Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
42 osoby interesują się tą książką
Pieniądze. To źródło wszelkiego zła. Ale w tamtej chwili bardzo ich potrzebowałam.
Niektórzy powiedzieliby, że znalazłam się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie.
Dzień, w którym poznałam Enza, zmienił całe moje życie. Nie byłam już tą samą osobą co wcześniej.
Kiedy mnie porwał, myślał, że jestem córką jego największego wroga. Aby przetrwać, musiałam więc przybrać cudzą tożsamość. W przeciwnym wypadku czekała mnie natychmiastowa śmierć.
Im dłużej kłamałam, tym coraz bardziej zaplątywałam się w sieć cynicznej manipulacji i paraliżującego strachu.
Enzo był mroczny, okrutny i groźny, ale czasem potrafił otoczyć mnie opieką…
Gdy postanowił przypieczętować sojusz między rodzinami i uczynić mnie swoją żoną, byłam pewna, że już po mnie… Prawda w końcu wyszłaby na jaw.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 293
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment
Tytuł oryginału: Cruel Beast
Przekład z języka angielskiego: Agnieszka Rewilak
Copyright © J. L. Beck, 2026
This edition: © Risky Romance/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt graficzny okładki: Maria Lepian
Redakcja: Anna Poinc-Chrabąszcz
Korekta: Anna Nowak
ISBN: 978-91-8076-812-2
Opracowanie e-booka:Marcin Słociński / www.monikaimarcin.com
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.
Risky Romance /Gyldendal A/SKlareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
Pieniądze. To źródło wszelkiego zła. Ale w tamtej chwili bardzo ich potrzebowałam.
Niektórzy powiedzieliby, że znalazłam się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie.
Dzień, w którym poznałam Enza, zmienił całe moje życie. Nie byłam już tą samą osobą co wcześniej.
Kiedy mnie porwał, myślał, że jestem córką jego największego wroga. Aby przetrwać, musiałam więc przybrać cudzą tożsamość. W przeciwnym wypadku czekała mnie natychmiastowa śmierć.
Im dłużej kłamałam, tym coraz bardziej zaplątywałam się w sieć cynicznej manipulacji i paraliżującego strachu.
Enzo był mroczny, okrutny i groźny, ale czasem potrafił otoczyć mnie opieką…
Gdy postanowił przypieczętować sojusz między rodzinami i uczynić mnie swoją żoną, byłam pewna, że już po mnie… Prawda w końcu wyszłaby na jaw.
Prolog
Rodzina. Ludzie, w których żyłach płynie ta sama krew, połączeni więzią. Przynajmniej tak powinno być. Ojciec, matka, siostra, brat – nie mam nikogo i dość wcześnie w życiu nauczyłem się, że „rodzina” dla każdego oznacza coś innego.
Większość osób jest kochana i wychowywana na życzliwych, dobrze funkcjonujących członków społeczeństwa, a mnie, kiedy byłem małym dzieckiem, mężczyzna, który miał o mnie dbać, zostawił walczącego o życie przy zwłokach mojej matki. Samuele Russo – bezlitosny tyran i dziś już TRUP. Za to może podziękować mnie, rzecz jasna.
Moim najwcześniejszym wspomnieniem jest okrucieństwo i od tamtego czasu stało się ono sednem mojej egzystencji. Całe życie dręczyło mnie to, a teraz, kiedy się już zemściłem, nadszedł czas, abym dopełnił dziedzictwa mojej matki i zajął miejsce na tronie, jako król dynastii De Luca.
Rozdział 1
Alicja
– Proszę, potrzebuję tylko trochę więcej czasu. Obiecuję, że zdobędę pieniądze. Tylko nie tak od razu.
Chciałabym powiedzieć, że znalazłam się w tym biurze po raz pierwszy, ale tak nie jest. Odwiedzam je, sama nie wiem który raz. Już mówimy sobie po imieniu z moim doradcą. Dlatego to boli jeszcze bardziej, kiedy po wysłuchaniu mojej rzewnej historii, pewnie już po raz setny, wzdycha i opiera się o fotel.
– Przykro mi, Alicjo – Wzrusza ramionami i rzuca długopis na biurko. – Nic nie mogę zrobić.
– John, daj spokój. Wiesz, z czym się zmagam – mówię, składając dłonie w błagalnym geście.
– Wiem, bo odbywamy tę samą rozmowę za każdym razem, kiedy cię wzywam z powodu nieopłaconego na czas czesnego.
Z trudem powstrzymuję się przed przewróceniem oczami i zazgrzytaniem zębami. Będę miła, bo go potrzebuję.
– Obcięli mi godziny w sklepie – wyjaśniam, chociaż wiem, że John nie ma ochoty tego słuchać. – Mogę poszukać drugiej pracy, ale wtedy nie będę miała czasu chodzić na zajęcia.
Już teraz prawie nie śpię w nocy, bo w dzień praktycznie nie mam kiedy się uczyć. Właściwie to zarzynam się, żeby skończyć uniwersytet, więc dobrze będzie, jeśli chociaż spróbuję zaliczyć zajęcia. Inaczej, po co to wszystko?
John, jak zwykle, jest współczujący, ale nic poza tym.
– Rozumiem. Naprawdę. Wiele osób przechodzi przez różne trudności. To część życia.
Z frustracją kręcę głową.
– Jakby tego było mało, to wszystko jest teraz droższe. Czesne wzrosło. Nie wiem, jak ktokolwiek sobie z tym radzi, nawet jeśli rodzina za niego płaci.
John nachyla się w moją stronę i kładzie ręce na stercie dokumentów. To miły facet, głowa rodziny. Na biurku stoją rządkiem zdjęcia jego dzieci. Wydaje mi się, że nie zarabia wiele w tej pracy. Zawsze ma trochę znoszone ubrania i chyba raz widziałam go w sklepie obuwniczym, jak pomagał klientowi dobrać buty. Co prawda w sklepie panował tłok, więc mogłam się pomylić. Tak czy owak, nie zdziwiłabym się, gdyby miał drugą pracę.
– Nie jesteś jedyną, która przechodzi cięższy okres – mówi nieco łagodniejszym tonem. – I zgadzam się z tobą. To niepokojące, że co roku koszty życia rosną. Inflacja to suka. Za przeproszeniem.
Właśnie, to jedna z przyczyn, dla których obcięli mi godziny. Koszty wysyłki towarów do sklepu oraz ich produkcji wzrosły, więc trzeba gdzieś zaoszczędzić. Dla osób takich jak ja oznacza to wypowiedzenie.
– Robię wszystko, co w mojej mocy, żeby zdobyć pieniądze dla studentów, których mi przypisano. – Uderza dłonią w stertę dokumentów. – To zaledwie część osób, które przewinęły się przez mój gabinet tylko w tym tygodniu. Jeśli dalej będę tyle siedział w pracy po godzinach, moje dzieci w końcu zapomną, jak wyglądam.
Robi mi się go żal, ale co mam powiedzieć?
– I możesz im pomóc?
– Niektórym tak. Wielu wyczerpało ostatnie źródło wsparcia, jakie było do ich dyspozycji, co i tak nie wystarczyło. – John patrzy na mnie znad okularów. – Brzmi znajomo?
– Chcesz mnie wpędzić w poczucie winy?
– Jasne, że nie. – Przygląda mi się tak, jakby w głowie mu się nie mieściło, że takie coś w ogóle mogło mi przejść przez myśl. – Mówię tylko, że mam ograniczone pole manewru. Panno Gutierrez, już o tym rozmawialiśmy nie raz i zawsze udawało się nam coś razem wymyślić, ale wiele programów jest już wyczerpanych. Musisz sama wykombinować skąd wziąć brakującą kwotę. Przykro mi, ale uczelnia ma swoje regulacje nie bez powodu.
Regulacje. Przepisy. Mam dość słuchania o nich, dość tego, że wszyscy dookoła mogą liczyć na taryfę ulgową, tylko nie ja. Mogłabym użyć jeszcze wielu argumentów, ale John wszystkie je już słyszał. W zasadzie to zna prawie całą historię mojego życia. Dziwię się, że nie zaprosił mnie na ostatnie urodziny jednego ze swoich dzieci, bo spędzam przy jego sfatygowanym biurku tak dużo czasu, że znamy się jak rodzina.
Skoro mowa o rodzinie – nie mam żadnej, na której mogłabym się oprzeć. Nie mam niczego wartościowego, co mogłabym sprzedać. Doba nie jest z gumy, dlatego wątpię, żeby udało mi się znaleźć drugą robotę.
– Mogłabyś poszukać pracy gdzieś indziej, skoro zredukowali ci godziny – zasugerował z błyskiem w oku. Chciał rozbudzić we mnie nadzieję, ale nic z tego.
Pokręciłam głową. Z każdą chwilą robiło mi się coraz bardziej niedobrze.
– Wysłałam zgłoszenia do wszystkich miejsc w pobliżu kampusu, ale nie ma za wiele pracy. Wszyscy mówią, że miejsca się zwolnią po zakończeniu roku. Tyle że co mi z tego wtedy? Zresztą firma pokrywa część mojego czesnego. Jeśli się zwolnię, popadnę w jeszcze większe tarapaty.
– Wiem, to chyba beznadziejna sprawa.
– Chyba? – oburzam się. – Z pewnością jest beznadziejna. Przecież sam powiedziałeś, że wyrzucą mnie z uczelni pod koniec semestru, o ile nie ureguluję pozostałej części opłat, czego, oboje to wiemy, nie dam rady zrobić.
– Nie wyrzucą cię – zapewnia mnie John.
Wiem, że chce mnie pocieszyć, ale to, że mówi do mnie, jakby próbował wyperswadować jednemu ze swoich bliźniaków zrobienie czegoś głupiego, działa mi na nerwy.
– Znajdziesz się na liście rezerwowej i zostaniesz ponownie przyjęta, kiedy będziesz mogła opłacić czesne. Do tego czasu możemy wydłużyć ci termin płatności jeszcze tylko raz. Na tym koniec.
