Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Rodzina Janson” to emocjonująca współczesna saga rodzinna, łącząca romans, namiętność i sensacyjne tajemnice, z delikatnym mafijnym cieniem.
„Odwaga Nicolasa” to poruszająca powieść o wyborach, które wymagają odwagi, i uczuciach, od których nie da się uciec.Nicolas staje przed przeszłością, która nie daje mu spokoju, i przyszłością, która domaga się decyzji.To historia o sile emocji, rodzinnych więziach i miłości wystawionej na próbę.Trzeci tom serii Rodzina Janson – dla czytelniczek ceniących intensywne przeżycia i nieoczywiste zakończenia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 387
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł powieści: Odwaga Nicolasa
Copyright © Jolanta Witczak 2025
Wszystkie wydarzenia, postacie i miejsca są fikcyjne.
Redakcja: Inka Wojtczak / Pracownia Restory
Korekta: Alicja Gajda / Pracownia Restory
Skład i łamanie: Kamil Potęga / Pracownia Restory
Korekta po składzie: Inka Wojtczak / Pracownia Restory
Projekt okładki: Kamil Potęga / Pracownia Restory
Konwersja na formaty elektroniczne: Kamil Potęga / Pracownia Restory
Wydanie I
ISBN 978-83-969812-5-7
Dziękuję mojej rodzinie za to, że uwierzyła we mnie wtedy, gdy sama dopiero uczyłam się wierzyć w siebie.
To dzięki Wam mogłam rozpocząć tę przygodę w wieku, w którym wielu przestaje marzyć. Ja – zaczęłam od nowa.
Od dwóch lat przychodziłem nocą do tej obleśnej speluny. Wiedziałem, że nie postępowałem wobec siebie uczciwie, ale to było silniejsze ode mnie. Obskurne pomieszczenie tonęło w dymie, a pijani i naćpani goście zachowywali się nachalnie, bez śladu kultury. Pieprzyli się po kątach, brali narkotyki, nie kryjąc się przed nikim. Niejednokrotnie dochodziło tu do przepychanek, bójek, a nawet zabójstw. Wszystko na oczach świadków, bez wstydu.
Pogardzałem tymi ludźmi – byli chamscy, wyuzdani i obrzydliwi. A jednak przychodziłem. Z jednego powodu.
Na początku była to zwyczajna ucieczka przed samotnością. Zawsze siadałem na uboczu, tak by nikt mi nie przeszkadzał. Lubiłem obserwować bywalców baru – ich reakcje, gesty, schematy zachowań – to było moje ciche hobby.
Pewnego dnia dostrzegłem nową twarz. Musiała się dopiero zatrudnić. Zwróciła moją uwagę, bo jej zachowanie było zadziwiające. Intrygowała mnie od pierwszej chwili, ponieważ z jej oczu biły determinacja i zaciekłość. Skoro akurat to miejsce wybrała do zarabiania pieniędzy – musiała mieć ku temu niezłe powody. A może po prostu lubiła się mścić na tych skurwielach.
Widać było, że ich nienawidzi. Poświęcała się, żeby zarobić tych kilka marnych dolarów. Nie rozumiałem tego, ale ją za to podziwiałem.
Wysoka, niesamowicie zgrabna, długowłosa szatynka o niebieskich oczach. Musiała ćwiczyć, bo każdy jej mięsień był napięty i wyraźnie zarysowany. Z moich obserwacji wywnioskowałem, że potrafiła też dobrze przyłożyć i nie bała się tego okazać w takim miejscu jak to.
Nie tylko zgrabny i jędrny tyłeczek, odziany w krótką spódniczkę, ale przede wszystkim długie nogi przyciągały gapiów, którzy nie omieszkali tego zauważyć. Kiedy przechodziła między nimi, niosąc zamówienia na tacy, obłapywali ją i mówili sprośne słówka. Obrzydliwe świnie.
Dziewczyna, mająca może dwadzieścia dwa, może dwadzieścia trzy lata, umiała się obronić. Niejednokrotnie widziałem, jak łapała klienta za jaja i sadzała na krześle albo dźgała w żebra palcem, pchając go na stolik i wylewając mu na głowę piwo.
Widziałem również sytuację, gdy delikwent chwycił ją za ramię i w wiadomym celu chciał zaciągnąć w ciemny kąt. Śmiałem się, kiedy wykręcała mu rękę i mówiła coś do ucha. Bladł natychmiast i wychodził ze speluny.
Coraz bardziej mnie intrygowała, dlatego nie zamierzałem przestać – nadal przychodziłem i wpatrywałem się w nią. Kiedy podawała mi zamówione piwo, uśmiechała się, ukazując duże, białe zęby i śliczne dołeczki w policzkach oraz przecięcie w jakże słodkiej brodzie.
Jej pełne usta o malinowej barwie aż zachęcały do całowania. Kiedy się do mnie nachylała, żeby lepiej słyszeć zamówienie, owiewał mnie jej zapach, którego już nie potrafiłem się pozbyć. Pachniała tak pięknie.
Zamawiałem piwo tak często, że obawiałem się, iż wpadnę w alkoholizm. Zawsze zostawiałem jej niezły napiwek. Miałem ochotę z nią porozmawiać, ale nie wiedziałem, co miałbym powiedzieć. Ograniczałem się więc do krótkich pytań i uśmiechów. Nie brakowało mi tematów do rozmów, ale przy niej zapominałem języka w gębie.
Wychodziłem z baru, gdy kończyła pracę, i odprowadzałem ją pod sam dom, choć ona o tym nie wiedziała. Nie można było tego miejsca nazwać domem. Mieszkała w obskurnej i niebezpiecznej dzielnicy Miami Beach. Dosłownie strach pomyśleć, co takiej dziewczynie groziło. Jednak jakoś sobie radziła.
Nie mogłem sprawdzić, czym się zajmowała na co dzień, bo sam miałem wtedy obowiązki. Odkąd Conorowi, królowi mafijnego świata, urodził się syn, minęły dwa lata, a ja i jego brat Dawid mieliśmy pełne ręce roboty. Conor, oczywiście jako boss, miał decydujące zdanie w sprawach naszej rodziny. Należałem do niej, gdyż byłem ich kuzynem. Nasi ojcowie byli braćmi, choć ja swojego nie widziałem od wielu lat. Uważałem nawet, że nie żyje. Pewnego dnia po prostu zaginął. Matka niestety zmarła krótko przed jego zniknięciem.
Conor zabił swojego ojca, który okazał się tyranem. Przejął rządy i przyjął mnie do siebie. Od tamtej pory szkoliłem ludzi na żołnierzy razem z kapitanami, którzy później przejmą ich pod swoje skrzydła. Zarządzałem nimi w rodzinnym interesie.
Lubiłem swoje powołanie. Miałem tyle pieniędzy, że mógłbym kupić półwysep, jednak mieszkałem na uboczu Miami, w pięknej posiadłości ze wszystkimi udogodnieniami. Nie korzystałem z niej zbyt często, bo czułem się tam samotny.
Z zamyślenia wyrwała mnie kłótnia przy stoliku obok. Jakiś gość dostał w mordę od laski, którą podziwiałem. Wkurzył się i zamierzał jej oddać, tyle że z pięści. W porę zdążyłem złapać go za rękę i wykręcić ją, by facet klęknął.
Zawył przeraźliwie i zaczął mnie wyzywać. Zmusiłem go do wstania i wyprowadziłem z baru, informując, że jak jeszcze raz się tutaj pojawi i zagrozi mojej dziewczynie, to nie będę taki wspaniałomyślny. Na odchodne dostał pięścią w ryj, po czym uciekł jak opętany, odgrażając się pod nosem. Parsknąłem głośno, bo takich klientów zjadałem na śniadanie. Pogróżki mnie nie ruszały.
Miał dużo szczęścia, że nie chciałem jeszcze opuszczać speluny – inaczej skończyłby w szpitalu. Odwróciłem się, chcąc wrócić do środka, i o mało nie wpadłem na nią.
Stała przede mną zła jak osa, z rękoma założonymi na biodrach. Z oczu ciskała iskry, a usta zacisnęła w wąską linię. W końcu wypaliła:
– Nie musiałeś mi pomagać! Poradziłabym sobie sama!
– Wiem – odparowałem, bo zaskoczyła mnie jej reakcja.
Myślałem raczej, że powinna mi podziękować.
– Co z tego, że wiesz, jak się wtrąciłeś. Na przyszłość zapamiętaj: sama załatwiam swoje sprawy!
Odwróciła się i zniknęła w drzwiach tak szybko, jak się pojawiła.
Trochę mnie zbiła z tropu i nie wiedziałem, czy mam tam wrócić, czy raczej się ulotnić. W końcu, po krótkim zastanowieniu, doszedłem do wniosku, że jestem z niej dumny. Choć wolałbym podziękowanie, to doceniałem, że jest niezależna.
Z uśmiechem satysfakcji wszedłem do środka i usiadłem na swoim stałym miejscu. Czułem się inaczej niż poprzednio, bo dostrzegłem w niej odważną i bystrą kobietę. Wyraźnie walczyła z przeciwnościami i się nie poddawała.
Cała ta sytuacja sprawiła, że chciałem poznać ją bliżej. Wiedziałem już wiele z obserwacji, ale miała jakieś tajemnice, które zamierzałem odkryć.
