niech natychmiastową szyfrówką wyślą meldunek do szefa Oddziału II w Warszawie. Oni tam mają mocną radiostację. Niech powie, że to ode mnie.

Fijałkowski odwrócił się, zamknął drzwi i szybko zbiegł na dół.

* * *

Wieczorem z krótkiej drzemki wyrwał Czakuckiego hałas na schodach i głośne pukanie do drzwi.

– Proszę! – krzyknął, zerwał się z łóżka, po czym drzwi do jego pokoju otworzył Fijałkowski i zaczął wnosić pięć sporych drewnianych walizek.

– Panie majorze, przywiózł je z miesiąc temu pan Wacław. Ma dobre kontakty na Węgrzech, bo kiedyś tam pracował. Jechał z Częstochowy do Budapesztu, tak twierdził.

– Tak, znam sprawę.

– Naprawdę, świetna robota, panie majorze. Pan Wacław mówił mi, że zostały wykonane w naszym specjalnym zakładzie w jednostce wojskowej w Myszkowie. Mają wzmocnione, numerowane zamki, okucia, gumowe uszczelki, uchwyty do pasków, żeby móc je nieść jak plecak. To ja się na razie odmeldowuję.

Czakucki zamknął na klucz drzwi pokoju. Zaczął przecinać sznurki i łamać plomby w workach, które przyniósł po przyjeździe z samochodu. Zawierały dokumenty najwyższej rangi, które mogły umożliwić normalne funkcjonowanie rządu polskiego na emigracji, a po wojnie stanowić dowód na ciągłość polskiej państwowości. Kierownictwo Dwójki obdarzyło Czakuckiego pełnym zaufaniem. Te dokumenty należało chronić za wszelką cenę.

Major rozpoczął od wypakowania wyprodukowanych przez Mennicę Polską urzędowych i sądowych pieczęci z charakterystycznymi, pomalowanymi na czerwono krawędziami i godłem Rzeczpospolitej. Włożył je do małych woreczków. Następnie układał w specjalnych tekturowych teczkach karty papieru z próbkami pisma prezydenta, premiera, szefa Sztabu Generalnego, kilku ministrów i szefów urzędów, a także prezydentów i prezesów sądów z największych polskich miast, między innymi Warszawy, Krakowa, Poznania, Wilna, Lwowa i Katowic. Do tego dołożył czyste karty papieru, który był wykorzystywany do sporządzania pism urzędowych. W pakowanych materiałach znalazły się też próbki papieru banknotowego i farb, a także wzory podpisów prezesa Banku Polskiego, naczelnego dyrektora oraz skarbnika. Czakucki dołączył też klisze, które mogły posłużyć do produkcji polskich banknotów. Ponadto dorzucił spięte papierową banderolą pięć plików banknotów o nominale tysiączłotowym, które dotychczas nie pojawiły się w obiegu. Zgodnie z założeniami do każdej z waliz włożył po dwie banderolowane paczki dolarów amerykańskich – pieniądze, które miały pozwolić kurierom na w miarę bezpieczną podróż.

Nie zapomniał o teczce z trzema rysunkami Albrechta Dürera, które na przechowanie otrzymał od Andrzeja Lubomirskiego w czasie swego krótkiego postoju w Przeworsku. Rysunki pochodziły z prywatnej kolekcji księcia. Zostały kupione przed laty w Wiedniu. Ordynat przeworski poprosił Czakuckiego, aby wywiózł je z kraju. Sugerował Szwajcarię, gdzie mieszkała jego rodzina. Poinformował również majora, że reszta rysunków pozostanie w muzeum we Lwowie. Przed spakowaniem ich w sztywną kopertę zauważył, że dwa rysunki przedstawiają chyba jakieś postacie, być może biblijne. Jednak jeden zrobił na nim wrażenie. Piękny szkic oka oraz brwi z autoportretu Albrechta Dürera. Na karcie znajdował się charakterystyczny znak artysty, duża litera A z wpisaną literą D oraz datą 1499.

Na koniec położył na podłodze pakiet otrzymany od Augusta Krasickiego w Lesku. Posegregowane i ułożone materiały zajmowały całą podłogę pokoju. Następnie zaczął wszystko ostrożnie pakować w pięć brezentowych worków lekko nasączonych naftą, co miało eliminować bakterie i pleśń. Każdy z nich zawiązał biało-czerwonym sznurkiem i opieczętował. Trochę się przy okazji poparzył gorącym lakiem, podgrzewanym na elektrycznej maszynce w niewielkim garnuszku. Poukładał je ostrożnie w walizach, przymocował wewnętrznymi paskami, aby uniknęły przesuwania, i zamknął walizy, a ponumerowane kluczyki do nich schował do kieszeni, choć nie wiedział dlaczego. Może liczył, że kiedyś, po wojnie, po prostu je otworzy.

Czakucki zdawał sobie sprawę, jak ważny dla państwa polskiego, dla jego powojennego bytu, może być każdy pakunek. Zgodnie z planem miał je powierzyć sprawdzonym i mającym odpowiednie predyspozycje i umiejętności żołnierzom. Przygotowania do tej delikatnej tajnej misji ruszyły wiosną 1939 roku. Wiedział, że zapewne nie jest jedynym, który prowadzi takie działania. W tym samym czasie generał Marian Kukiel w pobliskiej Sieniawie ukrywał najcenniejsze zbiory z kolekcji Izabeli Czartoryskiej. Major zastanawiał się, kto zajmie się ewakuacją złota z Banku Polskiego albo wawelskiego skarbca i królewskich arrasów.

