Zapomniana miłość. Night - Anna Wolf - ebook
NOWOŚĆ

Zapomniana miłość. Night ebook

Wolf Anna

4,7

1252 osoby interesują się tą książką

Opis

Dla Nighta bycie częścią Black Angels MC jest wszystkim. Mimo że demony ścigają go każdego dnia, biker próbuje z nimi walczyć i wymazać przeszłość. Przeszłość tymczasem staje przed nim pewnego dnia w osobie Willow Burnett. Kobieta zjawia się w jego życiu ponownie niczym ognisty podmuch. Chociaż motocyklista wie, że może się sparzyć, chce pomóc swej dawnej miłości, bo kiedyś mocno ją skrzywdził. Nie wie, że to, przed czym dziewczyna ucieka, może ich dwójkę oraz klub naprawdę sporo kosztować. Zwłaszcza że odżywają dawno zapomniane uczucia. Poczucie winy sprawia, że sypią się między obojgiem iskry, a żal zamienia się w namiętność. Jest jednak coś, co może wszystko zburzyć. Coś, przez co noszą wciąż palące blizny nie tylko w sercach… 
Miłość bywa lekarstwem, ale czy dla nich?  Czy uleczą swe serca i zapomną o tym, co ich rozdzieliło na lata?      

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 306

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (58 ocen)
46
7
3
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
aneta1100

Nie oderwiesz się od lektury

Kolejna świetna książka mojej ulubionej autorki .
10
Emilianaj

Nie oderwiesz się od lektury

super
10
goha76

Nie oderwiesz się od lektury

Super!!!
00
Korteress55

Dobrze spędzony czas

Bohaterowie w tym tomie nie zachwycili mnie. Dialogi są za bardzo wulgarne i trochę sztucznie. Pierwsza część była o wiele lepsza. Jednak polecam, bardzo miło spędzony czas.
00
mxaxrtx

Nie oderwiesz się od lektury

Super :)
00



I

Cięż­kie po­wie­trze nie­mal osia­dło mu w płu­cach. Było tak za każ­dym ra­zem, kie­dy w Mis­si­si­pi wzra­stał po­ziom wil­go­ci i ta do­słow­nie pa­no­szy­ła się w mie­ście. Przy­tknął bu­tel­kę do ust, po czym upił łyk i ob­ser­wo­wał kro­ple desz­czu ude­rza­ją­ce o zie­mię. Uno­szą­cy się w po­wie­trzu za­pach przy­po­mniał mu dom, o któ­rym zdą­żył już za­po­mnieć. Tak na­praw­dę nie chciał pa­mię­tać… Wy­ma­zał wszyst­ko z pa­mię­ci. Obie­cał, a w su­mie to na­wet przy­siągł so­bie, że ni­g­dy, na­praw­dę ni­g­dy nie wró­ci do ro­dzin­nej miej­sco­wo­ści ani do wspo­mnień z nią zwią­za­nych. Nie były do­bre. Przy­naj­mniej nie wszyst­kie. Część była miła, ale póź­niej sma­ko­wa­ły i do tej pory sma­ku­ją go­ry­czą. I cho­ciaż tak bar­dzo chciał, by w koń­cu się ulot­ni­ły, nie uda­ło się. Od cza­su do cza­su wra­ca­ły. Tak jak te­raz, kie­dy stał przed klu­bo­wym do­mem i wcią­gał w noz­drza prze­sy­co­ne wil­go­cią po­wie­trze.

Za­cią­gnął się nim. Lu­bił deszcz i jego za­pach. Tyle że cza­sem przy­po­mi­nał mu o rze­czach, któ­re ni­g­dy nie po­win­ny się wy­da­rzyć. Po­tarł dło­nią przed­ra­mię i za­pa­trzył się w ciem­ność. Tyl­ko on wie­dział, że bli­zny miał nie tyl­ko na ser­cu i du­szy.

Od­wró­cił gło­wę i uśmiech­nął się. Pre­zes i Eli ba­wi­li się na im­pre­zie, któ­rą klu­bo­wy brat wy­pra­wił te­raz swo­jej żo­nie, po dwóch mie­sią­cach po ich ślu­bie. Nie bar­dzo to ro­zu­miał, na­to­miast po szczę­ściu wy­pi­sa­nym na twa­rzy sta­rej ich przy­wód­cy mógł stwier­dził, że chy­ba wszyst­kie ko­bie­ty chcia­ły tego sa­me­go. Suk­ni, we­se­la i tor­tu ślub­ne­go. Suk­nia była, ale czer­wo­na, we­se­le ra­czej przy­po­mi­na­ło klu­bo­wą im­pre­zę, tyl­ko bez dzi­wek. No i był im­po­nu­ją­cych roz­mia­rów tort. Pierw­szy raz wi­dział Dark­nes­sa tak uśmiech­nię­te­go.

Cho­le­ra, jed­nak mi­łość zmie­nia­ła coś w czło­wie­ku. I to na lep­sze. Wie­dział, że Eli była dla pre­ze­sa jego ser­cem. A Ni­ght nie czuł za­zdro­ści. Je­dy­nie cie­szył się ich szczę­ściem, jed­no­cze­śnie zda­jąc so­bie spra­wę, że on sam miał mar­ne szan­se na cho­ciaż­by uła­mek tego, co łą­czy­ło tam­tą dwój­kę. Chciał­by, ale… Chcieć nie ozna­cza­ło móc. Miał świa­do­mość, że to, co było mię­dzy jego klu­bo­wym bra­tem i Eli, jemu się ni­g­dy nie przy­tra­fi. Nie z jego wy­glą­dem i prze­szło­ścią.

Ode­tchnął głę­bo­ko i po­ki­wał gło­wą. Zo­sta­nie tu­taj. To miej­sce było jego do­mem, a Black An­gels ro­dzi­ną. W Co­rinth był u sie­bie. Zy­skał do tego nową przy­ja­ciół­kę, więc ni­g­dzie się nie wy­bie­rał. Nie miał do­kąd i po co, a mimo to jego du­szę szar­pa­ło coś, cze­go nie po­tra­fił na­zwać. Czuł gnio­tą­ce go po­czu­cie winy, któ­re­go pró­bo­wał się po­zbyć przez te wszyst­kie lata. Cza­sem się za­sta­na­wiał, czy nie za­cho­wał się jak szma­ta, ale żeby nie po­paść w sa­mo­bi­czo­wa­nie, od­ga­niał te my­śli. Ni­cze­go no­we­go by nie wnio­sły, a jemu nie­po­trzeb­ne były wy­rzu­ty su­mie­nia, na­wet je­śli uwa­żał się za by­dla­ka.

Do­pił swo­je piwo, od­sta­wił bu­tel­kę na zie­mię i ru­szył przed sie­bie, by się od­da­lić od im­pre­zy, bo nie miał ocho­ty na pi­jań­stwo ani na ja­ką­kol­wiek za­ba­wę. Cza­sem po­trze­bo­wał sa­mot­no­ści, któ­rą zresz­tą lu­bił. Dzi­siaj był taki dzień, kie­dy nie chciał my­śleć. Al­ko­hol w tym po­ma­gał, tyl­ko że on nie chciał upi­jać się z resz­tą to­wa­rzy­stwa. Wo­lał wsiąść na mo­to­cykl i po­jeź­dzić. To był jego plan, tyl­ko nie­ste­ty jeż­dże­nie w desz­czu nie na­le­ża­ło do jego ulu­bio­nych za­jęć, więc wy­brał coś in­ne­go. Rzu­cił okiem na klu­bo­wy dom, z któ­re­go do­cho­dzi­ła gło­śna mu­zy­ka oraz prze­krzy­ki­wa­nia bra­ci, po czym skie­ro­wał kro­ki do zbro­jow­ni. To tam cza­sem ucie­kał, kie­dy po­trze­bo­wał sa­mot­no­ści.

Wdra­pał się na dach. Był do­kład­nie w tym sa­mym miej­scu, z któ­re­go miał oko na tych far­bo­wa­nych gli­nia­rzy. Bu­dy­nek był daw­no temu czę­ścią ja­kiejś fa­bry­ki. Ni­g­dy do koń­ca się nie za­sta­na­wiał, co tu­taj pro­du­ko­wa­no. To nie mia­ło więk­sze­go zna­cze­nia. Było, mi­nę­ło. Ży­cie… On i za­pew­ne więk­szość klu­bo­wych bra­ci do­świad­czy­ła tego na swo­jej skó­rze. A jego skó­ra pa­mię­ta­ła aż za do­brze.