Właśnie, koniec. Wystarczy, że poczekam, aż będzie mnie stać na studia. Do tego czasu czesne jeszcze wzrośnie. Jestem o tym przekonana. Nie pomaga też to, że niektóre zajęcia potrzebne mi na moim kierunku będą prowadzone tylko w przyszłym semestrze, a potem dopiero za rok. To nie kwestia zaczekania do przyszłego roku. W tej sytuacji zrobi się z tego półtora roku. W tym czasie wszyscy ruszą ze swoim życiem, a ja będę nadal pracowała w jakiejś marnej robocie, ciułając drobniaki, żeby mieć na podstawowo rzeczy.
Rozlega się pukanie do drzwi. Oboje się obracamy. W szparze w drzwiach ukazuje się głowa sekretarki doradcy finansowego.
– Przyszła osoba na piątą – szepcze, uśmiechając się przepraszająco.
Innymi słowy, muszę się zbierać.
– Nie trać nadziei, Alicjo – mówi John, ściągając brwi. Naprawdę ma zbolałą minę, podając mi rękę na pożegnanie.
Odwzajemniam gest odruchowo i trochę przez grzeczność. Cała ta sytuacja staje się coraz bardziej bolesna. Wiem, że nie mam powodów do wstydu, a mimo to czuję go. Jestem nieudaczniczką. Przynajmniej w oczach władz uczelni. Kolejna żałosna osóbka, która nie radzi sobie z życiem. Mam ochotę zapaść się pod ziemię. Powinnam wyjść z gabinetu doradcy z podniesioną głową, bo przecież sytuacja, w której się znalazłam, to nie moja wina. Nie przehulałam funduszu powierniczego ani nie wydałam pieniędzy odłożonych na czesne na jakąś wytworną wycieczkę. Nic z tych rzeczy. Jedyną moją zbrodnią jest to, że nie mam pieniędzy. Wygląda na to, że wiele osób ma ochotę mnie za to ukarać.
Kiedy wychodzę przed budynek, przystaję, żeby wziąć głęboki oddech i jakoś się pozbierać. O tej porze na kampusie robi się spokojniej, ale nadal kręci się tutaj sporo osób, beztrosko sobie rozmawiając lub słuchając muzyki. To wystarczy, żeby doprowadzić mnie do granicy frustracji. Czuję, że moje oczy zachodzą łzami. Ci wszyscy ludzie tego nie rozumieją. Nie wiedzą, jakie mają cudowne życie. Jasne, pewnie nie brakuje im zmartwień. Każdy jakieś ma, ale przynajmniej ich podstawowe potrzeby są zaspokojone. Stać ich na mrożone kawy, modne ciuchy i najnowsze komórki. Tymczasem moja jest z cztery generacje do tyłu.
Nigdy nie zależało mi na tym, aby się wpasować, chodzić na imprezy, przynależeć do kółek. Całe to studenckie życie nigdy jakoś mnie nie pociągało. Jestem tutaj, żeby zdobyć wykształcenie, aby w przyszłości wieść lepsze życie. To tyle. Mam przyjaciół, tylko brakuje mi czasu, aby robić różne fajne rzeczy, jak to wiele osób ma w zwyczaju.
– Alicja! Hola, chica! – słyszę aż nazbyt dobrze znany mi głos.
Życie naprawdę chce mi dziś dokopać. Nie chodzi o to, że się nie dogaduję z Eleną. Wręcz przeciwnie. Świetnie się rozumiemy od chwili, kiedy się poznałyśmy przy projekcie na zajęciach z historii w zeszłym roku. Jest wesoła, wyluzowana i nie daje sobie w kaszę dmuchać. Ale jest też właśnie taką osobą, o której przed chwilą myślałam. Kimś, kto nigdy nie musi się niczym martwić. Nie musi pracować, dzięki czemu ma dużo czasu na spotkania z przyjaciółmi i imprezowanie. Jestem pewna, że zalicza się do osób udzielających się w wielu kółkach zainteresowań. Jeśli tylko mamy chwilę po zajęciach, żeby pogadać, Elena zawsze mówi, że właśnie wybiera się na zakupy, do fryzjera albo na paznokcie. Kiwam więc głową, myśląc, że chciałabym mieć tylko takie problemy.
Kiedy podchodzi do mnie, uważnie przygląda się mojej twarzy, marszcząc przy tym czoło.
– Co się stało? Komu mam skopać tyłek?
Śmieję się, a to wystarczy, żeby pękła zapora. Łzy, które do tej pory zbierały się na powierzchni, teraz popłynęły strumieniem po moich policzkach.
– Hej, cokolwiek się stało, znajdziemy rozwiązanie. Chodź, usiądziemy. – Elena kładzie mi dłoń na ramieniu i prowadzi mnie do najbliższej ławki. – Chcesz coś? Może wody?
Kręcę głową i skrępowana, sięgam do plecaka po chusteczkę.
– Przepraszam. To głupie, że mażę się jak dziecko. Nie trać czasu na moje dramy.
– Nie mów tak. Jesteś najmniej emocjonalną osobą, jaką znam, a twoje łzy oznaczają, że musiało się stać coś naprawdę strasznego. No już, powiedz, o co chodzi.
– Wstydzę się.
– Powiedz, co się dzieje.
Najwyraźniej nie wykręcę się z tego. Muszę schować dumę do kieszeni, choć nie jest to łatwe. Zresztą przecież się przyjaźnimy… podobno.
– Dobra! Nie stać mnie czesne. Tym razem nie pójdą mi na rękę jak poprzednio. Jeśli nie opłacę zaległości, wrzucą mnie na listę oczekujących na kolejny semestr, więc studia skończę w przyszłym roku. Nie chcę stracić całego roku.
– Ile potrzebujesz? – pyta Elena bez wahania.
– Przysięgam na Boga, że jeśli rozważasz pożyczenie mi kasy, to pójdę sobie i już nigdy się do ciebie nie odezwę.
Z jej zagniewanej miny wnioskuję, że dokładnie to chciała zrobić.
– Mogłabyś przynajmniej odpowiedzieć na moje pytanie.
– Parę tysiaków. – Równie dobrze mógłby to być milion. – Nie mam pojęcia, jak zdobędę tę kasę. Właśnie mówiłam mojemu doradcy, że w okolicy nikt nie zatrudnia, więc zostaje mi praca w sklepie z gównianą ilością godzin. Nie wiem, co jeszcze mogę zrobić. Mam poczucie, że wszystko poszło na marne.
– Nie mów tak.
Śmieję się.
– Bez urazy, ale łatwo ci powiedzieć. Wiem, jak się czuję i co myślę. W tej chwili mam wrażenie, że wszystkie pieniądze, które wydałam na czesne, poszły w błoto, bo nie skończę uniwerku. – Spojrzałam na Elenę z zażenowaniem, spodziewając się, że każe mi się odpieprzyć czy coś w tym stylu. Przecież ona chciała tylko mi pomóc. Tymczasem koleżanka gapi się – nie, patrzy na mnie badawczo, zaciskając usta, jakby intensywnie się nad czymś zastanawiała.
– Co? – pytam w końcu. – Nad czym tak dumasz? Widzę, jak pracują ci w głowie trybiki.
Elena przelotnie się uśmiecha.
– Przyszło mi do głowy coś, co mogłoby ci pomóc – mówi z lekkim wahaniem.
– Nie wezmę…
– Daj mi powiedzieć to, co mam do powiedzenia – zażądała, kręcąc głową. – Być może miałabym dla ciebie pracę.
– Aha. Co to za praca? Zrobię wszystko. Tak bardzo jestem zdesperowana.
– To coś raczej niekonwencjonalnego.
O Boże, muszę ją powstrzymać, zanim dam się wciągnąć w jakieś gówno.
– Raczej nie nadaję się na striptizerkę, jeśli to masz na myśli.
Elena wybucha śmiechem, co nie jest reakcją, której bym sobie życzyła w tej sytuacji. To jakby przyznawała mi rację, co jest z deka upokarzające.
– Nie chodzi o striptiz. Nie musiałabyś niczego z siebie zdejmować. Choć bez dwóch zdań zarobiłabyś kupę kasy, kręcąc tym swoim tyłeczkiem.
Zarumieniłam się na myśl, że miałabym wić się przed nieznajomymi, a może nawet znajomymi.
– To co to za robota?
– Po pierwsze, pamiętaj, jak bardzo potrzebujesz pieniędzy. Po drugie, mam nadzieję, że się nie wkurzysz, jak usłyszysz, co powiem. – Nachyla się bliżej, rozglądając się dookoła, jakby chciała mieć pewność, że nikt nas nie podsłucha. – Znam sposób na zarobienie potrzebnej ci kwoty, nawet z górką, w jedną noc.
Coś mi mówi, że to nie jest legalna praca. Od razu zaczynam się zastanawiać, skąd moja koleżanka ma pieniądze. W końcu jednak przypominam sobie, że tonący brzytwy się chwyta i nie mnie oceniać innych.
Chociaż zawsze kierowałam się w życiu moralnością, jestem gotowa zapomnieć o niej na chwilę, jeśli to pozwoli mi opłacić studia, a nawet coś jeszcze odłożyć. Od bardzo dawna nie miałam pieniędzy na nic więcej niż rzeczy niezbędne do przetrwania.
Ignoruję drżenie dłoni i serce wyrywające się z piersi. Powinnam wstać z ławki, wrócić do mieszkania i wypłakać się w poduszkę, ale wiem, że to nie rozwiąże moich problemów. Jestem zdesperowana i gotowa zrobić wszystko.
– Cokolwiek to jest, wchodzę w to – decyduję, zanim Elena ma szansę wtajemniczyć mnie w szczegóły. – Daj mi znać, gdzie i o której, a będę tam.
Koleżanka uśmiecha się z zadowoleniem, jakby właśnie rozwiązała wszystkie moje problemy, a ja kulę się w sobie na myśl, że być może pożałuję swojej decyzji albo, co gorsze, skończę w więzieniu.
