Wydawca: BPP Marcin Borkowski Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 1

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Odwlekane porządki - Marcin Borkowski

Odwlekane porządki” to zbiór dziewięciu opowiadań. Łączą je bohaterowie i miejsce, w którym spędzili większość życia, a przynajmniej znaczącą jego część – warszawski Żoliborz. Można tę książkę potraktować jak sentymentalną wycieczkę w lata młodości żoliborzan, wychowujących się w czasach PRL-u, ale to nie są wspomnienia, a choć część miejsc, zdarzeń i występujących osób jest jak najbardziej prawdziwa, opisywane historie mogły mieć miejsce nie tylko tutaj. Ludzie się kłócą, kochają i mszczą wszędzie.

Opinie o ebooku Odwlekane porządki - Marcin Borkowski

Fragment ebooka Odwlekane porządki - Marcin Borkowski

Odwlekane porządki

(łatwe opowiadania dla zgredów młodszych)

Marcin Borkowski

Warszawa 2014

Skład: Marcin Borkowski

Wersja elektroniczna: Marcin Borkowski

Konfabulacja: Marcin Borkowski

Ilustracja: Marcin Borkowski

Frustracja: Marcin Borkowski

Prokrastynacja: Marcin Borkowski

Determinacja: Marcin Borkowski

Kulminacja: Marcin Borkowski

© Marcin Borkowski 2014

Fragment mapy na okładce pochodzi z Planu Warszawy, © PPWK 1973

Wydanie I, wersja skrócona

http://www.bpp.com.pl/odwlekaneporzadki/

ISBN 978-83-940710-3-5

Odwlekane porządki

Mały pokój na piętrze był niemal pusty – fotel w rogu, krzesło i biurko do pisania pod zachodnim oknem, etażerka z kilkoma kwiatkami pod południowym. Wrześniowe słońce rozjaśniało wnętrze, ostro świecąc przez szyby zaklejone na krzyż paskami papieru. Gdyby nie głuche wybuchy, dobiegające od strony Cytadeli, byłoby piękne, niedzielne południe.

Przy biurku siedziała kobieta i pisała. Szło jej niesporo. Kilka zdań miała już dawno ułożonych w głowie, więc pierwszy akapit zjawił się na papierze błyskawicznie. Od momentu gdy zaczęła drugi, więcej czasu spędzała, patrząc na kartkę i ściany, niż stawiając litery. Po głośniejszych eksplozjach odwracała głowę w stronę uchylonych drzwi i nasłuchiwała odgłosów z wnętrza domu. Na blacie leżała wilgotna chustka do nosa.

Na dole skrzypnęła furtka, zadzwonił dzwonek przy drzwiach, rozległy się ciche, stłumione przez dystans głosy. Po chwili do drzwi podeszła służąca i cicho zastukała.

– Tak?

– Przyszła pani Irena.

– Irena? Dlaczego teraz... – pisząca wyglądała na zaskoczoną. – Niech ją Jadwiga zaprowadzi do salonu i zapyta, czy podać coś do picia. Ja zaraz zejdę.

Jadwiga skinęła głową i zniknęła za drzwiami. Kobieta schowała papier do szuflady, zamknęła ją na kluczyk i wstała. Zajrzała do łazienki przy schodach i przemyła oczy zimną wodą, ale i tak były czerwone i opuchnięte. Zeszła po schodach na dół i zajrzała za uchylone drzwi od pokoju, w którym stało dziecinne łóżeczko ze śpiącym niemowlakiem. Postała nad nim chwilę. Potem, upewniwszy się, że z dzieckiem wszystko w porządku, przeszła do salonu.

Niebo wisiało nisko, zupełnie jakby był środek tygodnia w listopadzie, a nie wrześniowa niedziela. Kiedy Paweł wszedł na podwórko, ojciec szykował się do porządków już od jakiegoś czasu. Na ziemi leżała rozłożona folia, oba skrzydła drzwi od modelarni były szeroko otwarte, a kilka dodatkowych arkuszy folii leżało przyciśniętych kamieniami, gotowych do przykrycia mebli.

– Cześć! Nie boisz się, że będzie padać?

– Cześć! Nie spieszyłeś się. Lać nie powinno, a jak trochę pokropi, damy sobie radę. Szkoda, że tak zimno. Połowa września, cholera.

– Byłbym wcześniej, ale mnie Ewka zatrzymała. Tylu fajnych chłopaków zmarnowało się przez kobiety. A co właściwie chcesz zrobić?

– Porządek. Do dna. Co do wyrzucenia – wyrzucić, co wartościowe – zostawić. Skarbów się nie spodziewam, ale jakieś niespodzianki będą na pewno. A na wiosnę mam zamiar odmalować i zrobić coś w rodzaju warsztatu.

– Dziadek z tego w ogóle kiedyś korzystał?

– Nie wiem. Chciał tu mieć warsztat albo modelarnię. Myślał o tym, żeby założyć własną firmę. Ale najpierw przyszła wojna, potem pokój i wszystko diabli wzięli. Tylko nazwa została. Wszyscy w domu mówią modelarnia, chociaż to raczej rupieciarnia. Najpierw ten stół. Już jak była wojna, to tu dziada z babą brakowało. Tam na końcu stało takie małe biurko. Mały wtedy byłem, wchodziłem tutaj i jak się przecisnąłem koło czegoś wielkiego, udawało mi się wejść pod to biurko i tam miałem swoją kryjówkę. Podczas powstania kiedyś tam zasnąłem i babcia wpadła w panikę, bo nie mogła mnie znaleźć, a tu jakaś strzelanina była. Złap z tamtej, dobra, i pod drzewo. Planowałem porządki od momentu, kiedy dziadek umarł, ale babcia zawsze miała jakiś powód, żeby tego nie robić. A to potem, a to pogoda nie taka, a to gości zaprosiła… Zawsze coś. W końcu jak dostała duszności i kazała się wieźć na ostry dyżur, dotarło do mnie, że ona nie chce, żeby to robić. Jakąś fobię miała, nie wiem. Nie na folię, ten stół od razu do połamania i spalenia. Obróćmy i na blat. I odpuściłem, a potem przypomniałem sobie, że chyba takie same historie działy się dużo wcześniej, jeszcze jak dziadek żył.

– Chciał robić porządek?

– Może nawet nie porządek, jakieś papiery znaleźć, coś związanego z PZL-em czy Škodą. I babcia mu mówiła, żeby sobie dał spokój, na pewno tam tego nie ma. Głupia sprawa, babcia umarła w 97., to teraz trzy lata jest, a ja do tej pory nie mogłem się zebrać i wziąć za tę robotę. Tak mnie wytresowała. Łamiemy – Leszek zaczął ruszać sterczącą z blatu w górę nogą. – A tam może być wszystko. To w ogóle jakoś tak wyszło, że pod koniec powstania, jak zaczął się szturm Żoliborza, dom był jeszcze w bardzo dobrym stanie, chociaż po sąsiedzku ciągnęły się głównie ruiny. I któregoś dnia pocisk albo bomba trafiła tutaj – wskazał na ścianę nad drzwiami do modelarni. – Ściana się zawaliła i zasypała drzwi, a w środku pękł strop i zasypało kuchnię. – Noga chrupnęła i została mu w ręku. Rzucił ją na ziemię i złapał za następną. – No i jak już po powstaniu nikt tu nie został, to do modelarni nie można się było dostać. A że ten pocisk połamał i schody na górę, nawet jak przyszli szabrownicy, to nie mogli wejść na piętro, więc sporo pamiątek ocalało. Lipińskiemu po ojcu została raptem szabla i tuzin zdjęć, które wygrzebał z gruzów – chrupnęła druga noga i podzieliła los poprzedniej. – Dobra, potem jeszcze położymy blat na cegłach i spróbujemy go połamać. Nosimy dalej.

Weszli do modelarni i Paweł złapał dwie duże, plastikowe torby.

– Lekkie, pewnie jakieś szmaty.

Otworzył pierwszą.

– Łał, moja czapka studencka!

Założył starą rogatywkę na głowę.

– A wiesz, że kolory miały być na odwrót?

– Znaczy?

– Jasny miał być otok, a góra ciemna. Ale czapnik nie miał dość materiału, żeby zrobić pierwszą serię zgodnie z zamówieniem, więc zaproponował, że zrobi na odwrót – i tak zostało.

– Mhm. Zaraz, jak tu jest czapka, to to pewnie są moje... o, jest! – Wyciągnął z torby mniejsze zawiniątko, a z niego okopconą, tekturową tuleję i powąchał. – Jeszcze chyba trochę czuć – podał Leszkowi.

– Nic nie czuję. Co to?

– Mieliśmy WF po południu w Reju, znaczy w liceum Reja, to koło Zachęty. I kiedyś wyszliśmy po zajęciach, już chyba koło siódmej było, ale całkiem jasno, a tu widać, że zadyma: ZOMO, śmierdzi gazem łzawiącym. Zaczęliśmy się chyłkiem przemykać w stronę Krakowskiego, do autobusu. I leżały te tuleje – to po gazie. Wtedy śmierdziały jak nieszczęście. Mieliśmy w planach zrobić analizę, co to właściwie jest, ale nas potem na wydziale wyśmiali, że szkoda czasu, bo to bodajże chloroacetofenon jest i nie ma co sprawdzać. Czapkę schowałem do torby, żeby się w oczy nie rzucać, ale i tak nas zatrzymali. Zajrzeli mi do torby, jakiś wyższy stopniem gościu do mnie: „a ta czapka co schowana, nie ma się co wstydzić, proszę ją założyć” i kazali nam te tuleje wyrzucić. Ale zaraz leżały następne. Nie wiem, w którym to roku było. Może 88?

Przejrzeli zawartość toreb.

– To do wyrzucenia, to też, ta kurteczka już cokolwiek niemodna... Czapka zostaje.

Irena siedziała przy stole ze szklanką wody w ręku. Miała szarą od zmęczenia i pyłu twarz. Na widok wchodzącej wstała.

– Wanda...

– Dzień dobry.

