Opis

Bestselerowy thriller psychologiczny z Norwegii

„Połknęłam tę powieść w dwa wieczory, ale jej bohaterowie zostaną ze mną na długo”.

Maja Lunde, autorka Historii pszczół

Clara jest ambitną i utalentowaną urzędniczką w Ministerstwie Sprawiedliwości. Robi karierę i nie chce pamiętać o dramatycznych wydarzeniach z dzieciństwa. Teraz całą uwagę skupia na pracy nad ustawą o ochronie dzieci – ofiar przemocy domowej. Do szpitala, w którym pracuje jej mąż, trafia skatowany czteroletni chłopiec. Tego samego wieczoru jego ojciec zostaje zamordowany. Podejrzenia padają na osobę najbliższą Clarze – Haavarda. To sprawia, że mroczna przeszłość Clary znów o sobie przypomina.

W świecie Clary nic nie jest jednoznaczne. Nikt nie jest całkowicie niewinny, a zło nie jest złem absolutnym.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 409

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 40 min

Lektor: Andrzej Ferenc

Popularność


Wszystko jest bliskie, wszystko oddalone.

Wszystko człowiekowi jest wypożyczone.

Wszystko do mnie należy i wszystko będzie mi zabrane,

wkrótce wszystkie rzeczy będą postradane.

Drzewa i chmury, i grunt, po którym stąpam.

Pär Lagerkvist,

Najpiękniej jest o zmierzchu (fragment)

PROLOG – CLARA

1988

– Samochód uderzył w lustro wody z ogromnym impetem. Byłam zdziwiona, gdy po otwarciu oczu stwierdziłam, że nadal żyjemy. Nigdy nie leciałam samolotem, ale wydaje mi się, że tak właśnie musi wyglądać katastrofa lotnicza. Sekundę czy dwie po uderzeniu w wodę wszystko ucichło, a ja pomyślałam, że nic nam się nie stanie, będziemy się unosić na powierzchni zupełnie jak w łodzi, aż ktoś w końcu przyjdzie i nas uratuje. Ale potem woda zaczęła się wlewać do środka przez te otwory od wentylacji i w ogóle ze wszystkich stron i pojęłam, że nikt nie zdąży nas ocalić.

Ojej, przepraszam, powinnam była zacząć od początku... Czyli tak: była środa, zachorowała nasza nauczycielka od robót ręcznych i puścili nas wcześniej do domu. Mogłam wrócić do taty, bo to u niego mieszkam. Ale Magne, mój ojczym, powiedział mi jakiś czas temu, że może byśmy któregoś dnia pojechali razem do szpitala i odwiedzili mamę. Operowali ją niedawno na jakieś tam takie kobiece sprawy. Świetnie się składa, bo mam akurat wolne, pomyślałam wtedy. I poszłam do gospodarstwa, w którym mieszkają mama i Magne.

Ojczym ucieszył się na mój widok. Wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy szutrową drogą biegnącą przy ich gospodarstwie. Wyjechaliśmy na szosę i skręciliśmy w stronę szpitala. Gdy zbliżaliśmy się do Storagjelet, zza chmur wyszło słońce, promienie były bardzo ostre i nas oślepiły.

Trochę trudno mi to sobie przypomnieć, bo wszystko stało się tak szybko.

Ale pamiętam, że w jednej sekundzie wjeżdżaliśmy w zakręt, a już w następnej wypadliśmy z trasy. Musieliśmy jechać za szybko i za blisko skraju szosy. Zdążyłam właściwie tylko krzyknąć, a potem uderzyliśmy w wodę. Magne odpiął mój pas i zawołał, że mam opuścić okno i uciekać tamtędy. Myślałam, że zrobi to samo, ale gdy się odwróciłam, on nadal siedział na fotelu kierowcy, tkwił tam po prostu, wyprostowany i tak jakby zesztywniały, nie mam pojęcia dlaczego. Wydostałam się z auta i spróbowałam otworzyć drzwi od swojej strony, ale nie dało rady, były jak zamknięte na klucz. Opłynęłam więc auto dookoła, chwilę to trwało. Samochód zaczął tonąć, szarpałam z całych sił drzwi od strony Magnego, ale i one były zablokowane, zaczęłam walić w okno, coś do niego wołać, ale on tylko tam siedział, a auto tonęło, było coraz głębiej i głębiej. W końcu musiałam popłynąć do brzegu.

Woda okazała się dużo zimniejsza, niż się spodziewałam, byłam cała sztywna, ledwie udało mi się wydostać na brzeg. W końcu usiadłam na jakimś kamieniu, trzęsłam się i płakałam. Właściwie to nie wierzę w Boga, ale nigdy nic nie wiadomo, więc się chwilę pomodliłam. Ale Magne nie wypłynął i dotarło do mnie, że to się już nie stanie, że nigdy go więcej nie zobaczę. Ojej, przepraszam, nie powinnam płakać, ale to takie straszne, że on mi pomógł, a ja tak po prostu pozwoliłam mu utonąć. Biedna mama, biedny Magne.

– Dziękuję, Claro – mówi policjant, wskazuje skinieniem głowy butelkę napoju pomarańczowego i drożdżówkę na stole, chce, żebym jadła i piła, ale mnie się robi niedobrze na sam widok żółtego budyniu o konsystencji galarety.

Ten policjant jest całkiem w porządku, choć zastanawiam się, czy to jeden z tych, co niczego nigdy nie zrozumieją.

Patrzę przez okno na ludzi, parkują samochody na chodniku i idą do przychodni lekarskiej sąsiadującej przez ścianę z urzędem gminy, w którym teraz jesteśmy.

