Okrutna bestia - J.L. Beck & S. Rena - ebook + audiobook

Okrutna bestia ebook i audiobook

J.L. Beck & S. Rena

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

42 osoby interesują się tą książką

Opis

Pieniądze. To źródło wszelkiego zła. Ale w tamtej chwili bardzo ich potrzebowałam.

Niektórzy powiedzieliby, że znalazłam się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie.

Dzień, w którym poznałam Enza, zmienił całe moje życie. Nie byłam już tą samą osobą co wcześniej.

Kiedy mnie porwał, myślał, że jestem córką jego największego wroga. Aby przetrwać, musiałam więc przybrać cudzą tożsamość. W przeciwnym wypadku czekała mnie natychmiastowa śmierć.

Im dłużej kłamałam, tym coraz bardziej zaplątywałam się w sieć cynicznej manipulacji i paraliżującego strachu.

Enzo był mroczny, okrutny i groźny, ale czasem potrafił otoczyć mnie opieką…

Gdy postanowił przypieczętować sojusz między rodzinami i uczynić mnie swoją żoną, byłam pewna, że już po mnie… Prawda w końcu wyszłaby na jaw.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 293

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 53 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Katarzyna Domalewska & Mikołaj Sierociuk

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Fragment

Ty­tuł ory­gi­nału: Cruel Be­ast

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego: Agnieszka Re­wi­lak

Co­py­ri­ght © J. L. Beck, 2026

This edi­tion: © Ri­sky Ro­mance/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Ma­ria Le­pian

Re­dak­cja: Anna Po­inc-Chra­bąszcz

Ko­rekta: Anna No­wak

ISBN: 978-91-8076-812-2

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Ri­sky Ro­mance /Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

Pie­nią­dze. To źró­dło wszel­kiego zła. Ale w tam­tej chwili bar­dzo ich po­trze­bo­wa­łam.

Nie­któ­rzy po­wie­dzie­liby, że zna­la­złam się w nie­wła­ści­wym miej­scu o nie­wła­ści­wym cza­sie.

Dzień, w któ­rym po­zna­łam Enza, zmie­nił całe moje ży­cie. Nie by­łam już tą samą osobą co wcze­śniej.

Kiedy mnie po­rwał, my­ślał, że je­stem córką jego naj­więk­szego wroga. Aby prze­trwać, mu­sia­łam więc przy­brać cu­dzą toż­sa­mość. W prze­ciw­nym wy­padku cze­kała mnie na­tych­mia­stowa śmierć.

Im dłu­żej kła­ma­łam, tym co­raz bar­dziej za­plą­ty­wa­łam się w sieć cy­nicz­nej ma­ni­pu­la­cji i pa­ra­li­żu­ją­cego stra­chu.

Enzo był mroczny, okrutny i groźny, ale cza­sem po­tra­fił oto­czyć mnie opieką…

Gdy po­sta­no­wił przy­pie­czę­to­wać so­jusz mię­dzy ro­dzi­nami i uczy­nić mnie swoją żoną, by­łam pewna, że już po mnie… Prawda w końcu wy­szłaby na jaw.

Pro­log

Ro­dzina. Lu­dzie, w któ­rych ży­łach pły­nie ta sama krew, po­łą­czeni wię­zią. Przy­naj­mniej tak po­winno być. Oj­ciec, matka, sio­stra, brat – nie mam ni­kogo i dość wcze­śnie w ży­ciu na­uczy­łem się, że „ro­dzina” dla każ­dego ozna­cza coś in­nego.

Więk­szość osób jest ko­chana i wy­cho­wy­wana na życz­li­wych, do­brze funk­cjo­nu­ją­cych człon­ków spo­łe­czeń­stwa, a mnie, kiedy by­łem ma­łym dziec­kiem, męż­czy­zna, który miał o mnie dbać, zo­sta­wił wal­czą­cego o ży­cie przy zwło­kach mo­jej matki. Sa­mu­ele Russo – bez­li­to­sny ty­ran i dziś już TRUP. Za to może po­dzię­ko­wać mnie, rzecz ja­sna.

Moim naj­wcze­śniej­szym wspo­mnie­niem jest okru­cień­stwo i od tam­tego czasu stało się ono sed­nem mo­jej eg­zy­sten­cji. Całe ży­cie drę­czyło mnie to, a te­raz, kiedy się już ze­mści­łem, nad­szedł czas, abym do­peł­nił dzie­dzic­twa mo­jej matki i za­jął miej­sce na tro­nie, jako król dy­na­stii De Luca.

Roz­dział 1

Ali­cja

– Pro­szę, po­trze­buję tylko tro­chę wię­cej czasu. Obie­cuję, że zdo­będę pie­nią­dze. Tylko nie tak od razu.

Chcia­ła­bym po­wie­dzieć, że zna­la­złam się w tym biu­rze po raz pierw­szy, ale tak nie jest. Od­wie­dzam je, sama nie wiem który raz. Już mó­wimy so­bie po imie­niu z moim do­radcą. Dla­tego to boli jesz­cze bar­dziej, kiedy po wy­słu­cha­niu mo­jej rzew­nej hi­sto­rii, pew­nie już po raz setny, wzdy­cha i opiera się o fo­tel.

– Przy­kro mi, Ali­cjo – Wzru­sza ra­mio­nami i rzuca dłu­go­pis na biurko. – Nic nie mogę zro­bić.

– John, daj spo­kój. Wiesz, z czym się zma­gam – mó­wię, skła­da­jąc dło­nie w bła­gal­nym ge­ście.

– Wiem, bo od­by­wamy tę samą roz­mowę za każ­dym ra­zem, kiedy cię wzy­wam z po­wodu nie­opła­co­nego na czas cze­snego.

Z tru­dem po­wstrzy­muję się przed prze­wró­ce­niem oczami i za­zgrzy­ta­niem zę­bami. Będę miła, bo go po­trze­buję.

– Ob­cięli mi go­dziny w skle­pie – wy­ja­śniam, cho­ciaż wiem, że John nie ma ochoty tego słu­chać. – Mogę po­szu­kać dru­giej pracy, ale wtedy nie będę miała czasu cho­dzić na za­ję­cia.

Już te­raz pra­wie nie śpię w nocy, bo w dzień prak­tycz­nie nie mam kiedy się uczyć. Wła­ści­wie to za­rzy­nam się, żeby skoń­czyć uni­wer­sy­tet, więc do­brze bę­dzie, je­śli cho­ciaż spró­buję za­li­czyć za­ję­cia. Ina­czej, po co to wszystko?

John, jak zwy­kle, jest współ­czu­jący, ale nic poza tym.

– Ro­zu­miem. Na­prawdę. Wiele osób prze­cho­dzi przez różne trud­no­ści. To część ży­cia.

Z fru­stra­cją kręcę głową.

– Jakby tego było mało, to wszystko jest te­raz droż­sze. Cze­sne wzro­sło. Nie wiem, jak kto­kol­wiek so­bie z tym ra­dzi, na­wet je­śli ro­dzina za niego płaci.

John na­chyla się w moją stronę i kła­dzie ręce na ster­cie do­ku­men­tów. To miły fa­cet, głowa ro­dziny. Na biurku stoją rząd­kiem zdję­cia jego dzieci. Wy­daje mi się, że nie za­ra­bia wiele w tej pracy. Za­wsze ma tro­chę zno­szone ubra­nia i chyba raz wi­dzia­łam go w skle­pie obuw­ni­czym, jak po­ma­gał klien­towi do­brać buty. Co prawda w skle­pie pa­no­wał tłok, więc mo­głam się po­my­lić. Tak czy owak, nie zdzi­wi­ła­bym się, gdyby miał drugą pracę.

– Nie je­steś je­dyną, która prze­cho­dzi cięż­szy okres – mówi nieco ła­god­niej­szym to­nem. – I zga­dzam się z tobą. To nie­po­ko­jące, że co roku koszty ży­cia ro­sną. In­fla­cja to suka. Za prze­pro­sze­niem.

Wła­śnie, to jedna z przy­czyn, dla któ­rych ob­cięli mi go­dziny. Koszty wy­syłki to­wa­rów do sklepu oraz ich pro­duk­cji wzro­sły, więc trzeba gdzieś za­osz­czę­dzić. Dla osób ta­kich jak ja ozna­cza to wy­po­wie­dze­nie.

– Ro­bię wszystko, co w mo­jej mocy, żeby zdo­być pie­nią­dze dla stu­den­tów, któ­rych mi przy­pi­sano. – Ude­rza dło­nią w stertę do­ku­men­tów. – To za­le­d­wie część osób, które prze­wi­nęły się przez mój ga­bi­net tylko w tym ty­go­dniu. Je­śli da­lej będę tyle sie­dział w pracy po go­dzi­nach, moje dzieci w końcu za­po­mną, jak wy­glą­dam.

Robi mi się go żal, ale co mam po­wie­dzieć?

– I mo­żesz im po­móc?

– Nie­któ­rym tak. Wielu wy­czer­pało ostat­nie źró­dło wspar­cia, ja­kie było do ich dys­po­zy­cji, co i tak nie wy­star­czyło. – John pa­trzy na mnie znad oku­la­rów. – Brzmi zna­jomo?

– Chcesz mnie wpę­dzić w po­czu­cie winy?

– Ja­sne, że nie. – Przy­gląda mi się tak, jakby w gło­wie mu się nie mie­ściło, że ta­kie coś w ogóle mo­gło mi przejść przez myśl. – Mó­wię tylko, że mam ogra­ni­czone pole ma­newru. Panno Gu­tier­rez, już o tym roz­ma­wia­li­śmy nie raz i za­wsze uda­wało się nam coś ra­zem wy­my­ślić, ale wiele pro­gra­mów jest już wy­czer­pa­nych. Mu­sisz sama wy­kom­bi­no­wać skąd wziąć bra­ku­jącą kwotę. Przy­kro mi, ale uczel­nia ma swoje re­gu­la­cje nie bez po­wodu.

Re­gu­la­cje. Prze­pisy. Mam dość słu­cha­nia o nich, dość tego, że wszy­scy do­okoła mogą li­czyć na ta­ryfę ulgową, tylko nie ja. Mo­gła­bym użyć jesz­cze wielu ar­gu­men­tów, ale John wszyst­kie je już sły­szał. W za­sa­dzie to zna pra­wie całą hi­sto­rię mo­jego ży­cia. Dzi­wię się, że nie za­pro­sił mnie na ostat­nie uro­dziny jed­nego ze swo­ich dzieci, bo spę­dzam przy jego sfa­ty­go­wa­nym biurku tak dużo czasu, że znamy się jak ro­dzina.

Skoro mowa o ro­dzi­nie – nie mam żad­nej, na któ­rej mo­gła­bym się oprzeć. Nie mam ni­czego war­to­ścio­wego, co mo­gła­bym sprze­dać. Doba nie jest z gumy, dla­tego wąt­pię, żeby udało mi się zna­leźć drugą ro­botę.

– Mo­gła­byś po­szu­kać pracy gdzieś in­dziej, skoro zre­du­ko­wali ci go­dziny – za­su­ge­ro­wał z bły­skiem w oku. Chciał roz­bu­dzić we mnie na­dzieję, ale nic z tego.

Po­krę­ci­łam głową. Z każdą chwilą ro­biło mi się co­raz bar­dziej nie­do­brze.

– Wy­sła­łam zgło­sze­nia do wszyst­kich miejsc w po­bliżu kam­pusu, ale nie ma za wiele pracy. Wszy­scy mó­wią, że miej­sca się zwol­nią po za­koń­cze­niu roku. Tyle że co mi z tego wtedy? Zresztą firma po­krywa część mo­jego cze­snego. Je­śli się zwol­nię, po­padnę w jesz­cze więk­sze ta­ra­paty.

– Wiem, to chyba bez­na­dziejna sprawa.

– Chyba? – obu­rzam się. – Z pew­no­ścią jest bez­na­dziejna. Prze­cież sam po­wie­dzia­łeś, że wy­rzucą mnie z uczelni pod ko­niec se­me­stru, o ile nie ure­gu­luję po­zo­sta­łej czę­ści opłat, czego, oboje to wiemy, nie dam rady zro­bić.

– Nie wy­rzucą cię – za­pew­nia mnie John.

Wiem, że chce mnie po­cie­szyć, ale to, że mówi do mnie, jakby pró­bo­wał wy­per­swa­do­wać jed­nemu ze swo­ich bliź­nia­ków zro­bie­nie cze­goś głu­piego, działa mi na nerwy.

– Znaj­dziesz się na li­ście re­zer­wo­wej i zo­sta­niesz po­now­nie przy­jęta, kiedy bę­dziesz mo­gła opła­cić cze­sne. Do tego czasu mo­żemy wy­dłu­żyć ci ter­min płat­no­ści jesz­cze tylko raz. Na tym ko­niec.

