Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
11 osób interesuje się tą książką
Czuła powieść drogi o miłości, stracie i smakowaniu życia na nowo
Jenna wraca do rodziców po sześcioletnim małżeństwie zakończonym rozwodem. Postanawia towarzyszyć swojej niezwykłej babci, Evelyn, w jej podróży sentymentalnej do nadmorskiego miasteczka w Massachusetts.
A Evelyn snuje opowieści o młodzieńczej burzliwej miłości i czasach szaleństwa. Historie usłyszane w podróży, klimat nadmorskiego miasteczka oraz spotkanie z prawnukiem pierwszej miłości babci, Joe, stają się dla Jenny inspiracją do zmian.
Kiedy sekrety z przeszłości zaczynają wychodzić na jaw, Jenna dowiaduje się o babci i o sobie czegoś zupełnie nieoczekiwanego. I przekonuje się, że szansa na uzdrowienie może pojawić się w najbardziej nieoczekiwanych monetach w życiu kobiety.
Przecież nic się nie zdarza bez przyczyny i nigdy nie jest za późno na zmiany!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 407
Data ważności licencji: 4/15/2030
Tytuł oryginału: She’s Up to No Good
Projekt okładki: Piotr Wszędyrówny
Redakcja: Katarzyna Szajowska
Redaktorka inicjująca:Katarzyna Lipnicka-Kołtuniak
Redaktorka prowadząca:Aleksandra Janecka
Redakcja techniczna: Grzegorz Włodek
Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Beata Kozieł-Kulesza, Anna Sośnicka (Lingventa)
© 2022 by Sara Goodman Confino
All rights reserved.
This edition is made possible under a license arrangement originating with Amazon Publishing, www.apub.com, in collaboration with GRAAL sp. z o.o.
© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2026
© for the Polish translation by Piotr Królak
ISBN 978-83-287-3535-4
MUZA SA
Wydanie I
Warszawa 2026
–fragment–
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
Mojej babci
– Poznałem kogoś.
Nie oderwałam wzroku od telefonu. Siedziałam na kanapie z podwiniętymi nogami, przeglądając oferty nieruchomości.
– Och! Miałam ci powiedzieć: ja też kogoś poznałam. Pamiętasz tę dziewczynę z okropnym, rozszczekanym psem? Ma na imię Vanessa. Okazała się całkiem miła. Obserwuję ją na Instagramie.
– Nie. Ja… – Brad przerwał, odchrząknął i zaczął od początku: – Miałem na myśli, że poznałem kogoś nowego.
Tym razem spojrzałam na niego ze zmrużonymi oczami.
– Co to znaczy?
Nie odpowiedział. Stał zgarbiony ze zbolałym wyrazem twarzy, jakby szykował się do ataku. Zerknęłam na jego lewą dłoń i dostrzegłam, że obraca kciukiem obrączkę z białego złota, którą nosił przez ostatnie cztery lata, i poczułam ciężar w żołądku.
Brad zapadł się w fotelu naprzeciwko mnie.
– Jenna, tak mi… tak mi przykro.
Wypuściłam głośno powietrze z płuc i pokiwałam głową.
– Dobrze, w porządku. Ale to już skończone, prawda? Pójdziemy… pójdziemy na terapię i jakoś sobie poradzimy. Ludzie robią… różne rzeczy… i sobie radzą.
Otworzył szeroko oczy.
– Nie.
– Jak to nie? To nie jest skończone? Czy nie chcesz…?
– Przykro mi.
Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że nadal mam w dłoni telefon, dopóki nie rzuciłam go na drugi koniec kanapy.
– Przestań tak mówić!
Skrzywił się i poczułam falę mdłości, ale powstrzymałam ją i się opanowałam.
– Ale przecież… szukaliśmy domu.
– Wiem.
– A po przeprowadzce mieliśmy zacząć starać się o dziecko.
– Wiem.
– Czyli kłamałeś, kiedy mówiłeś, że tego chcesz?
– Nie do końca. Chcę mieć dzieci. I sądziłem, że to jakoś pomoże. Posłuchaj, nie starałem się nikogo poznać. To się po prostu stało. I dzięki temu zrozumiałem, jak bardzo byliśmy nieszczęśliwi.
– Ja byłam szczęśliwa!
