Ogród czasu - J.G. Ballard - ebook

Ogród czasu ebook

Ballard J. G.

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 ISBN 83-08-00766-X

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kwidzynie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 593

Rok wydania: 1982

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

J.G. Ballard

OGRÓD

CZASU

 

 

J.G. Ballard

OGRÓD

CZASU

 

Przełożyli

Lech Jęczmyk

Zofia Uhrynowska-Hanasz

 

 

Tytuł oryginału:

The Best Science Fiction of J. G. Ballard. Futura Publications Limited.

An Orbit Book

© Copyright J. G. Ballard 1977

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie, Kraków 1982

Posłowie

Lech Jęczmyk

 

ISBN 83-08-00766-X

Miasto koncentracyjne

„Miasto koncentracyjne” zostało opublikowane w roku 1957, w roku pierwszego sputnika, u zarania Ery Kosmicznej. Pamiętając dreszcz emocji, który wszyscy wówczas odczuli — znacznie silniejszy od wszystkiego, co czuliśmy później, nawet podczas lądowania Armstronga na Księżycu — musiało się to wydawać najmniej odpowiednią chwilą dla początkującego pisarza, żeby odwrócić się plecami do podróży międzyplanetarnych i wyruszyć w zupełnie nowym kierunku, w głąb psychiki i czasu zamiast w głąb kosmosu. Ale od samego początku — a było to zaledwie moje trzecie opowiadanie — byłem przekonany, że fantastyka naukowa, żeby przetrwać, musi o krok wyprzedzać rzeczywistość. Jeżeli dla reszty świata nastąpiła Era Kosmiczna, dla pisarza fantastyki naukowej była ona skończona. „Miasto koncentracyjne” jest pierwszym opowiadaniem o tym, co nazwałem „kosmosem wewnętrznym”, a co jest obrazem supermiasta, będącego prawie dosłownie nieskończenie rozbudowanym mózgiem.

 

Rozmówki w południe na Milionowej Ulicy:

— Nie, tu jest Zachodnia Milionowa. Pan musi iść na Wschodnią 9775335.
— Dolar pięć za stopę sześcienną? Sprzedawać!
— Musi pan dojechać Ekspresem Zachodnim do 495 Alei, przesiąść się na schody ruchome Czerwonej Linii i pojechać tysiąc poziomów w górę do placu Dworcowego.

Stamtąd pójdzie pan w kierunku południowym i to będzie między 568 Aleją i 422 Ulicą.

— Zarwała się Dzielnica KEN! Blok pięćdziesiąt ulic na dwadzieścia zapadł się o trzydzieści poziomów.
— Posłuchaj tylko: „Piromani organizują masową ucieczkę z więzienia. Policja ogniowa otacza Dzielnicę BAY”.
— To piękny licznik. Wykrywa już 0,005 procent tlenku. Kosztował mnie trzysta dolarów.
— Widział pan te nowe windy sypialne? W dziewięć minut pokonują trzy tysiące poziomów!
— Dziewięćdziesiąt centów za stopę sześcienną? Kupować!
— Więc twierdzisz, że pomysł przyszedł ci we śnie? — warknął głos. — Jesteś pewien, że nikt ci go nie poddał?
— Nie — powiedział M. Bliski reflektor rzucał mu w twarz stożek brudnożółtego światła. Odwrócił wzrok od blasku i czekał, podczas gdy sierżant podszedł do biurka, zabębnił po nim palcami i znowu zwrócił się w jego stronę.
— Mówiłeś o tym z kolegami?
— Tylko o pierwszej teorii — wyjaśnił M. — O możliwości latania.
— Przecież powiedziałeś mi, że ta druga teoria jest ważniejsza. Dlaczego zatrzymałeś ją dla siebie?

M. zawahał się. Gdzieś na zewnątrz ze szczękiem przejeżdżał po estakadzie tramwaj.

— Obawiałem się, że nie zrozumieją, o co mi chodzi.

Sierżant roześmiał się.

— Chcesz powiedzieć, że uznaliby cię za wariata?

M. poruszył się na taborecie. Siedzenie było tak niskie, że uda miał jak kawały rozpalonej gumy. Po trzech godzinach krzyżowych pytań nie bardzo mógł się skupić.

— Pomysł był dość abstrakcyjny. Brakowało słów, żeby go wyrazić.

Sierżant potrząsnął głową.

— Cieszę się, że to mówisz. — Przysiadł na biurku, przyglądał się M. przez chwilę, a potem podszedł do niego.
— Posłuchaj — powiedział konfidencjonalnie. — Robi się późno. Czy nadal twierdzisz, że obie teorie są słuszne?

M. spojrzał na niego.

— A nie są? — spytał.

Sierżant odwrócił się do człowieka stojącego w cieniu przy oknie.

— Tracimy tylko czas — warknął. — Przekażę go na psycho. Chyba widział pan dosyć, doktorze?

Lekarz spojrzał na swoje dłonie. Nie brał udziału w przesłuchaniu, jakby znudzony metodami sierżanta.

— Chciałbym się jeszcze czegoś dowiedzieć — powiedział. — Proszę mnie z nim zostawić na pół godziny.

Po wyjściu sierżanta lekarz usiadł za biurkiem i wyglądał przez okno słuchając jednostajnego szumu powietrza w szybie wentylacyjnym, dobiegającego z ulicy. Tu i ówdzie paliły się jeszcze światła stropowe, a o dwieście jardów dalej samotny policjant patrolował żelazne przejście nad ulicą, dzwoniąc w ciemnościach butami.

M. siedział na taborecie z rękami między kolanami, usiłując odzyskać czucie w zdrętwiałych nogach.

Wreszcie lekarz spojrzał na protokół oskarżenia.

Nazwisko............................ Franz M.

Wiek................................... 20

Zawód................................. Student

Adres................................... Zachodnia 783-cia m. 3599719,

Poziom 549-7705-45 KNI

Powód aresztowania.............Włóczęgostwo

— Niech mi pan opowie ten sen — odezwał się wyginając w dłoniach stalową linijkę i spojrzał na M.

— Myślę, że pan słyszał już wszystko — powiedział M.
— Chodzi o szczegóły.

M. poruszył się niespokojnie na taborecie.

— Nie ma wiele do opowiadania, a to, co pamiętam, jest niezbyt jasne.

Lekarz ziewnął. M. odczekał chwilę i zaczął recytować to, co już powtarzał dwadzieścia razy.

— Unosiłem się w powietrzu nad płaskim obszarem otwartej przestrzeni, jakby nad podłogą ogromnej areny. Ręce miałem rozpostarte i patrzyłem w dół, płynąłem...
— Stop! — przerwał mu lekarz. — Czy jest pan pewien, że nie płynął pan w wodzie?
— Nie — odparł M. — Jestem pewien, że nie. Wszędzie wokół mnie była wolna przestrzeń. To było najważniejsze. Nie było żadnych ścian. Nic tylko pustka. To wszystko, co pamiętam.

Lekarz przeciągnął palcem po skraju linijki.

— Niech pan mówi dalej.
— No i ten sen poddał mi myśl zbudowania latającej maszyny. Jeden ze znajomych pomógł mi ją zbudować.

Lekarz kiwnął głową. Nie patrząc sięgnął po protokół i zmiął go jednym ruchem dłoni.

— Zastanów się, Franz — zaprotestował Gregson. Zajęli miejsca w kolejce w stołówce wydziału chemii. — To jest sprzeczne z zasadami hydrodynamiki. Skąd weźmiesz siłę nośną?
— Przypuśćmy, że miałbym sztywny płat jakiejś materii — wyjaśniał Franz, podczas gdy przesuwali się wzdłuż lady. — Powiedzmy szerokości dziesięciu stóp, jak jeden z tych prefabrykowanych segmentów ścian, z uchwytami na spodniej powierzchni. I potem skoczyłbym z trybun na stadionie Coloseum. Co by się stało?
— Przebiłbyś dziurę w podłodze.
— Nie, poważnie.
— Gdyby to było odpowiedniej wielkości i nie rozsypało się, zsunąłbyś się w dół, jak strzała z papieru.
— Poszybowałbym — poprawił Franz. — Słusznie. — Trzydzieści poziomów nad ich głowami przemknął ekspres międzymiastowy, wprawiając w drżenie stoliki i sztućce w stołówce. Franz zaczekał, aż doszli do stolika, i usiadł pierwszy, zapominając o jedzeniu.
— A gdyby dołączyć napęd, na przykład wentylator na baterię albo taką rakietę jak w windach sypialnych? Z mocą wystarczającą do pokonania ciężaru ciała. Co wtedy?

Gregson wzruszył ramionami.

— Gdybyś potrafił tym kierować, tobyś... — Zmarszczył czoło patrząc na Franza. — Jak to się nazywa? Mówiłeś nieraz.
— Latanie.
— W zasadzie, Matheson, urządzenie jest proste — powiedział Sanger, wykładowca fizyki, kiedy wchodzili do biblioteki nauk ścisłych. — Podstawowe zastosowanie prawa Venturiego. Ale po co to? Trapez spełniłby swoją rolę równie dobrze, a byłby mniej niebezpieczny. Po pierwsze, zastanów się nad ogromną przestrzenią, jakiej by to wymagało. Nie sądzę, żeby komenda ruchu odniosła się do tego przychylnie.
— Wiem, że to nie byłoby możliwe tutaj — przyznał Franz. — Ale na dużej otwartej przestrzeni powinno się sprawdzić.
— Zgoda. Proponuję, żebyś czym prędzej porozumiał się z Ogrodem Strefowym na poziomie 347-25 — powiedział wykładowca ironicznie. — Jestem pewien, że przyjmą twój projekt z radością.

Franz uśmiechnął się grzecznie.

— To mi nie wystarczy. Miałem na myśli zupełnie wolną przestrzeń. Jakby w trzech wymiarach.

Sanger spojrzał na niego ze zdziwieniem.

— Wolna przestrzeń? Czy to nie sprzeczność w założeniu? Cała przestrzeń jest zajęta i kosztuje po dolarze za stopę sześcienną. — Podrapał się w nos. — Czy zacząłeś już budować tę maszynę?
— Jeszcze nie.
— W takim razie radzę ci o tym zapomnieć. Pamiętaj, Matheson, zadaniem nauki jest konsolidacja istniejącej wiedzy, systematyzacja i nowa interpretacja odkryć przeszłości, nie zaś pogoń za szalonymi mrzonkami.

Kiwnął głową i znikł wśród pokrytych kurzem półek.

Gregson czekał na schodach.

— No i jak? — spytał.
— Zróbmy próbę dziś po południu — powiedział Franz. — Zerwiemy się z farmakologii. Znam ten skrypt Fleminga na pamięć. Poproszę doktora McGhee o dwie przepustki.

Wyszli z biblioteki i ruszyli wąską, ciemną uliczką na zapleczu wielkiego nowego gmachu laboratorium budownictwa miejskiego. Przeszło siedemdziesiąt pięć procent studentów studiowało na wydziałach architektury i budownictwa, zaledwie dwa procent szło na nauki ścisłe. W rezultacie biblioteki fizyki i chemii mieściły się w najstarszej części uniwersytetu, w dwóch skazanych na rozbiórkę ruderach, w których dawniej mieścił się zlikwidowany obecnie wydział filozofii.

Z uliczki wyszli na plac uniwersytecki i zaczęli się wspinać po żelaznych schodach na następny poziom. W połowie drogi policjant ogniowy w białym kasku obszukał ich pobieżnie detektorem i machnął im, żeby przechodzili.

— Co powiedział. Sanger? — spytał Gregson, kiedy wyszli na 637 Ulicę i zbliżali się do stacji wind podmiejskich.
— On jest do niczego — odparł Franz. — W ogóle nie zrozumiał, co do niego mówię.