Po drugiej stronie ulicy widzę sklep. Szkołę. I dom starców. Nad budynkami pną się w niebo góry, nie wiem, czy nas tu strzegą, czy więżą.

W oddali leży fiord.

– Resztę tej historii już znam – mówi policjant. – Nie powinnaś się obwiniać, postąpiłaś bardzo dzielnie, wydostając się z auta i próbując ratować Magnego. Najważniejsze, że żyjesz i że wszystko już będzie dobrze.

CZĘŚĆ 1

1 – Haavard

Cokolwiek miałbyś zrobić, nie rozwódź się.

Przestrogę tę wygłosił kiedyś przy piwie mój rozwiedziony kolega, w tle leciał mecz Premier League. Rozwód jest drogi jak jasna cholera, powiedział. To jakby się dać obedrzeć ze skóry. Wyobraź sobie największą twoim zdaniem możliwą katastrofę ekonomiczną i pomnóż straconą sumę przez dwa. Nie, lepiej przez trzy! Tyle mniej więcej kosztuje rozwód.

No i co robić, daję sobie jakoś radę, trzymam się tego, co mam.

Trzaskają głośno drzwi – w ten właśnie pasywno-agresywny sposób ma mnie w zwyczaju budzić Clara. Przez łopoczące białe firanki dostrzegam jej wysoką, szczupłą sylwetkę na przylegającym do sypialni tarasie.

Clara ma swoje przyzwyczajenia. Uwielbia stać tam każdego poranka przez minutę albo dwie w tej samej pozie rodem z Titanica, którą przyjmuje, gdy jesteśmy na zachodnim wybrzeżu i płyniemy promem.

Ostatnie dni były wręcz napastliwie gorące, powietrze aż drgało, takie lato zaskakuje po długiej, mroźnej zimie oraz wiośnie, której właściwie nie było. Dzieci w szkole i ludzie na ulicy, w sklepie, w całym mieście mówią o zimie, która dopiero co minęła, wiośnie, która nigdy nie przyszła, i niezwykłości tych wczesnych afrykańskich upałów.

Ja jestem nimi zachwycony. Niech tylko Clara doprowadzi do końca ten swój projekt ustawy, to wreszcie pojedziemy do Kilsund. Moi rodzice nie robią się młodsi, poza tym trzeba zainaugurować sezon w domku wakacyjnym.

– Wstawaj – mówi Clara, wróciwszy do sypialni. – Bo się spóźnicie do szkoły.

To my odpowiadamy w tym tygodniu za odwożenie dzieciaków z sąsiedztwa i zobowiązałem się, że wezmę to na siebie.

Wciąż czuję w ustach gorzkawy posmak IPA. Przesadziłem chyba wczoraj o parę butelek, ostatnio coraz gorzej znoszę alkohol.

Oczy mam nadal zamknięte, udaję, że śpię. Clara od zawsze się na mnie irytuje, że nie jestem takim rannym ptaszkiem jak ona. Co wcale nie znaczy, że zaniedbuję odwożenie dzieciaków do szkoły, gdyż przeważnie to ja tego pilnuję.

– Haavard? – mówi moja żona, szturchając mnie kolanem w udo. Właściwie całkiem boleśnie.

– Co ty wyprawiasz? – pytam z pretensją w głosie. – Znęcasz się nade mną?

Clara wzdycha.

– Mam o ósmej ważne spotkanie, muszę niedługo wychodzić.

– Mnie natomiast czeka całonocny dyżur – mamroczę.

– Nie tylko ty ratujesz ludzkie życie – oświadcza Clara.

Siadam na łóżku, stawiam stopy na podłodze, ziewam.

– Dzieci już jadły?

– Właśnie kończą.

Clara idzie do łazienki, uznawanej przez nią za jej prywatny pokój kąpielowy, by nałożyć swoją ministerialną maskę. Budzi się we mnie przekora, zrywam się więc i wyprzedzam ją biegiem. Nie zamykam nawet drzwi, podnoszę klapę sedesu i sikam, starając się robić przy tym jak najwięcej hałasu.

Moja żona stoi na progu łazienki, nie mówiąc ani słowa.

Czemu łazi po domu długo po tym, jak już powinna była wyjechać, i marudzi, że ma mało czasu i że to ja powinienem się spieszyć? Dlaczego musi mnie kontrolować i nade mną sterczeć, zupełnie jakbym nie nawykł do bycia sam na sam z dziećmi? Przecież to jej właściwie nigdy nie ma w domu.

Odkąd pracuje nad tym projektem ustawy, zaczęła dzwonić w dni, kiedy planuje przyjść do domu na obiad, a nie odwrotnie.

Wychodzę z łazienki, pogwizdując.

Clara wmaszerowuje do środka, nawet na mnie nie patrząc, i zatrzaskuje drzwi.

Ubieram się i schodzę na dół.

Chłopcy siedzą przy stole. Jak zawsze rozczulam się, widząc ich w piżamach. Mięknę na widok ich wąziutkich barków, włosów Nikolaia, które po nocy sterczą na wszystkie strony, loczków na karku Andreasa.

Ale w następnej chwili dostrzegam, że jedzą płatki czekoladowe. I do tego jeszcze, niech to szlag, obaj siedzą pochyleni nad iPadami.

– Przecież się umawialiśmy, że jemy je tylko w weekendy – mówię, wskazując na opakowanie z płatkami. – Doskonale o tym wiecie. To opakowanie jest pewnie zdrowsze od zawartości.

– Mama nam pozwoliła – wołają chłopcy chórem.

Wyjmuję z szafki paracetamol, popijam tabletkę mlekiem prosto z kartonu.

– A co mówi babcia o iPadach?