Spoj­rzał na swo­ją lewą rękę. Była po­kry­ta ta­tu­aża­mi, tak samo jak pra­wa. Miał zro­bio­ne całe rę­ka­wy, cho­ciaż ten dru­gi do­koń­czył za­le­d­wie dwa ty­go­dnie temu, i to nie bez przy­czy­ny. Ale nie chciał o tym na­wet my­śleć.

W koń­cu się pod­niósł, po­pa­trzył na prze­ja­śnia­ją­ce się nie­bo i po kil­ku mi­nu­tach był na dole przed zbro­jow­nią. Mimo wcze­śniej­sze­go na­sta­wie­nia po­sta­no­wił do­łą­czyć do chło­pa­ków. Ja­koś za bar­dzo mu się wdar­ły do gło­wy nie­chcia­ne ob­ra­zy z prze­szło­ści. Po­sta­no­wił je wy­ma­zać. Ni­g­dy nie brał, nie ja­rał blan­tów, a choć al­ko­ho­lu so­bie nie ża­ło­wał, za­wsze wie­dział, kie­dy się za­trzy­mać. Nie chciał skoń­czyć jak… To była wła­śnie jego ba­rie­ra. Choć jako czar­na owca w ro­dzi­nie mógł już ro­bić tyl­ko to, co uwa­żał za sto­sow­ne, sam usta­wił so­bie gra­ni­ce w pew­nych spra­wach. A do tego nie mu­siał się ni­ko­mu spo­wia­dać. Po­sia­da­nie ta­kiej po­zy­cji było wy­god­ne.

Kop­nął nie­wiel­ki ka­myk i ru­szył do klu­bo­we­go domu. Za­nim wszedł od środ­ka, do­strzegł Pam, któ­ra uśmiech­nę­ła się na jego wi­dok.

– Cześć, Ni­ght.

– Cześć.

– Idziesz do środ­ka?

– Być może – od­po­wie­dział.

– To być może masz ocho­tę na seks?

– To pro­po­zy­cja?

– Ow­szem. Więc jak, kow­bo­ju?

Na ostat­nie sło­wo się spiął, ale po chwi­li roz­luź­nił. Prze­cież nikt tu­taj nie wie­dział, kim tak na­praw­dę był albo ra­czej z ja­kiej ro­dzi­ny się wy­wo­dził.

– Tu­taj. – Po­cią­gnął ją za bu­dy­nek. Wo­lał to ro­bić w ci­szy i bez mie­lą­cych ozo­rem bra­ci. Cza­sem mu nie prze­szka­dza­ło upra­wia­nie sek­su gdzieś na ubo­czu w jed­nym po­miesz­cze­niu, ale nie dzi­siaj. Dzi­siaj po­trze­bo­wał prze­strze­ni.

– To co mam…? – urwa­ła, bo uci­szył ją dło­nią.

– Klęk­nij i mi ob­cią­gnij.

– Nie chcesz…?

– Nie chcę. To dla cie­bie ja­kiś pie­przo­ny pro­blem?

– Ależ skąd­że zno­wu. Są­dzi­łam tyl­ko… Zresz­tą nie­waż­ne – cmok­nę­ła i się uśmiech­nę­ła.

Na­wet w pół­mro­ku wi­dział jej słod­ką twarz. Lu­bił ją, to zna­czy lu­bił się z nią pie­przyć. Ni­g­dy mu nic nie po­wie­dzia­ła, ale też ni­g­dy się przy niej cał­kiem nie ro­ze­brał. Chy­ba przed żad­ną ko­bie­tą nie sta­nął nagi. Nie chciał. A klu­bo­wa ci­zia, je­śli na­wet coś doj­rza­ła, to zwy­czaj­nie tego nie sko­men­to­wa­ła.

Roz­piął spodnie, opu­ścił je wraz z bok­ser­ka­mi ni­żej, żeby dać dziew­czy­nie lep­szy do­stęp do sie­bie, a na­stęp­nie po­czuł jej cie­płą dłoń na swo­im fiu­cie. Lek­ko się spiął, co szyb­ko ustą­pi­ło, bo usta Pam zna­la­zły się na jego sprzę­cie. Po­czuł bło­gość, kie­dy za­czę­ła go de­li­kat­nie li­zać, po czym ssać. Tak, to było to, cze­go te­raz po­trze­bo­wał.

– Szyb­ciej – sap­nął, gdy ona pra­co­wa­ła nad nim in­ten­syw­nie.

Jego ku­tas cały zni­kał po­mię­dzy jej cie­pły­mi war­ga­mi, któ­ry­mi szczel­nie go obej­mo­wa­ła. To było w cho­le­rę przy­jem­ne, do tego stop­nia, że gdy moc­niej go za­ssa­ła, mało bra­ko­wa­ło, a do­szedł­by. Jed­nak po­trze­bo­wał jesz­cze tego cze­goś. Dla­te­go zła­pał ją za wło­sy z tyłu gło­wy i za­czął sam nada­wać rytm jej ustom, kie­dy zwin­nie opla­ta­ła go ję­zy­kiem. To była tyl­ko chwi­la, ale taka, że bły­ska­wicz­nie do­szedł w jej ustach.

– Dzię­ki – mruk­nął, gdy Pam wsta­ła i spoj­rza­ła na nie­go wy­mow­nie.

– Nie ma za co, cho­ciaż ja żad­nej przy­jem­no­ści z tego nie mia­łam – po­wie­dzia­ła z prze­ką­sem, ale bez ob­ra­ża­nia się.

– W klu­bie na pew­no znaj­dzie się chęt­ny, któ­ry spra­wi, że ten wie­czór sta­nie się lep­szy, ale to nie będę ja.

– Dla­cze­go?

– Bo skoń­czy­li­śmy – uciął krót­ko.

– Dziw­ny je­steś – wes­tchnę­ła i zo­sta­wi­ła go w spo­ko­ju.

Pam nie do koń­ca ro­zu­mia­ła bi­ke­ra. Zresz­tą chy­ba żad­na z klu­bo­wych suk, któ­re tu­taj prze­by­wa­ły w week­en­dy, nie wie­dzia­ła, dla­cze­go męż­czy­zna się tak za­cho­wy­wał. Niby w su­mie nie róż­nił się od in­nych, ale nie przy­po­mi­na­ła so­bie, żeby ona ani któ­raś z ko­biet chwa­li­ła się, że spę­dzi­ła z nim noc. Od­wró­ci­ła się jesz­cze na chwi­lę. Stał tam z od­pa­lo­nym pa­pie­ro­sem. Nie zna­ła go, ale tro­chę zna­ła się na lu­dziach i wy­glą­dał jej na nie­zbyt szczę­śli­we­go czło­wie­ka. Cho­ciaż, co ona tam mo­gła wie­dzieć. Nie za­wra­ca­jąc so­bie nim wię­cej gło­wy, znik­nę­ła w klu­bo­wym domu.

Nie­do­pa­łek wy­lą­do­wał na zie­mi, bi­ker zdep­tał go bu­tem i ru­szył w kie­run­ku swo­jej ma­szy­ny, bo zmie­nił zda­nie na te­mat im­pre­zy. Poza tym za­je­bi­ście ko­chał swój mo­to­cykl i prze­jażdż­ki. Wte­dy czuł się pie­prze­nie wol­ny. Wiatr we wło­sach i na skó­rze spra­wiał, że wła­śnie w ta­kich chwi­lach był szczę­śli­wy. Na­praw­dę szczę­śli­wy.

Prze­ciął po­dwór­ko i pod­szedł do swo­jej dzie­cin­ki. Do­siadł ją, a po chwi­li, gdy sil­nik za­mru­czał, za­piął kask pod bro­dą. Nie lu­bił zbyt­nio ry­zy­ko­wać. Już raz miał po­waż­ny uraz po wy­pad­ku, więc ogra­ni­czał ry­zy­ko. Każ­de.

