OdNowa - Mags von Elf - ebook

OdNowa ebook

Mags von Elf

0,0

Opis

Czy będziesz umiał rozpoznać ten moment w życiu, kiedy można zacząć wszystko od nowa?

Dorastający w patologicznej rodzinie Jaś zarabia na utrzymanie siebie i swojego młodszego brata, Skierki, jako uliczny grajek. Jednocześnie stara się przykładać do nauki, aby w przyszłości wyrwać się z biedy i zacząć normalne, szczęśliwe życie. Mimo że jest zdolny i pracowity, z trudem odnajduje się wśród rówieśników. Kiedy zakochuje się w Kasandrze, klasowej piękności, a ona odwzajemnia jego uczucie, Jaś ma wrażenie, że los w końcu zaczyna mu sprzyjać. Dzięki temu, że rodzice Kasandry obracają się w środowisku kultury i sztuki, chłopak ma szansę na rozwijanie swojego talentu. Zakłada zespół, z którym gra coraz więcej koncertów, a jego marzenia zdają się nabierać realnych kształtów. Żadne z nich nie podejrzewa, że za chwilę czeka ich prawdziwe trzęsienie ziemi: rodzice dziewczyny z dnia na dzień wyjeżdżają z Polski, zabierając ze sobą Skierkę i przekazując informacje o prawdziwym pochodzeniu Kasandry. Zdruzgotani młodzi ludzie postanawiają zrobić wszystko, by poukładać sobie życie na nowo. Czy ich miłość przetrwa w dorosłym świecie pełnym pokus, kłamstw i intryg, które wkrótce odkryją?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 847

Rok wydania: 2023

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dla mojego syna Zbyszka

To była niedziela jak każda inna, więc Jaś maszerował do domu. Rozmyślał jednak o jutrze, kiedy to będzie celebrował swoje osiemnaste urodziny. Niewiele do świętowania… Nie oczekiwał też niczego w podarunku, ponieważ dobrze wiedział, że jego rodzice nie będą nawet pamiętać, że to ten szczególny dzień… Siódmy maja, łatwy do zapamiętania i w jakiś sposób szczególny dla Jasia, gdyż on zawsze przypominał sobie o urodzinach Czajkowskiego…

Zapadał zmrok i Jaś poczuł się zmęczony. Godzinami grał na ulicy na swojej gitarze, ażeby zarobić trochę pieniędzy. Miał świadomość daru, który posiadał, i chciał wykorzystać go najlepiej, jak mógł. Zdawał sobie sprawę, jak ważne jest ćwiczenie, samodyscyplina i oszczędność – wartości niezbyt znane w jego domu… Wkroczenie w dorosłość, jak przypuszczał, niewiele zmieni w jego życiu, ponieważ on postrzegał całą tę sprawę jako zbędny rytuał społeczny, powodujący zbyt wiele dramatu i zamieszania. A może jedynie stał się cyniczny, gdyż dobrze wiedział, że nic nadzwyczajnego nie wydarzy się tego dnia?

Szedł zdecydowanym krokiem, z gitarą zawieszoną na ramieniu. Podziwiał zachód słońca i rozglądał się po okolicy. Dosyć dziwnej, jako że nie wszędzie może człowiek spotkać się z taką różnorodnością statusu społecznego – wille i wielkie chawiry otoczone kiepsko wyglądającymi barakami zamieszkanymi przez patologiczne rodziny. Jaś wiedział, że krajobraz się zmienia, ponieważ wielu z tak zwanych nowobogackich zakupiło tu ziemię, ażeby wznieść swoje niesamowite pałace właśnie tutaj – wystarczająco blisko rzeki, w stosunkowo cichej i pełnej zieleni okolicy z dobrze rozwiniętym transportem publicznym i korzystnymi opłatami… Po co wydawać więcej pieniędzy, niż jest niezbędne? Wszyscy ci zamożni ludzie dobrze wiedzieli, że różnego rodzaju wyrzutki społeczne wkrótce wyginą, utopią się w zamęcie nałogu. Poziom przestępczości w tej dzielnicy był całkiem niski, jako że owe patologiczne ludki popełniały drobne przestępstwa: drobna kradzież, może włamanko, ale nigdy nie szły dalej… W ostatnich latach okolica zaczęła przyciągać wielu artystów, środowisko bohemy i różnego rodzaju wizjonerów. Jaś nigdy nie był w Paryżu, natomiast zawsze wydawało mu się, że tak pewnie wygląda Montmartre…

Właśnie przeszedł obok niebieskiego domu w kształcie piramidy i westchnął. Kasandra, jego koleżanka z klasy i obiekt westchnień, zamieszkiwała ten dom. Oczywiście Jaś nigdy jej tego nie wyznał, bo nie tylko obawiał się odrzucenia, lecz także był przekonany, że jego fascynacja jest nieodwzajemniona. Dlaczego Kasandra? Sam chciał to wiedzieć, ale może dlatego, że wydawała się tak inna od większości dziewczyn, które znał. A może po prostu to był zwykły brak równowagi hormonalnej przepływający przez jego młode ciało. Jakakolwiek była przyczyna, objawy były oczywiste: Jaś zapadł na tak zwaną miłość. Stan, którego szczerze nie cierpiał, lecz nie umiał kontrolować. Nie było nikogo, z kim mógłby na ten temat porozmawiać, więc musiał cierpieć samotnie… Na pocieszenie, aczkolwiek z desperacji i nędzy egzystencjalnej, wyprodukował nieco wartościowej poezji i piosenek. Sam często uznawał to jednak za kompletne gówno i zwyczajnie wywalał do kosza.

Chwiejąca się postać z tanim winem w ręku właśnie pojawiła się przed Jasiem.

– Mój drogi synu, nie mogłem czekać do jutra i pomyślałem, że będzie świetnie zacząć zabawę dzisiaj. Wszystkiego najlepszego! – To był Wiesiek, ojciec Jasia bądź, ażeby zachować kompletną precyzję, mężczyzna powszechnie znany jako ojciec Jasia.

Chłopak nie potrafił ukryć zaskoczenia, lecz z pewnością nie był wzruszony całym zajściem.

– Zostaw mnie w spokoju, mam dość twojego ciągłego balowania i chlania. Odejdź! – Spróbował ominąć Wieśka, ale ten zaszedł mu drogę, gotowy na konfrontację, a może nawet i bójkę.

– Jak śmiesz do mnie się w ten sposób odzywać? Jestem twoim ojcem i należy mi się szacunek.

– Zawsze miałem wątpliwości co do rodzicielstwa, a jeśli idzie o to ostatnie: nie potrafię okazać ci szacunku, bo sam go sobie nie okazujesz. – Jaś odpowiedział spokojnie i ruszył do przodu, a Wieśka zostawił mamroczącego coś pod nosem do swojej pryty.

Wbrew temu, co powiedział, Jaś nigdy nie kwestionował tego, kto powołał go na ten świat… Kilka minut później wchodził do domu. Drzwi nie były zamknięte na klucz – typowa rutyna, i prawdę mówiąc, nie było potrzeby zamykania tego domu na klucz, gdyż potencjalni złodzieje naprawdę nie mieliby zbyt wiele do skradzenia… Kuchnia, ze starodawną głośną lodówką, malutki stolik, niewielki kredens, kilka półek i cztery niepasujące do siebie taborety. Zlew i kuchenka gazowa – to zasadniczo całe wyposażenie… Jeden dość obszerny pokój, który mógłby być tak zwanym salonem – zużyta sofa, zmarnowany stół, podrapany fotel i stolik na telewizor, na którym dumnie stał ogromny odbiornik, oraz materac, na którym zazwyczaj sypiała siostra Jasia, Marysia. W sąsiednim pokoju, równie minimalistycznym, znajdowało się łóżko piętrowe, mocno pogryzione przez korniki biurko, dwa krzesła i coś, co miało przypominać szafę – metalowy mebel pokryty plakatami i jakimiś magnesami. Na całe szczęście owo królestwo było wyposażone w łazienkę, składającą się z kiepsko utrzymanej toalety i zardzewiałego prysznica. Ciepła woda nie zawsze była dostarczona, podobnie jak gaz i elektryczność, ze względu na nieopłacone rachunki. Na tyle, na ile mógł, Jaś zawsze próbował płacić wszystko na czas, jednakowoż nie zawsze mu się udawało…

Jaś nadal pamiętał stare, dobre czasy, kiedy wszystko było normalne. Oboje jego rodzice pracowali w fabryce, podczas gdy dziadkowie już byli na emeryturze i zajmowali się głównie wychowaniem jego i Marysi. Dziewczyna w tej chwili miała czternaście lat i powszechnie znana była jako Smerfetka – ze względu na dziewczęcą urodę oraz rozwiązłe maniery. W rzeczy samej Jaś oczekiwał, iż wkrótce zostanie wujkiem, aczkolwiek zupełnie nie doceniał wiedzy Marysi w zakresie antykoncepcji. Oczywiście, Jaś i Marysia się nienawidzili.

Trzeci potomek Wieśka i Ewy (tak, mama Jasia miała na imię Ewa) skończył pięć lat w marcu i już ujawniał objawy silnej niestabilności emocjonalnej. I znowu, na tyle, na ile mógł, Jaś opiekował się swoim młodszym bratem, gdyż czuł się zobowiązany i zdeterminowany, aby ochronić go (Skierka, tak go nazywał) od beznadziejnej przyszłości… Jeśli podczas weekendów pogoda była sprzyjająca, z reguły obaj wychodzili z domu i grali na ulicy. Gitarę Jaś dostał na komunię (fakt, którym niekoniecznie się chwalił) i od tamtej pory ćwiczył na niej. To jego dziadek, również Jaś, zauważył u chłopca niezwykłą muzykalność oraz ogromną ciekawość świata i zaczął go nazywać geniuszem. Sam Jaś nigdy tak na to nie patrzył, uważał, że jest po prostu ciekawy świata. Nauczony trudnymi okolicznościami życiowymi, stał się bardzo krytyczny, cyniczny, zamyślony i wycofany… Zawsze próbował wykorzystać czas na rozwój swój i Skierki (właściwie miał na imię Józef). Nie lubił zostawiać młodszego brata samego w domu, aczkolwiek dziś mały nie czuł się za dobrze i postanowił zostać w łóżku.

Jaś wszedł do pokoju i zobaczył Józia leżącego pod kołdrą na tym samym, starym, piętrowym wyrku, które dziadkowie kupili dwanaście lat temu dla Jasia i Marysi…

– Cześć, śpisz? – zapytał szeptem.

– Nie, udaję jedynie, że jestem niewidzialny – odpowiedział mały z uśmiechem.

Jaś uśmiechnął się do brata.

– Jak się czujesz, lepiej? Pewnie umierasz z głodu… Nic nie zjadłeś od śniadania, prawda?

– Nie, nie jadłem… ale chyba nic nie ma w lodówce. Patrzyłem, były tam tylko jakieś butelki na górnej półce…

– Ech… – Jaś westchnął. – To nie jest jedzenie. Nie martw się. Kupiłem trochę chleba, masło, ser i pomidory. Będziemy mieć smaczną kolację, co? – Jaś podniósł Skierkę z łóżka i dopiero wtedy zauważył jakieś zadrapania na jego twarzy. – Józiu, co to jest? – Wskazał na jedną z blizn.

– Au – syknął z bólu Józio – trochę boli… Zadrapałem się, gdy czesałem sobie włosy.

Jaś dobrze wiedział, na co patrzy. Westchnął znowu.

