Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
ISBN 83-08-00766-X
Książka dostępna w zasobach:
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kwidzynie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 593
Rok wydania: 1982
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
J.G. Ballard
OGRÓD
CZASU
J.G. Ballard
OGRÓD
CZASU
Przełożyli
Lech Jęczmyk
Zofia Uhrynowska-Hanasz
Tytuł oryginału:
The Best Science Fiction of J. G. Ballard. Futura Publications Limited.
An Orbit Book
© Copyright J. G. Ballard 1977
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie, Kraków 1982
Posłowie
Lech Jęczmyk
ISBN 83-08-00766-X
„Miasto koncentracyjne” zostało opublikowane w roku 1957, w roku pierwszego sputnika, u zarania Ery Kosmicznej. Pamiętając dreszcz emocji, który wszyscy wówczas odczuli — znacznie silniejszy od wszystkiego, co czuliśmy później, nawet podczas lądowania Armstronga na Księżycu — musiało się to wydawać najmniej odpowiednią chwilą dla początkującego pisarza, żeby odwrócić się plecami do podróży międzyplanetarnych i wyruszyć w zupełnie nowym kierunku, w głąb psychiki i czasu zamiast w głąb kosmosu. Ale od samego początku — a było to zaledwie moje trzecie opowiadanie — byłem przekonany, że fantastyka naukowa, żeby przetrwać, musi o krok wyprzedzać rzeczywistość. Jeżeli dla reszty świata nastąpiła Era Kosmiczna, dla pisarza fantastyki naukowej była ona skończona. „Miasto koncentracyjne” jest pierwszym opowiadaniem o tym, co nazwałem „kosmosem wewnętrznym”, a co jest obrazem supermiasta, będącego prawie dosłownie nieskończenie rozbudowanym mózgiem.
Rozmówki w południe na Milionowej Ulicy:
Stamtąd pójdzie pan w kierunku południowym i to będzie między 568 Aleją i 422 Ulicą.
M. zawahał się. Gdzieś na zewnątrz ze szczękiem przejeżdżał po estakadzie tramwaj.
Sierżant roześmiał się.
M. poruszył się na taborecie. Siedzenie było tak niskie, że uda miał jak kawały rozpalonej gumy. Po trzech godzinach krzyżowych pytań nie bardzo mógł się skupić.
Sierżant potrząsnął głową.
M. spojrzał na niego.
Sierżant odwrócił się do człowieka stojącego w cieniu przy oknie.
Lekarz spojrzał na swoje dłonie. Nie brał udziału w przesłuchaniu, jakby znudzony metodami sierżanta.
Po wyjściu sierżanta lekarz usiadł za biurkiem i wyglądał przez okno słuchając jednostajnego szumu powietrza w szybie wentylacyjnym, dobiegającego z ulicy. Tu i ówdzie paliły się jeszcze światła stropowe, a o dwieście jardów dalej samotny policjant patrolował żelazne przejście nad ulicą, dzwoniąc w ciemnościach butami.
M. siedział na taborecie z rękami między kolanami, usiłując odzyskać czucie w zdrętwiałych nogach.
Wreszcie lekarz spojrzał na protokół oskarżenia.
Nazwisko............................ Franz M.
Wiek................................... 20
Zawód................................. Student
Adres................................... Zachodnia 783-cia m. 3599719,
Poziom 549-7705-45 KNI
Powód aresztowania.............Włóczęgostwo
— Niech mi pan opowie ten sen — odezwał się wyginając w dłoniach stalową linijkę i spojrzał na M.
M. poruszył się niespokojnie na taborecie.
Lekarz ziewnął. M. odczekał chwilę i zaczął recytować to, co już powtarzał dwadzieścia razy.
Lekarz przeciągnął palcem po skraju linijki.
Lekarz kiwnął głową. Nie patrząc sięgnął po protokół i zmiął go jednym ruchem dłoni.
Gregson wzruszył ramionami.
Franz uśmiechnął się grzecznie.
Sanger spojrzał na niego ze zdziwieniem.
Kiwnął głową i znikł wśród pokrytych kurzem półek.
Gregson czekał na schodach.
Wyszli z biblioteki i ruszyli wąską, ciemną uliczką na zapleczu wielkiego nowego gmachu laboratorium budownictwa miejskiego. Przeszło siedemdziesiąt pięć procent studentów studiowało na wydziałach architektury i budownictwa, zaledwie dwa procent szło na nauki ścisłe. W rezultacie biblioteki fizyki i chemii mieściły się w najstarszej części uniwersytetu, w dwóch skazanych na rozbiórkę ruderach, w których dawniej mieścił się zlikwidowany obecnie wydział filozofii.
Z uliczki wyszli na plac uniwersytecki i zaczęli się wspinać po żelaznych schodach na następny poziom. W połowie drogi policjant ogniowy w białym kasku obszukał ich pobieżnie detektorem i machnął im, żeby przechodzili.
Gregson roześmiał się wstydliwie.
Franz kupił bilet w automacie i wszedł na podest. Winda dzwoniąc zbliżała się powoli.
Kierownik stadionu Coloseum postawił parafę na dwóch przepustkach.
Kierownik mruknął pod nosem i zwolnił kołowrót w wejściu.
Na środku pustej areny Franz rozwinął paczkę i złożyli model. Miał szerokie skrzydło z drutu i papieru w kształcie wachlarza, wąski kadłub z zastrzałami i wysoko zadarty ogon.
Franz podniósł model i wypuścił go w powietrze. Przeleciał dwadzieścia stóp i ślizgiem wylądował w drewnianych opiłkach.
Wyjął z kieszeni motek szpagatu i przywiązał koniec do dziobu modelu. Kiedy pobiegli, model uniósł się łagodnie w powietrze i leciał za nimi wokół areny stadionu na wysokości dziesięciu stóp.
Stadion miał czterysta stóp długości i dwieście pięćdziesiąt stóp wysokości. Zanieśli model na koniec areny i Franz odpalił rakietki.
Strzelił płomień i model zaczął nabierać prędkości, już był na wysokości dwóch stóp, ciągnąc za sobą jasny ogon kolorowego dymu, kiwając się łagodnie z boku na bok. Nagle ogon zajął się płomieniem. Model poszedł ostro w górę, pod sam sufit, stracił pęd w ostatniej chwili omal nie uderzając w jedną z lamp, i zarył w trociny.