Spojrzał na mnie, jakby chciał się pokłócić, i poczułam, jak rośnie we mnie nadzieja. Nie żebym chciała się kłócić, lecz dopóki on był do tego skłonny, nadal istniała szansa. Mogłabym go przekonać. Ale wtedy zmienił ton.
– Rozumiem, ale ja nie byłem. Cały czas się kłócimy. Właściwie nie uprawiamy już seksu. Mam dość udawania, że wszystko jest doskonale.
Wzięłam głęboki oddech. Miał trochę racji. Faktycznie dużo się kłóciliśmy. Ale seks? Przecież nie mogło minąć aż tyle czasu, prawda? Nie potrafiłam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio to robiliśmy, ale przecież to nie mogło być więcej niż… Zatrzymałam się. To, że musiałam wykonać obliczenia, nie wróżyło dobrze. Ale… przecież to nie znaczyło, że jesteśmy nieszczęśliwi. Może i mieliśmy problemy, ale nie takie, których nie dałoby się naprawić.
– Poradzimy sobie ze wszystkim. Możemy z kimś o tym porozmawiać. Możemy… pojechać gdzieś razem. Wyrwać się. Tylko we dwoje. Zbliżyć się. Odłożyć kwestię dzieci na bok. To znaczy nie na długo. Nie robimy się młodsi. Ale na jakiś czas. Dopóki nie staniemy na nogach. Możemy pojechać do tego ośrodka, w którym spędziliśmy podróż poślubną. Od lat powtarzamy, że powinniśmy się tam wybrać. Byliśmy tam tacy szczęśliwi. Pojedziemy tam i wszystko naprawimy.
Brad pokręcił głową.
– Nie chcę tego naprawiać. To nie powinno być takie trudne. Zawsze byliśmy lepszą parą na papierze niż w prawdziwym życiu. A z Taylor wszystko jest takie… proste.
– Taylor? Czy ona nie ma dwudziestu dwóch lat? Co za banał…
Brad przekręcił głowę tak, że strzyknęły mu kręgi szyjne, a ja się wzdrygnęłam. Wiedział, że tego nie cierpię, ale najwidoczniej już się tym nie przejmował.
– Nie rozumiesz? Dokładnie to mam na myśli. Nie ma dla ciebie znaczenia, że jestem nieszczęśliwy. Obchodzi cię tylko to, jak zareagują ludzie, kiedy im powiesz.
Wpatrywałam się w niego. Jak śmiał zarzucać mi, że nie przejmowałam się jego uczuciami, kiedy to on zostawiał mnie dla dwudziestodwulatki. Otworzyłam usta gotowa się pokłócić. Powiedzieć mu, że to on nie dbał o moje uczucia. Ale wydobył się z nich jedynie szept.
– Ale przecież jesteśmy małżeństwem.
Brad pochylił się, oparł łokcie na kolanach i zaczął przemawiać poważnym tonem, ale docierały do mnie tylko pojedyncze frazy, którym udawało się przebić przez wycie w moich uszach. „Nieszczęśliwy już od jakiegoś czasu… zrozumiał, że odczuwa ulgę za każdym razem, gdy okazywało się, że nie jestem w ciąży… tyle kłótni… już mnie nie kocha… oboje zasługujemy na więcej”.
Przerwałam mu w połowie zdania. Może i nie dotarło do mnie zbyt wiele z tego, co mówił, ale usłyszałam wystarczająco dużo.
– Czyli nawet nie spróbujesz?
– Przepraszam.
– Ale… dopiero co zamówiliśmy Peloton. Nawet jeszcze nie przyszedł.
Pokręcił głową, delikatnie przewracając oczami.
– Możesz go zatrzymać.
– Nie obchodzi mnie ten cholerny Peloton! – krzyknęłam, a on się wzdrygnął. Wbiłam w niego wzrok. – Więc co? Po prostu odchodzisz?
Znowu odchrząknął i tym razem poczułam ucisk w piersiach, bo zdałam sobie sprawę z kolejnego problemu.
– Dzisiaj tak. I możesz tu zostać tak długo, jak potrzebujesz, dopóki nie zdecydujesz, co chcesz robić dalej. Ale…
Uniosłam dłoń i przestał mówić. Wiedziałam, do czego zmierza. Mieszkanie należało do niego, zanim się pobraliśmy. Nie widniałam w akcie notarialnym. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że było zdecydowanie poza moim zasięgiem finansowym jako nauczycielki w gimnazjum.
