Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
47 osób interesuje się tą książką
Są uczucia, które nie umierają nigdy. Odsunięte w niebyt, ukrywają się pod skórą, dopóki ktoś nie wybudzi ich z letargu.
Leila Berska, kobieta sukcesu. Kuratorka sztuki i współwłaścicielka trójmiejskiej galerii. Nie spodziewa się, że przeszłość wróci z taką siłą. Jedno spotkanie staje się początkiem ciągu zdarzeń, w którym nie ma dobrych wyborów.
Miłość, pożądanie, władza i tajemnica splatają się w historię, gdzie granice rozsądku rozmywają się z każdą przewróconą stroną.
„Odcienie malachitu” to powieść, która redefi niuje pojęcie miłości oraz lojalności i przesuwa nasze granice. W świecie, gdzie prawda boli bardziej niż kłamstwo, Leila musi wybrać między tym, co moralne, a tym, co jeszcze niedawno nazwałaby absurdem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 285
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Odcieniemalachitu
Marta Lisa Lass
Copyright ©
Marta Lisa Lass
Wydawnictwo White Raven
Wszelkie prawa zastrzeżone
All rights reserved
Kopiowanie, reprodukcja, dystrybucja lub jakiekolwiek inne wykorzystanie niniejszej publikacji w całości lub w części, bez wyraźnej zgody autora lub wydawcy, jest surowo zabronione zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa o prawach autorskich. Niniejszy tekst stanowi wyłączną własność autora i podlega ochronie zgodnie z przepisami międzynarodowymi oraz krajowymi dotyczącymi praw autorskich.
Redakcja
Dominika Kamyszek @opiekunka_slowa
Korekta
Dominika Surma @pani.redaktorka
Skład i łamanie
Anna Hat @_anislowa
Okładka
Marcin Olbryś
www.wydawnictwowhiteraven.pl
Numer ISBN: 978-83-68175-71-4
Ostrzeżenie autorki
Książka, którą trzymasz w dłoniach, nie jest historią lekką ani grzeczną. Zawiera treści mogące wzbudzać silne emocje. Zawarte są w niej sceny przemocy, porwania, uzależnienia, a także erotyka o intensywnym i momentami niebezpiecznym charakterze. Pojawiają się w niej wulgaryzmy oraz zachowania, które mogą budzić sprzeciw lub dyskomfort.
„Odcienie malachitu” to fikcja literacka. Imiona, nazwiska oraz opisane wydarzenia stanowią wytwór mojej wyobraźni, a ewentualne podobieństwa do rzeczywistych osób lub sytuacji są całkowicie przypadkowe.
Książka została napisana wyłącznie w celach rozrywkowych – niema charakteru edukacyjnego ani wychowawczego. Proszę, byśnie traktowała przedstawionych postaw czy decyzji jako wzorca do naśladowania. Niektóre z nich mogą być destrukcyjne w prawdziwym życiu.
Sięgając po tę historię, robisz to w pełni świadomie i na własną odpowiedzialność.
Pamiętaj, książka jest fikcją, ale Twoje czyny są rzeczywistością, za którą tylko Ty ponosisz odpowiedzialność.
Publikacja wyłącznie dla dorosłych odbiorców (18+).
O, jakże pusty jest głos nauki, kiedy się o nią rozpaczliwie uderza głową pełną namiętności.
Victor Hugo
Rozdział 1
Krok za krokiem, stopa za stopą. Powłóczyłam skamieniałymi nogami, ciągnąc za sobą worek emocji. Mijałam różne historie, których nie znałam i nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło, że spotykane na ulicach osoby mogą je mieć. Czułam, jak wilgoć chłodzi mi skórę policzków swoją słoną postacią, a wiatr rozwiewa ciemnokasztanowe włosy, które oblepiały mi twarz. Walczyłam z nimi przez krótką chwilę, ale tak się poprzyklejały, że już prawie nic nie widziałam.
– Nawet natura, kurwa, przeciw mnie?! – wymamrotałam pod nosem.
Nie dowierzałam, że po raz kolejny w moim życiu żal i płynące łzy nie wyglądają jak z filmów Bollywood. Kiedy już myślałam, że gorzej być nie może, potknęłam się o niewidzialną przeszkodę i z całym impetem runęłam na kolana. Wypadł mi telefon, a dłońmi przejechałam po ostrym chodniku. Tak ostrym, jak tylko potrafią być stare betonowe płyty chodnikowe, które niegdyś z miłością układano przy drogach jako początek nowego etapu rozwoju cywilizacyjnego, a które obecnie są kładzione, jakby były czymś pięknym w dobie wszechobecnej betonozy. W tej sytuacji skłonna byłam przyznać, że wytuptane polne ścieżki są jednak dużo bezpieczniejsze.