Podbiegli do niego i zadeptali resztki ognia.
Franz kopnął rozbity kadłub.
Kierownik stadionu z dwoma pomocnikami biegli w ich stronę uzbrojeni w gaśnice.
W trzy dni później Franz wybrał się windą 150 poziomów w górę na 677-98, gdzie mieściło się Okręgowe Biuro Nieruchomości.
Urzędnik spojrzał na niego.
Franz wyprostował mapy rozłożone na kontuarze.
Urzędnik potrząsnął głową i wrócił do swoich papierów.
Franz podziękował mu i wyszedł.
Ekspres Południowy dowiózł go na miejsce robót w ciągu dwóch godzin. Wysiadł tam, gdzie zaczynał się objazd, i przeszedł pieszo trzysta jardów do końca poziomu.
Ulica, brudna, ale ruchliwa arteria pełna sklepów odzieżowych i małych przedsiębiorstw, biegnąca przez wielki, grubości dziesięciu mil Sześcian Przemysłowy B.I.R., kończyła się nagle plątaniną poszarpanych prętów zbrojeniowych i betonu. Nad skrajem zbudowano stalową poręcz i Franz spojrzał spoza niej w głąb jamy długiej na trzy mile, szerokiej na milę i głębokiej na tysiąc dwieście stóp, którą tysiące inżynierów i robotników wygryzło w tkance Miasta.
Osiemset stóp pod nim nieskończone szeregi ciężarówek i wagonów wywoziły gruz, i chmury pyłu kłębiły się w oślepiającym blasku łukowych lamp z sufitu. Na jego oczach łańcuch wybuchów odciął ścianę po lewej stronie i cały fronton osunął się powoli na dno, odsłaniając idealny przekrój przez piętnaście poziomów miasta.
Franz widział już wcześniej wielkie roboty i jego właśni rodzice zginęli w historycznym zawale w dzielnicy QUA przed dziesięciu laty, kiedy to pękły trzy filary główne i dwieście poziomów Miasta nagle zapadło się o dziesięć tysięcy stóp, miażdżąc pół miliona ludzi jak muchy w harmonii, ale mimo to ogrom tej ziejącej pustej przestrzeni poraził jego wyobraźnię.
Wszędzie wokół niego stojący lub siedzący na występach konstrukcji ludzie patrzyli w milczeniu.
Mężczyzna w postrzępionym podkoszulku splunął za barierę.
Poniżej nich kobieta wpatrująca się w pustkę zaniosła się histerycznym śmiechem. Dwaj stojący w pobliżu mężczyźni wzięli ją pod ręce i usiłowali odprowadzić dalej. Kobieta zaczęła się wyrywać, podszedł strażak i odciągnął ją brutalnie.
Franz stał przy barierze i patrzył przez kilka godzin, a potem kupił od ulicznego sprzedawcy pocztówkę i poszedł do windy.
Przed powrotem do internatu wpadł jeszcze do Gregsona. Gregsonowie mieszkali na zachodnich milionowych przy 985 Alei, w najwyższym trzypokojowym mieszkaniu tuż pod samym stropem. Franz znał ich od czasu śmierci swoich rodziców, ale matka Gregsona wciąż odnosiła się do niego z mieszaniną sympatii i podejrzliwości. Zauważył, że kiedy go wpuszczała ze zwykłym powitalnym uśmiechem, zerknęła na umieszczony w przedpokoju detektor.
Gregson był w swoim pokoju, pochłonięty wycinaniem form z papieru i przyklejaniem ich do wielkiej koślawej konstrukcji, przypominającej nieco model Franza.
Franz wzruszył ramionami.
Gregson spojrzał zdziwiony.
Franz wstał.
Franz z rozpaczą uderzył się w czoło.
Gregson zrobił gest nożycami.
Franz podszedł do półki i wyciągnął jeden z tomów.
Gregson kiwnął głową.
Franz zamknął atlas.
Gregson potrząsnął głową.
Franz klepnął atlas leżący na stole.
Ptaki siedziały na skałkach albo chodziły kiwając się niezgrabnie po piaszczystych ścieżkach między sadzawkami.
Przechadzali się między rzędami klatek.
Wyszli z muzeum i poszli 859 Aleją. Wkrótce ujrzeli gęsty tłum oraz ludzi w oknach i na balkonach gapiących się na oddział policji ogniowej włamujący się do domu.
Stalowe grodzie zamknęły odcinek ulicy z obu stron i zatrzasnęły się pancerne pokrywy nad schodami do wyższych i niższych poziomów. Przewody wentylacyjne zamarły i powietrze natychmiast zapachniało stęchlizną.
Przepchnęli się do restauracji, usiedli przy oknie i zamówili kawę, która, jak i wszystko inne w menu, była zimna. Wszystkie urządzenia kuchenne miały ograniczniki nie pozwalające przekroczyć Temperatury 95 stopni Fahrenheita i jedynie w droższych hotelach i restauracjach można było dostać jedzenie w najlepszym razie letnie.
Pod oknem na ulicy rozlegały się krzyki. Policja ogniowa nie mogła dostać się na wyższe piętra budynku i zaczęła siłą odpierać tłum. Ściągnięto elektryczny kołowrót i przymocowano go do stalowych belek pod krawężnikiem, a do domu wniesiono kilka ciężkich stalowych kotwic, które zaczepiono o ściany.
Gregson roześmiał się.
Franz oglądał dom. Był to wąski, odrapany budynek, wciśnięty między wielką hurtownię mebli i nowy supermarket. Stary napis biegnący przez front domu został zamalowany, widocznie właściciel zmienił się niedawno. Obecni mieszkańcy podjęli nie całkiem udaną próbę urządzenia na parterze taniej jadłodajni. Wyglądało na to, że policja ogniowa robi wszystko, żeby wyrządzić jak największe szkody, bo jedzenie i skorupy naczyń zaścielały cały chodnik.
Hałas ucichł; wszyscy wstrzymali oddech, kiedy kołowrót poszedł w ruch. Potężne liny naprężyły się i frontowa ściana domu zaczęła się wyginać na zewnątrz serią urywanych ruchów.
Nagle w tłumie rozległ się okrzyk.