– Pomogę ci stanąć na nogi – odezwał się znów.
– Chyba potrzebuję prawnika, żeby wytłumaczył mi, jak to działa – rzuciłam, usiłując wymusić na nim jakąś reakcję. Brad był prawnikiem i właśnie wbijałam mu szpilkę.
Ale tylko pokiwał głową.
– Sprzedam mieszkanie. Oddam ci połowę pieniędzy.
Otworzyłam usta, tym razem po to, by powiedzieć mu, że ich nie chcę, ale szybko z powrotem je zamknęłam. Skoro miał zamiar zniszczyć wszystko, co wspólnie zbudowaliśmy, i uczynić mnie samotną, bezdomną trzydziestoczterolatką, to nie powinien mi po tym zostać jedynie drogi rower do ćwiczeń. Skinęłam głową niemal niezauważalnie.
Wstał i podszedł do drzwi, spod których podniósł torbę na ramię. Nawet nie zauważyłam, jak ją pakował.
– Przykro mi – powiedział jeszcze raz, gdy zbierał się do wyjścia, a następnie zdjął obrączkę i położył ją na małym stoliku, na który odkładaliśmy pocztę. I zniknął.
Ukryłam twarz w dłoniach i zaczęłam płakać, sfrustrowana swoją bezsilnością. Jak do tego doszło? – pytałam sama siebie. Byliśmy razem sześć lat. Sześć lat! A teraz nagle…?
Ale czy to było nagłe? – zapytał cichy głosik w mojej głowie. Teraz, kiedy znałam prawdę, zdałam sobie sprawę, że często się uśmiechał, patrząc w telefon – w sposób, w jaki do mnie się już nie uśmiechał. Kiedy przestał to robić? Nigdy go nie zapytałam, co wywołuje ten uśmiech. Prawda była taka, że mnie to nie obchodziło. A powinno. Powinnam była zapytać. Powinnam była się zorientować, że coś jest nie tak, kiedy to on przestał mieć ochotę na seks. A może powinnam była się przejąć, kiedy to ja straciłam zainteresowanie, na długo przed nim.
Ale tego nie zrobiłam.
Zaklęłam, przerywając panującą w pokoju ciszę. Było zbyt cicho. Rozejrzałam się świeżym spojrzeniem po domu, który nazywałam swoim od pięciu lat. To mieszkanie… Cóż, zawsze było jedynie stacją przesiadkową. Jeszcze przed ślubem zamierzaliśmy kupić dom, w którym założymy rodzinę. To nigdy nie było nasze docelowe gniazdo.
Może to od tego zaczęły się nasze problemy. Ja już cztery lata temu byłam gotowa na przeprowadzkę i staranie się o dziecko. Ale Brad znajdował jakieś wady w każdym domu. Albo moment był niewłaściwy ze względu na jego pracę. I zawsze, kiedy napomykałam o dziecku, przypominał mi, że najpierw chciałby się przeprowadzić.
Z jednej strony to dobrze, że zamierzał sprzedać mieszkanie. Nie będę musiała sobie wyobrażać, jak mieszka tutaj ze świeżo upieczoną absolwentką college’u, o cielęcym spojrzeniu i blond włosach, która zaśmiewa się z jego niedorzecznych tekstów. Ale z drugiej – dlaczego nie był gotowy zrobić ze mną kolejnego kroku?
Wzięłam głęboki oddech. Dam radę. Tak, byłam zraniona, ale przetrwałam sto procent trudnych sytuacji, jakie przytrafiły mi się w ciągu życia. Ta też mnie nie zniszczy. Wylizanie się z tego zajmie mi kilka tygodni, a potem… cóż, po prostu opracuję plan działania. Nie mam innego wyboru.
Ale żeby to zrobić, musiałam stąd wyjść. Natychmiast. Pozostanie w mieszkaniu nawet na jedną noc tylko wszystko utrudni.
– To nie jest mój dom – powiedziałam, podnosząc telefon z końca kanapy, gdzie go rzuciłam.
Ramiona mi opadły, kiedy po odblokowaniu ekranu wyświetlił się dom, który oglądałam, zanim Brad spuścił bombę. To byłoby idealne miejsce na założenie rodziny. Miałam wrażenie, że moje wyobrażone przyszłe dzieci pękają jak bańki mydlane i rozwiewają się na wietrze.