– Nie mam domu – Irena usiadła z powrotem i pochyliła głowę. – Dzisiaj w nocy trafili w naszą kamienicę. Dopiero co zabili mamę... teraz my...

– Jak...

– Nasze mieszkanie się spaliło, ja cała, ale sąsiedzi za ścianą... wszyscy czworo. Dwoje dzieci. Ale zostałam bez dachu... A ty tam na górze, zamiast się chować... Też zginiesz!

Wanda ciężko usiadła przy stole.

– Może to by i dobrze było...

– Co ty mówisz! Miał rację Jan, że z tobą źle.

Przez chwilę obie w milczeniu pociągały nosami.

– Wieczorem zrobiło się spokojnie, poszłam na górę, do mieszkania... Spałam, a nagle coś... i ciemno. Zaczęłam macać dokoła, a to na podłodze byłam. Wstałam, zaczęłam się ubierać, żeby zobaczyć, co się stało. Ciemno było, najpierw tylko trochę dymu, ale potem buchnął płomień – Irena zaczęła opowiadać, rozdzielając kolejne frazy długimi przerwami. – Sąsiedzi się zbiegli. Próbowaliśmy wejść do tych biednych Gemajnerów, ale tam dziura w podłodze... Potem się rozpaliło całkiem, krzyki i płacz w tym ogniu, któreś dziecko... Sypaliśmy piaskiem, wody nie było, światła, potem już tylko ogień huczał. Nic się nie dało... Rano tylko zgliszcza, ściana runęła. Przyszłam na piechotę, chyłkiem, od bramy do bramy, bo po drodze strzelali, ani pieniędzy, dokumentów, tylko co na sobie...

– Sądząc ze stratygrafii, dotarliśmy właśnie do śmierci ciotki Ireny. To jej maszyna do szycia. Najprawdziwszy Singer.

– Pamiętam, zawsze tę maszynę lubiłem.

– Ja też. Zostaje. Przykryjmy folią – Leszek zaczął się śmiać.

– Co jest?

– Kiedyś ciotka coś szyła, maszyna stukała, a ojciec – znaczy dziadek – chodził po domu i śpiewał „matka tka, i tatka tka, a ciotka czka i też tam tka”. To już pewnie było po twoim urodzeniu.

– Pamiętam to stukanie. Śpiewającego dziadka nie bardzo.

– Ty to i tak tylko końcówkę pamiętasz. Ta maszyna całymi dniami chodziła. Dzień w dzień. Ciotka zarabiała szyciem. Szyciem, pruciem, nicowaniem, przerabianiem, farbowaniem, co tam było trzeba. Oni z Leosiem mieszkali gdzieś na Ochocie, ale Leoś dostał przeniesienie do Korpusu Ochrony Pogranicza gdzieś na wschód. Mówił mi dziadek, że pomagał mu załatwić. I po wrześniu nie wrócił. Tacy co z nim służyli, byli na Liście Katyńskiej, a on nie. Ciotka sama została, bez środków do życia, bo przed wojną nie pracowała. I zaraz jak tylko się okupacja zaczęła, zaczęła dorabiać jako krawcowa, bo umiała szyć, i tak już zostało. Jak zaczynałem studia, to się do niej czasem cała kolejka ustawiała. W sklepach była nędza, to miała wzięcie. Wiem, że coś ją usiłowali ścigać, jakieś podatki, ale szyła sukienki żonie jakiegoś wiceministra. Tamten pogadał z kim trzeba i jakoś się wybroniła.

– Co z tą szafą?

– Tak na oko późny Bierut – Leszek spróbował otworzyć drzwi. Najpierw nie chciały puścić, potem zostały mu w ręku. – To sugeruje wyrok śmierci – zajrzał do środka. – O! – wyciągnął ze środka wiszące ubranie. – A to co?

– Jakiś mundur.

– Jesteś przenikliwy, to po mnie. Chyba wiem! Ciotkowy sentyment. W czasie wojny ciotka nie wiedziała, nikt nie wiedział, co z Leosiem, może w jakimś oflagu, może na Syberii, może z Andersem, może z Kościuszkowcami wróci. I czekała. I ona ten mundur uszyła, żeby na Leosia czekał, tylko nigdy nie wisiał na widoku. Ale dziadek mi przecież o tym mówił. Jak mu się zebrało na złośliwości, to mówił, że biedny Leoś musiał umrzeć, żeby go wreszcie pokochała.

– Ja to jej prawie nie pamiętam. Tylko wiem, że mówiła do ciebie Leoś.

– A to pod sam koniec, kilka miesięcy przed śmiercią, ale po udarze. Znaleźliśmy ją u niej w pokoju na podłodze, przy oknie. Ściągnęła firankę i karnisz na siebie. Ten karnisz ją jeszcze w głowę trafił, a to był taki masywny, drewniany, jak ten, co wcześniej wynieśliśmy. Właściwie lekarze nie wiedzieli, czy to był udar, czy krwiak od uderzenia. Młodo umarła, sześćdziesięciu nie miała. Jej się wtedy wszystko poplątało. Raz myślała, że jest wojna i chciała się chować w piwnicy, raz opowiadała o piesku, który na nią czeka przy drodze. A czasem łapała mnie pod rękę i mówiła „dobrze Leoś, że po mnie przyszedłeś, idziemy”. Ojciec mówił, że byłem do Leosia podobny, może to dlatego. Bo wcześniej to różnie było. Jednego dnia mnie tuliła, drugiego potrafiła bez powodu przywalić, aż się kiedyś się z dziadkiem pokłócili. Bo z babcią nie. Zawsze miałem takie wrażenie, że się z babcią unikają, a dziadek robi za oficera łącznikowego.

– Tu jeszcze coś wisi.

– Nie wiem. To chyba jakieś jej ubrania. A to jest moja marynarka! Widzisz, to tu stratygrafia nie jest zachowana, bo ciotka umarła w siedemdziesiątych, a marynarka jest starsza. Patrz, urwany rękaw. Za Gomułki było trudno kupić coś sensownego. Wszystko było bardzo marnej jakości, ale matka gdzieś upolowała dla mnie bardzo dobry garnitur. Kupiła go pewnie w lutym. Ona wtedy pisała pracę. Ósmego marca ja kończyłem zajęcia ze studentami, a ona spotkanie z promotorem. Umówiliśmy się, że po nią pójdę, dwieście metrów z budynku do budynku, bo mieliśmy coś razem załatwić, jakąś urzędową sprawę. I idę koło BUW-u, a tam wiec. Zaczęła się szarpanina i rękaw nie wytrzymał.

– Znaczy 68?

– Tak, tak.

Paweł sięgnął na dno szafy.

– Jakaś siatka. Gazety. O! Fascynujące, co ten mój ojciec tu chował – Leszek wyciągnął szyję, żeby zobaczyć, co Paweł przegląda – Girl Illustrated, Mayfair, Playboy z 1968. No, no.

– A skąd to się tu wzięło?

– Będziesz udawał, że to nie twoje?

– Nic nie będę udawał, moje. To znaczy właśnie nie, nie moje. Zbyszek mi pożyczył. Ale byłem pewien, że mu oddałem. Teraz już nie oddam.

– Biorę. To już z dziesięć lat jak on nie żyje?

– Coś koło tego. Mi się jakoś udało te gazety trzymać w ukryciu, ale Zbyszka żona je znalazła. Najpierw się obraziła, a potem w którymś znalazła bieliznę, czy kostium kąpielowy. I jak Zbyszek jechał na stypendium do Paryża, zaczęła mu suszyć głowę, żeby jej coś takiego kupił.

Próbowali wystawić szafę, ale zaczęła się rozkładać i łamać, więc w końcu musieli ją wynieść w kawałkach. Kiedy wyjęli plecy, światło padło na stojącą pralkę.

– Frania! Pamiętam ją! Kiedyś wkręciłem folię bąbelkową w wyżymaczkę! A mama zalała całe piętro, bo zapomniała, że napuszcza do niej wody!

– O, to nie raz. Dlatego w końcu pralka wylądowała na parterze. A potem kupiliśmy automatyczną i to by się mniej więcej zgadzało, bo to było jakoś w tym samym czasie, co ciotka umarła. Ale mi się poprzypominało historii. Matka miała znajomą, która mogła załatwić pralkę, bo normalnie kupić nie było jak, ale i tak nie mieliśmy pieniędzy. Z tą znajomą to też cała historia jest, bo ona była odpowiedzialna za dystrybucję sprzętu AGD na całą Warszawę. Była oskarżona o nadużycia, łapówki, ale w końcu siedzieć poszedł jej szef, nie ona. Możesz ją kojarzyć, bo jeździliśmy do niej na działkę pod Warszawą. Za samą tę działkę jej się pewnie ze dwa lata należało. Ale z powrotem do naszych baranów. Kiedyś przyszedł do mnie na dyżur na uniwerku jakiś facet, powiedział, że jest dziadka znajomym i poprosił o przekazanie listu. Dałem dziadkowi w domu list, on otworzył, a tam w środku jest 100 dolarów nowozelandzkich i nic więcej. Popatrzył, powiedział „Aha”, dał mi te dolary i powiedział: „Macie, coś sobie kupcie”. Ja go pytam: „Tato, ale kto to był?”, a on „A, nieważne. Dają, bierz, biją, uciekaj”. No to chciałem te dolary sprzedać, a tu nie ma jak, bo jakby to były amerykańskie, marki, franki, funty, to bez problemu, ale nowozelandzkich nikt nie chciał. Na szczęście tu niedaleko mieszkał taki cinkciarz, co przed wojną był murarzem, i on je w końcu wziął za jakąś bandycką cenę, i było na pralkę. Tu z nim stałem na podwórku. Cmokał, że to ciężko, że ryzyko, że dużo dać nie może, a w ogóle to on tu budował i tę modelarnię murował ze swoim ojcem, i czy można tam zajrzeć. Mało tu nie wlazł do środka.

Koło pralki stało tekturowe pudło z zeszytami Pawła z początków podstawówki. W środku był też piórnik i blok z rysunkami.

– Pamiętny piórnik kupiony w komisie na rogu Słowackiego.