Rozdział 2
Enzo
Rezydencja, w której spędziłem ostatnich dwadzieścia pięć lat życia, nadal tu jest. Panuje w niej cisza. Na zewnątrz za to zbiera się na burzę. Przez duże okna, które tworzą całą bryłę domu, nie wpada żadne światło. Ciemne chmury widać z każdej strony. Kwestia czasu, kiedy zacznie się nawałnica.
Gdy natura się złości, dzieją się złe rzeczy. Ulewne deszcze zazwyczaj wywołują mrok i zamieszanie. Tak jest w moim świecie. Tego dnia, kiedy dziadek znalazł mnie z raną postrzałową klatki piersiowej na skraju rodzinnej posiadłości, też tak było. Moim jedynym przyjacielem w życiu okazał się kruczoczarny dog niemiecki, którego nazwałem Duchem. Również tamtej nocy niebo rozświetlały błyskawice i słychać było grzmoty.
Idę korytarzem własnego domu, marmurowa posadzka odbija echem każdy mój krok, a ja przygotowuję się na to, co ma nadjeść. Wszyscy moi pracownicy oddalili się do swoich kwater na noc i jedyne odgłosy dobiegają z położonego na końcu korytarza gabinetu dziadka. Jego głos niesie się wzdłuż ścian. Rozpoznaję po tonie, że dziadek jest wściekły.
Kiedy wchodzę do gabinetu, siedzi za ogromnym biurkiem. Ma obok siebie dwóch ludzi. Grożono mu więcej razy, niż potrafię zliczyć, więc nigdzie się nie rusza bez ochrony. Oprócz nich w pomieszczeniu zastaję Prince’a, cholernego bratanka mojej matki. Jesteśmy zbliżeni wiekiem, lecz jeśli mam być szczery, niewiele więcej nas łączy. Ale należy do rodziny, a dla De Luca to najważniejsze. Szczególnie że mój nonno stracił dwójkę swoich dzieci i zostaliśmy mu tylko my dwaj. Dlatego pomimo dziecięcej rywalizacji i tego, że nosimy różne nazwiska, pilnujemy się przy dziadku, który uważnie nas obserwuje.
– To nie do przyjęcia – warczy dziadek do telefonu. – Ustal porę. Natychmiast. – Kończy rozmowę, rzucając telefonem o biurko. – Pieprzony idiota.
Po tym dziadek dostaje ataku kaszlu. Otwiera szufladę biurka, by wyjąć z niej zapalniczkę. Następnie sięga po rzeźbioną szkatułkę z drzewa wiśniowego i wyciąga z niej cygaro. Wbijam wzrok w szkatułkę. To był prezent od mojej matki, który podarowała mu, zanim uciekła z moim ojcem i dała się zabić. To jedyne, co dziadek po niej zachował. Strzeże tego cholerstwa jak oka w głowie.
Rodzic nie powinien faworyzować żadnego ze swoich dzieci, ale moja mama była córunią tatunia. A mój brat Christian był ulubieńcem naszego ojca. Oczywiście dziadek przelał na mnie miłość do córki, więc chyba mogę uznać, że obecnie to ja jestem jego pupilem.
W końcu patrzy na mnie z brwiami ściągniętymi w wyrazie rozczarowania. Nie wiem, czy to jestem jego źródłem, czy osoba, z którą przed chwilą rozmawiał. Prince dostrzega jego minę i podąża za jego wzrokiem. Kiedy zauważa temblak na moim ramieniu, uśmiecha się triumfalnie i prycha śmiechem.
– Kto ci skopał dupę? – rzuca, wskazując brodą na moją kontuzjowaną rękę.
– Glock 43X – cedzę, odruchowo łapiąc się za łokieć, żeby poprawić ułożenie ręki. Czuję przypływ złości, gdy przypominam sobie, że Christianowi udało się mnie dopaść.
Jakaś część mnie jest wkurzona, że się nie zrewanżowałem, ale rozumiałem sytuację. Gdyby była odwrotna i to on porwałby mi żonę, zrobiłbym coś znacznie gorszego niż postrzelenie w ramię. Chociaż powinienem być wdzięczny. Rzeczywiście próbowałem go zabić i zamordowałbym też jego drogą Sián, gdyby nie to, że przemówiła nam do rozumu.
– Biedactwo. Wystrzeliłeś przynajmniej jedną kulkę do przeciwnika?
– Siadaj – przerwa nam dziadek, po czym ponownie zanosi się kaszlem, a po chwili przykłada cygaro do ust i przypala je.
Nie znoszę, kiedy ktoś pali. To okropne, wszystko potem cuchnie. Nie mówiąc o tym, że cię zabija, ale kiedy wiedziesz życie jak nasze, potencjalny rak płuc to najmniejsze z twoich zmartwień.
Usiadłem na fotelu obok kuzyna i ułożyłem kostkę jednej nogi na kolenie drugiej. Kiedy się oparłem, moje ramię przeszył straszny ból.
Dziadek wydmuchał dym, sprawiając, że wszystko przed moimi oczami się rozmyło. Rozgoniłem tytoniową chmurę, machając ręką, ale wtedy dziadek ponownie zrobił wydech, choć tym razem w stronę sufitu.
Renato De Luca, capo, bezwzględny przywódca i największy sprzedawca kokainy w całych Włoszech. Jest surowym człowiekiem i potrafi być diabłem wcielonym, kiedy ktoś go rozzłości. A ten, z kim przed chwilą rozmawiał, właśnie to zrobił.
– Wpadł w ten swój humorek. –Prince nazwał to, co było oczywiste, i nachylił się w moją stronę.
– Najwyraźniej.
Założę się o milion dolców, że wiem, co go tak nakręciło. Najczęściej wpada w taki stan, gdy wkurza się na któregoś z nas albo kiedy ktoś orżnie go na kasę. Obstawiam, że teraz chodzi o obie te sytuacje.
– Zrobione? – pyta dziadek srogo.
Bingo. Znam go lepiej niż ktokolwiek inny. Całe życie spędziłem u jego boku, ucząc się wszystkiego, czego tylko mogłem się nauczyć, w tym jego sztuczek. Nie zostajesz drugim po szefie, jeśli nie dostrzegasz znaków, które masz przed oczami. Nie otrzymasz tego tytułu także wtedy, kiedy nie doprowadzisz do choćby małego rozlewu krwi.
Ponieważ pomszczenie mojej matki było ważne nie tylko dla mnie, ale też dla całej rodziny, dziadek dał mi wolną rękę. Przez lata żyłem obsesją odkrycia prawdy, a kiedy w końcu złożyłem wszystkie puzzle, nie potrafiłem już myśleć o niczym innym.
Niedługo zajmę miejsce Renato, ale dziadek uważa, że nigdy nie będę przywódcą, jakim powinienem być, dopóki nie sprawię, że człowiek, który zabił moją matkę, a mnie zostawił przy drodze na pewną śmierć z wykrwawienia, nie zapłaci za to, co zrobił. Nawet jeśli mordercą okazał się mój własny ojciec. Przelał krew De Luca, więc my musieliśmy odpłacić mu tym samym. Teraz, kiedy już się z tym uporałem, mogę spokojnie stać się mężczyzna, na którego wychowywał mnie Renato.
– Samuel Russo nie żyje. Dostał kulkę między oczy.
Przez chwilę patrzymy na siebie. Wzrok dziadka jest zimny i nieobecny.
– A twój brat?
– Nie będzie dla nas problemem. – Ciężko przełykam ślinę.
– To dobrze. – Dziadek gasi cygaro, a potem skinieniem głowy nakazuje Prince’owi, aby nalał nam wszystkim whiskey. – A teraz do konkretów.
Kiwam głową, godząc się na rozmowę o interesach. Prince podaje nam po szklaneczce i z trunkiem w dłoni wraca na swoje miejsce. Od jakiegoś czasu trwały przygotowania do przejęcia terenu w Stanach, ale załatwienie spraw rodzinnych nie mogło czekać. Dziadek pozwolił mi na to, bo wiedział, że inaczej nie będę umiał się w pełni oddać żadnej innej sprawie. Odkrycie prawdy o Innie, mojej matce, i zabicie mojego ojca stało się moją obsesją. Wiem, że muszę się z nią uporać, bo inaczej stracę swoją pozycję zastępcy szefa na rzecz Prince’a.
Dziadek od bardzo dawna przygotowywał mnie do tego życia, a w miarę upływu lat zaczął ukierunkowywać mnie do roli lidera. Twierdzi, że pora, abym zapracował sobie na nazwisko, które noszę od urodzenia.
Jeszcze nie wie, że zarówno Prince, jak i ja widzimy, jakie piętno odcisnęło na nim takie życie. Dziadek się starzeje i chociaż nadal kawał z niego skurczybyka, to nie jest już tak sprawny jak dawniej. O tym jego kaszlu nawet nie wspominając.
Żaden z nas nie zdobył się na odwagę, aby mu powiedzieć, że nie damy się zwieść jego sile i dostrzegamy takie rzeczy. Przecież mężczyźni De Luca nie okazują współczucia, a już na pewno nie przyznają się do swoich słabości.
– Jestem gotowy. – Przykładam szklaneczkę z whiskey do ust i opróżniam ją jednym haustem.
Dziadek chrząka i pociąga łyczek trunku. Ma ciemne, zapadnięte oczy. Wygląda, jakby nie spał od wielu dni, i chociaż bardzo się stara, nie udaje mu się zamaskować drżenia dłoni. Od jakiegoś czasu niedomaga, ale udaje, że wszystko jest w porządku.
Wiem, jak bardzo jest dumny, dlatego odkładam te myśli na później. Porozmawiam z nim na ten temat, kiedy indziej. W końcu będzie musiał się przed nami otworzyć, ale z pewnością nie stanie się to dziś. Z jego miny wnioskuję, że wezwał nas tutaj ze znacznie ważniejszego powodu.
– Wysyłam was do Miami.
– Rodzina Alvarez nareszcie zmądrzała? – Mrużę oczy z usatysfakcjonowaną miną.
Prince uśmiecha się triumfalnie i rozpiera się w fotelu.