– Od kiedy to czeszesz swoją twarz, co? – spytał spokojnie. – Proszę, nie kłam. Obiecałeś, że wszystko mi będziesz mówił. – Uścisnął Józia i powtórzył delikatnym głosem: – Obiecałeś, że wszystko mi będziesz mówił. Co się stało? Niczego się nie bój, ja cię obronię. Jestem twoim dużym bratem i nigdy nie pozwolę, żebyś cierpiał. – Jaś potarmosił Józia za włosy.

– No więc… poszedłem do kuchni – Józio zaczął swoje wyznanie – i ich zobaczyłem. Zobaczyłem Maryśkę z tym kolesiem.

– Z kim? – Jaś zapytał trzymanego w objęciach brata.

– Nie wiem, jak ma na imię. Nigdy go wcześniej nie widziałem. Ten chłopak… Nie wiem… – Całe to wyjaśnienie nie dostarczało tak naprawdę żadnych szczegółów, ale Jaś i tak dostał dowód na to, co sam zakładał.

– Czy on cię dotykał? – Jaś zapytał Jaś.

– Nie, to była Maryśka. Ja tylko chciałem sprawdzić lodówkę, otworzyłem drzwi i ona mnie wtedy podrapała. – Józio wybuchnął płaczem. – Ja się tak boję, Jasiu. Proszę, nie zostawiaj mnie więcej samego…

Teraz Jaś sam prawie płakał i naprawdę cieszył się, że jego mały braciszek nie mógł widzieć jego twarzy.

– W porządku – powiedział. – Zabiorę cię jutro do przedszkola i odbiorę po szkole, dobrze? Chodź, zjemy coś.

Poszli do kuchni i Jaś zaczął przyrządzać posiłek – jajecznica z pomidorami i chlebem, żaden luksus, ale z pewnością lepsze niż nic. Zawsze starał się odżywiać Józia prawidłowo i ze względu na mocno ograniczony budżet naprawdę na niewiele mógł sobie pozwolić. Jaś bardzo się obawiał, że Skierka zostanie zabrany do domu dziecka. O ile zdawał sobie sprawę, że jego rodzice powinni mieć zabrane prawa rodzicielskie, o tyle przerażało go, że nie mógłby codziennie widywać swojego brata. Ponadto nie podobała mu się idea wychowywania dzieci w domu dziecka. Uważał, że sam będzie w stanie zapewnić lepszą opiekę dla małego niż jakakolwiek instytucja państwowa. Rodzina zastępcza była poza zasięgiem, jako że bezdzietne rodziny zazwyczaj adoptowały niemowlaki bądź naprawdę małe dzieci.

Jaś był silnie przekonany o swoim dobrym wpływie, sile i jedności braterskiej, a także o miłości, która pokona przeciwności. Nie miał praktycznie żadnego życia towarzyskiego, jako że wiedział, iż jakikolwiek wolny czas powinien poświęcić albo na zarabianie pieniędzy, albo na edukację. Teraz, kiedy chyba zapadł na miłość (albo fascynację), zaczął zdawać sobie sprawę z możliwego zgrzytu. Nie było rodziny, którą mógłby poprosić o pomoc, gdyż rodzice Ewy zginęli w wypadku samochodowym a dziadkowie ze strony ojca nie utrzymywali kontaktu z nimi, odkąd Ewa i Wiesiek się pobrali. Byli przeciwni temu małżeństwu i przysięgli sobie, że nigdy nie pogodzą się ze swoim synem, o ile ten nie rozwiedzie się z Ewą. Dotrzymywali danego słowa. Jako że Ewa była jedynaczką, Jaś nie mógł prosić o pomoc wujków czy cioć, a cała rodzina Wieśka po prostu się od niego odcięła. Znikąd pomocy… Jaś wiedział, że może liczyć tylko na siebie i kilkoro sąsiadów, tych nielicznych, którzy pomimo wzrastającego bezrobocia pozostali trzeźwi. Konsekwentnie oferował pomoc w różnych pracach podczas wakacji częściej w zamian za jedzenie niż pieniądze. I oczywiście, kiedy nie było wyboru, wychodził na ulice i grał. To zajęcie w istocie dostarczało mu funduszy – z pewnością niewystarczających na prowadzenie domu, ale pozwalających na zakup jedzenia i niezbędników dla niego samego i Skierki.

Skończyli jeść kolację i Jaś zaczął zmywać naczynia. Józio siedział i nawijał o swoich planach zostania naukowcem, który odkryje lekarstwo na raka. Nauczony przez życie Jaś powstrzymywał się od komentarzy, jako że nie chciał odciągać brata od marzeń. Po posiłku obaj poszli do pokoju i Jaś użył zasuwki na drzwiach, coby żadni nieproszeni goście nie wkroczyli do ich królestwa. Masło zostało przechowane w lodówce, a jajka, pomidory i chleb – położone na parapecie w ich pokoju jako poniedziałkowe śniadanie.

Gdy o szóstej rano zadzwonił budzik, Jaś – zgodnie z oczekiwaniami – nie zauważył żadnych zmian, poza tym, że Skierka obudził się przed nim. Po cichu poszli do kuchni, żeby coś zjeść, a potem szybko się umyli i wyszli. Jasiu nawet się nie pokwapił sprawdzić, czy jego rodzice i siostra wrócili, czy też nie. Na podstawie odgłosów słyszanych około drugiej w nocy wywnioskował, że jakaś dzika orgia odbywała się w dużym pokoju i jedynie miał nadzieję, że mały Skierka spał na tyle głęboko, że zwyczajnie zignorował te hałasy.

Przechodzili właśnie obok tego domu-piramidy i Jaś mimowolnie odwrócił głowę, aby spojrzeć na drzwi. Nic nie mogło umknąć uwadze Józia.

– Lubisz ten dom? Bardzo ciekawy i ja w sumie lubię tych ludzi. Śmiesznie wyglądają i są przyjacielscy. Ci starsi też.

– Ci starsi? – Jaś zaczął się śmiać. – O kogo ci chodzi?

– Ta dziewczyna, no wiesz… Chodzi mi o to, że jej mama i tata tak zabawnie wyglądają. – Józio, zgodnie ze swoim wiekiem, był dosyć bezpośredni w swoich stwierdzeniach.

– Tak, są mocno idiosynkratyczni, w rzeczy samej.

– Idio… co? – Skierka, ciekawy świata, wchłaniał słowa jak gąbka. Jaś wykazywał tendencje do używania eksperckiej terminologii czasem nie zdawał sobie sprawy, że jego młodszy brat nie miał pojęcia, o czym mówi. Na szczęście, Skierka zawsze pytał o wyjaśnienie.

– I-dio-syn-kra-tycz-ni. – Jaś powiedział powoli i dodał: – To znaczy inne, właściwe tylko komuś lub czemuś, rozpoznawalne.

Skierka szedł dość szybko i mocno trzymał Jasia za rękę. Zatrzymał się nagle i powiedział:

– Dobra, i-dio-syn-kra-tycz-ne. Idiosynkratyczne. Wszyscy oni są bardzo idiosynkratyczni.

Jaś zawsze stawał się bardzo emocjonalny w obliczu głodu wiedzy swojego braciszka i zawsze okazywał mu aprobatę. Wziął Józia na ręce.

– O, Skierka… Ty też jesteś bardzo idiosynkratyczny…

– No widzisz, ta dziewczyna z tego domu jest też idiosynkratyczna jak również – stwierdził Skierka, ażeby potwierdzić zrozumienie zagadnienia.

– No tak, jest –potwierdził Jaś. – Ona chodzi ze mną do klasy. Staraj się nie używać „też” i „jak również” w jednym zdaniu, tak przy okazji. Dziwnie to brzmi.

– Dlaczego się czerwienisz? To też wygląda dziwnie jak rów… Po prostu też dziwnie to wygląda. – Józio natychmiastowo odciął się ze swoją niespotykaną jak na pięciolatka ripostą.

Jaś poczuł się złapany na gorącym uczynku, ale oczywiście nie mógł się wydać Skierce.

– Och, z dnia na dzień stajesz się coraz cięższy. Nie dam rady cię już dłużej utrzymać. Uff, jak mniemam, nie jestem taki wysportowany, jak myślałem, dlatego się czerwienię – postawił Józia na chodniku i dodał: – No dobrze, jesteś silny i zdrowy, i na pewno dasz radę iść samodzielnie. – Mały brat pokiwał głową.

– Taaa, dobrze się czuję dzisiaj. Widzisz, ta idiosynkratyczna dziewczyna… Lubisz ją?

O nie. Jestem przesłuchiwany – pomyślał Jaś i tak bezemocjonalnie, jak tylko mógł, stwierdził:

– Tak, lubię ją. W porządku jest.

Nic nie mogło ujść uwadze Józia.

– Nadal się rumienisz…

Cholerny mały Sherlock – stwierdził w myślach Jaś i z największym spokojem odparł:

– No wiesz, nadal dochodzę do siebie. To po wysiłku podnoszenia ciebie. Wiesz, że nie jestem za bardzo wysportowany.

Józio zmarszczył czoło.

– No nie wiem, myślałem, że jesteś. Widziałem cię, gdy goniłeś autobus kilka dni temu. Jesteś bardzo wysoki i smukły, więc w czym problem?

Jaś uwielbiał analityczny i dociekliwy umysł Skierki, ale tego zaczynało być za wiele. Wiedział, że musi podjąć jakiś nowy wątek, żeby zamknąć temat.

– To się sprowadza do tego: im wyższy obiekt, tym trudniej utrzymać równowagę.

Józio rozejrzał się dookoła i przystanął, po czym wskazał jedną z ulicznych lamp.

– Rozumiem… Tym to musi być naprawdę trudno…

Powoli zbliżali się do przedszkola. Jaś otworzył bramkę, pozwolił małemu na pierwszeństwo, a potem przywitał woźnego z typowym sobie tekstem.

– Przepraszam, jako że jesteśmy znowu za wcześnie, no ale wie pan…

Oczywiście woźny wiedział i jedynie spojrzał znacząco na Jasia. Jaś przykucnął i pocałował Skierkę w czoło.

– Bądź grzeczny, dobrze? Zajdę po ciebie po południu. Dobrego dnia. – Potem odwrócił się do woźnego: – Dziękuję. Znowu…

Pan woźny jedynie mrugnął.

– Nie ma problemu.

– Dobrego dnia dla ciebie też jak rów… Tobie też dobrego dnia! – Skierka zaczął pokazywać oznaki postępu językowego. – Obyś miał idiosynkratyczny dzień i nie stracił równowagi.

Jaś zachichotał i podreptał szybko złapać pięćdziesiątkę piątkę, autobus, którym jeździł w ostatnich trzech latach. Dojazd do jego liceum zajmował mu średnio czterdzieści pięć minut i zazwyczaj spędzał ten czas na czytaniu i przygotowaniu do lekcji. Pięćdziesiątka piątka przybyła jak zwykle opóźniona, dość zatłoczona, ale Jaś mimo wszystko znalazł wolne siedzenie. Rozejrzał się dookoła, aby sprawdzić, czy nie ma nikogo starszego albo niepełnosprawnego i gdy upewnił się, że nie łamie dobrych manier, usiadł w końcu i otworzył plecak. Z książki od historii wystawała ręcznie zrobiona laurka: „Dla mojego braciszka, którego może boli kiszka, bo zachorowałem, ale nie chciałem. Nieważne, trzymaj się!”.

