Odpowiedzi - Catherine Lacey - ebook + książka

Odpowiedzi ebook

Catherine Lacey

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.



Dowiedz się więcej.
Opis

Powieść autorki bestsellerowej Biografii X

Miłość w XXI wieku: symulacja czy rzeczywistość?

Mary to trzydziestolatka w głębokim kryzysie: długi rosną, dziwne dolegliwości zdrowotne dręczą, a wspomnienia z poprzedniego życia, spędzonego w fanatycznie religijnej rodzinie, nie dają spokoju. Szukając nowego źródła dochodów, trafia na zaskakującą pracę: dołącza do eksperymentu, którego celem jest odkrycie sekretu idealnego związku. Pomysłodawcą badania jest „wielki amerykański aktor”, któremu popularność uniemożliwia nawiązanie jakichkolwiek stałych relacji. Starannie wyselekcjonowane kobiety mają mu pomóc zrozumieć mechanizm tworzenia romantycznych więzi. Na początku wszystko idzie zgodnie z planem, ale kiedy zespół naukowców próbuje uzyskać większą kontrolę nad reakcjami uczestniczek, sytuacja wymyka się spod kontroli, a wszyscy zaangażowani stają się zakładnikami pozornie niegroźnej symulacji.

Catherine Lacey brawurowo i dowcipnie prowadzi nas przez historię Mary, bawiąc się elementami satyry na współczesność i fantastyki naukowej. Odpowiedzi to błyskotliwa refleksja nad teraźniejszością i próba odnalezienia odpowiedzi na fundamentalne pytania: czym jest tożsamość? Czym jest miłość? Czy naprawdę można poznać drugiego człowieka? I czy w dzisiejszym świecie nadal można po prostu się zakochać?

„Lacey pisze długimi, klarownymi, potoczystymi zdaniami […] potężny nurt jej myśli porywa cię, a potem zrzuca na dno króliczej nory. Autorka to prawdziwa mistrzyni, a w „Odpowiedziach” w pełni panuje nad swoimi mocami. Jest to powieść o ogromnym intelektualnym rozmachu, z każdym kolejnym rozdziałem fabuła nabiera głębi, aż wreszcie pojawia się dreszcz zachwytu, gdy dociera do nas, jak wielkie terytorium zostało przed nami odkryte.” Dwight Garner, „The New York Times”

„„Odpowiedzi” to kipiąca czarnym humorem, cierpko feministyczna refleksja nad delikatnym stanem naszych ciał i dusz w erze nawału informacji. Lacey udało się stworzyć dzieło zarówno bardzo wnikliwe, jak i przepojone humanizmem, społecznie świadome i zjadliwe – powiedzmy, DeLillo dla millenialsów – i uchwycić absurdalność kultury, która upiera się, że oświecenie to kwestia robienia odpowiednich zakupów, wstawienia słusznego hashtagu lub wstukania właściwego hasła w Google’a.” Megan O’Grady, „Vogue”

„Ta powieść skupia całą swoją energię na nieprzewidywalnej, wielowarstwowej fabule, która prawdopodobnie zaskoczy większość czytelników. Bardzo możliwe, że aby w pełni docenić niezwykłe umiejętności Lacey, będziemy potrzebować nowego gatunku, do którego da się przyporządkować jej twórczość.” Joshua James Amberson, „Los Angeles Review of Books”

„Lacey przejawia nadzwyczajną biegłość w ukazywaniu nieuchwytnej natury poznawania innych, a także chęci odnalezienia sensu i wiary w nas samych.” „Publishers Weekly”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 354

Data ważności licencji: 3/2/2028

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dotychczas ukazały się m.in.:

Nadifa Mohamed, Szczęśliwcy

Jim Lewis, Duchy Nowego Jorku

Elizabeth Wetmore, Walentynka

Claire Vaye Watkins, Kocham cię, ale wybieram ciemność

Miriam Toews, Z ogniem

Jen Beagin, Szwajcara

Tess Gunty, Królikarnia

Négar Djavadi, Wszystkie moje rewolucje

Gwendoline Riley, Moje zmory

Alia Trabucco Zerán, Do czysta

Graeme Macrae Burnet, Studium przypadku

Vincenzo Latronico, Do perfekcji

An Yu, Muzyka dla duchów

Kevin Jared Hosein, Głodne duchy

Antoine Wilson, Usta-usta

Irene Solà, Dałem ci oczy, a ty spojrzałaś w ciemność

Catherine Lacey, Biografia X

Benjamín Labatut, Maniak

Michael Magee, Blisko domu

Tobias Wolff, Stara szkoła

Steven Price, Książę Lampedusy

Scott Preston, Pożyczone wzgórza

Anneli Jordahl, Córki łowcy niedźwiedzi

Laurent Mauvignier, Nocne historie

Już niebawem ukaże się:

Denis Johnson, Ożywić wisielca

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Tytuł oryginału angielskiego The Answers

Projekt okładki Marta Konarzewska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś

Fotografia na okładce © Getty Images / CoffeAndMilk

Copyright © by Catherine Lacey, 2017 All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2026

Copyright © for the Polish translation by Kaja Gucio, 2026

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Filip Fierek

Korekta Małgorzata Tabaszewska / d2d.pl, Jędrzej Szulga / d2d.pl

Skład Robert Oleś / d2d.pl

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8396-404-1

Co najmniej jednego ranka byłam pewna, choć tylko przez kilka godzin, że wszystko, co mogło mi się kiedykolwiek przytrafić, już mi się przytrafiło. Obudziłam się, leżąc w poprzek łóżka, nie musiałam nigdzie iść, nie miałam żadnych pilnych potrzeb do zaspokojenia, nie oczekiwałam nikogo ani nie musiałam nigdzie dzwonić. Patrzyłam, jak czerwona herbata zaparza się we wrzątku. Kubek ogrzewał moje dłonie. Wierzyłam, że to koniec.

Kiedy odsłoniłam żaluzje, ona stała pośrodku ulicy i wpatrywała się w moje okno na pierwszym piętrze, jakby doskonale wiedziała, gdzie jestem, i czekała na ten moment. Popatrzyłyśmy sobie w oczy – Ashley.

Kubek wypadł mi z rąk i się roztrzaskał, herbata poparzyła mi stopy.

Teraz staram się nie być już niczego taka pewna.

Część pierwsza

Jeden

Wyczerpałam wszystkie możliwości. Tak się to zwykle dzieje, tak właśnie kończysz, jeśli pokładasz ostatnią nadzieję w kimś obcym, licząc, że cokolwiek ten obcy ci zrobi, będzie to coś, czego potrzebujesz.

Przez tak długi czas byłam osobą, która potrzebowała, by inni robili jej różne rzeczy, i tak długo nikt nie robił mi tego, co należało. Wybiegam jednak za daleko do przodu. Podobno na tym polega jeden z moich problemów – wiecznie wybiegam do przodu, więc staram się znaleźć sposób, by zostać z tyłu, zwolnić i się wyciszyć, tak jak kiedyś Ed. Ale oczywiście nie do końca mi się to udaje, nie mogę stać się dokładnie tym, kim był dla mnie Ed.

Pewne rzeczy mogą ci zrobić tylko inni ludzie.