– Nie, nie będziemy teraz dowcipkować na ten temat. Ani na temat zeszytów. Zostają, ale pod zasłoną milczenia – Paweł zaniósł pudło do domu, bo zaczęło kropić i papiery mogły zamoknąć.

Znowu skrzypnęła furtka i po chwili otworzyły się drzwi wejściowe. Wanda stanęła w drzwiach od salonu i spojrzała w kierunku wejścia.

– Jan...

– Jestem już. Projekty zabezpieczone, nie miałem po co dalej w ministerstwie zostać. Jechał do Cytadeli pułkownik Salecki, udało mi się z nim zabrać. Dobrze, bo chyba burza będzie, duszno okropnie. Strasznie dzisiaj strzelają, po drodze zabite konie, pożary i ruiny, piekło aż strach było jechać. Zamek Królewski ponoć płonie, Cytadela pod ogniem, bo tam punkt zbiorczy dla tych, co się do Warszawy przebili. Jutro muszę jechać, ale to dopiero rano. Dzisiaj tutaj trochę zrobię...

– Irena jest.

– Irka? – Jan podszedł do salonu i spojrzał do środka. – Cóż cię, siostro, do nas przygnało?

– Domu nie mam – powiedziała cichym, zmęczonym głosem Irena.

– Mieszkanie na Ochocie spalone, nic nie zostało – dodała Wanda.

– O choroba.

– Pocieszam Irenę, że przynajmniej Leoś w Rokitnie bezpieczny.

– No nie wiem – Jan spojrzał po kolei na obie kobiety. – Dzisiaj rano Sowieci przekroczyli granicę. Co tam się teraz dzieje, nikt nie wie.

Irena tylko pochyliła głowę, za to Wanda zbladła i zaczęła się osuwać po framudze na ziemię. Gdyby Jan jej nie złapał, pewnie by upadła. Podniósł ją i na rękach zaniósł na stojący przed kominkiem szezlong.

– Jadwigo! Wody! Ona tak słabuje od kiedy się Leszek urodził – dodał w kierunku siostry. – Doktor Gawłowska mówi, że to minie, żeby nie wojna i zmartwienia, już by było dobrze.

Zanim Jadwiga zjawiła się z kolejną szklanką i karafką wody, Wanda otworzyła oczy i spojrzała na męża.

– Przepraszam, taka do niczego jestem...

– Przejdzie ci. Leż spokojnie.

Jan odwrócił się i podszedł do stołu.

– A co my z tobą zrobimy?

Za kolejną warstwą starych krzeseł, walizek, nart (zerwana sprężyna w wiązaniach Kadra), rowerem (uszkodzone torpedo) i tobołków ze skrawkami materiałów (musiały zostać po szyciu ciotki Ireny) stał spory, drewniany kuferek, wypełniony książkami i papierami.

– Matura. Kuferek kupiłem od któregoś z sąsiadów, wsadziłem do niego podręczniki, zeszyty, jak leciało, i wyniosłem tutaj. Miał być taki nowy start, jak będę szedł na studia – Leszek wyjął leżący na wierzchu zeszyt i otworzył w losowym miejscu. – Biologia, o pochodzeniu homo sapiens.

Sięgnął głębiej i wyciągnął plik ręcznie zapisanych, luźnych kartek.

– Patrz jaki skarb: referat Chruszczowa! Sam go przepisałem, a to było prawie 100 stron maszynopisu!

– Ręcznie?

– No tak, w domu nie było maszyny do pisania. Nie pamiętam skąd go miałem, chyba od Ziółka. Ona wtedy już chodziła ze Zbyszkiem. Niby referat był tajny, ale rozlazł się wszędzie. Właściwie to nie przeczytali go tylko ci, co nie chcieli.

– Teraz i tak śpimy na dole, bo bezpieczniej, ale kiedyś to się skończy. Zrobimy tak. Weźmiesz pokój, w którym Wandzie mieliśmy gabinecik urządzić. Tam jeszcze pusto jest, mebli prawie nie ma. To co będzie zawadzać, wyniesiemy do modelarni. Akurat pod oknem zmieści się łóżko. Wiem, że sąsiedzi mają wolny tapczan, bo dwa tygodnie temu nowe meble im przywieźli i mnie jeszcze przedwczoraj pytali, czy nie mam na stary chętnego. To już spać będziesz gdzie miała, a resztę się jakoś powoli zorganizuje. Jadwigo! – wstał i podszedł do drzwi. – Pani Irena w pokoju na górze od ulicy będzie mieszkać. Jadwiga pomoże mi teraz z góry biurko znieść, a potem do pułkownikowej pójdzie i powie, że inżynier Wójciki pyta, kiedy by można po tapczan przyjść, bo dla pani Ireny nam będzie potrzebny. No, idziemy.

Pomieszczenie było już prawie puste, tylko na końcu stał regał zastawiony głównie pustymi słoikami i coś za nim. Dopiero teraz było widać, jak duża była modelarnia, choć proporcje miała dość nietypowe – była długa, ale kiszkowata. Przez całą długość pomieszczenia do szczytowej ściany przymocowany był wąski blat. Wysoko nad nim znajdowały się dwa małe świetliki, a między nimi puste oprawki, z których dawno wykręcono niepotrzebne żarówki. Pomimo świetlików w środku było mroczno, bo i na dworze pod nisko wiszącymi chmurami nie było zbyt jasno. Już jakiś czas temu przynieśli z domu latarkę i pomagali nią sobie od czasu do czasu. Gołe ściany odbijały dźwięki i kiedy rozmawiali, rozlegał się charakterystyczny pogłos.

– Ile tu jest powierzchni, ze dwadzieścia metrów?

– Jak nie lepiej.

Podeszli do regału.

– To jest to coś dużego, koło czego się przeciskałem – Leszek wcisnął głowę między regał i ścianę. – Ciemno. Poświeć na sufit. Trochę lepiej. Widzę to biurko, które pamiętam. Wiesz co, nie wynośmy na razie tego regału, tylko przenieśmy go pod ścianę.

Zaczęli zdejmować wszystko z półek. Paweł sięgnął po stojącą wysoko niedużą, żeliwną wagę kuchenną, pociągnął do siebie, ale nie docenił wagi przedmiotu i kiedy próbował ją opanować, uderzyła z impetem w ścianę. Zamiast wgłębienia zrobiła się regularna dziura.

– Co tam, jakieś zamurowane zwłoki?

Paweł schylił się i wciągnął powietrze nosem.

– O ile sześćdziesięcioletnie trupy śmierdzą stęchlizną. Waga chyba OK, ale tynk się obsypał, można rękę wsadzić.

– Gdzieś tutaj mogą rury iść, bo tu chyba mniej więcej pion od zlewu i tej małej łazienki na górze – Leszek oświetlił ścianę. Nic to. I tak trzeba będzie ściany odmalować, to się naprawi.

Skończyli opróżniać półki i z trudem przestawili masywny regał. Przy najdalszej od wejścia ścianie stały dwa meble, śmiesznie małe w porównaniu z wielkością pomieszczenia. Szafka z niskimi szufladami, wyraźnie stanowiąca komplet z blatem pod szczytową ścianą, i drobne, zgrabne biurko. Na powierzchni obu mebli leżała gruba warstwa kurzu. Leszek otworzył jedną z szuflad w szafce.

– Co tam?

– Teczki.

Wyjął jedną z nich, rozwiązał tasiemki i zajrzał do środka.

– Poświeć. Jakieś projekty, rysunki techniczne – spojrzał na tabliczkę rysunkową w rogu. – PZL.50A, lipiec 1938. To pewnie to, czego dziadek chciał szukać.

– A w biurku?

– Co w biurku?

Paweł poświecił na małą szufladkę pod blatem.

– A nie zauważyłem – Leszek pociągnął do siebie, ale nie ustąpiła. – Zamknięte. Można wezwać ślusarza albo delikatnie wyłamać.

Paweł przysunął latarkę bliżej do szuflady i przyjrzał się otworowi od kluczyka.

– Pamiętasz, w babci pokoju jest taka szuflada z nićmi, przyborami do szycia. Tam jakieś guziki są, nożyczki, jakieś takie babcine skarby.

– No jest. Kiedyś to wszystko było u ciotki, ale jak umarła, przyszywaniem guzików zajęła się babcia.

– Tam jest taki mały kluczyk. Zawsze się zastanawiałem od czego.

– To przynieś.

Kiedy Jan z Jadwigą zeszli z biurkiem na dół, Wanda poszła za nimi i eskortowała ich do samej modelarni. Szła z zaciśniętą w pięść i przyciśniętą do piersi lewą ręką, ale czy trzymała w niej chustkę do nosa, czy coś innego, nie było widać.

Paweł wrócił błyskawicznie. Włożył, przekręcił. Kluczyk pasował i szuflada dała się bez problemu otworzyć. W środku leżała papeteria, kilka wyjętych z niej czystych, pożółkłych kartek i jedna częściowo zapisana. Leszek spróbował ją wyjąć, ale krawędzie rozsypywały się od dotyku, więc tylko schylił się i zaczął czytać świecąc latarką.

Drogi mój Janku!

Piszę ten list, bo nie umiem zacząć rozmowy i wprost Ci powiedzieć, co mię na sercu leży, a żyć z tym ciężarem nie umiem, ciągle płaczę i słabuję, z myśli nie umiejąc udręki wymazać. Leszek, z którego tak dumny jesteś, i którego tak pięknie kochasz, nie jest Twoim synem.