– Najwyższa pora – burczy.
– Nie, dlatego wysyłam tam was. – Dziadek ignoruje jego komentarz i całkowicie skupia się na mnie.
Prince się ożywia, jak zawsze, kiedy ma szansę się wykazać. To dość charakterystyczne dla naszej rodziny. Widok krwi jest podniecający, a Prince tylko czeka na okazję, aby jej komuś upuścić. Jest naszym egzekutorem i skłamałbym, twierdząc, że nie jest w tym cholernie dobry.
– Alvarez zgodził się na spotkanie, ale trzeba będzie go trochę ponaciskać. – Dziadek na chwilę milknie. – Waszym zadaniem będzie wybadanie sytuacji, zorganizowanie pierwszego spotkania i dopilnowanie, aby się z nim dogadać.
– Żaden problem – rzucam, chętnie przyjmując wyzwanie.
– Enzo, to ma pójść bez żadnych utrudnień – oświadcza dziadek poważnym i szorstkim tonem. – Musicie zawrzeć z nim umowę przed powrotem do Włoch. Rozumiecie? – Wbija we mnie wzrok, równie chłodny i oskarżycielski co jego ton. Zupełnie jakby mnie ostrzegał, żebym nie spartolił sprawy.
Czuję narastający gniew, ale parę głębszych oddechów pomaga mi go opanować. Nie ma sensu się wkurzać. Na zaufanie dziadka pracuje się każdego dnia, a przecież przez wiele lat nieźle dawałem mu popalić. Tak jak ja wiem o nim wszystko, tak i on potrafi przejrzeć mnie na wylot.
– Nie martw się. Będziesz miał swoją umowę.
Dziadek przenosi wzrok na Prince’a.
– Pojedziesz z nim.
Prince poprawia się w fotelu. Cały emanuje ekscytacją, choć sili się na to, aby ją zamaskować. Nie umyka to jednak uwadze dziadka.
– Czego potrzebujesz?
– Dróg zbytu. Kubańczycy rządzą prawie całym Miami. Musimy zadbać o to, żeby się dogadać.
– Mamy własne drogi zbytu – przypominam mu.
Prince potrząsa głową.
– Nie tak wiele jak oni, a jeśli nie będziemy ostrożni, stracimy te, które mamy. Po naszej stronie jest towar, a po ich: rynek. Twoim zadaniem jest zadbanie o to, żeby zrozumieli, że nas potrzebują.
– A niby jak mam to zrobić? Alvarezowie nie darzą nas szczególną sympatią.
– Wymyśl coś. Zrób coś, żeby dostrzegli korzyści ze współpracy pomiędzy naszymi rodzinami.
– A jeśli to nie zadziała?
Wbijam w niego spojrzenie, chcąc wymusić na nim szczerą odpowiedź. Wie równie dobrze jak ja, że Josef wolałby umrzeć niż pracować z nami. Przez lata dograliśmy sposób na to, aby koegzystować, biorąc pod uwagę, jak głęboko jest zakorzeniona nienawiść między Alvarezami i De Lucami. Znajdujemy się na skraju wojny. Ojcowie naszych dziadków zdołali załagodzić utarczki, umawiając się, że jedna rodzina nie będzie wchodziła w drogę drugiej. A teraz mielibyśmy współpracować?
– Co nas tam czeka? – ośmielam się spytać.
– Josef to mądry człowiek, a tacy lubią pieniądze. Ostatnio traci kasę, więc potrzebuje takiej współpracy bardziej niż my. Ten uparty dupek zgodził się spotkać z wami. Wy musicie tylko go przekonać.
– Chcę się zapoznać z informacjami na jego temat. Daj mi wszystko, co masz o nim.
Dziadek otwiera szufladę biurka i wyjmuje z niej dużą kopertę. Kładzie ją na biurku tuż przede mną. Znowu zanosi się kaszlem. Kiedy się uspokaja, pociąga whiskey. Ja odstawiam pustą szklaneczkę na biurko i sięgam po kopertę.
Prince przybliża się, kiedy ją otwieram. Wewnątrz znajduje się gruby plik kartek, gładkich jak zdjęcia. Kiedy wydobywam zawartość koperty, okazuje się, że dobrze rozpoznaję.
– I Enzo…
Równocześnie patrzymy na dziadka, czekając, co powie dalej.
– Nawiąż współpracę, trzymaj się z dala od problemów, a potem prędko wracaj do domu – rozkazuje.
Przyglądam się jego twarzy, nie mogąc powstrzymać lekkiego uśmieszku. Dziadek naprawdę zna mnie na wylot. Dobrze wie, że mam słabość do ślicznotek z ulic Miami.
– Powiało nudą – rzucam żartobliwie i wstaję.
Prince robi to samo. Wtedy podaję mu kopertę ze zdjęciami. Dziadek kręci głową, dopija whiskey i każe nam zostawić się w spokoju.
– Nie martw się, nonno. Będę się zachowywał najlepiej, jak potrafię – zapewniam go na odchodne.
Prince idzie obok mnie, przeglądając fotografie. W pewnym momencie mruczy coś pod nosem, więc patrzę na niego.
– Z dokumentów wynika, że ma córkę.
– Tak. Wydaje mi się, że ma na imię Elena, ale nikt jej nigdy nie widział – wyjaśniam.
– Hmm, pewnie dlatego, że jest tak samo brzydka jak jej ojciec – komentuje Prince.
– Jakby to ci przeszkadzało – rzucam ze śmiertelną powagą.
– Kuzynie, mówisz to tak, jakby było w tym coś złego. Cipka to cipka, a każde usta można zerżnąć. – Wzrusza ramionami i uśmiecha się zuchwale.
Niewzruszony jego komentarzem, wyrywam mu kopertę z rąk i idę do swojego pokoju, żeby obmyślić plan działania.
– Ruszamy w południe – poinformowałem go na odchodne.
Rozdział 3
Alicja
To najgłupsza rzecz, jaką w życiu zrobiłam. Siedzę w Uberze i wyglądam przez okno. Okolica, przez którą przejeżdżamy, stopniowo robi się coraz bardziej obskurna. Nabieram poważnych wątpliwości co do słuszności swojej decyzji, a przecież uważam się za rozsądną osobę. Jestem dziewczyną, która kieruje się rozumem i na której można polegać. Mój szef zawsze może liczyć na moją punktualność i wsparcie, jeśli ktoś z poprzedniej zmiany coś zawali. Jestem odpowiedzialna i życzliwa. Co powiedzieliby ludzie, którzy mnie znają, gdyby mnie teraz zobaczyli? Wyglądam jak dziwka średniej klasy i jadę do chyba najniebezpieczniejszej części miasta. I to całkiem sama. W dodatku w nocy. Wisienką na torcie jest atramentowa czerń, przez którą przedziera się kierowca ulicami, które wiele przecznic temu przestały być gładkie. Teraz w asfalcie pełno jest dziur i pęknięć.
Kierowca też uznał, że to idiotyczny pomysł pchać się tutaj, a nawet nie ma pojęcia, co mnie czeka dalej.
– Bez urazy, proszę pani, ale na pewno chce pani się tutaj znaleźć, i to o tej porze? – Facet nie kryje się zbytnio z tym, że przygląda mi się w lusterku wstecznym.
– Nic mi się nie stanie – szczebioczę, uśmiechając się tak szeroko, jak czasem robię to w pracy. Zwłaszcza wtedy, kiedy jakiś klient zagra mi na już zszarganych przez zwariowany dzień pracy nerwach. Znając swoje szczęście, nawet najmniejszy przejaw wrogości kosztowałby mnie naganę albo coś gorszego. Bo tak właśnie wygląda moje życie. Większość osób ma taryfę ulgową i może popełnić błąd czy dwa, ale ja nie. Zawsze tak było.
Kolejne powody, żeby przyjąć tę szaloną robotę, kretynko.
Cała trzęsę się w środku i nie mogę przestać machać stopą. Kogo chcę okłamać? Na pewno zgarną mnie gliny. Przecież to może być jakaś tajna operacja. Co, jeśli Elena nakręciła mi to, bo wie, jak bardzo jej rodzina jest nieuczciwa? Też już co nieco o tym wiem.
Oczywiście nie użyła dokładnie tych słów, ale dość podobnych.
Kiedy siedziałyśmy na ławce przed budynkiem administracji uniwersytetu, Elena wyznała mi sekret.
– Moja rodzina robi czasem nie do końca legalne rzeczy. Jak potrzebuję dodatkowej kasy, to wyświadczam jakąś przysługę swojemu wujkowi – powiedziała.
– Jakiego rodzaju są to przysługi? – spytałam, napinając się.
– Nic skomplikowanego. Zabieram jakąś przesyłkę z jednego miejsca i dostarczam je w inne. Serio, to łatwizna i nie ma szans, żeby wpaść w tarapaty.
Nie ma szans? Skoro ktoś chce zapłacić dwadzieścia tysięcy za dostawę, to wątpię, żeby było to bezpieczne. To oczywiste, że przesyłka jest dla kogoś wiele warta, a z tego wnioskuję, że chodzi o narkotyki czy coś podobnego. Elena kazała mi zabrać największą torebkę, jaką mam, ale co tak naprawdę można zmieścić w takim czymś? Z pewnością chodzi o narkotyki. Mała paczka, duży zysk. To ma sens.
To, że podejrzewam, co prawdopodobnie będę przewozić, ani trochę mnie nie zniechęca. Jest niewiele rzeczy, których bym nie zrobiła, żeby zarobić dwadzieścia kafli w jedną noc. Kurde, być możne nawet pokonałabym onieśmielenie i podjęła się striptizu, gdyby w grę wchodziła taka kwota.
Bez względu na to, jak często przypominam sobie, że to ma być prosta robota, nie potrafię się uspokoić. Skupiam się więc na liście, którą przygotowała dla mnie Elena, gdy potwierdziłam, że w to wchodzę.
Krótka, obcisła sukienka.