Pneumatyczno-Adaptacyjna Kinestezja, w skrócie PAKowanie – czyli to, co robi ludziom Ed – polega na tym, że jedna osoba wie, a druga (w tym przypadku ja) leży, nie wiedząc. Właściwie to nadal nie mam pojęcia, na czym tak naprawdę polega Pneumatyczno-Adaptacyjna Kinestezja, wystarczy, że dzięki niej odzyskałam zdrowie (lub tak mi się wydawało). W trakcie sesji Ed czasami unosił ręce nad moim ciałem, śpiewał, nucił albo milczał, jednocześnie podobno poruszając, przestawiając i lecząc niewidzialne obszary we mnie. Kładł kamienie i kryształy na mojej twarzy i nogach, czasami uciskał lub skręcał jakąś część mojego ciała w boleśnie przyjemny sposób i chociaż nie rozumiałam, jak to wszystko ma wyeliminować rozmaite dolegliwości, odczuwałam niezaprzeczalną ulgę.

Przez rok każdy mój narząd dręczyły niemożliwe do zdiagnozowania choroby, ale po jednej, zaledwie półtoragodzinnej sesji z Edem, podczas której praktycznie mnie nie dotykał, mogłam niemal zapomnieć, że w ogóle istnieję w ciele. Co za luksus, nie czuć wszechogarniającego rozkładu.

PAKowanie zasugerowała Chandra, określając je mianem „feng shui dla ciała energetycznego”, „partyzanckiej walki z wrogimi wibracjami”, i choć czasami sceptycznie podchodziłam do tego, co wygadywała o wibracjach, tamtym razem musiałam jej uwierzyć. Chorowałam tak długo, że prawie straciłam wiarę w wyzdrowienie, i bałam się tego, co mogłoby tę wiarę zastąpić, gdyby zniknęła całkowicie.

– Z technicznego punktu widzenia PAKowanie – wyjaśniła Chandra – to odmiana chi-neurofizjoterapii integracyjnej, stosunkowo mało znana technika, która plasuje się albo na peryferiach awangardy, albo na peryferiach peryferii, zależy, kogo się spyta.

Problem był, jak zawsze, niewidzialny. Problem stanowiły pieniądze.

Do ukończenia cyklu PAKowania potrzebowałam co najmniej trzydziestu pięciu sesji, po dwieście dwadzieścia pięć dolarów każda, co oznaczało, że pełna kuracja kosztowałaby tyle, ile wynosił półroczny czynsz za tę ciemną, nieustawną kawalerkę, którą wynajmowałam od wielu lat (nie dlatego, że mi odpowiadała – nienawidziłam jej – ale dlatego, że zdaniem wszystkich była niemal za półdarmo, zbyt dobra okazja, by z niej zrezygnować). I chociaż w biurze podróży zarabiałam przyzwoicie, minimalne spłaty karty kredytowej, raty kredytu studenckiego i zeszłoroczny nawał rachunków za leczenie do tego stopnia drenowały co miesiąc moje konto, że zostawało na nim co najwyżej kilka centów, o ile nie debet, a długi wciąż zdawały się rosnąć.

Pewnego tragicznego poranka, wygłodzona i bez grosza przy duszy, zjadłam na śniadanie ostatki zapasów (słoik lekko przeterminowanych anchois wymieszanych z zawartością niewielkiej puszki koncentratu pomidorowego). Na obiad często harekrysznowałam, zostawiając buty i godność za drzwiami, by wychwalać Krysznę (o ile mi wiadomo, boga wegetariańskiej stołówkowej strawy i maniakalnych śpiewów). Przy czwartej lub piątej Uczcie Miłości, z białą tilaką na czole, nad metalowym talerzem, na którym makaron wił się niczym żywy, zdałam sobie sprawę, że bezgraniczna miłość Kryszny nigdy mi nie wystarczy – bez względu na to, jak głodna, spłukana czy skołowana będę. Kilka dni później uznałam, że pozostaje mi już tylko odpowiedzieć na tamto ogłoszenie o „intratnym doświadczeniu”, które wisiało na tablicy w sklepie ze zdrową żywnością – że być może, jeśli wyrzeknę się nędznych resztek swojej egzystencji, odzyskam prawdziwe życie.

Przez rok nie miałam żadnego życia, tylko objawy. Na początku były prozaiczne – uciążliwe migreny, bóle pleców, ciągły rozstrój żołądka – ale z biegiem miesięcy stawały się coraz dziwniejsze. Uporczywa suchość w ustach i zdrętwiały język. Wysypka na całym ciele. Nieustannie łapały mnie skurcze i nogi odmawiały mi posłuszeństwa, przez co zdarzało mi się utknąć w biurze, w wannie lub na przystanku, gdy kolejne autobusy linii M5 nadjeżdżały i odjeżdżały, nadjeżdżały i odjeżdżały. W pewnym momencie jakimś cudem złamałam żebro przez sen. Na mojej skórze dziwne grudki pojawiały się, a potem znikały, niczym głowy żółwi na przemian wynurzające się na powierzchnię i pogrążające w stawie. Sypiałam zaledwie trzy lub cztery godziny na dobę, więc w te dni, kiedy nie miałam wizyty u lekarza, starałam się drzemać w porze lunchu z głową na biurku. Unikałam luster i kontaktu wzrokowego. Przestałam planować na dłużej niż tydzień do przodu.

Robiłam badania krwi, a potem kolejne, tomografię komputerową i biopsje. Odwiedziłam siedmioro specjalistów, troje ginekologów, pięcioro lekarzy pierwszego kontaktu, psychiatrę i jednego kręgarza ze skłonnością do macanek. Chandra zabrała mnie do sławnej akupunkturzystki, chirurga duchowego i gościa, który sprzedawał śmierdzące proszki na zapleczu sklepu rybnego w Chinatown. Chodziłam na przeglądy, obserwacje, sracje.

Od jednego z tych specjalistów usłyszałam, że to po prostu stres, ale nie da się wykluczyć raka, rzadkiej choroby autoimmunologicznej, psychotycznego ataku ani zwykłej nerwicy, wszystko siedzi w mojej głowie („po prostu nie przejmuj się tak bardzo, staraj się o tym nie myśleć”).

Jeden z lekarzy stwierdził, że tak to już jest z ciałami, po czym westchnął i poklepał mnie po ramieniu, jakby właśnie opowiedział dowcip.

Ale ja nie chciałam żadnej puenty. Chciałam wyjaśnienia. Wahałam się, stojąc przed witrynami salonów wróżbiarskich. Kilka razy pozwoliłam, by Chandra postawiła mi tarota, ale wieści zawsze były złe – miecze, sztylety, demony i ponurzy żniwiarze. Oznajmiła, że dopiero się uczy, wiedziałam jednak, że to nieprawda. Przycisnęłam dręczone skurczami nogi do klatki piersiowej, brodę oparłam na kolanach i poczułam się jak dziecko, przytłoczona tym wszystkim, czego sobie nie uświadamiałam.

Kilka razy mało brakowało, a zaczęłabym się modlić, ale już i tak zbyt wielu odpowiedzi mi odmówiono i nie miałam ochoty na kolejne ramy dla tej ciszy.