Wła­śnie, ko­niec. Wy­star­czy, że po­cze­kam, aż bę­dzie mnie stać na stu­dia. Do tego czasu cze­sne jesz­cze wzro­śnie. Je­stem o tym prze­ko­nana. Nie po­maga też to, że nie­które za­ję­cia po­trzebne mi na moim kie­runku będą pro­wa­dzone tylko w przy­szłym se­me­strze, a po­tem do­piero za rok. To nie kwe­stia za­cze­ka­nia do przy­szłego roku. W tej sy­tu­acji zrobi się z tego pół­tora roku. W tym cza­sie wszy­scy ru­szą ze swoim ży­ciem, a ja będę na­dal pra­co­wała w ja­kiejś mar­nej ro­bo­cie, ciu­ła­jąc drob­niaki, żeby mieć na pod­sta­wowo rze­czy.

Roz­lega się pu­ka­nie do drzwi. Oboje się ob­ra­camy. W szpa­rze w drzwiach uka­zuje się głowa se­kre­tarki do­radcy fi­nan­so­wego.

– Przy­szła osoba na piątą – szep­cze, uśmie­cha­jąc się prze­pra­sza­jąco.

In­nymi słowy, mu­szę się zbie­rać.

– Nie trać na­dziei, Ali­cjo – mówi John, ścią­ga­jąc brwi. Na­prawdę ma zbo­lałą minę, po­da­jąc mi rękę na po­że­gna­nie.

Od­wza­jem­niam gest od­ru­chowo i tro­chę przez grzecz­ność. Cała ta sy­tu­acja staje się co­raz bar­dziej bo­le­sna. Wiem, że nie mam po­wo­dów do wstydu, a mimo to czuję go. Je­stem nie­udacz­niczką. Przy­naj­mniej w oczach władz uczelni. Ko­lejna ża­ło­sna osóbka, która nie ra­dzi so­bie z ży­ciem. Mam ochotę za­paść się pod zie­mię. Po­win­nam wyjść z ga­bi­netu do­radcy z pod­nie­sioną głową, bo prze­cież sy­tu­acja, w któ­rej się zna­la­złam, to nie moja wina. Nie prze­hu­la­łam fun­du­szu po­wier­ni­czego ani nie wy­da­łam pie­nię­dzy odło­żo­nych na cze­sne na ja­kąś wy­tworną wy­cieczkę. Nic z tych rze­czy. Je­dyną moją zbrod­nią jest to, że nie mam pie­nię­dzy. Wy­gląda na to, że wiele osób ma ochotę mnie za to uka­rać.

Kiedy wy­cho­dzę przed bu­dy­nek, przy­staję, żeby wziąć głę­boki od­dech i ja­koś się po­zbie­rać. O tej po­rze na kam­pu­sie robi się spo­koj­niej, ale na­dal kręci się tu­taj sporo osób, bez­tro­sko so­bie roz­ma­wia­jąc lub słu­cha­jąc mu­zyki. To wy­star­czy, żeby do­pro­wa­dzić mnie do gra­nicy fru­stra­cji. Czuję, że moje oczy za­cho­dzą łzami. Ci wszy­scy lu­dzie tego nie ro­zu­mieją. Nie wie­dzą, ja­kie mają cu­downe ży­cie. Ja­sne, pew­nie nie bra­kuje im zmar­twień. Każdy ja­kieś ma, ale przy­naj­mniej ich pod­sta­wowe po­trzeby są za­spo­ko­jone. Stać ich na mro­żone kawy, modne ciu­chy i naj­now­sze ko­mórki. Tym­cza­sem moja jest z cztery ge­ne­ra­cje do tyłu.

Ni­gdy nie za­le­żało mi na tym, aby się wpa­so­wać, cho­dzić na im­prezy, przy­na­le­żeć do kó­łek. Całe to stu­denc­kie ży­cie ni­gdy ja­koś mnie nie po­cią­gało. Je­stem tu­taj, żeby zdo­być wy­kształ­ce­nie, aby w przy­szło­ści wieść lep­sze ży­cie. To tyle. Mam przy­ja­ciół, tylko bra­kuje mi czasu, aby ro­bić różne fajne rze­czy, jak to wiele osób ma w zwy­czaju.

– Ali­cja! Hola, chica! – sły­szę aż na­zbyt do­brze znany mi głos.

Ży­cie na­prawdę chce mi dziś do­ko­pać. Nie cho­dzi o to, że się nie do­ga­duję z Eleną. Wręcz prze­ciw­nie. Świet­nie się ro­zu­miemy od chwili, kiedy się po­zna­ły­śmy przy pro­jek­cie na za­ję­ciach z hi­sto­rii w ze­szłym roku. Jest we­soła, wy­lu­zo­wana i nie daje so­bie w ka­szę dmu­chać. Ale jest też wła­śnie taką osobą, o któ­rej przed chwilą my­śla­łam. Kimś, kto ni­gdy nie musi się ni­czym mar­twić. Nie musi pra­co­wać, dzięki czemu ma dużo czasu na spo­tka­nia z przy­ja­ciółmi i im­pre­zo­wa­nie. Je­stem pewna, że za­li­cza się do osób udzie­la­ją­cych się w wielu kół­kach za­in­te­re­so­wań. Je­śli tylko mamy chwilę po za­ję­ciach, żeby po­ga­dać, Elena za­wsze mówi, że wła­śnie wy­biera się na za­kupy, do fry­zjera albo na pa­znok­cie. Ki­wam więc głową, my­śląc, że chcia­ła­bym mieć tylko ta­kie pro­blemy.

Kiedy pod­cho­dzi do mnie, uważ­nie przy­gląda się mo­jej twa­rzy, marsz­cząc przy tym czoło.

– Co się stało? Komu mam sko­pać ty­łek?

Śmieję się, a to wy­star­czy, żeby pę­kła za­pora. Łzy, które do tej pory zbie­rały się na po­wierzchni, te­raz po­pły­nęły stru­mie­niem po mo­ich po­licz­kach.

– Hej, co­kol­wiek się stało, znaj­dziemy roz­wią­za­nie. Chodź, usią­dziemy. – Elena kła­dzie mi dłoń na ra­mie­niu i pro­wa­dzi mnie do naj­bliż­szej ławki. – Chcesz coś? Może wody?

Kręcę głową i skrę­po­wana, się­gam do ple­caka po chu­s­teczkę.

– Prze­pra­szam. To głu­pie, że mażę się jak dziecko. Nie trać czasu na moje dramy.

– Nie mów tak. Je­steś naj­mniej emo­cjo­nalną osobą, jaką znam, a twoje łzy ozna­czają, że mu­siało się stać coś na­prawdę strasz­nego. No już, po­wiedz, o co cho­dzi.

– Wsty­dzę się.

– Po­wiedz, co się dzieje.

Naj­wy­raź­niej nie wy­kręcę się z tego. Mu­szę scho­wać dumę do kie­szeni, choć nie jest to ła­twe. Zresztą prze­cież się przy­jaź­nimy… po­dobno.

– Do­bra! Nie stać mnie cze­sne. Tym ra­zem nie pójdą mi na rękę jak po­przed­nio. Je­śli nie opłacę za­le­gło­ści, wrzucą mnie na li­stę ocze­ku­ją­cych na ko­lejny se­mestr, więc stu­dia skoń­czę w przy­szłym roku. Nie chcę stra­cić ca­łego roku.

– Ile po­trze­bu­jesz? – pyta Elena bez wa­ha­nia.

– Przy­się­gam na Boga, że je­śli roz­wa­żasz po­ży­cze­nie mi kasy, to pójdę so­bie i już ni­gdy się do cie­bie nie ode­zwę.

Z jej za­gnie­wa­nej miny wnio­skuję, że do­kład­nie to chciała zro­bić.

– Mo­gła­byś przy­naj­mniej od­po­wie­dzieć na moje py­ta­nie.

– Parę ty­sia­ków. – Rów­nie do­brze mógłby to być mi­lion. – Nie mam po­ję­cia, jak zdo­będę tę kasę. Wła­śnie mó­wi­łam mo­jemu do­radcy, że w oko­licy nikt nie za­trud­nia, więc zo­staje mi praca w skle­pie z gów­nianą ilo­ścią go­dzin. Nie wiem, co jesz­cze mogę zro­bić. Mam po­czu­cie, że wszystko po­szło na marne.

– Nie mów tak.

Śmieję się.

– Bez urazy, ale ła­two ci po­wie­dzieć. Wiem, jak się czuję i co my­ślę. W tej chwili mam wra­że­nie, że wszyst­kie pie­nią­dze, które wy­da­łam na cze­sne, po­szły w błoto, bo nie skoń­czę uni­werku. – Spoj­rza­łam na Elenę z za­że­no­wa­niem, spo­dzie­wa­jąc się, że każe mi się od­pie­przyć czy coś w tym stylu. Prze­cież ona chciała tylko mi po­móc. Tym­cza­sem ko­le­żanka gapi się – nie, pa­trzy na mnie ba­daw­czo, za­ci­ska­jąc usta, jakby in­ten­syw­nie się nad czymś za­sta­na­wiała.

– Co? – py­tam w końcu. – Nad czym tak du­masz? Wi­dzę, jak pra­cują ci w gło­wie try­biki.

Elena prze­lot­nie się uśmie­cha.

– Przy­szło mi do głowy coś, co mo­głoby ci po­móc – mówi z lek­kim wa­ha­niem.

– Nie we­zmę…

– Daj mi po­wie­dzieć to, co mam do po­wie­dze­nia – za­żą­dała, krę­cąc głową. – Być może mia­ła­bym dla cie­bie pracę.

– Aha. Co to za praca? Zro­bię wszystko. Tak bar­dzo je­stem zde­spe­ro­wana.

– To coś ra­czej nie­kon­wen­cjo­nal­nego.

O Boże, mu­szę ją po­wstrzy­mać, za­nim dam się wcią­gnąć w ja­kieś gówno.

– Ra­czej nie na­daję się na strip­ti­zerkę, je­śli to masz na my­śli.

Elena wy­bu­cha śmie­chem, co nie jest re­ak­cją, któ­rej bym so­bie ży­czyła w tej sy­tu­acji. To jakby przy­zna­wała mi ra­cję, co jest z deka upo­ka­rza­jące.

– Nie cho­dzi o strip­tiz. Nie mu­sia­ła­byś ni­czego z sie­bie zdej­mo­wać. Choć bez dwóch zdań za­ro­bi­ła­byś kupę kasy, krę­cąc tym swoim ty­łecz­kiem.

Za­ru­mie­ni­łam się na myśl, że mia­ła­bym wić się przed nie­zna­jo­mymi, a może na­wet zna­jo­mymi.

– To co to za ro­bota?

– Po pierw­sze, pa­mię­taj, jak bar­dzo po­trze­bu­jesz pie­nię­dzy. Po dru­gie, mam na­dzieję, że się nie wku­rzysz, jak usły­szysz, co po­wiem. – Na­chyla się bli­żej, roz­glą­da­jąc się do­okoła, jakby chciała mieć pew­ność, że nikt nas nie pod­słu­cha. – Znam spo­sób na za­ro­bie­nie po­trzeb­nej ci kwoty, na­wet z górką, w jedną noc.

Coś mi mówi, że to nie jest le­galna praca. Od razu za­czy­nam się za­sta­na­wiać, skąd moja ko­le­żanka ma pie­nią­dze. W końcu jed­nak przy­po­mi­nam so­bie, że to­nący brzy­twy się chwyta i nie mnie oce­niać in­nych.

Cho­ciaż za­wsze kie­ro­wa­łam się w ży­ciu mo­ral­no­ścią, je­stem go­towa za­po­mnieć o niej na chwilę, je­śli to po­zwoli mi opła­cić stu­dia, a na­wet coś jesz­cze odło­żyć. Od bar­dzo dawna nie mia­łam pie­nię­dzy na nic wię­cej niż rze­czy nie­zbędne do prze­trwa­nia.

Igno­ruję drże­nie dłoni i serce wy­ry­wa­jące się z piersi. Po­win­nam wstać z ławki, wró­cić do miesz­ka­nia i wy­pła­kać się w po­duszkę, ale wiem, że to nie roz­wiąże mo­ich pro­ble­mów. Je­stem zde­spe­ro­wana i go­towa zro­bić wszystko.

– Co­kol­wiek to jest, wcho­dzę w to – de­cy­duję, za­nim Elena ma szansę wta­jem­ni­czyć mnie w szcze­góły. – Daj mi znać, gdzie i o któ­rej, a będę tam.

Ko­le­żanka uśmie­cha się z za­do­wo­le­niem, jakby wła­śnie roz­wią­zała wszyst­kie moje pro­blemy, a ja kulę się w so­bie na myśl, że być może po­ża­łuję swo­jej de­cy­zji albo, co gor­sze, skoń­czę w wię­zie­niu.

Roz­dział 2

Enzo

Re­zy­den­cja, w któ­rej spę­dzi­łem ostat­nich dwa­dzie­ścia pięć lat ży­cia, na­dal tu jest. Pa­nuje w niej ci­sza. Na ze­wnątrz za to zbiera się na bu­rzę. Przez duże okna, które two­rzą całą bryłę domu, nie wpada żadne świa­tło. Ciemne chmury wi­dać z każ­dej strony. Kwe­stia czasu, kiedy za­cznie się na­wał­nica.