Stała przy barze, wnikliwie obserwując, jak barman nalewa różne trunki do szklanek. Zdawało się, że w tej chwili odpoczywała. Łypnęła na mnie gniewnie, kiedy usiadłem na stołku obok niej.
– Powinnaś mi podziękować. W końcu stanąłem w twojej obronie i nie mów mi, że to dla ciebie zniewaga. – Pogładziłem się po brodzie i z satysfakcją spojrzałem jej w oczy.
Zmierzyła mnie wzrokiem i zaśmiała się ironicznie.
– Radziłam sobie sama, nie musiałeś mi pomagać. Nie boję się tych wszystkich typów, włącznie z tobą, więc spadaj, bo nie mam nastroju na takie pogawędki. – Odwróciła twarz i upiła łyk soku, który właśnie postawił przed nią barman, po czym otarła ręką kropelkę spływającą po brodzie.
Ten ruch spowodował we mnie lekki dreszcz, zwłaszcza że potem oblizała zmysłowo usta, ale nie to powinno mi teraz zaprzątać głowę. Co by było, gdybym go nie powstrzymał…? Facet ukrywał nóż w rękawie i wyjął go niepostrzeżenie. Gdybym nie zareagował, mogłaby nieźle oberwać, a może nawet zginąć. Widziałem, jak walczy, ale miałem pewność, że tego noża nie dostrzegła.
– Nie byłbym tego taki pewien. Mniemam, że tego nie zauważyłaś. – Wyciągnąłem zza paska nóż, który mu wyrwałem, gdy wykręcałem jego rękę.
Wbiłem go w ladę tuż przed jej nosem, aż drgnęła i zeskoczyła z hokera. Była tak zszokowana, że aż zbladła. Przez chwilę wpatrywała się w ten nóż, następnie przeniosła wzrok na mnie. Z jej oczu buchały ognie wściekłości. Dziewczyna walnęła pięścią w blat, aż zadrżały szklanki.
– Co to, do cholery, ma znaczyć?! Nic takiego nie trzymał. Gdyby było inaczej, już dawno wylądowałby w szpitalu z głębokim cięciem na brzuchu. Nie wierzę ci i ostrzegam: nie jestem lalunią, którą możesz omotać słodkimi słówkami. Uważaj na siebie, jeśli nie chcesz mieć ze mną do czynienia.
Wytarła ręce, wyraźnie zdenerwowana. Patrzyła mi w oczy, nie mrugając i rumieniąc się przy tym. Wyglądała uroczo. Podniosłem rękę i odgarnąwszy z jej czoła kosmyk włosów, założyłem go za ucho. Dziewczyna wyraźnie się spięła i jeszcze bardziej spąsowiała. Zaskoczył ją mój gest i nie wiedziała, jak się zachować. Nie mogłem oderwać od niej oczu. Miała przepiękną twarz.
– Jestem pewien, że gdybyś zauważyła, miałby nie lada kłopot. Nie dostrzegłaś tego noża, bo w momencie, kiedy go wyjął, zdążyłem wykręcić mu rękę i niepostrzeżenie mu go wyrwać. Jak już mówiłem, należą mi się podziękowania.
Zmarszczyła czoło, mrużąc powieki. Zbliżyła twarz do mojej, tak blisko, że prawie się zetknęliśmy nosami. Wciągnąłem ten jej cudowny zapach głęboko do płuc. Przymknąłem oczy i delektowałem się jej bliskością i tą wonią. Niestety nie trwało to długo, bo łapiąc mnie za włosy i przesuwając ręką po nich aż do karku, dziewczyna wypaliła:
– Doczekasz się ich w piekle, przystojniaku.
Odsunęła się i odeszła pospiesznie na zaplecze. Oniemiałem. Siedziałem jeszcze chwilę, aż w końcu uśmiechnąłem się do siebie. Spojrzałem na zegarek – było już grubo po północy. Wiedziałem, że dziewczyna za niedługo skończy pracę.
– Jest jak ostrze tego sztyletu. Naprawdę potrafi o siebie zadbać – usłyszałem głos kelnera.
Zaciekawił mnie ten gość. Być może wiedział o niej coś więcej i dobrze byłoby go wypytać…
– Powiesz mi, jak się nazywa?
– Nie wiem, czy by jej się to spodobało – rzekł niepewnie, nadal wycierając szklankę.
– Może i nie, ale nie musi o tym wiedzieć. Nie skrzywdzę jej.
– Wiem. Znam cię już dość dobrze, więc mogę ci powiedzieć. A tak przy okazji… – pochylił się w moją stronę i rozejrzał dookoła, czy nikt nas nie słyszy – jesteś jedyną osobą, na którą ona patrzy bez nienawiści. Na imię ma Mia, Mia Scott. – Odsunął się szybko. – Ale ja nic nie mówiłem. – Podniósł ręce i odszedł.
Uśmiechnąłem się do siebie z zadowoleniem. Tego dnia nie wyszedłem za nią, ale skierowałem się do samochodu. Czekałem, kiedy wyjdzie, a gdy to nastąpiło, wyciągnąłem telefon i strzeliłem kilka fotek. Zrobiłem zbliżenie na twarz, gdy spojrzała w kierunku samochodu. Nie widziała mnie. Miałem przyciemniane szyby i nie sposób było mnie zobaczyć. Nie obawiając się ujawnienia, dalej robiłem zdjęcia.
Ruszyła szybkim krokiem, ale w pewnym momencie przystanęła, sięgając do tylnej kieszeni spódniczki. Zrobiłem zbliżenie i dostrzegłem coś w jej ręku. Nie wiedziałem, co to jest, ona jednak raptownie się uśmiechnęła. Zatrzymała nadjeżdżającą taksówkę i wsiadła do niej. Pojechałem za nią.
Nie kierowała się do domu – raczej w przeciwnym kierunku. Taksówka zatrzymała się w niezbyt zamożnej dzielnicy. Dziewczyna wysiadła i spojrzała na to, co trzymała w ręku. Rozejrzała się i ruszyła w lewo, między budynki. Wysiadłem i dyskretnie, żeby mnie nie zauważyła, poszedłem jej śladem.
To było dziwne, ale wyraźnie chciała się gdzieś skryć. Sam schowałem się za krzakami; co też mogła kombinować…? Siedzieliśmy tam dobre pół godziny. Nawet w tej ciemności widziałem ją wyraźnie.
Nadjechał samochód. Zatrzymał się przy budynku, przy którym się ukrywała. Z wozu wysiadł łysiejący, młodo wyglądający mężczyzna. Pochylił się i pożegnał z kolegą, który natychmiast odjechał, a on sam ruszył chwiejnym krokiem wzdłuż chodnika – wprost w stronę dziewczyny.
Chciałem wyskoczyć i ją ratować, ale dostrzegłem jakiś ruch. To była ona. Wyskoczyła zza płotu i chwyciła faceta z taką siłą, że po chwili zwalił się na ziemię jak długi.
Nie wiedziałem, co o tym myśleć. Wylazłem z tych okropnych krzaków i podszedłem bliżej, żeby się przyjrzeć tej dziwnej sytuacji. Serce zaczęło mi walić, kiedy spostrzegłem zmianę w jej wyglądzie. Wcześniej tego nie zauważyłem. Musiała się przebrać w taksówce. Miała na sobie czarny opięty kostium, blond perukę i duże ciemne okulary, które zakrywały jej pół twarzy.
Przeczesałem włosy palcami i otarłem pot z czoła. Co ona wyprawiała? Nie wiedziałem, czy mam jej pomóc, czy ratować tego głupca. Stwierdziłem, że zostanę i popatrzę na to, co się wydarzy.
Zadziwiały mnie jej siła i spryt. Ten gość musiał jej nieźle zaleźć za skórę, bo to, co z nim wyprawiała, przekraczało wszelkie granice. Facet miał zatkane usta i był związany. W mgnieniu oka został pozbawiony ubrania. Zrobiła to szybko, nożem ostrym jak brzytwa. Przywiązała jego ociekające krwią ciało do drzewa i wyciągnęła coś z torby. Kiedy się przyjrzałem, dostrzegłem w jej rękach jakiś metal i palnik, który zaczął ziać ogniem. Rozgrzała blaszkę na końcu pręta. Nie widziałem, jaką dokładnie, bo byłem zbyt daleko. Domyśliłem się, że dziewczyna chce wymierzyć karę.
Zaśmiałem się i zaczęło mi być szkoda faceta, który za chwilę poczuje niemiłosierny ból.
Wszystko, na co patrzyłem, nie powinno mnie dziwić. Sam stosowałem takie i jeszcze gorsze metody w celi, kiedy łapaliśmy gangsterów. Byłem niesamowicie podekscytowany, a w głowie szumiało mi od emocji.
W pewnym momencie zaczęła coś do niego mówić. Jego przerażenie rosło, a po nogach spływał mocz. Mężczyzna był tak strwożony, że o mało się przy tym nie sfajdał. Dziewczyna skończyła mówić i bez żadnych oporów przycisnęła mu do czoła rozgrzany do czerwoności metal. Gość zemdlał, a ona po prostu wyjęła z torby butelkę wody i ostudziła pręt. Schowała wszystko i ruszyła w kierunku, z którego przyjechała. Podążyłem za nią, ale po chwili zniknęła mi z oczu. Wsiadłem do pickupa i spróbowałem ją odnaleźć. Niestety bezowocnie.