Najwyraźniej miejsce, w które mam dostarczyć paczkę, ma jakiś specyficzny dress-code. Elena twierdziła, że taki ubiór gwarantuje, że z łatwością wmieszam się w tłum. Tyle że i tak coś mi mówi, że będę się tam wyróżniała. Czarna sukienka bez rękawów, którą włożyłam, spełniła wymagania Eleny. Jest już dość stara, a ja trochę przytyłam od ostatniego razu, kiedy miałam ją na sobie. Stres zajadam węglowodanami. Choć przyznam, że teraz leży lepiej niż dawniej. Moje piersi są ładnie uwydatnione, a biodra i pośladki nieźle podkreślone, w czym upewniło mnie spojrzenie, którym obrzucił mnie kierowca po tym, jak wsiadłam do samochodu.
„Włosy czyste, wysuszone i wymodelowane, jakbyś szła na randkę”.
Zrobiłam to, tylko trochę parząc sobie palce przy okazji. Moje długie, ciemne włosy spływają teraz faliście na ramiona. Spryskałam je lakierem, żeby nadać im objętość. Dawno się tak nie stroiłam, więc trochę wyszłam z wprawy.
Mam nadzieję, że faktycznie wmieszam się w towarzystwo w klubie, barze, czy gdziekolwiek wyląduję. W tym cała rzecz. Muszę się mieszać, nie mogę zwracać na siebie uwagi, a potem powinnam jak najszybciej spadać stamtąd, zanim ogarną mnie wątpliwości, czy było warto. Robię to przecież z myślą o swojej przyszłości.
Wyjmuję lusterko z torebki, żeby skontrolować makijaż. Eyeliner i tusz podkreślają moje oczy, a szary jak dym cień do powiek sprawia, że moje tęczówki wydają się jeszcze bardziej zielone. Usta podkreśliłam soczystą czerwoną szminką. Szkoda, że naprawdę nie idę na imprezę, bo od wieków nie wyglądałam tak dobrze. A żebym sięgnęła po akcesoria do makijażu, wystarczyła jedynie wizja, że będzie mnie stać na takie życie.
– Już prawie jesteśmy, proszę pani.
Sama nie wiem, czy kierowca mnie informował, czy ostrzegał, ale wymamrotałam podziękowanie i wróciłam do listy. Zawierała instrukcje – jasne i proste. Paczka będzie czekała w jednym z biur w magazynie. Tylko w tym biurze powinno świecić się światło. Mam nadzieję, że faktycznie tak będzie. Przesyłkę znajdę w górnej szufladzie biurka. Mam ją po prostu zabrać, włożyć do torebki i udać się pod adres podany na etykiecie. Bułka z masłem.
Mam nadzieję, że durne szpilki, które włożyłam, nie będą stukały zbyt głośno i nie zwrócą uwagi kogoś, kto przypadkiem się tu zasiedział. Elena mówiła, że o tej porze dnia zwykle nie ma już nikogo i że miejsce pozostaje otwarte specjalnie na takie okazje.
Szkoda, że musiałam posuwać się do czegoś takiego. Nawet jeśli wyjdę z magazynu, nie napotkawszy większych trudności, to kto wie, czy wszystko dobrze się potoczy tam, gdzie mam doręczyć paczkę. Co, jeśli odbiorca wkurzy się, że to nie Elena ją doręcza?
Lepiej, żebym przestała gdybać, bo inaczej stchórzę.
Dwadzieścia tysięcy dolarów.
O tym muszę myśleć. Z tego powodu to robię. Elena wyznała, że sama robiła to wiele razy i nigdy się jej nic nie stało. Kazał mi powołać się na nią, gdyby ktoś pytam, kim jestem. Podobno wszyscy ją znają. Zastanawiałam się, czy mi zaufają, bo ją znam, ale zapewniła mnie, że tak. Mam nadzieję, że się nie myliła i że nie zmyśliła tego.
– Zaczekam na panią – powiedział stanowczo kierowca, kiedy podjechaliśmy przed skąpany w ciemnościach budynek.
Wolałabym, żeby tu został, ale Elena zastrzegła, że po odebraniu paczki nie wolno mi jechać z tym samym kierowcą. To mogłoby wzbudzić podejrzenia. Miałam skorzystać z trzech różnych przejazdów – trzecim wrócę do domu po doręczeniu przesyłki i odebraniu pieniędzy. Dobrze, że dostanę za tę robotę tak dużo kasy, bo inaczej uznałabym, że zbyt wiele musiałam zainwestować w to przedsięwzięcie.
– Nie, nie trzeba. Ale dziękuję – mówię z uśmiechem, po czym wysiadam z auta.
Na zewnątrz jest tak cicho, że aż mam ciarki, choć to pewnie z nerwów. Spokojnie, ale szybko podchodzę do drzwi. Obracam się, żeby sprawdzić, czy kierowca na pewno odjechał. Raz kozie śmierć, mówię sobie i pcham drzwi. Były otwarte, dokładnie tak, jak mówiła Elena.
Mam przed sobą otwartą halę, która ciągnie się prawie na całej długości ceglanego budynku. Pełno w niej skrzyń, pudeł i palet. Ale żadna z tych rzeczy mnie nie interesuje. To, czego szukam, jest w jednym z biur na prawo od wejścia. Wypytałam Elenę o każdy szczegół i opracowałam sobie swego rodzaju mapę mentalną, aby opuścić to miejsce jak najszybciej.
Mimo to waham się, stając za progiem. Uważnie nasłuchuję, żeby się upewnić, że nikogo poza mną tutaj nie ma. Wstrzymuję oddech i liczę do dziesięciu, ale słyszę tylko ciche pobrzękiwanie jarzeniówek. Jak na razie wszystko w porządku.
Trzecie biuro. Z walącym sercem mijam kolejne drzwi. Moje zmysły są wytężone. Być może to naprawdę będzie takie proste, jak twierdziła Elena.
W trzecim biurze palą się światła. Mogłabym się odprężyć, ale jeszcze nie czas. Odetchnę, kiedy wrócę do domu. Teraz muszę wejść do tego pomieszczenia, otworzyć górną szufladę i zabrać z niej to, co mam przewieźć, czyli najpewniej narkotyki. Elena nie powiedziała, jak paczka będzie wyglądała, ale czułam, że rozpoznam ją, gdy ją zobaczę.
Okazuje się, że szuflada jest prawie pusta. Nie ma w niej nic oprócz niewielkiego trójkątnego zawiniątka w brązowym papierze. Na jednym boku naklejono adres. Muszę go wpisać w apkę ubera, gdy znajdę się przed magazynem. Wolałam być już na zewnątrz, choć otoczenie jest dość podejrzane i mało przyjemne.
Wrzuciłam pakunek do torebki, a na niego kładę książkę i telefon. Ręce ciągle mi drżą, choć w zasadzie najtrudniejsze mam już za sobą. Może to dlatego, że jeden jedyny raz sprawy toczą się tak, jak powinny. Ten jeden raz może będę początkiem.
Najpierw jednak muszę się stąd zabrać. Rozglądam się po korytarzu, wychodzę z biura, a potem prawie na paluszkach szybko ruszam do wyjścia.
– Tutaj!
Kurde! Kurde! Kurde!
Zamarłam jak przerażona sarna. Serce wali mi w piersi jak szalone. Przecież miało tutaj nikogo nie być! Tymczasem gdzieś przede mną, w jednej z alejek między skrzyniami, wyraźnie słychać czyjeś głosy. Nie wiem dokładnie, z której alejki one dobiegają, ale to bez znaczenia, bo aby dotrzeć do drzwi, muszę tamtędy przejść. Z pewnością mnie zauważą. Stoję więc w miejscu ze wstrzymanym oddechem, bojąc się, że mogliby mnie usłyszeć.
To dwóch facetów o donośnych głosach, ale nie rozumiem, co dokładnie mówią. To bez znaczenia. Chowam się za paletą z kartonami owiniętymi folią, a potem prześlizguję się wzdłuż całego ich rzędu, rozglądając się w panice za podświetlonym napisem Wyjście. Musi przecież być inna droga prowadząca do magazynu i z niego. Gdzieś musi być cholerna rampa towarowa.
Siedzę w kucki i czekam, myśląc o tym, że najchętniej zamordowałabym Elenę za to, że wplątała mnie w coś takiego. Co się stanie, jeśli facet, który tu pracuje, znajdzie mnie w takim stroju? Łatwo pomylić mnie z dziwką.
Staję na końcu rzędu na wprost innej wąskiej alejki, za którą ciągnie się kolejny rząd palet. Głosy dobiegają z dość niedużej odległości. Teraz moją uwagę zwraca coś jeszcze – odgłos ich podeszew odbijający się od podłogi. Wydają dźwięk, czyli nie są to grubo ogumowane buty robocze, raczej jakieś eleganckie półbuty.
To przepełnia mnie jeszcze większym przerażeniem, bo dociera do mnie, że to mogą być jakieś dranie. Niebezpieczni kolesie. Tacy, którzy mają związek z tym, co obecnie mam w torebce.
Kurwa mać.
Chyba zaraz zwymiotuję z nerwów. Co, jeśli pomyślą, że ich okradam? Zabiją, bez dwóch zdań. Musi być stąd jakieś wyjście! Przemieszczam się o parę kolejnych rzędów, aby znaleźć się dalej od tych kolesi, a bliżej mojego punktu startu, ale na przeciwległej ścianie nie widzę żadnych drzwi. Pewnie są z tyłu budynku, na wprost wejścia, którym się tutaj dostałam. Jestem bliska ataku paniki. Próbuję uspokoić oddech.
Mogę też poczekać, aż sobie pójdą, tylko że nie wiem, ile czasu będą tu siedzieć. W głowie mam zamęt. Co, jeśli przyjechali tutaj, żeby zrobić coś znacznie gorszego niż odbiór dragów? Może to coś, co woleliby załatwić bez świadków.
Ogarnia mnie coraz większe przerażenie. Muszę uciekać. Muszę stąd wyjść. Szczególnie że ci dwaj ponownie się przemieścili i chyba podchodzą coraz bliżej mnie.