– Że to idiotyzm! – wrzeszczą znów chóralnie.

– Nie. Że dostaniecie od nich kwadratowych oczu.

Chłopcy pożerają czekoladowe płatki zalane mlekiem, które przybrało jasnobrązową barwę, kłócąc się jednocześnie o jakąś grę o nazwie Fortnite, na którą zapewne są jeszcze za mali.

Dołącza do nas Clara.

– Płatki czekoladowe? – pytam, unosząc brwi. – Poważnie?

– Nie chcą jeść niczego innego. Ty spałeś, a ja przecież musiałam ich czymś nakarmić.

– Rany boskie – mamroczę.

Chłopcy, nadal w piżamach, zrywają się od stołu i wybiegają z kuchni.

– Halo! – krzyczę za nimi. – Gdzie się wybieracie? Wracać mi tu! Ale już!

Po chwili rzeczywiście wracają, niosąc w rękach gałązki bzu. Mam ochotę na nich nakrzyczeć za nagłą ucieczkę od stołu i połamane krzewy, ale tłumię w sobie złość, nasi synkowie są tacy słodcy i tacy z siebie dumni.

– Jeden dla mamy, drugi dla taty – mówi Nikolai, Andreas zaś posyła nam bezzębny uśmiech. – Nie kłóćcie się już.

– Już nie będziemy – odpowiadam. – Serdeczne dzięki, jesteście kochani.

Wyciągam z szuflady jeden z moich przyniesionych z pracy skalpeli i zaczynam przycinać gałązki. Przy drugiej z kolei wąskie ostrze wyślizguje mi się nagle z rąk i jakimś cudem udaje mi się wbić je sobie w czubek palca.

– Kurwa! – krzyczę.

– Te skalpele naprawdę nie powinny leżeć porozrzucane po całym domu, tyle razy ci już mówiłam – odzywa się Clara.

– Dzięki – syczę. Krwawię jak zarzynane prosię.

– Tato, co się stało? – pyta Nikolai.

– Niech to szlag – mówię, po czym biorę się w garść. – Nic takiego, zaciąłem się w palec.

– Boli?

– Troszkę. Dobrze, że jestem lekarzem i mogę sam to sobie zszyć – odpowiadam, siląc się na wesołość. Chłopcy nie wydają się przekonani.

– Mógłbyś chociaż raz trochę uważać? – pyta Clara, jak zawsze pełna empatii. Jest taka za każdym razem, gdy ja albo któryś z chłopców robimy sobie krzywdę, zupełnie jakby to była dla niej oznaka słabości.

Oglądam palec, odrywam z rolki kawałek papierowego ręcznika i owijam go wokół rany, próbuję być tatą twardzielem.

– Pamiętaj tato, że nie wolno przeklinać – mówi Andreas.

– Nic ci nie będzie? – pyta Nikolai.

– No to na razie – rzuca Clara, przemierzając kuchnię i korytarz szybkim krokiem. Dopiero gdy słyszę, jak trzaskają za nią drzwi, mogę odetchnąć i posłać synkom szczery uśmiech.

Oto nasze małżeństwo. Oto co się z nami stało.

2 – Clara

Minister sprawiedliwości Anton Munch praktycznie nigdy nie kontaktuje się telefonicznie ze swoimi podwładnymi ani nie zaprasza ich osobiście na spotkania. Zazwyczaj to Vigdis, jego sekretarka, dzwoni do mnie z pytaniem, czy mogłabym przyjść do jego gabinetu. Właśnie odebrałam od niej telefon.

Vigdis zadaje to pytanie uprzejmym tonem, mimo że ma ono charakter wyłącznie retoryczny.

Masz przyjść i już. Natychmiast.

– Już idę – odpowiadam także tym razem, wstaję i poprawiam kostium, zapisuję dokument, nad którym pracowałam. Moje trzecie dziecko. Projekt ustawy zmieniającej norweskie prawo. Sygnatura Prop. 220 L. Siedemdziesiąt osiem stron tekstu. Jedenaście rozdziałów. Wstęp, uzasadnienie celowości, opis aktualnie obowiązujących przepisów, ich ocena wraz z komentarzem. Na końcu uwagi. A potem już sam projekt tekstu nowej ustawy.

Zwieńczony absurdalną, standardową formułką: „My, Harald, Król Norwegii”.

Nowa ustawa nakładałaby na pracowników wszystkich instytucji, szpitali, urzędu ochrony praw dziecka, przedszkoli i gabinetów lekarskich obowiązek bezwzględnego informowania organów ścigania w razie podejrzenia stosowania przemocy bądź seksualnego wykorzystywania dzieci.

W dotychczasowym prawodawstwie o obowiązku informowania wspomina się tylko mgliście, duży nacisk kładąc za to na obowiązek dochowania tajemnicy zawodowej.

Ale teraz wszystko się zmieni.

Projekt jest już w zasadzie gotowy. Jeszcze tylko dopieszczam, poleruję i szlifuję tekst, zupełnie jakby był jakąś rzeźbą, staram się, by wszystko pięknie lśniło.

Chlubię się tym, że potrafię unikać mglistego, niejasnego języka, cechującego wiele produkowanych przez nas, prawników, tekstów, w których przecinek goni przecinek, a wtrącenie – kolejne wtrącenie, aż robi się z tego kompletnie nieczytelna, mętna woda, rzecznicy prasowi rwą sobie włosy z głowy, próbując przygotować z tego jakiś komunikat dla mediów, a zastępy zewnętrznych konsultantów pobierają rok po roku sute honoraria za nieprzynoszące żadnych widocznych rezultatów kursy tak zwanego języka dla ludzi, które się dla nas organizuje.