Wy­je­chał za bra­mę klu­bu i ru­szył przed sie­bie w ciem­ność Mis­si­si­pi. Cie­płe po­wie­trze otu­la­ło go, kie­dy spo­koj­nie po­ko­ny­wał ko­lej­ne ki­lo­me­try. Je­chał bez celu. Sam. Bez kum­pli. Było mu to te­raz wy­jąt­ko­wo po­trzeb­ne. Cho­ciaż jego wspo­mnie­nia i te­raź­niej­szość mia­ły gorz­ki po­smak, nie za­zdro­ścił ni­ko­mu szczę­ścia. Po pro­stu wie­dział, że jemu już ono nie bę­dzie dane. Na­to­miast z jed­nej rze­czy cie­szył się naj­bar­dziej: była to przy­jaźń ze sta­rą pre­ze­sa. Wie­dział, że bę­dzie ona jak ość w gar­dle Dark­nes­sa, ale aku­rat to miał w no­sie. Nie od­bił­by ni­ko­mu ko­bie­ty. Mimo że Eli była ład­na, to zu­peł­nie nie w jego ty­pie. O swo­im ty­pie wo­lał nie pa­mię­tać. Od­ciął się od tam­te­go ży­cia i prze­sta­ło ono dla nie­go ist­nieć. On też jak­by nie ist­niał. Był te­raz tyl­ko Ni­gh­tem i to mu­sia­ło wszyst­kim wy­star­czyć. Jemu wy­star­cza­ją­co się po­do­ba­ło. W su­mie dla Eli był wam­pi­rem, co też mu pa­so­wa­ło.

Uśmiech­nął się i cięż­ko wes­tchnął, a na­stęp­nie zje­chał do przy­droż­ne­go baru. Był głod­ny. Za­ję­ty po­sęp­ny­mi my­śla­mi nie zdą­żył nic zjeść od śnia­da­nia, więc za­par­ko­wał na koń­cu par­kin­gu przed bu­dyn­kiem, w któ­rym mie­ścił się bar. Wy­łą­czył sil­nik, zsiadł i się ro­zej­rzał. Nie po­trze­bo­wał kło­po­tów, gdy miał na ple­cach klu­bo­wą ka­mi­zel­kę. Nie miał się oczy­wi­ście cze­go oba­wiać, mimo że lu­dzie cza­sem dziw­nie re­ago­wa­li na klu­bo­we bar­wy. Nie każ­dy był przy­jaź­nie na­sta­wio­ny, ale ni­g­dy nic złe­go go nie spo­tka­ło.

Scho­wał klu­czy­ki od swo­jej ma­szy­ny do kie­sze­ni spodni, a na­stęp­nie wszedł do środ­ka. Kil­ko­ro sie­dzą­cych go­ści na­wet na nie­go nie za­re­ago­wa­ło, co mu od­po­wia­da­ło. Za­jął miej­sce przy miesz­czą­cym się koło okna sto­li­ku, skąd miał na wi­do­ku cały bar, łącz­nie z włą­czo­nym te­le­wi­zo­rem, któ­ry nada­wał ja­kieś wia­do­mo­ści. Te zaś gów­no go ob­cho­dzi­ły.

– Dzień do­bry. Co ci po­dać? – za­py­ta­ła dość mło­da kel­ner­ka.

– A co po­le­casz?

– O tej po­rze – zer­k­nę­ła w kart­kę – pro­po­nu­ję pie­czo­ne ziem­nia­ki, stek oraz sa­łat­kę, je­śli lu­bisz.

– Więc po­pro­szę taki ze­staw.

– Piwo?

– Colę, je­śli moż­na.

– Ja­sne, że moż­na. – Ko­bie­ta po­sła­ła Ni­gh­to­wi uśmiech, po czym ode­szła.

Bi­ker roz­siadł się wy­god­nie i ob­ser­wo­wał oto­cze­nie. Lu­bił to ro­bić, bo wie­le mu to uła­twia­ło. Na przy­kład w prze­wi­dy­wa­niu ludz­kich dzia­łań. Miał in­tu­icję i dzię­ki niej ja­koś się to jego ży­cie to­czy­ło do przo­du bez spe­cjal­nych przy­gód, co mu od­po­wia­da­ło.

Ode­rwał wzrok od szy­by i sku­pił się na wi­szą­cym pu­dle, na któ­re­go ekra­nie po­ka­zy­wa­no po­żar. Pa­trzył na ob­ra­zy bez­na­mięt­nie, po czym sku­pił swój wzrok na ko­bie­cie, któ­ra szła z jego za­mó­wie­niem.

– Dzię­ki – ode­zwał się, kie­dy po­sta­wi­ła przed nim ta­lerz oraz szkla­ną bu­tel­kę coli.

– Smacz­ne­go – po­wie­dzia­ła i po­ło­ży­ła na sto­li­ku ser­wet­kę.

Kie­dy ode­szła, Ni­ght za­uwa­żył, że zo­sta­wi­ła na niej nu­mer te­le­fo­nu. Olał to, bo i tak by z nie­go nie sko­rzy­stał. Nie chciał. Za to chwy­cił wi­de­lec i za­czął jeść pie­czo­ne ziem­nia­ki, któ­re były na­praw­dę do­bre, a po chwi­li do ust wpa­ko­wał spo­ry ka­wa­łek od­kro­jo­ne­go ste­ku. Prze­żu­wał po­wo­li, bo ni­g­dzie mu się nie spie­szy­ło. W klu­bie cze­ka­ło tyl­ko pi­jań­stwo, a on nie miał dzi­siaj ocho­ty na pro­cen­ty.

W po­ło­wie po­sił­ku po­now­nie spoj­rzał na te­le­wi­zor. Le­cia­ło coś z ostat­niej chwi­li. Za­wie­sił wzrok na mi­gaw­ce ob­ra­zów i za­stygł z wi­del­cem w dło­ni. Prze­łknął, po­pił i wstał, a na­stęp­nie pod­szedł bli­żej, by do­kład­niej wsłu­chać się w wia­do­mo­ści. Przy­sta­nął kil­ka me­trów od pu­dła, za­ło­żył ra­mio­na na klat­ce pier­sio­wej i sku­pił się na sło­wach re­por­te­ra. Zmarsz­czył czo­ło, ścią­gnął brwi, a na koń­cu za­ci­snął usta w wą­ską li­nię i ru­szył do kasy.

– Dzię­ku­ję. – Po­ło­żył pie­nią­dze na la­dzie. – To za tam­ten – wska­zał sto­lik – po­si­łek.

– Sma­ko­wa­ło?

– Tak. Do wi­dze­nia – po­że­gnał się i wy­szedł na ze­wnątrz, gdzie ude­rzy­ło w nie­go wie­czor­ne i dość par­ne po­wie­trze Mis­si­si­pi.

Wziął głę­bo­ki wdech. Wciąż pach­nia­ło desz­czem i czymś, cze­go nie po­tra­fił wy­tłu­ma­czyć. Cza­sem czuł dziw­ną woń, któ­rej nie mógł do ni­cze­go przy­pi­sać, ale wie­dział, że to jego umysł pła­tał mu fi­gle. Nie uwa­żał się za szur­nię­te­go, po pro­stu pew­ne za­pa­chy za­pa­mię­tał z dzie­ciń­stwa. Nie­chęt­nie wy­cią­gnął te­le­fon z kie­sze­ni i wy­brał nu­mer w na­dziei, że ktoś obie­rze. Daw­no tam nie dzwo­nił. Przy­ło­żył iPho­ne’a do ucha i cze­kał pe­wien, że jak za­wsze po dru­giej stro­nie bę­dzie ta jed­na oso­ba.

– Tak, słu­cham? – Spiął się na dźwięk tego gło­su. – Halo? Jest tam kto? – Nie ode­zwał się, nie był w sta­nie. – To ty, Nath?

Chciał po­wie­dzieć, że tak, ale usta wciąż miał za­mknię­te. Nie chcia­ły z nim współ­pra­co­wać, więc na li­nii pa­no­wa­ła ci­sza. On nie był w sta­nie wciąż wy­du­sić ni sło­wa, a po dru­giej stro­nie sły­chać było je­dy­nie cięż­ki od­dech. Ko­bie­ta się nie roz­łą­czy­ła.

– Pro­szę, po­wiedz, że je­steś Na­tha­nie­lem.

Za­mknął na chwi­lę po­wie­ki. Coś ści­snę­ło go w klat­ce pier­sio­wej. Po­czu­cie winy? Nie zro­bił nic, przez co miał­by się tak czuć. Może prócz tam­te­go…

– Cześć – uda­ło mu się wy­du­sić, mimo za­ci­śnię­te­go gar­dła – mamo.