Rozdział 4
Enzo
Nie ma jak solidnie się przygotować do ważnego spotkania – wyszukać informacje, opracować plan, nauczyć się odpowiedzi na pytania, które mogą paść – tylko po to, żeby zostać z niczym, bo druga strona postanowiła się nie pojawić. Warczę na Prince’a, który wysłuchuje moich narzekań, odkąd zjawiliśmy się na miejscu spotkania i odkryliśmy, że nikogo nie ma.
– To są jakieś jaja! Tak zaczyna potencjalną współpracę z nowym partnerem biznesowym? Wystawiając go do wiatru?
– Jak długo powinniśmy zaczekać? – Prince opiera się o stertę skrzyń, krzyżując przed sobą ramiona, a ja chodzę tam i z powrotem jak lew w pustej klatce.
– Skąd mam to wiedzieć, do cholery? – wybucham.
Prince ani drgnie. Cieszy go, że dałem się ponieść.
– Wiesz, że nie możemy wrócić do dziadka i powiedzieć, że nic z tego?
– Nie mógłby ciebie… nas za to winić. – Zatrzymuję się i patrzę mu w oczy.
– Pamiętasz, o kim mowa? Musisz przecież dobrze znać temperament dziadka. O ile dobrze pamiętam, nie tak dawno temu byłeś ze mną w jego gabinecie i na pewno nie raz widziałeś jego gniew. – Znosił to dziwnie spokojnie. – Skoro ten facet nie miał zamiaru się pojawić, to nic na to nie poradzimy. Jeśli zbyt mocno go przyciśniemy, możemy wyjść na desperatów. Jak powiedział Renato, Alvarez potrzebuje tego bardziej niż my.
Co za kutas. W co on gra? Co chce udowodnić?
– Pomóż mi w takim razie. Jak gdzieś się zaczaił, żeby zobaczyć, ile musi minąć czasu, zanim sobie pójdziemy, to skręcę mu kark.
– Kto wie? Może utknął w korku – żartuje Prince.
Rzucam mu wrogie spojrzenie, a on unosi ręce, robiąc prawie przepraszającą minę. Prawie.
– Chciałem tylko rozluźnić atmosferę. Nic dobrego ci nie przyjdzie z tego, że wyglądasz, jakbyś miał urwać mu głowę, gdy tylko przekroczy próg tego miejsca. Pamiętaj, nigdy nie pokazuj, co czujesz.
Sposób, w jaki Prince się wypowiada, sprawia, że można by nabrać przekonania, że to on spędził początkowe lata swojego życia u boku naszego dziadka, który go ukształtował. Tymczasem Renato przygarnął go pod nasz dach, gdy również ten chłopak został sierotą po tym, jak jego cholerny ojciec został zamordowany podczas nieudanej transakcji.
– Nie musisz mi o tym przypominać. Wiem, kiedy zachować pokerową twarz. – Byłbym już martwy, gdybym tego nie umiał.
Kiedy byłem chłopcem, nie rozumiałem, czemu dziadek przybierał tak wiele masek. Zresztą nadal to robi. Nie pojmowałem, jak w zaciszu swojego gabinetu, przy swoich ludziach, mógł wypowiadać się pogardliwie i cynicznie o naszych rywalach, a potem w bezpośrednim kontakcie traktować ich zupełnie inaczej. Dopiero któregoś dnia po tym, jak powiedziałem mu, że tego nie rozumiem, dziadek usiadł ze mną i mi to wyjaśnił. Pamiętam, jaki był, gdy byłem jeszcze dzieciakiem. Uważałem go za największego mężczyznę na świecie. Nie do pokonania, nie do zniszczenia, zrobionego ze stali. Kiedy mówił, słuchałem. Zresztą nigdy nie dawał mi wyboru. Wzdrygam się na wspomnienie kar, które mi wymierzał, gdy odpływałem myślami lub gdy się mu sprzeciwiałem.
– Nigdy nie pokazujemy światu naszego prawdziwego oblicza – powiedział mi wtedy, trzymając cygaro między zębami. – Sobie nawzajem, owszem, bo jesteśmy rodziną i tylko ona się liczy. Nie możemy sobie pozwolić na utratę czujności. Nigdy. Wtedy popełnia się błędy, za które płaci się życiem. Pewnego dnia, kiedy będziesz rządził naszą rodziną, zrozumiesz, jaka to odpowiedzialność, gdy tak wiele żyć zależy od twojej decyzji, do tego, czy potrafisz ukryć swoje prawdziwe uczucia w napiętej sytuacji.
Od tamtej pory ćwiczyłem się w tym, aby w obecności ludzi, którym nie ufałem, skrywać swoje prawdziwe myśli i uczucia. Do tego grona należał praktycznie każdy spoza naszej rodziny. Uśmiechałem się prosto w twarz mężczyzn, których chwilę potem zabijałem, i nic nie czułem, kiedy ich ciała padały na ziemię. Nie miałem ani jednej nieprzespanej nocy z tego powodu, bo dziadek miał rację. Rodzina to wszystko, co mamy, a ja chronię to, co moje. Ten, kto spartoli coś na tyle, aby zasłużyć sobie na kulkę w łeb, jest wrogiem mojej rodziny. Dlatego nie odkrywam się ze swoimi przemyśleniami zbyt wcześnie. Czy pająk chwali się pajęczyną przed muchą, którą chce schwytać? Innymi słowy, choć niczego bardziej nie pragnę niż skopać Josefa Alvareza za to, że zrobił ze mnie idiotę, okażę mu szacunek, kiedy w końcu spotkamy się twarzą w twarz. Aż do przesady.
– Jesteśmy tu od godziny – rzucam ze złością, spoglądając na zegarek. Za chwilę wydepczę rowki w betonowej podłodze przez to dreptanie w tę i we w tę.
– Jakie są zasady postępowania w takiej sytuacji? Ile należy odczekać bez utraty szacunku, zanim się odpuści? – pyta Prince.
– Nie mam pojęcia, ale coś mi mówi, że choć gdybyśmy nawet czekali trzy godziny, to Renato zastanawiałby się, czemu nie minutę dłużej.
Z tego, jak prychnął, wnioskuję, że równie dobrze jak ja wie, że to prawda.
– Może się z nim skontaktuj. Spytaj, co o tym sądzi. Może coś się zmieniło po stronie Alvareza.
– Sądzisz, że nie powiedziałby od razu, gdyby tak było? – Kręcę głową. Z każdym krokiem narasta we mnie wzburzenie. – To wszystko jest jakąś pojebaną grą.
Prince milczy przez dłuższy czas, więc w końcu spoglądam w jego stronę. Stoi i wpatruje się w przestrzeń przed sobą. Podążam za jego spojrzeniem, ale udaje mi się dostrzec tylko paletę z kartonami owiniętymi folią dla stabilności. Nagle zaczęły go interesować opakowania?
Chcę go o to spytać, ale tego nie robię. Ma dziwnie zamyśloną minę. Nie odpłynął gdzieś z nudów. On coś obserwuje. Przeszywa mnie dreszcz niepokoju. Ciekawe, czy Alvarez przysłał kogoś, kto miał nas obserwować. I podsłuchiwać.
Na wszelki wypadek postanawiam trochę zluzować z wykrzykiwaniem pretensji.
– Myślę o tym, ile wysiłku włożyliśmy w to, żeby tutaj przyjechać, i jak bardzo dziadkowi zależy na tym, aby wszystko się udało. – Pocieram dłonią o dłoń, doskonale świadomy napięcia w barku, które daje o sobie znać przy każdym ruchu. Nie chciałem zakładać temblaka na spotkanie, żeby nie wyglądać na słabeusza. Zresztą i tak już w zasadzie go nie potrzebuję. O ile nie wpadnę na pomysł, żeby pójść na siłkę i powyciskać ciężary, nic mi nie będzie.
– Nie udawaj, że nie odreagujesz tego, idąc na cipki – Prince mówi do mnie, ale nie odrywa wzroku od palety.
Czemu?
W końcu wymijam go i spoglądam uważniej w tę samą stronę. Dostrzegam czubek czyjejś głowy. Chyba nie należy do mężczyzny, bo włosy nie są krótko przycięte, lecz gładko zaczesane, błyszczące i rozdzielone przedziałkiem pośrodku. Ktoś, kto się chowa za tymi kartonami, jest kobietą? Zerkam na Prince’a, dając mu do zrozumienia, że załapałem.
– Nie twoja sprawa, co robię w wolnym czasie. – Postanawiam nie komentować naszego odkrycia. – To słaba zachęta, żeby przelecieć nad oceanem tylko po to, żeby pocić się w tym wilgotnym bagnie.
Kobieta. Czemu Alvarez miałby przysyłać kobietę? Czy to kolejna próba osłabienia naszej pozycji? Chciał być górą? Owszem, potrzebował się z nami dogadać, ale przypuszczam, że taki spryciarz jak on skorzysta z każdej okazji, aby uzyskać przewagę. Nikt z jego pozycją nie chciałby zostać uznany za łatwy kąsek.
– To kolejny powód dla dziewczyn, żeby się rozebrać – żartuje Prince, uśmiechając się nieznacznie. Mruży oczy. Czubek głowy za paletą zaczyna lekko podskakiwać i oddalać się od nas. Bez słowa ruszamy w tę samą stronę.
– W domu mamy pełno chętnych do zrzucania ubrań lasek, a przynajmniej uniknąłbym marnego traktowania przez kogoś, z kim chcieliśmy dograć współpracę. Renato musiał dostać trefne informacje. Alvarez nie ma ochoty na deal z nami. Pewnie tylko badał nasze nastawienie.
Kobieta przebiega przez alejkę obstawioną rzędem pudeł. Prince podąża za nią. Porusza się lekko i prawie bezgłośnie. Częścią tej roboty jest nauczenie się, jak być niewidzialnym. Skręcam w lewo i przyczajony, wyglądam zza rogu. Widzę dziewczynę w krótkiej obcisłej sukience, w butach na wysokich obcasach. Przyznam, że patrzenie na jej drobny i jędrny tyłek jest dość przyjemne.