Gregson roześmiał się wstydliwie.

— Ja też nie jestem pewien, czy rozumiem.

Franz kupił bilet w automacie i wszedł na podest. Winda dzwoniąc zbliżała się powoli.

— Zaczekaj do popołudnia — krzyknął. — Zobaczysz coś niezwykłego.

Kierownik stadionu Coloseum postawił parafę na dwóch przepustkach.

— Studenci, co? W porządku — wskazał kciukiem długą paczkę, którą nieśli Franz i Gregson. — Co tam macie?
— To jest przyrząd do mierzenia szybkości prądów powietrza — powiedział Franz.

Kierownik mruknął pod nosem i zwolnił kołowrót w wejściu.

Na środku pustej areny Franz rozwinął paczkę i złożyli model. Miał szerokie skrzydło z drutu i papieru w kształcie wachlarza, wąski kadłub z zastrzałami i wysoko zadarty ogon.

Franz podniósł model i wypuścił go w powietrze. Przeleciał dwadzieścia stóp i ślizgiem wylądował w drewnianych opiłkach.

— Wygląda na to, że jest stabilny — powiedział Franz. — Najpierw go weźmiemy na hol.

Wyjął z kieszeni motek szpagatu i przywiązał koniec do dziobu modelu. Kiedy pobiegli, model uniósł się łagodnie w powietrze i leciał za nimi wokół areny stadionu na wysokości dziesięciu stóp.

— Wypróbujmy teraz rakiety — powiedział Franz. Poprawił umocowanie skrzydeł i ogona i w uchwytach z drutu osadził nad skrzydłem trzy rakietki fajerwerkowe.

Stadion miał czterysta stóp długości i dwieście pięćdziesiąt stóp wysokości. Zanieśli model na koniec areny i Franz odpalił rakietki.

Strzelił płomień i model zaczął nabierać prędkości, już był na wysokości dwóch stóp, ciągnąc za sobą jasny ogon kolorowego dymu, kiwając się łagodnie z boku na bok. Nagle ogon zajął się płomieniem. Model poszedł ostro w górę, pod sam sufit, stracił pęd w ostatniej chwili omal nie uderzając w jedną z lamp, i zarył w trociny.

Podbiegli do niego i zadeptali resztki ognia.

— Franz! — krzyczał Gregson. — To nieprawdopodobne! To naprawdę działa.

Franz kopnął rozbity kadłub.

— Jasne, że działa — powiedział niecierpliwie. — Ale, jak powiedział Sanger, co komu z tego?
— A co ma być? To lata. Jeszcze ci mało?
— Nie. Chcę mieć taki duży, żeby uniósł mnie.
— Franz, opanuj się. Bądź rozsądny. Gdzie mógłbyś na tym latać?
— Nie wiem — powiedział Franz ze złością. — Ale musi być gdzieś takie miejsce!

Kierownik stadionu z dwoma pomocnikami biegli w ich stronę uzbrojeni w gaśnice.

— Schowałeś zapałki? — spytał Franz pośpiesznie. — Zlinczują nas, jeżeli wezmą nas za piromanów.

W trzy dni później Franz wybrał się windą 150 poziomów w górę na 677-98, gdzie mieściło się Okręgowe Biuro Nieruchomości.

— Wielkie roboty prowadzone są w sąsiednim sektorze między 493 a 554 Ulicą — poinformował go urzędnik. — Nie wiem, czy to pana urządza. Sześćdziesiąt przecznic na dwadzieścia na piętnaście poziomów.
— Nie ma nic większego? — spytał Franz.

Urzędnik spojrzał na niego.

— Większego? Nie. Czego pan szuka? Chce się pan nabawić agorafobii?

Franz wyprostował mapy rozłożone na kontuarze.

— Chciałbym znaleźć miejsce mniej więcej ciągłych wyburzeń. Długości dwustu do trzystu przecznic.

Urzędnik potrząsnął głową i wrócił do swoich papierów.

— Nie chodził pan do szkoły budowlanej? — spytał pogardliwie. — Miasto tego nie wytrzyma. Sto przecznic to jest maksimum.

Franz podziękował mu i wyszedł.

Ekspres Południowy dowiózł go na miejsce robót w ciągu dwóch godzin. Wysiadł tam, gdzie zaczynał się objazd, i przeszedł pieszo trzysta jardów do końca poziomu.

Ulica, brudna, ale ruchliwa arteria pełna sklepów odzieżowych i małych przedsiębiorstw, biegnąca przez wielki, grubości dziesięciu mil Sześcian Przemysłowy B.I.R., kończyła się nagle plątaniną poszarpanych prętów zbrojeniowych i betonu. Nad skrajem zbudowano stalową poręcz i Franz spojrzał spoza niej w głąb jamy długiej na trzy mile, szerokiej na milę i głębokiej na tysiąc dwieście stóp, którą tysiące inżynierów i robotników wygryzło w tkance Miasta.

Osiemset stóp pod nim nieskończone szeregi ciężarówek i wagonów wywoziły gruz, i chmury pyłu kłębiły się w oślepiającym blasku łukowych lamp z sufitu. Na jego oczach łańcuch wybuchów odciął ścianę po lewej stronie i cały fronton osunął się powoli na dno, odsłaniając idealny przekrój przez piętnaście poziomów miasta.

Franz widział już wcześniej wielkie roboty i jego właśni rodzice zginęli w historycznym zawale w dzielnicy QUA przed dziesięciu laty, kiedy to pękły trzy filary główne i dwieście poziomów Miasta nagle zapadło się o dziesięć tysięcy stóp, miażdżąc pół miliona ludzi jak muchy w harmonii, ale mimo to ogrom tej ziejącej pustej przestrzeni poraził jego wyobraźnię.

Wszędzie wokół niego stojący lub siedzący na występach konstrukcji ludzie patrzyli w milczeniu.

— Mówią, że będą tu budować ogrody i parki dla nas — odezwał się stary człowiek obok Franza. — Słyszałem nawet, że mogą zdobyć drzewo. Byłoby to jedyne drzewo w całej dzielnicy.

Mężczyzna w postrzępionym podkoszulku splunął za barierę.

— Zawsze tak. mówią. Przy cenie dolara za stopę obietnice są jedyną rzeczą, na którą nigdy nie żal im przestrzeni.

Poniżej nich kobieta wpatrująca się w pustkę zaniosła się histerycznym śmiechem. Dwaj stojący w pobliżu mężczyźni wzięli ją pod ręce i usiłowali odprowadzić dalej. Kobieta zaczęła się wyrywać, podszedł strażak i odciągnął ją brutalnie.

— Biedna wariatka — skomentował mężczyzna w podkoszulku. — Pewnie gdzieś tam mieszkała. Dali jej dziewięćdziesiąt centów za stopę, kiedy ją wysiedlali. Jeszcze nie wie, że będzie musiała płacić po dolarze dziesięć, żeby dostać mieszkanie z powrotem. Zaraz zaczną pewnie brać po pięć centów za godzinę za samo siedzenie tutaj.

Franz stał przy barierze i patrzył przez kilka godzin, a potem kupił od ulicznego sprzedawcy pocztówkę i poszedł do windy.

Przed powrotem do internatu wpadł jeszcze do Gregsona. Gregsonowie mieszkali na zachodnich milionowych przy 985 Alei, w najwyższym trzypokojowym mieszkaniu tuż pod samym stropem. Franz znał ich od czasu śmierci swoich rodziców, ale matka Gregsona wciąż odnosiła się do niego z mieszaniną sympatii i podejrzliwości. Zauważył, że kiedy go wpuszczała ze zwykłym powitalnym uśmiechem, zerknęła na umieszczony w przedpokoju detektor.

Gregson był w swoim pokoju, pochłonięty wycinaniem form z papieru i przyklejaniem ich do wielkiej koślawej konstrukcji, przypominającej nieco model Franza.

— Cześć Franz. Jak tam było?

Franz wzruszył ramionami.

— Roboty, jak roboty. Warto obejrzeć.
— Czy myślisz, że moglibyśmy to tam wypróbować? — Gregson wskazał swoją konstrukcję.
— Moglibyśmy. — Franz przysiadł na łóżku, wziął leżącą obok papierową strzałę i wyrzucił ją przez okno. Wypłynęła na ulicę, poszybowała leniwie szeroką spiralą i zniknęła w paszczy otworu wentylacyjnego.
— Kiedy zbudujesz następny model? — spytał Gregson.
— Nie będę nic budował.

Gregson spojrzał zdziwiony.

— Dlaczego? Przecież dowiodłeś swojej teorii.
— Nie o to mi chodzi.
— Nie rozumiem cię, Franz. O co więc ci chodzi?
— O otwartą przestrzeń.
— Otwartą? — Gregson potrząsnął głową ze smutkiem i wyciął następny element z papieru. — Franz, jesteś szalony.

Franz wstał.

— Weźmy ten pokój — powiedział. — Ma dwadzieścia stóp na piętnaście na dziesięć. Jeżeli rozciągniesz te wymiary w nieskończoność, to co otrzymasz?
— Miejsce robót.
— Powiedziałem „w nieskończoność”!
— Niefunkcjonalną przestrzeń.
— No więc? — spytał Franz cierpliwie.
— Absurdalny pomysł.
— Dlaczego?
— Bo coś takiego nie mogłoby istnieć.

Franz z rozpaczą uderzył się w czoło.

— Dlaczego?

Gregson zrobił gest nożycami.

— Bo to przeczy samemu sobie. Jak stwierdzenie „Ja kłamię”. Po prostu sztuczka słowna. Interesująca teoretycznie, ale nie ma co szukać w niej sensu. — Odrzucił nożyce na stół. — A poza tym, czy wiesz, ile by kosztowała taka otwarta przestrzeń?

Franz podszedł do półki i wyciągnął jeden z tomów.

— Zajrzyjmy do twojego atlasu ulic. — Zerknął do spisu. — Ten obejmuje tysiąc poziomów. Dzielnica KNI, sto tysięcy mil sześciennych, ludność trzydzieści milionów.

Gregson kiwnął głową.

Franz zamknął atlas.

— Dwieście pięćdziesiąt dzielnic łącznie z KNI tworzy 493 Sektor, a tysiąc pięćset przyległych sektorów składa się na 298 Unię Lokalną. — Przerwał i spojrzał na Gregsona. — Nawiasem mówiąc, czy kiedyś o niej słyszałeś?

Gregson potrząsnął głową.

— Nie. A skąd...

Franz klepnął atlas leżący na stole.

— Z grubsza 4x1015 megamil sześciennych. — Oparł się o parapet okna. — A teraz powiedz mi, co jest poza 298 Unią Lokalną?
— Pewnie inne unie — powiedział Gregson. — Nie widzę tu żadnego problemu.
— A za nimi?
— Dalsze unie. A co innego?
— W nieskończoność? — docisnął go Franz.
— No, do końca nieskończoności.
— Wielki spis ulic w starej Bibliotece Skarbowej na Ulicy 247 jest największy w dzielnicy — powiedział Franz. — Byłem tam dziś rano. Zajmuje trzy całe poziomy. Miliony tomów. Ale i on nie sięga poza 598 Unię Lokalną. Nikt tam nie miał najmniejszego pojęcia, co znajduje się dalej. Dlaczego?
— A dlaczego mieliby wiedzieć? — spytał Gregson. — Do czego zmierzasz, Franz?
— Chodź ze mną do Muzeum Biohistorii. Pokażę ci — powiedział Franz podchodząc do drzwi.

Ptaki siedziały na skałkach albo chodziły kiwając się niezgrabnie po piaszczystych ścieżkach między sadzawkami.