Zamknęłam aplikację, wzdychając, a potem zrobiłam głęboki wdech i spojrzałam po raz ostatni na panoramę Waszyngtonu roztaczającą się za drzwiami balkonowymi. Następnie weszłam w kontakty, dotknęłam przycisk połączenia i przysunęłam telefon do ucha.
– Cześć, kochanie! – usłyszałam. – Co u ciebie?
Głos mi się załamał i rozpłakałam się na dobre.
– Mogę przyjechać na trochę do domu, mamo?
Sześć miesięcy później
Mama wparowała do salonu i stanęła przed samym telewizorem.
– Ej! – powiedzieliśmy z tatą identycznym tonem, po czym ja dodałam: – Mamo, zasłaniasz nam.
Uniosła brwi i oparła dłoń na biodrze.
– Zasłaniam? Wydawało mi się, że to mój dom.
Tata podniósł pilota leżącego na poduszce między nami i wyłączył telewizor, a następnie zaczął bardzo powoli się ode mnie odsuwać.
– Eee… Dobrze – mruknęłam i spojrzałam na ojca, starając się zrozumieć, o co chodzi mamie, ale uciekł wzrokiem i nagle zainteresował się swoimi paznokciami.
– Jenna, jest sobotni wieczór.
– Chciałaś obejrzeć z nami film?
Mama zamrugała powoli i głośno westchnęła.
– Chcę, żebyś wyszła.
Poczułam ciężar w żołądku. To była moja mama. Nie powinna wyrzucać mnie z domu, nawet jeśli miałam niemal trzydzieści pięć lat i koczowałam w moim pokoju z dzieciństwa bez konkretnej wizji, kiedy go opuszczę.
– Gdzie mam pójść? W czasie wakacji nie dostaję pensji.
– Nie chcę, żebyś się wyprowadziła. To znaczy chcę, musisz się wynieść, ale nie dzisiaj wieczorem. Chodziło mi o to, że powinnaś zacząć wychodzić z domu i spotykać się z ludźmi. Zacząć coś robić, a nie spędzać sobotni wieczór na oglądaniu Golfiarzy z własnym ojcem. W przeciwnym razie zostaniesz tu, aż będziesz miała tyle lat co my.
– To Dzień świstaka – pospieszył z pomocą tata. – Golfiarzy oglądaliśmy wczoraj. Urządziliśmy maraton filmów z Billem Murrayem.
Mama przeszyła go spojrzeniem i natychmiast zamilkł.
– Przecież wychodzę z domu – odburknęłam.
– Happy hour w ostatnim dniu szkoły się nie liczy.
– Dokąd mam pójść, mamo? Wszyscy moi znajomi są po ślubie. Nie spędzają wieczorów w barach. Siedzą w domu. Większość z nich ze swoimi dziećmi.
– Jeśli nie zaczniesz wychodzić, to nigdy nie będziesz jedną z nich.
Z poczucia niesprawiedliwości łzy napłynęły mi do oczu.
– Już byłam. Nawet nie jestem jeszcze rozwiedziona.
– To twój wybór. Gdybyś podpisała porozumienie o separacji i pozwoliła mu złożyć papiery, byłabyś wolna w parę miesięcy, zamiast rozciągać to na cały rok. I gdybyś dała mu odejść szybciej, sprzedałby mieszkanie, a wtedy miałabyś za co się wyprowadzić, może nawet przed końcem wakacji.
Skrzyżowałam ramiona nadąsana.
Brad zasłużył sobie na czekanie przez cały rok, aż będzie mógł złożyć papiery rozwodowe. Nie miałam zamiaru mu tego ułatwiać, udając, że nasza separacja była obustronną decyzją, po to, żeby on i Taylor mogli szybciej być razem bez poczucia winy. Nawet po wyśledzeniu jej w social mediach i odkryciu, że wcale nie jest dwudziestodwuletnią blondynką, nie miałam ochoty robić dla swojej następczyni niczego miłego.
– A wiesz, że ci znajomi po ślubach mają samotnych przyjaciół? Powinnaś też zacząć randkować przez internet. Załóż konto na Tinderze. – Mama pozostawała niewzruszona.
– Fe! Mamo! Tam chodzi głównie o seks!
Tata zaczął udawać, że sam dusi się poduszką.
– No to na Match.