Ciekawe, czy cieszy się, że za chwilę uda jej się uciec. Jest zadowolona z siebie, bo wraca do tego, kto nasłała ją tutaj, żeby nas szpiegowała? Przykro mi, ale nic z tego.
Prince wychodzi zza rogu na drugim końcu rzędu, odcinając jej drogę.
– Proszę, proszę, a kogo my tu mamy? – rzuca z uśmiechem. – To pewnie córka, której nikt jeszcze nie widział.
Dziewczyna wygląda jak sarna w świetle reflektorów nadjeżdżającego samochodu – zamarła, sparaliżowana strachem. Po chwili odzyskała zdolność poruszania się i chciała się rzucić w przeciwną stronę, ale Prince był szybszy. Chwycił ją i mocno przycisnął do siebie. Jej przerażony okrzyk jest muzyką dla moich uszu.
Patrzenie na nią to inna historia. To córka, którą Alvarez ukrywał przed światem? Ma to sens, bo sam nigdy bym jej nie spuścił z oka, gdyby należała do mnie. Nie z taką buźką, a już na pewno nie z takim ciałem, które teraz wije się w uścisku Prince’a. Niepotrzebnie traci energię, próbując się uwolnić. Jej zielone oczy przyciągają moją uwagę. Są jasne i błyszczące. Domyślam się, że ze strachu.
– Nie wiesz, że to niebezpieczne zakradać się, gdy mężczyźni robią interesy? – pytam i wyrywam ją Prince’owi, mocno przyciągając do siebie. Czuję na twarzy ciepło jej nerwowego oddechu, który wydobywa się z pąsowych ust.
– Może zgubiła drogę na imprezę – podsuwa Prince. – Chyba że w Stanach właśnie tak kobiety się ubierają, gdy odwiedzają magazyny.
– To prawda? – zwracam się do niej, patrząc na nią z góry. – Macie magazynowy dress code?
Dziewczyna patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami. Jej ciemnobrązowe włosy falują miękko przy każdym ruchu. Jednocześnie czuję wtedy zapach jej perfum. Są odurzające i mój kutas natychmiast się budzi. Pragnę jej. Tu i teraz. Szybko i mocno.
– Nie róbcie mi krzywdy, proszę – szepcze dziewczyna.
Nic bardziej uroczego nie mogła powiedzieć. Teraz mój kutas twardnieje, bo wyczuwam jej lęk. Życie tej dziewczyny leży w moich rękach. Nawet jeśli zabicie jej nie wchodzi w rachubę przez jej powiązanie z Alvarezem, ona on tym nie wie. Domyślam się tego, bo widzę, jak szybko pulsuje w niej krew.
– Czemu miałbym tego nie robić? – Podoba mi się to, jak zasysa powietrze, gdy mocniej wbijam palce w jej ramiona. – Przecież cię przyłapaliśmy przyczajoną w miejscu naszego ważnego spotkania. Chyba że przysłali cię, żebyś przetarła szlaki.
Puszczam jedną jej rękę i kładę ją na jej lędźwiach. Przyciskam ją do siebie tak, żeby poczuła moją erekcję.
– A może jesteś przystawką? Może masz pomóc się nam rozluźnić przed tym, jak przejdziemy do interesów?
– Nie! – krzyczy, co mnie bawi.
Ciekawe, jak by zareagowała, gdybym jej powiedział, jak bardzo kręci mnie jej lęk. Dziewczyna cała drży. To dobrze. Podoba mi się to. Rozkleja się w moich ramionach, a ja zamierzam się tym rozkoszować, bo nikomu nie uchodzi na sucho robienie mnie w chuja. Dziewczyna odczuje na sobie zdziesięciokrotnioną siłę mojej wściekłości i oburzenia.
– Skąd pomysł, że masz tu coś do powiedzenia?
Dziewczyna jęczy i kręci głową. Drży jej podbródek. Mógłbym całą noc się tak z nią bawić i napawać się jej cudownymi reakcjami. Kojarzy mi się to marionetką tańczącą zgodnie z tym, jak poruszy nią marionetkarz. Będzie robiła to, co jej każę, jak sobie tego zażyczę i tak długo, jak będę miał na to ochotę.
– Jak to miało wyglądać? – pytam groźnie, kończąc z zabawą. – Miałaś nas podsłuchać i przekazać informacje swojemu staremu? W ten sposób chciał zyskać nad nami przewagę?
– Nie… nie wiem, o czym mówisz. – Dziewczyna próbuje się wyrwać. Jej duża torebka uderza mnie w biodro, ale nie zwracam na to uwagi, bo bardziej ciekawi mnie, jak jej cycki ocierają się o moją pierś. Kto wypuszcza z domu córkę w takim stroju?
– Jestem przekonany, że nie wiesz. Zapewne jesteś tylko niewinnym przypadkowym świadkiem. – Wymieniam spojrzenia z Prince’em, patrząc ponad głową dziewczyny.
Prince rozgląda się po magazynie. Jesteśmy blisko rampy towarowej, przy której zaparkowaliśmy samochód wynajęty na lotnisku.
– Wygląda na to, że droga wolna – oznajmia Prince. – Lepiej się stąd zabierajmy.
– Jasne. – Patrzę na dziewczynę ponownie i czuję coś, co przypomina współczucie. – Naprawdę bardzo mi przykro.
Nie ma szansy nawet spytać, co chciałem przez to powiedzieć, bo Prince uderza ją w głowę kolbą swojego Glocka.
Rozdział 5
Alicja
Po tym, jak ocknęłam się przerażona w całkowitych ciemnościach, docierają do mnie trzy myśli. Po pierwsze, najprawdopodobniej znajduję się w bagażniku samochodu, czego domyślam się z przyprawiającego o mdłości odoru spalin i tego, że kołysze mną w przód i tył. Po drugie, Elena nie wspominała o takich atrakcjach. Po trzecie, boli mnie głowa, jakby ktoś uderzył mnie w nią łopatą, co nie byłoby aż tak nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę, w co się wplątałam.
Przecież plan nie mógł tego obejmować, prawda? Nie ma szans. Elena by mnie ostrzegła. A może nie? Nie jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami ani nic takiego. Tylko że ta sytuacja nie zalicza się do tych, na które narażasz kogoś, kto nie jest twoim śmiertelnym wrogiem. Ja nim raczej dla niej nie jestem.
Głowa boli mnie coraz bardziej od myślenia. A może problem w tym, że nie jestem Eleną? Martwiłam się tym na początku. Dla niej taka robota była prosta i bezpieczna, bo przecież należała do rodziny. Ludzie ją rozpoznawali i ufali jej. Ja jestem anonimowa.
Cholera, czemu nie wpadłam wcześniej na to, że mogło właśnie o to chodzić? No tak, moje myśli zajmowała radość, że tak szybko zarobię dwadzieścia tysiaków i pożegnam wszystkie swoje problemy. Zapomniałam, że mnie nigdy nic nie przychodzi łatwo.
Być może zapłacę za tę przygodę życiem, przecież faceci zdolni do odurzenia nieznajomej dziewczyny i wrzucenia jej do bagażnika z pewnością nie będą mieli oporów, aby popełnić morderstwo. Szczególnie ten koleś, który trzymał mnie, gdy jego kumpel mi przywalił. Cholernie mocno mnie uderzył. Łupie mnie w czaszce przy każdym ruchu głową. Na serio musiał mnie ogłuszać? Sądzę, że wystarczyłoby zakryć mi usta ręką. Przecież obaj są postawni i na tyle silni, że bez większego wysiłku by mnie sobie podporządkowali.
Ale nie, to po prostu sprawiło im przyjemność.
Bez wątpienia zabiją mnie bez mrugnięcia. Nagle mój pęcherz zaczyna mnie uwierać, a lęk w niczym mi nie pomaga. Umrę tej nocy, prawda? Umrę, a wszystko przez to, że byłam na tyle głupia, by uwierzyć w bajeczkę o łatwych i szybkich pieniądzach.
Najgorsze jest to, że nikt się nie przejmie. Na tę myśl łzy napływają mi do oczu. Samochód kołysze moim ciałem, co jest prawie kojące, choć w tej chwili potrzebowałabym zdecydowanie czegoś więcej, aby zaznać spokoju. Elena pewnie poczuje jakieś wyrzuty przez chwilę, ale nic ponadto. Zapomni o mnie, tak jak wszyscy inni. Myślałam, że pożyję trochę dłużej.
Weź się w garść! Nie wiem, do kogo należy ten głos w mojej głowie, ale brzmi stanowczo i surowo. Wyrywa mnie z marazmu, dzięki czemu nie wpadam w panikę. W tej chwili nie mogę sobie na to pozwolić. Muszę wymyślić, jak się z tego wyplątać. Musi być jakiś sposób.
Jakie są fakty?
Jestem w bagażniku. Jest przynajmniej dwóch mężczyzn, którzy wiedzą o moim istnieniu, bo znaleźli mnie w magazynie. Są niebezpieczni. Wiem o tym, bo pamiętam, jak mnie złapali – byli tacy szorstcy.
To, co mam w torebce, którą moi porywacze wrzucili do bagażnika razem ze mną, to zapewne narkotyki. Ciekawe, że mi ją zostawili, choć na pewno przegrzebali ją w poszukiwaniu broni. Nie odważyłam się zabrać ze sobą niczego do obrony. Czemu miałabym zrobić coś tak mądrego? No tak, bo bałam się, co sobie pomyśli ktoś, kto przeszuka moją torebkę i znajdzie w niej nóż.
Bardzo możliwe, że ci mężczyźni postąpili tak, bo nie jestem Eleną. Będę sobie to powtarzała. Możliwe, że to zwykłe nieporozumienie. Przecież niczego im nie ukradłam. Narkotyki nadal są w mojej torebce. Nawet ich nie spróbowałam. Niczego nie stracili. Może to ich przekona? Wyznaj prawdę, jak wszystko inne zawodzi.