Po jego sło­wach za­pa­dła po­now­nie ci­sza. Nie wie­dział, czy ko­bie­ta się roz­łą­czy­ła, gdyż sa­pa­nie usta­ło. Do­my­ślał się, że prze­ży­ła wła­śnie szok, ale… Kur­wa, nie mógł ina­czej.

– Wszyst­ko z tobą do­brze? – za­py­ta­ła szep­tem.

– Czy on tam jest?

– Nie, nie ma – od­po­wie­dzia­ła nor­mal­nym to­nem, ale on jej nie wie­rzył. – My­śla­łam, że… – urwa­ła.

– Nie żyję? Ow­szem, Na­tha­niel Red­sto­ne nie żyje. Nie ma go. Umarł dzie­sięć lat temu – po­wie­dział spo­koj­nym to­nem.

– Wró­cisz?

– Nie, po­nie­waż nie żyję.

– Nie mów tak.

– Ja pie­przę – sap­nął ci­cho. – Nie mogę wró­cić, to się źle skoń­czy i do­brze, do cho­le­ry, wiesz dla­cze­go.

– Nie zro­bisz tego – wy­du­si­ła.

– Nie zro­bię? Myślisz, że nie je­stem w sta­nie go uszko­dzić?

– Znam cię, nie je­steś. Poza tym nie masz za co.

Tu­taj się z nią, do chu­ja, nie zga­dzał. Było wie­le rze­czy, wie­le po­wo­dów, za któ­re tam­te­mu na­le­żał się po­rząd­ny wpier­dol. A Ni­ght mógł­by go za­bić go­ły­mi pię­ścia­mi i wte­dy mat­ka by go znie­na­wi­dzi­ła. Wo­lał więc ta­kie wyj­ście. Było bez­piecz­niej­sze. Uda­wa­nie, że nie żyje, roz­wią­zy­wa­ło wszyst­kie kło­po­ty. Zresz­tą fak­tycz­nie ofi­cjal­nie zmarł.

– Jak wspo­mnia­łem, Na­tha Red­sto­ne’a już nie ma po­śród nas, więc wierz mi, że na­sze spo­tka­nie nie na­le­ża­ło­by do mi­łych. Nie po tym wszyst­kim, co się wy­da­rzy­ło.

– To był cho­ler­ny wy­pa­dek. To wszyst­ko… Nikt nic nie zro­bił. Nikt nie był ni­cze­mu wi­nien, syn­ku.

– Do­brze cię było usły­szeć, mamo. Trzy­maj się i… Po pro­stu uwa­żaj na sie­bie – po­wie­dział.

– Wil­low…

– Nie wy­po­wia­daj tego imie­nia – wark­nął.

– Ale…

– Po­prze­stań­my na tym, że za­dzwo­ni­łem. Do­brze było cię usły­szeć, cześć.

Tym ra­zem to on od razu się roz­łą­czył, po czym scho­wał te­le­fon do kie­sze­ni i ru­szył w kie­run­ku mo­to­cy­kla. Wsiadł, za­piął kask i od­je­chał z ry­kiem sil­ni­ka. Wie­dział, że prze­pi­so­wa jaz­da nie przy­nie­sie mu ulgi, więc na dłu­giej pro­stej przy­spie­szył, bo wła­śnie te­raz za­czę­ły go po­now­nie ści­gać de­mo­ny. To był pier­do­lo­ny błąd, że za­dzwo­nił do mat­ki po tylu la­tach mil­cze­nia, jed­nak mu­siał wie­dzieć, czy u niej wszyst­ko do­brze. Z te­le­wi­zji wie­dział, że pa­li­ło się są­sied­nie ran­czo, a ogień za­wsze szyb­ko się roz­prze­strze­niał. No ale sko­ro wszyst­ko było okej, nie miał za­mia­ru wię­cej zaj­mo­wać so­bie tym gów­nem gło­wy. Jak pod­kre­ślił w roz­mo­wie, Nath nie żył. Zmarł tam­tej nocy. A Ni­ght na­ro­dził się w mro­ku ta­jem­nic i licz­nych ran.

Żył już in­nym ży­ciem, a je­dy­na ro­dzi­na, jaką miał, to klu­bo­wi bra­cia. Był wdzięcz­ny za wszyst­ko, co było mu te­raz dane.

II

Pani Red­sto­ne sta­ła cią­gle w tym sa­mym miej­scu z te­le­fo­nem w dło­ni. Była w szo­ku. Nie spo­dzie­wa­ła się usły­szeć syna po tylu la­tach, mimo że wciąż ży­wi­ła na­dzie­ję, że wró­ci. Nie wró­cił i wie­dzia­ła, że to już ni­g­dy nie na­stą­pi. Nie dzi­wi­ła mu się, ale jed­no­cze­śnie uwa­ża­ła, że to, co się wy­da­rzy­ło, to był zwy­czaj­nie nie­szczę­śli­wy wy­pa­dek. Tyle że te kłót­nie… to jak jej mąż od­zy­wał się do ich syna… Nie, to mu­sia­ło się tak skoń­czyć. A do tego póź­niej­sze wy­da­rze­nia…

– Co tak sto­isz? Umarł ktoś? – pa­dło zza jej ple­ców.

– Chcia­łam za­dzwo­nić do Noel, ale za­po­mnia­łam po co – skła­ma­ła.

– Po­win­naś iść do le­ka­rza, Pati, co­raz czę­ściej ci się to zda­rza.

Nie sko­men­to­wa­ła tego. Po pro­stu mia­ła go cza­sa­mi do­syć, więc uda­wa­ła, że się po­my­li­ła, że nie pa­mię­ta. Tak było pro­ściej. Kit na sta­rość ro­bił się upier­dli­wy i od­no­si­ła wra­że­nie, że przez całe ży­cie uwa­żał się za lep­sze­go od in­nych, a wca­le tak nie było.

– My­ślisz, że nie żyje?

– Kto? – za­py­tał i na­lał so­bie mro­żo­nej her­ba­ty.

– Nath – od­po­wie­dzia­ła, a jej mąż za­marł z trzy­ma­ną szklan­ką w dło­ni.

– Dla­cze­go o nim wspo­mi­nasz?

– Bo to nasz syn – po­wie­dzia­ła.

– Nie mam syna.

– Prze­stań – syk­nę­ła. – Gdy­by nie tam­to… On wciąż był­by tu­taj.

– Gdy­by był moim sy­nem, ni­g­dy nie za­dał­by się z Bur­net­ta­mi.

– Za­ko­chał się. Jezu, też by­łeś mło­dy.

– Ale nie taki głu­pi jak on. Oni chcie­li tyl­ko na­szej zie­mi, nie mo­głem na to po­zwo­lić. Nie chcia­łem, żeby nasz syn spo­ty­kał się z tą ich dzie­wu­chą.

Te sło­wa spra­wi­ły, że pierw­szy raz od tam­te­go wy­pad­ku, spoj­rza­ła ina­czej na męża.

– Co masz na my­śli, mó­wiąc mi, że nie mo­głeś na to po­zwo­lić?

– A jak my­ślisz?

– No wła­śnie py­tam cie­bie. – Za­czął w niej ro­snąć gniew. Taki po­tęż­ny, jak ni­g­dy w ży­ciu. Za­wsze była grzecz­na wo­bec męża, w su­mie nie mia­ła na co na­rze­kać. Kit ni­g­dy jej nie ude­rzył, ani na nią nie krzy­czał, ale w sto­sun­ku do syna był bar­dzo sta­now­czy i zbyt wy­ma­ga­ją­cy. Cza­sa­mi tro­chę oschły.

– Bur­net­to­wie to nie jest to­wa­rzy­stwo dla nas.

– Żar­tu­jesz? Prze­cież przy­jaź­nię się z Noel, a ty mi mó­wisz ta­kie rze­czy?

– Noel to nie Bur­nett.

– A niby kto?

– McPier­son.

– Ale to żona Sama, więc na jed­no wy­cho­dzi. Cho­dzi­łeś z nim na piwo. Więc jak mo­żesz mó­wić, że to nie to­wa­rzy­stwo dla nas?

– Bo Sam to Sam, a Noel to Noel.

– Bre­dzisz, Kit.

– Nie, nie bre­dzę. Kie­dy się upił, po­wie­dział coś, cze­go nie za­po­mnę do koń­ca ży­cia.

– To zna­czy?