Pojechałem do domu, ale nie wszedłem do niego, tylko skierowałem się w zadrzewioną część mojej ziemi. Stała tam szopa, którą uwielbiałem. Była z drewna i posiadała wszelkie dogodne warunki, włącznie z łazienką. Sam ją zbudowałem.
Świtało już, ale nie było mowy o spaniu. Zresztą to bez znaczenia, bo jutro miałem wolny dzień i nie musiałem się martwić, czy będę stał równo na nogach.
Po prysznicu usiadłem w fotelu i patrzyłem bezmyślnie na polana w kominku. Zapaliłem je, przez co zrobiło się przyjemnie. Oparłem głowę, wyciągnąłem przed siebie nogi i zamknąłem oczy. Ostatnio często tak właśnie spędzałem wolny czas.
W głowie miałem mnóstwo myśli. Twarz dziewczyny i ten biedak, którego torturowała. Dlaczego nie interweniowałem? Dlaczego pozwoliłem jej go skrzywdzić?
Zaśmiałem się cicho. Wiedziałem, że ten gnojek zrobił coś bardzo złego i dlatego właśnie nie wtrąciłem się w tę całą maskaradę. Za to Mia w tamtym momencie wyglądała jak upadły anioł wymierzający karę za grzechy.
Musiałem ją bliżej poznać. Zachwycała mnie swoim postępowaniem i zachęcała do odkrywania tajemnic. Postanowiłem, że zajmę się tym jutro.
Odkąd pamiętałam, mężczyzna, który przychodził do tej speluny, był godny zainteresowania. Dobrze zbudowany i ogromnej postury, miał mocno opaloną skórę i wyraziste brązowe oczy. Włosy, długie do ramion, splatał w kucyk lub puszczał wolno. Wtedy kręciły się i błyszczały w świetle lamp.
Wyraźnie zarysowane kości policzkowe okalały baki, które łączyły się ze starannie przystrzyżoną spiczastą brodą. Jej kształt uwydatniał pełne usta. Gęste brwi i zmarszczki między nimi nadawały twarzy buntowniczy wyraz.
Jednak, kiedy na mnie patrzył, dostrzegałam zainteresowanie i podziw. Czasami wpatrywał się tak, jakby chciał mnie rozgryźć. Uwielbiałam, kiedy tak patrzył. Doprowadzał mnie wtedy do stanu, w którym czułam się doceniona. To był jedyny człowiek, który nie wzbudzał we mnie nienawiści swoim spojrzeniem.
Zastanawiało mnie, dlaczego tutaj przychodził. Nie pasował do tego miejsca. Pasował raczej do modnych klubów i drogich restauracji. Jego ubiór świadczył o elegancji i bogactwie. Facet nosił się swobodnie, ale starannie wybierał to, co na siebie wkładał. A tego dnia wyglądał jak współczesny wiking.
Siedział wygodnie, z jedną ręką wyciągniętą na oparciu krzesła, a drugą niedbale obracał szklankę z piwem, oto w prawo, to w lewo. Miał na sobie białą, luźną koszulkę, szarą, sportową marynarkę z pagonami i zwisającą z jednej strony biżuterią. Dół stroju stanowiły dopasowane jeansy, które podkreślały umięśnione ciało. Całość uzupełniona była pasującymi skórzanymi butami za kostkę z zawiązanymi niedbale sznurówkami. Na palcach nosił nietypowe pierścienie, wskazujące na przynależność do jakiejś organizacji.
Ten widok sprawiał, że serce zaczynało bić mocniej, a włosy stawały dęba. Czułam również pragnienie dotyku. Chciałam sprawdzić, czy to napięte do granic możliwości ciało naprawdę istnieje.
To było dziwne, bo na ogół nienawidziłam mężczyzn. Mściłam się na nich. Byli jak karaluchy – wszędobylscy i natrętni. Ten mężczyzna tak różnił się od nich wszystkich, że mogłabym mu zaufać. Sprawiał wrażenie obrońcy i człowieka wymierzającego sprawiedliwość. Był tak wyrazisty, że nie mogłam się mylić.
Moje myśli zburzył jeden z tych gburowatych i pewnych siebie cwaniaczków; kolejny przekonany, że należy mu się wszystko, o czym zamarzy. Niespodziewanie podszedł do mnie i chwycił mnie za ramię, pochylając się i mamrocząc coś o pieprzeniu się w toalecie. Pociągnął mnie z całej siły w tamtym kierunku. Niestety trafił na niewłaściwą osobę. Takie kanalie nie robiły na mnie wrażenia i nie miałam dla nich litości. Wykręciłam rękę w taki sposób, że jego natychmiast znalazła się za plecami, a gość ugiął się z bólu. Wówczas ścisnęłam mu jaja tak, że aż zawył.
– Jeśli jeszcze raz cię tutaj zobaczę, to nie ręczę za siebie. Radzę ci, zajmij się żoną, a nie zaczepianiem kobiet, którym rzygać się chce na twój widok. Nie masz szans, gnoju, więc spierdalaj stąd i to szybko.
Kiedy go puściłam, zaczął coś sapać pod nosem, ale zachęciłam go kopniakiem, więc natychmiast wybiegł z baru. Jego koledzy tak się wystraszyli, że również wyszli. Nie omieszkali mnie przy tym zwyzywać. Odwróciłam się i spostrzegłam szacunek w oczach mojego wikinga. Uśmiechał się i ukłonił lekko, nie spuszczając ze mnie wzroku. Wyraźnie mu się podobało to, co zobaczył. Przymknęłam powieki i wyobraziłam sobie, że idzie w moją stronę pewnym, długim krokiem, po czym chwyta mnie w objęcia. Odsunęłam tę myśl, bo wiedziałam, że nic takiego się nie zdarzy. To tylko marzenia, w których jest ktoś, kto widzi we mnie kobietę o delikatnej naturze, kto uwielbia mnie za to, jaka jestem, i za wszelką cenę stara się mnie chronić.
Chociaż wydawałoby się, że tego nie potrzebuję, to chciałabym mieć obok kogoś, kto oddałby za mnie życie z miłości.
Podniosłam powieki i spojrzałam w jego kierunku jeszcze raz. Siedział niewzruszony z tym samym uśmiechem. Musiałam podejść do jakiegoś łysego gościa, który chciał złożyć zamówienie, potem poprosiłam o nie barmana. Z pełną tacą przedzierałam się między obleśnymi, spoconymi ludźmi, którzy ocierali się o mnie bezczelnie. Zbierało mi się na wymioty i gdyby nie ta misja, nigdy bym się tutaj nie zatrudniła. Całe szczęście miałam już namierzonego następnego gnoja. Policja od dawna zrezygnowała ze ścigania tych przestępców, co sprawiło, że postanowiłam sama ich ukarać, jak na to zasługiwali.
Tej nocy byłam przygotowana i zdecydowana na atak. Namierzenie tego człowieka zajęło mi kilka miesięcy, ale się udało. Poprzedni dwaj, których przez rok szukałam, już dawno wszystko wyśpiewali. Ze strachu nawet wydali swoich kumpli. Gdyby tego nie zrobili, pozbyliby się genitaliów. Udało mi się ściągnąć ich w zasadzkę. Obaj wpadli po uszy, nie wiedząc, że umówiłam się z obydwoma. Późnym wieczorem w parku zastawiłam dwie pułapki i każdego z osobna zwabiłam do środka. Obaj zawiśli za nogi. Ułatwili mi tym samym wykonanie egzekucji. Byłam zadowolona z tego, jak sprawnie przebiegło to zadanie. Niestety zostało jeszcze siedmiu i od jutra zajmę się namierzaniem następnego z listy. W zasadzie powinnam ich zabić, ale nie jestem morderczynią. Nie mogłabym sobie spojrzeć w twarz.
Pracę kończyłam o drugiej, więc miałam jeszcze sporo czasu na wykonanie misji. Mój cel przychodził do tej speluny regularnie, więc zadanie było proste. Miałam już w kieszeni jego dokumenty, które mu sprytnie ukradłam. Byłam w tym dobra – w końcu uczyłam się tego od najlepszych złodziei. Ktoś pewnie uznałby mnie za perfekcjonistkę. Teraz wystarczyło pojechać do jego domu i zaczekać, aż się pojawi. Niestety, zanim się tam wybrałam, miałam kontakt z jeszcze jednym delikwentem, którego musiałam uspokoić. W tę sprawę wtrącił się jednak mój wiking. W momencie, kiedy ten ochlapus chciał mnie walnąć pięścią, przystojniak chwycił go i wykręcił mu rękę, wymuszając klęknięcie. Kątem oka zauważyłam, że obezwładniony gość trzymał w ręku nóż. Wiking sprytnie mu go odebrał i niepostrzeżenie schował, po czym wyprowadził delikwenta ze speluny.
Porządnie wkurwiona usiadłam przy barze i odetchnęłam głęboko. Gdyby nie on, mogłabym nieźle oberwać. Poprosiłam barmana o napój i wypiłam większą ilość. Wówczas wiking podszedł do mnie i patrząc mi w oczy, powiedział, że powinnam mu podziękować za pomoc. I miał rację, ale nie mogłam tego przyznać. Nie chciałam, żeby dostrzegł moją słabość, więc tylko się zaśmiałam i odpaliłam, że sama załatwiam swoje sprawy i że jego pomoc była zbędna.
Bardzo tego żałowałam, ale nie mogłam się przyznać do błędu. Najgorsze, że ten cholernie przystojny facet naprawdę czuł potrzebę, by bronić kobiet, co dawało mu dużego plusa. Spodobało mi się jego postępowanie. Musiałam to jednak przerwać. Nie miałam czasu na romanse i – choć chętnie bym z nim zgrzeszyła – misja była najważniejsza.
Poszłam do szatni się przebrać i szybkim krokiem wyszłam z baru. Idąc, wyjęłam z kieszeni dokumenty mojej ofiary. Przeczytałam raz jeszcze jej adres i zatrzymałam przejeżdżającą taksówkę. Usiadłam wygodnie i ponownie sprawdziłam, czy wszystko zabrałam. Kazałam się wysadzić jedną ulicę bliżej. Dalej poszłam piechotą. Obejrzałam jego posesję i nie zdziwiłam się jej wyglądem. Był to obskurny, niski budynek z wejściem od podwórka, co mnie ucieszyło. Weszłam przez zdezelowaną bramę i ukryłam się za płotem. Wiedziałam, że będzie tędy przechodził.
W domu było ciemno. Zresztą kto miałby w nim być, skoro facet mieszkał sam. To też był dla mnie plus. Serce mi przyspieszyło, gdy go dostrzegłam, ale bardziej ze wściekłości. Szedł nachlany i ledwie się trzymał na nogach. To też mnie ucieszyło. Choć nie przejęłabym się, gdyby był trzeźwy. Nie miałam wątpliwości, że dałabym sobie radę z każdym. Znałam różne sztuki walki. Uczyłam się ich przez kilka dobrych lat. Taki cel obrałam sobie jeszcze jako dziewiętnastolatka. Teraz, po pięciu latach codziennej nauki, w końcu byłam gotowa.
Obezwładnienie faceta było proste. Nie miał szans się bronić. Próbował, ale bez skutku. Zawsze starałam się zachowywać cicho, więc najpierw go zakneblowałam, zaklejając mu usta taśmą. Następnie związałam go i pocięłam ubranie tak szybko, że nie zdążył pisnąć. W tym też byłam dobra i nie przejmowałam się, czy go uszkodzę w kilku miejscach. Stał teraz nagi, zawstydzony i ogromnie przestraszony.
Nieźle krwawił, a z oczu płynęły mu łzy. Poczułam satysfakcję, a to był dopiero początek zadania. Tak naprawdę korciło mnie, żeby mu odciąć tego zwiotczałego fajfusa. Wówczas nie miałby możliwości wciskać go, gdzie popadnie. Kucnęłam i wyciągnęłam z plecaka palnik. Zapłonął, buchając ogniem. Spojrzałam na gościa, który wybałuszał oczy i trząsł głową ze strachu. Zaśmiałam się głośno, zadowolona. Zemsta była słodka. Musiałam mu jeszcze wyjaśnić, za co cierpiał, i postraszyć go, że wrócę, jeśli się nie zmieni.
Rozgrzałam do czerwoności pręt z pieczęcią i z satysfakcją podeszłam do delikwenta. Unieruchomiłam mu głowę i przyłożyłam gorący metal do jego czoła. Zaskwierczało. Poczułam smród spalenizny, a przed jego twarzą pojawił się dym. Właśnie o to mi chodziło. Napis był tak widoczny, że niczym się go nie usunie. Gnojek osunął się, mdlejąc ze strachu. Ostudziłam pręt i schowałam wszystko do torby. Jeszcze raz sprawdziłam swoje dzieło, podnosząc mu głowę. Blizna będzie śliczna i wyraźna.
Na koniec strzeliłam fotkę i zadowolona odeszłam szybkim krokiem w kierunku ciemnej uliczki. Tam wskoczyłam na mojego Harleya-Davidsona zostawionego dzień wcześniej. Uwielbiałam nim jeździć. Kupiłam go dwa lata temu i był to mój jedyny pojazd. Wyskoczyłam z zaułka i, przyspieszając, wjechałam w centrum Miami.
Do mieszkania, w którym obecnie przebywałam, miałam kilkadziesiąt kilometrów. Dotarłam tam w kilkanaście minut. Lubiłam szybką jazdę i korzystałam z tej przyjemności dość często. Schowałam Harleya do garażu wynajętego parę metrów od mieszkania i szybkim krokiem, przemierzyłam tę odległość. Nie chciałam, żeby mnie ktoś dostrzegł.
Niestety na schodach siedział stały bywalec tej ulicy. Bezdomny staruszek kręcił się po dzielnicy i zbierał wszystko, co można było sprzedać. W zasadzie to nie był taki stary. Miał może z pięćdziesiąt pięć, a może sześćdziesiąt lat. Tylko wyglądał na starszego. Jego nieokiełznana broda i długie włosy wymagały strzyżenia. Lubiłam go i od czasu do czasu wspomagałam jedzeniem lub ciepłym ubraniem. Dostawał też ode mnie pieniądze. Czasami mieszkał w przytułku, ale nie lubił tego miejsca.
– Witam cię, moja mała dziewczynko. Dopiero wracasz z pracy? Wykończysz się, mówię ci. Rzuć to, bo to nie jest robota dla takiej ślicznej pannicy. – Poklepał schodek obok siebie i gestem zaprosił mnie, żebym usiadła.
Nie był pijakiem, po prostu miał pecha w życiu, a ja nie chciałam mu robić przykrości, więc spełniłam jego prośbę. Popatrzyliśmy na siebie, uśmiechając się jak zawsze. Lubiłam z nim gadać, był oczytany i nie popierał przemocy.
– Jak się dzisiaj miewasz, Max?
– Jakoś leci, nie narzekam.
– Oczywiście, ty nigdy nie narzekasz. Czy jadłeś dzisiaj coś treściwego?
Machnął ręką i spojrzał na mnie tym swoim kpiącym wzrokiem.
– Już ci mówiłem. Nie obawiaj się. Chodzę na stołówkę i chociaż tego nie lubię, to zmusza mnie do tego głód.
Oparłam się o barierkę i popatrzyłam na tego człowieka ze współczuciem.
– Może zrobimy sobie jajecznicę? Co ty na to? Zapraszam cię. Poczęstuję cię też kawą. – Uśmiechnęłam się szczerze, a on tylko się skrzywił.
– Dziecko, czy ty masz mnie za tępaka? Przecież widzę, że jesteś zmęczona. Całą noc pracowałaś wśród tych ochlapusów, którzy nie mają współczucia dla nikogo. Idź do domu i się połóż. Nie musisz mi usługiwać. Ja się już wyspałem, dzień dopiero się dla mnie zaczął. Nie martw się też o mój żołądek. Mam dzisiaj kanapki. Zrobiła mi je młoda dziewczyna w przytułku.
– No dobrze, uparciuchu, ale jutro zapraszam cię na pierogi do tego polskiego baru niedaleko.
Poprawił spodnie i wytrzepał dłonie z kurzu. Uśmiechnął się z wdzięcznością i wstał.
– Trzymam cię za słowo. Znajdziesz mnie gdzieś tutaj. Nigdzie się dzisiaj nie wybieram. No to pa. Miłego odpoczynku. Noo… co jest? Zmykaj już. Nie mam czasu dalej z tobą rozmawiać. Muszę rozprostować nogi.
– Kłamiesz jak zawsze, ale niech ci będzie. Rzeczywiście jestem skonana, ale nie potrwa to długo. Jeszcze chwila, a zwolnię to mieszkanie. Wyjeżdżam. Mam coś ważnego do załatwienia. Nie martw się. Będę cię odwiedzała tak często, jak to możliwe.
Wyraźnie sposępniał. Było mi przykro, że tak musiało się stać. Jednak nie miałam wyjścia. Miałam za to pewien pomysł i jeszcze przed wyjazdem zamierzałam go zrealizować.
– Smutno mi będzie bez ciebie, przyzwyczaiłem się. Ale jeśli musisz, to trudno. Jakoś sobie poradzę.
Zauważyłam rozpacz w jego oczach. Mnie również będzie smutno. Zawsze miał dla mnie dobre słowo, rozbawiał mnie i pocieszał. Spędzaliśmy na tych schodach sporo czasu. Wstałam i czule go uściskałam.
– Nie martw się, będę ci pomagała. Nie mogę przecież zostawić przyjaciela w potrzebie.
Ucałowałam go w policzek i wbiegłam po schodach do mieszkania.
Tam rzuciłam plecak w kąt i weszłam do łazienki. Odprężyłam się w wannie i prawie w niej zasnęłam. Wyszłam dopiero, gdy zrobiło mi się zimno. Następnie wskoczyłam w pościel i otuliłam się nią. Długo nie mogłam zasnąć, bo czułam, jak cała aż się napinam na wspomnienie tamtych chwil.
Zaczęło mną rzucać, jakbym znalazła się w jakimś mrocznym świecie, gdzie przeszywające zimno doskwiera tak bardzo, że drażni nerwy, szarpiąc członkami we wszystkie strony. To było nie do zniesienia. Na przemian z zimnem raptownie pojawiało się gorąco. Krew krążyła szaleńczo, wywołując uczucie spalania żywcem. Serce waliło dziko, a oddech sprawiał ogromne trudności. W końcu, zmusiwszy się do wstania i otwarcia okna, złapałam haust powietrza. Dzięki temu miałam siłę, by pójść do łazienki i zwymiotować.
Drżącymi rękami umyłam twarz, co mnie trochę otrzeźwiło. Wyjęłam z szuflady leki na uspokojenie i łyknęłam je z nadzieją, że za chwilę zaczną działać. Tak się ze mną działo za każdym razem, gdy wracałam z tych cholernych misji. Cierpiałam wówczas za swoje czyny jak diabli. Byłam tego pewna, że to właśnie diabeł targał moim ciałem i umysłem. Mimo to postanowiłam, że nie zrezygnuję. Oni muszą ponieść karę.
Przez kilka następnych dni załatwiałam sprawy związane z wyjazdem. Musiałam wynająć nowe lokum. Znalazłam pokoik z aneksem i niewielką łazienką. Mieszkanie znajdowało się blisko miejsca, gdzie przypływały kutry rybackie. Jakieś dwa kilometry dalej bogaci ludzie cumowali swoje wycackane łodzie. Tam właśnie znajdował się mój cel.
Nadal pracowałam w tamtej spelunie. Jeździłam do pracy motocyklem. Nie zrezygnowałam z niej, żeby mieć alibi. A może…? Oczami wyobraźni zobaczyłam przed sobą twarz wikinga – przystojnego samca, na którego miałam ogromną ochotę. Te jego oczy, kiedy na mnie patrzył, przenikały w głąb moich myśli. Podniecał mnie widok jego lekko rozchylonych ust, które zwilżał językiem. Przetarłam rękoma oczy, żeby odpędzić tę wizję. Twarz aż paliła od emocji, a serce fikało koziołki. Musiałam sama przed sobą przyznać, że nie był mi obojętny. Może nawet… się w nim zakochałam?
Chwyciłam telefon i zadzwoniłam do najemcy mieszkania, które chciałam opuścić.
– Dzień dobry panu, mówi Mia Scott. Muszę zwolnić mieszkanie.
– Tak natychmiast? Zdaje pani sobie sprawę, że w tej sytuacji nie oddam pani kaucji? Kogo ja tak szybko znajdę na pani miejsce? Do diabła! Przychodzą, a potem się wynoszą, nie uprzedziwszy mnie wcześniej. To jest bardzo nieodpowiedzialne.
Facet aż kipiał ze złości, podnosząc głos. Widziałam w myślach pianę toczącą się z jego ust. Zaśmiałam się, bo wydało mi się to bardzo zabawne.
– Niech się pan nie złości, bo nie ma takiej potrzeby. Mieszkanie opuszczam, ale mam dla pana propozycję.
– Jestem ciekaw, co też pani wymyśliła. Pewnie nie będzie mi się to opłacało. Dobra. Co to za propozycja?
– W tym mieszkaniu zamieszka pewien pan, który nie ma gdzie mieszkać. Tak naprawdę jest z ulicy i na pewno go pan nieraz widywał.
– Mówi pani o tym włóczędze, który wysiaduje na pani schodach?
– Właśnie o nim mówię.
– Jak pani sobie to wyobraża!? Przecież on nie śmierdzi groszem. Kto za niego zapłaci!? – krzyczał do telefonu, aż musiałam odsunąć słuchawkę.
– Proszę nie krzyczeć. Jeszcze nie skończyłam. Próbuję panu wyjaśnić wszystko wyjaśnić, ale skoro pan nie chce, to nie ma sprawy. Znajdę dla niego inne, lepsze mieszkanie – powiedziałam dobitnie, nie patrząc na to, czy się wkurzy jeszcze bardziej i odłoży słuchawkę.
– Dobra, słucham. Niech się pani tak nie obraża.
Zaśmiałam się i pokręciłam głową zbulwersowana, bo facet wyprowadzał mnie z równowagi.
– Sprawa będzie wyglądała tak. Zapłacę czynsz i rachunki za cały rok z góry. Więc będzie pan miał pewność, że dostanie swoje pieniądze. W zamian proszę się go nie czepiać. Dowiem się o wszystkim, bo będę do niego dzwoniła i regularnie go odwiedzała.
– Skoro tak pani stawia sprawę… Oczywiście, zgadzam się.
– Jeszcze jedno. Odmaluje pan mieszkanie. Meble wymienię sama. Wyjeżdżam jutro. Ma pan jeden dzień na remont.
– Nigdy w życiu, niech sobie sam pomaluje. Nie będzie mi pani mówiła, co mam robić.
Wkurwiłam się.
– Nie, proszę pana. To pańskie mieszkanie i gwarantuję, że pomaluje je pan jutro, za darmo. Nie chcę słyszeć sprzeciwów.
Zaśmiał się kpiąco w słuchawkę.
– Straszysz mnie, smarkulo? Co mi możesz zrobić? Tymi delikatnymi rączkami? Chyba tylko dobrze.
– Chcesz się przekonać?
– Jasne! Możesz do mnie przyjść, nawet teraz. Jestem sam. Zabawimy się.
Co za skurwiel! Poczekaj, już ja ci pokażę, jak dobrze ci zrobię.
– Nie ma sprawy. Za chwilę się zjawię.
Trzasnęłam słuchawką. Tacy ludzie nie powinni chodzić po tym świecie. Wskoczyłam szybko w jeansy i wetknęłam za pas mały średniowieczny sztylet w ozdobnej pochwie, który służył mi do samoobrony. Kupiłam go dawno temu na wyprzedaży i prawie się z nim nie rozstawałam. Wyszłam z domu i szybkim krokiem udałam się do mieszkania właściciela tych obskurnych kamienic.
Stanęłam przed zniszczonymi drewnianymi drzwiami i uchyliłam je delikatnie. Facet się mnie spodziewał, mimo to wolałam go zaskoczyć. Wdzięczył się przed lustrem, czesząc swoje rzadkie włosy i robiąc dziwne miny do swojego odbicia. Zachowywał się komicznie, nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Oho, zdaje się, że typ wziął to wszystko na serio, coś ubzdurał sobie w tej głupiej głowie. Podeszłam niepostrzeżenie z wyciągniętym sztyletem, który w mgnieniu oka znalazł się na jego szyi. Wykręciłam mu rękę i kopniakiem rozsunęłam jego nogi. Stał teraz zszokowany i nie mógł się ruszyć.
– Co teraz powiesz, koleś? Pasuje ci takie rozwiązanie sprawy? A może wolisz, żebym ci odcięła co nieco? Myślałeś, że masz do czynienia z bezbronną panienką? Myliłeś się. Sama rozwiązuję swoje problemy. Taki gnojek jak ty może mi najwyżej buty czyścić. Masz jedno wyjście. Za chwilę wyjeżdżam do pracy. Wrócę nad ranem. Do tego czasu mieszkanie ma być pomalowane. Czynsz dostaniesz, gdy będę zadowolona. Zrozumiałeś?! – Przycisnęłam ostrze do jego obleśnego policzka.
Pojawiła się krew, a on spojrzał na mnie błagalnie.
– Nie rób mi krzywdy. Wszystko zrozumiałem. Puść mnie. Zrobię, co zechcesz.
Zaśmiałam się gorzko z jego skomlenia. Oni wszyscy zachowywali się jak miękkie dupy. Wystarczy takiego postraszyć, by zrobił dokładnie tak, jak się chce. Brzydziłam się takimi typami, co to niby tacy odważni, gdy zagrożenie było daleko albo oni byli w grupie.
Zadowolona wytarłam ostrze o jego koszulkę. Następnie pchnęłam go na kanapę.
– Pamiętaj! Wrócę tu, jeśli coś pójdzie nie tak.
Szybko pokiwał głową, a ja usatysfakcjonowana wyszłam z mieszkania.
Tego dnia nie widziałam Maxa, ale to nie miało znaczenia. Wszystko miałam przygotowane. Wyślę mu paczkę, wówczas nie będzie mógł odmówić. Wiedziałam, że nie przyjąłby mojej pomocy. Był honorowym facetem z tajemnicami.
Z jego opowiadań wynikało, że kiedyś dobrze mu się wiodło. Kierował firmą przewozową w porcie. Niestety cudze przekręty sprawiły, że cała wina spadła na niego. Nie dostał zarzutów, ale się załamał. Był uczciwym człowiekiem i nie potrafił zrozumieć, dlaczego właśnie jego obciążono za oszustwa w firmie.
Wiedział o nieścisłościach i niejednokrotnie próbowano go przekupić. Nie poddawał się, więc żeby go uciszyć, zemścili się na nim w inny sposób. Dlatego odszedł z firmy i od tamtej pory mieszkał na ulicy. Skoro nie pracował, komornicy zajęli jego mieszkanie i konta. Nie miał wyjścia.
Próbował mi wmówić, że tak jest mu dobrze, że nie musi się o nic martwić i ma święty spokój. Nie bardzo wierzyłam w te jego opowiastki, ale przywiązałam się do niego. Był dobrym, trochę pogubionym w tym świecie człowiekiem. Wiedziałam, że kiedyś dowiem się o nim całej prawdy i zamierzałam go pomścić, ale jeszcze nie teraz. Miałam ważniejsze sprawy do załatwienia.
Spakowałam paczkę dla Maxa. Włożyłam do niej nowy telefon i kartę SIM. Dorzuciłam też kopertę z pieniędzmi, które powinny wystarczyć na jakiś czas. Zaopatrzyłam lodówkę i napisałam do niego list, w którym wyjaśniłam, że teraz mieszkanie jest wynajęte na jego nazwisko i że nie musi się martwić kosztami, bo jest opłacone za rok z góry. Poprosiłam go również, by natychmiast się wprowadził, i dodałam, że sprawi mi tym ogromną przyjemność. Podkreśliłam też, że przyjaciołom się pomaga i jeśli nie przyjmie mojej pomocy, to więcej mnie nie zobaczy. Nie przyjmę odmowy. Na końcu dopisałam, że już tęsknię i niedługo go odwiedzę. Zaproponowałam, że zanim to się stanie, może do mnie zadzwonić na podany numer.
Wzięłam paczkę i zatrzymałam taksówkę. Kazałam się zawieźć na pocztę.
Zaadresowałam paczkę i napisałam jego imię. Jasny gwint, przecież ja nie znam jego nazwiska… Trudno, to musi wystarczyć. Miałam nadzieję, że paczka dojdzie i Max ją odbierze. Jednak w ostatniej chwili zmieniłam zdanie. Wyszłam z poczty i wsiadłam do tej samej taksówki, którą tutaj dotarłam. Pojechałam do sklepu meblowego, bo wyposażenie mieszkania było niekompletne. Właściwie nie trzymałam w nim niczego oprócz materaca na podłodze, małego stolika, rozwalającego się krzesła i niewielkiej szafki.
Rozejrzałam się i wybrałam rozkładane łóżko i porządną ławę, dwa fotele i oczywiście szafę. Do tego dobrałam pościel i niewielki dywan. Kazałam to wszystko zawieźć pod wskazany adres i przekazać panu Maxowi. Wyjaśniłam, jak wygląda i gdzie można go znaleźć. Poszłam też do kierownika i naświetliłam całą sytuację. Poprosiłam również o dostarczenie paczki do rąk własnych i zostawiłam namiary na siebie, w razie, gdyby nie udało się odnaleźć Maxa. Dałam kierownikowi klucz do mieszkania, żeby dostawcy mogli wejść i wszystko ułożyć w odpowiednich miejscach. Opłaciłam rachunek, uzupełniając go o solidny napiwek, po czym zadowolona wyszłam.
Oczywiście zabrałam z mieszkania swoje rzeczy, bo nie zamierzałam już tam wracać. Wrócę tylko po Harleya.
Zanim punktualnie pojawiłam się w pracy, pojechałam na burgera i kawę.
Kiedy wchodziłam do lokalu, rozejrzałam się i od razu mój wzrok powędrował do miejsca, gdzie zawsze siedział on – wiking. Nie było go, ale nie spodziewałam się, że zjawi się o tej porze. Zazwyczaj pojawiał się później. Jeszcze nie panował tu taki tłok. Teraz przychodzili tylko ci, którzy nie mieli zamiaru zostawać do późna. Mówiłam na nich „ci porządniejsi”.
Już dawno powinnam była zrezygnować z tej pracy. Nie musiałam tu sterczeć i wysłuchiwać tych wszystkich obelg. Jednak zostałam. Dla niego. Bo choć lubiłam zamykać mordy tym obleśnym świniom, sprawiało mi satysfakcję, kiedy widziałam zachwyt w jego oczach, gdy dawałam nauczkę tym wszystkim nieokrzesanym dzikusom. Czułam wówczas, że ktoś mnie docenia.
Przez kilka dni nie miałem czasu na odpoczynek. Przygotowywałem z Dawidem odbiór kontenerów z towarem. Żeby wszystko odbyło się bez problemów, musieliśmy dopiąć każdy szczegół. Właśnie wszedłem do rezydencji rodzinnej Jansonów.
– Jesteś nareszcie, Nico. Chodź ze mną do biblioteki. Conor już na nas czeka. – Dawid uścisnął mnie serdecznie i poprowadził we wskazane miejsce.
Byłem członkiem rodziny, dlatego często tu bywałem. Ceniłem ich wszystkich i wciąż czułem wdzięczność za pokazanie mi tajników gangsterskiego życia. Trzymało mnie to w napięciu i wypełniało czas. Bracia Janson byli wysoko postawionymi członkami mafii. Jedynie mniejsze, niedoświadczone gangi próbowały szczęścia w kradzieżach naszych towarów, co zawsze kończyło się dla nich tragicznie. Tego dnia chcieliśmy się przed nimi zabezpieczyć. Nigdy nie wiadomo, co im strzeli do głowy.
Podszedłem do Conora i objąłem go, poklepując po plecach.
– Witaj, kuzynie. Jak się miewa Lilly i wasz syn? – zapytałem bardziej z grzeczności.
– Nie zaczynaj tego tematu, bo się rozgada i nigdy nie przejdziemy do naszych spraw – wyskoczył z odpowiedzią Dawid, śmiejąc się przy tym serdecznie.
– Co ty pieprzysz? Nigdy nie przeciągam. A tak na marginesie, to ty sam potrafisz godzinami gadać o Fabiu i Kitty. Nie zaprzeczaj, bo to prawda. – Lustrował go przenikliwie, chcąc sprawdzić, czy zaprzeczy.
Patrzyłem z podziwem raz na jednego, raz na drugiego. Byli jak dzieci, kiedy poruszano temat ich pociech i żon. Dawid poślubił Kitty w zeszłym roku na jachcie. Nie chcieli wielkiego wesela. Zorganizowali je w gronie rodziny.
– To może sam się dowiem. Pójdę odwiedzić obie panie. Na pewno się ucieszą na mój widok – wypaliłem i już zacząłem się podnosić, kiedy mnie zatrzymali.
– Ani się waż! – krzyknął Conor. – Nie mamy czasu na pogawędki.
Rozsiadłem się i przeczesałem palcami włosy, które opadły mi na czoło. Wyciągnąłem z kieszeni gumkę i je niedbale związałem w kok. Dawid podał mi i Conorowi wodę w butelce. Rozbawiło mnie to, bo piliśmy ją zawsze, kiedy było coś ważnego do przegadania. Nasze umysły musiały być bystre i musieliśmy zachować logiczne myślenie. Przechyliłem głowę i popatrzyłem na nich spod rzęs.
– No dobrze – powiedział Conor. – Chciałbym wiedzieć, czy ludzie są gotowi do przeprowadzenia akcji.
– Oczywiście. Rozmawiałem z nimi, czekają na szczegóły.
– Dobrze, więc dzisiejszej nocy odbieramy kontenery z bronią. Co z kierowcami tirów, Dawidzie?
– Czekają na sygnał. Ludzie w porcie myślą, że odbieramy części zamienne do tirów. Mogą to sprawdzić. W kontenerach są specjalne ścianki, jak zawsze. Tylko głupiec kazałby wyciągać te silniki.
– Moi ludzie obstawią cały port, gdyby komuś przyszło do głowy nas oskubać. Szpiedzy nie śpią i nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć – dodałem i upiłem łyk wody.
– Dobrze, skoro wszyscy wiemy, co robić, to możemy się rozejść. Wyruszamy o dziewiątej. Ja spadam, bo jedziemy z Lilly i chłopcami do wesołego miasteczka. Dawidzie, czy Fabio jest gotowy?
– Jest gotowy, od kiedy się o tym dowiedział. Czyli od dobrych dwóch godzin. – Zachichotał pod nosem.
– Powinniśmy się uwinąć w jakąś godzinę – powiedziałem. – Skoro to wszystko, to ja się też zbieram.
Pożegnałem się i wyszedłem. Pojechałem do bazy i przygotowałem się do wyprawy. Przed wieczorem wpadłem do mojej szopy. Rozpaliłem grilla. Byłem bardzo głodny. Najedzony ległem na hamaku i zasnąłem. Właściwie wydawało mi się, że zasnąłem, bo wciąż się kręciłem. Przed oczami przewijał mi się tylko jeden obraz: obraz uśmiechającej się do mnie dziewczyny.
Jej piękna twarz błyszczała w świetle księżyca. Podszedłem i wyciągnąłem rękę, żeby dotknąć rowka w jej brodzie. Wówczas Mia momentalnie znikała. Otworzyłem oczy i przetarłem je dłońmi. Po chwili obraz wracał i ponownie znikał. Zły na siebie podniosłem się i niepewnym jeszcze krokiem dotarłem do łazienki. Ochlapałem twarz zimną wodą i spojrzałem w lustro. Rozwichrzone włosy zaczesałem w kitkę. Zegar pokazywał ósmą, więc wsiadłem w samochód i ruszyłem do portu.
Zaparkowałem w oddali i rozejrzałem się dookoła. Dawid już czekał. Włożyłem słuchawkę do ucha, żeby móc się porozumiewać.
– Jestem na miejscu. Ustawiam się na pozycji. Masz dobry widok? Mam nadzieję, że nie będzie takiej konieczności i nie będziesz musiał nikogo zdejmować – zagadnąłem do Dawida.
– Ja też mam taką nadzieję. Miejsce jest świetne, mam wszystko jak na dłoni. Nikt i nic mi nie umknie. W razie konieczności zdejmę ich po kolei. Zrobię to tak cicho, że nikt nie zauważy. Wy również nie róbcie zbytniego hałasu. Powodzenia.
Wszyscy, włącznie z kapitanem Noahem i jego żołnierzami, wiedzieliśmy, co mamy robić. Port był obstawiony, że nawet mysz by się nie przecisnęła. Ja wdrapałem się na dźwig, a dobrze ukryty Dawid siedział na platformie. Mimo że często chadzał własnymi ścieżkami i prawie nikogo nie słuchał, to precyzja, z jaką dokonywał egzekucji, przyniosła mu zasłużone uznanie. Kapitan Hugh pilnował wejścia, a Otis ze swoimi ludźmi właśnie wjechał na teren portu. Kierowcy czekali w gotowości. Rozejrzałem się i nie dostrzegłem zagrożenia. Jednak nic nie było w stu procentach pewne.
– Hugh, jak sytuacja?
– W porządku, jak na razie spokojnie.
W tym czasie załadowano kontenery na samochody. Jeszcze nie mogłem powiedzieć, że jest po wszystkim. Właśnie w takich momentach mogło się zdarzyć coś niespodziewanego i się nie pomyliłem. Obserwując północną stronę portu, dostrzegłem niepokojący ruch. Przyjrzałem się dokładniej i stwierdziłem, że coś tu nie gra. Nie czekałem dłużej. Natychmiast poinformowałem ludzi o zagrożeniu. Już wcześniej miałem pewne podejrzenia, ponieważ już dwukrotnie próbowano przejąć naszą broń. Spodziewałem się ataku również i tym razem. Wiedziałem, że to nie mógł być przypadek. Teraz musieliśmy jak najciszej usunąć to zagrożenie.
– Uwaga! Coś się dzieje na północy. Spierdalajcie z tymi kontenerami! Reszta siedzi na pozycjach. Usuwamy ich po cichu. Ja schodzę. Zbliżają się i jest ich pięciu! – wydałem rozkaz i w kilka sekund byłem na dole.
Emocje wzięły górę. Lubiłem tę adrenalinę. Zdychałem z nudów, kiedy nic się nie działo.
– Widzę ich i właśnie namierzam jednego – poinformował mnie Dawid i faktycznie zauważyłem upadające ciało, a za chwilę kolejne.
Jeśli tiry nie zdążą wyjechać, będą kłopoty. Celników już nie było, ale samochody jeszcze stały. W oddali spostrzegłem ruch.
– Uważajcie na wschód. Widziałem kilku obcych – oznajmiłem wszystkim.
Podkradaliśmy się w ich stronę. Oni za wszelką cenę chcieli przejąć nasz towar. Nie było to łatwe, ponieważ byliśmy wszyscy dobrze przygotowani. Takie akcje zdarzały się często, więc każdy wiedział, co ma robić.
Gangi zazwyczaj liczyły na fart i rzadko im się udawało. Nawet jeśli już przejęli jakąś dostawę, to nie zajeżdżali daleko. Zazwyczaj kończyło się to dla nich źle. Próbowaliśmy ich wyłapywać, ale zdarzało się, że czasem ginęli. Wtedy trzeba było posprzątać.
Stałem jakieś cztery metry od nich, gdy reszta naszej ekipy ich okrążyła. Zero szans, żeby się nam wymknęli. Mieliśmy przewagę.
Dałem znak i zaczęła się walka. Byłem w swoim żywiole.
Podkradłem się do jednego z nich. W prawej ręce trzymał sztylet, w lewej giwerę. Złapałem go od tyłu i obezwładniłem, podcinając mu nogi. Padł na ziemię jak kłoda. Niestety miał pecha, bo nadział się na wystający pręt. Jeden z głowy.
Obszedłem kontener z drugiej strony. Na jego końcu usłyszałem szelest – wtedy zaszedł mi drogę kolejny gangster. Zaczął na mnie nacierać, ale nie miał szans. Szybko wziąłem z ziemi jakiś pręt i przetrąciłem mu rękę. Krew chlusnęła mi na nogi. Cholera! Nie cierpiałem tego.
W tym momencie rozpętało się szaleństwo. Usłyszałem strzały. Odrzuciłem pręt i wyciągnąłem pistolet. Strzały dochodziły z tyłu, więc się cofnąłem. Niestety nie obyło się bez wymiany ognia. Musieliśmy się jak najszybciej wycofać.
Na ziemi leżało kilku gangsterów. Byliśmy nieźle wyszkoleni i nie obawiałem się przegranej. Jednak nigdy nie można było przewidzieć, co się stanie.
W tej chwili jeden z nich wycelował we mnie. Odskoczyłem, a kula świsnęła mi koło ucha. Nieźle się wkurwiłem i wystrzeliłem. Trafiłem go w głowę.
Pobiegłem dalej. Kilku wsiadło do samochodów i odjechało z naszym towarem. Kazałem Dawidowi natychmiast schodzić. Musieliśmy ruszyć w pościg. Tutaj nie mieliśmy już wiele do roboty.
Po chwili dostrzegłem Dawida, który rozejrzał się dookoła i podszedł do mnie.
– Jedziemy za nimi – warknąłem.
Wskoczyliśmy do aut i ruszyliśmy z kopyta. Nie trwało to długo, zanim ich dogoniliśmy.
Z oddali było słychać strzały. Gangsterzy podjechali z prawej strony tira i go ostrzeliwali. Kierowca skręcił w ich stronę, by zepchnąć auto ze skarpy. Samochód stoczył się niebezpiecznie i wylądował na dachu.
Brak doświadczenia i głupota tych ludzi doprowadziły do ich śmierci.
Podjechaliśmy do drugiego auta, otaczając je z obu stron. Co kawałek widać było ostry zakręt. Zbliżyłem się jeszcze bardziej. W tym czasie Dawid do nich strzelał.
Niestety jedna z kul trafiła mnie w ramię. Zapiekło jak cholera. Spojrzałem na nie i zobaczyłem krew. Moja wściekłość się wzmogła. Walnąłem z całej siły w samochód, który zatoczył się na zakręcie. Zatrzymałem auto, Dawid zrobił to samo.
Usłyszeliśmy huk. Ich wóz przekoziołkował i spadł z nasypu. Odetchnąłem z ulgą i oparłem głowę na kierownicy. Niemiłosiernie bolała mnie ręka.
– Wysiądź. Mam apteczkę, opatrzę cię.
Spojrzałem na niego zdziwiony, ale otworzyłem drzwi. Stałem oparty o samochód, próbując wyswobodzić się z kurtki. Niezdarne ruchy bardzo mnie wkurzały. W końcu zdjąłem kurtkę i koszulkę. Krew leciała strugą, Dawid natychmiast zaczął ją tamować. Było mi słabo. Przymknąłem oczy, żeby odzyskać siły. Kiedy je otworzyłem, na twarzy kuzyna spostrzegłem kpiący uśmiech.
– Czego się cieszysz, chcesz oberwać? Lepiej powiedz, jak to wygląda.
Dawid jeszcze bardziej wyszczerzył zęby. Marzyłem, żeby mu przyłożyć, ale nie miałem na to sił. Postanowiłem więc nie zwracać na niego uwagi.
– Nieciekawie. Rana jest głęboka i naruszyła mięsień, ale kula przeszła na wylot. Zatamuję krwotok i założę opatrunek. Uciskaj to miejsce. Muszę ci ją mocno zawinąć. Powinieneś ją zszyć. Tak na marginesie, to nieźle się ubabrałeś krwią. Jesteś ranny gdzieś jeszcze? Wyglądasz strasznie.
Sapnąłem z rezygnacją. Robiło mi się coraz słabiej.
– Spokojnie, to nie moja krew. Oberwałem tylko w ramię, a takie rzeczy już się zdarzały – syknąłem, kiedy zawinął mi rękę.
– Dobra, to musi na razie wystarczyć.
– Pospiesz się, trzeba stąd spieprzać. Lada chwila pojawią się gliny.
Naprawdę bolało, ale to nie pierwszy raz. Przetrwałem gorsze momenty.
– Gotowe, jedziemy! Zostaw samochód, chłopaki się nim zajmą. Pojedziemy moim. Zaraz do nich dzwonię.
Zabrałem broń z samochodu. W tym czasie przyjechali nasi chłopcy i faktycznie zajęli się moim autem. Po chwili dostaliśmy wiadomość, że wszystko posprzątane i możemy wracać.
– Miałem nadzieję, że dzisiaj będzie spokojnie, ale coś mi mówiło, że nie do końca się to uda. – Zacisnąłem zęby z bólu.
– Może i masz rację, ale myślę, że mamy wtykę i musimy ją szybko namierzyć.
Spojrzeliśmy po sobie.
– Kurwa! – Splunąłem przez okno. – Wkurza mnie to. Szlag! Selekcjonujemy ich tak starannie, jak tylko się da. Z dwudziestu rekrutów zostaje pięciu najlepszych. Sprawdzę to dokładnie. Nie mamy żadnych ochotników. Werbujemy ich z więzień i przytułków. Przysięgam, że zaostrzę kryteria. Niech zostanie dwóch, ale całkowicie lojalnych.
– Nie przejmuj się. Znajdziemy go i tak przemaglujemy, że nie będzie wiedział, jak się nazywa.
– Wiem. Tylko szlag mnie trafia. Poświęcam dla nich tyle czasu… Niestety chyba za mało. – Odwróciłem wzrok od Dawida i się zamyśliłem.
– Jeśli chcesz, opracujemy dodatkowe szkolenia i podniesiemy poprzeczkę na treningach. Możemy też wprowadzić dodatkowe zasady.
Spojrzałem na niego wściekle. Jego zaangażowanie upokarzało mnie; to była moja działka i skoro dałem dupy, to sam musiałem to rozwiązać. Honor nie pozwalał mi przyjąć pomocy.
– Nie wpierdalaj się w moje sprawy. Poradzę sobie. Już ja pokażę im wszystkim, co to znaczy lojalność. Przeprowadzę taki trening, że będą błagać o litość. Postaram się, żeby zapomnieli o bożym świecie. Cholerni zdrajcy. Zabiję każdego, kto zdradził. – Ogarnął mnie taki gniew, że aż cały się spiąłem.
Wykrzywiłem usta w pogardzie i rozszerzyłem nozdrza, żeby dostarczyć więcej tlenu do organizmu. Napięte do maksimum mięśnie w przestrzelonym ramieniu dały o sobie znać. Oparłem głowę i próbowałem się rozluźnić. Siedziałem z przymkniętymi oczami, obmyślając plan.
– Uspokój się, bo twoja rana znowu krwawi. Całe szczęście już jesteśmy na miejscu. Wysiadaj. Zaraz się nią zajmiemy.
– Cholerny anioł stróż. Mówiłem, że nic mi nie będzie – warknąłem pod nosem, ale wysiadłem.
– Jak się nie uspokoisz, to zadzwonię po Kitty i Lilly. One na pewno starannie się tobą zajmą. Jako pielęgniarki na pewno położą cię do łóżka na dwa dni i zaaplikują antybiotyki. Masz na to ochotę?
Machnąłem ręką w jego stronę, jakbym chciał mu przyłożyć. W końcu tylko podrapałem się po głowie i obróciłem przodem do budynku.
– Zamknij się i chodź szybciej, bo chcę to mieć już za sobą – powiedziałem tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Usłyszałem tylko jego ironiczny śmiech. Uśmiechnąłem się pod nosem, bo wiedziałem, że Dawid chciał dobrze. Weszliśmy do biura w naszej siedzibie.
– Siadaj i się nie ruszaj. Zaraz zszyjemy tę ranę.
– Okej, tylko się nade mną nie znęcaj. Już widzę, jak się pastwisz.
– Nie stękaj jak baba, bo naprawdę zaraz zadzwonię po nasze pielęgniarki. – Zaśmiał się głośno i wyciągnął z szafki apteczkę. Następnie przyniósł z lodówki leki i zastrzyki.
Spojrzałem na to wszystko i zrobiło mi się zimno. Może i rany nie robiły na mnie takiego wrażenia – oberwałem już parę razy i miałem przez to niezłe blizny, tu i tam – ale igieł bałem się od dzieciństwa. Ich widok mnie paraliżował. Dawid przygotował wszystko, co było potrzebne do zszycia, i śmiał się pod nosem. Wiedział o mojej fobii. Zszywał mnie kilka razy i zawsze się dziwił, że taki silny i odważny mężczyzna ma strach w oczach na widok malutkiej igiełki. Prawie mdlałem od samego patrzenia na stolik, na którym poukładał zastrzyki przeciwtężcowe i znieczulające.
– Możesz się pospieszyć? Dobrze wiem, że cię to bawi, cholerny gnojku. Nawet się nie starasz tego ukrywać. Poczekaj, zemszczę się, zobaczysz. Przyjdzie taki moment, że to ja ciebie będę zszywał. – Zaśmiałem się kpiąco i położyłem rękę na oparciu krzesła.
Dawid umył ręce i włożył rękawiczki. Usiadł przede mną i wziął do ręki strzykawkę z lekiem przeciwbólowym.
– Na pewno ci na to nie pozwolę. Moje rany ma prawo opatrywać tylko moja żona, a teraz się nie ruszaj i nie patrz, co robię.
Zbladłem na widok igły. Odwróciłem szybko głowę i zakryłem ręką twarz. Zacisnąłem zęby i czekałem.
– Już. Możesz patrzeć. – Dawid zachichotał, kpiąc ze mnie.
– Jak to? Nic nie czułem. – Uśmiechnąłem się z ulgą.
– No widzisz… Nie było tak źle, prawda? – Poklepał mnie po policzku, jakbym był dzieckiem.
Odsunąłem głowę i walnąłem go w ramię.
– Głupek – wydobyłem z siebie stłumiony dźwięk, ale go to nie obeszło. Tylko co rusz się ze mnie podśmiewywał.
– Musimy poczekać chwilę, aż zastrzyk zacznie działać. Ty siedź, a ja sprawdzę, co z towarem. Zaraz wracam.
– Powinienem pójść z tobą. Na pewno potrzebna jest moja pomoc.
– Nigdzie nie pójdziesz! – krzyknął. – Siedź tutaj i się nie ruszaj, bo pobrudzisz ranę. To nie potrwa długo. Ludzie doskonale wiedzą, że mają sprawdzić towar i go wyładować. Nieraz robili takie rzeczy.
Wyszedł, a ja z wściekłym wyrazem twarzy chodziłem po pomieszczeniu. W końcu stanąłem przed lustrem i przyjrzałem się ranie. Była brzydka i Dawid będzie musiał się natrudzić, żeby to jakoś ogarnąć. Znowu zbladłem i zrobiło mi się słodko w ustach.
Nie miałem problemów z oglądaniem cudzych ran. Mógł to być rozpruty brzuch czy poodrywane członki – nie ruszało mnie to. Mogłem na to patrzeć obojętny, ale kiedy sam byłem ranny, robiło mi się dziwnie słabo. Nie z powodu rany, tylko dlatego, że wiedziałem, co będzie trzeba zrobić, żeby się jej pozbyć. Igły naprawdę mnie przerażały.
Dobra, dość tego, ty cholerny tchórzu, przecież jesteś dużym chłopcem i nie będziesz się rozklejał z powodu jakichś igieł. Usiadłem z powrotem na miejscu i zaczekałem na Dawida.
W końcu przyszedł.
– No jestem, jak tam samopoczucie, mały? – zakpił.
Nie przejąłem się. Zawsze z siebie kpiliśmy. Czasami było zabawnie, lubiliśmy sobie dogryzać.
– Możesz zaczynać, nie czuję połowy ręki.
– To dobrze. W takim razie do dzieła. Tylko mi tu nie patrz, bo nie mam zamiaru zbierać z podłogi twoich zwłok.
– Dobra, dobra, mądralo. Powiedz lepiej, jak się sprawy mają.
Mimo to odwróciłem głowę. Czułem, że wbija igłę, ale bezboleśnie. Tylko to dziwne uczucie mnie dobijało.
– Możesz mi podać coś mocniejszego? Jakoś dziwnie się czuję.
– Sekundę, tylko zacisnę.
Przyniósł mi butelkę brandy. Otworzył ją i nalał do szklanki. Natychmiast wypiłem całą zawartość. Zrobiło mi się ciepło; polałem sobie drugi raz i nie czekając, przełknąłem.
– Już mi lepiej. Długo jeszcze?
Spojrzał na mnie i znowu wyszczerzył zęby.
– Wytrzymaj jeszcze. Rana jest spora i muszę ją porządnie zamknąć, jeżeli chcesz mieć ładną bliznę.
– Nieważne. Kończ już, do cholery. Nie musi być ładna. Mam to w dupie. Facet musi mieć blizny. Im brzydsza, tym atrakcyjniejsza dla kobiet. – Machnąłem nerwowo ręką.
Dawid zmierzył mnie groźnie i powiedział:
– Nie majtaj mi tu nią, bo cię zostawię z dziurą, napaleńcu.
– Napaleńcu? Wiesz, jak długo nie miałem kobiety? Nie masz pojęcia. Jakoś nie mam ochoty się zabawiać po pracy. Zresztą wszystkie te dziewczyny są jakieś dziwne. Żadna nie budzi we mnie zainteresowania. Są mdłe i nieciekawe. – Znowu przeczesałem palcami brodę. Podrapałem się po głowie i spojrzałem z ciekawością na Dawida, który patrzył na mnie z uniesionymi w zdziwieniu brwiami.
– Chyba żartujesz?
Pokręciłem głową.
– Nie. Jakoś nie mam nastroju do żartów. Zresztą nie mam czasu rozglądać się za dziewczynami.
– Rzeczywiście, od bardzo dawna nie widziałem cię w klubie. Nie odwiedzasz nas. Może razem się tam wybierzemy? Na przykład dzisiaj. Zabierzemy Conora. Opijemy dzisiejszy dzień.
– Nie wiem. Zastanowię się. Dam ci znać.
Skończył zszywać ranę i opatrzył ją bandażem. Dopiłem brandy i wstałem.
– Chyba muszę cię odwieźć do domu. Chodź. – Dawid złapał mnie za zdrowe ramię i poprowadził do auta.
Poszedłem do klubu z Dawidem i Conorem. Siedzieliśmy w loży, popijaliśmy drinki i patrzyliśmy z góry na tańczących na parkiecie. Pomyślałem o tej pięknej kelnerce ze speluny. Gdyby tu była… Niestety nie mogłem jej tutaj spotkać, bo pracowała na nocne zmiany. Ciekawe, co teraz robiła… Zaśmiałem się pod nosem. W wyobraźni widziałem, jak doprowadzała do porządku jakiegoś faceta, który nie umiał się zachować; jak go tłucze i wyprowadza z baru. Przed oczami stanął mi obraz gołego faceta, którego naznaczyła jakimś szpecącym znakiem. Byłem ciekaw, dlaczego to zrobiła. Musiał jej coś zrobić. Tylko co? Gdyby mi powiedziała, sam bym go ukarał. Tak odważna kobieta stanowiła rzadkość. Miałem ochotę stąd wyjść i tam pojechać. Patrzeć na nią i zachwycać się jej idealnym ciałem. Podziwiać jej doskonałe ruchy i odwagę.
Poczułem szarpnięcie za ramię.