Wiesz, jak trudny ma charakter Twoja siostra, i jak przykrą być potrafi, a już po tym, jak się dowiedziała że dzieci mieć nie może, najbardziej. Wiele razy widziałam, jak nieprzyjemne uwagi Leosiowi robiła, bez żadnego powodu i przyczyny, tylko by przykrość sprawić, i zaczęło mi być biednego Leosia żal. Zwłaszcza że on bardzo dzieci lubi i myśl, że ich mieć nie będzie, też dla niego trudną była. Myślę, że jego przeniesienie do Saren wcale nie było służbowe, lecz że je wychodził w ministerstwie, byle się tylko od niej oddalić. Gdy byłam w zeszłym roku jesienią u Boniewiczów nad Słuczą, Leoś przyjechał z Rokitna, by się przywitać. Długośmy o Irenie w noc rozmawiali i widziałam, że biedny Leoś resztką sił się trzyma, by płaczem nie wybuchnąć, bo kochał ją serdecznie. Chciałam go jakoś pocieszyć, utulić, sama nie wiem, jak doszło do tego, co się wtedy stało. Nie chcę się tłumaczyć i wstyd mię gryzie. Nie wybaczę sobie tego nigdy, bo nie zasłużyłeś na to w żaden sposób. Moja to i tylko moja wina. Nie pytaj skąd i jak, ale wiem to na pewno – to Leoś jest Leszka ojcem, nie Ty. Może Irena też to wie, może jej się Leoś

Co się przytrafiło naszej klasie

Zatrasie, koniec lat siedemdziesiątych

Zatrasie spało. Po upalnym, lipcowym dniu przyszła upalna, lipcowa noc. Żółte światło latarń stojących wzdłuż Broniewskiego rozjaśniało ulicę. Lampy przy wejściach i na ścianach budynków walczyły z ciemnością na chodnikach i podwórkach. Przy światłach na szczytach najwyższych budynków kłębiły się ćmy. Nieliczne jasne okna ujawniały, kto zapomniał zgasić światło lub znalazł w środku nocy zajęcie ważniejsze od snu. Co pół godziny ciszę przerywał przejeżdżający nocny autobus, z rzadka przemykały pojedyncze osobowe.

Od skrzyżowania z Krasińskiego szedł młody człowiek. Minął kiosk i sklepy, okrążył trawnik na środku skweru, skręcił na parking pod przedszkolem i doszedł wzdłuż płotu do śmietnika. Kiedy minął trzepak i wszedł na nierówne, połamane przez korzenie płyty chodnika, zza murka wysunęła się sylwetka z długim przedmiotem w ręku. Napastnik w trzech cichych susach doskoczył do idącego i, biorąc oburęczny zamach zza głowy, uderzył go w potylicę.

Trafiony upadł na kolana i usiadł na piętach, ale nie upadł. Wbita w głowę klinga utrzymywała go w pionie. Napastnik bez skutku usiłował uwolnić zaklinowane w kościach ostrze. Kręcił nadgarstkiem, a nadziana na końcu głowa ofiary bezwładnie powtarzała jego ruchy. Obszedł ciało. Podążając za jego ruchem, zwłoki osunęły się twarzą w dół. Pociągnął. Głowa ustawiła się w nienaturalnej pozycji, jakby ofiara leżała i patrzyła pod siebie. Pociągnął jeszcze raz, oburącz. Zwłoki przejechały po chodniku, zostawiając rozmazaną plamę krwi. Szarpnął z całej siły. Zwłoki poderwały się w powietrze, a klinga w końcu puściła. Zatoczył się do tyłu, ale dzięki niezgrabnemu piruetowi złapał równowagę. Wytarł płasko ostrze o ubranie leżącego, a potem pobiegł za róg budynku, wzdłuż następnego podwórka, skręcił za kolejny budynek i w końcu przeskoczył przez płot okalający szkołę imienia Che Guevary. Zniknął w cieniu pod drzewami w jednym z najciemniejszych miejsc w okolicy.

Warszawa, trzydzieści lat później

Kiedy skończył się film, wyłączył telewizor. Poszedł włączyć komputer i wstawić wodę na herbatę. Stary rzęch uruchamiał się coraz dłużej. Przydałoby się na nowo zainstalować Windowsy, ale postanowił nie szarpać się z wgrywaniem całego niezbędnego mu oprogramowania kilka razy, tylko zrobić to raz a dobrze, jak kupi nowy komputer. Tyle że od pół roku co miesiąc trafiały się nieoczekiwane wydatki, odsuwające planowany zakup na święty nigdy. Kiedy woda się zagotowała, zalał torebkę i poszedł się zalogować. Po zaparzeniu herbaty uruchomił program pocztowy i przeglądarkę, poszedł się jeszcze wysikać i posłodzić, i gdy w końcu usiadł do komputera, ten zaczynał normalnie reagować na mysz i klawiaturę. Najpierw sprawdził pocztę: nic poza ofertami \/iagry i Rolexów – nie do odróżnienia od prawdziwych – i powiadomieniami z Naszej Klasy. Potem zajrzał na konto w banku, żeby sprawdzić, czy Kujawiak zapłacił za ostatnią umowę (oczywiście nie; był spóźniony dopiero o tydzień, pieniędzy należało się spodziewać najwcześniej po trzech, a i to tylko pierwszej transzy; przy dobrych układach połowy). W końcu otworzył zakładkę z Naszą Klasą.

Wątek: stare zdjęcia szkolne i nie tylko

Ewa Owczarek napisał(a):

Znalazłam zdjęcia z wycieczki do Torunia! Szabla – jak pomożesz je wskanować i wrzucić na forum, dostaniesz kawę i coś słodkiego.

Wątek: lista obecności

Wojciech Kozłowski napisał(a):

w odpowiedzi na @Marek Lipiński

Odmeldowywać się – co porabiacie, co u was słychać i w ogóle.

cześć szabla

Joanna Lipke napisał(a):

a właściwie czemu Marek jest Szabla?

Andrzej M napisał(a):

w odpowiedzi na @Joanna Lipke

a właściwie czemu Marek jest Szabla?

To było długo zanim do nas przyszłaś. Kiedyś przyniósł szablę do szkoły i się pół dnia wydurniał

Joanna Lipke napisał(a):

a Walczak Walec?

Maciek Pieniek napisał(a):

to nie tak. To było jak Gryzoń uznał, że się mało znamy i nie jesteśmy zintegrowani jako klasa i wymyślił, że na lekcjach wychowawczych każdy będzie miał pięć minut, żeby coś o sobie opowiedzieć, a potem klasa będzie miała pięć minut, żeby zadawać pytania. I jakoś tak wyszło, że Szabla gadał sam całą lekcję i pokazywał jakąś szermierkę, a potem mu Gryzoń szablę zabrał.

Monika Strzelecka napisał(a):

PAMIĘTAM!!! To było jak Tereska opowiadała o numerze buta swojej matki!

Andrzej M napisał(a):

w odpowiedzi na @Joanna Lipke

a Walczak Walec?

Jak chodziłem z nim do podstawówki, to miał na nazwisko Waltzman i wszyscy mówili na niego Walec. Jak szedł do liceum, to rodzina zmieniła nazwisko na Walczak. Podobno kiedyś poznał na balandze jakąś dziewczynę i się jej spodobał (to jeszcze przed Grażyną było) i ona chciała się dowiedzieć, jak on ma na nazwisko, bo jedni mówili, że Walczak, inni, że Waltzman. W końcu go zapytała „Artur, a właściwie to jak ty się nazywasz, Walczak czy Waltzman?” A on chwilę pomyślał, machnął ręką i powiedział „Eeee, Walec”.

Przysunął bliżej klawiaturę.

Marek Lipiński napisał(a):

w odpowiedzi na @Wojciech Kozłowski

cześć szabla

Kozioł! Ty żyjesz? Myśleliśmy, że cię Wietnamczycy przerobili na cielęcina słodko kwaśna! Opowiadaj, co u ciebie!

Marek Lipiński napisał(a):

w odpowiedzi na @Maciek Pieniek

Gryzoń szabli nie zabrał, tylko ją przechował. W sumie jak nad tym teraz myślę, dobrze zrobił, bo już na pierwszej przerwie się zaczęły jazdy, jeszcze by się komuś krzywda stała. Po lekcjach mnie kaszlakiem odwiózł do domu, żebym z nią po mieście nie latał.

Kolejny post pojawił się po kilkudziesięciu sekundach.

Andrzej M napisał(a):

A masz ją jeszcze?

Marek Lipiński napisał(a):

Nie, szlag ją trafił po śmierci Jano. Gliny ją zarekwirowały jako dowód w sprawie i nigdy już nie wróciła.

Wakacje, w które zginął Jano, a później Walec, były jego najgorszym wspomnieniem. Na przestrzeni kilku tygodni został najpierw przez tę szablę głównym podejrzanym w sprawie o zabójstwo, a potem stracił najlepszego przyjaciela. Według protokołu sekcji zwłok, którego cytatami katował go prokurator, Jano zginął od ciosu w głowę, zadanego ostrym przedmiotem, najprawdopodobniej szablą lub podobną bronią białą. Śledztwo nigdy nie wskazało winnego, a jedyną rzeczą, która go uratowała, było trudne do podważenia alibi – w nocy, kiedy Jano został zabity, był ze swoim ojcem i jego znajomymi na dzikim kempingu gdzieś na Mamrach. Nie przeszkadzało to prokuratorowi snuć fantastycznych historii o nocnej podróży samochodem w tę i z powrotem i opowiadać o świadkach, którzy mieli go widzieć w nocy na osiedlu. Nauczył się wtedy o ludziach więcej niż przez całą resztę życia – a najwięcej o swoim ojcu, bez którego załamałby się i przyznał dla świętego spokoju. To zajęło mu połowę wakacji, a pod koniec sierpnia Walec zginął w wyniku upadku z szóstego piętra. Ostatecznie przyjęto wersję o samobójstwie lub nieszczęśliwym wypadku ze względu na „brak dowodu udziału osób trzecich”. Rozmawiali dzień wcześniej. Walec był w świetnym humorze. W końcu udało mu się kupić gitarę elektryczną, o której marzył od wielu miesięcy. Nieszczęśliwy wypadek, polegający na wypadnięciu z klatki schodowej przez okno mające parapet na wysokości brody, też nie brzmiał przekonująco. Minęło trzydzieści lat, a on dalej nie wierzył w ani jedno, ani drugie wyjaśnienie.

Wątek: lista obecności

Andrzej M napisał(a):

???