Gdy na­tura się zło­ści, dzieją się złe rze­czy. Ulewne desz­cze za­zwy­czaj wy­wo­łują mrok i za­mie­sza­nie. Tak jest w moim świe­cie. Tego dnia, kiedy dzia­dek zna­lazł mnie z raną po­strza­łową klatki pier­sio­wej na skraju ro­dzin­nej po­sia­dło­ści, też tak było. Moim je­dy­nym przy­ja­cie­lem w ży­ciu oka­zał się kru­czo­czarny dog nie­miecki, któ­rego na­zwa­łem Du­chem. Rów­nież tam­tej nocy niebo roz­świe­tlały bły­ska­wice i sły­chać było grzmoty.

Idę ko­ry­ta­rzem wła­snego domu, mar­mu­rowa po­sadzka od­bija echem każdy mój krok, a ja przy­go­to­wuję się na to, co ma nad­jeść. Wszy­scy moi pra­cow­nicy od­da­lili się do swo­ich kwa­ter na noc i je­dyne od­głosy do­bie­gają z po­ło­żo­nego na końcu ko­ry­ta­rza ga­bi­netu dziadka. Jego głos nie­sie się wzdłuż ścian. Roz­po­znaję po to­nie, że dzia­dek jest wście­kły.

Kiedy wcho­dzę do ga­bi­netu, sie­dzi za ogrom­nym biur­kiem. Ma obok sie­bie dwóch lu­dzi. Gro­żono mu wię­cej razy, niż po­tra­fię zli­czyć, więc ni­g­dzie się nie ru­sza bez ochrony. Oprócz nich w po­miesz­cze­niu za­staję Prince’a, cho­ler­nego bra­tanka mo­jej matki. Je­ste­śmy zbli­żeni wie­kiem, lecz je­śli mam być szczery, nie­wiele wię­cej nas łą­czy. Ale na­leży do ro­dziny, a dla De Luca to naj­waż­niej­sze. Szcze­gól­nie że mój nonno stra­cił dwójkę swo­ich dzieci i zo­sta­li­śmy mu tylko my dwaj. Dla­tego po­mimo dzie­cię­cej ry­wa­li­za­cji i tego, że no­simy różne na­zwi­ska, pil­nu­jemy się przy dziadku, który uważ­nie nas ob­ser­wuje.

– To nie do przy­ję­cia – war­czy dzia­dek do te­le­fonu. – Ustal porę. Na­tych­miast. – Koń­czy roz­mowę, rzu­ca­jąc te­le­fo­nem o biurko. – Pie­przony idiota.

Po tym dzia­dek do­staje ataku kaszlu. Otwiera szu­fladę biurka, by wy­jąć z niej za­pal­niczkę. Na­stęp­nie sięga po rzeź­bioną szka­tułkę z drzewa wi­śnio­wego i wy­ciąga z niej cy­garo. Wbi­jam wzrok w szka­tułkę. To był pre­zent od mo­jej matki, który po­da­ro­wała mu, za­nim ucie­kła z moim oj­cem i dała się za­bić. To je­dyne, co dzia­dek po niej za­cho­wał. Strzeże tego cho­ler­stwa jak oka w gło­wie.

Ro­dzic nie po­wi­nien fa­wo­ry­zo­wać żad­nego ze swo­ich dzieci, ale moja mama była có­ru­nią ta­tu­nia. A mój brat Chri­stian był ulu­bień­cem na­szego ojca. Oczy­wi­ście dzia­dek prze­lał na mnie mi­łość do córki, więc chyba mogę uznać, że obec­nie to ja je­stem jego pu­pi­lem.

W końcu pa­trzy na mnie z brwiami ścią­gnię­tymi w wy­ra­zie roz­cza­ro­wa­nia. Nie wiem, czy to je­stem jego źró­dłem, czy osoba, z którą przed chwilą roz­ma­wiał. Prince do­strzega jego minę i po­dąża za jego wzro­kiem. Kiedy za­uważa tem­blak na moim ra­mie­niu, uśmie­cha się trium­fal­nie i pry­cha śmie­chem.

– Kto ci sko­pał dupę? – rzuca, wska­zu­jąc brodą na moją kon­tu­zjo­waną rękę.

– Glock 43X – ce­dzę, od­ru­chowo ła­piąc się za ło­kieć, żeby po­pra­wić uło­że­nie ręki. Czuję przy­pływ zło­ści, gdy przy­po­mi­nam so­bie, że Chri­stia­nowi udało się mnie do­paść.

Ja­kaś część mnie jest wku­rzona, że się nie zre­wan­żo­wa­łem, ale ro­zu­mia­łem sy­tu­ację. Gdyby była od­wrotna i to on po­rwałby mi żonę, zro­bił­bym coś znacz­nie gor­szego niż po­strze­le­nie w ra­mię. Cho­ciaż po­wi­nie­nem być wdzięczny. Rze­czy­wi­ście pró­bo­wa­łem go za­bić i za­mor­do­wał­bym też jego drogą Sián, gdyby nie to, że prze­mó­wiła nam do ro­zumu.

– Bie­dac­two. Wy­strze­li­łeś przy­naj­mniej jedną kulkę do prze­ciw­nika?

– Sia­daj – prze­rwa nam dzia­dek, po czym po­now­nie za­nosi się kasz­lem, a po chwili przy­kłada cy­garo do ust i przy­pala je.

Nie zno­szę, kiedy ktoś pali. To okropne, wszystko po­tem cuch­nie. Nie mó­wiąc o tym, że cię za­bija, ale kiedy wie­dziesz ży­cie jak na­sze, po­ten­cjalny rak płuc to naj­mniej­sze z two­ich zmar­twień.

Usia­dłem na fo­telu obok ku­zyna i uło­ży­łem kostkę jed­nej nogi na ko­le­nie dru­giej. Kiedy się opar­łem, moje ra­mię prze­szył straszny ból.

Dzia­dek wy­dmu­chał dym, spra­wia­jąc, że wszystko przed mo­imi oczami się roz­myło. Roz­go­ni­łem ty­to­niową chmurę, ma­cha­jąc ręką, ale wtedy dzia­dek po­now­nie zro­bił wy­dech, choć tym ra­zem w stronę su­fitu.

Re­nato De Luca, capo, bez­względny przy­wódca i naj­więk­szy sprze­dawca ko­ka­iny w ca­łych Wło­szech. Jest su­ro­wym czło­wie­kiem i po­trafi być dia­błem wcie­lo­nym, kiedy ktoś go roz­zło­ści. A ten, z kim przed chwilą roz­ma­wiał, wła­śnie to zro­bił.

– Wpadł w ten swój hu­mo­rek. –Prince na­zwał to, co było oczy­wi­ste, i na­chy­lił się w moją stronę.

– Naj­wy­raź­niej.

Za­łożę się o mi­lion do­lców, że wiem, co go tak na­krę­ciło. Naj­czę­ściej wpada w taki stan, gdy wku­rza się na któ­re­goś z nas albo kiedy ktoś orżnie go na kasę. Ob­sta­wiam, że te­raz cho­dzi o obie te sy­tu­acje.

– Zro­bione? – pyta dzia­dek srogo.

Bingo. Znam go le­piej niż kto­kol­wiek inny. Całe ży­cie spę­dzi­łem u jego boku, ucząc się wszyst­kiego, czego tylko mo­głem się na­uczyć, w tym jego sztu­czek. Nie zo­sta­jesz dru­gim po sze­fie, je­śli nie do­strze­gasz zna­ków, które masz przed oczami. Nie otrzy­masz tego ty­tułu także wtedy, kiedy nie do­pro­wa­dzisz do choćby ma­łego roz­lewu krwi.

Po­nie­waż po­msz­cze­nie mo­jej matki było ważne nie tylko dla mnie, ale też dla ca­łej ro­dziny, dzia­dek dał mi wolną rękę. Przez lata ży­łem ob­se­sją od­kry­cia prawdy, a kiedy w końcu zło­ży­łem wszyst­kie puz­zle, nie po­tra­fi­łem już my­śleć o ni­czym in­nym.

Nie­długo zajmę miej­sce Re­nato, ale dzia­dek uważa, że ni­gdy nie będę przy­wódcą, ja­kim po­wi­nie­nem być, do­póki nie spra­wię, że czło­wiek, który za­bił moją matkę, a mnie zo­sta­wił przy dro­dze na pewną śmierć z wy­krwa­wie­nia, nie za­płaci za to, co zro­bił. Na­wet je­śli mor­dercą oka­zał się mój wła­sny oj­ciec. Prze­lał krew De Luca, więc my mu­sie­li­śmy od­pła­cić mu tym sa­mym. Te­raz, kiedy już się z tym upo­ra­łem, mogę spo­koj­nie stać się męż­czy­zna, na któ­rego wy­cho­wy­wał mnie Re­nato.

– Sa­muel Russo nie żyje. Do­stał kulkę mię­dzy oczy.

Przez chwilę pa­trzymy na sie­bie. Wzrok dziadka jest zimny i nie­obecny.

– A twój brat?

– Nie bę­dzie dla nas pro­ble­mem. – Ciężko prze­ły­kam ślinę.

– To do­brze. – Dzia­dek gasi cy­garo, a po­tem ski­nie­niem głowy na­ka­zuje Prince’owi, aby na­lał nam wszyst­kim whi­skey. – A te­raz do kon­kre­tów.

Ki­wam głową, go­dząc się na roz­mowę o in­te­re­sach. Prince po­daje nam po szkla­neczce i z trun­kiem w dłoni wraca na swoje miej­sce. Od ja­kie­goś czasu trwały przy­go­to­wa­nia do prze­ję­cia te­renu w Sta­nach, ale za­ła­twie­nie spraw ro­dzin­nych nie mo­gło cze­kać. Dzia­dek po­zwo­lił mi na to, bo wie­dział, że ina­czej nie będę umiał się w pełni od­dać żad­nej in­nej spra­wie. Od­kry­cie prawdy o In­nie, mo­jej matce, i za­bi­cie mo­jego ojca stało się moją ob­se­sją. Wiem, że mu­szę się z nią upo­rać, bo ina­czej stracę swoją po­zy­cję za­stępcy szefa na rzecz Prince’a.

Dzia­dek od bar­dzo dawna przy­go­to­wy­wał mnie do tego ży­cia, a w miarę upływu lat za­czął ukie­run­ko­wy­wać mnie do roli li­dera. Twier­dzi, że pora, abym za­pra­co­wał so­bie na na­zwi­sko, które no­szę od uro­dze­nia.

Jesz­cze nie wie, że za­równo Prince, jak i ja wi­dzimy, ja­kie piętno od­ci­snęło na nim ta­kie ży­cie. Dzia­dek się sta­rzeje i cho­ciaż na­dal ka­wał z niego skur­czy­byka, to nie jest już tak sprawny jak daw­niej. O tym jego kaszlu na­wet nie wspo­mi­na­jąc.

Ża­den z nas nie zdo­był się na od­wagę, aby mu po­wie­dzieć, że nie damy się zwieść jego sile i do­strze­gamy ta­kie rze­czy. Prze­cież męż­czyźni De Luca nie oka­zują współ­czu­cia, a już na pewno nie przy­znają się do swo­ich sła­bo­ści.

– Je­stem go­towy. – Przy­kła­dam szkla­neczkę z whi­skey do ust i opróż­niam ją jed­nym hau­stem.

Dzia­dek chrząka i po­ciąga ły­czek trunku. Ma ciemne, za­pad­nięte oczy. Wy­gląda, jakby nie spał od wielu dni, i cho­ciaż bar­dzo się stara, nie udaje mu się za­ma­sko­wać drże­nia dłoni. Od ja­kie­goś czasu nie­do­maga, ale udaje, że wszystko jest w po­rządku.

Wiem, jak bar­dzo jest dumny, dla­tego od­kła­dam te my­śli na póź­niej. Po­roz­ma­wiam z nim na ten te­mat, kiedy in­dziej. W końcu bę­dzie mu­siał się przed nami otwo­rzyć, ale z pew­no­ścią nie sta­nie się to dziś. Z jego miny wnio­skuję, że we­zwał nas tu­taj ze znacz­nie waż­niej­szego po­wodu.

– Wy­sy­łam was do Miami.

– Ro­dzina Alva­rez na­resz­cie zmą­drzała? – Mrużę oczy z usa­tys­fak­cjo­no­waną miną.

Prince uśmie­cha się trium­fal­nie i roz­piera się w fo­telu.

– Naj­wyż­sza pora – bur­czy.

– Nie, dla­tego wy­sy­łam tam was. – Dzia­dek igno­ruje jego ko­men­tarz i cał­ko­wi­cie sku­pia się na mnie.