– Hmm… kurcze, nie napisał przecież tego sam. – Jaś zastanawiał się po cichu i otworzył książkę, aby sprawdzić własną wiedzę na temat rewolucji francuskiej. Wertował strony i wkrótce zdał sobie sprawę, że pamięta praktycznie wszystkie daty i fakty. Wolał jednak trzymać nos w książce, niż wciskać go w nie swoje sprawy. Obserwowanie ludzi nie było dla niego jakoś szczególnie ekscytujące, ponieważ widział już chyba wystarczająco dużo. Gapienie się przez okno też wydawało mu się bezsensowne i nudne, jako że i tak nie odkryłby nic nadzwyczajnego pośród tego, dosyć szarego, miejskiego krajobrazu.

Po trzech kwadransach wysiadł i zmierzał w kierunku słynnego budynku. Dlaczego słynnego? No cóż, dosyć ironicznie Jaś wylądował w jednym z najbardziej prestiżowych liceów w mieście. Czy było to faktycznie wielce opłacalne, jeszcze nie wywnioskował do końca. Zawsze miał wielką nadzieję, że będzie otoczony inteligentnymi i zdolnymi jednostkami, ponieważ to liceum było znane z wysokich standardów, a Jaś dosyć naiwnie postrzegał renomę jako gwarancję cudownej edukacji. Zajęło mu jedynie kilka dni uświadomienie sobie, że niektórzy z jego rówieśników dostali się tam raczej za pochodzenie niż za wysoką inteligencję. Niektórzy mieli kasę, ale nie klasę – jak sam zwykł mawiać, by opisać fenomen bogatych, lansiarskich tandeciarzy. W konsekwencji nie cierpiał tej schizmatycznej atmosfery w swojej szkole, gdzie czuł się zupełnie nieprzystosowany (był nieprzystosowany, w rzeczy samej).

Zgrywał się z kilku znajomych, którzy mylili Marcina Lutra i Martina Luthera Kinga, a także z tych, którzy nie widzieli różnicy między Australią a Ameryką. Zbyt dumny, aby grać idiotę, odstawał z tym swoim dziwacznym stylem, który stworzył na znak protestu – jak interpretowali to ci, którzy poszukiwali w jego sposobie bycia głębszego znaczenia. Dla tych, którzy nie czuli potrzeby analizowania całego przypadku, styl Jasia nie wywodził się tylko z oryginalności, lecz także (o ile nie przede wszystkim) z pobudek pragmatycznych. Te dystynktywne sztruksowe marynarki (których posiadał cztery: czarna, khaki, ciemnoniebieska i czerwona) były spuścizną po innym Jasiu, to jest jego dziadku, a lekko rozwiane i zmierzwione włosy stanowiły efekt notorycznego unikania fryzjera. Dla niektórych był chodzącym przykładem braku smaku, dla innych – ikoną i trendsetterem. Idiosynkratycznym, w rzeczy samej, aczkolwiek Jasiu nigdy nie użyłby tego słowa, aby opisać siebie, gdyż słowo to miało zbyt wiele pozytywnych konotacji. W zależności od pogody: albo bawełniany T-shirt, albo ciemnoniebieski sweter (ręcznie zrobiony na drutach, pamiątka po babci Róży) pod sztruksową marynarką. Całości wizerunku dopełniały czarne sztruksowe spodnie i czarne buty, również zależne od pogody – tenisówki albo militarne trzewiki, które bardzo ładnie komponowały się z wojskowym plecakiem. Pomimo takiego stylu ubioru Jaś nie wykazywał najmniejszych nawet afiliacji z siłami zbrojnymi. Nic innego, tylko znowu przyziemne okoliczności zadecydowały o jego, w pewnym sensie, ekstrawaganckim wyglądzie. Jak pewnie można było zgadnąć, wojskowy plecak był kolejną pamiątką po ukochanym dziadku, a buty zostały zakupione ze względów praktycznych – mocna podeszwa dawała radę w każdym sezonie. Ponadto mogła być przydatna w przypadku niespodziewanego niebezpieczeństwa.

Kolejną częścią spuścizny po dziadku był wzrost – Jasiu marzył, aby w końcu w wieku lat osiemnastu przestać rosnąć. Oczekiwał wyłącznie wzrostu personalnego, ale nie fizycznego. Miał lekko powyżej stu dziewięćdziesięciu pięciu centymetrów i absolutnie tego nie cierpiał, ponieważ ciężko mu było zostać niezauważonym. O ile nienawidził przyciągania uwagi do swojej osoby, o tyle wiedział, że jest na to skazany. Nawet gdy próbował zmieszać się z tłumem, wciąż odstawał. Dosłownie. Wielokrotnie już oskarżano go o arogancję i chamstwo bądź o ukryte przesłania w jego metaforycznych wypowiedziach. Z drugiej strony, kiedy próbował być uprzejmy i dyplomatyczny, większość upatrywała się w jego sposobie bycia sarkazmu. Czasami Jaś sam sobie nie zdawał sprawy z dwuznaczności własnych sformułowań i, jako że często wygrywał dyskusje za pomocą logiki i faktów, szczególnie emocjonalne jednostki zazwyczaj walczyły z nim poprzez ekspresyjny wybuch i dramatyczne okrzyki: „Przestań patrzeć na mnie z góry”! Jaś od zawsze miał tendencję do traktowania wszystkiego nazbyt dosłownie.

– No wiesz… Nie sądziłem, że to tutaj ma jakieś znaczenie, ale jeśli jest to dla ciebie poniżające, to może usiądźmy?

„Ty pieprzony sarkastyczny chamie” było typową odpowiedzią na powyższe; Jaś nigdy tego nie zrozumiał.

Tak… Przekroczenie progu dorosłości, świętowanie osiemnastki podczas szkolnego tygodnia nie było idealnym scenariuszem dla Jasia. Wiedział, że powinien był przynieść torcik – tak jak nakazuje tradycja. Był jednak przekonany, że nikt nie będzie pamiętał o jego urodzinach, a on sam miał gdzieś te konwenanse. Zbyt oszczędny, żeby hołdować próżności, i zbyt pragmatyczny, aby marnować energię na bezużyteczne rytuały. Dlaczego niby miałbym wydawać pieniądze, aby przymilać się do ludzi, którzy mają mnie gdzieś? I z jakiej paki mam im przynosić tort na moje własne urodziny? Zupełnie bez sensu – celowo porzucił ideę świętowania i postanowił wydać ciężko zarobione pieniądze na coś bardziej pożytecznego.

Prestiżowe liceum ze swoim neoklasycystycznym budynkiem otoczonym lipami i brzozami w jakimś stopniu przypominało klasztor – skromna budowla transmitowała przekaz ascetyzmu i prostoty, skontrastowany jaskrawością i żywotnością uczęszczających tamże uczniów. Jaś przypominał sobie każdego dnia, że jego celem jest zdobycie wiedzy raczej niż zaprzyjaźnianie się z rówieśnikami, zwłaszcza że to ostatnie i tak było poza zasięgiem. A przynajmniej on sam tak myślał i nawet nie zdawał sobie sprawy z własnego błędu. Jak na ironię, wielu znajomych podziwiało jego specyficzny humor, inteligencję, szczerość i niezależność. Co więcej, niektórzy szczerze zazdrościli mu wyglądu i nonszalanckiego stylu. „Odważ się być innym” zastosowane w pełni, ponieważ Jaś sam tak wybrał, a częściowo, ponieważ innego wyboru nie miał.

Jego największa fascynacja do tej pory, cudowna Kasandra, zawsze należała do jego szkolnego fanklubu, o czym oczywiście Jaś nie miał pojęcia. Uwielbiał jej filozoficzne wywody, kreatywność, bezpośredniość i nieskończoną energię. No i nie zapominajmy o wyglądzie, gdyż poza byciem człowiekiem rozumu i intelektu Jaś cieszył się generalnie świetnym zdrowiem i, podobnie jak większość nastolatków, doświadczał przeobrażeń w swoim ciele, nie tylko duszy… Nie tylko czuł to, przede wszystkim on to WIEDZIAŁ, dlatego też często kwestionował własne emocje i obwiniał za nie hormony. Wszystkie te nieprzyzwoite sny, budzenie się z wielkim poczuciem rozczarowania raczej niż winy i mówienie do siebie: „Witaj we śnie zwanym życiem”, a potem myślenie o Mozarcie i: „Erzeugt von heißer Phantasie / In einer schwärmerischen Stunde / zur Welt gebrachte, geht zu Grunde / Ihr Kinder der Melancholie!”[1] Dokładnie tak siebie widział: dziecko melancholii sfrustrowane brakiem kontroli nad własnymi uczuciami. Tak czy owak, nie mógł z tym nic zrobić i, tak jakby próbował wytłumaczyć sobie pożądanie, wmawiał sobie, że w całym tym doświadczeniu z pewnością kryje się jakaś wartość intelektualna. Kasandra po prostu TO miała. I jedno, i drugie: i wygląd, i mózg, nierozerwalne w pojęciu atrakcyjności, tak jak to widział Jaś… Ten styl, ten sposób bycia, ten… och, to wszystko! Jaś sądził, że ona go lubi, aczkolwiek był przekonany, że nigdy nie może liczyć na nic więcej. Często dyskutowali ze sobą na przerwach i dla Jasia sam fakt, że Kasandra poświęcała na te rozmowy tyle czasu, stanowił dowód serdecznego koleżeństwa. Ich znajomość nigdy jednak nie przerodziła się w nic głębszego. Jedynaczka, córka zamożnych rodziców… Kasandra byłaby ostatnią, którą mógłby uważać za swoją przyszłą dziewczynę. Wielokrotnie to analizował i nawet napisał wyznanie.

Jaś bał się odrzucenia swoich romantycznych zapędów, bał się utraty jakiegokolwiek kontaktu z Kasandrą. Nie chciał stać się kolejnym Werterem albo charakterem z Werony[2], gdyby na skutek jakichś nadnaturalnych interwencji jego uczucie okazało się odwzajemnione.

Ten bardzo nieznaczący dzień przejścia w dorosłość nie przyniósł do tej pory żadnych niespodzianek, zgodnie z Jasiowymi przypuszczeniami. Niemniej drobny poemacik napisany przez Józia całkowicie go zafascynował. I nic poza nim. Zadano mu kilka pytań podczas lekcji biologii, niemal zasnął podczas przysposobienia obronnego, zamyślił się głęboko podczas nigdy niekończącej się lekcji angielskiego, wielce się koncentrował podczas lekcji historii i w końcu zmierzył się z totalną porażką na matematyce, której nauczycielka była notabene jego ulubioną. Zazwyczaj siedział w ostatniej ławce, ponieważ uwielbiał obserwować reakcje koleżeństwa na zagmatwane wyjaśnienia pani Gabrieli. Kasandra siedziała z nim w jednej ławce podczas matematyki z podobnego powodu: wrednej obserwacji. Pani Gabrysia przypominała postać z groteski – burza platynowych włosów i styl Barbie. Piękny umysł, choć całkowicie niezdolny przekazać pojętą wiedzę. Jaś uwielbiał matematykę, pomimo że nie był w tej dziedzinie jakoś wybitnie uzdolniony. Zawsze zmagał się, aby zrozumieć wywody pani Gabrysi, i często zapisywał jej słynne powiedzonka. Jakakolwiek próba klaryfikacji zagadnienia prowadziła tylko do większego zawikłania z powodu potyczek językowych pani Gabrysi i jej skłonności do przekręcania przysłów. Jasia ulubionym było: „dobry sąsiad złym adwokatem”. Obdarzona niezwykle wysokim głosem i teatralnymi manierami, słabo słysząca pani Gabrysia rzadko była traktowana poważnie. W rzeczywistości co niektórzy – tak jak Kasandra – dosyć otwarcie się z niej śmiali. Nic niezwykłego się nie wydarzyło w urodziny Jasia, poza tym, że pani G. przez pomyłkę uznała śmiech Kasandry za Jasiowy. Biedny chłopak został wywołany do tablicy z nakazem wyjaśnienia równań trygonometrycznych, o których oczywiście nie miał pojęcia. Przyznał się do braku wiedzy, po czym usłyszał:

– Wyjaśnij mi to, czego nie rozumiesz.