– To dla o wiele starszych ludzi.
– Jdate.
– Tam są tylko desperaci pragnący ślubu.
– Posłuchaj, nie obchodzi mnie, której z nich użyjesz, ale już czas, żebyś wyszła z domu i zaczęła poznawać ludzi. Miałaś w ogóle na sobie stanik albo umalowałaś się, od kiedy skończyła się szkoła?
Ojciec znalazł właśnie na kanapie kłaczek, który całkowicie go pochłonął, tymczasem mama ciągnęła:
– Nie mówię, że masz natychmiast ponownie wyjść za mąż, ale musisz zacząć coś robić. Rozumiem, że potrzebowałaś na jakiś czas się ukryć, ale już wystarczy. Nie możesz zostać na zawsze w swoim pokoju z dzieciństwa. Nie jesteś w liceum. Za kilka tygodni skończysz trzydzieści pięć lat. Czas wziąć się za siebie.
Wstałam i rzuciłam się biegiem do swojego pokoju. Prawie zatrzasnęłam za sobą drzwi, ale to potwierdziłoby tylko słowa matki, więc zamknęłam je cicho i zaczęłam krążyć wokół roweru treningowego, który uparłam się zatrzymać, choć zajmował zdecydowanie za dużo miejsca. W specjalnej aplikacji dla użytkowników Pelotonu znalazłam Taylor. Trenowała codziennie. To nie dowodziło jeszcze, że mieszkają razem, ale albo tak było, albo Brad kupił kolejny egzemplarz, bo tak jak ona od czterech miesięcy ćwiczył każdego dnia.
Położyłam się na podwójnym łóżku, które wydawało mi się takie duże, kiedy dostałam je w wieku piętnastu lat, ale teraz bolały mnie od niego plecy, bo materac miał dwadzieścia lat, a mój kręgosłup będzie za chwilę bliżej czterdziestki niż trzydziestki. Co ja zrobię?
Prawda była taka, że nie miałam najmniejszej ochoty na randki. Nie brakowało mi też Brada. Prawdę mówiąc, ani trochę za nim nie tęskniłam. Chrapał. Zawsze mnie oceniał. Uważał, że moja praca jest mniej ważna niż jego. No i miał okropny gust filmowy i muzyczny.
Czułam się pusta. Tak jakby ktoś wziął łyżeczkę do melona i wydrążył cały środek, całą mnie. Pewnie, nadal wyglądałam jak Jenna. Ale uświadomienie sobie, że całe moje życie okazało się kłamstwem, mnie przybiło. Nie byłam jeszcze gotowa na powrót, na przyznanie się do porażki i nowe rozdanie. Po prostu na razie nie potrafiłam dać komuś nowemu niczego od siebie. Ta studnia wyschła.
Pomyślałam, że mogłabym pokazać mamie, gdzie raki zimują, umawiając się z kimś na Tinderze i przyprowadzając go do domu. Wyobraziłam sobie jej minę, gdyby jakiś przypadkowy nieznajomy koleś wszedł rano do kuchni bez koszulki, żeby napić się mleka prosto z kartonu. Powiedziałabym jej, wzruszając ramionami: „Przecież kazałaś mi spotkać się z kimś z Tindera”. Nie żeby rodzice mieli w domu mleko. Mama używała do kawy śmietanki w proszku, a tata był uczulony na laktozę. Ale przypadkowy kochanek na jedną noc musiał pić mleko prosto z kartonu, obowiązkowo bez koszulki. Wszyscy o tym wiedzą.
Moja najlepsza przyjaciółka z pracy chciała mnie umówić z jakimś facetem. Myśl o tym przepełniała mnie grozą, ale może gdybym poszła na tę randkę, mama odczepiłaby się ode mnie chociaż na miesiąc. A tylko tego potrzebowałam. Jeszcze jednego miesiąca. Może dwóch. Wtedy na pewno wrócę do siebie.
Oby.
Przez kilka kolejnych dni unikałam matki, jak tylko mogłam. Wymagało to uważnego wsłuchiwania się w odgłosy otwieranych drzwi i wymykania się w nietypowych porach do kuchni, żeby coś zjeść. Jeśli stanę się niewidzialna, to może zapomni, że w ogóle tam jestem. Jak ta kobieta, która przez lata żyła na strychu czyjegoś domu, zanim ktokolwiek zdał sobie sprawę z jej istnienia.