Prince się oży­wia, jak za­wsze, kiedy ma szansę się wy­ka­zać. To dość cha­rak­te­ry­styczne dla na­szej ro­dziny. Wi­dok krwi jest pod­nie­ca­jący, a Prince tylko czeka na oka­zję, aby jej ko­muś upu­ścić. Jest na­szym eg­ze­ku­to­rem i skła­mał­bym, twier­dząc, że nie jest w tym cho­ler­nie do­bry.

– Alva­rez zgo­dził się na spo­tka­nie, ale trzeba bę­dzie go tro­chę po­na­ci­skać. – Dzia­dek na chwilę milk­nie. – Wa­szym za­da­niem bę­dzie wy­ba­da­nie sy­tu­acji, zor­ga­ni­zo­wa­nie pierw­szego spo­tka­nia i do­pil­no­wa­nie, aby się z nim do­ga­dać.

– Ża­den pro­blem – rzu­cam, chęt­nie przyj­mu­jąc wy­zwa­nie.

– Enzo, to ma pójść bez żad­nych utrud­nień – oświad­cza dzia­dek po­waż­nym i szorst­kim to­nem. – Mu­si­cie za­wrzeć z nim umowę przed po­wro­tem do Włoch. Ro­zu­mie­cie? – Wbija we mnie wzrok, rów­nie chłodny i oskar­ży­ciel­ski co jego ton. Zu­peł­nie jakby mnie ostrze­gał, że­bym nie spar­to­lił sprawy.

Czuję na­ra­sta­jący gniew, ale parę głęb­szych od­de­chów po­maga mi go opa­no­wać. Nie ma sensu się wku­rzać. Na za­ufa­nie dziadka pra­cuje się każ­dego dnia, a prze­cież przez wiele lat nie­źle da­wa­łem mu po­pa­lić. Tak jak ja wiem o nim wszystko, tak i on po­trafi przej­rzeć mnie na wy­lot.

– Nie martw się. Bę­dziesz miał swoją umowę.

Dzia­dek prze­nosi wzrok na Prince’a.

– Po­je­dziesz z nim.

Prince po­pra­wia się w fo­telu. Cały ema­nuje eks­cy­ta­cją, choć sili się na to, aby ją za­ma­sko­wać. Nie umyka to jed­nak uwa­dze dziadka.

– Czego po­trze­bu­jesz?

– Dróg zbytu. Ku­bań­czycy rzą­dzą pra­wie ca­łym Miami. Mu­simy za­dbać o to, żeby się do­ga­dać.

– Mamy wła­sne drogi zbytu – przy­po­mi­nam mu.

Prince po­trząsa głową.

– Nie tak wiele jak oni, a je­śli nie bę­dziemy ostrożni, stra­cimy te, które mamy. Po na­szej stro­nie jest to­war, a po ich: ry­nek. Twoim za­da­niem jest za­dba­nie o to, żeby zro­zu­mieli, że nas po­trze­bują.

– A niby jak mam to zro­bić? Alva­re­zo­wie nie da­rzą nas szcze­gólną sym­pa­tią.

– Wy­myśl coś. Zrób coś, żeby do­strze­gli ko­rzy­ści ze współ­pracy po­mię­dzy na­szymi ro­dzi­nami.

– A je­śli to nie za­działa?

Wbi­jam w niego spoj­rze­nie, chcąc wy­mu­sić na nim szczerą od­po­wiedź. Wie rów­nie do­brze jak ja, że Jo­sef wo­lałby umrzeć niż pra­co­wać z nami. Przez lata do­gra­li­śmy spo­sób na to, aby ko­eg­zy­sto­wać, bio­rąc pod uwagę, jak głę­boko jest za­ko­rze­niona nie­na­wiść mię­dzy Alva­re­zami i De Lu­cami. Znaj­du­jemy się na skraju wojny. Oj­co­wie na­szych dziad­ków zdo­łali za­ła­go­dzić utarczki, uma­wia­jąc się, że jedna ro­dzina nie bę­dzie wcho­dziła w drogę dru­giej. A te­raz mie­li­by­śmy współ­pra­co­wać?

– Co nas tam czeka? – ośmie­lam się spy­tać.

– Jo­sef to mą­dry czło­wiek, a tacy lu­bią pie­nią­dze. Ostat­nio traci kasę, więc po­trze­buje ta­kiej współ­pracy bar­dziej niż my. Ten uparty du­pek zgo­dził się spo­tkać z wami. Wy mu­si­cie tylko go prze­ko­nać.

– Chcę się za­po­znać z in­for­ma­cjami na jego te­mat. Daj mi wszystko, co masz o nim.

Dzia­dek otwiera szu­fladę biurka i wyj­muje z niej dużą ko­pertę. Kła­dzie ją na biurku tuż przede mną. Znowu za­nosi się kasz­lem. Kiedy się uspo­kaja, po­ciąga whi­skey. Ja od­sta­wiam pu­stą szkla­neczkę na biurko i się­gam po ko­pertę.

Prince przy­bliża się, kiedy ją otwie­ram. We­wnątrz znaj­duje się gruby plik kar­tek, gład­kich jak zdję­cia. Kiedy wy­do­by­wam za­war­tość ko­perty, oka­zuje się, że do­brze roz­po­znaję.

– I Enzo…

Rów­no­cze­śnie pa­trzymy na dziadka, cze­ka­jąc, co po­wie da­lej.

– Na­wiąż współ­pracę, trzy­maj się z dala od pro­ble­mów, a po­tem prędko wra­caj do domu – roz­ka­zuje.

Przy­glą­dam się jego twa­rzy, nie mo­gąc po­wstrzy­mać lek­kiego uśmieszku. Dzia­dek na­prawdę zna mnie na wy­lot. Do­brze wie, że mam sła­bość do ślicz­no­tek z ulic Miami.

– Po­wiało nudą – rzu­cam żar­to­bli­wie i wstaję.

Prince robi to samo. Wtedy po­daję mu ko­pertę ze zdję­ciami. Dzia­dek kręci głową, do­pija whi­skey i każe nam zo­sta­wić się w spo­koju.

– Nie martw się, nonno. Będę się za­cho­wy­wał naj­le­piej, jak po­tra­fię – za­pew­niam go na od­chodne.

Prince idzie obok mnie, prze­glą­da­jąc fo­to­gra­fie. W pew­nym mo­men­cie mru­czy coś pod no­sem, więc pa­trzę na niego.

– Z do­ku­men­tów wy­nika, że ma córkę.

– Tak. Wy­daje mi się, że ma na imię Elena, ale nikt jej ni­gdy nie wi­dział – wy­ja­śniam.

– Hmm, pew­nie dla­tego, że jest tak samo brzydka jak jej oj­ciec – ko­men­tuje Prince.

– Jakby to ci prze­szka­dzało – rzu­cam ze śmier­telną po­wagą.

– Ku­zy­nie, mó­wisz to tak, jakby było w tym coś złego. Cipka to cipka, a każde usta można ze­rżnąć. – Wzru­sza ra­mio­nami i uśmie­cha się zu­chwale.

Nie­wzru­szony jego ko­men­ta­rzem, wy­ry­wam mu ko­pertę z rąk i idę do swo­jego po­koju, żeby ob­my­ślić plan dzia­ła­nia.

– Ru­szamy w po­łu­dnie – po­in­for­mo­wa­łem go na od­chodne.

Roz­dział 3

Ali­cja

To naj­głup­sza rzecz, jaką w ży­ciu zro­bi­łam. Sie­dzę w Ube­rze i wy­glą­dam przez okno. Oko­lica, przez którą prze­jeż­dżamy, stop­niowo robi się co­raz bar­dziej ob­skurna. Na­bie­ram po­waż­nych wąt­pli­wo­ści co do słusz­no­ści swo­jej de­cy­zji, a prze­cież uwa­żam się za roz­sądną osobę. Je­stem dziew­czyną, która kie­ruje się ro­zu­mem i na któ­rej można po­le­gać. Mój szef za­wsze może li­czyć na moją punk­tu­al­ność i wspar­cie, je­śli ktoś z po­przed­niej zmiany coś za­wali. Je­stem od­po­wie­dzialna i życz­liwa. Co po­wie­dzie­liby lu­dzie, któ­rzy mnie znają, gdyby mnie te­raz zo­ba­czyli? Wy­glą­dam jak dziwka śred­niej klasy i jadę do chyba naj­nie­bez­piecz­niej­szej czę­ści mia­sta. I to cał­kiem sama. W do­datku w nocy. Wi­sienką na tor­cie jest atra­men­towa czerń, przez którą prze­dziera się kie­rowca uli­cami, które wiele prze­cznic temu prze­stały być gład­kie. Te­raz w as­fal­cie pełno jest dziur i pęk­nięć.

Kie­rowca też uznał, że to idio­tyczny po­mysł pchać się tu­taj, a na­wet nie ma po­ję­cia, co mnie czeka da­lej.

– Bez urazy, pro­szę pani, ale na pewno chce pani się tu­taj zna­leźć, i to o tej po­rze? – Fa­cet nie kryje się zbyt­nio z tym, że przy­gląda mi się w lu­sterku wstecz­nym.

– Nic mi się nie sta­nie – szcze­bio­czę, uśmie­cha­jąc się tak sze­roko, jak cza­sem ro­bię to w pracy. Zwłasz­cza wtedy, kiedy ja­kiś klient za­gra mi na już zszar­ga­nych przez zwa­rio­wany dzień pracy ner­wach. Zna­jąc swoje szczę­ście, na­wet naj­mniej­szy prze­jaw wro­go­ści kosz­to­wałby mnie na­ganę albo coś gor­szego. Bo tak wła­śnie wy­gląda moje ży­cie. Więk­szość osób ma ta­ryfę ulgową i może po­peł­nić błąd czy dwa, ale ja nie. Za­wsze tak było.

Ko­lejne po­wody, żeby przy­jąć tę sza­loną ro­botę, kre­tynko.

Cała trzęsę się w środku i nie mogę prze­stać ma­chać stopą. Kogo chcę okła­mać? Na pewno zgarną mnie gliny. Prze­cież to może być ja­kaś tajna ope­ra­cja. Co, je­śli Elena na­krę­ciła mi to, bo wie, jak bar­dzo jej ro­dzina jest nie­uczciwa? Też już co nieco o tym wiem.

Oczy­wi­ście nie użyła do­kład­nie tych słów, ale dość po­dob­nych.

Kiedy sie­dzia­ły­śmy na ławce przed bu­dyn­kiem ad­mi­ni­stra­cji uni­wer­sy­tetu, Elena wy­znała mi se­kret.

– Moja ro­dzina robi cza­sem nie do końca le­galne rze­czy. Jak po­trze­buję do­dat­ko­wej kasy, to wy­świad­czam ja­kąś przy­sługę swo­jemu wuj­kowi – po­wie­działa.

– Ja­kiego ro­dzaju są to przy­sługi? – spy­ta­łam, na­pi­na­jąc się.

– Nic skom­pli­ko­wa­nego. Za­bie­ram ja­kąś prze­syłkę z jed­nego miej­sca i do­star­czam je w inne. Se­rio, to ła­twi­zna i nie ma szans, żeby wpaść w ta­ra­paty.

Nie ma szans? Skoro ktoś chce za­pła­cić dwa­dzie­ścia ty­sięcy za do­stawę, to wąt­pię, żeby było to bez­pieczne. To oczy­wi­ste, że prze­syłka jest dla ko­goś wiele warta, a z tego wnio­skuję, że cho­dzi o nar­ko­tyki czy coś po­dob­nego. Elena ka­zała mi za­brać naj­więk­szą to­rebkę, jaką mam, ale co tak na­prawdę można zmie­ścić w ta­kim czymś? Z pew­no­ścią cho­dzi o nar­ko­tyki. Mała paczka, duży zysk. To ma sens.

To, że po­dej­rze­wam, co praw­do­po­dob­nie będę prze­wo­zić, ani tro­chę mnie nie znie­chęca. Jest nie­wiele rze­czy, któ­rych bym nie zro­biła, żeby za­ro­bić dwa­dzie­ścia ka­fli w jedną noc. Kurde, być możne na­wet po­ko­na­ła­bym onie­śmie­le­nie i pod­jęła się strip­tizu, gdyby w grę wcho­dziła taka kwota.

Bez względu na to, jak czę­sto przy­po­mi­nam so­bie, że to ma być pro­sta ro­bota, nie po­tra­fię się uspo­koić. Sku­piam się więc na li­ście, którą przy­go­to­wała dla mnie Elena, gdy po­twier­dzi­łam, że w to wcho­dzę.

Krótka, ob­ci­sła su­kienka.