Można sobie tłumaczyć, że to coś w genach albo następstwo złych wyborów, równie dobrze jednak mógł to być po prostu wielki pech – całkiem przypadkowy lub karmiczna lepa na ryj – w jakiś sposób zasłużona. Moi rodzice stwierdziliby, że to po prostu część Jego planu, ale ich zdaniem tak było ze wszystkim. Nieważne, jak ludzie tłumaczą katastrofę – teraz już to wiem. Kiedy sprawy przyjmują chujowy obrót, nie ma znaczenia, który chuj za to odpowiada.

Dwa

Przez pięć lat miałam życie.

Dzieciństwo nie było moim życiem – może życiem Merle’a, ale nie moim. Czas, kiedy mieszkałam z ciotką Clarą, nie był tak naprawdę życiem, raczej czymś w rodzaju terapii. A studia to w ogóle nie było życie, tylko etap embrionalny, cztery lata ostrzeżeń i przygotowania do tego życia, które miało nadejść, do tej przyszłości.

Moje życie zaczęło się w samolocie, w chwili gdy oderwaliśmy się od ziemi. Wznieśliśmy się, płakałam wtulona w ramię Chandry, tak cicho, jak tylko mogłam, a kiedy przyszła stewardesa, Chandra poprosiła o kubek gorącej wody, wrzuciła do wrzątku własną torebkę herbaty i trzymała naczynie nieruchomo podczas turbulencji, aż napar osiągnął odpowiednią temperaturę, po czym mi go podała. Chandra tyle wiedziała, znała wszystkie sprawdzone metody. Rozwinęła swój ogromny szal, otuliła nas obie, a ja zasnęłam oparta o jej ramię. Przez sen chwyciłyśmy się za ręce i obudziłyśmy się dopiero, gdy samolot lądował w Londynie. Po kilku minutach Chandra poprowadziła mnie przez Heathrow, które już znała. Nie czułam się przy niej jak przy matce, a jednak w jakiś sposób byłam jej dzieckiem.

Ona leciała już chyba po raz setny, podczas gdy dla mnie był to pierwszy wyjazd, prezent na zakończenie szkoły od jej rodziców, Vivian i Olivera. Nazywała ich Viv i Olly. W czasach studiów większość wakacji i długich weekendów spędzałam u nich w Montauk, ponieważ nie miałam gdzie się podziać. W domu roiło się od drogich rzeczy, które tak naprawdę nic dla nich nie znaczyły: podniszczonych antyków, zapomnianych gadżetów, stert porysowanych płyt kompaktowych. Nierzadko znajdowałam dwudziestodolarówki między poduszkami na kanapie albo walające się po kuchni wśród czasopism i słodyczy z obcych krajów. Przy stole jej bliscy mówili głośno z pełnymi ustami, a Chandra czule wykłócała się z rodzicami o książki i sztukę. Wszyscy opowiadali żarty, których nie rozumiałam, ale i tak nauczyłam się z nich śmiać. Piliśmy wino, nawet gdy miałam dziewiętnaście lat i już po jednym łyku szumiało mi w głowie.

To właśnie otrzymany od Viv i Olly’ego bilet na dwumiesięczną wyprawę dookoła świata zapoczątkował lata moich kompulsywnych podróży. Widziałam ptaki na Galapagos, kwitnące drzewa wiśni w Japonii, egipskie piramidy, paryskie katakumby, wężowe pagody w Mjanmie i to niesamowite jaskrawozielone jezioro w Nowej Zelandii. Uwielbiałam wyloty, nawet te o piątej rano, ciche wagony metra mknące przez wyludnione, fioletowe poranki, lotniska przed świtem pełne bezwładnych ludzkich ciał. Gdzieś przeczytałam, że pierwszą rzeczą, której się uczysz, podróżując, jest to, że nie istniejesz – a ja nie chciałam przestać nie istnieć.

W domu zadłużenie stale rosło. Obcy ludzie dzwonili o różnych porach i nienawistnym tonem mówili, ile jestem im winna. Otrzymywałam poważne listy z dużymi, pogrubionymi cyframi, z których każda była wyższa od poprzedniej. Jednocześnie w innych kopertach przychodziły nowe karty kredytowe, nowe opcje, nowe wyprawy. Przestałam się zastanawiać, dokąd pojadę następnym razem, i myślałam tylko o tym, co by się stało, gdybym już nie wróciła. Ale zawsze wracałam. I za każdym razem, gdy samolot lądował, ogarniało mnie okropne uczucie, że podróż, którą właśnie odbyłam, nigdy się nie wydarzyła, że wydałam setki dolarów na wspomnienie, które ledwo potrafiłam przywołać.

Najpierw pojawiły się bóle pleców, dość niewinne, jak mi się wydawało (czy jest ktoś, kogo nie bolą plecy?), choć miałam wtedy zaledwie dwadzieścia pięć czy sześć lat. Zrzucałam to na karb niewygodnych hostelowych łóżek i dalej podróżowałam ponad stan, choć już mniej odważnie, po tym jak przez silny skurcz mięśni utknęłam na szlaku Abla Tasmana na godzinę, aż wreszcie zniosła mnie grupa piechurów z Japonii.

Kilka miesięcy później, kiedy walczyłam z atakiem nieżytu żołądka – pierwszym z całej serii – zaczęły się migreny, a wraz z nimi bóle całego ciała, pulsujące i silne, które zdawały się rozrywać mnie od środka. Byłam tym bólem brzemienna, przeżywałam trudy porodu, które nigdy się nie kończyły, a jedynie łagodniały co jakiś czas. Musiałam przestać podróżować, poświęcić cały swój czas i pieniądze, by znów poczuć, że żyję – skierowania, wizyty, niejednoznaczne wyniki, kolejne skierowania, rachunki. Kolejne telefony od oschłych recepcjonistek, niegdyś tak uprzejmych: kiedy zapłacę, jak zapłacę, czy zdaję sobie sprawę, że brak płatności skutkuje grzywną? A jeszcze częściej dzwonili windykatorzy, trzech czy czterech w sumie. Pytali, czy wiem, ile jestem winna, albo mi to mówili – więcej, często znacznie więcej, niż myślałam. Informowali mnie, że wbrew temu, co się niektórym wydaje, za długi można trafić do więzienia. Odpowiadałam, że to dla mnie nowość, a oni twierdzili, że nie powinnam się tak dziwić.

– To kradzież, rodzaj kradzieży – oznajmił jeden z nich, a ja się nie odezwałam.

Czy nie przejmuję się swoją zdolnością kredytową, planowaniem przyszłości, zakupem domu, emeryturą, utrzymaniem rodziny? Odpowiedziałam szybko i niezbyt przyjaźnie:

– Nie, nie myślałam o tym, nigdy o tym nie myślałam.

– Może jednak pani powinna – odparł.

Czasami zastanawiałam się, po co w ogóle odbieram telefon, ale chyba zawsze miałam nadzieję, że dzwoni do mnie ktoś inny, ktoś z zupełnie innej sfery życia. Jeden z rozmówców mówił tak szybko, że kiedy go słuchałam, wydawało mi się, jakby moja potylica wydzielała ciepło przez włosy. Inny z kolei przemawiał wolno i cicho, więc czułam, że zanurzam się lub tonę, że powietrze wokół mnie gęstnieje i zaraz mnie pochłonie, jeśli nie wstrzymam oddechu.