Chcą języka dla ludzi, to będą go mieli.

Przemierzam korytarze w drodze do sekcji politycznej. Obcasy moich butów stukają o parkiet. W naszej, urzędniczej części gmachu ministerstwa chodzi się po linoleum, lecz tu, w tych świętych sferach niedostępnych dla zwykłych śmiertelników, mają podłogi z drewna tekowego z eleganckimi czarnymi fugami oddzielającymi od siebie poszczególne klepki.

Pierwsze, co rzuca mi się w oczy po wejściu do sekcji politycznej, to ten idiotyczny wypchany niedźwiedź polarny stojący na tylnych łapach, zastrzelony podobno na kościelnych schodach na Svalbardzie. Stoi wyprostowany i gapi się tępo przed siebie. Sięgam mu głową zaledwie do przednich łap.

Od dłuższego czasu współpracuję z ministrem bezpośrednio, z pominięciem zwyczajowej służbowej ścieżki. W ostatnich miesiącach zaczęłam się coraz bardziej zbliżać do Muncha, i – co za tym idzie – również do mojego celu.

Wszystkie wątpliwości i pytania moich przełożonych zostały wyjaśnione w ciągu kilku ostatnich dni. Projekt, zanim będzie wniesiony do Stortingu, ma być co prawda jeszcze poddany dyskusji na posiedzeniu rządu, ale jeśli ma się zielone światło od ministra, to jest to właściwie formalność.

Pracując w ministerstwie, szybko można wyczuć, czy nowy szef to naturalny typ przywódcy, czy też nie. Munch piastuje stanowisko już od roku i czas ten wystarczył nam w pełni, by zdiagnozować go jako pozera, choć osobiście żywię wobec niego cieplejsze uczucia niż moi koledzy, właśnie ze względu na ten projekt.

Punkt kulminacyjny nastąpił tydzień temu, gdy rozmawialiśmy o ustawie w jego biurze. Minister rozparł się w fotelu, splótł dłonie na karku i oświadczył:

– Okej, Claro. Robimy to.

Siedział wtedy, podobnie jak teraz, za ogromnym brązowym biurkiem, do którego kazał dopasować półki na książki.

Wiszące w gabinecie obrazy wyrzucił na śmietnik dzień po przejęciu kluczy. Wstawił sobie za to kolosalny telewizor z płaskim ekranem i ozdobił całą sekcję mnóstwem modeli śmigłowców i pojazdów uprzywilejowanych, który to fakt uwielbiają podkreślać dziennikarze w każdym poświęconym mu artykule.

Lśniący tekowy stół, misa z owocami, białe filiżanki do kawy, telewizor, segregatory za jego plecami, kaktusy przyznawane za gafę tygodnia przez tabloid „Se og Hør”, stosy dokumentów, nic z tego nie wygląda szczególnie ciekawie ani charakterystycznie. Mimo to człowiek siedzący za biurkiem piastuje jedno z najważniejszych stanowisk w kraju.

– Wejdź – mówi, nie podnosząc wzroku znad telefonu.

– Cześć, Claro – odzywa się inny głos i dopiero teraz dostrzegam Ernsta Wolla, który siedzi po drugiej stronie stołu konferencyjnego, wciśnięty właściwie w kąt.

Całe kierownictwo polityczne naszego ministerstwa stanowią mężczyźni. Woll jest z nich wszystkich najbystrzejszy, jako jedyny ma doświadczenie prawnicze. Przypadło mu największe biuro i ma najwyższy nieformalny status.

Wcześniej na czele ministerstwa stał minister wspierany przez sekretarza stanu. Obecnie zaś mamy całą bandę sekretarzy i politycznych doradców. Wszyscy oni rywalizują o względy ministra sprawiedliwości, każdy chce być tym, który pracuje najciężej i najbardziej się stara.

Gdy jest się na stanowisku politycznym, cały czas trzeba udowadniać, że ma się tam coś do roboty, co w praktyce oznacza, iż należy się mieszać absolutnie do wszystkiego. To z kolei sprawia, że sekretarze stanu nieustannie opóźniają wszystkim pracę, przydzielając nonsensowne zadania urzędnikom, którzy powinni zajmować się czymś zupełnie innym.

Sam minister jest kimś w rodzaju symbolu, reprezentanta opowiadającego o naszej pracy w mediach i na Facebooku, sekretarze stanu chodzą natomiast na zebrania, wiszą nad urzędnikami i podejmują wiele decyzji o charakterze politycznym.

Mimo to udało mi się, jak wspomniałam, zaangażować Muncha w sprawę mojego projektu. Wolla zaś udawało mi się unikać. Do teraz.

– Nie zabierzemy ci zbyt wiele czasu – mówi Woll.

– Nigdzie mi się nie spieszy – odpowiadam.

– Słuchaj, Claro – zaczyna Munch, w końcu podnosząc wzrok znad komórki. – Nasz projekt został poddany dyskusji na posiedzeniu rządu...

Zapada cisza.

– Tak? – pytam i dociera do mnie, że to zupełnie inne spotkanie, niż się spodziewałam. Moi rozmówcy zerkają po sobie. Munch wydaje się speszony. Woll wzrusza ramionami, widać, że chce to już mieć za sobą.

– No i cóż... musimy na jakiś czas go odłożyć – oświadcza w końcu Munch.

– Co masz na myśli? – pytam, głos mam zachrypnięty. – Ministrowie przeczytali przecież i zatwierdzili mój wniosek o rozpatrzenie tego punktu?

– Takie rzeczy się zdarzają, przecież wiesz. Projekt był kontrowersyjny. Mamy koalicyjny rząd. Wielu ministrów jest zdania, że taka ustawa byłaby zbyt radykalna. A ja mam inne sprawy, które muszę teraz przepchnąć.