– My­ślał, że jak jego cór­ka zo­sta­nie żoną na­sze­go syna, to zie­mię prze­pi­sze­my na dzie­cia­ki.

– Ale co w tym złe­go, żeby na­sze dzie­ci do­sta­ły po nas na­szą zie­mię?

– Ko­bie­to. Po na­szej śmier­ci nic, ale nie te­raz. Ten su­kin­kot my­ślał, że on nie da nic, a my prze­pi­sze­my na nich wszyst­ko.

– Ale to by­ło­by dla dzie­ci i Sam nic by do tego nie miał. Poza tym on i tak ma wię­cej zie­mi od nas. Więc po­wta­rzam, że bre­dzisz, czło­wie­ku – po­wie­dzia­ła. Po­wo­li za­czy­na­ła wąt­pić w sło­wa męża. Wi­docz­nie po­szło jesz­cze o coś in­ne­go, cze­go Kit nie chciał zdra­dzić.

– Ale na­sza zie­mia jest wię­cej war­ta. Dla­te­go wła­śnie nie mo­głem po­zwo­lić, żeby nasz syn oże­nił się z tą… – Wy­krzy­wił usta.

– Nie kończ! Jak śmiesz! – pod­nio­sła głos, aż jej mąż zro­bił wiel­kie oczy. – Oni nie mie­li brać ślu­bu. Oni się tyl­ko spo­ty­ka­li. Jezu, Kit! Byli w so­bie za­ko­cha­ni. Wi­dzia­łam mo­je­go syna, i to, jaki był szczę­śli­wy, do cho­le­ry! Ale po­sta­no­wi­łeś wszyst­ko ze­psuć! Znisz­czy­łeś na­szą ro­dzi­nę!!! – wrza­snę­ła. Wy­rzu­ci­ła z sie­bie coś, co gry­zło ją już od de­ka­dy. – My­śla­łam, że cię znam. Ale oka­zu­je się, że po tylu la­tach mój wła­sny mąż to pod­ły czło­wiek i zdraj­ca.

– Ni­ko­go nie zdra­dzi­łem! – Huk­nął szklan­ką o blat. – To Na­tha­niel nas zdra­dził, pro­wa­dza­jąc się z tą… tą Bur­net­tów­ną.

– Śmiem twier­dzić, że to, co się wy­da­rzy­ło, nie było nie­szczę­śli­wym wy­pad­kiem, a nasz syn miał ra­cję, kie­dy o tym po­wie­dział.

– A że­byś wie­dzia­ła, że nie było – wy­ce­dził, a jego żona na chwi­lę za­mar­ła.

– Niech cię dia­bli, Kit! Mam cię dość!! – krzyk­nę­ła i wy­bie­gła z domu.

*

Tego wie­czo­ru ani pani Red­sto­ne, ani Ni­ght nie mie­li spo­ko­ju. De­mo­ny prze­szło­ści tar­ga­ły ich umy­sła­mi i du­sza­mi. Bi­ker po szyb­kiej jeź­dzie zwol­nił i mknął dro­gą w kie­run­ku klu­bu. Mimo że było dość póź­no, to imię brzę­cza­ło mu w gło­wie. Tak bar­dzo, że się za­trzy­mał. Chciał za­po­mnieć. Za­ko­pać prze­szłość, nie wra­cać i uda­wać, że nic ta­kie­go nie mia­ło miej­sca. Ale mia­ło. Za­ci­snął szczę­ki, po czym wje­chał na te­ren klu­bu. Za­par­ko­wał w rzę­dzie za in­ny­mi mo­to­cy­kla­mi. Wy­łą­czył sil­nik, ścią­gnął kask z gło­wy i od­wie­sił na kie­row­ni­cy, a po chwi­li ru­szył do środ­ka, gdzie im­pre­za trwa­ła w naj­lep­sze.

– Gdzie by­łeś, bra­cie? – za­py­tał Ste­el.

– Mu­sia­łem od was od­po­cząć, skur­wie­le – rzu­cił z prze­ką­sem.

– Bar­dzo, kur­wa, za­baw­ne. Wi­dzisz, jak się śmie­ję? – Wy­szcze­rzył się sztucz­nie, po czym zro­bił po­waż­ną minę.

– No wi­dzisz, jaki je­stem za­baw­ny? – prych­nął.

– Na­pi­jesz się?

– Któ­ry to już wasz to­ast za parę mło­dą? – za­py­tał, kie­dy wszedł do sa­lo­nu.

– Stra­ci­li­śmy ra­chu­bę – przy­znał Ink.

– Tego się do­my­śli­łem, wi­dząc wasz stan.

– Pan, do chu­ja, trzeź­wy się ode­zwał – prych­nął Ice i po­dał Ni­gh­to­wi piwo. – Na­pij się, coś nie­zbyt wy­raź­nie wy­glą­dasz.

– Dzię­ki. – Nie sko­men­to­wał jego słów. Nie chciał. Po pro­stu cza­sem był zmę­czo­ny ży­ciem i trzy­ma­niem gło­wy nad po­wierzch­nią wody.

Gdy Ni­ght do­łą­czył do kum­pli, nie miał po­ję­cia, że jego te­le­fon wy­wo­ła w mał­żeń­stwie pań­stwa Red­sto­ne bu­rzę i to taką z pio­ru­na­mi. Pa­tri­cia Red­sto­ne, na­zy­wa­na przez wszyst­kich Pati, je­cha­ła wła­śnie pół­cię­ża­rów­ką na są­sied­nie ran­czo, gdy do­strze­gła uno­szą­cy się z da­le­ka dym. Przy­spie­szy­ła w na­dziei, że to nie Bur­net­to­wie się palą. Gdy tyl­ko ich ran­czo zna­la­zło się w za­się­gu jej wzro­ku, ode­tchnę­ła z ulgą. Dom był cały, czy­li po­żar tra­wił coś in­ne­go. Ja­dąc do nich, pró­bo­wa­ła so­bie wszyst­ko po­ukła­dać w gło­wie, tyl­ko nie bar­dzo mia­ła jak. Kit na­mie­szał, do tego te­le­fon Na­tha­nie­la… Chcia­ła od­zy­skać syna, ale przez czło­wie­ka, któ­ry był jej mę­żem i oj­cem ich dziec­ka, wy­da­wa­ło się to chy­ba nie­moż­li­we. Do koń­ca nie wie­dzia­ła, co za­szło tam­tej nocy, po któ­rej wszyst­ko się zmie­ni­ło. Pa­mię­ta­ła, że mię­dzy Ki­tem i Na­tha­nie­lem było źle. Po­kłó­ci­li się tak bar­dzo, że Kit ude­rzył wła­sne­go syna. Póź­niej zro­bi­ło się już tyl­ko go­rzej. I jesz­cze ten po­żar…

Kil­ka mi­nut póź­niej za­par­ko­wa­ła auto przed spo­rej wiel­ko­ści do­mem. Wy­łą­czy­ła sil­nik i wy­sia­dła. Le­d­wo we­szła na we­ran­dę, a drzwi się otwo­rzy­ły.

– Sta­ło się coś, Pati? Je­ste­śmy umó­wio­ne ju­tro – ode­zwa­ła się Noel na wi­dok są­siad­ki.

– Mu­szę się na­pić – po­wie­dzia­ła w od­po­wie­dzi.

– Cho­le­ra. – Noel mach­nę­ła ręką za­pra­sza­ją­co, a na­stęp­nie za­mknę­ła za przy­ja­ciół­ką drzwi.

Usia­dły w sa­lo­nie, z któ­re­go mia­ły wi­dok na ogród, bę­dą­cy oczkiem w gło­wie Noel. Ho­do­wa­ła pięk­ne tam kwia­ty, a jej dumą były róże. To wy­ma­ga­ło spo­re­go na­kła­du pra­cy i cza­su, ale cie­szy­ło oko. Pati spoj­rza­ła na kwia­to­wą ta­pe­tę na ścia­nach, któ­ra się nie zmie­ni­ła od lat. Jak­by czas się za­trzy­mał. Może do­brze. Cza­sem zmia­ny nie były do­bre. Cza­sem od­kry­cie praw­dy też. Na­wet czę­ścio­we. Po­dej­rze­wa­ła, że je­dy­nie syn był z nią szcze­ry. Dla­te­go tu­taj przy­je­cha­ła. Chcia­ła od­po­wie­dzi.