Marek Lipiński napisał(a):

Teoretycznie była w jakimś magazynie. Jak umorzyli śledztwo, ojciec wystąpił o zwrot, ale zaczęli go zwodzić, że to, że tamto, albo w ogóle nie odpisywali na pisma. Kiedyś byliśmy na Mazurach, poznaliśmy tam fajnego gościa i zaczęliśmy pływać razem. Po kilku dniach się okazało, że gość pracuje w MSW, czyli ubek, ale za dobrze im się z ojcem piło, więc stanęło na tym, że może i ubek, ale swój. I on poradził, żeby napisać do jakiegoś biura kontroli, czy coś, nie pamiętam. Może on tam zresztą pracował i chodziło o to, żeby pismo do niego trafiło. Ojciec napisał i przyszła odpowiedź, że bardzo przepraszają, srutu tutu, ale po przeprowadzeniu kontroli stwierdzono, że przedmiot zaginął. I tyleśmy szablę widzieli. One były numerowane, więc jakby gdzieś kiedyś ten numer wypłynął, jest szansa, że się znajdzie. W każdym bądź razie ojciec śledzi jakieś aukcje, antykwariaty itpd.

Joanna Lipke napisał(a):

No dobra, ale czemu Szabla przyniósł akurat szablę?

Maciek Pieniek napisał(a):

No co ty, Aśka, nie wiesz, że Szabla to pierwszy ułan Sempołowskiej?

Maciek Pieniek napisał(a):

Po swoim dziadku, prawdziwym ułanie

Marek Lipiński napisał(a):

W skrócie: miałem dziadka Andrzeja, pułkownika ułanów. To był fascynujący facet. Przeszedł przez Legiony, po pierwszej wojnie organizował Wojsko Polskie II RP i dostał Virtuti Militari za wojnę polsko-bolszewicką. W 1939 był już w stanie spoczynku, ale jak Niemcy zaczęli podchodzić pod Warszawę, zgłosił się do obrony miasta – i zaginął, nie wiadomo, co się z nim stało. Tak wyszło, że po wojnie została po nim tylko szabla i dwanaście zdjęć.

Wojciech Kozłowski napisał(a):

w odpowiedzi na @Marek Lipiński

Kozioł! Ty żyjesz? Myśleliśmy, że cię Wietnamczycy przerobili na cielęcina słodko kwaśna! Pisz co u ciebie!

Pojechałem do Wietnamu, za moim ojcem, na placówkę dyplomatyczną. Tam studiowałem, i mogłem zostać, będąc wykształconym specjalistą, ale jestem katolikiem, naszym, prawdziwym Polskim patriotą i wróciłem. I założyłem rodzinę, ale zmuszony byłem do zrezygnowania z niej, o szczegółach zachowania mojej żony, która mnie zdradzała, z wieloma obcymi mężczyznami, jak moim szefem, nie chcę się tutaj odzwierciedlać. Pracowałem w handlu międzynarodowym i na wysokich stanowiskach w dyplomacji, zdobyłem kilka nagród na międzynarodowych konkursach fotograficznych. Tymczasowo mieszkam w Warszawie, na jak się je nazywa Piaskach, jestem znowu żonaty. I mam dwoje dzieci.

Maciek Pieniek napisał(a):

Szabla w liceum mówił o dziadku i ułanach albo rysował. Najczęściej ułanów. Nawet się za dziewczynami nie oglądał.

Monika Strzelecka napisał(a):

to ty Maciuś mało wiesz, co się w liceum działo :p

Andrzej M napisał(a):

???

Piotr Balicki napisał(a):

A kto jeszcze w klasie miał szablę? Poprawka uściślająca: w sensie – nie kto spał z Szablą, tylko kto miał taki wygięty kawałek metalu?

Monika Strzelecka napisał(a):

w odpowiedzi na @Andrzej M

???

Nie bądź taki ciekawy :p

Ewa Owczarek napisał(a):

Co najmniej jedną z naszych koleżanek swędzą w tej chwili uszy.

Piotr Balicki napisał(a):

Jak tylko uszy, to Szabla dupek :p

Piotr Balicki napisał(a):

w odpowiedzi na @Wojciech Kozłowski

Pracowałem w handlu międzynarodowym i na wysokich stanowiskach w dyplomacji, zdobyłem kilka nagród na międzynarodowych konkursach fotograficznych.

Szczegóły Kozioł. Międzynarodowy konkurs zorganizowany przez plantatorów poziomek w Wietnamie a konkurs National Geographic to nie to samo.

Balik nigdy za Kozłem nie przepadał. Inna sprawa, że Kozła trudno było lubić – był zakompleksiony i usiłował to nadrabiać. Czasem agresją i przemocą, czasem wymądrzaniem się i zadzieraniem nosa. Efekt był nieodmiennie antypatyczny, więc zwykle go ignorowali albo gonili, co pewnie tylko pogłębiało Kozłowe kompleksy.

Mało brakowało, żeby zapomniał o skanowaniu zdjęć. Zaczęło się niewinnie kilka miesięcy temu. Któraś z dziewczyn miała zdjęcia, obiecał, że je wskanuje. Wyciągnął z pawlacza skaner, którego nie używał od przeprowadzki do mieszkania po babci – i zaklął. Staruszek wymagał Centronicsa, jego komputer miał tylko złącza USB. Wstydził się przyznać do tak głupiego przeoczenia, więc jeździł skanować zdjęcia do studia, w którym dorabiał. Niewygodnie, ale cóż, słowo się rzekło.

Wątek: stare zdjęcia szkolne i nie tylko

Marek Lipiński napisał(a):

w odpowiedzi na @Ewa Owczarek:

Znalazłam zdjęcia z wycieczki do Torunia! Szabla – jak pomożesz je wskanować i wrzucić na forum, dostaniesz kawę i coś słodkiego.

Brak mi słodkości, wpadnę na pewno. Ale dopiero po niedzieli.

A potem zrobiło się późno i cicho, ale kiedy włączył komputer rano, okazało się, że nie wszyscy spędzili noc przykładnie. A niektórzy – niezależnie od tego, jak spędzili noc – wstali znacznie wcześniej od niego.

Wątek: Co się stało z Jano i Walcem?

Andrzej M napisał(a):

Słuchajcie, nie chce żby to wyszlo na jakieś wścibswto z mojej strony, ale czy byłem jedyna osobą klasie ktra myślałą że po tym ja Jano przespal się z grażyna Walec go zabil a potem popenił samobójtswo bo nie mógł sobie z tym ac rady??????

Monika Strzelecka napisał(a):

Na pewno nie ty jeden.

Maciek Pieniek napisał(a):

A to ktoś tak nie myślał?

Wszyscy tak myśleli. On przez chwilę też, ale nie wierzył, że Walec mógł coś takiego zrobić.

Marek Lipiński napisał(a):

Też tak myślałem, ale potem doszedłem do wniosku, że te dwie sprawy nie miały związku. Walec mi nigdy nic o tej sprawie z Grażyną nie mówił. O tym, że nie miał szabli ani niczego innego podobnego, nie wspomnę. I nic nie wiem o tym, żeby miał jakikolwiek powód, żeby skoczyć.

Swoją drogą, nigdy nie mogłem zrozumieć. dlaczego ktoś mógł zaciukać Jano. To było takie spokojne chłopię, wszyscy go lubili. Zawsze myślałem, że to jakaś pomyłka, że trafiło na niego przez przypadek.

Wojciech Kozłowski napisał(a):

Bo Janusz to komuch.

Maciek Pieniek napisał(a):

A ktoś wie jak to z tą Grażyną było?

Piotr Balicki napisał(a):

w odpowiedzi na @Wojciech Kozłowski

Bo Janusz to komuch.

Whakangaro atu. Po naszemu – spierdalaj. On był taki sam komuch, jak ty święty. Jakoś lewicowość Jano ci nie przeszkadzała, jak spisywałeś od niego matmę u Modułowej. Dżizus, jak ty możesz w handlu pracować, jak ty miałeś kłopoty z tabliczką mnożenia?

Maciek Pieniek napisał(a):

Ta, Jano komuch zabity przez mrocznego mordercę komuchów. Może jeszcze z kozimi rogami na głowie.

Ewa Owczarek napisał(a):

w odpowiedzi na @Maciek Pieniek

A ktoś wie jak to z tą Grażyną było?

Grażyna.

Wątek: lista obecności

Andrzej M napisał(a):

w odpowiedzi na @Piotr Balicki

A kto jeszcze w klasie miał szablę?

A ktoś miał? Pierwsze czytam.

Piotr Balicki napisał(a):

w odpowiedzi na @Andrzej M

A ktoś miał? Pierwsze czytam.

Jak przez mgłę coś pamiętam. Byłem kiedyś u kogoś z klasy, coś pożyczyć czy oddać, i na ścianie nad drzwiami wisiała szabla. Chodzi mi po głowie, że to chodziło o Kozła i że to było w Alei Wojska Polskiego.

Ewa Owczarek napisał(a):

w odpowiedzi na @Piotr Balicki

Byłem kiedyś u kogoś z klasy, coś pożyczyć czy oddać, i na ścianie wisiała szabla. Chodzi mi po głowie, że to chodziło o Kozła i że to było w Alei Wojska Polskiego.

Kozioł mieszkał niedaleko mnie, na Piaskach.

Piotr Balicki napisał(a):

To co ja pamiętam? Moja dwojga wyrafinowanych nazwisk siostra mówi, że co ma wisieć, potrzebuje dobrego haka, a tu brak punktu zahaczenia.

Monika Strzelecka napisał(a):

w odpowiedzi na @Piotr Balicki

To co ja pamiętam?

Balik dzisiaj wygrał Naszą Klasę :D

Maciek Pieniek napisał(a):

w odpowiedzi na @Piotr Balicki

Szczegóły Kozioł. Międzynarodowy konkurs zorganizowany przez plantatorów poziomek w Wietnamie

W Wietnamie nie ma plantatorów poziomek :p

Piotr Balicki napisał(a):

Tym gorzej dla Kozła, jeśli to oni organizował konkurs. Kozioł: szczegóły pliz, albo GTFO.