— „Archeopteryx” — przeczytał Franz na jednej z klatek. Chudy i mokry ptak wydał bolesny skrzek, kiedy dostał garść ziarna.
— Niektóre z tych ptaków mają pozostałości pasa barkowego — powiedział Franz. — Drobne fragmenty kostne rozmieszczone w tkankach wokół klatki piersiowej.
— Skrzydła?
— Doktor McGhee tak uważa.

Przechadzali się między rzędami klatek.

— Kiedy, według niego, latały?
— Przed Założeniem Miasta. Trzy miliony lat temu.

Wyszli z muzeum i poszli 859 Aleją. Wkrótce ujrzeli gęsty tłum oraz ludzi w oknach i na balkonach gapiących się na oddział policji ogniowej włamujący się do domu.

Stalowe grodzie zamknęły odcinek ulicy z obu stron i zatrzasnęły się pancerne pokrywy nad schodami do wyższych i niższych poziomów. Przewody wentylacyjne zamarły i powietrze natychmiast zapachniało stęchlizną.

— Piromani — mruknął Gregson. — Trzeba było wziąć maski.
— To tylko fałszywy alarm — powiedział Franz wskazując detektory tlenku, które zewsząd wysuwały swoje długie ryjki węsząc w powietrzu. Wskazówki na tarczach stały bezpiecznie na zerze. — Przeczekajmy w restauracji naprzeciwko.

Przepchnęli się do restauracji, usiedli przy oknie i zamówili kawę, która, jak i wszystko inne w menu, była zimna. Wszystkie urządzenia kuchenne miały ograniczniki nie pozwalające przekroczyć Temperatury 95 stopni Fahrenheita i jedynie w droższych hotelach i restauracjach można było dostać jedzenie w najlepszym razie letnie.

Pod oknem na ulicy rozlegały się krzyki. Policja ogniowa nie mogła dostać się na wyższe piętra budynku i zaczęła siłą odpierać tłum. Ściągnięto elektryczny kołowrót i przymocowano go do stalowych belek pod krawężnikiem, a do domu wniesiono kilka ciężkich stalowych kotwic, które zaczepiono o ściany.

Gregson roześmiał się.

— Właściciele będą zdziwieni, kiedy wrócą do domu.

Franz oglądał dom. Był to wąski, odrapany budynek, wciśnięty między wielką hurtownię mebli i nowy supermarket. Stary napis biegnący przez front domu został zamalowany, widocznie właściciel zmienił się niedawno. Obecni mieszkańcy podjęli nie całkiem udaną próbę urządzenia na parterze taniej jadłodajni. Wyglądało na to, że policja ogniowa robi wszystko, żeby wyrządzić jak największe szkody, bo jedzenie i skorupy naczyń zaścielały cały chodnik.

Hałas ucichł; wszyscy wstrzymali oddech, kiedy kołowrót poszedł w ruch. Potężne liny naprężyły się i frontowa ściana domu zaczęła się wyginać na zewnątrz serią urywanych ruchów.

Nagle w tłumie rozległ się okrzyk.

— Patrz! Tam w górze! — pokazał Franz.

Na trzecim piętrze mężczyzna i kobieta stali w oknie i bezradnie patrzyli w dół. Mężczyzna podsadził kobietę na parapet, i ta wypełzła na zewnątrz czepiając się rury kanalizacyjnej. Posypał się na nich grad butelek, które odbijając się spadały wśród policjantów. Szeroka rysa przecięła dom na całej wysokości, piętro, na którym był mężczyzna, zapadło się odrzucając go gdzieś do tyłu. Zaraz potem trzasnęła jedna z poprzecznych belek na parterze i cały dom przechylił się i runął.

Franz i Gregson zerwali się, omal nie przewróciwszy stolika.

Tłum przerwał się przez kordon. Kiedy osiadł kurz, nie było już nic prócz rumowiska cegieł i poskręcanych belek, wśród których uwiązł przygnieciony mężczyzna. Na wpół uduszony pyłem poruszał się niezgrabnie, usiłując uwolnić się jedną ręką, i tłum rozkrzyczał się ponownie, kiedy jedna z lin, nawijając się na kołowrót, wciągnęła go pod gruzy.

Szef restauracji przecisnął się obok Franza i wychylił się przez okno nie spuszczając wzroku z tarczy przenośnego detektora. Jego wskazówka, podobnie jak wszystkich innych, stała na zerze.

Na szczątkach domu popisywało się teraz z tuzin sikawek i po kilku minutach tłum zaczął się przerzedzać.

Szef wyłączył detektor i odchodząc od okna kiwnął głową Franzowi.

— Przeklęci piromani. Możecie teraz odetchnąć, chłopcy.

Franz wskazał detektor.

— Pański wskaźnik ani drgnął. Nigdzie nie było nawet śladu tlenku. Skąd pan wie, że to byli piromani?
— Nie martw się, już my wiemy. — Uśmiechnął się chytrze. — Nie życzymy sobie takiego elementu w naszym sąsiedztwie.

Franz wzruszył ramionami i usiadł.

— Sądzę, że to jeden ze sposobów na pozbycie się niewygodnych sąsiadów.

Szef przyjrzał się Franzowi.

— Masz rację, chłopcze. Tu jest dobra ulica, dolar pięć za stopę. — Uśmiechnął się krzywo. — Może będzie po dolar sześć teraz, kiedy wszyscy zobaczą, jak dbamy o bezpieczeństwo.
— Ostrożnie, Franz — ostrzegł go Gregson, kiedy restaurator odszedł. — On może mieć rację. Piromani rzeczywiście przejmują małe bary i kawiarnie.

Franz zamieszał kawę.

— Doktor McGhee ocenia, że co najmniej piętnaście procent ludności Miasta to podświadomi piromani. Jest przekonany, że ich ilość stale wzrasta i że w końcu całe miasto stanie w płomieniach.

Odstawił kawę.

— Ile masz pieniędzy?
— Przy sobie?
— Nie, wszystkiego razem.
— Około trzydziestu dolarów.
— Ja zaoszczędziłem piętnaście — powiedział Franz. — Czterdzieści pięć dolarów; to powinno wystarczyć na trzy do czterech tygodni.
— Gdzie? — spytał Gregson.
— W Superekspresie sypialnym.
— Super...! — Gregson urwał przestraszony. — Trzy do czterech tygodni! O co ci chodzi?
— Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać — wyjaśnił Franz spokojnie. — Nie mogę tylko siedzieć tu i myśleć. Gdzieś tam jest otwarta przestrzeń i będę jechał ekspresem tak długo, aż ją znajdę. Czy pożyczysz mi te trzydzieści dolarów?
— Ale Franz?...
— Jeżeli nic nie znajdę w ciągu dwóch tygodni, przesiądę się i wrócę.
— Ale bilet będzie kosztować... — Gregson pomyślał chwilę — miliardy. Za czterdzieści pięć dolarów nie dojedziesz nawet do granicy Sektora.
— To tylko na kawę i kanapki — powiedział Franz. — Bilet będzie darmowy. Wiesz...

Gregson potrząsnął głową z powątpiewaniem.

— Czy to się da zrobić w Superekspresie?
— Dlaczego nie? Jeżeli mnie zaczepią, powiem, że wracam okrężną trasą. No więc jak?
— Nie wiem, czy powinienem to robić. — Gregson bawił się bezradnie filiżanką. — Franz, w jaki sposób może istnieć otwarta przestrzeń? Jak?
— Tego właśnie chcę się dowiedzieć — odparł Franz. — Niech ci się zdaje, że to moje zadanie praktyczne z fizyki.

Franz i Gregson weszli na stację przy 984 Ulicy i skierowali się do wielkiego automatu z biletami. Franz włożył centa i wcisnął klawisz ze stacją docelową 984. Maszyna zahuczała i wypluła bilet, a w szufladzie wydającej reszty ukazała się z powrotem jego moneta.

— No, to cześć, Greg — powiedział Franz, kiedy zbliżali się do bariery. — Do zobaczenia za jakie dwa tygodnie. W internacie będą mnie kryli. Sangerowi powiedz, że mam dyżur przeciwpożarowy.
— A co będzie, jak nie wrócisz? Jak cię wyrzucą z Superekspresu?
— Nie mogą. Mam przecież bilet.
— A jeżeli znajdziesz otwartą przestrzeń? Czy wtedy też wrócisz?
— Jeżeli będę mógł.

Franz poklepał Gregsona uspokajająco po ramieniu, pomachał mu i zniknął w tłumie pasażerów.

Wybrał Zieloną Linię, żeby dojechać do najbliższej stacji węzłowej w sąsiedniej dzielnicy. Pociągi Zielonej Dojazdowej jeździły ze średnią prędkością 70 mil na godzinę i podróż zajęła mu dwie i pół godziny.

Na stacji przesiadł się do windy ekspresowej, która jadąc z prędkością 400 mil na godzinę, w ciągu 90 minut wywiozła go za granicę sektora. Następne pięćdziesiąt minut w Specjalnej Międzysektorowej i znalazł się na dworcu Linii Głównej, obsługującej Unię.

Tam kupił sobie kawę i zebrał całą swoją odwagę. Superekspresy sypialne jeździły w kierunku wschód—zachód, zatrzymując się na co dziesiątej stacji. Najbliższy w kierunku zachodnim przyjeżdżał za siedemdziesiąt dwie godziny.

Dworzec Linii Głównej był największą stacją, jaką Franz widział: milowej długości jaskinią, głęboką na trzydzieści poziomów. Przecinały ją setki szybów windowych, a labirynt peronów, schodów ruchomych, restauracji, hoteli i teatrów przypominał groteskowy model całego Miasta.

Rozpytawszy się o drogę w informacji, Franz wjechał schodami ruchomymi na piętnastą kondygnację, gdzie zatrzymywały się superekspresy. Przez całą długość stacji przebiegały dwa stalowe tunele próżniowe, każdy o średnicy trzystu stóp, wsparte na potężnych betonowych podporach.

Franz przeszedł się wzdłuż peronu i stanął przed teleskopową pochylnią prowadzącą do jednej ze śluz powietrznych. Dokładnie dwieście siedemdziesiąt stopni, pomyślał, patrząc na łukowate podbrzusze tunelu. To musi dokądś prowadzić. Miał w kieszeni czterdzieści pięć dolarów, wystarczającą sumę na kawę i kanapki na trzy tygodnie, nawet sześć, jeżeli będzie trzeba, na czas potrzebny do znalezienia końca Miasta.

Spędził następne trzy dni siedząc nad filiżanką kawy w jednym z trzydziestu dworcowych barów, czytając porzucone gazety i sypiając w lokalnych pociągach Linii Czerwonej, krążących wokół sektora po czterogodzinnej zamkniętej trasie.

Kiedy wreszcie Superekspres przybył, dołączył do małej grupki funkcjonariuszy policji ogniowej i władz miejskich oczekujących przy rampie i wraz z nimi wsiadł do pociągu. Były dwa wagony: sypialny, z którego nikt nie korzystał, i dzienny.

Franz zajął nie rzucające się w oczy miejsce w kącie obok jednego z liczników w wagonie dziennym i wyjął notatnik, gotów do zrobienia pierwszego zapisu.

 

1 dzień: kierunek zachodni 270°. Unia 4350.

— Nie idzie pan się napić? — spytał siedzący naprzeciwko kapitan policji ogniowej. — Mamy tu dziesięciominutowy postój.
— Nie, dziękuję — odpowiedział Franz. — Popilnuję panu miejsca.

Dolar pięć za stopę sześcienną. Wiedział, że otwarta przestrzeń spowoduje spadek ceny. Nie trzeba wysiadać z pociągu ani zadawać zbyt wielu pytań. Wystarczy pożyczyć gazetę i spojrzeć na ceny.