Na trzecim piętrze mężczyzna i kobieta stali w oknie i bezradnie patrzyli w dół. Mężczyzna podsadził kobietę na parapet, i ta wypełzła na zewnątrz czepiając się rury kanalizacyjnej. Posypał się na nich grad butelek, które odbijając się spadały wśród policjantów. Szeroka rysa przecięła dom na całej wysokości, piętro, na którym był mężczyzna, zapadło się odrzucając go gdzieś do tyłu. Zaraz potem trzasnęła jedna z poprzecznych belek na parterze i cały dom przechylił się i runął.
Franz i Gregson zerwali się, omal nie przewróciwszy stolika.
Tłum przerwał się przez kordon. Kiedy osiadł kurz, nie było już nic prócz rumowiska cegieł i poskręcanych belek, wśród których uwiązł przygnieciony mężczyzna. Na wpół uduszony pyłem poruszał się niezgrabnie, usiłując uwolnić się jedną ręką, i tłum rozkrzyczał się ponownie, kiedy jedna z lin, nawijając się na kołowrót, wciągnęła go pod gruzy.
Szef restauracji przecisnął się obok Franza i wychylił się przez okno nie spuszczając wzroku z tarczy przenośnego detektora. Jego wskazówka, podobnie jak wszystkich innych, stała na zerze.
Na szczątkach domu popisywało się teraz z tuzin sikawek i po kilku minutach tłum zaczął się przerzedzać.
Szef wyłączył detektor i odchodząc od okna kiwnął głową Franzowi.
Franz wskazał detektor.
Franz wzruszył ramionami i usiadł.
Szef przyjrzał się Franzowi.
Franz zamieszał kawę.
Odstawił kawę.
Gregson potrząsnął głową z powątpiewaniem.
Franz i Gregson weszli na stację przy 984 Ulicy i skierowali się do wielkiego automatu z biletami. Franz włożył centa i wcisnął klawisz ze stacją docelową 984. Maszyna zahuczała i wypluła bilet, a w szufladzie wydającej reszty ukazała się z powrotem jego moneta.
Franz poklepał Gregsona uspokajająco po ramieniu, pomachał mu i zniknął w tłumie pasażerów.
Wybrał Zieloną Linię, żeby dojechać do najbliższej stacji węzłowej w sąsiedniej dzielnicy. Pociągi Zielonej Dojazdowej jeździły ze średnią prędkością 70 mil na godzinę i podróż zajęła mu dwie i pół godziny.
Na stacji przesiadł się do windy ekspresowej, która jadąc z prędkością 400 mil na godzinę, w ciągu 90 minut wywiozła go za granicę sektora. Następne pięćdziesiąt minut w Specjalnej Międzysektorowej i znalazł się na dworcu Linii Głównej, obsługującej Unię.
Tam kupił sobie kawę i zebrał całą swoją odwagę. Superekspresy sypialne jeździły w kierunku wschód—zachód, zatrzymując się na co dziesiątej stacji. Najbliższy w kierunku zachodnim przyjeżdżał za siedemdziesiąt dwie godziny.
Dworzec Linii Głównej był największą stacją, jaką Franz widział: milowej długości jaskinią, głęboką na trzydzieści poziomów. Przecinały ją setki szybów windowych, a labirynt peronów, schodów ruchomych, restauracji, hoteli i teatrów przypominał groteskowy model całego Miasta.
Rozpytawszy się o drogę w informacji, Franz wjechał schodami ruchomymi na piętnastą kondygnację, gdzie zatrzymywały się superekspresy. Przez całą długość stacji przebiegały dwa stalowe tunele próżniowe, każdy o średnicy trzystu stóp, wsparte na potężnych betonowych podporach.
Franz przeszedł się wzdłuż peronu i stanął przed teleskopową pochylnią prowadzącą do jednej ze śluz powietrznych. Dokładnie dwieście siedemdziesiąt stopni, pomyślał, patrząc na łukowate podbrzusze tunelu. To musi dokądś prowadzić. Miał w kieszeni czterdzieści pięć dolarów, wystarczającą sumę na kawę i kanapki na trzy tygodnie, nawet sześć, jeżeli będzie trzeba, na czas potrzebny do znalezienia końca Miasta.
Spędził następne trzy dni siedząc nad filiżanką kawy w jednym z trzydziestu dworcowych barów, czytając porzucone gazety i sypiając w lokalnych pociągach Linii Czerwonej, krążących wokół sektora po czterogodzinnej zamkniętej trasie.
Kiedy wreszcie Superekspres przybył, dołączył do małej grupki funkcjonariuszy policji ogniowej i władz miejskich oczekujących przy rampie i wraz z nimi wsiadł do pociągu. Były dwa wagony: sypialny, z którego nikt nie korzystał, i dzienny.
Franz zajął nie rzucające się w oczy miejsce w kącie obok jednego z liczników w wagonie dziennym i wyjął notatnik, gotów do zrobienia pierwszego zapisu.
1 dzień: kierunek zachodni 270°. Unia 4350.
Dolar pięć za stopę sześcienną. Wiedział, że otwarta przestrzeń spowoduje spadek ceny. Nie trzeba wysiadać z pociągu ani zadawać zbyt wielu pytań. Wystarczy pożyczyć gazetę i spojrzeć na ceny.
2 dzień: kierunek zachodni 270°. Unia 7550.
97 centów.
Licząc przeciętnie po dolarze za stopę sześcienną, obliczał Franz z nudów, wszystko jest jak dotychczas warte 4x1027 dolarów.
Niewielu pasażerów pozostawało w Superekspresie dłużej niż trzy lub cztery godziny. Pod koniec drugiego dnia Franz zaczął odczuwać ból w plecach i karku od ciągłych przyspieszeń. Zdołał zażyć nieco ruchu chodząc wzdłuż wąskiego korytarza wyludnionego wagonu sypialnego, ale większość czasu musiał spędzić przypięty pasami do swojego miejsca, gdyż pociąg rozpoczął długie hamowanie przed następną stacją.
3 dzień: kierunek zachodni 270°. Federacja 657.
Franz poderwał się na ławce.
Co pół doby maszynista podpisywał książkę rejsu, załoga przekazywała pociąg załodze, która wysiadła z pociągu jadącego na wschód, przechodziła na drugą stronę platformy i wracała do domu.
125 centów.
8 x 1033 dolarów.