Potem przyszedł weekend i jak zwykle pracował po 18 godzin na dobę, składając kolejny numer tygodnika, wracając do siebie tylko po to, żeby się przespać. W domu nawet nie próbował włączać komputera. Zrobił to dopiero w poniedziałek, kiedy w końcu numer poszedł po korektach do druku i znowu miał przed sobą kilka dni względnego spokoju. W tym czasie dyskusja przerodziła się w pyskówkę na temat Janka – i nie tylko jego – poglądów. Kozioł gryzł na lewo i prawo. Zwłaszcza na lewo. W liceum nie miał tak narąbane w głowie. Fakt, przyszedł do nich po pierwszej klasie z liceum Świętego Augustyna prowadzonego przez PAX, fakt, był ministrantem, ale nie przeszkadzało mu to kląć jak reszta, pić jak reszta i przystawiać się do dziewczyn jak reszta. A przynajmniej próbować. Zresztą, większość z nich była wierząca i też chodziła do kościoła, ale zachowywała jakiś umiar. Nie pozwalała, żeby wiara przesłoniła im świat. A teraz Kozioł zachowywał się jakby całe życie planował zostać świętym, a już żenujące było opowiadanie, jak to Pieniek od lat próbuje go zdeprawować i wrobić, kiedyś wyciągając na wagary i wciskając papierosy, a teraz oskarżając o morderstwo. Od zakompleksionego dupka gorszy jest tylko zakompleksiony stary dupek. Co ciekawe, Kozioł naciskany przez Balika wrzucił kilka zdjęć – i były znakomite. Najwyraźniej jednak nie wyleczyły go z kompleksów.

A Balik, poza tym, że cały czas jeździł równo po Koźle, wykazał się nieoczekiwaną inicjatywą.

Wątek: Co się stało z Jano i Walcem?

Piotr Balicki napisał(a):

w odpowiedzi na @Ewa Owczarek

Grażyna.

Słuchaniem mając obrzękłe ucho oświadczam co następuje: w ramach prowadzonych czynności śledczych odbyłem dwugodzinną rozmowę telefoniczną ze świadkiem X. Świadek X zażądała ukrycia swojej tożsamości, grożąc mi śmiercią z wyczerpania seksualnego, jeśli ją ujawnię (cyt: „zajebię cię”). W trakcie rozmowy świadek X przedstawiła fakty, z których wynika, że:

1. Wybryki naszych koleżanek z klasy bynajmniej nie pozostawały w tyle za naszymi wybrykami, szkoda, że nie chciały tak brykać z nami (Pieniek: w sprawie pozowania Walec uderzył pod zły adres ;). Jak to zwykle bywa, problemem był brak komunikacji, stwierdzenie że ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać nabiera w tym kontekście zupełnie innego wymiaru.

2. Koleżanka Grażyna żyje, ma psa, męża, troje dzieci i się dobrze gdzieś na Ursynowie. Jej obecny zawód to jastrząb domowy (bo zdecydowanie nie kura). Niestety, wg słów świadka X kol. Grażyna „nie załapała się na komputer”, więc szanse na jej pojawienie się tutaj są znikome.

3. Między kol. Grażyną i Jankiem coś gdzieś kiedyś zaszło w tym bądź innym sensie, ale „sprawy nie zaszły za daleko”. Świadek X nie zna precyzyjnych szczegółów, a nawet gdyby znała, i tak nic nie powie bez konsultacji z kol. Grażyną.

4. Świadek X obiecała, że spróbuje do kol. Grażyny dotrzeć i po babsku z nią pogadać.

Maciek Pieniek napisał(a):

w odpowiedzi na @Piotr Balicki

Świadek X zażądała ukrycia swojej tożsamości, grożąc mi śmiercią z wyczerpania seksualnego, jeśli ją ujawnię (cyt: „zajebię cię”).

Jeżeli dobrze się domyślam o którą z koleżanek chodzi... piękna śmierć. Ja bym się nie wahał.

Piotr Balicki napisał(a):

w odpowiedzi na @Piotr Balicki

Świadek X obiecała, że spróbuje do kol. Grażyny dotrzeć i po babsku z nią pogadać.

X wywiązała się ze zobowiązania, przyjęła rolę TW i przeprowadziła rozmowę z figurantką. Figurantka stwierdziła, że po słynnej prywatce u Małego Kazia znalazła się w stanie uniemożliwiającym samodzielne przemieszczania się po mieście. Pod dom doholował ją mieszkający na tym samym podwórku Janek. Ponieważ figurantka obawiała się reakcji swego łatwo wychodzącego z nerw ojca, została na noc u Janka, którego rodzice wyjechali akurat na działkę. Jednak w czasie jej pobytu u Janka nie doszło do niczego zdrożnego. Janek okazał się być gentlemanem w każdym calu – ustąpił jej własne łóżko i poszedł spać do pokoju siostry, a także pocieszał ją werbalnie w trakcie kolejnych faz pertraktacji z muszlą klozetową. Cała reszta to plotki, rozsiewane przez inkwizycję.

Romansu nie było, jedynym podejrzanym pozostaje mroczny zabójca komuchów.

Maciek Pieniek napisał(a):

w odpowiedzi na @Piotr Balicki

Romansu nie było, jedynym podejrzanym pozostaje mroczny zabójca komuchów.

Ten z kozimi rogami? >:)

Dotarło do niego, że rzeczywiście od zawsze kojarzył historię „romansu” Grażyny z imprezą u Małego Kazia, na której korzystając z wódki kupionej na ślub Starszego Kazia skuła się połowa klasy. Hm, ciekawe czy te „plotki rozsiewane przez inkwizycję” to jakaś sugestia na temat źródła informacji o romansie Grażyny z Jankiem? Postanowił zapytać, czy plotki rozsiewała „dalekowschodnia inkwizycja”, ale zanim zaczął pisać przeczytał post, który go zmroził.

Wątek: Co się stało z Jano i Walcem?

Wojciech Kozłowski napisał(a):

Ja zawsze uważałem, że to Szabla. Szabla kiedyś powiedział że jego dziadek powiedział ,że prawdziwy Polski patriota powinien zabić jednego żyda. I jednego komucha. No i najpierw był Janusz, a potem Waltzman.

Zaczął odpowiadać, ale się wycofał, zaczął jeszcze raz i wycofał się znowu. Wahał się, co napisać przez kilka minut. W tym czasie pojawiło się kilka postów, po których postanowił odpuścić.

Wątek: Co się stało z Jano i Walcem?

Maciek Pieniek napisał(a):

w odpowiedzi na @Wojciech Kozłowski

No i najpierw był Janusz, a potem Waltzman.

Ty tak na trzeźwo, czy w oparach absurdu? Najpierw z Janka zrobiłeś komucha, teraz z Walca Żyda. Powinieneś pisać do Bubla. Poprawka podbijająca ego: zauważyliście, że nie użyłem żadnego brzydkiego słowa?

Monika Strzelecka napisał(a):

w odpowiedzi na @Wojciech Kozłowski

Ja zawsze uważałem, że to Szabla

Brak mi słów.

Piotr Balicki napisał(a):

Kozioł, jesteś pojebanym chujem.

Andrzej M napisał(a):

Podobno amerykanie mają na to proszki. Na takie teksty jak ten Kozła, znaczy się.

Trzęsło nim jeszcze przez kilka godzin. Janka miał w sumie gdzieś – sympatyczny chłopak, ale nie mniej sympatycznych w klasie było kilku. Choćby Balik. Albo Pieniek. Ale Walec, z którym rozumieli się bez słów? W dodatku nie pamiętał takiego cytatu, a na punkcie dziadka Andrzeja był równie drażliwy. Rano zadzwonił do ojca.

– Tata, czy dziadek mówił, że żeby zostać prawdziwym patriotą, trzeba zabić jednego komucha i jednego Żyda?

– Skąd taki pomysł?

– Koledzy z klasy mówią, że tak go kiedyś zacytowałem.

– No chyba się nie spodziewasz, że będę brał odpowiedzialność za twoje cytaty. Ale do dziadka mi to nie pasuje. Tylko wiesz, ja go znałem jako dzieciak, na inne rzeczy zwracałem uwagę. Lepiej zapytaj wujka Witka.

Wujek Witek nie był wujkiem, chociaż tak się o nim zawsze w rodzinie mówiło. Jego rodzice, biedne chłopstwo spod Zamościa, zginęli w trakcie bitwy pod Komarowem. Kilkuletniego sierotę, znającego wyłącznie swoje imię, bez nazwiska, przygarnął dziadek Andrzej i wysłał do rodziny do Warszawy. Wujek mimo dziewięćdziesiątki na karku trzymał się świetnie i aktywnie udzielał w kilku stowarzyszeniach „miłośników tego i owego”. Szczęśliwie był jeszcze w domu. Rozmowa była jak zwykle krótka i rzeczowa.

– Nie, to nie ojciec, ojciec nie był antysemitą. Mógł coś powiedzieć o siekaniu czerwonych, ale z nimi walczył na wojnie, więc to był realny wróg. A ludzi dzielił na mądrych i głupich, nie na Polaków i Żydów. Ale ja to gdzieś kiedyś słyszałem... Tak po endecku brzmi.

Wątek: Co się stało z Jano i Walcem?

Marek Lipiński napisał(a):

w odpowiedzi na @Wojciech Kozłowski

Ja zawsze uważałem, że to Szabla. Szabla kiedyś powiedział że jego dziadek powiedział ,że prawdziwy Polski patriota powinien zabić jednego żyda. I jednego komucha.

Zmyślasz. Mój dziadek nigdy nic takiego nie powiedział

Ledwie to napisał, a już żałował, że jednak sobie nie odpuścił. Kozła w międzyczasie większość ludzi zaczęła ignorować, a i on sam przycichł. Nawet zaczął już kasować swój list, ale się wycofał. Nie chciał, żeby taka bzdura została w sieci. Dziadek Andrzej to jednak dziadek Andrzej. Nie będzie sobie nim Kozioł gęby wycierał.