2 dzień: kierunek zachodni 270°. Unia 7550.

— Stopniowo zmniejszają ilość tych superekspresów — powiedział ktoś do Franza. — Wszyscy siedzą w dziennym wagonie. Niech pan spojrzy na ten. Sześćdziesiąt miejsc i tylko czterech pasażerów. Nie ma potrzeby podróżowania. Ludzie siedzą teraz na miejscu. Za kilka lat pozostaną tylko kolejki dojazdowe.

97 centów.

Licząc przeciętnie po dolarze za stopę sześcienną, obliczał Franz z nudów, wszystko jest jak dotychczas warte 4x1027 dolarów.

— Jedzie pan do następnej stacji? No to do widzenia, młody człowieku.

Niewielu pasażerów pozostawało w Superekspresie dłużej niż trzy lub cztery godziny. Pod koniec drugiego dnia Franz zaczął odczuwać ból w plecach i karku od ciągłych przyspieszeń. Zdołał zażyć nieco ruchu chodząc wzdłuż wąskiego korytarza wyludnionego wagonu sypialnego, ale większość czasu musiał spędzić przypięty pasami do swojego miejsca, gdyż pociąg rozpoczął długie hamowanie przed następną stacją.

3 dzień: kierunek zachodni 270°. Federacja 657.

— Interesujące, ale jak to zademonstrować?
— To tylko taki mój dziwaczny pomysł — powiedział Franz, zmiął szkic i wyrzucił do zsypu. — Nie ma żadnego zastosowania.
— Ciekawe, to mi coś przypomina.

Franz poderwał się na ławce.

— Czy to znaczy, że pan kiedyś widział takie maszyny? W gazecie albo w książce?
— Nie, nie. We śnie.

Co pół doby maszynista podpisywał książkę rejsu, załoga przekazywała pociąg załodze, która wysiadła z pociągu jadącego na wschód, przechodziła na drugą stronę platformy i wracała do domu.

125 centów.

8 x 1033 dolarów.

4 dzień: kierunek zachodni 270°. Federacja 1225.

— Dolar za stopę sześcienną. Pracuje pan w handlu nieruchomościami ?
— Wciągam się — odparł Franz bez zająknienia. — Mam nadzieję otworzyć własne biuro.

Grał w karty, kupował kawę i bułki w automacie przy toalecie, obserwował licznik i przysłuchiwał się rozmowom wokół siebie.

— Niech mi pan wierzy, przyjdzie czas, że każda unia, każdy sektor, prawie, można powiedzieć, każda ulica i aleja osiągną pełną lokalną niezależność. Wyposażone we własne elektrownie, klimatyzatory, rezerwuary, laboratoria rolnicze...

Pociąg mknął coraz dalej.

6 x 1075 dolarów.

5 dzień: kierunek zachodni 270°. 17 Nadfederacja.

W kiosku na stacji Franz kupił sobie paczkę żyletek i rzucił okiem na broszurę miejscowej izby handlowej.

„12 000 poziomów, 98 centów za stopę, unikatowa Autostrada Pod Wiązami, niezrównane bezpieczeństwo przeciwpożarowe...”

Wrócił do pociągu, ogolił się i przeliczył pieniądze. Zostało mu trzydzieści dolarów. Był teraz o dziewięćdziesiąt pięć milionów megamil od podmiejskiej stacji na 984 Ulicy i wiedział, że nie może zbyt długo odkładać chwili powrotu. Następnym razem zaoszczędzi kilka tysięcy.

7 x 10127 dolarów.

7 dzień: kierunek zachodni 270°. 212 Imperium Centralne.

Franz zerknął na licznik.

— Nie zatrzymujemy się tutaj? — spytał mężczyznę siedzącego o trzy miejsca dalej. — Chciałem się dowiedzieć o wskazania rynkowe.
— Zróżnicowane. Począwszy od pięćdziesięciu centów za...
— Pięćdziesiąt! — krzyknął Franz podskakując. — Gdzie jest najbliższa stacja? Muszę wysiadać!
— Nie tutaj, synu. — Mężczyzna powstrzymał go ruchem ręki. — Tu są Nocne Dzielnice. Zajmujesz się nieruchomościami?

Franz skinął głową, opanował się.

— Myślałem... — zaczął.
— Uspokój się. — Mężczyzna przesiadł się naprzeciwko Franza. — To tylko wielkie slumsy. Wymarła okolica. Miejscami cena spada do pięciu centów. Nie ma żadnych służb komunalnych, nie ma energii.

Przejazd przez tę okolicę zajął im dwa dni.

— Władze Miasta zaczynają ją zamykać — powiedział mężczyzna. — Budują olbrzymie przegrody. To jedyne, co mogą zrobić. Nie chcę myśleć, co dzieje się z ludźmi w środku. — Ugryzł kanapkę. — Dziwne, ale dużo jest takich czarnych miejsc na mapie. Nie słyszy się o nich, ale one stale się rozrastają. Zaczyna się to od bocznej uliczki w jakimś normalnym dolarowym sąsiedztwie; szyjka od butelki w oczyszczalni ścieków, brak popielniczek, i zanim się człowiek zorientuje, milion mil sześciennych zamienia się w dżunglę. Próbują ratować sytuację, potem pompują trochę gazu i zamurowują. Wtedy tamci są zamknięci na dobre.

Franz kiwnął głową słuchając monotonnego szumu powietrza.

— W końcu nie zostanie nic, tylko te czarne strefy. Miasto będzie jednym wielkim cmentarzem.

10 dzień: kierunek wschodni 90°. 755 Wielka Centralna...

— Czekajcie! — Franz zerwał się z miejsca i wpatrywał się w tarczę licznika.
— O co chodzi? — spytał ktoś siedzący naprzeciwko.
— Kierunek wschodni! — krzyknął Franz. Uderzył pięścią w tarczę licznika, ale światełka pozostały w tej samej pozycji. — Czy ten pociąg zmienił kierunek?
— Nie, to jest wschodni — odpowiedział inny pasażer. — Czy pan pomylił pociągi?
— On powinien jechać na zachód — upierał się Franz. — W tym kierunku jechał od dziesięciu dni.
— Od dziesięciu dni! — zawołał pasażer. — Pan jedzie Superekspresem od dziesięciu dni?

Franz poszedł do przodu i odszukał konduktora.

— W którą stronę jedzie ten pociąg? — spytał. — Na zachód?

Konduktor potrząsnął głową.

— Na wschód, proszę pana. Zawsze jechał na wschód.
— Pań zwariował — zaperzył się Franz. — Chcę zobaczyć książkę rejsu.
— Obawiam się, że to jest niemożliwe. Czy mogę zobaczyć pański bilet?
— Proszę pana — powiedział Franz cicho, czując, jak wzbiera w nim cała nagromadzona przez ostatnie dwadzieścia lat frustracja. — Jadę tym pociągiem...

Urwał i wrócił na swoje miejsce.

Pięciu pozostałych pasażerów obserwowało go czujnie.

— Dziesięć dni — powtarzał wciąż jeszcze jeden z nich z podziwem.

W dwie minuty później przyszedł jakiś człowiek i zażądał od Franza okazania biletu.

— Który był oczywiście w jak największym porządku — powiedział lekarz policyjny. — To dziwne, ale nie ma przepisu zabraniającego tej sztuczki. Ja też tak jeździłem na gapę, kiedy byłem młodszy, chociaż nigdy nie próbowałem czegoś podobnego do pańskiej wyprawy.

Wrócił do biurka.

— Odstąpimy od oskarżenia — powiedział. — Nie jest pan włóczęgą w rozumieniu kodeksu i władze kolejowe też nie mogą przeciwko panu wystąpić. Nie potrafię wyjaśnić, w jaki sposób ta krzywizna została wbudowana w system, musi to chyba być właściwość samego Miasta. A wracając do pana, czy chce pan kontynuować swoje poszukiwania?
— Chcę zbudować latającą maszynę — powiedział M. ostrożnie. — Musi być gdzieś otwarta przestrzeń. Nie wiem... może na niższych poziomach.

Lekarz wstał.

— Powiem sierżantowi, żeby przekazał pana jednemu z naszych psychiatrów. On panu pomoże w sprawie tych snów!

Lekarz zawahał się, zanim otworzył drzwi.

— Niech pan pomyśli — zaczął wyjaśniać. — Nie może pan wyjść poza czas, prawda? Subiektywnie jest to wymiar plastyczny, ale cokolwiek zrobiłby pan z sobą, nigdy nie potrafi pan zatrzymać tego zegara — tu wskazał zegar stojący na biurku — ani zmusić go, żeby zaczął iść w przeciwną stronę. Zupełnie tak samo nie może pan wydostać się z Miasta.
— To nie jest dobre porównanie — powiedział M. Pokazał gestem ściany wokół nich i światła ulicy za oknem. — Wszystko to zostało zbudowane przez nas. Pytanie, na które nikt nie potrafi odpowiedzieć, brzmi: co tu było, zanim zbudowaliśmy Miasto.
— Miasto było tu zawsze — powiedział lekarz. — Nie te akurat cegły i belki, ale inne przed nimi. Godzi się pan, że czas nie ma początku ani końca. Miasto jest tak stare jak czas i trwa wraz z nim.
— Ktoś położył pierwsze cegły — upierał się M. — Był Początek.
— To mit. Tylko uczeni w to wierzą i nawet oni nie biorą tego zbyt poważnie. Większość z nich prywatnie przyznaje, że Kamień Węgielny to nic, tylko przesąd. Udajemy, że weń wierzymy, dla wygody i podtrzymania tradycji. Oczywiście nie mogło być żadnej pierwszej cegły. Jak by pan wtedy wyjaśnił, kto ją położył i, co jeszcze trudniejsze, skąd się ona wzięła?
— Musi być gdzieś otwarta przestrzeń — powtórzył M. z uporem. — Miasto musi mieć granice.
— Dlaczego? — spytał lekarz. — Nie może przecież unosić się w pustce. A może tak pan właśnie uważa?

M. opuścił bezwładnie ręce.

— Nie.

Lekarz przyglądał się M. w milczeniu przez kilka minut, po czym wrócił za biurko.

— Ta pańska szczególna obsesja jest dla mnie zagadką. Jak mówią psychiatrzy, znalazł się pan na styku paradoksalnych powierzchni. Myślę, że nie zrozumiał pan fałszywie czegoś, co pan usłyszał o Murze?

M. podniósł głowę.

— O jakim murze?

Lekarz kiwnął głową sam do siebie.

— Spotyka się skrajne poglądy, jakoby Miasto było otoczone murem nie do przebycia. Nie będę udawał, że rozumiem tę teorię. Jest zbyt abstrakcyjna i wymyślna. W każdym razie podejrzewam, że myli się ten Mur z zamurowanymi czarnymi strefami, przez które przejeżdżał pan Superekspresem. Ja wolę ogólnie przyjęty pogląd, że Miasto rozciąga się we wszystkich kierunkach bez ograniczeń.

Podszedł do drzwi.

— Proszę tu zaczekać, a ja pójdę załatwić panu warunkowe zwolnienie. Niech się pan nie martwi, psychiatrzy wszystko panu wyjaśnią.

Po wyjściu lekarza M. wlepił wzrok w podłogę, zbyt wyczerpany, żeby odczuć ulgę. Wstał i przeciągnął się, a potem zrobił kilka niepewnych kroków po pokoju.

Na zewnątrz gasły ostatnie światła i policjant na mostku pod stropem ulicy włączył latarkę. Ulicę przecięło z rykiem auto policyjne jadące jedną z alei. Zapaliły się trzy latarnie i kolejno zgasły.

