Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
1252 osoby interesują się tą książką
Dla Nighta bycie częścią Black Angels MC jest wszystkim. Mimo że demony ścigają go każdego dnia, biker próbuje z nimi walczyć i wymazać przeszłość. Przeszłość tymczasem staje przed nim pewnego dnia w osobie Willow Burnett. Kobieta zjawia się w jego życiu ponownie niczym ognisty podmuch. Chociaż motocyklista wie, że może się sparzyć, chce pomóc swej dawnej miłości, bo kiedyś mocno ją skrzywdził. Nie wie, że to, przed czym dziewczyna ucieka, może ich dwójkę oraz klub naprawdę sporo kosztować. Zwłaszcza że odżywają dawno zapomniane uczucia. Poczucie winy sprawia, że sypią się między obojgiem iskry, a żal zamienia się w namiętność. Jest jednak coś, co może wszystko zburzyć. Coś, przez co noszą wciąż palące blizny nie tylko w sercach…
Miłość bywa lekarstwem, ale czy dla nich? Czy uleczą swe serca i zapomną o tym, co ich rozdzieliło na lata?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 306
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ciężkie powietrze niemal osiadło mu w płucach. Było tak za każdym razem, kiedy w Missisipi wzrastał poziom wilgoci i ta dosłownie panoszyła się w mieście. Przytknął butelkę do ust, po czym upił łyk i obserwował krople deszczu uderzające o ziemię. Unoszący się w powietrzu zapach przypomniał mu dom, o którym zdążył już zapomnieć. Tak naprawdę nie chciał pamiętać… Wymazał wszystko z pamięci. Obiecał, a w sumie to nawet przysiągł sobie, że nigdy, naprawdę nigdy nie wróci do rodzinnej miejscowości ani do wspomnień z nią związanych. Nie były dobre. Przynajmniej nie wszystkie. Część była miła, ale później smakowały i do tej pory smakują goryczą. I chociaż tak bardzo chciał, by w końcu się ulotniły, nie udało się. Od czasu do czasu wracały. Tak jak teraz, kiedy stał przed klubowym domem i wciągał w nozdrza przesycone wilgocią powietrze.
Zaciągnął się nim. Lubił deszcz i jego zapach. Tyle że czasem przypominał mu o rzeczach, które nigdy nie powinny się wydarzyć. Potarł dłonią przedramię i zapatrzył się w ciemność. Tylko on wiedział, że blizny miał nie tylko na sercu i duszy.
Odwrócił głowę i uśmiechnął się. Prezes i Eli bawili się na imprezie, którą klubowy brat wyprawił teraz swojej żonie, po dwóch miesiącach po ich ślubie. Nie bardzo to rozumiał, natomiast po szczęściu wypisanym na twarzy starej ich przywódcy mógł stwierdził, że chyba wszystkie kobiety chciały tego samego. Sukni, wesela i tortu ślubnego. Suknia była, ale czerwona, wesele raczej przypominało klubową imprezę, tylko bez dziwek. No i był imponujących rozmiarów tort. Pierwszy raz widział Darknessa tak uśmiechniętego.
Cholera, jednak miłość zmieniała coś w człowieku. I to na lepsze. Wiedział, że Eli była dla prezesa jego sercem. A Night nie czuł zazdrości. Jedynie cieszył się ich szczęściem, jednocześnie zdając sobie sprawę, że on sam miał marne szanse na chociażby ułamek tego, co łączyło tamtą dwójkę. Chciałby, ale… Chcieć nie oznaczało móc. Miał świadomość, że to, co było między jego klubowym bratem i Eli, jemu się nigdy nie przytrafi. Nie z jego wyglądem i przeszłością.
Odetchnął głęboko i pokiwał głową. Zostanie tutaj. To miejsce było jego domem, a Black Angels rodziną. W Corinth był u siebie. Zyskał do tego nową przyjaciółkę, więc nigdzie się nie wybierał. Nie miał dokąd i po co, a mimo to jego duszę szarpało coś, czego nie potrafił nazwać. Czuł gniotące go poczucie winy, którego próbował się pozbyć przez te wszystkie lata. Czasem się zastanawiał, czy nie zachował się jak szmata, ale żeby nie popaść w samobiczowanie, odganiał te myśli. Niczego nowego by nie wniosły, a jemu niepotrzebne były wyrzuty sumienia, nawet jeśli uważał się za bydlaka.
Dopił swoje piwo, odstawił butelkę na ziemię i ruszył przed siebie, by się oddalić od imprezy, bo nie miał ochoty na pijaństwo ani na jakąkolwiek zabawę. Czasem potrzebował samotności, którą zresztą lubił. Dzisiaj był taki dzień, kiedy nie chciał myśleć. Alkohol w tym pomagał, tylko że on nie chciał upijać się z resztą towarzystwa. Wolał wsiąść na motocykl i pojeździć. To był jego plan, tylko niestety jeżdżenie w deszczu nie należało do jego ulubionych zajęć, więc wybrał coś innego. Rzucił okiem na klubowy dom, z którego dochodziła głośna muzyka oraz przekrzykiwania braci, po czym skierował kroki do zbrojowni. To tam czasem uciekał, kiedy potrzebował samotności.
Wdrapał się na dach. Był dokładnie w tym samym miejscu, z którego miał oko na tych farbowanych gliniarzy. Budynek był dawno temu częścią jakiejś fabryki. Nigdy do końca się nie zastanawiał, co tutaj produkowano. To nie miało większego znaczenia. Było, minęło. Życie… On i zapewne większość klubowych braci doświadczyła tego na swojej skórze. A jego skóra pamiętała aż za dobrze.
Spojrzał na swoją lewą rękę. Była pokryta tatuażami, tak samo jak prawa. Miał zrobione całe rękawy, chociaż ten drugi dokończył zaledwie dwa tygodnie temu, i to nie bez przyczyny. Ale nie chciał o tym nawet myśleć.