Ale w czwartkowy wieczór usłyszałam niedające się pomylić z niczym innym odgłosy zwiastujące przybycie babci. Niedługo potem do moich drzwi cicho zapukał tata.
– Babcia ma to szalone spojrzenie – powiedział, kiedy wpuściłam go do środka. – Dobrze wiesz, co to oznacza. Zaraz zacznie się kłócić z twoją mamą. Nie zostawiaj mnie z nimi samego.
Westchnęłam, ale zgodziłam się zejść. Istniała spora szansa, że babcia stanie po mojej stronie. Główną formą rozrywki Evelyn Gold było dogryzanie swoim dwóm córkom, co często działało na korzyść wnuków. Równie dobrze mogła przyczepić się do któregoś z nas, ale rzadko do tego dochodziło, jeśli w pobliżu była mama albo jej siostra. Gdyby torturowanie własnych dzieci liczyło się jako sztuka, dzieła babci wisiałyby w Luwrze.
Kiedy siadałam przy stole w jadalni, babcia zwróciła na mnie oczy, przenikliwe jak zawsze, mimo że miała niemal osiemdziesiąt dziewięć lat.
– Pustelniczka żyje – powiedziała, a kąciki jej ust uniosły się w półuśmiechu. – Po tym, co usłyszałam od Anny, myślałam, że będę musiała puścić cały dom z dymem, żeby wyciągnąć cię z pokoju.
Usta matki napięły się i utworzyły cienką linię.
– Schodzi na dół. Po prostu nie opuszcza domu.
– A po co w dzisiejszych czasach wychodzić z domu? Wszystko, czego potrzeba, jest w Google’u i na Facebooku. Poza tym jest zbyt wilgotno. – Puściła do mnie oko. – Zostań w swoim kokonie, aż będziesz gotowa.
– Nie pomagasz, mamo.
– Może i nie pomagam tobie. A tobie, Jenna? Pomagam ci, skarbie?
Tata się zaśmiał, ale kiedy napotkał spojrzenie mamy, zaczął udawać, że to napad kaszlu. Babcia zrobiła nibypoważną minę.
– Właściwie to nie odpowiadaj. Nie chciałabym wpędzić cię w kłopoty.
Mama pokręciła głową i zmieniła temat.
– Ustalili już datę ślubu?
– Czyjego ślubu? – zapytałam.
– Twojej kuzynki Lily. Wychodzi za chłopaka od tego bloku – odparła babcia.
Chodziło jej o bloga mojej kuzynki.
– I naprawdę bierze ślub?
– Na to wygląda.
– Och. Powodzenia ze znalezieniem chętnej do bycia jej świadkową.
Babcia machnęła dłonią w powietrzu.
– Dawne dzieje. To było wieki temu.
Otworzyłam usta, żeby powiedzieć: „To było dosłownie parę miesięcy temu”, ale się powstrzymałam. Wcale nie. Minął już rok, od kiedy w ciągu jednego lata moja kuzynka była druhną na pięciu weselach, a potem wywróciła sobie życie do góry nogami, opisując złośliwie panny młode na swoim blogu. Post oczywiście stał się viralem. Lily zawsze miała skłonności do dramatyzowania, co, prawdę mówiąc, dostała w genach. Nie dało się inaczej, kiedy się było potomkinią naszej babci. Ale faktycznie minął już rok. A to oznaczało, że mieszkam w swoim pokoju z dzieciństwa już od… o nie.
– Moje gratulacje – mruknęłam bez przekonania.
Babcia ponownie spojrzała na mnie, nachyliła się w moją stronę i poklepała mnie po dłoni.
– Brad nie był tym jedynym – powiedziała. – Zobaczysz. Nigdy go nie lubiłam.
Nie mogłaś mi tego powiedzieć sześć lat temu? – pomyślałam. Ale babcia zdążyła ponownie odwrócić się do mamy.
– Chyba jakoś na wiosnę. W ich okolicy. Ma być skromnie i kameralnie.
– Cieszę się, że jej się układa – stwierdziła mama. – Joan musi być zachwycona.
Babcia przewróciła oczami, ale dało się w nich dostrzec, że dobrze się bawi.
– Joan już się zastanawia, jak zrobić z tego wielką imprezę. W końcu to jej ostatnie wesele. Chce to zrobić z przytupem.