– Pro­szę. – Po­da­ła jej drin­ka, któ­ry po se­kun­dzie wy­lą­do­wał w dło­ni Pati.

Ko­bie­ta po­chło­nę­ła go nie­mal na raz.

– Do­lej – po­pro­si­ła, czym za­sko­czy­ła pa­nią domu.

– Do­bra, to może po­wiesz mi, co się sta­ło? – Po­da­ła przy­ja­ciół­ce whi­skey i usia­dła obok niej.

– Na­sze dzie­cia­ki…

– Pati – wes­tchnę­ła Noel – to było…

– Nath ko­chał Wil­low. Wi­dzia­łam, jak na nią pa­trzył, kie­dy my­ślał, że nikt go nie ob­ser­wu­je. To było za­wsze ta­kie do­bre dziec­ko. Na­praw­dę do­bry chło­pak. Pa­so­wa­li do sie­bie obo­je.

– Wiem, Pati. Za­wsze go lu­bi­łam, cze­go nie mogę po­wie­dzieć o two­im Ki­cie.

– Wiem, że mi­nę­ło tyle lat, ale ni­g­dy się nie do­wie­dzia­łam, jak do­szło do tego kosz­mar­ne­go wy­pad­ku, poza tym, że mój mąż po­kłó­cił się z na­szym dziec­kiem.

– Nie tyl­ko z nim. Z Sa­mem też nie gada, chy­ba że musi.

– Wiesz, o co mię­dzy nimi po­szło?

– Ja… To nie jest do­bry mo­ment.

– A kie­dy bę­dzie do­bry? To na­sze dzie­ci ucier­pia­ły naj­bar­dziej. Mój syn wy­je­chał i nie wi­dzia­łam go od dzie­się­ciu lat! – Głos jej się za­ła­mał.

– Przy­kro mi.

– Dzi­siaj pierw­szy raz do mnie za­dzwo­nił, ro­zu­miesz? Oczy­wi­ście nie wró­ci do domu, bo po co? Kit go o wszyst­ko ob­wi­nia. Ma pre­ten­sje, że chcie­li­ście na­szej zie­mi – wy­pa­li­ła Pati i na­sta­ła ci­sza. – Noel? – Red­sto­ne spoj­rza­ła na przy­ja­ciół­kę, któ­ra ucie­kła wzro­kiem.

Czyż­by Kit miał ra­cję?

Te­raz Pati nie wie­dzia­ła, co są­dzić o po­dej­rza­nym mil­cze­niu Noel.

– Mó­wi­łam ci, że to kiep­ski mo­ment.

– O nie. – Od­sta­wi­ła z hu­kiem peł­ną szklan­kę, aż brą­zo­wy płyn ob­lał jej dłoń, czym się zbyt­nio nie prze­ję­ła. – Kit mi po­wie­dział, że to wca­le nie był wy­pa­dek. Co wiesz na ten te­mat? Słu­cham.

Zno­wu za­pa­dła ci­sza. Pati wie­dzia­ła, że okła­my­wa­no ją od tylu lat, ale w koń­cu mia­ła do­syć. Noel była jej przy­ja­ciół­ką od za­wsze, ale wła­śnie za­da­no jej ko­lej­ny cios. Sko­ro tak się spra­wy mia­ły, to jej noga tu­taj już ni­g­dy wię­cej nie po­sta­nie. Wsta­ła, zmie­rzy­ła pa­nią domu obo­jęt­nym spoj­rze­niem i ru­szy­ła do wyj­ścia.

– Pati! Pa­tri­cia! – za­wo­ła­ła za nią Noel i ru­szy­ła za wy­cho­dzą­cą są­siad­ką.

– Cze­go chcesz? – Od­wró­ci­ła się. – Kar­mić mnie ko­lej­ny­mi kłam­stwa­mi? Na­sze dzie­cia­ki się ko­cha­ły, czy tego chcie­li­śmy, czy nie. Taka jest cho­ler­na praw­da. Ale ko­muś to prze­szka­dza­ło i te­raz się za­sta­na­wiam, czy tyl­ko mo­je­mu mę­żo­wi, czy wam rów­nież. A może – zro­bi­ła krok w jej stro­nę – to była wa­sza spraw­ka, co? Może to wy pod­pa­li­li­ście sto­do­łę?

– Jak mo­żesz tak mó­wić?

– Mogę. Mogę mó­wić, co mi się po­do­ba. Bo nie pa­su­je mi, że ko­bie­ta, z któ­rą się przy­jaź­nię od za­wsze, za­pew­ne od lat mnie okła­mu­je. Więc, pani Bur­nett, dzię­ku­ję za drin­ka. Na­sza przy­jaźń wła­śnie się za­koń­czy­ła – rzu­ci­ła i wy­szła, trza­ska­jąc drzwia­mi i zo­sta­wia­jąc za­sko­czo­ną Noel.

Za­pa­no­wa­ła ci­sza. Taka, któ­ra była za­po­wie­dzią bu­rzy, bo ko­bie­ty nie zda­wa­ły so­bie spra­wy, że ich roz­mo­wie przy­słu­chi­wał się jesz­cze je­den czło­nek ro­dzi­ny, któ­ry był tak samo cie­kaw od­po­wie­dzi, jak Pati. Wy­cho­dzi­ło, że nie tyl­ko pani Red­sto­ne nic nie wie­dzia­ła. Ją rów­nież kar­mio­no iden­tycz­ny­mi kłam­stwa­mi. Po ci­chu, żeby nikt nie za­uwa­żył, wy­mknę­ła się z domu, po czym po­bie­gła do staj­ni. Mo­gła­by wziąć sa­mo­chód, ale… w ten spo­sób mo­gła cho­ciaż skła­mać, że wy­bie­ra­ła się na prze­jażdż­kę. Tro­chę cza­su za­ję­ło jej osio­dła­nie ko­nia, ale kie­dy już była w sio­dle, po­gna­ła przed sie­bie ni­czym hu­ra­gan. Chcia­ła po­roz­ma­wiać z pa­nią Red­sto­ne. Mu­sia­ła. I to była je­dy­na taka oka­zja. Bo to, co dzi­siaj usły­sza­ła, wy­peł­ni­ło jej ser­ce smut­kiem, a wspo­mnie­nia po­wró­ci­ły. Ni­g­dy nie chcia­ła się ich po­zbyć, bo tak na­praw­dę pra­wie wszyst­kie były do­bre. Pra­wie.

Po­gna­ła przez łąki w kie­run­ku ran­cha Red­sto­ne’ów. Była ja­kiś ki­lo­metr od ich domu, kie­dy doj­rza­ła sto­ją­ce na po­bo­czu auto. Wie­dzia­ła, do kogo na­le­ży. Zmie­ni­ła kie­ru­nek i po­ga­lo­po­wa­ła pro­sto do nie­go. Za­trzy­ma­ła w koń­cu ko­nia, ze­sko­czy­ła i pu­ści­ła zwie­rzę lu­zem, bo i tak ni­g­dzie by da­lej nie po­szło, a te łąki na­le­ża­ły do jej ro­dzi­ny. W każ­dym ra­zie jesz­cze. Prze­ci­snę­ła się po­mię­dzy dwo­ma wi­szą­cy­mi dru­ta­mi kol­cza­sty­mi i po­de­szła do pic­ku­pa. Za kie­row­ni­cą sie­dzia­ła mama Na­tha­nie­la i… pła­ka­ła. Wil­low wy­cią­gnę­ła rękę i z lek­kim wa­ha­niem za­pu­ka­ła w szy­bę. Pati pod­sko­czy­ła na sie­dze­niu i od­wró­ci­ła gło­wę w jej stro­nę, po czym otar­ła rę­ka­wem łzy i wy­sia­dła.

– Prze­pra­szam, że pa­nią wy­stra­szy­łam – za­czę­ła ze skru­chą w gło­sie.

– Nic się nie sta­ło, Wil­low.

– Czy mo­że­my po­roz­ma­wiać?

– Nie wiem, czy będę mo­gła ci w czymś po­móc. – Pani Red­sto­ne po­cią­gnę­ła no­sem, pró­bu­jąc do­pro­wa­dzić się do po­rząd­ku.

– Sły­sza­łam wa­szą roz­mo­wę – po­wie­dzia­ła bez ogró­dek. – Pani i mamy.

– Ja… Chy­ba nie…

– Moi ro­dzi­ce nie lu­bi­li pani syna.