W końcu się podniósł, popatrzył na przejaśniające się niebo i po kilku minutach był na dole przed zbrojownią. Mimo wcześniejszego nastawienia postanowił dołączyć do chłopaków. Jakoś za bardzo mu się wdarły do głowy niechciane obrazy z przeszłości. Postanowił je wymazać. Nigdy nie brał, nie jarał blantów, a choć alkoholu sobie nie żałował, zawsze wiedział, kiedy się zatrzymać. Nie chciał skończyć jak… To była właśnie jego bariera. Choć jako czarna owca w rodzinie mógł już robić tylko to, co uważał za stosowne, sam ustawił sobie granice w pewnych sprawach. A do tego nie musiał się nikomu spowiadać. Posiadanie takiej pozycji było wygodne.
Kopnął niewielki kamyk i ruszył do klubowego domu. Zanim wszedł od środka, dostrzegł Pam, która uśmiechnęła się na jego widok.
– Cześć, Night.
– Cześć.
– Idziesz do środka?
– Być może – odpowiedział.
– To być może masz ochotę na seks?
– To propozycja?
– Owszem. Więc jak, kowboju?
Na ostatnie słowo się spiął, ale po chwili rozluźnił. Przecież nikt tutaj nie wiedział, kim tak naprawdę był albo raczej z jakiej rodziny się wywodził.
– Tutaj. – Pociągnął ją za budynek. Wolał to robić w ciszy i bez mielących ozorem braci. Czasem mu nie przeszkadzało uprawianie seksu gdzieś na uboczu w jednym pomieszczeniu, ale nie dzisiaj. Dzisiaj potrzebował przestrzeni.
– To co mam…? – urwała, bo uciszył ją dłonią.
– Klęknij i mi obciągnij.
– Nie chcesz…?
– Nie chcę. To dla ciebie jakiś pieprzony problem?
– Ależ skądże znowu. Sądziłam tylko… Zresztą nieważne – cmoknęła i się uśmiechnęła.
Nawet w półmroku widział jej słodką twarz. Lubił ją, to znaczy lubił się z nią pieprzyć. Nigdy mu nic nie powiedziała, ale też nigdy się przy niej całkiem nie rozebrał. Chyba przed żadną kobietą nie stanął nagi. Nie chciał. A klubowa cizia, jeśli nawet coś dojrzała, to zwyczajnie tego nie skomentowała.
Rozpiął spodnie, opuścił je wraz z bokserkami niżej, żeby dać dziewczynie lepszy dostęp do siebie, a następnie poczuł jej ciepłą dłoń na swoim fiucie. Lekko się spiął, co szybko ustąpiło, bo usta Pam znalazły się na jego sprzęcie. Poczuł błogość, kiedy zaczęła go delikatnie lizać, po czym ssać. Tak, to było to, czego teraz potrzebował.
– Szybciej – sapnął, gdy ona pracowała nad nim intensywnie.
Jego kutas cały znikał pomiędzy jej ciepłymi wargami, którymi szczelnie go obejmowała. To było w cholerę przyjemne, do tego stopnia, że gdy mocniej go zassała, mało brakowało, a doszedłby. Jednak potrzebował jeszcze tego czegoś. Dlatego złapał ją za włosy z tyłu głowy i zaczął sam nadawać rytm jej ustom, kiedy zwinnie oplatała go językiem. To była tylko chwila, ale taka, że błyskawicznie doszedł w jej ustach.
– Dzięki – mruknął, gdy Pam wstała i spojrzała na niego wymownie.
– Nie ma za co, chociaż ja żadnej przyjemności z tego nie miałam – powiedziała z przekąsem, ale bez obrażania się.
– W klubie na pewno znajdzie się chętny, który sprawi, że ten wieczór stanie się lepszy, ale to nie będę ja.
– Dlaczego?
– Bo skończyliśmy – uciął krótko.
– Dziwny jesteś – westchnęła i zostawiła go w spokoju.
Pam nie do końca rozumiała bikera. Zresztą chyba żadna z klubowych suk, które tutaj przebywały w weekendy, nie wiedziała, dlaczego mężczyzna się tak zachowywał. Niby w sumie nie różnił się od innych, ale nie przypominała sobie, żeby ona ani któraś z kobiet chwaliła się, że spędziła z nim noc. Odwróciła się jeszcze na chwilę. Stał tam z odpalonym papierosem. Nie znała go, ale trochę znała się na ludziach i wyglądał jej na niezbyt szczęśliwego człowieka. Chociaż, co ona tam mogła wiedzieć. Nie zawracając sobie nim więcej głowy, zniknęła w klubowym domu.
Niedopałek wylądował na ziemi, biker zdeptał go butem i ruszył w kierunku swojej maszyny, bo zmienił zdanie na temat imprezy. Poza tym zajebiście kochał swój motocykl i przejażdżki. Wtedy czuł się pieprzenie wolny. Wiatr we włosach i na skórze sprawiał, że właśnie w takich chwilach był szczęśliwy. Naprawdę szczęśliwy.
Przeciął podwórko i podszedł do swojej dziecinki. Dosiadł ją, a po chwili, gdy silnik zamruczał, zapiął kask pod brodą. Nie lubił zbytnio ryzykować. Już raz miał poważny uraz po wypadku, więc ograniczał ryzyko. Każde.
Wyjechał za bramę klubu i ruszył przed siebie w ciemność Missisipi. Ciepłe powietrze otulało go, kiedy spokojnie pokonywał kolejne kilometry. Jechał bez celu. Sam. Bez kumpli. Było mu to teraz wyjątkowo potrzebne. Chociaż jego wspomnienia i teraźniejszość miały gorzki posmak, nie zazdrościł nikomu szczęścia. Po prostu wiedział, że jemu już ono nie będzie dane. Natomiast z jednej rzeczy cieszył się najbardziej: była to przyjaźń ze starą prezesa. Wiedział, że będzie ona jak ość w gardle Darknessa, ale akurat to miał w nosie. Nie odbiłby nikomu kobiety. Mimo że Eli była ładna, to zupełnie nie w jego typie. O swoim typie wolał nie pamiętać. Odciął się od tamtego życia i przestało ono dla niego istnieć. On też jakby nie istniał. Był teraz tylko Nightem i to musiało wszystkim wystarczyć. Jemu wystarczająco się podobało. W sumie dla Eli był wampirem, co też mu pasowało.