– Ale ta ustawa to najważniejsze, co zrobisz przez wszystkie spędzone tu lata – mówię. – Czy wiesz, co ona oznacza dla najbardziej bezbronnych członków naszego społeczeństwa?

Woll wydaje za moimi plecami krótki, cichy rechot.

– Raz na wozie, raz pod wozem. Sprawa jest już przesądzona – wchodzi mi w słowo, a w jego głosie słyszę nutę mściwej satysfakcji, niczym złośliwe warknięcie.

Tak to już jest. Wszystko się kręci wokół władzy.

Wszystko można wynegocjować. Wszystko można wymusić.

– Minister wyczerpał już temat. Dziękujemy, że przyszłaś – rzuca Woll, po czym wstaje. Zostaję ministerialnie wyrzucona za drzwi.

Munch wgapia się w komórkę, nie patrzy mi w oczy.

Odwracam się, właściwie trochę zaskoczona, że moje ciało nadal mnie słucha, idę do drzwi, mijam biurko sekretarki Muncha, mijam gigantyczną misę z owocami, dwa razy większą niż wszystkie misy w naszym wydziale.

Mijam niedźwiedzia, który, mimo że dawno zdążyłam już przywyknąć do tego dość niesamowitego elementu dekoracji, nagle mnie przeraża.

Mijam kolekcje modeli śmigłowców i pojazdów uprzywilejowanych, opuszczam część budynku, w którym urzęduje sekcja polityczna, ruszam przez korytarze.

W końcu wracam do swojego biura, zamykam drzwi, opieram się o nie plecami i osuwam na podłogę, gdzie zamieram z podciągniętymi pod brodę kolanami.

Haavard nazywa mnie królową śniegu. Sam beczy przy byle okazji.

Ja za to nie płakałam chyba od tamtego dnia przed trzydziestoma laty i nie mam zamiaru teraz zaczynać. Muszę jednak zasłonić twarz dłońmi, przycisnąć palce do oczu. Próbuję uspokoić oddech, ale mi się nie udaje.

Gdy skończyłam trzynaście lat, rok po wypadku, zaczęłam nocować sama w chacie na górskich pastwiskach. Po trzy czy cztery noce z rzędu. Gotowałam sobie na kuchni z fajerkami, potem zamykałam chatę i wracałam do domu.

Pewnego razu uparłam się, że wejdę na szczyt Trollskavlen. Trasa była długa i ciężka, ale tata wyjaśnił mi, którędy wspinał się tam w młodości, obejrzałam sobie wszystko na mapie i byłam pewna, że dam radę. Z pewnością bym zresztą dała, gdyby czystego, lazurowego nieba, które rozciągało się nad moją głową, kiedy wychodziłam z domu, nie zasnuły nagle ciemne chmury.

Gdy do szczytu zostało mi zaledwie kilkaset metrów, spłynęła ku mnie gęsta mgła.

Najpierw straciłam z oczu sam szczyt. Potem już w ogóle nic nie widziałam.

Wszystko było białe.

Wyjęłam kompas i mapę, ruszyłam w kierunku, który wydawał mi się właściwy. W końcu doszłam do stromego zbocza, po którym – jak doskonale pamiętałam – wspięłam się wcześniej. Odwróciłam się, położyłam na brzuchu i zaczęłam powoli schodzić, aż w pewnym momencie utknęłam, z rozpostartymi rękoma i nogami, niczym Spider-Man, w połowie wysokości, nie będąc w stanie ruszyć się w górę ani w dół.

Tata opowiadał mi, że czasem tak kończą w górach owce. Włażą na porośniętą trawą półkę skalną, z której nie potrafią zejść, i stoją na tej zielonej półce pośrodku czarnej skały, żałośnie becząc.

Zdarza się, że takie owce pozwalają się wciągnąć na górę, pod warunkiem że ktoś je na czas znajdzie. Zdarza się jednak, że trzeba je po prostu zastrzelić.

Wtedy to ja tak utknęłam. Miałam do pokonania kilka dobrych metrów i nie potrafiłam znaleźć miejsca, o które mogłabym oprzeć stopę.

Po chwili zaczęłam się ostrożnie zsuwać, kawałek po kawałeczku. Przytrzymując się tu i tam, gdzie się dało.

Pokonałam tak z metr albo dwa. A potem odpadłam od skały.

Uderzyłam w ziemię i leżałam kilka dobrych minut, łapiąc powietrze i próbując ustalić, czy coś sobie złamałam.

Tak samo czuję się teraz, gdy siedzę na podłodze w gmachu Ministerstwa Sprawiedliwości i Bezpieczeństwa Publicznego trzydzieści lat później.

Tyle zainwestowałam w ten projekt ustawy, był dla mnie ważniejszy niż cokolwiek innego.

A teraz tamci dwaj mi go zabrali, zniszczyli, nie mając nawet pojęcia, co robią.

3 – Haavard

Gdy tylko wkładam biały kitel lekarski i wchodzę na oddział, dociera do mnie, że ten dyżur będzie przypominał maraton. Piękna pogoda sprawiła, że całe miasto ruszyło na łono natury. My zaś odczuwamy wszystkie tego skutki uboczne w formie urazów i chorób. Pacjenci napływają nieprzerwanym strumieniem. 15.35 – mała dziewczynka w śpiączce hipoglikemicznej. 16.21 – cierpiący na astmę chłopiec ze wstrząsem anafilaktycznym. 16.53 – rodzeństwo ranne w karambolu. 17.20 – poważnie odwodniony sześciolatek.

A o godzinie 18.53 wpada do nas cała rodzina.