Mijające historie tylko na mnie spoglądały i jak to w mieście bywa, ich właściciele byli zbyt zapętleni w swym pośpiechu, by zapytać: „Hej, wszystko okej?” albo chociaż: „Jesteś cała, łamago?”. Mimo nadmorskiego klimatu ewidentnie nikt tu nie czuł spokojnego ducha empatii, zapewne dlatego, że turystów prawie brak. Leżałam tak z twarzą pochyloną nad chodnikiem, czując, że moje nadgarstki płoną podobnie jak kolana. Wydawało mi się, że minęły wieki, ale zapewne były to ledwie sekundy.
Dobrze, dobrze, tylko bez kolejnych łez… Już na dziś wystarczy, weź się, do cholery, w garść!, pomyślałam. Podniosłam wzrok i momentalnie się spięłam, bo zobaczyłam coś, czego nigdy nie chciałabym ujrzeć! Nigdy – a zwłaszcza w tej chwili, no ale wyolbrzymianie wszystkiego to przecież moje drugie imię, więc czemu nie teraz?
Patrzyłam, jak przepiękna lalunia o długich, intensywnie rudych włosach do pasa i nogach jak stąd do Wenus podnosi mój telefon i robi kilka kroków w stronę mężczyzny obróconego tyłem do mnie. Oboje stali dobrych kilkanaście metrów ode mnie, ale te plecy i tę posturę rozpoznałabym nawet po ciemnej stronie księżyca. Nie odrywając wzroku od tych dwóch postaci, usiłowałam zrozumieć, jakim, kurwa, cudem mój telefon znalazł się tak daleko.
Podeszła do niego i wystudiowanym gestem pogładziła go po karku, a on się nie wzdrygnął. Owszem, lekko zesztywniał, ale nie na tyle, by mogła to wyczuć. Kobieta pokazała mu swoje znalezisko. Początkowo chciał ją zbyć, machając na nią jak na natrętną muchę. Gdy jednak dostrzegł przyczepiony do telefonu wisiorek z ciemnozielonym kamieniem, gorączkowo złapał go w ręce i zaczął oglądać z każdej strony. Zrzucił z siebie dłoń rudej bogini, wodząc dookoła… tym wzrokiem. Wzrokiem drapieżnika czującego zapach ofiary pośród gąszczu drzew. Pamiętam, kiedy pierwszy raz spojrzał na mnie w ten sposób. Głaskałam wtedy grzywę jednego z koni jego rodziców. Zakradałam się często pod ich stadninę, by nacieszyć się tymi fascynującymi zwierzętami, na których punkcie miałam absolutnego fioła. Gdy rozpływałam się nad uczuciem przesmykującego się pomiędzy moimi palcami włosia końskiej grzywy, usłyszałam tętent kopyt galopującego zwierzęcia. Zwróciłam twarz w jego kierunku i zobaczyłam Ariego – ujeżdżał pięknego wałacha z tym właśnie wzrokiem utkwionym we mnie. Wzrokiem pełnym chłodu i fascynacji, namiętności i nagany, spojrzeniem, którego boisz się aż do odrętwienia opuszek palców, a jednak pragniesz go więcej. Byłam przekonana, że ma zamiar mnie stratować. Gorący dreszcz strachu przemknął mi po kręgosłupie, gdy zeskoczył z siodła tuż przy mnie, a jego nozdrza falowały dziko jak chrapy ujeżdżanego konia. Tumany kurzu otoczyły nas, a on, skanując moją twarz, zapytał miękkim głosem: „Co tu robisz, dziecinko?”.
Tak właśnie patrzył teraz ponad głowami innych osób przemieszczających się wokół w szaleńczym tempie. A ja? Ja leżałam na chodniku. Minęły chyba wieki, gdy nagle do mnie dotarło: Ooo, Marzanno moja, on przecież nie może mnie zobaczyć w takim stanie!
Wypatrzyłam więc dużą donicę z czymś zielonym i już knułam plan przeturlania się za nią niepostrzeżenie. No dobrze, może to trochę poroniony pomysł, no ale cóż miałam zrobić? Rozglądałam się, by znaleźć lukę pomiędzy tupiącymi wypastowanymi butami i szpilkami. Przez umysł przebiegła mi myśl, że chyba wszyscy kupują buty w jednym sklepie. Moje przemyślenia i rozglądanie zostały jednak skutecznie przerwane, gdy nasze oczy się spotkały. Moje i jego. Obie pary oczu tak samo intensywnie ciemnozielone jak naturalny malachit przy moim telefonie.