Uśmiechnął się i ciężko westchnął, a następnie zjechał do przydrożnego baru. Był głodny. Zajęty posępnymi myślami nie zdążył nic zjeść od śniadania, więc zaparkował na końcu parkingu przed budynkiem, w którym mieścił się bar. Wyłączył silnik, zsiadł i się rozejrzał. Nie potrzebował kłopotów, gdy miał na plecach klubową kamizelkę. Nie miał się oczywiście czego obawiać, mimo że ludzie czasem dziwnie reagowali na klubowe barwy. Nie każdy był przyjaźnie nastawiony, ale nigdy nic złego go nie spotkało.
Schował kluczyki od swojej maszyny do kieszeni spodni, a następnie wszedł do środka. Kilkoro siedzących gości nawet na niego nie zareagowało, co mu odpowiadało. Zajął miejsce przy mieszczącym się koło okna stoliku, skąd miał na widoku cały bar, łącznie z włączonym telewizorem, który nadawał jakieś wiadomości. Te zaś gówno go obchodziły.
– Dzień dobry. Co ci podać? – zapytała dość młoda kelnerka.
– A co polecasz?
– O tej porze – zerknęła w kartkę – proponuję pieczone ziemniaki, stek oraz sałatkę, jeśli lubisz.
– Więc poproszę taki zestaw.
– Piwo?
– Colę, jeśli można.
– Jasne, że można. – Kobieta posłała Nightowi uśmiech, po czym odeszła.
Biker rozsiadł się wygodnie i obserwował otoczenie. Lubił to robić, bo wiele mu to ułatwiało. Na przykład w przewidywaniu ludzkich działań. Miał intuicję i dzięki niej jakoś się to jego życie toczyło do przodu bez specjalnych przygód, co mu odpowiadało.
Oderwał wzrok od szyby i skupił się na wiszącym pudle, na którego ekranie pokazywano pożar. Patrzył na obrazy beznamiętnie, po czym skupił swój wzrok na kobiecie, która szła z jego zamówieniem.
– Dzięki – odezwał się, kiedy postawiła przed nim talerz oraz szklaną butelkę coli.
– Smacznego – powiedziała i położyła na stoliku serwetkę.
Kiedy odeszła, Night zauważył, że zostawiła na niej numer telefonu. Olał to, bo i tak by z niego nie skorzystał. Nie chciał. Za to chwycił widelec i zaczął jeść pieczone ziemniaki, które były naprawdę dobre, a po chwili do ust wpakował spory kawałek odkrojonego steku. Przeżuwał powoli, bo nigdzie mu się nie spieszyło. W klubie czekało tylko pijaństwo, a on nie miał dzisiaj ochoty na procenty.
W połowie posiłku ponownie spojrzał na telewizor. Leciało coś z ostatniej chwili. Zawiesił wzrok na migawce obrazów i zastygł z widelcem w dłoni. Przełknął, popił i wstał, a następnie podszedł bliżej, by dokładniej wsłuchać się w wiadomości. Przystanął kilka metrów od pudła, założył ramiona na klatce piersiowej i skupił się na słowach reportera. Zmarszczył czoło, ściągnął brwi, a na końcu zacisnął usta w wąską linię i ruszył do kasy.
– Dziękuję. – Położył pieniądze na ladzie. – To za tamten – wskazał stolik – posiłek.
– Smakowało?
– Tak. Do widzenia – pożegnał się i wyszedł na zewnątrz, gdzie uderzyło w niego wieczorne i dość parne powietrze Missisipi.
Wziął głęboki wdech. Wciąż pachniało deszczem i czymś, czego nie potrafił wytłumaczyć. Czasem czuł dziwną woń, której nie mógł do niczego przypisać, ale wiedział, że to jego umysł płatał mu figle. Nie uważał się za szurniętego, po prostu pewne zapachy zapamiętał z dzieciństwa. Niechętnie wyciągnął telefon z kieszeni i wybrał numer w nadziei, że ktoś obierze. Dawno tam nie dzwonił. Przyłożył iPhone’a do ucha i czekał pewien, że jak zawsze po drugiej stronie będzie ta jedna osoba.
– Tak, słucham? – Spiął się na dźwięk tego głosu. – Halo? Jest tam kto? – Nie odezwał się, nie był w stanie. – To ty, Nath?
Chciał powiedzieć, że tak, ale usta wciąż miał zamknięte. Nie chciały z nim współpracować, więc na linii panowała cisza. On nie był w stanie wciąż wydusić ni słowa, a po drugiej stronie słychać było jedynie ciężki oddech. Kobieta się nie rozłączyła.
– Proszę, powiedz, że jesteś Nathanielem.
Zamknął na chwilę powieki. Coś ścisnęło go w klatce piersiowej. Poczucie winy? Nie zrobił nic, przez co miałby się tak czuć. Może prócz tamtego…
– Cześć – udało mu się wydusić, mimo zaciśniętego gardła – mamo.
Po jego słowach zapadła ponownie cisza. Nie wiedział, czy kobieta się rozłączyła, gdyż sapanie ustało. Domyślał się, że przeżyła właśnie szok, ale… Kurwa, nie mógł inaczej.
– Wszystko z tobą dobrze? – zapytała szeptem.
– Czy on tam jest?
– Nie, nie ma – odpowiedziała normalnym tonem, ale on jej nie wierzył. – Myślałam, że… – urwała.
– Nie żyję? Owszem, Nathaniel Redstone nie żyje. Nie ma go. Umarł dziesięć lat temu – powiedział spokojnym tonem.