Naj­wy­raź­niej miej­sce, w które mam do­star­czyć paczkę, ma ja­kiś spe­cy­ficzny dress-code. Elena twier­dziła, że taki ubiór gwa­ran­tuje, że z ła­two­ścią wmie­szam się w tłum. Tyle że i tak coś mi mówi, że będę się tam wy­róż­niała. Czarna su­kienka bez rę­ka­wów, którą wło­ży­łam, speł­niła wy­ma­ga­nia Eleny. Jest już dość stara, a ja tro­chę przy­ty­łam od ostat­niego razu, kiedy mia­łam ją na so­bie. Stres za­ja­dam wę­glo­wo­da­nami. Choć przy­znam, że te­raz leży le­piej niż daw­niej. Moje piersi są ład­nie uwy­dat­nione, a bio­dra i po­śladki nie­źle pod­kre­ślone, w czym upew­niło mnie spoj­rze­nie, któ­rym ob­rzu­cił mnie kie­rowca po tym, jak wsia­dłam do sa­mo­chodu.

„Włosy czy­ste, wy­su­szone i wy­mo­de­lo­wane, jak­byś szła na randkę”.

Zro­bi­łam to, tylko tro­chę pa­rząc so­bie palce przy oka­zji. Moje dłu­gie, ciemne włosy spły­wają te­raz fa­li­ście na ra­miona. Spry­ska­łam je la­kie­rem, żeby nadać im ob­ję­tość. Dawno się tak nie stro­iłam, więc tro­chę wy­szłam z wprawy.

Mam na­dzieję, że fak­tycz­nie wmie­szam się w to­wa­rzy­stwo w klu­bie, ba­rze, czy gdzie­kol­wiek wy­lą­duję. W tym cała rzecz. Mu­szę się mie­szać, nie mogę zwra­cać na sie­bie uwagi, a po­tem po­win­nam jak naj­szyb­ciej spa­dać stam­tąd, za­nim ogarną mnie wąt­pli­wo­ści, czy było warto. Ro­bię to prze­cież z my­ślą o swo­jej przy­szło­ści.

Wyj­muję lu­sterko z to­rebki, żeby skon­tro­lo­wać ma­ki­jaż. Ey­eli­ner i tusz pod­kre­ślają moje oczy, a szary jak dym cień do po­wiek spra­wia, że moje tę­czówki wy­dają się jesz­cze bar­dziej zie­lone. Usta pod­kre­śli­łam so­czy­stą czer­woną szminką. Szkoda, że na­prawdę nie idę na im­prezę, bo od wie­ków nie wy­glą­da­łam tak do­brze. A że­bym się­gnęła po ak­ce­so­ria do ma­ki­jażu, wy­star­czyła je­dy­nie wi­zja, że bę­dzie mnie stać na ta­kie ży­cie.

– Już pra­wie je­ste­śmy, pro­szę pani.

Sama nie wiem, czy kie­rowca mnie in­for­mo­wał, czy ostrze­gał, ale wy­mam­ro­ta­łam po­dzię­ko­wa­nie i wró­ci­łam do li­sty. Za­wie­rała in­struk­cje – ja­sne i pro­ste. Paczka bę­dzie cze­kała w jed­nym z biur w ma­ga­zy­nie. Tylko w tym biu­rze po­winno świe­cić się świa­tło. Mam na­dzieję, że fak­tycz­nie tak bę­dzie. Prze­syłkę znajdę w gór­nej szu­fla­dzie biurka. Mam ją po pro­stu za­brać, wło­żyć do to­rebki i udać się pod ad­res po­dany na ety­kie­cie. Bułka z ma­słem.

Mam na­dzieję, że durne szpilki, które wło­ży­łam, nie będą stu­kały zbyt gło­śno i nie zwrócą uwagi ko­goś, kto przy­pad­kiem się tu za­sie­dział. Elena mó­wiła, że o tej po­rze dnia zwy­kle nie ma już ni­kogo i że miej­sce po­zo­staje otwarte spe­cjal­nie na ta­kie oka­zje.

Szkoda, że mu­sia­łam po­su­wać się do cze­goś ta­kiego. Na­wet je­śli wyjdę z ma­ga­zynu, nie na­po­tkaw­szy więk­szych trud­no­ści, to kto wie, czy wszystko do­brze się po­to­czy tam, gdzie mam do­rę­czyć paczkę. Co, je­śli od­biorca wku­rzy się, że to nie Elena ją do­rę­cza?

Le­piej, że­bym prze­stała gdy­bać, bo ina­czej stchó­rzę.

Dwa­dzie­ścia ty­sięcy do­la­rów.

O tym mu­szę my­śleć. Z tego po­wodu to ro­bię. Elena wy­znała, że sama ro­biła to wiele razy i ni­gdy się jej nic nie stało. Ka­zał mi po­wo­łać się na nią, gdyby ktoś py­tam, kim je­stem. Po­dobno wszy­scy ją znają. Za­sta­na­wia­łam się, czy mi za­ufają, bo ją znam, ale za­pew­niła mnie, że tak. Mam na­dzieję, że się nie my­liła i że nie zmy­śliła tego.

– Za­cze­kam na pa­nią – po­wie­dział sta­now­czo kie­rowca, kiedy pod­je­cha­li­śmy przed ską­pany w ciem­no­ściach bu­dy­nek.

Wo­la­ła­bym, żeby tu zo­stał, ale Elena za­strze­gła, że po ode­bra­niu paczki nie wolno mi je­chać z tym sa­mym kie­rowcą. To mo­głoby wzbu­dzić po­dej­rze­nia. Mia­łam sko­rzy­stać z trzech róż­nych prze­jaz­dów – trze­cim wrócę do domu po do­rę­cze­niu prze­syłki i ode­bra­niu pie­nię­dzy. Do­brze, że do­stanę za tę ro­botę tak dużo kasy, bo ina­czej uzna­ła­bym, że zbyt wiele mu­sia­łam za­in­we­sto­wać w to przed­się­wzię­cie.

– Nie, nie trzeba. Ale dzię­kuję – mó­wię z uśmie­chem, po czym wy­sia­dam z auta.

Na ze­wnątrz jest tak ci­cho, że aż mam ciarki, choć to pew­nie z ner­wów. Spo­koj­nie, ale szybko pod­cho­dzę do drzwi. Ob­ra­cam się, żeby spraw­dzić, czy kie­rowca na pewno od­je­chał. Raz ko­zie śmierć, mó­wię so­bie i pcham drzwi. Były otwarte, do­kład­nie tak, jak mó­wiła Elena.

Mam przed sobą otwartą halę, która cią­gnie się pra­wie na ca­łej dłu­go­ści ce­gla­nego bu­dynku. Pełno w niej skrzyń, pu­deł i pa­let. Ale żadna z tych rze­czy mnie nie in­te­re­suje. To, czego szu­kam, jest w jed­nym z biur na prawo od wej­ścia. Wy­py­ta­łam Elenę o każdy szcze­gół i opra­co­wa­łam so­bie swego ro­dzaju mapę men­talną, aby opu­ścić to miej­sce jak naj­szyb­ciej.

Mimo to wa­ham się, sta­jąc za pro­giem. Uważ­nie na­słu­chuję, żeby się upew­nić, że ni­kogo poza mną tu­taj nie ma. Wstrzy­muję od­dech i li­czę do dzie­się­ciu, ale sły­szę tylko ci­che po­brzę­ki­wa­nie ja­rze­nió­wek. Jak na ra­zie wszystko w po­rządku.

Trze­cie biuro. Z wa­lą­cym ser­cem mi­jam ko­lejne drzwi. Moje zmy­sły są wy­tę­żone. Być może to na­prawdę bę­dzie ta­kie pro­ste, jak twier­dziła Elena.

W trze­cim biu­rze palą się świa­tła. Mo­gła­bym się od­prę­żyć, ale jesz­cze nie czas. Ode­tchnę, kiedy wrócę do domu. Te­raz mu­szę wejść do tego po­miesz­cze­nia, otwo­rzyć górną szu­fladę i za­brać z niej to, co mam prze­wieźć, czyli naj­pew­niej nar­ko­tyki. Elena nie po­wie­działa, jak paczka bę­dzie wy­glą­dała, ale czu­łam, że roz­po­znam ją, gdy ją zo­ba­czę.

Oka­zuje się, że szu­flada jest pra­wie pu­sta. Nie ma w niej nic oprócz nie­wiel­kiego trój­kąt­nego za­wi­niątka w brą­zo­wym pa­pie­rze. Na jed­nym boku na­kle­jono ad­res. Mu­szę go wpi­sać w apkę ubera, gdy znajdę się przed ma­ga­zy­nem. Wo­la­łam być już na ze­wnątrz, choć oto­cze­nie jest dość po­dej­rzane i mało przy­jemne.

Wrzu­ci­łam pa­ku­nek do to­rebki, a na niego kładę książkę i te­le­fon. Ręce cią­gle mi drżą, choć w za­sa­dzie naj­trud­niej­sze mam już za sobą. Może to dla­tego, że je­den je­dyny raz sprawy to­czą się tak, jak po­winny. Ten je­den raz może będę po­cząt­kiem.

Naj­pierw jed­nak mu­szę się stąd za­brać. Roz­glą­dam się po ko­ry­ta­rzu, wy­cho­dzę z biura, a po­tem pra­wie na pa­lusz­kach szybko ru­szam do wyj­ścia.

– Tu­taj!

Kurde! Kurde! Kurde!

Za­mar­łam jak prze­ra­żona sarna. Serce wali mi w piersi jak sza­lone. Prze­cież miało tu­taj ni­kogo nie być! Tym­cza­sem gdzieś przede mną, w jed­nej z ale­jek mię­dzy skrzy­niami, wy­raź­nie sły­chać czy­jeś głosy. Nie wiem do­kład­nie, z któ­rej alejki one do­bie­gają, ale to bez zna­cze­nia, bo aby do­trzeć do drzwi, mu­szę tam­tędy przejść. Z pew­no­ścią mnie za­uważą. Stoję więc w miej­scu ze wstrzy­ma­nym od­de­chem, bo­jąc się, że mo­gliby mnie usły­szeć.

To dwóch fa­ce­tów o do­no­śnych gło­sach, ale nie ro­zu­miem, co do­kład­nie mó­wią. To bez zna­cze­nia. Cho­wam się za pa­letą z kar­to­nami owi­nię­tymi fo­lią, a po­tem prze­śli­zguję się wzdłuż ca­łego ich rzędu, roz­glą­da­jąc się w pa­nice za pod­świe­tlo­nym na­pi­sem Wyj­ście. Musi prze­cież być inna droga pro­wa­dząca do ma­ga­zynu i z niego. Gdzieś musi być cho­lerna rampa to­wa­rowa.

Sie­dzę w kucki i cze­kam, my­śląc o tym, że naj­chęt­niej za­mor­do­wa­ła­bym Elenę za to, że wplą­tała mnie w coś ta­kiego. Co się sta­nie, je­śli fa­cet, który tu pra­cuje, znaj­dzie mnie w ta­kim stroju? Ła­two po­my­lić mnie z dziwką.

Staję na końcu rzędu na wprost in­nej wą­skiej alejki, za którą cią­gnie się ko­lejny rząd pa­let. Głosy do­bie­gają z dość nie­du­żej od­le­gło­ści. Te­raz moją uwagę zwraca coś jesz­cze – od­głos ich po­de­szew od­bi­ja­jący się od pod­łogi. Wy­dają dźwięk, czyli nie są to grubo ogu­mo­wane buty ro­bo­cze, ra­czej ja­kieś ele­ganc­kie pół­buty.

To prze­peł­nia mnie jesz­cze więk­szym prze­ra­że­niem, bo do­ciera do mnie, że to mogą być ja­kieś dra­nie. Nie­bez­pieczni ko­le­sie. Tacy, któ­rzy mają zwią­zek z tym, co obec­nie mam w to­rebce.

Kurwa mać.

Chyba za­raz zwy­mio­tuję z ner­wów. Co, je­śli po­my­ślą, że ich okra­dam? Za­biją, bez dwóch zdań. Musi być stąd ja­kieś wyj­ście! Prze­miesz­czam się o parę ko­lej­nych rzę­dów, aby zna­leźć się da­lej od tych ko­lesi, a bli­żej mo­jego punktu startu, ale na prze­ciw­le­głej ścia­nie nie wi­dzę żad­nych drzwi. Pew­nie są z tyłu bu­dynku, na wprost wej­ścia, któ­rym się tu­taj do­sta­łam. Je­stem bli­ska ataku pa­niki. Pró­buję uspo­koić od­dech.

Mogę też po­cze­kać, aż so­bie pójdą, tylko że nie wiem, ile czasu będą tu sie­dzieć. W gło­wie mam za­męt. Co, je­śli przy­je­chali tu­taj, żeby zro­bić coś znacz­nie gor­szego niż od­biór dra­gów? Może to coś, co wo­le­liby za­ła­twić bez świad­ków.

Ogar­nia mnie co­raz więk­sze prze­ra­że­nie. Mu­szę ucie­kać. Mu­szę stąd wyjść. Szcze­gól­nie że ci dwaj po­now­nie się prze­mie­ścili i chyba pod­cho­dzą co­raz bli­żej mnie.