Rozdział 2

Altun Kupri, Rawanduz (Irak) – lato 1943

Major Romuald Czakucki przetarł podwiniętym rękawem bluzy mundurowej czoło wilgotne od potu. Siedział na drewnianym krześle przy wypełnionym dokumentami stoliku, na którym stał bukiecik polnych kwiatów. Nad jego głową wisiała lampa naftowa, a przy drewnianej nodze stał gliniany, pokryty niebieskim, popękanym szkliwem dzbanek z wodą.

Major utkwił wzrok w ciemnym punkcie rogu namiotu, w którym zasłonięte były wszystkie otwory. „To cholerne lato na pustyni. Gorąc nie do wytrzymania, nie do życia. Jak przetrwać to piekło!?” – pomyślał i lekko się uśmiechnął. Przypomniał sobie, co kilka lat temu powiedział mu po wizycie na Bliskim Wschodzie jego kolega, również oficer Dwójki, Jerzy Niezbrzycki: „Chłopie, tylko w zaciemnionym pomieszczeniu jakoś wytrzymasz. Wyjście na ostre słońce cię zabije!”. Niezbrzycki prowadził wtedy tajne rozmowy na temat szkolenia wojskowego żydowskich bojowników w Polsce. A potem negocjował niejawną operację ich przerzutu na teren Brytyjskiego Terytorium Mandatowego w Palestynie.

Major pociągnął duży łyk zimnej kawy. Jakby od niechcenia spojrzał na stojącego przed nim na baczność młodego żołnierza.

– Poruczniku Godlewski… – zaczął nieco oficjalnym tonem.

– Melduję się, panie majorze.

– Nie było ostatnio czasu porozmawiać dłużej. Potrzebuję tu paru bystrych i zaufanych chłopaków. Naczelne dowództwo po ujawnieniu w naszych szeregach sowieckiej siatki wywiadowczej doszło do wniosku, że musimy wzmocnić działania wywiadowcze i kontrwywiadowcze. Może niekoniecznie spodoba się to w pełni naszym angielskim sojusznikom, ale trudno. To dlatego zdecydowałem o przeniesieniu cię z Batalionu Przeciwdywersyjnego z Kirkuku. Podobnie jak Winieckiego, niech się oderwie od tych bagdadzkich luksusów…

Czakucki, który tego dnia miał na sobie galowy, jasny mundur Polskich Sił Zbrojnych, wziął do ręki papierośnicę, wyjął cygaretkę i powoli zapalił ją srebrną zapalniczką. Po namiocie rozszedł się siwy dym palonego tytoniu.

– Sojusznicy też zresztą na to naciskali. Zwłaszcza po zdjęciu przez nich niemieckiego szpiegowskiego towarzystwa z hotelu Maude w Bagdadzie. Zdajesz sobie sprawę, że to bardzo ważne…

– Tak jest, panie majorze.

– To świetnie. Szczególnie po zamieszaniu z Kleinerem i Konarską… – Zawiesił głos.

Czakucki miał świeżo w pamięci zabójstwo dokonane przez jego dawnego podwładnego z Dwójki – Mieczysława Kleinera. Poznał go jeszcze przed wojną w czasie szkolenia żydowskich bojowników w rejonie Andrychowa. Miał o nim doskonałą opinię. Kleiner wykonywał zadania specjalne. Jeszcze przed wojną, jako przemytnik na granicy wschodniej, przechodził nielegalnie granicę z ZSRR. Natomiast po wybuchu wojny realizował operacje wywiadowcze pod przykryciem. Podszywał się pod funkcjonariusza Trzeciej Rzeszy lub oficera Wehrmachtu. Po dekonspiracji przedarł się z okupowanej Polski przez Związek Radziecki na Bliski Wschód. Był dobrym żołnierzem, ale w niejasnych dla Czakuckiego okolicznościach zastrzelił w Bagdadzie Marię Konarską, która okazała się podwójną agentkę, pracującą zarówno dla Sowietów, jak i Niemców. Myśli o Kleinerze rozproszył hałas przejeżdżającej obok wojskowej półciężarówki marki Leyland. Nad wewnętrzną drogą w polskim obozie w Altun Kupri uniosła się chmura kurzu, który spowił też okolice sztabowego namiotu. Major ponownie popatrzył na młodego oficera, który stał przed nim na baczność.

– Ale do rzeczy, Filip. Ustaliliście już z Winieckim, co z tym Zygutem? Siadaj. – Czakucki spojrzał na szary karton teczki z nakreślonym ołówkiem napisem Rozpracowanie operacyjne Singe. Stuknął w nią palcem.

– Dziękuję, panie majorze. Melduję, że w marcu, w czasie obozów narciarskich w górach Kurdystanu, tam gdzie nasi prowadzili prace pomiarowe i przygotowywali umocnienia w okolicach Rajatu…

– Wiem, wiem, gdzie to jest – przerwał major.

– I w tej dziurze przed granicą perską, to znaczy przed przełęczą, porucznik Dariusz Zygut razem z innymi uczył kurdyjskie dzieci jazdy na nartach. Niech pan major sobie wyobrazi, że te dzieciaki pierwszy raz w życiu widziały taki sprzęt. Wtedy też skrzyknęli paru chłopaków pochodzących z Podhala i próbowali pokazać Kurdom, jak produkować sprzęt narciarski w domowych warunkach, a konkretnie narty i kijki.

– Filip, co ty mi tu pieprzysz! Czy coś ustaliłeś na temat jego pobytu na Węgrzech, w Rumunii i Libanie oraz tego, jak się tutaj znalazł i czy się z kimś zwąchał?

– A co? Panu majorowi znudziły się już narty? Nie tęskni pan do jazdy, do słonka na stoku…?

– Poruczniku Godlewski! Nie pieprzcie mi tu. Ogłuchliście? Do rzeczy!