M. zastanawiał się, dlaczego Gregson nie przyszedł na stację. Nagle jego uwagę przyciągnął kalendarz na biurku. Otwarty był na dacie 12 sierpnia. To był dzień, w którym wyruszył w swoją podróż: dokładnie trzy tygodnie temu. Dzisiaj!

Jedź Zieloną Linią w kierunku zachodnim do 28 Ulicy, przejdź na drugą stronę ulicy i pojedź Czerwoną Windą na Poziom 237. Przejdź do stacji na Trasie 171, przesiądź się na 438 podmiejską i dojedź do 795 Ulicy. Błękitną Linią pojedź w stronę Rynku, wysiądź na rogu 4 i 275, skręć w lewo i...

Jesteś z powrotem tam, skąd wyruszyłeś. Piekło 10n dolarów.

 

Przełożył Lech Jęczmyk

Studzienka 69

„Studzienka 69” to także opowiadanie o kosmosie wewnętrznym. Tutaj przedmiotem jest psychochirurgia szczególnie niebezpiecznego rodzaju. W dziesięć lat po II wojnie światowej uświadamiano sobie rozpowszechnienie rozwiniętych technik bezpośredniego manipulowania psychiką: prania mózgu, resekcji piatów czołowych, stosowania nowych grup narkotyków, takich jak środki uspokajające i syntetyczne halucynogeny. „Studzienka 69” to spojrzenie na coś, co sprawia wrażenie odpowiedzialnej naukowej próby wyeliminowania funkcji snu. Tytuł, nawiasem mówiąc, to nazwa skomplikowanej automatycznej studzienki kanalizacyjnej, stosowanej w głębokich układach kanałów, która zamyka przepływ, kiedy ciśnienie przekracza pewną granicę.

 

Przez kilka pierwszych dni wszystko szło dobrze.

— Trzymajcie się z dala od okien i nie myślcie o tym — powiedział im doktor Neill — w waszym przypadku był to tylko zwykły odruch. O jedenastej trzydzieści, najpóźniej o dwunastej, zejdźcie do sali gimnastycznej i pograjcie w piłkę albo w ping-ponga. O drugiej film w sali neurologii. Potem macie dwie godziny na czytanie prasy i słuchanie płyt. Zejdę na dół o szóstej. Koło siódmej będziecie w stanie nerwowego pobudzenia.
— Czy jest obawa nagłej utraty przytomności? — spytał Avery.
— Absolutnie żadnej — odparł Neill. — Jeżeli poczujecie zmęczenie, należy oczywiście odpocząć. Do tego będzie wam prawdopodobnie nieco trudno przywyknąć. Pamiętajcie, że nadal używacie tylko 3500 kalorii, więc wasz poziom ruchliwości (zauważycie to głównie w ciągu dnia) będzie o około jednej trzeciej niższy. Musicie się oszczędzać. Większość czasu została dla was zaprogramowana, ale zacznijcie uczyć się grać w szachy, starajcie się skupić wewnętrznie.
— Panie doktorze — spytał Gorrell pochylając się — a czy jeżeli chcemy, to możemy wyglądać przez okna?

Doktor Neill uśmiechnął się.

— Nie martwcie się — powiedział. — Przewody zostały przecięte. Nie możecie teraz zasnąć, nawet gdybyście chcieli.

Neill zaczekał, aż trzej mężczyźni wyjdą z sali wykładowej i udadzą się do Sektora Rekreacyjnego, a potem zszedł z podium i zamknął drzwi. Był to niski, barczysty mężczyzna po pięćdziesiątce, o ostro zarysowanych, niecierpliwych ustach i drobnych rysach. Wyszarpnął krzesło z pierwszego rzędu i zręcznie usiadł na nim okrakiem.

— No i jak? — spytał.

Morley siedział na stole pod tylną ścianą, bawiąc się machinalnie ołówkiem. W wieku lat trzydziestu, był najmłodszym członkiem zespołu pracującego w klinice pod kierownictwem Neilla, ale Neill z jakiegoś powodu lubił rozmawiać właśnie z nim.

Zrozumiał, że Neill czeka na odpowiedź, i wzruszył ramionami.

— Wygląda na to, że wszystko idzie dobrze — powiedział. — Rekonwalescencja pooperacyjna jest zakończona. Rytm serca i elektroencefalogram są w normie. Oglądałem dziś rano zdjęcia rentgenowskie i wszystko pięknie się zabliźniło.

Neill przyglądał mu się spod oka.

— Mówisz tak, jakbyś miał zastrzeżenia.

Morley roześmiał się i wstał.

— Ależ skąd. — Przeszedł między rzędami stołów, w rozpiętym białym kitlu, z rękami głęboko w kieszeniach. — Jak na razie, zwyciężasz na całej linii. Zabawa dopiero się zaczyna, ale goście są w znakomitej formie. Nie ma co do tego wątpliwości. Myślałem, że trzy tygodnie to trochę za krótko, żeby ich wyprowadzać z hipnozy, ale pewnie i w tej sprawie okaże się, że miałeś rację. Tej nocy będą po raz pierwszy zdani wyłącznie na siebie. Zobaczymy, w jakiej formie będą jutro rano.
— Czego się w głębi ducha spodziewasz? — spytał krzywiąc się Neill. — Zmasowanej reakcji rdzeniowej?
— Nie — odparł Morley. — Testy psychometryczne wykazały, że z tej strony absolutnie nic nie grozi. Żadnych urazów. — Popatrzył na tablicę, a potem odwrócił się do Neilla. — Tak, można chyba zaryzykować twierdzenie, że eksperyment się powiódł.

Neill oparł się na łokciach, zacisnął szczęki.

— Myślę, że to coś więcej. Zablokowanie synapsów rdzeniowych wyeliminowało masę materiału, który, jak sądziłem, zostanie: małe tiki i kompleksy, drobne stany lękowe, cały osad fałszywej monety w banku psychiki. Większość tego znikła albo w każdym razie nie ujawnia się w testach. Jednak są to tylko cele uboczne, tymczasem dzięki tobie, John, i wszystkim członkom zespołu, trafiliśmy w dziesiątkę na głównej tarczy.

Morley coś mruknął, ale Neill ciągnął dalej swoim nawykłym do wydawania poleceń głosem.

— Nikt z was sobie jeszcze tego nie uświadamia, ale jest to równie ważny krok naprzód, jak wyjście pierwszego ichtiozaura z protozoicznego morza trzysta milionów lat temu. Nareszcie wyzwoliliśmy umysł z archaicznej kloaki zwanej snem, z conocnego powrotu do rdzenia. Za pomocą właściwie jednego cięcia skalpelem dodaliśmy tym ludziom po dwadzieścia lat życia.
— Miejmy nadzieję, że będą wiedzieli, czym je wypełnić — zauważył Morley.
— Daj spokój, John — odparł Neill. — To nie jest argument. Co zrobią z tym czasem, to jest już ich sprawa. Wykorzystają go najlepiej, jak potrafią, tak, jak w końcu dzieje się z każdą okazją daną nam przez życie. Za wcześnie jeszcze, żeby o tym myśleć, ale wyobraź sobie powszechne zastosowanie naszej techniki. Po raz pierwszy człowiek będzie żył przez pełne dwadzieścia cztery godziny na dobę, zamiast spędzać jedną trzecią życia jak inwalida, chrapiąc i oglądając ośmiogodzinne filmy dziecięco-erotyczne.

Neill urwał zmęczony i przetarł oczy.

— Czym się martwisz?

Morley zrobił bezradny gest ręką.

— Nie jestem pewien, tylko... — Zaczął się bawić plastykowym modelem mózgu ustawionym na stojaku koło tablicy. W jednym z czołowych zwojów odbijał się zniekształcony obraz Neilla, z wykręconą twarzą bez szczęki, z wielką kopułą czaszki. Siedząc samotnie na tle stołów w pustej sali wykładowej, wyglądał jak szalony geniusz oczekujący spokojnie na egzamin, którego nie może nie zdać.

Morley obrócił model palcem, patrząc, jak obraz zaciera się i znika. Mniejsza o wątpliwości, Neill jest prawdopodobnie ostatnim człowiekiem, który mógłby je zrozumieć.

— Wiem, że zamknąłeś tylko kilka połączeń w podwzgórzu, i wiem, że wyniki tego będą spektakularne. Możliwe, że zapoczątkujesz największą rewolucję społeczną i gospodarczą od czasu potopu. Ale z jakiegoś powodu chodzi mi po głowie pewne opowiadanie Czechowa; o człowieku, który zakłada się o milion rubli, że wytrzyma w dobrowolnym zamknięciu przez dziesięć lat. Podejmuje próbę, wszystko idzie dobrze, ale na minutę przed upływem terminu rozmyślnie wychodzi z pokoju. Oczywiście jest szalony.
— I co z tego?
— Nie wiem. Myślę o tym przez cały tydzień.

Neill wydał lekkie parsknięcie.

— Chcesz, jak sądzę, powiedzieć, że sen jest pewną formą zespolenia społecznego i ci trzej ludzie są teraz izolowani, wyobcowani ze zbiorowej podświadomości, czarnego oceanicznego snu. Czy tak?
— Może.
— Nonsens, John. Im bardziej na dystans trzymamy podświadomość, tym lepiej. Meliorujemy bagna. Z punktu widzenia fizjologii sen to nic więcej, jak tylko niekorzystny objaw niedotlenienia mózgu. Tu nie chodzi o to, że boisz się niepowodzenia. Ty nie chcesz stracić swojego miejsca w pierwszym rzędzie na seansie pornograficznym.

—Nie — powiedział Morley łagodnie. Często zaskakiwała go agresywność Neilla; było tak, jakby uważał sen za coś wstydliwie hańbiącego, za ukrywany grzech. — Chodzi mi o to, że na dobre czy złe każdy z nich jest teraz sam na sam z sobą. Już nigdy nie będą mogli uwolnić się od siebie, choćby na kilka minut, nie mówiąc o ośmiu godzinach. Ile można z sobą wytrzymać? Może człowiek potrzebuje ośmiu godzin urlopu dziennie, żeby otrząsnąć się z szoku bycia sobą. Pamiętaj, że ty i ja nie zawsze będziemy pod ręką, żeby szpikować ich testami i filmami. Co się stanie, jeżeli będą mieli dosyć samych siebie?

— Nie ma obawy — powiedział Neill. Wstał nagle, znudzony pytaniami Morleya. — Ogólne tempo ich życia będzie wolniejsze od naszego, te stresy i napięcia nie zaczną się u nich krystalizować. Wkrótce będziemy się im wydawać kupą pomyleńców, zwijających się jak w ukropie przez pół doby i zapadających w odrętwienie na drugą połowę.

Ruszył ku drzwiom i wyciągnął rękę do kontaktu.

— No to do zobaczenia o szóstej.

Zamknęli salę wykładową i razem poszli korytarzem.

— Co teraz robisz? — spytał Morley.

Neill roześmiał się.

— A jak myślisz? Pójdę się solidnie wyspać.

Nieco po północy Avery i Gorrell grali w ping-ponga w jasno oświetlonej sali gimnastycznej. Obaj byli dobrymi graczami i wymieniali piłki bez większego wysiłku. Czuli się silni i rześcy; Avery nieco się spocił, ale było to nie tyle wynikiem zmęczenia, co rozpalonych lamp łukowych pod sufitem, utrzymujących na wszelki wypadek iluzję nieustannego dnia. Najstarszy z trzech ochotników, wysoki i zamknięty w sobie, z chudą, nieruchomą twarzą, nie próbował podtrzymywać rozmowy z Gorrellem, koncentrując się na adaptacji do nowych warunków. Choć wiedział, że nie stwierdzi u siebie śladu przemęczenia, grając śledził jednocześnie rytm oddechu i tonus mięśniowy, a kątem oka obserwował zegar.