Wydawało mi się – choć wiem, że to absurd – że korzystanie z własnego ciała, jedynej rzeczy, która naprawdę do mnie należała, zostało mi w jakiś sposób odebrane.

Przez pewien czas od całkowitej utraty zmysłów albo wręcz życia dzieliła mnie chyba tylko nieustanna troska Chandry, a gdy teraz myślę o tamtym roku – kiedy niemal co noc budziłam się, nie mogąc oddychać, i leżałam bezsennie z ustami otwartymi jak u gargulca – nie chcę nawet zastanawiać się nad tym, co by się ze mną stało, gdyby nie jej obecność, która powstrzymywała mnie przed upadkiem na samo dno. (Nie chodzi mi o to, że chciałam się zabić – na to brakowało mi odwagi – ale czasami ból stawał się tak niewyobrażalnie wielki, że miałam wrażenie, jakby moje własne ja miało mnie nieumyślnie uśmiercić).

Kiedy Chandra zaproponowała, żebym spróbowała PAKowania, a to oznaczało konieczność znalezienia drugiej pracy, byłam zdesperowana – gotowa zrobić wszystko, by poczuć ulgę, bez względu na to, jak drogie i idiotyczne się to wydawało. Chandra została specjalistką od chorób i zdrowia, a także od tego, jak pokonywać odległość dzielącą jedno od drugiego. Dwa lata wcześniej na rogu ulicy potrącił ją autobus i od tamtej pory żyła z odszkodowania, poświęcając każdą chwilę na całkowite wyleczenie się ze wszystkiego: złamanej nogi, skręconego nadgarstka, poobijanej twarzy, lęku przed krawężnikami – i tego, co nękało ją wcześniej: niepokoju, uzależnienia od kofeiny, alergii na pyłki, samodzielnie zdiagnozowanej przewlekłej kandydozy, rozczarowania, zawiedzionej intuicji, problemów z zaangażowaniem i zaufaniem, wszystkich traumatycznych przeżyć i nawyków, które po nich pozostały. Korzystała z pomocy zielarki, mistrza reiki, rolferki od integracji strukturalnej, logopedy, terapeutki ruchu, arte- i psychoterapeutki.

Wyjeżdżała na różne turnusy i pielgrzymki, ale zawsze przysyłała stamtąd pocztówki. Trzymałam je w torebce i wpatrywałam się w obrazy oceanów i świątyń, mając nadzieję, że uda mi się zaczerpnąć z nich choć odrobinę spokoju, a tymczasem siedziałam w kolejnej poczekalni, ściskając tę część ciała, która obecnie nie dawała mi żyć. Chandra najpierw rozpływała się w zachwytach nad działaniem ayahuaski, potem nad zaletami komór deprywacji sensorycznej, MDMA, zielonego jęczmienia, alkalizacji organizmu czy pewnego guru. Każdego dnia, jak mówiła, znikała kolejna warstwa oddzielająca ją od jej własnej jaźni. Twierdziła, że po raz pierwszy w życiu jest spełniona, i choć jej zazdrościłam, jakaś cyniczna cząstka mnie zastanawiała się, co ją tak wypełnia.

Kiedy była w mieście, przyjeżdżała co tydzień z arsenałem lekarstw – ziół, proszków, olejków, gorzkich mikstur tak mocnych, że musiałam je brać po kropelce. Paliła szałwię, śpiewała, medytowała, a czasami – choć zawsze wprawiało mnie to w zakłopotanie – uderzała w mały gong albo grała na drewnianym fleciku. Nie wiedziałam, gdzie podziać oczy, czy mam powstrzymywać odruch śmiechu, czy też dać mu upust – nawet moje zażenowanie mnie krępowało – i dlaczego nie mogłam po prostu śpiewać razem z nią, cieszyć się jej głupim flecikiem czy tym gongiem? Miałam szczęście, że w ogóle tam była, że znałam przynajmniej jedną osobę, która chciała mi pomóc nie dlatego, że to jej praca, ale dlatego, że po prostu chciała zobaczyć, jak zdrowieję.

W dniu, kiedy wróciła z Bali, pojawiła się u mnie bez zapowiedzi, gładka i opalona, ubrana w biały len.

– Widzę, że cierpisz – powiedziała.

Gdyby te słowa padły z ust kogoś innego, przeszkadzałoby mi to, że nie pyta, tylko stwierdza, ale Chandra zawsze miała co do mnie rację. Chodziła po moim mieszkaniu z uwodzicielskim, nieziemskim spokojem, jakby nie interesowało jej już nic poza powolnym oczyszczaniem swojego ciała, innych ciał, całego kosmosu. Owinęła chustami toster, budzik i telefon, szeptała mantry we wszystkie strony świata, rozpostarła okrągły dywan na popękanej drewnianej podłodze w salonie, po czym przyjęła elegancką pozę medytacyjną. Próbowałam ją naśladować, ale kolana miałam zbyt sztywne, a drgająca stopa utrudniała mi pozostanie w bezruchu, więc poddałam się i ułożyłam w pozycji rozgwiazdy.

Zdążyłam już wyprzedać większość mebli, żeby opłacić czynsz, więc leżenie na podłodze i nicnierobienie stanowiły nawyk, który znałam aż za dobrze. Kiedy ona tu była, nazywałam to medytacją, ale zawsze zapadałam w półsen, bo moje ciało samo się wyczerpywało. Gdy tym razem się ocknęłam, Chandra stała nade mną. Spojrzała mi w oczy, a wtedy zauważyłam, że jej twarz nieco się zmieniła, w sposób, którego nie potrafiłam dokładnie określić, choć go wyczuwałam. Nasza dwunastoletnia przyjaźń sprawiła, że milczenie przychodziło nam z łatwością, ale to nie tylko upływ czasu przyczynił się do tej zażyłości. Istniała od zawsze, ta tajemnicza bliskość, równie wrodzona jak narządy wewnętrzne. Kiedy leżałam tak na podłodze, prawdziwa waga naszej miłości stała się namacalna i wycisnęła mi łzy z oczu. Poza Chandrą nie miałam niczego.

– Wciąż zażywasz te lecznicze oleje rybne?

Przytaknęłam. Ukucnęła i otarła mi łzy z twarzy, przygładziła włosy.

– A proszek z geranium i konopi?

– W owsiance, tak jak mówiłaś.

– Spróbujmy zrobić coś, żebyś przybrała na wadze.

Odwróciła wzrok od nędznego strzępka, jakim byłam. Apetyt opuścił mnie już dawno temu, a wszystkie miękkie części mojego ciała podążyły za nim.

Najpierw wszyscy moi współpracownicy założyli, że zaczęłam ćwiczyć jogę, i chwalili mnie za to. Mówili, że dobrze wyglądam, że nabrałam formy, prosili o wskazówki dotyczące motywacji, o przepisy na zdrowe potrawy. Ale wkrótce potem zaczęli przebąkiwać, że nie powinnam już chudnąć, że jestem w sam raz, że chyba za dużo ćwiczę, że muszę zbudować mięśnie, przybrać na wadze, zacząć jeść więcej czerwonego mięsa, masła orzechowego lub pełnotłustego drobiu z wolnego chowu. Ktoś z pełną powagą polecił mi specjalistę od tarczycy, a Meg poradziła wizytę u hipnotyzerki, która wyleczyłaby mnie z zaburzeń odżywiania, ale kiedy powiedziałam, że nie mam żadnych zaburzeń, tylko po prostu jestem chora, odparła jedynie: „Wiem”.