– Nie rozumiem tego.

– Której rzeczy nie rozumiesz? – zapytała pani Gabrysia.

– Tylko jednej rzeczy: wszystkiego. To tyle… – odpowiedział Jaś.

To nie była odpowiedź, na którą czekała pani G., i w związku z tym zażądała, aby chłopak został na przerwę i przedyskutował całą sprawę. Oboje, Jaś i matematyczka, byli totalnie zdegustowani całą sytuacją – nauczycielka uznała zachowanie ucznia za ignoranckie, podczas gdy on sam zupełnie nie rozumiał, dlaczego tak się uniosła. Pani G. nazwała go arogantem, kiedy otrzymała kolejną zbyt szczerą odpowiedź na pytanie:

– Dlaczego tak się opuściłeś z matematyki? Czy coś się stało w rodzinie?

Odpowiedź, którą dostała, nie była tą, której się spodziewała.

– Zdecydowałem się koncentrować na własnych zainteresowaniach, ponieważ wiem, że nie będę zarabiał pieniędzy na matematyce. Chyba nie przypuszcza pani, że będę pracował w urzędzie skarbowym? A co do rodziny, wszystko po staremu.

W rezultacie Jasiowi zostały pokazane drzwi.

– Wyjdź! Po prostu wyjdź! – usłyszał.

Natychmiastowo dostosował się do tej prośby. Wiedział, że ma problem. Jak zwykle za to, że powiedział, co myślał. Westchnął ciężko i udał się do szatni, żeby zmienić obuwie i w końcu iść do domu. Wszyscy uczniowie z jego klasy już wyszli i Jaś poczuł wielką ulgę, że w końcu i jego szkolny dzień dobiega końca. Przystanek autobusowy znajdował się tuż przy samej szkole. Zobaczył, że Kasandra też czeka na autobus. Przynajmniej jakieś przyzwoite towarzystwo w drodze do domu – pomyślał i od razu poprawił mu się humor. Kasandra mogła pojechać już dwa razy, ale zdecydowała się na niego zaczekać. Fakt, o którym oczywiście Jaś nie miał najmniejszego pojęcia.

– Hej – wymamrotał do niej – pewnie znowu jest korek i kiedy w końcu ten autobus przyjedzie, będziemy się kisić jak sardynki w puszce.

Kasandra podzielała Jasiowy stosunek do szczerości.

– Myślę, że będzie dosyć pusty. Jeden właśnie odjechał. Czekam na CIEBIE. – Mocno zaakcentowała to ostatnie słowo. – Co ci powiedziała ta wariatka?

Jaś wzruszył jedynie ramionami.

– Nic ciekawego, naprawdę – odparł spokojnie. – Tak jak to sobie pewnie wyobrażasz. Zwyzywała mnie od arogantów i pokazała drzwi. Naprawdę nie chcę o tym rozmawiać, bo i tak nie mam wiele do powiedzenia.

Typowo dla siebie dopiero teraz załapał, że Kasandra stoi tutaj przed nim, ponieważ to właśnie na niego czekała.

– Dlaczego na mnie czekasz, czy mam ci w czymś pomoc? – To pytanie zabrzmiało jakoś patetycznie, szczególnie z tym wymuszonym spokojem w głosie.

– Tak, możesz mi pomóc poradzić sobie z nudą w drodze do domu. Co więcej, możesz uratować moje uszy od słuchania głupich ludzi rozprawiających o byle gównie. No tylko ich posłuchaj. – Kasandra wskazała na dwie młode dziewczyny siedzące na ławce obok i uśmiechnęła się w najbardziej przejaskrawiony sposób, co miało imitować zachowanie tych młodych osóbek. – Och, czyż nie jestem wspaniała, tak w ogóle?

Jaś już pogrążył się we własnych myślach, aby analizować uśmiech Kasandry. Nieważne, jak bardzo sztuczny i teatralny się wydawał, dla Jasia był to najpiękniejszy uśmiech, jaki kiedykolwiek widział. Te, zęby, och… A te usta… Nawet bardziej och!

– Jak najbardziej jesteś – odpowiedział zdecydowanie i nieświadomie westchnął.

Pomimo dosyć wrednej natury Kasandra powstrzymała się od komentarzy, jako że rozszyfrowała wypowiedź Jasia poprawnie.

– Wygląda, że nasz autobus nadciąga. Świetnie! – powiedziała radośnie, ażeby uchronić go od niepotrzebnego zażenowania.

Faktycznie, była to następna pięćdziesiątka piątka. O dziwo, zatłoczona tak, jak Jaś przewidział. Weszli do pojazdu i zauważyli stojące miejsce przy oknie. Stanęli tam, ściśnięci jak sardynki w puszce, w rzeczy samej. Zbyt wiele intymności – pomyślał Jaś, zauważywszy zero przestrzeni pomiędzy nim samym a Kasandrą. O ile bardzo mu to odpowiadało, o tyle bał się całkowitej utraty kontroli nad swoimi emocjami. Albo może hormonami, jak sam to nazywał. Kasandra potrafiła być nieco flirciarska, choć nie do końca zdawała sobie z tego sprawę. Dla Jasia w każdym razie każdy jej gest czy mina były wybitnie kuszące i uwodzicielskie. Wiedział, że jego percepcja jest wykrzywiona, ale nie umiał temu zaradzić. Nic niezwykłego w wieku lat osiemnastu.

Styl prowadzenia pojazdu kierowcy autobusu był mocno nierówny, a może tak wyglądały typowe godziny szczytu w dużym mieście? Pogoda była piękna, ciepło i słonecznie, i większość okien w autobusie była otwarta, dzięki czemu pasażerowie cieszyli się powiewami wiatru oraz miejskimi odgłosami, włącznie ze specyficznym językiem.

– Ty idioto, jak, kurwa, jedziesz? – Jakiś młodzieniec w zardzewiałym volkswagenie wymachiwał środkowym palcem na kierowcę autobusu.

– Odwal się, młokosie! Co, kurwa, myślisz, że ja tu kartofle wiozę jak ty? Ja ludzi wiozę, nie kartofle! – Kierowca odwdzięczył się pięknym za nadobne.

Autobus zachwiał się lekko i gwałtownie zahamował. Jaś pomyślał, że pewnie zderzyli się z tym volkswagenem, aczkolwiek ten raptowny ruch okazał się zbawienną interwencją wiozącego ich kierowcy. Kasandra straciła równowagę i uderzyła głową w Jasiową pierś.

– Jej… – wyszeptała – mogę cię złapać za rękaw? Za mała jestem i zwyczajnie nie sięgam do uchwytu, nie chcę się wywalić. – Zanim Jaś mógł cokolwiek odpowiedzieć, został uchwycony przez dziewczynę i absolutnie nie miał nic przeciwko…

Kasandra cały czas nawijała. O dziwo, Jasiowi nie przeszkadzała jej gadatliwość – zazwyczaj po prostu się wyłączał w obliczu gadatliwych ludzi. W szczególności nie trawił młodzieży paplającej o nowych trendach, kosmetykach, ciuchach i romansach – z reguły to wszystko było obwieszczane pełną parą, piszczącym głosem i z wielką egzaltacją. Na całe szczęście Kasandra nie piszczała i nie przesadzała z gestykulacją. I nawet jej wielka skłonność do ciągłego mówienia była zauważalna jedynie wtedy, kiedy dziewczyna zakładała, że istnieje faktyczna potrzeba prowadzenia rozmowy. Jaś z natury był dobrym i cierpliwym słuchaczem, więc podążanie za tokiem rozumowania obiektu jego marzeń, mówiącego DO NIEGO, było absolutnie fascynujące. Tak, nie zapominajmy o bliskiej perspektywie podziwiania włosów Kasandry – te grube rude loki, które z powodzeniem mogłyby wystąpić w reklamie szamponu… Dziewczyna coś nawijała na temat ostatniej książki filozoficznej, którą przeczytała. Naprawdę nawijała, aczkolwiek Jaś nazwałby to dywagacjami. W każdym razie wszystko to sprawiało, że ich wspólna podróż była dla niego cudowna. W końcu wysiedli.

– Wiesz, muszę przejść na drugą stronę, bo idę odebrać mojego braciszka – oznajmił Jaś.

– Wiem – odpowiedziała spokojnie Kasandra. – Widziałam cię kilka razy maszerującego z nim. To jest naprawdę wzruszające. Sama chciałabym mieć takiego brata. Mogę pójść z tobą? – zapytała z lekkim zawahaniem i szybko dodała: – Tak naprawdę chciałabym z tobą nieco dłużej porozmawiać, ale nie chciałam wprawiać cię w zakłopotanie w autobusie… Rozumiesz?

Jaś wyczuwał nerwowość w jej głosie. Zatrzymał się i spojrzał na nią przenikliwie.

– Co się dzieje? – Miał ochotę ją przytulić, jednak nie chciał być zbyt impulsywny.

Kasandra otworzyła swój plecak i powoli wyjęła małe pudełeczko, zawinięte w papier prezentowy:

– Wszystkiego dobrego na urodziny – powiedziała wesoło. – Mam nadzieję, że tak zwana dorosłość przyniesie ci wszystko, czego pragniesz.

Jaś był niezwykle zaskoczony jej zachowaniem. Byli naprawdę dobrymi znajomymi, kumplowali się, może nawet przyjaźnili, ale to, co się teraz działo, zwyczajnie przerosło jego oczekiwania. Rozejrzał się dookoła w przekonaniu, że może to kolejny zgryw Kasandry i za chwilę ktoś wyskoczy z ukrytą kamerą. Stali jednak wciąż na środku chodnika, przechodnie ich mijali, ale żaden z nich nie wyglądał jakoś podejrzanie. Kasandra jakby czytała w myślach Jasia i powiedziała:

– Wiem, że to nie jest perfekcyjne otoczenie i możliwe nawet, że blokujemy drogę. Możemy pójść do parku i usiąść na kilka minut? –Potrzasnęła prezentem. – Wiem, że musisz odebrać swojego brata, ale obiecuję, że to nie potrwa długo.

Jaś był naprawdę zmieszany i nie wiedział, jak odpowiedzieć.

– No dobra… – Pokiwał głową. – Ale muszę tam być za mniej niż pół godziny. W przeciwnym razie woźny mnie zabije.

Park znajdował się w pobliżu. Znaleźli ławkę w odludnym kącie i Kasandra zaczęła na nowo swoje wywody.

– Proszę cię tylko, nie przerywaj mi, zanim skończę. I proszę cię, tylko nie dziel się tym z nikim… I bardzo cię proszę, nie śmiej się ze mnie… I… kurczę, to jest tak krepujące… – Tego typu chaotyczne, zacinające się stwierdzenia nie były dla niej typowe. – Możesz mi obiecać, że nie będziesz się ze mnie nabijał?

– Nigdy tego nie robiłem i robił nie będę. – Jaś spojrzał jej w oczy poważnym wzrokiem. Biedna Kasandra, zazwyczaj emanująca pewnością siebie, wybuchła pod wpływem napięcia:

– No nie.… I ten cholerny zabójczy wzrok. Czy ty kiedykolwiek przestaniesz analizować i kwestionować wszystko tak, jakbyś czytał ludzi? Nie mam żadnych ukrytych intencji. Wszystko, co chcę, żebyś wiedział, to fakt, że naprawdę cię lubię. Bardziej niż kogokolwiek innego, może nawet bardziej, niż lubię samą siebie, i błagam cię, nie pytaj mnie dlaczego. – Dziewczyna wpadła w dziwną histerię i skryła głowę w marynarce Jasia, jakby próbowała się schować.

Jaś nie mógł uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszał, i przez moment myślał, że ktoś musiał coś nasypać Kasandrze do jedzenia albo picia, bo widocznie postradała zmysły. Delikatnie poczochrał jej włosy i westchnął. Nie słyszał nic poza jej przyspieszonym oddechem i biciem serca. Siedział na ławce kompletnie sparaliżowany ze szczęścia – uczucia, którego nie doznał przez lata. Nastolatka nieprzyzwyczajona do niewygodnej ciszy wciąż chowała głowę w marynarce Jasia.

– Zrobiłam z siebie idiotkę… Sądziłam, że tak będzie… Nie śmiej się tylko ze mnie i przynajmniej weź ten drobiazg. Wiem, jak bardzo kochasz muzykę. – Jej mowa znowu stała się przyspieszona i Jaś słyszał, że zaczyna płakać. Przytulił ją.

– Jeśli nie przestaniesz płakać, ja też zacznę, ze szczęścia. Nikt nie denerwuje mnie mniej niż ty, a gdy widzę twoje podenerwowanie, nic nie denerwuje mnie bardziej. – Zatrzymał się na chwilę, gdyż zdał sobie sprawę, że to, co powiedział, dalekie było od klasycznego wyznania miłości, więc tylko dodał: – Chodzi mi o to, że fakt, że cię znam, jest moim wielkim szczęściem.

Z pewnością wielkim szczęściem było to, że Jaś nie widział własnej twarzy, czerwonej jak korale indyka… Kasandra powoli podniosła głowę i usiadła Jasiowi na kolana.

– Człowieku, kocham tę twoją inność, poczucie humoru, styl. Po prostu całe twoje jestestwo!

Zaczęła go namiętnie całować. Dokładnie tak, jak Jaś sobie marzył przez mniej więcej dwa ostatnie lata. Nigdy nie przypuszczał, że jego wizja się spełni. I, na ironię, w dniu jego osiemnastych urodzin. Tak czy owak, zapomniał w tej chwili, jaki to dzień. Zapomniał praktycznie wszystkiego i zupełnie tracił nad sobą kontrolę. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że jego pierwsze doświadczenie seksualne będzie miało miejsce w raczej nieprzewidzianych okolicznościach i raczej nietypowym otoczeniu. Zawsze wyobrażał sobie specjalne, bardzo intymne miejsce… A nie na ławce w parku! Ni stąd, ni z owąd Kasandra wstała i obwieściła:

– Obiecałam, że nie zajmę ci zbyt wiele czasu, ale mam nadzieję, że ci go nie zmarnowałam. – Nie czekała na odpowiedź i szybko dodała: – Liczę też na to, że nie masz nic przeciwko, żebyśmy poszli razem po twojego brata, a potem wstąpili na obiad do mnie… – uśmiechnęła się kokieteryjnie i w końcu wręczyła Jasiowi ten malutki prezencik.

Oczywiście, że Jaś nie miał nic przeciwko. Czy powinien, to inna sprawa. Nie żeby przejmował się zasadami i tym, czy wypada; bardziej obawiał się reakcji rodziców Kasandry… Dziewczyna ponownie rozszyfrowała jego wątpliwości.

– Wszystko im powiedziałam. Rozumiesz… wszystko. Oboje są w domu, na wypadek gdybyś się obawiał, że cię zgwałcę.

Jaś parsknął śmiechem i szybko zapakował pakuneczek do plecaka. Żwawo ruszyli w stronę przedszkola. Skierka siedział z woźnym, grał w szachy i niecierpliwie zerkał na zegar. Jego twarz rozjaśniła się, gdy ujrzał Jasia wchodzącego do budynku, i zmarkotniał nieco, gdy zauważył Kasandrę. Stary woźny, mimo że nie miał pojęcia o dramaturgii dnia, szybko rozszyfrował powód Jasiowego opóźnienia:

– Nic nie mów. Wszystko w porządku, młody człowieku – mrugnął jak zwykle – dobrze się bawimy, gramy w szachy. To bardzo zdolny dzieciak!

Skierka przybiegł do Jasia i złapał go za nogi.

– To rodzinne – powiedział, po czym odwrócił się do woźnego. – Chciałbym też być taki przystojny jak mój brat.

Jaś podniósł Skierkę, aby należycie go uściskać i aby tym samym odwrócić uwagę od siebie, jako że sytuacja stawała się trochę niekomfortowa. Oczywiście, znowu się rumienił. Nic nie mogło ujść uwadze Skierki.

– Jasiu, lepiej postaw mnie na ziemię, ponieważ widzę, że się z czymś zmagasz. Wiem, że się zawsze czerwienisz, kiedy tracisz równowagę, ponieważ im wyższy obiekt, tym trudniej utrzymać równowagę…

Jaś jedynie przewrócił oczyma i postawił małego na podłodze. Zarówno woźny, jak i Kasandra śmieli się z komentarza chłopczyka.

– Powiedziałem panu Henrykowi, że dziś są twoje urodziny, więc obaj postanowiliśmy zrobić ci niespodziankę. – Skierka podbiegł do stolika woźnego i zebrał szachy: – Oto i ona – powiedział dumnie.

Jaś pochylił się, żeby spojrzeć małemu w oczy.

– Józiu… to jest dosyć niegrzeczne. Nie szukaj wymówek po to, żeby dostać, co chcesz. – Druga część wypowiedzi szczerze zasmuciła małego. Schylił głowę i patrzył w podłogę pełen winy. Pan Henryk i tak dałby Jasiowi te szachy…

– On niczego się nie domagał… Powiedział jedynie, że są twoje urodziny. Proszę cię, młody człowieku, weź to. Jeśli nie dla siebie, to dla niego. – Woźny Henryk mrugnął znowu i wskazał ruchem głowy na Skierkę. – Zawsze chciałem mieć takiego syna…

– Ty naprawdę jesteś wyjątkowy, Jasiu. Naprawdę. – Kasandra mrugnęła do woźnego na znak porozumienia i wyciągnęła paczuszkę biszkoptów z plecaka. – Proszę, niech pan to weźmie na deser albo do herbaty. Przyniosę jutro pyszną organiczną czekoladę, jest naprawdę rewelacyjna z herbatą. – Położyła biszkopty na stoliku woźnego.

Och, bardzo chciałbym mieć taką córkę… Te dzieci są cudowne – pomyślał sobie pan Henryk i usiadł na swoim staromodnym krześle. Troje cudownych dzieci podziękowało mu i opuściło budynek.

Dom Kasandry odzwierciedlał nietuzinkowość jego mieszkańców. Wzniesiony w formie nowoczesnej, dekonstruktywistycznej piramidy, ów budynek mógłby zostać określony jako ikona architektury nowej ery. Eklektyczny, dziwaczny, z wykuszami i oknami dachowymi, różnorodnością stylistyczną i materiałową. Jaś oczekiwał podobnej ekstrawagancji od samych rezydentów. Oczywiście, widział rodziców Kasandry już wcześniej, ale nigdy z nimi nie rozmawiał. To wszystko wydarzało się tak szybko, że ledwo mógł to przetrawić i nadal kwestionował, czy przypadkiem to wszystko mu się zwyczajnie nie śni. Skierka wysłuchiwał wynurzeń Kasandry na temat tego, dlaczego idą do niej na obiad – wspomniała jakieś niedorzeczności dotyczące pomocy z historii. Chłopiec nie przejmował się jakoś wielce tymi wyjaśnieniami, po prostu cieszył się, że zje w końcu przyzwoite jedzenie, i po cichutku liczył nawet na deser – coś, czego nie doświadczył od lat. Jaś stawał się coraz bardziej podenerwowany i zestresowany, gdy wizualizował sobie, że następnego dnia usłyszy „do widzenia” i wszystkie jego marzenia legną w gruzach.

Kasandra czuła się zwycięsko. Zdobycie zaufania najbardziej nieprzystępnego chłopaka, jakiego znała, traktowała jako swój wielki tryumf. Fakt, że był biedny jak mysz kościelna, nie miał dla niej najmniejszego znaczenia. Wprost przeciwnie – w ten sposób mogła każdemu (także samej sobie) udowodnić, że rasa ludzka nie zna podziałów i segregacji. Nie ma rozdźwięków, klas społecznych, sztucznie ustawionych granic…

Wydawało się, że każdy z nich jest w siódmym niebie – nieśmiały, romantyczny (ale logiczny) Jaś, który w końcu widział jakiś cel w życiu; Kasandra, która usidliła dobrze wyglądającego, nieśmiałego i romantycznego Jasia, którego zamiary nie ograniczały się do zwykłego jej przelecenia; a także Skierka, który nie musiał wracać do domu, gdzie czekały na niego chaos i pusta lodówka.

Wielki bernardyn wesoło biegał po ogródku.

– Nie bójcie się go. Ludwig wygląda jak bestia, ale nie skrzywdziłby muchy. W sumie nie bardzo rozumiem, dlaczego moi rodzice go trzymają, przekonani, że zapewni nam większe bezpieczeństwo. Nieważne, świetny z niego towarzysz.

Otworzyła furtkę i weszła pierwsza, a po sekundzie tarmosiła już Ludwiga. Pies odpowiedział machaniem ogonem i przyjaznym poszczekiwaniem. Jaś nie przepadał za psami, a ponieważ miał problemy z zaufaniem, nie chciał irytować zwierzaka i szybko przeszedł ukradkiem. Skierka z kolei wydawał się zafascynowany czworonogiem i gorliwie przytulał się do jego sierści.

– Nazwaliście go po Beethovenie? – zapytał. Kasandra pokiwała głowa.

– Tak, a skąd wiedziałeś?

– No nie było to zbyt trudne do zgadnięcia, biorąc pod uwagę, jakiej jest rasy….

– Dobra, chodźcie! – Kasandra pokiwała na Skierkę i mały podbiegł do drzwi, po czym nacisnął przycisk dzwonka. W przeciągu kilku sekund drzwi otworzył mężczyzna w średnim wieku.

– Miło mi poznać. Jestem Ed.

Ojciec Kasandry sprawiał wrażenie niezwykle wyluzowanego. Był ubrany w dosyć dziwny strój: spodnie w romby, czerwone skarpety i podkoszulek w odcieniu kanarkowej żółci. Ten nietuzinkowy wygląd dopełniały nastroszone blond włosy z gdzieniegdzie prześwitującymi srebrnymi nitkami postępującej siwizny. To ostatnie nie było wynikiem artystycznego manewru, tylko dziełem natury. Ed trzymał się dobrze, pomimo że palił jak smok, jednak pewne cechy starzenia zaczęły się uwidaczniać. Był dosyć atletycznie zbudowany i średniego wzrostu – nikt nie podejrzewałby, że ma czterdzieści sześć lat. Jaś pomyślał, że mógłby być nawet jego bratem. Ponadto Ed miał ten rodzaj energii, która sprawiała, że każdy czuł się w jego towarzystwie po prostu komfortowo. To wrażenie minęło, kiedy dosyć nieprzyjemny, zachrypły głos odezwał się z wnętrza domu:

– Do cholery, powiesz im w końcu, żeby weszli? Umieram z głodu i zapewne oni też!

To była Alicja, matka Kasandry. Wszyscy podążyli za jej dość ostrą prośbą i weszli do środka.