Szczęka mamy się zacisnęła. Byłam jej najstarszą córką. Beth miała trzydzieści jeden lat i właśnie urodziła drugie dziecko. Lindsay skończyła dwadzieścia dziewięć i nie wykazywała chęci ustatkowania się w najbliższym czasie. A niemal trzydziestoletnia niezamężna córka i druga blisko trzydziestopięcioletnia i prawie rozwiedziona znacznie obniżały wyniki mamy w trwającej całe życie rywalizacji między siostrami.
– Ale zmieńmy temat – powiedziała babcia, krojąc leżącego przed nią na talerzu kurczaka w sosie piccata. – Nie przyjechałam tu, żeby rozmawiać o Lily. – Oderwała mały kawałek dania widelcem. – Przyjechałam się pożegnać.
Zmroziło mnie. Rak. To na pewno rak. Nie sprawiała wrażenia chorej, ale ona przecież zawsze wyglądała tak samo. Oddychałam płytko i nagle usłyszałam dziwny odgłos z drugiej strony stołu. Spojrzałam na mamę: była blada jak trup i zakrywała usta dłonią.
– Och, mamo… – wydusiła.
Babcia odłożyła widelec i otarła delikatnie usta serwetką, obserwując, jakie zrobiła na nas wrażenie.
– To nic takiego. Wrócę za tydzień, może dwa. I będę miała przy sobie ten telefon z jabłkiem.
– O czym… o czym ty mówisz?
– Jadę do domu. Do Hereford. Jutro.
– Co?
Pokiwała głową.
– Po co?
– Mam sprawy do załatwienia.
– Jakie sprawy?
– Moje sprawy – odparła i skrzyżowała ramiona.
Mama spojrzała uważnie na babcię.
– Jak tam dotrzesz?
– Pojadę samochodem.
– Nie ma mowy.
Babcia wyprostowała się wyraźnie na zapowiedź wojny ze strony córki.
– Właśnie ci o tym mówię. Jeździłam tam tysiące razy.
– Nie w ciągu ostatnich trzydziestu lat!
– Nie wiesz o wszystkim, co robię. I jestem ciekawa, jak zamierzasz mnie powstrzymać.
– Mamo, masz prawie dziewięćdziesiąt lat. Nie możesz sama pokonać trasy z Maryland do Massachusetts.
– No to patrz.
Mama otworzyła usta, żeby kontynuować dyskusję z babcią, ale powstrzymał ją czyjś głos:
– Ja ją zawiozę. – Głos należał do mnie.
– Ty? – zapytała mama.
Pokiwałam głową.
Babcia poprawiła się na krześle, spoglądając na mnie badawczo.
– Dlaczego?
– Ja… – Sama nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Zwróciłam się do mamy: – Mówiłaś, że powinnam więcej wychodzić.
– Miałam na myśli randki!
– No… i… nigdy nie byłam w Hereford.
– Byłaś – odparły jednym głosem.
– Byłam?
– Zabraliśmy cię tam razem z Beth, kiedy byłyście małe – powiedziała mama. – Byłyście zachwycone plażą.
Nagle w mojej pamięci pojawił się obraz, jak stoję na kamiennym falochronie i przyglądam się malutkiemu ślimakowi morskiemu w zagłębieniu dna.
– Były tam skały?
Babcia pokiwała głową.
– Kiedy je zobaczysz, rozpoznasz je od razu. Masz je we krwi.
Nie byłam przekonana, ale dodałam:
– No i w ten sposób wszystkim pomogę. Zresztą i tak nie mam nic lepszego do roboty.
Babcia nachyliła się w moją stronę.
– Idź się spakować. Wyruszamy o ósmej. Chcę tam dotrzeć na kolację.
Mama zapukała do drzwi, kiedy się pakowałam, a następnie weszła do środka i usiadła na krawędzi łóżka.
– Babcia wyszła? – zapytałam.
– Tak. Wolałabym, żeby nie prowadziła po zmroku, ale nie chciała pojechać Uberem.
– Potrafi w ogóle używać tej aplikacji?
– Sądzę, że potrafi o wiele więcej, niż nam mówi. – Mama się zawahała. – Ale jednocześnie nie daje sobie rady tak dobrze, jak jej się wydaje. Nie pozwól jej się przemęczać.
Zmarszczyłam brwi.