4 dzień: kierunek zachodni 270°. Federacja 1225.
Grał w karty, kupował kawę i bułki w automacie przy toalecie, obserwował licznik i przysłuchiwał się rozmowom wokół siebie.
Pociąg mknął coraz dalej.
6 x 1075 dolarów.
5 dzień: kierunek zachodni 270°. 17 Nadfederacja.
W kiosku na stacji Franz kupił sobie paczkę żyletek i rzucił okiem na broszurę miejscowej izby handlowej.
„12 000 poziomów, 98 centów za stopę, unikatowa Autostrada Pod Wiązami, niezrównane bezpieczeństwo przeciwpożarowe...”
Wrócił do pociągu, ogolił się i przeliczył pieniądze. Zostało mu trzydzieści dolarów. Był teraz o dziewięćdziesiąt pięć milionów megamil od podmiejskiej stacji na 984 Ulicy i wiedział, że nie może zbyt długo odkładać chwili powrotu. Następnym razem zaoszczędzi kilka tysięcy.
7 x 10127 dolarów.
7 dzień: kierunek zachodni 270°. 212 Imperium Centralne.
Franz zerknął na licznik.
Franz skinął głową, opanował się.
Przejazd przez tę okolicę zajął im dwa dni.
Franz kiwnął głową słuchając monotonnego szumu powietrza.
10 dzień: kierunek wschodni 90°. 755 Wielka Centralna...
Franz poszedł do przodu i odszukał konduktora.
Konduktor potrząsnął głową.
Urwał i wrócił na swoje miejsce.
Pięciu pozostałych pasażerów obserwowało go czujnie.
W dwie minuty później przyszedł jakiś człowiek i zażądał od Franza okazania biletu.
Wrócił do biurka.
Lekarz wstał.
Lekarz zawahał się, zanim otworzył drzwi.
M. opuścił bezwładnie ręce.
Lekarz przyglądał się M. w milczeniu przez kilka minut, po czym wrócił za biurko.
M. podniósł głowę.
Lekarz kiwnął głową sam do siebie.
Podszedł do drzwi.
Po wyjściu lekarza M. wlepił wzrok w podłogę, zbyt wyczerpany, żeby odczuć ulgę. Wstał i przeciągnął się, a potem zrobił kilka niepewnych kroków po pokoju.
Na zewnątrz gasły ostatnie światła i policjant na mostku pod stropem ulicy włączył latarkę. Ulicę przecięło z rykiem auto policyjne jadące jedną z alei. Zapaliły się trzy latarnie i kolejno zgasły.
M. zastanawiał się, dlaczego Gregson nie przyszedł na stację. Nagle jego uwagę przyciągnął kalendarz na biurku. Otwarty był na dacie 12 sierpnia. To był dzień, w którym wyruszył w swoją podróż: dokładnie trzy tygodnie temu. Dzisiaj!
Jedź Zieloną Linią w kierunku zachodnim do 28 Ulicy, przejdź na drugą stronę ulicy i pojedź Czerwoną Windą na Poziom 237. Przejdź do stacji na Trasie 171, przesiądź się na 438 podmiejską i dojedź do 795 Ulicy. Błękitną Linią pojedź w stronę Rynku, wysiądź na rogu 4 i 275, skręć w lewo i...
Jesteś z powrotem tam, skąd wyruszyłeś. Piekło 10n dolarów.
Przełożył Lech Jęczmyk
„Studzienka 69” to także opowiadanie o kosmosie wewnętrznym. Tutaj przedmiotem jest psychochirurgia szczególnie niebezpiecznego rodzaju. W dziesięć lat po II wojnie światowej uświadamiano sobie rozpowszechnienie rozwiniętych technik bezpośredniego manipulowania psychiką: prania mózgu, resekcji piatów czołowych, stosowania nowych grup narkotyków, takich jak środki uspokajające i syntetyczne halucynogeny. „Studzienka 69” to spojrzenie na coś, co sprawia wrażenie odpowiedzialnej naukowej próby wyeliminowania funkcji snu. Tytuł, nawiasem mówiąc, to nazwa skomplikowanej automatycznej studzienki kanalizacyjnej, stosowanej w głębokich układach kanałów, która zamyka przepływ, kiedy ciśnienie przekracza pewną granicę.
Przez kilka pierwszych dni wszystko szło dobrze.
Doktor Neill uśmiechnął się.
Neill zaczekał, aż trzej mężczyźni wyjdą z sali wykładowej i udadzą się do Sektora Rekreacyjnego, a potem zszedł z podium i zamknął drzwi. Był to niski, barczysty mężczyzna po pięćdziesiątce, o ostro zarysowanych, niecierpliwych ustach i drobnych rysach. Wyszarpnął krzesło z pierwszego rzędu i zręcznie usiadł na nim okrakiem.
Morley siedział na stole pod tylną ścianą, bawiąc się machinalnie ołówkiem. W wieku lat trzydziestu, był najmłodszym członkiem zespołu pracującego w klinice pod kierownictwem Neilla, ale Neill z jakiegoś powodu lubił rozmawiać właśnie z nim.
Zrozumiał, że Neill czeka na odpowiedź, i wzruszył ramionami.
Neill przyglądał mu się spod oka.
Morley roześmiał się i wstał.
Neill oparł się na łokciach, zacisnął szczęki.
Morley coś mruknął, ale Neill ciągnął dalej swoim nawykłym do wydawania poleceń głosem.
Neill urwał zmęczony i przetarł oczy.
Morley zrobił bezradny gest ręką.
Morley obrócił model palcem, patrząc, jak obraz zaciera się i znika. Mniejsza o wątpliwości, Neill jest prawdopodobnie ostatnim człowiekiem, który mógłby je zrozumieć.
Neill wydał lekkie parsknięcie.
—Nie — powiedział Morley łagodnie. Często zaskakiwała go agresywność Neilla; było tak, jakby uważał sen za coś wstydliwie hańbiącego, za ukrywany grzech. — Chodzi mi o to, że na dobre czy złe każdy z nich jest teraz sam na sam z sobą. Już nigdy nie będą mogli uwolnić się od siebie, choćby na kilka minut, nie mówiąc o ośmiu godzinach. Ile można z sobą wytrzymać? Może człowiek potrzebuje ośmiu godzin urlopu dziennie, żeby otrząsnąć się z szoku bycia sobą. Pamiętaj, że ty i ja nie zawsze będziemy pod ręką, żeby szpikować ich testami i filmami. Co się stanie, jeżeli będą mieli dosyć samych siebie?