Mężczyzna po trzydziestce niesie na rękach chłopca, na oko czterolatka, tuż za nim podąża kobieta, zapewne matka. Wszyscy troje wyglądają, jakby pochodzili z Pakistanu, a może to Afgańczycy. Chłopiec jest ubrany w niebieskie szorty i czerwony T-shirt. Na prawym palcu wskazującym ma naklejony plaster z Gwiezdnymi wojnami. Pod paznokciami – brud, na nadgarstku – bransoletka z paciorków z kilkoma literami. Ma drobną twarzyczkę i kruczoczarne włosy.

Nie widać oznak życia.

– Rozmawiać z lekarzem! – wrzeszczy ojciec, ma na sobie niebieską koszulkę Chelsea i czapkę z daszkiem, jego twarz szpecą ślady po młodzieńczym trądziku.

Zaraz za nim wpada Roger, ciągnąc za sobą zapach wody po goleniu. Jakiejś słodkiej, staromodnej, może Jeana Paula Gaultiera we flakonie przypominającym męski tors, marynarski mundur czy Bóg wie co jeszcze.

Nie mam nic przeciwko gejom ani mężczyznom pielęgniarzom. Roger to prawdziwy fachowiec, biegły w tym, co robi, doświadczony, serdeczny i opiekuńczy. Mężczyzna wielu zalet i talentów. Tyle że za mocno się perfumuje.

– Próbowałem tłumaczyć, że ich przyjmę – mówi. – Powinni byli przyjść na oddział ratunkowy. Ale on poleciał z dzieciakiem od razu tutaj. Przecież ich teraz nie wyrzucę?

– No chyba nie – odpowiadam.

Mamy tu w Ullevål najlepszy zespół urazowy. Odsyła się do nas najpoważniejsze przypadki z innych szpitali, najczęściej karetka przywozi pacjentów na izbę przyjęć. Ale czasem rodzice przychodzą z dziećmi bezpośrednio z ulicy. Jeśli wiedzą, gdzie znajduje się oddział pediatryczny, idą prosto do nas.

– Jestem lekarzem dyżurnym – zwracam się do ojca tak dyplomatycznie, jak tylko umiem. – Co się stało pańskiemu synkowi?

– Ślepy jesteś, lekarz? – mówi ojciec, staje przede mną, jego oczy są pełne strachu i wściekłości. Przypomina mi chuliganów, którzy przychodzili czasem na boisko szkolne na Vinderen, gdzie dorastałem.

– Nie widzisz, że zemdlał, lekarz? Nie budzi się!

Matka chłopca ma na sobie hidżab i tunikę włożoną na spodnie od dresu. Mówi coś i gestykuluje. Partner odpowiada jej w języku, którego nie rozumiem i kobieta milknie.

Chłopczyk jest mały i chudy, ma wąskie biodra i ptasią szyję, takie same niebiesko-pomarańczowe adidasy jak Andreas, tyle że zniszczone, brudne i dziurawe na wysokości palucha.

– Ile ma lat? – pytam, wyjmuję chłopca z ramion ojca i układam go na kozetce do badań.

Facet pokazuje mi cztery palce. Matka małego patrzy na mnie błagalnie, unosi dłonie, ma pobielałe knykcie.

– Co się stało? – pytam.

– Spadł – odpowiada ojciec. – Z drzewa. I potem zasnął. A teraz się nie budzi. Zrób coś, lekarz!

Daję znak Rogerowi, by zawołał więcej ludzi.

– Trzeba mu zrobić tomografię – mówię dyskretnie.

Kobieta zaczyna płakać, ojciec chłopca coś do niej krzyczy. Zamieram na środku sali. Muszę się uspokoić, sekunda, dwie, trzy. Dziecko jest nieprzytomne. Za oknem ćwierkają ptaki, chciałbym być teraz na dworze.

Zaczyna mnie już ogarniać to straszne uczucie, jak wtedy, gdy sobie uświadamiam, że ból głowy wywołany jest guzem mózgu, że wysypka to tak naprawdę objaw białaczki, że zaraz będę musiał przekazać wiadomość, której nikt nie chce usłyszeć.

Robi mi się zimno.

Pochylam się nad chłopcem. Czuć od niego kwaśną woń wymiocin. Lecz także zapach kurzu, słońca i jeszcze czegoś, gumy do żucia, pasty do zębów, szamponu, a gdzieś pod tym – zwietrzały aromat imbiru, czosnku i curry.

– Proszę na chwilę wyjść – zwracam się do rodziców. – Zaopiekuję się państwa synkiem.

Zerkają na mnie sceptycznie, ale opuszczają salę. Po kilku minutach wpada do środka Sabija.

– Co się dzieje? – pyta zdyszana.

Sabija ma zaledwie metr pięćdziesiąt pięć, jej lekki, bezszelestny chód sprawia, że wygląda, jakby unosiła się nad podłogą. Ma włosy do ramion, zawsze gładko uczesane i spięte klamrą. Nie nosi ozdób na dłoniach, nie maluje paznokci, wszystko zgodnie z regulaminem. Działa wydajnie, porusza się z gracją. Ma wąskie biodra i smukłą szyję.

– Nie wiem – odpowiadam. – W najlepszym wypadku mamy tu poważne wstrząśnienie mózgu. Chłopak spadł z drzewa.

Sabija milknie na chwilę, przygląda się małemu z dziwnym wyrazem twarzy.

– Aha – mówi i zaczyna go rozbierać, wydając jednocześnie polecenia Rogerowi i Bente, również pielęgniarce.

Puszczam za jej plecami oko do Bente, która jak zawsze się rumieni.