Kiedy rozeszła się wieść o moich wizytach u lekarzy w okolicach południa, wszyscy zaczęli mówić do mnie tak, jakbym w ogóle nie miała ciała, z wyjątkiem Joe Nevinsa, który pewnego razu przerwał rozmowę o zaginionej fakturze i oznajmił, że moja twarz jakoś inaczej wygląda, a kiedy zapytałam, co przez to rozumie, nie chciał powiedzieć.

– Po prostu inaczej – stwierdził i wrócił do dyskusji o fakturze.

W pewnym sensie przywykłam do tego, że jestem workiem skóry pełnym problemów, ponieważ to, że masz ciało, nie jest równoznaczne z gwarancją, że będzie ono działało prawidłowo. Posiadanie ciała nie daje żadnych praw.

– Przejdzie ci – zapewniła mnie Chandra, rozpakowując nowe zioła i korzenie, które mi przyniosła. – Ten ból ma cię po prostu czegoś nauczyć.

Tak widziała świat, uważała, że wszystko przebiega zgodnie z planem, że podświadomie sami tworzymy sobie problemy, że każdy nowotwór powstaje na życzenie, a każda kontuzja jest zasłużona. Nie byłam pewna, czy mam odwagę w to wierzyć, a jeśli tak, jeśli naprawdę zaakceptuję, że sama prosiłam się o wszystko, co mi się przytrafiło, nie wiedziałam, czy kiedykolwiek zdołam sobie wybaczyć. Ale Chandrę takie myślenie najwyraźniej uspokajało. Jeśli zasłużyła na swój ból, to zasłużyła też na całe dobro w swoim życiu.

Przydałoby mi się takie poczucie akceptacji. Nienawidziłam bólu w moim ciele, walczyłam z nim i przeklinałam go tak bardzo, że zaczęłam się bać dobrych uczuć – spokojnego żołądka, rozluźnionych pleców, przespanej nocy czy całego dnia bez płaczu. Nawet troska Chandry coraz bardziej mnie przerażała. Co by było, gdyby zniknęła? A jeśli po prostu się podda i przestanie przychodzić?

Zawsze z trudem przychodziło mi zaakceptować, że traktowała mnie z taką serdecznością, jakby łączyły nas więzy krwi lub wspólna historia. Byłam osobą, która pojawiła się w jej życiu przypadkowo, przydzieloną jej współlokatorką na studiach, półsierotą nauczaną w domu, pochodzącą z ledwo piśmiennego stanu, a mimo to Chandra godzinami ślęczała nad papierologią związaną ze stypendiami i z pożyczkami studenckimi, bo mnie to przerastało. Nie dosypiała, słuchając, jak rozważam wady i zalety potencjalnych kierunków – religia, filozofia, historia, anglistyka – choć sama od początku była zdecydowana: specjalizacja teatrologiczna, a do tego marketing. A co najważniejsze, rozszyfrowała dla mnie świat, tłumaczyła całą popkulturę, o której nie miałam pojęcia, i pozwalała mi wymigać się od odpowiedzi na pytanie, jakim cudem dotrwałam do osiemnastego roku życia, nie słysząc o Michaelu Jacksonie. Zrzucałam winę na domową edukację albo mówiłam, że byliśmy biedni. (Słowo „bieda” napawało ją grozą). Kiedyś wspomniałam, że przez pewien czas wychowywała mnie ciotka, co powstrzymało dalsze pytania. Ludzi takich jak ona nie wychowywały ciotki.

Po naszej medytacji, a raczej po tym, jak ona medytowała, a ja robiłam to, co robiłam na podłodze, Chandra podała mi mate w tykwie i surówkę z domowej roboty wegańską, wolną od alergenów pastą z kiełków, którą przyrządziła, jak powiedziała, wysyłając odżywcze wibracje do mojego ciała astralnego. Pasta smakowała jak trawa i była tak gęsta, że z trudem ją przełykałam.

– Kiełki wchłaniają toksyny – oznajmiła Chandra, patrząc, jak jem, jakby obserwowała kogoś przy parkowaniu równoległym.

Siedziałam tam, napełniając się kiełkami, podczas gdy one, jak sobie wyobrażałam, napełniały się moimi toksynami. Chandra zmierzyła mi puls na obu nadgarstkach i zbadała język. Zamknęła na chwilę oczy, po czym poinformowała mnie, że jej duchowi przewodnicy poradzili jej, abym jak najszybciej przeszła pełny cykl sesji PAKowania z Edem, jej PAKerem. Miało to coś wspólnego z przeszłymi lub przyszłymi wcieleniami, a może nawet z obecnym życiem, które Ed i ja prowadziliśmy w innym wymiarze.

Mówiła bez wahania, jakby jej duchowi przewodnicy byli grupą prawdziwych ludzi, komitetem z krwi i kości.

– PAKowanie zmieniło moje życie – stwierdziła. – Otworzyły się nie tylko drzwi… ale cały dom? Z tobą też tak będzie. Moi duchowi przewodnicy jeszcze nigdy nie wyrażali się tak jasno. To twoja przyszłość. Musisz ją tylko przyjąć.

Zawsze sceptycznie podchodziłam do przekazów od duchowych przewodników Chandry, bo mieli wobec niej plany, których nie potrafiła mi jeszcze wyjaśnić. Kiedyś powiedziała, że przygotowują ją do osiągnięcia niewyobrażalnej sławy i bogactwa, że jej wypadek to element programu, który ma ją wzmocnić w dążeniu do przyszłej wielkości, że w końcu będzie miała własny talk-show.

– Nie wiedziałam, że chcesz mieć talk-show – odparłam, ale ona tylko się uśmiechnęła.

– Tu nie chodzi o to, czego chcę. Los wykracza poza pragnienia.

Chciałam wierzyć, że rzeczywiście ma jakieś pojęcie o przeznaczeniu albo o przyszłości, bo wyglądało na to, że w to wierzyła, podobnie jak wierzyła we mnie. Ale nie chciałam też jej utracić z powodu przeświadczenia, że życie ma jakiś szyfr, który można złamać, że istnieje jakiś idealny sposób na to, by je wieść.

Tak czy inaczej, ufałam jej. Ktoś mógłby stwierdzić, że nie miałam innego wyjścia, jak tylko jej zaufać, i być może jest to prawda, ale także, co teraz już rozumiem, kochałam ją, i to w ten rzadki sposób, bez zaborczości, z pełną akceptacją, tak jak ludzie zawsze próbują kogoś pokochać, ale im się to nie udaje, więc dopiłam resztkę mate przez metalową słomkę, spojrzałam w głęboko uzdrowione i uduchowione oczy Chandry i poprosiłam o numer do Eda.

Trzy

Przebudziłam się, jakby ktoś mnie spoliczkował. Orteza szyjna zniknęła. Leżałam na plecach. Ed stał obok stołu do masażu i się we mnie wpatrywał.

– Jak długo spałam?

Odgarnął z oczu kosmyk włosów, który natychmiast opadł z powrotem.

– Tylko kilka dni.