Ruszył ku drzwiom i wyciągnął rękę do kontaktu.
Zamknęli salę wykładową i razem poszli korytarzem.
Neill roześmiał się.
Nieco po północy Avery i Gorrell grali w ping-ponga w jasno oświetlonej sali gimnastycznej. Obaj byli dobrymi graczami i wymieniali piłki bez większego wysiłku. Czuli się silni i rześcy; Avery nieco się spocił, ale było to nie tyle wynikiem zmęczenia, co rozpalonych lamp łukowych pod sufitem, utrzymujących na wszelki wypadek iluzję nieustannego dnia. Najstarszy z trzech ochotników, wysoki i zamknięty w sobie, z chudą, nieruchomą twarzą, nie próbował podtrzymywać rozmowy z Gorrellem, koncentrując się na adaptacji do nowych warunków. Choć wiedział, że nie stwierdzi u siebie śladu przemęczenia, grając śledził jednocześnie rytm oddechu i tonus mięśniowy, a kątem oka obserwował zegar.
Gorrell, człowiek swobodny i opanowany, również był jakiś zgaszony. Między odbiciami rozglądał się ostrożnie po sali, odnotowując w pamięci ściany jak w hangarze, rozległą połać lśniącej podłogi, zasłonięte żaluzjami świetliki w dachu. Co jakiś czas, nie zdając sobie z tego sprawy, dotykał okrągłej blizny po trepanacji z tyłu głowy.
Na środku sali wokół gramofonu ustawiono parę foteli i kanapę i tam Lang grał w szachy z Morleyem, pełniącym nocny dyżur. Lang pochylił się nad szachownicą. Agresywny, z kręconymi włosami, ostro zarysowanym nosem i ustami, wpatrywał się z bliska w figury. Grywał stale z Morleyem, odkąd przybył do kliniki, czyli od czterech miesięcy. Byli równorzędnymi partnerami, może z niewielką przewagą Morleya, ale dzisiaj Lang zastosował nowe otwarcie i po dziesięciu ruchach rozwinął w pełni swój atak, zaczynając rozbijać obronę Morleya. Jego umysł pracował jasno i precyzyjnie, skupiony z całą ostrością na grze, mimo że zaledwie rano wydobył się z mglistego obszaru posthipnozy, w którym wszyscy trzej błąkali się przez trzy tygodnie niczym odmóżdżone widma.
Za nimi, wzdłuż jednej ze ścian, ciągnęły się pomieszczenia zespołu kontrolnego. Kątem oka widział czyjąś twarz w okrągłym okienku w jednych z drzwi. Siedziała tam grupa pielęgniarzy i lekarzy w ciągłym pogotowiu przy swoich wózkach reanimacyjnych. Ostatnie drzwi, do małej salki z trzema łóżkami, trzymano starannie zamknięte. Po chwili twarz znikła. Lang uśmiechnął się na myśl o skomplikowanej maszynerii roztaczającej nad nim opiekę. Miał zaufanie do Neilla i święcie wierzył w powodzenie eksperymentu. Neill zapewnił go, że w najgorszym razie nagłe nagromadzenie produktów przemiany materii we krwi może wywołać lekkie odrętwienie, ale jego mózg pozostanie nie zagrożony.
Czekając na ruch Morleya sprawdził czas na ściennym zegarze. Dwunasta dwadzieścia. Morley ziewnął. Był znużony, twarz miał ściągniętą, cerę ziemistą. Osunął się w fotelu i podparł głowę ręką. Myślał o tym, jak słabi i prymitywni będą się wkrótce wydawać ci, którzy sypiają; ich umysły zapadają się co wieczór pod ciężarem nagromadzonych toksyn, ostrze ich świadomości ulega stępieniu. Nagle uświadomił sobie, że sam Neill właśnie w tej chwili śpi. Naszła go dziwnie niepokojąca wizja Neilla skulonego w skotłowanej pościeli dwa piętra nad nimi, z obniżonym poziomem cukru we krwi, z umysłem bujającym nie wiadomo gdzie.
Lang roześmiał się z własnego zarozumialstwa i Morley cofnął ruch, który przed chwilą zrobił.
— Nie — powiedział Lang i znów się roześmiał. — Właśnie odkryłem, że nie śpię.
Morley uśmiechnął się.
Zwykle dochodzili do końcówki, ale tego dnia Morley musiał się poddać w dwudziestym ruchu.
Lang wyciągnął ze stojaka z płytami Bacha, założył Koncert Brandenburski i włączył gramofon. Kiedy popłynęła bogata, kontrapunktowa muzyka, odchylił się na oparcie słuchając w skupieniu.
To absurd, pomyślał Morley. Jak szybko można się rozwijać? Trzy tygodnie temu byłeś typkiem z przedmieścia.
Następne godziny minęły szybko.
O wpół do drugiej poszli do gabinetu lekarskiego, gdzie poddano ich pobieżnemu badaniu: puls, odruchy nerwowe, mocz do analizy.
Ubrawszy się z powrotem przeszli do pustej stołówki na małą przekąskę i siedli na stołkach sprzeczając się, jak nazwać ten nowy, piąty, posiłek.
O drugiej zasiedli w sali neurologii i przez dwie godziny oglądali filmy z ćwiczeń pod hipnozą w ostatnich trzech tygodniach.
Po filmach udali się do sali gimnastycznej, mając noc prawie za sobą. Nadal byli swobodni i pełni energii; Gorrell szedł na czele pokpiwając z Langa i przedrzeźniając jego lunatyczny chód w którymś fragmencie filmu.
Morley powstrzymał ziewnięcie.
Chociaż klinika była opustoszała, na polecenie Neilla paliły się wszystkie światła na korytarzach i na schodach. Przed nimi dwaj pielęgniarze sprawdzali, czy okna na ich drodze są bezpiecznie zasłonięte, a drzwi pozamykane. Nigdzie ani jednej zacienionej wnęki, ani jednej pułapki mroku.
Neill nalegał na to, niechętnie przyznając możliwość skojarzenia między ciemnością i snem.