Roz­dział 4

Enzo

Nie ma jak so­lid­nie się przy­go­to­wać do waż­nego spo­tka­nia – wy­szu­kać in­for­ma­cje, opra­co­wać plan, na­uczyć się od­po­wie­dzi na py­ta­nia, które mogą paść – tylko po to, żeby zo­stać z ni­czym, bo druga strona po­sta­no­wiła się nie po­ja­wić. War­czę na Prince’a, który wy­słu­chuje mo­ich na­rze­kań, od­kąd zja­wi­li­śmy się na miej­scu spo­tka­nia i od­kry­li­śmy, że ni­kogo nie ma.

– To są ja­kieś jaja! Tak za­czyna po­ten­cjalną współ­pracę z no­wym part­ne­rem biz­ne­so­wym? Wy­sta­wia­jąc go do wia­tru?

– Jak długo po­win­ni­śmy za­cze­kać? – Prince opiera się o stertę skrzyń, krzy­żu­jąc przed sobą ra­miona, a ja cho­dzę tam i z po­wro­tem jak lew w pu­stej klatce.

– Skąd mam to wie­dzieć, do cho­lery? – wy­bu­cham.

Prince ani drgnie. Cie­szy go, że da­łem się po­nieść.

– Wiesz, że nie mo­żemy wró­cić do dziadka i po­wie­dzieć, że nic z tego?

– Nie mógłby cie­bie… nas za to wi­nić. – Za­trzy­muję się i pa­trzę mu w oczy.

– Pa­mię­tasz, o kim mowa? Mu­sisz prze­cież do­brze znać tem­pe­ra­ment dziadka. O ile do­brze pa­mię­tam, nie tak dawno temu by­łeś ze mną w jego ga­bi­ne­cie i na pewno nie raz wi­dzia­łeś jego gniew. – Zno­sił to dziw­nie spo­koj­nie. – Skoro ten fa­cet nie miał za­miaru się po­ja­wić, to nic na to nie po­ra­dzimy. Je­śli zbyt mocno go przy­ci­śniemy, mo­żemy wyjść na de­spe­ra­tów. Jak po­wie­dział Re­nato, Alva­rez po­trze­buje tego bar­dziej niż my.

Co za ku­tas. W co on gra? Co chce udo­wod­nić?

– Po­móż mi w ta­kim ra­zie. Jak gdzieś się za­czaił, żeby zo­ba­czyć, ile musi mi­nąć czasu, za­nim so­bie pój­dziemy, to skręcę mu kark.

– Kto wie? Może utknął w korku – żar­tuje Prince.

Rzu­cam mu wro­gie spoj­rze­nie, a on unosi ręce, ro­biąc pra­wie prze­pra­sza­jącą minę. Pra­wie.

– Chcia­łem tylko roz­luź­nić at­mos­ferę. Nic do­brego ci nie przyj­dzie z tego, że wy­glą­dasz, jak­byś miał urwać mu głowę, gdy tylko prze­kro­czy próg tego miej­sca. Pa­mię­taj, ni­gdy nie po­ka­zuj, co czu­jesz.

Spo­sób, w jaki Prince się wy­po­wiada, spra­wia, że można by na­brać prze­ko­na­nia, że to on spę­dził po­cząt­kowe lata swo­jego ży­cia u boku na­szego dziadka, który go ukształ­to­wał. Tym­cza­sem Re­nato przy­gar­nął go pod nasz dach, gdy rów­nież ten chło­pak zo­stał sie­rotą po tym, jak jego cho­lerny oj­ciec zo­stał za­mor­do­wany pod­czas nie­uda­nej trans­ak­cji.

– Nie mu­sisz mi o tym przy­po­mi­nać. Wiem, kiedy za­cho­wać po­ke­rową twarz. – Był­bym już mar­twy, gdy­bym tego nie umiał.

Kiedy by­łem chłop­cem, nie ro­zu­mia­łem, czemu dzia­dek przy­bie­rał tak wiele ma­sek. Zresztą na­dal to robi. Nie poj­mo­wa­łem, jak w za­ci­szu swo­jego ga­bi­netu, przy swo­ich lu­dziach, mógł wy­po­wia­dać się po­gar­dli­wie i cy­nicz­nie o na­szych ry­wa­lach, a po­tem w bez­po­śred­nim kon­tak­cie trak­to­wać ich zu­peł­nie ina­czej. Do­piero któ­re­goś dnia po tym, jak po­wie­dzia­łem mu, że tego nie ro­zu­miem, dzia­dek usiadł ze mną i mi to wy­ja­śnił. Pa­mię­tam, jaki był, gdy by­łem jesz­cze dzie­cia­kiem. Uwa­ża­łem go za naj­więk­szego męż­czy­znę na świe­cie. Nie do po­ko­na­nia, nie do znisz­cze­nia, zro­bio­nego ze stali. Kiedy mó­wił, słu­cha­łem. Zresztą ni­gdy nie da­wał mi wy­boru. Wzdry­gam się na wspo­mnie­nie kar, które mi wy­mie­rzał, gdy od­pły­wa­łem my­ślami lub gdy się mu sprze­ci­wia­łem.

– Ni­gdy nie po­ka­zu­jemy światu na­szego praw­dzi­wego ob­li­cza – po­wie­dział mi wtedy, trzy­ma­jąc cy­garo mię­dzy zę­bami. – So­bie na­wza­jem, ow­szem, bo je­ste­śmy ro­dziną i tylko ona się li­czy. Nie mo­żemy so­bie po­zwo­lić na utratę czuj­no­ści. Ni­gdy. Wtedy po­peł­nia się błędy, za które płaci się ży­ciem. Pew­nego dnia, kiedy bę­dziesz rzą­dził na­szą ro­dziną, zro­zu­miesz, jaka to od­po­wie­dzial­ność, gdy tak wiele żyć za­leży od two­jej de­cy­zji, do tego, czy po­tra­fisz ukryć swoje praw­dziwe uczu­cia w na­pię­tej sy­tu­acji.

Od tam­tej pory ćwi­czy­łem się w tym, aby w obec­no­ści lu­dzi, któ­rym nie ufa­łem, skry­wać swoje praw­dziwe my­śli i uczu­cia. Do tego grona na­le­żał prak­tycz­nie każdy spoza na­szej ro­dziny. Uśmie­cha­łem się pro­sto w twarz męż­czyzn, któ­rych chwilę po­tem za­bi­ja­łem, i nic nie czu­łem, kiedy ich ciała pa­dały na zie­mię. Nie mia­łem ani jed­nej nie­prze­spa­nej nocy z tego po­wodu, bo dzia­dek miał ra­cję. Ro­dzina to wszystko, co mamy, a ja chro­nię to, co moje. Ten, kto spar­toli coś na tyle, aby za­słu­żyć so­bie na kulkę w łeb, jest wro­giem mo­jej ro­dziny. Dla­tego nie od­kry­wam się ze swo­imi prze­my­śle­niami zbyt wcze­śnie. Czy pa­jąk chwali się pa­ję­czyną przed mu­chą, którą chce schwy­tać? In­nymi słowy, choć ni­czego bar­dziej nie pra­gnę niż sko­pać Jo­sefa Alva­reza za to, że zro­bił ze mnie idiotę, okażę mu sza­cu­nek, kiedy w końcu spo­tkamy się twa­rzą w twarz. Aż do prze­sady.

– Je­ste­śmy tu od go­dziny – rzu­cam ze zło­ścią, spo­glą­da­jąc na ze­ga­rek. Za chwilę wy­dep­czę rowki w be­to­no­wej pod­ło­dze przez to drep­ta­nie w tę i we w tę.

– Ja­kie są za­sady po­stę­po­wa­nia w ta­kiej sy­tu­acji? Ile na­leży od­cze­kać bez utraty sza­cunku, za­nim się od­pu­ści? – pyta Prince.

– Nie mam po­ję­cia, ale coś mi mówi, że choć gdy­by­śmy na­wet cze­kali trzy go­dziny, to Re­nato za­sta­na­wiałby się, czemu nie mi­nutę dłu­żej.

Z tego, jak prych­nął, wnio­skuję, że rów­nie do­brze jak ja wie, że to prawda.

– Może się z nim skon­tak­tuj. Spy­taj, co o tym są­dzi. Może coś się zmie­niło po stro­nie Alva­reza.

– Są­dzisz, że nie po­wie­działby od razu, gdyby tak było? – Kręcę głową. Z każ­dym kro­kiem na­ra­sta we mnie wzbu­rze­nie. – To wszystko jest ja­kąś po­je­baną grą.

Prince mil­czy przez dłuż­szy czas, więc w końcu spo­glą­dam w jego stronę. Stoi i wpa­truje się w prze­strzeń przed sobą. Po­dą­żam za jego spoj­rze­niem, ale udaje mi się do­strzec tylko pa­letę z kar­to­nami owi­nię­tymi fo­lią dla sta­bil­no­ści. Na­gle za­częły go in­te­re­so­wać opa­ko­wa­nia?

Chcę go o to spy­tać, ale tego nie ro­bię. Ma dziw­nie za­my­śloną minę. Nie od­pły­nął gdzieś z nu­dów. On coś ob­ser­wuje. Prze­szywa mnie dreszcz nie­po­koju. Cie­kawe, czy Alva­rez przy­słał ko­goś, kto miał nas ob­ser­wo­wać. I pod­słu­chi­wać.

Na wszelki wy­pa­dek po­sta­na­wiam tro­chę zlu­zo­wać z wy­krzy­ki­wa­niem pre­ten­sji.

– My­ślę o tym, ile wy­siłku wło­ży­li­śmy w to, żeby tu­taj przy­je­chać, i jak bar­dzo dziad­kowi za­leży na tym, aby wszystko się udało. – Po­cie­ram dło­nią o dłoń, do­sko­nale świa­domy na­pię­cia w barku, które daje o so­bie znać przy każ­dym ru­chu. Nie chcia­łem za­kła­dać tem­blaka na spo­tka­nie, żeby nie wy­glą­dać na sła­be­usza. Zresztą i tak już w za­sa­dzie go nie po­trze­buję. O ile nie wpadnę na po­mysł, żeby pójść na siłkę i po­wy­ci­skać cię­żary, nic mi nie bę­dzie.

– Nie uda­waj, że nie od­re­agu­jesz tego, idąc na cipki – Prince mówi do mnie, ale nie od­rywa wzroku od pa­lety.

Czemu?

W końcu wy­mi­jam go i spo­glą­dam uważ­niej w tę samą stronę. Do­strze­gam czu­bek czy­jejś głowy. Chyba nie na­leży do męż­czy­zny, bo włosy nie są krótko przy­cięte, lecz gładko za­cze­sane, błysz­czące i roz­dzie­lone prze­dział­kiem po­środku. Ktoś, kto się chowa za tymi kar­to­nami, jest ko­bietą? Zer­kam na Prince’a, da­jąc mu do zro­zu­mie­nia, że za­ła­pa­łem.

– Nie twoja sprawa, co ro­bię w wol­nym cza­sie. – Po­sta­na­wiam nie ko­men­to­wać na­szego od­kry­cia. – To słaba za­chęta, żeby prze­le­cieć nad oce­anem tylko po to, żeby po­cić się w tym wil­got­nym ba­gnie.

Ko­bieta. Czemu Alva­rez miałby przy­sy­łać ko­bietę? Czy to ko­lejna próba osła­bie­nia na­szej po­zy­cji? Chciał być górą? Ow­szem, po­trze­bo­wał się z nami do­ga­dać, ale przy­pusz­czam, że taki spry­ciarz jak on sko­rzy­sta z każ­dej oka­zji, aby uzy­skać prze­wagę. Nikt z jego po­zy­cją nie chciałby zo­stać uznany za ła­twy ką­sek.

– To ko­lejny po­wód dla dziew­czyn, żeby się ro­ze­brać – żar­tuje Prince, uśmie­cha­jąc się nie­znacz­nie. Mruży oczy. Czu­bek głowy za pa­letą za­czyna lekko pod­ska­ki­wać i od­da­lać się od nas. Bez słowa ru­szamy w tę samą stronę.

– W domu mamy pełno chęt­nych do zrzu­ca­nia ubrań la­sek, a przy­naj­mniej unik­nął­bym mar­nego trak­to­wa­nia przez ko­goś, z kim chcie­li­śmy do­grać współ­pracę. Re­nato mu­siał do­stać trefne in­for­ma­cje. Alva­rez nie ma ochoty na deal z nami. Pew­nie tylko ba­dał na­sze na­sta­wie­nie.

Ko­bieta prze­biega przez alejkę ob­sta­wioną rzę­dem pu­deł. Prince po­dąża za nią. Po­ru­sza się lekko i pra­wie bez­gło­śnie. Czę­ścią tej ro­boty jest na­ucze­nie się, jak być nie­wi­dzial­nym. Skrę­cam w lewo i przy­cza­jony, wy­glą­dam zza rogu. Wi­dzę dziew­czynę w krót­kiej ob­ci­słej su­kience, w bu­tach na wy­so­kich ob­ca­sach. Przy­znam, że pa­trze­nie na jej drobny i jędrny ty­łek jest dość przy­jemne.