– Wrócisz?
– Nie, ponieważ nie żyję.
– Nie mów tak.
– Ja pieprzę – sapnął cicho. – Nie mogę wrócić, to się źle skończy i dobrze, do cholery, wiesz dlaczego.
– Nie zrobisz tego – wydusiła.
– Nie zrobię? Myślisz, że nie jestem w stanie go uszkodzić?
– Znam cię, nie jesteś. Poza tym nie masz za co.
Tutaj się z nią, do chuja, nie zgadzał. Było wiele rzeczy, wiele powodów, za które tamtemu należał się porządny wpierdol. A Night mógłby go zabić gołymi pięściami i wtedy matka by go znienawidziła. Wolał więc takie wyjście. Było bezpieczniejsze. Udawanie, że nie żyje, rozwiązywało wszystkie kłopoty. Zresztą faktycznie oficjalnie zmarł.
– Jak wspomniałem, Natha Redstone’a już nie ma pośród nas, więc wierz mi, że nasze spotkanie nie należałoby do miłych. Nie po tym wszystkim, co się wydarzyło.
– To był cholerny wypadek. To wszystko… Nikt nic nie zrobił. Nikt nie był niczemu winien, synku.
– Dobrze cię było usłyszeć, mamo. Trzymaj się i… Po prostu uważaj na siebie – powiedział.
– Willow…
– Nie wypowiadaj tego imienia – warknął.
– Ale…
– Poprzestańmy na tym, że zadzwoniłem. Dobrze było cię usłyszeć, cześć.
Tym razem to on od razu się rozłączył, po czym schował telefon do kieszeni i ruszył w kierunku motocykla. Wsiadł, zapiął kask i odjechał z rykiem silnika. Wiedział, że przepisowa jazda nie przyniesie mu ulgi, więc na długiej prostej przyspieszył, bo właśnie teraz zaczęły go ponownie ścigać demony. To był pierdolony błąd, że zadzwonił do matki po tylu latach milczenia, jednak musiał wiedzieć, czy u niej wszystko dobrze. Z telewizji wiedział, że paliło się sąsiednie ranczo, a ogień zawsze szybko się rozprzestrzeniał. No ale skoro wszystko było okej, nie miał zamiaru więcej zajmować sobie tym gównem głowy. Jak podkreślił w rozmowie, Nath nie żył. Zmarł tamtej nocy. A Night narodził się w mroku tajemnic i licznych ran.
Żył już innym życiem, a jedyna rodzina, jaką miał, to klubowi bracia. Był wdzięczny za wszystko, co było mu teraz dane.
Pani Redstone stała ciągle w tym samym miejscu z telefonem w dłoni. Była w szoku. Nie spodziewała się usłyszeć syna po tylu latach, mimo że wciąż żywiła nadzieję, że wróci. Nie wrócił i wiedziała, że to już nigdy nie nastąpi. Nie dziwiła mu się, ale jednocześnie uważała, że to, co się wydarzyło, to był zwyczajnie nieszczęśliwy wypadek. Tyle że te kłótnie… to jak jej mąż odzywał się do ich syna… Nie, to musiało się tak skończyć. A do tego późniejsze wydarzenia…
– Co tak stoisz? Umarł ktoś? – padło zza jej pleców.
– Chciałam zadzwonić do Noel, ale zapomniałam po co – skłamała.
– Powinnaś iść do lekarza, Pati, coraz częściej ci się to zdarza.
Nie skomentowała tego. Po prostu miała go czasami dosyć, więc udawała, że się pomyliła, że nie pamięta. Tak było prościej. Kit na starość robił się upierdliwy i odnosiła wrażenie, że przez całe życie uważał się za lepszego od innych, a wcale tak nie było.
– Myślisz, że nie żyje?
– Kto? – zapytał i nalał sobie mrożonej herbaty.
– Nath – odpowiedziała, a jej mąż zamarł z trzymaną szklanką w dłoni.
– Dlaczego o nim wspominasz?
– Bo to nasz syn – powiedziała.
– Nie mam syna.
– Przestań – syknęła. – Gdyby nie tamto… On wciąż byłby tutaj.
– Gdyby był moim synem, nigdy nie zadałby się z Burnettami.
– Zakochał się. Jezu, też byłeś młody.
– Ale nie taki głupi jak on. Oni chcieli tylko naszej ziemi, nie mogłem na to pozwolić. Nie chciałem, żeby nasz syn spotykał się z tą ich dziewuchą.
Te słowa sprawiły, że pierwszy raz od tamtego wypadku, spojrzała inaczej na męża.
– Co masz na myśli, mówiąc mi, że nie mogłeś na to pozwolić?
– A jak myślisz?
– No właśnie pytam ciebie. – Zaczął w niej rosnąć gniew. Taki potężny, jak nigdy w życiu. Zawsze była grzeczna wobec męża, w sumie nie miała na co narzekać. Kit nigdy jej nie uderzył, ani na nią nie krzyczał, ale w stosunku do syna był bardzo stanowczy i zbyt wymagający. Czasami trochę oschły.
– Burnettowie to nie jest towarzystwo dla nas.
– Żartujesz? Przecież przyjaźnię się z Noel, a ty mi mówisz takie rzeczy?
– Noel to nie Burnett.
– A niby kto?
– McPierson.
– Ale to żona Sama, więc na jedno wychodzi. Chodziłeś z nim na piwo. Więc jak możesz mówić, że to nie towarzystwo dla nas?
– Bo Sam to Sam, a Noel to Noel.
– Bredzisz, Kit.
– Nie, nie bredzę. Kiedy się upił, powiedział coś, czego nie zapomnę do końca życia.
– To znaczy?
– Myślał, że jak jego córka zostanie żoną naszego syna, to ziemię przepiszemy na dzieciaki.
– Ale co w tym złego, żeby nasze dzieci dostały po nas naszą ziemię?