– Co? – za­py­ta­ła trzeź­wo Pati, mimo że wy­pi­ła drin­ka. – Jak to: nie lu­bi­li? Nie ro­zu­miem, prze­cież…

– Po­wie­dzia­ła pani, że może moi ro­dzi­ce chcie­li pań­stwa zie­mi. Że może ten po­żar to ich spraw­ka… – Za­wie­si­ła głos.

– Ko­cha­nie, tak tyl­ko mó­wi­łam. By­łam zła. Stra­ci­łam syna. On już tu­taj nie wró­ci, a nikt mi nie chce po­wie­dzieć praw­dy.

– Ja nie­wie­le pa­mię­tam z tam­te­go dnia. Wciąż mam ja­kieś luki, ale wiem, że by­łam tam wte­dy z Na­tha­nie­lem. Wcze­śniej oskar­żył mnie o coś, co było nie­praw­dą. To zna­czy tak mi się wy­da­wa­ło, że nie było…

– A mogę wie­dzieć, o co?

– Ga­dał ja­kieś bzdu­ry, któ­rych nie ro­zu­mia­łam. A naj­bar­dziej za­bo­la­ło, kie­dy wy­po­mniał, że go nie ko­cha­łam.

– Jezu – sap­nę­ła jego mama. – Już chy­ba wiem, czy­ja to spraw­ka. I wierz mi lub nie, ale wy­cho­dzi na to, że prócz two­ich ro­dzi­ców we wszyst­kim ma­czał pal­ce mój mąż.

– Nie wiem, ale to było strasz­ne. Strasz­ne – mó­wi­ła te­raz przez łzy. – A póź­niej znik­nął, więc nie tyl­ko pani go stra­ci­ła. Ja rów­nież.

– Przy­kro mi.

– Mnie też. Ko­cha­łam pani syna, na­praw­dę – szep­nę­ła, czu­jąc wciąż pust­kę i ból po jego stra­cie.

– Wie­rzę ci. I on cie­bie rów­nież. To po­win­no tro­chę ina­czej wy­glą­dać. I nie wie­rzę, że nasi bli­scy mo­gli się do­pu­ścić tego wszyst­kie­go. Nie ro­zu­miem, jak mo­gli… – mam­ro­ta­ła pod no­sem Pati, wciąż jesz­cze nie­pew­na, ale po­wo­li ukła­da­ją­ca wszyst­ko w ca­łość.

– Czy pani wie, gdzie on jest? – Zmie­ni­ła odro­bi­nę kie­ru­nek roz­mo­wy.

– Nie­ste­ty nie. Dziś roz­ma­wia­łam z nim pierw­szy raz od tam­te­go wy­da­rze­nia. Za­sko­czył mnie.

– A ma pani do nie­go nu­mer? – Wil­low była cie­ka­wa.

– Mogę go zdo­być. Co praw­da za­dzwo­nił na do­mo­wy, ale do­wiem się.

– Da mi pani znać? – za­py­ta­ła peł­na na­dziei.

– Oczy­wi­ście. I na­praw­dę ża­łu­ję, że to wszyst­ko się tak po­to­czy­ło, ko­cha­nie. – Pat uję­ła Bur­net­tów­nę za dłoń i moc­no ści­snę­ła. Bar­dzo lu­bi­ła tę dziew­czy­nę. Uwa­ża­ła, że sta­no­wi­li z jej sy­nem ład­ną parę.

– Ja też. I bar­dzo prze­pra­szam, że wy­stra­szy­łam.

– Nic się nie sta­ło.

Dziew­czy­na po­że­gna­ła się z pa­nią Red­sto­ne, li­cząc na to, że jesz­cze uda jej się do­wie­dzieć cze­goś o by­łym chło­pa­ku. Od­wró­ci­ła gło­wę i prze­szła na dru­gą stro­nę ogro­dze­nia. Ich są­siad­ka wła­śnie od­jeż­dża­ła, więc Wil­low ru­szy­ła do swo­je­go ko­nia. Czu­ła się dziw­nie nie­swo­jo. Cza­sem się za­sta­na­wia­ła, czy Na­tha­niel o niej my­ślał. Była pew­na, że zmarł, bo ni­g­dy wię­cej go nie wi­dzia­ła, a jego oj­ciec mó­wił o nim tak, jak­by chło­pak nie żył. Ale dzi­siaj wstą­pi­ła w nią nowa na­dzie­ja. Na­dzie­ja… tak na­zwa­ła swo­je­go ko­nia, na któ­re­go wsia­dła i po­gna­ła w kie­run­ku domu. Domu, któ­ry stał się jej pu­łap­ką. Po wszyst­kim za­mknę­ła się bo­wiem w so­bie i za­czę­ła stro­nić od lu­dzi. A kie­dy chcia­ła wró­cić do ży­cia, oka­za­ło się, że jej nie po­zwo­lo­no…

Mniej wię­cej po pół go­dzi­nie była w ro­dzin­nej po­sia­dło­ści. Jak tyl­ko prze­kro­czy­ła próg, na­prze­ciw­ko niej sta­nę­ła jej mama. Zmie­rzy­ła cór­kę wzro­kiem, ale dało się wy­czuć, że w po­wie­trzu coś wisi. Jak­by sie­kie­ra, któ­ra nie­dłu­go ze­tnie ko­muś gło­wę.

– Gdzie by­łaś? – za­py­ta­ła ją mat­ka po­dejrz­li­wie.

– A gdzie ja mo­głam być? Na kon­nej prze­jażdż­ce. – Tyl­ko tro­chę skła­ma­ła. – Nie mogę wiecz­nie sie­dzieć w domu.

– Ro­zu­miem, ale chcia­ła­bym z tobą o czymś po­roz­ma­wiać. – Za­pro­si­ła cór­kę do sa­lo­nu.

– O czym? Sta­ło się coś?

– Była tu­taj Pati – po­wie­dzia­ła jej mama.

– No i? Cza­sem prze­cież wpa­da cię od­wie­dzić. – Wzru­szy­ła od nie­chce­nia ra­mio­na­mi, żeby nie dać po so­bie znać, że o wszyst­kim wie. – Nic no­we­go. I chy­ba ju­tro je­ste­ście umó­wio­ne, praw­da?

– Czy­li nic nie sły­sza­łaś? – za­py­ta­ła, bacz­nie się cór­ce przy­glą­da­jąc.

– Sły­sza­łam o czym? Przed chwi­lą – wska­za­ła drzwi – wró­ci­łam. Na­wet nie wie­dzia­łam, że two­ja przy­ja­ciół­ka cię od­wie­dzi­ła – skła­ma­ła.

– Chy­ba po­kłó­ci­ła się z Ki­tem – po­wie­dział mąż Noel, któ­ry wła­śnie po­ja­wił się w domu i po­ca­ło­wał żonę w po­li­czek, a na­stęp­nie ścią­gnął ka­pe­lusz i otarł chu­s­tecz­ką pot z czo­ła.

– Na to wy­glą­da. Po­noć po­kłó­ci­li się o Na­tha­nie­la – po­wie­dzia­ła i ob­ser­wo­wa­ła re­ak­cję cór­ki.

– To nie moja spra­wa. Idę do kuch­ni. Po­mo­gę Mag­gie przy ko­la­cji – ode­zwa­ła się Wil­low i czmych­nę­ła.

Nie chcia­ła o nim wspo­mi­nać przy nich. Wie­dzia­ła, że gdy­by Nath i ona spo­tka­li się w in­nym cza­sie, a może gdy­by mie­li in­nych ro­dzi­ców, to wszyst­ko wy­glą­da­ło­by ina­czej. Ale było, jak było, na­wet je­śli nie wszyst­ko jej się po­do­ba­ło. Te­raz była na­to­miast zde­ter­mi­no­wa­na, żeby dzia­łać. Sko­ro wie­dzia­ła już, że on żył, mu­sia­ła się je­dy­nie do­wie­dzieć, gdzie miesz­kał. A to było coś, co wy­ma­ga­ło tro­chę wy­sił­ku. Rap­tem przy­po­mnia­ła so­bie o kimś, z kim nie roz­ma­wia­ła bar­dzo dłu­go. Lu­dzie wy­jeż­dża­li, zmie­nia­li nu­me­ry te­le­fo­nu i ślad po nich gi­nął. Tak też było w tym przy­pad­ku. Ow­szem, sama mo­gła się pierw­sza ode­zwać i na­wet od ja­kie­goś cza­su chcia­ła za­dzwo­nić, jed­nak było jej tro­chę głu­pio. Zwłasz­cza po tym, jak oj­ciec po­trak­to­wał jej ku­zyn­kę, któ­ra uwa­ża­ła, że Wil­low mia­ła po swo­jej stro­nie pra­wo. Ale ona jako grzecz­na cór­ka, nie chcia­ła za­drzeć z ro­dzi­ną. Te­raz już wie­dzia­ła, że zro­bi­ła źle. Wszyst­ko od­by­ło się zaś jej kosz­tem, w su­mie kosz­tem ich oboj­ga… Po­świę­co­no ich dla ja­kiejś głu­piej spra­wy. Ko­niec z tym. Tak po­sta­no­wi­ła i te­raz mu­sia­ła dzia­łać.