Cie­kawe, czy cie­szy się, że za chwilę uda jej się uciec. Jest za­do­wo­lona z sie­bie, bo wraca do tego, kto na­słała ją tu­taj, żeby nas szpie­go­wała? Przy­kro mi, ale nic z tego.

Prince wy­cho­dzi zza rogu na dru­gim końcu rzędu, od­ci­na­jąc jej drogę.

– Pro­szę, pro­szę, a kogo my tu mamy? – rzuca z uśmie­chem. – To pew­nie córka, któ­rej nikt jesz­cze nie wi­dział.

Dziew­czyna wy­gląda jak sarna w świe­tle re­flek­to­rów nad­jeż­dża­ją­cego sa­mo­chodu – za­marła, spa­ra­li­żo­wana stra­chem. Po chwili od­zy­skała zdol­ność po­ru­sza­nia się i chciała się rzu­cić w prze­ciwną stronę, ale Prince był szyb­szy. Chwy­cił ją i mocno przy­ci­snął do sie­bie. Jej prze­ra­żony okrzyk jest mu­zyką dla mo­ich uszu.

Pa­trze­nie na nią to inna hi­sto­ria. To córka, którą Alva­rez ukry­wał przed świa­tem? Ma to sens, bo sam ni­gdy bym jej nie spu­ścił z oka, gdyby na­le­żała do mnie. Nie z taką buźką, a już na pewno nie z ta­kim cia­łem, które te­raz wije się w uści­sku Prince’a. Nie­po­trzeb­nie traci ener­gię, pró­bu­jąc się uwol­nić. Jej zie­lone oczy przy­cią­gają moją uwagę. Są ja­sne i błysz­czące. Do­my­ślam się, że ze stra­chu.

– Nie wiesz, że to nie­bez­pieczne za­kra­dać się, gdy męż­czyźni ro­bią in­te­resy? – py­tam i wy­ry­wam ją Prince’owi, mocno przy­cią­ga­jąc do sie­bie. Czuję na twa­rzy cie­pło jej ner­wo­wego od­de­chu, który wy­do­bywa się z pą­so­wych ust.

– Może zgu­biła drogę na im­prezę – pod­suwa Prince. – Chyba że w Sta­nach wła­śnie tak ko­biety się ubie­rają, gdy od­wie­dzają ma­ga­zyny.

– To prawda? – zwra­cam się do niej, pa­trząc na nią z góry. – Ma­cie ma­ga­zy­nowy dress code?

Dziew­czyna pa­trzy na mnie sze­roko otwar­tymi oczami. Jej ciem­no­brą­zowe włosy fa­lują miękko przy każ­dym ru­chu. Jed­no­cze­śnie czuję wtedy za­pach jej per­fum. Są odu­rza­jące i mój ku­tas na­tych­miast się bu­dzi. Pra­gnę jej. Tu i te­raz. Szybko i mocno.

– Nie rób­cie mi krzywdy, pro­szę – szep­cze dziew­czyna.

Nic bar­dziej uro­czego nie mo­gła po­wie­dzieć. Te­raz mój ku­tas tward­nieje, bo wy­czu­wam jej lęk. Ży­cie tej dziew­czyny leży w mo­ich rę­kach. Na­wet je­śli za­bi­cie jej nie wcho­dzi w ra­chubę przez jej po­wią­za­nie z Alva­re­zem, ona on tym nie wie. Do­my­ślam się tego, bo wi­dzę, jak szybko pul­suje w niej krew.

– Czemu miał­bym tego nie ro­bić? – Po­doba mi się to, jak za­sysa po­wie­trze, gdy moc­niej wbi­jam palce w jej ra­miona. – Prze­cież cię przy­ła­pa­li­śmy przy­cza­joną w miej­scu na­szego waż­nego spo­tka­nia. Chyba że przy­słali cię, że­byś prze­tarła szlaki.

Pusz­czam jedną jej rękę i kładę ją na jej lę­dź­wiach. Przy­ci­skam ją do sie­bie tak, żeby po­czuła moją erek­cję.

– A może je­steś przy­stawką? Może masz po­móc się nam roz­luź­nić przed tym, jak przej­dziemy do in­te­re­sów?

– Nie! – krzy­czy, co mnie bawi.

Cie­kawe, jak by za­re­ago­wała, gdy­bym jej po­wie­dział, jak bar­dzo kręci mnie jej lęk. Dziew­czyna cała drży. To do­brze. Po­doba mi się to. Roz­kleja się w mo­ich ra­mio­nach, a ja za­mie­rzam się tym roz­ko­szo­wać, bo ni­komu nie ucho­dzi na su­cho ro­bie­nie mnie w chuja. Dziew­czyna od­czuje na so­bie zdzie­się­cio­krot­nioną siłę mo­jej wście­kło­ści i obu­rze­nia.

– Skąd po­mysł, że masz tu coś do po­wie­dze­nia?

Dziew­czyna ję­czy i kręci głową. Drży jej pod­bró­dek. Mógł­bym całą noc się tak z nią ba­wić i na­pa­wać się jej cu­dow­nymi re­ak­cjami. Ko­ja­rzy mi się to ma­rio­netką tań­czącą zgod­nie z tym, jak po­ru­szy nią ma­rio­net­karz. Bę­dzie ro­biła to, co jej każę, jak so­bie tego za­ży­czę i tak długo, jak będę miał na to ochotę.

– Jak to miało wy­glą­dać? – py­tam groź­nie, koń­cząc z za­bawą. – Mia­łaś nas pod­słu­chać i prze­ka­zać in­for­ma­cje swo­jemu sta­remu? W ten spo­sób chciał zy­skać nad nami prze­wagę?

– Nie… nie wiem, o czym mó­wisz. – Dziew­czyna pró­buje się wy­rwać. Jej duża to­rebka ude­rza mnie w bio­dro, ale nie zwra­cam na to uwagi, bo bar­dziej cie­kawi mnie, jak jej cycki ocie­rają się o moją pierś. Kto wy­pusz­cza z domu córkę w ta­kim stroju?

– Je­stem prze­ko­nany, że nie wiesz. Za­pewne je­steś tylko nie­win­nym przy­pad­ko­wym świad­kiem. – Wy­mie­niam spoj­rze­nia z Prince’em, pa­trząc po­nad głową dziew­czyny.

Prince roz­gląda się po ma­ga­zy­nie. Je­ste­śmy bli­sko rampy to­wa­ro­wej, przy któ­rej za­par­ko­wa­li­śmy sa­mo­chód wy­na­jęty na lot­ni­sku.

– Wy­gląda na to, że droga wolna – oznaj­mia Prince. – Le­piej się stąd za­bie­rajmy.

– Ja­sne. – Pa­trzę na dziew­czynę po­now­nie i czuję coś, co przy­po­mina współ­czu­cie. – Na­prawdę bar­dzo mi przy­kro.

Nie ma szansy na­wet spy­tać, co chcia­łem przez to po­wie­dzieć, bo Prince ude­rza ją w głowę kolbą swo­jego Glocka.

Roz­dział 5

Ali­cja

Po tym, jak ock­nę­łam się prze­ra­żona w cał­ko­wi­tych ciem­no­ściach, do­cie­rają do mnie trzy my­śli. Po pierw­sze, naj­praw­do­po­dob­niej znaj­duję się w ba­gaż­niku sa­mo­chodu, czego do­my­ślam się z przy­pra­wia­ją­cego o mdło­ści odoru spa­lin i tego, że ko­ły­sze mną w przód i tył. Po dru­gie, Elena nie wspo­mi­nała o ta­kich atrak­cjach. Po trze­cie, boli mnie głowa, jakby ktoś ude­rzył mnie w nią ło­patą, co nie by­łoby aż tak nie­praw­do­po­dobne, bio­rąc pod uwagę, w co się wplą­ta­łam.

Prze­cież plan nie mógł tego obej­mo­wać, prawda? Nie ma szans. Elena by mnie ostrze­gła. A może nie? Nie je­ste­śmy naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami ani nic ta­kiego. Tylko że ta sy­tu­acja nie za­li­cza się do tych, na które na­ra­żasz ko­goś, kto nie jest twoim śmier­tel­nym wro­giem. Ja nim ra­czej dla niej nie je­stem.

Głowa boli mnie co­raz bar­dziej od my­śle­nia. A może pro­blem w tym, że nie je­stem Eleną? Mar­twi­łam się tym na po­czątku. Dla niej taka ro­bota była pro­sta i bez­pieczna, bo prze­cież na­le­żała do ro­dziny. Lu­dzie ją roz­po­zna­wali i ufali jej. Ja je­stem ano­ni­mowa.

Cho­lera, czemu nie wpa­dłam wcze­śniej na to, że mo­gło wła­śnie o to cho­dzić? No tak, moje my­śli zaj­mo­wała ra­dość, że tak szybko za­ro­bię dwa­dzie­ścia ty­sia­ków i po­że­gnam wszyst­kie swoje pro­blemy. Za­po­mnia­łam, że mnie ni­gdy nic nie przy­cho­dzi ła­two.

Być może za­płacę za tę przy­godę ży­ciem, prze­cież fa­ceci zdolni do odu­rze­nia nie­zna­jo­mej dziew­czyny i wrzu­ce­nia jej do ba­gaż­nika z pew­no­ścią nie będą mieli opo­rów, aby po­peł­nić mor­der­stwo. Szcze­gól­nie ten ko­leś, który trzy­mał mnie, gdy jego kum­pel mi przy­wa­lił. Cho­ler­nie mocno mnie ude­rzył. Łu­pie mnie w czaszce przy każ­dym ru­chu głową. Na se­rio mu­siał mnie ogłu­szać? Są­dzę, że wy­star­czy­łoby za­kryć mi usta ręką. Prze­cież obaj są po­stawni i na tyle silni, że bez więk­szego wy­siłku by mnie so­bie pod­po­rząd­ko­wali.

Ale nie, to po pro­stu spra­wiło im przy­jem­ność.

Bez wąt­pie­nia za­biją mnie bez mru­gnię­cia. Na­gle mój pę­cherz za­czyna mnie uwie­rać, a lęk w ni­czym mi nie po­maga. Umrę tej nocy, prawda? Umrę, a wszystko przez to, że by­łam na tyle głu­pia, by uwie­rzyć w ba­jeczkę o ła­twych i szyb­kich pie­nią­dzach.

Naj­gor­sze jest to, że nikt się nie przej­mie. Na tę myśl łzy na­pły­wają mi do oczu. Sa­mo­chód ko­ły­sze moim cia­łem, co jest pra­wie ko­jące, choć w tej chwili po­trze­bo­wa­ła­bym zde­cy­do­wa­nie cze­goś wię­cej, aby za­znać spo­koju. Elena pew­nie po­czuje ja­kieś wy­rzuty przez chwilę, ale nic po­nadto. Za­po­mni o mnie, tak jak wszy­scy inni. My­śla­łam, że po­żyję tro­chę dłu­żej.

Weź się w garść! Nie wiem, do kogo na­leży ten głos w mo­jej gło­wie, ale brzmi sta­now­czo i su­rowo. Wy­rywa mnie z ma­ra­zmu, dzięki czemu nie wpa­dam w pa­nikę. W tej chwili nie mogę so­bie na to po­zwo­lić. Mu­szę wy­my­ślić, jak się z tego wy­plą­tać. Musi być ja­kiś spo­sób.

Ja­kie są fakty?

Je­stem w ba­gaż­niku. Jest przy­naj­mniej dwóch męż­czyzn, któ­rzy wie­dzą o moim ist­nie­niu, bo zna­leźli mnie w ma­ga­zy­nie. Są nie­bez­pieczni. Wiem o tym, bo pa­mię­tam, jak mnie zła­pali – byli tacy szor­stcy.

To, co mam w to­rebce, którą moi po­ry­wa­cze wrzu­cili do ba­gaż­nika ra­zem ze mną, to za­pewne nar­ko­tyki. Cie­kawe, że mi ją zo­sta­wili, choć na pewno prze­grze­bali ją w po­szu­ki­wa­niu broni. Nie od­wa­ży­łam się za­brać ze sobą ni­czego do obrony. Czemu mia­ła­bym zro­bić coś tak mą­drego? No tak, bo ba­łam się, co so­bie po­my­śli ktoś, kto prze­szuka moją to­rebkę i znaj­dzie w niej nóż.

Bar­dzo moż­liwe, że ci męż­czyźni po­stą­pili tak, bo nie je­stem Eleną. Będę so­bie to po­wta­rzała. Moż­liwe, że to zwy­kłe nie­po­ro­zu­mie­nie. Prze­cież ni­czego im nie ukra­dłam. Nar­ko­tyki na­dal są w mo­jej to­rebce. Na­wet ich nie spró­bo­wa­łam. Ni­czego nie stra­cili. Może to ich prze­kona? Wy­znaj prawdę, jak wszystko inne za­wo­dzi.