Przez dłuższą chwilę zastanawiałam się, czy kilkudniowy sen to jakiś zapis drobnym druczkiem w umowie o PAKowaniu, którego nie przeczytałam. Ledwo pamiętałam wejście do gabinetu, podpisanie czegokolwiek czy nawet rozpoczęcie sesji – widziałam tylko pustą, całkowicie białą poczekalnię, bez muzyki, bez recepcji, dwa białe krzesła ustawione blisko siebie w jednym rogu, jak skulone ze strachu bliźnięta.

– Żartuję – dodał po chwili – zasnęłaś na kilka minut. To się często zdarza podczas pierwszej weryfikacji. Mam nadzieję, że Chandra cię ostrzegała, jak wielką siłę mają moje odczyty.

Odparłam, że tak, choć wciąż nie wiedziałam prawie nic o PAKowaniu, o tym, czym jest i jak działa. Martwiłam się, że może PAKowanie to dla tego kolesia tylko pretekst, by kobieta rozebrała się do bielizny i zasnęła w jego gabinecie. Odkąd tak strasznie schudłam, czułam na sobie specyficzne spojrzenia mężczyzn pewnego typu – półpedofilów, półwampirów. (Tak łatwo byłoby mnie zdominować, poczuć się większym, górującym nade mną). Ed nie sprawiał wrażenia takiego mężczyzny, choć gdy pomyślałam o legionach półprzytomnych i zdesperowanych kobiet, które zapewne przyszły tu przede mną, nietrudno było sobie wyobrazić, że mógłby obmacywać je po stopach, udając, że czyta ich aury, a może po prostu gapić się na ich odsłonięte ciała, bezskutecznie kierując w ich stronę dobre myśli albo, co gorsza, waląc sobie konia ich nieosłoniętą dłonią, albo nawet jeszcze gorzej – przecież wszystko mogło się zdarzyć… Ale bardziej niż ochrony przed potencjalnym zboczeniem potrzebowałam tego, by znów dobrze się poczuć. A co, jeśli mój sceptycyzm wobec Eda już działał na moją niekorzyść, uniemożliwiając mi uzyskanie tego, co on mógł naprawdę zrobić, odbierając mu szansę na uzdrowienie mnie w jakimś wymiarze, którego jeszcze nie dostrzegałam?

– A tak przy okazji, co u niej?

– U kogo?

– U Chandry. Co u niej?

– A, tak. Chyba w porządku.

– Pewnie, że w porządku – odparł, kiwając głową i uśmiechając się tak, jakby wiedział o Chandrze znacznie więcej niż ja.

Dotknęłam szyi i zauważyłam, że pulsujący ból zastąpiło ciepłe mrowienie.

– Orteza nie będzie ci już potrzebna. To akurat poszło łatwo, ale w toku badania odkryłem kilka blokad, których usunięcie zajmie znacznie więcej czasu. Muszę cię zapytać, Mary: czy ty naprawdę jesteś gotowa na taką pracę?

– Tak mi się wyd…

– Nie musisz tego werbalizować – przerwał. – Zwracam się do twojej aury… W porządku?

Przez dłuższą chwilę milczeliśmy z otwartymi oczami. Wciąż tam leżałam. On ciągle nade mną stał. Pomyślałam, że skoro zamierza rozmawiać z moją aurą, mógłby sprawiać wrażenie skoncentrowanego, a nie tylko gapić się w dal, jakby wypatrywał autobusu.

– W porządku? – zapytał ponownie. – Czy to w porządku?

Patrzył na moje kolana. Uniósł jedną rękę, jakby chciał zadać pytanie, a drugą zataczał kółka nad moją głową.

– W porządku?

Zastanawiałam się, czy powinnam odpowiedzieć, i doszłam do wniosku, że nie, ale z jakiegoś powodu nie mogłam się powstrzymać.

– Czy co…

– Ciii…

Ręka nad moją twarzą lekko się trzęsła.

– Poczekam – powiedział, więc zastygliśmy tak na chwilę, na minutę, może pięć, aż w końcu opuścił obie ręce. – Widzę, że będzie to wymagało dodatkowego wysiłku.

Uszczypnął się w grzbiet nosa rozmyślnym gestem, jakby coś w nim włączał lub wyłączał. Moja stopa przestała drgać po raz pierwszy od tygodnia, a skupisko bolesnych guzków, które tego ranka wyrosły mi na prawym ramieniu, z powrotem wtopiło się w moje ciało. Ed usiadł naprzeciwko na czymś, co wyglądało prawie jak hamak. Nie wiedziałam, czy mogę się ruszyć, czy nie, nie wiedziałam, czy w ogóle powinnam na niego patrzeć, czy się odzywać. Zamknęłam oczy.

– No dobrze, Mary. To poważna praca. Chandra z pewnością mówiła ci o powadze tej pracy, prawda? O tym, jak wiele koncentracji i uważności będziesz musiała w to włożyć, żebyśmy mogli poczynić postępy?

Przez chwilę milczałam, niepewna, czy on dalej rozmawia z moją aurą.

– Możesz już werbalizować, Mary. Czy rozumiesz, jak poważna jest ta praca?

– Rozumiem – odparłam, ale teraz wiem, że nic nie zrozumiałam, ani wtedy, ani chyba nigdy. (Poważna w odróżnieniu od czego?).

Pojęłam natomiast, że cokolwiek Ed do tej pory ze mną zrobił, uśmierzyło to ból, który opierał się terapiom za tysiące dolarów, choć nie miałam pewności, czy to właśnie on za to odpowiadał, jak w przypadku różnicy między penicyliną a placebo. Na to, czego dokonał, nie istniało żadne wytłumaczenie – czułam się prawie normalnie. Czekałam, aż pojawi się jakiś nowy objaw lub powróci stary, ale nic takiego nie nastąpiło.

– Słuchaj, nie mówię tego, żeby cię przestraszyć, ale PAKowanie gruntownie zmieni to, jak żyjesz, jak wyglądają twoje relacje z innymi, jak postrzegasz siebie, wszystko. Jeśli zdecydujesz się przejść pełny cykl, twoje życie i ciało już nigdy nie będą takie same.

Przez chwilę wsłuchiwaliśmy się w szum maszynerii. Pomyślałam o tym, jak bardzo bym chciała, żeby wszystko w moim życiu się zmieniło.

– Znasz koncepcję pneumy?

– Niezupełnie.

– Niezupełnie co?

Ed nie zabiegał o moje zaufanie, co sprawiało, że ufałam mu jeszcze bardziej. Jego głos był jednocześnie szorstki i ckliwy. Codziennie wkładał te same workowate spodnie i tunikę z włókna konopnego. Czasami miał na twarzy szare smugi, które wyglądały, jakby powstały niezupełnie przez przypadek.

– Po prostu nie jestem zbyt dobrze zorientowana w kwestii pneumy. To chyba coś związanego z duszą…

– Dosłowne tłumaczenie z greckiego to „oddech”, ale w mojej praktyce uzdrawiania ta koncepcja ma związek z twórczą siłą życiową w każdym z nas. Słowo „kinestezja” również pochodzi z greki i oznacza w uproszczeniu „świadomość ruchu”. Mam więc pytanie, Mary. Czy ty się teraz poruszasz?