– Bo to właśnie, to wszystko, panie majorze, się łączy.

– Skoro tak twierdzisz, słucham…– Powoli wypuścił dym z cygaretki.

– Ostatnio, jak byłem nad rzeką w Rawanduz, dobili do nas na przepustce chłopaki z żandarmerii. Pan wie, ci, co jeżdżą na motocyklach w obstawie generała Andersa. Opowiedzieli historię porucznika Olszewskiego, instruktora jazdy w plutonie motocyklowym.

– Jak mówisz? Olszewski?

– Tak jest. Nie tak dawno, w czasie testów amerykańskiego motocykla firmy Indiana, ten Olszewski wybrał się na daleką przejażdżkę właśnie z Zygutem. Ruszyli spod hotelu Farah w Sulajmaniji.

– Farah, Farah, cholera – przerwał major. – Był jakiś meldunek o tym hotelu i sowieckiej siatce. Wiem! To Kleiner miał cynk, że stamtąd razwiedczyki ruszyli w okolice Chanakinu do ich ukrytej radiostacji. Chyba tak. – Major sam sobie odpowiedział. – Ale mów dalej. Mów…

– Pojechali w kierunku granicy perskiej. Byli przed przełęczą i wtedy motocykl stanął. Silnik im się zagrzał. Musieli poczekać na jego schłodzenie. I wtedy otoczyli ich uzbrojeni ludzie. Wie pan, w tych ich śmiesznych szarawarach i w turbanach z biało-czarnych chust. Olszewski to podobno niezły kozak i nieraz miał z nimi do czynienia. Uniósł rękę do czoła i powiedział: salam alajkum. Ich herszt zapytał, czy są Anglikami. A ci mu odpowiedzieli: we are Polish. Wtedy Kurd uśmiechnął się, coś powiedział do swojej bandy i podał naszym papierosy. Na koniec wymienili się podarunkami. Kurd dostał od nich zegarek, a oni sztylety w futerałach…

– Filip, kurwa, i co z tego wynika dla naszej sprawy!? Wejść! – krzyknął.

Poły namiotu rozchyliły się gwałtownie. Wiszący przy wejściu bukłak na wodę niemal spadł na ziemię. Do środka wszedł jak zwykle rozpromieniony porucznik Piotr Winiecki, nazywany przez kolegów Armandem.

– Melduję się, panie majorze. Wszytko wiem! – dodał z nieukrywaną radością w głosie.

– Ty, Armando, co ty tam wiesz? Ten mi tu opowiada o miłośnikach nart i rajdów motorowych, a ty z miejsca, że wszystko wiesz. Popraw to, bo mi resztka zimnego piwa wypłynie. – Wskazał na bukłak.

– Panie majorze, to ja tylko skończę – odezwał się Godlewski. – Chodzi o to, że oni wcale nie mieli jechać na żadne testy. Zygut namówił Olszewskiego, żeby go pilnie podwiózł do jakiejś doliny w górach. Dokładnie dwa kilometry nad Rajatem. Zygut chyba nawet mu zapłacił. Tak mi mówili. A że butelkę whisky jestem do tyłu w związku z uzyskaniem tej informacji, panie majorze, to moja strata…

– Dlaczego tam pojechał? Nie wiesz? Szkoda, cholera…

– Nie wiem, ale powiedzieli mi, że Zygut miał ze sobą jakiś większy bagaż. A potem, jak wrócił, to już go nie miał. Z Olszewskim nie udało mi się porozmawiać, bo on już jest w Palestynie. Więc pewnie tam go niedługo znajdziemy.

– Dobra… A jednak Filip nauczyłeś się czegoś na tym kursie wywiadowczym u Angoli w Bagdadzie. A ty, Armando, czego się dowiedziałeś? – zwrócił się major do stojącego na baczność Winieckiego. – Spocznij. I siadaj.

– Wszystko się zgadza, a w każdym razie układa w całość, panie majorze – zaczął. – Ustaliłem dyskretnie przez naszych oficerów w obozie w Qizil Ribat, no i u nas w Altun Kupri, że Zygut koleguje się z niejakim podporucznikiem Ludwikiem Januszkiewiczem. To zaprawiony taternik. Znają się jakoś od tysiąc dziewięćset trzydziestego ósmego. Na początku wojny Januszkiewicz prowadził jakieś schronisko w Tatrach i zajmował się przerzutem naszych żołnierzy uchodzących na południe.

– Czekaj, czekaj. No tak! Januszkiewicz! Teraz skojarzyłem, jak mi o tych Tatrach powiedziałeś…

– Januszkiewicz potem sam musiał uciekać w tysiąc dziewięćset czterdziestym roku na Węgry, bo mu gestapo deptało po piętach. Przez Rumunię dostał się do Syrii. W ubiegłym roku byli z Zygutem na jakimś wspólnym wypadzie w Libanie. Nie wiadomo po co, ale miał zgodę ze sztabu.

– Robi się coraz ciekawiej, panowie – wtrącił Czakucki.

– Ale to jeszcze nie wszystko, panie majorze. Kilka dni temu Januszkiewicz uruchomił kurs wspinaczkowy. Ściągnął na niego ponad pięćdziesięciu chłopaków. Ten kurs odbywa się właśnie w okolicach Rajatu. Tak jak Filip mówił, blisko przełęczy na granicy z Persją.

– Tak, tak. Pamiętam. Tam gdzie Kleiner często jeździł robić pomiary.

– Jak ustaliłem u kierowców, co ich tam zawieźli, w transporcie jechał Zygut, ale na liście kursantów go nie było. Nie pamiętali, czy z nimi wrócił, bo jakieś osunięcie skał było i sakramenckie zamieszanie.