– Zostaw Ludwiga na dworze, chcę zjeść w spokoju! – Kolejny przykaz został wydany Edowi, który pokornie zamknął drzwi, machając do psa.

Jaś był pod ogromnym wrażeniem wnętrza. Dosłownie nie wiedział, gdzie ma podziać wzrok – wszystko wydawało mu się takie nowe: ogromna przestrzeń przedsionka, otwarta kuchnia z jadalnią i ten wielki pokój dzienny, wszystko wyposażone w nowoczesny sprzęt oraz egzotyczne gadżety. Lampy, żyrandole i w pełni zaopatrzony barek wypełniony różnorodnymi trunkami. Nie potrafił jednoznacznie stwierdzić, czy to wnętrze było czysto modernistyczne – tu i ówdzie zauważył jakieś pamiątki, niespotykane suweniry, orientalne dzwonki wietrzne oraz ogromną kolekcję książek i płyt w północnym rogu pokoju. Kilka ekspresjonistycznych obrazów zdobiło ściany, a tuziny resoraków i modeli samochodowych plątały się po całym pokoju – Ed kolekcjonował je od lat, podobnie jak puzzle i klocki Lego.

Jaś nie potrafił nawet oszacować powierzchni całego piętra, ale obstawiał, że główna przestrzeń kuchenno-jadalniano-gościnna ma jakieś siedemdziesiąt metrów kwadratowych. Nie zazdrościł im; zwyczajnie był ciekaw jak państwo N. (Kasandry nazwisko zaczynało się na N) zdobyli taki majątek. Gdy chłopak zauważył, że Alicja krząta się po kuchni, zaoferował pomoc, którą kobieta przyjęła i poprosiła, żeby zaniósł jedzenie na stół. Burgery z czerwonych buraków z ryżem i pieczarkami w sosie kokosowym, zaserwowane z orzechami nerkowca i ananasem. Aromat był cudowny.

– Proszę cię, tylko nie jedz za szybko. To niezdrowo – szepnął Jaś do Skierki.

Chłopczyk pokiwał głową na znak zrozumienia, a reszta podążyła za sugestią Alicji i usiadła za stołem.

– Przepraszam za ponaglanie was i takie dyrygowanie wszystkim. Nie jestem taka, nieprawdaż, Ed? To tylko dlatego, że jestem bardzo głodna i jedzenie już stygło, a zwyczajnie lepiej je jeść na ciepło. No więc pozostawię wszelkie dyskusje na później, dobrze? Jeśli chcecie więcej, mówcie otwarcie, albo jeśli potrzebujecie przypraw czy co tam… Naprawdę nie jestem dobra w kuchni, zazwyczaj Ed to robi i jest w tym nieziemski. Dziś jednak wrócił z pracy dosłownie piętnaście minut przed wami, więc wiedzieliśmy, że nie ma czasu na jakieś wymyślne dania. Mam nadzieję, że to jest zjadliwe. Ed, może im wytłumaczysz…

Ed się uśmiechnął.

– Myślę, że powinniśmy teraz jeść, zamiast rozmawiać, kochanie. Naprawdę stygnie – podkreślił to ostatnie słowo, chwycił sztućce i złapał pierwszy kąsek. – Smacznego.

– Dziękujemy, nawzajem! – Bracia odpowiedzieli niemal jednocześnie.

– Znacznie lepiej byłoby, gdyby mama sobie podarowała ten przydługi wstęp. – Kasandra wymamrotała niewdzięcznie.

Jaś próbował trzymać dobry ton, więc starał się odpowiednio operować nożem i widelcem – tego typu zwyczaje nie były uznawane w jego domu, odkąd zmarli jego dziadkowie. I, prawdę mówiąc, rzadko nadarzała się okazja do stosowania takiego savoir-vivre’u. Nigdy też nie było czasu na okołojedzeniowe rytuały, ponieważ w każdym momencie mogła wtargnąć Ewa, Maryśka albo Wiesiek… Albo jacyś inni „weseli” kompani. Nie przelewało się i tyle – brak jedzenia do świętowania, brak sztućców do konsumowania z wdziękiem i dostojnością oraz brak wzniosłego towarzystwa. Odpuścić sobie formalności, po prostu jeść zdrowo, ale raczej szybko – takie było motto żywieniowe Jasia. Dzisiaj, jako że dzień był szczególny, wiedział, że może pozwolić sobie na luksus. Cieszył się tym ogromnie, pomimo wielkiego lęku przed odrzuceniem.

Mały Józio nie przykładał żadnej wagi do dobrych manier, ponieważ nigdy nie miał sposobności takowych poznać. Jaś natomiast nadal pamiętał te wyjątkowe niedziele z dziadkami, którzy być może byli nieco drętwi i staromodni, ale z pewnością motywowali go do tego, by nauczył się dobrych manier i potrafił odróżnić ogładę od zachowań nietaktownych. Józio siorbał wesoło, przez co dawał do zrozumienia, że jedzenie niezwykle mu smakuje.

– To dosyć obrzydliwe, Skierko. Wiesz, ktoś może przestać mieć ochotę na jedzenie, gdy tak robisz, rozumiesz? – Jaś najdelikatniej, jak umiał, upomniał Józia.

Alicja tylko wzruszyła ramionami.

– Niech sobie je, jak mu się podoba. Nie jesteśmy w żaden sposób urażeni. – Przechyliła się do Józia i rzekła: – Nie przejmuj się tym siorbaniem, samo przejdzie. Na razie, tu i teraz, mam nadzieję, że smakuje ci jedzonko! – uśmiechnęła się do Skierki.

– Bardzo smaczne. Może to z powodu konsystencji ryżu. Uważam proces połykania za, w pewien sposób, wymagający. – Józio wypowiedział się na temat siorbania w najbardziej skomplikowany z możliwych sposobów. Alicja otworzyła buzię ze zdziwienia i zapytała:

– Czy on zawsze tak mówi?

– No dosyć często. – Jaś nie mógł powstrzymać się od śmiechu. – Przepraszam za zamieszanie.

Alicja, która ukończyła psychologię, zdała sobie sprawę, że siedzi przy jednym stole z bardzo interesującym małym człowieczkiem, który mógłby stanowić ciekawy obiekt obserwacji naukowych. Być może nawet miała przed sobą dwa takie przypadki. Pomimo że uzyskała tytuł magistra psychologii, ostatecznie została dziennikarką – najpierw publikowała w „Psycho-Spectrum”, jednym z najbardziej poczytnych czasopism, a w końcu znalazła drogę do radia i telewizji. Niektórzy mówili, że dobrze się stało, iż nie została typowym psychologiem-doradcą, gdyż biorąc pod uwagę jej wygląd, pewnie niektórzy pacjenci zastanawialiby się nad jej poczytalnością.

Mama Kasandry miała fenomenalną figurę, lepszą niż jej krągłobiodrowa córka. Alicja była średniego wzrostu, bardzo smukła i z pewnością przywiązywała wielką wagę do wyglądu, co kontrastowało z jej wyluzowanym zachowaniem. Prawdę mówiąc, kojarzyła się nieco z czarownicą, ponieważ natura wyposażyła ją w kruczoczarne włosy, które ona zazwyczaj wiązała w dwa warkocze bądź kuca (tak jak to miało miejsce dziś), często nosiła czarne ubrania (głównie albo ekstremalnie długie, albo skandalicznie krótkie spodniczki) i miała bladą twarz, na której szczególnie odznaczały się pomalowane na ciemno oczy oraz krwistoczerwona pomadka. Te ostatnie dwa elementy stylizacji były uznawane za jej znaki rozpoznawcze w miejscu pracy. Wielu współpracowników określało ją jako Lady Draculę albo Krwawą Alicję, co wiązało się zarówno z jej wyglądem, jak i dosyć chłodnym sposobem bycia. Alicja, w przeciwieństwie do swojego powszechnie uwielbianego męża, miała w sobie to coś, co sprawiało, że większość ludzi czuła jakieś napięcie i pewien dyskomfort w jej towarzystwie. Było w niej coś z femme fatale – sylwetka, ubiór, głos… Większość jej koleżanek szczerze jej nienawidziła, ponieważ były zazdrosne i przerażone, że ich partnerzy mogą się za nią oglądać (żeby jeszcze Alicja się tym w ogóle przejmowała). Mężczyźni w większości odnosili się do niej jak do kumpla, ponieważ ona sama niełatwo znajdowała wspólny język z kobietami. Przebywanie przez większość czasu w męskim towarzystwie, szewski język i czarny humor powodowały, że często była obiektem plotek, a Eda niejednokrotnie nazywano rogaczem. Żeby on jeszcze się tym w ogóle przejmował… Dobrze wiedział, że to się zdarzyło raz i od tamtej pory ich związek tylko rósł w siłę.

Skończyli jeść i Jaś, nadal wierny zasadom dobrych manier, zaproponował swoją pomoc. Nie to, żeby się starał komukolwiek imponować swoim zachowaniem – w rzeczy samej taką już miał naturę, że lubił pomagać, kiedy mógł. Ed się zaśmiał.

– Dobra, ja posprzątam to wszystko i wstawię do zmywarki. Nie ma wiele do zrobienia, naprawdę. – Zaczął zbierać talerze ze stołu i ostentacyjnie ucałował Alicję.

– Bardzo dziękuję – wyszeptał. – Pyszne było. Prawie tak pyszne jak ty – uśmiechnął się zawadiacko, co bardzo zbulwersowało Kasandrę.

– Jej! Przestaniesz w końcu? To jest niesmaczne. Poza tym jest małe dziecko w tym pokoju.

Józio już znalazł sobie nowe zajęcie – w północnym rogu pomieszczenia przeglądał półkę z książkami. W końcu wyciągnął jedną, usiadł w fotelu i zaczął wertować kartki. Alicja się uśmiechnęła.

– Być może będzie molem książkowym za kilka lat, ale teraz, jak mniemam, nie umie jeszcze czytać… – stwierdziła z pewnością w głosie Alicja.

– Proszę mi wierzyć, umie. On potrafi też pisać. Robi czasem okropne błędy, ale zasadniczo jest naprawdę dobry. I świetnie liczy. Potrafił to robić bez problemu w wieku czterech lat.

Jaś nie czuł potrzeby chwalenia się swoim małym braciszkiem, on jedynie mówił prawdę. Skierka był wyjątkowym dzieciakiem. Alicja, wykwalifikowana psycholożka, otworzyła buzię ze zdumienia.

– Jeśli nie masz nic przeciwko, wyjdę na papierosa i z nim porozmawiam, dobrze?

– Jasne – odpowiedział Jaś, wciąż wpatrzony w swojego brata.

Alicja podeszła do Skierki i zapytała go o tytuł książki.

– Dżuma – powiedział. – Podoba mi się początek, posłuchaj: „Ciekawe wypadki, które są tematem tej kroniki, zaszły w 194. r. w Oranie. Według powszechnego mniemania”[3]… – Zanim Skierka mógł dokończyć, Alicja weszła mu w słowo:

– No dobrze, może zechcesz wyjść ze mną do ogrodu i poczytać? Umieram za papierosem, widzisz… jeden z tych paskudnych dorosłych zwyczajów. – Mrugnęła.

– Dobra, dopóki, nie będziesz mi dmuchać dymem w twarz, jak ma to w zwyczaju moja mama. – Józio odpowiedział bardzo szczerze i podniósł się, aby otworzyć wielkie przesuwne drzwi do ogrodu. Alicja podążyła za nim i oboje usiedli na huśtawce. Ed zakończył ładowanie naczyń do zmywarki i powrócił do stołu.

– Może macie ochotę na lampkę wina albo jakiś inny trunek? Mamy naprawdę obfitość wyboru, więc nie krępuj się, Jasiu.

– Nie, dziękuje. Ja praktycznie nie piję w ogóle. – Jaś powiedział skromnie.

– Naprawdę? To niespotykane. A palisz? –Ed wyciągnął paczkę papierosów z kieszeni w zamiarze podzielenia się z Jasiem.

– Nie, nie palę. Spróbowałem kilka razy, ale nie widzę powodu, dla którego miałbym wydawać pieniądze na coś, co ma mnie zabijać na raty. Niee… Nie żeby mi smak odpowiadał też – uśmiechnął się i chrząknął nerwowo.

– Rozumiem, a zatem przeproszę was na chwilkę. Zaraz wracam, ponieważ chciałbym z tobą porozmawiać. – Ed ruszył w stronę ogródka; gdy otworzył już drzwi, odwrócił się w stronę Kasandry.

– Zawsze wiedziałem, że masz świetny gust do sztuki. Teraz udowodniłaś mi, że masz też świetny gust do mężczyzn. Dobra robota, córeczko. – Beknął wesoło, zapalił papierosa i szybko wyszedł na zewnątrz.

Jaś z pewnością był pod wrażeniem wyluzowanego sposobu bycia rodziców Kasandry, ale i tak nie mógł poradzić sobie z własnymi nerwami. Dosłownie trząsł się ze stresu. Kasandra znowu wtuliła się w jego sztruksową marynarkę i mocno go przyciągnęła do siebie.

– Zapewniam cię, że wszystko im powiedziałam. Wszystko. Wiem, że jest tyle do odkrycia o tobie, Jasiu, ale proszę cię, nie myśl, że oni cię przesłuchują czy inwigilują. Oni po prostu są ciekawi. Ja wiem, że może brzmi jakoś tak poniżająco to wyjaśnienie, ale…

– Nie, nie. – Jaś jej przerwał. – Ja po prostu czuję się jak słoń w składzie porcelany. To wszystko jest takie surrealistyczne. To nie jest jakieś wrabianie mnie w komedię? – zapytał bardzo poważnie. Kasandra nadal wbijała się w jego marynarkę.

– Nie, nawet tak nie myśl i więcej o tym nie wspominaj. W przeciwnym razie się obrażę. Ja brzydzę się pogrywaniem na ludzkich emocjach.

Tak jak obiecał, Ed powrócił szybciutko i zasiadł naprzeciwko Jasia.

– Wkrótce będzie deser, ale my zazwyczaj robimy sobie po głównym daniu przerwę na jakieś dwadzieścia minut lub pół godziny. Może chcesz kawę albo herbatę, Jasiu? Jakoś mi tak dziwnie, że siedzisz z pustą szklanką.

Jaś wskazał swoje naczynie.

– Dziękuję bardzo, ale nadal mam wodę.

Ed pokiwał głową.

– Tyle o tobie słyszeliśmy od Cassie.

Ed i Alicja zawsze w ten sposób nazywali swoje jedyne dziecko, ponieważ ta skrócona forma imienia wydawała im się bardziej przystępna. Kasandra szczerze nie cierpiała swojego imienia i nie rozumiała, dlaczego tak posępnie ją nazwali. Niemniej skrótu swojego imienia nie lubiła jeszcze bardziej, gdyż uważała go za tandetny, kiczowaty i tani.

– Ale chciałbym poważnie z tobą porozmawiać. – Ojciec Cassie wrócił do głównego wątku. – Proszę, traktuj mnie jak swojego przyjaciela, nie jak nudziarza w średnim wieku, którym nigdy nie chciałem się stać. Cassie mówiła, że jesteś niezwykły, zauważam to, ale co ty sam określiłbyś jako najbardziej unikalne w tobie?

– Nic, absolutnie nic – odpowiedział zestresowany do cna Jaś. – Mój malutki brat jest unikalny. – Wyjrzał na ogród, gdzie Skierka i Alicja nadal huśtali się i czytali Dżumę. – Ja nie. Jako dziecko wyrastałem w całkiem normalnym domu. Zresztą jestem pewien, że Kasandra nadmieniła, gdzie mieszkam… – Jaś zaczynał czuć się niekomfortowo, kiedy opowiadał o swoim pochodzeniu.

Kasandra położyła głowę na jego ramieniu, żeby poczuł się nieco lepiej. Przynajmniej tak jej się wydawało… Ed wydawał się niezwykle tolerancyjnym i empatycznym człowiekiem, kiedy zdał sobie sprawę z sytuacji Jasia.

– Oczywiście, nie znam szczegółów, ale z grubsza wiem. Nie przykładamy wielkiej wagi do tego, skąd pochodzisz. Najważniejsze dla nas jest to, czy jesteś dobrym człowiekiem i czy Cassie jest szczęśliwa, gdy spędza z tobą czas. Czy naprawdę myślałeś, że będę się rozwodził na temat socjalnych różnic i finansowych dysproporcji między nami?! Nie, na litość boską! – Ed wyraźnie się uniósł. – Wszystko, na czym się skupiam, to jej szczęście, jej przyszłość, jej wolność, jej wybory. Mogę mieć na nią wpływ, ale nigdy, przenigdy nie zmuszę jej do robienia czegokolwiek. Podobnie nigdy niczego jej nie zabronię. – Ed mocno gestykulował, mówił podniesionym głosem, w zasadzie krzyczał. Na szczęście sam to zauważył. – Przepraszam, wybacz mi. Poniosło mnie, ale jestem tak podniecony i szczęśliwy, kiedy widzę jej uśmiech. – Spojrzał na Kasandrę, której twarz pozbawiona była najmniejszych emocji. Znał tę fasadę zbyt dobrze. – Wiem, że jest bardzo szczęśliwa. Ja ją po prostu czytam. Wszystko, co muszę wiedzieć, sprowadza się do tego, czy ulokowała swoje uczucia właściwie. Nie chcę, żeby moje złote, delikatne dziecko cierpiało… Muszę mieć pewność, czy to jest wzajemne. Innymi słowy: myślisz, że ją kochasz?

Prostota i bezpośredniość tego pytania uderzyły Jasia niczym piorun. Słowa Eda sparaliżowały go, przez co był niezdolny do udzielenia odpowiedzi. Ukrył twarz w dłoniach i pochylił się nad stołem. Znowu się zaczerwienił.

– Tato, myślę, że to może dla niego za wiele – zainterweniowała Cassie. – On miał naprawdę ciężki dzień w szkole. Nie jest najbardziej emocjonalnym facetem, jakiego spotkałam, ale gwarantuję ci, że ma serce ze złota… Pokaż mi kolesia, który w wieku lat osiemnastu zaprowadza swojego małego brata do przedszkola i go z niego przyprowadza, który ustępuje miejsca staruszkom i kobietom w ciąży, i który jest tak zdyscyplinowany, pomimo ciężkich warunków. Wszystko ci powiedziałam…

– Czy możesz mi spojrzeć w oczy i powiedzieć, czy ją kochasz, czy nie? – dociekał Ed.

Jaś posłusznie podniósł głowę znad stołu i spojrzał Edowi w oczy. Odchrząknął i zaczął mamrotać po cichu:

– Nie… nie wiem, czy ja wierzę w miłość, czy też nie. Nie wiem, czy to prawdziwe, czy nie. Czytałem jakieś książki i… nie mam pojęcia… nie mam pojęcia, czym jest ten stan, w jakim jestem od ponad dwóch lat…

Jaś chyba osiągnął szczyt zdenerwowania i najchętniej zapadłby się pod ziemię. Kasandra nigdy nie widziała go tak przytłoczonego emocjami. Dla Eda patrzenie na młodzieńca tak bardzo nieśmiałego i wrażliwego też było czymś niesamowitym.

– Wydaje mi się – zaczął Jaś po dłuższej chwili – jakbym stracił kontrolę nad wszystkim… Nie wiem, ale za każdym razem, kiedy ją widzę, problemy dnia codziennego zdają się znikać. Mogę się skupić, mam jakąś inspirację, coś, co sprawia, że chce mi się żyć… Ja nie wiem… Ta jej energia. Naprawdę nie wiem. Po prostu nie ma w niej nic, co by mnie denerwowało. Lubię z nią rozmawiać… – Zatrzymał się, wziął głęboki oddech i powoli wypuścił powietrze. Ed słuchał uważnie.

– Poczekaj… mówisz „dwa lata”? – Jaś, do cna wyczerpany, pokiwał tylko głową.

Jaka wytrwałość! – pomyślał Ed i nieco zdenerwowany i zaskoczony zapytał:

– Dlaczego jej nie powiedziałeś?

Jaś znowu ukrył twarz w dłoniach, bo nie chciał, żeby widzieli, że za chwilę się rozklei.

– Ponieważ pomyślałem… wiedziałem, że nie mam szansy…

Nie mógł już powstrzymać łez i zwyczajnie wybuchł płaczem. Kasandra spojrzała na ojca wymownym wzrokiem. Rzadko widziała uśmiech na twarzy Jasia i nigdy nie była świadkiem jego łez. Ed był przekonany, że rozgryzł Jasia. Uważał, że jest to typ cichego indywiduum, które rzadko ujawnia emocje, ale gdy się otworzy, zwyczajnie wyrzuca wszystko. Klasyczny przykład charakteru wpisującego się w powiedzenie „cicha woda brzegi rwie”… Mężczyzna podszedł do Jasia i poklepał go po ramieniu.

– Już dobrze – rzekł. – Nie martw się, masz piękną duszę…

Cały czas poklepywał Jasia po ramieniu i w końcu sprawił, że młodzieniec podniósł się z krzesła. Ed uścisnął go po bratersku. Pomimo całej dramatyczności sytuacji nie było w niej nic teatralnego. Wszystko to wydarzyło się naturalnie: Ed wyczuł szczerość Jasia – wartość, której zawsze szukał u innych. I tę niepoprawną romantyczność, tak nietypową wśród współczesnej młodzieży. Jaś poczuł ulgę, gdyż w końcu powiedział, co leżało mu na wątrobie. Właściwie nie ufał ludziom, ale zazwyczaj polegał na swojej intuicji i wewnętrznym głosie, a ten zwyczajnie mówił mu teraz, że może wierzyć państwu N.

W dalszej części popołudnia (a właściwie i wieczoru, spędzonego przy słodkich przekąskach) usłyszał od państwa N., że szczęśliwi czasu nie liczą. Rodzice Kasandry byli wierni zasadom wolności, szczerości, różnorodności, tolerancji, miłości i zrozumienia. Młodzieniec z zaciekawieniem słuchał wywodu Eda na temat niewymierności klas społecznych oraz dygresji Alicji na temat podstawowych potrzeb ludzkich – przynależności i akceptacji. Rozkoszował się ich podejściem do rzeczywistości, a czasami szczypał się, aby sprawdzić, czy przypadkiem to nie jest sen. Józio był kompletnie zaabsorbowany samochodzikami oraz puzzlami Eda i wydawało się, że zapomniał o całym świecie. Jako że bawił się sam ze sobą w oddali w rogu salonu, wszyscy wiedzieli, że nie muszą unikać trudnych tematów. Ojciec Kasandry wypowiadał się także na temat ważnych kwestii socjalnych i społecznych końca XX wieku i Jaś nie mógł wyjść z podziwu nad bogatym słownictwem, którego używał Ed. Ten przyznał w końcu, że ma wykształcenie literackie.

– No to wszystko teraz ma sens.