– Kobieto. Po naszej śmierci nic, ale nie teraz. Ten sukinkot myślał, że on nie da nic, a my przepiszemy na nich wszystko.
– Ale to byłoby dla dzieci i Sam nic by do tego nie miał. Poza tym on i tak ma więcej ziemi od nas. Więc powtarzam, że bredzisz, człowieku – powiedziała. Powoli zaczynała wątpić w słowa męża. Widocznie poszło jeszcze o coś innego, czego Kit nie chciał zdradzić.
– Ale nasza ziemia jest więcej warta. Dlatego właśnie nie mogłem pozwolić, żeby nasz syn ożenił się z tą… – Wykrzywił usta.
– Nie kończ! Jak śmiesz! – podniosła głos, aż jej mąż zrobił wielkie oczy. – Oni nie mieli brać ślubu. Oni się tylko spotykali. Jezu, Kit! Byli w sobie zakochani. Widziałam mojego syna, i to, jaki był szczęśliwy, do cholery! Ale postanowiłeś wszystko zepsuć! Zniszczyłeś naszą rodzinę!!! – wrzasnęła. Wyrzuciła z siebie coś, co gryzło ją już od dekady. – Myślałam, że cię znam. Ale okazuje się, że po tylu latach mój własny mąż to podły człowiek i zdrajca.
– Nikogo nie zdradziłem! – Huknął szklanką o blat. – To Nathaniel nas zdradził, prowadzając się z tą… tą Burnettówną.
– Śmiem twierdzić, że to, co się wydarzyło, nie było nieszczęśliwym wypadkiem, a nasz syn miał rację, kiedy o tym powiedział.
– A żebyś wiedziała, że nie było – wycedził, a jego żona na chwilę zamarła.
– Niech cię diabli, Kit! Mam cię dość!! – krzyknęła i wybiegła z domu.
*
Tego wieczoru ani pani Redstone, ani Night nie mieli spokoju. Demony przeszłości targały ich umysłami i duszami. Biker po szybkiej jeździe zwolnił i mknął drogą w kierunku klubu. Mimo że było dość późno, to imię brzęczało mu w głowie. Tak bardzo, że się zatrzymał. Chciał zapomnieć. Zakopać przeszłość, nie wracać i udawać, że nic takiego nie miało miejsca. Ale miało. Zacisnął szczęki, po czym wjechał na teren klubu. Zaparkował w rzędzie za innymi motocyklami. Wyłączył silnik, ściągnął kask z głowy i odwiesił na kierownicy, a po chwili ruszył do środka, gdzie impreza trwała w najlepsze.
– Gdzie byłeś, bracie? – zapytał Steel.
– Musiałem od was odpocząć, skurwiele – rzucił z przekąsem.
– Bardzo, kurwa, zabawne. Widzisz, jak się śmieję? – Wyszczerzył się sztucznie, po czym zrobił poważną minę.
– No widzisz, jaki jestem zabawny? – prychnął.
– Napijesz się?
– Który to już wasz toast za parę młodą? – zapytał, kiedy wszedł do salonu.
– Straciliśmy rachubę – przyznał Ink.
– Tego się domyśliłem, widząc wasz stan.
– Pan, do chuja, trzeźwy się odezwał – prychnął Ice i podał Nightowi piwo. – Napij się, coś niezbyt wyraźnie wyglądasz.
– Dzięki. – Nie skomentował jego słów. Nie chciał. Po prostu czasem był zmęczony życiem i trzymaniem głowy nad powierzchnią wody.
Gdy Night dołączył do kumpli, nie miał pojęcia, że jego telefon wywoła w małżeństwie państwa Redstone burzę i to taką z piorunami. Patricia Redstone, nazywana przez wszystkich Pati, jechała właśnie półciężarówką na sąsiednie ranczo, gdy dostrzegła unoszący się z daleka dym. Przyspieszyła w nadziei, że to nie Burnettowie się palą. Gdy tylko ich ranczo znalazło się w zasięgu jej wzroku, odetchnęła z ulgą. Dom był cały, czyli pożar trawił coś innego. Jadąc do nich, próbowała sobie wszystko poukładać w głowie, tylko nie bardzo miała jak. Kit namieszał, do tego telefon Nathaniela… Chciała odzyskać syna, ale przez człowieka, który był jej mężem i ojcem ich dziecka, wydawało się to chyba niemożliwe. Do końca nie wiedziała, co zaszło tamtej nocy, po której wszystko się zmieniło. Pamiętała, że między Kitem i Nathanielem było źle. Pokłócili się tak bardzo, że Kit uderzył własnego syna. Później zrobiło się już tylko gorzej. I jeszcze ten pożar…
Kilka minut później zaparkowała auto przed sporej wielkości domem. Wyłączyła silnik i wysiadła. Ledwo weszła na werandę, a drzwi się otworzyły.
– Stało się coś, Pati? Jesteśmy umówione jutro – odezwała się Noel na widok sąsiadki.
– Muszę się napić – powiedziała w odpowiedzi.
– Cholera. – Noel machnęła ręką zapraszająco, a następnie zamknęła za przyjaciółką drzwi.
Usiadły w salonie, z którego miały widok na ogród, będący oczkiem w głowie Noel. Hodowała piękne tam kwiaty, a jej dumą były róże. To wymagało sporego nakładu pracy i czasu, ale cieszyło oko. Pati spojrzała na kwiatową tapetę na ścianach, która się nie zmieniła od lat. Jakby czas się zatrzymał. Może dobrze. Czasem zmiany nie były dobre. Czasem odkrycie prawdy też. Nawet częściowe. Podejrzewała, że jedynie syn był z nią szczery. Dlatego tutaj przyjechała. Chciała odpowiedzi.
– Proszę. – Podała jej drinka, który po sekundzie wylądował w dłoni Pati.
Kobieta pochłonęła go niemal na raz.
– Dolej – poprosiła, czym zaskoczyła panią domu.