– Czyli podsumowując, panowie, Zygut dotarł do Januszkiewicza i od tego czasu słuch o nim zaginął.

– Tak jest, panie majorze – odpowiedzieli razem.

– Januszkiewicz jest dzisiaj z kursantami w rejonie gardzieli Rawanduz. Chłopaki z kolumny transportowej przewieźli ich tam wczoraj – dodał Godlewski.

Czakucki się zamyślił. Wciągał w nos słodkawy zapach rozwiniętych już kwiatów, których bukiet w dużej puszcze po konserwie postawiła mu rano na stole Karolina z biura ewidencyjnego. Twierdziła, że to dla jego lepszego samopoczucia. „To ostatnie w tym roku” – zaznaczyła. Ich zapach mieszał się z dymem z cygaretki i lekką stęchlizną indyjskiego płótna wysłużonego namiotu. Major był dzisiaj w sentymentalnym nastroju. Czerwone zawilce z daleka przypominały polskie tulipany z okolic jego rodzinnej Lidy. Przypomniał sobie, jak jeździł z synkiem i jego matką na majówki nad Niemen.

– W porządku, panowie… – Ocknął się i mocno zaciągnął cygaretką, którą zaraz ścisnął dwoma palcami i wrzucił do metalowej popielniczki. – Pytajcie chłopaków o Januszkiewicza. Chcę o nim wszystko wiedzieć. Do roboty. Oczekuję meldunków na bieżąco.

– Tak jest!

– Sam ustalę, kto podpisał zgodę na ich wyjazd do Libanu i co mieli tam robić. Czas się panowie powoli zwijać z Iraku.

Gdy młodzi oficerowie wyszli z namiotu, Czakucki po raz kolejny otarł rękawem nieco spocone czoło. W dwa palce wziął niewielki kawałek soli i delikatnie wsunął go do ust – jakby obawiał się, że się pokruszy. Ssał go chwilę jak cukierek. Skrzywił się i przepłukał usta piwem imbirowym z glinianego naczynia. Major od kilku godzin czuł ból głowy. „To przez te pustynne upały. Jakoś w zeszłym roku tak mi nie doskwierały” – doszedł do wniosku.

Jego myśli coraz częściej zajmowała sprawa, która powoli układała się w pewną całość. Chodziło o Zyguta, oficera, którego przerzucił na Węgry latem 1939 roku. Pojawiał się w miejscach, które następnie nawiedzały różne katastrofy. Do tego Zygut znikał przełożonym. Już kilka miesięcy temu major rozkazał swoim ludziom wziąć go pod dyskretną obserwację i przeprowadzić rozmowy operacyjne z ludźmi, którzy mieli z nim styczność. Wszystko to jednak były przypuszczenia oparte tylko na poszlakach, że mógł dla kogoś pracować. „Tylko dla kogo? – zastanawiał się major. – Dla Sowietów? Niemców? A może w tym wszystkim grają teraz jeszcze jakąś rolę Brytyjczycy?”

Ponownie spojrzał na teczkę z napisem Singe, w której lądowały wszystkie meldunki dotyczące Zyguta.

Od miesięcy męczyła go niezwykle poważna sprawa, która dotychczas nie została solidnie rozpracowana przez wywiad. Chodziło o materiały ewakuowane we wrześniu 1939 roku na kierunku Cisna – Miszkole – Eger, za które odpowiadał – a które zniknęły. Znajdowały się wśród nich pakiety zabezpieczone w specjalnych walizkach. Zaginięcie ich można było oczywiście wytłumaczyć ogólnym chaosem po wybuchu wojny, ale Czakucki nie miał takiej pewności. Czuł przez skórę, a miał dobrą intuicję, że ktoś za tym stał. Sprawę tę traktował ambicjonalnie, bo stracił z oczu też niezwykle cenne i unikatowe rysunki Dürera, które otrzymał w zaufaniu od Lubomirskiego. Zniknęła również walizka z pakietem przekazanym przez Augusta Krasickiego w Lesku, z jego dokumentami rodzinnymi. Dla niego była to zatem również sprawa honorowa.

– Zaraz, zaraz. No tak! Olszewski! Żandarmeria! Zygut! Gdzie to jest? – powiedział i nerwowo zaczął przeglądać jeden z segregatorów. Dopiero po półgodzinie dokopał się do tajnej notatki z dowództwa żandarmerii, jeszcze sprzed roku. Oparta była na informacjach porucznika Olszewskiego, który w 1940 roku był świadkiem nietypowej sytuacji w pobliżu dworca kolejowego Gara de Nord w Bukareszcie. Raportował, że jakiś mężczyzna dotkliwie pobił Polaka, który niósł solidną drewnianą walizę. Zabrał mu bagaż i próbował uciec. Wtedy Olszewski obezwładnił napastnika. W tym samym miejscu pojawił się porucznik Zygut. Powstało jakieś zamieszanie i sprawca napadu uciekł. Zygut zadeklarował, że pomoże napadniętemu i odprowadzi go do punktu medycznego na dworcu. Wziął też jego walizkę – czytał notatkę sporządzoną ręcznym pismem. – Psiakrew, że ja wcześniej tego nie skojarzyłem – pomyślał i włożył tę notatkę do teczki.

– Dyżurny! – krzyknął, a do namiotu wbiegł żołnierz z przewieszonym przez ramię stenem.

– Melduję się, panie majorze.

– Za piętnaście minut leyland i obstawa! Niech wpiszą w celu wyjazdu Rawanduz!