Za­miast do kuch­ni po­szła do sie­bie do po­ko­ju. Za­mknę­ła drzwi na klucz i za­czę­ła prze­szu­ki­wać szu­fla­dę z bie­li­zną, w któ­rej ukry­ła coś przed ro­dzi­ca­mi. Była do­ro­sła, a trak­to­wa­no ją jak przy­głu­pa. Jak­by nie mo­gła o so­bie de­cy­do­wać. Nie była ubez­wła­sno­wol­nio­na, ale cza­sem się tak czu­ła. Cią­gle wy­py­ty­wa­li ją: gdzie idzie, po co, do kogo, kie­dy wró­ci. A ona mia­ła dwa­dzie­ścia sześć lat i z całą pew­no­ścią była do­ro­sła.

III

Wil­low zna­la­zła to, cze­go szu­ka­ła. Roz­wi­nę­ła pa­pier i mo­dli­ła się w du­chu, żeby nic się nie zmie­ni­ło. Wy­cią­gnę­ła te­le­fon z kie­sze­ni, wy­bra­ła ciąg cyfr za­pi­sa­nych na kart­ce i przy­ło­ży­ła urzą­dze­nie do ucha.

Je­den sy­gnał.

Dru­gi, trze­ci…

Już mia­ła się roz­łą­czyć, gdy…

– Halo?

– Eva?

– Kto mówi?

Dziew­czy­na nie wie­dzia­ła, co ma od­po­wie­dzieć. Za­wie­si­ła się.

– To ja… – cięż­ko prze­łknę­ła – Wil­low.

Jak tyl­ko pa­dło jej imię, na li­nii za­pa­no­wa­ła wy­mow­na ci­sza. Do­my­śla­ła się, że Eva jest za­sko­czo­na. Ona by była, gdy­by na­gle skon­tak­to­wał się z nią ktoś z prze­szło­ści. Ale gdy ci­sza się prze­dłu­ża­ła, Wil­low zwy­czaj­nie się roz­łą­czy­ła. To było głu­pie z jej stro­ny, żeby za­kła­dać, iż ku­zyn­ka ucie­szy się na ten te­le­fon. Ich ostat­ni raz, kie­dy się wi­dzia­ły, był po tym, jak wy­szła ze szpi­ta­la, czy­li bar­dzo daw­no temu. Czy­li wte­dy, kie­dy czas pra­wie prze­stał ist­nieć, a ona o mało nie umar­ła w wy­ni­ku ran i tę­sk­no­ty. Wła­śnie wte­dy bez sło­wa znik­nął też Nath. Jego odej­ścia nie prze­bo­la­ła do tej pory. Ro­dzi­ce pró­bo­wa­li ją na­mó­wić na rand­kę z bo­ga­tym są­sia­dem, któ­ry rów­nież jest ran­cze­rem, ale ona nie chcia­ła. A te­raz…

Cięż­ko usia­dła na łóż­ku. Na­dzie­ja, że uzy­ska ja­kąś po­moc, wła­śnie po­szła na dno. Za­ci­snę­ła dłoń na urzą­dze­niu, któ­re po chwi­li za­dzwo­ni­ło. Od razu je unio­sła, a jej po­wie­ki się roz­sze­rzy­ły.

– Wil­low – pa­dło z dru­giej stro­ny, gdy tyl­ko przy­tknę­ła do ucha iPho­ne’a.

– Eva – wy­du­si­ła, nie bar­dzo wie­dząc, jak za­cząć roz­mo­wę. Dłu­go się nie wi­dzia­ły.

– Wszyst­ko z tobą do­brze?

– Tak – od­po­wie­dzia­ła ci­cho, żeby nikt nie usły­szał. Czu­ła się tro­chę jak w wię­zie­niu.

– Dla­cze­go szep­czesz?

– Żeby nie sły­sze­li.

– Czy­li nic się nie zmie­ni­ło.

– Nie bar­dzo. Ale…

– Da­lej miesz­kasz z nimi?

– A gdzie mia­ła­bym pójść?

– Jezu, masz stu­dia, mo­żesz wszyst­ko, Will.

– Gdy­by oni nie byli tacy, to pew­nie tak.

– Da­lej nie ro­zu­miem ich i two­je­go za­cho­wa­nia.

– To dłu­ga hi­sto­ria.

– Mamy czas.

– Wła­śnie, że nie mamy – za­prze­czy­ła z całą mocą.

– Co się dzie­je?

– Nath żyje. Jego mama była u nas, moja uda­je, że o ni­czym nie wie.

– Czy­li jak zwy­kle kłam­stwa. Mam po cie­bie przy­je­chać?

– Chcia­łam, że­byś po­mo­gła mi go od­na­leźć, ale chy­ba wy­jazd też mi do­brze zro­bi. Tyl­ko nie mam for­sy, żeby coś wy­na­jąć.

– O to się nie martw. Od tego jest ro­dzi­na. Daj mi czas, rano będę.

– Ale oni nie po­zwo­lą.

– W du­pie ich mam. Bę­dziesz mu­sia­ła wyjść z domu nie­po­strze­że­nie, kie­dy dam ci znać. Zdo­łasz to zro­bić, Will?

– Tak, choć je­stem więź­niem we wła­snym domu.

– Tym bar­dziej za­bio­rę cię z tego prze­klę­te­go mia­stecz­ka. To nie miej­sce dla cie­bie, a póź­niej od­szu­ka­my Red­sto­ne’a. Do­brze pa­mię­tam?

– Tak. Je­stem ci… – urwa­ła, bo się za­po­mnia­ła i za­czę­ła gło­śno mó­wić.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku, Wil­low? – pa­dło zza drzwi, a po chwi­li gał­ka drgnę­ła.

– Tak, wszyst­ko okej, mamo – od­po­wie­dzia­ła i ze­sztyw­nia­ła.

– To dla­cze­go masz za­mknię­te drzwi?

– Nie wiem. – Po­sta­no­wi­ła uda­wać głu­pią, bo cza­sem mia­ła ta­kie za­ni­ki pa­mię­ci.

– Będę rano – po­wie­dzia­ła Eva i się roz­łą­czy­ła.

Te­le­fon wy­lą­do­wał na biur­ku, a ona sama aż się tro­chę spo­ci­ła przez roz­mowę z ku­zyn­ką, a prze­cież na kon­cie mia­ła gor­sze spra­wy. Ale to była ro­dzi­na. I przez te wszyst­kie lata za­cho­dzi­ła w gło­wę, co się tam od­pier­ni­cza­ło. Od cza­su do cza­su dzwo­ni­ła, ale za każ­dym ra­zem sły­sza­ła tę samą śpiew­kę, że Wil­low nie ma. Że wy­szła, że już śpi, żeby za­dzwo­ni­ła kie­dy in­dziej. I Eva dzwo­ni­ła, tyl­ko że efekt wciąż był taki sam.

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Pro­jekt okład­ki: Pa­weł Pan­cza­kie­wicz/Pan­cza­kie­wicz Art.De­sign

Re­dak­cja: Ka­mi­la Re­cław

Ko­rek­ta: Ali­cja Ma­ty­jas, Wik­to­ria Ko­wal­ska

Re­dak­cja tech­nicz­na: Ma­riusz Goł­dyn

Kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Co­py­ri­ght © 2026

@ by Anna Wolf

@ for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Wolf Sp. z o.o.

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

ISBN 978-83-978740-3-9

Wy­daw­nic­two Wolf

Wy­da­nie I

Go­rzów Wiel­ko­pol­ski 2026

Wy­pro­du­ko­wa­no w Pol­sce