Jeśli myślałam, że moje leżenie w emocjonalnym cierpieniu trwało wieki, to teraz czas się zatrzymał. Niemal dostrzegłam ten moment, gdy stopy idących ludzi były uniesione w pół kroku, kolana zgięte do zrobienia kolejnego. Ktoś w zawieszeniu przeczesywał włosy dłonią. Lekki, cienki płaszcz kobiety ubranej zbyt elegancko nawet jak na to miasto nienaturalnie zawisł w powietrzu, targnięty podmuchem wiatru. Kelner w nieco wyludnionej o tej porze restauracji tuż obok mnie zamarł w lekkim ukłonie, zapewne dziękując klientowi za napiwek. Ta zawieszona na jego zgiętej ręce serwetka. Samochody. Szczekający pies. Wszystko stanęło i ucichło na ułamek sekundy, który trwał w nieskończoność. Emocje były tak wielkie, że mimowolnie rozwarłam usta, a on ruszył ku mnie jak taran, nie bacząc na trącanych po drodze ludzi. Ruda piękność zrobiła zdziwioną minę i coś wykrzykiwała, wymachując rękami, ale nim zrobiła pierwszy krok, on już był przy mnie. Przyklęknął na jedno kolano, nie przejmując się kałużą. Wyciągając dłoń w moim kierunku, szczerze się uśmiechnął.
– Zawsze potrafiłaś zrobić piorunujące wrażenie i wejście smoka w jednym momencie. – Głęboki, przyciszony szmer jego głosu dotarł do mych uszu, pieszcząc je i wywołując ciarki na moim ciele. – Widzę, że pewne rzeczy się nie zmieniają. – Lekko zaśmiał się pod nosem, ukazując szczery, zawadiacki uśmiech.
Łamacz serc, pomyślałam, ale przez zęby wysyczałam:
– Witaj, Ari, widzę, że nadal nie dbasz o to, co cenne i drogie…
– Daj spokój, to tylko Tom Ford, pralnia…
– Nie miałam na myśli spodni – przerwałam mu i powędrowałam wzrokiem za plecy Ariego, gdzie już stała jego rudowłosa bogini.
Wiedział, kto tam jest, ale tylko uniósł dłoń i machnął nią lekko, jakby nadal odganiał niechcianego owada, a ruda z niezadowoloną miną cisnęła z oczu gromy w moją stronę, po czym hardo stukając niebotycznie wysokimi szpilkami, odeszła do wejścia hotelu.
– Nic ci nie jest? – zapytał. Wyjął chusteczkę z kieszeni marynarki i zaczął delikatnie wycierać moją zdartą dłoń. – Twoje ręce nie wyglądają najlepiej, powinien obejrzeć je lekarz. – Spojrzał w dół i wciągnął powietrze z sykiem, co pewnie miało oznaczać współczucie, lecz można było to odebrać zgoła inaczej. – Kolana zresztą również – dodał.
Bolało, piekło… ale to nie było ważne. Z nieba lunął deszcz, a wiatr się wzmagał. Cała sytuacja wyglądała co najmniej jak ze starego, czarno-białego filmu lub sceny pocałunku w deszczu ze Śniadania u Tiffany’ego. Brakowało tylko Moon River w tle. Z tym że ja raczej Audrey Hepburn nie byłam, mimo że wiele osób mówiło, iż ją czasami przypominam, i na pocałunek raczej się nie zanosiło…
– Płakałaś dziś…
Zaskoczył mnie tymi słowami. Patrząc mi głęboko w oczy, delikatnie dmuchnął w poranioną dłoń jak matka na ranę swojego dziecka, wierząc, że to będzie cudowny lek, który zabierze ból. Patrzyłam na jego twarz przy tym pełnym czułości geście. Nie dowierzałam w to, co się właśnie działo, i stałam tak z rozwartymi ustami, chłonąc sytuację. Bo to jedyna miła chwila ostatnich dni. Kolejny podmuch wiatru wywołał dreszcz na moim ciele, co nie uszło uwadze Ariego.
– Jesteś przemoczona i przemarznięta, chodź, napijesz się gorącej herbaty. A nie, ty nie lubisz herbaty… No, chyba że z sokiem malinowym. – Uśmiechnął się zawadiacko.