Wciąż spoczywałam na wyściełanej leżance, bez ruchu, więc odparłam, że nie, choć wiedziałam, że zapytał tylko po to, żeby mnie poprawić.

– Błąd. Twoje ciało tak naprawdę bardzo się teraz porusza, o wiele bardziej, niż powinno. Oto co ci się przydarzyło: twoja pneuma znalazła się w stanie chaosu i stresu, który wprawił ją w ciągły ruch, ale twoją świadomość tego chaosu stłumił strach. To pneumatyczne pobudzenie pozostawało poza wszelką kontrolą przez tak długi czas, że wyraziło się w fizycznym języku twojego ciała, stąd też wszystkie twoje objawy. Pneuma chce być zarazem ignorowana i leczona. Jednocześnie prosi o pomoc i stara się ją odrzucić.

Wyjaśnienie, co jest nie tak, co się właściwie stało, przyniosło mi ulgę. Nikt inny, żaden z tych lekarzy w białych kitlach – albo w fartuchach w śmieszne wzorki, jeśli próbowali wnieść odrobinę humoru do miejsca pełnego połamanych kości i martwych serc – żadna z tych osób nawet nie próbowała mi niczego tłumaczyć. Potrafili tylko stwierdzić, że nie są niczego pewni, że ciało stanowi zagadkę, że nawet badania krwi, USG, prześwietlenia, rezonans magnetyczny to tylko przypuszczenia. Całe szpitale wzruszały ramionami.

Tymczasem Ed dawał mi odpowiedź: pneuma. Nie miało znaczenia, czy wierzę w pneumę, czy nie. Nie miało nawet znaczenia, czy ma rację. Liczyło się wyjaśnienie. Historia.

– Twoje objawy są głęboko zakorzenione w twojej niefizycznej jaźni i ściśle z nią splecione, więc to zrozumiałe, że zachodnia medycyna ci nie pomogła.

Włosy Eda poruszyły się pod wpływem podmuchu powietrza. Miałam dziwne wrażenie, że czas jakoś się nagiął, że zmierza do mnie po przekątnej. Skóra na mojej głowie pokryła się potem.

– Oto co mówi mi twoje ciało energetyczne: tak desperacko pragniesz uzdrowienia, że w istocie sama je sobie uniemożliwiasz. Zdajesz sobie z tego sprawę?

Czy to nie zabawne, że człowiek może chcieć czegoś tak bardzo, że zrobi wszystko, by tego nie otrzymać? Bardzo zabawne.

– Zgadza się – odparłam.

Kiwnął głową, powoli i głęboko, jakby to był morał jego własnej historii.

– Wszystkie twoje problemy i wszystkie odpowiedzi na nie istnieją w granicach twojego ciała.

Zachciało mi się płakać, choć nie wiedziałam dlaczego. W oczach mi coś drgało, ale łzy nie popłynęły. Ed wziął do ręki bladoszary kamień i uniósł go kilkanaście centymetrów nad moim nosem.

– Stworzyłem dejonizowane pole wokół twojego ciała, tymczasową ortezę dla twojej aury, i to przynosi pewną ulgę twojej pneumie, ale aby znaleźć trwałe rozwiązanie, będziemy musieli przeprowadzić pełny cykl PAKowania, który potrwa kilka miesięcy albo nawet dłużej. Zdaję sobie sprawę, że to spory koszt, ale powinnaś wiedzieć, że przed każdą sesją przygotowuję się przez całą dobę, a regeneracja zajmuje co najmniej dwa dni. Na liście oczekujących mam kilkanaście osób, ale ze względu na rekomendację Chandry i twój stan mogę rozpocząć spotkania już w przyszłym tygodniu.

Przesuwał kamień nad moją twarzą, muskając lekko skronie. Jakimś sposobem wiedziałam, że nie muszę nic mówić ani robić.

– Na razie zastosuję kilka intensywnych zabiegów energetycznych, by udrożnić te blokady, więc jeśli możesz się całkowicie odprężyć, skupić uwagę na swoim ciele energetycznym i zaufać moim wskazówkom, bardzo nam to pomoże.

Położył mi kamień na mostku i zamknął oczy, a następnie wyciągnął ręce nad moją klatką piersiową. Próbowałam oczyścić umysł i może mi się to udało, a może on to zrobił, ponieważ z reszty sesji niewiele pamiętam, tylko to, że szłam powoli do domu, stopa mi nie drgała, a orteza szyi wystawała z torebki. Ból przestał mnie dręczyć, choć nie wyzbyłam się go całkowicie. Czułam, jakby kilka silnych rąk obejmowało moje nogi i plecy, przyciskając mięśnie do kości.

– Nie walcz. Nie lataj – powiedział Ed, gdy wychodziłam. – Po prostu płyń.

Cztery

Moja pierwsza sesja PAKowania wyrwała mnie z biura na prawie trzy godziny, więc zostałam po pracy, żeby nadrobić zaległości w fakturach, jak wyjaśniłam Meg, gdy wychodziła, ale tak naprawdę zamierzałam wykorzystać służbowy komputer do złożenia podania o drugą posadę, która umożliwiłaby mi opłacenie pełnego cyklu. Nie miałam żadnych faktur do nadrobienia, po prostu musiałam spędzić kilka godzin w biurze na udawaniu, że robię coś pożytecznego. Wiedzieliśmy, że biura podróży wymierają, a od kiedy zaczęłam tam pracować, Universal Travel niemal nieustannie redukował etaty. Nie miałam żadnych kwalifikacji, których oczekiwano od account managera, płacili jednak zbyt mało, by na to stanowisko zgłosił się kompetentny kandydat. Sama ubiegałam się o nie tylko dlatego, że liczyłam na bonusy w postaci darmowych podróży, ale nawet agenci dostawali co najwyżej niewielkie zniżki, a poza tym i tak nie zostałam agentką – powiedziano mi, że się do tego nie nadaję. Siedziałam więc w oświetlonej jarzeniówkami, niskiej części biura na zapleczu, wysyłałam e-maile do ludzi, którzy byli nam winni pieniądze, i wymówki do tych, którym my zalegaliśmy z płatnościami. Czeki. Faktury. Sprawdzanie faktur. E-maile. Tylko tym się zajmowałam.

Tamtego wieczoru wysłałam jednak wyłącznie listy motywacyjne i życiorysy w odpowiedzi na losowe ogłoszenia o dorywczych zleceniach – restauracje szukały hostessy, biura kogoś na tymczasowe zastępstwo, a różni ludzie asystentki. Z pewnymi oporami odpowiedziałam też na ogłoszenie, które znalazłam na tablicy w sklepie ze zdrową żywnością.

Wymieniono w nim kilka wymaganych kwalifikacji (wykształcenie wyższe, przeszkolenie w zakresie resuscytacji krążeniowo-oddechowej, nieskazitelna kartoteka zdrowia psychicznego, orientacja w tematyce zagranicznej, dobre umiejętności komunikacyjne i – przede wszystkim – dyskrecja), choć szczegółów, jak zastrzeżono w ogłoszeniu, nie można dokładnie przedstawić, nie ze względu na kwestie legalności posady, ale dlatego, że opisanie konkretnych obowiązków na tym stanowisku prawdopodobnie przyciągnęłoby osoby nieodpowiednie do tej (wysokopłatnej, wymagającej niewielkiego zaangażowania czasowego, tylko weekendy i sporadycznie wieczory w dni powszednie) pracy, która, jak stwierdzono, tak naprawdę nie była nawet pracą, lecz swego rodzaju intratnym doświadczeniem.