* * *

Po kilku godzinach jazdy wyboistymi górskimi drogami północnego Iraku, podczas której mijali kurdyjskie wioski, samochód Czakuckiego zjechał powoli krętą drogą w kierunku głębokiej doliny. Przejechał most ze stalowych kratownic i zatrzymał się nad słynną gardzielą Rawanduz. Szum rzeki był wyraźny. Jej wody niosły przyjemny chłód. W towarzystwie obstawy major poszedł do dużej grupy żołnierzy. Na pierwszej czujce zameldował się kapral, który poinformował go o tym, gdzie przebywa podporucznik Januszkiewicz. Po pięciu minutach oficer na baczność meldował się Czakuckiemu.

– Spocznij. Proszę usiąść, podporuczniku. Mam do pana parę pytań.

– Rozumiem. Jak mogę panu majorowi pomóc?

– Jak pan dotarł na Bliski Wschód i gdzie pan poznał porucznika Zyguta? – zapytał Czakucki nieco zdziwionego Januszkiewicza.

– Razem z Jurkiem Włoczkowskim, taternikiem jak ja, w tysiąc dziewięćset czterdziestym przedzieraliśmy się przez Węgry. Tam zatrzymaliśmy się na kilka tygodni we wsi Bogacz koło Egeru. Takie madziarskie zadupie, ale wina z okolicznych piwniczek były wyśmienite. – Januszkiewicz powoli zbierał myśli. Pot pojawił się na jego czole.

– W niewielkim pensjonacie koło kościoła, na wzgórzu? Tak?

– A skąd pan wie?

– To nieważne, po prostu wiem. Niech pan mówi dalej, podporuczniku.

– Warunki były ciężkie. Mieszkaliśmy po kilku w jednym pokoju. A że nie było łóżek, to spaliśmy na słomie przykrytej kocami. Stacją kierował były policjant, chyba z Podkarpacia…

– Rozumiem, ale co z Zygutem? – niecierpliwił się major.

– Po jakichś dwóch tygodniach dobił do stacji Darek, to znaczy porucznik Zygut. Był w dobrej kondycji. Tydzień później ruszyliśmy razem do Rumunii i Turcji. Latem tysiąc dziewięćset czterdziestego roku dotarliśmy do syryjskiego Hims i wstąpiliśmy do Brygady Strzelców Karpackich. Przeszliśmy jej cały szlak bojowy. Potem przerzucili nas przez Kanał Sueski do Basry i do Qizil Ribat. Darek cały czas był ze mną.

Januszkiewicz wytarł dłonią kropelki potu z czoła.

– To wszystko? – zapytał niepewnie Czakucki.

– Nie, ale przyniosę teraz, panie majorze, piwo. Już się pewnie schłodziło w rzece. – Januszkiewicz wstał i po chwili wrócił z czterema butelkami. – Nie ma to jak między górskimi zboczami porośniętymi sosnami. I ten chłód, krystalicznie czysta rzeka… Coś jest, majorze, tu takiego, jak w naszych Tatrach czy Czarnohorze – dodał, otwierając butelkę.

– Całą drogę byliście razem?

Podporucznik zastanowił się, przygryzł lekko zębami górną wargę i pomasował dłoń.

– Tak. Prawie całą. Tylko raz zgubiliśmy się w Rumunii – kontynuował. – Pamiętam, to było w Bukareszcie, chyba jakoś w okolicach dworca… Gara de Nord. Darek i kilku naszych inżynierów i techników, którzy jechali do zakładów lotniczych koło Ankary, nie zdążyli wsiąść do pociągu. Ale po kilku dniach się odnaleźliśmy. Jeszcze przed zaokrętowaniem w Konstancy na statek do Stambułu.

– A teraz tak między nami, podporuczniku. Niech mi pan powie, czy od czasu ucieczki z Polski kontaktował się ktoś z panem z naszych dawnych kolegów… z Dwójki – rzucił niespodziewanie major, czym wprowadził Januszkiewicza w wyraźne zakłopotanie.

– Panie majorze, pan doskonale wie, że nie patrzą na nas tutaj przyjaznym okiem. Ja pracowałem na kierunku niemieckim i daleko mi było do tego, co się działo w naszym wywiadzie na Wschodzie. Nie chcę mówić o tych sprawach. Nie chcę, aby ktoś teraz wracał do mojej pracy dla Dwójki. Pan wie, jak jest? Ja mam teraz swoje zadania w Sztabie 3 Dywizji. Prowadzimy w kilka osób prace planistyczne związane z przygotowaniami do pokonywania przez jednostki szturmowe trudnych przełęczy górskich. A teraz w zasadzie pakujemy się już i pewnie zaraz ruszymy do Palestyny.

– Dobra, rozumiem. Panie podporuczniku, kiedy pan widział ostatnio Zyguta?

Januszkiewicz spojrzał w bok. Zbierał myśli.

– Nie pamiętam dokładnie. Chyba ostatnio w Kirkuku na motorze. Wcześniej spotykałem go czasami w obozie w Dżaluali i Qizil Ribat. On zawsze dużo się przemieszczał, zawsze było go pełno. W końcu był oficerem w Dowództwie Służby Geograficznej. – Januszkiewicz nie patrzył na Czakuckiego, jego wzrok błądził gdzieś w oddali.

– A jak pan dostał zgodę na wyjazd do Libanu w ubiegłym roku?

– Od generała Kopańskiego! Poprosiłem o zgodę na wyjazd w naszym konwoju. Chciałem wejść razem z dwoma chłopakami z baonu na najwyższy szczyt Antylibanu Dżabal asz-Szajch. Przekonałem generała, że to dla wprawy, że nam się to przyda w szkoleniach tutaj, w Iraku. A Zygut miał przygotować drożnię, pan wie, taki raport dotyczący systemu dróg Kirkuk–Damaszek. Dlatego się zabrał z naszą grupą. Zresztą, o ile pamiętam, Darek jeździł tam już kilka razy i dobrze znał drogę. A że za kołnierz nie wylewał i po francusku mówił, to było z nim wesoło. – Januszkiewicz urwał i zawahał się. – To zwykła rozmowa? Tak? To nie jest przesłuchanie, majorze? Z taką obstawą pan przyjechał!