– Czy komukolwiek udało się odwieść babcię od zrobienia czegoś?
– Kilka razy. – Przez twarz mamy przemknął uśmiech. – Ale musisz jej pilnować. Jej serce nie jest już tak silne jak kiedyś. Czasami mylą jej się pigułki. I ma absolutny zakaz picia. Jej lekarz był w tej kwestii bardzo stanowczy.
Od jakiegoś czasu mama nalegała na towarzyszenie babci podczas wizyt u lekarza, częściowo z powodu ostatniej pomyłki z tabletkami, ale głównie dlatego, że babcia była nałogową kłamczuchą. Gdyby mama nie weszła razem z nią do gabinetu, to po pierwsze naopowiadałaby lekarzowi totalnych bzdur, a po drugie mama nigdy nie poznałaby całej prawdy o stanie zdrowia babci. Byłam zaskoczona, że babcia toleruje takie naruszenie swojej prywatności, ale był to dowód na to, że rzeczywiście się starzeje. Nigdy by się do tego nie przyznała, ale przyjęcie złych leków i towarzysząca temu dezorientacja naprawdę ją przestraszyły.
– Da sobie radę?
– Sądzę, że razem z tobą tak. Sama? Nie.
– No dobrze. – Pokiwałam głową, przyglądając się ubraniom rozłożonym na łóżku i wiszącym na Pelotonie. – Jaka tam jest pogoda? Nie wiem, co zabrać.
Na twarzy mamy pojawił się niewymuszony uśmiech.
– Jest chłodniej niż na tutejszych plażach. Zdecydowanie spakuj kilka bluz. I długie spodnie. Wieczorami bywa zimno. Na pewno weź adidasy. Miasteczko jest pagórkowate, a dużo ścieżek dość kamienistych. – Zamilkła na moment. – A przynajmniej kiedyś takie były. Nie byłam tam od tak dawna. Na pewno sporo się zmieniło.
– Dlaczego przestaliście tam jeździć?
– Cóż, żona Sama sprzedała domek. Kiedy ja, Joan i Richie byliśmy dziećmi, spędzaliśmy tam każde lato. Ale dziadek przepisał domek Samowi, a gdy on też zmarł, Louise go sprzedała. I kiedy nie było się gdzie zatrzymać, a moi dziadkowie odeszli… – Wzruszyła ramionami. – Raz zabraliśmy tam ciebie i Beth i było jakoś dziwnie. Twoja babcia była… wszystko było inne. Sama nie wiem. Poza tym gdy byłyście małe, droga tam wydawała się taka długa, łatwiej było zabierać was do Ocean City.
– A więc strój kąpielowy, rzeczy na plażę i trochę cieplejszych ubrań?
– Strój kąpielowy, jeśli chcesz leżeć na plaży, tak. Nie będziesz wchodziła do wody.
– Jest zanieczyszczona?
– Co? Nie! Woda jest wspaniała. Po prostu lodowata.
Dorzuciłam na kupkę dwa kostiumy kąpielowe i tunikę. Nie byłam pewna, czy będę miała czas na plażowanie, ale jeśli tak, to ten szalony plan się opłaci.
– Weź też jakieś normalne ubrania – dodała mama. – Nie wiem, czy zatrzymacie się przy plaży. Możliwe, że będziecie mieszkały w mieście, a to osiem kilometrów od morza.
Dorzuciłam kilka letnich sukienek, kardigan, dżinsy i parę koszulek.
– Powinnaś kłaść się spać – ostrzegła mama. – To męcząca droga, kiedy prowadzisz przez cały czas sama.
Przewróciłam oczami. Przejechałam kiedyś sama z Daytony do Waszyngtonu. To było na ostatnim roku studiów: moje głupie przyjaciółki postanowiły upić się godzinę przed wymeldowaniem się z pokoju na przerwę wiosenną. Ktoś musiał nas odwieźć do domu, a ja zawsze byłam tą odpowiedzialną.
To prawda, od ponad pięciu lat to przeważnie Brad prowadził, ale byłam pewna, że podołam zadaniu. Poza tym to niemożliwe, żeby babcia była bardziej zadziorna niż trzy pijane studentki. A opuszczenie na kilka dni domu rodziców, nawet jeśli chodziło o podróż z kobietą dobiegającą dziewięćdziesiątki, będzie mile widzianą chwilą wytchnienia.
koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji
