Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Świat pogrąża się w wojnie. Nowy, bezlitosny przeciwnik burzy dotychczasowy porządek, a wszystkie magiczne istoty muszą walczyć o przetrwanie. Bogna, wiedźma cudem ocalała z niewoli w Serirze, Ige, młoda czarownica o darze, którego nikt nie potrafi wyjaśnić, Nayla, królewna pozbawiona tronu, oraz Liyen, odkrywająca w sobie moce zdolne odmienić jej los — każda z nich zostaje wciągnięta w konflikt, który rozlewa się na cały kontynent. Nawet Kal, niepozorny górnik, nie zdoła uciec przed nadciągającą burzą.
Podczas gdy oni walczą o własną przyszłość, na politycznej arenie zacieśnia się sieć intryg. Nowi sojusznicy pojawiają się tam, gdzie najmniej się ich spodziewano, lecz dawne rany i urazy nie znikają nawet w obliczu wspólnego wroga.
Czy uda się powstrzymać atak wymierzony w magię — siłę, bez której świat nie przetrwa?
Czy można odwrócić to, co zdaje się zapisane w losie?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 541
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Prawa autorskie © Aleksandra Sadura
Wydanie I, Łódź 2026
Redakcja: Agnieszka Szmatoła
Korekta: Katarzyna Urbańska
Korekta po składzie: Katarzyna Urbańska
Projekt okładki i stron tytułowych: Weronika Szulecka
Konwersja do wydania elektronicznego: Katarzyna Mróz-Jaskuła | Wielogłoska
ISBN 978-83-957093-4-0
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Książka dostępna jest także w sprzedaży i na platformach subskrypcyjnych w formie ebooka oraz audiobooka.
Smoki żyjące na smoczych wyspach
Rozdział 1
Cover
Dla mojego męża – dziękuję, że pomagasz mi spełniać marzenia, nawet te najbardziej szalone
Isar – najstarsza żyjąca smoczyca, łuski szmaragdowe
Favnir – najstarszy żyjący smok, łuski złote
Utu – syn Isar i Favnira, łuski złote
Dahak – smoczyca, łuski rubinowe
Vritra – córka Dahak, łuski czerwone
Lerna – córka Dahak, łuski czerwone
Lagon – smok, łuski czarne
Aitvaras – smok, łuski opalizujące, wielobarwne
Nayla
Paradilapis zaskakiwało Naylę na każdym kroku. Architektura i to, jak funkcjonowała tu społeczność elfów, stanowiły dla niej źródło niewyczerpanego zachwytu. Gdy, podobnie jak poprzedniego dnia, ich mijała, witali ją lekkimi skinieniami głowy. Przyglądała się im z ciekawością. Elfki i elfy mieli dość podobny sposób ubierania się – materiałowe, przylegające do ciała spodnie, luźniejsze koszule i ciaśniejsze kamizelki.
Dopiero dziś Nayla pomyślała, że kamizelki musiały jakoś informować o statusie społecznym, minęła właśnie dorosłą elfkę z dwójką dzieci – cała trójka miała identycznie haftowane kamizelki w odcieniu brązu. Odnotowała to i obiecała sobie, że zapyta później Aramitis o wyjaśnienie.
Starała się też zignorować tępy ból, który nią szarpnął, gdy jedno z dzieci uśmiechnęło się do niej nieśmiało. Gdyby wszystko było dobrze, gdyby statek nie został zdmuchnięty z morza przez sztorm, sama niedługo mogłaby spacerować ze swoim maleństwem. Przełknęła łzy, zanim zdążyły napłynąć jej do oczu. Nie mogła płakać, nie teraz, kiedy tyle trudnych decyzji czekało na podjęcie.
Wreszcie dotarła do północnej dzielnicy, jednej z pięciu w Paradilapis.
Nayla zdążyła się nauczyć, że w dzielnicach południowej i wschodniej, znajdowały się pola uprawne, natomiast najwięcej elfów zamieszkiwało zachodnią. W środkowej można było skorzystać z wszelkiego rodzaju usług: krawieckich, stolarskich, kowalskich; można też było kupić tam wszystko, co było potrzebne do codziennego życia.
Dzielnicę północną większość elfów odwiedzała najrzadziej. Wieńczył ją zamek, w którym mieszkali suwereni, ale też znajdowały się tu lochy oraz świątynie. Naylę bardzo ciekawiła ta główna budowla, jednak jak na razie jej tam nie zaproszono, za to Aramitis wyraziła zgodę, by Nayla odwiedziła lochy. Właśnie w tym celu przychodziła tu już trzeci dzień z rzędu. Musiała się po cichu wymknąć z pokoju, gdy Ion zapadł w drzemkę, inaczej uparłby się aby z nią przyjść, a ona wolała zrobić to bez niego.
Próbowała natomiast namówić tę wiedźmę, Bognę, żeby jej towarzyszyła, ale na marne. Ledwie ta usłyszała, co zamierza Nayla, strzeliła tylko oczami i prychnęła:
– Nie ma mowy, nie pójdę.
Nayla rzuciła wówczas wymowne spojrzenie Kalowi, który się upierał, że Bogna będzie chciała iść, że da się ją namówić. Przynajmniej odpowiedziała na wszystkie pytania Nayli o Zakon i o sytuację w Serirze. Najprzyjemniej słuchało jej się o śmierci kuzyna; w zasadzie – tylko o tym słuchało się dziewczynie dobrze. Świadectwo tego, co Zakon zrobił jej rodakom, przynosiło tylko ból.
Musiała więc udać się do lochów sama. Nigdy nie było tu tłumów i łatwo było podziwiać zdobne elewacje. Dekoracje z żywych kwiatów i liści wkomponowano w otoczenie dosłownie wszędzie, a na okiennicach domostw, zamieszkanych przez ważnych urzędników, lekarzy oraz wysoko postawionych wojskowych, dało się dostrzec kunsztowne ornamenty z mosiądzu i szlachetnych kamieni. Ją jednak interesowały tylko lochy, więc przemknęła pospiesznie między nielicznymi elfami i udała się prosto do potężnego budynku, który zdawał się wrastać w kamienne wzgórze o łagodnych stokach. Przed wejściem do nich stał strażnik, inny niż ten, którego Nayla widziała wczoraj. Odchrząknęła, podchodząc do elfa o jasnej skórze i włosach.
– Dzień dobry – powiedziała cicho. – Muszę porozmawiać z więźniem.
Strażnik zmarszczył czoło. Czyżby nie wiedział, kim była? Wydawało się jej, że już całą społeczność w Paradilapis uprzedzono o pojawieniu się na ich ziemi ludzi.
– Dzień dobry, Naylo Rabo. Z którym więźniem chcesz porozmawiać?
Nayla przygryzła wargę, powstrzymując się przed pełnym irytacji prychnięciem. Była pewna, że wiedział, do kogo szła.
– Mekeh Al-suda.
Kiwnął głową, po czym pogmerał przy pasku spodni, odpinając pęk kluczy. Przekręcił jeden z nich w kłódce zamykającej ogromne, ciężkie drzwi z jakiegoś dziwnego metalu, którego nie potrafiła zidentyfikować. Zauważyła, że wszystkie bronie noszone przez wojskowych były przynajmniej częściowo wykonane z tego surowca, czasami w całości. Nie miała jednak jeszcze okazji nikogo o to zapytać.
– Co to za metal? – wypaliła, gdy strażnik zaczął schodzić po schodach z pochodnią w dłoni.
– Który? – zdziwił się.
– Ten, z którego wykonane są drzwi. I twój sztylet – zauważyła, zerkając na broń połyskującą na jego udzie.
– Elfi stop – odpowiedział lakonicznie. – Tylko elfy powietrza go robią.
Nayla nie dopytała, jak odróżnić zwykłego elfa od elfa powietrza, ponieważ stanęła właśnie przed celą, w której uwięziony był Mekeh. Jasnowłosy strażnik mruknął pod nosem, że będzie czekał na górze, i zostawił ją samą z powiernikiem księcia.
Zbliżyła się do krat, ale Mekeh nawet nie drgnął. Stał, zamiast siedzieć, co ją nieco zaskoczyło, oparty o ścianę po jej lewej. Spojrzenie wbijał w przeciwległy kąt pomieszczenia.
– Dobry wieczór – odezwała się w końcu. – Porozmawiasz ze mną dzisiaj?
Zaśmiał się cicho pod nosem.
– A Wasza Wysokość ma mi do zaoferowania coś innego niż wczoraj?
Nayla skrzywiła się i zacisnęła pięści. Może i był uprzejmy, a w jego zachowaniu nie było nienawiści, której oczekiwała, ale te ciągłe odmowy doprowadzały ją do szału.
– Naprawdę opuszczenie tego miejsca to za mało? Mogę cię wyciągnąć z lochów, jeśli odpowiesz na moje pytania – skłamała, nawet się nie zająknąwszy.
– Proszę wybaczyć, Wasza Wysokość, ale elfy nie wydają się skłonne do współpracy. Nie chcę Waszej Wysokości obrazić, ale nie wierzę, żeby Wasza Wysokość miała wystarczająco dużo wpływów, aby mnie uwolnić.
Nayla przełknęła ślinę. Miała nadzieję, że gdy odzyska już tron, Mekeh nadal będzie żył, żeby mogła ponownie wtrącić go do lochu.
– Jesteś wojskowym, nie politykiem. Nie udawaj, że rozumiesz, jak to działa. I nie obrażaj mnie, sugerując, że nie dotrzymałabym obietnicy – syknęła. – Naprawdę nie interesuje cię wolność? Nie chciałbyś zjeść jak normalny człowiek, umyć się, przebrać czy choćby wyspać?
– Nie sądzę, żeby, Waszą Wysokość, obchodziło, czego chce zwykły żołnierz zmarłego księcia. Chyba że… – westchnął, a Nayla spięła się w oczekiwaniu – …przyjdzie tutaj ta sławiańska wiedźma. Bogna. – Głos mu zadrżał, gdy o niej mówił. – Ona ma coś, co mnie interesuje, a ja mam informacje, które chciałaby poznać Wasza Wysokość.
Nayli wyrwało się pełne irytacji prychnięcie. Nie mogła zmusić tej czarownicy, żeby tu przyszła, ale wiedziała, że dziś poddała się trochę za łatwo. Może wieczorem poprosi o pomoc Kala. Bogna zdawała się lubić go najbardziej z nich wszystkich, spędzali ze sobą sporo czasu.
– Zapytam ją – odparła cicho. – Cóż, skoro nie masz mi nic do powiedzenia, to…
– Proszę zaczekać, Wasza Wysokość – rzucił pospiesznie. – Nie ma tu reszty Świętych Wojowników, którzy ze mną płynęli. Wiem, że troje z nich zginęło w pożarze w lesie, ale co z pozostałą dwójką?
Nayla powstrzymała grymas satysfakcji.
– Czy ty naprawdę myślisz, że odpowiem na twoje pytanie po tym, jak zignorowałeś moje?
Głowa Mekeha wyłoniła się z mroku. Wyglądał gorzej niż wczoraj – sińce pod jego oczami się pogłębiły, twarz zapadła odrobinę bardziej, a czoło pokryło kolejną warstwą brudu. Usta zacisnął mocno, zamieniając je w wąską linię.
– Moja jedna odpowiedź za jedną Waszej Wysokości. To uczciwa propozycja.
Nayla skinęła głową. Nie zamierzała wybrzydzać.
– Najpierw moje – warknęła, gdy zaczął otwierać usta. – Czy mój kuzyn naprawdę wymyślił sobie to wszystko, tę zagładę świata, którą planujecie, czy stał za tym Yasef?
Mekeh przymknął oczy, a spomiędzy jego warg wydobyło się zmęczone westchnienie.
– To Ya… – odchrząknął – Najwyższy Kapłan uznał, że trzeba rozszerzyć pole działania Zakonu poza Serir. Jego Książęca Mość… proszę mi wierzyć, Wasza Wysokość, starałem się go chronić, ale podjął dużo odważnych, może nie do końca przemyślanych decyzji. W mojej opinii często wypaczał wartości, którymi kieruje się Zakon.
Kiwnęła głową. Spodziewała się usłyszeć taką odpowiedź, ale musiała być pewna, z jak niebezpiecznym przeciwnikiem miała do czynienia.
– Nie musisz na to odpowiadać, ale jestem ciekawa, dlaczego mnie tak uprzejmie traktujesz. Przecież według ciebie jestem niegodną tronu, zbrukaną królewną. – Uniosła brwi.
Wzruszył ramionami.
– Wierzę, że Wasza Wysokość będzie kiedyś moją królową – odparł. Nayla zdusiła okrzyk zdumienia, bo, mimo wszystko, w ogóle nie spodziewała się, że tak szybko Mekeh przestanie wierzyć w powodzenie Yasefa. – Ale nawet, gdyby tak się nie stało, uważam, że bez względu na okoliczności Waszej Wysokości należy się szacunek.
– Saram zapomniał o tym szacunku, gdy postanowił mnie zgwałcić – warknęła, przybliżając się o krok.
Mekehowi opadły ramiona. Wpatrywał się w nią dziwnym, intensywnym spojrzeniem, przez które przemknął cień odrazy, aż w końcu odwrócił wzrok.
– Odpowie teraz Wasza Wysokość na moje pytanie?
Skinęła. Może i go okłamywała, wmawiając mu, że jest w stanie go stąd wydostać, ale nie zamierzała zachowywać się niehonorowo wtedy, gdy nie było to konieczne.
– Przykro mi, ale nikt poza tobą nie przeżył. – Spojrzała na niego przelotnie, ale wystarczająco długo, by dostrzec, jak blednie pod warstwą kurzu. – Jeden z wojowników zmarł od ran. Tutejsi uzdrowiciele nie byli w stanie go odratować, a kategorycznie nie zgodził się na to, żeby leczyła go Bogna. Drugi czuł się dobrze, ale kilka godzin po uwięzieniu powiesił się we własnej celi.
Przez chwilę panowała cisza, aż wreszcie Mekeh się odezwał:
– Teraz już wiem, dlaczego tak często przychodzi tu ten strażnik.
– Jesteś wartościowym więźniem – przyznała z niechęcią.
– Dziękuję za odpowiedź, Wasza Wysokość. – Skłonił się lekko. – Dobranoc.
Nie była pewna, czy pokłonił się tak płytko z powodu bólu pleców, który na pewno odczuwał, czy raczej w ramach zniewagi.
– Dobranoc – odparła i ruszyła w kierunku schodów.
Znowu nie dowiedziała się zbyt wiele. Co do Yasefa, domyślała się już wcześniej, że to on pociągał za sznurki. Nie sądziła natomiast, że Mekeh miał tyle sentymentu do Sarama oraz jakąś słabość do tej wiedźmy. Nie umknął jej uwadze wyraz jego oczu, gdy o niej wspominał.
Pokręciła głową, wzdychając pod nosem. Najpierw Kal, teraz Mekeh… Jakim cudem Bogna zyskiwała sobie tylu sojuszników?
Może jednak było trochę prawdy w stwierdzeniu, że wiedźmom nie można ufać.
Bogna
– Nie dam… dłużej… rady – wykrztusiła Bogna, zmuszając drżące ramiona do pozostania wyprostowanymi. – Aramitis – jęknęła.
Po plecach spłynęła jej strużka potu. Nie, żeby to miało znaczenie. Koszula i tak była nim już przesiąknięta.
– Wystarczy – mruknęła Aramitis, kiwając głową. – To już piąty dzień. Dlaczego nie nabierasz sił?
Ige, która dotychczas siedziała cicho na porośniętym mchem głazie, prychnęła.
– Ludzie trochę wolniej zdrowieją i nabierają sił niż elfy – burknęła.
– Mam za sobą żałobę. I wykańczającą podróż. Przez kilka księżycy byłam uwięziona w obręczy, która blokowała moją magię. Nie możesz oczekiwać, że opanuję całą magię bojową w tak krótkim czasie – syknęła Bogna. – Dajmy sobie z tym spokój na dziś. Chciałabym poznać trochę teorii.
– Będziecie czytać książki? – Ige westchnęła, skacząc na równe nogi. – To ja się zwijam.
Aramitis odprowadziła ją spojrzeniem, ale nie skomentowała w żaden sposób zachowania Lodowcowej. Obie wiedziały, że widzą to samo – dziewczynę pełną nieokiełznanej magii, która mogła w każdej chwili zrobić komuś krzywdę. Magiczną zagadkę, z której rozwiązania mogło wyniknąć wiele dobrego. I wiele złego.
– Myślę, że w końcu zgodzi się na naukę magii – mruknęła Bogna – ale nie mam już pomysłów, jakich argumentów użyć.
– Ja też nie. Ten brak rozsądku w połączeniu z jej mocą… To nie zapowiada niczego dobrego.
Bogna wyobraziła sobie przez chwilę, jak zareagowałaby Ige, gdyby Aramitis wprost nazwała ją nierozsądną. Pokręciła głową.
– Teoria – przypomniała. – Obiecałaś, że gdy opanuję pierwsze zaklęcia, nauczysz mnie jej odrobinę.
– Najpierw muszę wiedzieć, co już wiesz. Mówiłaś, że używałaś sporo magii krwi, ale przyznam, że chyba nie wiem, co to oznacza. Z moich źródeł wynika, że ludzie mają do dyspozycji tylko jeden rodzaj magii i nie nazywamy tego magią krwi.
Bogna zmarszczyła czoło.
– Macie chyba lekko nieaktualne informacje. – Usiadła na głazie, który wcześniej zajmowała Ige. – Wiedźmy korzystają z trzech rodzajów magii: czarnej, czerwonej i białej. Biała magia wspiera naturalne procesy, przyspiesza je; czarna blokuje lub odwraca naturalne procesy. Ostatnia – czerwona – to magia krwi, zwykle stosuje się ją do leczenia.
Aramitis przez moment stała nieruchomo, wpatrując się w Bognę z konsternacją, aż w końcu otworzyła szerzej oczy.
– Rozbiliście wasz rodzaj magii na trzy… podrodzaje? – mruknęła. – Ciekawe… Dlaczego?
– Nie mam pojęcia. Czym według ciebie jest nasz rodzaj magii?
Aramitis usiadła na trawie. Bogna trochę zazdrościła jej tej umiejętności pozostawania spokojną w obliczu rzeczy, które inne osoby już dawno wytrąciłyby z równowagi.
– Istnieje pięć żywiołów: ogień, powietrze, woda, ziemia i energia życia. Gdy Protoplastka tworzyła świat, upewniła się, żeby każdy z obecnych gatunków miał równe szanse. Smoki uczyniła wielkimi, nieśmiertelnymi i silnymi. Dostały do dyspozycji żywioł ognia. Elfom z różnych ras podarowała moc nad wodą, ziemią lub powietrzem, możliwość samoregeneracji oraz bardzo długie życie, obejmujące wiele stuleci. Ludzie, można by uznać, zostali najskromniej obdarowani, gdyż tylko jednym żywiołem i krótkim, ulotnym życiem. Jednak to właśnie oni dysponują żywiołem energii, jedynym, który może uzdrawiać, ratować życia.
Bogna zamrugała gwałtownie, próbując przetworzyć wszystko to, co właśnie usłyszała.
– Czyli, jeśli dobrze rozumiem, według ciebie biała, czerwona i czarna magia zawierają się w ramach piątego żywiołu? – zdziwiła się. – Nie widziałam nigdy żadnych podań na ten temat.
– Możliwe, że ludzie o tym zapomnieli. Nie bez powodu rozbiliście wasz żywioł na trzy kategorie – zauważyła Aramitis.
– Ale przecież ja mogę czarować także obiekty martwe. Statek, kamień, cokolwiek. – Bogna przekrzywiła głowę. Elfka nie miała żadnych powodów, żeby ją oszukiwać, ale to jeszcze nie znaczyło, że zamierzała uwierzyć w każdą bajkę, którą ta spróbuje jej sprzedać.
– Wszystko, co pochodzi z natury, zawiera w sobie choćby iskrę energii życia. Dlatego to możliwe. Może będzie ci łatwiej osiągnąć upragnione wyniki w magii bojowej, jeśli będziesz patrzeć na swoją moc jak na żywioł, który przez ciebie płynie.
Bogna pokręciła głową.
– Już mówiłam: tu nie ma ziół, które normalnie wykorzystują wiedźmy walczące na froncie. Bez nich moje zaklęcia są za słabe.
– A ja już mówiłam, że podczas wojny tysiąc lat temu, wiedźmy nie korzystały z ziół. – Aramitis westchnęła znowu i przyjrzała się Bognie. – Kiedy szukasz magii, żeby z niej zaczerpnąć, skąd ją bierzesz?
– Z siebie, oczywiście. Co to w ogóle za pytanie?
Aramitis zesztywniała.
– Tylko z siebie? – Podrapała się po brodzie. – Nigdy nie próbowałaś czerpać z otoczenia?
– To zabronione. – Bogna zaczynała mieć dość tej rozmowy. Nie była pewna, czy elfka nie wcisnęła jej właśnie steku bzdur, do tego bolało ją całe ciało i była głodna. – Mogłabym kogoś zabić.
– Wiesz, jak dużo magii musiałabyś zaczerpnąć z otoczenia, żeby kogoś chociażby uśpić? Musiałabyś to robić przez wiele dni bez przerwy. Wyobraź sobie, że celowo próbujesz kogoś zabić, pochłaniając jego magię.
– To niemożliwe. Spaliłabym się od nadmiaru mocy – odrzekła Bogna odruchowo.
– Dokładnie. Widzisz ten paradoks?
Bogna przymrużyła oczy. Nigdy wcześniej nie zwróciła na to uwagi. Zresztą – wiedźmy raczej nie kwestionowały prawa obowiązującego w Sławii.
– Czyli twierdzisz, że byłabym w stanie zdziałać o wiele więcej, gdybym czerpała z otoczenia?
– Powinnaś spróbować. – Aramitis podniosła się i otrzepała kolana. – Zregeneruj się za pomocą magii. Usprawnij się nieco. A potem spróbuj mnie przewrócić na plecy.
Bogna również wstała. Zamknęła oczy. Z ogromną dozą niepewności badała umysłem otoczenie – swoim, jak to nazywała, wiedźmim zmysłem – sprawdzając, jak dużo energii mogła w nim znaleźć. Była otoczona mocą, która biła z każdej rośliny, z każdego kawałka ziemi. Wzięła głęboki wdech. Zaczerpnęła sporo magii ze swojego bezpośredniego otoczenia, przekierowując strumień energii prosto na siebie.
Robiła to niezwykle wolno i ostrożnie, a i tak zakręciło jej się w głowie od pokładów magii, jakie nagle w sobie zgromadziła. Zaczęła regenerować ciało, wzmacniać mięśnie, relaksować zmęczone stawy. Zajęło jej to chwilę, a gdy uniosła powieki, miała mroczki przed oczami.
– Niech mnie duchy przodków… – syknęła, pocierając mocno twarz. – Zaraz się przewrócę.
– Dasz radę. Pokaż się – rzuciła Aramitis, a Bogna z trudem się wyprostowała. – W porządku, nadal wyglądasz tak samo. Bałam się, że przesadzisz, ale najwyraźniej masz dobrze rozwinięty magiczny instynkt.
– Ja na to mówię wiedźmi zmysł. – Bogna wreszcie zaczęła oddychać równomiernie i widzieć wszystko jak wcześniej. – Chyba jestem gotowa, żeby spróbować. Z magią bojową.
– Dobrze. – Aramitis odsunęła się od niej na odległość kilku sążni. Bogna miała nadzieję, że nie widać po niej, jak bardzo niepokoiła ją prędkość, z jaką Aramitis wszystko robiła.
Elfy miały ostrzejsze zmysły od ludzi, przez co mówiły ciszej, widziały w ciemności, miały słuch i węch godny psa myśliwskiego, słabo doprawiały jedzenie, a także bardzo pilnowały tego, żeby nikt się do nich zanadto nie zbliżał. Bogna trochę to rozumiała. Gdyby odczuwała dotyk intensywniej niż dotychczas, prawdopodobnie zachowywałaby się dokładnie tak samo.
– Uwaga – uprzedziła Bogna.
Zacisnęła zęby i skierowała na siebie kilka strumieni energii z okolicznych skupisk, gdzie było ich najwięcej: drzew, krzewów, zwierzęcych nor. Zwizualizowała tę moc jako gigantyczną kulę przyklejoną do klatki piersiowej elfki.
A potem kazała nauczycielce upaść pod jej ciężarem.
Ta jednak się nie przewróciła – nie do końca. Zaklęcie Bogny po prostu wgniotło ją w ziemię.
Wiedźma pisnęła zduszonym głosem i rzuciła się w kierunku elfki.
– Aramitis!
Elfka znajdowała się w głębokim na jeden łokieć dole, o dokładnie takim kształcie, jakie miało jej ciało. Bogna chwyciła ją za ramiona i potrząsnęła. Nie doczekawszy się żadnej reakcji, wyciągnęła ją z dołu.
Sprawdziła puls – był słaby, ale elfka żyła. Chociaż… Jakby z każdą chwilą stawał się coraz mocniejszy. Klatka piersiowa także zdawała się unosić coraz wyraźniej, coraz wyżej. Aż wreszcie Aramitis otworzyła oczy, a Bogna wrzasnęła, jakby elfka powróciła zza grobu.
– Na przodków! – ryknęła Bogna. – Nigdy więcej mi tego nie rób! Myślałam, że cię zabiłam!
Aramitis usiadła, krzywiąc się tylko odrobinę, jakby wgniecenie w ziemię sprawiło jej jedynie niewielką niedogodność.
– Gdybym była człowiekiem, tak właśnie skończyłoby się to ćwiczenie – skwitowała kwaśno. – Złamałaś mi kręgosłup i zmiażdżyłaś płuca. Plecy będą mnie boleć do kolacji.
– Przepraszam – wydusiła Bogna. Otarła twarz. Nawet nie zauważyła, że pociekły jej łzy, ale może po prostu był to pot. – Nigdy w życiu nie udało mi się wykonać tak silnego zaklęcia, a tym bardziej bez użycia ziół.
– Domyśliłam się. – Aramitis udało się stanąć. Wciąż ściągała łopatki z nieco zbolałą miną. – Cóż, od teraz nasze zajęcia będą z pewnością łatwiejsze. Tutaj spisałam księgi z teorią magii bojowej, możesz się przejść do biblioteki, na pewno je mają. – Podała jej świstek papieru zapisany eleganckim pismem. – Poszukam ci też jakichś ochotników do ćwiczeń.
Bogna schowała kartkę do kieszeni. Na samą myśl o wycieczce do biblioteki miała ciarki z ekscytacji.
– Chcesz mi wmówić, że są elfy, które chcą być dzień w dzień łamane, miażdżone i rozwalane? – mruknęła, uświadamiając sobie, że żaden człowiek nie chciałby być workiem treningowym dla wiedźmy, nawet ze świadomością, że ta go później uzdrowi.
Aramitis posłała jej chłodne spojrzenie, po którym Bogna pożałowała, że w ogóle zadała to pytanie.
– Są elfy, które uznają, że warto znieść trochę bólu, aby wyszkolić wartościową wojowniczkę – odparła surowym tonem. – Myślę, że możemy na dziś zakończyć. Zresztą… ktoś po ciebie przyszedł. – Wskazała brodą na kogoś za jej plecami.
Bogna odwróciła się i mimowolnie uśmiechnęła, gdy zobaczyła, jak Kal macha jej z oddali. Dzień po tym, jak się tu zjawili, zaproponował, że mogą razem zwiedzać okolicę. We dwójkę trudniej było się zgubić, a zawsze było też raźniej nie chodzić po obcym miejscu w pojedynkę.
– Muszę jeszcze z tobą o czymś porozmawiać – dodała Aramitis bardzo cichym tonem, tak cichym, że po ciele Bogny przebiegł dreszcz. – Ale to już jutro. Upewnij się, że go nie będzie.
– Słucham? – zdziwiła się Bogna, ale widząc wyraz twarzy elfki wzruszyła ramionami. – W porządku.
Odeszła w kierunku Kala, uśmiechając się do niego promiennie. W głębi duszy jednak zastanawiała się nad słowami Aramitis. Przełknęła ślinę, gdy Kal objął ją ramieniem, na co jej żołądek zareagował nerwowym, ale dość przyjemnym ściśnięciem. Czyżby myliła się co do Kala? Co takiego mogła wiedzieć o nim Aramitis, co sprawiało, że musiała z nią o nim porozmawiać?
Kal
Kal przetarł oczy, oślepiony słońcem, które zanurkowało do pokoju przez otwarte okno.
Z każdą pobudką przeżywał nieco mniejszy szok. Nie budził się już w więzieniu, na uklepanej, suchej jak wiór ziemi, gdzie każde ziarenko piasku wbijało mu się w ciało, tworząc na skórze swoistą konstelację czerwonych śladów. Nie budził się też na statku. Na samą myśl o tym, coś szarpnęło go za żołądek. Zapach Bogny, która leżała tuż obok, wciąż był żywy w jego pamięci, i ten sposób, w jaki przeczesywała rano włosy palcami…
Odchrząknął, dyscyplinując myśli. Zerknął na bezchmurne niebo, niemal niedowierzając, że w tej chwili w Bezkraju panowała już sroga zima. Przekrzywił głowę. Musiała być już pora śniadania. Znowu się spóźni.
W pośpiechu zaczął wciągać na siebie ubrania, jednocześnie szukając butów, które powinny być gdzieś pośród walających się na podłodze książek. Zanim udało mu się je znaleźć, ktoś zapukał, podrywając go do pionu.
Pukanie rozległo się drugi raz i Kal nie musiał pytać: „kto tam?”, żeby wiedzieć, kto stał po drugiej stronie drzwi. Znał już na pamięć sposób, w jaki każda z nich się anonsowała. Aramitis pukała delikatnie, niemalże pieszczotliwie, jakby zamiast pukania jej celem były łaskotki. Ige waliła z taką siłą i natarczywością, że Kal odruchowo się irytował. Nayla traktowała drzwi z taktem godnym królewny – jej uderzenia były wyraźne i miarowe, wyważone. Bogna pukała najszybciej z nich wszystkich. Uderzała trzy razy, a potem, po chwili przerwy, znowu trzy. Puk, puk, puk. Szybkie, coraz szybsze uderzenia, jak bicie jego serca.
– Możesz wejść – krzyknął, wyciągając w końcu buty spod narzuty, którą zwykle przykrywał łóżko, a wczoraj przed snem zrzucił na podłogę.
Najpierw w ogóle na nią nie spojrzał, bo wiązał jeszcze buty. Widział tylko czubki jej stóp okrytych botkami, których chyba nigdy wcześniej na sobie nie miała. Domyślał się, że ogląda teraz jego pokój – zabałaganiony tak bardzo, że przestało mu już nawet być wstyd. Nie miał żadnej motywacji, żeby tu sprzątać. Prawdopodobnie niedługo i tak go tu nie będzie.
Jeśli jednak Bognę zniesmaczył bałagan, nie zająknęła się o tym ani słowem.
– Aramitis poprosiła – powiedziała tylko – żebym cię pogoniła, albo będziesz jadł sam.
Kal odetchnął nieco, prostując się. Wczoraj niemal pokłócił się o ten bałagan z Naylą. Już miał odpowiedzieć Bognie, że mogą iść, gdy wreszcie na nią spojrzał i język odmówił mu współpracy. Jak to się działo, że odkąd ją poznał, jakby stracił władzę nad własnymi myślami? To było do niego tak niepodobne.
Miała na sobie lnianą, dość luźną koszulę, którą opinała ciasno przy ciele skórzana kamizelka wiązana pod piersiami, i przylegające do ciała spodnie z woskowanego materiału. Jej botki sięgały do połowy łydki.
Gapił się na nią przez chwilę, jak skończony idiota, aż wreszcie udało mu się wykrztusić:
– Dlaczego się tak ubrałaś?
Bogna przewróciła oczami.
– Dzięki – prychnęła, ale po chwili świdrowania go wzrokiem odpuściła, wzdychając ciężko. – Aramitis kazała mi to włożyć. Powiedziała, że nie będzie mnie szkolić, jeśli nadal będę chodzić w tym, cytuję, „konopnym worze na groch”. – Wzruszyła ramionami, ale nie udało jej się zamaskować irytacji, która igrała z rysami jej twarzy. – To tylko ciuchy. Niektóre wiedźmy i wojowniczki w Sławii też się tak ubierają. W końcu się przyzwyczaję. Jutro już nikomu nie będzie się to rzucało w oczy.
Kal pomyślał, że on z pewnością się nie przyzwyczai i raczej nie przestanie mu się to rzucać w oczy, ale przełknął te słowa. Skinął tylko głową.
– Dzisiaj zaczynasz? – zapytał, chociaż przecież znał odpowiedź na to pytanie. – Ige też będzie się uczyć?
– Nie wiem – mruknęła. – Nie podjęła jeszcze decyzji.
Wyszła, gdy tylko Kal wstał.
Szedł pół kroku za nią, na tyle blisko, że czuł jej zapach, ale wciąż wystarczająco daleko, żeby jej związane w kucyk włosy skakały mu przed oczami. Nieświadomie zwalniając, pozwolił jej oddalić się jeszcze bardziej. Próbował oderwać wzrok i czasem mu się to udawało, ale nigdy na długo.
Im bliżej jadalni byli, tym bardziej krzepło w nim postanowienie, żeby się stąd wynieść. Czym prędzej. Może nie uważał się za dobrego człowieka, ale, na wszystkich bogów, nawet on nie zasługiwał na to, żeby cierpieć w ten sposób. Jeśli będzie spędzał z nią tyle czasu, to w końcu oszaleje.
Usiadł przy stole, celowo zajmując miejsce jak najdalej Bogny. Nawet na niego nie spojrzała. Zresztą nie było w tym nic dziwnego; robił tak, odkąd tu przyjechali.
Chwycił za widelec, ale zanim zdążył go podnieść do ust, ktoś usiadł tuż koło niego.
– A tobie co się stało? – burknęła Ige.
– Nic mi się nie stało. Dzień dobry – odparł. – To ty wyglądasz na niezbyt szczęśliwą.
Posłała mu spojrzenie, które zabiłoby go, gdyby mogła je uzbroić.
– Niezbyt szczęśliwą? No tak, pomyślmy – warknęła, miażdżąc wściekle arbuza na talerzu. – Aramitis wie coś na mój temat, o czym nie chce mi powiedzieć. Siedzę tu od trzech dni, a ona nadal się co najwyżej tajemniczo uśmiecha. Twoja dziewczyna usiłuje mi wmówić, że z moją magią da się coś zrobić, chociaż próbuję jej wbić do głowy, że to niemożliwe, że gdyby się dało, to moja własna matka umiałaby na pewno nauczyć mnie czegoś wartościowego. Ale nie, ona nie odpuszcza, jakby uważała, że rozumie mnie samą lepiej. Mam tego dosyć.
Kal odchrząknął cicho i zniżył nieco głos. Zerknął przez stół. Aramitis była pogrążona w rozmowie z Bogną, Nayla standardowo nawet nie tknęła śniadania, tylko nieruchomo wpatrywała się w talerz, a Ion patrzył na nią z tą samą co zwykle zatroskaną miną.
– Mam propozycję – oznajmił Kal. – Powiedziałbym, że nie do odrzucenia, patrząc na to, co właśnie powiedziałaś.
Ige uniosła jedną brew.
– Zaciekawiłeś mnie – przyznała.
– Chciałbym stąd wyjechać – oświadczył. – Zamierzam wrócić do Bezkraju, do kopalni. Może też będziesz się chciała zabrać. Nadal chętnie cię zatrudnię, jak dawniej. Zanim wydarzyło się… to wszystko.
W oczach Ige błysnęła ożywiona iskierka.
– Poważnie? Wrócilibyśmy do domu i nigdy więcej nie gadali o tym wszystkim?
– Poważnie. – Wysilił się na uśmiech. – Wiem, że lubisz Naylę, ja też ją lubię, ale ona ma swoją misję, tron do odzyskania. Nie sądzę, żeby nas do tego potrzebowała.
Ige przekrzywiła głowę, posyłając mu niepokojąco poważne spojrzenie.
– A co z Bogną?
Zacisnął szczęki.
– A co ma być?
– Proszę cię, nie traktuj mnie jak idiotki – parsknęła cicho. – Nie mów, że ją zostawisz. Nie bądź głupi, przecież ona…
– Wiesz, jak na kogoś, kto się urodził, gdy ja już pracowałem, trochę się wymądrzasz. – Zirytował się. – Czy ja ci wmawiam, że powinnaś przyjąć ofertę Bogny i uczyć się od niej magii? Nie. Jesteś dorosła, to twoja decyzja, nawet jeśli się z nią nie zgadzam. Ja podjąłem swoją. Jeśli naprawdę jesteś moją przyjaciółką, to ją zaakceptujesz.
Ige opadły lekko ramiona.
– Oczywiście, że jestem twoją przyjaciółką. – Jej głos niebezpiecznie zmiękł. – Dlatego nie mogę patrzeć, jak robisz sobie krzywdę. Jak nie dajesz sobie nawet cienia szansy. Ale… masz rację, co przyznaję z niechęcią – mruknęła. Przymknęła oczy i potarła skronie z cichym westchnieniem. – Zastanowię się, czy dołączyć.
– W porządku. – Ulżyło mu, że nie drążyła już tematu Bogny. – Zamierzam wyruszyć czym prędzej, ale jeszcze nie rozmawiałem o tym z elfami. Nie wiem, czy pożyczą mi statek. Myślę, że Ion w końcu ruszy dalej w trasę, wówczas zabiorę się razem z nim i dotrę sobie do domu skądkolwiek by to nie było.
Ige zerknęła ponad jego ramieniem w stronę miejsca, gdzie siedzieli Nayla i Ion.
– Jak na moje oko, to on się nigdzie bez niej nie ruszy – zauważyła. Na jej czole pojawiła się bruzda, ta sama, która pojawiała się zawsze, gdy rozmawiali o Nayli. – Wiem, że bardzo się o nią martwi.
– Ty też się o nią martwisz.
– A ty nie? – Pokręciła lekko głową. – Jak nie zacznie w końcu jeść, to nawet Bogna nie będzie w stanie jej odratować.
– Wyliże się z tego. Zobacz, ile już przetrwała. Daj jej trochę czasu – odparł.
Ige przewróciła oczami.
– Zaczynam rozumieć to twoje gadanie o wymądrzaniu się – mruknęła. – Strasznie to wkurzające.
Uśmiechnął się mimowolnie.
– Polecam się na przyszłość.
Dokończył śniadanie, przyglądając się wszystkim, którzy po kolei wstawali od stołu. Śledził wzrokiem Ige, która pomimo wszystkiego, co powiedziała, podążyła za Bogną i Aramitis, żeby się przyjrzeć, jak elfka szkoli wiedźmę w magii bitewnej. Zanim zniknęła za drzwiami jadalni, Bogna rzuciła mu krótkie spojrzenie i uśmiech. Skinął jej głową, starając się jednocześnie wcale o niej nie myśleć. Im bardziej się jednak starał, tym gorzej mu to wychodziło. Może uda mu się o niej zapomnieć, kiedy przestanie ją ciągle widywać.
Nayla również posłała mu wątły uśmiech. Kal nie skomentował tego, że pozwoliła Ionowi otoczyć się ramieniem. W zasadzie się cieszył, że ktoś tak się o nią troszczył i że w końcu nauczyła się na to pozwalać; wciąż pamiętał, jak na początku jesieni, gdy zamieszkała z nim w jego chatce, odmawiała przyjęcia pomocy, którą próbował jej zaoferować. Może po prostu potrzebna była do tego właściwa osoba.
Westchnął pod nosem. Nigdy nie będzie właściwą osobą… Chyba, że do prowadzenia kopalni w górach Bezkraju. To z pewnością umiał robić doskonale. Czy w życiu nie chodziło właśnie o to? Powinien robić to, co umiał, zamiast wygłupiać się jak dzieciak, który szuka swojego przeznaczenia. W Bezkraju czekało na niego wszystko, na co pracował od urodzenia. Tutaj był zupełnie zbędny. Tam wciąż mógł się na coś przydać.
Decyzja o powrocie przyszła mu zaskakująco łatwo, dlatego nie rozumiał, czemu na samą myśl o opuszczeniu tego miejsca czuł to bolesne ukłucie w sercu. Przecież nic go tu nie trzymało.
Nic a nic.
Ige
Ige kopnęła w kamienną ścianę z całą mocą. Coś strzyknęło, a chwilę później okropnie zabolała ją stopa. Pokręciła nią, aż ból przeszedł, i uznała, że jednak odreagowywanie gniewu w ten sposób było głupim pomysłem.
– Czy ty sobie właśnie złamałaś palec? – Nayla wytrzeszczyła oczy. – Jeśli przyszłaś się tu okaleczać, to proszę, wyjdź.
– Nie złamałam go! Ale już idę, skoro nalegasz. – Ige prychnęła, podrywając się gwałtownie.
Wraz z nią z łóżka zeskoczyły wszystkie cienie, którym pozwalała się swobodnie wić wokół ciała tylko w towarzystwie przyjaciółki. Zrzuciła też przy okazji z łóżka Nayli koc, ale nie zamierzała go poprawiać. Niech ma za swoje, skoro się wymądrza. Złapała jednak jej spojrzenie i poczuła, jak rumieniec wykwita na jej twarzy. Pieprzona królewna. Zawsze wiedziała, jak ją podejść.
– No dobra. Głupio zrobiłam – mruknęła Ige, opadając z powrotem na łóżko. Podciągnęła koc, który zrzuciła, na materac. – Jestem taka wkurzona… – Zerknęła na Naylę. Od czasu utraty dziecka, nie odzyskała tamtego, zwykłego jej, blasku w oczach. – Przepraszam. Nie wiem, po co gadam o sobie.
– Nie mam ochoty wiecznie mówić o tym samym. Chętnie posłucham twojego jojczenia, o ile nie zaczniesz się rozczłonkowywać.
Ige uśmiechnęła się mimowolnie.
– Fajny pomysł. Zapamiętam sobie – bąknęła. – No, ale wiesz, czemu jestem zła. Bogna i to jej całe uczenie się magii.
– Chce dobrze – zauważyła Nayla łagodnym tonem. – Też za nią nie przepadam, ale w tym wypadku naprawdę myślę, że chce ci pomóc.
– Czemu za nią nie przepadasz?
Nayla westchnęła pod nosem. Podwinęła nogi, tak, aby objąć kolana rękoma.
– Nie podoba mi się to, w jaki sposób owinęła sobie Kala wokół palca. Dodatkowo mam wrażenie, że jest jej to kompletnie obojętne. Mimo wszystko jestem dłużniczką Kala, nie chcę, żeby ta wiedźma go wykorzystała – prychnęła. – Ale niestety jestem też i jej dłużniczką, bo uratowała mi życie po utracie ciąży. Nie widzisz, jak wyświadcza wszystkim przysługi, pozornie nie wymagając niczego w zamian? Z tobą chce zrobić tak samo, ale ponieważ propozycja wyszła od Aramitis, wierzę, że nie ma drugiego dna.
Ige spojrzała na Naylę z niedowierzaniem.
– Bycie królewną nieźle namieszało ci w głowie. Naprawdę myślisz, że ludzie nie pomagają innym tak po prostu?
– Przeciwnie, ludzie to robią. Ale nie wiedźmy.
– Robią to przede wszystkim wiedźmy. Większość Sławian nie stać na to, żeby opłacać ich usługi, a one i tak pomagają. Nie odmówią uzdrowienia kogoś tylko dlatego, że rodziny na to nie stać – odrzekła Ige. Pamiętała te wszystkie dni, gdy musiała przeżyć cały dzień jedynie o kromce czerstwego chleba, bo matka nie miała serca, żeby żądać pieniędzy od chorych ludzi, którzy nie mieli nawet dachu nad głową. – Nie sądzę, żeby Bogna naprawdę chciała nas wykorzystać, bo niby po co? Żyła sobie skromnie w tej swojej wsi, zanim Mekeh i jego banda porwali ją do twojego kraju. Nie wydaje się być aż tak pazerna na władzę czy pieniądze.
Nayla przez chwilę przyglądała się Ige w milczeniu, z zaciśniętymi ustami.
– Może masz rację – wymamrotała. – Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego sama nie chcesz przyjąć jej pomocy.
Ige poczuła, jak znowu wzbiera w niej gniew, falą zalewając jej umysł. Cienie zaczęły się wić szybciej wokół jej ciała, jakby szykowały się do ataku.
– Moja matka była najlepszą wiedźmą na północy. Gdyby dało się mnie nauczyć standardowej magii, z pewnością jej by się to udało. Próbowała przez wiele lat i nic – syknęła Ige. – Jakby to było możliwe, to już bym coś umiała.
Nayla przewróciła oczami.
– Jeśli Bogna nauczy cię czegoś, czego nie umiała twoja mama, to nie oznacza, że była gorszą wiedźmą. Specjalizowała się w czymś innym niż Bogna. I nie miała elfki do pomocy, w przeciwieństwie do naszej koleżanki czarownicy ze Sławii – dodała z lekkim cieniem poirytowania. – Powinnaś spróbować. Jestem pewna, że okażesz się zdolna i pojętna. Wyobraź sobie, że mogłabyś walczyć nie tylko sztyletem. Nie chciałabyś tego?
Ige zagryzła wargę. Nayla trafiła w jej czuły punkt – w marzenie, które pielęgnowała od dzieciństwa. W tej wymarzonej rzeczywistości była wielką wojowniczką i rewolucjonistką. Z magią z pewnością łatwiej byłoby to osiągnąć.
– Może masz rację – burknęła Ige. Pociągnęła nosem. – Chyba poszukam Aramitis. Gdyby szkoliła mnie elfka, a nie wiedźma, to może… nie wiem, może nie czułabym się jakbym zdradzała mamę.
– Twoja mama na pewno bardzo by chciała, żebyś się rozwijała, uczyła i zdobyła wszystkie umiejętności, jakie sobie zamarzysz. Zdradą jest nieskorzystanie z tej okazji – wytknęła jej Nayla.
Ige przetrawiła z trudem jej słowa. Prawdą było, że matka nigdy nie gniewałaby się na nią za pobieranie nauk magicznych u kogoś innego niż ona sama, ale nie w tym rzecz. Ige po prostu bardzo nie chciała być zmuszona do uznania czyjegoś kierownictwa. Matka miała do tego prawo – w końcu ją urodziła i wychowała – ale Bogna? Była obca, w dodatku miała tendencję do zarozumialstwa, która sprawiała, że Ige miała ochotę czasami tupnąć nogą jak dziecko.
Ale skoro to Aramitis uczyła teraz magii bojowej Bognę, może ją także zgodziłaby się uczyć.
Posłała Nayli uśmiech pełen wdzięczności i podniosła się z łóżka dokładnie w chwili, w której ktoś zapukał do drzwi.
– Proszę – mruknęła Nayla.
Ion wsunął się do pokoju, przynosząc ze sobą tę nieco irytującą aurę optymizmu, którą wszędzie roztaczał. Nawet nie spojrzał na Ige – jego oczy od razu skierowały się na Naylę.
Ige wyszła więc, nie żegnając się z nikim. Cieszyła się, że Nayla miała teraz Iona. Tylko on miał w sobie wystarczająco dużo wrażliwości i jednocześnie pogody ducha, żeby skutecznie poprawiać samopoczucie królewny.
Pokuśtykała na dół po schodach – może nie złamała sobie niczego, ale na pewno przynajmniej stłukła palec – ale w jadalni nie zastała nikogo. Wszystkie pomieszczenia na parterze domu, które rozbitkowie dostali na swój użytek, były puste, poza sypialnią Nayli na górze. Aramitis i Bogna pewnie były w dalszym ciągu na treningu, a Kal… No właśnie, gdzie mógł być Kal?
Ledwie jednak wyszła przed drzwi wejściowe, gdy wpadła na Aramitis w towarzystwie jakiegoś elfa. Ige syknęła z bólu, gdy przydepnęła sobie przypadkiem stłuczoną stopę.
– Wszystko w porządku? – zapytała Aramitis z troską w głosie.
– T-tak – wykrztusiła Ige, mrugając prędko, aby pozbyć się łez sprzed oczu. – Kto to?
– Cygnus, to Lodowcowa, Ige – rzuciła Aramitis spokojniejszym już tonem. – Ige, to Cygnus. Jest suwerenem Paradilapis.
– Suwe… To pan jest, eee, księciem? – wydukała Ige, z ulgą zauważając, że w wieczornym mroku nie było widać, jak się czerwieni.
– Jestem władcą Paradilapis – odparł. Podszedł krok bliżej, wstępując w światło rzucane przez płonącą koło domu pochodnię, dzięki czemu Ige mogła się mu lepiej przyjrzeć. Był równie wysoki, co Aramitis, i miał podobnie czarne i długie jak ona włosy. Jak wszystkie elfy, wydawał się nienaturalnie perfekcyjny, jednak jego uroda miała w sobie coś drapieżnego, co sprawiło, że Ige się cofnęła, łapiąc za klamkę drzwi za plecami.
– Przyszliśmy do Nayli. To znaczy, mój brat chce ją poznać – oświadczyła Aramitis. – Mówiłam, że Nayla nie jest jeszcze wystarczająco silna, żeby przyjść do zamku na kolację.
– To przyszła królowa. Chcę się upewnić, że niczego jej nie brakuje, i chociaż trochę z nią porozmawiać – dodał Cygnus łagodnym tonem, ale Ige nie dała się zwieść.
Byli tu od pięciu dni i nagle zachciało mu się pogaduszek? Nawet jak na kogoś nieobytego z dworską etykietą, Ige miała silne przeczucie, że coś tu się nie zgadzało. Skoro Nayla nie miała siły, to powinien to uszanować, a nie wpychać się nieproszonym do domu, w którym sam pozwolił jej się schronić.
– Czy nie mógłby pan przyjść chociażby jutro? Nayla jest naprawdę wykończona – odrzekła Ige. Wyobraziła sobie niedowierzanie, które pojawiłoby się na twarzy Nayli, gdyby widziała, jak jej przyjaciółka wspina się na wyżyny dyplomacji.
– Obawiam się, że to nie podlega dyskusji. – Ton jego głosu się wyostrzył. Z pewnością nie chodziło tu o zwykłą wizytę towarzyską, ale chyba nie planował zrobić Nayli krzywdy?
Ige postanowiła w głębi ducha, że w razie czego po prostu go zabije. Nie pozwoli, żeby Nayli spadł choć jeden włos z głowy.
– Wobec tego ją zawołam – mruknęła Ige i pognała po schodach tak szybko, jak tylko pozwalała jej na to boląca noga.
Prawie od razu wpadła do pokoju Nayli, ale w ostatniej chwili zreflektowała się i zapukała. Niemal natychmiast otworzył jej Ion.
– Dopiero co wyszłaś – zauważył z wyrzutem.
Ige uniosła brew, nieco rozbawiona jego rozżaleniem.
– Aleś spostrzegawczy – prychnęła i spojrzała na Naylę. – Przyszedł książę, czy ten tam, suweren Paradilapis. Cygnus. Jest bratem Aramitis i tak bardzo chciał cię zobaczyć, że nie dał rady zaczekać, aż poczujesz się lepiej. – Ściszyła głos. – Na mój gust, to czegoś od ciebie chce, strasznie nalegał, żeby tu wleźć.
Nayla westchnęła z wyraźną irytacją, pocierając skronie.
– Pewnie się boi, że podstawił mnie Zakon. Już idę. Zostaniesz ze mną? Im więcej wsparcia, tym lepiej – mruknęła, stając na nogi. – Ion, ty też chodź.
Ige pozwoliła im się wyprzedzić na schodach, głównie dlatego, że wciąż kuśtykała. Dzięki temu, że zeszła jako ostatnia, mogła przyjrzeć się wszystkim z pewnej odległości.
Uderzyło ją to, z jaką uwagą całą sytuację – witanie się, dyganie, pochlebne komentarze, dyplomatyczne uniki – obserwuje Aramitis. Ige czuła, że elfce nic nie umyka, nawet fakt, że ona sama się jej przyglądała.
Nagle zupełnie straciła chęć do nauki pod jej okiem. Bogna może była sławiańską wiedźmą, może była nieco przemądrzała i irytująca, ale była przynajmniej człowiekiem. Pochodziły, teoretycznie, z tego samego gatunku, chociaż z różnych narodów. Obie bardzo dużo straciły, żadna z nich nikogo nie miała. A Aramitis była elfką bez żadnego pojęcia o wojnie, kimś, komu Ige nie miała podstaw ufać.
Bogna z kolei ocaliła Naylę od śmierci. Ocaliła też Kala. To już o czymś świadczyło.
Liyen
Wyciśnięte uderzeniem powietrze zniknęło jej z płuc. I gdy w końcu udało jej się choć trochę go nabrać, zachłysnęła się nim. Zapiekło ją gardło, palił kręgosłup i tył czaszki, a mięśnie w nogach odmówiły współpracy i kompletnie zdrętwiały.
A jednak znalazła w sobie siłę – może w tej chwili to nie była już siła, rozsądna i potrzebna, tylko zwykły, głupi upór – i stanęła z powrotem na nogi. Zajrzała prosto w smocze ślepia, próbując nie przesyłać poprzez ich więź negatywnych emocji, które się w niej kłębiły.
Nie poddajesz się, zauważył Utu, a ona z trudem powstrzymała prychnięcie.
– Nie za bardzo dajesz mi wybór – warknęła, ocierając wierzchem dłoni twarz. Sama nie była już pewna, co na niej było: pot, łzy, czy może się po prostu opluła. Przebywając między smokami, każdego dnia odrobinę bardziej traciła swoje człowieczeństwo, i to ją nieco przerażało.
Zawsze jest wybór, ale ty jesteś z tych walczących do końca. Szkoda tylko, że niczego się nie uczysz po drodze.
– Może zróbmy chwilę przerwy. Żołądek mi się skręca z głodu – odparła.
W pierwszej chwili nie pobiegła jednak do swojego malutkiego obozowiska, gdzie przyrządzała jedzenie, tylko w kierunku niewielkiego wodospadu, w którym myła się po treningach. Z ulgą zdjęła ubrania – miała ich tylko jeden komplet, co zaczynało działać jej na nerwy – ale przynajmniej po każdym praniu Utu suszył materiał swoim oddechem. Wyszorowała się, przeprała ubrania i w mokrym stroju wróciła do obozowiska, gdzie zabrała się za przyrządzanie czegoś w rodzaju sałatki z dostępnych tu owoców.
Pomyślała o tym, jak bardzo kiedyś lubiła przebywać w kuchni. Okazało się jednak, że przyrządzanie jedzenia nie należy do jej ulubionych zajęć. Szczególnie, kiedy próbowała zrobić posiłek bez żadnych narzędzi.
W pierwszej chwili sądziła, że jest tu sama, ale zaraz przyleciał Utu, a wraz z nim Isar. Liyen uważała, że jej smok był bez dwóch zdań najpiękniejszym z całej gromady – złoty, o oczach w kolorze bursztynu i pysku o łagodnych, przyjemnych rysach. Matka Utu, Isar, wyglądała zgoła inaczej – miała dłuższy i węższy pysk, i była mniejsza od syna. Jej szmaragdowe łuski wyglądały jednak olśniewająco na tle turkusu oceanu.
Liyen skinęła jej głową. Żałowała, że wciąż umiała porozumiewać się tylko ze swoim smokiem, bo chciałaby kiedyś porozmawiać z jego matką. Dowiedzieć się, jakim był dzieckiem, zanim wyrósł na to żartobliwe i czasem dokuczliwe, ale przepełnione mądrością stworzenie, które poznała.
Wydajesz się sfrustrowana, rzucił cicho, gdy akurat o nim myślała.
– To nie tak. Po prostu mam dość owoców. Zjadłabym jakiś ser. Albo ryż. Albo pierożki… cokolwiek, byle nie jeść tych owoców – westchnęła, wgryzając się w mango.
Jesteś aż tak głodna?
Dokończyła jeść owoc, zanim mu odpowiedziała.
– Aż tak to nie – fuknęła, wyrzucając na duży liść pestkę. Nie chciała się przyznać, że powoli opadała z sił, gdy w jej diecie zabrakło tej różnorodności, którą miała kiedyś. – Ale przyjemnie byłoby zjeść coś innego niż te owoce. Nie wiem, jak wy możecie żyć tylko na tym.
Z nozdrzy Utu buchnęła para. W ten sposób okazywał swoje rozbawienie. Gdy jej zachowanie albo myśli wyjątkowo go rozśmieszyły, jego uszy przyklejały się do głowy. Zapamiętała już większość jego gestów, powoli uczyła się smoczej mimiki.
Nasze owoce są wyjątkowo dobre. Nie ma co narzekać.
– Nic nie jest w stanie sprawić, że będę umiała na tobie latać – zauważyła ponuro, przerzucając się na owoc o zielonobrązowej skórce i smaku dorodnej gruszki.
Nie bądź taką pesymistką. To tylko kwestia wprawy. Poprzednie smocze wiedźmy także się tego uczyły. Nikt nie urodził się ze zdolnością latania na smoku.
Liyen przekrzywiła głowę. Wiedziała, że również mogłaby mu odpowiadać w myślach, ale wyobrażała sobie, co się stanie z jej strunami głosowymi, jeśli przestanie ich używać na dłuższy okres, a potem nagle będzie musiała coś powiedzieć. Nie zamierzała wówczas wydać z siebie żałosnego pisku, tylko normalnie dobyć głosu.
– Po prostu widok dużej odległości od ziemi sprawia, że zaczyna mi się trochę kręcić w głowie i tracę równowagę. Nie wiem, jak temu zapobiec.
Wiesz, że to przez brak zaufania. Musisz mi się zawierzyć. Jeśli będziesz mi naprawdę ufać, nie spadniesz nawet, gdy odwrócę się do góry nogami. Poza tym, będzie łatwiej, jeśli nie będziesz patrzeć w dół, zaśmiał się w jej głowie, a ona zacisnęła mocniej usta.
To bardzo trudne!, odparła mu w myślach. Wiem, że jeśli spadnę, to się zabiję. Jak miałabym o tym nie myśleć?
Utu odwrócił nagle pysk w stronę matki, a ta wydała z siebie serię dźwięków, które Li mogła nazwać jedynie skrzeknięciami. Przez chwilę skrzeczeli tak na siebie nawzajem, a ona czekała cierpliwie, aż skończą. Fascynowało ją obserwowanie ich, szczególnie, gdy znajdowała się w towarzystwie więcej niż jednego smoka. Ich relacje i zachowania, szczególnie gdy byli w grupie, stanowiły zagadkę, wydawało jej się, że już całkiem dobrze rozumiała relację łączącą Utu i Isar, ale stosunki pozostałych ośmiu smoków, z którymi nie mogła rozmawiać, wciąż były dla niej tajemnicą.
– Może porozmawiacie później? Powinnam się uczyć, dopóki jest widno – mruknęła Liyen, próbując zamaskować zniecierpliwienie w głosie.
Masz rację. Wspinaj się, powiedział Utu.
Li przewróciła oczami, ale wsiadła na niego.
Mam propozycję. Jeśli ani razu nie spojrzysz w dół i nie spadniesz, to zabiorę cię w miejsce, gdzie można zjeść mnóstwo rzeczy. Nie tylko owoce.
Li powstrzymała jęk. Pomyślała o mleku, o pieczywie, o pieczonej rybie…
To wszystko i jeszcze więcej, obiecał Utu. To jak?
– Jak długo będziemy lecieć?
Długo. Ponad godzinę, jak przypuszczam. Będziemy lecieć wyżej niż wcześniej, nad górami i wodą. Dasz radę?
– Dla sera i miodu zrobię wszystko – mruknęła. – Zamknę oczy i nie otworzę ich tak długo, aż nie wylądujesz.
I zrezygnujesz z podziwiania fantastycznych widoków? Trochę szkoda, nie sądzisz?
Pokręciła głową. Oczywiście, że było jej trochę szkoda, ale widoki nie były dla niej w tej chwili nawet w połowie tak ważne, jak jedzenie.
– Ale zaraz – zaniepokoiła się – nie lecimy do Sławii na wybrzeże, prawda? Jestem Henanką, ja…
Nie, lecimy w stronę elfich miast, konkretnie myślałem o Nubiurbis albo Paradilapis. Te drugie będzie chyba lepsze, jeśli nie przepadasz za wysokościami, ale gdybyś odważyła się otworzyć oczy, zobaczysz także po drodze Nubiurbis.
Odruchowo odskoczyła od smoka. Serce zabiło jej mocniej.
– To elfy istnieją? – wykrztusiła.
Utu puścił znowu obłoczek pary z nozdrzy.
Ależ tak, istnieją. Czyżbyś tego dotychczas nie wiedziała?
– A skąd miałabym wiedzieć? Nigdy nie widziałam elfa na oczy i nie spotkałam nikogo, kto by widział. Ludzie sądzą, że elfy już dawno wymarły.
A to ci nowina, odparł Utu. Rusałki pilnują Cieśniny przez cały czas i nie dopuszczają tu ludzi.
– Według ludzi, Cieśnina to przeklęte wody. Kto raz na nie wpłynie i użyje magii, ten ich już nie opuści. A nawet ci, co jej nie używają, czasem nie mają szczęścia.
Wdrapała się na Utu z szalejącą w głowie burzą myśli. W tej perspektywie przelot na smoku nie wydawał jej się już tak niemożliwy czy onieśmielający.
Coś w tym jest, odrzekł Utu. Rusałki to elfy wodne. Ochrona Cieśniny to ich zadanie od czasów Wojny Trzech Lądów. Elfy chciały odseparować się od ludzi, ale na pewno się nie spodziewały, że ludzie zapomną o ich istnieniu… Jestem ciekaw, jak ci się spodoba Paradilapis, rzucił nagle. To królestwo elfów ziemi. Nubiurbis zamieszkują silfy, elfy powietrza, a Mareatris należy właśnie do rusałek, wodnych elfów.
– Aż trudno w to wszystko uwierzyć – przyznała Liyen.
Jak mogła nie wiedzieć tak wielu rzeczy o świecie, w którym żyła?
Utu poderwał się do lotu. Przełknęła ślinę, próbując upchnąć strach w kącie żołądka. Kategorycznie zabroniła sobie patrzeć w dół. Jeśli spadnie, to się zabije. Trudno. Nie uważała przecież swojego życia za aż tak cenne, żeby trząść się o nie na każdym kroku. A może nie bała się o siebie właśnie dlatego, że wysoko ceniła siebie samą? Wypuściła powoli powietrze przez usta. Spróbowała zaczerpnąć je z powrotem równie wolno, ale z nerwów oddech i tak wyszedł jej urywany. Sama już nie była pewna, co bardziej przyprawia ją o dreszcze – to, że jeszcze nigdy nie utrzymała się tak długo na smoku, że po temperaturze wiedziała już, że jeszcze nigdy nie była tak wysoko w powietrzu czy raczej sam fakt, że za chwilę pozna kolejne stworzenia znane z bajek czytanych dzieciom do snu.
Elfy, na smoczy ogień! Elfy! Li nie mogła sobie przypomnieć żadnej podobizny z książek, z których się uczyła, gdy była młodsza. Pamiętała, że są zwykle wyższe niż przeciętny człowiek, szybsze, gibkie i smukłe. Oczywiście, pamiętała też o ich ostro zakończonych uszach. Ale czy poza tym różnili się od ludzi?
Już niedługo się tego dowie.
Otwórz oczy, wymruczał do niej smok. Opuszczamy naszą wyspę i będziemy lecieć nad morzem.
Skąd wiesz, że już ich nie otworzyłam?
Uspokoiłaś się. Nie tego się spodziewam po osobie, która po raz pierwszy widzi świat z lotu smoka.
Liyen prychnęła pod nosem. Z wciąż podniesioną głową, odważyła się unieść jedną powiekę. W tej chwili cała siła jej woli wyparowała, jakby nigdy jej nie było. Otworzyła szeroko oczy i spojrzała prosto w dół.
Wrzasnęła, zdzierając sobie przy tym gardło. Krzyczała tak głośno, że niemal głuchła od mocy własnego głosu. Nie spadła jednak. Trzymała się kurczowo Utu, do tego stopnia, że zbielały jej knykcie.
Uspokoiła się nieco, gdy zobaczyła, że lecą nad wysokimi górami o zboczach gęsto porośniętych lasem. Najpierw myślała, że drzewa są ośnieżone, ale po chwili uświadomiła sobie, że ich liście były po prostu białe. Mieniły się w słońcu, jakby przyprószono je diamentowymi drobinkami.
Co to jest?, zapytała, oszołomiona.
Gwiezdny pył. Są nim pokryte skrzydła silfów i dzięki niemu korony drzew wyglądają jak obłoki. Dlatego całe ich królestwo nazywa się Nubiurbis, czyli „miasto w chmurach”.
Liyen z lekkim żalem pożegnała się z widokiem na Nubiurbis. Powoli jednak w oddali majaczyło coś równie niezwykłego. Im niżej leciał Utu, tym lepiej widziała zamki i domostwa wykute w kamiennym zboczu góry. Wyglądało to nieco bajkowo: jak magiczna kraina, ukryta przed ludzkim wzrokiem w skale.
Czy to właśnie tam lecimy?
Tak. Liyen poczuła na ich więzi zadowolenie Utu. Musiał lubić to miejsce. Dawno mnie tu nie było, ale sądzę, że nadal przyjmą mnie ciepło. Wylądujemy na plaży i resztę pokonasz pieszo, a ja będę czuwał nad tobą z góry.
Jej żołądek ścisnęła trema. A więc sama będzie musiała zmierzyć się z elfami!
Zamknij oczy, rozkazał Utu, przyspieszając gwałtownie.
Dlaczego?
Będziemy lądować, odpowiedział.
Zdążyła tylko pisnąć, zanim smok uderzył łapami w piaszczyste podłoże, zrzucając ją ze swojego grzbietu.