– Na razie to tylko rozmowa. Skąd te przypuszczenia o przesłuchaniu?

– Skoro to nie przesłuchanie, to nie muszę panu odpowiadać.

– Nie, nie musi pan odpowiadać.

Januszkiewicz popatrzył na Czakuckiego, pokiwał głową. Milczał. Poprawił swój szeroki parciany pas i wstał.

– Panie majorze, zapraszam. Dołączmy do reszty chłopaków, bo mocniejszy alkohol czeka i się wietrzy. Przecież nie będziecie wracać po nocy! Ja jutro muszę się zameldować w swojej jednostce. To chyba mój ostatni piknik w gardzieli Rawanduz. Za kilka dni zbieramy się i przez Sulajmaniję do Qizil Ribat. A potem pewnie już dalej. Jak Niemcy dostali w dupę w Afryce, a Amerykanie i Anglicy wylądowali na Sycylii, to tylko patrzeć, jak my wejdziemy do akcji.

– Chyba ma pan rację.

– Sierżancie, gdzie jest ten lwowiak Kurtycz?! – krzyknął Januszkiewicz do żołnierzy siedzących przy ognisku. – Zanim go nam na dobre zabiorą do teatrzyku Konarskiego, niech nam pogra na gitarze. Aha, i przynieś z mojego jeepa porządną whisky dla pana majora, a nie żadną fałszywą ćmagę pędzoną w nocy po namiotach.

Słońce chowało się za górskimi szczytami. Chłód nad rzeką działał rozleniwiająco. Czakucki podszedł do swojego leylanda i wyciągnął z niego skórzaną teczkę. Wyjął kilka kartek papieru. Zaczął pisać. „Najlepsza notatka jest sporządzona zaraz po rozmowie. Nic nie ucieknie. A jak jeszcze popijemy, to może się zatrzeć jakiś szczegół” – pomyślał. Wyjął niewielki nożyk i naostrzył nim ołówek. „Zygut jest zbyt tajemniczy. Za dużo jeszcze tych znaków zapytania, aby go jednoznacznie ocenić, ale ta rozmowa przybliża do prawdy”.

Część żołnierzy pływała, a inni tylko skakali do wody z nadbrzeżnych skał. Pozostali pełnili wartę. Nad ogniskiem wisiał spory kociołek z herbatą. Żołnierze leniwie popijali anyżkowy arak, whisky, angielskie ciemne piwo i grali w karty albo czytali „Orła Białego”. Zapadła ciemność. Blask ogniska zaczął rzucać na pobliskie skały cienie nienaturalnie wielkich, kanciastych postaci. Dźwięki gitary Kurtycza i śpiew żołnierzy niosły się po czarnych, spadzistych ścianach gardzieli Rawanduz. Ten spektakl uzupełniały strzelające iskry z palonego iglastego drewna.

Nagle ostry świst pocisków wyrwał wszystkich z błogostanu. Odgłosy strzelaniny dochodziły zza mostu. Żołnierze odruchowo przylgnęli do ziemi.

– Co się tam, do cholery, dzieje?! – krzyknął Czakucki do Januszkiewicza.

– Sierżancie! To w okolicach drugiej placówki, powyżej mostu. Idźcie tam z patrolem! Natychmiast! – Nasłuchiwali jeszcze chwilę, ale strzały szybko ustały. Żołnierze wstali. Po chwili przybiegł zdyszany sierżant i zameldował:

– Panie majorze. Nasza czujka zatrzymała jakiś oddział konny. Tamci zaczęli strzelać. Jeden z chłopaków dostał w podeszwę, drugi kamieniem po rykoszecie. Innych strat brak.

W milczeniu słuchali zasapanego sierżanta.

– Dobra, wracamy do ogniska. Kurtycz, graj dalej. Jak to było, kapralu, z tym piątym przykazaniem? Nie odbijaj pestek z innych brygad! – zwrócił się Januszkiewicz do grającego na gitarze żołnierza, a pozostali roześmiali się chóralnie. – A ten, co te wiersze pisze, niech się przygotuje, to w końcu publicznie posłuchamy jego twórczości.

* * *

Następnego dnia o świcie, w czasie zwijania obozowiska, do Czakuckiego podszedł Januszkiewicz.

– Panie majorze, wszystko jasne. Po wschodzie słońca przyjechało do nas na koniach dwóch kurdyjskich przemytników. Przepraszali za wczorajszy incydent. Nie wiedzieli, że my Polacy. Na przeprosiny przywieźli kozicę i trzy butelki porządnej whisky. Przyda się na drogę do Ziemi Świętej. Odchodząc, mówili, że będzie teraz panować wieczna zgoda między nami a Kurdami. Ale pan wie, jak to z nimi jest… i tak nigdy nie wiadomo, co będzie następnym razem.

Rozdział 3

Altun Kupri, Sulajmanija (Irak) – lato 1943

Czakucki po powrocie do Altun Kupri znowu czuł się nie najlepiej, koszula kleiła się do rozgrzanego ciała. Oczy szczypały od soli, gdy z czoła kapał na nie pot.

W pewnym momencie bez pukania do jego namiotu, jak zwykle z rozmachem, wszedł Winiecki.

Wyglądał, jakby przed chwilą wynurzył się z kąpieli, zapachniało od niego wodą kolońską. Towarzyszył mu Godlewski. Ten z kolei miał za sobą ciężką noc. Był wymiętoszony, czuć było od niego jeszcze słodki zapach alkoholu.