Zawsze to mówiłam każdej osobie, którą poznawałam, a która proponowała mi ten wstrętny trunek. Pamiętał, skubany… Tyle lat, a on pamiętał taki szczegół. Już na samą myśl o jakimkolwiek gorącym napoju zrobiło mi się cieplej. A może raczej dlatego, że pamiętał?
– Wezwę lekarza, by cię przebadał, i zaopiekuję się tobą.
Nadal nie potrafiłam wydać z siebie dźwięku, jakbym straciła władzę nad własnymi wargami. Machnął ręką i nim się obejrzałam, stanął przy nas jakiś dziwnie duży gość z parasolem nad naszymi głowami.
– Leilo, odezwij się, bo nie wiem, czy nie wpadłaś w hibernację, zmarzluchu. – Wykrzywił te boskie usta w zaczepnym uśmieszku, a mnie aż nogi się ugięły.
– Yyy, ja herbata? Zmarzluch? Sok malinowy? Yyy… – plotłam trzy po trzy.
No tak, w głowie całe scenariusze rozmów na poziomie, ale jak trzeba faktycznie usta otworzyć, to wychodzi bełkot. Serio?! Tylko na tyle mnie stać po tylu latach? Podniosłam głowę wysoko, jakbym chciała rozciągnąć szyję, wciągnęłam w płuca maksymalną ilość powietrza i na jednym wydechu, patrząc mu prosto w oczy, powiedziałam:
– Ari, bardzo ci dziękuję za chęć pomocy, propozycję herbaty i ogólnie miło cię spotkać, ale nie mam teraz czasu na takie rzeczy. Już jestem spóźniona – łgałam. – Muszę lecieć. Pa! Do zobaczenia… yyy… kiedyś tam.
W błyskawicznym tempie wyjęłam mu z dłoni swoją własność z zielonym kamyczkiem. Dwoma krokami obeszłam jego postawne ciało, ale wtedy złapał mnie za nadgarstek ręki, w której trzymałam telefon, i przyciągnął do siebie.
– Nadal go masz… – Spojrzał wymownie na malachit.
Nasze oczy o niemal identycznym kolorze jak kamień spotkały się ponownie.
– Nie schlebiaj sobie, trzymam go tylko dlatego, że ułatwia mi odnalezienie telefonu, który prawie zawsze zlewa się z wszelkimi powierzchniami. – Starałam się wypowiedzieć te słowa najbardziej hardo, jak potrafiłam, ale tak naprawdę kłamałam jak z nut.
Przyciągnął mnie jeszcze bliżej swojego ciała, a jego zapach wymieszany z ambrą i nutami drzewnymi wdarł się niepostrzeżenie w moje nozdrza, burząc powoli mur.
– Nie wierzę ci… – wyszeptał w moje usta.
Zacisnęłam zęby i odwarknęłam:
– Nie zabiegam o to, byś mi wierzył.
Musiałam uciec! I to już! Wyszarpnęłam rękę i obróciłam się na pięcie. Wyprostowana, dumnie krocząc na długich nogach, które zawsze były moim atutem, parłam do przodu i w myślach błagałam, by nie wywinąć znów orła. Ludzie idący z naprzeciwka jakby czuli moją bojową aurę i rozstępowali się na boki. Minęłam rudowłosą, sporo młodszą ode mnie piękność, która z dłonią opartą na biodrze paliła papierosa pod hotelowym wejściem i jednocześnie usiłowała zabić mnie wzrokiem. Hotelowe drzwi otworzył konsjerż w pełnym umundurowaniu, być może myśląc, że zmierzam właśnie w ich progi. W odbiciu przeszklenia ujrzałam parę metrów za sobą Ariego. Stał w tym samym miejscu. Był jak rozsierdzony byk i wpatrywał się we mnie jak w zdobycz, na którą zbyt długo czekał. Jego nozdrza falowały. Wielki ogr trzymał nadal parasol nad jego głową i patrzył na swojego chyba szefa, uśmiechając się lekko kącikiem ust. Ari uchwycił mój wzrok. Ciarki przebiegły wzdłuż mojego kręgosłupa, ale i u mnie pojawił się delikatny uśmiech. Wtedy on postąpił krok do przodu, jakby miał ruszyć za mną.
Och! Nie, tylko nie to, nie idź za mną, pomyślałam i zacisnęłam wargi, jakby dzięki temu ten koszmar miał zniknąć. Przyspieszyłam kroku, choć deszcz padał coraz mocniej. Wskoczyłam do pierwszej lepszej taksówki.
– Poproszę do Willa Bianca – wysapałam.