Na podeście w połowie schodów było duże, zasłonięte okno, wychodzące na park za kliniką. Mijając je Gorrel przystanął. Podszedł do okna, zwolnił roletę i chwycił sznurek żaluzji.
Nie otwierając jej zwrócił się do Morleya przyglądającego się temu ze schodów.
Morley zmierzył spojrzeniem kolejno wszystkich trzech. Gorrell był spokojny, najwyraźniej zaspokajał jedynie chwilową zachciankę. Lang siedział na poręczy, obserwując scenę z zaciekawieniem, z wyrazem naukowej bezstronności. Jedynie Avery wydawał się nieco zaniepokojony, twarz miał bladą i skrzywioną. Morleyowi przyszła do głowy zupełnie nieistotna myśl: ten nocny zarost, będą musieli golić się dwa razy na dobę. A potem: dlaczego nie ma tu Neilla? Wiedział, że dorwą się do okna przy pierwszej sposobności.
Zauważył, że Lang posyła mu rozbawiony uśmiech, i wzruszył ramionami, usiłując ukryć niepokój.
Gorrell odciągnął żaluzję i wszyscy stłoczyli się przy oknie wyglądając w noc. W dole cynowoszare trawniki ciągnęły się do linii pagórków porośniętych sosnami. Gdzieś dalej, z lewej strony, migał przyzywająco neon.
Gorrell i Lang nie odnotowali u siebie żadnej reakcji i ich ciekawość zaczęła po chwili wygasać. Avery poczuł nagły ruch pod sercem, ale zaraz się opanował. Jego wzrok zaczął przesiewać ciemności; niebo było czyste, bezchmurne i poprzez gwiazdy dostrzegł wąskie, mleczne pasmo obwodu Galaktyki. Wpatrywał się w nie milcząc i pozwalając, żeby wiatr chłodził jego spoconą twarz i szyję.
Morley podszedł do okna i oparł się na parapecie obok Avery’ego. Kątem oka wypatrywał jakiegoś odruchu, drżenia powieki albo przyśpieszonego oddechu sygnalizującego odruchowe rozładowanie. Pamiętał ostrzeżenie Neilla: „U człowieka sen jest głównie wolicjonalny, a odruch jest wzmocniony przyzwyczajeniem. Ale fakt, że przecięliśmy w podwzgórzu szlaki regulujące przepływ świadomości, nie oznacza jeszcze, że odruch nie rozładuje się jakąś inną drogą. Jednak wcześniej czy później będziemy musieli podjąć to ryzyko i pozwolić im zerknąć na ciemną stronę słońca”.
Morley zastanawiał się nad tym, kiedy ktoś dotknął jego ramienia.
Otrząsnął się z zamyślenia. Stał przy oknie sam. Gorrell i Avery zeszli już niżej.
Morley potarł twarz.
Wszyscy byli rozbawieni, najbardziej Gorrell.
Po piątej zaczęli odczuwać stopniowy przypływ ociężałości w kończynach. Próby nerkowe pogorszyły się i produkty rozkładu powoli gromadziły się w tkankach. Dłonie mieli wilgotne i zdrętwiałe, podeszwy stóp jak z porowatej gumy. Uczucie to wywoływało nieokreślony niepokój, nie wiążąc się z żadnymi objawami zmęczenia umysłowego.
Drętwota rozszerzała się. Avery zauważył to po napięciu skóry na policzkach i na skroniach oraz po lekkim bólu głowy. Z uporem przewracał stronice czasopisma, czując dłonie jak dwie bryły kitu.
Potem przyszedł Neill i wraz z nim ożywienie. Promieniował czystością i energią, unosząc się elastycznie na palcach.
Neill ryknął śmiechem, klepnął go po ramieniu i poprowadził wszystkich do laboratorium chirurgicznego.
O dziewiątej, ogoleni i w czystych ubraniach, zebrali się w sali wykładowej. Czuli się znowu świeżo i rześko. Drętwota kończyn i lekkie otępienie minęły natychmiast po podłączeniu do kroplówek oczyszczających krew. Neill powiedział im, że w ciągu tygodnia ich nerki dostosują się do intensywniejszej pracy.
Przez całe rano i większość popołudnia pracowali nad serią testów asocjacyjnych i sprawnościowych. Neill nie oszczędzał ich manewrując światełkami na katodowym ekranie, żonglując wymyślnymi seriami cyfrowymi i geometrycznymi oraz skomplikowanymi łańcuchami wyrazów.
Wyglądało, że jest bardziej niż zadowolony z wyników.
Morley skinął głową, czując, jak jego wątpliwości ustępują.
Przez następne dwa tygodnie albo on, albo Neill towarzyszyli trzem mężczyznom bez przerwy, siedząc w blasku reflektorów na środku sali gimnastycznej, oceniając wykorzystanie dodatkowych ośmiu godzin, uważnie wypatrując jakichkolwiek oznak regresji. Neill ciągnął za sobą wszystkich, od etapu do etapu, przez okresy testów, przez długie godziny nie kończących się nocy, a jego potężna osobowość zarażała entuzjazmem wszystkich członków zespołu.
Prywatnie Morley niepokoił się rosnącą emocjonalną zależnością widoczną w stosunkach między Neillem a trójką mężczyzn. Obawiał się że zaczynają utożsamiać Neilla z eksperymentem. Dzwonek na posiłek wywołuje ślinienie, ale jeżeli po długim okresie uwarunkowywania nagle przestanie się dzwonić, obiekt doświadczenia nie może jeść przez pewien czas. Takie odjęcie bodźca nie szkodzi psu, ale w przypadku i tak już przewrażliwionej psychiki może wywołać katastrofę.
Neill w pełni zdawał sobie z tego sprawę. Pod koniec pierwszych dwóch tygodni, kiedy zaziębił się paskudnie po nie przespanej nocy i postanowił spędzić następny dzień w łóżku, zawołał Morleya do swojego gabinetu.
Ale Neill tylko się uśmiechnął i poszedł zająć gabinet przylegający do jego sypialni.