– Panie majorze! Ustaliliśmy parę rzeczy – zaczął zdecydowanie Armando.

– Było wejść, poruczniku?!

– Przepraszamy, panie majorze. Chcieliśmy zameldować, co nam wyszło w sprawie tego Zyguta.

– Dobra, mówcie.

– Niektórzy zwracali nam uwagę na jego dziwne zachowanie. Że czasem to wyglądało, jakby on coś ukrywał… no, że trochę się konspirował. Poza tym potwierdziliśmy, że Zygut na pewno był w rejonie Rajatu w czasie szkolenia wspinaczkowego. I od tego czasu nikt go już nie widział.

Zamyślony Czakucki pokrótce opowiedział im, czego dowiedział się od samego Januszkiewicza. Wyglądało na to, że do końca sprawy jeszcze daleko.

– Teraz pozostaje nam wyjaśnić, z jakiego powodu Januszkiewicz kłamał i nie powiedział panu, że Zygut go odwiedził. No i jeszcze dziwna jest ta sprawa z Libanem – podsumował Godlewski.

– Co masz na myśli, Filip?

– Nic szczególnego. Bo mówili mi, że jeździł tam regularnie i zawsze jęczał do kierowców, żeby załapać się do jakiegoś konwoju do Bejrutu.

– A w ogóle, panie majorze, to my się zastanawialiśmy z Filipem, dlaczego zajmujemy się naszymi, grzebiemy się w starych sprawach, gdy zaraz pewnie nas do Włoch wyślą.

Czakucki chrząknął. Nie było sensu dłużej tego przed nimi ukrywać.

– Latem trzydziestego dziewiątego pracowałem na południowym pograniczu Polski. Przygotowywaliśmy różne rozwiązania, w tym drogi ewakuacji i punkty przerzutowe dla szczególnie ważnych osób i rzeczy istotnych dla naszego państwa, dla ciągłości, kultury, systemu finansowego… Bo kiedyś ta kurewska wojna się przecież skończy…

– Niemcy w dupę dostają, a Sowieci się wykrwawiają – rzucił Armando.

– Właśnie wtedy do mojej grupy specjalnej dołączył taki lekko zgarbiony, wysoki blondyn, wtedy miał jasną, rzadką brodę. Pochodził z warszawskiej Pragi. To był porucznik Dariusz Zygut. Jego zniknięcie w górach Kurdystanu jest podejrzane i układa się w pewien obraz, niestety również w związku z jego wcześniejszymi zadaniami. Rozumiecie?

– Tak jest.

– A nie myśli pan major, że może był jakiś wypadek drogowy po pijaku czy bójka z Kurdami? Żandarmeria prowadzi trochę takich spraw – wtrącił Godlewski.

– Może? Sam jeszcze nie wiem wszystkiego… Jeśli nasze podejrzenia, nie daj Boże, się sprawdzą, to Zygut naprawdę mógł nam napsuć krwi. Straty mogą być duże… Cholernie duże.

Siedzieli w milczeniu. Wszyscy zastanawiali się, czy zniknięcie Zyguta ma jakieś drugie dno, ale Czakucki nie nabrał jeszcze takiej pewności. Liczył na to, że jego podwładni przyniosą mu wreszcie twarde dowody.

Po chwili milczenia odezwał się Armando, który najwidoczniej był już myślami w Palestynie:

– Czy po dyslokacji będziemy mieli tam jakąś swobodę poruszania się. Bo wie pan, zabytki, Jerozolima, Betlejem, morze, plaże…

– Poruczniku, nie pierdolcie mi takich głupot. Doskonale się orientuję, co wam chodzi po głowie. Pamiętajcie, że jak zaczną coś grzebać w sztabie przy sprawie zaginięcia Kleinera i śmierci Marii Konarskiej, to nam wszystkim nogi z dupy powyrywają.

– Może nie powyrywają? Ale panie majorze, bo my z dziewczynami już się dogadaliśmy, że…

– Słuchajcie, chłopaki – zwrócił się do nich Czakucki już zupełnie innym tonem – Każdy z nas kogoś gdzieś zostawił, zgubił na tej pieprzonej wojence. Czy myślicie, że nie chciałbym kogoś, tak prywatnie, po ludzku odnaleźć? W Lidzie został mój syn, jego matka, rodzina, przyjaciele. Od czterech lat nie wiem, co się z nimi dzieje. A chciałbym. Ale to nie znaczy, że polecę zaraz liberatorem, skoczę ze spadochronem na Wileńszczyznie i zacznę ich szukać po okolicy z jakimś wydzielonym do tego oddziałem polskiej Armii Krajowej!

– To nie końca tak, panie majorze – odezwał się w końcu Godlewski.

– Dobrze. Dzisiaj nic już chyba nie wymyślimy, a ja muszę dopilnować raportów z działań w okolicy Habaniji i Rutby na granicy z Cisjordanią. Możecie się odmeldować i teraz zapieprzajcie do Sulajmaniji, hotel Farah. Przyciśnijcie Januszkiewicza. Po swojemu.

* * *

Następnego dnia jeep z dwoma polskimi oficerami wyruszył na wschód. Z każdym kilometrem zbliżali się do wielkiej ściany gór. Widoki zapierały dech w piersiach, dlatego zatrzymywali się na krótkie postoje. Po kilku godzinach dotarli do miasta. Minęli najpierw długie ogrodzenie, za którym znajdował się obszerny, iście kolonialny budynek z kolumnadą – siedziba gubernatora. Samochód zwolnił, aż w końcu zatrzymał się przed jedynym przyzwoitym hotelem.