Następnego dnia zadzwonił do Ewy i pojechał po zdjęcia, żeby je wskanować, jak będzie znowu w studiu. Upiekła szarlotkę, świetną jak wszystkie jej ciasta. Gadali o tym i owym, w końcu zgadało się coś na temat forum i Kozła i wtedy Ewa zamachała rękami.

– Szabla, coś mi się kilka dni temu przypomniało, ale nie chciałam o tym pisać, bo Kozioł jest jakiś dziwny. O tym zabijaniu komuchów i Żydów to nie ty mówiłeś, tylko Kozioł! Jak byliśmy z historycą w Muzeum Wojska Polskiego i była jakaś gablotka z szablami czy czymś takim. On to tam powiedział, że jego dziadek tak mówił, i że najlepiej jednym cięciem Żyda, komucha, a jak trzeba to i zdrajcę. Wy się z niego zaczęliście nabijać, że jego dziadek to był Podbipięta, tylko mu się pomyliło i ściął Turków, a Jano wypalił „o mój Longinie, zabiłeś nie tę świnię” i Kozioł się strasznie zajeżył. Chyba nawet powiedział, że Jano ma szczęście, że ta gablotka zamknięta, czy coś takiego. Aż się bałam, że się na kogoś rzuci. Ja wtedy pamiętnik pisałam, inaczej bym dawno zapomniała.

– Kozioł? Nie dojdziesz za tą mendą. Ale nie będę się nakręcał.

Zdjęcia z wycieczki były fajne i zdecydowanie warte wrzucenia na forum. Następnego dnia specjalnie pojechał do studia i poczekał, aż skaner będzie wolny. Swoją drogą, może jak już kupi komputer, kupi też wreszcie nowy skaner?

Wątek: stare zdjęcia szkolne i nie tylko

Marek Lipiński napisał(a):

Zdjęcia od Ewy u mnie w albumie.

Ewa Owczarek napisał(a):

Dzięki Szabla :)

Maciek Pieniek napisał(a):

A to to są te zdjęcia co ja robiłem, to ja to mam wszystko.

Monika Strzelecka napisał(a):

ROFL Gryzoń jaki ma kapelusik! A Balik na trzecim zdjęciu zdecydowanie wygląda, jakby nadużył :)

Marek Lipiński napisał(a):

A najśmieszniejsze jest to, że on tak wygląda chociaż z nami nie pił, bo spał w pokoju z Gryzoniem.

Piotr Balicki napisał(a):

A tam spał. Gadaliśmy z Gryzoniem pół nocy. Zastanawialiśmy się, kto rano nie będzie mógł wstać, my po gadaniu, czy wy po piciu. Bo że pijecie, Gryzoń nie miał wątpliwości.

Andrzej M napisał(a):

À propos Gryzoń i zdjęcia... Pamiętacie zdjęcia z Playboya? Spotkałem Gryzonia kilka lat temu na wakacjach i pogadaliśmy sobie o starych dziejach. On najpierw chciał ostro pojechać, ale potem zatuszował sprawę, bo się bał, że rada pedagogiczna zrobi z Pieńka miazgę. Mówił, że dyrektorki były strasznie cięte na chłopaków, a większość grona tyko posłusznie potakiwała.

Monika Strzelecka napisał(a):

A na ostatnim zdjęciu Szabla pod szablą :)

Ewa Owczarek napisał(a):

Mam prześliczny aparacik fotograficzny, potrzeba mi do tego, kogoś milusiego ;)

Maciek Pieniek napisał(a):

Bardzo śmieszne.

Marek Lipiński napisał(a):

w odpowiedzi na @Monika Strzelecka

Musiałem to zdjęcie wrzucić :) To chyba jakieś muzeum było, ta szabla na ścianie wygląda zupełnie od czapy.

Piotr Balicki napisał(a):

Kuśwa, wygląda zupełnie jak ta szabla, o której wam opowiadałem, ta co nie wisiała u sami wiecie nie kogo.

Andrzej M napisał(a):

A co to za kobieta się tam kręci, jest na kilku zdjęciach?

Monika Strzelecka napisał(a):

Może matka Małego Kazia? Ona z nami była na którejś wycieczce na 100%

Andrzej M napisał(a):

ŁAAAAAAAAA wy nie wiecie a ja wiem!!!!! Przypomniało mi się coś! Mam zdjęcie matki Małego Kazia, zrobione u Kazia w domu, zanim starsi Kazia wyszli, żeby zostawić nam wolną chatę. A potem... tadam! Cały film zdjęć z imprezy! TEJ imprezy! Jutro wrzucę

Piotr Balicki napisał(a):

Dżizus, z każdej innej imprezy, tylko nie z tej. Ale ale, ja też coś wrzucę – mam zdjęcie Szabli i Walca zrobione u kogoś w domu, ale nie wiem u kogo. Szabla – spoko, zero ryzyka, jesteście trzeźwi jak świnie, ą ę i w ogóle, pozytywna młodzież socjalistyczna oddająca się politycznie poprawnemu hobby.

A potem znowu przyszedł weekend i znowu do poniedziałku nie miał czasu na przypomnienie sobie, jak się nazywa.

Wątek: stare zdjęcia szkolne i nie tylko

Andrzej M napisał(a):

Zdjęcia od Małego Kazia wrzucone!

Piotr Balicki napisał(a):

Albo poddałeś je cenzurze prewencyjnej, albo przestałeś być w stanie trzymać aparat zanim zaczęło się samo gęste.

Maciek Pieniek napisał(a):

Gęste to zatkało Kaziową wannę.

Andrzej M napisał(a):

Prawda była chyba bardziej prozaiczna – siadły baterie w lampie. Mam jeszcze kilka zdjęć zrobionych później, ale już bez lampy, ciemne i poruszone.

Monika Strzelecka napisał(a):

Szabla jakie ma kukuryku na głowie.

Marek Lipiński napisał(a):

Dobrze, że chociaż na zdjęciach mi pióra zostały ;)

Piotr Balicki napisał(a):

A co, jesteś taki wredny, że nawet włosy z tobą nie wytrzymały? Wrzuciłem to zdjęcie, o którym pisałem. Gdzie to jest?

Siedział przed ekranem i czuł, jak wilgotnieją mu oczy. Miał kilka zdjęć klasowych, na których widać było Walca, ze dwa albo trzy, na których byli widoczni obaj, ale żadnego, które w jakikolwiek sposób świadczyło o tym, że byli kumplami. Wojtek właśnie wrzucił zdjęcie idealne. Siedzieli z Walcem przy stole i udawali, że dłubią przy jakimś modelu z „Młodego Modelarza”. Chyba nawet wiedział, co to było – PZL.37 Łoś.

Marek Lipiński napisał(a):

Balik, to jest u mnie w domu. Skąd je masz i kto je robił? Zupełnie tego nie pamiętam!

Ewa Owczarek napisał(a):

Może koleżanka X niech zadzwoni do Grażyny, bo ona świetnie wygląda na tych zdjęciach od Małego Kazia.

Piotr Balicki napisał(a):

Szabla – HGW. Miałem to w teczce z jeszcze kilkoma innymi zdjęciami, ale nie znam tamtych ludzi. Jednego chyba tylko – wygląda jak taki gostek co robił maturę, jak tylko my przyszliśmy do szkoły. Za Chiny nie wiem skąd to u mnie – żeby nie ty i Walec, dawno bym to wy*.*

Maciek Pieniek napisał(a):

A Stary Kazio nie robił kiedyś zdjęć po domach do dyplomu.

Mógł. Stary Kazio robił jakieś kursy i studia fotograficzne i kilka razy obsługiwał szkolne uroczystości. Jakby ich poprosił o pozowanie do zdjęć, na pewno by się zgodzili, bo wszyscy go lubili. Nawet bardziej niż Małego Kazia. Ale tego konkretnego momentu zupełnie nie pamiętał.

Wątek: stare zdjęcia szkolne i nie tylko

Wojciech Kozłowski napisał(a):

Mam kilka zdjęć w domach. Jak mieliśmy wyjechać rodzice kupił mi Zenita, bo Wietnam jest bardzo egzotyczny. I przed wyjazdem w lecie byłem, u kilku osób, i zrobiłem trochę zdjęć. Tylko muszę ich poszukać.

Kozioł przez kilka dni w ogóle się nie pojawiał, sczezł, jakby go nigdy nie było, a tu – proszę – jednak żyje i ciągle pisze.

Wątek: stare zdjęcia szkolne i nie tylko

Piotr Balicki napisał(a):

w odpowiedzi na @Wojciech Kozłowski

Wietnam jest bardzo egzotyczny.

Kozioł, a może ciebie jakiś wąż w tym Wietnamie pokąsał, cudem przeżyłeś. I dlatego teraz jesteś pełen jadu?

Andrzej M napisał(a):

LOL

Kozioł, a ile ty tam byłeś? Bo twój starszy na palcówkę pojechał jak skończyłeś trzecią klasę, tak?

Wojciech Kozłowski napisał(a):

Pięć lat, a potem jeszcze trzy. I niedawno rok. A za tydzień jadę znowu.

Zadzwonił telefon. To była Ewa.

– Marek, sorry za takie pytanie, ale ciekawość mnie ciśnie. Ty wiesz, czy Walec był Żydem?

– Nic o tym nie wiem. Jego ojciec miał na imię Janusz. Nie, żeby coś z tego wynikało.

– Jak byliśmy w szkole nigdy mi do głowy nie przyszło, żeby się nad tym zastanawiać.

– Nie tobie jednej. Ja do niedawna nie miałem pojęcia, że można sobie takie pytania zadawać. Nie istniała dla mnie taka kategoria.

Wątek: stare zdjęcia szkolne i nie tylko

Wojciech Kozłowski napisał(a):

W tych zdjęciach znalazłem takie zdjęcie, na którym jest szabla, taka, o jakiej pisał Balik. I wrzuciłem. Nie wiem u kogo to.

To był pokój Walca, nie było żadnych wątpliwości. Szafa, łóżko, plakaty nad łóżkiem, kawałek biurka. Znał ten pokój niemal jak swój własny. Tylko między plakatami nigdy nie było żadnej szabli, bo Walec żadnej szabli nie miał. NIE MIAŁ.