Gorrell, człowiek swobodny i opanowany, również był jakiś zgaszony. Między odbiciami rozglądał się ostrożnie po sali, odnotowując w pamięci ściany jak w hangarze, rozległą połać lśniącej podłogi, zasłonięte żaluzjami świetliki w dachu. Co jakiś czas, nie zdając sobie z tego sprawy, dotykał okrągłej blizny po trepanacji z tyłu głowy.

Na środku sali wokół gramofonu ustawiono parę foteli i kanapę i tam Lang grał w szachy z Morleyem, pełniącym nocny dyżur. Lang pochylił się nad szachownicą. Agresywny, z kręconymi włosami, ostro zarysowanym nosem i ustami, wpatrywał się z bliska w figury. Grywał stale z Morleyem, odkąd przybył do kliniki, czyli od czterech miesięcy. Byli równorzędnymi partnerami, może z niewielką przewagą Morleya, ale dzisiaj Lang zastosował nowe otwarcie i po dziesięciu ruchach rozwinął w pełni swój atak, zaczynając rozbijać obronę Morleya. Jego umysł pracował jasno i precyzyjnie, skupiony z całą ostrością na grze, mimo że zaledwie rano wydobył się z mglistego obszaru posthipnozy, w którym wszyscy trzej błąkali się przez trzy tygodnie niczym odmóżdżone widma.

Za nimi, wzdłuż jednej ze ścian, ciągnęły się pomieszczenia zespołu kontrolnego. Kątem oka widział czyjąś twarz w okrągłym okienku w jednych z drzwi. Siedziała tam grupa pielęgniarzy i lekarzy w ciągłym pogotowiu przy swoich wózkach reanimacyjnych. Ostatnie drzwi, do małej salki z trzema łóżkami, trzymano starannie zamknięte. Po chwili twarz znikła. Lang uśmiechnął się na myśl o skomplikowanej maszynerii roztaczającej nad nim opiekę. Miał zaufanie do Neilla i święcie wierzył w powodzenie eksperymentu. Neill zapewnił go, że w najgorszym razie nagłe nagromadzenie produktów przemiany materii we krwi może wywołać lekkie odrętwienie, ale jego mózg pozostanie nie zagrożony.

— Tkanka nerwowa — powtarzał Neill wielokrotnie — nie zna zmęczenia. Mózg się nie męczy.

Czekając na ruch Morleya sprawdził czas na ściennym zegarze. Dwunasta dwadzieścia. Morley ziewnął. Był znużony, twarz miał ściągniętą, cerę ziemistą. Osunął się w fotelu i podparł głowę ręką. Myślał o tym, jak słabi i prymitywni będą się wkrótce wydawać ci, którzy sypiają; ich umysły zapadają się co wieczór pod ciężarem nagromadzonych toksyn, ostrze ich świadomości ulega stępieniu. Nagle uświadomił sobie, że sam Neill właśnie w tej chwili śpi. Naszła go dziwnie niepokojąca wizja Neilla skulonego w skotłowanej pościeli dwa piętra nad nimi, z obniżonym poziomem cukru we krwi, z umysłem bujającym nie wiadomo gdzie.

Lang roześmiał się z własnego zarozumialstwa i Morley cofnął ruch, który przed chwilą zrobił.

— Co ja robię? Czy ja oślepłem?

— Nie — powiedział Lang i znów się roześmiał. — Właśnie odkryłem, że nie śpię.

Morley uśmiechnął się.

— Trzeba to zapisać jako jedno z powiedzeń tygodnia. — Powtórzył ruch wieżą, wyprostował się i spojrzał ponad stołem na pingpongistów. Gorrell ściął ostro i Avery pobiegł za piłką.
— Wygląda, że są w formie. A jak ty?
— Jak najlepiej — odparł Lang. Przesunął wzrokiem po szachownicy i zrobił ruch, zanim Morley zdołał złapać oddech.

Zwykle dochodzili do końcówki, ale tego dnia Morley musiał się poddać w dwudziestym ruchu.

— Brawo — powiedział z podziwem. — Wkrótce dasz radę Neillowi. Jeszcze jedną?
— Nie. Prawdę mówiąc, gra mnie nudzi. Podejrzewam, że może być z tym kłopot.
— Dasz sobie radę. Poczekaj trochę i staniesz na nogi.

Lang wyciągnął ze stojaka z płytami Bacha, założył Koncert Brandenburski i włączył gramofon. Kiedy popłynęła bogata, kontrapunktowa muzyka, odchylił się na oparcie słuchając w skupieniu.

To absurd, pomyślał Morley. Jak szybko można się rozwijać? Trzy tygodnie temu byłeś typkiem z przedmieścia.

Następne godziny minęły szybko.

O wpół do drugiej poszli do gabinetu lekarskiego, gdzie poddano ich pobieżnemu badaniu: puls, odruchy nerwowe, mocz do analizy.

Ubrawszy się z powrotem przeszli do pustej stołówki na małą przekąskę i siedli na stołkach sprzeczając się, jak nazwać ten nowy, piąty, posiłek.

O drugiej zasiedli w sali neurologii i przez dwie godziny oglądali filmy z ćwiczeń pod hipnozą w ostatnich trzech tygodniach.

Po filmach udali się do sali gimnastycznej, mając noc prawie za sobą. Nadal byli swobodni i pełni energii; Gorrell szedł na czele pokpiwając z Langa i przedrzeźniając jego lunatyczny chód w którymś fragmencie filmu.

— Otwórz usta, zamknij oczy — pokazywał wpadając na Langa, który zręcznie uskoczył w bok. — Spójrz na siebie; teraz też tak chodzisz. Naprawdę, Lang, ty się wcale nie obudziłeś, ty chodzisz we śnie. Prawda, doktorze? — zwrócił się do Morleya.

Morley powstrzymał ziewnięcie.

— W takim razie jest nas dwóch takich. — Szedł za nimi korytarzem starając się ze wszystkich sił nie zasnąć i czuł się tak, jakby to nie ci trzej ludzie przed nim, ale on nie spał przez ostatnie trzy tygodnie.

Chociaż klinika była opustoszała, na polecenie Neilla paliły się wszystkie światła na korytarzach i na schodach. Przed nimi dwaj pielęgniarze sprawdzali, czy okna na ich drodze są bezpiecznie zasłonięte, a drzwi pozamykane. Nigdzie ani jednej zacienionej wnęki, ani jednej pułapki mroku.

Neill nalegał na to, niechętnie przyznając możliwość skojarzenia między ciemnością i snem.

— Powiedzmy otwarcie: tylko w niewielu organizmach skojarzenie jest dość silne, żeby być odruchem. Zdolność przeżycia u wyższych kręgowców uzależniona jest od rozwiniętego aparatu zmysłowego połączonego z różną zdolnością do gromadzenia i klasyfikowania informacji. Wystarczy umieścić je w ciemności, odciąć dopływ danych wizualnych do kory i są sparaliżowane. Sen jest odruchem obronnym. Obniża tempo przemiany materii, oszczędza energię, zwiększa zdolność organizmu do przetrwania, wtapiając go w otoczenie...

Na podeście w połowie schodów było duże, zasłonięte okno, wychodzące na park za kliniką. Mijając je Gorrel przystanął. Podszedł do okna, zwolnił roletę i chwycił sznurek żaluzji.

Nie otwierając jej zwrócił się do Morleya przyglądającego się temu ze schodów.

— Tabu, panie doktorze?

Morley zmierzył spojrzeniem kolejno wszystkich trzech. Gorrell był spokojny, najwyraźniej zaspokajał jedynie chwilową zachciankę. Lang siedział na poręczy, obserwując scenę z zaciekawieniem, z wyrazem naukowej bezstronności. Jedynie Avery wydawał się nieco zaniepokojony, twarz miał bladą i skrzywioną. Morleyowi przyszła do głowy zupełnie nieistotna myśl: ten nocny zarost, będą musieli golić się dwa razy na dobę. A potem: dlaczego nie ma tu Neilla? Wiedział, że dorwą się do okna przy pierwszej sposobności.

Zauważył, że Lang posyła mu rozbawiony uśmiech, i wzruszył ramionami, usiłując ukryć niepokój.

— Spróbuj, skoro masz ochotę. Jak powiedział Neill, przewody są przecięte.

Gorrell odciągnął żaluzję i wszyscy stłoczyli się przy oknie wyglądając w noc. W dole cynowoszare trawniki ciągnęły się do linii pagórków porośniętych sosnami. Gdzieś dalej, z lewej strony, migał przyzywająco neon.

Gorrell i Lang nie odnotowali u siebie żadnej reakcji i ich ciekawość zaczęła po chwili wygasać. Avery poczuł nagły ruch pod sercem, ale zaraz się opanował. Jego wzrok zaczął przesiewać ciemności; niebo było czyste, bezchmurne i poprzez gwiazdy dostrzegł wąskie, mleczne pasmo obwodu Galaktyki. Wpatrywał się w nie milcząc i pozwalając, żeby wiatr chłodził jego spoconą twarz i szyję.

Morley podszedł do okna i oparł się na parapecie obok Avery’ego. Kątem oka wypatrywał jakiegoś odruchu, drżenia powieki albo przyśpieszonego oddechu sygnalizującego odruchowe rozładowanie. Pamiętał ostrzeżenie Neilla: „U człowieka sen jest głównie wolicjonalny, a odruch jest wzmocniony przyzwyczajeniem. Ale fakt, że przecięliśmy w podwzgórzu szlaki regulujące przepływ świadomości, nie oznacza jeszcze, że odruch nie rozładuje się jakąś inną drogą. Jednak wcześniej czy później będziemy musieli podjąć to ryzyko i pozwolić im zerknąć na ciemną stronę słońca”.

Morley zastanawiał się nad tym, kiedy ktoś dotknął jego ramienia.

— Panie doktorze — usłyszał głos Langa. — Panie doktorze.

Otrząsnął się z zamyślenia. Stał przy oknie sam. Gorrell i Avery zeszli już niżej.

— Nic — uspokoił go Lang. — Wracamy do sali gimnastycznej. — Przyjrzał się Morleyowi. — Dobrze się pan czuje?

Morley potarł twarz.

— Boże, chyba zasnąłem. — Spojrzał na zegarek. Dwadzieścia po czwartej. Stali przy oknie przeszło piętnaście minut. Pamiętał tylko tyle, że oparł się o parapet. — A ja martwiłem się o was.

Wszyscy byli rozbawieni, najbardziej Gorrell.

— Panie doktorze — powiedział przeciągając samogłoski — jeżeli pan chce, mogę panu polecić dobrego chirurga od snu.

Po piątej zaczęli odczuwać stopniowy przypływ ociężałości w kończynach. Próby nerkowe pogorszyły się i produkty rozkładu powoli gromadziły się w tkankach. Dłonie mieli wilgotne i zdrętwiałe, podeszwy stóp jak z porowatej gumy. Uczucie to wywoływało nieokreślony niepokój, nie wiążąc się z żadnymi objawami zmęczenia umysłowego.

Drętwota rozszerzała się. Avery zauważył to po napięciu skóry na policzkach i na skroniach oraz po lekkim bólu głowy. Z uporem przewracał stronice czasopisma, czując dłonie jak dwie bryły kitu.

Potem przyszedł Neill i wraz z nim ożywienie. Promieniował czystością i energią, unosząc się elastycznie na palcach.

— Jak tam nocna zmiana? — spytał dziarskim tonem, podchodząc z uśmiechem do wszystkich po kolei. — Jak samopoczucie?
— Nie najgorzej, panie doktorze — odpowiedział mu Gorrell. — Lekki przypadek bezsenności.

Neill ryknął śmiechem, klepnął go po ramieniu i poprowadził wszystkich do laboratorium chirurgicznego.