Automatyczna wiadomość nadeszła kilka minut później:

Bardzo szybko obsadzamy te stanowiska. Prosimy o wypełnienie formularza i udzielenie niezwłocznej, jak najdokładniejszej odpowiedzi.

Z wyrazami szacunku, Matheson

Do wiadomości załączono pełną dokumentację: kilka formularzy, test osobowości, arkusz analizy pisma odręcznego, który musiałam wydrukować, wypełnić i zeskanować, kwestionariusz urodzeniowy, zgodę na przeprowadzenie weryfikacji oraz dziesięć pytań do krótkich esejów na rozmaite tematy.

Natychmiast zabrałam się do pracy, a po dwóch godzinach ukończyłam zadanie. Co weryfikacja by o mnie ujawniła? Moje długi? To, że stanowię medyczną zagwozdkę? Miejsca, które odwiedził mój paszport? (Gdyby ktokolwiek sprawdził mnie naprawdę dokładnie, znalazłby jedynie Merle’a i matkę w zakurzonej, brązowej chacie. Imię Junia. Granatową Biblię, którą zostawiłam. Ale nikt tego nie odkryje).

Idąc tamtego wieczoru przez puste biuro, którego ciemność przerywało jedynie migotanie samotnie tańczącego wygaszacza ekranu, pomyślałam, że gdybym kiedyś mogła prześwietlić własną przeszłość, wiedziałabym dokładnie, co zrobić z wynikiem. Nawet bym go nie przeczytała, tylko zabrała w jakieś święte miejsce i podpaliła.

Nazajutrz wieczorem, kiedy leżałam na brzuchu na podłodze w salonie i próbowałam czytać książkę, zadzwonił telefon. Była za kwadrans jedenasta. Nie dzwonił do mnie już nikt z wyjątkiem Chandry, a wiedziałam, że ona nie używa żadnej technologii po zmierzchu.

– Czy mogę rozmawiać z Mary Parsons?

– Słucham.

– Cześć, Mary. Wybacz, że dzwonię tak późno. Jak się dzisiaj czujesz?

– Całkiem… dobrze. – Ale tak naprawdę czułam się dziwnie i żywo, moje ciało wciąż pulsowało.

– Świetnie, świetnie. No więc mam na imię Melissa i przeczytałam twoje zgłoszenie… Natrafiłaś na naszą ulotkę, tak? W każdym razie chcielibyśmy zaprosić cię jutro na rozmowę kwalifikacyjną.

Powiedziała mi, żebym stawiła się w apartamencie 704 w budynku niedaleko Union Square punktualnie o 13.23 i dokładnie o 13.23 drzwi do apartamentu 704 otworzyły się, zanim zdążyłam zadzwonić. Ze środka wyszła bladolica blondynka, zgarbiona, ze spuszczonym wzrokiem, jakby właśnie przeżyła coś niewyobrażalnego. Melissa i Matheson delikatnie uścisnęli mi dłoń.

– Cześć, witaj, Mary, miło cię poznać, jak się masz, dzięki za punktualność. – Ich głosy nałożyły się na siebie tak, że nie wiedziałam, jak zareagować.

– Oczywiście – odparłam, bojąc się, że przez zdenerwowanie wyjdę na protekcjonalną.

– Przepraszam za to oświetlenie – odezwał się Matheson, odgarniając z czoła przesadnie wystylizowaną grzywkę – ale chyba będziemy musieli jakoś sobie z tym poradzić.

Apartament 704 okazał się sterylną salą konferencyjną, a wypolerowany stół z imitacji drewna wypełniał niemal całą przestrzeń. Zajęłam miejsce, podczas gdy Matheson pisał coś w notatniku, wdychając i wydychając powietrze jak nauczyciel jogi w trakcie przygotowań. Asymetryczny krój dekoltu Melissy poniżej jej skrajnie symetrycznej twarzy wzbudził we mnie silne kompleksy. Wpatrywała się we mnie, jakby nie umiała ukryć pogardy dla każdego, kto nie jest równie zadbany i elegancki jak ona. Nie potrafiłam odgadnąć, czy jest to bardzo młoda kobieta przebrana za kogoś starszego, czy na odwrót. Matheson natomiast był odziany jak dyrektor jakiejś modnej firmy, ale wciąż miał twarz nastoletniego modela – podejrzanie gładką cerę, wysokie kości policzkowe, kwadratową szczękę, atrakcyjną w surrealistyczny, niepokojący sposób.

– Masz jakichś ulubionych celebrytów? – zapytał.

– Nie – odparłam.

– A wiesz coś o życiu osobistym jakichś celebrytów?

– Że mają życie osobiste?

– Yyyy, no nie. Czy w ogóle śledzisz życie celebrytów?

– Na portalach internetowych albo w czasopismach? – dodała Melissa.

– Nie. Właściwie to nie czytam żadnych czasopism.

Melissa zamrugała i zajrzała do notatek.

– Jakie filmy albo programy telewizyjne oglądasz? Czy są jacyś aktorzy lub reżyserzy, których szczególnie lubisz?

Zaczynałam podejrzewać, że mnie oszukano, że nie ma żadnej pracy, żadnego intratnego doświadczenia, że to po prostu jakaś niedofinansowana firma marketingowa robi badania.

Tak naprawdę to moja żałosna imprezowa sztuczka nosiła tytuł „Zgadnij, jakiego filmu nie widziałam”. Czarnoksiężnik z krainy Oz? Gwiezdne wojny? Ojciec chrzestny? Odpowiedź zawsze brzmiała „nie”. Gdy miałam dwadzieścia lat, pewien student filmoznawstwa na Columbii – Christopher o paciorkowatych oczach, który nie reagował na zdrobnienie Chris („To nie moje imię” – mówił, pokazując prawo jazdy) – próbował zmusić mnie do obejrzenia pierwszego filmu, Obywatela Kane’a. Chciał być kuratorem całego mojego kinematograficznego doświadczenia – karmić mnie czarno-białymi klasykami i podpowiadać, co mam o nich myśleć, tworzyć ze mnie własne imperium gustu. Nie udało mu się, ponieważ po kilku minutach zasypiałam albo po prostu nie mogłam skupić się na ekranie, musiałam wstać i znaleźć sobie coś do czytania albo do zrobienia. Przypuszczam, że nigdy nie nabyłam umiejętności ani chęci do oglądania takich rzeczy, podobnie jak ludzie, którzy wychowali się bez religii, rzadko odczuwają jej brak jako dorośli. („Zespół nadpobudliwości psychoruchowej wieku dorosłego – zawyrokował Christopher. – Już to widziałem. Wiesz, że możesz coś na to brać?”). Po kilku tygodniach niepowodzeń oświadczyłam Christopherowi, że nie podołam jego projektowi, że nie czuję się na siłach, a on odparł, że zniszczyłam mu całą pracę magisterską i zmarnowałam jego czas.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

Al. Jana Pawła II 45A lok. 56

01-008 Warszawa

Opracowanie publikacji: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2026

Wydanie I