– Dobra, to może powiesz mi, co się stało? – Podała przyjaciółce whiskey i usiadła obok niej.
– Nasze dzieciaki…
– Pati – westchnęła Noel – to było…
– Nath kochał Willow. Widziałam, jak na nią patrzył, kiedy myślał, że nikt go nie obserwuje. To było zawsze takie dobre dziecko. Naprawdę dobry chłopak. Pasowali do siebie oboje.
– Wiem, Pati. Zawsze go lubiłam, czego nie mogę powiedzieć o twoim Kicie.
– Wiem, że minęło tyle lat, ale nigdy się nie dowiedziałam, jak doszło do tego koszmarnego wypadku, poza tym, że mój mąż pokłócił się z naszym dzieckiem.
– Nie tylko z nim. Z Samem też nie gada, chyba że musi.
– Wiesz, o co między nimi poszło?
– Ja… To nie jest dobry moment.
– A kiedy będzie dobry? To nasze dzieci ucierpiały najbardziej. Mój syn wyjechał i nie widziałam go od dziesięciu lat! – Głos jej się załamał.
– Przykro mi.
– Dzisiaj pierwszy raz do mnie zadzwonił, rozumiesz? Oczywiście nie wróci do domu, bo po co? Kit go o wszystko obwinia. Ma pretensje, że chcieliście naszej ziemi – wypaliła Pati i nastała cisza. – Noel? – Redstone spojrzała na przyjaciółkę, która uciekła wzrokiem.
Czyżby Kit miał rację?
Teraz Pati nie wiedziała, co sądzić o podejrzanym milczeniu Noel.
– Mówiłam ci, że to kiepski moment.
– O nie. – Odstawiła z hukiem pełną szklankę, aż brązowy płyn oblał jej dłoń, czym się zbytnio nie przejęła. – Kit mi powiedział, że to wcale nie był wypadek. Co wiesz na ten temat? Słucham.
Znowu zapadła cisza. Pati wiedziała, że okłamywano ją od tylu lat, ale w końcu miała dosyć. Noel była jej przyjaciółką od zawsze, ale właśnie zadano jej kolejny cios. Skoro tak się sprawy miały, to jej noga tutaj już nigdy więcej nie postanie. Wstała, zmierzyła panią domu obojętnym spojrzeniem i ruszyła do wyjścia.
– Pati! Patricia! – zawołała za nią Noel i ruszyła za wychodzącą sąsiadką.
– Czego chcesz? – Odwróciła się. – Karmić mnie kolejnymi kłamstwami? Nasze dzieciaki się kochały, czy tego chcieliśmy, czy nie. Taka jest cholerna prawda. Ale komuś to przeszkadzało i teraz się zastanawiam, czy tylko mojemu mężowi, czy wam również. A może – zrobiła krok w jej stronę – to była wasza sprawka, co? Może to wy podpaliliście stodołę?
– Jak możesz tak mówić?
– Mogę. Mogę mówić, co mi się podoba. Bo nie pasuje mi, że kobieta, z którą się przyjaźnię od zawsze, zapewne od lat mnie okłamuje. Więc, pani Burnett, dziękuję za drinka. Nasza przyjaźń właśnie się zakończyła – rzuciła i wyszła, trzaskając drzwiami i zostawiając zaskoczoną Noel.
Zapanowała cisza. Taka, która była zapowiedzią burzy, bo kobiety nie zdawały sobie sprawy, że ich rozmowie przysłuchiwał się jeszcze jeden członek rodziny, który był tak samo ciekaw odpowiedzi, jak Pati. Wychodziło, że nie tylko pani Redstone nic nie wiedziała. Ją również karmiono identycznymi kłamstwami. Po cichu, żeby nikt nie zauważył, wymknęła się z domu, po czym pobiegła do stajni. Mogłaby wziąć samochód, ale… w ten sposób mogła chociaż skłamać, że wybierała się na przejażdżkę. Trochę czasu zajęło jej osiodłanie konia, ale kiedy już była w siodle, pognała przed siebie niczym huragan. Chciała porozmawiać z panią Redstone. Musiała. I to była jedyna taka okazja. Bo to, co dzisiaj usłyszała, wypełniło jej serce smutkiem, a wspomnienia powróciły. Nigdy nie chciała się ich pozbyć, bo tak naprawdę prawie wszystkie były dobre. Prawie.
Pognała przez łąki w kierunku rancha Redstone’ów. Była jakiś kilometr od ich domu, kiedy dojrzała stojące na poboczu auto. Wiedziała, do kogo należy. Zmieniła kierunek i pogalopowała prosto do niego. Zatrzymała w końcu konia, zeskoczyła i puściła zwierzę luzem, bo i tak nigdzie by dalej nie poszło, a te łąki należały do jej rodziny. W każdym razie jeszcze. Przecisnęła się pomiędzy dwoma wiszącymi drutami kolczastymi i podeszła do pickupa. Za kierownicą siedziała mama Nathaniela i… płakała. Willow wyciągnęła rękę i z lekkim wahaniem zapukała w szybę. Pati podskoczyła na siedzeniu i odwróciła głowę w jej stronę, po czym otarła rękawem łzy i wysiadła.
– Przepraszam, że panią wystraszyłam – zaczęła ze skruchą w głosie.
– Nic się nie stało, Willow.
– Czy możemy porozmawiać?
– Nie wiem, czy będę mogła ci w czymś pomóc. – Pani Redstone pociągnęła nosem, próbując doprowadzić się do porządku.
– Słyszałam waszą rozmowę – powiedziała bez ogródek. – Pani i mamy.
– Ja… Chyba nie…
– Moi rodzice nie lubili pani syna.
– Co? – zapytała trzeźwo Pati, mimo że wypiła drinka. – Jak to: nie lubili? Nie rozumiem, przecież…
– Powiedziała pani, że może moi rodzice chcieli państwa ziemi. Że może ten pożar to ich sprawka… – Zawiesiła głos.