O dziewiątej, ogoleni i w czystych ubraniach, zebrali się w sali wykładowej. Czuli się znowu świeżo i rześko. Drętwota kończyn i lekkie otępienie minęły natychmiast po podłączeniu do kroplówek oczyszczających krew. Neill powiedział im, że w ciągu tygodnia ich nerki dostosują się do intensywniejszej pracy.

Przez całe rano i większość popołudnia pracowali nad serią testów asocjacyjnych i sprawnościowych. Neill nie oszczędzał ich manewrując światełkami na katodowym ekranie, żonglując wymyślnymi seriami cyfrowymi i geometrycznymi oraz skomplikowanymi łańcuchami wyrazów.

Wyglądało, że jest bardziej niż zadowolony z wyników.

— Krótszy okres przypomnienia, głębsze ślady pamięciowe — powiedział do Morleya, kiedy trzej mężczyźni udali się o piątej na chwilę odpoczynku. — Beczki pierwszorzędnej szarej substancji. Wskazał gestem wyniki testów rozłożone na biurku. — A ty martwiłeś się o podświadomość. Spójrz na te Rorschachy Langa. Zobaczysz, że wkrótce przypomni sobie przeżycia okresu płodowego.

Morley skinął głową, czując, jak jego wątpliwości ustępują.

Przez następne dwa tygodnie albo on, albo Neill towarzyszyli trzem mężczyznom bez przerwy, siedząc w blasku reflektorów na środku sali gimnastycznej, oceniając wykorzystanie dodatkowych ośmiu godzin, uważnie wypatrując jakichkolwiek oznak regresji. Neill ciągnął za sobą wszystkich, od etapu do etapu, przez okresy testów, przez długie godziny nie kończących się nocy, a jego potężna osobowość zarażała entuzjazmem wszystkich członków zespołu.

Prywatnie Morley niepokoił się rosnącą emocjonalną zależnością widoczną w stosunkach między Neillem a trójką mężczyzn. Obawiał się że zaczynają utożsamiać Neilla z eksperymentem. Dzwonek na posiłek wywołuje ślinienie, ale jeżeli po długim okresie uwarunkowywania nagle przestanie się dzwonić, obiekt doświadczenia nie może jeść przez pewien czas. Takie odjęcie bodźca nie szkodzi psu, ale w przypadku i tak już przewrażliwionej psychiki może wywołać katastrofę.

Neill w pełni zdawał sobie z tego sprawę. Pod koniec pierwszych dwóch tygodni, kiedy zaziębił się paskudnie po nie przespanej nocy i postanowił spędzić następny dzień w łóżku, zawołał Morleya do swojego gabinetu.

— Przeniesienie staje się zbyt ścisłe. Następuje zbytnie utożsamienie. Trzeba je nieco rozluźnić.
— Zgadzam się — powiedział Morley. — Ale jak?
— Powiedz im, że będę spał przez czterdzieści osiem godzin — odparł Neill. Zgarnął stos sprawozdań, tablic, kart testowych i wsadził je pod pachę. — Celowo nałykałem się środków uspokajających, żeby trochę odpocząć. Wyglądam jak cień, pełny zespół objawów wycieńczenia, bezpieczniki w mózgu aż piszczą. Podkoloryzuj to odpowiednio.
— Czy to nie jest zbyt drastyczne? — spytał Morley. — Znienawidzą cię za to.

Ale Neill tylko się uśmiechnął i poszedł zająć gabinet przylegający do jego sypialni.

Tej nocy Morley miał dyżur w sali gimnastycznej od dziesiątej wieczorem do szóstej rano. Jak zwykle zaczął od sprawdzenia, czy pielęgniarze mają w pogotowiu swoje wózki reanimacyjne, przeczytał w księdze zapis poprzedniego dyżurnego, jednego ze starszych lekarzy, i dopiero wtedy podszedł do kręgu foteli. Usiadł na kanapie obok Langa i zaczął kartkować czasopismo, obserwując uważnie trójkę mężczyzn. W blasku lamp łukowych ich wychudzone twarze miały niezdrowy odcień, jak przy sinicy. Starszy lekarz ostrzegł go, że Avery i Gorrell mogą się przemęczyć przy stole pingpongowym, ale przed jedenastą przerwali grę i zasiedli w fotelach. Poczytali trochę bez zapału i dwukrotnie wyszli do. stołówki, eskortowani za każdym razem przez jednego z pielęgniarzy. Morley powiedział im o Neillu, ale ku jego zdziwieniu żaden z nich tego nie skomentował.

Powoli nadeszła północ. Avery czytał zgarbiony w swoim fotelu. Gorrell grał sam z sobą w szachy.

Morley podsypiał.

Lang odczuwał niepokój. Cisza sali gimnastycznej i brak ruchu wokół działały na niego przygnębiająco. Nastawił gramofon i wysłuchał Koncertu Brandenburskiego, analizując jego tematy przewodnie. Potem zrobił sam sobie test na asocjację słowną, przewracając stronice książki i wykorzystując słowa w prawym górnym rogu jako hasła.

Morley pochylił się w jego stronę.

— Coś wychodzi? — spytał.
— Kilka interesujących reakcji. — Lang wziął notes i coś w nim zapisał. — Pokażę je Neillowi rano albo kiedy się tam obudzi. — W zamyśleniu podniósł wzrok w górę na lampy łukowe. — Zastanawiałem się. Jak myślisz, jaki będzie następny krok?
— Krok dokąd? — spytał Morley. — O jaki krok ci chodzi?

Lang zrobił szeroki ruch ręką.

— Mam na myśli ewolucję. Trzysta milionów lat temu opuściliśmy morza i zaczęliśmy oddychać powietrzem. Teraz zrobiliśmy następny logiczny krok i wyeliminowaliśmy sen. Co będzie dalej?

Morley potrząsnął głową.

— Te dwa kroki nie są analogiczne. Zresztą w gruncie rzeczy wcale nie opuściłeś pierwotnego oceanu. Nadal nosisz ze sobą jego prywatny model w postaci swojej krwi. Po prostu zawarłeś w sobie niezbędny fragment fizycznego otoczenia, żeby się od niego uniezależnić.

Lang kiwnął głową.

— Myślałem o czymś innym. Powiedz, czy zastanawiałeś się kiedyś nad tym, jak bardzo nasza psychika zorientowana jest na śmierć?

Morley uśmiechnął się.

— Zdarzało mi się — powiedział, ciekaw, do czego to prowadzi.
— To dziwne — ciągnął Lang w zamyśleniu. — Zasada przyjemności i bólu, cały zapewniający kontynuację gatunku aparat seksu, przysłowiowa obsesja jutrem naszego superego; przez większość czasu (na ogół) psychika człowieka nie patrzy dalej niż po własny grób. Skąd się bierze ta dziwna obsesja? Jest jeden oczywisty powód. — Wskazującym palcem jakby postukał coś w powietrzu. — Ponieważ co noc otrzymujemy wielce przekonywającą próbkę losu, jaki nas czeka.
— Masz na myśli czarną dziurę? — spytał Morley kwaśno. — Sen?
— Właśnie. To nic innego jak pseudośmierć. Oczywiście nie uświadamiamy sobie tego, ale to musi być przerażające. — Zmarszczył brwi. — Myślę, że nawet Neill nie zdaje sobie sprawy z tego, że sen nie jest bynajmniej odpoczynkiem, lecz autentycznie traumatycznym przeżyciem.

Więc to tak, pomyślał Morley. Wielki ojciec psycholog został przyłapany podczas drzemki na własnej lekarskiej kozetce. Zastanawiał się, co gorsze: pacjenci, którzy nie znają się na psychiatrii, czy tacy, którzy znają ją powierzchownie.

— Eliminując sen — mówił Lang — eliminuje się również cały lęk i zbudowane wokół niego mechanizmy obronne. I wtedy wreszcie psychika ma szansę nastawienia się na coś bardziej wartościowego.
— Na przykład? — spytał Morley.
— Boja wiem? Może... na samą siebie?
— Ciekawe — zauważył Morley. Była trzecia dziesięć nad ranem. Postanowił przez najbliższą godzinę zająć się ostatnimi wynikami testów Langa.

Odczekał dla przyzwoitości pięć minut, a potem wstał i poszedł do pokoju lekarskiego.

Lang zarzucił ramię na oparcie kanapy i obserwował drzwi do pokoju pielęgniarzy.

— Co ten Morley knuje? — spytał. — Czy któryś z was go gdzieś widział?
— Chyba wyszedł do pokoju pielęgniarzy — odezwał się Avery znad czasopisma.
— Dziesięć minut temu — powiedział Lang. — Od tego czasu ani razu nie zajrzał, a ktoś powinien przy nas dyżurować bez przerwy. Gdzie on jest?

Gorrell, który grał sam z sobą w szachy, podniósł głowę. — Widocznie to siedzenie po nocach go wykańcza. Lepiej go obudź, zanim Neill się dowie. Pewnie zasnął nad kartami z twoimi testami.

Lang roześmiał się i rozsiadł się wygodniej. Gorrell wyciągnął rękę do gramofonu, wyjął ze stojaka płytę i założył ją.

Kiedy gramofon zaczął szumieć, Lang zauważył, jak cicho było i pusto w sali gimnastycznej. W klinice zawsze panowała cisza, ale nawet w nocy utrzymywały się jakieś szczątkowe przypływy i odpływy dźwięków: szuranie krzesła w pokoju pielęgniarzy, szum generatora pod jedną z sal operacyjnych — które świadczyły, że gmach żyje.

Teraz powietrze było nieruchome i bezbarwne. Lang nadsłuchiwał uważnie. Wszędzie panował martwy, pozbawiony echa nastrój opuszczonego budynku.

Wstał i podszedł do pokoju pielęgniarzy. Wiedział, że Neill jest przeciwnikiem rozmów z obsługą, ale niepokoiła go nieobecność Morleya.

Zajrzał przez okienko, żeby sprawdzić, czy Morley tam jest.

Pokój był pusty.

Światło się paliło. Dwa wózki szpitalne stały na swoim zwykłym miejscu pod ścianą, trzeci na środku, z rozsypaną talią kart, ale po grupie trzech czy czterech lekarzy nie było ani śladu.

Lang zawahał się, spróbował otworzyć drzwi i stwierdził, że są zamknięte na klucz.

Nacisnął jeszcze raz klamkę i rzucił przez ramię:

— Avery. Tu nikogo nie ma.

— Spróbuj następne drzwi. Pewnie mają odprawę przed jutrzejszym, dniem.

Lang podszedł do biura chirurgii. Światło było zgaszone, ale widział białe lakierowane biurko i wielkie wykresy na ścianach. Nie było nikogo.

Avery i Gorrell obserwowali go.

— Nie — powiedział Lang naciskając klamkę. — Drzwi są zamknięte.

Gorrell wyłączył gramofon i razem z Averym podeszli. Spróbowali ponownie obu drzwi.

— Oni tu gdzieś są — powiedział Avery. — Przynajmniej jedna osoba musi mieć dyżur. A co z tymi? — wskazał na ostatnie drzwi.
— Zamknięte — powiedział Lang. — Sześćdziesiątka dziewiątka zawsze jest zamknięta. To chyba jest zejście do piwnicy.
— Zajrzyjmy do gabinetu Neilla — zaproponował Gorrell. — Jeżeli ich tam nie będzie, przejdziemy przez recepcję i spróbujemy wyjść. To musi być jakaś sztuczka Neilla.

W drzwiach gabinetu Neilla nie było okienka. Gorrell zapukał, odczekał i zapukał głośniej.

Lang ruszył klamką, potem ukląkł.

— Jest ciemno — zameldował.