Hamujący jeep Polaków wzbił w górę pustynny pył. Na sennej jeszcze o tej porze dnia ulicy pojawiali się już pierwsi handlarze w białych szarawarach. W wejściach do sklepów i warsztatów stali wąsaci Kurdowie, dumnie prezentując swoje zakrzywione kindżały nazywane handżarami, zatknięte za wojskowe brytyjskie pasy. W powietrzu unosił się zapach kawy z kardamonem zmieszanym z dymem z szisz i wonią świeżego pieczywa z niewielkich piekarni. Panował jeszcze lekki, poranny chłód. Choć czyste niebo zwiastowało, że niebawem słońce będzie w zenicie i stanie się piekielnie gorąco.

Na podjeździe hotelu stało kilka wojskowych pojazdów. Parkowała też półciężarówka. Po napisach na drzwiach widać było, że należy do irańskiej firmy.

– Ty, patrz, Armando, jakiś znajomy z Pahlawi. Może wino od niego kupimy dla dziewczyn na drogę? – powiedział Filip, wskazując palcem na wypłowiały napis na drzwiach samochodu.

– Dlaczego nie. Popytamy. Dawaj, szukamy tego Januszkiewicza.

Mimo wczesnej pory w recepcji hotelu panował spory ruch. Część gości siedziała na wielkich, obitych bordowym pluszem fotelach. Dziury na oparciach świadczyły o ich zaawansowanym wieku. Kamienną podłogę pokrywały granatowo-bordowo-rude dywany. Polacy skierowali się do hotelowej restauracji. Przystanęli w drzwiach i bacznie przyglądali się gościom. Kelnerzy roznosili kawę oraz zestawy śniadaniowe.

Przy stoliku w rogu sali siedział Januszkiewicz. Rozmawiał z cywilem, krótko ostrzyżonym brunetem średniego wzrostu o nieco orientalnych rysach. Kiedy podeszli bliżej, usłyszeli, jak siedzący obok Januszkiewicza mężczyzna mówi z akcentem z kresów wschodnich, z charakterystyczną miękką wymową głoski „l”, a nawet wtrącał słowa rosyjskie.

– Podporuczniku, mamy sprawę, musimy porozmawiać.

– Panowie prosto z drogi, jak widzę. Zapraszam. Czy my się już gdzieś nie widzieliśmy? – rzucił z uśmiechem Januszkiewicz do młodych oficerów. – Proszę do nas.

– Panowie pozwolą, pan Kazimir Sokołow, nasz rodak właśnie dotarł do Iraku okazją z Pahlawi. A w zasadzie Kazimierz, bo to chyba właściwsze imię niż to mołdawskie.

Mężczyzna ubrany był w marynarską koszulkę w paski z podciągniętymi do łokci rękawami. Miał też szerokie ciemne spodnie, a na głowie nieco sfatygowaną czarną wełnianą czapkę. Obok leżał marynarski, płócienny, biały worek. Wyglądał na typowego marynarza albo robotnika portowego.

– Porucznik Winiecki.

– Porucznik Godlewski.

– Panowie może z naszego sztabu w Bagdadzie?

– Niestety już nie. Przenieśli nas do tej zasranej, a w zasadzie zasypanej piaskiem dziury Altun Kupri. Mieszkamy w namiotowym niby mieście. Daleko mu do takich pensjonatów jak tutaj – powiedział Armando, otrzepując furażerką bluzę munduru z kurzu.

– Nazywają je karawanseraje – wtrącił Sokołow i dalej obserwował nowo przybyłych.

– A dlaczego uważa pan, że z Bagdadu? – zapytał Godlewski.

– Liczyłem, że może macie jakieś wieści ze sztabu, kiedy ruszamy z Iraku? Pewnie nam powiedzą niebawem. Kawa? Miałem tu ze cztery miesiące temu nieprawdopodobne zdarzenie. Proszę sobie wyobrazić, że pewien żołnierz pełniący służbę u miejscowego dowódcy garnizonu, jakiś znajomy Darka Zyguta, może go znacie, zaprosił nas na poranną kawę. W czasie rozmowy żołnierz zaczął mnie wypytywać o Polskę. Myślałem, że Darek mu coś opowiadał. Ów żołnierz wiedział co nieco o Warszawie, Krakowie, o naszej historii. Wieczorem umówiliśmy się z nim w tym hotelu, nawet siedzieliśmy przy tym samy stoliku co teraz. Znajomy Darka przyszedł na spotkanie, trzymając w ręku książkę wydaną w Bagdadzie w języku kurdyjskim pod tytułem Bulonia, to znaczy Polska.

– I co z tą książką? – zapytał nieco zniecierpliwiony Armando.

– Jej autorem, jak się dowiedzieliśmy, był kapitan armii irackiej, który zmarł jeszcze przed wojną – zakończył opowieść akurat w momencie, kiedy kelner stawiał przed nimi cztery pachnące kawy, a na spodkach filiżanek leżały kawałki chałwy.

– A jak się pan dostał do Iranu? Przecież Sowieci wstrzymali ruch pasażerski do naszego wojska – zwrócił się do Sokołowa Godlewski.

– To długa historia. Pracowałem przed wojną w rumuńskiej Konstancy. Mój ojciec był Polakiem, matka Mołdawianką. Stąd znałem rumuński. Studiowałem trochę na politechnice. Po wybuchu wojny zaciągnąłem się na turecki drobnicowiec i pływałem jako pomocnik mechanika do spraw łączności i elektryki. Kiedyś nasz statek burza rzuciła na skały gdzieś w Dardanelach. Ledwo z tego wyszedłem. Wróciłem do rodziców, którzy poważnie chorowali i w końcu zmarli na początku roku. Nic mnie już nie trzymało.

– Bardzo ciekawa biografia…