– Dzień dobry, ależ mamy paskudną pogodę, nawet jak na jesień. A mówią, że o tej porze roku zawsze mamy babie lato i co? Ni widu, ni słychu! – rozgadał się kierowca, wstukując adres do nawigacji.
– Yyy… tak, tak, ma pan rację.
– Willa Bianca? Dobrze usłyszałem?
– Tak, bardzo dobrze, czy możemy już jechać? Przepraszam, że pana poganiam, ale strasznie zmokłam.
– Już, droga pani, już ruszamy – oznajmił, włączając kierunkowskaz niemal w tym samym momencie, kiedy włączył się do ruchu. Natychmiast został otrąbiony przez kierowców na pasie ruchu. – No i co się pieklicie?! – poirytował się kierowca, wrzucając kolejny bieg. – A pani tam w gości czy mieszka tam pani? – zagadnął. – Przepraszam, nie moja sprawa, tak się pytam, bo to piękna okolica i słyszałem nawet, że pomieszkiwał tam ten aktor czy muzyk… Hmm, w sumie nie pamiętam, jak się nazywał, bo to już idol młodych.
– Tak, podobno… Przepraszam, jestem wyczerpana… – mruknęłam, grzebiąc w torebce za kluczami.
Nie nawiązywałam więcej kontaktu ani nawet nie do końca odpowiedziałam kierowcy, ale naprawdę nie miałam na to w obecnej chwili ani sił, ani chęci. Gdy wydobyłam wreszcie klucze, zauważyłam, że w lewej ręce nadal ściskam kurczowo chusteczkę, którą Ari opatrywał mi dłoń. To nie była jakaś tam zwykła chusteczka. To była jedwabna, biała jak śnieg – choć teraz przybrudzona moją krwią i błotem – chusteczka z ręcznie wyhaftowanymi inicjałami A.K. Uśmiechnęłam się pod nosem i kiwając głową, powiedziałam głośniej, niżbym chciała:
– Ari Kowalewicz, nadal jesteś staromodny jak przed laty, ty chyba też się zbyt wiele nie zmieniłeś… – Mój uśmiech zniknął. – I w tym cały problem.
Kierowca tylko spojrzał w lusterko, lecz nic już nie powiedział.
Chwyciłam telefon, wykręciłam szybko numer Wioli i poprosiłam ją, by odwołała wszystkie moje spotkania do końca dnia. Nie miałam sił opowiadać jej, co i jak, więc tylko grzecznie ją przeprosiłam i się rozłączyłam. Zamyśliłam się na chwilę nad tym, co się dziś wydarzyło, i ślepo patrzyłam przez okno. Kierowca prowadził jakiś monolog, sama nie wiem o czym, grzecznościowo pomrukiwałam od czasu do czasu jakieś „yhy”. Słońce powoli kładło się na horyzoncie. Wreszcie z zamyślenia wyrwał mnie głośniejszy głos taksówkarza:
– Jesteśmy na miejscu, proszę pani, trzydzieści dziewięć pięćdziesiąt będzie.
Obrócił się twarzą do mnie i dopiero wtedy dostrzegłam jego łagodne rysy twarzy i siwiznę przy skroniach, która dodawała mu uroku.
– Proszę, pięćdziesiąt, dziękuję, reszty nie trzeba… I bardzo doceniam, że podkręcił pan ogrzewanie, to było bardzo miłe z pana strony. Miłego wieczoru.
– Ach, bo tak pani zmarzła, że aż żal mi się pani zrobiło, wzajemnie, proszę pani. – Uśmiechnął się ciepło.
Wysiadłam i pobiegłam prosto do wejścia, gdzie w drzwiach młody portier przywitał mnie uprzejmym skinieniem głowy.
– Paskudna pogoda, Dominiku! Wybitnie! – Otrzepałam lekki, krótki trencz z kropel wody.
– Zaiste, madam Berska, zaiste… – Wyprostował się, mówiąc te słowa.
– Miss, miss Berska! – Uniosłam palec wskazujący.
Oboje parsknęliśmy śmiechem. Dominik uchwycił spojrzeniem moją poranioną dłoń, potem kolana i uniósł pytająco brwi.
– Ech, nie pytaj, wywinęłam orła i tyle w temacie. Tylko nie wiem, czy bardziej fizycznie, czy psychicznie.
Jego spojrzenie mówiło jasno, że po moim tłumaczeniu rozumie jeszcze mniej. W sumie nie musiał. Obróciłam się czym prędzej i przemknęłam do windy przez wystawny, jasny, marmurowy hol z gąszczem ogromnych kwiatów w donicach.
Spis treści
Rozdział 1
Rozdział 1