Tej nocy Morley miał dyżur w sali gimnastycznej od dziesiątej wieczorem do szóstej rano. Jak zwykle zaczął od sprawdzenia, czy pielęgniarze mają w pogotowiu swoje wózki reanimacyjne, przeczytał w księdze zapis poprzedniego dyżurnego, jednego ze starszych lekarzy, i dopiero wtedy podszedł do kręgu foteli. Usiadł na kanapie obok Langa i zaczął kartkować czasopismo, obserwując uważnie trójkę mężczyzn. W blasku lamp łukowych ich wychudzone twarze miały niezdrowy odcień, jak przy sinicy. Starszy lekarz ostrzegł go, że Avery i Gorrell mogą się przemęczyć przy stole pingpongowym, ale przed jedenastą przerwali grę i zasiedli w fotelach. Poczytali trochę bez zapału i dwukrotnie wyszli do. stołówki, eskortowani za każdym razem przez jednego z pielęgniarzy. Morley powiedział im o Neillu, ale ku jego zdziwieniu żaden z nich tego nie skomentował.
Powoli nadeszła północ. Avery czytał zgarbiony w swoim fotelu. Gorrell grał sam z sobą w szachy.
Morley podsypiał.
Lang odczuwał niepokój. Cisza sali gimnastycznej i brak ruchu wokół działały na niego przygnębiająco. Nastawił gramofon i wysłuchał Koncertu Brandenburskiego, analizując jego tematy przewodnie. Potem zrobił sam sobie test na asocjację słowną, przewracając stronice książki i wykorzystując słowa w prawym górnym rogu jako hasła.
Morley pochylił się w jego stronę.
Lang zrobił szeroki ruch ręką.
Morley potrząsnął głową.
Lang kiwnął głową.
Morley uśmiechnął się.
Więc to tak, pomyślał Morley. Wielki ojciec psycholog został przyłapany podczas drzemki na własnej lekarskiej kozetce. Zastanawiał się, co gorsze: pacjenci, którzy nie znają się na psychiatrii, czy tacy, którzy znają ją powierzchownie.
Odczekał dla przyzwoitości pięć minut, a potem wstał i poszedł do pokoju lekarskiego.
Lang zarzucił ramię na oparcie kanapy i obserwował drzwi do pokoju pielęgniarzy.
Gorrell, który grał sam z sobą w szachy, podniósł głowę. — Widocznie to siedzenie po nocach go wykańcza. Lepiej go obudź, zanim Neill się dowie. Pewnie zasnął nad kartami z twoimi testami.
Lang roześmiał się i rozsiadł się wygodniej. Gorrell wyciągnął rękę do gramofonu, wyjął ze stojaka płytę i założył ją.
Kiedy gramofon zaczął szumieć, Lang zauważył, jak cicho było i pusto w sali gimnastycznej. W klinice zawsze panowała cisza, ale nawet w nocy utrzymywały się jakieś szczątkowe przypływy i odpływy dźwięków: szuranie krzesła w pokoju pielęgniarzy, szum generatora pod jedną z sal operacyjnych — które świadczyły, że gmach żyje.
Teraz powietrze było nieruchome i bezbarwne. Lang nadsłuchiwał uważnie. Wszędzie panował martwy, pozbawiony echa nastrój opuszczonego budynku.
Wstał i podszedł do pokoju pielęgniarzy. Wiedział, że Neill jest przeciwnikiem rozmów z obsługą, ale niepokoiła go nieobecność Morleya.
Zajrzał przez okienko, żeby sprawdzić, czy Morley tam jest.
Pokój był pusty.
Światło się paliło. Dwa wózki szpitalne stały na swoim zwykłym miejscu pod ścianą, trzeci na środku, z rozsypaną talią kart, ale po grupie trzech czy czterech lekarzy nie było ani śladu.
Lang zawahał się, spróbował otworzyć drzwi i stwierdził, że są zamknięte na klucz.
Nacisnął jeszcze raz klamkę i rzucił przez ramię:
— Spróbuj następne drzwi. Pewnie mają odprawę przed jutrzejszym, dniem.
Lang podszedł do biura chirurgii. Światło było zgaszone, ale widział białe lakierowane biurko i wielkie wykresy na ścianach. Nie było nikogo.
Avery i Gorrell obserwowali go.
Gorrell wyłączył gramofon i razem z Averym podeszli. Spróbowali ponownie obu drzwi.
W drzwiach gabinetu Neilla nie było okienka. Gorrell zapukał, odczekał i zapukał głośniej.
Lang ruszył klamką, potem ukląkł.
Avery odwrócił się i spojrzał na dwoje pozostałych drzwi, po przeciwnej stronie sali. Jedne prowadziły do stołówki i skrzydła neurologii, drugie do parkingu na tyłach kliniki.
Gorrell ruchem głowy wskazał fotele.
Wrócili na swoje miejsca.
Gorrell przysunął stolik szachowy do kanapy i ustawił figury. Avery i Lang rozsiedli się w fotelach i zaczęli spokojnie wertować czasopisma. Nad nimi lampy łukowe oświetlały ciszę szerokimi stożkami światła.
Jedynym dźwiękiem było powolne tykanie zegara.
Godzina trzecia piętnaście nad ranem.
Przesunięcie było niezauważalne. Zaczęło się od niewielkiej zmiany perspektywy, zanik i przegrupowanie zarysów. Lekka zmiana ogniskowej, cień ślizgający się powoli po ścianie, zaostrzenie się kątów. Ruch był płynny, tempo nieskończenie wolne, ale stopniowo zarysowała się ogólna tendencja.
Sala gimnastyczna kurczyła się. Cal za calem ściany zbliżały się do siebie, ograniczając powierzchnię podłogi. Przesuwając się ku sobie, ściany uległy zmianie: rzędy lamp pod sufitem rozpływały się i zacierały, kabel elektryczny biegnący pod ścianą wtapiał się w listwę, kratki otworów wentylacyjnych rozpływały się w szarości ściany.
W górze sufit, jak spod olbrzymiej windy, zbliżał się do podłogi.
Gorrell oparł się łokciami o stolik, ukrył twarz w dłoniach. Zapędził sam siebie w ciągły szach, ale nadal przesuwał figury w rogu szachownicy, rozglądając się co jakiś czas w poszukiwaniu natchnienia.
Wiedział, że Neill gdzieś tam ich obserwuje.