Być może właśnie w ten sposób narkotyki są dostarczane do miejsca docelowego, co ja tam wiem. Być może zmierzamy właśnie pod adres, pod który miałam dotrzeć sama, gdyby mnie nie nakryto. Muszę tak myśleć, bo inaczej poddam się lękowi i panice. To może się okazać nieszczęśliwym, niefortunnym, ale łatwym do naprawienia błędem.
A Święty Mikołaj istnieje.
Samochód się zatrzymuje. Nigdy w życiu nie byłam tak bliska posikania się. Robię kilka głębszych oddechów, zanim klapa bagażnika zostaje uniesiona. Mrużę oczy, patrząc w źrenice mężczyzny, którego widziałam przed tym, jak ten drugi przywalił mi w głowę. Czerwone światło oświetla jego twarz, przez co kojarzy mi się z samym diabłem. Ale niemożliwe, żeby diabeł był tak przystojny. Ten facet to jakaś całkiem nowa liga. Wygląda, jakby miał twarz wyrzeźbioną w granicie. Jego zmysłowe usta układają się w subtelny uśmiech, kiedy gniewnie na mnie patrzy. Gdybym zobaczyła jego zdjęcie w jakimś czasopiśmie, uznałabym, że zostało podrasowane w programie do obróbki fotografii. Tymczasem on jest prawdziwy i bardzo rozzłoszczony. Tak bardzo, że bez ostrzeżenia mocno łapie mnie za ręce i wręcz wyrywa mnie z bagażnika, stawiając na nogi. Następnie sięga po moją torebkę i zatrzaskuje klapę tak mocno, że aż przechodzi mnie dreszcz. Nic nie mówi, tylko ciągnie mnie za ramię. Robi to tak niedelikatnie, że zaciskam zęby, żeby nie jęknąć z bólu.
W tych durnych szpilkach potykam się co chwilę, kiedy idziemy żwirową ścieżką prowadzącą do domu jednorodzinnego. Facet nie zwalnia nawet wtedy, kiedy wykręcam sobie kostkę. Mam po prostu za nim nadążać. Ani on, ani jego kumpel nie wypowiadają nawet słowa. Coś mi mówi, że nie przywieźli mnie do miejsca, w które miałam dotrzeć z przesyłką. Po co miałabym się tak stroić, idąc do kogoś do domu? A może naprawdę mają mnie za prostytutkę i przyprowadzili mnie na prywatną imprezę? O Boże, a myślałam, że gorzej być nie może.
Kiedy wchodzimy do domu, ten drugi mężczyzna – ten, który mnie ogłuszył – zamyka za nami drzwi. Jestem w eleganckim, dość luksusowo urządzonym salonie sam na sam z dwoma facetami, którzy wpatrują się we mnie, jakby się zastanawiali, w jaki sposób najpierw zrobić mi krzywdę. Ten, który mnie trzyma, popycha mnie na skórzaną kanapę i natychmiast pochyla się nade mną, zbliżając twarz do mojej twarzy. Szkoda, że ciągle zwracam uwagę na to, jaki jest przystojny. Nie o tym powinnam teraz myśleć. Muszę się skupić na tym, jak przeżyć. Zresztą co za różnica, czy jest przystojny, czy nie jest. Przecież to bardzo groźny człowiek.
Wodzi wzrokiem po moim ciele. Czekam ze wstrzymanym oddechem, aż skończy mi się przyglądać. Nie potrafię wyczytać z jego zimnej, surowej miny, o czym myśli. Może to wszystko, co powinnam wiedzieć.
– Jak masz na imię? – pyta niskim głosem.
Cholera. Nie mogę mu powiedzieć prawdy. Jeśliby mnie wypuścili, to będzie mógł mnie namierzyć. W panice zastanawiam się nad alternatywą i w końcu przychodzi mi do głowy imię. Przecież sama mówiła, że mogę go użyć, prawda? Wątpię, żeby miała na myśli taki kontekst, ale próbuje ratować swój tyłek.
– Elena – szepczę.
– Elena – powtarza, a ja mam wrażenie, że spijam gęsty, ostry w smaku miód z jego ust. Łapię się na tym, że chciałabym usłyszeć, jak wypowiada moje prawdziwe imię, co jest bardzo dziwne. To nienajlepszy moment na burzę hormonów. – Co robiłaś w tamtym magazynie, Eleno?
Kłamstwo nie ma sensu. Być może przeszukali moją torebkę, a nawet jeśli nie, to mogą to zrobić. Ten drugi trzyma ją w rękach, więc wszystkiego się domyślą. To pewnie tylko podchwytliwe pytanie.
– Odbierałam przesyłkę. – Kręcę się niespokojnie.
– A co było w przesyłce?
Nie mogę oderwać wzroku od jego zmysłowych ust, gdy mówi. Muszę bardziej zwracać uwagę na język, którego używa, i niebezpiecznie mroczny ton, żeby wyczuć atak węża.
– Szczerze mówiąc, nie wiem. Miałam odebrać tę paczkę i podrzucić w inne miejsce. Nie dostałam żadnych innych informacji. Przysięgam.
Mężczyzna się prostuje. Kulę się w sobie, tak bardzo góruje nade mną. Nie ma sensu udawać, że nie jestem cholernie przerażona. Domyślam się, że próbują mnie w ten sposób nastraszyć, ale jeśli się temu nie poddam, mogą się jeszcze bardziej wkurzyć. Kiedy przygląda się mojemu ciału, jego źrenice się rozszerzają. Podoba mu się to, co widzi. Mam ochotę zakryć się czymś i jednocześnie chcę mu pokazać więcej tego, czego zapragnął. Co jest ze mną nie tak?
– Nie jesteś ubrana jak ktoś, kto ma odebrać paczkę.
– Tak kazali mi się ubrać. Przysięgam, mówię prawdę.
– Kto właściwie kazał ci się ubrać w ten sposób? Podaj nazwisko.
– Nie znam – kłamię, bo przecież podałam się za osobę, która mi to zleciła.
Mężczyzna krzyżuje przed sobą ręce. Widzę, jak pod materiałem koszuli napinają się jego silne bicepsy.
– Czy dobrze rozumiem, że przyjęłaś to zlecenie, nie widząc zleceniodawcy na oczy, a nawet nie znając jego nazwiska, nie wiedząc, co odbierasz, ani dokąd masz to zawieźć? Tak właśnie było, Eleno?
– Tak. Potrzebuję pieniędzy. – Patrzę to na niego, to na jego kolegę, ale żaden nie wygląda na szczególnie poruszonego. – Na studia. Muszę opłacić czesne. Powiedziano mi, że dziś zarobię sporo pieniędzy, więc przyjęłam zlecenie. Nigdy wcześniej nie robiłam niczego takiego.
– Jasne – rzuca oschle, zabierając moją torebkę od kolegi. Zaczyna ją przeszukiwać.
Wiedziałam, że nie spyta o pozwolenie, a mimo to dziwnie się poczułam, że nieznajomy szpera w moich rzeczach. Ten drugi cały czas obserwuje mnie z pogardą.
– Mam to.
Wyjmuje pakunek zawinięty w brązowy papier i rzuca torebkę na podłogę. Nachyla się nad stolikiem kawowym, żeby odpakować zawiniątko, ale najpierw odczytuje adres na etykietce. Uświadamiam sobie, że wstrzymuję oddech. Jestem ciekawa, co jest wewnątrz. Nie dziwię się na widok paczuszki z białym proszkiem owiniętej przezroczystą folią. Nawet czuję lekkie rozczarowanie. Mężczyzna wyjmuje z tylnej kieszeni spodni nóż sprężynowy, co mnie zaskakuje. Wyciąga ostrze i robi drobne nacięcie w folii. Następnie nabiera trochę proszku na końcówkę noża. Patrzę na niego jak zahipnotyzowana, kiedy kładzie sobie proszek na języku i marszczy czoło, zastanawiając się, co właśnie spożył.
Bez ostrzeżenia wraca uwagą do mnie. Siadam prosto jak dzieciak, którego przyłapano na fantazjowaniu podczas lekcji. Choć wątpię, aby mój nauczyciel planował mnie zabić za takie coś.
– Co to jest?
Potrząsam głową energicznie, choć nadal mnie piekielnie boli.
– Przysięgam, że nie mam pojęcia. Już mówiłam, że nie poinformowali mnie, co odbieram. Wiedziałam tylko, że jest to pakunek i gdzie go znajdę. To wszystko, co wiem.
Kiedy doskakuje do mnie, przyszpila do kanapy i zaciska dłoń wokół mojej szyi, ponownie kojarzy mi się z wężem. Miażdży mi gardło tak mocno, że odcina mi dopływ powietrza. Oczy wychodzą mi z orbit.
– Spytam ponownie, Eleno. Co zawiera ta przesyłka? – cedzi mi do ucha, nachylając się bardzo blisko.
Jak mam mu odpowiedzieć, skoro nawet nie jestem w stanie oddychać? Czuję narastające w głowie ciśnienie i palenie w płucach. Muszę nabrać powietrza. Otwieram usta, ale wydaję z siebie tylko charczące odgłosy. Ogarnia mnie przerażenie, bo mężczyzna uśmiecha się, słysząc je.
– Co jest w tej przesyłce? Co to za towar?
Nigdy nie czułam takiego strachu jak teraz. A myślałam, że sprawy mają się źle, bo nie mogę opłacić czesnego. Co za żarty.
– Przepraszam, ale nie pomogę. Gdybym mogła, chętnie bym to zrobiła – wyrzucam z siebie szybko słowa.
W odpowiedzi on tylko kręci głową. Jego złość zaczyna się przeradzać w coś bliższego furii. Zaciska palce mocniej. Mam nadzieję, że tym razem także zwolni uścisk w odpowiednim momencie. Lekko uderzam jego dłoń, co skłania go do złapania mnie jedną ręką za oba nadgarstki. Prawie je miażdży. Boli tak, że po policzkach zaczynają mi płynąć łzy.
– Testujesz moją cierpliwość – szepcze, a jego twarz zaczyna mi się rozmazywać przed oczami.