Takie rozbieranie i dokładne oglądanie dzieci to niemal obsesja Sabii. Kilka tygodni temu opowiadała o tym na porannym zebraniu personelu, miała nawet prezentację w PowerPoincie z mnóstwem fotografii dziecięcych pleców po biciu pejczem, ust pełnych ran, zdjęć rentgenowskich ukazujących złamane kości. Oczywiście uczy się nas o tym na studiach. Ale w naszej pracy człowiek ma mnóstwo do zrobienia, a niektóre znaki naprawdę łatwo przeoczyć. Musimy być uważni, poświęcić tych kilka dodatkowych sekund, obejrzeć dzieci, które trafiają do nas z czymś niby zupełnie innym, tłumaczyła Sabija, a ludzie kiwali głowami z wyraźnym poczuciem winy.

Teraz moja koleżanka pochyla się nad chłopcem, podwija rękaw czerwonej koszulki.

– Kurwa mać – mówię, widząc ślady na wewnętrznej stronie ramienia chłopca, przecież to się w głowie nie mieści. Ubrania są zwodnicze, sprawiają, że wszystko wygląda normalnie. Sabija chwyta nożyczki, zaczyna rozcinać tkaninę.

Więcej krwiaków. Na barkach i udach.

Wstrzymuję oddech.

– Szlag by to trafił.

– Cóż, tu nie ma wątpliwości – mówi Sabija. Nadal udaje jej się zachować zaskakujący profesjonalizm. Z pomocą pielęgniarzy układamy chłopca na łóżku na kółkach, biegniemy z nim truchtem korytarzami w kierunku izby przyjęć, gdzie mają mu zrobić tomografię. W takich sytuacjach nie poradziłbym sobie bez Rogera. Nikt nie ma większego doświadczenia na pierwszej linii niż on, nikt nie odebrał z ambulansu i nie załadował do niego większej liczby chorych i rannych.

Badanie tomografem zostaje wykonane o 19.40. Czekamy z Sabiją na wyniki. Dołączają do nas inni lekarze, radiolodzy i anestezjolodzy.

Nagle słyszymy za drzwiami szybkie kroki i ciężki oddech, do środka wpada ojciec chłopca, musiał tu za nami przyjść.

– Tu nie wolno wchodzić – oświadczam zdecydowanie, ruszając w jego stronę.

Facet zamiera na progu.

– Co mówisz, lekarz?

– Musi pan zaczekać na korytarzu.

– Jebany rasista – rzuca ojciec chłopca.

– Te reguły obowiązują wszystkich – wyjaśnia Roger oschle.

Mężczyzna wycofuje się niechętnie, ale słyszymy, jak tupie za drzwiami, miota się po korytarzu jak rozjuszony byk.

Odwracam się i widzę, że Sabija patrzy na mnie z dziwnym wyrazem twarzy.

– Znasz go? – pytam.

Kiwa głową, ale nic nie mówi, a chwilę później dostajemy wyniki tomografii. Chyba pierwszy raz w życiu słyszę, jak Sabija przeklina. Zaglądam jej przez ramię, patrzę na rozległe zacienienie na zdjęciu.

Na złowrogiego, zwiastującego nieszczęście kleksa.

– Urazowy krwotok podtwardówkowy. Trzeba go na cito operować – mówię.

Sabija kiwa nieznacznie głową, jest blada i ma łzy w oczach.

Odwozimy chłopca z powrotem na oddział, jego ojciec depcze nam po piętach.

W szpitalnej sali anestezjolodzy mierzą mu ciśnienie krwi, puls, saturację i kontrolują rytm serca na podpiętym ekranie. Przygotowują narkozę i sprzęt do intubacji, szykują respirator.

Rodzice małego wchodzą do sali, jego matka płacze. Ojciec wrzeszczy coś o tym, że mamy się bardziej starać, robić, co do nas należy. Ktoś wypycha go na korytarz. Roger wychodzi do niego i próbuje go uspokoić.

Sabija podchodzi do chłopca, zaczyna go ostrożnie gładzić po policzku, na brudnej od pyłu buzi widać ślady łez. Ujmuje jego rączkę, tę z plastrem z Gwiezdnymi wojnami, zaczyna mówić do niego po pendżabsku, cicho i spokojnie. Chłopiec jest drobny, blady. Nie może nam niczego opowiedzieć ani wyjaśnić. Ale to wszystko musi się dobrze skończyć, wkrótce chłopczyk otworzy oczy i zacznie dochodzić do siebie. W kolejnych dniach będę do niego wpadał, poświęcał mu tyle czasu, ile trzeba, rozmawiał z nim i żartował, będę patrzył, jak zdrowieje i jest coraz szczęśliwszy, coraz bardziej pewny siebie.

W chwili gdy kończę tę myśl, spada mu gwałtownie puls i saturacja.

Kurwa, myślę sobie. Kurwa, kurwa, kurwa. Ogarnia mnie rozpacz. Nie możemy go teraz stracić.

Anestezjolog wkłuwa się błyskawicznie w żyłę na ramieniu chłopca, wstrzykuje mu adrenalinę.

– Zamawiaj krew do transfuzji – mówię do Rogera.

Podajemy małemu pacjentowi płyny i szereg leków, starając się ustabilizować ciśnienie. W końcu chłopiec odjeżdża na blok operacyjny. Biegniemy za nim z Sabiją truchtem. Przy wejściu na blok przejmują go anestezjolodzy, my musimy się wycofać.