Państwo N. byli dobrze wykształceni i elokwentni, co pozwoliło Jasiowi odpowiedzieć sobie na pytanie o źródło ich majątku. Ponadto Alicja napomknęła coś o rodzinie w Kanadzie, która nawet w czasach głębokiego komunizmu wspierała ją z zagranicy. Jaś nie ośmielił się zapytać, dlaczego sama zdecydowała się pozostać w Polsce… Minuty i godziny upływały, a Jaś stawał się coraz bardziej pewny wśród nowopoznanych ludzi. Oczywiście, państwo N. z miejsca go zaakceptowali i jedynie znajomość ludzkiej psychiki oraz wrodzone poczucie szacunku powstrzymywały ich od nazywania Jasia swoim synem.

Pod koniec wieczoru Jaś poczuł się rozpieszczony do szpiku kości, gdy zobaczył wielki urodzinowy tort z osiemnastoma świeczkami. Powiedziano mu, aby pomyślał życzenie i zdmuchnął płomienie. No cóż, jego życzenie powoli stawało się prawdą i w tym momencie nie potrafił nawet myśleć o niczym innym. Zasadniczo nie potrafił myśleć w ogóle, zawładnięty emocjami, których przetworzenie i zaakceptowanie miało zająć mu godziny. Zawsze marzył, aby otaczali go mądrzy ludzie, którzy go zrozumieją i zaakceptują, te kilka bratnich dusz, z którymi mógłby dzielić się spostrzeżeniami i ideami, osoby, które mogłyby go zaznajomić ze światem naukowców i artystów. Oprócz tego marzył, aby zbliżyć się do Kasandry. I, o dziwo, jakimś fartem, to wszystko działo się naraz i jakkolwiek kiczowate by to nie było, działo się to z okazji jego osiemnastych urodzin… Ed zasugerował, że pożyczy mu swoje płyty. Alicja zaoferowała profesjonalną pomoc dla Skierki. Kasandra nie musiała nic mówić, jako że sama jej obecność sprawiała, iż Jaś był szczęśliwy. Hojni, wnikliwi i opiekuńczy państwo N. zawinęli resztę jedzenia dla braci i przy pożegnaniu wręczyli Jasiowi czerwoną kopertę.

– To od Alicji i ode mnie. –Ed zauważył wątpliwość Jasia i szybko dodał: – To nie są pieniądze, nie martw się. Taki drobiażdżek, zobaczysz sobie w domu. I pamiętaj, że cokolwiek będzie się działo, wiesz, gdzie nas szukać. Do zobaczenia jutro.

Państwo N. uściskali obu braci, Kasandra zaś poczochrała Józia po głowie i nieśmiało ucałowała Jasia.

– Och, wy jesteście tacy niewinni i nieśmiali – powiedziała Alicja z jakąś nutą niedowierzania w głosie. Kasandra spojrzała się na nią lodowato i wysyczała:

– Nie każdy myśli kroczem, tak jak ty…

Nic nie mogło ujść uwadze Skierki…

– Kro… co? Co to jest, Jasiu?

Jaś oczywiście już się zarumienił i wymamrotał tylko szybko:

– Wyjaśnię ci wszystko w domu. Robi się naprawdę późno, chodźmy – wskazał bramkę, odwrócił się do państwa N. i Cassie, a następnie powiedział krótkie: – Dziękuję.

Bracia szybko pomaszerowali w stronę własnego domu. Skierka dociekał znaczenia tego słowa na „k” (ku wielkiej uldze Jasia już zapomniał to słowo). Uspokojony nieco jubilat wyjaśnił małemu, że chodziło o krok i powiedzenie „myślenie krokiem”, które było skrótem myślowym Kasandry, w którym chodziło o to, że Alicja chodzi szybkim krokiem i ogólnie jest dosyć energiczna i żwawa. Takie tam niewinne kłamstewko, które mały Józio zaakceptował jak prawdę objawioną… Gdy dotarli do domu powitało ich dwóch biesiadników: Wiesiek i jego najlepszy kumpel, Jurek. Zapach wskazywał, że Wiesiek i Jurek pili od wielu godzin…

– Gdzie, do cholery, się podziewaliście?! Nie mogliśmy sobie odmówić i świętujemy bez was – wybełkotał Wiesiek. – Czy wiecie, która jest godzina?

Jasiu odepchnął obu pijaczków, złapał Skierkę za rękę i szybko schowali się w swoim pokoju:

– Z pewnością to już jest czas na nas… idziemy spać. Dobranoc. – Jaś szybko zaryglował drzwi, po czym wziął Skierkę w swoje ramiona. – Niczym się nie przejmuj. Jestem tu z tobą… Tylko radziłbym nie iść teraz do łazienki. Jeśli czegoś potrzebujesz, w rogu stoi wiadro, dobrze? Albo… możesz wejść na parapet i wyjść na dwór. Jeśli czegokolwiek będziesz potrzebował w nocy, po prostu mnie obudź, dobrze?

Skierka, nadal nieco zmieszany, pokiwał głową.

– Dobrze, Jasiu… Jasiu…

– Tak?

– Nie ciekawi cię, co dostałeś?

Jaś uśmiechnął się i przytulił brata.

– Nic nie przebije prezentu od ciebie. Jesteś skarbem, naprawdę.

Skierka chyba oczekiwał na jakąś pochwałę.

– Podobało ci się?

– Absolutnie, uwielbiam to i zawsze będę. To najbardziej z całego dnia. Nie prezenty, nie tort, nie ten wytworny obiad, ale twój poemacik. Bardzo ci dziękuję. – Jaś wskazał łóżko i powiedział: – No dobrze, Skierko, pora na pidżamę. Jestem bardzo zmęczony…

Józio szybko się rozebrał, ubrał pidżamę i schował się pod kołdrą. Jego powieki stawały się ciężkie, ale nadal czuł potrzebę podzielenia się pewną obserwacją z Jasiem.

– Jasiu…

– Słucham – powiedział Jaś, gdy pakował książki do plecaka.

– Nie rozmawiałeś z nią o historii, a mówiła, że potrzebuje pomocy… Nawet nie byłeś w jej pokoju…

Jaś westchnął ponownie.

– Oj, Skierko, Skierko… Nie mamy jutro historii, więc przełożyliśmy to na inny dzień. – Pomimo że Jaś przygotował tę odpowiedź na poczekaniu, nie skłamał. – Śpij dobrze, braciszku.

– A Ty nie idziesz jeszcze spać?

– Muszę jeszcze sprawdzić pracę domową na jutro. Przeszkadza ci światło?

– Nie, w ogóle nie… – Skierka odwrócił głowę do ściany i po kilku sekundach jego starszy brat usłyszał spokojny, rytmiczny oddech.

Jaś przewertował notatki i kiedy uznał, że nic już nie musi na jutro przygotowywać (kolejny magiczny prezent na urodziny, w rzeczy samej!), delikatnie otworzył kopertę. W środku były dwa bilety na Don Giovanniego Mozarta na następna sobotę oraz ręcznie zrobiona laurka.

Mamy nadzieję, że nie masz nic przeciwko, żeby wybrać się tam z naszą córką. Baw się świetnie.

A&E

Ten krótki liścik podpisano dwoma odciskami palców.

Są tacy zabawni – pomyślał Jaś i ostrożnie otworzył małą paczuszkę od Kasandry. Discman… Jaś zauważył, że w środku znajduje się płyta. Otworzył klapkę i zobaczył napis: Don Giovanni.

– Zakręcona strategia, ale podoba mi się. – Uśmiechnął się sam do siebie, przebrał się w pidżamę i szybko odleciał do krainy Morfeusza…

***

Nigdy nic nie sprawiało Jasiowi większej przyjemności niż muzyka, ponieważ jeszcze nie miał doświadczenia z innymi sensualnymi doznaniami. Pierwszymi, którzy dostrzegli jego pasję, byli dziadkowie – wnikliwi, oddani i bardzo uprzejmi ludzie, którzy nie zgadzali się z komunistyczną ideologią, pomimo że wiedzieli, iż niezbyt dobrze na tym wyjdą… Niepoprawnie idealistyczni, zdeterminowani, pracowici i niezależni – takimi ich Jaś zapamiętał, a dziś, już jako wkraczający w dorosłość mężczyzna, pytał o sens i logikę tego wszechświata. Do dziś nie mógł uwierzyć w to, że Ewa, ich ukochana, szlachetna córka, stała się puszczalską pijaczką.

To, z czego Jaś nie zdawał sobie sprawy, to rozpieszczanie jego matki przez jej rodziców, a przez to wychowanie w niezaradności i niezdecydowaniu. Ewa nigdy nie musiała myśleć o zapewnieniu sobie wygód, pieniędzy czy pracy, zwyczajnie tego nie robiła. Wolała, żeby ktoś uporządkował i zorganizował jej życie. Wygoda, poczucie bezpieczeństwa, rutyna i zero wyzwań – to wszystko zapewniali jej rodzice albo przełożeni w pracy. Dostosowywała się do powszechnego modelu, nigdy nie zadawała trudnych pytań, nigdy nie kwestionowała władzy, oczekiwała gotowych rozwiązań. Potrzeba używania własnego mózgu nigdy się u niej nie wykształciła. Brała życie takim, jakie było, i leczyła jedynie symptomy, a nie przyczyny niepowodzeń, więc dzień, w którym jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym, musiał zostać usunięty z pamięci… Tak jakby oni też nigdy nie istnieli… Porażona tragedią nie potrafiła zmierzyć się z rzeczywistością i zaczęła dezerterować przed wyzwaniami… Najpierw sama z butelką wina, a potem ze znajomymi (którzy z czasem zyskali status prawdziwych przyjaciół).

Godne zauważenia było to, że występowała bezpośrednia korelacja pomiędzy konsumpcją alkoholu a liczbą przyjaciół. Ostatecznie wywnioskowała, że im więcej się pije, tym więcej się ma kolegów i koleżanek. Jako że posiadanie szerokiego kręgu znajomych zawsze było dla niej ważne, Ewa zrozumiała, iż znalazła właściwą drogę. Była również inna korelacja, aczkolwiek na tę Ewa nie zwróciła uwagi – im więcej pila, tym mniej wymagała. Jaką ulgą było niewybrzydzanie i bycie bardziej uroczą i rozmowną. Oczywiście, Wiesiek interweniował, ale wszystkie jego próby były bezowocne, ponieważ Ewa zazwyczaj walczyła i oskarżała go o bycie staromodnym oraz rządzenie się.

Głęboko empatyczny Wiesiek potrafił odpowiednio osądzić sytuację i przewidzieć powolny upadek swojej rodziny. Dawał sobie radę z demonami Ewy przez kilka miesięcy, dzielnie wybaczał, rozumiał i przede wszystkim sam pozostawał trzeźwy. Brał jej zmiany w pracy, kiedy trzeba było, i zawsze wymyślał nieprzewidzianą chorobę jako wymówkę. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że właściwie mówił prawdę, gdyż to właśnie wtedy skłonność do picia alkoholu u Ewy przerodziła się już w zaawansowany nałóg. Wychowywanie dwojga dzieci też wymagało wiele uwagi i Wiesiek starał się podołać temu zadaniu najlepiej, jak mógł. Jaś uciekał w swój wewnętrzny świat – znalazł pasję w muzyce i edukacji… Z kolei sprawa z Marysią wydawała się bardziej skomplikowana, ponieważ dziewczynka ciągle żądała uwagi, zadawała pytania i wymagała poświęcenia mnóstwa czasu i energii. Córka Ewy była też dosyć głośna, nierzadko niegrzeczna, można rzec, że była rozpuszczona jak dziadowski bicz. Wygrywała wszystkie walki wrzaskiem i przepychaniem się łokciami.