Avery odwrócił się i spojrzał na dwoje pozostałych drzwi, po przeciwnej stronie sali. Jedne prowadziły do stołówki i skrzydła neurologii, drugie do parkingu na tyłach kliniki.

— Czy Neill nie dawał do zrozumienia, że może nas poddać takiej próbie? — spytał. — Żeby się przekonać, czy potrafimy przetrwać noc sami ?
— Ale Neill śpi — zauważył Lang. — Będzie w łóżku przez dwa dni. Chyba że...

Gorrell ruchem głowy wskazał fotele.

— Chodźmy. Pewnie nas teraz podglądają razem z Morleyem.

Wrócili na swoje miejsca.

Gorrell przysunął stolik szachowy do kanapy i ustawił figury. Avery i Lang rozsiedli się w fotelach i zaczęli spokojnie wertować czasopisma. Nad nimi lampy łukowe oświetlały ciszę szerokimi stożkami światła.

Jedynym dźwiękiem było powolne tykanie zegara.

Godzina trzecia piętnaście nad ranem.

Przesunięcie było niezauważalne. Zaczęło się od niewielkiej zmiany perspektywy, zanik i przegrupowanie zarysów. Lekka zmiana ogniskowej, cień ślizgający się powoli po ścianie, zaostrzenie się kątów. Ruch był płynny, tempo nieskończenie wolne, ale stopniowo zarysowała się ogólna tendencja.

Sala gimnastyczna kurczyła się. Cal za calem ściany zbliżały się do siebie, ograniczając powierzchnię podłogi. Przesuwając się ku sobie, ściany uległy zmianie: rzędy lamp pod sufitem rozpływały się i zacierały, kabel elektryczny biegnący pod ścianą wtapiał się w listwę, kratki otworów wentylacyjnych rozpływały się w szarości ściany.

W górze sufit, jak spod olbrzymiej windy, zbliżał się do podłogi.

Gorrell oparł się łokciami o stolik, ukrył twarz w dłoniach. Zapędził sam siebie w ciągły szach, ale nadal przesuwał figury w rogu szachownicy, rozglądając się co jakiś czas w poszukiwaniu natchnienia.

Wiedział, że Neill gdzieś tam ich obserwuje.

Zrobił ruch, podniósł głowę i przebiegł wzrokiem przeciwległą ścianę aż do kąta, wypatrując jakichś oznak ruchomej płytki. Od pewnego czasu usiłował bez powodzenia odkryć tajne okienko Neilla. Ściany były zupełnie gładkie; dwukrotnie przejrzał każdą stopę kwadratową dwóch przeciwległych i poza trojgiem drzwi nie znalazł na ich powierzchni choćby najmniejszej szpary czy pęknięcia.

Po chwili lewe oko zaczęło mu boleśnie pulsować, odsunął więc szachownicę i położył się. Nad głową miał linię fluoroscencyjnych rurek, w plastykowych ażurowych oprawach rozpraszających światło. Już miał powiedzieć Langowi i Avery’emu o swoim poszukiwaniu tajnego okienka, kiedy przyszło mu do głowy, że każdy z nich może mieć ukryty mikrofon.

Postanowił rozprostować nogi, wstał i przeszedł się po sali. Po półgodzinnym ślęczeniu nad szachownicą czuł się zdrętwiały i zmęczony. Chętnie porzucałby piłką albo rozruszał mięśnie na maszynie do wiosłowania, ale jak na złość nie zapewniono im żadnych urządzeń rekreacyjnych poza trzema fotelami i gramofonem.

Doszedł do końca sali i zaczął ją obchodzić dokoła nasłuchując jakichś odgłosów z przyległych pomieszczeń. Coraz mniej mu się podobało to szpiegowanie ich przez Neilla i z ulgą zauważył, że jest już piętnaście po trzeciej. Za niecałe trzy godziny wszystko się skończy.

Ściany sali gimnastycznej zwierały się. Była teraz o polową mniejsza niż na początku, z nagimi, pozbawionymi okien ścianami stała się wielkim kurczącym się pudlem. Ściany wsuwały się jedna w drugą, łącząc się wzdłuż abstrakcyjnej linii, jak płaszczyzny przecinające się w wielowymiarowym ciągu. Pozostał tylko zegar i jedne drzwi...

Lang odkrył, gdzie był schowany mikrofon.

Siedział na skraju fotela wyłamując palce, póki Gorrell nie wrócił, potem wstał i ustąpił mu miejsca. Avery siedział na innym fotelu, z nogami na gramofonie.

— Usiądź na chwilę — powiedział Lang. — Teraz ja chciałbym się przejść.
— Poproszę Neilla, żeby nam ustawił tutaj stół pingpongowy — powiedział Gorrell siadając. Byłby to sposób na zabicie czasu, a także ćwiczenie fizyczne.
— Dobry pomysł — zgodził się Lang. — Jeżeli tylko stół przejdzie przez drzwi. Zresztą wątpię, czy jest tu dość miejsca, nawet gdyby przesunąć fotele pod samą ścianę.

Odszedł, ukradkiem zaglądając przez okienko do pokoju pielęgniarzy. Światło się paliło, ale w środku nie było nikogo.

Zbliżył się spokojnie do gramofonu i spacerował przez chwilę koło niego. Nagle odwrócił się i zaczepił stopą sznur prowadzący do gniazdka w ścianie.

Wtyczka wypadła na podłogę. Lang zostawił ją tak i przysiadł na poręczy koło Gorrella.

— Wyłączyłem mikrofon — oświadczył.

Gorrell rozejrzał się ostrożnie.

— Gdzie był? — spytał.
— W gramofonie — wskazał Lang i roześmiał się cicho. — Pomyślałem sobie, że zrobię Neillowi kawał. Będzie wściekły, kiedy stwierdzi, że nas nie słyszy.
— Skąd wiesz, że był w gramofonie? — spytał Gorrell.
— A gdzie może być lepsze miejsce? Zresztą, gdzie jeszcze mógłby być? Chyba tylko tam — wskazał kulistą lampę zwisającą ze środka sufitu. — Nie ma w niej nic poza dwiema żarówkami. Gramofon jest oczywistym miejscem. Miałem przeczucie, że to jest tam, ale nie byłem pewien, póki nie zauważyłem, że mamy gramofon, ale nie ma płyt.

Gorrell z powagą skinął głową.

Lang odszedł chichocząc sam do siebie.

Nad drzwiami do pokoju numer 69 tykał zegar wskazując trzecią piętnaście.

Ruch ulegał przyśpieszeniu. Dawna sala gimnastyczna była teraz małym pokojem, zwartym, prawie doskonałym sześcianem o boku siedmiu stóp. Ściany nadal zsuwały się do środka i już tylko kilka stóp dzieliło je od punktu krańcowego...

Avery zauważył, że Lang i Gorrell krążą wokół jego fotela.

— Może któryś z was chce usiąść? — spytał.

Potrząsnęli głowami. Avery odpoczął przez kilka minut, a potem wydostał się z fotela i przeciągnął się.

— Piętnaście po trzeciej — zauważył, wpierając się w sufit. — Zapowiada się długa noc.

Odchylił się, żeby przepuścić Gorrella, i zaczął w ślad za dwoma kolegami chodzić „wzdłuż wąskiego pasa między fotelem a ścianami.

— Nie wiem, jak Neill wyobraża sobie, że będziemy siedzieć w tej dziurze czuwając przez dwadzieścia cztery godziny na dobę — powiedział. — Dlaczego nie mamy tu telewizora? Nawet radio to już byłoby coś.

Krążyli wszyscy wokół fotela: Gorrell, za nim Avery i zamykający krąg Lang. Zaczynali się garbić, głowy mieli spuszczone, wzrok wbity w podłogę, ich kroki wpadały w powolny, ciężki rytm zegara.

To zatem była studzienka: wąska, pionowa komórka, kilka stóp szerokości, sześć stóp głębokości. W górze zwisała z żelaznej kraty pojedyncza zakurzona żarówka. Ściany jakby trzaskały pod wpływem ruchu, ich powierzchnia stała się szorstka, nabrała spękanej i dziobatej faktury kamienia...

Gorrell schylił się, żeby poprawić sznurowadło, i Avery wpadł na niego gwałtownie uderzając przy tym ramieniem o ścianę.

— Nic ci się nie stało? — spytał biorąc Gorrella pod rękę. — Trochę tu ciasno. Nie mogę zrozumieć, dlaczego Neill nas tu wsadził.

Oparł się o ścianę pochylając głowę, żeby nie dotykać sufitu, i rozejrzał się uważnie.

Lang stał obok niego wciśnięty w kąt, przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę.

Gorrell przykucnął u ich stóp na podłodze.

— Która godzina? — spytał.
— Chyba jakieś piętnaście po trzeciej — odpowiedział Lang. — Koło tego.
— Lang — spytał Avery — gdzie tu jest wentylator?

Lang przebiegł wzrokiem ściany i mały kwadrat sufitu.

— Musi gdzieś być. — Gorrell wstał i rozsunęli się oglądając podłogę między swoimi stopami.
— Może otwór jest za osłoną lampy? — zaproponował Gorrell. Sięgnął w górę i wsunął palce za osłonę, badając przestrzeń za żarówką.
— Nic tam nie ma. Dziwne. Zdawałoby się, że tego powietrza nie powinno nam starczyć więcej niż na pół godziny.
— Co najwyżej — powiedział Avery. — Wiecie, jest coś...

Nagle wtrącił się Lang chwytając Avery’ego za łokieć.

— Avery — zawołał. — Powiedz mi, jak my tu trafiliśmy?
— O co ci chodzi? Jesteśmy w zespole Neilla.
— Wiem — przerwał mu Lang i wskazał na podłogę. — Chodzi mi o to, jak trafiliśmy tutaj.

Gorrell potrząsnął głową.

— Spokojnie, Lang. A co myślałeś? Weszliśmy przez drzwi.

Lang spojrzał w oczy Gorrellowi, a potem Avery’emu.

— Jakie drzwi? — spytał spokojnie.

Gorrell i Avery po chwili wahania obejrzeli wszystkie ściany po kolei od podłogi do sufitu. Avery obmacywał ciężkie mury, potem ukląkł i sprawdzał podłogę wbijając palce w chropowate kamienne płyty. Gorrell przykucnął obok niego, rozdrapując cienkie spoiny.

Lang schodząc im z drogi cofnął się w kąt i obserwował ich beznamiętnie. Twarz miał spokojną, ale na lewej skroni pulsowała mu gwałtownie żyłka.

Kiedy Avery i Gorrell wreszcie wstali spoglądając na siebie nieprzytomnie, rzucił się między nimi na przeciwległą ścianę.

— Neill! Neill! — krzyczał, waląc wściekle pięściami w mur. — Neill! Neill!

Nad ich głowami światło zaczęło przygasać.

Morley zamknął za sobą drzwi do gabinetu chirurgów i podszedł do biurka. Mimo że była trzecia piętnaście nad ranem, Neill prawdopodobnie nie spał, analizując najnowsze materiały w gabinecie przyległym do sypialni. Na szczęście wyniki popołudniowych testów, świeżo sprawdzonych przez jednego z lekarzy, dopiero teraz dotarły na jego biurko.

Morley wziął teczkę Langa i zaczął wertować karty z wynikami testów. Podejrzewał, że reakcje Langa na niektóre kluczowe słowa i „wyzwalacze sugestii” ukryte w kwestionariuszach mogą rzucić dodatkowe światło na rzeczywiste motywy jego przyrównania snu do śmierci.

Otworzyły się drzwi z pokoju dyżurnych i zajrzał jeden z lekarzy.

— Czy mam przejąć salę gimnastyczną, panie doktorze?

Morley odprawił go ruchem ręki.

— Nie warto. Zaraz tam wracam.