– Kochanie, tak tylko mówiłam. Byłam zła. Straciłam syna. On już tutaj nie wróci, a nikt mi nie chce powiedzieć prawdy.
– Ja niewiele pamiętam z tamtego dnia. Wciąż mam jakieś luki, ale wiem, że byłam tam wtedy z Nathanielem. Wcześniej oskarżył mnie o coś, co było nieprawdą. To znaczy tak mi się wydawało, że nie było…
– A mogę wiedzieć, o co?
– Gadał jakieś bzdury, których nie rozumiałam. A najbardziej zabolało, kiedy wypomniał, że go nie kochałam.
– Jezu – sapnęła jego mama. – Już chyba wiem, czyja to sprawka. I wierz mi lub nie, ale wychodzi na to, że prócz twoich rodziców we wszystkim maczał palce mój mąż.
– Nie wiem, ale to było straszne. Straszne – mówiła teraz przez łzy. – A później zniknął, więc nie tylko pani go straciła. Ja również.
– Przykro mi.
– Mnie też. Kochałam pani syna, naprawdę – szepnęła, czując wciąż pustkę i ból po jego stracie.
– Wierzę ci. I on ciebie również. To powinno trochę inaczej wyglądać. I nie wierzę, że nasi bliscy mogli się dopuścić tego wszystkiego. Nie rozumiem, jak mogli… – mamrotała pod nosem Pati, wciąż jeszcze niepewna, ale powoli układająca wszystko w całość.
– Czy pani wie, gdzie on jest? – Zmieniła odrobinę kierunek rozmowy.
– Niestety nie. Dziś rozmawiałam z nim pierwszy raz od tamtego wydarzenia. Zaskoczył mnie.
– A ma pani do niego numer? – Willow była ciekawa.
– Mogę go zdobyć. Co prawda zadzwonił na domowy, ale dowiem się.
– Da mi pani znać? – zapytała pełna nadziei.
– Oczywiście. I naprawdę żałuję, że to wszystko się tak potoczyło, kochanie. – Pat ujęła Burnettównę za dłoń i mocno ścisnęła. Bardzo lubiła tę dziewczynę. Uważała, że stanowili z jej synem ładną parę.
– Ja też. I bardzo przepraszam, że wystraszyłam.
– Nic się nie stało.
Dziewczyna pożegnała się z panią Redstone, licząc na to, że jeszcze uda jej się dowiedzieć czegoś o byłym chłopaku. Odwróciła głowę i przeszła na drugą stronę ogrodzenia. Ich sąsiadka właśnie odjeżdżała, więc Willow ruszyła do swojego konia. Czuła się dziwnie nieswojo. Czasem się zastanawiała, czy Nathaniel o niej myślał. Była pewna, że zmarł, bo nigdy więcej go nie widziała, a jego ojciec mówił o nim tak, jakby chłopak nie żył. Ale dzisiaj wstąpiła w nią nowa nadzieja. Nadzieja… tak nazwała swojego konia, na którego wsiadła i pognała w kierunku domu. Domu, który stał się jej pułapką. Po wszystkim zamknęła się bowiem w sobie i zaczęła stronić od ludzi. A kiedy chciała wrócić do życia, okazało się, że jej nie pozwolono…
Mniej więcej po pół godzinie była w rodzinnej posiadłości. Jak tylko przekroczyła próg, naprzeciwko niej stanęła jej mama. Zmierzyła córkę wzrokiem, ale dało się wyczuć, że w powietrzu coś wisi. Jakby siekiera, która niedługo zetnie komuś głowę.
– Gdzie byłaś? – zapytała ją matka podejrzliwie.
– A gdzie ja mogłam być? Na konnej przejażdżce. – Tylko trochę skłamała. – Nie mogę wiecznie siedzieć w domu.
– Rozumiem, ale chciałabym z tobą o czymś porozmawiać. – Zaprosiła córkę do salonu.
– O czym? Stało się coś?
– Była tutaj Pati – powiedziała jej mama.
– No i? Czasem przecież wpada cię odwiedzić. – Wzruszyła od niechcenia ramionami, żeby nie dać po sobie znać, że o wszystkim wie. – Nic nowego. I chyba jutro jesteście umówione, prawda?
– Czyli nic nie słyszałaś? – zapytała, bacznie się córce przyglądając.
– Słyszałam o czym? Przed chwilą – wskazała drzwi – wróciłam. Nawet nie wiedziałam, że twoja przyjaciółka cię odwiedziła – skłamała.
– Chyba pokłóciła się z Kitem – powiedział mąż Noel, który właśnie pojawił się w domu i pocałował żonę w policzek, a następnie ściągnął kapelusz i otarł chusteczką pot z czoła.
– Na to wygląda. Ponoć pokłócili się o Nathaniela – powiedziała i obserwowała reakcję córki.
– To nie moja sprawa. Idę do kuchni. Pomogę Maggie przy kolacji – odezwała się Willow i czmychnęła.
Nie chciała o nim wspominać przy nich. Wiedziała, że gdyby Nath i ona spotkali się w innym czasie, a może gdyby mieli innych rodziców, to wszystko wyglądałoby inaczej. Ale było, jak było, nawet jeśli nie wszystko jej się podobało. Teraz była natomiast zdeterminowana, żeby działać. Skoro wiedziała już, że on żył, musiała się jedynie dowiedzieć, gdzie mieszkał. A to było coś, co wymagało trochę wysiłku. Raptem przypomniała sobie o kimś, z kim nie rozmawiała bardzo długo. Ludzie wyjeżdżali, zmieniali numery telefonu i ślad po nich ginął. Tak też było w tym przypadku. Owszem, sama mogła się pierwsza odezwać i nawet od jakiegoś czasu chciała zadzwonić, jednak było jej trochę głupio. Zwłaszcza po tym, jak ojciec potraktował jej kuzynkę, która uważała, że Willow miała po swojej stronie prawo. Ale ona jako grzeczna córka, nie chciała zadrzeć z rodziną. Teraz już wiedziała, że zrobiła źle. Wszystko odbyło się zaś jej kosztem, w sumie kosztem ich obojga… Poświęcono ich dla jakiejś głupiej sprawy. Koniec z tym. Tak postanowiła i teraz musiała działać.