Być może wła­śnie w ten spo­sób nar­ko­tyki są do­star­czane do miej­sca do­ce­lo­wego, co ja tam wiem. Być może zmie­rzamy wła­śnie pod ad­res, pod który mia­łam do­trzeć sama, gdyby mnie nie na­kryto. Mu­szę tak my­śleć, bo ina­czej pod­dam się lę­kowi i pa­nice. To może się oka­zać nie­szczę­śli­wym, nie­for­tun­nym, ale ła­twym do na­pra­wie­nia błę­dem.

A Święty Mi­ko­łaj ist­nieje.

Sa­mo­chód się za­trzy­muje. Ni­gdy w ży­ciu nie by­łam tak bli­ska po­si­ka­nia się. Ro­bię kilka głęb­szych od­de­chów, za­nim klapa ba­gaż­nika zo­staje unie­siona. Mrużę oczy, pa­trząc w źre­nice męż­czy­zny, któ­rego wi­dzia­łam przed tym, jak ten drugi przy­wa­lił mi w głowę. Czer­wone świa­tło oświe­tla jego twarz, przez co ko­ja­rzy mi się z sa­mym dia­błem. Ale nie­moż­liwe, żeby dia­beł był tak przy­stojny. Ten fa­cet to ja­kaś cał­kiem nowa liga. Wy­gląda, jakby miał twarz wy­rzeź­bioną w gra­ni­cie. Jego zmy­słowe usta ukła­dają się w sub­telny uśmiech, kiedy gniew­nie na mnie pa­trzy. Gdy­bym zo­ba­czyła jego zdję­cie w ja­kimś cza­so­pi­śmie, uzna­ła­bym, że zo­stało pod­ra­so­wane w pro­gra­mie do ob­róbki fo­to­gra­fii. Tym­cza­sem on jest praw­dziwy i bar­dzo roz­złosz­czony. Tak bar­dzo, że bez ostrze­że­nia mocno ła­pie mnie za ręce i wręcz wy­rywa mnie z ba­gaż­nika, sta­wia­jąc na nogi. Na­stęp­nie sięga po moją to­rebkę i za­trza­skuje klapę tak mocno, że aż prze­cho­dzi mnie dreszcz. Nic nie mówi, tylko cią­gnie mnie za ra­mię. Robi to tak nie­de­li­kat­nie, że za­ci­skam zęby, żeby nie jęk­nąć z bólu.

W tych dur­nych szpil­kach po­ty­kam się co chwilę, kiedy idziemy żwi­rową ścieżką pro­wa­dzącą do domu jed­no­ro­dzin­nego. Fa­cet nie zwal­nia na­wet wtedy, kiedy wy­krę­cam so­bie kostkę. Mam po pro­stu za nim na­dą­żać. Ani on, ani jego kum­pel nie wy­po­wia­dają na­wet słowa. Coś mi mówi, że nie przy­wieźli mnie do miej­sca, w które mia­łam do­trzeć z prze­syłką. Po co mia­ła­bym się tak stroić, idąc do ko­goś do domu? A może na­prawdę mają mnie za pro­sty­tutkę i przy­pro­wa­dzili mnie na pry­watną im­prezę? O Boże, a my­śla­łam, że go­rzej być nie może.

Kiedy wcho­dzimy do domu, ten drugi męż­czy­zna – ten, który mnie ogłu­szył – za­myka za nami drzwi. Je­stem w ele­ganc­kim, dość luk­su­sowo urzą­dzo­nym sa­lo­nie sam na sam z dwoma fa­ce­tami, któ­rzy wpa­trują się we mnie, jakby się za­sta­na­wiali, w jaki spo­sób naj­pierw zro­bić mi krzywdę. Ten, który mnie trzyma, po­py­cha mnie na skó­rzaną ka­napę i na­tych­miast po­chyla się nade mną, zbli­ża­jąc twarz do mo­jej twa­rzy. Szkoda, że cią­gle zwra­cam uwagę na to, jaki jest przy­stojny. Nie o tym po­win­nam te­raz my­śleć. Mu­szę się sku­pić na tym, jak prze­żyć. Zresztą co za róż­nica, czy jest przy­stojny, czy nie jest. Prze­cież to bar­dzo groźny czło­wiek.

Wo­dzi wzro­kiem po moim ciele. Cze­kam ze wstrzy­ma­nym od­de­chem, aż skoń­czy mi się przy­glą­dać. Nie po­tra­fię wy­czy­tać z jego zim­nej, su­ro­wej miny, o czym my­śli. Może to wszystko, co po­win­nam wie­dzieć.

– Jak masz na imię? – pyta ni­skim gło­sem.

Cho­lera. Nie mogę mu po­wie­dzieć prawdy. Je­śliby mnie wy­pu­ścili, to bę­dzie mógł mnie na­mie­rzyć. W pa­nice za­sta­na­wiam się nad al­ter­na­tywą i w końcu przy­cho­dzi mi do głowy imię. Prze­cież sama mó­wiła, że mogę go użyć, prawda? Wąt­pię, żeby miała na my­śli taki kon­tekst, ale pró­buje ra­to­wać swój ty­łek.

– Elena – szep­czę.

– Elena – po­wta­rza, a ja mam wra­że­nie, że spi­jam gę­sty, ostry w smaku miód z jego ust. Ła­pię się na tym, że chcia­ła­bym usły­szeć, jak wy­po­wiada moje praw­dziwe imię, co jest bar­dzo dziwne. To nie­naj­lep­szy mo­ment na bu­rzę hor­mo­nów. – Co ro­bi­łaś w tam­tym ma­ga­zy­nie, Eleno?

Kłam­stwo nie ma sensu. Być może prze­szu­kali moją to­rebkę, a na­wet je­śli nie, to mogą to zro­bić. Ten drugi trzyma ją w rę­kach, więc wszyst­kiego się do­my­ślą. To pew­nie tylko pod­chwy­tliwe py­ta­nie.

– Od­bie­ra­łam prze­syłkę. – Kręcę się nie­spo­koj­nie.

– A co było w prze­syłce?

Nie mogę ode­rwać wzroku od jego zmy­sło­wych ust, gdy mówi. Mu­szę bar­dziej zwra­cać uwagę na ję­zyk, któ­rego używa, i nie­bez­piecz­nie mroczny ton, żeby wy­czuć atak węża.

– Szcze­rze mó­wiąc, nie wiem. Mia­łam ode­brać tę paczkę i pod­rzu­cić w inne miej­sce. Nie do­sta­łam żad­nych in­nych in­for­ma­cji. Przy­się­gam.

Męż­czy­zna się pro­stuje. Kulę się w so­bie, tak bar­dzo gó­ruje nade mną. Nie ma sensu uda­wać, że nie je­stem cho­ler­nie prze­ra­żona. Do­my­ślam się, że pró­bują mnie w ten spo­sób na­stra­szyć, ale je­śli się temu nie pod­dam, mogą się jesz­cze bar­dziej wku­rzyć. Kiedy przy­gląda się mo­jemu ciału, jego źre­nice się roz­sze­rzają. Po­doba mu się to, co wi­dzi. Mam ochotę za­kryć się czymś i jed­no­cze­śnie chcę mu po­ka­zać wię­cej tego, czego za­pra­gnął. Co jest ze mną nie tak?

– Nie je­steś ubrana jak ktoś, kto ma ode­brać paczkę.

– Tak ka­zali mi się ubrać. Przy­się­gam, mó­wię prawdę.

– Kto wła­ści­wie ka­zał ci się ubrać w ten spo­sób? Po­daj na­zwi­sko.

– Nie znam – kła­mię, bo prze­cież po­da­łam się za osobę, która mi to zle­ciła.

Męż­czy­zna krzy­żuje przed sobą ręce. Wi­dzę, jak pod ma­te­ria­łem ko­szuli na­pi­nają się jego silne bi­cepsy.

– Czy do­brze ro­zu­miem, że przy­ję­łaś to zle­ce­nie, nie wi­dząc zle­ce­nio­dawcy na oczy, a na­wet nie zna­jąc jego na­zwi­ska, nie wie­dząc, co od­bie­rasz, ani do­kąd masz to za­wieźć? Tak wła­śnie było, Eleno?

– Tak. Po­trze­buję pie­nię­dzy. – Pa­trzę to na niego, to na jego ko­legę, ale ża­den nie wy­gląda na szcze­gól­nie po­ru­szo­nego. – Na stu­dia. Mu­szę opła­cić cze­sne. Po­wie­dziano mi, że dziś za­ro­bię sporo pie­nię­dzy, więc przy­ję­łam zle­ce­nie. Ni­gdy wcze­śniej nie ro­bi­łam ni­czego ta­kiego.

– Ja­sne – rzuca oschle, za­bie­ra­jąc moją to­rebkę od ko­legi. Za­czyna ją prze­szu­ki­wać.

Wie­dzia­łam, że nie spyta o po­zwo­le­nie, a mimo to dziw­nie się po­czu­łam, że nie­zna­jomy szpera w mo­ich rze­czach. Ten drugi cały czas ob­ser­wuje mnie z po­gardą.

– Mam to.

Wyj­muje pa­ku­nek za­wi­nięty w brą­zowy pa­pier i rzuca to­rebkę na pod­łogę. Na­chyla się nad sto­li­kiem ka­wo­wym, żeby od­pa­ko­wać za­wi­niątko, ale naj­pierw od­czy­tuje ad­res na ety­kietce. Uświa­da­miam so­bie, że wstrzy­muję od­dech. Je­stem cie­kawa, co jest we­wnątrz. Nie dzi­wię się na wi­dok pa­czuszki z bia­łym prosz­kiem owi­nię­tej prze­zro­czy­stą fo­lią. Na­wet czuję lek­kie roz­cza­ro­wa­nie. Męż­czy­zna wyj­muje z tyl­nej kie­szeni spodni nóż sprę­ży­nowy, co mnie za­ska­kuje. Wy­ciąga ostrze i robi drobne na­cię­cie w fo­lii. Na­stęp­nie na­biera tro­chę proszku na koń­cówkę noża. Pa­trzę na niego jak za­hip­no­ty­zo­wana, kiedy kła­dzie so­bie pro­szek na ję­zyku i marsz­czy czoło, za­sta­na­wia­jąc się, co wła­śnie spo­żył.

Bez ostrze­że­nia wraca uwagą do mnie. Sia­dam pro­sto jak dzie­ciak, któ­rego przy­ła­pano na fan­ta­zjo­wa­niu pod­czas lek­cji. Choć wąt­pię, aby mój na­uczy­ciel pla­no­wał mnie za­bić za ta­kie coś.

– Co to jest?

Po­trzą­sam głową ener­gicz­nie, choć na­dal mnie pie­kiel­nie boli.

– Przy­się­gam, że nie mam po­ję­cia. Już mó­wi­łam, że nie po­in­for­mo­wali mnie, co od­bie­ram. Wie­dzia­łam tylko, że jest to pa­ku­nek i gdzie go znajdę. To wszystko, co wiem.

Kiedy do­ska­kuje do mnie, przy­szpila do ka­napy i za­ci­ska dłoń wo­kół mo­jej szyi, po­now­nie ko­ja­rzy mi się z wę­żem. Miaż­dży mi gar­dło tak mocno, że od­cina mi do­pływ po­wie­trza. Oczy wy­cho­dzą mi z or­bit.

– Spy­tam po­now­nie, Eleno. Co za­wiera ta prze­syłka? – ce­dzi mi do ucha, na­chy­la­jąc się bar­dzo bli­sko.

Jak mam mu od­po­wie­dzieć, skoro na­wet nie je­stem w sta­nie od­dy­chać? Czuję na­ra­sta­jące w gło­wie ci­śnie­nie i pa­le­nie w płu­cach. Mu­szę na­brać po­wie­trza. Otwie­ram usta, ale wy­daję z sie­bie tylko char­czące od­głosy. Ogar­nia mnie prze­ra­że­nie, bo męż­czy­zna uśmie­cha się, sły­sząc je.

– Co jest w tej prze­syłce? Co to za to­war?

Ni­gdy nie czu­łam ta­kiego stra­chu jak te­raz. A my­śla­łam, że sprawy mają się źle, bo nie mogę opła­cić cze­snego. Co za żarty.

– Prze­pra­szam, ale nie po­mogę. Gdy­bym mo­gła, chęt­nie bym to zro­biła – wy­rzu­cam z sie­bie szybko słowa.

W od­po­wie­dzi on tylko kręci głową. Jego złość za­czyna się prze­ra­dzać w coś bliż­szego fu­rii. Za­ci­ska palce moc­niej. Mam na­dzieję, że tym ra­zem także zwolni uścisk w od­po­wied­nim mo­men­cie. Lekko ude­rzam jego dłoń, co skła­nia go do zła­pa­nia mnie jedną ręką za oba nad­garstki. Pra­wie je miaż­dży. Boli tak, że po po­licz­kach za­czy­nają mi pły­nąć łzy.

– Te­stu­jesz moją cier­pli­wość – szep­cze, a jego twarz za­czyna mi się roz­ma­zy­wać przed oczami.