Zrobił ruch, podniósł głowę i przebiegł wzrokiem przeciwległą ścianę aż do kąta, wypatrując jakichś oznak ruchomej płytki. Od pewnego czasu usiłował bez powodzenia odkryć tajne okienko Neilla. Ściany były zupełnie gładkie; dwukrotnie przejrzał każdą stopę kwadratową dwóch przeciwległych i poza trojgiem drzwi nie znalazł na ich powierzchni choćby najmniejszej szpary czy pęknięcia.
Po chwili lewe oko zaczęło mu boleśnie pulsować, odsunął więc szachownicę i położył się. Nad głową miał linię fluoroscencyjnych rurek, w plastykowych ażurowych oprawach rozpraszających światło. Już miał powiedzieć Langowi i Avery’emu o swoim poszukiwaniu tajnego okienka, kiedy przyszło mu do głowy, że każdy z nich może mieć ukryty mikrofon.
Postanowił rozprostować nogi, wstał i przeszedł się po sali. Po półgodzinnym ślęczeniu nad szachownicą czuł się zdrętwiały i zmęczony. Chętnie porzucałby piłką albo rozruszał mięśnie na maszynie do wiosłowania, ale jak na złość nie zapewniono im żadnych urządzeń rekreacyjnych poza trzema fotelami i gramofonem.
Doszedł do końca sali i zaczął ją obchodzić dokoła nasłuchując jakichś odgłosów z przyległych pomieszczeń. Coraz mniej mu się podobało to szpiegowanie ich przez Neilla i z ulgą zauważył, że jest już piętnaście po trzeciej. Za niecałe trzy godziny wszystko się skończy.
Ściany sali gimnastycznej zwierały się. Była teraz o polową mniejsza niż na początku, z nagimi, pozbawionymi okien ścianami stała się wielkim kurczącym się pudlem. Ściany wsuwały się jedna w drugą, łącząc się wzdłuż abstrakcyjnej linii, jak płaszczyzny przecinające się w wielowymiarowym ciągu. Pozostał tylko zegar i jedne drzwi...
Lang odkrył, gdzie był schowany mikrofon.
Siedział na skraju fotela wyłamując palce, póki Gorrell nie wrócił, potem wstał i ustąpił mu miejsca. Avery siedział na innym fotelu, z nogami na gramofonie.
Odszedł, ukradkiem zaglądając przez okienko do pokoju pielęgniarzy. Światło się paliło, ale w środku nie było nikogo.
Zbliżył się spokojnie do gramofonu i spacerował przez chwilę koło niego. Nagle odwrócił się i zaczepił stopą sznur prowadzący do gniazdka w ścianie.
Wtyczka wypadła na podłogę. Lang zostawił ją tak i przysiadł na poręczy koło Gorrella.
Gorrell rozejrzał się ostrożnie.
Gorrell z powagą skinął głową.
Lang odszedł chichocząc sam do siebie.
Nad drzwiami do pokoju numer 69 tykał zegar wskazując trzecią piętnaście.
Ruch ulegał przyśpieszeniu. Dawna sala gimnastyczna była teraz małym pokojem, zwartym, prawie doskonałym sześcianem o boku siedmiu stóp. Ściany nadal zsuwały się do środka i już tylko kilka stóp dzieliło je od punktu krańcowego...
Avery zauważył, że Lang i Gorrell krążą wokół jego fotela.
Potrząsnęli głowami. Avery odpoczął przez kilka minut, a potem wydostał się z fotela i przeciągnął się.
Odchylił się, żeby przepuścić Gorrella, i zaczął w ślad za dwoma kolegami chodzić „wzdłuż wąskiego pasa między fotelem a ścianami.
Krążyli wszyscy wokół fotela: Gorrell, za nim Avery i zamykający krąg Lang. Zaczynali się garbić, głowy mieli spuszczone, wzrok wbity w podłogę, ich kroki wpadały w powolny, ciężki rytm zegara.
To zatem była studzienka: wąska, pionowa komórka, kilka stóp szerokości, sześć stóp głębokości. W górze zwisała z żelaznej kraty pojedyncza zakurzona żarówka. Ściany jakby trzaskały pod wpływem ruchu, ich powierzchnia stała się szorstka, nabrała spękanej i dziobatej faktury kamienia...
Gorrell schylił się, żeby poprawić sznurowadło, i Avery wpadł na niego gwałtownie uderzając przy tym ramieniem o ścianę.
Oparł się o ścianę pochylając głowę, żeby nie dotykać sufitu, i rozejrzał się uważnie.
Lang stał obok niego wciśnięty w kąt, przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę.
Gorrell przykucnął u ich stóp na podłodze.
Lang przebiegł wzrokiem ściany i mały kwadrat sufitu.
Nagle wtrącił się Lang chwytając Avery’ego za łokieć.
Gorrell potrząsnął głową.
Lang spojrzał w oczy Gorrellowi, a potem Avery’emu.
Gorrell i Avery po chwili wahania obejrzeli wszystkie ściany po kolei od podłogi do sufitu. Avery obmacywał ciężkie mury, potem ukląkł i sprawdzał podłogę wbijając palce w chropowate kamienne płyty. Gorrell przykucnął obok niego, rozdrapując cienkie spoiny.
Lang schodząc im z drogi cofnął się w kąt i obserwował ich beznamiętnie. Twarz miał spokojną, ale na lewej skroni pulsowała mu gwałtownie żyłka.
Kiedy Avery i Gorrell wreszcie wstali spoglądając na siebie nieprzytomnie, rzucił się między nimi na przeciwległą ścianę.
Nad ich głowami światło zaczęło przygasać.
Morley zamknął za sobą drzwi do gabinetu chirurgów i podszedł do biurka. Mimo że była trzecia piętnaście nad ranem, Neill prawdopodobnie nie spał, analizując najnowsze materiały w gabinecie przyległym do sypialni. Na szczęście wyniki popołudniowych testów, świeżo sprawdzonych przez jednego z lekarzy, dopiero teraz dotarły na jego biurko.
Morley wziął teczkę Langa i zaczął wertować karty z wynikami testów. Podejrzewał, że reakcje Langa na niektóre kluczowe słowa i „wyzwalacze sugestii” ukryte w kwestionariuszach mogą rzucić dodatkowe światło na rzeczywiste motywy jego przyrównania snu do śmierci.
Otworzyły się drzwi z pokoju dyżurnych i zajrzał jeden z lekarzy.
Morley odprawił go ruchem ręki.