Zamiast do kuchni poszła do siebie do pokoju. Zamknęła drzwi na klucz i zaczęła przeszukiwać szufladę z bielizną, w której ukryła coś przed rodzicami. Była dorosła, a traktowano ją jak przygłupa. Jakby nie mogła o sobie decydować. Nie była ubezwłasnowolniona, ale czasem się tak czuła. Ciągle wypytywali ją: gdzie idzie, po co, do kogo, kiedy wróci. A ona miała dwadzieścia sześć lat i z całą pewnością była dorosła.
Willow znalazła to, czego szukała. Rozwinęła papier i modliła się w duchu, żeby nic się nie zmieniło. Wyciągnęła telefon z kieszeni, wybrała ciąg cyfr zapisanych na kartce i przyłożyła urządzenie do ucha.
Jeden sygnał.
Drugi, trzeci…
Już miała się rozłączyć, gdy…
– Halo?
– Eva?
– Kto mówi?
Dziewczyna nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. Zawiesiła się.
– To ja… – ciężko przełknęła – Willow.
Jak tylko padło jej imię, na linii zapanowała wymowna cisza. Domyślała się, że Eva jest zaskoczona. Ona by była, gdyby nagle skontaktował się z nią ktoś z przeszłości. Ale gdy cisza się przedłużała, Willow zwyczajnie się rozłączyła. To było głupie z jej strony, żeby zakładać, iż kuzynka ucieszy się na ten telefon. Ich ostatni raz, kiedy się widziały, był po tym, jak wyszła ze szpitala, czyli bardzo dawno temu. Czyli wtedy, kiedy czas prawie przestał istnieć, a ona o mało nie umarła w wyniku ran i tęsknoty. Właśnie wtedy bez słowa zniknął też Nath. Jego odejścia nie przebolała do tej pory. Rodzice próbowali ją namówić na randkę z bogatym sąsiadem, który również jest ranczerem, ale ona nie chciała. A teraz…
Ciężko usiadła na łóżku. Nadzieja, że uzyska jakąś pomoc, właśnie poszła na dno. Zacisnęła dłoń na urządzeniu, które po chwili zadzwoniło. Od razu je uniosła, a jej powieki się rozszerzyły.
– Willow – padło z drugiej strony, gdy tylko przytknęła do ucha iPhone’a.
– Eva – wydusiła, nie bardzo wiedząc, jak zacząć rozmowę. Długo się nie widziały.
– Wszystko z tobą dobrze?
– Tak – odpowiedziała cicho, żeby nikt nie usłyszał. Czuła się trochę jak w więzieniu.
– Dlaczego szepczesz?
– Żeby nie słyszeli.
– Czyli nic się nie zmieniło.
– Nie bardzo. Ale…
– Dalej mieszkasz z nimi?
– A gdzie miałabym pójść?
– Jezu, masz studia, możesz wszystko, Will.
– Gdyby oni nie byli tacy, to pewnie tak.
– Dalej nie rozumiem ich i twojego zachowania.
– To długa historia.
– Mamy czas.
– Właśnie, że nie mamy – zaprzeczyła z całą mocą.
– Co się dzieje?
– Nath żyje. Jego mama była u nas, moja udaje, że o niczym nie wie.
– Czyli jak zwykle kłamstwa. Mam po ciebie przyjechać?
– Chciałam, żebyś pomogła mi go odnaleźć, ale chyba wyjazd też mi dobrze zrobi. Tylko nie mam forsy, żeby coś wynająć.
– O to się nie martw. Od tego jest rodzina. Daj mi czas, rano będę.
– Ale oni nie pozwolą.
– W dupie ich mam. Będziesz musiała wyjść z domu niepostrzeżenie, kiedy dam ci znać. Zdołasz to zrobić, Will?
– Tak, choć jestem więźniem we własnym domu.
– Tym bardziej zabiorę cię z tego przeklętego miasteczka. To nie miejsce dla ciebie, a później odszukamy Redstone’a. Dobrze pamiętam?
– Tak. Jestem ci… – urwała, bo się zapomniała i zaczęła głośno mówić.
– Wszystko w porządku, Willow? – padło zza drzwi, a po chwili gałka drgnęła.
– Tak, wszystko okej, mamo – odpowiedziała i zesztywniała.
– To dlaczego masz zamknięte drzwi?
– Nie wiem. – Postanowiła udawać głupią, bo czasem miała takie zaniki pamięci.
– Będę rano – powiedziała Eva i się rozłączyła.
Telefon wylądował na biurku, a ona sama aż się trochę spociła przez rozmowę z kuzynką, a przecież na koncie miała gorsze sprawy. Ale to była rodzina. I przez te wszystkie lata zachodziła w głowę, co się tam odpierniczało. Od czasu do czasu dzwoniła, ale za każdym razem słyszała tę samą śpiewkę, że Willow nie ma. Że wyszła, że już śpi, żeby zadzwoniła kiedy indziej. I Eva dzwoniła, tylko że efekt wciąż był taki sam.
[…]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/Panczakiewicz Art.Design
Redakcja: Kamila Recław
Korekta: Alicja Matyjas, Wiktoria Kowalska
Redakcja techniczna: Mariusz Gołdyn
Konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Copyright © 2026
@ by Anna Wolf
@ for this edition by Wydawnictwo Wolf Sp. z o.o.
All rights reserved
Wszelkie prawa zastrzeżone
ISBN 978-83-978740-3-9
Wydawnictwo Wolf
Wydanie I
Gorzów Wielkopolski 2026
Wyprodukowano w Polsce