Wątek: stare zdjęcia szkolne i nie tylko

Maciek Pieniek napisał(a):

To u Walca jest.

A po kilkudziesięciu sekundach pod tym jednym, krótkim zdaniem, pojawiło się drugie, zważywszy okoliczności, zaskakująco poprawne gramatycznie.

Maciek Pieniek napisał(a):

To u Walca jest.

Ja pierdolę.

Nic nie pasowało do niczego. Walec nie miał szabli. Na zdjęciu jego pokoju była szabla. Skąd ją wziął i kiedy to było? Kozioł twierdził, że zdjęcie zrobił tuż przed wyjazdem, czyli właśnie w te wakacje, kiedy zginęli Jano i Walec. Może fotomontaż? Powiększył zdjęcie i dokładnie obejrzał. Żadnych oczywistych śladów Photoshopa. Nie żeby podrobienie go było trudne: zdjęcie było bardzo twarde, bez półtonów, i ściana była równomierną białą plamą. Wyłączył komputer, wziął prysznic, położył się, ale sen nie nadchodził – zdjęcie i kłębek splątanych myśli miotały się po głowie.

W końcu miał dość przewalania się z boku na bok. Zapalił światło (była druga) i sięgnął po szkicownik, żeby spróbować się uspokoić. Czasem działało. Zaczął szkicować bohaterów do komiksu, którego pewnie nigdy nie narysuje w całości, ale którego kawałki miał już w głowie, gotowe do wyskoczenia na papier w sprzyjającym momencie. Kilkoma kreskami naszkicował jednego z głównych czarnych charakterów – zwalista sylwetka, powolny, tępawy, ABS, na głowie krótki jeż. I jego dupa – szczupła, zgrabna idiotka, obcisła bluzka, cycki sterczące jak pociski przeciwpancerne... te cycki... ołówek zawisł nad szkicem. A potem przesunął się na wolny fragment papieru i zaczął rysować zupełnie co innego – dziewczynę, siedzącą na ziemi, stopy złożone razem, kolana szeroko rozłożone, łokcie między kolanami, dłonie obejmujące palce u stóp, lekko pochylona sylwetka. Grażyna tak siadywała, widział ją w tej pozycji wielokrotnie. Walec twierdził, że siadywała tak również nago. Któregoś dnia, kiedy obaj trochę wypili, narysował ją tak siedzącą Walcowi na ścianie nad łóżkiem – nagą, w wielkości naturalnej. Nie był zadowolony z piersi, bo wyszły zbyt szpiczaste. Nie żeby miał wtedy w tej sprawie wielkie doświadczenie i dużo się naoglądał, ale nie wyglądały przekonująco. Rano Walec przestraszył się własnej odwagi z poprzedniego wieczora i postanowił coś powiesić, żeby zasłonić szkic przed rodzicami. Akurat byli wcześniej na koncertach The Rubettes i Slade, na tym pierwszym koncercie na supporcie grał Exodus, więc trzy plakaty – The Rubettes, Exodus, Slade – były zupełnie logiczne. Coś kupili, coś narysowali, coś wycięli z gazet i po południu trzy plakaty wisiały na ścianie. Grażyna była pod środkowym Exodusu, często to komentowali. Gliniarze trafili na akt, przeszukując pokój po śmierci Walca i wiele osób go o niego pytało – milicja, rodzice, nawet Gryzoń. A na zdjęciu ściana pod szablą była pusta!

Poczuł ulgę, że to jednak nie Walec, że w oczywisty sposób to znowu Kozioł usiłuje szczuć. I chociaż dalej był naładowany i nakręcony, udało mu się w końcu zasnąć.

Kiedy wstał, postanowił, że na Naszą Klasę zajrzy jak najpóźniej. Dostawał obrzydzenia na samą myśl o konfrontacji z kolejnym kłamstwem Kozła, chociaż wiedział, że będzie musiał to zrobić – czuł się zobowiązany bronić pamięci Walca. Przyjacielem, zwłaszcza w takiej sytuacji, jest się całe życie.

Odezwał się telefon.

– Dzwonił wujek Witek – w słuchawce odezwał się głos taty. – Prosił, żebyś do niego przekręcił.

– A czemu do ciebie zadzwonił? Cały czas byłem pod telefonem.

– Milcz szczeniaku. Miej trochę szacunku dla siwych włosów. Wujek nie umie zadzwonić na twoją komórkę. Znowu jakoś inaczej trzeba numery wybierać.

Dzwonił przez cały dzień, bo oczywiście wujka nie było w domu. Złapał go dopiero wieczorem.

– O, dobrze że dzwonisz. Widzisz, w końcu przypomniałem sobie, kto to mówił o tych komuchach i Żydach. To był taki Lonek... no patrz, uciekło mi nazwisko z głowy, jeszcze przed chwilą pamiętałem. Był u Piaseckiego w Falandze, po wojnie zresztą w PAX-ie wylądował. On z baraków był. Wiesz, co to baraki?

– Baraki były mniej więcej tam, gdzie jedynka?

– O nie, baraki zajmowały kawał terenu. Tam gdzie jedynka to one sięgały w stronę Placu Inwalidów, w drugą stronę pewnie teraz to by się ciągnęły do Stołecznej. Takie niby mieszkania dla bezrobotnych. No nietypowo – endek z baraków. Tam, jeśli już, to o pepeesiaków było łatwiej. Taki faszyzujący bojówkarz. Jego ojciec był murarzem, pracował dorywczo na budowach, bo wtedy cały Żoliborz to był jeden plac budowy. Lonek mu pomagał, to się go widywało tu i ówdzie. I u Wójcickich budowali, stąd go znałem, bo tak ogólnie ci z baraków to jak zadżumieni byli. Nikt się z nimi nie chciał zadawać. Ale jak się zaczął budować WSM, to się trochę robotnicy z inteligencją pomieszali i czasem takie mezalianse towarzyskie powstawały. Nie pamiętałbym, ale on po wojnie mieszkał w Alei Wojska Polskiego. Widywaliśmy się, jak wychodziliśmy z psami na spacer. Mówiło się, że był cinkciarzem, złoty sygnet nosił jak jaki hrabia, chociaż ręce to miał czarne jak pomocnik murarski. I to było jego powiedzonko. O, Kozłowski mu było, Longin Kozłowski!

Szablę jakby kto zdzielił obuchem w głowę. Nagle wszystkie kawałki układanki trafiły na swoje miejsce. „O mój Longinie, zabiłeś nie tę świnię”, mieszkanie z szablą w Alei Wojska Polskiego, św. Augustyn i dwie ofiary mające być namiastką komunisty i Żyda.

Był już późny wieczór. Poszukał, policzył, pomyślał. Morderstwa przedawniają się po 30 latach, czyli właśnie robiło się za późno. Postanowił, że rano zadzwoni do prawnika, dla którego kilka razy robił jakieś reklamówki, może tamten coś poradzi. Ale jeżeli nic z tego nie wyjdzie... przynajmniej niech się wszyscy dowiedzą. Uruchomił edytor tekstu i zaczął pisać.

Co się przytrafiło naszej klasie

Zatrasie, koniec lat siedemdziesiątych

Zatrasie spało.

Gość z daleka

Mimo że miał dużo czasu, irytowała go wlokąca się w ślimaczym tempie kolejka do kontroli paszportowej. Nie było jeszcze nawet południa i poza dotarciem do miejsca noclegu nie miał żadnych planów na resztę dnia, ale chęć zobaczenia miasta powodowała, że robił się niecierpliwy. W końcu przyszła jego kolej.

– Nazwisko?

– Jan Boniewicz.

– Data urodzenia?

– 21 luty 1908.

– Cel przyjazdu?

– Rodzinny.

Wopista przejrzał paszport, sprawdził wizę, kilka chwil spędził, robiąc coś, czego Jan nie widział, w końcu wbił pieczątkę i puścił Boniewicza dalej.

Pawilon lotniska był nowy i całkiem ładny, ani lepszy ani gorszy od tych, które widział w innych krajach. Po odprawie wymienił przywiezione funty na złotówki, kupił plan Warszawy i wyszedł przed budynek. Przez chwilę zastanawiał się, czy jechać autobusem czy taksówką i w końcu zdecydował się na to drugie. Walizka nie była ciężka, ale i tak nie uśmiechało mu się błądzenie z nią po mieście.

Postój taksówek był na wprost wyjścia z budynku lotniska, ale samochody stały ustawione pod prąd. Dopiero po chwili dotarło do niego, że przecież w Polsce obowiązuje ruch prawostronny. Wyciągnął z kieszeni kartkę, na której londyńska znajoma napisała jak trafić w miejsce, w którym miał się zatrzymać. Wsiadł do taksówki i kazał się zawieźć na róg Krasińskiego i Przasnyskiej.

– Może pan pojechać przez Plac Narutowicza?

– Panie, ja wszystko mogę. Banacha przejedziemy. Pan zna Warszawę?

– Znałem, przed wojną.

– O, to pan miasta nie pozna. Mało co na miejscu zostało, a jak zostało, to się inaczej nazywa. Z daleka?

– Z Nowej Zelandii.

– Toś pan z daleka leciał, no ale człowiek musi sobie od czasu do czasu polatać. Takiego pasażera jeszcze nie miałem. Z Anglii, z Ameryki, to co i rusz. Kiedyś mi się nawet jeden gość z Argentyny trafił. Tu damy w lewo. Ale to już kilka lat. A tam u pana, w tej Nowej Zelandii, to pewnie całkiem inaczej?

– Trochę inaczej. Ale są takie miejsca, że wygląda jak w Polsce.

– A waluta tam u was jaka?

– Dolar. Do niedawna był funt.

– To tak, jakbyś się pan z Anglii do Ameryki przeprowadził, z domu nie ruszając.

– To jest dolar nowozelandzki.

– A to nie znam. Ale jakbyś pan chciał sprzedać, jakby co, to wie pan, lepszy kurs jak w banku można dostać. Na lotnisku mnie pan codziennie znajdzie. Na długo do Polski?

– Krótko, tylko kilka dni.