Zegar pokazuje 21.10. Nikt nic nie mówi. Sabija spaceruje nerwowo w tę i z powrotem. Podchodzę do okna. Tramwaj pędzi w górę Sognsveien, niemiłosiernie hałasując. Auta stają na czerwonym świetle na Kirkeveien. Ludzie w kawiarnianych ogródkach na Majorstuen po jednej i Torshov po drugiej stronie szpitala wznoszą toasty na cześć wspaniałego lata, świat kręci się jak zawsze, kiedy mały chłopiec w końcu wyjeżdża z bloku.

Neurochirurg, jeden z naszych bardziej doświadczonych kolegów, kręci ponuro głową.

– Krwotok był bardzo rozległy, nic się nie dało zrobić.

Mam ochotę usiąść na podłodze i się rozpłakać.

Czteroletni chłopiec. Cztery lata sińców.

Wiozą go gdzieś dalej.

– Musimy poinformować rodzinę – mówię. – A jego matka nie posługuje się norweskim.

Wypowiedziawszy to zdanie, uświadamiam sobie, jak żałośnie i tchórzliwie brzmią moje słowa, i że tak naprawdę próbuję przerzucić odpowiedzialność na Sabiję.

Koleżanka nic mi na to nie odpowiada, bierze rodziców chłopca na stronę.

Jego ojciec wali pięścią w ścianę. Matka zupełnie się załamuje. Sabija gładzi ją po plecach. Wszyscy pozostali stoimy zażenowani i tylko się im przyglądamy. Później trzeba będzie posłać chłopca na kolejny tomograf, by stwierdzić, że krążenie mózgowe ustało, po czym zostanie stwierdzony zgon. To wszystko trochę zapewne potrwa i formalności będą dopięte dopiero jutro. Trzeba będzie wtedy także zapytać rodziców o kwestię ewentualnego przeszczepu. Zawsze staramy się dać bliskim zmarłego trochę czasu, zanim postawimy to pytanie, ale nie możemy też czekać zbyt długo.

W całym naszym zespole daje się wyczuć jakąś zgodność, zgranie, którego zazwyczaj próżno wśród nas szukać. Śmierć czterolatka wszystkich boleśnie dotknęła. Ale jednocześnie mamy też innych pacjentów, czekają na nas dzieci, którymi nie mieliśmy się do tej pory kiedy zająć. Stan wyjątkowy nie może trwać zbyt długo.

Podbiega do nas ojciec chłopca. Bente próbuje położyć dłoń na jego ramieniu, ale on ją tylko odpycha.

– Bardzo mi przykro – mówię.

– Gdzie jest kaplica?

Nie mówię tego, co sobie myślę: że ojciec, który pobił na śmierć własne dziecko, nie ma czego szukać w kaplicy. Za to, co zrobił, nie ma przebaczenia. Odwracam się od niego.

– Bente – mamroczę. – Pokażesz mu, gdzie to jest?

Facet znika za przeszklonymi drzwiami, a ja opieram dłonie o ścianę, pochylam głowę, biorę głęboki wdech.

Jeden, a po dłuższej chwili kolejny.

4 – Clara

Nie mam dziś ochoty z nikim rozmawiać, nawet z tatą. Zazwyczaj dzwonię do niego codziennie, a jeśli się nie odezwę, tata zaczyna się o mnie martwić. Wybieram więc jego numer, gdy chłopcy leżą już w łóżkach.

– Cześć, jak się masz? – pytam, gdy odbiera.

Wyobrażam go sobie, jak rozmawiając ze mną, stoi przy oknie i spogląda na fiord. Tata lubi podziwiać widoki. Stoi i gapi się jak wół na malowane wrota, mawiała moja matka. Odziedziczyłam to zresztą po nim.

– Jako tako – odpowiada słabym głosem.

– A co się stało?

– No, nie najlepiej się czułem, więc poszedłem do lekarza.

– Aha? – pytam, czując, że robi mi się zimno.

Po drugiej stronie w słuchawce rozlega się mamrotanie, tak ciche, że nie jestem w stanie rozróżnić słów.

– Tato – proszę. – Mógłbyś mówić trochę głośniej?

– No i wyobraź sobie, że odesłali mnie tu karetką.

– Co? – pytam i już po raz drugi tego dnia osuwam się na podłogę. – Tu, to znaczy dokąd?

– Do szpitala. Twierdzą, że miałem mały wylew albo coś... Jesteś tam?

– Tak – odpowiadam, chrząkam, kręci mi się w głowie.

– Wszystko będzie dobrze – ciągnie tata tonem sugerującym, że wcale w to nie wierzy. – Ale muszę tu zostać na noc, może trochę dłużej. Słuchaj, właśnie przyszli zrobić mi jakieś badania. Pogadamy później.

Rozłączam się i dopiero wtedy to czuję.

Coś mokrego spływa mi po policzkach, coś, czego nie umiem powstrzymać.

I w tym momencie dzwoni Haavard.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Tytuł oryginałuALT ER MITT
Projekt okładkiMariusz Banachowicz
Zdjęcia na okładceKiev.Victor/ShutterstockKC Keller/Shutterstock
RedakcjaJoanna Popiołek
KorektaMonika Pruska
Copyright © 2018 Kagge Forlag AS Copyright © for the Polish translation by Karolina Drozdowska, 2019 Copyright © by Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2019
ISBN 978-83-8032-336-0
Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Kosiarzy 37/53 02-953 Warszawa
POBIERZ NA TELEFON APLIKACJĘ WIELKA LITERA ARAplikacja WielkaLitera wykorzystuje technologię rozszerzonej rzeczywistości (AR) i umożliwia odtwarzanie wideo, audio oraz e-booków, a także przekierowuje na wybrane strony www. Aplikacja WielkaLitera jest dostępna w wersjach na Android oraz iOS. Pobierz ją za darmo i zobacz więcej.
Konwersja: eLitera s.c.